Maciej Melecki – pięć wierszy
- Mirek Drabczyk
- 21 godzin temu
- 8 minut(y) czytania
Bezdenny ślad
Kompost samoczynnych wcieleń melioruje ugór pobywań aż po
Tektoniczne ścieranie płyt, dzięki czemu żyjemy w rozchybotaniu
Spinających nas smug, na poddaszu kaskadowych załamań, dźgani
W bok każdego obrotu o bez kątowy stopień odchodzenia coraz
Bardziej z niczym. Bezwolny tok zasupłań w prostolinijny rzut
Donikąd przyspiesza tylko wibracje pustki, która nadżera szybciej niż
Naciek dany załom, w tym przysadzistym mroku wylęga się bowiem
Kolejny pat, kiedy dookoła panuje rozgwar rojnego cyklu zaniku,
Dynamiczne przechodzenie ze skrętu w coraz szerszy szczęk, w ruderze
Piekącego drobnostanu każdej odsłony nowego skrócenia dystansu
Do sztywnie wychylonego progu, na końcu wszelkiego zbłąkania,
Które częstokroć jest tylko prostym manewrem, jątrząco pustym
Kwadratowym kołem, po którym musimy poruszać się jak po linie,
Ażeby nagle obrane miejsce mogło być podmianą dla rojonego
Celu, jaki wydrąża aż po zatrucie szpik z danego szczebla tej rozpękłej
Drabiny, podłożonej niczym ratowniczy kaftan pod okna każdych
Niemych mieszkań. Oto nasza cząstkowa mechanika, kwantowa nicość
Wykwitła niczym złamana w paru miejscach kość, gdyż tym spierzchłym
Klepiskiem serca sterują tylko drgawki magnetycznie skupiające w sobie
Wszystek wyładowań z burzowej komórki obornika, gęsto rozrzuconego
Po tej przyziemnej planisferze, która nas coraz gwałtowniej wchłania w swój
Czelustny rów. Wylew żółci tylko zwiększa przekroczenie, gdyż to, co
Strawione, zostaje momentalnie przywrócone, odzyskując swą pierwotną
Postać koniecznego rozpadu, i ponownie tamuje w krwiobiegu tlen. Zaschnięte
Resztki wiązek są owym skądinąd odpryskiem stron zjawiających się coraz
Dotkliwszym przeszyciem aż po bólu rdzeń. Kartografia ustań. Osuwisko
Wszelkich decentracji. Podeszwa bez kroku. Następny zrudziały węgieł
Jak dosunięty rygiel. Jałowa suma skaz. W oku rozrost piołunowej łęgi.
Stoczony
Turbulentna spadzistość poszatkowanych dni w odmęcie przestworu obcego
Kraju doprowadzała za każdym razem do niekończącego się wirażu, ułamkowych
Wtargnięć do komórki losu, które przesterowały dźwięki w rozszczepioną salwę
Śmiechu z tego wszystkiego, co zostało porzucone, jak kawałek rudy za płotem
Swej zmierzwionej połaci. Okulałe wierzgania chmur na grzbiecie najbliższej
Góry schodziły w przełyk i zachłyśnięcie było tylko skutkiem przepowiedni
Szybkiego zmęczenia się serpentynową trasą, jaką trzeba było pokonać aż do
Ujścia źródła tej zasysającej próżni, by stać się na krótko rozprzężonym opiłkiem
Poza imadłem stałego docisku, przypierania do zbutwiałych desek, które są
Pionowym korytem powszedniego zmarnienia. Prychający kompostownik zaćmień,
Ostrzony chłodem nóż, tysięczna podmiana niczego, wciąż tego samego pasma,
Kiedy stoimy w erupcyjnym centrum obcości, by po raz pierwszy zaznać wysiadki
Przed peronem, który oddalił się aż po horyzontalne nacięcie na przegubie kresu
Wydalenia ludzkiego ścierwa. Odpluta plwocina szybowała ponad biegunami
Utkwienia, galopowały stadne rojenia, drzazgi rozpruwały żyły i światłocieniem
Pełgały wszelkie wychylenia poza ten śnięty krąg spierzchłej dali, zawężonej po
Luk uchodzenia z osierdzia tchu. Tu i teraz skrzepło w drogowskaz wrażany pod
Powiekę, dopokąd by się więc szło, będzie to tylko ścierpłym spotkaniem w
Rozfalowanej burcie czasu, sprężeniem pustki w oczodole wieczornego szwungu,
Dzięki czemu byliśmy niedosięgli dla wszelkich ostrzeżeń, alertów o zapadaniu się
W coraz niższe dna szram pospolitego ruszenia człekokształtnych czerwi, tarasujących
Sobą dostęp do wylotowych ulic tego zastygłego miasteczka. Odcięty, znieczulony i
Zamroczony tą jasnością wyzwolenia się z pęt narzucającej się w swych roszczeniach
Mary, siedziałem wraz z wami plecami do przepływającej rzeki, przez którą brodziliśmy
Napowietrzną kładką, po jej drucianym podłożu, mając przed sobą zakole drugiej
Części tego ruchomego pastwiska, dzięki czemu odkotwiczenie pozwalało na
Bezładny dryf po spiętrzonych progiem tamy godzinach odchodzenia z niczym,
Pustym już przebiegiem tej marszruty w suchym miejscu. Warunki są zetlałą tkanką,
Nie ma żadnych przeciwwskazań, nie ma innych dookreśleń, zostają bowiem
Przypadkowe gesty i znikliwe ślady czyjejś krótkotrwałej obecności, bo na czym mam
Zawiesić to poprzeczne spadanie i jakie serie blokad przyjąć, by wytracić w sobie
Zakrzywienia torów i trajektorie przeszywających sygnałów, owych powiadomień
O coraz większej zgrzytliwości kolanowych stawów, ledwo pracujących śledzion,
Kołatań częstszych od nocy, piekących mrowień wzdłuż każdego kroku w stronę
Wysypiska zezłomowanych gwiazd. Gwiżdże się na to jeszcze bardziej niż celowało w
Dynama dawniejszych momentów początkowych strat, skoro i tak skończy się to taką
Samą kolizją z rozpędzonym z naprzeciwka murem bezwzględnych wyroków, gdyż
Nikt niczemu nie ujdzie, przedłużając jedynie swój agonalny akt o milimetry lat.
Zewłok spętleń przeradza się w chyżą pręgę samoistnego przeciążenia, rozwidlenia
Nie kończą się w miejscach ich wchodzenia pod powierzchnię danych umiejscowień,
Ponieważ steruje tym porywisty pat, na poddaszu kolejnego przywidzenia pierwszych
Chwil ciążenia do środka narastających od zarania społecznych zwad, wciągania w
Zamachowe koła krzepkich postaci przyszłych klęsk, które mimowiednie przenoszone
Są w stugębne formy samoobronnych poczynań z czyhającymi obrożami, chomątami
Dyndającymi u początku dyszla, ziejąca zgrozą pałuba zgarbionych mniemań. A teraz
Kolejny trach. A teraz wychodzenie w następne samo okrążenie. Niczego innego
Nie będziesz już miał. Oddalony i wydalony. Wyrznięty jak kłak. Toczący i stoczony.
Szwank
Sygnały wielokierunkowych zbyć samoczynnie przeszywają włókniejącą
Powłokę odbioru i rozkorzeniają się po zakamarkach próżni, wpuszczając
Swoje jadowite prątki do coraz bardziej drążonych półkul, abyś niesterownie
Już był przygważdżany do ruchomego muru tego splątania w jeden ciasny knebel
Bezdusznego trwania w odrzuceniu. Odęte postaci, skarlałe postawy, sylwetki
Wyplatane z powrozu spierzchnięć, sycące się swoją postojową przewagą,
Modelują innym ich obrotowy szwank, zgnębiając najlichszy przybór woli,
Który mógłby jeszcze tamować owe dopusty aż po krańce zwichrzenia każdej
Przyczyny, niczym niewidome lotki celowane w odmęt środka zębatej tarczy,
W powidoku grązu wszelkiego przedawnienia, by nie dopuścić do szybkich
Umknięć z tego omrocznego pola rażeń. Furkoczący spad wychylenia wytrąca z
Płaskiego odrętwienia, rozszerzając limes tego przechodzenia na coraz bardziej
Bezimienną stronę przedawniania się każdego odruchu czy dowodzenia swoich
Racji, wytwarzając samo wykluczające się napięcia w tym pionowo wrażonym
W gardło progu, dzięki któremu orientacja jest możliwym wciąż jeszcze stanem,
Decentracją narzutów podtykanych do skroni, gdyż przerywanie zacieśnianego
Okrążenia okazuje się konieczną kumulacją resztek szansy na osiągnięcie stałego
Wykroczenia poza prostopadle biegnące w dół bandy fundowanych tras takiego
Właśnie knowania. Głuche pudło pokoju. Szary ekran w rogu. Zachwaszczona
Odleżyna ciszy. Siniejące głosy na schodowej klatce. Dołożona groza zwidzeń
Zwisa jak wykuty z framugi zawias i rozsnuwa kolejne połaci czyhających
Rozstrzygnięć, uwalniając cię na chwilę, poprzez zastygnięcie swych trzpieni,
Od wioseł i prądów, zniesień i żaren, byś mógł się ich spodziewać w najmniej
Oczywistej chwili, macerowany teraz wartką pląsawicą cudzej zemsty. Rampa tego
Zbiegu tarasuje każdy uskok. Odepchnięcie wyostrza oko wiru. Szczeliniasta grań.
Z rozbicia zerwania
Wyprzedź swoje wiązki, dźgnięcia rozwidlonych ostrzy, przed nastaniem
Ostatecznego cięcia wzdłuż tchawicy zwidu, zarysowawszy na czole przejścia
Diagram kolejnego włoku pustki. Łamany mierniczym kołem ustania przestaw
Zwrotnicą pozostały w odwodzie tor w stronę niecelowego spięcia z grudą
Matrycy, by mogła okrzepnąć kropla ołowiu na jego krawędzi. W załomach
Poszczególnych przesileń są rozwłóczone trasy powolnego osuwania się na
Uwarstwione silnymi spękaniami podłoża danego końca, na których hodowane
Są wszelkie pożywki dla idących prosto przez swoje szpalery kikutów pragnień,
Owych ostańców wepchniętych w chomąta wyborów, czołgających się między
Chronicznymi zasiekami, ustawionymi przez butnych karłów, od których
Zarażają się ledwo co wyrośli z darni swoich pierwszych kroków, by napędzać
Ten turbulentny proces samozatraty w okulałym oku rosnącego w nich znijaczenia.
Doborowy dzień kolejnej klepsydry, wyrwy na pagonie śluzy, gdy nagle dowiadujemy
Się o twoim ścięciu jak płomyk z otworu palnika, leżącego w poprzek na podłodze
Obok łóżka, obłożonego martwicą od nasady chwili zejścia do momentu
Wyważenia drzwi, dzięki czemu takim cię znaleziono. Krótki hol odchodzenia.
Przeniesienie na przeciwstawny biegun tego zmarniałego pola jest tylko
Przekrzywieniem spadzistości pory, które dokonuje erodującego wgłębienia i
Odgina ostatnie ogniowo z tego pomrocznego łańcucha wskazań, wystające z nich
Kiełki jadu są powszechnym planktonem roszeń, przydawaniem sobie nieprzedawnień
W każdym zakresie rozruchu obieranej sążni celu. Grzybna mać tego i tamtego
Przepadania akumuluje wielokierunkowe poronienia wszystkiego, rozwierając
Coraz większe szczeliny w sekundniku niewidzialnego licznika, wbudowanego
Pod mózgową korą, jakby to rosnące szamotanie z ludzkim jarzmem miało zastygnąć
W poskręcanej pozie przechylenia w niebyt przetrącającej to klindze zaniku.
Wrzutnik na haki w podrzuconej kłodzie rozświetla przestój pływu. Chłodny dotyk
Klamki w plecy. Kolebiąca się postać przepada w gęstwinie podłużnych krzaków.
Z rozbicia biorą się samonośne zerwania, szybujące później nad koliskami głów
Coraz niższymi zakosami, zginając karki przeciążeniami osmotycznego reagowania
Na ataki osiwiałej biomasy, której przedstawiciele podają się za wyrazicieli danej
Karności administracyjnego ładu, tak byś wiecznie krążył w środku ich ciernistych
Piast wielkoustrojowych wymogów, podduszany wyziewami z ich próchniejących
Oczodołów, którymi odbierają każdą złożoność tylko poprzez cyfry. Osaczenia są
Szerokimi kręgami powolnego konania w przepustach poszczególnego wierzgania,
Jedynego już sposobu strącania z siebie czerni tego zawładnięcia, w końcówkach
Spiętrzonych trybów postępowania z niczym innym, pośrodku wizgów dochodzących
Coraz częściej od dołu, jakby dudnienia były już tylko echem po przebitych na wylot
Ścianach naszego wcześniejszego zatrzymania przy parapetach i piorunochronach,
W dookolnym przedzieraniu się przez meandrujące razy monotonnych momentów
Utrzymania się w pionie przechyłu, zamaskowaniu gazami nerwowych uśmiechów,
By nieustannie gubić po sobie ślad, kryjąc się w mylnym tropie. Jednorazowy nów
Zastępuje inne wejrzenia w przepastność ogołocenia, kumulują się potrzaski w
Unerwieniach, rozkłada się wewnętrzny kościec zewnętrznego wyglądu materialnego
Trwania, nadjadania korozjami ujadania przechodzą w coraz bardziej finalne fazy
Rozbratu ze smużystą stroną tkwienia w tym zawieszeniu na śmigłej belce azymutu,
Gdyż jednocześnie możemy odnosić się tylko do podobnych form niewyhamowanego
Nicestwienia i wskazywać na dowolną postać ogłuszenia tym bezlikiem braku
Jakichkolwiek szans. Za sobą mamy tylko wystrzępienia, przed sobą kolejne ugodzenia.
Sparszywiała groza. Dziobata twarz nachodzenia coraz bliżej porusza się po zwęgleniach,
Wgrzebując się jak odwłok w osocze tego rozdroża, które prowadzi w ten sam punkt zjeść,
Szczelnej komory uwięźnięcia poza innym przestworem takiego właśnie skamienienia.
Zbycia
Mieści nas tylko szary pas krętego wyładowania przechodzącego po kumulacjach
Zarzucanych zaniechań, powziętych wyborów bez celu, w tej buzującej lekkością
Aurze, kiedy wszystkie ruchome przytroczenia opadają bezwiednie na krawędzie
Wyznaczonych tras i dostaje się od tego oczopląsu, który już do końca będzie
Wyostrzał każdy szmer tej marszruty po załomach wyszarzałych przerw, długich
Przeskokach wymiotnej lawy kadrowanej poleceniami z wyziębionych ust. Kołatania
Błędnika wytracają skoblom rytm. Grawitacyjne zjawienia to tylko pojedyncze
Przeszkody, człekokształtne plamy orędujące tę wszechwładną marskość, jak
Totemiczny całun opinający każdą lotną piędź zgrudziałego prochu, gdyż spiętrzenia
Różnorako nacierających sił wtrącają w lejowaty słup, niczym zniweczenia przerastające
Każdą cętkę mgnienia, w którym wszystkie krótkie kontakty zestalają się w
Kabłąkowatą sieć wzajemnego szamotania się z namułem bliskiego przepadania.
Stąd jeszcze krótsze oznajmienia, histeryczne oskarżenia, nienawistność toczona
Kolcującym strachem przed spazmem rozliczenia, kiedy skarlały obłąkaniec
Mamrocze i odgraża się w cieniu nawisu krat. Rejwach zobaczonych lat nie obniża
Swego tempa wywlekania coraz to nowych sposobów rabowania. Żyliśmy w
Nędznym poczuciu niemego ograbienia, dryfując na zbutwiałych od zestalonego
Szlamu tratwach byle gdzie, po kwadracie zaćmienia brunatną chmurą rosnącego
Od zwiększającego się spopielania knotów nadziei na wypadnięcie z tego prostackiego
Kołowrotka codziennych manipulacji. Akcesoria zostają ujawnione. Prześwietlone
Manewry i sposoby. Obnażane wciąż pokrowce ich mniemań. Mechanika takiej
Tektoniki nie posiada analogii. Tektonicznie wszak grupuje się nam wciąż dotkliwy
Szwank, namacalny jak porowaty liszaj na gzymsie bieżącego odwidzenia, kiedy poza
Drobnymi wtargnięciami, pozwalającymi zapomnieć o tym stałym siekaniu brakiem
Dłuższej perspektywy, życiu w opiłku losu, przerabianiu każdej chrząstki woli na
Sprasowany w kostkę miał, przechodzi się przez szczękościski tego mogilnego duru,
Będąc nieustannie wabionym luksusowym stylem życia, kryjącym pochód mierniczych
Tyczek i wyglansowanych gliną szpadli. Bezruch skawalający sypką macierz
Przechodzenia w aktywny letarg ruguje wszelkie przystąpienia, zanik więzi coraz
Bardziej w pojedynczych kokonach, obie półkule mrowią drążeniami doczesnego
Skołowania, posiadania zwiotczałego pułapu przewagi, rzekomego wyprzedzenia
Skwierczącego przepadania w rozgardiaszu, jaki wytwarza coraz szersza grząskość
Tego stwardniałego kawałka codziennych przemieszczeń, kiedy punktualnie schodzą
Się, by powiększyć swój worek czasu o garść wyszabrowanych szpargałów i jednocześnie
Przenieść się w mniej zwodnicze przesilenia, na jakieś krańce, które szybko staną się
Osierdziem ich nagminnego zmarnienia. Hurgot ościennych skrzesań wypełnia ten dół
Bańkami mazi, drogi wysuszają się pylnymi nawiewami, pojawiają się tylko rozdrożne
Ustania, w najpłytszym przybliżeniu nurty giną w poszarpanych korytach i klamki
Pozostają w zdrętwiałych dłoniach, wyrwane mroźnym przeciągiem z wyważonych drzwi.
Szmelc tego przetrawienia porasta obrzeża konturowych umiejscowień, przerabiany na
Nowe łożyska kolejnych tułaczek, w tym wądole obmierzłego przychodzenia po nic,
Ubytkowania jako jedynej trwałej czynności, na bezmiernym zapadlisku, które wciąż
Rośnie poza głową, jako ciąg krzywizn wynikłych z przeładowań odczytami strat.
Znikąd pochodzący trach przewyższa ten wielopoziomowy rozłóg obieranych za pewne
Stron i szczerbi się nam każda przesłona skrywająca machinalne grążenia w kompoście
Przemienienia w siniejący powidok, jako marginalny ślad, ościsty wykrot przedawnionych
Lat. Rafy raźnych napięć okalają każdą z pomrocznych delt i szatkują uwolnione wcześniej
Cząstki z napierających gróz. Zbywaj ten przyrost kryz. Trałowanie cieni to zdwojenie dna.

