Znaleziono 806 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Miłka O. Malzahn – Dziennik zmian (28)
Zdarza się taki czas w roku — niekoniecznie związany z kalendarzem — który płynie obok nas jak spokojna rzeka. Można w nią wskoczyć, dać się porwać nurtowi tradycji, rytuałów, suto zastawionych stołów i tej cichej, społecznej presji świętowania. Ale można też inaczej. Można zanurzyć tylko stopy. Poczuć chłód. I pozwolić, żeby rzeka płynęła dalej. Bo to przecież tylko czas. To nagranie jest moim osobistym manifestem „niezaliczania” świętowania. Powstało gdzieś na styku fizycznego zatrzymania i pełnej swobody myśli. W momencie, kiedy ciało mówi: zwolnij — a głowa zaczyna szukać własnej kropki nad „i”. To opowieść o celebracji nieuczestniczenia. O bardzo prostym wyborze, który wcale nie potrzebuje dramatycznych pytań: świętować albo nie. Być – albo nie być – można na chwilę odłożyć na półkę razem z całą resztą wielkich rozstrzygnięć. Tu sprawa jest prostsza: albo tak, albo nie. A „nie” też można obświętować. Po swojemu. Cicho. Bez ceremonii. Dlatego na końcu tego odcinka jest piosenka. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków. Moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Rafał Gawin – Jad jaźni*. Traktat
(fragmenty metawykraczające) Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali Na przekór materii: ciemna góra i ciemna masa 1 Wieża dyskrecji Martwy karzeł redakcji Żywy rekreacji Darek tanga Darek czasu, Darek ekranu Bez pamięci niech się kręcenia Sójka zamorza Szpak przymorza Eurowizja eurofonii Przyjmę każdą ilość złości Robert daru 12 Dar serca daru myśli daru mowy daru nawy Dur bzdur Kościół przekleństwa Siła smaku ssaka Sadzawka sadzy Jacek twoją książkę wyrzucił Grześka odwagi Asterix stylu Obelix słabości Mechanika podjazdu Mechatronika guza Siad płaski skąd powierzchni Czy powiedziałbym węzeł uprzejmości Gwóźdź programu, gąbka, która odpływa W kwasie, mąka sypana na rany chleba Co nie wytrzymał pęknięć w piecu Metafizyki, piecu złej chemii; wchodzą Sidła i sieci pajęcze, wirtualne osiąga Realne i pociąga za sznurki, które zaciskają Szyję; nieskończoność zabiera oddech Ta dehumanizacja w definicji buga Jedna litera nie robi różnicy, prawa i lewa Jedna cyfra się troi, obła i położona Gdy zamiast wyjścia zostaje wir 23 Ćwierćnuta odwróconej ósemki Trudno tak razem bycia nam bez siebie Parostatkiem w piękny rejs wracania do mnie Ależ się rozpędziłem woli Cóż, też zwolniłem rozumu Magia ekranu poniewierki Miecz Szcześniaka okrągłego stołka Kazanie na górze Księgi proroctw Dziedzictwo immersji inwencji prostaty Czy ja się czegoś boję pytania retorycznego Tylko zranienia meta fizyki smutku 34 Nie mogę ci wiele dać autobiografii Jerzy jarmarków Zbigniew zegarków Marcin nieudolnej pomocy przyjaźni Dwóch Marcinów świętości Trzech Marcinów ni chuja idei łysej fryzury Wystarczy do trzech razy sztuki Zombie zombie zombie wilka wilkowi wilkiem Można wejść w ten krajobraz możliwości wyjścia ze świata Szcza mi do zlewu Himilsbach maybacha Imigranci wyobraźni spiskowców twardego orzecha Niepewność rośnie, ja maleję, zboże Duszna przestrzeń zmienia kształt, ale nie pozwala się wypchnąć Z tego pieca nie będzie chleba, zboże Z tych składników co najwyżej omlet nadmuchany pychą Białka się ścięły, więc patrzę tylko w głąb, zboże Zwyrodniała plamka żółta smaży się na patelni umysłu Aż przyjdzie najgrubszy przewodnik braku prądu znad Pilicy, zboże I wykarczuje ci punkty przeniesienia, by się zapadły Jak trzy miękkie kominy, ginące bez winy, zboże W dymie, którego na tym obrazku nie mogło być Ponieważ, zboże, nikt nie dorysował pod kłosami nieba 45 Bach dziecka Beethoven psa Be to be, nie drąż umowy o usługi artystyczne Marian Solidarności Jezus Maria Ruszar napisu na ścianie u wyjścia Herbert złej monety za bezcen monady Mały człowiek morza wstydu Dziad proszalny mszy dziękczynnej Marnotrawstwo materii języka obławy A przecież w majtkach pełnej wiary Włosy długów 56 Butelka do połowy pełna do połowy spitej śmietanki A jeśli znowu przedmieścia miast głodu ognia piekielnego Bo kiedy zagrody rozkoszy drzew pędzących na ścięcie Człekokształtny cywilizacji śmierci podmiotu Ostatni z miotu pierwszej w klasie Zawsze drugi listy podbojów w głowie Incel celu Wychodzenie poza znaczenie docelowe wchodzenia w znaczenie pierwotne Kto się nie chowa tego, co się nie kryje Jawne orangutany cyklonów Cyklopy brakującego oka Podział przez przemodlenie, podział przez podwójne potwierdzenie braku Nie układam się, choć leżę, nie pasują do mnie obce części, obce pięści drążą od środka pewność, że korytarze powinny oddychać, nim je zaleje woda, nim spłoną w podążaniu w poprzek silnych nurtów Czy to zbyt łatwe Czy to zgina się tyle razy, że jeszcze kiedyś odzyska strukturę Podział przez przedział dla palących zwłoki Podział przez oddział dla chorych na prawidłowy błędnik 2025–2027 *) Prawdziwy tytuł do wiadomości redakcji fot. Karolina Kot Rafał Gawin (ur. 1984) – poeta, krytyk, recenzent, animator kultury, prowadzący warsztaty, redaktor, korektor i wydawca. Ostatnio wydał Ofertę bezzwrotną (2024) oraz Zdania bez wypadku i żadnego trybu (2024). Pracuje nad zbiorem wierszy Coś innego i traktatem Jad jaźni. Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w Domu Literatury i działa jako skarbnik oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
- Szymon Bira – fotografie
Szymon Bira (ur. 1987) – autor książek poetyckich i dramatu. W tym roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukaże się jego debiutancka powieść Nowa. Pochodzi z Bytomia. Mieszka we Wrocławiu.
- Michal Mitrik – sześć wierszy
wiersze do wind i hotelowych barów rada dla poetów: nie zabierajcie się za poważne tematy albo za sprawy które głęboko was dotyczą w najlepszym wypadku, ludzie będą je czytać podczas jazdy windą w centrum biznesowym na lotnisku tuż przed odlotem w barze hotelowym czekając na odprawę twoje wielkie tematy zostaną na peryferiach wyobraźni przefiltrowane przez brak uwagi i krótkotrwałą pamięć jak to się w gruncie rzeczy dzieje ze wszystkim innym Dziedzictwo odziedziczyłeś rodzinny dom a w rzeczywistości dostałeś: niekoszony trawnik pożółkłą wannę skansen z nietrafionymi prezentami niemodną szafę bibliotekę w złym guście siedzisz i oglądasz kolejno książki o rodzicielstwie odłożone na później puste pudło po trofeum zegar z rozpiską odwiedzin aureolę wokół drzwi do pokoju siostry z krótkim kursem anatomii w jej szafie odziedziczyłeś rodzinny dom i wreszcie pojąłeś, że nikt inny nie mógł w nim wzrastać Meble małym palcem wyciera kurz z rozlatującej się komody do klatki piersiowej przyciska starą szafę gdy ze szwagrem niesie ją na śmietnik rękawem ociera spocone czoło wypija pół kieliszka i ogląda swoje dłonie poczerwieniałe od ciężaru trumny, którą niósł wczoraj Nos heurystyka ludzkiej natury podczas porannej toalety widzę jaskiniowe malunki obrys dymiącego ogniska myśliwych i zbieraczy pomiędzy porami ewolucji która nie nastąpiła i wciąż jesteśmy gadami w alternatywnej wersji świętej księgi Bóg w ręku trzyma dłuto Ciąża prawdziwy masochizm ekstaza samo-zaprzeczenia stopniowo miesza się z innymi formami bliskości Buddy kiedy ona tłucze talerz odłamki porcelany ranią mocniej jej koniuszki palców to rodzaj przygotowań do nadchodzącego bólu trzeba go oswoić poczuć na odległość Lustrzany przyprowadził mnie do ciebie zapach koniuszkiem nosa dotykałem twojej szyi i powolutku schodziłem niżej Wdychając zapach każdego zgrubienia, każdego zagłębienia każdego cichego zaułka twojej cielesności skuliłem się przy tobie i tak zasnęliśmy niby dwie poczwarki w kokonie a nerwowe ruchy mojej skóry wyzwalały reakcje lustrzane co dzieje się ze mną, dzieje się z tobą kiedy ty się boisz, odczuwam strach kiedy czujesz niepewność, ona jest także moim udziałem a kiedy dopada cię niesmak, jestem zniesmaczony sobą natura życia stosuje się do ogólnych reguł fizyki identyczność to działanie sił odśrodkowych plus oddala się od plusa minus od minusa a moje ślady od twoich przełożył Mirosław Drabczyk Michal Mitrík (ur. 1991) – pisarz słowacki. Jego utwory poetyckie ukazały się w kilkunastu pismach literackich oraz magazynach internetowych w Słowacji oraz – jako tłumaczenia – w krajach bałkańskich i Rumunii. W pracy pisarskiej Mitrik skupia się na materialnym i psychologicznym dziedzictwie Zachodnich Bałkanów, które od lat są przedmiotem jego fascynacji. Laureat konkursów literackich w dziedzinie prozy i eseistyki. Kiedy nie pisze, zajmuje się muzyką łącząc tak odległe nurty jak indie rock, piosenkę poetycką oraz black metal. Mieszka we wschodniej Słowacji ale mentalnie często włóczy się po ulicy Ferhadija w Sarajewie.
- Carmen Berenguer – pięć wierszy
Tango Santiago Bez krzty przyzwoitości, marginalna, karykaturalna marionetka Nędzna, zbrojna w stare armaty miejscowość. Umiera nam ta wariatka Pchnięta ostrzem w lewy bok Swej zakrytej twarzy. Biedna dama, kurwa w piórkach Poci się pyłkiem Cherlawa noc cię wypacza Tam gdzie śpi alfons. Omen Nadciągają kruki Czarne skrzydła Rozpostarte żagle Od żagla do żagla Latające krążowniki Śmiercionośny pyłek w szponach rabując: Niebo czarną kredą. Nieznajomy Mężczyzna którego nie znałam pojawia się w gazetach w całym kraju Leży porzucony na ulicy Ma podziurawione ciało: Teraz wszyscy go znamy. Przyjdźcie zobaczcie mnie teraz Przyjdźcie zobaczcie jak cierpię Przyjdźcie zobaczcie przeklęci Robaki rozwierają szczęki Rozwłóczą me ciało a ja się rozkoszuję Płonące światła słońca Lekko rozchylają swe promienie wargi Wylewając żar na me ciało Pozwalając mu żyć paląc je po trochu Przyjdźcie zobaczcie ten żar. Wilczyca Skąd ten grymas Te usta ta twarz Ta maska to okrycie Skąd to szaleństwo By towarzyszyć ci nocami Z tą czernią i z tą czerwienią Tym szalem co jest szalbierstwem I tą witryną co odbija ten piruet Tym rzemieślniczym sznytem skrojonym na miarę. I tym językiem zagubionej wilczycy Co cię liże. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Carmen Berenguer (1946–2024) – chilijska poetka, eseistka, artystka audiowizualna, redaktorka i dziennikarka.
- Enriqueta Ochoa – trzy wiersze
Grzbiet życia Po odosobnieniu niespodziewanie przyszło światło. Oślepiona, dotarłam do jądra gwałtownego gniazda os. Obca wyuczonej uległości, niewczesnej, z naiwnością kogoś niepomnego na żądło podstępu, przesunęłam ręką, bez złej woli, po grzbiecie życia. Mój Boże, co za brutalne oparzenie. Wieczność Wieczność kołysze, faluje, rozchyla szeroko swą tunikę wiatru; w przestrzeni jej łona lśni konstelacja nagromadzonego światła. Ojciec ją wstrzymuje. Na chwilę zanurza swą wzburzoną dłoń w jej głębię i otwiera ją nad skórą świata. Lawina nasion spada, migocząc. Ziemia się zapładnia. W każdej sekundzie się zapładnia. Człowiek wchodzi do więzienia swego ciała ze zgiętym karkiem i znów ciągnie siebie, zaprzężony w jarzmo życia, aż Ojciec tchnie i powrócimy na łono Matki. Pod drobnym złotem zbóż Jeśli odejdę tej jesieni pochowaj mnie pod drobnym złotem zbóż, w szczerym polu, bym dalej śpiewała na wietrze. Nie owijaj mego ciała w całun. Nie chowaj mnie w grobowcach z granitu. Moja dusza była uderzeniem burzy, krzykiem rozciętym do żywego, wspaniałym ogierem który zapłodnił słowo echami bogów, i nie chcę błąkać się, drżąc, wokół mego przyszłego domu, podczas gdy śnieg piętrzy się łaskawym gestem płatkami u mych stóp. Chcę by usta wody egzorcyzmowały mego ducha, by ochrzcił mnie wiatr, by ziemia owinęła mnie ciepłym prześcieradłem jeśli odejdę tej jesieni. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Enriqueta Ochoa (1928–2008) – poetka meksykańska.
- Carmen Ollé – sześć wierszy
Przedmieście Ta najbardziej przewrotna nigdy nie kochała. Splątała się w moich ramionach między prześcieradłami. Rozważna, stopy zwrócone ku drzwiom… Porywcza, jej jedyna wada jej jedyną cnotą, bardziej niż pieniądze kochała rozkosz, bliznę bardziej niż naszyjnik z pereł. Ja, który bywam w tawernach nad morzem, wiem, że myśli o Lautréamoncie – imię nieznane – i o melancholii zmierzchu, urokliwego niczym wyłupione oko. Ludzie wierzą w mądrość W wieku lat czterdziestu stoję z palcem w nosie. Żal mi, że przeczytałam tak wiele, a nie zaznałam rozkoszy. Zarządczyni mojego ciała, tej skóry, pod którą płynie olej. Wokół mnie nic, tylko czuła córka – łaskawe jesienie – Udaję to, czego nie wiem, jestem aktorką, moja praca jest przewrotna. Kochałam mniej niż potrafiłam kochać, wieczorami panuje cisza; nocą, cisza i sen. Milczący telefon Cienie od samego świtu serce bije na próżno kieliszki wina od brzasku aż po księżyc w pełni zdradliwy mięsień pustka upojenie ściana purpurowe bluszcze zgnilizna bluszczy jakiś efeb jakaś zjawa bez skóry bez granic Modlitwa Powiedz mi, ty – wybrany spośród najzręczniejszych – czy wciąż kryjesz w sobie słodki styl miłości. Skoro nadeszła wiosna i widzę że zaczynasz z radością rozsiewać swe pocałunki, a moja skóra jest ciepła. Z tą samą materią i prędkością, z jaką pojawiają się storczyki i pelargonie twoje pocałunki mają tę właściwość, że służą twoim rozkoszom i temu, kto wyrusza na poszukiwanie miłości. Niechaj więc przyjdą do nas wierne rozkosz i miłość, pókiśmy jeszcze młodzi i silni. Bary Życie to radość – słyszałam ich śmiech z każdą chwilą głośniejszy – i stawali się z każdą chwilą radośniejsi – noc lituje się nade mną bo nie czuję wstydu. I jeszcze jedną prosi ten najbardziej ochrypły — pije bez sprośności – bo jest łagodny i delikatny – czci butelkę jak pośladek kobiety – wielkimi łykami. Tamten zaś jest niebezpieczny: kradnie zabija kłamie i jest przebiegły — lecz gdy przechodzi blisko mojego stolika jego wielkie oczy jedwabnych pająków zsuwają się niczym tygrys na me kolana — Wreszcie czuję że podróżowałam – W zapomnieniu Przestań już, Carmen, chodzić tu i tam, opowiadając wszystkim o swoich cierpieniach; tą ciągłą skargą nikomu nie pomagasz, a winny się chełpi, Rośnie w bogactwo i władzę. Mówi, że jest jakaś głupia, już dojrzała – chociaż na taką nie wygląda – która dla niego krew przelewa. Jeśli twe ciało nie osiąga w innym ciele chwały: niechaj sen ci wynagrodzi. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Carmen Ollé (ur. 1947) – peruwiańska poetka, prozaiczka i krytyczka. Reprezentantka Pokolenia 1970, członkini awangardowego ruchu Movimiento Hora Zero.
- Bob Dylan – Zwykle za dnia
Zwykle za dnia Widzę wyraźnie, o co toczy się gra Zwykle za dnia Na ziemi potrafię prosto stać Mogę trzymać się szlaku, mogę rozpoznać znaki Nie zgubić go, gdy wije się dalej w świat Mogę dać sobie radę, mimo niespodzianek i przeszkód Nawet nie zauważam, jak dawno odeszła Zwykle za dnia Zwykle za dnia Wszystko łatwiej brzmi Zwykle za dnia Gdybym mógł, nie zmieniłbym nic? Wiem jak wszystko zebrać do kupy, nie dam siebie ogłupić Mogę dać sobie radę, nawet w piekle bez dna Mogę przeżyć i wiele przetrzymać Nie myśleć o niej i nie wspominać Zwykle za dnia Zwykle za dnia Mam głowę na karku Zwykle za dnia Mam dość sił by unikać nienawiści i banków Nie pielęgnuję złudzeń, chorobliwie pokrętnych Nie obawiam się, choćby najgorszego zamętu Kiedy chcę, mogę uśmiechać się do całej ludzkości Nawet nie pamiętam, czy jej wargi pachniały miętą, i ta mgła Zwykle za dnia Zwykle za dnia Nie przyjdzie mi nawet do głowy Nie rozpoznałbym jej nawet wpół drogi Jest już tak bardzo odległa Zwykle za dnia Nie jestem niczego pewien i nie dbam Czy w ogóle była ze mną Czy byłem z nią, czy z jakąś inną Zwykle za dnia Jestem całkiem spoko Zwykle za dnia Wiem dokładnie, dokąd odjechał tamten pociąg Nie nabieram się, z nikim nie gram w chowanego Nie tłamszę swych uczuć, choć czasem ranią do żywego Nie uznaje kompromisu, ani nie udaje płaczu Nie zależy mi nawet, czy ją jeszcze zobaczę Zwykle za dnia… tłumaczenie Jerzy Bartonezz Bob Dylan (Robert Allen Zimmerman, ur. 1941) – amerykański piosenkarz, kompozytor i poeta. Karierę rozpoczął na początku lat 60., zdobywając sławę dzięki utworom inspirowanym folkiem i tematyką społeczną, takim jak Blowin’ in the Wind czy The Times They Are a-Changin’. W 2016 roku otrzymał Literacką Nagrodę Nobla za tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni.
- Karol Maliszewski – Kogo czego (fragment)
Co, pies, kto, bezdomny, którego zabrakło, który zapomniał o nim, udając się do noclegowni, i pies rozpoczął rozpaczliwą włóczęgę, wybierając jadalne śmieci z koszy ustawionych w parku, co natychmiast zauważyłem, zacząłem przynosić mu resztki ze śniadania, po jakimś czasie czekał na mnie, bardziej na te resztki, i tak się zaczęła trzecia, a może czwarta, istotna znajomość kołobrzeska, bo jakoś z irenką nie szło nam ze zwierzątkami, ani psa, ani kota, nie czuliśmy takiej potrzeby, chociaż do niej złaziły się różne, które zawsze umiała odkarmić, podleczyć, miała z nimi tajemny kontakt, który nie został mi dany, a tu, patrzcie, pies się do mnie łasi, ja do niego, kumplujemy się w tej wzajemnej biedzie i opuszczeniu, co ja tu właściwie robię bez ireny, bez rudziutkiej i zuzi, osaczony przez te wszystkie kaleki na wózkach, z chodzikami, o kulach, do tej pory wtapiali się w tłum, a teraz nagle stali się widoczni, jak te wszędobylskie szyny, nieprzysłonięte już bujną zielenią krzewów, nawet jedna nitka wiodła do portu, przecinając w kilku miejscach ważną ulicę, wydawała się martwa, aż tu pewnego razu zobaczyłem na niej wagony popychane przez małą lokomotywę spalinową, skład z trzaskiem i postękiwaniem wyłonił się z parku, ruch samochodowy wstrzymano, ale zanim to się stało, kilku kierowców przeżyło szok na widok wsuwających się w ulicę wagonów, i zaczęło cofać w popłochu, co widziałem z roweru, bo wtedy był jeszcze rower, słońce, wiatr we włosach, uśmiechnięci ludzie, kobiety otwarte na końskie zaloty, teraz z tego całego bogactwa został pies ufny w moją życzliwość, pies, któremu zależało na relacji ze mną, został człowiek, do którego doszło, jak jest stary i samotny, bo zaczęło mu zależeć na relacji z nim, zresztą z kimkolwiek, może jest jakaś granica atrakcyjności społecznej, pomyślałem, i właśnie ją przekroczyłem, łudząc się, że ten wyjazd jak zawsze rozproszy mroki, czyżby to przestało działać, i ja też już nie działam na kogokolwiek, pozostał mi jeno pies, pocieszające było to, że i ja jemu pozostałem, bo nikt nie kwapił się z pomocą czy zainteresowaniem, mógł sobie spokojnie zdechnąć w mrocznym parku, człowiek z kulawą nogą, a mnóstwo ich defilowało przede mną, armia cieni, nie zainteresowałby się, co w tym parku skowyczy, wyje, a potem rozkłada się w rowie, mój drogi, jeszcze długo nie, a potem wcale, nie dopuszczę do tego, nie opuszczę cię, jeżeli ktoś wtedy przebywał w kurorcie, to może natrafił na ten zastanawiający widok, najpierw szedł w miarę wyprostowany, dość energiczny jak na ósmy krzyżyk, pan, a potem wlokła się za nim wielorasowa istota, wychudzona i drżąca, która to istota z biegiem czasu nabrała wagi, a sierść jej wróciła do swojej lśniącej normy, tylko imienia dla niego nie miałem, długo mówiłem pies, a wreszcie, znudzony tym formalizmem, pogrzebałem w pamięci i wyobraźni, wspomniawszy jak maciek w dzieciństwie lubił ulicę sezamkową, nadałem mu imię gonzo, bo ten bohater wzbudzał największe emocje u przyszywanego wnuka, jak również we mnie, gdy zerkałem zza pleców dziecka, gonzo był mieszanką wyżła i szpica, o czym opowiadam jako ignorant, bo zupełnie nie znam się na gatunkowych tajnikach, głowy bym nie dał, czy w tej hybrydzie nie maczała łap jakaś psia brzydota, mastif bądź coś w tym rodzaju, gonzo został wreszcie wykąpany, kosztowało to sporo wysiłku, jeszcze więcej przemyślności, a potem wytarłem go i wyczesałem, zastanawiałem się, jak go zabrać ze sobą, jak zręcznie spakować, a myśl ta nie była mu niemiła, zważywszy na pewne reakcje, świadczące o przywiązaniu do śmiesznego staruszka, a może nawet o sympatii doń, potem on prowadzał mnie swoimi ścieżkami po kurorcie, z jego punktu widzenia to była zupełnie inna przestrzeń, nieraz dochodzilismy do stadionu, pomyślałem, że poprzedni właściciel był może kibicem kotwicy, stanowczym łukiem omijał pewne miejsce, co wzbudziło moje zainteresowanie, okazało się, że to lecznica weterynaryjna, a więc bywał w niej pod przymusem, o, może weterynarz go rozpozna, a tym samym pies w końcu wróciłby na właściwe łono, i któregoś dnia zajrzałem, pani w rejestracji poinformowała, że stary doktor udał się na emeryturę, razem z nim udały się tam wiedza i doświadczenie, a temu nowemu przybłęda o fałszywym imieniu gonzo niewiele by powiedział, ja musiałem mówić, gdy na pięć dni przed końcem turnusu udałem się z pupilem pod wyżej wzmiankowany adres, by zbadać, zaszczepić, odrobaczyć, umówić warunki adopcji, o tym wszystkim nie miałem pojęcia, i oto gonzo znalazł się na smyczy, to podobno warunek konieczny funkcjonowania psa w społeczeństwie, trochę było urwania głowy z tym smyczowym chodzeniem, ale chyba szybko sobie przypomniał, i do pociągu szło się dość składnie, a w przedziale zachowywał się poprawnie, mimo że raz po raz jakiś dzieciak otwierał i zamykał drzwi, nagabywał i pchał się z łapami, gonzo oczywiście miał swój bilet, a kiedy zauważyłem, że chce mu się pić, poszliśmy do toalety, wodę podawałem mu w złożonych dłoniach, to zbawienne myśleć o kimś jeszcze, opuścić obszar własnej dupy i umysłu coraz bardziej objętego pożarem, i tak dalej, bez pewnych, uciekających, słów trudniej mi rozwijać właściwą orację, na starość nie jesteś przekonujący, a już szczególnie wtedy, gdy przekroczysz granicę, o której, zdaje się, wcześniej wspomniałem, dobrze, że na posterunku granicznym czekał na mnie nikomu niepotrzebny pies, że dwa wyrzutki, odrzuty z obiegu, mogły się odnaleźć w mrocznej niszy wilgotnego parku, że jego psi lęk dogadał się z moim, i tak jakoś wzajemnie się zniosły, na noc przemycałem go do apartamentu, uwił sobie gniazdo w największej walizce, na grubym płaszczu, wziętym niepotrzebnie, przedwczesnej zimy w kurorcie nie ma, i nie będzie, jednak wiewiórki szykowały się do niej, jak wyczytałem w miejscowej gazecie, próbowaliśmy to sprawdzić, przemieszczając się od jednego parku do drugiego, zwolniony ze smyczy biegał, węszył, żadnej nie znalazł, może już spały w dziuplach, ciągnęło go też do portu, raz długo stał na nabrzeżu, nasłuchując rytmicznego stukotu pogłębiarki, prace czerpalne w porcie do głębokości ośmiu metrów, potwierdziła gazeta, czego on tam szukał, nie wiem, któregoś dnia pociągnęło go w stronę parku wschodniego, przechodząc koło znajomego parkingu, zajrzałem przez siatkę, pusto, dym z komina budki parkingowego nie leci, martwa cisza, niezgrabione liście układały się w kolorowe sterty, gonzo wcisnął się w żywopłot, i już był po drugiej stronie, zacząłem go przyzywać, on coś tam odszczeknął, te odgłosy zwabiły człowieka pilnującego sąsiedniej posesji, krzyknął, żeby lepiej pilnować psa, udało mi się schwytać łobuza za obrożę, przypiąłem smycz, facet się udobruchał, spytałem go, co tu zaszło, i tak dowiedziałem się, że pan menel parkingowy jest w szpitalu, to mi dało do myślenia, iść czy nie iść, wypada czy nie wypada, a pieprzyć to, czułem, że jestem coś winien temu obcemu człowiekowi, obowiązkowo pomarańcze, placek drożdżowy, czekolada, kompot i rosół wydębiłem z kuchni, tylko słoiki musiałem zorganizować, i nastała ta chwila, że znalazłem się pod drzwiami szpitala, w telefonie sprawdziłem godziny odwiedzin, wszystko grało jak w zegarku, prócz jednego, nigdy nie pytam ludzi o personalia, uważam to za nietakt, no i teraz miałem za swoje, do kogo pan właściwie przyszedł, czy to rodzina, jeżeli rodzina, to tylko człowiecza, proszę pana ciecia, jak szybko ludzie zaczynają rozumieć pod wpływem jednego, a najlepiej dwóch banknotów, jak się stają czuli i empatyczni, idź pan, szukaj, tylko te folie na buty ubierz, ubrałem i już sunąłem korytarzami, licząc na cud, zerknąłem przez najbliższe okno, gonzo uwiązany do stojaka na rowery siedział spokojnie, poszczekując od czasu do czasu, wszystko to jednak z wyczuciem i taktem, złoty pies mi się trafił, i wtedy pomyślałem o prostacie, może parkingowego dopadł męski los, poinformowany przez sympatyczną salową skierowałem kroki w stronę urologii, która okazała się onkologią, i był tam, stał przy oknie, obserwując mojego psa, po kilku słowach coś sobie przypomniał, podaliśmy sobie dłonie, za bardzo nie mieliśmy o czym gadać, i znowu gonzo przyszedł z pomocą, parkingowy rozpytywał o niego, miał wrażenie, że zna tego psa, był ciekaw, jak się spiknelismy, mówiłem panu, że bez psa ani rusz, wręczyłem mu torbę z wiktuałami, i zaczęliśmy się żegnać, obowiązek spełniony, odwróciłem się, ale szybko chwycił mnie za rękę, czytałem te pana wiersze, odwrócone od ludzi, niezrozumiałe, nagle przypomniałem sobie, że dałem mu ostatni tomik, ale ja się uparłem, i powiem panu, że chyba zrozumiałem, rozgryzłem je, pana rozgryzłem, bo teraz poeci chcą być tacy, to znaczy jacy, na marginesie, niezrozumialstwo to jest ich protest, tylko tyle mogą, to jest odmowa, bunt, nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale po tych słowach uściskałem go serdecznie, i szeleszcząc foliami, zacząłem zmierzać do windy, przed którą stały już trzy osoby, po tej wizycie odżyło we mnie pragnienie odpisania na list, byłaby to czwarta wersja odpisu, bo wcześniejsze skreślałem albo i darłem, gonzo skoczył na mnie z radości, a ja powtarzałem sobie, krocząc za nim, słowa pana parkingowego, wcale nie menela, skoro o poezji tak składnie wywodzi, jak to możliwe, że zapomniałem o książce, którą mu rzekomo dałem, nieważne, byle list do młodego poety nabrał wreszcie rumieńców, nie chcę wyjść na dupka nieodpisującego adeptom, z sukcesów w prowincjonalnych konkursach poetyckich niewiele wynika, a nazwijmy rzecz po imieniu, nic nie wynika, proszę nie oczekiwać dalszego ciągu, on otworzy się sam w codziennych zmaganiach, tak zwanym pocie czoła, i nie ma wiele wspólnego z nagrodą, sukcesem, wyróżnieniem i tak dalej, poeta boryka się z tym wszystkim i jeszcze innymi rzeczami, strasznymi, takie to zajęcie, rozpaczliwe i niewdzięczne, ale zdaje się, że pan to wie doskonale, jak mało obecnie kto, biorąc pod uwagę, co i jak przeżywa pan w starciu z zimnym, jakby nieobecnym światem, nieobecność świata, z jego dawnym sensem, rzutuje na wszystko, stąd też nieobecność poezji pośród współczesnych mediów, znikoma jej rola w powszechnej komunikacji, tylko pogodziwszy się z tym, można pisać dalej, niewiele oczekując, pan zapewne pozostanie niepogodzony, taka pana natura. na szczęście nie cierpimy w milczeniu, coś się jednak od czasu do czasu pisze, proszę wybaczyć. że nie przyniosłem pociechy, ale od dawna nie mam jej już nawet dla siebie, z szacunkiem i jakąś tam próbą empatii, ludwik jerzy cierń fragment powieści Kogo czego Karol Maliszewski (ur. 1960) – dr hab., profesor UWr. Opublikował kilkanaście zbiorów wierszy i książek prozatorskich: Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach. Nowa poezja polska 1989–1999. Rozważania i uwagi, Rozproszone głosy. Notatki krytyka, Po debiucie, Pociąg do literatury. Ostatnio wydał: Piosenka o przymierzaniu (2019), Bez zaszeregowania. O nowej poezji kobiet (2020), Czarownica nad Włodzicą. Baśnie i legendy z Nowej Rudy i okolic (2021).
- Jarosław Kapłon – pięć wierszy
długi czas naświetlania nieruchomość jest pułapką, w której światło mnie zjada, rozpuszczając kontury w jedną wielką smugę trwania. staję się gęstszy od ołowiu, a jednocześnie lżejszy od cienia, zapisany na negatywie, którego nikt nie odważy się wywołać. czas nie płynie, on tylko nakłada na siebie kolejne warstwy, aż piaskownica i gwiazdy zmieszają się w tej samej szarości. to, co bolało, jest teraz tylko miękką linią na horyzoncie, bezpiecznym powidokiem kogoś, kto kiedyś nosił moje imię. zostaję w kadrze, dopóki ostatnie mruknięcie wszechświata nie zamknie migawki i nie pozwoli mi wreszcie nie być. deep fake mój uśmiech ma 60 klatek na sekundę, ale moje serce gubi rytm osiemnastu tysięcy dziewięćset osiemdziesięciu prawdziwych skurczów. światło układa mi twarz w coś, czego nigdy nie czułem, gładkie, bez śladu po mnie, czystą, pozbawioną kurzu, niepachnącą mleczem ani strachem. jestem idealny, martwy dla lustra, które nie potrafi wyrenderować mojej tęsknoty. skóra nie nadąża za światłem, bo pod nią płynie krew, ta czerwona, brudna krew brzasku, której nie ma w palecie rgb. dotykam ekranu. zimne szkło, brak oporu, brak prawdy. o 5:20 rano mój sobowtór nie pije stygnącej kawy, nie pamięta płonącej bazyliki, nie wie, co znaczy rozpaść się na detale. zostaję w tym pustym miejscu, w tym błędzie, którego nikt nie sfałszuje, bo tylko ból jest nie do podrobienia. wyłączam podgląd. wybieram siebie w niskiej rozdzielczości, z pamięcią do końca. skala 1:87 zmieniam rzeczywistość małą łyżeczką, zostawia krąg na blacie, jak obrączkę dla nikogo. miasto się nie sprzeciwia, lubi drobne zdrady, gdy przestawiam słowa, jak kubki w szafce, aż pasują do innej historii. ziemia mięknie, kiedy mówi się do niej szeptem, bez planu, bez zdań o początku i końcu. a kosmos udaje, że nie widzi, jak poprawiam świat w kącie kuchni, jak zsuwam noc o kilka centymetrów, żeby zmieścił się poranek. i wtedy pęka, bez dźwięku, jak szkło napięte ciszą. to, co było, nie pasuje już do swoich krawędzi. odczyt z gruntu nie musisz już niczego zamiatać. kurz i tak wie, gdzie ma osiąść, by nazwać twoje milczenie domem. widzę, jak kładziesz się blisko ziemi, tam, gdzie rytm serca psa jest jedynym zegarem, który warto nakręcać. nie jesteś już kursorem, jesteś oddechem, który miesza się z nocą, nie szukając w niej żadnej usterki. rybki tną twoją mętną ciszę płetwami z czystego światła. one nie pytają o drogę, nie szukają focusu, po prostu są ostatnim bastionem materii, która nie potrzebuje definicji. niebo nad tobą nie ma krawędzi, więc nie masz o co się rozbić. śpij. światło, które przechodzi przez ciebie bez oporu, wreszcie przestało ranić. jesteś tylko śladem, który ziemia przytula do siebie, zanim zdążysz go sam wymazać. na odwrót hezjod wskazuje gwiazdę, ale ja widzę błoto na butach. to, co stałe, już nie prowadzi. oczy są zmęczone szukaniem „ciebie” w folderach, wyłapują metalowy rytm zamykanych drzwi autobusu. jeśli niebo odbija się pod nogami, to może wszystko zostało zapisane do góry nogami. może błąd to nie brak strony, ale nadmiar prawdy. niski lot pozwala widzieć detale: pęknięcia w płytach, twarz w brudnej wodzie, uśmiech, który nie jest ikoną. wchodzę w kałużę, zanurzam się w niebo. wreszcie właściwą stroną. Jarosław Kapłon (ur. 1972 ) – zapisuje świat po swojemu. Autor ośmiu tomów wierszy, coś wygrał, coś opublikował – m.in. w „Akcencie”, „Helikopterze”, „Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym”, „Wyspie”, „e-Tygodniku Pisarze” i paru innych miejscach, gdzie wciąż liczy się słowo. Mieszka w Zamościu, próbuje uchwycić to, co najtrudniej nazwać.










