Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 2)
- Mirek Drabczyk
- 22 godziny temu
- 3 minut(y) czytania
Guzik prawda, czyli dlaczego nie medytuję na macie z TikToka
Niektóre książki są jak kubek melisy – ładnie wyglądają, ale nic nie robią. Guzik prawda Amelii Pudzianowskiej jest jak espresso o trzeciej w nocy: nie chciałeś, ale nagle widzisz wyraźniej. I może trochę żałujesz.
Pierwszy wiersz, Kobiety, to jakby ktoś przyszedł i wyłączył prąd w patriarchacie – na chwilę robi się ciemno, a potem widać, kto gdzie stoi. I nie, nie wszyscy są tam, gdzie powinni. Zamiast ckliwego „girl power” dostajemy zapis tego, co boli. Zero filtrów, zero haseł na T-shirtach z sieciówki. Pudzianowska nie daje nam żadnej szybkiej recepty. Nie mówi: „wybacz i bądź silniejsza”. Mówi: „to boli, zaakceptuj to”. I to jest może najbardziej wywrotowa rzecz, jaką dziś można powiedzieć.
Ten tomik jest tak cielesny, że podczas lektury miałem ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie mam krwi na rękach. Mleko, kości, pot – to nie żadne rekwizyty, tylko dowody rzeczowe. Kapitalizm chętnie przerobiłby to na coś do kupienia: „bath ritual”, „detox juice”, „body positivity retreat za 3500 zł”. Ale Pudzianowska nie daje się w to wciągnąć – jej wiersze są jak komunikat „brak w magazynie” przy próbie kupienia gotowej odpowiedzi.
Trauma w guzik prawda nie jest „ścieżką rozwoju”, nie ma jej w PDF-ie z afirmacjami na poranek. Tu trauma po prostu jest, jak brud pod paznokciami. Nie znika po 21 dniach praktyki wdzięczności. I to dobrze – bo może wcale nie chodzi o to, żeby wszystko „przepracować”, tylko żeby czasem powiedzieć: „tak, to mnie wkurza, i mam do tego prawo”.
Z kolei wiersz Dysonans to esencja życia w epoce powiadomień push. Wojna, tutorial jak zrobić matcha latte, klęska humanitarna, kotek w czapeczce. I ty w tym wszystkim – z ręką na sercu i drugą na karcie kredytowej, bo algorytm właśnie podsunął ci kod rabatowy na buty. Pudzianowska wyciąga nas z tej schizofrenii i mówi: „Patrz. To nie jest normalne”.
A wojna? W tym tomie to nie tylko front gdzieś daleko stąd. To wojna przy kuchennym stole. Rozmowa z ciotką o „ideologii gender” i spojrzenie mamy, które mówi „proszę cię, nie zaczynaj”. To wojna o słowa – o to, czy wolno ci mówić, jak się czujesz.
Nie ma w tej książce żadnego „self-care contentu”. Nie ma podcastów o tym, jak „zwiększyć swoją produktywność przez odpuszczanie”. Nie ma „wellbeing lunchu” w firmie, na którym karmią cię sałatką i mówią, żebyś „znalazł balans”, a potem przypominają, że deadline jest w piątek. Zamiast tego dostajesz pozwolenie na wkurw. Na łzy. Na śmiech, który jest tak czarny, że mógłby być memem o „This is fine” z psem w płonącym pokoju.
I humor tu jest – ale to nie jest „żarcik”, który ma rozładować atmosferę. To jest humor, który wbija ci szpilę, a ty się śmiejesz, bo wiesz, że to o tobie.
Końcówka – Staw – to niby spokój, ale taki, co w nim coś bulgocze. Zakopiesz traumę, zakopiesz wstyd, ale wiesz, że to wypłynie. Bo trauma jest jak ten wujek z Wigilii – zawsze znajdzie sposób, żeby wrócić i opowiedzieć ci swoją prawdę.
I może właśnie o to chodzi w tej książce – żeby zrozumieć, że czasem nie trzeba „domykać procesów”, „pracować nad sobą” ani „manifestować obfitości”. Czasem wystarczy powiedzieć: „guzik prawda” – i odłożyć telefon. I właśnie dlatego ten tomik jest potrzebny. Żeby przypomnieć nam, że mamy ciała, mamy nerwy, mamy prawo powiedzieć „guzik prawda” wszystkim, którzy próbują nam sprzedać kolejny poradnik o szczęściu. Bo czasem najlepsza duchowość to wyciągnąć środkowy palec, wziąć głęboki wdech i zacząć od nowa – na własnych zasadach.

Amelia Pudzianowska, Guzik prawda, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025, str. 40.

