Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (23)
Dzień 116. Ukraiński dzień Taty (19 czerwca 2022) Trzecia niedziela czerwca. Ukraiński dzień ojca. Brak przełamujących doniesień z frontu. Myślę o tym chłopcu, który szedł płacząc przez polską granicę. Telewizje pokazywały go bez przerwy. Był luty, może początek marca. Wiem, że mama i babcia się odnalazły i chłopiec się odnalazł, ale ilu nie odnalazło nikogo ze swoich bliskich? Myślę o Włodku Taniuku z Buczy. Czy dalej przynosi na grób swojej mamy soczki w kartonikach i konserwy, żeby już nigdy nie zaznała głodu? Dwa albo trzy dni przed ukraińskim dniem ojca pojawiło się w internecie trzydziestosekundowe nagranie z powrotu Taty do ukraińskiego domu. Chłopczyk rzuca hulajnogę i wspina się na tatę, jak na najwyższą górę, a tata jest wielki, ogromny, chłopiec go obejmuje, głaszcze po plecach, tata wrócił cały. Szczęście. I myślę o tych dzieciach, do których tata już nie wróci. Które zostaną z tą swoją hulajnogą, psem przy nodze, kotkiem na rękach, ale bez taty. Myślę obrazami, więc zawsze widzę chłopca. Pewnie dlatego, że córcia już duża, ma kilkanaście lat, obejmie jakoś resztę życia, do chłopaka jeździ sama przez pół Polski. W zasadzie całą. Dzisiaj pomyliła pociągi, ale zimna krew, spokój, opanowanie, żadnej paniki. Byle co ją nie zdruzgocze. Ale synek, synek jeszcze jest mały, drobny, pięćset razy dziennie pyta - tato? a narysujesz mi? a zrobisz mi? a pomożesz? klocek mi się zaciął, a nalejesz mi wody do basenu? a obejrzymy sobie jutro drugą część gwiezdnych wojen? tato? I wiem, że mam u chłopca wielki kredyt zaufania i on chyba wierzy w moją niezniszczalność, powtarza z uporem i radością zdanie jakie sam powiedział, kiedy miał dwa, może dwa i pół roku. Siedzieliśmy w ciemnym przedpokoju i chłopczyk opowiadał swoim językiem z czym mu się taka noc, ciemność kojarzy. I to zdanie, to była puenta opowieści o strasznych rzeczach, które czają się w nocy. A brzmiało to tak - głosem dwu, może dwu i pół latka: - A ja nie boje wika, nie boje moka - bo jete ja i mój tata! Tak jakby tata załatwiał dowolnego wilka lub smoka pierdnięciem względnie donośnym beknięciem. Jakbym miał wytłumaczyć się synowi z własnej śmierci? Albo z tego, że tym razem nie dałem rady go obronić. A przecież wierzył, że kiedy jete ja i mój tata to nie ma się czego bać. Chciałbym ile się da podtrzymać to poczucie bezpieczeństwa u chłopca. Uczyli mnie na psychologii, że to poczucie, które na wejściu w życie daje rodzic formuje tę niezniszczalną, wewnętrzną siłę, podpiera fundamentalne przekonanie, że warto żyć i warto się bić, zmagać z życiem, kluczowe poczucie sensu. Żeby to w chłopcu umocnić nie potrzebuję do tego żyć wiecznie, potrzebuję jeszcze paru lat. Ale jestem polskim tatą. Nie muszę iść na front. Mam wybór. A brak doniesień z frontów nie oznacza nic poza brakiem doniesień. Brakiem informacji która się do nas przebija. No bo ile razy można powtarzać, że w rejonie tej a tej wioski sytuacja jest niejasna, a tamta znowu przeszła z rąk do rąk? Za każdym razem kiedy taka wioska przechodzi albo nie przechodzi z rąk do rąk - któryś chłopiec, dziewczynka zostaje bez taty. Na zawsze sam, sama z tą hulajnogą, psem, kotkiem, plecakiem z Hello Kitty czy Spidermanem. Brak doniesień w ukraiński dzień ojca. Chociaż to niemożliwe, wiem, życzę wam chłopaki, wracajcie do domu żywi, cali. Ze wszystkich sił - nie dajcie się zabić. To moje życzenia od ojca dla ojców. Mądrzejsze się nie napisały. Wybaczcie. Dzień 117 i przedświt dnia 118 albo Projekt Traktatu Pokojowego (20/21 czerwca 2022) " We haven’t the proper facilities to take you all prisoner! Sorry! […] We'd like to, but we can't accept your surrender! Was there anything else? " (Major Harry Carlyle , "A Bridge too far") Litwa zablokowała tranzyt przez swoje terytorium towarów na które obowiązują sankcje z i do obwodu Kaliningradzkiego czyli do dawnego Królewca, wokół którego Stalin wyrysował linijką w 1945 buforową strefę po kilkadziesiąt kilometrów w każda stronę. Teraz już tylko morzem można cokolwiek tam dostarczyć, bo europejska przestrzeń powietrzna jest w zasadzie zamknięta dla rosyjskich samolotów. W odpowiedzi MSZ Rosji wezwało Litwę do natychmiastowego zniesienia zakazu tranzytu towarów do obwodu kaliningradzkiego. W Chersoniu do restauracji wpadł ktoś uzbrojony w broń maszynową i przejechał serią po trzech umundurowanych okupantach siedzących przy stoliku, Dwóch nie żyje, jeden ranny. Ukraińskie wojsko idące od zachodu podobno coraz bliżej Chersonia. Koleżeństwo od OSINT-u puściło dzisiaj film z magistrali kolejowej w głębi mordoru, w okolicach Irkucka. Jechał tam pociąg wiozący z dalekiego wschodu czołgi na lorach - zapewne w stronę Rostowa albo Biełgorodu. Pilni policzyli. Było 11 czołgów T-80BW, czyli może nie najnowszych, ale i nie rupieci i ponad 20 stareńkich T-62. Kolega prowadzący profil „ Ukraina: wojna ” napisał, że nie jest w stanie już policzyć eksplodujących wokół linii frontu składów amunicji i paliwa. Orczych składów. Ja w tym czuję robotę polskich krabów, może też francuskich Caesarów. Skoro kolega, który analizuje każdą wieść z Ukrainy już nie umie się doliczyć ile to tych składów wyleciało ostatnio w powietrze, to musi być grubo. Pisałem ostatnio o Kazachstanie, że jego prezydent o trudnym do wymówienia imieniu powiedział, że nigdy nie uzna bieda-państewek putinowskich na terytorium Ukrainy? No to zrobiło się jeszcze śmieszniej. Chanat zablokował eksport kazachskiej ropy. W odpowiedzi Kazachstan zatrzymał łącznie 1700 wagonów z moskiewskim węglem. Kupiłem popcorn i czekam na ciąg dalszy. Za to Pani Zacharowa, rzeczniczka chanatu podobno przestała pić. I zdaje się, że zwalczyła picie metodą moich kumpli z liceum, którzy z kolei z palenia gandzi leczyli się tankowanie jabola. Im się udawało, czemu by Zacharowej w drugą stronę nie miałoby się udać? Zatem przestała pić i się sztachnęła, ale chyba za ostro. Zdjęła chmurkę i poszło jej tak, publicznie: - Ukraina, którą znaliśmy w granicach, które kiedyś były, już nie istnieje i nigdy więcej nie będzie istnieć. To oczywiste. Jeśli chodzi o referenda, o których się mówi, to jest to sprawa mieszkańców regionów, których ta sprawa dotyczy. Skoro było jej wolno, to i ja wciągnąłem głęboko nocne powietrze do płuc i pomyślałem, że pora rozważyć traktat pokojowy, napisać go zanim zważą się losy wojny i mieć w pogotowiu, jakby co. Tak działa na mnie tlen w dużych ilościach. Zaciągnąłem się tlenem i myśli jakoś same popłynęły niczym strumień, potok górski co to się nie zdumiewa, że w dół spływa. I wyszło coś takiego: Po pierwsze zatem chanat moskiewski musi uznać, że dokonał nielegalnej i niesprowokowanej inwazji na kraj sąsiedni. To będzie precedens. W kolejce do podpisania podobnych traktatów stoi już Gruzja, Mołdawia. Po drugie - wszyscy uznają Ukrainę w granicach określonych w memorandum budapesztańskim z 1994 roku, bez żadnych ograniczeń co do wchodzenia lub wychodzenia z sojuszy politycznych, gospodarczych lub wojskowych z pełnym prawem do dysponowania swoim terytorium i wszelkim potencjałem wynikającym z bycia niepodległym państwem. Chanat oczywiście też może sobie wchodzić w dowolne sojusze wojskowe i gospodarcze, jeżeli tylko ktoś będzie go chciał. Bo ja wiem, może Wenezuela, może Korea Północna, Syria Asada, póki ten rzeźnik rządzi? Nie bądź gnidom, poczuj fridom - jak mawiała kumpela. Chanat w ramach reperacji wojennych wyda Ukrainie wszystkie bazy wojskowe na Krymie wraz z wyposażeniem i częścią Floty Czarnomorskiej. W ramach reperacji wojennych wyda ze swoich składów uzbrojenia także ekwiwalentną ilość uzbrojenia aby uzupełnić ubytki sprzętowe w armii ukraińskiej w tym lotnictwie, wojskach obrony powietrznej i rakietowych. Reperacje za straty cywilne dopuszczone są do wypłat w naturze – poprzez dostarczenie Ukrainie elementów infrastruktury ciężkiej do odbudowy przemysłu, taboru klejowego, infrastruktury drogowej, kolejowej, energetycznej, portowej i morskiej. Most krymski zostaje zamieniony na most zwodzony, przy czym kołowrotek zostaje oddany w zarząd władzom ukraińskim. Reszta reperacji wojennych, która nie może być wypłacona w naturze zostanie wypłacona w środkach finansowych pochodzących z zamrożonych aktywów federacji rosyjskiej w walutach zagranicznych i w złocie. Zostaną wypłacone finansowe odszkodowania wszystkim ofiarom oraz rodzinom ofiar wojny, ze szczególnym uwzględnieniem ofiar cywilnych i począwszy od roku 2014. Zostaną także wypłacone przez federację zadośćuczynienia własnym obywatelom i ich rodzinom powołanym do walki w zbrodniczej, nielegalnej i niesprowokowanej inwazji na Ukrainę. Zostaną wydani stronie ukraińskiej lub międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości wszyscy podejrzani o popełnienie zbrodni wojennych lub zbrodni przeciwko ludzkości bez względu na piastowane stanowisko. Okręg Kaliningradzki zostanie ustanowiony Wolnym Miastem Królewiec we wspólnym zarządzie Rady Aliantów, ONZ i UE a po upływie 99 lat zostanie w nim ogłoszony plebiscyt odnośnie dalszych losów. Republika Naddniestrza zostanie ogłoszona międzynarodowym skansenem radzieckim i wstęp do niej będzie możliwy tylko po wykupieniu ważnego biletu uprawniającego do oglądania ekspozycji i oddana pod zarząd UNESCO. Chanat będzie zmuszony wycofać się ze wszystkich swoich zagranicznych baz i otrzyma zakaz na 99 lat używania sił zbrojnych w jakichkolwiek misjach poza swoimi granicami, nie wyłączając misji UN. Sankcje na chanat zostaną utrzymane do czasu całkowitego wypełnienia postanowień traktatu pokojowego, a znoszone mogą być jedynie częściowo dla usprawnienia procesu wypłaty reperacji wojennych. Chanat zostanie pozbawiony prawa do rozbudowy i odnowy potencjału jądrowego, zakazany będzie z nią wszelki handel podzespołami i sprzętem mogącym posłużyć do tworzenia nowych generacji głowic nuklearnych i środków ich przenoszenia. Chanat rosyjski zostanie zmuszony do wpisania do konstytucji wyłącznie obronnego charakteru swoich sił zbrojnych i zakazane zostanie rozwijanie wszelkich doktryn oraz prowadzenie ćwiczeń według tych doktryn, przewidujących jakiekolwiek prewencyjne działania poza granicami chanatu. Zdejmowanie sankcji będzie postępować w miarę przyłączania kolejnych milionów Rosjan i Rosjanek do sieci kanalizacyjnej i montażu dolnopłuków w mieszkaniach. Po napisaniu ostatniego zdania wypuściłem wreszcie powietrze z płuc. Miałem mroczki przed oczyma. - Amen - powiedziałem na głos, wiedząc, że oznacza to tyle, co "niech tak się stanie", "niech tak będzie". Powietrze w płucach zrobiło swoje. Szumiało mi mocno w głowie gdy patrzyłem na blady brzask nad Kiełczowem przełamujący się z ciemnością i powtórzyłem jeszcze raz: - Amen, amen, amen A potem dodałem, bo świtało: - Слава Україні Noc z dnia 118 na 119. Podawajcie to dalej, podawajcie wytrwale (21/22 czerwca 2022) Zatem powiadasz mój książę, że siedem niemieckich haubic wreszcie dojechało do Ukrainy? Ba. Niemiecki rząd opublikował generalną listę rzeczy jakimi wsparł armię ukraińską. Są tam racje żywnościowe, są autobusy, samochody osobowe, nawet szpital polowy, są zestawy archiwalnych rakiet "Strieła", podobno w 1/3 nie nadawały się do użytku, no ale były i hełmów było już ze dwadzieścia tysięcy. No i siedem haubic samobieżnych. Nie było tam czołgów, transporterów piechoty, ale było siedem haubic samobieżnych. Siedem. Czy to mało? Czy ktokolwiek, kto toczy śmiertelny bój powie, że to mało? A czy te dziesięć kolimatorów, które miękko odbiło się od moich rąk dzisiaj rano, to dużo czy mało? Szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę, że one tylko odbiły się od moich rąk, nie mam żadnych praw do nich bo to koledzy, koleżanki załatwiali pieniądze, koledzy, koleżanki zawiozą niebawem odbiorcom, a sam kolimator nie strzela tylko emituje taką zabawną kropkę. Zieloną lub czerwoną. Sprawdziliśmy - tak jest, można ją przesunąć w jedną lub drugą stronę, sprawić, żeby była większa, albo mniejsza, jaśniejsza lub ciemniejsza. I wiem jedno, że poczucie bezsilności jest kłamstwem podrzucanym przez złego ducha. Do tego, żeby coś zrobić nie jest potrzebna rozległa wiedza, świadomość sytuacyjna, informacja o tym czy orcze hordy przeszły przez rzekę czy nie. Potrzeba woli. Gdzie wola, tam i droga. Czyje to zdanie było? Gaston Rebuffat? Czy jednak Mallory, który miał zostawić zdjęcie żony na Evereście? To nie znaczy, że nie masz prawa cieszyć się życiem, śpiewem ptaków, zabawą z dziećmi, dobrym filmem czy dobrym winem albo dobrą muzyką. Nie. To chodzi o to, żeby dodać do tego coś jeszcze. Czasem coś drobnego. I dodawać wytrwale, dzień po dniu. Cieszę się, że siedem niemieckich haubic już jest w Ukrainie. Cieszę się że dziesięć naszych kolimatorów do nich niebawem dołączy. Wprawdzie my jesteśmy grupą kilkudziesięciu znajomych a za haubicami stoi całe państwo niemieckie, ale każdy orze jak może i jak chce. Przecież gdzie wola tam i droga, prawda panie Scholz? Tymczasem. Aby. Aby do przodu jak pisał niegdyś poeta. Dzień 124. Powrót z Pragi (26 czerwca 2022) Zatem wróciliśmy z Pragi. Miękko. Z upału w upał. Wysiadamy a tutaj na tablicy odjazdów autobus z Wrocławia do M e l i t o p o l a. Tak, tego pod chwilową rosyjską okupacją. Pomyślałem, że to piękny gest, mocny i cichy, stanowczy, ale nie wołający o uwagę. Taka cicha zaciętość, taka nasza mała solidarność, małe my, na wojnie z wielkim złem. Po prostu, ktoś w komercyjnej firmie autobusowej powiedział cicho - nichuja. I to było piękne. I wiem, że ten autobus na razie nie dojeżdża do Melitopola, ale jedzie pewnie tak daleko jak się da. I to jest siła, moc i wytrwanie jakie musi stać za naszymi kiedy będą chwilowo musieli oddać pewnie niejedno miasto. Boże chroń kierowcę jadącego od wczoraj do Melitopola. Daj mu kiedyś tam naprawdę dojechać. Z naszą, naszych "Krabów", siedmiu niemieckich Panzerhaubic i trzech niemieckich HIMARS-ów pomocą, amen. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.
- Tomasz Pietrzak – pięć wierszy
Dżdżownica Wolałbym, żeby bóg był dżdżownicą. Powstałbym na lepszy obraz lepszego podobieństwa, a nie na obraz małpy, co zgubiła ogniwo, nie na podobieństwo kręgowca, co ma tak wątły kręgosłup. Taka dżdżownica – przetnij ją na dwie, a dwie pójdą pogodzone w dwie strony, przetnij na cztery, a gleba się użyźni. Weź dwoje ludzi, a masz ogień wojen. Weź czterech, a stworzysz pustynię. Kartografowie Na ani jednej z map na Akademii Ekonomicznej nie widać wojen, które rozdzierały papier i skórę. Żadnej z wyrysowanych gór nie rozerwał ostrzał z okopu, żadna rzeka w toku nie zmieniła biegu i żadna sucha dolina nie stała się żyzną wyżyną. Równiny są równo zielone i nieusłane, a morza –morzami, nie arenami. Jeśli jest most, to zespala brzegi ,jeśli port, to stoi otworem dla wszystkich. Jednakowo to wygląda na mapach z dwa tysiące dwudziestego i tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Tak samo kreślili kapitaliści i komuniści. Jedni dodali, co było ujęte, inni ujęli, co dodane, w kolorową sumę summarum wierzyć nakazali. Konferencja pokojowa Przylecieli, aż popuściły cugle unijnych norm emisji dwutlenku węgla. Dwadzieścia siedem samolotów, plus jeden obrażony, jeden nieproszony i jeden mający wąty do reszty kołujących na płycie. Zatrzymali się w sześciuset sześćdziesięciu sześciu pokojach, co dało sześćset sześćdziesiąt sześć snów o potędze. Na powitalnym raucie wzniesiono trzy toasty – za góry, za rzeki, za lasy. Wypito tysiąc osiemset piętnaście kieliszków pinot noir (rocznik ’45). Pięć osób dało sobie w pysk, trzy rzygnęły. Wystąpił jeden szeregowiec, który zdał relację z utraty jednej pachy, jednego oka i trzech palców. Jedna matka pokazała, jak roni się pięć łez ,a pół dziecka wzruszyło kelnera i puzonistę. Wbiegł jeden czarny kot – też zdziwiony. Posypały się mowy, w czasie których siedem razy mylnie odczytano słowo „pokój” – co pociągnęło chryję w foyer. Rano zaś odbyła się debata nad debatą. W jej trakcie osiem krajów trzasnęło drzwiami, trzy zatrzasnęły się w klozecie, dwa wyszły dwa razy, a jednemu spadła korona z głowy. W końcu jednak – po pięciodaniowym obiedzie – podpisano Traktat Pokojowy, ciągnący się przez tysiąc dziewięćset osiemnaście stron. Cyrylicą zapisano w nim roszczenia jak ustępstwa oraz wnioski jak przesłanki. Na rozchodniaczka tysiąc rąk biło brawa i wręczono pamiątkowe szlafroki od Diora. Jedna nabita armata nie wypaliła. Homo Emeritus Zniedołężniały, obolały, przejrzały – z tego słabego ssaka już nic nie będzie. Co przeżył, przeżył, co stoczył, stoczył – i nic więcej nie powinno mu być dane. Za dużo ziemi przelał, za dużo mórz podeptał. Spał na swoich, jadał cudzych. Pogarbiony, pokrzywiony, wyłysiały nosi w sobie pamięć wojen i geny zaraz. Dalej nie pójdzie w tej przemiękłej skórze. Już nowe wyrosło z liczb i zrozumiało, czym stare się karmiło. Bądźmy pewni, że nie pochowa, nie spali, nie przykryje, odkąd wiadomo, że nie będzie miało rąk, tych machin, które niosą najczystsze zło. České dráhy Wkrótce Polki będą mogły legalnie usuwać ciąże – oświadczył polityk i umarł na zawiew złego wiatru. Wkrótce , to znaczy wtedy , kiedy ich koleżanki Amerykanki montować będą moduły mieszkalne na Marsie, a koleżanki Arabki zasiądą większością w Radzie Omanu. Siedem lat tłustych, siedem lat chudych, siedem suchych, siedem mokrych – widzi Karo, która zgłębia chiromancję, boże demony i koła. Chyba, że wcześniej, w końcu zaanektują nas Pepiki. Polki mają sentyment do Czechów. Moja matka dwa razy była w Czechach, dwa razy w Ostrawie. Wracając nocą mówiła, że Czesi są tacy gościnni, mają czułe i ciepłe dłonie, że dają każdej Kofolę, lentilky i papier do jedzenia. Niebawem Polki będą mogły legalnie usuwać ciąże. Póki co z Katowic do Pragi uruchomiono pospieszny. Jeździć będzie w dni bez niedzieli i wracać w połowie pusty. Tomasz Pietrzak (ur. 1982) – autor sześciu książek poetyckich, najnowsza, Bery z dzielni miała premierę w Wydawnictwie Znak (2025). Wcześniej wydał m.in . Bosiny (2020), Pospół (2016), Stany skupienia (2008). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike – w 2013 r. za tom Rekordy, a w 2015 r. za tom Umlauty . Publikował na łamach m.in . „Odry”, „Twórczości”, „Przekroju”, „Gazety Wyborczej”, „Wizji”, „Tygla Kultury”, „Miasteczka Poznań”, „Dekady Literackiej”, „Wyspy”, „Dwutygodnika” i in. Od 2018 roku współorganizator Portu Poetyckiego w Chorzowie – największej imprezy poetyckiej na Śląsku. Mieszka w Katowicach.
- Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (22)
Dzień 108. Wake up, wake up Dwa dni były snem. Spałem też naprawdę, jakby mi ktoś wtyczkę od zasilania wyłączył, pyk i nie ma mnie dla nikogo. Z wiekiem zdarza mi się to coraz częściej. Nie poradzę. Mam jeszcze do zrobienia kilka rzeczy. Jednak czuję wyraźnie, że mam też niepisaną rolę czuwającego. Są wokół łowcy newsów, fotosów, komentarzy, analiz., ale nie jestem żadnym z nich. Ja tylko czuwam i zapisuję, żeby zostało, żeby nie zapomnieć za miesiąc, za rok, za dziesięć lat. Zapisuję, że pojawiły się pierwsze zdjęcia i filmy przejętych przez Rosjan czeskich i polskich czołgów, pierwsza trafiona na froncie ex-amerykańska haubica M777, pierwsi trzej jeńcy z legionu międzynarodowego skazani na śmierć przez jakieś gremium, którego podpis nawet na papierze czerpanym z jedwabiu wyglądałby jak bohomaz z szamba. Zapisuję, że kilka dni temu w Chersoniu wyleciała w powietrze restauracja w pobliżu siedziby kolaboracyjnych władz. Zapisuję, że dziennie spada armii rosyjskiej ze stanu bateria artylerii, średnio, czasem więcej, czasem mniej. Na razie bowiem to artyleria lufowa jednak odpowiada tak w tej, jak i w innych wojnach ostatnich 100-150 lat za większość strat. Richard Overy twierdził, że w 1939 roku Luftwaffe odpowiadała za nie więcej niż 10-15% wszystkich strat w substancji miejskiej i strat ludzkich obleganej Warszawie, cała reszta to artyleria. Chociaż w naszej zbiorowej pamięci jako sprawca większości cierpień, większości śmierci zajmuje niemiecka Luftwaffe. Te ograniczone sukcesy, jakie mają Rosjanie na tym ograniczonym wielce teatrze działań na wschodzie Ukrainy to w lwiej mierze zasługa lufowej artylerii, jej zagęszczenia, w którym celność przestaje się tak bardzo liczyć. Dlatego dobrze, że ich artyleria krwawi codziennie. Niech krwawi. Zapisuję dalej, że Niemcy pod przewodem kanclerza Olafa oświadczyły, że przeciwlotnicze pociski rakietowe IRIS-T SL to jednak będą później - nie jesienią tego roku, może zimą, może wiosną roku następnego? Zapisuję tez w pamięci to zdjęcie postrzelanego statecznika ukraińskiego MIG-a 29 widziane gdzieś w internecie. Jak na szklanych płytkach, diapozytywach nakładają się w mojej głowie wyrwane z kontekstu cytaty z książek czytanych dawno temu. Na przykład o Brygadzie Pościgowej walczącej nad Warszawą w 1939. Że chłopaki latali, aby tylko mechanik wyklepał wgnioty, drutem załatał dziury w skrzydłach, zbrojmistrz usunął zacięcie kaemu i dalej, dalej. No tylko przypomnę. Polska Brygada Pościgowa 7 dnia wojny musiała opuścić lotniska i ewakuować się pod Lublin, a po 17 dniu wojny z resztkami sprzętu ewakuowała się do Rumunii. A dzisiaj, o ile dobrze liczę, mamy dzień 108 i widzę - mimo legendy o tym, że ukraińskiego lotnictwa już nie ma, bo zostało trzy razy zniszczone - ktoś mówi, nic nie mówiąc: – Aby tylko mechanik wyklepał, załatał, na drut złapał linki - znowu polecę. Na tamtym zdjęciu nie ma ani jednego człowieka. Nie wiadomo przed kim skłonić głowę. Ale ktoś łatał te dziury po pociskach, ktoś tym samolotem lata, ktoś dostarcza do niego cichcem lub oficjalnie części zamienne. I to nieprawda, że pilot utożsamiany z legendą „ghost of Kyiv” został zestrzelony. Tak, zginął nie jeden pilot i nie jedna pilotka. Ale opowieści o prawdziwym Duchu Kijowa nie da się zestrzelić. Nie jesteście w stanie zestrzelić Ducha. Z opowieścią nie da się wygrać. Głupcy. Dzień 110. "Europa daje to, co chce – Polacy to, co mają" Odpoczywałem, rozmawiałem z redaktorem o książce z wierszami, liczyliśmy z żonką topniejące zasoby myśląc, że z tych wakacji faktycznie może niewiele nam wyjść, chociażby się chciało. W jakimś momencie rozmowy z redaktorem na naszym zielonym backyardzie somsiad ozwał się zza płotu, żebym sobie zobaczył co tutaj ma jakby co. Podał mi nad bluszczem porastającym drewniane ogrodzenie między nami ciężką kamizelkę, cztery plus, i hełm, ale bez uszu. Hełm już znałem, kamizelki zawsze ostatecznie szły z innego źródła. No to ja mówię somsiad, popatrz na to i pokazuję mu ekran smartfona a na nim dwóch chłopaków w niskim lesie, jeden ma pudło z dronem, drugi ma na lufie termo. Mam w tym mały udział. Przez chwilę trzymam kamizelkę, zastanawiam się czy sobie nie przymierzyć. Cztery plus, ciężka jak cholera. Gdyby w takiej pobiegał szybko bym pożegnał nadwagę, albo, gdybym biegał za wolno - pożegnałbym życie. ale jednak nie. Jakiś przesąd, zabobon czy coś. Żeby jednak mimo wszystko oddzielać się cienką, czerwoną, niewidzialną linią. Jesteśmy w tym, ale jeszcze nie tak. Nie założyłem. Zaprosili mnie znajomi do grupy OSINT czyli open source intelligence, biały wywiad. Mówię, dzięki, nie mam żadnych źródeł, raczej myślę na podstawie dostępnych informacji, ale żaden ze mnie analityk. Pytam człowieka, który mnie zaprosił, nie pomyliłeś się aby? Nie, odpisał, musisz mieć dużo materiałów do inspiracji dla tego co robisz. Masz pisać, musisz mieć na podstawie czego pisać. Po prostu rób swoje, pisz. Zatem siedzę cicho i czytam, co mówią i piszą. Może poza Wyrwałem, z Onetu, który powtarza, że na jeden ukraiński pocisk pada dwadzieścia rosyjskich. Rozumiem, że on jest na pierwszej linii, że to powoduje, że ma inny punkt widzenia. Ale jak on to policzył? Siedział w miejscu gdzie jest i liczył na słuch? Umiał poznać która eksplozja jest po ukraińskim a która po rosyjskim pocisku? A potem uznał, że tak jak w tym miejscu gdzie on jest - jest wszędzie indziej? Skąd on to wszystko wie? A może nie wie, tylko tak uważa? A jeżeli nie wie tylko uważa, to może jednak powinien to zaznaczyć, że to jego jednostkowa opinia a nie wiedza? Tymczasem zapisuję, że pali się w Rosji, oj pali. Baza morska nad Bałtykiem się pali, baza remontowa na pograniczu z Ukrainą się pali, Instytut Informatyczny Rosatomu w Saratowie się pali, Zakłady Optyczno-Mechaniczne w Siergiejew Posadzie pod Moskwą się palą, komisja poborowa we Władywostoku się paliła. Zapisuję, że w Siewierdoniecku wojsko ukraińskie trzyma się resztek terenów mieszkalnych i głównie kompleksów przemysłowych przy rzece. Rzeki mogą wysychać, bo lato ma być piękne tego roku. Doniec Siewierski może przestać być przeszkodą, na której będzie można oprzeć obronę. Przy czym nie jest tak, że nie ma niepokoju. Jest wielki niepokój. Weźmy takie Niemcy pod przewodem Olafa. Ledwo chlapnęli z pociskami przeciwlotniczymi IRIS-T SL, że jednak nie jesienią, ale może zimą, a jeszcze wcześniej, że nie przekażą jednak swoich wyrzutni HIMARS, bo muszą je przystosować do strzelania pociskami GLMRS, chociaż w necie jest ful materiałów z niemieckimi wyrzutniami strzelającymi z GLMRS, zatem ledwo co chlapnęli - a już nowe rewelacje. Otóż nie tylko, że nie przekażą Polsce swoich czołgów w zamian za te, które Polska przekazała Ukrainie. Nie. Zablokują też zamierzony transfer czołgów Leopard 2 do Ukrainy z Hiszpanii. Są producentem to im wolno. No cóż, tradycja dyplomatyczna, która mówi, że demokracja demokracją, wolność wolnością, ale w sprawach europy wschodniej i środkowej odrunung muss sein - trzyma się mocno. Pan robi się paskudny i pan się błyszczy czymś oślizgłym, panie Scholz. Pan się idzie umyć. Niech Pan zacznie od rąk. Niech pan umyje ręce, najlepiej na wizji. To też pewna tradycja. Ktoś ze znajomych z Ukrainy wysłał mema z ukraińskich internietów. Na zdjęciu polska bateria "Krabów" z lufami do góry. Podpis głosi: "Europa daje to, co chce - Polacy to, co mają". I to co już usłyszałem kiedyś, nie wiem kiedy, ktoś podał z ust do ust chyba zasłyszane zdanie od kobiety na granicy: Ukraina nie ma już wielkiego brata, ale ma siostrę – Polskę. Przy okazji - zwróciliście uwagę? Jak często tę walkę wspiera siła, która jest zobrazowana postaciami kobiet? Dziewczyn? Ukraina jako młoda dziewczyna podtrzymywana przez Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę zobrazowane jako stojące za nią młode kobiety. Na przykład. Jest tego mnóstwo. To buduje jakąś nadzieję inną niż wszystkie. Także nadzieję na jakieś przebudzenie innej siły, niż ta do tej pory nam znana, którą obrazuje obła twarz Scholza. I jeszcze na to, że to przebudzenie, które znajduje odbicie w ikonografii nie będzie powierzchowne. Na ten świat, który będzie po wojnie w którym taki kanclerz Scholz albo jakiś inny niemiecki kanclerz będzie musiał się na nowo uczyć naszej ziemi, naszych języków i kultur. I oczywiście Ukraina mu podziękuje za te siedem haubic, które niebawem mają się naleźć na froncie. Podziękuje, mam nadzieję, proporcjonalnie. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.
- Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 2)
Guzik prawda , czyli dlaczego nie medytuję na macie z TikToka Niektóre książki są jak kubek melisy – ładnie wyglądają, ale nic nie robią. Guzik prawda Amelii Pudzianowskiej jest jak espresso o trzeciej w nocy: nie chciałeś, ale nagle widzisz wyraźniej. I może trochę żałujesz. Pierwszy wiersz, Kobiety , to jakby ktoś przyszedł i wyłączył prąd w patriarchacie – na chwilę robi się ciemno, a potem widać, kto gdzie stoi. I nie, nie wszyscy są tam, gdzie powinni. Zamiast ckliwego „girl power” dostajemy zapis tego, co boli. Zero filtrów, zero haseł na T-shirtach z sieciówki. Pudzianowska nie daje nam żadnej szybkiej recepty. Nie mówi: „wybacz i bądź silniejsza”. Mówi: „to boli, zaakceptuj to”. I to jest może najbardziej wywrotowa rzecz, jaką dziś można powiedzieć. Ten tomik jest tak cielesny, że podczas lektury miałem ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie mam krwi na rękach. Mleko, kości, pot – to nie żadne rekwizyty, tylko dowody rzeczowe. Kapitalizm chętnie przerobiłby to na coś do kupienia: „bath ritual”, „detox juice”, „body positivity retreat za 3500 zł”. Ale Pudzianowska nie daje się w to wciągnąć – jej wiersze są jak komunikat „brak w magazynie” przy próbie kupienia gotowej odpowiedzi. Trauma w guzik prawda nie jest „ścieżką rozwoju”, nie ma jej w PDF-ie z afirmacjami na poranek. Tu trauma po prostu jest, jak brud pod paznokciami. Nie znika po 21 dniach praktyki wdzięczności. I to dobrze – bo może wcale nie chodzi o to, żeby wszystko „przepracować”, tylko żeby czasem powiedzieć: „tak, to mnie wkurza, i mam do tego prawo”. Z kolei wiersz Dysonans to esencja życia w epoce powiadomień push. Wojna, tutorial jak zrobić matcha latte, klęska humanitarna, kotek w czapeczce. I ty w tym wszystkim – z ręką na sercu i drugą na karcie kredytowej, bo algorytm właśnie podsunął ci kod rabatowy na buty. Pudzianowska wyciąga nas z tej schizofrenii i mówi: „Patrz. To nie jest normalne”. A wojna? W tym tomie to nie tylko front gdzieś daleko stąd. To wojna przy kuchennym stole. Rozmowa z ciotką o „ideologii gender” i spojrzenie mamy, które mówi „proszę cię, nie zaczynaj”. To wojna o słowa – o to, czy wolno ci mówić, jak się czujesz. Nie ma w tej książce żadnego „self-care contentu”. Nie ma podcastów o tym, jak „zwiększyć swoją produktywność przez odpuszczanie”. Nie ma „wellbeing lunchu” w firmie, na którym karmią cię sałatką i mówią, żebyś „znalazł balans”, a potem przypominają, że deadline jest w piątek. Zamiast tego dostajesz pozwolenie na wkurw. Na łzy. Na śmiech, który jest tak czarny, że mógłby być memem o „This is fine” z psem w płonącym pokoju. I humor tu jest – ale to nie jest „żarcik”, który ma rozładować atmosferę. To jest humor, który wbija ci szpilę, a ty się śmiejesz, bo wiesz, że to o tobie. Końcówka – Staw – to niby spokój, ale taki, co w nim coś bulgocze. Zakopiesz traumę, zakopiesz wstyd, ale wiesz, że to wypłynie. Bo trauma jest jak ten wujek z Wigilii – zawsze znajdzie sposób, żeby wrócić i opowiedzieć ci swoją prawdę. I może właśnie o to chodzi w tej książce – żeby zrozumieć, że czasem nie trzeba „domykać procesów”, „pracować nad sobą” ani „manifestować obfitości”. Czasem wystarczy powiedzieć: „guzik prawda” – i odłożyć telefon. I właśnie dlatego ten tomik jest potrzebny. Żeby przypomnieć nam, że mamy ciała, mamy nerwy, mamy prawo powiedzieć „guzik prawda” wszystkim, którzy próbują nam sprzedać kolejny poradnik o szczęściu. Bo czasem najlepsza duchowość to wyciągnąć środkowy palec, wziąć głęboki wdech i zacząć od nowa – na własnych zasadach. Amelia Pudzianowska, Guzik prawda, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025, str. 40. Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu ), a następnie wydał Dychotomię (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował w licznych czasopismach literackich, m.in . w Odrze, Przekroju, eleWatorze, Afroncie i Helikopterze, a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w ArtPapierze i Nowym Koziryneku. Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .
- Mirosław Drabczyk – Przewodnik po dzielni (recenzja)
Już okładka zapowiada, że nie będziemy mieli do czynienia z łatwą lekturą. Na czarno-białej fotografii widzimy scenę z podwórka, gdzie dwa białe konie w nienaturalnych pozach męczą się, aby napełniony węglem wóz cofnąć pod drzwi ceglanego budynku gospodarczego. Ubrany w kapotę i kaszkiet wozak, tak jak kobieta, która ten węgiel zamówiła, zgodnie patrzą na miejsce, gdzie węgiel ma być zrzucony. Dramat koni jest im obojętny. Bery z dzielni to reminiscencje z dzieciństwa spędzonego w jednej z biednych, zapomnianych i naznaczonych przestępczością dzielnic Górnego Śląska. Bieda, wykluczenie, przemoc, zabobon i alkohol tworzą konstrukcję, wokół której Pietrzak snuje swoje śląskie bery czyli opowieści. Na gęsto zaludnionej dzielnicy zamieszkałej przez Śląsko-Polsko-Romską mieszankę typów ludzkich dzieją się rzeczy doniosłe, heroiczne i dramatyczne: zabawy w krematorium, topienie małych kotów, ucieczka przed pijanym ojcem, pogrzebowa procesja, prześladowania na tle rasowym albo świniobicie, po którym odbywało się gromadne próbowanie parującego mięsa zapijanego wódką. Wszystko na równych prawach, choć w dzielni nawet kilkuletnie dzieci wiedziały, że prawa nie dla wszystkich są równe. Gdy miałem siedem lat, wyrosły mi włosy na rękach. Gęste, czarne, po psie. Cygan – wołali – gdzie tabor twój kundlu? A we mnie nie było Cygana A nawet gdyby, to co? Podskocz no, kurwo – Foczi mnie tak wychował. Lepiej niż matka. Wycieńczająca pracę w hucie, przedwczesne śmierci, rozpacz matek, choroby dzieci, biedę i wykluczenie Romów autor relacjonuje bez uderzania w tony patetyczne, nie sięga po socjologiczne mentorstwo. Krwawe zajścia, nieufność do władzy, kradzieże i powroty z więzienia dorosłych kolegów biegłych w operowaniu nożem należą wszak do krajobrazu dzielni . Pietrzak z zamierzoną nonszalancją wydobywa z pamięci sceny na pozór banalne, ale przejmująco reprezentatywne dla tego czasu i miejsca. Czasem nonszalancja ustępuje miejsca pieczołowitości, jakby opisywane zdarzenia były elementami pradawnego obrządku, któremu mieszkańcy dzielni muszą być posłuszni. Życie – zdaje się przekonywać nas Autor – choć ciężkie a chwilami beznadziejne, zasługuje na to, by nie odbierać mu świętości. Z tym, że świętość ma na dzielni wykoślawione oblicze: w biednej i zastraszonej społeczności zamiast rozumu rządzi przesąd i prymitywna wiara w złe moce. To nie szpikulec odebrał wzrok młodej Nowocce, a stara heksa z małego domku się zapatrzyła i złe oko puściła wodą. Tak ciemno tu było, tak głucho tu było. Na wszystko pacierze, na każdego amen. Nic, tylko przyzywanie i ciągłe odczynianie gęsim łojem. Teoretycznie tego typu sytuacje mogłyby rozgrywać się w dowolnym polskim mieście epoki Gierka i Jaruzelskiego. Niemal każde miało swoją “dzielnicę cudów”, do której postronni obywatele woleli nie zaglądać. Niepewność losu, ciasnota i bieda połączona z przemocą tworzyły klimat, który dla wielu pisarzy (ale także malarzy, wystarczy wspomnieć Dudę-Gracza) był inspirującym tworzywem. Jednak inne regiony, nawet takie te, gdzie rozwój przemysłu wymuszał przyśpieszony napływ siły roboczej, nie były naznaczone etniczną i historyczną odrębnością, co czyni całą opowieść jeszcze bardziej fascynującą. Tomasz Pietrzak – wnikliwy obserwator – odkrywa przed czytelnikiem tajemnice świata, który sam poznał. Jest przewodnikiem sumiennym, prowadzi przez krajobrazy, których istnienia wielu z nas nawet się nie domyślało. Niby Wergiliusz oprowadza nas po piekle ciasnych mieszkań, wspólnych wychodków, bocznic kolejowych, poniemieckich ruin, dawnych obozowych baraków, cuchnących podwórek i chlywików, w których trzymano świnie. Widziałem miasto obrosłe pleśnią o rozłożystej grzybni, miasto ojców, ciągnących się jak wory kości do domów, w których krochmal matek czekał abby wchłonąć cały alkohol. (…) miasto ziejące oranżem, miasto Etna, dyszące do uszu i duszące skrzela bobasów, które za wcześnie wyszły z ołowicowych matek. Porównanie jest umowne: Wergiliusz pokazywał piekło, jako miejsce, do którego śmiertelnicy dopiero mogą trafić, natomiast horror dzielni przywołany przez Pietrzaka to na szczęście przeszłość. Coś jak koszmar senny, który tylko wydaje się prawdą. Autor Berów z dzielni pozwala sobie na zmyślenia i hiperbole, przywołuje obrzędy podszyte zabobonem, dryfuje w stronę baśni. Ale w dalszym ciagu mu wierzymy, bo spod jego pióra wyłania się obraz niezwykle sugestywny. Każdy wiersz boli, ale nie dlatego dowiadujemy się o ciemnych stronach egzystencji w tym zakątku śląskiej aglomeracji, żeby współczuć. Dzielnia to nie jest miejsce na tego typu uczuciowość. Żeby nie cierpieć samemu, trzeba umieć być obojętnym na cierpienie drugiego. Tak jak ten wozak i kobieta ze zdjęcia na okładce. Pietrzak nie szczędzi nam brutalizmu, w każdym wierszu stawia go na stół jako danie główne. Ale nie zapomina o przyprawach: z nonszalancją godną Gabriela G. Marqueza miesza rzeczywistość z fantazją, ubarwia pospolitość, sięga po humor zawarty w gwarze śląskiej. Aż pewnej mroźnej nocy osiemdziesiątego piątego roku ze ścian sypnęło poniemiecką szpachlą i ojcu objawił się Pónbóczek jak żywy. czyli grzib, cza psikać – jak powiedział rano sąsiad medalikarz. Bery z dzielni opierają się na narracji. Czytelnik czuje tę narrację, mimo, że książka Pietrzaka zawiera wiersze pisane oszczędnym, niemal minimalistycznym językiem. Forma pokornie podąża za treścią, czasem dwuwers przypomina ludowe wyliczanki, a litanijność jest zabiegiem jak najbardziej świadomym. Jednak tajemnica sugestywności tych wierszy polega również na tym, że tytułową dzielnię oglądamy z dwóch perspektyw jednocześnie. Na szczegółowe, skupione na detalach i pamięci zmysłów widzenie dorastającego chłopca dorosły poeta nakłada obraz większy, pokazujący tło społeczne, polityczne i ekonomiczne. To pozwala nam lepiej zrozumieć zawiły świat w jakim dorasta kilkuletni a potem nieco starszy narrator. Ten i pozostałe zabiegi stylistyczne autor stosuje z podziwu godną precyzją każąc zastanawiać się nad pojemnością języka. Mimo, że nie jest to język specjalnie pieprzny (przy takim nagromadzeniu grozy stosowanie wulgaryzmów jako środka ekspresji wydałoby się przesadą, a jeśli już poleci jakaś kurwa, to wyłącznie jako cytat), niektóre strofy smakują jak mocny bimber przegryzany surową cebulą. I tak klimat psychiczny odrapanych podwórek, opis nędznie ubranych ludzi, strach umorusanych dzieciaków i ich nadzieję na lepszy świat Pietrak potrafi pomieścić w kilku niepozornych wersach. Czytelnik konsumuje destylat. rozdają dziś mąkę – 1 kilogram na jeden łeb, czyli dostaniemy 3 kilogramy i może kilo na świeżo poronionego brata – się zobaczy Jest fajnie, darmoszka zawsze jest fajna Tomasz Pietrzak pisze o czymś, co dobrze zna, a przy okazji udowadnia, że potrafi tak dobrać język, aby opowieść wybrzmiała najczyściej. No i te zaskakujące puenty! Wiersz o tym, że w piwnicach rozłożono truciznę na szczury, a dwóch niepiśmiennych Romów zatruło się nia śmiertelnie, bo nie zrozumieli napisu DERATYZACJA kończy się tak: (…) Poszła im piana z ust I zamigotało serce. jak przyjechała sanitarka, szczury (jeszcze wtedy żywe) rozstępowały się biblijnie. Mój dawny znajomy, zdobywca ważnych nagród poetyckich porównywał pisanie wierszy do rundy bokserskiej: ”Masz boksować w zaplanowanym rytmie, z siłą na którą cię stać, możesz zwalniać i przyśpieszać, ale najważniejsze abyś tuż przed końcowym gongiem wyprowadził najmocniejsze ciosy. Ze zwarcia to ty musisz wyjść z ciosem.” Wiersze Tomasza Pietrzaka zawarte w tomie Bery z dzielni spełniają ten warunek w stu procentach. Czytelnik na koniec każdego wiersza otrzymuje cios między oczy i w masochistycznym odruchu odwraca stronę, żeby przeczytać kolejną wstrząsającą relację z życia w dzielni. Ktoś kto w dorosłym życiu próbuje potłuczony witraż własnego dzieciństwa złożyć w spójną całość i nie utracić przy tym żadnej z barw, konturów ani rozległego tła (rodzinnego, społecznego, politycznego) - ten wie jaka to trudna sztuka. Trudność nie dotyczy wyłącznie zawodnej pamięci, idzie tu raczej o nieprzystawalność języka, który nagle wydaje się nie dość pojemny i plastyczny, aby oddać ogrom sensualnych, pięknych i jednocześnie traumatycznych doznań odciśniętych w dziecięcym umyśle. Mając to na uwadze, trzeba przyznać, że Tomaszowi Pietrzakowi, który w równym stopniu prezentuje się jako poeta i gawędziarz, ta sztuka się udała. Jego Bery z dzielni , niczym odnowiony witraż ukazujący mitologiczne sceny zajaśniał naprawdę mocnymi barwami. Życzyłbym autorowi, aby ta książka została doceniona przez jury najważniejszych konkursów literackich. Tomasz Pietrzak , Bery z dzielni, Wydawnictwo Znak, Kraków, str. 90 Mirosław Drabczyk – poeta, tłumacz i prozaik. Autor książki Szopka ruchoma , redaktor Magazynu Suburbia.
- Przemysław Jaźwiński – trzy wiersze
bardzo blisko czas jest zawsze trzeba go tylko uważnie poszukać może siedzieć na końcu pomostu z twarzą we mgle jesień zaplanowała wcześniej malowanie krajobrazu zaraz wszystkie rumieńce świata staną się widzialne prawdopodobnie lubi też wędrowanie wzdłuż myśli te rozczochrane wrzeszczą ile tylko sił w sylabach pochylony wędrowiec nauczył się jak zaklinać chłód skrzydła rozkłada przy dużym wietrze znad posłowia bez skrępowania potrafi zamykać się w sobie na zaś zardzewiały klucz postradał liche zęby w trybie in-out zabawa w przesypywanie minut w ciszy jeszcze trwa chwilowo wszyscy konsultanci są zajęci przemijaniem natychmiast w przestrzeń da się wyprawić już całkiem daleko zebrany w całość milaż nie ogranicza imaginacji bibliograficzne punkty odniesienia z wielu stronic dają inną perspektywę rozumienia miary kroków próba odnalezienia siebie na zasobnych półkach kwerenda źródłowa lubi towarzyskie wykrzykniki stojące na etażerce lusterko o bujnych kształtach wyciąga zza szafy kolejny tom przygód o niczym instantyzacja oczekiwań umie pożegnać wartości coraz mniejsza dostępność nie budzi sprzeciwów w ciemnej piwnicy nawet licha latarka jest słońcem dobrze widoczna droga prowadzi tam gdzie trzeba nie przeszkadzać miejsce gdzie często przystaje czas na chwilę i w sobie wiadomym celu pozostaję ukryty między stertą łodzi pod brezentem stalowego już nieba zerkam jak szybko zzuwa stare buty wchodzi po kostki do chłodnej wody chleb dla ryb sypie się mu z kieszeni jedzą go ptaki o dziobach bez gniazd zapytałbym o jungowską teorię cienia prawo karmy losy tylu bodhisattwów armagedon bryły platońskie dharmę widział wiele ma wiedzę kto jak kiedy nie miałem śmiałości to jego moment zawsze jest tym samotnym świadkiem choć jestem nieźle ukryty wiem dobrze że widzi jak jem wszystkie swoje czyny Przemysław Jaźwiński – doktor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki na jednym z warszawskich uniwersytetów, socjolog, fotograf. Laureat Nagrody Głównej VII Edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Brwinowski Parnas” (2023). Uczestnik wielu innych ogólnopolskich konkursów poetyckich, publikował w antologiach i wydawnictwach pokonkursowych. Miłośnik natury i entuzjasta różnych sposobów jej uwieczniania. Mieszka w Warszawie.
- Agnieszka Rykowska – Jelita, drugi mózg
Mówią, że ryba psuje się od głowy. Człowiek od wnętrza. Moje jelita kiedyś zaczęły wydawać dziwne dźwięki, coś jak gul, gul, gul. Kiedy je usłyszałam, szybko wybiegłam na podwórko, by objąć wzrokiem drób. W kiszkach nadal coś gulgotało, więc podbiegłam z siekierą do indora. Moja dłoń jednak nie pasowała do siekiery - nie chciałam zabijać, kiszki jednak nadal grały. Musiałam go walnąć. Od tej pory brzydzę się morderstwami. Nieraz odzywa się we mnie "gul, gul, gul" i czuję wtedy, jakbym miała gule w gardle. Ludzie boją się takich dźwięków, bo one oznaczają rozpacz. Takie natarczywe gulanie to nic przyjemnego. Jelita siostry tak zagrały w gościnnym pokoju, jakby w pobliżu przejeżdżała karetka na sygnale. Siostra, po kursach z przysposobienia obronnego, specjalistka od udzielania pierwszej pomocy, pomyślała, że może się przydać i wybiegła na ulicę, by komuś pomagać. Ale tam nie było nikogo. Tylko dźwięk jej kiszek. Od tej pory stale miała przy sobie coś do jedzenia, żeby kiszki nie postawiły jej w stan pogotowia. Z bratem problem polegał na tym, że był ciągle głodny i chudy. Prawdopodobnie miał ten szczególny metabolizm od zgrabnych kurczaków matki, która była zapobiegawcza - chroniła je przed nadmiarem cholesterolu. Kurczaki dobrze się odżywiały. Czasem podejrzewałam, że może jelita brata miały tasiemca. Często chodził do toalety, dużo jadł, zaś ja nie mogłam nadążyć z kupnem papieru i jedzenia. Wciąż był chudy! Wszystko przez te chujowe jelita. Jelita syna były mi najmilsze. Nie brzydziłam się brudnych pampersów, robił cudowne, nieśmierdzące kupki i nie miał kolki jelitowej. Raz jednak, w okresie adolescencji, jego jelita poczuły dotyk ziemi podczas upadku na rowerze. Wziął później siekierę, tak jak ja na indora, i zaczął nią uderzać w koła. Czy to było normalne? Raczej nie. Czy te grające w dziwny sposób jelita mogły być czy też są normalne? Synowi koła wybaczyłam. Należy tolerować bunt nastolatka, okres adolescencji, bo jeśli nie zaakceptujemy, to w późniejszym czasie dzieciak wykipi i może chwycić siekierę nie tylko na koła. Matka po raz pierwszy upadła na rowerze, gdy miałam dziesięć lat. Wstydziłam się jelit matki, bo w szkole dzieci się śmiały i krzyczały, że jej jelita pokochały alkohol. Drugi upadek nastąpił piętnaście lat później. Był śmiertelny. Wtedy nikt się nie śmiał. Ojciec miał wrzody na żołądku i przyjmował na nie lekarstwo w postaci białego mleczka. Mleko od krowy pił do końca swoich dni. Nie wiedział, że starzy ludzie nie tolerują mleka, tutaj jelita nie są łaskawe, ale ojciec wiele rzeczy i spraw nie tolerował. Gdy myślał o Związku Radzieckim potwornie cierpiał, kurczyły się jego jelita i żołądek, więc może stąd te wrzody. Prawdopodobnie. Gdy matka była pijana, ojciec karmił mnie butelką mleka, na dnie której pływał list z nazwiskami i imionami zamordowanych – ofiar stalinowskiego systemu. Moje jelita nie protestowały. Jelita mojego redaktora były nienasycone, jeśli chodzi o wulgaryzmy. Gdy w moich wierszach zobaczył słowo wypierdalać , jego jelita ucieszyły się i przyssały mentalnie do mojego mózgu. Myślałam, że rozpoczęliśmy "wielki romans" - dopadła mnie ochota na następną książkę, miało to być nasze wspólne dziecko. On niestety miał zaparcia i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Student trzeciego roku medycyny miał problemy z przedmiotu - mikrobiologia. Nauka o bakteriach słabo wchodziła do jego głowy, dlatego próbowałam mu nieco rozjaśnić, jak z tymi bakteriami tak naprawdę jest. Nie mógł zaakceptować, że wewnątrz oprócz dobrych bakterii (prawie wszystko zaczyna się w jelitach!) mamy też bardzo szkodliwe mikroorganizmy. Tłumaczyłam, że z bakteriami jest bardzo podobnie, jak z ludźmi. Choćby taki gronkowiec złocisty Stapchyloccocus aureus (czyż nie piękna nazwa?) Pod mikroskopem ma cudne barwy, a jak straszliwych szkód potrafi narobić! Jego obecność nie kończy się na zwykłej biegunce. Bardzo przed nim przestrzegałam studenta. W mojej wiosce przez dwa tygodnie woda nie nadawała się do spożycia. Nawet zmywać w niej nie mogliśmy. Wykryto pałeczki kałowe i bakterię coli. Kanalizację robili i stąd skażenie. Mieszkańcy przeważnie wyprawiali się samochodami po dobrą wodę do specjalnej cysterny, stojącej przed domem strażaka. Codziennie taszczyłam dwadzieścia pięć litrów świeżej, czystej wody. Byłam zła na te przeklęte bakterie. Samochodu nie miałam i w ten oto sposób przez pałeczki kałowe świat poznał mój wspaniały pojazd: taczki. Kurwa mać! "Każdy ma taki pojazd, na jaki zasłużył" - myślałam. Potem się bałam, że mnie na tych teczkach, jak Jagnę z "Chłopów" wywiozą, a wszystko przez te parszywe bakterie! Ale nie wywieźli, chyba byłam nieszkodliwa. Edyta jest bardzo szczupła. Dużo pracuje w rodzinnej firmie, oboje z mężem mają intensywną... przemianę... materii? A może pieniędzy? Otóż, za co by się nie wzięli, efektem są duże korzyści materialne, które szybko się rozmnażają niczym Chrystusowe chleby. Jelita Edyty czasem kwitną, szczególnie, gdy swojej pięcioletniej córce objaśnia świat. Opowiada jej do czego potrzebne jest słońce. Pokazuje dywan stokrotek na tle trawy i samotny bukiet mleczy w przydrożnym rowie. Jelita Kazika są mało wytrenowane. Nie chodzi na spacery, ani nie ćwiczy. Sport jest mu absolutnie obojętny. Pisze opowiadania, ale od czasu do czasu, bawi się też w oszusta matrymonialnego. Udaje, że jest sympatycznym facetem z brzuszkiem. Jelita u niego pływają w dużej warstwie tłuszczu. Wydają dźwięki: ból, ból, ból, bo Kazika boli cały świat. Jego jelita są ogromne nie tylko jak jego brzuch, ale przede wszystkim, przez jego wybujałe ego mają tak duże rozmiary. Czasem to wszystko pęka i zamienia się w stek obelg. Operacja szycia jest niezbędna. Niestety bardzo droga, na którą Kazika niespecjalnie stać, dlatego ratuje się NFZtem. To w dzisiejszych czasach, jeśli chodzi o służbę zdrowia, prawdziwy ewenement. Pan Paweł podobny do żaby, miał też podobną do siebie żonę. Zajmował się krytyką literacką i poezją – pisał również wiersze. Często jego jelita wołały kum, kum, kum, kum. Jego żabia żona wydawała prawie takie same, tylko nieco wyższe dźwięki. Z płytkich kałuż, jak również z głębokiego, wodnego wiru Pan Paweł językiem wydobywał poetyckie ogniwa. Był podziwiany za surowe, mięsiste wiersze. Tak się zapędził w tych uwielbieniach, że kiedyś na festiwalu literackim, skosztował surowego mięsa - tatara. Zdradził swoje jelita, które stały się pożywką dla tasiemca. Gorzko potem tego żałował. Pragnęłam by moje opowiadanie o jelitach, ukazało się w pewnym piśmie literackim. Redaktor wyraził zgodę. Musiałam tylko nanieść kilka poprawek. Doszło do początkowej fazy trawienia na poziomie mejli i spytałam redaktora, skąd mnie zna. Wcale mnie nie zna. Ale jest doświadczony i przyznał, że kojarzę mu się z jelitówką, która też jak człowieka dopadnie, to końca nie widać. Gdy wysłałam mu kolejną wersję tekstu, napisał, że poczeka na wersje ostateczną. Obiecał trzymać dłoń na moich jelitach. Czasem mówią na mnie pleciuga. Noszą mnie słowa, noszę je sama. Nosi mnie! Chciałabym powiedzieć, że mam wszystko w dupie, ale czy to takie proste? "Każdy ma swoją" - powiedział Piłsudski. Jak widzę siebie w tym anturażu? Prawda jest smutna. Tu już nie ma miejsca na żarty. Chciałabym być królową sedesu; doceniać, jak niektórzy materię, ślinić się na widok kanapki z szynką i z pomidorem, myśleć o cenie i wielkości kawałka ryby w nadmorskiej restauracji. A ja? Ciągle zdaję egzamin dojrzałości. Wszystko powraca z oceną pięć: pięć razy więcej doświadczeń, pięć razy więcej odczuwania. Wrażliwość - najtrudniejsza nauczycielka z kpiną na twarzy i jej gówniane odbicie w lustrze. Prawdopodobnie – nie sposób w tym wszystkim zrzucać winy na rozwolnienie – skoro jelita to drugi mózg, mogłam widocznie polizać piątą klepkę. Ta zaś odpowiedziała: – Wyprzęgam! Agnieszka Rykowska – poetka i prozaiczka. Autorka trzech książek poetyckich: Za blisko ( 2021), Szklany stół (2023), Przyjęłam leki (2023). Wiersze i krótsze formy prozatorskie publikowała w internecie, w antologiach oraz w ogólnopolskiej prasie literackiej.
- Cezary Żarna – sześć wierszy
Być przez chwilę widzianym, w tym małym miejscu, gdzie kończy się kostka, zaczyna stopa. Widzieć kształt stopy wciśniętej w zbyt mały but, zrobić krok, pokraczny, prawie marszowy, nie patrząc pod nogi go zrobić. Zobaczyć kontur, nie prosić, poznać ciebie (siebie?) z lepszej strony, bo znam cię z lepszej strony. Nie o to tu chodzi – mówisz – – chodź, lepiej usiądźmy gdzieś razem i oprzyjmy głowy . Który skrzywdziłeś Nie robi się tego po nocy. Nie po kryjomu. Raczej z podniesionym czołem, wysoko uniesioną brodą. Raczej nie z rękami w kieszeniach, tylko z dumnie wyprostowanymi ramionami. Raczej głośno niż po cichu. Który skrzywdziłeś psa, siedzę na brzegu i nikt nie trąca mnie nogą. Takim, jak ty, to chyba trzeba łopatą do głowy, choć niczemu to nie służy. *** Mój syn ma jeszcze dużo czasu, jemu jest łatwo, gdy zrobi coś złego – Potem będzie wiedział. Absorbcja W pobliżu cmentarz – potwierdza się, cisi posiedli ziemię, półmrok, neony, dwa słowa, trzy słowa — jak zmienia się kolor? Sama wybierzesz. Kameleon. Absorbcja. To nastąpi jedno po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro – włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach czasopism. Napiszemy to po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo ściany mają uszy). Za chwilę niebo zrówna się z ziemią, na podłodze spoczywają w pokoju zwłoki. Są tylko zwłoki i żadnej poezji. Po prostu śmierć, nic później, żadnego przedtem ani potem, żadnych złych wyborów, żadnego Kochanie – – oddać Ci twoje złe wybory, żebyś źle wybrała jeszcze raz? Cezary Żarna – autor książek poetyckich Miłość. Piękna Pomyłka (2023), Ruch obrotowy (2025). Współautor kilku antologii i almanachów poetyckich. Laureat konkursów poetyckich. Publikował m.in . w „Akancie”, „Ypsilonie”, „Post Scriptum”, „Tlenie Literackim”, „Czterech Zeszytach and After”, " Pisarze.pl ", „e-eleWatorze”, „Ty.Tu.Le” i „Mojej Przestrzeni Kultury”. Zajmuje się także rysunkiem i malarstwem. Mieszka w Legionowie.
- Maria Jolanta Fraszewska – Starsza Pani potyka się o słowa
Starsza Pani biegnie za ognikiem błędnie oceniając sytuację. Starsza Pani założyła obłęd na głowę. Bardzo jej do twarzy. Toczek ją otoczył i spadł do dołka z wizytą. I to zamyka całą sprawę omawiana wciąż na nowo i w kółko spadzistym jak rondo. Grzebieniem przeciąga od do. Goni więc jak cymbergaj. Tak, gaj, gaik zielony, zielony gaj zagaja ją odgórnie. Od głowy wszystko się zaczyna. Nawet psucie. Odgarnia włosy ruchem łakomym. Starsza Pani jeszcze wciąż ogarnia. * Starsza Pani bije w dzwony. Trzep trzep. Przed założeniem trzeba wytrzepać. Sprawdzić czy założenie wciąż jest tą właściwą hipotezą i niezakurzoną. Ale były też i szwedy. Lubiła nosić i te i te. Teraz bije się z myślami. Ale tylko przez chwilę. Wskakuje w dzwony. Wciąż pasują. A choć ona nie – pasuje, nie rezygnuje, to pas jednak nie do pięty. Nie sięga nie po swoje. Starsza Pani się wciska. * Starsza Pani znika. Jest ich wiele. Tych starszych do znikania. Nie dlatego, że ludzie o niej, o nich zapomnieli. Chcieliby pamiętać z założenia. Klapek na oczy. Bo one chronią przed wypadkiem jednego oka lub dwóch naraz. Lecz czy nie lecz, jednak, o choroba! Ona zniknęła. Z listy facebookowej. W korytarzu klatki schodowej bloku, w którym mieszka i przez który przechodzi dwa razy dziennie. Wychodząc po zakupy i wracając. Wymiennie co dwa dni. Bo jednego dnia robi zakupy, a drugiego wyrzuca śmieci. Oczywiście nie zapomina włączyć krokomierza w komórce. Statystycznie ruch przez klatkę schodową jest zachowany i zrównoważony. Kontrowersyjność w pojęciu ruchu. Ruch wahadłowy, pojęcie to jeszcze wciąż istnieje. * Starsza Pani zmienia buty. Nie wymienia, bo po co jej drobne? Niedługo zostaną wycofane z obiegu. Więc Starsza Pani butów nie wymienia jak elektrośmieci. Stopy jej urosły. Nie chodziła do banku zbyt często. Więc się zleżały. Nogi jej urosły, bo musi nadążyć. Bardzo chce. Ale odezwało się zmęczenie materiału. Zawsze mama jej powtarzała. Kupuj buty ze skóry, a nie z materiału. Nawet kapcie. Popękało więc w szwach. Zmarszczki, szczypanki, namaszczenia, podchody. No i już. Chodu chodu. No i rusza po te buty. Buty jak dotąd jej nie brakowało. A diabli nadali smalące cholewki. Od tego momentu nie kupuje kozaków. * Starszą Panią bolą plecy. Dawno temu istniały zasoby plecakowe. Teraz zmurszały, spluskwiały jak ukwiały podwodne. Jednak wciąż istnieją. Wciąż są do wciągania nosem. Ale Starsza Pani odeszła wraz z wodami. Już nie ciąży. Już nie wciąga. Już bez możliwości. Starsza Pani wymienia plecy. Wymienia je jako pierwszą przyczynę współczesnego bólu pleców. Odwołuje się do równowagi. Ale przecież one zniknęły z użycia. Te wagi. Teraz są elektroniczne wskaźniki. Starszą Panią boli głowa. Nie przywykła do wiatru zmian. Nie przywykła do faktów, które wciąż się zmieniają. Ciśnienie jątrzy w jej głowie. Schowa ją do plecaka i wyruszy w drogę. Ślimaczy los ciągnie się w nieskończoność. * Starsza Pani mija się z celem. Odpala karuzelę. Motorowerek trzyma pod pachą. I w siną dal jego oczu wpada. Ostatni dołek na środku policzka. Samopomocy, woła. Głębokiej jak mech wokół tej jednej jedynej paproci. Paprochu, który po trochu, ale skutecznie tkwi w oku. Kwiat agawy też kwitnie tylko raz. A potem nadal jest zielony jak burak w środku nocy. Starsza Pani nie owija w bawełnę. Omija dziury i kluczy. Wiedzą tajemną się staje. Stąd wzięło się powiedzonko: mucha nie siada. Lata więc i lata mijają. * Starsza Pani się sypie. Jak jedno po drugim. Sypnęła się jak sygnalista. Wywaliła korki. Błysnęło. Co za wygoda taka współczesna wygódka. Starsza Pani jest na wszystko przygotowana, bo musi, bo tego się wyuczyła i wciąż pamięta. Tak tak. Dawniej myślało się o tym, aby produkować elementy wymienne. Teraz to ludzi się wymienia lub ich organy. A wtedy działały kąciki naprawcze. Wszystkiego, od pończoch do robotów. Ot, takie słowo jak "kineskop", co to takiego? Mechaniczne oko na ruchomy świat. Taki relikt, a może już artefakt? Starsza Pani niedługo też się nim stanie. W internecie założysz konto i pach i już jesteś w Muzeum Starszych Pań. Ale na razie, niech stanie się współczesną wolniej biegnącą. Bo obciążoną pamięcią wsteczną. Umiejętnością odtwarzania świata już nieistniejącego. Klik klik. Zapytasz – opowiem. Wciśnij przycisk. Jeszcze mrugam. Zanim stanę się interaktywnym ekranem dotykowym bądź instalacją świetlną. Ktoś poruszy mnie gestem i przywoła moją obecność. Oddycham. Oddycham. Wznawiam rytuał przywołujący wspomnienia. Starsza Pani wyciąga kombinerki, żabkę trzyma w drugiej ręce. Maria Jolanta Fraszewska (ur. 1958) – socjolożka i psycholożka. Uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała siedem zbiorów poezji: Wio w snach, Z wiatrem, Płonące języczki, Posypana wiatrem, Prze konanie, Od mięty i odmęty, Trze pot ścierany. W tym trzy wyróżnione nominacją do Lubuskiego Wawrzynu Poetyckiego. Prozę: W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy . Oraz eseje: Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze.
- Maciej Melecki – pięć wierszy
Bezdenny ślad Kompost samoczynnych wcieleń melioruje ugór pobywań aż po Tektoniczne ścieranie płyt, dzięki czemu żyjemy w rozchybotaniu Spinających nas smug, na poddaszu kaskadowych załamań, dźgani W bok każdego obrotu o bez kątowy stopień odchodzenia coraz Bardziej z niczym. Bezwolny tok zasupłań w prostolinijny rzut Donikąd przyspiesza tylko wibracje pustki, która nadżera szybciej niż Naciek dany załom, w tym przysadzistym mroku wylęga się bowiem Kolejny pat, kiedy dookoła panuje rozgwar rojnego cyklu zaniku, Dynamiczne przechodzenie ze skrętu w coraz szerszy szczęk, w ruderze Piekącego drobnostanu każdej odsłony nowego skrócenia dystansu Do sztywnie wychylonego progu, na końcu wszelkiego zbłąkania, Które częstokroć jest tylko prostym manewrem, jątrząco pustym Kwadratowym kołem, po którym musimy poruszać się jak po linie, Ażeby nagle obrane miejsce mogło być podmianą dla rojonego Celu, jaki wydrąża aż po zatrucie szpik z danego szczebla tej rozpękłej Drabiny, podłożonej niczym ratowniczy kaftan pod okna każdych Niemych mieszkań. Oto nasza cząstkowa mechanika, kwantowa nicość Wykwitła niczym złamana w paru miejscach kość, gdyż tym spierzchłym Klepiskiem serca sterują tylko drgawki magnetycznie skupiające w sobie Wszystek wyładowań z burzowej komórki obornika, gęsto rozrzuconego Po tej przyziemnej planisferze, która nas coraz gwałtowniej wchłania w swój Czelustny rów. Wylew żółci tylko zwiększa przekroczenie, gdyż to, co Strawione, zostaje momentalnie przywrócone, odzyskując swą pierwotną Postać koniecznego rozpadu, i ponownie tamuje w krwiobiegu tlen. Zaschnięte Resztki wiązek są owym skądinąd odpryskiem stron zjawiających się coraz Dotkliwszym przeszyciem aż po bólu rdzeń. Kartografia ustań. Osuwisko Wszelkich decentracji. Podeszwa bez kroku. Następny zrudziały węgieł Jak dosunięty rygiel. Jałowa suma skaz. W oku rozrost piołunowej łęgi. Stoczony Turbulentna spadzistość poszatkowanych dni w odmęcie przestworu obcego Kraju doprowadzała za każdym razem do niekończącego się wirażu, ułamkowych Wtargnięć do komórki losu, które przesterowały dźwięki w rozszczepioną salwę Śmiechu z tego wszystkiego, co zostało porzucone, jak kawałek rudy za płotem Swej zmierzwionej połaci. Okulałe wierzgania chmur na grzbiecie najbliższej Góry schodziły w przełyk i zachłyśnięcie było tylko skutkiem przepowiedni Szybkiego zmęczenia się serpentynową trasą, jaką trzeba było pokonać aż do Ujścia źródła tej zasysającej próżni, by stać się na krótko rozprzężonym opiłkiem Poza imadłem stałego docisku, przypierania do zbutwiałych desek, które są Pionowym korytem powszedniego zmarnienia. Prychający kompostownik zaćmień, Ostrzony chłodem nóż, tysięczna podmiana niczego, wciąż tego samego pasma, Kiedy stoimy w erupcyjnym centrum obcości, by po raz pierwszy zaznać wysiadki Przed peronem, który oddalił się aż po horyzontalne nacięcie na przegubie kresu Wydalenia ludzkiego ścierwa. Odpluta plwocina szybowała ponad biegunami Utkwienia, galopowały stadne rojenia, drzazgi rozpruwały żyły i światłocieniem Pełgały wszelkie wychylenia poza ten śnięty krąg spierzchłej dali, zawężonej po Luk uchodzenia z osierdzia tchu. Tu i teraz skrzepło w drogowskaz wrażany pod Powiekę, dopokąd by się więc szło, będzie to tylko ścierpłym spotkaniem w Rozfalowanej burcie czasu, sprężeniem pustki w oczodole wieczornego szwungu, Dzięki czemu byliśmy niedosięgli dla wszelkich ostrzeżeń, alertów o zapadaniu się W coraz niższe dna szram pospolitego ruszenia człekokształtnych czerwi, tarasujących Sobą dostęp do wylotowych ulic tego zastygłego miasteczka. Odcięty, znieczulony i Zamroczony tą jasnością wyzwolenia się z pęt narzucającej się w swych roszczeniach Mary, siedziałem wraz z wami plecami do przepływającej rzeki, przez którą brodziliśmy Napowietrzną kładką, po jej drucianym podłożu, mając przed sobą zakole drugiej Części tego ruchomego pastwiska, dzięki czemu odkotwiczenie pozwalało na Bezładny dryf po spiętrzonych progiem tamy godzinach odchodzenia z niczym, Pustym już przebiegiem tej marszruty w suchym miejscu. Warunki są zetlałą tkanką, Nie ma żadnych przeciwwskazań, nie ma innych dookreśleń, zostają bowiem Przypadkowe gesty i znikliwe ślady czyjejś krótkotrwałej obecności, bo na czym mam Zawiesić to poprzeczne spadanie i jakie serie blokad przyjąć, by wytracić w sobie Zakrzywienia torów i trajektorie przeszywających sygnałów, owych powiadomień O coraz większej zgrzytliwości kolanowych stawów, ledwo pracujących śledzion, Kołatań częstszych od nocy, piekących mrowień wzdłuż każdego kroku w stronę Wysypiska zezłomowanych gwiazd. Gwiżdże się na to jeszcze bardziej niż celowało w Dynama dawniejszych momentów początkowych strat, skoro i tak skończy się to taką Samą kolizją z rozpędzonym z naprzeciwka murem bezwzględnych wyroków, gdyż Nikt niczemu nie ujdzie, przedłużając jedynie swój agonalny akt o milimetry lat. Zewłok spętleń przeradza się w chyżą pręgę samoistnego przeciążenia, rozwidlenia Nie kończą się w miejscach ich wchodzenia pod powierzchnię danych umiejscowień, Ponieważ steruje tym porywisty pat, na poddaszu kolejnego przywidzenia pierwszych Chwil ciążenia do środka narastających od zarania społecznych zwad, wciągania w Zamachowe koła krzepkich postaci przyszłych klęsk, które mimowiednie przenoszone Są w stugębne formy samoobronnych poczynań z czyhającymi obrożami, chomątami Dyndającymi u początku dyszla, ziejąca zgrozą pałuba zgarbionych mniemań. A teraz Kolejny trach. A teraz wychodzenie w następne samo okrążenie. Niczego innego Nie będziesz już miał. Oddalony i wydalony. Wyrznięty jak kłak. Toczący i stoczony. Szwank Sygnały wielokierunkowych zbyć samoczynnie przeszywają włókniejącą Powłokę odbioru i rozkorzeniają się po zakamarkach próżni, wpuszczając Swoje jadowite prątki do coraz bardziej drążonych półkul, abyś niesterownie Już był przygważdżany do ruchomego muru tego splątania w jeden ciasny knebel Bezdusznego trwania w odrzuceniu. Odęte postaci, skarlałe postawy, sylwetki Wyplatane z powrozu spierzchnięć, sycące się swoją postojową przewagą, Modelują innym ich obrotowy szwank, zgnębiając najlichszy przybór woli, Który mógłby jeszcze tamować owe dopusty aż po krańce zwichrzenia każdej Przyczyny, niczym niewidome lotki celowane w odmęt środka zębatej tarczy, W powidoku grązu wszelkiego przedawnienia, by nie dopuścić do szybkich Umknięć z tego omrocznego pola rażeń. Furkoczący spad wychylenia wytrąca z Płaskiego odrętwienia, rozszerzając limes tego przechodzenia na coraz bardziej Bezimienną stronę przedawniania się każdego odruchu czy dowodzenia swoich Racji, wytwarzając samo wykluczające się napięcia w tym pionowo wrażonym W gardło progu, dzięki któremu orientacja jest możliwym wciąż jeszcze stanem, Decentracją narzutów podtykanych do skroni, gdyż przerywanie zacieśnianego Okrążenia okazuje się konieczną kumulacją resztek szansy na osiągnięcie stałego Wykroczenia poza prostopadle biegnące w dół bandy fundowanych tras takiego Właśnie knowania. Głuche pudło pokoju. Szary ekran w rogu. Zachwaszczona Odleżyna ciszy. Siniejące głosy na schodowej klatce. Dołożona groza zwidzeń Zwisa jak wykuty z framugi zawias i rozsnuwa kolejne połaci czyhających Rozstrzygnięć, uwalniając cię na chwilę, poprzez zastygnięcie swych trzpieni, Od wioseł i prądów, zniesień i żaren, byś mógł się ich spodziewać w najmniej Oczywistej chwili, macerowany teraz wartką pląsawicą cudzej zemsty. Rampa tego Zbiegu tarasuje każdy uskok. Odepchnięcie wyostrza oko wiru. Szczeliniasta grań. Z rozbicia zerwania Wyprzedź swoje wiązki, dźgnięcia rozwidlonych ostrzy, przed nastaniem Ostatecznego cięcia wzdłuż tchawicy zwidu, zarysowawszy na czole przejścia Diagram kolejnego włoku pustki. Łamany mierniczym kołem ustania przestaw Zwrotnicą pozostały w odwodzie tor w stronę niecelowego spięcia z grudą Matrycy, by mogła okrzepnąć kropla ołowiu na jego krawędzi. W załomach Poszczególnych przesileń są rozwłóczone trasy powolnego osuwania się na Uwarstwione silnymi spękaniami podłoża danego końca, na których hodowane Są wszelkie pożywki dla idących prosto przez swoje szpalery kikutów pragnień, Owych ostańców wepchniętych w chomąta wyborów, czołgających się między Chronicznymi zasiekami, ustawionymi przez butnych karłów, od których Zarażają się ledwo co wyrośli z darni swoich pierwszych kroków, by napędzać Ten turbulentny proces samozatraty w okulałym oku rosnącego w nich znijaczenia. Doborowy dzień kolejnej klepsydry, wyrwy na pagonie śluzy, gdy nagle dowiadujemy Się o twoim ścięciu jak płomyk z otworu palnika, leżącego w poprzek na podłodze Obok łóżka, obłożonego martwicą od nasady chwili zejścia do momentu Wyważenia drzwi, dzięki czemu takim cię znaleziono. Krótki hol odchodzenia. Przeniesienie na przeciwstawny biegun tego zmarniałego pola jest tylko Przekrzywieniem spadzistości pory, które dokonuje erodującego wgłębienia i Odgina ostatnie ogniowo z tego pomrocznego łańcucha wskazań, wystające z nich Kiełki jadu są powszechnym planktonem roszeń, przydawaniem sobie nieprzedawnień W każdym zakresie rozruchu obieranej sążni celu. Grzybna mać tego i tamtego Przepadania akumuluje wielokierunkowe poronienia wszystkiego, rozwierając Coraz większe szczeliny w sekundniku niewidzialnego licznika, wbudowanego Pod mózgową korą, jakby to rosnące szamotanie z ludzkim jarzmem miało zastygnąć W poskręcanej pozie przechylenia w niebyt przetrącającej to klindze zaniku. Wrzutnik na haki w podrzuconej kłodzie rozświetla przestój pływu. Chłodny dotyk Klamki w plecy. Kolebiąca się postać przepada w gęstwinie podłużnych krzaków. Z rozbicia biorą się samonośne zerwania, szybujące później nad koliskami głów Coraz niższymi zakosami, zginając karki przeciążeniami osmotycznego reagowania Na ataki osiwiałej biomasy, której przedstawiciele podają się za wyrazicieli danej Karności administracyjnego ładu, tak byś wiecznie krążył w środku ich ciernistych Piast wielkoustrojowych wymogów, podduszany wyziewami z ich próchniejących Oczodołów, którymi odbierają każdą złożoność tylko poprzez cyfry. Osaczenia są Szerokimi kręgami powolnego konania w przepustach poszczególnego wierzgania, Jedynego już sposobu strącania z siebie czerni tego zawładnięcia, w końcówkach Spiętrzonych trybów postępowania z niczym innym, pośrodku wizgów dochodzących Coraz częściej od dołu, jakby dudnienia były już tylko echem po przebitych na wylot Ścianach naszego wcześniejszego zatrzymania przy parapetach i piorunochronach, W dookolnym przedzieraniu się przez meandrujące razy monotonnych momentów Utrzymania się w pionie przechyłu, zamaskowaniu gazami nerwowych uśmiechów, By nieustannie gubić po sobie ślad, kryjąc się w mylnym tropie. Jednorazowy nów Zastępuje inne wejrzenia w przepastność ogołocenia, kumulują się potrzaski w Unerwieniach, rozkłada się wewnętrzny kościec zewnętrznego wyglądu materialnego Trwania, nadjadania korozjami ujadania przechodzą w coraz bardziej finalne fazy Rozbratu ze smużystą stroną tkwienia w tym zawieszeniu na śmigłej belce azymutu, Gdyż jednocześnie możemy odnosić się tylko do podobnych form niewyhamowanego Nicestwienia i wskazywać na dowolną postać ogłuszenia tym bezlikiem braku Jakichkolwiek szans. Za sobą mamy tylko wystrzępienia, przed sobą kolejne ugodzenia. Sparszywiała groza. Dziobata twarz nachodzenia coraz bliżej porusza się po zwęgleniach, Wgrzebując się jak odwłok w osocze tego rozdroża, które prowadzi w ten sam punkt zjeść, Szczelnej komory uwięźnięcia poza innym przestworem takiego właśnie skamienienia. Zbycia Mieści nas tylko szary pas krętego wyładowania przechodzącego po kumulacjach Zarzucanych zaniechań, powziętych wyborów bez celu, w tej buzującej lekkością Aurze, kiedy wszystkie ruchome przytroczenia opadają bezwiednie na krawędzie Wyznaczonych tras i dostaje się od tego oczopląsu, który już do końca będzie Wyostrzał każdy szmer tej marszruty po załomach wyszarzałych przerw, długich Przeskokach wymiotnej lawy kadrowanej poleceniami z wyziębionych ust. Kołatania Błędnika wytracają skoblom rytm. Grawitacyjne zjawienia to tylko pojedyncze Przeszkody, człekokształtne plamy orędujące tę wszechwładną marskość, jak Totemiczny całun opinający każdą lotną piędź zgrudziałego prochu, gdyż spiętrzenia Różnorako nacierających sił wtrącają w lejowaty słup, niczym zniweczenia przerastające Każdą cętkę mgnienia, w którym wszystkie krótkie kontakty zestalają się w Kabłąkowatą sieć wzajemnego szamotania się z namułem bliskiego przepadania. Stąd jeszcze krótsze oznajmienia, histeryczne oskarżenia, nienawistność toczona Kolcującym strachem przed spazmem rozliczenia, kiedy skarlały obłąkaniec Mamrocze i odgraża się w cieniu nawisu krat. Rejwach zobaczonych lat nie obniża Swego tempa wywlekania coraz to nowych sposobów rabowania. Żyliśmy w Nędznym poczuciu niemego ograbienia, dryfując na zbutwiałych od zestalonego Szlamu tratwach byle gdzie, po kwadracie zaćmienia brunatną chmurą rosnącego Od zwiększającego się spopielania knotów nadziei na wypadnięcie z tego prostackiego Kołowrotka codziennych manipulacji. Akcesoria zostają ujawnione. Prześwietlone Manewry i sposoby. Obnażane wciąż pokrowce ich mniemań. Mechanika takiej Tektoniki nie posiada analogii. Tektonicznie wszak grupuje się nam wciąż dotkliwy Szwank, namacalny jak porowaty liszaj na gzymsie bieżącego odwidzenia, kiedy poza Drobnymi wtargnięciami, pozwalającymi zapomnieć o tym stałym siekaniu brakiem Dłuższej perspektywy, życiu w opiłku losu, przerabianiu każdej chrząstki woli na Sprasowany w kostkę miał, przechodzi się przez szczękościski tego mogilnego duru, Będąc nieustannie wabionym luksusowym stylem życia, kryjącym pochód mierniczych Tyczek i wyglansowanych gliną szpadli. Bezruch skawalający sypką macierz Przechodzenia w aktywny letarg ruguje wszelkie przystąpienia, zanik więzi coraz Bardziej w pojedynczych kokonach, obie półkule mrowią drążeniami doczesnego Skołowania, posiadania zwiotczałego pułapu przewagi, rzekomego wyprzedzenia Skwierczącego przepadania w rozgardiaszu, jaki wytwarza coraz szersza grząskość Tego stwardniałego kawałka codziennych przemieszczeń, kiedy punktualnie schodzą Się, by powiększyć swój worek czasu o garść wyszabrowanych szpargałów i jednocześnie Przenieść się w mniej zwodnicze przesilenia, na jakieś krańce, które szybko staną się Osierdziem ich nagminnego zmarnienia. Hurgot ościennych skrzesań wypełnia ten dół Bańkami mazi, drogi wysuszają się pylnymi nawiewami, pojawiają się tylko rozdrożne Ustania, w najpłytszym przybliżeniu nurty giną w poszarpanych korytach i klamki Pozostają w zdrętwiałych dłoniach, wyrwane mroźnym przeciągiem z wyważonych drzwi. Szmelc tego przetrawienia porasta obrzeża konturowych umiejscowień, przerabiany na Nowe łożyska kolejnych tułaczek, w tym wądole obmierzłego przychodzenia po nic, Ubytkowania jako jedynej trwałej czynności, na bezmiernym zapadlisku, które wciąż Rośnie poza głową, jako ciąg krzywizn wynikłych z przeładowań odczytami strat. Znikąd pochodzący trach przewyższa ten wielopoziomowy rozłóg obieranych za pewne Stron i szczerbi się nam każda przesłona skrywająca machinalne grążenia w kompoście Przemienienia w siniejący powidok, jako marginalny ślad, ościsty wykrot przedawnionych Lat. Rafy raźnych napięć okalają każdą z pomrocznych delt i szatkują uwolnione wcześniej Cząstki z napierających gróz. Zbywaj ten przyrost kryz. Trałowanie cieni to zdwojenie dna. Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy (1995) , Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013) , Inwersje (2016) , Prask – wybór wierszy w języku czeskim (2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu – wybór wierszy 1995-2020 (2020) , Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2024), Chłodnie (2025) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021) , Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie. Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Chłodnie.









