Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Paweł Orzeł – segundo
Czy chcesz poprowadzić zajęcia z życia pisarza w więzieniu? Disculpe. Marnego pisarza w pierdlu o zaostrzonym rygorze? Tyle słowem wstępu. Jest w tym coś podobnego z niechodzeniem do szkoły. Wychodzisz rano z domu, ale nie docierasz na przystanek autobusowy, tramwajowy, do metra lub po prostu na własnych nogach do publicznego domu edukacji. Przechadzasz się po osiedlu jak pan życia i życia, przyglądają ci się ciekawscy widzowie. Spotykają cię drobne przyjemności, bo jesteś panem życia i życia. Coś się wydarza, wydarzają się wydarzenia. Tobie. Nagle masz psa – równie niespodziewanie, jak się pojawił, znika. Romansujesz z nieco neurotyczną, chorobliwie szczupłą, ale uroczą dziewczyną, której z jakiegoś powodu nie było w szkole jeszcze. Może szła na trzecią lekcję? Widziałeś za to, jak z jej domu wychodziło mnóstwo koleżanek. Poznałeś do tego jej ojca, działacza kołowrotka politycznego. Zobaczyłeś, że przy gotyckim kościele wycięto drzewo, mimo to przechodząc obok czujesz wciąż rodzaj niebezpieczeństwa. Jeden z bloków strasznie się zestarzał i słońce na niego nie chce świecić lub nawet padać. Na górce bawią się bliżej nieokreślone humanoidalne twory. I jeszcze więcej. Takie obserwacje. Gdy w końcu wracasz do domu – nieprzyjemna niespodzianka. Rodzice jeszcze nie wyszli, jakby byli przekonani, że cię złapią na gorącym uczynku. Qué mala suerte. Idziesz po cichu do swojego pokoju, niemal słyszysz ich rozczarowanie, a z pewnością podkurwione głosy. Nigdy do niczego nie dojdziesz. Nie ma sensu do niczego cię zmuszać. Oni nie zamierzają pracować, jeśli ty nie będziesz się uczyć. Już mniejsza o oceny. Zastanawiasz się, jaką teraz masz lekcję. Chyba matematykę, po niej tak samo, następnie chyba jeszcze jedną. Nauczyciel ten nigdy nie sprawdza listy, więc próbujesz za bardzo się nie przejmować. Nie jest źle. Jeszcze dziś pójdziesz do szkoły, ale czy zawsze tak słabo orientowałeś się w planie zajęć? Planie lekcyjnym? Niechcący psujesz dość fikuśny zegarek, odkręcasz szybkę, z tarczy odrywają się drobne elementy, rozsypują się po łóżku i pokoju. Czy twoja nowa dziewczyna o tobie pamięta? Czy się spotkacie jeszcze kiedykolwiek? Co na to twoja poprzednia lub wciąż obecna, inna dziewczyna? Do pokoju wchodzą rodzice, wpierw matka. Skrywa agresję, próbuje jakoś się z tobą porozumieć, przytulić, a ty się nie dajesz, boisz się, że zobaczy tatuaże. Widmo szkoły się oddala. Ojciec dostrzega ułożone w połowie puzzle z disneyowskim motywem, sugeruje, że powinieneś to kolekcjonować, że może to kiedyś mieć jakąś wartość. W powietrzu unosi się stwierdzenie, że twój stryj też nie miał głowy do nauki. Rodzice wychodzą, a ty zaczynasz przeglądać stare i, siłą rzeczy, zakurzone dyskietki. Nie wiesz co dalej. Jest w tym coś podobnego do przebywania w kurorcie wypoczynkowym. Też nic nie robisz, cieszysz się słońcem i przysłuchujesz się rozmowom: – Nie. – Tak, tak. Albo trochę innym, wraz z upływem alkoholu: – Tak. – To takie muzeum bez eksponatów i bez dachu. Ktoś inny wzdycha: – Więzienie… I nagle wszystko staje się jasne. W basenie pływa statek. Nie wiesz czemu, ale wejście na niego staje się dla ciebie najważniejszą rzeczą pod słońcem i tą jedną nieruchomą chmurą. – Request permission to come aboard! – Permission granted. Jest to podobne do… Wszystko jest już naprawdę jasne. Jest to podobne… – Where do we go now? (Zrób ze mnie pancerz mętnej kostki, ale mój aparat słuchowy musi pozostać przy…) Jest to… Zakurzona dyskietka. Spośród wielu wyciągnąłeś jedną, obracasz w dłoniach, przyglądasz się jej. Coś ci się przypomina. Gra komputerowa. Na niej czy w niej? Rodzaj symulatora opieki nad kotem. Przygarniałeś kota, właściwie znikąd pojawiał się w twoim mieszkaniu. Zajmował je jak własne. Musiałeś, oczywiście, nauczyć się opieki nad nim. Kupować jedzenie, też niezdrowe mleko, odrobaczać, przycinać pazury, jeszcze raz odrobaczać, pamiętać o innych wizytach czy też terminach weterynaryjnych. Czyścić kuwetę. Głaskać. Bawić się. Czesać. Ignorować niszczenie mieszkania. Bawić się znów. Różne diagramy zdradzały tajemnice twojego białego pupila: wiek, stan zdrowia, samopoczucie… Tak. Wszystko. Jeszcze musiałeś go nazwać i zdecydować, czy będzie to kot wychodzący – uchylone bądź nie okno. Z pozoru prosta gra, ale pamiętasz rodzaj spokoju i satysfakcji, który potrafiła dostarczyć. Kot. Jednak nie zdarzyło ci się nigdy, by twój podopieczny dożył uczciwej starości. W pewnym momencie w grze pojawiała się choroba. Zwierzak stawał się osowiały, nie chciał jeść, wypadało mu futro, zaczynał sikać krwią. Praktycznie było to nie do przejścia dla ciebie. Ktoś potrząsa cię za ramię. Nigdy gry nie ukończyłeś. Kapitan podobny do bosmana lub bosman podobny do kapitana wyrywa cię z zamyślenia: – Co to jest? Myślisz, że jesteś w (mojej) kajucie? W (też mojej) kambuzie? A może w swojej celi z matką za ścianą? Jest… – Wdrapać się na grotmaszt. Coś zobaczyć! Coś. – Ale już! Wybiegasz i bezmyślnie nie wykonujesz polecenia. Pokład jest zupełnie podobny do niczego. Basen jest zupełnie podobny do niczego. Wszystko w tym kurorcie jest właściwie… (Co zrobić?) Niewyraźnie z głośnika: „Przez wiatr wieczorna min. temp. będzie niczym -27℃”. Opierasz się o bakburtę, zapalasz niewielkie cygaro bez pierścienia. W duszy śmiejesz się z ludzi przy sterburcie. To chyba La Flor Dominicana. Śmiejesz się. Pierwszy raz palisz box-pressed. Nic się nie dzieje. Zastanawiasz się, co „mintemp” mogło oznaczać. Robi się chłodno. Niespodziewanie podchodzą do ciebie dwie kobiety. Stara, gruba i brzydka oraz młoda, szczupła, może interesująca, ale tracąca wiele z powodu tej pierwszej – niestety od niej wyraźnie wyższej. Nie witają się z tobą, od razu zaczynają mówić, pokazywać foldery, katalogi, jakieś próbki reklamowe i inne druki. Zaciekawiło cię, że na tych materiałach wyłącznie przedstawiony jest mężczyzna w czerwonej sukience, przypominający bosmana podobnego do kapitana. Lub kapitana o fizis bosmana. Tego już za dużo. Za wiele. Zaczynasz na nie krzyczeć, chcesz, by odeszły, by zajęły się inną robotą, nie niepokoiły cię lub „pokoiły” ludzi na sterburcie. Przede wszystkim, tłumaczysz im, że nie nadają się do niczego, jeśli nie wiedzą, że te same foldery i katalogi drukowane są na różnych papierach, że za każdym razem zmienia to charakter zdjęcia mężczyzny w sukience. Że zmienia to nawet kolor sukienki. Że… Już ich nie ma. Znów nic się nie dzieje. Parzące palce cygaro wrzucasz do wody. Nie masz komu opisać wrażeń z palenia. Nie masz gdzie ich zapisać. Bez tego nie potrafisz go dobrze zrozumieć, ocenić i docenić. (Co?) Spluwasz do basenu. „Mintemp” to najpewniej… W nocy chyba do niego sikałeś. Nagle – zupełnie bez powodu – robi ci się przykro, że nie nazywasz się Rodrigo de Triana. Że to nie ty siedzisz na bocianim gnieździe. Że zaraz bez słowa będziesz musiał opuścić tę jednostkę. Coś się nie udało, czegoś nie zrozumiałeś. W twoich niewyraźnych myślach: „Wieczorna temperatura minimalna będzie niczym…” Coś strasznego (w tym pierdlu). Ktoś inny kiedy indziej zauważa kolorowy minaret, z którego wesoły głos obwieszcza jak co wieczór przy dużym wietrze: – Culattoni, tutti insieme. obraz: Tomasz Pilikowski Paweł Orzeł (ur. 1985) – głównie prozaik i tłumacz. W 2025 roku wydał dwa czapbuki (z Pablo EDRO – Casa de Formas): MBTPPPW i konstruktywna część zmian tymczasowych oraz dwa przekłady tomów poetyckich: María Elena Higueruelo, Los días eternos / Wiekuiste dni (Fundacja Duży Format) i Pilar Adón, Powinności (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi).
- Tomasz Pierzchała – wiersze z tomów: suflerzy porno, jądro szwu. bez brokatu
przed tym jak bez reszty zająć się kinem lasem na pokładzie ja – cegły ślimaki robiłem dla ludzi sztukateria – to dobre dla oczu dulki na fasadzie w kadrze stopniowo zabudowanym zewsząd zejścia anonimowych drzew stają się coraz większe w klubie wiatrochłonne nasypy rozbłysk drzwi zamieniają się miejscami wyjście z plątaniny ścieżek wiosną do oczu zarośnięty starzec bez końca rozbija namiot pieprzyki – mrówki pod skórą gdy sen głęboki – z boku na bok zmiażdżyłem je nie da się zmyć wyciągnąć Ø z korakla grotu z przeprawy przez pole powolna jazda koleiny z pieśni pył animizm warianty mrużenia cebul rozlewisko u siebie w domu bez skrótów kolejne zaostrzone wejście odciski arkad zębów przeszłego kesonowego życia niejasne za co z karku głowa pieprzyki – wielokropki nad ogniskiem z wioseł – przybysze literki latające lisy ( wzrok latarki ręcznej) selekcja trzęsień ziemi dziarski fundament polifem online przymierzanie chmury szeroko otwarte morze prób nie na rozkaz związek łatwopalnych nowin nad dwunożnym kołkiem cienie-krople z tamy hvem er det? po plecach długopisem połączyć tę kropkę i t—ę tam——–tą——–i tamtą–— i—————–o—–to t——————ę ——– i tamt—ą o——————t—o ————————w gwiazdozbiór lato kurierem 2.0 góry w szklarni z bagażnika zachód kredowy okres rysunków robocza wersja liści psi zaprzęg sucha woda w brustaszy puls płaskie łzy żmij w śladach dziurkacza? kosmos był urodzaj był dzieci śmiały się z ogrodzenia nigdy nie chodź z przecinkami tobołów z żałobą globusów-albinosów między oknami z pojednaniem rowów bezdomnych z płetwami nie wszystko co ciało ma – żywy deszcz w górę bitew reflektorów co trzy -masz w ręku podrygując na czerwonym? płaskie łzy żmij w śladach dziurkacza ojczyzn? spontaniczna osada na winylu brzemienność wylinki na brytfannie puszcza zbyt szybko dorasta <...> pójdę tam gdzie cię nie ma (nie ma takiego ) placek-buntownik za burtą przypinanego-państwa jednorazowej grawitacji magmy ssaków z innej warstwy fauna stosunków rodzinnych na boisku sportowym z ograniczonym dostępem <...> na przedstawieniu do bułgarii w puszce po kawie prochy ciotki – nie dotykaj jeśli jedzenie nagle się skończy – jabłka w sadzie czekają u sąsiadów po drugiej stronie ulicy niczego nie łam w domu grudzień niejadowite ścinki wokół pomidor na księżycu na wietrze była dmuchaczem szkła żaglem ostróżką im silniejszy – tym lepiej z wymieniem weterynarz pokaże tarło biodynamiczny podarunek masaż cały rok symulator gratis jeszcze by prawdziwą krowę! wczesny poranek przyodział się w produktywny dzień nadmuchiwanego bałwana na balkonie nie chce za mąż za ścianę bo piłki bo strumienie bo napisy na ekranie bezodpadowego monitora dłonie – księga białych szlafroków dla zamaskowanego dojenia (z celofanu) sopla na ziemi wskazują na palec (nie na księżyc) po kolana w oborniku biodynamiczny żart lotu dla mleka górnictwa co to jest takie czerwone i daleko? (pomidor!) przy silnych porywach wstać trzymając się ręką za drzewo patrząc lepsza część mnie wiatr ρεμπέτικα 2.0 – zły znak? to ty jesteś złym znakiem... z bębna obiad gołoledź kwiatostany kruszywo widownia mroku więzienia na laserowych twarzach <...> głód prezentów paciorki z bezmianów i girii wdech tranzytowy szkielet słońca zwęża plażę w dwóch godzinach jazdy od dzikich aten do łodygi nie należy go ruszać nazwą pieśnią na składzie pamięci <...> koniec (wykluczonym) rzeczom Tomasz Pierzchała (ur. 1968) – poeta, tłumacz, lektor, nauczyciel, znawca i piewca Obniżenia Podsudeckiego. Autor kilku książek z przekładami. Liczne publikacje w polskiej i zagranicznej prasie oraz w sieci. Jeden z twórców (wybór i przekład) antologii poezji ukraińskiej Końca świata nie będzie (OKiS, Wrocław 2023). Laureat nagród poetyckich. Mieszka i pracuje we Lwowie. tompierzchala.wordpress.com/
- całkiem miły separatyzm
Bianka Rolando – Biały wąż z Jawy Z czarnym brzuchem, zamczysko, zważony ciągnie na-wzór-siebie Na nim sekretne odmiany pisma, też zwykłe blizny – pejzaże ciche Skóra (pięć metrów) wisi pod mapą, negocjacja, to i jest podział A jednak księżyc piję skrycie, jak odnajduje się żagiel w płomieniu jak niszczy się schroniska-usta, ołowiane stopy, jak piwniczne okna fosforyczny gaz, ciemne nocowanie, wije się zwój i płacze się dnem jak zachodzi kolor, gnijesz niepojęty, jak w jedno nurkowanie-dryf jak ciebie idę szybko, przez ciebie płynę szybko, wierszu zapadnięty krystaliczna szczęko, bez miejsca idę, i zjawy my – dziecko bez mapy oraz wiersz z tomu Absyda połączony z końcówką wiersza Lamia Johna Keatsa w tłumaczeniu Bianki Rolando. Bianka Rolando (ur. 1979) – poetka, artystka sztuk wizualnych, wykładowczyni na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autorka książek poetyckich: Biała książka (2009), Modrzewiowe korony (2010), Podpłomyki (2012), Łęgi (2015), Pascha (2016), Stelle (2018), Ostańce (2020), Abrasz (2022), Absyda (2024); tomu prozy Rozmówki włoskie (2007) oraz książek teoretycznych o sztuce: Mała książka o rysunku (2013), Nasze Zakopane (2024). Laureatka Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny i Nagrody Literackiej Miasta Zakopane. Współpracuje z Galerią Foksal w Warszawie. Tomasz Bąk – Gra rozpoznaje grę Młodsi od ciebie dobrze wiedzą, że w życiu liczy się vibe, feeling, klimat, odczucie – nieostre zjawiska, które wyślizgują się z ciężkozłotych ram definicji. Ale dni, ich sploty, węzły, plastry miodu to jedno wielkie okazanie, na które wchodzisz z papierowym kubkiem przesłodzonej kawy, sympatyczny funkcjonariusz prowadzi cię za lustro weneckie. Z bezpiecznej odległości patrzysz, jak Devin Vassell trafia trójkę z rogu, choć przed wyskokiem nawet nie miał piłki w dłoniach, a Maya Hawke z uśmiechem rzuca najwspanialszy argument za dostępem do aborcji. Jeśli jesteś grą, cóż, rozpoznasz grę. Wtedy najważniejsze, żeby nie zdradzić stylu i pozwolić grze toczyć się dalej, nawet jeśli sympatyczny posterunkowy miałby z tego tytułu zostać najsmutniejszym labradorem. Tomasz Bąk (ur. 1991) – kolektyw schizofreniczny, autor ośmiu książek z wierszami, jednoaktówki Katedra (2019) i zbioru paraesejów Fiszki (2023). Ostatnio wydał tom wierszy Wbrew zębatkom, po myśli piasku (2024). Mieszka w Tomaszowie Mazowieckim. Joanna Lech – Powiedziałam dziś cześć do całej masy psów i ani razu do nikogo I Just Don’t Know What To Do With Myself The White Stripes Widziałam, wzięłaś białą orchideę i ją zmieniłaś w niebieską sól. We śnie pisałaś do mnie książkę cyrylicą, potem znalazłam pudełko z mlecznymi zębami. Powiedziałam dziś 39 razy, że cię kocham i już nie oddzwonię, nawet do drzwi. Znajdę sobie mydło i będę w nie krzyczeć, wyobraź sobie; w cieniu, w Hotelu Yorba, zgubiłam się. Oblizuję palce. Wyobraź sobie: malutka przepaść, co się otwiera w klatce piersiowej, co się otwiera nade mną, malutka. Tam, za zakrętem, wije już teraz i będzie mżyło; minęły żniwa a głód nie mijał, w filmie o wojnie zaczyna się rzeź. Joanna Lech (ur. 1984) – debiutowała powieścią Sztuczki (Nisza) nominowaną do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. W 2019 wydała powieść Kokon a w 2025 Drapieżcy chmur (W.A.B.). Redaktorka antologii Znowu pragnę ciemnej miłości (W.A.B. 2018). Autorka pięciu tomów wierszy, nominowanych m.in. do Nagrody Poetyckiej Silesius i Nagrody literackiej Nike. Laureatka wielu konkursów literackich, w tym nagród głównych w konkursach: im. R. M. Rilkego, im. Jacka Bierezina oraz PTWK. Stypendystka m.in. Miasta Krakowa i Fundacji Grazella, FPT ZAiKS, Domu Pisarzy Ventspils, projektu Once Upon a Deadline, Wyszehradzkich Rezydencji Literackich oraz Praga i Tartu UNESCO. Mieszka w Krakowie. O PROJEKCIE Roman Bromboszcz: W jaki sposób dźwięk łączy się z tekstem utworu literackiego? Zadawaliśmy sobie to pytanie i doszliśmy do wniosku, że muzyka zwycięża. To ona jest tutaj głównym tematem, do którego tło stanowi poezja i proza w kolażu. Co ciekawe, forma jest tutaj wynikiem cięć, wzdłuż początków i końców łączonych razem fraz. Czy te cięcia są w jakiejś mierze do doświadczenia? A może nie na tym polega gra, żeby słychać było pęknięcia? Zastanawialiśmy się nad etykietami i padało: eksperymentalnie, psychodelicznie, ambient. Czy te określenia są wciąż aktualne? Marcin Sas: Jednocześnie idea zaczęła znikać podczas grania. Idea powinna naturalnie zaszczepiać się w umyśle, bo jeśli sami przypniemy się pasami do łóżka, nie ma sensu się szarpać. Przesyłaliśmy sobie pliki, ktoś pierwszy nagrał, ktoś dogrywał drugi. Wymienialiśmy się. Improwizacja elektroniczna. Improwizacja intuicyjna i spontaniczna. Przycinanie w najprostszym programie do edycji muzyki. Nie umiem się nudzić. Założenie z góry, jak ma brzmieć ma całość jakie bity i sample, atonalny horror, czy harmonijny horror? Zdecydowaliśmy iść w nieprzewidywalne. To pozwoliło mi na elektroniczną improwizację Jednocześnie idea zaczęła cichnąć podczas grania. Była obecna z każdym dźwiękiem, z kolejnym nagraniem. Do tego wyjątkowe osoby: Bianka Rolando, Joanna Lech, Agata Puwalska, Mariusz Sambor, Tomasz Bąk, Jacek Żebrowski. Z takimi osobami warto tworzyć grupę separatystów. Całkiem miłych. A jakże!
- Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (29)
Dzień 187. Jesień idzie, nie mana to rady Wojna Polski z Niemcami w 1939 roku trwała 36 dni. Wojna Finów z Sowietami na przełomie 1939 i 1940 roku trwała 105 dni. Wojna Niemców z Francuzami, Brytyjczykami, Belgami Holendrami w 1940 roku trwała 42 dni. Ta wojna trwa już 187 dni. Czyli ponad pół roku i końca niestety nie widać. Napisałem niestety? 24 lutego koło południa wydawało się, że koniec jest bliski, że to kwestia dwóch, trzech dni. Można powiedzieć, trzymają się bo mają dostawy. Niby tak. Ale nie do końca. Sam sprzęt nie walczy, tak samo jak sam teren się broni. Dostali wsparcie, bo pokazali, że chcą się bić, że potrafią się bić i nie mają żadnych kompleksów wobec drugiej armii świata. Drugiej armii trzeciego świata jak się miało okazać. Pamiętam początek, kiedy niejednemu się wyrwało, kurwa, ale blitzkrieg, a potem kiedy rosła nadzieja i podziw, szacunek i respekt. Nie ugięli się w czasie Majdanu, nie ugięli się i teraz. Trzeba było i nadal trzeba naprawdę mocno trzymać na wodzy język, żeby nie wpadać w patos i emfazę, która ma uzasadnienie, ale czyni tekst nieznośnym. Zatem pamiętam te atmosferę pierwszych godzin. To poczucie, że nie mogę spać, muszę pisać. Te obrazy z przejść granicznych. Ten pierwszy weekend, kiedy wyszliśmy na spacer po Rynku we Wrocławiu i trudno było usłyszeć język polski a wokół tyle dzieci, mnóstwo dzieci, śmiejących się, bawiących, biegających. Pamiętam niedowierzanie gdy patrzyło się na nagrania z komórek, dronów. Szarże pancerne pod Browarami, gdzie z jakiejś absurdalnie bliskiej odległości ktoś odpalał w bok rosyjskiego czołgu Javelina. Wydawało się to samobójcze, zanim jeden z weteranów nie wyjaśnił, że to tylko tak wygląda, Operator granatnika usadowił się na tyle blisko drogi, żeby czołgi nie mogły go zdjąć uzbrojeniem z wieży. Był tak blisko, że Rosjanie nie mogli na niego opuścić swojej lufy, a że nie mieli piechoty bo ta zwiała w bruzdy, grudy pola po drugiej stronie, to w sumie na tej samobójczej pozycji ukraiński operator był bezpieczny. Pamiętam nerwowe wymiany adresów, telefonów, linków z pierwszych dni. Ktoś kołował kolczatki, ktoś wiedział gdzie szukać kamizelek, dopiero potem wpadło mi do głowy, że przecież ja też mam kontakt i dobre ceny na różne rzeczy, przydatne tam. Pamiętam to zdziwienie kiedy okazało się, że Ukraińcy potrafią oddać cios – pierwszy rajd śmigłowców ukraińskich na składy paliw pod Biełgorodem, pierwszy okręt płonący przy nabrzeżu Bierdańsku. I pamiętam, kiedy bomby spadły na teatr w Mariupolu. I kiedy rakiety trafiły w dworzec w Kramatorsku. Kiedy w wyzwolonej Buczy, Irpieniu, Hostomlu odkrywano pierwsze miejsca masowych egzekucji. Kiedy rakiety uderzyły w centrum handlowe w Kremenczuku. Kiedy salwa „Kalibrów” uderzyła w centrum Winnicy, żeby zabić czteroletnią Lizę. I teraz o niepokoju. Kto pierwszy uruchomi rezerwy? Wiele wskazuje na to, że będzie to chanat. Już ostatnio przesunięto kilka brygad odtwarzanych w rejonie Biełgorodu na południe, nad Dniepr. Na jego prawym brzegu chanat ma około 30 batalionowych grup bojowych czyli odpowiednik 8-10 brygad, fakt z uszkodzonymi mostami za plecami. Ale na lewym brzegu Dniepru gdzieś jest te 5-6 kolejnych brygad przesuniętych z Biełgorodu. No i gdzieś na południe z głębi chanatu przesuwana jest kolejna armia, kolejnych kilka brygad. Istnieje domniemanie, że ta dodatkowa armia też zmierza na południe terytoriów okupowanych. Wówczas większy zamiar byłby widoczny jak na dłoni. Skoro nie udało się złamać ukraińskich pozycji w strefie ATO czołowymi natarciami i oskrzydleniem od północy, do Izjum, to ruszyć z południa. Możliwe kierunki – na Zaporoże-Dnipro, na Mikołajów-Odessę i Krzywy Róg. Albo jeszcze inaczej – wielka koncentracja na południowym skrzydle ATO i wyklinowanie ukraińskich wojsk z Donbasu tak samo jak to zrobiono z kierunku Popasnej na Lisiczańsk. Moje przypuszczenie luźne jest takie, że Ukraińcy będą starali się upośledzać zdolności ofensywne wroga dalej strzelając po składach, sztabach, zapasach. Przeciwnik będzie odpowiadał na oślep. A jeżeli dojdzie do większych walk to pierwszy uderzy chanat, a Ukraińcy jeżeli uderzą do z kontry a może nawet rekontry. I w ograniczonym zakresie. Pewną pociechą jest informacja, że niejaki Szojgu został odsunięty po raz kolejny od dowodzenia dowódcy poszczególnych armii mają koordynować swoje działania w oparciu o światłą myśl i słowo samego prącia chanatu, władzimira. Tak. To ten etap, kiedy wódz zaczyna z wilczego szańca kierować działaniami poszczególnych kompanii i batalionów. Efekty znane. Poranek 188. Być może ruszyli Ledwo napisałem, że pewnie najpierw uderzy chanat, a dopiero z jej uderzenia wyjdzie kontra Ukraińców, a Internet rozgrzał się do białości, że ruszyli się, ruszyli pod Chersoniem i znad Ingulca i od Zaporoża i do Krzywego Rogu, że Nową Kachowkę ewakuują ruskie, że w Melitopolu znowu eksplozje i w ogóle masa huku. Może to właśnie ten moment? Moment na pobicie częściami? Bywało tak w dziejach. Słabszy na papierze przeciwnik jeżeli miał lepszą łączność i świadomość sytuacyjną oraz ruchliwość sił własnych, która może wynikać po prostu z tego, że ma się mniej drogi do nadłożenia przerzucając siły między teatrami działań - potrafił pobić silniejszego właśnie bijąc go częściami. Silniejszym trzeba być w decydującym punkcie bitwy a nie na całym froncie jak uczył w praktyce pan Bonaparte. W takim wypadku zaś oprócz wyczucia miejsca - liczy się wyczucie czasu, moment, intuicja. I liczy się zaopatrzenie. Nie tak dawno redaktor Wyrwał pisał że ruskie to na jeden ukraiński pocisk strzelają dziesięć. I ktoś się zabrał za matematykę i policzył, że faktycznie – ukraińska artyleria strzela dziennie po cztery, pięć, sześć tysięcy pocisków, bywa, że mniej, bo jeden GLMRS wystrzelony z HIMARS-a robi dzięki celności robotę jaką normalnie na wojnie robiło pięć tysięcy pocisków. Ruskie na to strzelały czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt tysięcy pocisków artyleryjskich dziennie wzdłuż całego frontu. Tylko pytanie za sto punktów ile tygodni armia rosyjska jest lub była w stanie strzelać po kilkadziesiąt tysięcy pocisków dziennie, żeby mielić kolejne wsie, przysiółki, miasteczka? Gdyby założyć, że strzelali intensywnie od połowy kwietnia do teraz, to wystrzelili jakieś sześć, siedem, może osiem milionów pocisków artyleryjskich. Wiadomo, że orda jest w stanie rocznie wyprodukować około miliona pocisków i pół miliona rozkonserwować z głębokich rezerw. Czyli wychodzi na to, że wystrzelili jakoś około sześciu, siedmiu, może ośmiu lat swojej produkcji. Nie wiadomo ile mają w zapasie jeszcze. Podobno na pół roku takiej sieczki. No nic, jest ranek, szukam dalej informacji, zbieram to co wiemy, próbuję sobie to ułożyć w całość. Jeżeli jutro się okaże, że to rzeczywiście zwrot w znacznym stylu i do tego zwycięski - co zrobi ze sobą redaktor Wyrwał z Onetu? Co napisze, żeby sobie podbić clickbaita? Jaką prawdę nam rzuci na stół i powie głośno na tę prawdę, że jest prawdą by nikt nie mógł mieć wątpliwości? Noc 190. Czuwanie. Imponujące milczenie Dlaczego wydaje mi się, że jednak coś się dzieje? Powiem wam. Po pierwsze - Ukraińcy nabrali wody w usta. Wszyscy. Armia prosi, żeby nie komentować, nie wrzucać filmów, zdjęć, nie puszczać pary z gęby i oni tak robią. Milczenie. Mur milczenia. To naprawdę budzi podziw. I to o czymś świadczy. Tymczasem Rosjanie by już osiem razy ogłosili wielkie sukcesy, całkowite unicestwienie siły żywej przeciwnika, zdemolowanie jego sił pancernych i odparowanie poprzez skrawanie na tokarce jego artylerii. Ukraińcy milczą i póki nie mogą się pochwalić czymś - to nie mówią nic. No i od dwóch dni kiedy szukam jakichś informacji to z rosyjskich blogów można się dowiedzieć gdzie odparto natarcia, jak to po raz piąty czy szósty zniszczono lotnictwo ukraińskie, jak tu i tam zniszczono setki czołgów, wybito tysiące najemników. Tylko na ile rozumiem i umiem doczytać nazwy miejscowości - to jednak widać, że nie wszystko idzie zgodnie z planem. I te ruskie to jak Koziołek Matołek chcieliby pokazać jacy to są rewolwerowcy a jednak wyłazi - że coraz bliżej są ogona. Pamiętacie to? "Wtem rewolwer sam wypalił! „Gwałtu!” – wszyscy zakrzyknęli, I uciekłszy w poniedziałek, Uciekali do niedzieli. Szkapa tez z wielkiego strachu Uciekała jak szalona, A Koziołek, kiepski jeździec, Coraz bliżej był ogona." (K. Makuszyński, Przygody Koziołka Matołka) A władzimir znowu został pokazany jak przyjmuje raport o tym, że wszystko idzie zgodnie z planem i znowu kurczowo trzymał się stołu, jakby bał się zjechać ze stołka. Można powiedzieć powoli zbiera nam się komplet. Wiara w wunderwaffe, Steiner, który nie wykonuje rozkazu, parkinson telepiący jak ciotka delirka. Jedzie władzio, jedzie po krzywej nachylonej do piachu, jak nie fizycznie, to politycznie na pewno. Jak to powiedział mój syn, lat sześć, kiedy byliśmy w Bułgarii i pokazywałem mu kubek z facjatą wołodzimira i podpisem - wszystko idzie zgodnie z planem: - Rozebrał bym go do golasa , zabrał ubranie, spodnie, gacie, buty, kopnął w dupę i wygonił na wojnę, żeby sam zobaczył jak to jest. Nie chciałem synkowi tłumaczyć zbyt wielu detali, myśląc zarazem jakim trzeba być zjebem, żeby sprawić, że taki kraj, Bułgaria, w którym główne ulice w większości miast były nazywane imieniem "Cara Oswobodziciela" oddał Ukrainie połowę swojego sprawnego lotnictwa a jedynym świadectwem rusfilskich nastrojów był smętny, jeden, jedyny kubeczek za pięć lewa na straganie. Siedliśmy wygodnie w kawiarni i myślałem wtedy, jakiś tydzień temu, że czekamy jeszcze na ślub z Ewą Braun i pojednawczy strzał w bunkrze i fajrant władziu. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Jan Kasper – wiersze
Ofensywa pomników nie ustaje. Ktoś nadal je obstalowuje, wykuwa, wznosi na placach i rynkach, dokonuje ceremonialnej odsłony. W powszechnym mniemaniu ich egzystencja uchodzi za jednostajną, zastygłą w hermetycznej strukturze, co nie do końca odpowiada prawdzie. Bywa iż pomniki, pod wpływem niekontrolowanego impulsu, schodzą z piedestałów i ruszają przed siebie. Skore mieszać się w nierozstrzygnięte konflikty, tyczące różnego komentarza dat, postaci czy wydarzeń, którym dają świadectwo. Jak by nie było, pomniki nie rezygnują z wysokich aspiracji. Obryzgane niegdysiejszym blaskiem, w chlubnej służbie na rzecz wieczności. ––––––––––––––––––––––––––––––– 1 Do tego powołani. Mieli mierzyć się ze światłością, która stawiała warunki trudne do sprostania, a która była jedyną, jaka przypadła im w udziale. Księgi świadczyły o tym, ale także trafiające się przypadki zwątpienia, smutek porażek. Jaśniał przybrany szronem poranek. Wysoko wróble, zajmowały druty i rynny – należne im miejsca w przepływającym istnieniu. Wspomagały nadzieję, wspólnie niezastąpione, wszak nie szkodziło w to wierzyć. Tamci (któż by ich zliczył) złoża ruin dzierżyli pod strażą. Latali młodzi na tańce, wypełniali ustalone limity, trwonili siły i zapał. Pod dostatkiem ciszy było i mroku, tedy spełnić się mogło najgorsze. 2 Serca starych bab okapywały łaską jak ołtarz. W wejrzeniach ich córek poniewierały się drobne akcesoria widoków. Harujący patriarchowie omijali urzędy, smarkali na nie. Taszczyli w sobie zatrzaśnięte drzwi. Nie zanosiło się na zmartwychwstanie. Jeszcze długo, długo się nie zanosiło. –––––––––––––––––––––––––––––––– 1 Szyny kończyły się gdzieś tutaj i zaraz otwierały się wernisaże okolicznych pól. Zionął słodko rzepak. Mieliśmy czas, jego dostatek, co było rzecz jasna wygodną iluzją. Nie przypuszczałem, że do tego stopnia intrygować cię będą wzajemne przenikania głosów i widzeń. Roiło się od nich przy byle okazji, potrafiłeś, jak nikt, uruchamiać je i rejestrować. Wtedy, w maju, siedzieliśmy przy ognisku w lesie i jedliśmy smażoną kiełbasę, nie stroniąc od gorzałki, dokuczając sobie z sarkazmem. A we wrześniu niespodzianie przepadłeś, opasała cię mętna toń glinianki. Okrytego po partacku naręczami smutku, wepchnięto cię w rodową wnękę ciemności. 2 Nas, pogrążonych w zimnej wojnie z sobą, wielokroć bliskich jej rozstrzygnięcia, czekała parada tych samych obowiązków, chwiejność rodzinnych koligacji, uroda dni, której wciąż nie umieliśmy należycie docenić. Takim, jak ty, wystarczyć powinny schody objawień. O, błogosławiony, kto niewidzialnie po nich wstępuje lub schodzi. –––––––––––––––––––––––––––––––– O zmierzchu wchodzi w wodę jeziora. Migotliwa, ściska młodzieńcze ciało jak obręcz. Ryby, które nie trafiły na stół. Nie zostały przyjęte w ofierze, ani cudownie rozmnożone. Krocie ich – niewidoczne, choć wyczuwalne po giętkich, sprężystych ruchach. Wciąga go głębia, projekcja światów, o których istnieniu nie miał pojęcia. Sale w świetle ozdobnych kandelabrów, pełne miotających się balowych sukien. Wydłużone sylwetki młodzieńców we frakach pod marmurowymi ścianami. Partytury ich porwanych konwersacji. Nieczytelne poruszenia. Na brzegu para staruszków, dogląda resztkę swojego widzenia. Nie sięga dalej. Pozbywa się skostniałych sylwetek, wstaje i odchodzi. –––––––––––––––––––––––––––––––– 1 Korciło mnie, aby tam zajrzeć. Lśniły, jak się spodziewałem, niezawodne urządzenia trwogi. Przechadzał się między nimi paw śmiertelnych pożądań. Znikąd żadnego zapewnienia, że ma sens to ciągłe wznoszenie się i potykanie. 2 Nietknięte ustronia gwiazd. Nurzanie spojrzeń w smole kosmosu. Dni – z tych, jakie pozostały – szykują się do maskującego modelunku. –––––––––––––––––––––––––––––––––– 1 Wschody słońca, z odległych lat. Nie prowokuj mnie, nie zapieję jak kogut. Byli mi drodzy prości ludzie. Stroniłem od obelisków władzy. Wolałem zmarłych obierać sobie na przewodników. Całowałem twe piersi, Noemi. Kosztowałem cię wystarczająco, trwogo. Lubiłem piesku, z łbem na moich kolanach, zaglądać w twoje roztropne oczy. Podziw okazywałem dzieciom za ich słuszne rozstrzygnięcia. Znaleźć nie potrafiłem wsparcia dla ciebie, Boże, jako i ty nie znajdowałeś go dla mnie. Gdyby nie wspólnota bliskich i przyjaciół, jak mogłoby potoczyć się moje życie? 2 Fałdy zasp niech pozostaną za oknami. A żeby powaga nie okazała się nazbyt błaha, niech pomarli ustroją niebo w wieczór, w girlandy jego przeraźliwych galaktyk. Zapadały wyroki Krzaczek jej łona wznosił się samotnie w kącie. Wiersze pochodzą z tomu Morderca dobrej zabawy (Instytut Mikołowski, 2025) Jan Kasper (1952 – 2023) – poeta, nauczyciel związany z Wielkopolską. Ukończył filologię polską na UAM w Poznaniu. Prowadził związany z nurtem alternatywnym Teatr Prób. Uznanie przyniósł mu multimedialny spektakl Okna, prezentowany m. in. w ramach IV Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Malta’94. Autor tomów wierszy: Noc przed ocaleniem (1985), Przejście graniczne (1985), Zwierzęta doświadczalne (1990), Śmierć wizjonerów (1993), Miasto nad wodą (1999), Chleb z wiśniowym dżemem – wybór wierszy (2000), Ziemia dla skowronków (2005), Wiry, strzępy, psie prognozy (2007), Zbieracze jabłek (2011), Wyznania dozorcy mrówek (2015), Listy z własnego czasu (2021), Mogiły obwoźne - wybór wierszy (2022), Morderca dobrej zabawy (2025). Tłumaczony na język niemiecki w antologii Posener Dichter (2007).
- Tomasz Hrynacz – Katastrofa w zwolnionym tempie. O rozpadzie świata i człowieka
Nowe wiersze Maciej Meleckiego, powstałe po ostatnim jak dotąd tomie Chłodnie, budują wizję świata, w którym podstawowym doświadczeniem podmiotu nie jest już (li tylko) dramatyczne pęknięcie czy katastrofa, lecz powolne, niemal bezgłośne rozprzęganie się rzeczywistości. Owszem, to wciąż poezja zaniku: materii, pamięci, relacji i sensu, ale także, i może przede wszystkim, poezja trwania w tym zaniku, bez obietnicy wyjścia i bez wyraźnie nakreślonej nostalgii za stabilnością. W tym wypadku materia świata przejmuje inicjatywę, jakby odpowiadała na wewnętrzny stan podmiotu, a jednocześnie go wypierała. Podmiot natomiast – często rozmyty, bezosobowy, mówiący raczej z wnętrza procesu niż z wyraźnie zaznaczonej perspektywy, nie tyle doświadcza świata, ile ulega jego przemiałowi, a język jest jako entropiczne echo, w którym sens nie znika nagle, lecz stopniowo się rozprasza. Wiersze te bynajmniej nie oferują ukojenia ani rozwiązania. Ich siła polega na konsekwentnym zapisie stanu, w którym podmiot i świat znajdują się w relacji wzajemnego osłabiania. To poezja późnej nowoczesności: miejska, chłodna, antyheroiczna, świadoma zużycia form i sensów, a jednocześnie niezwykle precyzyjna w obrazowaniu doświadczenia zaniku. Centralnym doświadczeniem tekstów jest także czas, pozbawiony dynamiki rozwoju. Nie jest on medium zmiany, lecz narzędziem zużycia. Jego ruch przypomina schodzenie po drabinie prowadzącej w głąb rozpadu, a nie wspinanie się ku przyszłości. Tym samym wiersze te odrzucają klasyczną narrację egzystencjalną, w której cierpienie prowadzi do przemiany lub poznania. Tutaj cierpienie trwa, gęstnieje, ale nie owocuje. Równie istotna jest przestrzeń – zdeformowana, tektoniczna, pełna uskoków, tuneli, zagonów i ugorów. Świat przedstawiony przypomina krajobraz po intensywnej eksploatacji: jałowy, przeorany, pozbawiony punktów odniesienia. To nie emocjonalny chaos, lecz strukturalna niestabilność bytu. Przestrzeń nie daje schronienia ani orientacji. Azymut zostaje utracony, a każdy cypel okazuje się początkiem zaniechania. W tym sensie wiersze te można czytać niczym diagnozę współczesności jako „epoki” nadmiaru bodźców, kryzysów i sprzecznych żądań, które nie prowadzą do przełomu, lecz do zobojętnienia i wyczerpania. Wiersze po Chłodni można rozczytywać również jako konsekwentną realizację materializmu poetyckiego, rozumianego nie tyle jako nurt programowy, ile jako postawę wobec języka i świata. Materia nie jest tu metaforą stanu psychicznego ani dekoracją dla sensów „ludzkich”. Przeciwnie - to ona organizuje podmiot, składnię i rytm utworu. Podmiot nie mówi o materii, zostaje przez nią wchłonięty, przemielony i przeformowany. Innymi słowy wskazany materializm poetycki w tych wierszach polega przede wszystkim na odmowie prymatu świadomości. Podmiot nie reflektuje, nie interpretuje, nie nadaje znaczeń. Jego ruchy są „machinalne”, „wiedzione przez punkt odbioru”, podporządkowane logice przepływu i nacisku. Do tego dochodzi językowa oporność. Składnia gęstnieje, zdania się klinują, wersy przeciągają się bez wyraźnych pauz. Język traci przezroczystość i staje się materią szorstką, ziarnistą, podatną na ścieranie. Podmiot, język i świat zostają podporządkowane tej samej logice nacisków, tarć i powtórzeń. Poezja w tym wypadku nie jest tu przestrzenią ucieczki ani sublimacji, lecz miejscem, w którym materia mówi sama - ciężko, nieporęcznie, bez obietnicy sensu wykraczającego poza jej własne trwanie. Ów materializm poetycki ujawnia się już na poziomie samego obrazowania, choć rzeczy, co jest oczywistością już od dawna, nie są tu idealizowane ani estetyzowane. Przeciwnie – zachowują swoją ciężkość, surowość i często pozorną (pozorowaną?) nieatrakcyjność. Materia zatem nie jest znakiem czegoś innego, lecz pozostaje sobą - milczącą, oporną, niewdzięczną interpretacyjnie. Wydaje się, że Melecki w ten sposób podważa metaforyczny automat, zgodnie z którym świat materialny ma służyć odsłanianiu sensów duchowych lub metafizycznych, choć te ostatnie, jeżeli pojawiają się, to najczęściej jako resztki dawnych języków sensu, które ulegają erozji lub ironicznej demaskacji. Świat nie jawi się jako całość obdarzona ukrytym znaczeniem, lecz jako zbiór fragmentów, pomiędzy którymi nie sposób ustanowić trwałych relacji sensotwórczych. Następuje przez to rozumienie języka jako czegoś, co nie pełni funkcji przezroczystego medium, które odwzorowuje rzeczywistość. Przeciwnie – sam staje się materią, podlegającą napięciom, pęknięciom i deformacjom. I dlatego – powtórzmy – znaczenie nie jest tu dane, lecz wyłania się z pracy na (i w!) języku, z jego fizycznej obecności w wersie, zwrotce. Stąd też poezja ta od dłuższego czasu nie przekracza świata, lecz pozostaje w nim zanurzona, rejestrując jego ciężar, zużycie i opór. W tym właśnie tkwi jej siła: w odmowie złudzeń i w gotowości, by przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest - nieprzezroczystą, fragmentaryczną i materialną. Znamienną cechą tych wierszy jest też przedstawiona w nich konsekwentnie wizja świata znajdującego się w stanie głębokiego kryzysu egzystencjalnego i cywilizacyjnego. Rzeczywistość tych wierszy nadal jest gęsta od metafor, pełna obrazów rozpadu, pustki i chaosu. Nie jest to jedynie wizja końca świata w sensie dosłownym, lecz raczej opis powolnego, nieuchronnego rozkładu sensu - zarówno w życiu jednostki, jak i w życiu zbiorowym (coraz częściej autor bierze odpowiedzialność za Innych!). Ponadto, nowe wiersze autora Przeciwujęć układają się w swoisty proces: od uświadomienia kryzysu, przez pogrążenie się w cieniu i przyspieszenie destrukcji, aż po doświadczenie bezkresnej pustki. Krajobraz jest niestabilny, pełen wykrotów, barier i nagłych spadków. Człowiek porusza się w przestrzeni, która stale zmienia swój kształt i wciąga go w kolejne wiry. Proces rozpadu zaczyna działać z coraz większą intensywnością. Świat zostaje opisany jako system mechaniczny, w którym gesty i działania ludzi powtarzają się automatycznie. Rzeczywistość przypomina machinę, której elementy poruszają się bez refleksji i celu. Kolejne decyzje nie prowadzą do rozwiązania problemów, lecz jedynie pogłębiają impas. Można więc je odczytać jako wizję cywilizacji znajdującej się w stanie powolnej katastrofy, ale stopniowy rozpad jest rozciągnięty w czasie, powtarzalny i trudny do uchwycenia. Człowiek żyje w świecie, który traci sens, ale jednocześnie nie potrafi się z niego wydostać. Próby znalezienia orientacji kończą się kolejnymi błędami, a zbiorowość (znów ona!) zamiast pomagać jednostce, pogłębia chaos poprzez populizm, gniew i ślepe podążanie za sloganami. Pojawia się także refleksja nad samym językiem. Konsekwentnie, z uporem (co wynika z pewnej filozofii życia, zatem inaczej być nie może, inaczej się nie da, albowiem byłoby to fałszywe i nieszczere rozpoznanie) rzeczywistość niemal całkowicie zbudowana jest z językowych spiętrzeń, niezwykłych (!) metafor i długich, pulsujących zdań. Tym samym język nie jest tu przezroczystym modułem opisu świata - staje się jego głównym tworzywem i narzędziem. Jednocześnie widać w nim napięcie między próbą nazwania doświadczenia a świadomością, ponieważ język nie potrafi już w pełni oddać celu samej rzeczywistości. Właśnie w tej sprzeczności powstaje charakterystyczny styl tych wierszy: gęsty, hermetyczny, pełen nagromadzonych obrazów i neologizmów. Pierwszą cechą tego języka jest jego „nadmiarowość”. Zdania są wielokrotnie złożone, a metafory pojawiają się jedna po drugiej, często bez wyraźnej granicy między nimi. W efekcie powstaje wrażenie, że język nieustannie próbuje uchwycić rzeczywistość, lecz wciąż musi ją dopowiadać i uzupełniać. Każde określenie zostaje natychmiast poszerzone kolejnym obrazem, jakby poprzednie było niewystarczające. Taki sposób budowania wypowiedzi sprawia, że tekst przypomina „strumień wizji”, w którym znaczenia przesuwają się i nakładają na siebie. Nadmiar języka staje się odpowiednikiem nadmiaru światochaosu, którego nie da się zamknąć w prostych komunikatach. Drugą ważną cechą jest metaforyczność i obrazowość. Autor idzie wciąż dalej i dalej: całkowicie rezygnuje z dosłowności, tworząc skomplikowane obrazy i przestrzenie pełne wykrotów, spiralnych torów spadku, zgnilizny, popiołu oraz rdzy. Dzięki nim rzeczywistość jawi się jako przestrzeń nie tylko rozpadu, ale, co istotniejsze, nieustannego ruchu. Jednocześnie metafory często łączą elementy z różnych odmiennych porządków -biologicznego, mechanicznego i kosmicznego. Człowiek może być jednocześnie „plamą”, „czerwiem”, elementem mechanizmu i częścią wielkiego kosmicznego procesu, jak dzieje się na przykład w wierszu „Niedoliczony trach”, gdzie właśnie mikroskopijne „trachy” wydają się najważniejsze: niepozorne, a jednak zmieniające sposób, w jaki rozumiemy rzeczywistość. Wystarczy, że zwyczajność zostaje lekko przesunięta, jakby „rozszczelniona”, i natychmiast ujawnia swoją ukrytą niepewność. Już sam tytuł jest znamienny: „niedoliczony” sugeruje brak, pominięcie, błąd w rachunku, natomiast „trach” - nagłość, gwałtowność, coś nieprzewidzianego. W efekcie powstaje napięcie między próbą uporządkowania fragmentów świata a wymykającą się jego naturą. Powstaje moment „zgrzytu”, który zmusza do zatrzymania się i ponownego spojrzenia na to, co wydawało się oczywiste. Rozpoznanie autora w tym wierszu można odczytać jako metaforę takiego właśnie zakłócenia, momentu, który nie został uwzględniony w żadnym planie ani systemie. Taki język podkreśla poczucie dezorientacji i utraty stabilnych kategorii opisu. Podobnież jawi się kwestia rytmu języka: zdania mają wyraźną dynamikę i puls. Powtórzenia, nagromadzenia podobnych konstrukcji oraz długie ciągi obrazów tworzą rytm przypominający „falowanie”. Dzięki temu język nie tylko opisuje chaos, ale także go odtwarza. Czytający doświadcza świata przedstawionego nie tylko poprzez znaczenie słów, lecz także poprzez ich brzmienie i tempo. W kontekście całego cyklu można powiedzieć, że język pełni podwójną funkcję. Z jednej strony jest narzędziem opisu katastroficznej rzeczywistości. Z drugiej jednak sam staje się świadectwem kryzysu. Świadoma nadmiarowość metafor, deformacja składni i nieoczywiste pojawianie się wspomnianych wcześniej neologizmów sugerują, że tradycyjny sposób mówienia o świecie przestał wystarczać. W ten sposób Maciej Melecki pokazuje sytuację współczesnego języka - jego chybioną próbę nadążenia za rzeczywistością, która stała się zbyt skomplikowana, zbyt chaotyczna i zbyt wieloznaczna. Ostatecznie język w tych tekstach nie jest jedynie środkiem przekazu, lecz głównym tematem i bohaterem utworu. To w nim rozgrywa się walka o sens. Dzięki jego napięciom, deformacjom i nadmiarowi powstaje taki ruch języka, przez który przepływa obraz świata, który wymyka się każdej jednoznacznej formie. fot. Katarzyna Hrynacz Tomasz Hrynacz (ur. 1971) – autor wielu tomów wierszy. Tłumaczony m.in. na język angielski, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, macedoński, niemiecki, rumuński, serbski, ukraiński. Mieszka w Świdnicy Śląskiej.
- Maciej Melecki – sześć wierszy
Kursy wstrzymań Wszechwładne roszczenia zakresu pustki przybierają postać siarczystych razów Padających ze strony kontrolnych poczynań, kiedy jest się niedaleko zamaskowanych Sideł, w przetoce superlatyw podsuwanych jako możliwość dogodniejszego Funkcjonowania w tej bezdusznej zawiesinie, kaprawej niczym pęk wygiętych Szprych, podświetlanej przez gęsto rozsiane punkty obserwacji, ukrytej oceny jawnych Poczynań korodującej mazi, tamującej otwarte rewiry, gdzie swobodne ciążenia Omijają pokryte płyciznami rafy zgnębień, na jakie tutaj, w jej odmęcie, skazany jest Każdy, kto chciałby zaznać prostszych kierunków w swym mimowiednym zatraceniu, Kroków wchodzących wprost w czyjeś usta i rzutkich gestów traktowanych jako Bezpośrednie kontry wobec zasupłanych rylcem nicości miejsc, wydeptywanych Przez mechaniczne czynności, gdyż każde wykroczenie poza to nasadzone ci koryto Skutkuje okrawaniem możliwości dostępu, tarasowaniem prostackim zwarciem z byle Jakim, chłamliwym momentem czyjeś zaciekłej uwagi na dobycie jak największych Sposobów jarzmienia innego. Plamy każdego skrętu są rozwłóczonym podnośnikiem, Zgrzybiałem podłożem dla najmniejszej woli manewru, ponieważ lokujemy się w Przechodnich przepustnicach, bez promienia mogącego zmniejszyć kąty odchylenia Od coraz bardziej pełzającego w oku pionu, jakby w innej nawie rumoru było mniej Złudnych odniesień do takiego dryfowania w pomrocznym przyspieszeniu, tym Rozproszonym składowisku beznogich skłamań, rozwartych odstępów od przekątnej Mety, która jest rwącym, mierniczym zwidem w tej okalającej nasz zew wyrwie. Dokładnie cztery lata temu, już o tej porze, wypadłeś poza ten ościsty łuk, nadziany Na trzpień ponownej ucieczki, jakby na początku następnego końca, kiedy dwugodzinna Rozmowa stała się ponownym zaczątkiem sturlałego losu, albowiem byliśmy na Wzajemnym holu, nakłuwani prątkami zaniku, przeszywani czepliwymi smugami skaz, W klasterze powrotu na zmierzwiony brzeg, po każdym odpływie w motowidło Jątrzenia. Druciany sztych takich rozładowań wciąż mieści mi się w dłoni, jakowyś Piekący amulet upiornego teraz, wtedy i zawsze indziej, gdyż byliśmy sobie na opak Przekazywani przez cudze wargi drgań. Kursy jałowych wstrzymań przeciążają każdą Wybraną na chybił trafił toń, niosą poza demarkację danego odwłoku chwili, aż po Pierwsze doznanie usterki, zamieniające się prędko w chroniczny spad, kręte wezgłowie Brzasku, kiedy piędź tego samotnego pochówku jest trzypokojowym mieszkaniem, Na barku zniweczenia przenoszonym w coraz niższy poziom rdzewiejącego odkosu, Bym mógł tylko przebywać w niezwrotnym świście zwapniałego okamgnienia. Bezludne Cienie, marsowe pogwarki, chroboty prochu wieka, okulałe sygnały nadawane znikąd, Ziemiste echa z waszych podwoi utraconych stron, w przygodnym rzucie poza spoistość Fazowego trwania. Porwane transmisyjne pasy nie przenoszą już żadnych innych ogarków, Zostają tyko rzeczy powleczone lepkim, przezroczystym osadem, wyblakłe żłobienia, Walizki spakowane znoszonym czasem i podeszwy rozdeptane progami. Skawalona Ruda ustania przewyższa szalę tego migotu, dzięki czemu kolejny przyrost widma Staje się wymiernym poruszeniem w tej zagrodzie pełnej chybień i odstrzelonych zjaw, Wądole coraz bardziej rozszczepianej jaźni, naprzeciw masywnej zawieruchy, fundowanej Przez chciejstwo skarlałych mar, czego inaczej nie mogliście dożyć, mając swoje rany Drążone smużystymi pętlami przez sparszywiałe okresy kneblowania wszelkich niezgód. Opadowe plany w brudowniku zmarnienia są wirowym ruchem na dnie waszej poprzecznej Fali, sterowanej zmiennymi prądami zapylenia, skąd nie dochodzi tutaj żadne inne tam. Obrót stopni Pętle nowych oznak zacieśniają się na grdyce każdego gestu, wyzwalając jeszcze Bardziej szatkujący strach, twardniejący w swej krytycznej masie niczym Zmrożony dyszel, do którego jesteśmy coraz bardziej przytraczani poleceniami Karnych nawisów, u wyjścia z dookolnego rejwachu pylącej swą ruchliwością Mierzwy, jedynej już macierzy, uwięzłej na końcu coraz krótszego oddechu, by Jeszcze bardziej sukcesywnie docierało odcięcie szans w głąb przeżartego osierdzia, Owych grudowatych minut, jakie odliczane są przez chaotyczne kierunki, braków Możliwości przeskoku, wyminięcia samego siebie, kiedy jednoskalowość zawierania Cię w sinym markerze przepadania staje się jedyną już przepustnicą ujścia w Spieczonym pogruchotaniu aż po wijącą się kostniejącymi powidokami spadzistą dal. Ciernisty przepływ poszarpanych obrzeży. Kłucia i podcięcia. Rundy pełne rojeń, Przewidzenia spiralnych prześwitów, cyrkulacje resztek omamów, i już za niedługo W grząskiej luce zatrzymania usztywni się najlichsza wiotkość, już za moment Nastąpi obrót wszystkich pokonanych stopni, już poza rozszczepieniem odkosu, Na samym spodzie wykopu, w oszalowaniu próżnią i marskością wytracenia, Zeskrobanie obłożnego cienia z poprzeczki tego rozstrojenia, mierne osiąganie Pozbawionej narożników lotności, poza stałością namacalnego przyciągania. Stępienie Komór. Przewleczenie szpuntem zgrozy. Wyboisko dźgającego zewsząd zerwania. Miernik zbłąkań Marznące mgły przedostają się przez okopcone tlejącymi się sprzęgłami flanki W sam środek chaotycznych przesunięć tektonicznych płyt, uwolnionych od osi Dryfującej w poprzek spopielonego nieba, dzięki czemu zapadła szczęka dali Przestaje bezwolnie kłapać i nikt nikomu nie przychodzi już z nikłą pomocą, Ogrodziwszy się swoją watoliną smutku i chełpliwych radości wynikłych z Jeszcze jednej rundy po bezdrożu swego domkniętego wrzaskiem dnia, na końcu Którego znajduje się para zwłok zakłutych przez swego syna. Porowate wszczęcia I prędkie reakcje na skasowanie strony, jej dogłębnej zawartości kanciaście Spierzchłych lat, akumulują spoczywający na dnie snu zewłok zewu, lecz i tak Czujesz się jakbyś wykopywał przerdzewiałe wiadro, pełne robaczywej gliny i dalsze Posuwanie się po spadzistej spirali okazuje się rozpięciem płachty nad skurczami Gęstniejącego powidoku, z którego zieje szkielet zawalonej stodoły, jednonocnego Schroniska dla przepalonych gwiazd, kiedy nieustannie zaludnia się ten wieczny Przedsionek doczesnego piekła i po kolei opuszczamy siebie w tym bezładnym Wspinaniu się aż po wierzchołek zaniku, tamowani gencjaną obsypanego igliwiem Piasku przesypującego się między rozwartymi palcami unieruchomionej lodoszreniami Dłoni, kiedy rozkuwa to skobel szarego bielma, dzięki czemu policzalnym staje się każdy Krok odwrotu. Nie mieliśmy nigdy żadnego falstartu, ponieważ nie wybiegało się po coś W osmotyczny prześwit zwabiającej doń atrakcyjnej pustki, kawałkowały nas tylko Tępo lite oznajmienia jeszcze jednej straty, której przyczyną była zawiłość każdej Pospolitej rzeczy, chciwość lub bezwzględność jej właścicieli, obopólna marskość Sztywnych reguł, na które, w istocie, nikt się nie godził, mimo uznania warunków ich Jednostronnych konsekwencji. Trzynasty dzień z rzędu, kiedy wszystko dzieje się na Opak, bo inni coś od ciebie tylko chcą, nie dając ci w zamian większej przerwy na Wyprostowanie w głowie pozginanych płóz, którymi mógłbyś zjechać do jakiejś Bocznej nawy najbliższego zapadliska, stamtąd nawigować swą tułaczkę w bardziej Przyziemnym akordzie rozmijania się z niczym innym, owym nieco bardziej spłowiałym Kikutem cudzych mniemań. Manewruje tobą ślepe manto, coraz gwałtowniejszy wymach Sterczącego progu, na tej elipsoidzie zmarnienia, kiedy krach jest tylko zaczątkiem Płaskiej ósemki mety, wirującej jak sadza nad ognikiem, w tym rozłożystym grynszpanie Wymierania kierunków innych trajektorii, gdyż wszelkie oznaki krążenia zawłaszcza Rosnące uwięźnięcie w biegnącej w poprzek półkul bruździe doczesnego wytracenia. Ruletka w klepsydrze. Bezoki chów długi jak prasownica wstrzymań. Biegun zimna jest Tylko ułamkiem tego stałego układu skostnienia, jedynego już pola naszych nieustannych Przemian w dookolne nicestwienie, jakby każda sekunda nie tylko przybliżała oddalenie Się od lejowatych wzniesień, lecz i także rozcinała aortę zwidu aż po jego wapniejący Rdzeń. Kolczaste fale zbłąkań przetykają zator tego zejścia i drenują w tobie szpik. Pytajnik koła Szybkozmienne piargi coraz bardziej stromych odchyleń w rabunkowy nurt Ciężkostrawnego dictum wywołują mętną odrazę do wszelkich stałych postaci Tego skrawka trwania, ziarnistych mar, kierujących się płytkimi potrzebami Zanurzenia w brei swoich rozszczepionych oczekiwań, dzięki czemu możliwy Jest jeszcze do utrzymania dystans w tym pytajniku koła, którym jesteśmy Rozjeżdżani we wszystkie szpotawe strony tego graniastego docisku. Czołowe Uderzenia w ścieśnione haki, wiszące nad najbliższym rogiem, prędko wybudzają Z bieżącej komy, w tym przetrącanym wiązkami fioletu dniu powszechnego Rozstroju mieści cię bowiem szachownica z muldami pól, stąd nieustannie Pionizujące turbulencje, w poprzek głowni każdego okrojenia przez szpadel Natychmiastowych zwrotów o kąt padania na płask, jakby już tylko przeczołgiwania Dawały szansę na wydostanie się z tego dookolnego zatarasowania zasiekami Pospólnych wdrożeń, gdyż okupuje cię nieustannie grząska gawiedź spragnionych Letnich uciech, na końcu cypla nie krótszego niż dyszel mgnienia, podmywanego Z trzech stron szlamem coraz to nowych roszczeń, jakby wystarczyło tylko przekręcić W tej szczelinie klucz, by poczuć się rozwartym jak dławiąca kość. Niedawne Wiraże były parosekundową fatamorganą na kamienistych łachach, prędko wytrawioną Żrącą miksturą z łoju i potu, zaraz na początku ponownej tułaczki po rozdzielającym Nie tylko oddech progu, kiedy awaria narzyna w tobie wybór i wymuszone na nią Reagowanie zdejmuje z ciebie powałę tego uwięźnięcia w surowym załomie, jeszcze Jedno więc puste okrążenie po nowiu mety, nadziewanie się na tępe ostrza niskich Poleceń. Trajektoria nierównych złamań przenosi w lity odwłok pustkowia, między Odstępami zionie chłód mroku, drabiny leżą w poprzek każdej dziury, grabiejemy bardziej Niż konary ściętych drzew, na tym osolonym poletku płynnych podrygów rozgrywa Się pomroczny przesył wymiennych części dalszych następstw, kawałkujących Razów, coraz bardziej przybierających na sile skośnych podmuchów, które odsłaniają Tylko gnilne podłoże. Sam środek upadłościowej masy ruchliwych czerwi, kamień Graniczy przepadnięcia, ścierne nasypy kierunkujących celów, to kolejny przybór Płóz, na których musisz ustać, by nie zostać wciągniętym w boczną lukę ostatecznego Odrętwienia, rozproszony po obu stronach lustra aż po fermentujący obrys, w porze Nieostania się na jednej z kilku krawędzi, będąc już tylko zamurowanym echem. Akord Tego stanu właśnie wydaje swój przedostatni zgrzyt. Uprzęże i obroże zapełniają Magazyny. Nakładanie ich zacznie się zaraz po triumfalnym ogłoszenie spreparowanych Wyników, niemających nic wspólnego z panującymi nastrojami. Głębia tego ujścia jest Coraz bardziej sucha, koryto urywa się bowiem za najbliższym meandrem, zawiązuje W sobie ołowiany supeł, a jej tory zakrzywione są aż po najbliższy brzask, w którym Obudzimy się w potnym strachu, zaholowani przez cudze wybroczyny do wspólnej Stajni, gdzie będziemy wysłuchiwali ogłaszanych o każdym z nas wyroków ślepej woli. Żadnego więc odjęcia nie będzie. Do zatrzymania akcji dojdzie zaraz po nasadzeniu Chomąta, obrok będzie jedynym miąższem, pustynną strawą, którą każą jeść każdemu W kuckach. Byliśmy na ruchomym skrzydle zjawień, w niecce otorbionej grzbietami. Szliśmy w przesiece spiekoty na drugi brzeg i dopiero tam rwał się za nami sygnał, Byliśmy więc niedosięgli dla lassa tutejszego zapadnięcia w kostną mierzwę, jakby Plastikowe worki nie miały być ostatnią powłoką. Próżnia to jeden wielki zaczep. Przemiał staje się coraz szybszym wirnikiem zdławienia. Wykrawanie i odrzucanie Poszerza w sercu pasy nieużytków, arterie wygiętych pionów. Jałowieje tego szpik. Niedoliczony trach Ostatnie momenty względnej równowagi, ostatnie krypty niedosuniętych Szczelin, mrowiące drążenie w boku, jakby to już była końcowa runda po Spękanym pokładzie, w zaczernionym mgnieniu oka nieustannie śledzącego Rujnację cząstek kładącego cię w poprzek rozpadu. Przesączenia piołunu Spływają z lotnych gaz w rozwarte muldy pozostałej niewiadomej. Będę W osunięciu, namierzany od wewnątrz przez wziernik losu, niegotowy na Przyjęcie odczytu, rejestru zgromadzonych strat, albowiem stopowanie Zagiętymi poręczami jest tylko oswajaniem się z przepływami w żyłach drzazg, Samo wytrąceniem z osi przechodzącego w gnilny poziom nawału. Orzeczenia Wyzute już z wszelkich alternatyw prowadzą w przeciągły odmęt, gdzie pływają Przeżarte rdzą sita, nikły opór kończy się osadem białego nalotu, którym powleka się Język, i o niczym już nie decyduje rwący brak, seria skasowanych racji, kubik skłonień Do zaprzestania trybu chroniącego przed zasklepieniem żrącego łożyska. Wyparowana Sól, wytracony przepust, wyzerowana mać. Dławiący wszystek trzpień, błotny Pęcherz u spodu każdego oderwania. Nigdy nieprzeszacowany krach spłaszcza Resztki ciążenia i przyspiesza zaognienie, odcinając szansę wydostania się poza Kurczącą pętlę wyroku, kiedy suma wszystkich wyborów staje się perzyną Tych poronionych lat, śluzą przesłaniającą po każdym widmowy ślad jego bycia. Plenność Kończenie bieżących rund nigdy nie miało nic wspólnego z ich początkiem, Przybierało tylko różne postaci wytracenia dzięki pojawianiom się oznak rychłej Zmiany, parodniowego bólu, spadku ciśnienia, niepomnażaniu innych odnóg, Kiedy rozpościera się ona w zaczątku ostateczności i przestaje już tylko Dawać o sobie znać, stając się przewlekłym drążeniem. Bezwyjściowość jest Spiętrzonym składowiskiem znoszonych z wielu miejsce rzeczy, portalem, przez Który przechodzi się wciąż z powrotem w zamknięty obieg swego zniweczenia, Niemierzony żadną potencjalnością czyhającej za węgłem nieżytu straty kolejnej Szansy na zatrzymanie ulotności, odjęcia mięsa od kości świtu stającej w gardle, Niczym przekłucie błotnej błony przesuszonym igliwiem. Ostrokoły plennych emocji Rozpraszają kokoniastą powłokę tylko na moment chronicznej nieuwagi i są Szybkozmiennym przejawem szybko opadającego szybowania pod wirującą kopułą Mózgu, utrzymania jego w ryzach niewyjaśnionych skurczów, twardniejących Powidoków w okowach przyspieszonego upadku, smużącego drgania strzelistej Wskazówki, będących w efekcie komasacją skutków nieważkości wyborów Przynoszących krótkotrwałe przerwy w zasysającym bezwzględnością nurcie Rwącego zaniku, zabierającym naszą wyboistą przydrożność donikąd, które Nieustająco zacieśnia najbliższe wyjścia, abyśmy mieli w sobie wieczny kontrast Rozpoznania skracającego się w nas pozostania w pionie wobec nieustannych Zapalnych ognisk, zginający nas momentalnie w pół, gdyż wszelkiego rodzaju Pustki już od dawna wydrążyły swoje korytarze, by za każdym razem mogły być Przetłaczane arteriami kluczącego w nas pomylenia, jakim ostatecznie okazało się To życie na ostrzu nożna rozkrawającego wnętrza tego chromego uwięźnięcia. Gotowalnia sekund pozostałych do domknięcia granicznego etapu buzuje coraz Bardziej. Rdzenie krzyżują się z hakami. Krąży we mnie żrące wieko litu. Będę Przeczołgiwał się przez ościsty garb aż do pokruszenia spalonych piszczeli i czaszki, W nasłuchu braku jakichkolwiek odzewów, spodziewając się już tylko przybojów czkań I mdłych burknięć, bełkotów podawanych jako jasne wykładnie wymiarów grążenia W ościenności zapadania się aż po ziemisty przechył w głąb piołunowego bieguna, kiedy Lodoszreń stanie się jedynym tego podłożem. Karbowanie wyrokami nigdy nie ustaje. Pozostaje tylko odliczanie momentu nastania kiereszującego wypiętrzenia, zmarnienia Resztek przytroczenia, w grobostanie wielojedni, bez odroczenia, gdy rozruch nie Będzie już możliwy. Zwiększona żyzność dziur. Niezwrotność przepastnych wtrąceń. fot. Ewa Kotarbińska Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy, m.in.: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Druzgi, Przeciwujęcia (2024), Chłodnie (2025), Przyrost strąceń – wybór wierszy 2016 – 2024 (2026) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021), Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie.
- Anna Musiał – owocówka
Muszki owocówki żyją zwykle od 14 do 20 dni, zależnie od warunków. W optymalnym środowisku mogą przetwać ponad miesiąc. Przeciętnie książka poetycka żyje tyle, co muszka owocówka. I wydaje się zagubiona jakby brakowało jej tematu przewodniego jakby ciągle była głodna – albo nie n i e n a s y c o n a (mówię i zapisuję w notatniku smartfona choć smartfon to najmniej wdzięczne urządzenie jakie kiedykolwiek złożono) od teraz owocówka będzie znaczyć: czas owocnie niewykorzystany II zupełnie nie wiem dlaczego przypominasz mi każdy owoc jaki zjadłam jesteś złożona z cząsteczek miąższu miękkich tkanek chrupkich fragmentów ciała na które mówisz: tkanka miękiszowa nigdy nie wiem czy to na poważnie całe to trzymanie za rękę pozowanie do zdjęć uciekanie wzrokiem ilekroć schodzę głębiej w przekrój III w sierpniu wycinaliśmy w jabłkach trzymałam stopy w trawie obok mruczało niebo przez chwilę zdawało mi się że to modlitwa bym nie zamieszkała w twoim bym nie ogryzła cię do pestek nie zostawiła mamy to zapisane na siatkówce oka te drobne przykurcze szumy maleńkości oplot skrzydełek błonki i pancerze (wszystko to nicość w pomroku wszechświata) IV w tej ciszy która ze mną zostaje obserwuję drogę jaką przebywa owocówka z wnętrza psującej się gruszki na parapet z którego wychylamy się zimą by zobaczyć gwiazdy stałe wciąż nazywamy gwiazdami te drugie to uciekające muszki o błyszczących skrzydłach (przeciekające przez palce otwory w pokrywie kosmosu) V przed odejściem ukochać wszystko co bliskie reszta to tylko posmyk wiatru spod skrzydeł owocówki Anna Musiał (ur. 1987) – poetka i recenzentka. Autorka czterech książek poetyckich. Pod jej redakcją ukazała się III. Antologia Babińca Literackiego 2016-2019 (2020). Publikowała w wielu magazynach i antologiach.
- María Auxiliadora Álvarez – wiersze
8 róża cierpi na zawroty głowy od bezruchu: powolna praca umierania 18 nad nieruchomymi obrazami pamięci ciąży cień wahadła w kształcie szubienicy 19 myśl przekracza swą granicę abstrakcji by dotknąć namacalnej kości i zawisnąć na chwilę na jej (fałszywym) słońcu niezgoda (mojej siostrze) (ogłuszający ryk morza wchodzi między nas dwie) mówię jej: myślę że utonęłyśmy ona odpowiada: nie Nie utonęłyśmy mówię jej: leżymy obok siebie na dnie morza ona odpowiada: nie Stoimy na brzegu mówię jej: naprawdę myślę że już utonęłyśmy ona odpowiada: nie Oddychamy bardzo dobrze mówię jej: do mnie powietrze nie dociera ona odpowiada: Ja mam powietrze dla nas obu pełnia podczas gdy pustka wypełniała się echo nicości było ogłuszające być może przeszkody sensu rodziły się z po- z po- z pogłosów głosu sytego samym sobą i pozbawionego zdolności słuchania: pełni która być może zamieszkana była przez ciszę z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak María Auxiliadora Álvarez (ur. 1956) — wenezuelska poetka, eseistka i wykładowczyni uniwersytecka. Od 1996 mieszka w Stanach Zjednoczonych.
- José Ángel Valente – pięć wierszy
Zbrodnia Dziś obudziłem się jak zwykle, ale z nożem w piersi. Nie wiem kto to zrobił, nie znam możliwych motywów zbrodni. Leżę tu rozciągnięty a chłód ciąży pionowo. Wieść rozchodzi się ze względną dyskrecją. Lekarz był znakomity, lecz przesłuchanie wypadło chaotycznie. Zdarzenie nie ma świadków. (Telefon od dozorczyni, powiedziała że denat nie miał powiązań politycznych. To obsesja, która ją prześladuje od śmierci męża). Ze swojej strony nie mam nic do dodania. Trwają poszukiwania zabójcy; jednakże, być może nie ma żadnego zabójcy, choć przez to gmatwa się finał historii. Po prostu leżę tutaj, z nożem… Chłód się kołysze wahadłowo i uroczyście. Nie ma dowodów przeciwko nikomu. Nikt nie dokonał mojego zabójstwa. Drżenie Deszcz niczym język chwytnych mchów wydaje się mnie przemierzać, szukać szyi, schodzić niżej, lizać oś pionową, liczyć liczbę kręgów, które dzielą mnie od twego nieobecnego ciała. Szukam teraz powoli językiem zastygłego śladu twego języka zatopionego w mojej ślinie. Piję, piję cię w płynnych komnatach podniebienia w promiennej wilgoci twych pachwin, podczas gdy twój własny język przemierza mnie i schodzi w dół, kurczliwy i chwytny, niczym ciemny język deszczu. Korzeń drżenia wypełnia twe usta, drży, przelewa się w tobie i kiełkuje śpiewnie w twym gardle. Grzech Grzech rodził się jakby z czarnego śniegu i tajemniczych piór, co gasiły posępny zgrzyt okoliczności i miejsca. Sączył się, wyciskany z westchnieniem smutku na ścianie skruchy, pośród mętnych pieszczot homoseksualizmu lub przebaczenia. Grzech był jedynym przedmiotem życia. Niegodziwy opiekun sinawych dłoni i wilgotnych młodzieńców zwisających na strychu martwej pamięci. Zapada noc Zapada noc. Serce schodzi po nieskończonych stopniach, przez ogromne galerie, aż odnajdzie żal. Tam spoczywa, leży, tam, pokonane, leży jego własne jestestwo. Człowiek może wziąć je na swe barki by znów się wspinać ku światłu w mozole: może kroczyć wiecznie, kroczyć… Ty, który możesz, udziel nam powszedniego zmartwychwstania! Blask I wszystko, co istnieje w tej godzinie absolutnego blasku płonie, spala się wraz z tobą, ciało, w rozżarzonych ustach nocy. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak José Ángel Valente (1929–2000) – hiszpański poeta, tłumacz i eseista, wpływowy reprezentant Pokolenia 50. Tworzył w języku hiszpańskim i galicyjskim. Laureat licznych nagród literackich, w tym Premio Nacional de Poesía, Premio Reina Sofía de Poesía Iberoamericana, Premio Princesa de Asturias de las Letras.









