top of page

Jan Kasper – wiersze 

  • 1 dzień temu
  • 3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 5 godzin temu


Ofensywa pomników 

nie ustaje. Ktoś nadal je obstalowuje, wykuwa, 
wznosi na placach i rynkach, dokonuje 
ceremonialnej odsłony. W powszechnym mniemaniu 
ich egzystencja uchodzi za jednostajną, zastygłą 

w hermetycznej strukturze, co nie do końca 
odpowiada prawdzie. Bywa iż pomniki, pod wpływem 
niekontrolowanego impulsu, schodzą z piedestałów 
i ruszają przed siebie. Skore mieszać się 

w nierozstrzygnięte konflikty, tyczące różnego komentarza 
dat, postaci czy wydarzeń, którym dają świadectwo. 
Jak by nie było, pomniki nie rezygnują z wysokich aspiracji. 

Obryzgane niegdysiejszym blaskiem, 
w chlubnej służbie na rzecz wieczności. 


–––––––––––––––––––––––––––––––


1
Do tego powołani. Mieli mierzyć się 
ze światłością, która stawiała 
warunki trudne do sprostania, a która była 
jedyną, jaka przypadła im w udziale. 
Księgi świadczyły o tym, ale także 
trafiające się przypadki zwątpienia, smutek porażek. 

Jaśniał przybrany szronem 
poranek. Wysoko wróble, zajmowały druty 
i rynny – należne im miejsca w przepływającym istnieniu. 
Wspomagały nadzieję, wspólnie niezastąpione, 
wszak nie szkodziło w to wierzyć. Tamci (któż by ich 
zliczył) złoża ruin dzierżyli pod strażą. 

Latali młodzi na tańce, wypełniali ustalone 
limity, trwonili siły i zapał. 

Pod dostatkiem ciszy było i mroku, tedy 
spełnić się mogło najgorsze. 

2
Serca starych bab okapywały łaską jak ołtarz. W wejrzeniach 
ich córek poniewierały się drobne akcesoria widoków.

Harujący patriarchowie omijali urzędy, smarkali na nie.
Taszczyli w sobie zatrzaśnięte drzwi.

Nie zanosiło się na zmartwychwstanie. 
Jeszcze długo, długo się nie zanosiło.


––––––––––––––––––––––––––––––––


1
Szyny kończyły się gdzieś tutaj i zaraz otwierały się 
wernisaże okolicznych pól. Zionął słodko rzepak. 
Mieliśmy czas, jego dostatek, co było rzecz jasna 
wygodną iluzją. Nie przypuszczałem, że do tego stopnia 

intrygować cię będą wzajemne przenikania głosów 
i widzeń. Roiło się od nich przy byle okazji, potrafiłeś, 
jak nikt, uruchamiać je i rejestrować. Wtedy, w maju, 
siedzieliśmy przy ognisku w lesie i jedliśmy smażoną kiełbasę, 

nie stroniąc od gorzałki, dokuczając sobie z sarkazmem. 
A we wrześniu niespodzianie przepadłeś, opasała cię 
mętna toń glinianki. Okrytego po partacku naręczami 
smutku, wepchnięto cię w rodową wnękę ciemności. 

2
Nas, pogrążonych w zimnej wojnie z sobą, wielokroć 
bliskich jej rozstrzygnięcia, czekała parada tych samych 
obowiązków, chwiejność rodzinnych koligacji, uroda dni, 
której wciąż nie umieliśmy należycie docenić.

Takim, jak ty, wystarczyć powinny schody objawień. 

O, błogosławiony, kto niewidzialnie po nich 
wstępuje lub schodzi. 

––––––––––––––––––––––––––––––––


O zmierzchu wchodzi
w wodę jeziora. 
Migotliwa, ściska 
młodzieńcze ciało jak obręcz.

Ryby, które nie trafiły 
na stół. Nie zostały 
przyjęte w ofierze, 
ani cudownie rozmnożone.

Krocie ich – niewidoczne, 
choć wyczuwalne po giętkich, 
sprężystych ruchach.
Wciąga go głębia, 

projekcja światów, 
o których istnieniu 
nie miał pojęcia.
Sale w świetle 

ozdobnych kandelabrów, 
pełne miotających się 
balowych sukien. 
Wydłużone sylwetki 

młodzieńców we frakach 
pod marmurowymi ścianami. 
Partytury ich porwanych 
konwersacji. Nieczytelne poruszenia.

Na brzegu para staruszków, dogląda
resztkę swojego widzenia. 
Nie sięga dalej. Pozbywa się 
skostniałych sylwetek, wstaje i odchodzi.


––––––––––––––––––––––––––––––––


1
Korciło mnie, aby tam zajrzeć. 
Lśniły, jak się spodziewałem, 
niezawodne urządzenia trwogi. 
Przechadzał się między nimi 
paw śmiertelnych pożądań. 

Znikąd żadnego zapewnienia, 
że ma sens to ciągłe 
wznoszenie się i potykanie.

2
Nietknięte ustronia gwiazd.

Nurzanie spojrzeń w smole 
kosmosu. 

Dni – z tych, 
jakie pozostały – szykują się 
do maskującego modelunku.


––––––––––––––––––––––––––––––––––


1
Wschody słońca, z odległych lat. Nie prowokuj mnie, nie zapieję jak kogut.

Byli mi drodzy prości ludzie.
Stroniłem od obelisków władzy.
Wolałem zmarłych obierać sobie na przewodników.
Całowałem twe piersi, Noemi.
Kosztowałem cię wystarczająco, trwogo.
Lubiłem piesku, z łbem na moich kolanach, zaglądać w twoje roztropne oczy.
Podziw okazywałem dzieciom za ich słuszne rozstrzygnięcia.
Znaleźć nie potrafiłem wsparcia dla ciebie, Boże, jako i ty 
nie znajdowałeś go dla mnie.
Gdyby nie wspólnota bliskich i przyjaciół, jak mogłoby 
potoczyć się moje życie?

2
Fałdy zasp niech pozostaną za oknami.

A żeby powaga nie okazała się nazbyt błaha, niech pomarli 
ustroją niebo w wieczór, w girlandy 
jego przeraźliwych galaktyk.

Zapadały wyroki
Krzaczek jej łona wznosił się samotnie w kącie.

Wiersze pochodzą z tomu Morderca dobrej zabawy (Instytut Mikołowski, 2025)


Jan Kasper (1952 – 2023) – poeta, nauczyciel związany z Wielkopolską. Ukończył filologię polską na UAM w Poznaniu. Prowadził związany z nurtem alternatywnym Teatr Prób. Uznanie przyniósł mu multimedialny spektakl Okna, prezentowany m. in. w ramach IV Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Malta’94. Autor tomów wierszy: Noc przed ocaleniem (1985), Przejście graniczne (1985), Zwierzęta doświadczalne (1990), Śmierć wizjonerów (1993), Miasto nad wodą (1999), Chleb z wiśniowym dżemem – wybór wierszy (2000), Ziemia dla skowronków (2005), Wiry, strzępy, psie prognozy (2007), Zbieracze jabłek (2011), Wyznania dozorcy mrówek (2015), Listy z własnego czasu (2021), Mogiły obwoźne - wybór wierszy (2022), Morderca dobrej zabawy (2025). Tłumaczony na język niemiecki w antologii Posener Dichter (2007). 


     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page