Paweł Orzeł – primero (opowiadanie)
- 2 dni temu
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 1 dzień temu
Manos como palomas.
Las palomas de tus manos.
Nie potrafisz powiedzieć, czy to dobre rozpoczęcie tekstu. Otwarcie tekstu? Trochę jakby był bryłą, na przykład błotną, i pod wpływem słońca zaczął pękać. Otwierać się, właśnie. Ale słońce? Kiedy ostatni raz je widziałeś?
Być może przed chwilą czerpaliśmy z jego promieni.
Cokolwiek może to znaczyć.
Dla ciebie lub dla mnie.
Niech będzie.
Stałeś więc dosłownie przed chwilą w kolejce do muzeum. W promieniach słonecznych. Cały ty. Nieliczni ludzie. Gdzieś za plecami ocean. Na niebie żadnej chmury lub tylko jedna, niepozorna, upiększająca ten obraz. Przeszyła twoje ciało nieco niespokojna myśl, że nie masz nic do picia, że powinieneś lepiej przygotować się na taką pogodę. Może niekoniecznie kapelusz lub czapka, krem do opalania, inne takie, ale sama woda lub wino – czemu nie masz?
Nieliczni ludzie i kolejka? Mniejsza o nich. I to. Wejdźcie w końcu do tego, co uznaliście za muzeum.
Kiedyś już tu byłem.
To nie ma żadnego znaczenia. Nikogo nie interesuje ani nie jest chyba do końca prawdą. Takie miejsca w ich wyobraźni przeobrażają się cały czas. Eksponaty, dekoracje, kwestie użytkowe, informacyjne, całe korytarze lub toalety – nie muszą nawet wychodzić, wystarczy, że na chwilę odwrócą wzrok i już nie zobaczą tego samego. Po chwili. Nigdy nie znajdą się dokładnie w tej samej przestrzeni.
Nigdy.
Czy to uniemożliwia naukę? Jej rozwój. Gromadzenie wiedzy.
Niewiele mnie to w tej chwili obchodzi.
Zwróć jednak uwagę na kobietę, która ci się przygląda z wręcz namacalną niechęcią. Jej akurat tak szybko się nie pozbędziesz. Musiałbyś chyba wyjść i wejść. Szybko wyjść, z powrotem wejść. Może coś by to dało, ale nie chcesz tracić czasu, nie chcesz stać w kolejce składającej się z nielicznych ludzi. Tych samych. Zaczynać od nowa, chociaż tak naprawdę wciąż nic konkretnego się nie wydarzyło.
Urok niewyraźnej sytuacji.
Brzask czegoś.
Ręce jak gołębice.
Wysypka intrygi.
Przekleństwo muzeów bez dachów.
Czego może ona chcieć od ciebie?
Miałem z nią wczoraj, że tak się wyrażę, stosunek seksualny. Choć nie jestem pewien, czy można tak to nazwać, i czy na pewno z nią. Co jeszcze? Dwójka dzieci i mąż. Nie wiem, gdzie były dzieci. Może na plaży. Nie wiem, gdzie są. Albo nie. Nie. To raczej my byliśmy na plaży, a one w miejscu niezbyt odległym, w pokoju hotelowym. Za łatwe, zbyt oczywiste. Wydaje się niestosowne. Cholera, nie wiem, nie pamiętam.
A jej mąż?
Jest, jakby go nie było. Nie na tej wyspie, nie na tym świecie. Też niewiele więcej potrafię powiedzieć. Ogólnie. Wyjaśnić jej niechęć do ciebie. Nie.
Gołębica twoich rąk?
Tak mówiono nam w dzieciństwie, kiedy uczono nas tańca.
Dłonie, dłonie.
Mniejsza o jej niechęć, pogardę czy też obrzydzenie rozpisane na twarzy. Może widzicie się ostatni raz, może za chwilę znów będziecie się pierdolić.
Perdón.
Przyszedłeś tutaj w jednym konkretnym celu. Nie zdawałeś sobie sprawy, przekraczając muzealne drzwi, ale teraz już wszystko zrobiło się jasne. Nie czułeś żadnego większego zainteresowania, przyglądając się w biegu obiektom, które ewoluowały od ostatniej wizyty. Znaczy, coś intelektualnie i estetycznie poruszającego jest w nich samych, w ich pozornej bezużyteczności, jak i niezrozumiałej lub bezcelowej transformacji, ale nie na tę chwilę.
Co więc zobaczyliście?
Już jestem blisko.
Gołębice z ręką.
Zawsze chodziło o zbroję. Od początku chodziło ci o dość kuriozalną czerwoną zbroję. Taką z namacalnym diabolicznym przekazem. Podobno w rogach. Ktoś ci o tym opowiadał. Hełm z rogami. Mikroskop. W tych rogach dalsze zbroje. Jedne wyrastające z innych. Drugie wyrastające z pierwszych. Trzecie z jeszcze innych. Tak bez końca. Odmiany czerwieni. Zbroje, hełmy z rogami. W tych rogach dalsze, coraz mniejsze zbroje.
Boli was od tego głowa.
Jakby tego było mało, podeszło do was dwóch mężczyzn, być może pracowników muzeum bez dachu.
– Nigdy nie interesowałem się militariami – powiedział pierwszy.
– Musi pan wracać do hotelu – drugi.
Nie umiał powiedzieć, skąd oni się wzięli. Nie widział ich wejścia, nie słyszał zbliżających się kroków. Zupełnie jakby nagle zmaterializowali się przy nim lub zlecieli po cichu z tej pojedynczej chmury na niebie. Obiecał sobie, że pomyśli w odpowiednim momencie i przyjrzy się tej jej nieruchomości. Coś niepokojącego. Jednak musiał mężczyzn o czymś poinformować, o czymkolwiek. Ostatnie spojrzenie na zbroję. Błahe wrażenie, że nie jest już w ogóle atrakcyjna. Bardziej różowa niż czerwona. Nieco mniejsza. I tyle. „Powiem im, że ja też nigdy nie lubiłem hoteli z niedziałającymi maszynami with tobacco”, tak pomyślał, ale już nikogo nie było.
Jak ich zapamiętam? Nie wiem. Jeśli w ogóle. Jeden był podobny do kogoś, drugi wręcz przeciwnie.
Niech będzie.
Gołębica w rękach.
Cokolwiek to znaczy.
To tyle?
Dalsza opowieść nie jest już tak precyzyjna. Biegnąc do hotelu zapomnieliście o chmurce. Chmurze. Zapomnieliście właściwie o wszystkim. Coś znowu zaczęło się przekształcać, może wy sami – jak ponure obiekty muzealne. Te różnice najłatwiej opisać, porównując synogarlicę z dłonią. Tyle a tyle podobieństw, trochę mniej różnic. Każdy z was to widzi.
W pokoju hotelowym wpadłem na samego siebie. Otwarte drzwi. Raz po jednej ich stronie, raz po drugiej rozwijała się jakaś awantura. Próbowałem wypchnąć dwóch mężczyzn i zamknąć je, co okazywało się zadaniem niemożliwym. Cały czas wracali, czymś przyciągani lub napędzani zwykłą złośliwością. Jak małe chujki, kręcące się bez celu po muzealnych korytarzach i innych instytucjach publicznych.
– Dość tego.
Byłeś coraz bardziej zmęczony i postanowiłeś sam sobie pomóc. Zastąpić nieskuteczność i czający się strach wulgarnością i prymitywną siłą to zawsze niezły pomysł.
Doszliśmy do tego, co jest „po wszystkim”.
Por fin.
Wylazłem w końcu na taras, przepędziłem paskudnego grzywacza lub sierpówkę – dla mnie wyglądają w sumie tak samo – zapaliłem papierosa i zacząłem zastanawiać się, z czyją matką jeszcze dziś się prześpię.

