top of page

Mirosław Drabczyk – Przewodnik po dzielni (recenzja)

  • Mirek Drabczyk
  • 21 godzin temu
  • 5 minut(y) czytania

   

Już okładka zapowiada, że nie będziemy mieli do czynienia z łatwą lekturą. Na czarno-białej fotografii widzimy scenę z podwórka, gdzie dwa białe konie w nienaturalnych pozach męczą się, aby napełniony węglem wóz cofnąć pod drzwi ceglanego budynku gospodarczego.  Ubrany w kapotę i kaszkiet wozak, tak jak kobieta, która ten węgiel zamówiła, zgodnie patrzą na miejsce, gdzie węgiel ma być zrzucony. Dramat koni jest im obojętny.

Autor informuje w posłowiu, o czym jest ta książka: Bery z dzielni to reminiscencje z dzieciństwa spędzonego w jednej z biednych, zapomnianych i naznaczonych przestępczością dzielnic Górnego Śląska. Bieda, wykluczenie, przemoc, zabobon i alkohol tworzą konstrukcję, wokół której Pietrzak snuje swoje śląskie bery czyli opowieści. Na gęsto zaludnionej dzielnicy zamieszkałej przez Śląsko-Polsko-Romską mieszankę typów ludzkich dzieją się rzeczy doniosłe, heroiczne i dramatyczne: zabawy w krematorium, topienie małych kotów, ucieczka przed pijanym ojcem, pogrzebowa procesja, prześladowania na tle rasowym albo świniobicie, po którym odbywało się gromadne próbowanie parującego mięsa zapijanego wódką. Wszystko na równych prawach, choć w dzielni nawet kilkuletnie dzieci wiedziały, że prawa nie dla wszystkich są równe.

Gdy miałem siedem lat, wyrosły mi 
włosy na rękach. Gęste, 

czarne, po psie. Cygan – wołali
gdzie tabor
 
twój kundlu? A we mnie nie było Cygana 

A nawet gdyby, to co? Podskocz 
no, kurwo – 

Foczi mnie tak wychował. Lepiej
niż matka.

Wycieńczająca pracę w hucie, przedwczesne śmierci, rozpacz matek, choroby dzieci, biedę i wykluczenie Romów autor relacjonuje bez uderzania w tony patetyczne, nie sięga po socjologiczne mentorstwo. Krwawe zajścia,  nieufność do władzy, kradzieże i powroty z więzienia dorosłych kolegów biegłych w operowaniu nożem należą wszak do krajobrazu dzielni.
Pietrzak z zamierzoną nonszalancją wydobywa z pamięci sceny na pozór banalne, ale przejmująco reprezentatywne dla tego czasu i miejsca. Czasem nonszalancja ustępuje miejsca pieczołowitości, jakby opisywane zdarzenia były elementami pradawnego obrządku, któremu mieszkańcy dzielni muszą być posłuszni. Życie – zdaje się przekonywać nas Autor – choć ciężkie a chwilami beznadziejne, zasługuje na to, by nie odbierać mu świętości. Z tym, że świętość ma na dzielni wykoślawione oblicze: w biednej i zastraszonej społeczności zamiast rozumu rządzi przesąd i prymitywna wiara w złe moce.

To nie szpikulec odebrał
wzrok młodej Nowocce, 

a stara heksa z małego domku się 
zapatrzyła i złe oko

puściła wodą. Tak ciemno tu było,
tak głucho tu było.

Na wszystko pacierze, na każdego
amen. Nic, tylko

przyzywanie i ciągłe odczynianie
gęsim łojem.
 
Teoretycznie tego typu sytuacje mogłyby rozgrywać się w dowolnym polskim mieście epoki Gierka i Jaruzelskiego.  Niemal każde miało swoją “dzielnicę cudów”, do której postronni obywatele woleli nie zaglądać. Niepewność losu, ciasnota i bieda połączona z przemocą tworzyły klimat, który dla wielu pisarzy (ale także malarzy, wystarczy wspomnieć Dudę-Gracza) był inspirującym tworzywem. Jednak inne regiony, nawet takie te, gdzie rozwój przemysłu wymuszał przyśpieszony napływ siły roboczej, nie były naznaczone etniczną i historyczną odrębnością, co czyni całą opowieść jeszcze bardziej fascynującą.  Tomasz Pietrzak – wnikliwy obserwator – odkrywa przed czytelnikiem tajemnice świata, który sam poznał. Jest przewodnikiem sumiennym, prowadzi przez krajobrazy, których istnienia wielu z nas nawet się nie domyślało. Niby Wergiliusz oprowadza nas po piekle ciasnych mieszkań, wspólnych wychodków, bocznic kolejowych, poniemieckich ruin, dawnych obozowych baraków, cuchnących podwórek i chlywików, w których trzymano świnie.

Widziałem miasto obrosłe pleśnią
o rozłożystej grzybni, miasto ojców,

ciągnących się jak wory kości do domów,
w których krochmal matek czekał
abby wchłonąć cały alkohol.
(…)
               miasto ziejące oranżem,
miasto Etna, dyszące do uszu i duszące

skrzela bobasów, które za wcześnie wyszły 
z  ołowicowych matek. 

Porównanie jest umowne: Wergiliusz pokazywał piekło, jako miejsce, do którego śmiertelnicy dopiero mogą trafić, natomiast horror dzielni przywołany przez Pietrzaka to na szczęście przeszłość. Coś jak koszmar senny, który tylko wydaje się prawdą.   
Autor Berów z dzielni pozwala sobie na zmyślenia i hiperbole, przywołuje obrzędy podszyte zabobonem, dryfuje w stronę baśni. Ale w dalszym ciagu mu wierzymy,  bo spod jego pióra wyłania się obraz niezwykle sugestywny. Każdy wiersz boli, ale nie dlatego dowiadujemy się o ciemnych stronach egzystencji w tym zakątku śląskiej aglomeracji, żeby współczuć.  Dzielnia to nie jest miejsce na tego typu uczuciowość. Żeby nie cierpieć samemu, trzeba umieć być obojętnym na cierpienie drugiego. Tak jak ten wozak i kobieta ze zdjęcia na okładce.

Pietrzak nie szczędzi nam brutalizmu, w każdym wierszu stawia go na stół jako danie główne. Ale nie zapomina o przyprawach: z nonszalancją godną Gabriela G. Marqueza miesza rzeczywistość z fantazją, ubarwia pospolitość, sięga po humor zawarty w gwarze śląskiej. 

Aż pewnej mroźnej nocy 

osiemdziesiątego piątego roku ze ścian
sypnęło

poniemiecką szpachlą i ojcu objawił się 
Pónbóczek jak żywy.
 
czyli grzib, cza psikać – jak powiedział
rano sąsiad medalikarz. 

Bery z dzielni opierają się na narracji. Czytelnik czuje tę narrację, mimo, że książka Pietrzaka zawiera wiersze pisane oszczędnym, niemal minimalistycznym językiem. Forma pokornie podąża za treścią, czasem dwuwers przypomina ludowe wyliczanki, a litanijność jest zabiegiem jak najbardziej świadomym. Jednak tajemnica sugestywności tych wierszy polega również na tym, że tytułową dzielnię oglądamy z dwóch perspektyw jednocześnie. Na szczegółowe, skupione na detalach i pamięci zmysłów  widzenie dorastającego chłopca dorosły poeta nakłada obraz większy, pokazujący tło społeczne, polityczne i ekonomiczne. To pozwala nam lepiej zrozumieć zawiły świat w jakim dorasta kilkuletni a potem nieco starszy narrator. Ten i pozostałe zabiegi stylistyczne autor stosuje z podziwu godną precyzją każąc nieraz zastanawiać się nad pojemnością języka. Mimo, że nie jest to język specjalnie pieprzny (przy takim nagromadzeniu grozy stosowanie wulgaryzmów jako środka ekspresji wydałoby się przesadą, a jeśli już poleci jakaś kurwa, to wyłącznie jako cytat), niektóre strofy smakują jak mocny bimber przegryzany surową cebulą. I tak klimat psychiczny odrapanych podwórek, opis nędznie ubranych ludzi, strach umorusanych dzieciaków i ich nadzieję na lepszy świat Pietrak potrafi pomieścić w kilku niepozornych wersach. Czytelnik konsumuje destylat.

rozdają dziś mąkę – 

1 kilogram na jeden łeb, czyli dostaniemy
3 kilogramy i może kilo 

na świeżo poronionego brata – się zobaczy
Jest fajnie, darmoszka zawsze

jest fajna

Tomasz Pietrzak pisze o czymś, co dobrze zna, a przy okazji udowadnia, że potrafi tak dobrać język, aby opowieść wybrzmiała najczyściej. No i te zaskakujące puenty! Wiersz o tym, że w piwnicach rozłożono truciznę na szczury, a dwóch niepiśmiennych Romów zatruło się nia śmiertelnie, bo nie zrozumieli napisu DERATYZACJA kończy się tak:

            (…) Poszła im 
piana z ust

I zamigotało serce. jak przyjechała 
sanitarka, szczury

(jeszcze wtedy żywe) rozstępowały 
się biblijnie.    

Mój dawny znajomy, zdobywca ważnych nagród poetyckich porównywał pisanie wierszy do rundy bokserskiej: ”Masz boksować w zaplanowanym rytmie, z siłą na którą cię stać, możesz zwalniać i przyśpieszać, ale najważniejsze abyś tuż przed końcowym gongiem wyprowadził najmocniejsze ciosy. Ze zwarcia to ty musisz wyjść z ciosem.”
Wiersze Tomasza Pietrzaka zawarte w tomie Bery z dzielni spełniają ten warunek w stu procentach.  Czytelnik na koniec każdego wiersza otrzymuje cios między oczy i w masochistycznym odruchu odwraca stronę, żeby przeczytać kolejną wstrząsającą relację z życia w dzielni.

Ktoś kto w dorosłym życiu próbuje potłuczony witraż własnego dzieciństwa złożyć w spójną całość i nie utracić przy tym żadnej z barw, konturów ani rozległego tła (rodzinnego, społecznego, politycznego) - ten wie jaka to trudna sztuka. Trudność nie dotyczy wyłącznie zawodnej pamięci, idzie tu raczej o nieprzystawalność języka, który nagle wydaje się nie dość pojemny i plastyczny, aby oddać ogrom sensualnych, pięknych i jednocześnie traumatycznych doznań odciśniętych w dziecięcym umyśle. Mając to na uwadze, trzeba przyznać, że Tomaszowi Pietrzakowi, który w równym stopniu prezentuje się jako poeta i gawędziarz, ta sztuka się udała.  Jego Bery z dzielni, niczym odnowiony witraż ukazujący mitologiczne sceny zajaśniał naprawdę mocnymi barwami. Życzyłbym autorowi, aby ta książka została doceniona przez jury najważniejszych konkursów literackich.

ree


  Tomasz Pietrzak, Bery z dzielni, Wydawnictwo Znak, Kraków, str. 90


Mirosław Drabczyk – poeta, tłumacz i prozaik. Autor książki Szopka ruchoma, redaktor Magazynu Suburbia.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page