Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Magda Kubiak – Dziki Las (collages)
Nie znam wysokości swojego sufitu. Od 2025 roku zamykam duże sprawy w małym formacie. 4 × 6 cm to moja przestrzeń twórcza: niewielka, jak na kogoś, kto ma tak wiele do powiedzenia. W swoich pracach bazuję na czasopismach i magazynach wydawanych od lat 50. do 90. XX wieku oraz na starych książkach, najchętniej z drugiej połowy XIX wieku. Szekspir pisał „słowa, słowa, słowa” – to właśnie nimi bawię się najchętniej. Tnąc książkę, czuję się jak w wesołym miasteczku. W moich pracach znajdziecie wieloznaczność, nieoczywiste skojarzenia, mikropowieści o życiu, o nas i o emocjach oraz wyjątkowo logiczny absurd. Magda Kubiak - z wykształcenia filolożka rosyjska, z wyboru artystka. Przez lata zajmowała się handlem. W 2020 roku postanowiła zacząć żyć z wyobraźni. Zamieniła etat na twórczość i od tamtej pory regularnie wycina swoją rzeczywistość. W autorskich kolażach, plakatach i miniaturach znajdziemy charakterystyczne zabawy językiem. Słowa traktuje jako tworzywo, obrazy wycina z kontekstu, powagę naraża na śmieszność, miesza humor z refleksją, naiwność z przenikliwością, a absurd z codziennością. Od 2025 roku tworzy cykl miniaturowych kolaży o wymiarach 4×6 cm, poszerzając swój artystyczny język o formy bliskie poezji wizualnej, mikroopowieści czy aforyzmu.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (31)
Kuchnia. Zwykła, codzienna przestrzeń, w której zawsze coś stuka, szumi woda, a w garnku podskakują wekowane słoje. Miejsce, gdzie jedzenie jest rozmową — czasem jedyną, na jaką nas stać. A potem z tego kuchennego rytmu nagle wyłania się wiersz. Taki prosto z życia, o dłoniach samotności, o staraniach o miłości. O czasie, gdy zostaje pusty stół, stygnąca woda i ciasto schnące pod palcami jak stary papier. To krótka, poetycka impresja o przemijaniu, o niewidzialnym kobiecym trudzie i o miłości, która zamyka się w fałdach ciasta. O świecie naszych mam i babć, który powoli wysycha na naszych oczach. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków. Moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Piotr Tomczak – Termodynamika porcelanowej filiżanki w składzie stada słoni
Powrót Za dużo tu liter jak na jeden pokój. W każdej kolejnej z nich widać więcej zmarszczek. Nowy Orlean pachnie jak wilgotna sierść i krew. W kieszeni płaszcza topią się zapałki. „Czy to nie tutaj weszliśmy?” – pyta szept spod podłogi. Goli się jego brzytwą, odcinając skórę od mięsa, kawałek po kawałku. Serce bije zbyt intensywnie. Jak maszerujące buty. Siedzi na krześle, plecami do nieszczelnego okna. Nie ma żadnego diabła o błyszczących paznokciach; jest starość, która osadza się na kołnierzu koszuli. Za drzwiami życie wraca do normy, jak woda w zatkanym zlewie. Opukiwany tynk nie reaguje. Zapach tytoniu wymieszany z wonią starego, niemytego kościoła. Gruba ściana z ciał kobiet. Bezgłose usta. W szafie nie ma już miejsca na kolejne sekrety. „Czy to nie tutaj weszliśmy?!” – ryczy głośnik. Z gardła wydobywa się suchy, piaszczysty szept. Ryk i cisza Rozszarpany w rowach ryk. Siostra idzie cicho przez rdzawy gęsty las. Ziemia zsuwa się w nas. Głęboko pod powieką popiół, który nie potrafi utonąć. Liczymy sekundy wstecz; pomiędzy mną a tobą rośnie nitka milczenia. W worku ze skóry niesiemy gwiazdy, które dawno zgasły. Kto nas usłyszy, gdy nawet cisza ma smak stali? Kraków Tak jak windy tylko częściowo przesuwają się z góry na dół i z dołu do góry, ale również w przód i w tył oraz z prawa na lewo i z lewa na prawo przemieszczają się przez miasto, tak i tramwaje nie tylko jeżdżą, ale również wspinają się i zjeżdżają po schodach, mijają się w drzwiach mieszkań, przejeżdżają przez bramy domów. Siedząc z pożądanymi i niepożądanymi pasażerami mamy baczenie na ich zachowanie oraz stan ich higieny. Jakieś kontrowersje względem biletów okresowych. Dalej: akademiki z całymi gamą i hierarchią zachowań wind i ich pasażerów. Niżej: rozpościera i rozpościela się, dotychczas nieznana, i przez to nowa, panorama miasta z nieznanymi zamkami na horyzoncie, z tajemniczymi bramami i przybudówkami w dużych gmachach lub wokół nich, być może znanych z innych perspektyw i z innych czasów. Całkowicie niewidziane i niewiedziane mury więzienia i jednej z twierdz. Zaskoczenie, zdziwienie i niepokój. Odczuwane także w innych perspektywach, innych czasach. Nowa stara, nowa dawna Dzisiaj się na nią nadziałem. Początkowo nie poznałem jej, choć zwróciła moje uwagę i odwagę, odczułem ją moim gadzim mózgiem. W końcu wyższe partie mojego mózgu rozpoznały ją, począwszy od nosa i skonstatowały po jakimś czasie, że bardzo się zmieniła, nabrała kobiecych, jak się, dawniej, mawiało, kształtów. Wzrost masy ciała i zmiana figury nie sprawiły jednak, że stała się mniej atrakcyjna, nawet przeciwnie, po części dlatego, że nie zepsuły jej, po części dlatego, że jakby zmieniał się mój gust, choćby na skutek uprzedniego obejrzenia „Boccaccia ‘70”. Diabelskie widełki Twarz staje się samodzielna jak po znieczuleniu; to jest znieczulenie, w końcu to nie jest mała dawka alkoholu; tej prymitywnej i prostackiej substancji psychoaktywnej. Jeśliby tylko traktować prostotę jako coś pejoratywnego. Alain Delon spędził dzieciństwo za, albo przed, murami więzienia. Potem czas na inne: sześć szkół z internatem. Potem interes wędliniarski. „A kultura?” „Nie istniała. Nie pamiętam czegoś takiego.” „Odkąd cię znam, wiem, że coś się zmieniło.” „Co?” „Coś.” Na razie dosyć cytatów z filmów, fabularnych i dokumentalnych. Chodzi o to, że niewiele trzeba, by zmienić kategorię. Widełki znalezienia się w określonym polu klasyfikacji bywają bardzo znikome, nie mówiąc już, że bardzo, bardzo, bardzo subiektywne. Twarze, pyski, mordy, ryje Po raz kolejny spostrzeżenie: to, co się wydaje, że jest oknem, plakatem, zwierciadłem duszy, czymś czego niuanse leżą u podstaw miłości lub wstrętu, jest tylko kostnym, chrząstkowym, mięśniowym, sadłowym i skórnym obramowaniem najważniejszego, ideowego rysu bytu: wlotu przewodu pokarmowego. Epifenomenem układu pokarmowego, który determinuje byt, jego własny i jego pochodnych. Wyrazicieli termodynamiki. Kraków, Kleparz, Słowackiego Jak woda z kranu podawana w zatłuszczonej szklance w bisto w Paryżu. Antyczne obecnie papierosy „George Sand”. Zniszczone rysunki i obrazy. Wstyd i wahanie. Słońce kwietniowe. Majowe, czerwcowe. Nieprzeczuwane dalsze losy w pobliżu, na placu Inwalidów; splot wypadków pokierował nieco, tylko nieco, dalej. Czy to wszystko było konieczne, czy to wszystko było „nieodwracalne”? Łazienka i ubikacja w oddzielnym pomieszczeniu. Pies i kolekcja ściennych zegarów usunięta po moim zadomowieniu się, samotnym, bardziej, bardziej, bardziej samotnym niż mi się uprzednio wydawało. Piotr Tomczak (ur. 1971) – laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich im. Rilkego, Trakla, Wojaczka, Poświatowskiej, Łobodowskiego, Śpiewaka i in. Publikował w prasie literackiej i antologiach pokonkursowych, a także internecie ("Helikopter", "Zeszyty Poetyckie") i radiu ("Radio Alfa"). Według Sztucznej Inteligencji: "Określenie 'mięsista poezja' odnosi się do twórczości Piotra Tomczaka ze względu na jej silne zakorzenienie w fizjologii, biologii oraz surowym, bezkompromisowym konkrecie. Wiersze i szkice autora charakteryzują się gęstym, cielesnym obrazowaniem oraz łączeniem codzienności z tradycją literacką nawiązującą do motywów przemijania i rozkładu"
- Przemysław Kantorski - pięć wierszy
woda pół roku budziło mi się słońce - w złotym piasku, jestem dziś trochę inny, wiem pomieszałem się z ciszą, zamieszkałem w niej - bliżej brzegu nic nie ma Nic jest tylko obrzęk nóg jest ciężar krótkiego życia są słowa które padają wzdłuż drogi cena pęknięcia mogą zostać przecież bryła żyje, tylko sufit trzeba odnowić niech będzie biały jak plastikowy worek do okrycia kości na palcach ciążą mi lata powieki zapadają się ku korytarzom wyrytym blisko oczu ukryj się ze mną na palcach i ustach magnolia dotknąłem jeszcze raz przedostatni beży i błękitów białych kwiatów przemarzniętych chyląc się ku nocy Przemysław Kantorski (ur. 1991) – komunikolog i filozof związany z UŚ, oraz poeta i prozaik związany z Anagramem. W dorobku ma trzy tomy wierszy: Ziemia (2024), Gorzki Chrystus (2025) i Przeklęci Wszyscy Święci (2025).
- Paweł Obarzanek – Uciekaj stamtąd
Weszliśmy do budynku dworca w Choszcznie. W środku było cicho i pusto jak w kościele. W niewielkiej poczekalni siedział drobny mężczyzna z książką w ręce. Twarz miał udręczoną, a wzrok utkwiony w górę, w kierunku zegara na ścianie, jakby czekał aż nadejdzie czas, kiedy to wszystko się już skończy. — Napisał, że będzie za dziesięć minut. — Może poczekamy na zewnątrz? — zapytałem szeptem. — Widzieliście tego typa? On musi mieć grubo, jak już wskazówki zegara są dla niego interesujące — powiedział Wojtas po tym jak wyszliśmy przed budynek. — Ciekawe co czyta. — Pierdolę, Arczi. Weź już się ogarnij. Artur całą drogę gadał o książkach. Właściwie już od wejścia do pociągu się zaczęło, czytaliście tego, czytaliście tamtego. Starałem się go wysłuchać, chociaż równie dobrze mógłby podawać nazwiska czeskich hokeistów, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Poznał dziewczynę z lepszego liceum i coś się w nim przestawiło. Zaczął mówić, że czuje się jak neofita. Czasami bywało to śmieszne, na przykład jak ubrani w kombinezony robocze siedzieliśmy na warsztatach przytłoczeni piątą godziną zajęć, a Artur zamiast podziwiać sufit albo ścianę przed sobą, wyjmował książkę i co chwila czytał nam na głos fragment, który zaraz podkreślał ołówkiem. Po zaznaczeniu czytał jeszcze raz i mówił: niesamowite. Podeszliśmy bliżej drogi i pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: proszę, nie dzisiaj. Minęło może dziesięć sekund i Wojtas ich zauważył. — Ty, jehowi! A nie przepraszam, Świadkowie Jehowy. Nie pójdziesz się przywitać? — powiedział z najbardziej obrzydliwym uśmiechem na ustach jaki widziałem. Nie miałem wyjścia. Z Wojtasem było tak, że jak już na coś się uparł to nie odpuścił i pewnie gdybym nie poszedł to on by to zrobił, a wtedy mogłoby się wydarzyć dosłownie wszystko. Przeszedłem na drugą stronę ulicy. Przy wózku, na którym widniała plansza z napisem: Bezpłatny kurs biblijny, stało dwóch mężczyzn - starszy, przygarbiony o lasce i wysoki, chudy z rozbieganymi oczami. Wyglądali trochę jak postaci z horroru klasy B. — Dzień dobry, jestem głosicielem ze zboru w Szczecinie — powiedziałem cokolwiek, byleby tylko mieć to już za sobą. Przyjrzeli mi się dokładnie jak gdyby nie wierzyli. Zerknęli za mnie, na Wojtasa i Artura. Starszy chyba nie zrozumiał. Zapytał czy chcę coś do poczytania i pokazał ręką w kierunku wyeksponowanych Strażnic i Przebudźcie się! — Tak, a z jakiego zboru jesteś? — spytał ten z rozbieganymi oczami. — Szczecin Niebuszewo. Po mojej odpowiedzi zaczęli intensywnie myśleć. Na pewno przeszukiwali w pamięci wszystkich znajomych ze Szczecina i zastanawiali się czy któryś z nich przypadkiem nie jest z mojego zboru. — A co cię sprowadza do nas, do Choszczna? — dopytał po chwili. — Przyjechałem w odwiedziny do kolegi. — Kolegi? Do jakichś naszych braci? Może ich znamy. — Uaktywnił się starszy. — Wątpię... znaczy to jest kolega ze szkoły. — Widziałem po ich wzroku, że nie zrozumieli. — Ze szkoły w Szczecinie, on mieszka tutaj, pod Choszcznem. Zaprosił nas na ognisko. — wyjaśniłem najprościej jak potrafiłem. — A jak się nazywa? — dopytywał. Wiedziałem, że tak będzie, zamiast porozmawiać o czymś normalnym, albo powiedzieć: O, miło cię poznać, jak ci na imię? albo fajnie, że się przywitałeś, miłego pobytu w Choszcznie, zaczęli mnie sprawdzać, jakby chcieli się upewnić, czy na pewno jestem tym, za kogo się podaję. Nagle, za plecami poczułem pęd powietrze i dudnienie jakby ciężarówka właśnie po mnie przejechała. Obejrzałem się za siebie. Na parking podjechał ogromny RAM. Artur i Wojtas wsiedli do środku, po chwili zatrąbili na mnie. Odetchnąłem z ulgą i powiedziałem, że muszę iść. Z przodu siedział Krzychu, a od strony kierowcy jego ojciec, Bogdan. Był łysy i miał długą brodę jak jakiś wiking. Bicepsy opinały mu się na wąskim rękawie ciasnej koszulki, a spod spodu widać było tatuaż - jak się później okazało - Peruna z gromem w dłoni. Na sobie miał bojówki z motywem moro, a do tego czarne japonki. W uchwycie na kubek było naczynie z yerba mate. Przywitałem się i nastała cisza. Wojtas i Artur patrzyli w moją stronę, a oczy im się śmiały. — Co ci wcisnęli? — zapytał Bogdan. Jego głos był głęboki jakby grzmiał, momentalnie przeszły mnie dreszcze i w pierwszej chwili nie odpowiedziałem, udałem, że nie słyszę. Spojrzał w lusterko wsteczne i złapał ze mną kontakt wzrokowy. — Coś ci wcisnęli? — spytał łagodniej. — Nic, znaczy tylko się przywitałem. — Po co? Nie odpowiedziałem. Na szczęście Krzychu mnie wsparł. — On jest Świadkiem Jehowy. Właściwie to byłem tylko głosicielem, jeszcze przed chrztem, ale nie miało to dla nich większego znaczenia. Widziałem jak z ust Bogdana wychodzi nieme: ja pierdolę. Pokręcił głową, po czym jeszcze raz spojrzał na mnie w lusterku. — Uciekaj stamtąd — powiedział powoli z powagą w głosie. — Daj mu spokój, tato — warknął Krzychu. Bogdan spojrzał na niego jakby chciał go naprostować uderzeniem w tył głowy, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Jego ręka powędrowała w kierunku yerba mate. Siorbnął, po czym podgłośnił muzykę Na ekranie przede mną wyświetlał się tytuł: Acid Drinkers - The Trick. Perkusja zaczęła walić z głośników. Przyśpieszył. Pędziliśmy środkiem wiejskiej drogi, wzdłuż szpaleru drzew. Pomiędzy niewielkimi wioskami nie było nic poza połaciami pól, które wyglądały jak różnobarwne dywany. — Tylko nie najebcie się za mocno podczas ogniska. Dzisiaj jest Noc Kupały. O północy pojedziemy nad Jezioro. — My kulturalnie, proszę pana — powiedział Wojtas. — A ty — odezwał się do mnie Bogdan. — Możesz takie rzeczy robić? Pogańskie święto, więc nie mogłem. Na szczęście nie oczekiwał ode mnie odpowiedzi. Ale w jeziorze mogę pływać, pomyślałem. — No i jesteśmy. Bernstein, jak to Niemcy kiedyś nazywali. Nasze centrum wszechświata - jeziora, pola, lasy. Wszystko co nam bogowie dali najpiękniejszego — powiedział Bogdan po tym jak dojechaliśmy do niewielkiego miasteczka. Na pierwszym skrzyżowaniu skręciliśmy w boczną odnogę i dalej szutrową drogą jechaliśmy w stronę ostatniego domu tuż przed linią lasu. Kiedy zajechaliśmy na podjazd, z niedowierzaniem spojrzeliśmy po sobie. Dom miał chyba z pięćset metrów kwadratowych, a do środka wchodziliśmy jak do pałacu; po szerokich schodach rozchodzących się na dwie strony. Po wejściu, po prawej była przestronna kuchnia, na blacie leżały przygotowane kiełbasy na ognisko, sałatka w ogromnej misce, a w drugiej bułki. — Macie dwa pokoje — powiedział Krzychu. Zagraliśmy w papier kamień nożyce o to, kto śpi sam. Wygrałem. Artur i Wojtas spali u góry. Ja dostałem pokój na parterze. W środku pachniało stęchlizną, jak w mieszkaniu starych ludzi. Podszedłem do pojedynczego niewielkiego łóżka w rogu pokoju. Na stoliku nocnym leżał różaniec i Biblia. Pomyślałem, że to jakiś nieśmieszny żart. Odsunąłem się i usiadłem na drugim końcu łóżka. Po czym dostrzegłem, że na niewielkim dywanie przede mną leżą góralskie kapcie, w środku poczerniałe od potu. Wstałem i w jednej chwili zawyłem zduszonym krzykiem. Przede mną, przy surowym stole z jasnego drewna, siedziała pomarszczona staruszka, a nad nią wisiał ogromny krzyż. — Dzień dobry — powiedziałem niepewnie. Zamiast odpowiedzieć, wpatrywała się we mnie bez słowa. — Co ty tu robisz? — powiedział Krzysiek i wszedł do środka — to jest pokój mojej babci. — Przepraszam panią — powiedziałem i natychmiast wyszedłem. — Ten jest twój — pokazał na kolejne drzwi. Zostawiłem plecak w środku i przed wyjściem zauważyłem, że nad drzwiami też wisi krzyż, przyspieszyłem kroku jakby to był ogromny pająk, który planował skoczyć mi na głowę. Palenisko znajdowało się tuż za sadem. Po prawej w oddali widać było wieżę kościoła i dachy domów. Przed nami rozciągał się widok na pagórkowate pola za którymi znikał horyzont. Widok jak z pocztówki z podpisem Bernstein. Kiedy we trójkę skończyliśmy znosić prowiant i sprzęty, usiedliśmy przy stole ogrodowym. W tym czasie ojciec Krzycha podszedł do sterty drewna na skraju sadu i zaczął wybierać polana najbardziej odpowiednie na ognisko. — Owocowe, z zeszłego roku. Głównie czereśnia, o te tutaj. Też jest trochę jabłonek. W życiu nie jedliście takich kiełbasek. Byliśmy zauroczeni tym jak ubrany w te swoje taktyczne ubrania, poruszał się szybkimi i pewnymi ruchami. Do tego małym podręcznym toporkiem docinał, łamał i układał drewno co chwila coś dopowiadając. Nikt z nas nawet nie myślał o tym, żeby wstać i mu pomóc, chyba w duchu, czuliśmy, że on chce żebyśmy tak na niego patrzyli. Że jesteśmy turystami w jego świecie. — Panowie, nie ma co czekać — powiedział Wojtas kiedy już zapłonął ogień. Chwycił ze stołu oszronioną butelkę Wyborowej. Rozlał każdemu mniej więcej po połowie do plastikowego kubeczka i wzniósł toast. — Za Krzysiulka, naszego gospodarza! I zrobił wtedy coś, czym kupił moje serce. Bez żadnego zbędnego gestu, uderzył swoim kubeczkiem w mój. To samo zrobiła reszta. I wychyliliśmy zawartość jednym haustem. Nie musiałem się tłumaczyć jak idiota: nie stukam się bo to zwyczaj, który miał chronić przed złymi duchami. I jako chrześcijanie bla... bla... bla... Zawsze kiedy recytowałem tę formułkę, czułem się jakby to mówił ktoś inny. Wojtas co chwila dolewał wódki i z każdą chwilą stawaliśmy się co raz głośniejsi. W którymś momencie Artur zaczął śpiewać Dziewczyno z klubu disco, dziewczyno nieznajoma. Po kilkukrotnym zaśpiewaniu tego samego fragmentu, uznał że jednak nie zna tekstu i puścił ją z telefonu. Przewracaliśmy oczami, ale on to całkowicie ignorował i śpiewał nosowym głosem razem z Zenkiem. Do tego ruszał rękoma jakby płynął i jednocześnie tupał przy tym w rytm. Wojtas dopił wódkę i dołączył do niego. Tańczyli dopóki się nie potknęli i nie upadli na ziemię. — Naprawdę, mówię wam, cały czas czuję się jak bym leciał gdzieś wysoko – powiedział Artur i pokazał ręką w kierunku nieba — Będzie boleć jak spadniesz — zaśmiał się Wojtas. — Jest aniołem, tak piękna i delikatna, że czasami jak się na nią zapatrzę, to nie potrafię przestać... — Dobra, Artur, wiemy, ożenisz się z nią i będziecie cały dzień na kanapie czytać książki. A ty — Krzychu spojrzał na mnie poważnym wzrokiem jak Bogdan w samochodzie. — Ty tak na serio z tym byciem Świadkiem? Nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć. To pytanie stało się niezauważalnym ruchem kuli ziemskiej, który wywołał we mnie ciąg lęków, których nie potrafiłem opisać. Ilekroć szukałem właściwych słów, to przychodziło mi do głowy, to samo: nie wiem. W jednej chwili poczułem pustkę i zacząłem płakać. — Czasami czuję się jakby ten zbór i ci wszyscy ludzie tam... ale nie ma innej drogi. Przecież to jest religia prawdziwa! Spojrzałem w ich stronę, nikt nic nie powiedział. Wojtas wstał, podszedł do mnie i przytulił mnie mocno i szczerze jak nikt nigdy wcześniej. Z oddali doszedł do nas przenikliwy gwizd. Zobaczyliśmy jak Bogdan od strony domu na przemian gasi i zapala latarkę. — Zaczęło się — powiedział Wojtas i puścił uścisk — masz dopij, dobrze ci zrobi. — Podał mi swój kubek z wódką. Zaczęliśmy zbierać wszystko do worka na śmieci. A potem każdy chwycił co miał pod ręką i ruszyliśmy w stronę domu. Artur próbował świecić latarką pod nogi, ale oświetlał jedynie swoje buty i co chwila ktoś z nas potykał się o nierówny teren sadu. Wojtas zasalutował do Bogdana i powiedział: — Melduję drużynę gotową do Nocy Kupały! Żeby nam bogowie błogosławili, proszę Pana! Bogdan ryknął śmiechem. — Ja pierdolę. Dobrze, że matki nie ma w domu — powiedział do Krzycha. Położył z tyłu na pakę kilka ręczników. My w tym czasie usadowiliśmy się w samochodzie i grzecznie czekaliśmy aż wejdzie do środka. Artur powiedział do nas, że chyba się trochę upił. Zaczęliśmy się zwijać ze śmiechu, do momentu aż Bogdan nie wszedł do środka i nie zaczął z poważną miną lustrować każdego z nas. Miałem wrażenie, że zatrzymał wzrok na mnie na całą wieczność i zaraz powie, że nie mogę jechać, bo jestem zbyt pijany. Ostatecznie obrócił się i ruszył bez słowa. Artur otworzył okno. Wychylił głowę i haustami zaczął chwytać powietrze. Zapachniało lasem. Czułem na twarzy powiew świeżego powietrza i zaschnięte łzy. Było mi błogo, przymknąłem oczy i zasłuchałem się w pomruku silnika. W jednej chwili cała moja rzeczywistość rozwiała się jak dym z ogniska. Nie pamiętam żebym wychodził z samochodu. Ale pod stopami czułem trawę. Podniosłem ciężką głowę, nad sobą widziałem rozgwieżdżone niebo. Rozejrzałem się. Byliśmy na niewielkiej plaży w środku lasu wokół której drzewa pochylały się tuż nad wodą. Bogdan się rozebrał i nagi z Perunem na bicepsie zmierzał w kierunku wody. Za nim pędził Krzychu z Wojtasem. Artur spojrzał na mnie i podniósł ramiona, jakby mówił, że chyba musimy wejść. Usłyszałem głośny plusk, chwilę później Bogdan wypłynął spod wody. — Świadek, ty tylko do pasa — krzyknął do mnie. Zaczęli się śmiać, a ja razem z nimi. Kurwa. Najebałem się, ale dam radę, pomyślałem. I prawie przewróciwszy się, też rozebrałem się do naga. Poczułem się naprawdę wolny. Zacząłem iść w stronę jeziora, ale stawiałem kroki jak bym miał na stopach betonowe buty, które nie pozwalają mi ruszyć dalej i przeważają mnie to na prawo, to na lewo. Zatrzymałem się i zobaczyłem, że wszyscy leżą na wodzie. Zachwiałem się ale po chwili biegiem ruszyłem w kierunku jeziora jak bym się przedzierał przez gęsty las. Tylko, że gdy woda sięgnęła mi kolan, nie dłużej utrzymać równowagi i zapadłem się pod powierzchnie. Poczułem jak jezioro mnie studzi i w ułamku sekundy przed oczami pojawiła mi się ilustracja ze Strażnicy, na której Jan Chrzciciel zanurza w wodzie umięśnionego mężczyznę. Poczułem jak ktoś mnie podnosi i jak z oddali usłyszałem głos Bogdana: — Kurwa, młody. Nic ci nie jest? Kolejną rzeczą jaką pamiętam to jak przebudziłem się przed piątą. Na zewnątrz już świtało. Poszedłem do kuchni i nałożyłem sobie na talerz wczorajszą kiełbasę i bułkę. Wróciłem do pokoju i zanim wszedłem do łózka, poczułem że ktoś mnie obserwuje, obróciłem się niepewnie. Przede mną pojawiła się babcia Krzycha. Patrzyłem w jej oczy tak jasne, że wydawały się być skryte za mgłą. Musiałem być jeszcze mocno pijany, bo trwaliśmy tak zapatrzeni w siebie przez kilka dobrych minut i żadne z nas nie drgnęło. — Jak ci na imię? — zapytała w końcu. Nie czekała na odpowiedź. Kiwnęła głową, powiedziała coś pod nosem, co brzmiało jak zaklęcia i poszła do pokoju obok. Położyłem się, ale zakręciło mi się w głowie, a w ustach poczułem ohydny smak wódki. Zacisnąłem oczy. W głowie wirował mi obraz Bogdana, który mnie chrzci w jeziorze i powtarza wkoło: uciekaj stamtąd. Jak najszybciej! Masz jeszcze czas, jesteś młody. I rozmył się w tym śnie. W jego miejsce pojawił się ten z dworca. Wciąż tam siedział, tyle że tym razem czytał książkę Czego naprawdę uczy Biblia? I tak jak Artur na warsztatach po przeczytaniu fragmentu mówił: niesamowite. Co chwila wybuchał śmiechem i kręcił przy tym głową. Kiedy mnie dostrzegł obrócił się w moją stronę i szeroko się uśmiechając zapytał : — Ty naprawdę w to wierzysz? Paweł Obarzanek - pisarz związany ze Szczecinem. Uczestnik pracowni „Przed Debiutem” Biura Literackiego. Publikował m.in. w „Gazeta Musi Się Ukazać”. Pracuje nad debiutancką książką Jonasz.
- Tadeusz Zawadowski – pięć wierszy
dom ze snów kiedyś planowałem zbudować dom nad rzeką. wysoko w górach. w miejscu gdzie niebo łączy się z wodą. w snach stawiałem mury i przez wyimaginowane okno przyglądałem się lotom ptaków też budujących swoje gniazda. rano obudził mnie ryk oszalałej wody która z potoku przemieniła się w bestię. widziałem przerażone twarze domów zapadających się w fundamenty. również mojego którego nie zdążyłem jeszcze do końca wymarzyć. rzeka II kochałem tę rzekę. rankiem wymykałem się z domu i z nadbrzeżnych zarośli podziwiałem ptaki wylatujące z gniazd w poszukiwaniu ryb dla młodych. któregoś dnia rzeka przyszła do mnie. zabierała cegła po cegle z mojego domu i budowała z nich mury przerażenia. ptaki z krzykiem opuszczały swe gniazda a ja podążyłem ich śladem. moje rzeki płyną przeze mnie rzeki wraz z rozlewiskami. nazywam je wzruszeniami. próbuję ujarzmić zaporami słów których nie buduję z wielkich liter. tylko małe jest prawdziwe. kryje się w dłoniach jak pisklę które dopiero ma wylecieć w świat. to przed odkrywanie nienazwanego. moje rzeki prowadzą mnie do źródła. gałąź kolejna bezsenna noc. patrzę w gwiazdy. zbyt wiele by policzyć. są za odległe by stały się namacalne. tylko gałąź za oknem jest realna. uchyla się pod dotykiem mego spojrzenia i co chwila puka lekko w szybę jakby chciała mnie wyprowadzić z tego mieszkania w krainy mego dzieciństwa. cichutko otwieram okno i podążam za nią kalecząc stopy o wieczność. już czas wchodzę w jesień. w szpaler drzew przy drodze. dotykam dłonią ich barw chełpiących się miedzią czerwienią i złotem nim przemienią się w bezlistną ciszę. w górze klangor żurawi woła że już czas odlecieć. Tadeusz Zawadowski (ur. 1956) – poeta, krytyk literacki. Laureat międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich oraz wielu nagród literackich. Jego wiersze były tłumaczone na języki: rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski, hiszpański i angielski. Wydał 18 tomów poetyckich, ostatnio: raport z czasów zarazy (2021) i ptaki spadające w niebo. Mieszka w Zduńskiej Woli.
- Radosław Wiśniewski – Sorry, taki mamy mental, mental, hare, hare
[…] Czuję ból w całym ciele, podskórne dzieciństwo. Rozbieraj się. Ale za co. Rozbieraj się, ty już wiesz za co. [...] (Karol Maliszewski, Wstyd. miasteczko górnicze czeka swojego końca) 1. Znam je dobrze, a ono zna mnie. Podskórne dzieciństwo. Bicie linijką, wskaźnikiem od mapy i tak żeby nie było śladów, czasem po rękach od wewnętrznej strony. Skąd one to wiedziały, te wszystkie nauczycielki w miastach, 2. wsiach, miasteczkach? Czy były jakieś szkolenia z tego jak skutecznie bić dzieci tak, żeby się nie skarżyły? Czy była to wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie kolejnym paniom, bo biły głównie panie, albowiem 3. panowie byli i są mniejszością na wstępnym etapie nauczania - kto wie, gdyby lepiej im płacono, piękniej kuszono - może bili by i oni, z większą siłą, mniej się przejmując tym by nie zostawiać śladów, chociaż bez 4. powodu, bo przecież w domu często słyszało się po wpierdolu w szkole – widać ci się należało, a byli tacy co odbierali w domu premię górską pasem, kablem od żelazka. Zapytacie dlaczego bito kablem od żelazka, 5. a nie od telewizora? Otóż kabel od żelazka był elastyczny i bardziej bolało, a po za tym żelazko było tańsze i łatwiej dostępne w gospodarce niedoborów. Kabel od telewizora był raczej sztywny, a sam telewizor był jak bóg ojciec 6. i można w nim było mecz obejrzeć albo defiladę z okazji rocznicy PRL albo pielgrzymkę papieską. Nie pamiętam też czy ktoś dostał kiedyś przewodem od prodiża, o którym wspomniał w sarkastycznym poście Łukasz Najder. 7. hare mental, hare mental mental mental hare hare 7. Ale zaczynało się jednak nie od kabla, ale w przedszkolu na woreczkach z zaszytym suszonym grochem na którym się klęczało twarzą do ściany z rękami do góry. Pamiętam jak się nazywała pani przedszkolanka która nas ustawiała 8. twarzą do ściany i obowiązkowo z rękami do góry na woreczkach z suszonym grochem. Wiesia. Pani Wiesia. Nie pamiętam co jeszcze nam robiła, ale na pewno miała wiele metod dyscyplinowania dzieci. 9. Ta jedna się zapisała w pamięci czterolatka, ale na pewno Pani Wiesia była podobna do setek, tysięcy przedszkolanek swoich czasów. Przedszkolanek, wychowawców kolonijnych, wuefistów, wuefistek, nauczycieli biologii, rosyjskiego, fizyki, 10. chemii, matematyki, księży katechetów, sióstr zakonnych, babć, dziadków, dozorców, woźnych, działkowców, wujków, tatów, mamuś. Albowiem katalog osób mających prawo podnieść i spuścić na ciebie rękę był szeroki, zdałoby się nieskończony. 11. I kiedy niektórych dorosłych pałowało czasem MO, ORMO albo ZOMO, nam miał prawo pierdolnąć w zasadzie każdy dorosły, bo widać się należało, bo taki był nasz święty mental. hare mental, hare mental, mental, mental, hare, hare 12. A na przykład takie wykręcanie ucha przez dorosłego to nawet nie była kara, to nie było nic, co domagałoby się opowieści, chociaż pamiętam dobrze ból wykręconego ucha i stężoną furię, bezlitosną kalkulację, jaka była potrzebna by prawidłowo wykonać 13. kręcenie ucha. To nie było takie łatwe, weź złap gnoja za ucho i podnieś go tak, żeby stał na palcach ledwo, ledwo sięgając ziemi, żeby kiedy go za ucho pociągniesz drobił na paluszkach za tobą, a nie urwij mu tego ucha pedagogu bo przecież nie wolno 14. zostawiać śladów. No, spróbuj teraz jeden z drugim, no, spróbuj. Jakiej energii, gęstej od nienawiści potrzeba dobyć z głębin ducha, i ciała pedagogicznego, żeby gnoja nauczyć moresu. Jeszcze ich widzę - Tomka, Jacka, Oliwę, Saszkę, a nawet siebie jak trzymani 15. wprawnie za ucho potulnie drobimy kroczkami za nauczycielką biologii, wuefistą, chemicą, dyrektorką. A ucho długo po zwolnieniu uchwytu było czerwone, czasem puchło, czasem gorzej się słyszało przez czas jakiś, czasem bywało, że ta i owa pani w zapale naderwała skórkę, 16. tak się mówiło „skórkę”, żeby nie było, że po prostu jedna z drugą była o krok od urwania dziecku ucha, ale nikt przecież nie robił afery, bowiem kręcenie ucha to był akt przezroczysty, albowiem widać ci się należało, rozbieraj się, za co, już ty wiesz za co, śpiewaj, śpiewaj, 17. hare mental, hare mental mental mental hare hare. 18. Od bicia gorszy był chyba strach przed biciem, czekanie na bicie, przekonanie o nieuniknionym biciu i idące ze strachem poniżenie, mrowienie w okolicy kości ogonowej, ścisk w żołądku, płytki oddech i to poczucie bycia przerażonym workiem ze skóry pełnym gówna. 19. Najgorsze były łzy, których nie dało się wypłakać. Bo jak cię biją, jak na ciebie plują, jak ciebie wyzywają do szmat, jak to się staje normą, po jakimś czasie przestajesz płakać. Uznajesz, że tak jest było i będzie i nie warto. Płacze się wtedy, kiedy płacz jest syreną 20. alarmową, że dzieje się coś niezwykle złego, ale kiedy na alarm który ponawiany jest kilka razy dziennie nie przybywa dzielna załoga G – przestajesz sygnalizować, chcesz po prostu przetrwać normę, a oprócz bicia czy kręcenia ucha było też i szarpanie 21. za włosy i było bardzo dobre, bo nie zostawiało śladów. I to była norma nawet jeżeli w ręce zostawało czasem wychowawcy, zwanemu opiekunem, kilka niesfornych, nawet jeżeli w jednym czy drugim domu, szkole, bidulu, sanatorium - zdarzało się to 22. zbyt często. Bo co to znaczy, że zdarzało się zbyt często? Co to znaczy, że bywało za mocno? Naderwanie ucha? Bo miałeś potem kilka cebulek włosowych na głowie mniej? Widać ci się należało, do wesela się zagoi i umówmy się, że nie powiemy o tym mamie. 23. hare mental, hare mental mental mental hare hare 24. To co to znaczy zbyt często, co to znaczy, że za mocno, za dużo może wiedziała dziewczynka, z której śmialiśmy się na podwórku, bo sikała gdzie popadnie i zawsze miała poplamioną sukienkę. I pamiętam, że zawsze i wszędzie z tym cholernym misiem z urwaną plastikową łapką, w wyniku czego misio łapek miał trzy, a nie cztery. Do dzisiaj nie wiem ile łapek w dorosłym życiu miała osikana dziewczynka z podwórka, z której się śmialiśmy, chociaż dzisiaj ze wszystkich sił chciałbym ją przytulić, a nie wiem nawet 26. czy dożyła tej dorosłości, czy, jak to mówią posłowie polskiej prawicy, mimo tego, że była bita – wyszła na ludzi? A może została kolejną panią od kręcenia ucha, żeby raz to nie ktoś jej ale ona komuś, tu i na zawsze na wieki wieków, za tę sukienkę, za sikanie gdzie popadnie? 27. hare mental, hare mental mental mental hare hare 28. Biliśmy się też między sobą skoro i nas bili inni, którzy byli akurat od nas starsi, ważniejsi, wyżej w hierarchii i teraz ciężko cokolwiek odpamiętać, przywołać, a już najmniej to, co dotyczy ciebie samego. Bo premii górskiej kablem to nigdy nie dostałeś, więc Łukasz Najder 29. może cię zapytać skąd wiesz że to był raczej kabel od żelazka, a nie od telewizora czy prodiża, skąd wiesz że pasem, a nie sznurkiem? Łukasz daj spokój, kto wie jeszcze co to był prodiż, sam już prawie nie pamiętam, poza tym, że pamiętam poczucie bycia szmatą, 30. śmieciem, chociaż to się wypiera, wypiera, wypycha, byle prędzej byle dalej, wczepieni w burty potrzaskane, nim ciało całkiem się zanurzy w cisze bezdenną lat. Zostaje dziewczynka która sikała pod siebie i tylko czasem bawiła się spokojnie z młodszymi 31. dziećmi w piaskownicy. Tym najmłodszym nic nie przeszkadzało. Same sikały pod siebie. A mnie było głupio, ale nie umiałem zrobić nic wbrew własnej hordzie, więc pewnego razu zaniosłem jej zabawki pod drzwi, bo wiedziałem gdzie mieszka, zadzwoniłem i uciekłem. 32. hare mental, hare mental mental mental hare hare 33. Dzisiaj myślę, że ktoś ją musiał krzywdzić. Może za karę że się zsikała ktoś ją wstawiał pod zimny prysznic? Może ktoś ją bił przewodem od żelazka? Od telewizora? Od prodiża? Albo robił coś gorszego? To nie są pytania, to nie są stwierdzenia. A to tylko jedna dziewczynka, której 34. winny jestem "przepraszam"i chwilę wspólnego płaczu, a której imienia ani nazwiska nie pamiętam i nie wiem czy nie powiększyła grona aniołków, których wyobrażeniami tak łatwo zasłania się świat poniżanych dzieci, gwałconych dzieci, przerażonych dzieci, bitych 35. dzieci, zabitych dzieci. Aniołków wyobrażonych jak mali służący, lokaje tych wszystkich boziów, jezusków, maryjek którzy obojętnie patrzyli i patrzą ze swoich wysokości na tę dziewczynkę i na setki takich dzieci jak ośmioletni Kamil, który zanim umarł pod piecem 36. miał złamaną rękę, był poobijany na twarzy, ale przecież chodził do szkoły, brudny, ciągnąc za sobą tę bezwładną rękę i próbował się uczyć. Tylko po to, żeby kolejny raz zebrać wpierdol od konkubenta pod okiem matki, oszczanego ze strachu rodzeństwa, żeby być 37. polanym wrzątkiem, żeby być poparzonym na węglowym piecu i leżeć pięć dni bez pomocy pod tym piecem. Morze nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec mamy rozkaz cię utrzymać albo na dnie twoim lec, pod piec, pod piec, pod piec, pod piec – tak 38. to się śpiewało na koloniach, przekręcając słowa. I Kamil legł pod piecem, a cały tabun wszystko wynagradzających jezusków patrzył na niego i czekał spokojnie aż powiększy grono aniołków. Może to był już ten stan kiedy nie płaczesz. Te łzy są w środku. 39. hare mental, hare mental mental mental hare hare 40. Zbierają się w osierdziu, gdzieś w osoczu, w puchlinie. I jasna myśl skrajem mózgu kłusuje, który podobno ma zapisane wszystkie razy, kiedy oberwałeś, bo podobno możesz nie pamiętać, ale uderzenie w ciało odbija się odpowiednią blizną na mózgu, tam od uderzenia 41. podobno obumiera kilka komórek i już tak zostaje, zatem skrajem tego mózgu myśl jasna biegła kłusem, że ten cały jezus umierał na krzyżu kilka godzin. Długo, ale wiedział, że to za grzechy całej ludzkości. I mógł wierzyć, że po trzech dniach zmartwychwstanie. 42. Kamil umierał bez tej nadziei, i nie kilka godzin, ale kilka dni bo człowieka nie jest łatwo zabić. A dziecko to w ogóle trudno zabić - tyle w nim życia. Kamil podobno nic nie mówił, ale pokazywał że dzieje się coś złego, co przekracza jego świat, czyli granice jego 43. języka. Ale każdym razem zwracano go na warsztat oprawcy jak niesforny mebel do domu niewoli, udręki i śmierci ostatecznej. Umierał dłużej niż jezus, może bardziej ze strachu, bo strach jest dużo gorszy niż ból jak dostaniesz, jak to się mówiło "w skórę", 44. chociaż ślady strachu zostają pod skórą, razy w skórę zapisują się w strukturach martwych komórek w mózgu, jak wspomniałem. Ból mija ale strach jest z tobą zawsze. Kamil umierał zatem bez nadziei i za nic czy może raczej za polski mental? Ten mental? 45. hare mental, hare mental mental mental hare hare 46. Mental w którym święty jest węzeł małżeński, nawet gdy jest węzłem zaciśniętym na szyi najsłabszego osobnika w stadzie. Mental w którym święta jest rodzina i nie ma z niej wyjścia, albowiem jest systemem zamkniętym, milczącym na zewnątrz 47. i zarazem elastycznym jak pokrowiec z gumy. Nie wybierałeś jej i z niej nie wyjdziesz a ona z ciebie, należysz do niej, jesteś jej, może ci zrobić wszystko. Mental w którym dziecko jest własnością rodziców jak piec węglowy, (powtarzajcie to wytrwale 48. – mental mental hare hare) Za ten mental, poprzez ten mental, z tym mentalem i w zgodzie z tym mentalem - Kamil umarł. Dołączył do grona kilkudziesięciu polskich aniołków, które rokrocznie zasila pokoje domu ojca jezusa. I znowu kolejny 49. minister edukacji poburczy, że wszystko było jak trzeba, a dziecko zabiła patologia rodziny w której nie było dosyć wartości chrześcijańskich. A premier polski przez wielkie „ha”, poczuje się w obowiązku zaznaczyć, że on jest za karą śmierci. 50. hare mental, hare mental mental mental hare hare 51. I jeszcze minister sprawiedliwości też powie, że jest za karą śmierci. Tak jakby zabicie kogokolwiek rozwiązywało problem dzieci bitych w czterech ścianach, dzieci sikających ze strachu, dzieci, które legły pod piecem, dzieci znalezionych w beczkach na kapustę, albo 52. Szymona z Będzina znalezionego z dziurą w brzuchu w stawie koło Rybnika. Tak jakby lincz - a kara śmierci jest linczem, mój książę - mógł oddalić od nas winę, za to, że to znowu się stało. Tak jakby lincz miał moc zagłuszenia wszystkich momentów 53. kiedy czułeś się przerażonym workiem ze skóry wypełnionym gównem. Albowiem jedno lincz pewnie daje to poczucie triumfu, spełnionego odwetu, nie w swojej sprawie, ale symbolicznie w każdej. Owieczki już milczą? Zbysiu? Przemku? Mateuszu? Andrzejku? Powiecie mi 54. zaraz, że was bito i dlatego wyrośliście na porządnych ludzi? Załóżmy, że to prawda, odważne założenie, załóżmy, że tak jest. A co jeżeli wam powiem, że może jest tak, że tak samo wy, jak i ja, jak i moi rodzice i ich rodzice wyrośli pomimo tego? Byliśmy bici, poniżani przez pokolenie, 55. które także było bite i poniżane przez starsze pokolenie, a tamto było jeszcze bardziej bite i poniżane . W tamtym pokoleniu wystawienie przed drzwi domu dwulatka z rowerkiem i walizeczką, żeby dać mu nauczkę było anegdotą rodzinną i świetną historią do opowiadania 56. na urodzinach cioci, mamy, babci, chociaż dwulatek dobijał się do drzwi domu, który był jego domem, jedynym znanym domem, nie mogąc uwierzyć że wyrzucono go za drobne przewinienie z walizeczką, rowerkiem i poleceniem by już nigdy nie wracał. 57. pewnie dlatego kręcenie ucha to dla nas było nic, to całe bicie, popychanie, szturchanie, poniżanie dzieci, bo nas bijący sami byli bici a teraz żeby stanąć w obronie bitego dziecka najpierw musielibyśmy stanąć we własnej obronie i powiedzieć nie. 58. hare mental, hare mental mental mental hare hare 59 Nie mieliście prawa - wujku, mamo, dziadku, babciu, tato, bracie, kuzynie, profesorze, księże katecheto. Z tego, że was bito bardziej nie wynikało prawo do bicia mnie, Nie i nie. Nie mieliście prawa. Nie miałaś prawa. Nie miałeś prawa. Powtórz to jeszcze raz. 60. Przy stole na imieninach u cioci, na przyjęciu komunijnym, na chrzcinach, na wigilii, nad grobem ojca, matki, babci, wujka, na weselu, stypie, imprezie klasowej po latach wstań i powiedz to głośno – biliście mnie i czułem się jak przerażony worek ze skóry 61. wypełniony gównem, ale oto teraz występuję w obronie tamtego dzieciaka, którego noszę w sobie, obitego i sponiewieranego i mówię wam, pamiętam, a teraz wy sobie z tym radźcie, że wiem, że pamiętam. Powtarzajcie to, powtarzajcie wytrwale mental, mental hare, hare, 62. macie szansę, powiedzcie coś, "przepraszam" mental, mental jego mać bicie, poniżanie, popychanie, szturchanie, polewanie wrzątkiem, polewanie zimną wodą, zabijanie wigilijnego karpia o brzeg wanny, bo inaczej nie będzie wigilii hare, hare - to wszystko są paciorki 64. jednego różańca, mental, mental nas trzyma za gardło, to Kamil spod pieca, to Levine wyłowiona ze Świsłoczy, to człowiek ze złamaną nogą spod granicznego płotu, i człowiek wiszący za złamana nogę na granicznym płocie i kobieta w ciąży przerzucana przez druty 65. za ręce i nogi zanim płot postawili. To wszystko są paciorki różańca, módlcie się, módlcie się wytrwale, mental, mental, hare hare, idźcie i powiedzcie swoim zmarłym, swoim żywym - koniec z tym, będziemy to rwać od dzisiaj, od teraz zaśpiewamy razem z chórami 66. niebios jebać mental, hare, hare jebać mental hare, hare, jebać, jebać i się nie bać. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Rafał Gatny – cztery wiersze
rano wieczorem układam rano koszula spodnie klucze dokładnie tam gdzie ręka będzie ich szukać rano nie podejmuję decyzji woda sranie ubranie herbata fizjologia pamięta kolejność wszystko po kolei mnie na końcu przez pierwsze minuty wydobywam się z siebie jedno uruchamia drugie nie mam nic do ustalenia potem już idzie buty schody ulica przystanek praca wszystko przygotowane wcześniej żebym o tej porze nie musiał wymyślać siebie od lat działa a ja nadal wierzę że któregoś dnia jebnie ten kierat i wystrzeli mnie w kosmos bez planu na następny dzień świadectwo kierowniku poratuj przecież cię stać na odrobinę niedoskonałości za piątaka mogę nawet świadczyć wszystko się na tej i nawet pod tą ziemią ładnie ułoży przyłączę się do twoich snów a jeśli opłacisz opłaczę przyszłe dni za ciebie kierowniku solo fotka na insta stoję tyłem na tle mgły żeby było wiadomo że coś przeżyłem twarz by tylko zepsuła fajną pop metaforę zgrobuniepowstanie jesteś tragicznie blisko wszystkich (uzasadnione uogólnienie) zdając sobie z tego sprawę chciałbym w czystej koszuli wystąpić jako nieśmiertelny interwał ale czas na jej wypranie taki konkretny idziesz tak tragicznie blisko w sumie irytuje mnie to jak zbyt gorące lato na które przecież czekałem jestem rozpalony chłodzę spojrzenie o nagrobek przez chwilę nie wierzę w jej obietnice Rafał Gatny (ur. 1973) – Krakowianin, polonista, nauczyciel. Pisze wiersze, choć świat doskonale radzi sobie bez nich. Nie ufa patosowi, wielkim słowom ani poetom, którzy zbyt poważnie traktują samych siebie. Pracuje nad tomem kopalnia.
- Grzegorz Wróblewski – cztery wiersze
Puszcza Po co tyle kości, noży i zamieszania? Rzeźnicy i poeci nie odwiedzą już nigdyswoich brodatych pradziadków.Tamci mówili przecieżw obcych językach. Ogień Stal Śmierć Takie cudo usłyszałem. I jeszcze coś o umiejętnościach psychologicznych. Furia Ratuj mnie, Karina. Nie żyje już większość Nie żyje już większość moich starych przyjaciół. Przecież to było do przewidzenia. Nie, to nie było do przewidzenia. Grzegorz Wróblewski (ur. 1962) – artysta wizualny, autor książek poetyckich, prozatorskich i dramatów: Ciamkowatość życia (2002), Planety, Dolina królów, (1996), Pomieszczenia i ogrody (2005), Hologramy (2006), Noc w obozie Corteza, Nowa kolonia (2007), Hotelowe koty (2010), Pomyłka Marcina Lutra (2010), Gender (2013), Choroba Morgellonów (2018), Implanty (2018), Miejsca styku (2018), Pani Sześć Gier (2019), Runy Lunarne (2019), Tora! Tora! Tora! (2020), Cukinie (2021), Letnie rytuały (2022), Niebo i jointy (2023), Ra (2023), Spartakus (2024), Antropia (2026). Jego twórczość literacka została przetłumaczona na kilkanaście języków i wydana m. in. w Wielkiej Brytanii, USA, Czechach, Bośni i Hercegowinie oraz Danii. Jest także autorem książek z pogranicza poezji wizualnej i asemic writing Shanty Town (2022) i Polowanie (2022). Swoje prace prezentował na wystawach w Polsce, Danii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Współpracował również z muzykami jako autor tekstów i wykonawca. "
- Wojciech Wilczyk – trzy wiersze
Racje Stefana Ogromny szarobury dzik, zwany tutaj Stefanem, żeruje na trawniku obok placyku zabaw, budy z kebabem i sklepu Alkohole 24. Omijam go szerokim łukiem, lecz pani z jamnikiem, który zwie się Gustaw, woła do mnie - Pan się nie boi, pan spokojnie idzie, Stefan ma wszystko w dupie! Garść subiektywnie dobranych wypisów z „Czytelnika w kropce” Davida Marksona, opatrzonych krótkim komentarzem Tomasz Święty z Akwinu był antysemitą. Georg Bernard Shaw był antysemitą. William Butler Yeats był antysemitą. Kant był antysemitą. Fryderyk Chopin był antysemitą. Aleksander Puszkin był antysemitą. Ernest Hamingway był antysemitą. Marcin Luter był antysemitą. Wolter był antysemitą. G.K. Chesterton był antysemitą. Martin Heideger był antysemitą. Theodore Dreiser był antysemitą. E.E. Cummings był antysemitą. Robert Lowell był antysemitą. Carl Orff był antysemitą. Wallace Stevens był antysemitą. Eliot był antysemitą. Henry James był antysemitą. * Natomiast w kwestii Ezry Pounda, który się nie załapał do w/w grona, napisano, że mieszkając w Rapallo dwie noce w tygodniu spędzał z żoną Dorothy, a pięć nocy z Olgą Rudge. I że z obiema miał dzieci. Kiedy na peron dworca w Krakowie wjeżdża pośpieszny z Wrocławia do Przemyśla Młody postawny mężczyzna, jednak już całkiem siwy (żegnany przez kolektyw apatycznych krewnych), bierze na ręce chłopca, przytula go do siebie i mówi - Будь бійцем! Wojciech Wilczyk (ur. 1961) – autor książek fotograficznych i poetyckich. W 2027 roku (przy założeniu, że świat nadal będzie istnieć) ukaże się jego album Familoki, kaserny, kamienice, poświęcony budynkom kolonii robotniczych na Górnym Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i Galicji, oraz książka poetycka Trofea.









