top of page

Paweł Orzeł – segundo

  • 26 lut
  • 5 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 6 lip


Czy chcesz poprowadzić zajęcia z życia pisarza w więzieniu?
            Disculpe.
            Marnego pisarza w pierdlu o zaostrzonym rygorze?
            Tyle słowem wstępu.
         Jest w tym coś podobnego z niechodzeniem do szkoły. Wychodzisz rano z domu, ale nie docierasz na przystanek autobusowy, tramwajowy, do metra lub po prostu na własnych nogach do publicznego domu edukacji. Przechadzasz się po osiedlu jak pan życia i życia, przyglądają ci się ciekawscy widzowie. Spotykają cię drobne przyjemności, bo jesteś panem życia i życia. Coś się wydarza, wydarzają się wydarzenia. Tobie. Nagle masz psa – równie niespodziewanie, jak się pojawił, znika. Romansujesz z nieco neurotyczną, chorobliwie szczupłą, ale uroczą dziewczyną, której z jakiegoś powodu nie było w szkole jeszcze. Może szła na trzecią lekcję? Widziałeś za to, jak z jej domu wychodziło mnóstwo koleżanek. Poznałeś do tego jej ojca, działacza kołowrotka politycznego. Zobaczyłeś, że przy gotyckim kościele wycięto drzewo, mimo to przechodząc obok czujesz wciąż rodzaj niebezpieczeństwa. Jeden z bloków strasznie się zestarzał i słońce na niego nie chce świecić lub nawet padać. Na górce bawią się bliżej nieokreślone humanoidalne twory. I jeszcze więcej. Takie obserwacje. Gdy w końcu wracasz do domu – nieprzyjemna niespodzianka. Rodzice jeszcze nie wyszli, jakby byli przekonani, że cię złapią na gorącym uczynku. Qué mala suerte. Idziesz po cichu do swojego pokoju, niemal słyszysz ich rozczarowanie, a z pewnością podkurwione głosy. Nigdy do niczego nie dojdziesz. Nie ma sensu do niczego cię zmuszać. Oni nie zamierzają pracować, jeśli ty nie będziesz się uczyć. Już mniejsza o oceny. Zastanawiasz się, jaką teraz masz lekcję. Chyba matematykę, po niej tak samo, następnie chyba jeszcze jedną. Nauczyciel ten nigdy nie sprawdza listy, więc próbujesz za bardzo się nie przejmować. Nie jest źle. Jeszcze dziś pójdziesz do szkoły, ale czy zawsze tak słabo orientowałeś się w planie zajęć? Planie lekcyjnym? Niechcący psujesz dość fikuśny zegarek, odkręcasz szybkę, z tarczy odrywają się drobne elementy, rozsypują się po łóżku i pokoju. Czy twoja nowa dziewczyna o tobie pamięta? Czy się spotkacie jeszcze kiedykolwiek? Co na to twoja poprzednia lub wciąż obecna, inna dziewczyna? Do pokoju wchodzą rodzice, wpierw matka. Skrywa agresję, próbuje jakoś się z tobą porozumieć, przytulić, a ty się nie dajesz, boisz się, że zobaczy tatuaże. Widmo szkoły się oddala. Ojciec dostrzega ułożone w połowie puzzle z disneyowskim motywem, sugeruje, że powinieneś to kolekcjonować, że może to kiedyś mieć jakąś wartość. W powietrzu unosi się stwierdzenie, że twój stryj też nie miał głowy do nauki. Rodzice wychodzą, a ty zaczynasz przeglądać stare i, siłą rzeczy, zakurzone dyskietki. Nie wiesz co dalej.
Jest w tym coś podobnego do przebywania w kurorcie wypoczynkowym. Też nic nie robisz, cieszysz się słońcem i przysłuchujesz się rozmowom:
– Nie.
– Tak, tak.
Albo trochę innym, wraz z upływem alkoholu:
– Tak.
– To takie muzeum bez eksponatów i bez dachu.
Ktoś inny wzdycha:
– Więzienie…
I nagle wszystko staje się jasne.
W basenie pływa statek. Nie wiesz czemu, ale wejście na niego staje się dla ciebie najważniejszą rzeczą pod słońcem i tą jedną nieruchomą chmurą.
Request permission to come aboard!
Permission granted.
Jest to podobne do…
Wszystko jest już naprawdę jasne.
Jest to podobne…
Where do we go now?
(Zrób ze mnie pancerz mętnej kostki, ale mój aparat słuchowy musi pozostać przy…)
Jest to…
Zakurzona dyskietka. Spośród wielu wyciągnąłeś jedną, obracasz w dłoniach, przyglądasz się jej. Coś ci się przypomina. Gra komputerowa. Na niej czy w niej? Rodzaj symulatora opieki nad kotem. Przygarniałeś kota, właściwie znikąd pojawiał się w twoim mieszkaniu. Zajmował je jak własne. Musiałeś, oczywiście, nauczyć się opieki nad nim. Kupować jedzenie, też niezdrowe mleko, odrobaczać, przycinać pazury, jeszcze raz odrobaczać, pamiętać o innych wizytach czy też terminach weterynaryjnych. Czyścić kuwetę. Głaskać. Bawić się. Czesać. Ignorować niszczenie mieszkania. Bawić się znów. Różne diagramy zdradzały tajemnice twojego białego pupila: wiek, stan zdrowia, samopoczucie… Tak. Wszystko. Jeszcze musiałeś go nazwać i zdecydować, czy będzie to kot wychodzący – uchylone bądź nie okno. Z pozoru prosta gra, ale pamiętasz rodzaj spokoju i satysfakcji, który potrafiła dostarczyć. Kot. Jednak nie zdarzyło ci się nigdy, by twój podopieczny dożył uczciwej starości. W pewnym momencie w grze pojawiała się choroba. Zwierzak stawał się osowiały, nie chciał jeść, wypadało mu futro, zaczynał sikać krwią. Praktycznie było to nie do przejścia dla ciebie.
Ktoś potrząsa cię za ramię.
Nigdy gry nie ukończyłeś.
Kapitan podobny do bosmana lub bosman podobny do kapitana wyrywa cię z zamyślenia:
– Co to jest? Myślisz, że jesteś w (mojej) kajucie? W (też mojej) kambuzie? A może w swojej celi z matką za ścianą?
Jest…
– Wdrapać się na grotmaszt. Coś zobaczyć!
Coś.
– Ale już!
Wybiegasz i bezmyślnie nie wykonujesz polecenia.
Pokład jest zupełnie podobny do niczego.
Basen jest zupełnie podobny do niczego.
Wszystko w tym kurorcie jest właściwie…
(Co zrobić?)
Niewyraźnie z głośnika: „Przez wiatr wieczorna min. temp. będzie niczym -27℃”.
Opierasz się o bakburtę, zapalasz niewielkie cygaro bez pierścienia. W duszy śmiejesz się z ludzi przy sterburcie. To chyba La Flor Dominicana. Śmiejesz się. Pierwszy raz palisz box-pressed.
Nic się nie dzieje.
Zastanawiasz się, co „mintemp” mogło oznaczać.
Robi się chłodno.
Niespodziewanie podchodzą do ciebie dwie kobiety. Stara, gruba i brzydka oraz młoda, szczupła, może interesująca, ale tracąca wiele z powodu tej pierwszej – niestety od niej wyraźnie wyższej. Nie witają się z tobą, od razu zaczynają mówić, pokazywać foldery, katalogi, jakieś próbki reklamowe i inne druki. Zaciekawiło cię, że na tych materiałach wyłącznie przedstawiony jest mężczyzna w czerwonej sukience, przypominający bosmana podobnego do kapitana. Lub kapitana o fizis bosmana. Tego już za dużo. Za wiele. Zaczynasz na nie krzyczeć, chcesz, by odeszły, by zajęły się inną robotą, nie niepokoiły cię lub „pokoiły” ludzi na sterburcie. Przede wszystkim, tłumaczysz im, że nie nadają się do niczego, jeśli nie wiedzą, że te same foldery i katalogi drukowane są na różnych papierach, że za każdym razem zmienia to charakter zdjęcia mężczyzny w sukience. Że zmienia to nawet kolor sukienki. Że…
Już ich nie ma.
Znów nic się nie dzieje.
Parzące palce cygaro wrzucasz do wody. Nie masz komu opisać wrażeń z palenia. Nie masz gdzie ich zapisać. Bez tego nie potrafisz go dobrze zrozumieć, ocenić i docenić.
(Co?)
Spluwasz do basenu.
„Mintemp” to najpewniej…
W nocy chyba do niego sikałeś.
Nagle – zupełnie bez powodu – robi ci się przykro, że nie nazywasz się Rodrigo de Triana. Że to nie ty siedzisz na bocianim gnieździe. Że zaraz bez słowa będziesz musiał opuścić tę jednostkę.
Coś się nie udało, czegoś nie zrozumiałeś.
W twoich niewyraźnych myślach: „Wieczorna temperatura minimalna będzie niczym…”
Coś strasznego (w tym pierdlu).
Ktoś inny kiedy indziej zauważa kolorowy minaret, z którego wesoły głos obwieszcza jak co wieczór przy dużym wietrze:
Culattoni, tutti insieme.





obraz: Tomasz Pilikowski
obraz: Tomasz Pilikowski









Paweł Orzeł (ur. 1985) – głównie prozaik i tłumacz. W 2025 roku wydał dwa czapbuki (z Pablo EDRO – Casa de Formas): MBTPPPW i konstruktywna część zmian tymczasowych oraz dwa przekłady tomów poetyckich: María Elena Higueruelo, Los días eternos / Wiekuiste dni (Fundacja Duży Format) i Pilar Adón, Powinności (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi).

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page