Znaleziono 745 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Noc – odsłona pierwsza
Kiedy ogłaszaliśmy zamiar wydania numeru Suburbii z tekstami skupionymi wokół tematu NOC, spodziewaliśmy się, że nastąpi tu kontrolowane zderzenie skrajnie odmiennych perspektyw pisarskich. Zaproponowaliśmy swego rodzaju zabawę literacką, przewidując, że dla wielu piszących noc wcale nie jest tą spokojniejszą częścią doby. Noc to osobna kategoria, niemalże samodzielny byt. W niej kryją się tajemnice i odsłaniają skarby w postaci tworzywa artystycznego, dlatego pora nocna jest tak pociągająca. I dlatego nocy dedykujemy poniższe kilkadziesiąt tekstów. Na hasło "Noc na Suburbiach" zareagowało pół setki Autorek i Autorów, zdecydowanie więcej, niż możemy pomieścić w jednym wydaniu. Dlatego, uginając się pod ciężarem miłej dla oka i ucha nadprodukcji, zdecydowaliśmy się na dwa nocne numery Suburbii . Autorom, którzy jeszcze przez miesiąc będą czekać na publikację, z góry dziękujemy za cierpliwość, a wszystkim – tym kwietniowym i majowym – za wkład w nasze wspólne przedsięwzięcie. Postaraliśmy się, aby oba numery były do siebie podobne, tym bardziej, że obfitość tekstów pozwoliła na freestyle’owe pomieszanie gatunków i konwencji. Obok siebie występują realistyczne relacje z dyskotek, reportaż z domu spokojnej starości, teksty liryczne i otwarcie erotyczne, aż po fantastykę i wiersze wyrosłe z tradycji ludowej. Nie zabrakło odniesień do traum dzieciństwa albo do marzeń sennych. Nie mogło być inaczej, skoro wspomnienia i marzenia senne są nieodłączną częścią nocy. Cały ten przekładaniec w kolorze rozgwieżdżonego nieba pozwolił uzyskać spektrum tekstów programowo odmiennych. Cudowna różnorodność jest ich niewątpliwą zaletą, a reprezentujący odmienne galaktyki Autorzy i Autorki wydobyli z mroku te cechy nocnej pory, które w zwyczajnym, pozaliterackim życiu nam umykają. Dzięki temu nasz swawolny pomysł z naborem i publikacją nocnych tekstów stał się czymś więcej niż zabawą. Kiedy literacki wielogłos zdaje się mówić, ”zobaczcie noc moimi oczami” pojawia się walor poznawczy, a czytelnicy otrzymują dodatkowy bonus. Okazuje się, że nie tylko Robert Frost "wie nieźle, czym jest noc". Wiemy, że na świecie dzieją się rzeczy śmiertelnie ważne, przy których gromadzenie literackich impresji jest niewinną zabawą. Mamy jednak nadzieję, że jest to ten rodzaj zabawy, która pomaga lepiej zrozumieć świat. Nie ten świat, w którym skretyniali politycy wywołują kolejne wojny i szafują życiem obywateli, lecz świat nocnych szelestów, odsłaniających się tajemnic, gorzkich refleksji i emocjonalnych napięć, po których przychodzi katharsis. Gdzieś w tych nocnych peregrynacjach kończy się zabawa i kalambury literackie. Ciemność nocy skuteczniej niż jaskrawy dzień przybliża nas do nas samych, bo najlepszym czasem na refleksję od zawsze była pora duchów i księżyca, w której przeglądamy się jak w lustrze. Zapraszamy do lektury tekstów zebranych w tym i następnym numerze. Redakcja
- Robert Frost – Wiem nieźle czym jest noc
Wiem nieźle czym jest ciemna noc Wyszedłem w deszczu - i wróciłem w deszcz. Zaszedłem, gdzie światła miasta tracą moc. Widziałem zaułki miasta smutne, pusty skwer. Minąłem strażnika mierzącego każdy krok I spuściłem wzrok, nie chcąc tłumaczyć się. Przystanąłem i odgłos stóp pochłonął mrok Gdy z daleka dobiegł urywany krzyk, czy szloch Ponad domami, dokładnie nie wiadomo skąd Ale to nie był przywołania, ani pożegnania głos A tam, wysoko, nieziemsko lśniąc - Jak zegar, wprost wskazywał, srebrny glob By dobrej, ani złej godzinie nie dać wodzić się za nos. Wiem nieźle, czym jest ciemna noc. tłum. Jerzy Bartonezz Robert Frost (1874 – 1963) – jeden z najwybitniejszych poetów amerykańskich XX wieku. Swoje dorosłe życie związał z Nową Anglią, której krajobrazy i wiejskie życie były częstym motywem jego twórczości. Pisał wiersze pozornie proste w formie, oparte na języku potocznym, poruszające głębokie tematy egzystencjalne, takie jak samotność, wybór czy relacja człowieka z naturą. Czterokrotnie otrzymał Nagrodę Pulitzera.
- Łukasz Szopa – cztery wiersze
Western Po deszczu, i krótkim dialogu bez happy-endu - Po 4 piwach, małej whisky bez i samotnym powrocie nocą - W łazience wypada mi z oka soczewka. Łapię ją w locie jak Clint Eastwood. Co w niczym nie zmienia scenariusza. *** proszę o wodę dajesz mi gin i siebie obok chrapie mąż Basho Rękę włożyłem pomiędzy twoje dłonie by odetchnęła. Opowiadam ci o moich trzech podróżach z poezją Basho. Znikasz w puszczę snu i wszystko jak mgła znika po jednym drgnięciu. I nie ma nic. Nie ma zła. Nie ma rozkoszy. Ni obaw. Jest nic. A jutro szron za oknem. Pokój Tak, kładę się do łóżka do którego ty położyłaś się wczoraj. Ta sama godzina, inna pościel, na stole obok nic nie zmieniam. Leżę w tym samym łóżku gdzie ty wczoraj zamykałaś oczy. Widzimy na ścianach prostokąty zdjęć i nad nami - jak dodatkowy koc - sufit. Zasypiam w tym samym łóżku, oddycham, gdzie ty wczoraj po raz ostatni. Ciepło, lekko, czuję spokój, twój i mój, tuż obok półka wspólnych książek. Jutro obudzę się wstanę i z rozbrajającym uśmiechem (który jednak lubiłaś, bo mam go od taty) powiem: „Wybacz, że na ten wiersz potrzebowałem aż roku.“ 2 stycznia 2026 Łukasz Szopa (ur. 1973) - poeta, prozaik i tłumacz. Opublikował zbiory poezji Roadmovie (2000) oraz wspólnie z Mehmedem Begićem Film (2001), zbiór opowiadań Kawa w samo południe (2010), oraz powieść podróżniczą Fioletowy plecak i trzy herbaty (Novae Res, 2016). W latach 2016 - 2023 członek Komitetu Obrony Demokracji. Mieszka w Berlinie i Włosieniu na Dolnym Śląsku.
- Jacek Sadkowski – trzy wiersze
Zimna noc w Nohant śniło mi się że żyłem ale się obudziłem Des z Marienwerder nokturny kocham narkotycznie. słucham późnymi wieczorami których od kilku tygodni nadmiar. chopin pieści klawisze usilnie starając się bym nie nadstawiał ucha na inne dźwięki. mahoń heban palisander kość słoniowa mahoń heban palisander kość słoniowa. arytmicznie miękki rytm rzeki której nie ma. rzeka wolno płynie przez las którego nie ma w wodzie gwiazdy z nieba którego nie ma. jestem tu i słyszę coś czego nie powinienem i przeszkadzają mi myśli o nocy za oknem ćmiącej jak zardzewiały ząb o wietrze o krokach i głośnych szeptach umarłych o ich złośliwym uśmieszku - patrzcie tylko państwo - wołają spływające po szybach dłonie - udaje że nas nie słyszy! tylko plum plum tirirrrrli piri brzdęk brzdęk plum! nie jest żywy nie jest umarły uszy mu się na nas zawarły! rzucają we mnie śnieżkami z górki na pazurki zjeżdżają za nic moją świętą martwotę mają. nie dają mi spokojne płynąć z nurtem rzeki przez las którego nie ma wieki. i tak da capo al fine ginę Noc magii i schizofrenii What is happening to my skin? Where is that protection that i needed? Air, Talking Heads zaciekawił go tytuł film o człowieku wolnym od grawitacji. pewnie to o mnie myśli. momentalnie frywolnie lewituje odpływa pachnącą jaśminem rzeką wolności od przyziemnych zmartwień kupowania masłamlekachleba. jednak szybko kończy ten podniebny lot zniechęcony bo strzyka go w gnatach. godzina taka że nic tylko spać. przez okno widzi spływające z nieba wielkie płachty mroku pyszałkowaty śpiew kosa wierci dziurę w brzuchu. nic tylko spać iść wreszcie. lecz zamiast spać iść wreszcie zaczyna się gryźć. jak odróżnić to co mu się podobno wydaje od tego co podobno jest naprawdę prawdą czym się różni rozróżnienie od nierozróżnienia. niedorozróżnienia. skąd ma wiedzieć że on to on że ten który teraz stoi po środku pokoju nie jest tym który bierze teraz prysznic albo odwrotnie. kto za niego myśli kto pisze te wiersze kto jest tym który co wie wiedział niepowiedział. nie do wiary jak ciężko być sobą z sobą gadać poznawać nierozpoznawalne nierozpoznawać niedowierzanie prawda i zmyślenie. holizm goetheanizm. kręci mu się w głowie pora iść spać. albo iść w stronę światła. licho nie śpi. Tender is the night Umknęła pieśń. A teraz czuwam czy śnię sobie? Oda do słowika, John Keats głuchą nocą szukam potwierdzenia że żyję. rzecz pozornie prosta /zarówno sam fakt życia jak i jego potwierdzenie/. przecież oddycham przełykam mrugam oczami. jeszcze nie strupiałem. jednak ta przygarść codziennych czynności coraz częściej mi się wymyka. próby spójnego opisania niespójnej rzeczywistości spełzają na niczym. w ogóle szukanie sensu jest bezcelowe i nad wyraz nużące. a właśnie wyrazu nie mogę znaleźć. jednego słowa którym można zastąpić wszystkie. słowa w którym można zamknąć wszystkość. szukam potwierdzenia że żyję choć noc jest głucha gdy stoję na balkonie i patrzę w ciemność. czuję miękkie igły deszczu jak szyją gęstym ściegiem. zszywają wszystko w jedność. noc chmurną wilgoć zimną zieleń liści bzu. mojość nie chce się wpasować. wkoło noc jest głucha ale nie niema. słyszę kosa śpiewającego w rytmie deszczu. w tych dźwiękach jest to słowo którego szukam. niestety nie znam ptasiego języka i nie lubię śpiewać w deszczu. nie mógłbym być kosem. pora iść spać. Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.
- Radek Wiśniewski – Bany Ukraińskie (26)
Dzień 142. Gniew Rakieta "Kalibr" to nie jest rupieć z magazynów, równie niebezpieczny dla obsługi jak i zaatakowanego. To nie jest Ch-22 którym można celować w cele wielkości lotniskowca. To rosyjska odpowiedź, mniej-więcej, na amerykańskie "Tomahawki”. "Kalibr" to pocisk do wystrzeliwania z okrętów w celu rażenia celów naziemnych o znanym położeniu. Niektóre wersje to pociski sub-balistyczne, które mają tzw. wysoki profil lotu, a inne wersje mają niski profil lotu, kiedyś mówiło się na nie "pociski manewrujące", takie co to lecą nisko, omijają przeszkody terenowe, żeby nie złapała ich za szybko wiązka radaru obrony przeciwlotniczej. Tak, to sprytna broń. Droga i skuteczna. Stworzono ją po to by z zaskoczenia przenikała przez obronę przeciwlotniczą przeciwnika i raziła operacyjnie i strategicznie ważne cele na jego zapleczu, żeby pozbawiła go zdolności stawiania oporu. Te zapasy "Kalibrów" w Rosji nie są wielkie. I cel musiał być wybrany starannie. Bo nowych Rosja sobie za dużo i za szybko nie wyprodukuje. To mogło być znane centrum dowodzenia, obóz szkoleniowy wojska, zakład remontowy czołgów, centrum łączności wrogiej armii, skład amunicji, baza lotnicza. Ale nie. Ze wszystkich celów jakie można było wybrać dla precyzyjnej rakiety wybrano centrum miasta - dom handlowy, szpital i - no tak - Dom Oficera. U nas w Brzegu też jest Klub Garnizonowy i Hotel Garnizonowy. W Hotelu od dawna nie mieszka żaden wojskowy, bo zamieniono go na mieszkania, a w Klub jest jedną z kilku niewielkich instytucji kulturalnych na mapie miasta, z salą widowiskową na jakieś sto osób, salami do prac, prób, małym studiem nagraniowym. Dobry cel? Nie. Nasz Klub nie byłby dobrym celem, bo jednak tam jest za małe zagęszczenie cywilów. Dla rosyjskiej rakiety dobrym celem jest miejsce gdzie jest dużo cywilów. Cywile nie potrafią się kryć, reagują opieszale na alarmy, a czasem w ogóle nie reagują bo ciągle masz w głowie tę myśl, że cel wojskowy jest gdzieś daleko, przecież ja idę na zakupy, kto by strzelał do sklepu, domu kultury, teatru? I po co? I to jeszcze drogą, kierowaną rakietą? Przecież to bez sensu. Iryna tuż przed atakiem zrobiła film swojej córeczce Lizie. Liza pchała wózek. Ten wózek potem znalazł się na zdjęciach z ataku. Na zdjęciach były buciki małej Lizy. Nie widać było reszty Lizy bo pewnie szczegóły były zbyt drastyczne. Mama Lizy podobno straciła nogę, lekarze walczyli o jej życie. W każdym razie takie informacje są na dzisiaj rano, że nie przeżyła. Inne informacje wskazują, że Mama Lizy żyje, że ma obie nogi i ręce, ale nikt z bliskich jej nie powiedział o śmierci dziecka. Myślenie w takich chwilach to gangrena. Szedłem dzisiaj z samochodu na stacyjkę Wrocław Psie Pole, myślałem o tym czy z nogą czy bez – miałbym w ogóle chęć żyć, gdyby w ataku rakietowym zginęły moje dzieci? A potem patrzyłem na wąski peron na stacji, a na peronie ludzie w wyrównanym szeregu, bo peron powiadam wąski, nie ma jak się ruszyć, szczególnie jak na sąsiedni peron wjeżdża osobowy do Oleśnicy i przywozi ludzi pracujących w zakładach lotniczych Collinsa, dawniej PZL Hydral czy w WZL tam, nieco dalej. I myślałem co by było jakby tak kierowana rakieta "Kalibr" miała jako cel tę stację właśnie teraz, kiedy osobowy z Oleśnicy jeszcze nie odjechał, ludzie, którzy z niego wysiedli jeszcze się nie rozeszli, ale już wjeżdża osobowy z Oleśnicy do Wrocławia wiozący ludzi do pracy w drugą stronę. Stacja mała, niepozorna, ofiar dużo. A potem przeczytasz, że to pomyłka. siergiej pizda ławrow opowie światu, że to była pomyłka. Albo że tam byli naziści. Aneta pisze, że w rosyjskich socjal mediach radość wręcz eksploduje, zwykli Rosjanie piszą, że nawet jeżeli tam nie było nazistów to na pewno ci cywile mieli nazistowskie poglądy. Nazistowskie czyli jakie? Czy wystarczy nie chcieć być Rosjaninem, by być przez rosjanina uznanym za nazistę? A jakie poglądy miała mała Liza i jej mama? Może po prostu chciały żyć i być szczęśliwe? Czy wystarczy chcieć żyć i być szczęśliwym, żeby zwykły rosjanin uznał ciebie za nazistę i chciał ciebie zabić rakietą samosterującą "Kalibr"? Taka to jest wojna, pomyślałem kiedy w oknie pociągu mignęły mi lory kolejowe z wielkimi pojazdami z oznakowaniem Bundeswehry. Kilka ciągników ewakuacyjnych, trochę ciężarówek a nawet traktor. Pomyślałem - acha, Niemcy wysyłają logistykę. Bo jakby wysłać co innego to mogłoby strzelać, a jak poucza Izaak Babel - jak się strzela to można nawet trafić człowieka. Jedni strzelają do żołnierzy, wysadzają składy amunicji, a inni kierowanymi rakietami wystrzeliwanymi z okrętów celują w centra miast pełne cywilów. Bo nawet nie strzelają w nocy, kiedy centra miast są puste, ale za dnia, kiedy wiadomo, że jest tam pełno ludzi. Przy czym strona atakowana nie ma jak adekwatnie odpowiedzieć i mimo zaklęć o rusofobii wygłaszanych przez wszystkich Coehlów i papieży tego świata - jakoś jeszcze żadne centrum handlowe w Moskwie, Twerze, Wołgogradzie, Petersburgu, Irkucku nie zaznało tego co zaznał Kramatorsk, Czasiw Jar, Kremenczuk, Mikołajów. Czeczeńcy na miejscu Ukraińców, tamci Czeczeńcy, nie mówię o tiktokowej armii Kadyrowa - by się nie pierdolili w biegu. No i się nie pierdolili. Jak Rosja zrównała im z ziemia kraj to napadli na szpital, potem na teatr w Moskwie. Nie pochwalam terroryzmu i nigdy nie będę pochwalał, bo jednak jest różnica między zasadzeniem się na czołg, a wysadzeniem autobusu z cywilami. Ale to nie znaczy, że nie rozumiem skąd się bierze. Podobno Rosjanie są dumni, że świat widzi w nich orków, sami mówią na Ukraińców i Ukrainki "elfy", bo elfy to rasa która ma wyginąć. A orków trzeba się bać. I to jest dla nich fajne. Jara ich to. Idąc przez Park Staszica z dworca do pracy o tej porze spotykam głównie ludzi z psami. W cichości ducha i chyba bardziej z odruchu składam jakiś poranny pacierz. Ale trudno powiedzieć, żebym się modlił, raczej porządkuję myśli, budzę się, trzeźwieję z niewyspania, a jeżeli jest jakiś wielki dyspozytor ruchu w tym pięknym świecie, gdzie kierowane rakiety szukają aktywnie wózków dziecięcych - to myślę - niech widzi mnie na radarze, właśnie wystartowałem w swój codzienny lot, niech widzi, chociaż cholera wie czy to dobrze, że mnie widzi. Może lepiej i bardziej etycznie dla niego byłoby uznać, że chce dobrze, ale jest ślepy. Ale kiedy dzisiaj chciałem coś w myślach wymamrotać, słowa zaczęły się wykrzywiać i zamieniały się w przekleństwa i te oczy. Z oczami jednak coś mi się podziało. Dobrze, że tylko ludzie z psami, na odległość. Dobrze, że jeszcze wiem co to jest w ogóle - płacz. Ale to nie był płacz świadomy, był mimowolny. To był gniew. Bo nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby za zbrodnie wojenne odpowiedział jakikolwiek rosyjski wojskowy. Nigdy. Kiedy u nas zdarzyło się Nagnar Khel - to przy wszystkim złym co się stało - sprawa trafiła przed sąd. Sprawa była wałkowana latami. Nie było mowy o tym, że jaka tam zbrodnia, tam byli talibowie, a nawet jeżeli ich nie było to wioska im sprzyjała. Szansa, że dowódca okrętu podwodnego, z którego wczoraj wystrzelono kierowane "Kalibry" trafi przed sąd jest żadna, chociaż na pewno w czasach Bellingcata, Oryxa i wielu innych samodzielnych, samorządnych grup białego wywiadu - ustalenie kto, skąd strzelał, z jakiego zakładu pochodziła wystrzelona rakieta, jakiej była wersji i jaki był skład osobowy załogi okrętu, z którego ją wystrzelono - nie będzie stanowiło wielkiego wyzwania. Oczywiście szansa, że Ukraińcy dopadną okręt podwodny jest żadna. Okręty NATO tego nie zrobią. No chyba, że przypadkiem ktoś na pokładzie tego okrętu rzuci niedopałek w maszynowni. To się ostatnio w rosji dziwnie często zdarza. Niedopałki. Ale sądu nie będzie. To wiadomo. Chyba że sąd ostateczny, ten o którym rzadko myślę, zastanawiając się nad tym czy w ogóle adresat mojego cichego porannego pacierza istnieje. Bo przecież go nie słyszę, a gdybym usłyszał - to bym najpierw poszedł do psychiatry. I myślałem o aniołach pomsty, myślałem o nich jakby były realne Mówiłem "idźcie dzisiaj w pola, naostrzcie dobrze kosy, noże, bagnety wypolerujcie głowice optyczne rakiet nasmarujcie dobrze zamki armat karabinów, granatników idźcie w pola, idźcie w lasy czekajcie przy brodach czuwajcie w jarach trwajcie w gotowości za każdym załomem muru niech wam nie drgnie powieka niech wam nie zadrży ręka niech zło wraca tam skąd przyszło do piekła. Dzień 143. Strach, lęk, niepokój i pająki Pyta się kumpel, co ja mam powiedzieć znajomemu, jest z Ukrainy, mówi, że się boi i że mu wstyd, że nie wrócił, ale że ciągle myśli o tym, że ma czwórkę dzieci. Myślę nad tym od kilku dni, co kumpel ma powiedzieć znajomemu i nie wiem, nie mam żadnej mądrości, bo przecież sam czuję strach, zwyczajnie się boję, że ten walec, który powoli, to prawda bardzo powoli toczy się przez Ukrainę, zacznie się toczyć po naszej ziemi. Albo jakiś inny walec. Bo zawsze gdzieś na świecie toczy się jakiś walec. Nie ma świata bez walca. A chwilowo najważniejsze są kadry z Winnicy, Kremenczuka, nasłuchiwanie wieści, przykładanie ucha do ekranu, monitora. Nasze oczy stały się uszami. Ja wiem, że analitycy mówią, że to nie ma sensu, że NATO by zmiotło tę przereklamowaną armię Rosji raz, dwa trzy. I pewnie tak by było. Ale myślę też, że z NATO jest jak z psychologiem z dowcipu, jaki opowiadaliśmy sobie na drugim roku. Pytanie: - Ilu potrzeba psychologów do wkręcania żarówki w kiosku? Odpowiedź: - Wystarczy jeden, ale musi być zajebiście zmotywowany I z tym NATO – to tak samo. To raz. A po drugie dopatrywanie się logiki, sensu, rozumności w działaniach federacji rosyjskiej to gruba przesada. Jaki był sens militarny ataku na centrum handlowe w Kremenczuku? W budynek mieszkalny w Czasiw Jarze? W centrum Winnicy? Odezwał się ostatnio dyskutant, że Ukraińcy opierając swoją obronę o miasta tym samym rozmieszczają swój sprzęt w pobliżu miast czy nawet w miastach i wtedy no jakby można się pomylić, więc sami się proszą. Swoją drogą nie wiem o co mieli by opierać obronę Ukraińcy? Miasta, teren zabudowany zawsze sprzyjał obrońcy, nie atakującemu. Ale uwaga była tak niby a'propos Winnicy. No dobra tylko centrum Winnicy jest 400 kilometrów od linii frontu, na zdjęciach z Winnicy nie widziałem żadnych czołgów, samochodów pancernych. Widziałem przewrócony wózek dziecięcy. Widziałem na filmie dziewczynę jak płaci za coś kawiarni, kartą, po czym następuje podmuch. Nie ma w tym logiki, nie ma żadnego sensu, nawet — a może szczególnie — wojskowego. Jest próba siania strachu. Terror, czyli zarządzanie strachem. Nie mamy hamulców, zrobimy wam to, czego się boicie, ale nie wiecie gdzie i kiedy, więc żyjcie tak, jakby to mogło się zdarzyć zawsze i wszędzie. Nie ma w tym logiki, bo owszem, różne państwa prowadzą wojny, realizują wojenne interesy, ale wiedzą też, że nie jest im potrzebna łatka tępych morderców, mimo że wojna to strach i śmierć. Ale dlaczego jak już ktoś strzela rakietą, nawet kierowaną to w nocy? Bo w nocy mniej przypadkowych ludzi jest w rejonie celu, mniej postronnych ofiar. I nie zawsze chodzi o humanitaryzm, ale o to, że nikomu w kadrze z wojny nie jest potrzebny ranny czy martwy cywil. Bo to osłabia wsparcie dla wysiłku zbrojnego. Nie boisz się, że taka Winnica jutro zdarzy się u nas, pyta znajomy. Pewnie, że się boję. Powiedz coś pocieszającego, pisze ktoś inny, ty zawsze coś potrafisz powiedzieć, jakbyś się nie bał. Boję się tak jak wszyscy a zarazem wiem, że dopóki szyby sklepu na Nadodrzu które są akurat na wprost wrocławskiej elektrociepłowni nie wyleciały z hukiem połamane na tysiące ostry, tnących mięso kawałków – nie wiem co to jest strach. Najgorsze jednak to bać się strachu wyobrażonego. Lękać się lęku. Zatem owszem, boję się, odpowiadam koledze, który się pyta czy nie boję się o dzieci, bo przecież dzieci. Boję się. Dlaczego w takim razie nie piszesz o tym, pyta kto inny, że potrzeba pokoju? Ależ potrzeba pokoju. Prawdziwym pragnieniem każdego wojownika jest pokój. Wojownika, nie bandyty. Ale nie wierzę w pokój z irracjonalnością, z kimś kto nie działa z sensem, kto nie kieruje się elementarna logiką. Można się targować gdy w grę wchodzą interesy, gdy ktoś wie, że straci, ale może zyskać. Z Hitlerem pokój był niemożliwy i – tak używam argumentum ad hitlerum – z obecnie panującym w Rosji – też nie ma pokoju. On zresztą działa według tego samego schematu. Nie jesteśmy zainteresowani wewnętrznym sprawami Austrii (rok 1935), glurp, przełknęliśmy Austrię raz dwa (1938). Sudetenland oznacza kres naszych żądań terytorialnych (1938), eeeeep, bekamy po wtrężoleniu Czechosłowacji, nota bene z niesławnym udziałem nieszczęsnej Polski. I tutaj tak samo, jedno się mówi, drugie się robi, zielone ludziki, wypożyczone na wakacje zestawy "Buk", którymi zestrzeliwuje się cywilny samolot, a sprawcy do dzisiaj nieosądzeni. Zajmuje się Krym, przeprowadza referendum, z którego protokoły do podtarcia dupy się nie nadają bo za brudne. W Sewastopolu 115% głosuje za przyłączeniem do federacji, ale teraz to już koniec, naprawdę więcej nie będę chciał wpierdalać sąsiednich państw. Acha. W resztce cygara mdłym ogniku Pływała Lwa Albionu twarz: Nie rozmawiajmy o Bałtyku, Po co w Europie tyle państw? Polacy? – chodzi tylko o to, Żeby gdzieś w końcu mogli żyć… Z tą Polską zawsze są kłopoty – Kaleka troszczy się i drży. Lecz uspokaja ich gospodarz, Pożółkły dłonią głaszcząc wąs: Mój kraj pomocną dłoń im poda, Potem niech rządzą się jak chcą. „Jałta”, Jacek Kaczmarski Zatem nie wiem wcale więcej od Was, którzy mnie czytacie, w każdym razie niewiele więcej niż jest i tak powszechnie dostępne. Może wcześniej trochę więcej czytałem o wojnie, więc trochę więcej rozumiem z militariów, ale powiadam, wystrzeliłem w życiu może z 50 pocisków, kilka razy rzucałem skorupą granatu F1, raz siedziałem w czołgu, raz w kapsule ratunkowej statku, trochę żeglowałem, trochę biegałem po lasach, górach, czasem nocą, czasem bez szlaku. Ale nie jestem nikim specjalnym. Popełniam błędy. Ostatnio ktoś mi wytknął na, że napisałem, że Niemcy mieli białe krzyże na czarnych pancerzach, a pancerze były ciemnoszare, podał nawet numer katalogowy farby wedle regulaminu. No widzicie. A na zajęciach bywa, że wydają się raz szare, a raz czarne. To prawda błąd, trzeba było sprawdzić raz trzy zanim się coś palnie. Także popełniam błędy, to już wiadomo, czasem także rzeczowe. Literówek, interpunkcji, ortografii – nie liczę. Boję się czasem, czuję lęk, niepokój, zmęczenie, wyczerpanie. Szczególnie gdy zostaję sam o poranku z twarzami dzieci, które zginęły przedwczoraj w Winnicy i nie mam żadnych nowych wieści, płonących składów amunicji. Wtedy zostają tylko ich twarze. „Żeby chociaż nie były tak bardzo podobne do naszych dzieci” - napisał Janusz Radwański w jednym ze swoich wierszy. Chodzą wieści i plotki. Na przykład takie, że wywiad ukraiński już zna personalia oficerów, którzy wydali rozkazy, którzy naciskali spust. Znajomy mówi, że na telegramie chadzają już i numery telefonów do gnoi. Ale zdaje się, że są poza zasięgiem słusznego odwetu. Próbuję się czymś zająć. Znajomy poprosił o wiersze do pisma literackiego, a ja od 143 dni nie piszę wierszy. Nic nie piszę, nic nie czytam. Bo te 143 dni nastąpiły po pół roku gehenny i hańby na granicy polsko-białoruskiej. Jestem tylko przekaźnikiem. Nic więcej. Częścią pajęczej nici. Tak lubiliśmy o tym mówić w czasie złej jesieni, ponurej zimy. Jesteśmy pajęczakami, bo pajęcze nici gdy zmierzyć to proporcjonalnie są silne, cholernie silne. Niby odgarniasz je z twarzy jednym ruchem, ale jednak lepią się, rozciągają i w miejsce jednej sprytne pająki zaraz napinają kolejną, niestrudzenie, znów i znów. Zacząłem cenić pająki. Nie to, że cieszę się ich towarzystwem, ale szanuję. Wynoszę na zewnątrz, chociaż wiem, że wrócą, zdejmuję pajęczyny odkurzaczem, ale pająka nie ruszam. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (26)
Noc i śnienie Śpię dla śnienia. To tam prowadzę alternatywne życie, którego pamięć pozwala mi przekraczać bariery logiki w „realu”. Mam w sobie pamięć światów sprawiających, że codzienność – ta ludzka i liniowa – zyskuje nagle kilka dodatkowych wymiarów. Przeżywam sny równie mocno jak rzeczywistość namacalną. Nie zatracam się w nich, ale namierzam tematy, które kierują mnie do tego, co „poza”. Mam do śnienia głęboki szacunek.. A śnienie to też - ciało. I ruch. Ruch, elastyczność, dowód na bycie - życie, które jest też przygotowaniem do nocy. Gdy wchodzimy w mrok, ciało zastyga w bezpiecznym paraliżu fazy REM, a to pozwala sercu i oddechowi nadążać za intensywnością wizji. Magia :) To szalenie poetycki proces, ale w konkretnym wymiarze. Jak pisał Carlos Castaneda w Sztuce śnienia: Poprzez śnienie możemy postrzegać inne światy... czuć, jak otwiera ono dla nas inne wymiary. Don Juan uczył go, że śnienie to nie wyobraźnia, lecz realny proces w ciele i świadomość w umyśle. Przywróćmy więc snom ich poczesne miejsce w naszej codzienności. Przywróćmy im noc. Choć to określenie brzmi nieco retro – pasuje tu idealnie. Bo noc to nie tylko odpoczynek, to brama. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków. Moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Arkadiusz Sieroń – Chcę uprawiać z tobą seks
Po zachodzie słońca wrócili do pokoju. Rozebrali się. Mężczyzna padł na łóżko. – Jestem zmęczony. – Jak mamroczesz do poduszki, to nic nie słyszę. – Kobieta usiadła na brzegu łóżka. Zdjęła biżuterię i rzuciła ją na szafkę nocną. Ciężka bransoleta brzdęknęła o drewno. Mężczyzna zacisnął powieki. Obrócił się. – Na co masz ochotę? – Może weźmiesz mnie od tyłu? – Kobieta położyła się i przywarła do niego. – Nie pytałem o seks. Czy wszystko ci się z nim kojarzy? – Nie udawaj świętego. – Kobieta uśmiechnęła się, gładząc ciało mężczyzny. Wpatrywał się w przeciwległą ścianę. Klimatyzacja cicho szumiała. Za oknem niewiele było widać, morze zlewało się z niebem. Zmierzchało. – Nudzę się. – To się kochajmy. – Nie rozumiesz! Mnie wszystko nudzi. – Mężczyzna wykonał zakreślający ruch ręką. – Seks cię nudzi? – Kobieta podparła się na łokciach. Spojrzała na mężczyznę. – Rano w łazience jakoś nie wyglądałeś na znudzonego. – Nie chciałem sprawić ci przykrości. Kobieta prychnęła. Opadła z powrotem. – Żartuję. Uwielbiam, jak bierzesz go do ust. – Czego ty właściwie chcesz? Mężczyzna nie odpowiedział od razu. – Nie wiem. – Westchnął i objął mocno kobietę. Szczęka zaczęła mu delikatnie drgać. – Kiedyś było prościej, byłem kimś i wiedziałem, co mam robić. A teraz skąd mam wiedzieć? Po tym wszystkim! Rozumiesz? – Powinieneś zabrać się za jakąś sensowną robotę. – Nic mnie ostatnio nie interesuje. – Mężczyzna odsunął się i założył ręce za głowę. – Może wolontariat? Przynajmniej poczułbyś, że robisz coś pożytecznego. – Nie bądź śmieszna. – Mężczyzna przewrócił oczami. – Zaraz zaproponujesz szczeniaka ze schroniska. – To napisz książkę. Przecież zawsze o tym marzyłeś. Może coś o kryzysie wieku średniego? Mężczyzna jęknął. Rozejrzał się po pokoju. Klimatyzacja nieustannie szumiała. Za oknem panował mrok. – Nie dobijaj mnie. – Może wyjedź dokądś? Odpocznij. – Przecież właśnie jesteśmy na wakacjach. – Uśmiechnął się krzywo. – Odpoczywamy. Zresztą, wszędzie już byliśmy. I wszędzie jest tak samo. Ciągle tak samo! – Mężczyzna usiadł na brzegu łóżka. – To ja już nie wiem. – Kobieta pokręciła głową – Czasem cię nie rozumiem. – Nie rozumiesz – wyszeptał i wbił wzrok w kafelki. – Jak mamroczesz do podłogi, to nic nie słyszę. – Mówię, że chcę uprawiać z tobą seks. Arkadiusz Sieroń (ur. 1988) – jest adiunktem na UWr. Autor wielu publikacji naukowych próbujący sił w literaturze. Podróżuje i zdejmuje obrazy za pomocą światła. Publikował w czasopismach: "Kwintesencja", "Składka", "Suburbia", "Strona Czynna", "Tlen Literacki".
- Magdalena Walusiak – wiersz
Kiedy się uobecniamy ciemna noc, ciebie nie ma, wypełzają z kątów potwory z dzieciństwa za trzy lata skończę sześćdziesiątkę a skamieniałam w lęku jak mała dziewczynka boję się, że zawiodę i że się cholera nie sprawdzę boję się, że nie zdążę, nie nadążę za tobą, jak zawsze choć wiem, że to nieprawda, że zawsze nie nadążam i wcale nie jest tak, że na każdym kroku zawiodłam boję się jeszcze, że za stara jestem i że mi się nie należy nie wierzę, że zasłużyłam, by coś pięknego przeżyć boję się, że gdy w końcu kim jestem odkryjesz odwrócisz się na pięcie i po prostu znikniesz to najstraszniejszy potwór, wyłazi zza kotary i szepcze mi do ucha, że wkrótce mnie zostawisz za oknem ciemno, przez takie okna wpełzały do domu wielkie łby na długich szyjach, miały włosy kręcone a szyje wiły się jak węże, pamiętam je ciągle więc nie rozumiem kompletnie, jak mogłam zapomnieć że to przy tobie jestem sobą, przy tobie nie udaję i kiedy jestem z tobą, ufam, że tak samo nie grasz, że jesteś naprawdę i po to staję przed tobą, nie udając niczego żebyś mogła mnie poznać aż do dna samego od czubka głowy po pięty, od koniuszków palców aż do najgłębszych pamięci zakamarków gdzie kryją się potwory, gdzie sploty wężowe więżą mnie kłamstwami wypełniając głowę a kiedy tam zajrzysz, gdy wszystko zobaczysz może kłamstwa znikną, a potwory przestaną straszyć może naprawdę znikną, gdy skierujesz na nie swoje oko bo umie je zobaczyć wyłącznie samotność dla tego, co nadchodzi, nie ma niemożliwych rzeczy więc będę powtarzać jak mantrę obecność leczy obecność leczy obecność leczy Magdalena Walusiak – pisarka, performerka i animatorka kultury. Autorka scenariuszy trzech musicali, występuje w spektaklach performatywnych, do których pisze własne teksty. Publikuje na papierze i magazynach internetowych. Uwielbia nieoczywiste kolaboracje: melorecytowała swój tekst napisany w gwarze warszawskiej w filmie granym w gwarze śląskiej, performowała poezję w planetariach Wiednia i Brukseli.
- Maria Fraszewska – Rozmowy Mruczącej Kotki z Mrukliwym Kotem
Jest noc usłana mrukami i mrokami. Dookoła spanie i sapanie. Tylko Mrukliwy Kot chrapie. Mrucząca Kotka mruczy niezadowolona. Mrukliwy Kot nie ustępuje w chrapaniu. Mrucząca Kotka tarmosi go za uszy. Mrukliwy Kot trwa nieugięcie na swoim legowisku. Mrucząca Kotka uchyla jego postanowienie jednym pociągnięciem za wąs. * Mrukliwy Kot zamruczał. Mrukliwa Kotka oniemiała z zachwytu. Wobec ciszy Mrukliwy Kot mruknął. Mrukliwy Kot : mrok zapada zmrok już rok jak się znamy Mrukliwa Kotka : mruru buru coś ty, mruga druga Mrukliwy Kot : mruku-stuku mruku-stuku mrukuwiście * Przy odświętnie przystrojonym stole w rozstrojonym nastroju Mrucząca Kotka i Mrukliwy Kot obchodzą drugą rocznicę znajomości. Wchodzi sąsiadka Podmruczka i obrotnie pyta: - Co tu taki ruch? - Właśnie obchodzimy się ze sobą daleko za delikatnie Dochodzi ją stronniczy mruczomruk. * Mrukliwa Kotka : łapki mnie już bolą od spadania Mrukliwy Kot : (cisza) Mrukliwa Kotka : łapki mnie już bolą od wspierania Mrukliwy Kot : mrrr mrr mruk Mrukliwa Kotka : łapki mnie już bolą od wyciągania Mrukliwy Kot : no, kup już sobie sukienkę, tylko żeby była z kieszeniami * Mrucząca Kotka bardzo efektownie zaniemogła. Rozjechały jej się trzy na cztery łapki. A Mrukliwy Kot nie wracał do domu. Dniami i nocami tańcował. Wrócił nazajutrz. Na obie roty. Mrukliwy Kot : mrr mrr bee mrr mrr bee Mrukliwa Kotka : jaka jestem nieszczęśliwa. Kot z baranami powraca. * Mrucząca Kotka stoi przed lustrem: - W istocie mojej istotki jestem mrucząca … Zza jej pleców wyłania się Mrukliwy Kot. … i faktycznie poza mną tylko mrok. * Mrukliwy Kot egzotycznie żali się do życia: - Nie mam nic mam tylko nic. Mrucząca Kotka jak zwykle podsłuchuje. - Masz jeszcze szczerbę między zębami. Ich pożycie nie straciło na drobiazgowości Mruczącej Kotki. - Szczerba mi wypadnie, głupia, mam przecież mleczne zęby. I tą wypowiedzią Mrukliwy Kot dał wyraz zniewieścienia. * Mrucząca Kotka do spóźnionego Mrukliwego Kota. - Znowu ganiałeś za myszami. Jak to możliwe, że dotąd ani jednej nie złapałeś? Po chwili. - Choć może to i dobrze, że nic nie przynosisz do domu … mrrrrr ? * Na chwiejących się podwójnie łapach wchodzi Mrukliwy Kot. Mrucząca Kotka jak zwykle troskliwa. - Napij się mleka zanim oboje nie skiśniecie. * Mrucząca Kotka gotując obiad do zarobków. - Znowu uderzyło mnie po kieszeni, a kogo ja mam uderzyć? Mrukliwy Kot zapobiegliwie uderza w dzwon poobiedniej drzemki. * Przy kuchennym stole Mrucząca Kotka i Mrukliwy Kot układają program przetrwania przyczyny ich miłości na dalszych lat mroknaście. Mrucząca Kotka : Niech stracę, dodam mruczęta. Mrukliwy Kot : Czy już od dzisiaj łamiesz strajk? Mrucząca Kotka : Ależ ze mnie marny puch! * Mrucząca Kotka namaszcza się wonnościami. Mrukliwy Kot kręci nosem w jedną stronę. Mrucząca Kotka wykręca się w drugą. Obserwuje płaty białego śniegu sypiącego się jak czarny koci włos. - Znów się rozkładasz, a słońce już zaszło. * Powrót Mruczącej Kotki w poszukiwaniu Mrukliwego Kota Mrucząca Kotka zwraca się do Mrukliwego Kota. – Czy powrót Różowej Pantery jest oparty na faktach? Mrukliwy Kot milczy i udaje, że nie usłyszał. Mrucząca Kotka drąży dalej mrucząc co chwilę zbliżając się do wątku. - Mrrrrrrrrrrrrrrrrrrr. Zapytałam cię o coś. Mrukliwy Kot mruknął – Czy ja wyglądam jak tygrrrrrrrrrysik? Mrucząca Kotka mrucząc pod nosem jakby do siebie - Chciałbyś zapewne. Ale panterą to też nie jesteś. Mrukliwy Kot podkręcił wąsa. - Nieeeeeeeeeeeeeeeee – rozmruczał się – mrrrrrrrrrrrrrrróweczką to ty też nie jesteś. Mrucząca Kotka mruuuuuuuuuuuuugnęła powieką. - Ale królową już tak. - Rozmruuuuuuuuuuuuuczala się na dobre. Z zadowolenia, oczywiście. * Mrucząca Kotka gra w kulki z Mrukliwym Kotem. Albo. Mrucząca Kotka z Mrukliwym Kotem goni w kulki. Bo. Złapali się za ogony. Spletli w walcu. Och, przejechał po nich. Teren nierówny. Oni w dziurze przetrwali. Gdzie ten walec. Przejechał. Mrucząca Kotka rzekła: - Jak potrzeba to go nie ma. Mrukliwy Kot chwycił walizę. Wazeliną liznął nos. Taki los. Poślizgowy. Mrucząca Kotka przywaliła walizą jak walcem. Mrukliwy Kot odszczeknął się – Obrócisz ty się jeszcze za mną. I pomruk jak echo poszło… mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr * Mrucząca a Kotka wygląda przez okienko. Jak każda panienka. Mrukliwego Kota ani widu ani słychu ani żadne nagranie jego w chmurze nie odurza. Mrukliwy Kot nie został uwieczniony. Nie lubił robić fotografii. Nie pozostawił żadnego oblicza. Mrucząca Kotka nie liczy strat. Oblicza, że skórka nie warta zachodu ani wschodu ani pół nocy czekania czy wylewania łez z kąpielą. Mrucząca Kotka woła w przestrzeń po Mrukliwym Kocie – Nie drzyj kotów!!! A szczególnie z kimś. Dodaje mrucząc z zadowolenia . Mrrrrrrrrrrrrrrruuuuuuuu * Mrukliwy Kot wrócił i przysiadł na płocie. - Powrócisz tu w te łany złociste, mówiłam ci – wyrzuciła przed siebie te słowa Mrucząca Kotka. Mrukliwy Kot wydał z siebie mruk. - I po co się borsuczysz? Smutas z ciebie i i niemowa. Czarnowidz i frustrat. A po chwili dodała: - Wątrobiarz zgorzknialec. I w tym momencie Mrukliwy Kot nie wytrzymał. Zanurkował z powrotem w ciemną noc. - Mrok to moja natura – mrrrrrrrrrrrrrrruuuuuuuu I sru i już go nie było. A wątróbka na stole. - Nie to nie. Drobiazg. - Mrucząca Kotka mrumrumru schrupała wątróbkę drobiową okraszoną cebulką. - Delikatesik – dodała rozmrrrrrrrruczając się marząco i wyciągając łapki z pazurkami do poskromienia. Maria Jolanta Fraszewska (ur. 1958) – uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała siedem zbiorów poezji: Wio w snach, Z wiatrem, Płonące języczki, Posypana wiatrem, Prze konanie, Od mięty i odmęty, Trze pot ścierany. W tym trzy wyróżnione nominacją do Lubuskiego Wawrzynu Poetyckiego. Prozę: W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy . Oraz eseje: Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze.
- Małgorzata Borzeszkowska – cztery wiersze
Perseidy dzień się zatapia w morzu lato powoli tonie czepia się jeszcze brzytwy horyzontu, nocą spadną Perseidy, a każda zrzuci na ciepłą jeszcze ziemię jedno życzenie miłości, zdrowia i grudki szczęścia najszybsze są te od pieniędzy, pędzą tak, że trudno wypowiedzieć zaklęcie są też te w aureoli bólu; spadające gwiazdy od życia, ciężkie i trudno dostrzegalne wpadają w pachnące skiby zaoranych pól czasem towarzyszy im krzyk i ogień, czasem cisza nie do ogarnięcia Nocny las las powoli wycofuje się do narożnika dnia, ustępuje nocy - światło wycieka spomiędzy liści jak napromieniowana krew, płynie po pniach, wsiąka w chorą ziemię lis zwija się w kłębek, ogrzewa obolałe stopy drzew, wchłania chorobę - brązowieje zamszowa skóra lasu, łuszczy się, wypada ruda sierść jednookiego lisa pomiędzy napiętymi linami zmierzchu toczy się walka o życie - drzewa umierają stojąc - rakowacieją, tęczowe plamy ropy mnożą się w przydrożnych rowach lis zwija się w kłębek gaśnie, a my odliczamy aż po ostatnie uderzenie nocy i też zwijamy się na amen Pełnia księżyc puchnie na jesień, gubi ostrość, na głowę naciąga pasmo chmur, sinoczarny pył księżyc puchnie, ludzie głupieją ok, napiszę, że głupiejemy, jak twierdzi znajomy poeta bywam nieinkluzywna obiecuję że się poprawię i zgłupieję solidarnie nie obiecuję, że sięgnę szczytów uwierz - wciąż nie zapadnę się w sobie aż tak, by przestać cię kochać, nieważne, czy księżyc zerwie się z łańcucha, czy spadnie nam na głowy całkiem opuchnięty, ogłupiały z bólu Księżycowy wierszyk dla dzieci. Dzisiaj księżyc jak haczyk na jesień do drzwi nieba przybity gwiazdami, na nim lekko kołysząc się wiszą trzy płaszczyki jesienią utkane. Jeden wietrzne ma dziury w kieszeniach, przez te dziury na głowy nam spada deszcz liściasty- deszcz złotych talarów, które jesień do kufrów odkłada. Drugi płaszcz cały z mgiełki i gazy, z pajęczyny splecionej przez skrzaty, ma guziki z kasztanów, a kaptur ma ze słodkiej, bo cukrowej waty. Płaszcz zaś trzeci od deszczu noc chroni, z blasku, trzasku i chmury uszyty; czasem jesień go wdzieje na chwilę, gdy ją zbudzi szum deszczu przed świtem. Na księżycu jak haczyk wygiętym trzy bajkowe kołyszą się płaszcze, a na czubku księżyca kot siedzi. Kot jesienny. Czy ktoś go pogłaszcze? Małgorzata Borzeszkowska-Bojke – nauczycielka historii i języka angielskiego. Miłośniczka Kaszub i pieszych wędrówek. Autorka tomów: U Bramy (2008), Wpisani w pejzaż (2019), Z pogranicza ciszy i światła (2021), Las Schrodingera (2022), Odamki. Rok pierwszy (2025). Pochodzi z Gdańska, mieszka w Lęborku oraz Wejherowie.









