Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 1)
Gdzieś pomiędzy ciszą nieistnienia a szumem słów. Od dawna już obserwuję literackie poczynania Tomasza Hrynacza, którego twórczość stanowi fascynujący przykład poezji, balansującej na granicy ciszy i słowa, porządku i chaosu, życia i śmierci oraz zrozumienia z jednoczesnym poczuciem jakiegoś dziwnego podskórnego lęku, wzrastającego wprost proporcjonalnie do wzrostu świadomości, zarówno czytelnika tych książek, jak i samego autora. Jego wiersze, pełne nieoczywistych skojarzeń, zaskakujących metafor i niejednoznacznych obrazów, stają się przestrzenią, w której nie tylko język zyskuje nowe znaczenia, a forma zostaje wyzwolona z tradycyjnych schematów, ale także sam czytelnik podążający śladami jego tomów, ulega pewnej ewolucyjnej transformacji. Pewnemu metafizycznemu przewartościowaniu. Niczym w teorii Pierre'a Teilharda de Chardin, francuskiego jezuity, filozofa i paleontologa, który wierzył, że cały wszechświat rozwija się i ewoluuje w sposób celowy i zorganizowany. Zaczyna się od kosmicznego chaosu, z którego powstaje porządek, a ewolucja jest procesem, który prowadzi do coraz większej złożoności i świadomości. Uważał on, że wszechświat jest dynamiczny (według mnie, podobnie jak poetycki wszechświat Corto muso ), a jego rozwój nie jest przypadkowy (tak samo jak u Hrynacza), lecz podąża w kierunku pewnego celu, którym jest pełna realizacja duchowego potencjału (istota poezji Hrynacza). I kiedy wracam teraz myślami do wcześniejszych książek autora, takich jak choćby Pies gończy (FORMA 2021), Emotywny zip (FORMA 2021), czy Lallen ( Instytut Mikołowski 2024), to śmiem twierdzić, że echa teorii de Chardina jakoś pobrzmiewają w każdej z nich. Oczywiście teoria francuskiego jezuity jest tylko pewną metaforą, którą chciałbym się jakoś wspomóc, poddając się refleksji dotyczącej najnowszego tomu Tomasza Hrynacza, Corto muso (FORMA 2025), ale doszedłem do wniosku, że elementy, skądinąd bardzo ciekawej teorii, w której pojawia się coś takiego jak pojęcie noosfery jako warstwy myśli, inteligencji i świadomości, stanowiącej przestrzeń, w której idee i myśli mogą się rozwijać, a ludzka świadomość ewoluuje w kierunku coraz większej jedności i zrozumienia są - może nie na pierwszy rzut oka, ale jednak - jakoś wkomponowane w najgłębszą warstwę tej poezji. Wszakże Hrynacz jest uważany za poetę metafizycznego, a Transcendencja (celowo piszę z dużej litery) w jego poezji nie jest, li tylko prostym wyborem religijnym czy metafizycznym. To raczej przestrzeń poszukiwania odpowiedzi na pytania o istotę istnienia, o to, co pozostaje po nas i co możemy po sobie zostawić. Przecież w swoich wierszach stawia on źródłowe pytania o to, jak można wypełnić życie sensem w obliczu jego nieuchronnego końca. Jednocześnie w jego poezji znikanie, rozpad, i zacieranie się śladów życia, stają się sposobem opowiadania o tej transcendencji właśnie, a więc o tej części istnienia, która nie jest materialna, ale bez wątpienia wyczuwa się ją w słowach, w symbolach, czy w samym poetyckim obrazowaniu. W poezji Hrynacza - biorąc pod uwagę kontekst śmierci i przemijania - wyraźnie widać to właśnie ciągłe napięcie pomiędzy tym trwaniem a zanikaniem. Paradoks frazy świdnickiego poety polega jednak na tym, że przedstawia on ten proces jako coś, co nie jest ani całkowicie zakończone, ani też permanentnie obecne. Zdaje się, że bardziej chodzi o pewne cykliczne, fragmentaryczne trwanie, które wiąże życie ze śmiercią w sposób nieoczywisty i wielowymiarowy. Owo znikanie, ubywanie rzeczywistości na naszych oczach, staje się więc nie tylko definitywnym końcem, ale także, a może przede wszystkim, początkiem czegoś nowego – przejściem w inną przestrzeń, która pozostawia po sobie ślady, obrazy, pamięć. W ten oto sposób, w jego poezji cała ta tanatyczna perspektywa jest nieustannie obecna w procesie bycia, ale pozostaje jednocześnie wciąż nieuchwytna, zacierająca się i przekształcająca, co zresztą wybrzmiewa już na początku tomu: „to się zaczyna co się zacząć nie miało/ to się kończy co się skończyć miało ( [to] )”. Od samego początku więc mamy wgląd w tę dialektykę trwania i znikania, w której śmierć nie jest końcem, ale formą transformacji, nie tylko w procesie doświadczania ludzkiej egzystencji, ale też w samym języku i formie, które próbują jakoś oddać ten stan zawieszenia między tym, co już było, a tym, co nadchodzi. A co nadchodzi? Ano choćby to, co w wierszu En passant : „Zaborczy świat, wieczne rozkołysanie na planszy pomnych proroctw, w wizjerze wstecz idąca zona”. Nic więc dziwnego, że Hrynacz zdaje się twierdzić, że język nie jest wystarczający, by oddać pełnię doświadczenia. Jest on niedoskonały, ale z drugiej strony także pełen mocy, która tworzy świat pełen luki i wątpliwości. Pewnie dlatego jego zmaganie się z granicami wyrazu, z granicami języka nie jest tylko narzędziem do przedstawiania świata, bo w pewnym momencie sam język jako taki staje się w tomie przedmiotem refleksji. Bardzo wiele jego tekstów to eksperymenty lingwistyczne, które prowokują formą, łamaniem struktury i dekonstruowaniem konwencjonalnego porządku słów. Poezja staje się więc u niego miejscem, w którym to, co zrozumiałe i pewne, zostaje zburzone przez nieoczywiste zestawienia słów, różnego rodzaju neologizmów i metafor. Z pewnością to co przykuwa uwagę, powodując bliżej nieokreślony wewnętrzny dysonans w czytelniku to to, że w jego wierszach język jest często pozbawiony jednoznacznych definicji, a znaczenie słów zmienia się w zależności od kontekstu. W ten oto sposób poeta w osobie Hrynacza prowadzi grę z czytelnikiem. Zmusza go do szukania sensu - niejako na własną rękę - w tym, co pozornie jest nieuchwytne i niejasne. Zatem wprowadzenie tych wszystkich lingwistycznych eksperymentów jawi się jako droga ku wyjściu poza ograniczenia tradycyjnej semantyki i umożliwia tworzenie się nowych, wieloznacznych przestrzeni. Koniec końców to, co w kontekście tradycyjnego języka wydaje się być jasne i klarowne, w jego poezji staje się niestabilne. Rozczłonkowane. Słowa zaś rozsypują się, zacierają w sensach. Nie dają się łatwo określić, doprecyzować, przez co zaczynają pełnić rolę zaproszenia do odkrywania tego, co nieoczywiste. Poezja Hrynacza staje się w ten sposób narzędziem, które nie tyle komunikuje gotowe prawdy, co zmusza nas do wchodzenia w przestrzeń zawieszenia i niedopowiedzenia. A to cholernie trudne jest, bo w najmniej odpowiednim momencie lektury pojawia się poczucie, że tradycyjny język nie jest w stanie uchwycić całości doświadczenia. Na szczęście z pomocą przychodzi semantyczne koło ratunkowe Hrynacza, który wprowadza do swojego słownictwa nowe konstrukcje, słowa wyjęte z kontekstu, które wymuszają na czytelniku konieczność przedefiniowania pojęć, które dotychczas wydawały się oczywiste. Tworzenie nowych słów i łamanie istniejących schematów językowych jest w tym przypadku sposobem na uzyskanie dostępu do rzeczywistości, która nie jest dosłownie wyrażalna. Poetyka Hrynacza pełna tych wszystkich lingwistycznych eksperymentów, ukazuje także istotną cechę jego twórczości, z którą niejeden czytelnik pewnie będzie miał trudność – niejednoznaczność. Chaos językowy w jego wierszach, który na początku może wywoływać pewne trudności nie jest przypadkowym zabiegiem, ale świadomą metodą, która pozwala na odzwierciedlenie stanu świata i egzystencji jako całości. Co prawda język w jego poezji jest nieuporządkowany, pełen sprzeczności i niedopowiedzeń, co de facto konstytuuje filozofię życia w niepewności i chaosie, jak to ma miejsce w przypadku podmiotu lirycznego w Corto muso. Ale… No właśnie! Jest jedno ale...Ten tworzony z premedytacją przez Hrynacza chaos jest punktem wyjścia do głębszej refleksji i ponad wszelką wątpliwość stanowi pole, na którym może pojawić się nowe znaczenie. Nowe przeczucie. Nowa myśl. Nowa idea. Krótko mówiąc, wspominane już pobrzmiewające w jego poezji echo teorii de Chardina. Natomiast to co jest wielką siłą wierszy świdnickiego poety i to co mnie najbardziej przekonuje, powodując, że ciągle do niego wracam to to, że Hrynacz nie szuka definitywnych, ostatecznych odpowiedzi, ale pokazuje, że proces poszukiwania sensu w perspektywie egzystencjalnej czy metafizycznej oraz zmaganie się z granicami języka to centralne tematy ludzkiego istnienia. Śmierć i życie tworzą przestrzeń, w której każdy z nas może próbować odnaleźć swoje miejsce, na nowo konfrontując się z pytaniem o to, co tak naprawdę oznacza istnieć? Tomasz Hrynacz, Corto muso , FORMA, Szczecin 2025, str. 74. Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu) ,. Następnie wydał Dychotomię (2020), Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował wiersze w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się w "ArtPapierze" i "Nowym Kozirynku". Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .
- Tomasz Hrynacz – pięć wierszy
Zmierzcha Akrylowa krew Akrylowe niebo Akrylowy skrzek Powtórz Do składu Wystarczy haust Haptyka starczego lata Chudy bilon w fontannie ku ozdobie. Mówią, że na powrót. Chwilowo tak zostań. Chwilowo tutaj pobądź. Po latach z litości przyśni się lunapark, crossfit i cukrowa chmurka na patyku. Niebo jak płuco, i to ukłucie, różana duszyczko. Tweet Kres dnia, wyszparuj. Błyszcz mrozu, odprowadź. Zrost ran, przesmaruj. Impet śnieżycy, pożegnaj. Bezlik opadu, odnotuj. Żerdź migu, przekopiuj. Samopas żaru, uwolnij. Rys nocy, przywitaj. Zygzak blizn, zamaluj. Zapałka, draska, dwa kije Podpalasz? Popalam. Nastały czasy na pobożne życzenia. Co co kto co pod co smartfon co urodzajne ziemie co ochędóstwo co karta debetowa co Lidl co pokrewieństwo co śmierć ( do końca rzecz po rzeczy rzecz do rzeczy ) połączenie jest niestabilne fot. Katarzyna Hrynacz Tomasz Hrynacz (ur. w 1971 r.) – autor tomów wierszy: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych (1999), Rebelia (2001), Enzym (2004), Dni widzenia (2005), Praski raj (2009), Prędka przędza (2010), Przedmowa do 5 smaków (2013), Noc czerwi (2016), Dobór dóbr (2019), Pies gończy (2021), Emotywny zip (2021), Lallen (2023), Corto muso (2025). Tłumaczony na język angielski, bośniacki, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niemiecki, serbski, słowacki, rosyjski, rumuński i ukraiński. Mieszka w Świdnicy Śląskiej.
- Sonia Pohl – Kret
Procedura zachowania Idealnej Linii Zieleni i ratowania godności Obywatela Drugiego Progu Podatkowego, Posiadacza Wspaniałego Trawnika (w skrócie PWT). Czerwiec. Kraj zmaga się z upałami. W miastach zakazano napełniania basenów, co spotyka się z niezadowoleniem tych, którzy za ciężko zaciągnięte kredyty wybudowali sobie podmiejskie wille w czasach, gdy metr ziemi kosztował tyle, co worek ziemniaków. Ograniczenie zużycia wody bezsprzecznie narusza bowiem podstawowe prawo do kąpieli we własnym ogrodzie oraz podważa przywilej posiadania cudownie zielonego trawnika. Ale jak cierpieć, to równo. Co „porządniejsi” mieszkańcy podmiejskich osiedli nasłuchują więc szumu wody, sprawdzając, czy basen sąsiada nie napełnia się przypadkiem zakazaną cieczą lub czy nie słychać syczenia węży ogrodowych. Jeżeli zaś padnie podejrzenie, natychmiast wykonują telefon do straży miejskiej. Jak można się domyślić, straż ma pełne ręce roboty. Brak dostępu do prywatnego kąpieliska nie jest jedyną kwestią spędzającą klimatyzowany sen z powiek Obywatela Drugiego Progu. Martwi się on przede wszystkim o swój trawnik, a dokładniej o zachowanie Idealnej Linii Zieleni na swojej posesji. O taką Polskę przecież walczył – równą, dobrze napowietrzoną i zieloną jak okiem sięgnąć, to znaczy do ogrodzenia obsadzonego murem tuj, ponieważ uznanym standardem jest osłonięcie Wspaniałego Trawnika gęstym, wysokim na przynajmniej półtora metra murem iglaków, który osłania przed niechcianym wzrokiem sąsiada. Tuje bez wody sobie poradzą. Trawnik może tego nie przeżyć. Posiadacz Wspaniałego Trawnika, w skrócie PWT, budzi się w środku nocy i nerwowo przelicza, ile rolek trawnika musiałby zamówić, żeby zakryć ubytki i w panice wysyła wiadomość do księgowej z zapytaniem, czy można wliczyć to w koszty. Nie, to nie byłoby jeszcze najgorsze. Dałoby się z tego wybrnąć. Ale PWT czuje, że coś nadciąga, że jego spokój jest zagrożony przez siły zupełnie od niego niezależne, które trudno mu kontrolować, a czego nie może znieść najbardziej, to własna bezsilność i przeciwnik, którego nie widać. Z tegoż względu największym wrogiem każdego Posiadacza Wspaniałego Trawnika jest kret. Przy najlepszym napowietrzeniu ziemi krety budują korytarze podziemne w tempie 13m/h, a to oznacza, że w ciągu dnia mogą usypać nawet siedemdziesiąt kopców i to zaledwie w celach naprawczych, w wyniku uzdatniania podziemnych nor i tuneli. Pierwszorzędne nawodnienie ogrodu Posiadacza Wspaniałego Trawnika, w skrócie PWT, który ukradkiem łamie zakaz i podlewa trawnik nocą sprawia, że w okresie suszy jego murawa staje się atrakcyjnym żerowiskiem. Krety, nieodporne na wysokie temperatury, szukają wilgotnych terenów, gdyż trudniej im przekopać suchą, zbitą grudę ziemi niż chłodne mokradła. Wszelkie zabezpieczenia, to znaczy biologiczne strachy w postaci krzewów bazylii lub kęp aksamitek, repelenty wlewane bezpośrednio do kopców, urządzenia wydające piski, a nawet bardzo kosztowne siatki podziemne, które Posiadacz Wspaniałego Trawnika zainstalował w celach obronnych zostają sforsowane i nie sprawdzają się przy masowym najeździe kreta. Dzieje się więc to, czego PWT obawia się bardziej niż suszy – szkodnik powraca, a to oznacza koniec Idealnej Linii Zieleni. Sfrustrowany PWT jest zmuszony podjąć ważką decyzję, która może łączyć się z prawnymi konsekwencjami i społecznym ostracyzmem. Wreszcie, rozważywszy swoje szanse i wysokie prawdopodobieństwo zatajenia całej sprawy, po cichu wypowiada wojnę kretom. Z półki nad łóżkiem ściąga poczytną w korpusach amerykańskiej armii "Sztukę Wojny" Sun Tzu, aby przypomnieć sobie metodę na zwycięstwo. Przed przystąpieniem do bitwy – czyta – należy rozważyć wszelkie okoliczności i dobrać odpowiednią strategię . PWT rozważa "taktykę na chemika", ale szybko dochodzi do wniosku, że w trakcie suszy będzie nieskuteczna, bo spragniona cieczy ziemia pochłonie większość środka kretobójczego. Blitzkrieg’u więc nie będzie. Tu potrzeba cierpliwości. Należy w tym miejscu wspomnieć, o czym PWT wie doskonale, że kret europejski (talpa europaea) jest objęty częściową ochroną, co oznacza, że umyślne zabijanie, okaleczanie, chwytanie, a także niszczenie siedlisk, gniazd i uniemożliwianie dostępu do schronień tego stworzenia jest zakazane i grozi karą grzywny lub, w skrajnych przypadkach (jak dotąd nieodnotowanych), nawet aresztem. Doprowadzony do skraju wytrzymałości PWT stwierdza jednak, że okoliczności są nadzwyczajne, a sytuacja wymaga drastycznych środków. Podparty na duchu myślą, że brak poszlak wyklucza udowodnienie zbrodni, bierze sprawy w swoje ręce. Jest piąta rano. Dzwoni budzik. PWT wstaje i parzy kawę. Jest opanowany, a jego ruchy płynne. Przelewa kawę do filiżanki i w klapkach oraz szlafroku wychodzi na taras, aby ocenić straty w ogrodzie. Kawa paruje. O 5:10 temperatura wciąż pozwala na racjonalną analizę sytuacji. PWT codziennie wieczorem przydeptuje klapkiem i oznacza stare kopce, żeby rano dopatrzyć się świeżych hałd ziemi. PWT, a raczej ex-PWT wpatruje się teraz w Niedoskonałą Linię Zieleni i szuka nowego kretowiska. Odstawia filiżankę. Znalazł. Schodzi z podestu, schyla się (musi ugiąć nogi), by z czułością pogłaskać zielone źdźbła. Szlafrok rozchyla się, spomiędzy materiału na chwilunię wyłażą szare, wżynające się w pachwinę slipki i kawałek owłosionego pępka. Prostuje plecy, poprawia klapki i przemierza trawnik, kierując się w stronę świeżego kopca. O 5:15 poranna mgła jeszcze nie opada, ale eks-PWT uważa, że ostrożności nigdy dość. Podejmuje działania od razu. Swoją broń ukrył między tujami. Wygrzebuje ją właśnie z miejsca, w którym ją schował. Rękaw szlafroka pokrywa się mleczną pajęczyną. Wraz z łopatą opieszale pociąga nogami, by dowlec się do Ostatecznego Celu Swojej Wędrówki, to znaczy staje z łopatą nad Nową Bazą Wroga. Podwija rękawy. Chwyta łopatę oburącz. Podnosi ramiona. Nasłuchuje. Kto się zawczasu stawi na pole bitwy, ten może spokojnie czekać na wroga; a kto się zjawi poniewczasie i będzie zmuszony do pośpiechu, ten się tylko zmęczy. Tak więc dobry wojskowy komenderuje wrogiem i nie daje mu się wodzić za nos . )* Dochodzi wpół do szóstej. Sąsiad wyprowadzi psa dopiero za jakieś czterdzieści minut, a garaż po prawej otworzy się za niecałe pół godziny. Ma jeszcze dużo czasu. Mgła opada, zaczyna robić się cieplej. Mięśnie są napięte. Eks-PWT rozważa, czy powinien zrezygnować z bawełnianej froty, ale to by oznaczało, że na moment straci czujność. Szacuje ryzyko. Po kolejnej minucie decyduje się zrzucić odzienie i zostaje tak, jak go namalowała współczesna cywilizacja – w szarych slipkach opinających owłosione krocze i japonkach z miękkiej gumy. Kropelki potu spływają mu po czole, opierają się o brwi. Ramiona zaczynają się lekko trząść. Eks-PWT przywołuje na myśl swój niegdyś piękny trawnik, co motywuje go do utrzymania pozycji. Naraz słyszy szmer w ziemi. Poziom adrenaliny skacze, ramiona unoszą się, mięśnie napinają. Ex-PWT bierze zamach dokładnie w momencie, gdy na jego stopy wysypuje się grudka ziemi. Napiera całym ciałem na łopatę i wbija ją w kopiec. Słychać cichy pisk. Oto Dzień Zwycięstwa. Podnosi z trawy szlafrok, nakłada go na siebie, z kieszeni wyjmuje pojemnik z workami na odchody psa i odrywa sztukę. Przez chwilę rozważa, czy nie powinien zostawić kreta w dole jako przestroga dla reszty kreciej rodziny, ale nie jest przecież barbarzyńcą. Z grymasem wyławia truchło z kretowiska, trzymając go przez reklamówkę. W drodze powrotnej na taras obmywa łopatę odrobiną wody (pod niskim ciśnieniem, żeby sąsiad nie usłyszał), a zwłoki kreta wyrzuca (wciąż w woreczku, no bez przesady) do pojemnika na odpady biodegradowalne. Zasypuje go kilkoma chwastami. Na szczęście wywóz śmieci jest jutro, w kuble nie zdąży porządnie zaśmierdzieć. )* cytat z „Sztuki Wojny” autorstwa Sun Tzu, a w zasadzie kopiuj-wklej z Wikicytatów, do których PWT zajrzał, nie mając czasu na lekturę całości. Sonia Pohl – absolwentka prawa. Współautorka książki Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii. Debiutowała na łamach "Tygodnika Powszechnego" reportażem Lato bez domu. Publikowała w "Odrze", "Kontencie" i "Stronie Czynnej". Wyróżniona w ramach Szkoły Pisania Powieści KMLU 2022/23. Członkini kolektywu pisarskiego Sfinga Girls . Mieszka w Krakowie. Regularnie bywa nad morzem.
- Hubert Czarnocki – pięć wierszy
Czy Skarpety, zęby, krojenie, zarabianie, powracanie, kupowanie, podgrzewanie, odpoczywanie, spłukiwanie, skarpety, zęby, że włożyć, że szybko, że chleb, że przeżyć, że taka kolej, że podtrzymać, że odetchnąć, że ulga, że zdjąć, że wypluć, że co znowu, że po co, że jak długo tak, że to boli, że to uwiera, że to głupie, że czy jest coś więcej, że czy jest coś, że czy jest, że czy, rzeczy, rzeczy? Nie, to niemożliwe. Skreśl ostatni wyraz, a nawet dwa. *** Jan wyszedł tylko na chwilę. Chciał załatwić jedną sprawę. Ale już nigdy nie wrócił. Śliska nawierzchnia, zbyt duża prędkość. Na pogrzebie wyrywały się ludziom pytania w niebo. Ale niebo milczało. Milczały lasy, milczały rzeki, milczały jeziora. Mówił tylko Bóg, a właściwie szeptał. Ale ten szept rozumiał tylko Jan. Wszyscy inni myśleli, że to wieje wiatr. *** Nawet jego pokój był urządzony tak, żeby żył jakby w przelocie. Jak dotąd nigdzie się na dłużej nie zagnieździł. Czasem przysiadał na ławce, na murze. Przemykał między wami z oddechem przemyconym za pazuchą. Był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej barw, dźwięków, zapachów? Nie. Był po to, żeby przełamać się sobą z kimś kto obok. *** We mnie od wschodu do zachodu wojna. Pędzę w niewidzialnym pociągu każdego dnia, mimo że nigdy do niego nie wsiadałem i nie kupowałem biletu. Nie ruszając się z miejsca wyruszam w dalekie podróże. Fotografuję własne podpalone dłonie, żeby ich nie zapomnieć. Rozpaczliwie zawracam dymiące się statki płynące z nurtem rzeki. Mocuję się z mechanizmem, który uparcie przewija ten film do przodu. Wspominam dzień, w którym ostatni raz bawiłem się w chowanego. Co stało się później nie wiem. Pisanie, zatrzymywanie Prześwietlone zdjęcia, kulawe zapiski, udane i nieudane role. To cała reszta. I jest ona o tyle o ile. O ile służy podtrzymywaniu, podszeptywaniu, podprowadzaniu, podświetlaniu. Miłości. Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę na KUL-u i Akademię Fotografii. Wiersze publikował m.in . w ,,Toposie”, ,,artPapierze”, ,,Kresach”, ,,Portrecie”, ,,Cogito”, ,,Czasie Literatury”, ,,Perspektywach”, ,,Dwutygodniku”, ,,Arkadii”, "Frazie”, ,,Helikopterze”, ,,Migotaniach”, ,,Wyspie”, ,,Elewatorze”, ,,Odrze”. Autor e-booka Jasność (2008) oraz tomów Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018).
- David Caño – cztery wiersze
Bejrut Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj, wśród czerwieni i zapachów, z dala od liryki, z kolanami ściekającymi na brudną ziemię, z uderzeniami o mur, z Daily Express , pod naporem ataków. Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj, w tym bunkrze-pożeraczu, pochłaniając lęk nagim ciałem, makabryczny taniec życia, które nam ciąży, i mamy gdzieś bombardowanie, i krew w morzu, i pierdoloną AIDS. Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj: poezja może płakać, jeśli będzie chcieć. Przedmiejski Wziąłbym cię za rękę, ukoił twój oddech, osłodził morfinę, wszystko, by temu zapobiec, żeby zdusić twoje niekończące się „nigdy już nie wrócę”, z tymi wszystkimi głosikami wciąż brzmiącymi w mojej głowie, aż po drżenie, wszędzie, wokół, każdej nocy. I byle tylko okaleczyć ból, przegnać szaleństwo. Pomiędzy Safoną a Germainem Bretonem Piszę do ciebie z naszych pogryzionych warg, aż po rozdarcie, z niepowstrzymanego języka bękarta, wyplutego na język, który go przyjmuje. Rozpruta wściekłość, amputuję wszystkie litery twojego imienia i planuję zamachy, bombardowania, maski gazowe, które oddzielą nas, z dziećmi-zbawicielami skaczącymi z najwyższych budynków i z ogniem twoich kochanek burzącym, jeden po drugim, wszystkie kościoły Rzymu. Mogłaś mnie zabić i w ten sposób spełnić pierwsze z wszystkich przeczuć. Tyle fatalności mogło nas tylko pchnąć do rozpaczy, do obłędu… Ale ty nie jesteś Nadją, tylko boginią getta, i uśmiechasz się, gdy chwast uciska ci serce, a kotka ozdabia rów przy przedmieściu. Cała jesteś porzuceniem. Upalnym powietrzem. Suchą krwią. Majakiem i pożądaniem. Czystym rozkładem. *** Barcelona to miasto najniebezpieczniejsze! Francisco Casavella Barcelona to ty - tak, jak seks jest nocą, strachem, naszym pragnieniem, niepokojem i plastikiem - wszędzie, papierami, kwasem na języku. Ssiesz mnie, a ja cię połykam, świta. Łysa Góra, Montjuïc przegląda się w morzu, strzykawki pod stopami, światełka... To resztki miasta w płomieniach, na niebie: BŁYSKI. Wszystko wraca, wszystko. Ciemność z oddali mnie woła, ale ty jesteś tutaj: Czego chcesz? Kto mówi? Nie wiem, kim jesteś, rajstopy są już zsunięte, one jęczą. Przyszłość nie istnieje. Zapomnienie to matka. Ni fabryka, ani latarnia. Dotykam twojego tatuażu, nie dowierzając, niepewny - pocę się i przywieram do ciebie. Ale ty, ty tylko podciągasz majtki, odchodzisz. przełożył Krzysztof Katkowski David Caño (ur. 1980) – poeta, muzyk, działacz partii Candidatura d'Unitat Popular (CUP), łączącej tradycje marksistowskie i niepodległościowe w Katalonii. Opublikował osiem tomów poezji i wystąpił na setkach recitalów na całym obszarze Katalonii.
- Jorge Dioni López – trzy wiersze
Miasto innego Widzę rany i pęknięcia, ptaki i meduzy, drzwi i schody, szczeliny i mrówki. Przestrzenie, w których istnieje przyjemność innego, szczęście innego, miłość innego, ból innego. Tworzę mapę własnymi krokami i odnajduję wszystkich, którymi nie byłem zanim zostałem zauważony, przestrzenie, w których byłem, nie wiedząc, że jestem. To to, to jest właśnie to. Jak psy Zostawiamy swój ślad w mieście, gramatykę mrówek, niebo meduz, konstelację szczyn, którą tylko my potrafimy dostrzec kiedy zapada noc. Zoom Z jakiej odległości rozpuszcza się zaimek? Z jakiej odległości znika ciało i skóra staje się piaskiem, pustynią i labiryntem? Z jakiej odległości ciała przestają do nas należeć? Czy istnieje jednostka miary, wskaźnik rozpuszczania się „ja”? Kiedy się zbliżasz, przestaję być rozpoznawalny. Szczegół przestaje być częścią całości. Jakich ran nie znam, jakiej chwili zapomniałem? Czyja to skóra?, kim jestem?, kim byłem wcześniej?, czy nadal nim jestem?, a teraz?, a teraz?, a teraz? przełożył Krzysztof Katkowski fot. Berta Delgado Jorge Dioni López (ur. 1974) – ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie, a jego kariera zawodowa obejmuje pracę w gazetach, radiu, czasopismach oraz w komunikacji instytucjonalnej. Pracował również jako korektor i redaktor.
- Weronika Romańska – Wytrzymałość
Jaskrawy upał wchłania letnie popołudnie i tnie policzki strużkami przykurzonego potu. Turystyczny rynek upycha coraz więcej krzykliwych ludzi pomiędzy kamienicami zabytkowych uliczek. Któregoś dnia parujący żarem i ilością kroków bruk zapadnie się, a ci sami ludzie przecierający się teraz z goframi użyją papierowych tacek i wzbiją się w powietrze, jak na paralotni, aby odlecieć do nieba. Każda wytrzymałość ma swoje granice. Ma ją to miasto zgubione w bezsensie. W pół drogi do sklepu to, co nie przylgnęło mokre z mojej koszuli, zostało przyklepane do skóry przez ludzi szturchających mnie z każdym krokiem. Jakiś mężczyzna, który swojej koszuli nie miał, nadepnął mi na mały palec. Podejrzewam pęknięcie kości, ale jeśli teraz schylę się, lub kucnę aby go obejrzeć, może stać się coś o wiele gorszego. Będąc już w sklepie od razu ustawiam się w kolejce. Przede mną jakieś dwanaście osób. Nie jest najgorzej. Za mną jakaś kobieta krzyczy do ekspedientki: - Przepraszam, czy mnie też obowiązuje kolejka, bo ja jestem z Warszawy. O ja pierdolę. Myślę, że gdyby ta pani przyjechała z Ciechocinka, to już co innego i być może. Ból małego palca zaczyna promieniować, rozchodzi się aż do łydki. Nie osiadł jeszcze na języku, ale niedługo może. Kupuję kilka paczek papierosów, zapalniczkę i wychodzę. Przez chwilę rozmyślam nad grzechem sprzedawczyni, bo jaką zbrodnię trzeba było popełnić, żeby w ramach zadośćuczynienia pracować w tym miejscu. Z zamyślenia wyrywa mnie głos z dobiegający z poziomu chodnika, zerkam, widzę znajomą twarz: - Popilnujesz mi chwilę rzeczy? Nie chcę z tym iść do sklepu. Wskazuje dłonią zalaminowaną kartkę z napisem "zbieram na piwo", wytarty i znoszony ortalionowy plecak i jakąś bluzę pewnie trzymaną na wypadek, gdyby wieczór okazał się chłodniejszy. - Popilnuję, ale jak cię znam to nie będzie chwila. Jak ty tu wytrzymujesz? – zagaduję, jednocześnie widząc, że zwracam się do człowieka który już jakiś czas temu niczego nie wytrzymał. - Jakoś – odpowiada. - Kurczę zapomniałam czegoś do picia, a mam tylko kartę i nie chcę już tam wracać. - mówię bardziej do siebie, niż niego. - To nic. Ja ci kupię. Patrz ile dzisiaj zarobiłem. - wyjmuje z kieszeni pomięte banknoty przemieszane z drobnymi. Ich liczba podzielona przez godziny, które tu spędził jest dość imponująca. - Co chcesz? - Colę. Po czym ginie za drzwiami, a ja siadam na wysokim parapecie sklepu na jego miejscu. Palec piecze mnie, gdy próbuję nim poruszać, więc ściągam buta. Nie wygląda źle, jest tylko trochę opuchnięty. - Dzień dobry! Dziś ma pani wolne i odpoczywa? Podnoszę głowę pod światło i próbuję poznać, kto do mnie mówi. Przez jaskrawe promienie przedzierają się twarze małżeństwa, które wczoraj meldowałam w hotelu. pamiętam, bo zapach jej perfum wypełnił całą recepcję. - Dzień dobry. Tak odpoczywam. - odpowiadam, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Nie widzę również potrzeby, aby w tej aranżacji i podczas dnia wolnego dłużej niż trzeba ten dialog ciągnąć. Chyba jakiekolwiek tłumaczenia w jednym bucie i w obecności ładnie wydrukowanej kartki nie mają sensu. Ze sklepu wychodzi właściciel bagażu z dodatkową ciężką siatkę najtańszego piwa. Wolną ręką wyciąga z torby puszkę i mi podaje. - Trzymaj – mówi i bez słowa siada obok mnie. Wyciąga pozostałą zawartość torby, ustawia kilka puszek koło swoich nóg oraz odwróconego kaszkietu do którego przechodnie wrzucają mu pieniądze. - Dzięki – odpowiadam bez namysłu. – Widzisz, gdybyś przestał pić, to byś sobie coś odłożył, ubrania kupił, dziewczynę znalazł. – Nie chcę się pakować w aż takie bagno. – O, kurwa. Przez chwilę oboje milczymy. Wybił mnie z rytmu gadania. Po chwili jednak dodaję: – Zawsze to zdrowiej – sama śmieję się z tego, co powiedziałam. On też. - Słuchaj czy ja mogłabym spróbować napić się łyka? - pokazuję mu dłonią piwo stojące na chodniku. - Pewnie. Zawsze wystawiam je dla tych którzy dziś nic nie zarobili – otwiera mi puszkę. Próbuję, lekki smak spirytusu i chmielu rozchodzi się w rozpalonej buzi. Smakuje okropnie, ale w ogóle mi to dziś nie przeszkadza. Rozmawiamy o teorii Kanta nie przytaczając jego nazwiska, a ilość wypitego piwa przewyższa możliwości mojego pęcherza. - Gdzie sikacie? - pytam. - Właściwie, to wszędzie ale tobie może być ciężej. - No ja niestety mam pewne ograniczenia. - próbuję wstać, ale trunek zmieszany ze słońcem przeważa mnie ze strony lewej na prawą i siadam z powrotem. – A teraz to już jest bezwzględna siła grawitacji i Kantowi nic do tego. Dzwoni telefon. Wyciągam i czytam rozmazany napis Szef dzwoni . Odbieram: - Słucham? - Czy ty może potrzebujesz jakiejś zaliczki? Nasi goście mówią, że zbierasz pieniądze pod sklepem. Patrzę na ilość piw, które stoją wokół na chodniku, jest ich chyba z dziesięć, włączając te, które są w torbie. W każdej kieszeni upchałam po paczce papierosów, więc odpowiadam: - Nie potrzebuję. - A wszystko dobrze? - pyta rozbawiony. Przez tłum widzę niebiesko-żółte światła zbliżającego się radiowozu. - No, może będę potrzebować więcej wolnego - mówię. - Ile? - Czterdzieści osiem godzin. Weronika Romańska (ur. 1987) –debiutancki tom jej wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.
- Bogdan Nowicki – Glosy do Franza Kafki
1. Pan doktor Franz Kafka wcale nie jest takim smutasem, jak go opisują. Wczoraj bawiliśmy się w kotka i myszkę. Przyciskałam go do podłogi lakierowanym pantofelkiem, a on wołał: „Mocniej, mocniej, Józefinko!”. Z samego rana ma kompleks krótkości, więc zaraz po sadzonym jajku, naciągam go na stolarskim stole – aż piszczy z rozkoszy, gdy napinając do oporu grube sznury, udaje mi się wydłużyć go o parę centymetrów. Lubi też młotek i dłuto, na sam ich widok podskakuje z radością, jak piesek na widok kości; na spacerze pukam go w melonik, wtedy pobrzękuje kruchymi ząbkami i ma wytrzeszcz oczu. Kiedy urządzamy bal gałganiarzy, udaje adoratora mysiej dziury, a ja czeszę drucianą miotełką jego czarny frak wstydem, skuteczniej niż nóż rzezaka. 2. Matka pana Franza Kafki zwierzyła się pewnego zimowego wieczoru służącej, że jej syn wyrażał się oniemieniem rzeczy niezahaczonych o nic. Pomiędzy głowami matki i dziecka myśl nie miała się w co wtulić. Ciało bolało, nie znikało. I jeszcze coś więcej. Wrzeszczała przy porodzie: „Ciągnij to za czuprynę, przez zakleszczone wargi, aż wypchniesz!”. 3. Pan Franz Kafka medytuje w altanie w kształcie chińskiej pagody: Kwiat jest piękny, ale piękno samo w sobie jest zaledwie abstrakcją. Umrzyk ma większe doświadczenie niż jego poprzednik. Komary wpuszczają jad do żył. Krzak gorejący ma postać pyłu. Ból między łopatkami. Blaga czy kulka kwitnącej myśli w krwioobiegu. 4. Pan Franz Kafka słyszy jak pod zaryglowane sklepy podjeżdżają wozy z towarem, koła zaryte w śniegowym błocie długo buksują. W czasie wojny słucha pieśni Mahlera, z akompaniamentem mundurowych komunikatów. Chloruje wodę, wypija buteleczki z ciemnofioletowym jodem. Po ostatnim liście do Felicji kupił dużą igłę do cerowania, tak zwaną „groszówkę”, żeby obdziergać zielonym ściegiem kikuty ogołoconych drzew. 5. Zima leży w obierkach. Synoptycy od dawna zapowiadali odwilż. Z mapą pogody nie można dojść do miejsc zapiętych na ostatnią agrafkę. Mieszkania wchłaniają siwe włosy brzydko wyglądających staruszek. W suterenach czuć woń mokrego tynku. Okna nadymają policzki – szyby zaraz pękną. Dymi podwórze z pałąkiem trzepaku. Kondukt żałobny wychodzi ze zmurszałej sieni. Z rynny zwisa sopel porośnięty zgniłym mchem. Pan Franz Kafka w drodze do zamtuza rozmawia z synem handlarza ryb. Zamawia jesiotra. Chwilę patrzy na gumowe rękawice zrudziałego młodzieńca. - Niech będą dwa – mówi, myśląc o swoim ojcu jak o kleszczu. 6. Pan Franz Kafka słuchając śpiewu syren boi się: obcinania paznokci, mszaków w dolinie pąków, pustej duszy papieru, zaspy chleba, opornych liter abecadła, wizji w muskułach oczu, ruchomej głowy sowy, gnijących sandałów, bzików jawy, spleśniałego włosia pędzla, ciasnego węzła krawatu pod szyją, szczeliny w inicjale K., tafli aury na mszarach, gęsiej skórki drzwi, pryszczów na nosie, fatalności złamanego widelca, zatłuszczonej ceraty, skroplonego z obłoków tlenu, lepkich tapicerek, kłaków w odmętach umywalki, gazy chwastów w głoskach, woni naftaliny w oderwanych guzikach. 7. Żył skromnie, zupełnie płasko i umarł na tuberkulozę. Zaskoczył jednak prażan jego pogrzeb, choć oszczędny, a nawet w zgodzie z charakterem rodziny skąpy – zgromadził tłumy. To one wołały przez łzy: „Kafka! Kafka! Kafka!”. Bo to był w dechę gość i tak wiele zrobił dla urzędu. Bogdan Nowicki o sobie: Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu, jeżyn i malin. Wiejski pejzaż odbija się echem w mojej twórczości, przefiltrowane przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett i inni). Poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego to źródła mojej inspiracji i początki pytań o tożsamość, sens istnienia, stosunek do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Wiersze, prozę i eseje publikowałem w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.
- Błażej Łukaszewicz – Manhattan
Lekkie strumienie deszczu przecinały gęste, popołudniowe powietrze, gdy próbowałem wpatrywać się za horyzont. Oczywiście nic tam nie widziałem, poza składającym się lekko do snu słońcem. Stałem na dachu brutalistycznego bloku na obrzeżach miasta, a w duszy poczułem smutek. Początkowo nikt, włącznie ze mną, nie wiedział, co wywołuje to uczucie, które pojawiało się średnio trzy razy dziennie, ale po pewnym czasie zacząłem docierać do jego źródeł. Stałem się nico bardziej świadomym męczennikiem, przygarbionym, niemrawym męczennikiem na miarę podobnego świata. Mogłem wtedy śmiało powiedzieć, że poddałem się kompletnie, ale wciąż jeszcze nie wiedziałem, co mam z tym zrobić. Matka zawsze powtarzała, że nie mogę się poddać i chyba ta idea trzymała mnie jeszcze na powierzchni. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy, pomyślałem w jednej chwili, a w kolejnej wróciłem do swojego przeżywania tej jedynej, utraconej. – Chodź, zabiorę cię na kawę. – powiedział gość w przydużym szlafroku, który uchodził za zdolnego, choć leniwego, reżysera. – Przestaniesz w końcu o tym myśleć. Odpowiedziałem mu tylko, że nie chcę ani kawy, ani przestawać o tym myśleć. – W końcu będziesz musiał przestać, inaczej zamieni się to w farsę. Albo i gorzej: w operę buffę, a ja nie zdzierżę twojego chłopięcego sopranu. To wypowiedziawszy, był dumny ze swojego elokwentnego obrażenia mnie. Po chwili spochmurniał, bo nie próbowałem odbić tej piłeczki i dalej wpatrywałem się w horyzont, za którym już prawie nie było widać słońca. Pomyślałem, że to nastąpiło strasznie szybko i zachciało mi się po drugiej stronie dachu czekać na wschód, ale lekko zgłodniałem i przystałem na propozycję Andrea, jak go nazywano dzięki ciemniejszej karnacji i zamiłowaniu do mocnej czarnej kawy. Nawet nie znałem wtedy jego prawdziwego imienia i nie wydawało mi się to w żaden sposób dziwne. Na chwilę zapomniałem o Władysławie, której imię początkowo mnie zachwycało, ale potem i jakiegoś powodu zaczęło irytować, ale gdy tylko zszedłem z dachu i poczułem mocny zapach spalin i hałas miasta, wspomnienia wróciły. Poznaliśmy się, zdaje się, na jednej z tych dużych imprez, na których znasz wszystkich i nikogo, na których każdy jest twoim przyjacielem, ale tylko do kolejnego poranka, potem o tobie zapominają specjalnie lub przypadkowo. Ja od zawsze wolałem, żeby ludzie starali się mnie zapomnieć o własnych siłach, bo w podświadomości jakiś obraz mnie im pozostawał i przy kolejnej okazji zabawnie było patrzeć na ich twarzy, gdy mówiłem magiczne słowa „poznaliśmy się kiedyś” i wszystkie ich próby wyrzucenia mnie z głowy kończyły się na niczym. – I właśnie w ten sposób transcendencja jest warunkiem do zaistnienia immanencji. – reżyser skończył swój przydługi wywód, a ja tylko skinąłem na to głową, ale mu to nie wystarczało. – Co o tym myślisz? – Myślę, że jest to ciekawa opinia. Mogę się z nią roboczo zgodzić. – odpowiedziałem wymijająco, a mój kompan był szczęśliwy, że się z nim zgodziłem. Poszliśmy do małej kawiarenki, w której, pomimo późnej godziny, serwowali jeszcze kanapki i kawę. Wzięliśmy po dwie, usiedliśmy na murku naprzeciwko kawiarni i w ciszy jedliśmy. Pomyślałem, że to pierwszy moment, w którym nikt się nie odzywa, było to dziwne uczucie. Zachciało mi się sprawdzić, czy Władzia wrócił już do domu. Mieszkała dosyć daleko, prawie pod miastem, w dodatku po przeciwnej jego stronie, i nie było możliwości dostać się tam inaczej niż samochodem. Mogłem zadzwonić, ale wiedziałem, że i tak nie odbierze. Wiedziała, że tylko ja mogę dzwonić bez pardonu o takiej porze. Mieszkała z kilkoma innymi osobami, które już i tak mnie nie znosiły, gdybym zadzwonił wtedy, po zmierzchu, mogłyby odebrać to jako atak na instytucję ich zdrowego snu. – Dobre to było. – zaciągnął się papierosem Andrea. – Zgadzam się, wiedzą, co robią. – Idę spotkać się ze znajomymi, jeśli chcesz dołączyć. – skrzywiłem się lekko, ale on to zauważył i ciągnął – Będzie tam Nadzia. To była dla mnie jakaś nadzieja, bo Władzia przyjaźniła się z nią dosyć mocno i zazwyczaj wychodziły na spotkania towarzyskie razem. Mieszkały też razem, wszystko w zasadzie robiły razem. Tym sposobem Nadzia wiedziała o mnie wszystko, a ja o niej prawie nic. Z tego samego powodu nie lubiła mnie najbardziej z całego gospodarstwa domowego Władzi. – To ruszajmy. Już pewnie na nas czekają. – Andrea wstał z uśmiechem na ustach. Popatrzyłem na jego ubiór i zapytałem, czy się nie przebierze, ale spojrzał na mnie gniewnie. – Już idę, już. – Poczekam na ciebie pod pomnikiem. – krzyknąłem, gdy był prawie na winklu i nie wiedziałem, czy mnie usłyszał, ale i tak ruszyłem w stronę większego placu, na którym stał pomnik narodowego wieszcza, ale nie mogłem sobie przypomnieć, jakiej był narodowości, a dookoła zaczynali rozkładać swoje koce z dobrami materialnymi mali przedsiębiorcy, jak lubili ich nazywać nienaganni stróżowie porządku. Idea tych sklepików polegała na tym, żeby na kocu zmieściło się wszystko, tak żeby móc jednym ruchem dźwignąć wszystko na swoje barki i pójść z obwoźnym sklepem na kolejny skwer. Dochodziły do mnie szepty „złoto, prawdziwe złoto – prawdziwa skóra, z pierwszej ręki – zapach prawdziwego mężczyzny, tanio”. Przeszła mnie myśli, czy wszystko, co nazwiemy prawdziwym, takie właśnie jest. Nie potrafiłem na nie odpowiedzieć, bo nawet ta myśli nie wydała mi się realna. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi i też przez chwilę wydawali się zupełnie nierealni. W taki sposób, jak byłem dzieckiem i patrzyłem na globus zastanawiając się, jak to możliwe, że miliardy ludzi się mieszczą na takiej małej przestrzeni. Przypomniała mi się myśl Andrei na temat transcendencji, która teraz nabrała większego sensu niż wcześniej i spodobała mi się, a przynajmniej zrozumiałem, o co mu wtedy chodziło. Rozglądałem się jeszcze chwilę, przechadzając się między prowizorycznymi straganikami. Nie pamiętam, która dokładnie była wtedy godzina, ale żar, który spadł na ziemię kilka godzin wcześniej dalej dawał o sobie znać, bo byłem ciągle zlany potem. Myślałem, co mogę kupić Władzi, żeby wybaczyła mi moje zachowanie sprzed kilku dni. Myślałem o jakieś małej rzeczy, bo chwilowo nie miałem środków na nic spektakularnego, ale gdy zobaczyłem wielki, masywny srebrny świecznik przypomniałem sobie, że Władzi uwielbia czytać przy świeczkach. Chciałem utargować cenę, ale sprzedawca nie zamierzał odpuszczać, więc musiałem pogodzić się z porażką. Gdyby Władzia widziała, jak szybko się poddałem, zrobiłaby mi awanturę. Nie winię jej za to, bo ona kłóciłaby się o to do samego rana i w końcu dopięłaby swojego. – Tutaj jesteś! – krzyknął głos za moimi plecami. – Szukam cię jak najęty od pół godziny. Chodźmy już, bo na nas czekają. Szliśmy całkiem daleko na przystanek tramwajowy, bo ja, jak już wspomniałem, nie miałem zbyt dużej ilości środków na swoim koncie, a Andrea z natury był skąpy, z tego też powodu nie przyznawał się, jakimi środkami dysponuje. Dojechaliśmy w jakiś kwadrans do centrum, ale pomimo tak krótkiej trasy zachciało mi się strasznie spać. Znowu musieliśmy iść spory kawałek do baru, a wieczór nagle ochłodził się, co dało mi pewne, chwilowe wytchnienia, ale zaraz potem poczułem dreszcze, które zwiastowały letnie przeziębienie. – Ja się czasem zastanawiam, czy moje poznanie jest tak nieograniczone, czy po prostu wszyscy inni mają klapki na oczach. – Ty, oczywiście, masz mózg jak najlepszy procesor. Nie ma dla ciebie żadnych zagadek ten wszechświat. – nauczony poprzednim doświadczeniem odpowiedziałem, nieco ironicznie, ale mój kompan nie zauważył tej nutki i dalej popadł w samozachwyt, a ja wiedziałem, że nie muszę go słuchać aż do baru. Spojrzałem na zegarek zawieszony w jednym ze sklepów i już dochodziła północ. Kiedy doszliśmy, w barze czekała dwójka przyjaciół Andrei – jeden, tak jak on, był reżyserem, chuderlawym, mizernym na twarzy; drugi, otoczony z obu stron młodymi dziewczynami, był wybijającym się producentem, mającym świetne konszachty ze wszystkimi. Gdy Andrea mnie przedstawił, ten drugi od razu podskoczył i podał mi rękę. – Tak, tak, dużo o tobie słyszeliśmy. Ponoć potrzebujesz pracy. Zaskoczył mnie tym, ale kiwnąłem głową, po czym popatrzyłem na swojego kompana, który z zadowoleniem rzucił się na fotel i odpalił papierosa. Mieszkałem z Andreą już pół roku i żadne z nas nie było tym faktem zadowolone, ale od kiedy straciłem pracę, a rykoszetem mieszkanie, był jedyną bliską mi osobą. Po chwili zobaczyłem pojawiającą się przy stoliku Nadzię. – Jest Władzia? – wybełkotałem tak, że wszyscy się roześmiali. – Nie ma. – z uśmiechem na ustach odpowiedział jeden z producentów. Drugi dodał, że widział ją dzisiaj, jak wchodziła do kawiarni „pod Langustą” i zamawiała ciastko i kawę. Nadzia pokiwała głową i puściła mi porozumiewawcze oczko, którego za nic w świecie nie zrozumiałem. Dwie dziewczyny siedziały dalej i uśmiechały się do siebie nawzajem, a producent był z tego bardzo zadowolony. Wziąłem na bok Andreę i powiedziałem, że idę poszukać Władzi. Popatrzył na mnie z pobłażaniem, złączył ręce, jak do modlitwy i popatrzył w górę, wyglądał bardzo włosko, ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ja już byłem na zewnątrz i odpalałem papierosa z paczki, którą nieopatrznie zawinąłem ze stołu. Nie chciałem wracać do środka i pomyślałem, że oddam przy kolejnej okazji. Krążyłem po centrum zaglądając do każdego napotkanego lokalu, ale nie znalazłem tam swojego szczęścia. Z każdą kolejną lokacją czułem się coraz bardziej pusty, jakby pustka prowadziła zaawansowaną ekspansję w moich trzewiach, wysyłając coraz to nowsze grupy dywersantów. Z jakiegoś powodu znowu zrobiło się strasznie duszno i moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Zwaliłem się na ławkę, śmierdzącą trochę moczem, ale było mi już wszystko jedno. Myślałem tylko o Władzi, z którą nieopatrznie pokłóciłem się kilka dni temu i od tego czasu nie odzywała się do mnie. Ja do niej zresztą też, ale ja jej szukałem, a ona bawiła się gdzieś w najlepsze. Bardzo mnie ta myśl zabolała, prawie zgiąłem się w pół, jakby ktoś mi wymierzył cios w sam splot słoneczny. Zacząłem ciężej dyszeć. – O, kogo ja widzę. – odezwał się ktoś nade mną, ale w pierwszej chwili nie miałem ani siły, ani chęci podnosić wzroku. – Kopę lat. Mężczyzna usiadł obok, ja w końcu wyprostowałem się. Popatrzyłem mu prosto w oczy i przypomniałem sobie. Waldek, którego nie widziałem co najmniej od dekady, poklepał mnie po plecach. – Co słychać?! – wykrzyczał – Nie wyglądasz najlepiej. Coś się stało? Pokręciłem tylko głową, a on patrzył na mnie zagadkowo. Podrapał się po policzku i zawiesił swój uśmiech na kołku. – Dalej jesteś niezadowolony ze swojego życia, co? – złapał mnie za karka jak jakiegoś gówniarza. Niestety miał rację, byłem głęboko niezadowolony ze swojego życia, szczególnie tego wieczora. – Zgadłeś. – udało mi się w końcu coś wyartykułować. – Może napijesz się ze mną? – przerwał na chwilę. – W środku czeka na mnie pewna kobieta, co do której mam duże plany na dzisiejszy wieczór, jeśli wiesz, co mam na myśli. Uśmiechnąłem się, Waldek potrafił poprawić mi humor swoim niewybrednym żartem. Zapytałem, czy nie będę im przeszkadzał. – Coś ty, to nawet wygląda dobrze, jak przychodzisz z przyjacielem na takie spotkanie. Weszliśmy do kawiarni o kilka kroków od ławki, której jeszcze nie zdążyłem przeszukać. Przechodziliśmy między solidnie wypchanymi stolikami, jakby pół miasta się tam zebrało, ale ja nie widziałem Władzi, a Waldek nie widział swojej randki. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, zamówili po drinku. Kiedy je dostaliśmy, Waldek podszedł do kogoś przy innym stoliku, a ja pochłonąłem jednym łykiem swojego drinka. Stał do mnie plecami, a ja nagle poczułem, że zupełnie nie chcę tam być. Wstałem i wyszedłem bez pożegnania. Poczułem, że tracę tam tylko czas. Gdy wyszedłem na ulicę, od razu ruszyłem w kierunku przeciwnym do mieszkania, którego połówkę okupowałem. Szybkim krokiem wszedłem do pierwszej lepszej bramy, za którą była mała kapliczka z matką boską. Wierzyłem jeszcze wtedy w znaki, więc usiadłem naprzeciwko niej i zacząłem medytować, czując jak smak ziołowego Manhattanu rozsadza mnie od środka. Poczułem się dobrze. Obudziłem się i poczułem znajomy zapach i aksamitny dotyk na swoich plecach. Otworzyłem oczy. Byłem w mieszkaniu Władzi, która budziła mnie delikatnie. Odwróciłem się do niej radosny, chciałem ją złapać i przyciągnąć do siebie, ale nie dała się. Zmartwiło mnie to, jej wzrok wskazywał, że mam się o co martwić. Zobaczyłem na fotelu idealnie złożone ubrania, które na mnie czekały, a na podłodze rozłożony materac gościny, na którym musiała spać Władzia. – Powinieneś już iść. – powiedziała szybko i zabrała rękę. Wracałem do siebie okrężną drogą, omijając przy tym większe skupiska ludzi. Cała trasa zajęła mi większą część dnia, której nie byłem w stanie sobie przypomnieć, odtworzyć jej. Kiedy wszedłem do mieszkania, Andrea zapytał mnie, gdzie szlajałem się całą noc. – Przez ciebie nie mogłem ani spać, ani pracować. – podniósł głos, a ja wiedziałem, że to dla niego tylko wymówka, usprawiedliwiająca siebie samego, że opóźnia się ze skończeniem projektu. Wyjaśniłem mu po krótce, jak wyglądał mój wieczór i starałem się opowiedzieć o powrocie do mieszkania, ale nie byłem w stanie. Andrea zaczął coś szybko notować. – To jest dobre. – wyszeptał znad notatnika. – Możemy coś o tym razem napisać, melancholijna opowieść o szukaniu siebie. To się ludziom spodoba. Może. Zaczął wydzwaniać do swoich znajomych, opowiadając im jeszcze bardziej skróconą wersję mojej historii z elementami już wymyślonymi przez siebie, a ja położyłem się na tapczanie. Pomyślałem o tym, że nic szczególnego się nie wydarzyło i dlatego nie zapamiętałem, bo gdybym, na przykład, kogoś zabił, to chyba zapamiętałbym. Dalej myślałem o poszukiwaniu siebie i o momencie, w którym to straciłem, czy w ogóle kiedykolwiek to miałem. Enigmatyczne „to”, za którym próbuję nadążyć, ale po chwili tracę „to” z radaru. „To”, które dla każdego jest celem, ale nikt do „tego” nie dociera. Po chwili zadzwonił telefon, a ja odpływałem w coraz głębszy sen. Pomyślałem, że był to dobry dzień i że jestem w tej chwili szczęśliwy. Dobrze mi było z tym, co mam i z tym, co bezpowrotnie utraciłem. Błażej Łukaszewicz – socjolog niepraktykujący, aspirujący scenarzysta (student Szkoły Filmowej w Łodzi). Obywatel Bałut, czasem Pragi Północ. Wychowanek nie ulicy, ale podlaskiej dziczy. Pracuje nad powieścią-debiutem, scenariuszem-przełomem i konceptualnym wierszy tomem-fotoksiążką. Do tej pory publikował w zinie "Po Godzinach". Poszukuje pracy (może ktoś słyszał?). Inner animal: Albert Camus.
- Alicja Dydyna – pięć wierszy
konopie to rośliny ruderalne *zasiedlają podłoża przekształcone przez człowieka pan filip pozdrawia ze szlaku niedopałków – niedobitek niedopitek. przykleja promile do futra d’Afrique takie tam futro d’Afrique przesiąka bo Geist tych okolic to tani spirytus pan filip zmęczony wyskakiwaniem z konopii jakby ze styrty startował na prezydenta zżera klej spomiędzy słów no bo znasz to mówisz mówisz potem wbija rym i jesteś z tym rymem bezradny pan filip dobiera obiekty najlepsze – chciałby istnieć tak jak one myśli – to lato gorące z zazdrości ja myślę my friend dear że Styrta is burning że można powoli d’Afrique ewolucja na Tarczyński Arena Jacek Sutryk stoi pośrodku kabanośnego boiska kombinuje jak tutaj Wrocław z połowy do 1 będzie musiał przejść przez ¾ ta długość ma zawsze pod włos brwi Jacka Sutryka zastępują jaskółki póki lecą na poranku stabilne mimiki dobrze nadają się do budowy/kradzieży miasta stabilnie nadają gniazdom odblaski gorzej rosnąć po południu Sutryk trafia do fryzjera ,,Ojebcie mnie na Statuę Wolności” Dubaj w Dubaju nie znają czekolady z popiołem myślą – Rosjanie z miłości zajęli Grünberg w walentynki 45. ogniem całe wino spłonęło – za ciemno było w piwnicach cywili Choć zapałeczka by spojrzeć Ci w oczy Odzieję cię Miła Nadzieniem w Dubaju myślą – popiół jest niebieski skoro pistacja tak brzydko zielona Oh Grünberg, tyś inna Międzyzdroje, pod skalpem tu słychać, od spodu biegają. Bizony tylko że to inne plemię jadę obok, na chopperze ale pamiętam nasz numer kopyta. na blachach więc mogę odpalić samplera jest trochę jak krowa. Tatanka kuśtyka na promenadach koledzy chcą ubrać swe konie w madonny wypraszam. odpalam samplera Elektrotatanka / Jutro gdy wyjdę ze sklepu tam będzie czekać mój bizon na smyczy tak jak go zawsze czyściłem i tak jak czyściłem swój język o bimber tak zapomnimy o wszystkich zaocznych rosołach, współlokatorach usiłujących zapuścić dziś włosy na kozieradce promenada wybiegnie na autostradę wbije nas pomiędzy góry klaśnie prosto w mordę słońcu ruszą ciężarowe fury pełne purée z kukurydzy tyle kółek ile trzeba żeby wpaść. po uszy. w pióropusze / zapamiętam, Międzyzdroje zapamiętam, smaki lodów te błękitne, te smerfowe jak barwiły młody język karuzelę z półksiężycem jak toczyła młodym kręgiem tak startował Blaue Reiter oj dobrze falują mu biodra na ekspres mgła covidowa – boję się dzisiejszego powietrza, kto wie czy Putin czegoś nie wpuścił? patrzymy się w kamień na dnie oddychamy tym co wtedy tak zwiewaliśmy przed pandemią zaćmieni widzimy nic nie będzie mokre jak pierwsza fala Alicja Dydyna (ur. 2001) – mieszka we Wrocławiu. Nieustannie kształcona w kierunku lekarskim. Pisze, rysuje, chodzi po rynku. Związana z grupą poetycką ,,Hurtownia”. Laureatka konkursów literackich. Publikowała w ,,Liberté!” oraz w ,,Babińcu Literackim”.










