top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Fabián Casas – pięć wierszy

    W środku nocy Wstaję w środku nocy, bardzo spragniony. Mój ojciec śpi, bracia śpią. Stoję nagi na środku podwórka i mam wrażenie, że rzeczy mnie nie rozpoznają.  Tak jakby za mną nic się nie domknęło. Ale znów jestem w miejscu, gdzie się urodziłem. Podróż Łososia w trudnym czasie. Myślę o tym i otwieram lodówkę: trochę światła od rzeczy, które pozostają zimne.  Czekając, aż aspiryna Czekając, aż aspiryna zacznie działać, uporządkuje pokoje, zamiesza kawę i przyprowadzi moją matkę, świeżą w to sierpniowe popołudnie przeglądam głupie magazyny, słucham starych płyt zastanawiam się, w którym momencie dinozaury poczuły że coś jest nie tak. Obudzić się Obudzić się w środku nocy i zobaczyć po drugiej stronie łóżka swoją żonę zapłakaną to ważne doświadczenie.  Znaczy to między innymi, że podczas gdy ty przechadzałeś się po rozświetlonych komnatach swojego mózgu, coś się działo tuż obok.  Błąd, z którym utrzymujesz szczególną relację intymności.  Bo choć niczego nie podpisujemy ani nie biegniemy w pośpiechu pod deszczem ryżu, myślimy, że to na całe życie, i tak dalej trwamy.  Łodzie, które nocą pozostają przycumowane do pomostu, obijając się o siebie, wedle wiatru. Po długiej podróży Siadam na balkonie, by patrzeć w noc. Moja matka mówiła mi, że nie warto być przygnębionym. Rusz się, zrób coś, krzyczała do mnie. Ale ja nigdy nie byłem stworzony do szczęścia. Moja matka i ja byliśmy różni i nigdy nie potrafiliśmy się zrozumieć. A jednak jest coś, co chciałbym opowiedzieć: czasem, kiedy bardzo za nią tęsknię, otwieram szafę, w której wiszą jej ubrania i jakbym wracał do domu po długiej podróży, wchodzę do środka. Może to absurdalne: ale w ciemności i z tym zapachem mam pewność, że nic nas nie rozdziela. Bez kluczy i w ciemności To był jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie dobrze. Wysprzątałem mieszkanie i napisałem dwa albo trzy wiersze, które mi się podobały. Nie prosiłem o więcej. Następnie wyszedłem na korytarz, żeby wyrzucić śmieci i wtedy za mną, z powodu przeciągu, drzwi się zatrzasnęły. Zostałem bez kluczy i w ciemności słuchając głosów sąsiadów przez ich drzwi. To przejściowe, powiedziałem sobie; ale taka też mogłaby być śmierć: ciemny korytarz, zamknięte drzwi z kluczem w środku śmieci w ręku. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Fabián Andrés Casas  (ur. 1965) – argentyński prozaik, poeta i dziennikarz. Podczas Międzynarodowych Targów Książki w Guadalajarze znalazł się na liście 25 pisarek i pisarzy z Ameryki Łacińskiej, którzy co prawda nie są szerzej znani poza swoimi krajami, ale z pewnością zasługują na większą rozpoznawalność.

  • Idea Vilariño – pięć wierszy

    Gość Nie jesteś mój nie jesteś w moim życiu przy mnie nie jesz przy moim stole ani się nie śmiejesz ani nie śpiewasz ani nie żyjesz dla mnie jesteśmy sobie obcy ty i ja sama i mój dom jesteś obcym gościem który nie szuka nie pragnie niczego poza łóżkiem czasami. Cóż mogę uczynić odstąpić ci je. Ale ja mieszkam sama. Wieczór Ciała rozciągnięte, ciała nieskończone, konkretne, zapominające o chłodzie, który będzie je zalewał, stopniowo wypełniał. Ciała złociste, ramiona, węzeł ciepła zapominający o drżącym teraz cieniu, wstrzymanym, wyczekującym, gotowym, by się wynurzyć osłaniającym ślepą skórę. Zapomniane także białe kości, zapewniające, że każde życie to nie sen, wierniejsze formie niż skóra, niż krew, ulotne, chwilowe. Ciała rozciągnięte, ciała poddane, szczęśliwe, konkretne, nieskończone… Wyłaniają się dzieci radosne, wilgotne i wonne, młodzi zwycięscy, wyprostowani, jak ich instynkt, kobiety w najwyższym punkcie słodyczy, kładą się, podnoszą, mówią, mówią ich usta, te kiedyś rozproszone, podnoszą się, patrzą na siebie spojrzeniami wiecznych. Morze to tylko studnia Morze to tylko studnia ciemnej wody, gwiazdy to tylko błyszczące błoto, miłość, sen, gruczoły, szaleństwo, noc nie jest błękitna, lecz żółta. Gwiazdy to tylko błyszczące błoto, morze to tylko studnia gorzkiej wody, noc nie jest błękitna, lecz żółta, noc nie jest głęboka, lecz zimna i długa. Morze to tylko studnia gorzkiej wody, pomimo wierszy pisanych przez ludzi, morze to tylko studnia ciemnej wody. Noc nie jest głęboka, jest zimna i długa; pomimo wierszy pisanych przez ludzi, miłość, sen, gruczoły, szaleństwo. Południe  Przezroczyste powietrze, przejrzyste sierp poranka, ciepłe białe góry, gesty fal, całe to morze, całe to morze, które wypełnia swoje głębokie zadanie, morze pogrążone w myślach, morze, w tej porze miodu, w której instynkt brzęczy jak senna pszczoła… Słońce, miłość, rozchylone lilie, morskie, Gałęzie jasne wrażliwe i czułe niczym ciała,  rozległe blade piaski. Przezroczyste powietrze, przejrzyste głosy, cisza. Na brzegach miłości, morza, poranka, na gorącym piasku, drżącym od bieli, każdy jest owocem dojrzewającym ku śmierci. Gdybym umarła tej nocy Gdybym umarła tej nocy gdybym mogła umrzeć gdyby mi się umarło  gdyby to dzikie zbliżenie niekończący się pojedynek bez litości uścisk bez miłosierdzia pocałunek bez wytchnienia osiągnęło swój szczyt i nastąpiło rozluźnienie gdybym właśnie teraz gdybym teraz przymykając oczy umarła poczuła że to już że już ustał trud i światło nie było już snopem mieczy i powietrze nie było już snopem mieczy i ból innych i miłość i życie i wszystko nie było już snopem mieczy i skończyło się ze mną dla mnie na zawsze i żeby już nie bolało i żeby już nie bolało z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Idea Vilariño Romani  (1920–2009) – urugwajska poetka, eseistka, krytyczka literacka i tłumaczka. Należała do bardzo wpływowego w Urugwaju Pokolenia ‘45.

  • Elisa Donzelli – dwa wiersze 

    2. sierpnia 1990. spałam z wami w pokoju wychodzącym na ogród, gdzie latem rozkładało się polowe łóżka, po to, aby ochłodzić temperaturę ciał wapnem ściany. jeśli włączyliście radio, to z powodu cykad, które przeszkadzały spać jakiemuś krewnemu, nie myśląc o ryzyku, jakie niosło w domu rozsiewanie wiadomości o inwazji kraju, który rości sobie prawo do wejścia w posiadanie innego kraju – i jest to przez chwilę ból wszystkich, koniec końców jest jednak prywatny, chwilą niepokojuw waszym rozbudzeniu. human studies dla Flavii październik, zaczyna się rok akademicki i przeglądam notatki z naszego wspólnego kursu, gdy w salach ledwie się mijaliśmy, rozpoznając w tym spotkaniu coś dla nas zwyczajnego, tak jak teraz odnajdujesz między swoimi kartkami te zajęcia, których mi brakuje - 5. grudnia 2001. to mógłby być ten dzień, albo inny, data, w której zgubiłyśmy się, roztargnione, w tych kilku spotkaniach obcych naszemu zawsze wspólnemu byciu - podtrzymując lukę i przesunięcie wyboru, który nie ma sensu. pomyśl o tym w miesiącach, które mijają, które jak przyzwyczajenie do pewnej przestrzeni napełniła wierność - nazbyt niespodziewana. przełożył Krzysztof Katkowski Elisa Donzelli  (ur. 1979) – jest profesorą nadzwyczajną w Scuola Normale Superiore, gdzie wykłada współczesną literaturę włoską.

  • Roger Wolfe – pięć wierszy

    Ciężar To ta przeklęta bezsilność. Ta nieobecność nawet gniewu. Ten ciężar.  Tak, ten ciężar: jak słoik aspiryny w pustym  żołądku. Szklanka Usiądź przy stole. Wypij szklankę wody. Delektuj się każdym łykiem. I pomyśl o całym czasie który utraciłeś. Który teraz tracisz. Czasie który ci pozostał do stracenia. Prawo Masz prawo do swobodnego wyrażania wszystkiego co wolno ci powiedzieć. Speed of love Miłość to pokój w półmroku pełen zapachów i niebezpieczeństwa, słodyczy i udręki, oczekiwania… a w skroniach powolne, radosne, nieokiełznane, straszliwe pulsowanie adrenaliny. Mgnienie oka Pedro Salinas pisze w jednym wierszu że nie chce przestać odczuwać bólu nieobecności kobiety którą kocha bo to jedyne co mu po niej pozostało: ból. Nie pamiętam dokładnie jego słów. On wyraża to lepiej niż ja. To były inne czasy. Salinas nie żyje. Podobnie jak kobieta którą kochał. Wkrótce wszyscy będziemy martwi. Życie to tylko mgnienie oka. Otwórz oczy i zamknij je z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Roger Wolfe (ur. 1962) — angielski poeta, prozaik i eseista, tworzący w języku hiszpańskim. Łączony głównie z nurtem brudnego realizmu.

  • Thomas McCarthy – dwa wiersze

    Po operacji Jak już wspomniałem, zanim pojawiły się Złe wieści, opowiadałem, że zupełnie nie wiemy O tym, jak oddychać. Czy to efekt Roztrzepotania czy stałego poczucia Strachu, zapominamy o głębokiej wdzięczności, Za to że nasze płuca pracują.  Lecz może Mówiąc oddech, mam na myśli coś więcej niż powietrze, Bardziej jako poczucie oddzielenia, które znika Gdy zaczynamy praktykować bardziej uważność Niż samoudręczenie. Fundamentalną rolą poetów jest sprawianie, żebyśmy chcieli oddychać. Miłość Wyrzuca wielkie słowa poza najprostsze emocje –  a my wijemy się w ich naciąganiu, poddajemy próbom wytrzymałości.  Wiercimy się i wykręcamy, żyjemy i chwytamy. Pamiętam, gdy w szpitalu Miłosierdzia młoda Chorwacka anestezjolog delikatnie Wyciągała plastikową rurkę mówiąc “myślę, Że teraz możesz już sam oddychać” Ta udręka! Znowu zostałem rzucony na głęboką wodę. Moje płuca odpłynęły z nabrzeża już samodzielnie, zagarniały i zagarniały, co było potrzebne by oddychać. Oddział chirurgiczny Odpłynął daleko w medytacji Vipasana Ego zostało wymazane, ten rodzaj umysłu był umysłem pełnej uważności Szczelnie wypełniającej pokój, poczucie wspólnoty Buddy z jego uczniami, przywróciło mnie życiu. Daleko od fizyki i medycyny Z powrotem do tego co osobiste i pełne krwi. Budda był rebeliantem swoich czasów, Ale nigdy nie tkwił zagrzebany w pieluchach oddziału rakowego. Ani też nie doświadczył znieczulenia zewnątrzoponowego ani horroru rozkojarzonego umysłu. Moim prawdziwym oddechem Jest poczucie powrotu w istnienie, mocna Esencja następujących po sobie wdechów przenikających ciało.  I na dodatek ta okropna wiadomość, niestety prawdziwa, Że gdzieś daleko zmarł Leonard Cohen, Przez co znowu myślę o oddychaniu, o tym, że miłość Jest przetrwaniem, o Suzanne i Mariannie i o tym, że Leonard Spał w sypialni Yeatsa w Lissadell. Mówią, Że spał sam, z nietoperzami gnieżdżącymi się w wykuszach  Irlandzkiej nocy. Dużo ostatnio złych wieści, ale przecież musimy Z zapartym tchem przezwyciężać napierającą pustkę. Złamane obietnice    W miarę starzenia nabieramy wprawy w kolekcjonowaniu Niedotrzymanych obietnic. Nie dlatego, że świat wariuje, Lecz dlatego, że dzień za dniem Przybywa nam opcji. Zbyt dużo jałowego kręcenia się Wokół swoich zachcianek; za dużo podniet, Zdecydowanie za dużo podniet na tym świecie Biegnącym nieustannie, żeby przyjąć nowe twarze.  Młodzi są piękni i pełni optymizmu To na pewno. I jak mówiłem, nie znoszę Daremnego czekania na dawno obiecany Egzemplarz unikalnej Geografii Ptolemeusza,  Wydanej przez Hola von Ulma Z jego misternie kolorowanymi mapami: Chodzi o prezent od Księcia Eugeniusza Savoy – Książkę z roku 1480 wydaną przez londyński Lettou,  Już sobie odpuszczę. Ludzie zapominają, ja cały dzień haruję w prowincjonalnej bibliotece. Ale moje serce Zabiło żywiej gdy zdobyłem egzemplarz wierszy wybranych Jewtuszenki. Pachniał ogniskiem  i młodym gruzińskim winem: miałem go oprawionego w jedwab, jak oryginał Jensena z Wenecji   Brałem go ze sobą podróżując W góry hrabstwa Kerry, do Sligo, na morze Raz, kiedy czytałem, Podeszła młoda kobieta w szkockiej spódnicy Mówiąc, że nazywa się Larissa Fiodorowna A ta książka była jej własnością, dostała ją w spadku –  Oczywiście obiecałem jej, że oddam i zaraz zwiałem. przełożył Mirosław Drabczyk Thomas McCarthy (ur. 1954) – poeta irlandzki, laureat wielu nagród literackich, stypendysta Międzynarodowego Programu Pisarskiego w Iowa, USA. Jego poezja koncentruje się na sprawach polityki, historii Irlandii oraz życia rodzinnego. D o tej pory opublikował osiem zbiorów wierszy m. in. The Sorrow Garden , Mr Dineen's Careful Parade , The Merchant Prince oraz dwie powieści. Zawodowo związany był z Cork University, obecnie na emeryturze.

  • Damir Šodan – jeden wiersz 

    Cork, Ireland poezja w mniej znanym języku jest jak dzwon w odległej wiosce co z cicha bije wieczorem w prowincjonalnej mgle skromnie jakby tylko dla siebie - można by rzec - gdyby nie ta para sczochranych owiec razem skulonych przed deszczem w oborze przed kamiennym murkiem kiwających pomału   bielistymi łbami dając ci odczuć że bez względu na medium przekaz zawsze dotrze do celu.  z chorwackiego tłumaczył Jerzy Bartonezz Damir Šodan  (ur. 1964) – poeta, pisarz, tłumacz i redaktor. Absolwent filozofii, komparastyki i filologii angielskiej na Uniwersytecie w Splicie. Opublikował cztery zbiory poezji, dwie książki o tekstach dramatycznych, antologię współczesnej poezji chorwackiej, a także tłumaczenia (Cohen, Carver, Simic, Bukowski, Brautigan, O’Hara).

  • Joyce Kilmer – trzy wiersze

    Dave Lilly Kiedyś w Greylock pstrągów mieliśmy bez liku, Mówią, same płotki pływają w strumyku. Dwadzieścia lat temu z pierwszym kijem w ręce Łowiłem na muchę tuzin albo więcej. Przy drodze North Adams żył sobie Dave Lilly. Wędkował, gdy wszyscy siali bądź kosili. Był u nas na Wzgórzach najlepszym wędkarzem. Gdy nie był na rybach, pił whisky przy barze. Dave Lilly nie żyje, nikt nie płakał po nim; Nie mają pożytku z pijaków, wałkoni… Ja Dave’a lubiłem, chociaż nie pracował; Był szczery, uprzejmy i świetnie wędkował. Szedłem raz z Williamstown wieczorową porą, Usiadłem na moście nad skalną zaporą W ciszy letniej nocy, pode mną szumiało, Na sczerniałej wodzie światło migotało. Wtem czyjąś obecność poczułem, po mule Ktoś chodził i żyłkę nawijał na szpulę. Usłyszałem chlupot tak, jakby ktoś wędką Coś z wody wyszarpnął na brzeg, jedną ręką. I zszedłem po skarpie, dziwnie się łowiło, Żaden wędkarz nie stał, pstrągów też nie było. Ktoś śmiał się za dębem, lecz się nie wychylił, I poczułem tytoń, taki palił Lilly. Nikt tu od piętnastu lat nie moczył wędki – Płotki rwą z haczyka wszystko: glisty, jętki… Pstrągów, gdy się księżyc odbija w strumyku, Duch Lilly’ego łowi w zaświatach bez liku. Chyba whisky z knajpy przy dębie położę, Bo go duch Lilly’ego mija o tej porze. Chciałem pójść na wzgórze, jakieś kwiaty zerwać Na jego grób, ale to lepsze dla Dave’a. Dom w którym nikt nie mieszka  Zawsze, kiedy idę do Suffern wzdłuż torów,Mijam tę ruderę pośrodku ugoru. Przystaję na chwilę, ciekawi mnie ścieżka I wejście do domu, w którym nikt nie mieszka. Podobno są domy, w których mieszka licho, Słychać głośne jęki, przeraźliwy chichot. Tutaj duchów nie ma – chciałbym, by tak było, Nie byłby samotny, gdyby w nim straszyło.Szyby z ram wypadły, nie ma kilkunastu, Trawnik cały zarósł, chodnik pełen chwastów. Przydałby się malarz, dekarz i ogrodnik, Ale nade wszystko choć jeden domownik. Gdybym był bogaty, nie miał rat do spłaty,Poszłyby w ruch pędzle, piły i łopaty. Kupiłbym to miejsce, dom podźwignął z nędzy, Wzięliby go pierwsi chętni bez pieniędzy. Ale nowy smutny ludzi wypatruje, Jak kapelusz, kiedy nikt go nie kupuje, Bo to wymyślona i dziecinna żałość Po utracie tego, czego się nie znało. Nie jest domem, który chronił i jednoczył, Męża, żonę z troską ścianami otoczył, Gdzie dziecko beztrosko śmiało się, brykało – Takiej straty ludzkie oko nie widziało. Więc zawsze, gdy idę do Suffern wzdłuż torów, Boli mnie ten widok pośrodku ugoru: Część okiennic spadła, skośny dach się wali, Stoi pusty, stary – serce mu złamali. Starzy Poeci Dla Roberta Corteza Holliday’a Jeśli kiedyś będę musiał mieszkać w lesie  I spać koło drzewa na wilgotnej trawie, To z dziko rosnącej, młodej kępy drzewek Na pewno dla siebie domu nie postawię. Pójdę do starego, dębowego lasu –  Wysoki, dostojny, solidny i trwały Nie wzdycha, nie trzęsie się przy byle wietrze, Mnie jego odgłosy by nie przeszkadzały. Najmilszy poeta to stary poeta, Bo bije od niego obycie i mądrość, Nosi siwą brodę i ma długie bruzdy  Wokół oczu, z których emanuje dobroć. Gdy młodzi poeci głupi, lekkomyślni Wolą godzinami siedzieć i rymować. Od pisania stają się nieprzyzwoici, Nie słuchają i nie dają dojść do słowa. Poeta za młodu z pasją wykrzykuje Poruszenia ciała i rozterki ducha, A stary poeta w obłoku tytoniu Poleruje fajkę i spokojnie słucha. Trzeba klub założyć dla poetów, którzy – dożywszy starości z uśmiechniętą miną – Siedzieliby w sali, pijąc z kolegami Jasne pełne piwo i czerwone wino.  Wkraczaliby tutaj każdego wieczoru I szliby na miękkie, autorskie siedzenie, Toczyli rozmowy bez kłótni i sporów I z ciszy czerpali rozkosz i natchnienie. Na pewno nie dadzą ci młodzi poeci Pociechy w cierpieniu, ciszy i spokoju, Bo są pochłonięci toczącą się wojną I pisząc piosenki, wzywają do boju. Stary wie, że jego miejsce jest w fotelu, Że Boga na tronie na wysokim niebie, Dlatego wygodnie siedzi przy kominku –  Pozwala się światu kręcić wokół siebie. przełożył Jacek Świerk Joyce Kilmer  (1886 – 1918) – amerykański poeta, eseista i krytyk literacki. Jego twórczość charakteryzuje się prostotą, religijnym nastrojem i głębokim umiłowaniem natury. Kilmer był również wykładowcą i dziennikarzem, współpracował m.in . z „The New York Times”. Podczas I wojny światowej służył jako ochotnik w armii amerykańskiej w 69. pułku piechoty. Zginął we Francji w 1918 roku podczas bitwy nad Marną.

  • Marcin Bies – trzy wiersze

    Mój kolega Arek dziwna sytuacja, miałem na ręku (w ręku?) niemowlę Wojtasa przyszedł Seba z psem Pierunem, potem w interwale obejmującym spotkanie (poeta brulionu), wspomnienie i warsztaty (pozyskiwanie środków), wspomnienie jedynego przyjaciela, warto dodać przyszedł Seba i nagle wyszedł, pociągając nosem, poszedłem za nim z niemowlakiem w ręku (niemowlakiem w dłoni?), myśląc że wciąga kryształy Arkadiusza Kremzy, uściślając przyjaźń. podziel się, mówię do Seby, ale sytuacja obeszła się smakiem potrzeby: ten tylko pociągał z płaczu po moim koledze (była też wystawa) środków dla NGO na rzecz zwierząt i z językiem migowym, w tle grant i ambicja Mama Arka płakała (czy ona nie płacze?) i mnie przytuliła (tutaj pierdolę dwie zwrotki o języku) wyszedłem przegrany: z grantem, awansem i suchością w myślach Dane myśli chyba podczas szkolenia bhp, kiedy prowadzący pan z zakolami i wąsem nadmiernie używał formy dana sytuacja, dany dokument, dana treść pomyślałem, jak bardzo mało dane jest życie i nad wyraz dany dzień jest zabrany, i że sam go sobie zabieram, i czekam na śmierć jak na koniec szkolenia na koniec szkolenia był test, patrzyłem w tę kartkę, pan podszedł, nachylił się nad nami i spadła na nas strużka jego śliny Warto ująć kiedy przeszedłeś morze wstydu, tego piwa, o którym mówili, że masz je wypić, więc piłeś i spod kołnierza, za który nie miałeś broń boże wylewać, wychyla się henryk bereza i jesteś w chujowym momencie, bo albo morze się rozstępuje, albo jest nowo otwartym zjazdem ze wstęgą zawisłą na słupku, wspomnieniem rozstrzygnięcia i chciałbyś wrócić do domu, ale nawigacja padła, nie masz ładowarki i w końcu nie masz domu, ale jesteś jeszcze w tym aucie, co nie ma przeglądu oraz nie jest twoje; wstyd gdzie zaczyna się wstyd, zanim będzie z lektorem, związkiem krtani z akcentem ze sraniem z dubbingiem, od słowa do a nie mówiłam, wziętym na tapet najchujowszym wierszem twoim małym henryczkiem, osobistym berezą ujmij kroplę, bo zaleje blat Marcin Bies  (ur. 1982) – autor zbiorów wierszy: Funkcje faktyczne  (2010), Renowacja zbytków  (2015), Wybór drozdów  (2017), Żale Matki Boskiej pod słupem wysokiego napięcia  (2020), Mimo Boga  (2022). Mieszka w Mikołowie.

  • Samantha Kitsch – dwa wiersze

    G. [„Gerry” – film, który reżyserował Gus Van Sant, gdzie jeden Gerry (Matt Damon) zabija drugiego Gerry (Casey Affleck)] Zabiłem człowieka na pustyni tylko dlatego, że był moim przyjacielem. Uśmiechnął się do mnie (uśmiechnął się?) gdy umierałem, przedtem powiedział chyba jakiś żart – dlaczego wszystko było dla niego żartem,  grą komputerową – a dla mnie kwestią życia i śmierci, podczas gdy on nawet umierał nie całkiem serio – to dlatego go zabiłem?   Wyciągnął do mnie rękę, gdy umierałem –  musiałem więc go zabić. Tego żądała pustynia. Pustynia nierealnie piękna – jak rdza na złocie.  Puszystopióre chmury ocierały się o wzgórza,  a ja oddałbym każdy widok za łyk wody –  przy tym wiedziałem, że bez wody umrę – już wkrótce. Mój przyjaciel także był piękny, kiedy umierał, ale moja chęć życia zabijała wszystko. (Zabiłem człowieka na pustyni. Krótko przedtem trzy razy uratowałem mu życie.) W którejś chwili wydawało się to takie proste: praży cię słońce, nie masz wody – giniesz, koniec, niczego więcej nigdy w tym nie było. I zaraz znów wszystko się komplikowało. I dlatego teraz szukam słów? Słowa będą przypadkowe,  tak jak zabójstwo, które czy nie było tylko mirażem,  złożonym w mojej głowie przypadkowo? A słowa stworzą swój własny miraż. Dobrze, zabiłbym każdego, za to, że był, jaki był, albo z wściekłości, że umieram – i zdarzyłoby się,  że ktoś zabiłby mnie, i mój przyjaciel też… – naprawdę? Zostać na zawsze z pewnością, że to musiałeś być ty, że nie przez przypadek – jak niesprawiedliwe! Schodząc na pustynię, mieliśmy przecież (lub jednak nie?) tak samo na imię… Mów raczej, jak przez trzy (cztery?) dni słońce wschodziło, prażyło i gasło, jak stopy czują kroki  po skale, piasku, żwirze, miękkiej rudej ziemi –  bezlitosne gałązki karłowatych krzewów zdrapywały te same świeże strupy, w skórze masz wciąż kolce kaktusów, w ślinie pył (a potem nie było już śliny,   ani śladu wilgoci w spojówkach), przed oczami  wszystkie odcienie cieni i świateł pustyni,  jej łuny, mgły, smolistą czerń i bezchmurny,  morderczy błękit. Zamordowałem...    Nasza wycieczka musiała się jakoś skończyć,  ale dlaczego aż tak nieprawdopodobnie źle? Przez to nieprawdopodobieństwo wszystko jest kłamstwem. To nieprawdopodobieństwo właśnie mówi prawdę. kraciasta koszula pomagiera zaokrąglij pełnię księżyca do czwartego miejsca po przecinku z popołudniowej drzemki wybudziło go popojutrze staruszek portier – staruszek fryzjer – chodził kiedyś kataryniarz –  krokodylom wreszcie się udało ściągnąć z nieba tęczę i teraz ją żrą a oto studnia w której niegdyś ktoś wybił okno i z niezłomną dezynwolturą przeskakuje teraz kilometry katatonii  pod włos pod włos – włos łysego (bezzębnego) wodzireja skoro nawet od święta perkusista jest tu egzorcystą zebrać myśli – jak zbiera się chrust na podpałkę  aby umrzeć na ostatnią chwilę ale to i tak za późno:  błogosławieństwa zwieszeń w zwieszeniach zwieszeń – opóźniony pociąg wjeżdża na tor samotny przy peronie jedynym na stacyjce Prysły Zmysły mówiłem ci że pada  powiedział w mojej głowie Gerry do drugiego Gerry –  żongluj żongluj na polu wietrznej grawitacji!  przecież mówiłem ci że pada odpowiedział drugi Gerry  dla pewności wystawiając rękę przez otwarte drzwi Samantha Kitsch  – pseudonim literacki, pod którym ukazało się dziesięć zbiorów poezji, m.in .: Bahama  (Obserwator), Helena  (Instytut Mikołowski), konfiskata konfetti  (SPP Oddział w Łodzi) i szybkie szkice z szopem  (SPP Oddział w Łodzi).

  • Maciej Melecki – pięć wierszy 

    Bezdenny ślad  Kompost samoczynnych wcieleń melioruje ugór pobywań aż po Tektoniczne ścieranie płyt, dzięki czemu żyjemy w rozchybotaniu  Spinających nas smug, na poddaszu kaskadowych załamań, dźgani W bok każdego obrotu o bez kątowy stopień odchodzenia coraz  Bardziej z niczym. Bezwolny tok zasupłań w prostolinijny rzut  Donikąd przyspiesza tylko wibracje pustki, która nadżera szybciej niż Naciek dany załom, w tym przysadzistym mroku wylęga się bowiem Kolejny pat, kiedy dookoła panuje rozgwar rojnego cyklu zaniku, Dynamiczne przechodzenie ze skrętu w coraz szerszy szczęk, w ruderze Piekącego drobnostanu każdej odsłony nowego skrócenia dystansu Do sztywnie wychylonego progu, na końcu wszelkiego zbłąkania, Które częstokroć jest tylko prostym manewrem, jątrząco pustym Kwadratowym kołem, po którym musimy poruszać się jak po linie, Ażeby nagle obrane miejsce mogło być podmianą dla rojonego Celu, jaki wydrąża aż po zatrucie szpik z danego szczebla tej rozpękłej Drabiny, podłożonej niczym ratowniczy kaftan pod okna każdych Niemych mieszkań. Oto nasza cząstkowa mechanika, kwantowa nicość Wykwitła niczym złamana w paru miejscach kość, gdyż tym spierzchłym Klepiskiem serca sterują tylko drgawki magnetycznie skupiające w sobie Wszystek wyładowań z burzowej komórki obornika, gęsto rozrzuconego Po tej przyziemnej planisferze, która nas coraz gwałtowniej wchłania w swój Czelustny rów. Wylew żółci tylko zwiększa przekroczenie, gdyż to, co Strawione, zostaje momentalnie przywrócone, odzyskując swą pierwotną Postać koniecznego rozpadu, i ponownie tamuje w krwiobiegu tlen. Zaschnięte Resztki wiązek są owym skądinąd odpryskiem stron zjawiających się coraz Dotkliwszym przeszyciem aż po bólu rdzeń. Kartografia ustań. Osuwisko Wszelkich decentracji. Podeszwa bez kroku. Następny zrudziały węgieł Jak dosunięty rygiel. Jałowa suma skaz. W oku rozrost piołunowej łęgi.  Stoczony  Turbulentna spadzistość poszatkowanych dni w odmęcie przestworu obcego Kraju doprowadzała za każdym razem do niekończącego się wirażu, ułamkowych Wtargnięć do komórki losu, które przesterowały dźwięki w rozszczepioną salwę Śmiechu z tego wszystkiego, co zostało porzucone, jak kawałek rudy za płotem Swej zmierzwionej połaci. Okulałe wierzgania chmur na grzbiecie najbliższej Góry schodziły w przełyk i zachłyśnięcie było tylko skutkiem przepowiedni Szybkiego zmęczenia się serpentynową trasą, jaką trzeba było pokonać aż do Ujścia źródła tej zasysającej próżni, by stać się na krótko rozprzężonym opiłkiem Poza imadłem stałego docisku, przypierania do zbutwiałych desek, które są  Pionowym korytem powszedniego zmarnienia. Prychający kompostownik zaćmień, Ostrzony chłodem nóż, tysięczna podmiana niczego, wciąż tego samego pasma, Kiedy stoimy w erupcyjnym centrum obcości, by po raz pierwszy zaznać wysiadki Przed peronem, który oddalił się aż po horyzontalne nacięcie na przegubie kresu Wydalenia ludzkiego ścierwa. Odpluta plwocina szybowała ponad biegunami  Utkwienia, galopowały stadne rojenia, drzazgi rozpruwały żyły i światłocieniem Pełgały wszelkie wychylenia poza ten śnięty krąg spierzchłej dali, zawężonej po Luk uchodzenia z osierdzia tchu. Tu i teraz skrzepło w drogowskaz wrażany pod Powiekę, dopokąd by się więc szło, będzie to tylko ścierpłym spotkaniem w Rozfalowanej burcie czasu, sprężeniem pustki w oczodole wieczornego szwungu, Dzięki czemu byliśmy niedosięgli dla wszelkich ostrzeżeń, alertów o zapadaniu się W coraz niższe dna szram pospolitego ruszenia człekokształtnych czerwi, tarasujących  Sobą dostęp do wylotowych ulic tego zastygłego miasteczka. Odcięty, znieczulony i Zamroczony tą jasnością wyzwolenia się z pęt narzucającej się w swych roszczeniach Mary, siedziałem wraz z wami plecami do przepływającej rzeki, przez którą brodziliśmy Napowietrzną kładką, po jej drucianym podłożu, mając przed sobą zakole drugiej  Części tego ruchomego pastwiska, dzięki czemu odkotwiczenie pozwalało na Bezładny dryf po spiętrzonych progiem tamy godzinach odchodzenia z niczym, Pustym już przebiegiem tej marszruty w suchym miejscu. Warunki są zetlałą tkanką, Nie ma żadnych przeciwwskazań, nie ma innych dookreśleń, zostają bowiem Przypadkowe gesty i znikliwe ślady czyjejś krótkotrwałej obecności, bo na czym mam Zawiesić to poprzeczne spadanie i jakie serie blokad przyjąć, by wytracić w sobie Zakrzywienia torów i trajektorie przeszywających sygnałów, owych powiadomień O coraz większej zgrzytliwości kolanowych stawów, ledwo pracujących śledzion, Kołatań częstszych od nocy, piekących mrowień wzdłuż każdego kroku w stronę  Wysypiska zezłomowanych gwiazd. Gwiżdże się na to jeszcze bardziej niż celowało w   Dynama dawniejszych momentów początkowych strat, skoro i tak skończy się to taką Samą kolizją z rozpędzonym z naprzeciwka murem bezwzględnych wyroków, gdyż Nikt niczemu nie ujdzie, przedłużając jedynie swój agonalny akt o milimetry lat. Zewłok spętleń przeradza się w chyżą pręgę samoistnego przeciążenia, rozwidlenia Nie kończą się w miejscach ich wchodzenia pod powierzchnię danych umiejscowień, Ponieważ steruje tym porywisty pat, na poddaszu kolejnego przywidzenia pierwszych Chwil ciążenia do środka narastających od zarania społecznych zwad, wciągania w Zamachowe koła krzepkich postaci przyszłych klęsk, które mimowiednie przenoszone Są w stugębne formy samoobronnych poczynań z czyhającymi obrożami, chomątami Dyndającymi u początku dyszla, ziejąca zgrozą pałuba zgarbionych mniemań. A teraz Kolejny trach. A teraz wychodzenie w następne samo okrążenie. Niczego innego Nie będziesz już miał. Oddalony i wydalony. Wyrznięty jak kłak. Toczący i stoczony.   Szwank  Sygnały wielokierunkowych zbyć samoczynnie przeszywają włókniejącą Powłokę odbioru i rozkorzeniają się po zakamarkach próżni, wpuszczając Swoje jadowite prątki do coraz bardziej drążonych półkul, abyś niesterownie  Już był przygważdżany do ruchomego muru tego splątania w jeden ciasny knebel  Bezdusznego trwania w odrzuceniu. Odęte postaci, skarlałe postawy, sylwetki Wyplatane z powrozu spierzchnięć, sycące się swoją postojową przewagą, Modelują innym ich obrotowy szwank, zgnębiając najlichszy przybór woli, Który mógłby jeszcze tamować owe dopusty aż po krańce zwichrzenia każdej Przyczyny, niczym niewidome lotki celowane w odmęt środka zębatej tarczy,  W powidoku grązu wszelkiego przedawnienia, by nie dopuścić do szybkich Umknięć z tego omrocznego pola rażeń. Furkoczący spad wychylenia wytrąca z Płaskiego odrętwienia, rozszerzając limes tego przechodzenia na coraz bardziej Bezimienną stronę przedawniania się każdego odruchu czy dowodzenia swoich Racji, wytwarzając samo wykluczające się napięcia w tym pionowo wrażonym W gardło progu, dzięki któremu orientacja jest możliwym wciąż jeszcze stanem,  Decentracją narzutów podtykanych do skroni, gdyż przerywanie zacieśnianego Okrążenia okazuje się konieczną kumulacją resztek szansy na osiągnięcie stałego Wykroczenia poza prostopadle biegnące w dół bandy fundowanych tras takiego Właśnie knowania. Głuche pudło pokoju. Szary ekran w rogu. Zachwaszczona  Odleżyna ciszy. Siniejące głosy na schodowej klatce. Dołożona groza zwidzeń Zwisa jak wykuty z framugi zawias i rozsnuwa kolejne połaci czyhających Rozstrzygnięć, uwalniając cię na chwilę, poprzez zastygnięcie swych trzpieni,  Od wioseł i prądów, zniesień i żaren, byś mógł się ich spodziewać w najmniej Oczywistej chwili, macerowany teraz wartką pląsawicą cudzej zemsty. Rampa tego  Zbiegu tarasuje każdy uskok. Odepchnięcie wyostrza oko wiru. Szczeliniasta grań. Z rozbicia zerwania  Wyprzedź swoje wiązki, dźgnięcia rozwidlonych ostrzy, przed nastaniem Ostatecznego cięcia wzdłuż tchawicy zwidu, zarysowawszy na czole przejścia Diagram kolejnego włoku pustki. Łamany mierniczym kołem ustania przestaw Zwrotnicą pozostały w odwodzie tor w stronę niecelowego spięcia z grudą Matrycy, by mogła okrzepnąć kropla ołowiu na jego krawędzi. W załomach Poszczególnych przesileń są rozwłóczone trasy powolnego osuwania się na Uwarstwione silnymi spękaniami podłoża danego końca, na których hodowane Są wszelkie pożywki dla idących prosto przez swoje szpalery kikutów pragnień, Owych ostańców wepchniętych w chomąta wyborów, czołgających się między Chronicznymi zasiekami, ustawionymi przez butnych karłów, od których Zarażają się ledwo co wyrośli z darni swoich pierwszych kroków, by napędzać Ten turbulentny proces samozatraty w okulałym oku rosnącego w nich znijaczenia. Doborowy dzień kolejnej klepsydry, wyrwy na pagonie śluzy, gdy nagle dowiadujemy Się o twoim ścięciu jak płomyk z otworu palnika, leżącego w poprzek na podłodze Obok łóżka, obłożonego martwicą od nasady chwili zejścia do momentu Wyważenia drzwi, dzięki czemu takim cię znaleziono. Krótki hol odchodzenia. Przeniesienie na przeciwstawny biegun tego zmarniałego pola jest tylko Przekrzywieniem spadzistości pory, które dokonuje erodującego wgłębienia i Odgina ostatnie ogniowo z tego pomrocznego łańcucha wskazań, wystające z nich Kiełki jadu są powszechnym planktonem roszeń, przydawaniem sobie nieprzedawnień W każdym zakresie rozruchu obieranej sążni celu. Grzybna mać tego i tamtego Przepadania akumuluje wielokierunkowe poronienia wszystkiego, rozwierając Coraz większe szczeliny w sekundniku niewidzialnego licznika, wbudowanego Pod mózgową korą, jakby to rosnące szamotanie z ludzkim jarzmem miało zastygnąć W poskręcanej pozie przechylenia w niebyt przetrącającej to klindze zaniku. Wrzutnik na haki w podrzuconej kłodzie rozświetla przestój pływu. Chłodny dotyk Klamki w plecy. Kolebiąca się postać przepada w gęstwinie podłużnych krzaków. Z rozbicia biorą się samonośne zerwania, szybujące później nad koliskami głów Coraz niższymi zakosami, zginając karki przeciążeniami osmotycznego reagowania Na ataki osiwiałej biomasy, której przedstawiciele podają się za wyrazicieli danej Karności administracyjnego ładu, tak byś wiecznie krążył w środku ich ciernistych Piast wielkoustrojowych wymogów, podduszany wyziewami z ich próchniejących  Oczodołów, którymi odbierają każdą złożoność tylko poprzez cyfry. Osaczenia są Szerokimi kręgami powolnego konania w przepustach poszczególnego wierzgania, Jedynego już sposobu strącania z siebie czerni tego zawładnięcia, w końcówkach Spiętrzonych trybów postępowania z niczym innym, pośrodku wizgów dochodzących Coraz częściej od dołu, jakby dudnienia były już tylko echem po przebitych na wylot Ścianach naszego wcześniejszego zatrzymania przy parapetach i piorunochronach, W dookolnym przedzieraniu się przez meandrujące razy monotonnych momentów Utrzymania się w pionie przechyłu, zamaskowaniu gazami nerwowych uśmiechów, By nieustannie gubić po sobie ślad, kryjąc się w mylnym tropie. Jednorazowy nów Zastępuje inne wejrzenia w przepastność ogołocenia, kumulują się potrzaski w Unerwieniach, rozkłada się wewnętrzny kościec zewnętrznego wyglądu materialnego Trwania, nadjadania korozjami ujadania przechodzą w coraz bardziej finalne fazy Rozbratu ze smużystą stroną tkwienia w tym zawieszeniu na śmigłej belce azymutu, Gdyż jednocześnie możemy odnosić się tylko do podobnych form niewyhamowanego Nicestwienia i wskazywać na dowolną postać ogłuszenia tym bezlikiem braku Jakichkolwiek szans. Za sobą mamy tylko wystrzępienia, przed sobą kolejne ugodzenia.  Sparszywiała groza. Dziobata twarz nachodzenia coraz bliżej porusza się po zwęgleniach, Wgrzebując się jak odwłok w osocze tego rozdroża, które prowadzi w ten sam punkt zjeść, Szczelnej komory uwięźnięcia poza innym przestworem takiego właśnie skamienienia. Zbycia  Mieści nas tylko szary pas krętego wyładowania przechodzącego po kumulacjach Zarzucanych zaniechań, powziętych wyborów bez celu, w tej buzującej lekkością Aurze, kiedy wszystkie ruchome przytroczenia opadają bezwiednie na krawędzie  Wyznaczonych tras i dostaje się od tego oczopląsu, który już do końca będzie Wyostrzał każdy szmer tej marszruty po załomach wyszarzałych przerw, długich Przeskokach wymiotnej lawy kadrowanej poleceniami z wyziębionych ust. Kołatania Błędnika wytracają skoblom rytm. Grawitacyjne zjawienia to tylko pojedyncze Przeszkody, człekokształtne plamy orędujące tę wszechwładną marskość, jak Totemiczny całun opinający każdą lotną piędź zgrudziałego prochu, gdyż spiętrzenia Różnorako nacierających sił wtrącają w lejowaty słup, niczym zniweczenia przerastające Każdą cętkę mgnienia, w którym wszystkie krótkie kontakty zestalają się w  Kabłąkowatą  sieć wzajemnego szamotania się z namułem bliskiego przepadania.  Stąd jeszcze krótsze oznajmienia, histeryczne oskarżenia, nienawistność toczona Kolcującym strachem przed spazmem rozliczenia, kiedy skarlały obłąkaniec Mamrocze i odgraża się w cieniu nawisu krat. Rejwach zobaczonych lat nie obniża Swego tempa wywlekania coraz to nowych sposobów rabowania. Żyliśmy w Nędznym poczuciu niemego ograbienia, dryfując na zbutwiałych od zestalonego Szlamu tratwach byle gdzie, po kwadracie zaćmienia brunatną chmurą rosnącego Od zwiększającego się spopielania knotów nadziei na wypadnięcie z tego prostackiego Kołowrotka codziennych manipulacji. Akcesoria zostają ujawnione. Prześwietlone Manewry i sposoby. Obnażane wciąż pokrowce ich mniemań. Mechanika takiej Tektoniki nie posiada analogii. Tektonicznie wszak grupuje się nam wciąż dotkliwy Szwank, namacalny jak porowaty liszaj na gzymsie bieżącego odwidzenia, kiedy poza Drobnymi wtargnięciami, pozwalającymi zapomnieć o tym stałym siekaniu brakiem Dłuższej perspektywy, życiu w opiłku losu, przerabianiu każdej chrząstki woli na Sprasowany w kostkę miał, przechodzi się przez szczękościski tego mogilnego duru, Będąc nieustannie wabionym luksusowym stylem życia, kryjącym pochód mierniczych Tyczek i wyglansowanych gliną szpadli. Bezruch skawalający sypką macierz Przechodzenia w aktywny letarg ruguje wszelkie przystąpienia, zanik więzi coraz Bardziej w pojedynczych kokonach, obie półkule mrowią drążeniami doczesnego Skołowania, posiadania zwiotczałego pułapu przewagi, rzekomego wyprzedzenia Skwierczącego przepadania w rozgardiaszu, jaki wytwarza coraz szersza grząskość Tego stwardniałego kawałka codziennych przemieszczeń, kiedy punktualnie schodzą Się, by powiększyć swój worek czasu o garść wyszabrowanych szpargałów i jednocześnie Przenieść się w mniej zwodnicze przesilenia, na jakieś krańce, które szybko staną się Osierdziem ich nagminnego zmarnienia. Hurgot ościennych skrzesań wypełnia ten dół Bańkami mazi, drogi wysuszają się pylnymi nawiewami, pojawiają się tylko rozdrożne Ustania, w najpłytszym przybliżeniu nurty giną w poszarpanych korytach i klamki Pozostają w zdrętwiałych dłoniach, wyrwane mroźnym przeciągiem z wyważonych drzwi. Szmelc tego przetrawienia porasta obrzeża konturowych umiejscowień, przerabiany na Nowe łożyska kolejnych tułaczek, w tym wądole obmierzłego przychodzenia po nic, Ubytkowania jako jedynej trwałej czynności, na bezmiernym zapadlisku, które wciąż Rośnie poza głową, jako ciąg krzywizn wynikłych z przeładowań odczytami strat. Znikąd pochodzący trach przewyższa ten wielopoziomowy rozłóg obieranych za pewne Stron i szczerbi się nam każda przesłona skrywająca machinalne grążenia w kompoście Przemienienia w siniejący powidok, jako marginalny ślad, ościsty wykrot przedawnionych Lat. Rafy raźnych napięć okalają każdą z pomrocznych delt i szatkują uwolnione wcześniej Cząstki z napierających gróz. Zbywaj ten przyrost kryz. Trałowanie cieni to zdwojenie dna. Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy  (1995) , Niebezpiecznie blisko  (1996), Zimni ogrodnicy  (1999), Przypadki i odmiany  (2001), Bermudzkie historie  (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester  (2009), Szereg zerwań  (2011), Pola toku  (2013) , Inwersje  (2016) , Prask - wybór wierszy w języku czeskim (2017), Bezgrunt  (2019), Trasa progu – wybór wierszy 1995-2020 (2020) , Druzgi  (2021), Przeciwujęcia  (2024), Chłodnie (2025) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej  (2021) , Żywe mumie  (2023). Mieszka w Mikołowie. Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Chłodnie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page