Tomasz Hrynacz – Katastrofa w zwolnionym tempie. O rozpadzie świata i człowieka
- 1 dzień temu
- 6 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 6 godzin temu
Nowe wiersze Maciej Meleckiego, powstałe po ostatnim jak dotąd tomie Chłodnie, budują wizję świata, w którym podstawowym doświadczeniem podmiotu nie jest już (li tylko) dramatyczne pęknięcie czy katastrofa, lecz powolne, niemal bezgłośne rozprzęganie się rzeczywistości. Owszem, to wciąż poezja zaniku: materii, pamięci, relacji i sensu, ale także, i może przede wszystkim, poezja trwania w tym zaniku, bez obietnicy wyjścia i bez wyraźnie nakreślonej nostalgii za stabilnością. W tym wypadku materia świata przejmuje inicjatywę, jakby odpowiadała na wewnętrzny stan podmiotu, a jednocześnie go wypierała.
Podmiot natomiast – często rozmyty, bezosobowy, mówiący raczej z wnętrza procesu niż z wyraźnie zaznaczonej perspektywy, nie tyle doświadcza świata, ile ulega jego przemiałowi, a język jest jako entropiczne echo, w którym sens nie znika nagle, lecz stopniowo się rozprasza. Wiersze te bynajmniej nie oferują ukojenia ani rozwiązania. Ich siła polega na konsekwentnym zapisie stanu, w którym podmiot i świat znajdują się w relacji wzajemnego osłabiania. To poezja późnej nowoczesności: miejska, chłodna, antyheroiczna, świadoma zużycia form i sensów, a jednocześnie niezwykle precyzyjna w obrazowaniu doświadczenia zaniku.
Centralnym doświadczeniem tekstów jest także czas, pozbawiony dynamiki rozwoju. Nie jest on medium zmiany, lecz narzędziem zużycia. Jego ruch przypomina schodzenie po drabinie prowadzącej w głąb rozpadu, a nie wspinanie się ku przyszłości. Tym samym wiersze te odrzucają klasyczną narrację egzystencjalną, w której cierpienie prowadzi do przemiany lub poznania. Tutaj cierpienie trwa, gęstnieje, ale nie owocuje. Równie istotna jest przestrzeń – zdeformowana, tektoniczna, pełna uskoków, tuneli, zagonów i ugorów. Świat przedstawiony przypomina krajobraz po intensywnej eksploatacji: jałowy, przeorany, pozbawiony punktów odniesienia. To nie emocjonalny chaos, lecz strukturalna niestabilność bytu. Przestrzeń nie daje schronienia ani orientacji. Azymut zostaje utracony, a każdy cypel okazuje się początkiem zaniechania. W tym sensie wiersze te można czytać niczym diagnozę współczesności jako „epoki” nadmiaru bodźców, kryzysów i sprzecznych żądań, które nie prowadzą do przełomu, lecz do zobojętnienia i wyczerpania.
Wiersze po Chłodni można rozczytywać również jako konsekwentną realizację materializmu poetyckiego, rozumianego nie tyle jako nurt programowy, ile jako postawę wobec języka i świata. Materia nie jest tu metaforą stanu psychicznego ani dekoracją dla sensów „ludzkich”. Przeciwnie - to ona organizuje podmiot, składnię i rytm utworu. Podmiot nie mówi o materii, zostaje przez nią wchłonięty, przemielony i przeformowany. Innymi słowy wskazany materializm poetycki w tych wierszach polega przede wszystkim na odmowie prymatu świadomości. Podmiot nie reflektuje, nie interpretuje, nie nadaje znaczeń. Jego ruchy są „machinalne”, „wiedzione przez punkt odbioru”, podporządkowane logice przepływu i nacisku. Do tego dochodzi językowa oporność. Składnia gęstnieje, zdania się klinują, wersy przeciągają się bez wyraźnych pauz. Język traci przezroczystość i staje się materią szorstką, ziarnistą, podatną na ścieranie. Podmiot, język i świat zostają podporządkowane tej samej logice nacisków, tarć i powtórzeń. Poezja w tym wypadku nie jest tu przestrzenią ucieczki ani sublimacji, lecz miejscem, w którym materia mówi sama - ciężko, nieporęcznie, bez obietnicy sensu wykraczającego poza jej własne trwanie. Ów materializm poetycki ujawnia się już na poziomie samego obrazowania, choć rzeczy, co jest oczywistością już od dawna, nie są tu idealizowane ani estetyzowane. Przeciwnie – zachowują swoją ciężkość, surowość i często pozorną (pozorowaną?) nieatrakcyjność. Materia zatem nie jest znakiem czegoś innego, lecz pozostaje sobą - milczącą, oporną, niewdzięczną interpretacyjnie. Wydaje się, że Melecki w ten sposób podważa metaforyczny automat, zgodnie z którym świat materialny ma służyć odsłanianiu sensów duchowych lub metafizycznych, choć te ostatnie, jeżeli pojawiają się, to najczęściej jako resztki dawnych języków sensu, które ulegają erozji lub ironicznej demaskacji.
Świat nie jawi się jako całość obdarzona ukrytym znaczeniem, lecz jako zbiór fragmentów, pomiędzy którymi nie sposób ustanowić trwałych relacji sensotwórczych. Następuje przez to rozumienie języka jako czegoś, co nie pełni funkcji przezroczystego medium, które odwzorowuje rzeczywistość. Przeciwnie – sam staje się materią, podlegającą napięciom, pęknięciom i deformacjom. I dlatego – powtórzmy – znaczenie nie jest tu dane, lecz wyłania się z pracy na (i w!) języku, z jego fizycznej obecności w wersie, zwrotce. Stąd też poezja ta od dłuższego czasu nie przekracza świata, lecz pozostaje w nim zanurzona, rejestrując jego ciężar, zużycie i opór. W tym właśnie tkwi jej siła: w odmowie złudzeń i w gotowości, by przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest - nieprzezroczystą, fragmentaryczną i materialną.
Znamienną cechą tych wierszy jest też przedstawiona w nich konsekwentnie wizja świata znajdującego się w stanie głębokiego kryzysu egzystencjalnego i cywilizacyjnego. Rzeczywistość tych wierszy nadal jest gęsta od metafor, pełna obrazów rozpadu, pustki i chaosu. Nie jest to jedynie wizja końca świata w sensie dosłownym, lecz raczej opis powolnego, nieuchronnego rozkładu sensu - zarówno w życiu jednostki, jak i w życiu zbiorowym (coraz częściej autor bierze odpowiedzialność za Innych!). Ponadto, nowe wiersze autora Przeciwujęć układają się w swoisty proces: od uświadomienia kryzysu, przez pogrążenie się w cieniu i przyspieszenie destrukcji, aż po doświadczenie bezkresnej pustki. Krajobraz jest niestabilny, pełen wykrotów, barier i nagłych spadków. Człowiek porusza się w przestrzeni, która stale zmienia swój kształt i wciąga go w kolejne wiry. Proces rozpadu zaczyna działać z coraz większą intensywnością. Świat zostaje opisany jako system mechaniczny, w którym gesty i działania ludzi powtarzają się automatycznie. Rzeczywistość przypomina machinę, której elementy poruszają się bez refleksji i celu. Kolejne decyzje nie prowadzą do rozwiązania problemów, lecz jedynie pogłębiają impas. Można więc je odczytać jako wizję cywilizacji znajdującej się w stanie powolnej katastrofy, ale stopniowy rozpad jest rozciągnięty w czasie, powtarzalny i trudny do uchwycenia. Człowiek żyje w świecie, który traci sens, ale jednocześnie nie potrafi się z niego wydostać. Próby znalezienia orientacji kończą się kolejnymi błędami, a zbiorowość (znów ona!) zamiast pomagać jednostce, pogłębia chaos poprzez populizm, gniew i ślepe podążanie za sloganami. Pojawia się także refleksja nad samym językiem. Konsekwentnie, z uporem (co wynika z pewnej filozofii życia, zatem inaczej być nie może, inaczej się nie da, albowiem byłoby to fałszywe i nieszczere rozpoznanie) rzeczywistość niemal całkowicie zbudowana jest z językowych spiętrzeń, niezwykłych (!) metafor i długich, pulsujących zdań.
Tym samym język nie jest tu przezroczystym modułem opisu świata - staje się jego głównym tworzywem i narzędziem. Jednocześnie widać w nim napięcie między próbą nazwania doświadczenia a świadomością, ponieważ język nie potrafi już w pełni oddać celu samej rzeczywistości. Właśnie w tej sprzeczności powstaje charakterystyczny styl tych wierszy: gęsty, hermetyczny, pełen nagromadzonych obrazów i neologizmów. Pierwszą cechą tego języka jest jego „nadmiarowość”. Zdania są wielokrotnie złożone, a metafory pojawiają się jedna po drugiej, często bez wyraźnej granicy między nimi. W efekcie powstaje wrażenie, że język nieustannie próbuje uchwycić rzeczywistość, lecz wciąż musi ją dopowiadać i uzupełniać. Każde określenie zostaje natychmiast poszerzone kolejnym obrazem, jakby poprzednie było niewystarczające. Taki sposób budowania wypowiedzi sprawia, że tekst przypomina „strumień wizji”, w którym znaczenia przesuwają się i nakładają na siebie. Nadmiar języka staje się odpowiednikiem nadmiaru światochaosu, którego nie da się zamknąć w prostych komunikatach.
Drugą ważną cechą jest metaforyczność i obrazowość. Autor idzie wciąż dalej i dalej: całkowicie rezygnuje z dosłowności, tworząc skomplikowane obrazy i przestrzenie pełne wykrotów, spiralnych torów spadku, zgnilizny, popiołu oraz rdzy. Dzięki nim rzeczywistość jawi się jako przestrzeń nie tylko rozpadu, ale, co istotniejsze, nieustannego ruchu. Jednocześnie metafory często łączą elementy z różnych odmiennych porządków -biologicznego, mechanicznego i kosmicznego. Człowiek może być jednocześnie „plamą”, „czerwiem”, elementem mechanizmu i częścią wielkiego kosmicznego procesu, jak dzieje się na przykład w wierszu „Niedoliczony trach”, gdzie właśnie mikroskopijne „trachy” wydają się najważniejsze: niepozorne, a jednak zmieniające sposób, w jaki rozumiemy rzeczywistość. Wystarczy, że zwyczajność zostaje lekko przesunięta, jakby „rozszczelniona”, i natychmiast ujawnia swoją ukrytą niepewność. Już sam tytuł jest znamienny: „niedoliczony” sugeruje brak, pominięcie, błąd w rachunku, natomiast „trach” - nagłość, gwałtowność, coś nieprzewidzianego. W efekcie powstaje napięcie między próbą uporządkowania fragmentów świata a wymykającą się jego naturą. Powstaje moment „zgrzytu”, który zmusza do zatrzymania się i ponownego spojrzenia na to, co wydawało się oczywiste. Rozpoznanie autora w tym wierszu można odczytać jako metaforę takiego właśnie zakłócenia, momentu, który nie został uwzględniony w żadnym planie ani systemie. Taki język podkreśla poczucie dezorientacji i utraty stabilnych kategorii opisu.
Podobnież jawi się kwestia rytmu języka: zdania mają wyraźną dynamikę i puls. Powtórzenia, nagromadzenia podobnych konstrukcji oraz długie ciągi obrazów tworzą rytm przypominający „falowanie”. Dzięki temu język nie tylko opisuje chaos, ale także go odtwarza. Czytający doświadcza świata przedstawionego nie tylko poprzez znaczenie słów, lecz także poprzez ich brzmienie i tempo. W kontekście całego cyklu można powiedzieć, że język pełni podwójną funkcję. Z jednej strony jest narzędziem opisu katastroficznej rzeczywistości. Z drugiej jednak sam staje się świadectwem kryzysu. Świadoma nadmiarowość metafor, deformacja składni i nieoczywiste pojawianie się wspomnianych wcześniej neologizmów sugerują, że tradycyjny sposób mówienia o świecie przestał wystarczać.
W ten sposób Maciej Melecki pokazuje sytuację współczesnego języka - jego chybioną próbę nadążenia za rzeczywistością, która stała się zbyt skomplikowana, zbyt chaotyczna i zbyt wieloznaczna. Ostatecznie język w tych tekstach nie jest jedynie środkiem przekazu, lecz głównym tematem i bohaterem utworu. To w nim rozgrywa się walka o sens. Dzięki jego napięciom, deformacjom i nadmiarowi powstaje taki ruch języka, przez który przepływa obraz świata, który wymyka się każdej jednoznacznej formie.


