Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Przemysław Jaźwiński – trzy wiersze
bardzo blisko czas jest zawsze trzeba go tylko uważnie poszukać może siedzieć na końcu pomostu z twarzą we mgle jesień zaplanowała wcześniej malowanie krajobrazu zaraz wszystkie rumieńce świata staną się widzialne prawdopodobnie lubi też wędrowanie wzdłuż myśli te rozczochrane wrzeszczą ile tylko sił w sylabach pochylony wędrowiec nauczył się jak zaklinać chłód skrzydła rozkłada przy dużym wietrze znad posłowia bez skrępowania potrafi zamykać się w sobie na zaś zardzewiały klucz postradał liche zęby w trybie in-out zabawa w przesypywanie minut w ciszy jeszcze trwa chwilowo wszyscy konsultanci są zajęci przemijaniem natychmiast w przestrzeń da się wyprawić już całkiem daleko zebrany w całość milaż nie ogranicza imaginacji bibliograficzne punkty odniesienia z wielu stronic dają inną perspektywę rozumienia miary kroków próba odnalezienia siebie na zasobnych półkach kwerenda źródłowa lubi towarzyskie wykrzykniki stojące na etażerce lusterko o bujnych kształtach wyciąga zza szafy kolejny tom przygód o niczym instantyzacja oczekiwań umie pożegnać wartości coraz mniejsza dostępność nie budzi sprzeciwów w ciemnej piwnicy nawet licha latarka jest słońcem dobrze widoczna droga prowadzi tam gdzie trzeba nie przeszkadzać miejsce gdzie często przystaje czas na chwilę i w sobie wiadomym celu pozostaję ukryty między stertą łodzi pod brezentem stalowego już nieba zerkam jak szybko zzuwa stare buty wchodzi po kostki do chłodnej wody chleb dla ryb sypie się mu z kieszeni jedzą go ptaki o dziobach bez gniazd zapytałbym o jungowską teorię cienia prawo karmy losy tylu bodhisattwów armagedon bryły platońskie dharmę widział wiele ma wiedzę kto jak kiedy nie miałem śmiałości to jego moment zawsze jest tym samotnym świadkiem choć jestem nieźle ukryty wiem dobrze że widzi jak jem wszystkie swoje czyny Przemysław Jaźwiński – doktor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki na jednym z warszawskich uniwersytetów, socjolog, fotograf. Laureat Nagrody Głównej VII Edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Brwinowski Parnas” (2023). Uczestnik wielu innych ogólnopolskich konkursów poetyckich, publikował w antologiach i wydawnictwach pokonkursowych. Miłośnik natury i entuzjasta różnych sposobów jej uwieczniania. Mieszka w Warszawie.
- Agnieszka Rykowska – Jelita, drugi mózg
Mówią, że ryba psuje się od głowy. Człowiek od wnętrza. Moje jelita kiedyś zaczęły wydawać dziwne dźwięki, coś jak gul, gul, gul. Kiedy je usłyszałam, szybko wybiegłam na podwórko, by objąć wzrokiem drób. W kiszkach nadal coś gulgotało, więc podbiegłam z siekierą do indora. Moja dłoń jednak nie pasowała do siekiery - nie chciałam zabijać, kiszki jednak nadal grały. Musiałam go walnąć. Od tej pory brzydzę się morderstwami. Nieraz odzywa się we mnie "gul, gul, gul" i czuję wtedy, jakbym miała gule w gardle. Ludzie boją się takich dźwięków, bo one oznaczają rozpacz. Takie natarczywe gulanie to nic przyjemnego. Jelita siostry tak zagrały w gościnnym pokoju, jakby w pobliżu przejeżdżała karetka na sygnale. Siostra, po kursach z przysposobienia obronnego, specjalistka od udzielania pierwszej pomocy, pomyślała, że może się przydać i wybiegła na ulicę, by komuś pomagać. Ale tam nie było nikogo. Tylko dźwięk jej kiszek. Od tej pory stale miała przy sobie coś do jedzenia, żeby kiszki nie postawiły jej w stan pogotowia. Z bratem problem polegał na tym, że był ciągle głodny i chudy. Prawdopodobnie miał ten szczególny metabolizm od zgrabnych kurczaków matki, która była zapobiegawcza - chroniła je przed nadmiarem cholesterolu. Kurczaki dobrze się odżywiały. Czasem podejrzewałam, że może jelita brata miały tasiemca. Często chodził do toalety, dużo jadł, zaś ja nie mogłam nadążyć z kupnem papieru i jedzenia. Wciąż był chudy! Wszystko przez te chujowe jelita. Jelita syna były mi najmilsze. Nie brzydziłam się brudnych pampersów, robił cudowne, nieśmierdzące kupki i nie miał kolki jelitowej. Raz jednak, w okresie adolescencji, jego jelita poczuły dotyk ziemi podczas upadku na rowerze. Wziął później siekierę, tak jak ja na indora, i zaczął nią uderzać w koła. Czy to było normalne? Raczej nie. Czy te grające w dziwny sposób jelita mogły być czy też są normalne? Synowi koła wybaczyłam. Należy tolerować bunt nastolatka, okres adolescencji, bo jeśli nie zaakceptujemy, to w późniejszym czasie dzieciak wykipi i może chwycić siekierę nie tylko na koła. Matka po raz pierwszy upadła na rowerze, gdy miałam dziesięć lat. Wstydziłam się jelit matki, bo w szkole dzieci się śmiały i krzyczały, że jej jelita pokochały alkohol. Drugi upadek nastąpił piętnaście lat później. Był śmiertelny. Wtedy nikt się nie śmiał. Ojciec miał wrzody na żołądku i przyjmował na nie lekarstwo w postaci białego mleczka. Mleko od krowy pił do końca swoich dni. Nie wiedział, że starzy ludzie nie tolerują mleka, tutaj jelita nie są łaskawe, ale ojciec wiele rzeczy i spraw nie tolerował. Gdy myślał o Związku Radzieckim potwornie cierpiał, kurczyły się jego jelita i żołądek, więc może stąd te wrzody. Prawdopodobnie. Gdy matka była pijana, ojciec karmił mnie butelką mleka, na dnie której pływał list z nazwiskami i imionami zamordowanych – ofiar stalinowskiego systemu. Moje jelita nie protestowały. Jelita mojego redaktora były nienasycone, jeśli chodzi o wulgaryzmy. Gdy w moich wierszach zobaczył słowo wypierdalać , jego jelita ucieszyły się i przyssały mentalnie do mojego mózgu. Myślałam, że rozpoczęliśmy "wielki romans" - dopadła mnie ochota na następną książkę, miało to być nasze wspólne dziecko. On niestety miał zaparcia i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Student trzeciego roku medycyny miał problemy z przedmiotu - mikrobiologia. Nauka o bakteriach słabo wchodziła do jego głowy, dlatego próbowałam mu nieco rozjaśnić, jak z tymi bakteriami tak naprawdę jest. Nie mógł zaakceptować, że wewnątrz oprócz dobrych bakterii (prawie wszystko zaczyna się w jelitach!) mamy też bardzo szkodliwe mikroorganizmy. Tłumaczyłam, że z bakteriami jest bardzo podobnie, jak z ludźmi. Choćby taki gronkowiec złocisty Stapchyloccocus aureus (czyż nie piękna nazwa?) Pod mikroskopem ma cudne barwy, a jak straszliwych szkód potrafi narobić! Jego obecność nie kończy się na zwykłej biegunce. Bardzo przed nim przestrzegałam studenta. W mojej wiosce przez dwa tygodnie woda nie nadawała się do spożycia. Nawet zmywać w niej nie mogliśmy. Wykryto pałeczki kałowe i bakterię coli. Kanalizację robili i stąd skażenie. Mieszkańcy przeważnie wyprawiali się samochodami po dobrą wodę do specjalnej cysterny, stojącej przed domem strażaka. Codziennie taszczyłam dwadzieścia pięć litrów świeżej, czystej wody. Byłam zła na te przeklęte bakterie. Samochodu nie miałam i w ten oto sposób przez pałeczki kałowe świat poznał mój wspaniały pojazd: taczki. Kurwa mać! "Każdy ma taki pojazd, na jaki zasłużył" - myślałam. Potem się bałam, że mnie na tych teczkach, jak Jagnę z "Chłopów" wywiozą, a wszystko przez te parszywe bakterie! Ale nie wywieźli, chyba byłam nieszkodliwa. Edyta jest bardzo szczupła. Dużo pracuje w rodzinnej firmie, oboje z mężem mają intensywną... przemianę... materii? A może pieniędzy? Otóż, za co by się nie wzięli, efektem są duże korzyści materialne, które szybko się rozmnażają niczym Chrystusowe chleby. Jelita Edyty czasem kwitną, szczególnie, gdy swojej pięcioletniej córce objaśnia świat. Opowiada jej do czego potrzebne jest słońce. Pokazuje dywan stokrotek na tle trawy i samotny bukiet mleczy w przydrożnym rowie. Jelita Kazika są mało wytrenowane. Nie chodzi na spacery, ani nie ćwiczy. Sport jest mu absolutnie obojętny. Pisze opowiadania, ale od czasu do czasu, bawi się też w oszusta matrymonialnego. Udaje, że jest sympatycznym facetem z brzuszkiem. Jelita u niego pływają w dużej warstwie tłuszczu. Wydają dźwięki: ból, ból, ból, bo Kazika boli cały świat. Jego jelita są ogromne nie tylko jak jego brzuch, ale przede wszystkim, przez jego wybujałe ego mają tak duże rozmiary. Czasem to wszystko pęka i zamienia się w stek obelg. Operacja szycia jest niezbędna. Niestety bardzo droga, na którą Kazika niespecjalnie stać, dlatego ratuje się NFZtem. To w dzisiejszych czasach, jeśli chodzi o służbę zdrowia, prawdziwy ewenement. Pan Paweł podobny do żaby, miał też podobną do siebie żonę. Zajmował się krytyką literacką i poezją – pisał również wiersze. Często jego jelita wołały kum, kum, kum, kum. Jego żabia żona wydawała prawie takie same, tylko nieco wyższe dźwięki. Z płytkich kałuż, jak również z głębokiego, wodnego wiru Pan Paweł językiem wydobywał poetyckie ogniwa. Był podziwiany za surowe, mięsiste wiersze. Tak się zapędził w tych uwielbieniach, że kiedyś na festiwalu literackim, skosztował surowego mięsa - tatara. Zdradził swoje jelita, które stały się pożywką dla tasiemca. Gorzko potem tego żałował. Pragnęłam by moje opowiadanie o jelitach, ukazało się w pewnym piśmie literackim. Redaktor wyraził zgodę. Musiałam tylko nanieść kilka poprawek. Doszło do początkowej fazy trawienia na poziomie mejli i spytałam redaktora, skąd mnie zna. Wcale mnie nie zna. Ale jest doświadczony i przyznał, że kojarzę mu się z jelitówką, która też jak człowieka dopadnie, to końca nie widać. Gdy wysłałam mu kolejną wersję tekstu, napisał, że poczeka na wersje ostateczną. Obiecał trzymać dłoń na moich jelitach. Czasem mówią na mnie pleciuga. Noszą mnie słowa, noszę je sama. Nosi mnie! Chciałabym powiedzieć, że mam wszystko w dupie, ale czy to takie proste? "Każdy ma swoją" - powiedział Piłsudski. Jak widzę siebie w tym anturażu? Prawda jest smutna. Tu już nie ma miejsca na żarty. Chciałabym być królową sedesu; doceniać, jak niektórzy materię, ślinić się na widok kanapki z szynką i z pomidorem, myśleć o cenie i wielkości kawałka ryby w nadmorskiej restauracji. A ja? Ciągle zdaję egzamin dojrzałości. Wszystko powraca z oceną pięć: pięć razy więcej doświadczeń, pięć razy więcej odczuwania. Wrażliwość - najtrudniejsza nauczycielka z kpiną na twarzy i jej gówniane odbicie w lustrze. Prawdopodobnie – nie sposób w tym wszystkim zrzucać winy na rozwolnienie – skoro jelita to drugi mózg, mogłam widocznie polizać piątą klepkę. Ta zaś odpowiedziała: – Wyprzęgam! Agnieszka Rykowska – poetka i prozaiczka. Autorka trzech książek poetyckich: Za blisko ( 2021), Szklany stół (2023), Przyjęłam leki (2023). Wiersze i krótsze formy prozatorskie publikowała w internecie, w antologiach oraz w ogólnopolskiej prasie literackiej.
- Cezary Żarna – sześć wierszy
Być przez chwilę widzianym, w tym małym miejscu, gdzie kończy się kostka, zaczyna stopa. Widzieć kształt stopy wciśniętej w zbyt mały but, zrobić krok, pokraczny, prawie marszowy, nie patrząc pod nogi go zrobić. Zobaczyć kontur, nie prosić, poznać ciebie (siebie?) z lepszej strony, bo znam cię z lepszej strony. Nie o to tu chodzi – mówisz – – chodź, lepiej usiądźmy gdzieś razem i oprzyjmy głowy . Który skrzywdziłeś Nie robi się tego po nocy. Nie po kryjomu. Raczej z podniesionym czołem, wysoko uniesioną brodą. Raczej nie z rękami w kieszeniach, tylko z dumnie wyprostowanymi ramionami. Raczej głośno niż po cichu. Który skrzywdziłeś psa, siedzę na brzegu i nikt nie trąca mnie nogą. Takim, jak ty, to chyba trzeba łopatą do głowy, choć niczemu to nie służy. *** Mój syn ma jeszcze dużo czasu, jemu jest łatwo, gdy zrobi coś złego – Potem będzie wiedział. Absorbcja W pobliżu cmentarz – potwierdza się, cisi posiedli ziemię, półmrok, neony, dwa słowa, trzy słowa — jak zmienia się kolor? Sama wybierzesz. Kameleon. Absorbcja. To nastąpi jedno po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro – włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach czasopism. Napiszemy to po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo ściany mają uszy). Za chwilę niebo zrówna się z ziemią, na podłodze spoczywają w pokoju zwłoki. Są tylko zwłoki i żadnej poezji. Po prostu śmierć, nic później, żadnego przedtem ani potem, żadnych złych wyborów, żadnego Kochanie – – oddać Ci twoje złe wybory, żebyś źle wybrała jeszcze raz? Cezary Żarna – autor książek poetyckich Miłość. Piękna Pomyłka (2023), Ruch obrotowy (2025). Współautor kilku antologii i almanachów poetyckich. Laureat konkursów poetyckich. Publikował m.in . w „Akancie”, „Ypsilonie”, „Post Scriptum”, „Tlenie Literackim”, „Czterech Zeszytach and After”, " Pisarze.pl ", „e-eleWatorze”, „Ty.Tu.Le” i „Mojej Przestrzeni Kultury”. Zajmuje się także rysunkiem i malarstwem. Mieszka w Legionowie.
- Maria Jolanta Fraszewska – Starsza Pani potyka się o słowa
Starsza Pani biegnie za ognikiem błędnie oceniając sytuację. Starsza Pani założyła obłęd na głowę. Bardzo jej do twarzy. Toczek ją otoczył i spadł do dołka z wizytą. I to zamyka całą sprawę omawiana wciąż na nowo i w kółko spadzistym jak rondo. Grzebieniem przeciąga od do. Goni więc jak cymbergaj. Tak, gaj, gaik zielony, zielony gaj zagaja ją odgórnie. Od głowy wszystko się zaczyna. Nawet psucie. Odgarnia włosy ruchem łakomym. Starsza Pani jeszcze wciąż ogarnia. * Starsza Pani bije w dzwony. Trzep trzep. Przed założeniem trzeba wytrzepać. Sprawdzić czy założenie wciąż jest tą właściwą hipotezą i niezakurzoną. Ale były też i szwedy. Lubiła nosić i te i te. Teraz bije się z myślami. Ale tylko przez chwilę. Wskakuje w dzwony. Wciąż pasują. A choć ona nie – pasuje, nie rezygnuje, to pas jednak nie do pięty. Nie sięga nie po swoje. Starsza Pani się wciska. * Starsza Pani znika. Jest ich wiele. Tych starszych do znikania. Nie dlatego, że ludzie o niej, o nich zapomnieli. Chcieliby pamiętać z założenia. Klapek na oczy. Bo one chronią przed wypadkiem jednego oka lub dwóch naraz. Lecz czy nie lecz, jednak, o choroba! Ona zniknęła. Z listy facebookowej. W korytarzu klatki schodowej bloku, w którym mieszka i przez który przechodzi dwa razy dziennie. Wychodząc po zakupy i wracając. Wymiennie co dwa dni. Bo jednego dnia robi zakupy, a drugiego wyrzuca śmieci. Oczywiście nie zapomina włączyć krokomierza w komórce. Statystycznie ruch przez klatkę schodową jest zachowany i zrównoważony. Kontrowersyjność w pojęciu ruchu. Ruch wahadłowy, pojęcie to jeszcze wciąż istnieje. * Starsza Pani zmienia buty. Nie wymienia, bo po co jej drobne? Niedługo zostaną wycofane z obiegu. Więc Starsza Pani butów nie wymienia jak elektrośmieci. Stopy jej urosły. Nie chodziła do banku zbyt często. Więc się zleżały. Nogi jej urosły, bo musi nadążyć. Bardzo chce. Ale odezwało się zmęczenie materiału. Zawsze mama jej powtarzała. Kupuj buty ze skóry, a nie z materiału. Nawet kapcie. Popękało więc w szwach. Zmarszczki, szczypanki, namaszczenia, podchody. No i już. Chodu chodu. No i rusza po te buty. Buty jak dotąd jej nie brakowało. A diabli nadali smalące cholewki. Od tego momentu nie kupuje kozaków. * Starszą Panią bolą plecy. Dawno temu istniały zasoby plecakowe. Teraz zmurszały, spluskwiały jak ukwiały podwodne. Jednak wciąż istnieją. Wciąż są do wciągania nosem. Ale Starsza Pani odeszła wraz z wodami. Już nie ciąży. Już nie wciąga. Już bez możliwości. Starsza Pani wymienia plecy. Wymienia je jako pierwszą przyczynę współczesnego bólu pleców. Odwołuje się do równowagi. Ale przecież one zniknęły z użycia. Te wagi. Teraz są elektroniczne wskaźniki. Starszą Panią boli głowa. Nie przywykła do wiatru zmian. Nie przywykła do faktów, które wciąż się zmieniają. Ciśnienie jątrzy w jej głowie. Schowa ją do plecaka i wyruszy w drogę. Ślimaczy los ciągnie się w nieskończoność. * Starsza Pani mija się z celem. Odpala karuzelę. Motorowerek trzyma pod pachą. I w siną dal jego oczu wpada. Ostatni dołek na środku policzka. Samopomocy, woła. Głębokiej jak mech wokół tej jednej jedynej paproci. Paprochu, który po trochu, ale skutecznie tkwi w oku. Kwiat agawy też kwitnie tylko raz. A potem nadal jest zielony jak burak w środku nocy. Starsza Pani nie owija w bawełnę. Omija dziury i kluczy. Wiedzą tajemną się staje. Stąd wzięło się powiedzonko: mucha nie siada. Lata więc i lata mijają. * Starsza Pani się sypie. Jak jedno po drugim. Sypnęła się jak sygnalista. Wywaliła korki. Błysnęło. Co za wygoda taka współczesna wygódka. Starsza Pani jest na wszystko przygotowana, bo musi, bo tego się wyuczyła i wciąż pamięta. Tak tak. Dawniej myślało się o tym, aby produkować elementy wymienne. Teraz to ludzi się wymienia lub ich organy. A wtedy działały kąciki naprawcze. Wszystkiego, od pończoch do robotów. Ot, takie słowo jak "kineskop", co to takiego? Mechaniczne oko na ruchomy świat. Taki relikt, a może już artefakt? Starsza Pani niedługo też się nim stanie. W internecie założysz konto i pach i już jesteś w Muzeum Starszych Pań. Ale na razie, niech stanie się współczesną wolniej biegnącą. Bo obciążoną pamięcią wsteczną. Umiejętnością odtwarzania świata już nieistniejącego. Klik klik. Zapytasz – opowiem. Wciśnij przycisk. Jeszcze mrugam. Zanim stanę się interaktywnym ekranem dotykowym bądź instalacją świetlną. Ktoś poruszy mnie gestem i przywoła moją obecność. Oddycham. Oddycham. Wznawiam rytuał przywołujący wspomnienia. Starsza Pani wyciąga kombinerki, żabkę trzyma w drugiej ręce. Maria Jolanta Fraszewska (ur. 1958) – socjolożka i psycholożka. Uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała siedem zbiorów poezji: Wio w snach, Z wiatrem, Płonące języczki, Posypana wiatrem, Prze konanie, Od mięty i odmęty, Trze pot ścierany. W tym trzy wyróżnione nominacją do Lubuskiego Wawrzynu Poetyckiego. Prozę: W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy . Oraz eseje: Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze.
- Maciej Melecki – pięć wierszy
Bezdenny ślad Kompost samoczynnych wcieleń melioruje ugór pobywań aż po Tektoniczne ścieranie płyt, dzięki czemu żyjemy w rozchybotaniu Spinających nas smug, na poddaszu kaskadowych załamań, dźgani W bok każdego obrotu o bez kątowy stopień odchodzenia coraz Bardziej z niczym. Bezwolny tok zasupłań w prostolinijny rzut Donikąd przyspiesza tylko wibracje pustki, która nadżera szybciej niż Naciek dany załom, w tym przysadzistym mroku wylęga się bowiem Kolejny pat, kiedy dookoła panuje rozgwar rojnego cyklu zaniku, Dynamiczne przechodzenie ze skrętu w coraz szerszy szczęk, w ruderze Piekącego drobnostanu każdej odsłony nowego skrócenia dystansu Do sztywnie wychylonego progu, na końcu wszelkiego zbłąkania, Które częstokroć jest tylko prostym manewrem, jątrząco pustym Kwadratowym kołem, po którym musimy poruszać się jak po linie, Ażeby nagle obrane miejsce mogło być podmianą dla rojonego Celu, jaki wydrąża aż po zatrucie szpik z danego szczebla tej rozpękłej Drabiny, podłożonej niczym ratowniczy kaftan pod okna każdych Niemych mieszkań. Oto nasza cząstkowa mechanika, kwantowa nicość Wykwitła niczym złamana w paru miejscach kość, gdyż tym spierzchłym Klepiskiem serca sterują tylko drgawki magnetycznie skupiające w sobie Wszystek wyładowań z burzowej komórki obornika, gęsto rozrzuconego Po tej przyziemnej planisferze, która nas coraz gwałtowniej wchłania w swój Czelustny rów. Wylew żółci tylko zwiększa przekroczenie, gdyż to, co Strawione, zostaje momentalnie przywrócone, odzyskując swą pierwotną Postać koniecznego rozpadu, i ponownie tamuje w krwiobiegu tlen. Zaschnięte Resztki wiązek są owym skądinąd odpryskiem stron zjawiających się coraz Dotkliwszym przeszyciem aż po bólu rdzeń. Kartografia ustań. Osuwisko Wszelkich decentracji. Podeszwa bez kroku. Następny zrudziały węgieł Jak dosunięty rygiel. Jałowa suma skaz. W oku rozrost piołunowej łęgi. Stoczony Turbulentna spadzistość poszatkowanych dni w odmęcie przestworu obcego Kraju doprowadzała za każdym razem do niekończącego się wirażu, ułamkowych Wtargnięć do komórki losu, które przesterowały dźwięki w rozszczepioną salwę Śmiechu z tego wszystkiego, co zostało porzucone, jak kawałek rudy za płotem Swej zmierzwionej połaci. Okulałe wierzgania chmur na grzbiecie najbliższej Góry schodziły w przełyk i zachłyśnięcie było tylko skutkiem przepowiedni Szybkiego zmęczenia się serpentynową trasą, jaką trzeba było pokonać aż do Ujścia źródła tej zasysającej próżni, by stać się na krótko rozprzężonym opiłkiem Poza imadłem stałego docisku, przypierania do zbutwiałych desek, które są Pionowym korytem powszedniego zmarnienia. Prychający kompostownik zaćmień, Ostrzony chłodem nóż, tysięczna podmiana niczego, wciąż tego samego pasma, Kiedy stoimy w erupcyjnym centrum obcości, by po raz pierwszy zaznać wysiadki Przed peronem, który oddalił się aż po horyzontalne nacięcie na przegubie kresu Wydalenia ludzkiego ścierwa. Odpluta plwocina szybowała ponad biegunami Utkwienia, galopowały stadne rojenia, drzazgi rozpruwały żyły i światłocieniem Pełgały wszelkie wychylenia poza ten śnięty krąg spierzchłej dali, zawężonej po Luk uchodzenia z osierdzia tchu. Tu i teraz skrzepło w drogowskaz wrażany pod Powiekę, dopokąd by się więc szło, będzie to tylko ścierpłym spotkaniem w Rozfalowanej burcie czasu, sprężeniem pustki w oczodole wieczornego szwungu, Dzięki czemu byliśmy niedosięgli dla wszelkich ostrzeżeń, alertów o zapadaniu się W coraz niższe dna szram pospolitego ruszenia człekokształtnych czerwi, tarasujących Sobą dostęp do wylotowych ulic tego zastygłego miasteczka. Odcięty, znieczulony i Zamroczony tą jasnością wyzwolenia się z pęt narzucającej się w swych roszczeniach Mary, siedziałem wraz z wami plecami do przepływającej rzeki, przez którą brodziliśmy Napowietrzną kładką, po jej drucianym podłożu, mając przed sobą zakole drugiej Części tego ruchomego pastwiska, dzięki czemu odkotwiczenie pozwalało na Bezładny dryf po spiętrzonych progiem tamy godzinach odchodzenia z niczym, Pustym już przebiegiem tej marszruty w suchym miejscu. Warunki są zetlałą tkanką, Nie ma żadnych przeciwwskazań, nie ma innych dookreśleń, zostają bowiem Przypadkowe gesty i znikliwe ślady czyjejś krótkotrwałej obecności, bo na czym mam Zawiesić to poprzeczne spadanie i jakie serie blokad przyjąć, by wytracić w sobie Zakrzywienia torów i trajektorie przeszywających sygnałów, owych powiadomień O coraz większej zgrzytliwości kolanowych stawów, ledwo pracujących śledzion, Kołatań częstszych od nocy, piekących mrowień wzdłuż każdego kroku w stronę Wysypiska zezłomowanych gwiazd. Gwiżdże się na to jeszcze bardziej niż celowało w Dynama dawniejszych momentów początkowych strat, skoro i tak skończy się to taką Samą kolizją z rozpędzonym z naprzeciwka murem bezwzględnych wyroków, gdyż Nikt niczemu nie ujdzie, przedłużając jedynie swój agonalny akt o milimetry lat. Zewłok spętleń przeradza się w chyżą pręgę samoistnego przeciążenia, rozwidlenia Nie kończą się w miejscach ich wchodzenia pod powierzchnię danych umiejscowień, Ponieważ steruje tym porywisty pat, na poddaszu kolejnego przywidzenia pierwszych Chwil ciążenia do środka narastających od zarania społecznych zwad, wciągania w Zamachowe koła krzepkich postaci przyszłych klęsk, które mimowiednie przenoszone Są w stugębne formy samoobronnych poczynań z czyhającymi obrożami, chomątami Dyndającymi u początku dyszla, ziejąca zgrozą pałuba zgarbionych mniemań. A teraz Kolejny trach. A teraz wychodzenie w następne samo okrążenie. Niczego innego Nie będziesz już miał. Oddalony i wydalony. Wyrznięty jak kłak. Toczący i stoczony. Szwank Sygnały wielokierunkowych zbyć samoczynnie przeszywają włókniejącą Powłokę odbioru i rozkorzeniają się po zakamarkach próżni, wpuszczając Swoje jadowite prątki do coraz bardziej drążonych półkul, abyś niesterownie Już był przygważdżany do ruchomego muru tego splątania w jeden ciasny knebel Bezdusznego trwania w odrzuceniu. Odęte postaci, skarlałe postawy, sylwetki Wyplatane z powrozu spierzchnięć, sycące się swoją postojową przewagą, Modelują innym ich obrotowy szwank, zgnębiając najlichszy przybór woli, Który mógłby jeszcze tamować owe dopusty aż po krańce zwichrzenia każdej Przyczyny, niczym niewidome lotki celowane w odmęt środka zębatej tarczy, W powidoku grązu wszelkiego przedawnienia, by nie dopuścić do szybkich Umknięć z tego omrocznego pola rażeń. Furkoczący spad wychylenia wytrąca z Płaskiego odrętwienia, rozszerzając limes tego przechodzenia na coraz bardziej Bezimienną stronę przedawniania się każdego odruchu czy dowodzenia swoich Racji, wytwarzając samo wykluczające się napięcia w tym pionowo wrażonym W gardło progu, dzięki któremu orientacja jest możliwym wciąż jeszcze stanem, Decentracją narzutów podtykanych do skroni, gdyż przerywanie zacieśnianego Okrążenia okazuje się konieczną kumulacją resztek szansy na osiągnięcie stałego Wykroczenia poza prostopadle biegnące w dół bandy fundowanych tras takiego Właśnie knowania. Głuche pudło pokoju. Szary ekran w rogu. Zachwaszczona Odleżyna ciszy. Siniejące głosy na schodowej klatce. Dołożona groza zwidzeń Zwisa jak wykuty z framugi zawias i rozsnuwa kolejne połaci czyhających Rozstrzygnięć, uwalniając cię na chwilę, poprzez zastygnięcie swych trzpieni, Od wioseł i prądów, zniesień i żaren, byś mógł się ich spodziewać w najmniej Oczywistej chwili, macerowany teraz wartką pląsawicą cudzej zemsty. Rampa tego Zbiegu tarasuje każdy uskok. Odepchnięcie wyostrza oko wiru. Szczeliniasta grań. Z rozbicia zerwania Wyprzedź swoje wiązki, dźgnięcia rozwidlonych ostrzy, przed nastaniem Ostatecznego cięcia wzdłuż tchawicy zwidu, zarysowawszy na czole przejścia Diagram kolejnego włoku pustki. Łamany mierniczym kołem ustania przestaw Zwrotnicą pozostały w odwodzie tor w stronę niecelowego spięcia z grudą Matrycy, by mogła okrzepnąć kropla ołowiu na jego krawędzi. W załomach Poszczególnych przesileń są rozwłóczone trasy powolnego osuwania się na Uwarstwione silnymi spękaniami podłoża danego końca, na których hodowane Są wszelkie pożywki dla idących prosto przez swoje szpalery kikutów pragnień, Owych ostańców wepchniętych w chomąta wyborów, czołgających się między Chronicznymi zasiekami, ustawionymi przez butnych karłów, od których Zarażają się ledwo co wyrośli z darni swoich pierwszych kroków, by napędzać Ten turbulentny proces samozatraty w okulałym oku rosnącego w nich znijaczenia. Doborowy dzień kolejnej klepsydry, wyrwy na pagonie śluzy, gdy nagle dowiadujemy Się o twoim ścięciu jak płomyk z otworu palnika, leżącego w poprzek na podłodze Obok łóżka, obłożonego martwicą od nasady chwili zejścia do momentu Wyważenia drzwi, dzięki czemu takim cię znaleziono. Krótki hol odchodzenia. Przeniesienie na przeciwstawny biegun tego zmarniałego pola jest tylko Przekrzywieniem spadzistości pory, które dokonuje erodującego wgłębienia i Odgina ostatnie ogniowo z tego pomrocznego łańcucha wskazań, wystające z nich Kiełki jadu są powszechnym planktonem roszeń, przydawaniem sobie nieprzedawnień W każdym zakresie rozruchu obieranej sążni celu. Grzybna mać tego i tamtego Przepadania akumuluje wielokierunkowe poronienia wszystkiego, rozwierając Coraz większe szczeliny w sekundniku niewidzialnego licznika, wbudowanego Pod mózgową korą, jakby to rosnące szamotanie z ludzkim jarzmem miało zastygnąć W poskręcanej pozie przechylenia w niebyt przetrącającej to klindze zaniku. Wrzutnik na haki w podrzuconej kłodzie rozświetla przestój pływu. Chłodny dotyk Klamki w plecy. Kolebiąca się postać przepada w gęstwinie podłużnych krzaków. Z rozbicia biorą się samonośne zerwania, szybujące później nad koliskami głów Coraz niższymi zakosami, zginając karki przeciążeniami osmotycznego reagowania Na ataki osiwiałej biomasy, której przedstawiciele podają się za wyrazicieli danej Karności administracyjnego ładu, tak byś wiecznie krążył w środku ich ciernistych Piast wielkoustrojowych wymogów, podduszany wyziewami z ich próchniejących Oczodołów, którymi odbierają każdą złożoność tylko poprzez cyfry. Osaczenia są Szerokimi kręgami powolnego konania w przepustach poszczególnego wierzgania, Jedynego już sposobu strącania z siebie czerni tego zawładnięcia, w końcówkach Spiętrzonych trybów postępowania z niczym innym, pośrodku wizgów dochodzących Coraz częściej od dołu, jakby dudnienia były już tylko echem po przebitych na wylot Ścianach naszego wcześniejszego zatrzymania przy parapetach i piorunochronach, W dookolnym przedzieraniu się przez meandrujące razy monotonnych momentów Utrzymania się w pionie przechyłu, zamaskowaniu gazami nerwowych uśmiechów, By nieustannie gubić po sobie ślad, kryjąc się w mylnym tropie. Jednorazowy nów Zastępuje inne wejrzenia w przepastność ogołocenia, kumulują się potrzaski w Unerwieniach, rozkłada się wewnętrzny kościec zewnętrznego wyglądu materialnego Trwania, nadjadania korozjami ujadania przechodzą w coraz bardziej finalne fazy Rozbratu ze smużystą stroną tkwienia w tym zawieszeniu na śmigłej belce azymutu, Gdyż jednocześnie możemy odnosić się tylko do podobnych form niewyhamowanego Nicestwienia i wskazywać na dowolną postać ogłuszenia tym bezlikiem braku Jakichkolwiek szans. Za sobą mamy tylko wystrzępienia, przed sobą kolejne ugodzenia. Sparszywiała groza. Dziobata twarz nachodzenia coraz bliżej porusza się po zwęgleniach, Wgrzebując się jak odwłok w osocze tego rozdroża, które prowadzi w ten sam punkt zjeść, Szczelnej komory uwięźnięcia poza innym przestworem takiego właśnie skamienienia. Zbycia Mieści nas tylko szary pas krętego wyładowania przechodzącego po kumulacjach Zarzucanych zaniechań, powziętych wyborów bez celu, w tej buzującej lekkością Aurze, kiedy wszystkie ruchome przytroczenia opadają bezwiednie na krawędzie Wyznaczonych tras i dostaje się od tego oczopląsu, który już do końca będzie Wyostrzał każdy szmer tej marszruty po załomach wyszarzałych przerw, długich Przeskokach wymiotnej lawy kadrowanej poleceniami z wyziębionych ust. Kołatania Błędnika wytracają skoblom rytm. Grawitacyjne zjawienia to tylko pojedyncze Przeszkody, człekokształtne plamy orędujące tę wszechwładną marskość, jak Totemiczny całun opinający każdą lotną piędź zgrudziałego prochu, gdyż spiętrzenia Różnorako nacierających sił wtrącają w lejowaty słup, niczym zniweczenia przerastające Każdą cętkę mgnienia, w którym wszystkie krótkie kontakty zestalają się w Kabłąkowatą sieć wzajemnego szamotania się z namułem bliskiego przepadania. Stąd jeszcze krótsze oznajmienia, histeryczne oskarżenia, nienawistność toczona Kolcującym strachem przed spazmem rozliczenia, kiedy skarlały obłąkaniec Mamrocze i odgraża się w cieniu nawisu krat. Rejwach zobaczonych lat nie obniża Swego tempa wywlekania coraz to nowych sposobów rabowania. Żyliśmy w Nędznym poczuciu niemego ograbienia, dryfując na zbutwiałych od zestalonego Szlamu tratwach byle gdzie, po kwadracie zaćmienia brunatną chmurą rosnącego Od zwiększającego się spopielania knotów nadziei na wypadnięcie z tego prostackiego Kołowrotka codziennych manipulacji. Akcesoria zostają ujawnione. Prześwietlone Manewry i sposoby. Obnażane wciąż pokrowce ich mniemań. Mechanika takiej Tektoniki nie posiada analogii. Tektonicznie wszak grupuje się nam wciąż dotkliwy Szwank, namacalny jak porowaty liszaj na gzymsie bieżącego odwidzenia, kiedy poza Drobnymi wtargnięciami, pozwalającymi zapomnieć o tym stałym siekaniu brakiem Dłuższej perspektywy, życiu w opiłku losu, przerabianiu każdej chrząstki woli na Sprasowany w kostkę miał, przechodzi się przez szczękościski tego mogilnego duru, Będąc nieustannie wabionym luksusowym stylem życia, kryjącym pochód mierniczych Tyczek i wyglansowanych gliną szpadli. Bezruch skawalający sypką macierz Przechodzenia w aktywny letarg ruguje wszelkie przystąpienia, zanik więzi coraz Bardziej w pojedynczych kokonach, obie półkule mrowią drążeniami doczesnego Skołowania, posiadania zwiotczałego pułapu przewagi, rzekomego wyprzedzenia Skwierczącego przepadania w rozgardiaszu, jaki wytwarza coraz szersza grząskość Tego stwardniałego kawałka codziennych przemieszczeń, kiedy punktualnie schodzą Się, by powiększyć swój worek czasu o garść wyszabrowanych szpargałów i jednocześnie Przenieść się w mniej zwodnicze przesilenia, na jakieś krańce, które szybko staną się Osierdziem ich nagminnego zmarnienia. Hurgot ościennych skrzesań wypełnia ten dół Bańkami mazi, drogi wysuszają się pylnymi nawiewami, pojawiają się tylko rozdrożne Ustania, w najpłytszym przybliżeniu nurty giną w poszarpanych korytach i klamki Pozostają w zdrętwiałych dłoniach, wyrwane mroźnym przeciągiem z wyważonych drzwi. Szmelc tego przetrawienia porasta obrzeża konturowych umiejscowień, przerabiany na Nowe łożyska kolejnych tułaczek, w tym wądole obmierzłego przychodzenia po nic, Ubytkowania jako jedynej trwałej czynności, na bezmiernym zapadlisku, które wciąż Rośnie poza głową, jako ciąg krzywizn wynikłych z przeładowań odczytami strat. Znikąd pochodzący trach przewyższa ten wielopoziomowy rozłóg obieranych za pewne Stron i szczerbi się nam każda przesłona skrywająca machinalne grążenia w kompoście Przemienienia w siniejący powidok, jako marginalny ślad, ościsty wykrot przedawnionych Lat. Rafy raźnych napięć okalają każdą z pomrocznych delt i szatkują uwolnione wcześniej Cząstki z napierających gróz. Zbywaj ten przyrost kryz. Trałowanie cieni to zdwojenie dna. Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy (1995) , Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013) , Inwersje (2016) , Prask – wybór wierszy w języku czeskim (2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu – wybór wierszy 1995-2020 (2020) , Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2024), Chłodnie (2025) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021) , Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie. Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Chłodnie.
- Samantha Kitsch – dwa wiersze
G. [„Gerry” – film, który reżyserował Gus Van Sant, gdzie jeden Gerry (Matt Damon) zabija drugiego Gerry (Casey Affleck)] Zabiłem człowieka na pustyni tylko dlatego, że był moim przyjacielem. Uśmiechnął się do mnie (uśmiechnął się?) gdy umierałem, przedtem powiedział chyba jakiś żart – dlaczego wszystko było dla niego żartem, grą komputerową – a dla mnie kwestią życia i śmierci, podczas gdy on nawet umierał nie całkiem serio – to dlatego go zabiłem? Wyciągnął do mnie rękę, gdy umierałem – musiałem więc go zabić. Tego żądała pustynia. Pustynia nierealnie piękna – jak rdza na złocie. Puszystopióre chmury ocierały się o wzgórza, a ja oddałbym każdy widok za łyk wody – przy tym wiedziałem, że bez wody umrę – już wkrótce. Mój przyjaciel także był piękny, kiedy umierał, ale moja chęć życia zabijała wszystko. (Zabiłem człowieka na pustyni. Krótko przedtem trzy razy uratowałem mu życie.) W którejś chwili wydawało się to takie proste: praży cię słońce, nie masz wody – giniesz, koniec, niczego więcej nigdy w tym nie było. I zaraz znów wszystko się komplikowało. I dlatego teraz szukam słów? Słowa będą przypadkowe, tak jak zabójstwo, które czy nie było tylko mirażem, złożonym w mojej głowie przypadkowo? A słowa stworzą swój własny miraż. Dobrze, zabiłbym każdego, za to, że był, jaki był, albo z wściekłości, że umieram – i zdarzyłoby się, że ktoś zabiłby mnie, i mój przyjaciel też… – naprawdę? Zostać na zawsze z pewnością, że to musiałeś być ty, że nie przez przypadek – jak niesprawiedliwe! Schodząc na pustynię, mieliśmy przecież (lub jednak nie?) tak samo na imię… Mów raczej, jak przez trzy (cztery?) dni słońce wschodziło, prażyło i gasło, jak stopy czują kroki po skale, piasku, żwirze, miękkiej rudej ziemi – bezlitosne gałązki karłowatych krzewów zdrapywały te same świeże strupy, w skórze masz wciąż kolce kaktusów, w ślinie pył (a potem nie było już śliny, ani śladu wilgoci w spojówkach), przed oczami wszystkie odcienie cieni i świateł pustyni, jej łuny, mgły, smolistą czerń i bezchmurny, morderczy błękit. Zamordowałem... Nasza wycieczka musiała się jakoś skończyć, ale dlaczego aż tak nieprawdopodobnie źle? Przez to nieprawdopodobieństwo wszystko jest kłamstwem. To nieprawdopodobieństwo właśnie mówi prawdę. kraciasta koszula pomagiera zaokrąglij pełnię księżyca do czwartego miejsca po przecinku z popołudniowej drzemki wybudziło go popojutrze staruszek portier – staruszek fryzjer – chodził kiedyś kataryniarz – krokodylom wreszcie się udało ściągnąć z nieba tęczę i teraz ją żrą a oto studnia w której niegdyś ktoś wybił okno i z niezłomną dezynwolturą przeskakuje teraz kilometry katatonii pod włos pod włos – włos łysego (bezzębnego) wodzireja skoro nawet od święta perkusista jest tu egzorcystą zebrać myśli – jak zbiera się chrust na podpałkę aby umrzeć na ostatnią chwilę ale to i tak za późno: błogosławieństwa zwieszeń w zwieszeniach zwieszeń – opóźniony pociąg wjeżdża na tor samotny przy peronie jedynym na stacyjce Prysły Zmysły mówiłem ci że pada powiedział w mojej głowie Gerry do drugiego Gerry – żongluj żongluj na polu wietrznej grawitacji! przecież mówiłem ci że pada odpowiedział drugi Gerry dla pewności wystawiając rękę przez otwarte drzwi Samantha Kitsch – pseudonim literacki, pod którym ukazało się dziesięć zbiorów poezji, m.in .: Bahama (Obserwator), Helena (Instytut Mikołowski), konfiskata konfetti (SPP Oddział w Łodzi) i szybkie szkice z szopem (SPP Oddział w Łodzi).
- Joyce Kilmer – trzy wiersze
Dave Lilly Kiedyś w Greylock pstrągów mieliśmy bez liku, Mówią, same płotki pływają w strumyku. Dwadzieścia lat temu z pierwszym kijem w ręce Łowiłem na muchę tuzin albo więcej. Przy drodze North Adams żył sobie Dave Lilly. Wędkował, gdy wszyscy siali bądź kosili. Był u nas na Wzgórzach najlepszym wędkarzem. Gdy nie był na rybach, pił whisky przy barze. Dave Lilly nie żyje, nikt nie płakał po nim; Nie mają pożytku z pijaków, wałkoni… Ja Dave’a lubiłem, chociaż nie pracował; Był szczery, uprzejmy i świetnie wędkował. Szedłem raz z Williamstown wieczorową porą, Usiadłem na moście nad skalną zaporą W ciszy letniej nocy, pode mną szumiało, Na sczerniałej wodzie światło migotało. Wtem czyjąś obecność poczułem, po mule Ktoś chodził i żyłkę nawijał na szpulę. Usłyszałem chlupot tak, jakby ktoś wędką Coś z wody wyszarpnął na brzeg, jedną ręką. I zszedłem po skarpie, dziwnie się łowiło, Żaden wędkarz nie stał, pstrągów też nie było. Ktoś śmiał się za dębem, lecz się nie wychylił, I poczułem tytoń, taki palił Lilly. Nikt tu od piętnastu lat nie moczył wędki – Płotki rwą z haczyka wszystko: glisty, jętki… Pstrągów, gdy się księżyc odbija w strumyku, Duch Lilly’ego łowi w zaświatach bez liku. Chyba whisky z knajpy przy dębie położę, Bo go duch Lilly’ego mija o tej porze. Chciałem pójść na wzgórze, jakieś kwiaty zerwać Na jego grób, ale to lepsze dla Dave’a. Dom w którym nikt nie mieszka Zawsze, kiedy idę do Suffern wzdłuż torów, Mijam tę ruderę pośrodku ugoru. Przystaję na chwilę, ciekawi mnie ścieżka I wejście do domu, w którym nikt nie mieszka. Podobno są domy, w których mieszka licho, Słychać głośne jęki, przeraźliwy chichot. Tutaj duchów nie ma – chciałbym, by tak było, Nie byłby samotny, gdyby w nim straszyło. Szyby z ram wypadły, nie ma kilkunastu, Trawnik cały zarósł, chodnik pełen chwastów. Przydałby się malarz, dekarz i ogrodnik, Ale nade wszystko choć jeden domownik. Gdybym był bogaty, nie miał rat do spłaty, Poszłyby w ruch pędzle, piły i łopaty. Kupiłbym to miejsce, dom podźwignął z nędzy, Wzięliby go pierwsi chętni bez pieniędzy. Ale nowy smutny ludzi wypatruje, Jak kapelusz, kiedy nikt go nie kupuje, Bo to wymyślona i dziecinna żałość Po utracie tego, czego się nie znało. Nie jest domem, który chronił i jednoczył, Męża, żonę z troską ścianami otoczył, Gdzie dziecko beztrosko śmiało się, brykało – Takiej straty ludzkie oko nie widziało. Więc zawsze, gdy idę do Suffern wzdłuż torów, Boli mnie ten widok pośrodku ugoru: Część okiennic spadła, skośny dach się wali, Stoi pusty, stary – serce mu złamali. Starzy Poeci Dla Roberta Corteza Holliday’a Jeśli kiedyś będę musiał mieszkać w lesie I spać koło drzewa na wilgotnej trawie, To z dziko rosnącej, młodej kępy drzewek Na pewno dla siebie domu nie postawię. Pójdę do starego, dębowego lasu – Wysoki, dostojny, solidny i trwały Nie wzdycha, nie trzęsie się przy byle wietrze, Mnie jego odgłosy by nie przeszkadzały. Najmilszy poeta to stary poeta, Bo bije od niego obycie i mądrość, Nosi siwą brodę i ma długie bruzdy Wokół oczu, z których emanuje dobroć. Gdy młodzi poeci głupi, lekkomyślni Wolą godzinami siedzieć i rymować. Od pisania stają się nieprzyzwoici, Nie słuchają i nie dają dojść do słowa. Poeta za młodu z pasją wykrzykuje Poruszenia ciała i rozterki ducha, A stary poeta w obłoku tytoniu Poleruje fajkę i spokojnie słucha. Trzeba klub założyć dla poetów, którzy – dożywszy starości z uśmiechniętą miną – Siedzieliby w sali, pijąc z kolegami Jasne pełne piwo i czerwone wino. Wkraczaliby tutaj każdego wieczoru I szliby na miękkie, autorskie siedzenie, Toczyli rozmowy bez kłótni i sporów I z ciszy czerpali rozkosz i natchnienie. Na pewno nie dadzą ci młodzi poeci Pociechy w cierpieniu, ciszy i spokoju, Bo są pochłonięci toczącą się wojną I pisząc piosenki, wzywają do boju. Stary wie, że jego miejsce jest w fotelu, Że Boga na tronie na wysokim niebie, Dlatego wygodnie siedzi przy kominku – Pozwala się światu kręcić wokół siebie. przełożył Jacek Świerk Joyce Kilmer (1886–1918) – amerykański poeta, eseista i krytyk literacki. Jego twórczość charakteryzuje się prostotą, religijnym nastrojem i głębokim umiłowaniem natury. Kilmer był również wykładowcą i dziennikarzem, współpracował m.in . z „The New York Times”. Podczas I wojny światowej służył jako ochotnik w armii amerykańskiej w 69. pułku piechoty. Zginął we Francji w 1918 roku podczas bitwy nad Marną.
- Thomas McCarthy – dwa wiersze
Po operacji Jak już wspomniałem, zanim pojawiły się Złe wieści, opowiadałem, że zupełnie nie wiemy O tym, jak oddychać. Czy to efekt Roztrzepotania czy stałego poczucia Strachu, zapominamy o głębokiej wdzięczności, Za to że nasze płuca pracują. Lecz może Mówiąc oddech, mam na myśli coś więcej niż powietrze, Bardziej jako poczucie oddzielenia, które znika Gdy zaczynamy praktykować bardziej uważność Niż samoudręczenie. Fundamentalną rolą poetów jest sprawianie, żebyśmy chcieli oddychać. Miłość Wyrzuca wielkie słowa poza najprostsze emocje – a my wijemy się w ich naciąganiu, poddajemy próbom wytrzymałości. Wiercimy się i wykręcamy, żyjemy i chwytamy. Pamiętam, gdy w szpitalu Miłosierdzia młoda Chorwacka anestezjolog delikatnie Wyciągała plastikową rurkę mówiąc “myślę, Że teraz możesz już sam oddychać” Ta udręka! Znowu zostałem rzucony na głęboką wodę. Moje płuca odpłynęły z nabrzeża już samodzielnie, zagarniały i zagarniały, co było potrzebne by oddychać. Oddział chirurgiczny Odpłynął daleko w medytacji Vipasana Ego zostało wymazane, ten rodzaj umysłu był umysłem pełnej uważności Szczelnie wypełniającej pokój, poczucie wspólnoty Buddy z jego uczniami, przywróciło mnie życiu. Daleko od fizyki i medycyny Z powrotem do tego co osobiste i pełne krwi. Budda był rebeliantem swoich czasów, Ale nigdy nie tkwił zagrzebany w pieluchach na onkologii. Ani też nie doświadczył znieczulenia zewnątrzoponowego ani horroru rozkojarzonego umysłu. Moim prawdziwym oddechem Jest poczucie powrotu w istnienie, mocna Esencja następujących po sobie wdechów przenikających ciało. I na dodatek ta okropna wiadomość, niestety prawdziwa, Że gdzieś daleko zmarł Leonard Cohen, Przez co znowu myślę o oddychaniu, o tym, że miłość Jest przetrwaniem, o Suzanne i Mariannie i o tym, że Leonard Spał w sypialni Yeatsa w Lissadell. Mówią, Że spał sam, z nietoperzami gnieżdżącymi się w wykuszach Irlandzkiej nocy. Dużo ostatnio złych wieści, ale przecież musimy Z zapartym tchem przezwyciężać napierającą pustkę. Złamane obietnice W miarę starzenia nabieramy wprawy w kolekcjonowaniu Niedotrzymanych obietnic. Nie dlatego, że świat wariuje, Lecz dlatego, że dzień za dniem Przybywa nam opcji. Zbyt dużo jałowego kręcenia się Wokół swoich zachcianek; za dużo podniet, Zdecydowanie za dużo podniet na tym świecie Biegnącym nieustannie, żeby przyjąć nowe twarze. Młodzi są piękni i pełni optymizmu To na pewno. I jak mówiłem, nie znoszę Daremnego czekania na dawno obiecany Egzemplarz unikalnej Geografii Ptolemeusza, Wydanej przez Hola von Ulma Z jego misternie kolorowanymi mapami: Chodzi o prezent od Księcia Eugeniusza Savoy – Książkę z roku 1480 wydaną przez londyński Lettou, Już sobie odpuszczę. Ludzie zapominają, ja cały dzień haruję w prowincjonalnej bibliotece. Ale moje serce Zabiło żywiej gdy zdobyłem egzemplarz wierszy wybranych Jewtuszenki. Pachniał ogniskiem i młodym gruzińskim winem: miałem go oprawionego w jedwab, jak oryginał Jensena z Wenecji Brałem go ze sobą podróżując W góry hrabstwa Kerry, do Sligo, na morze Raz, kiedy czytałem, Podeszła młoda kobieta w szkockiej spódnicy Mówiąc, że nazywa się Larissa Fiodorowna A ta książka była jej własnością, dostała ją w spadku – Oczywiście obiecałem jej, że oddam i zaraz zwiałem. przełożył Mirosław Drabczyk Thomas McCarthy (ur. 1954) – poeta irlandzki, laureat wielu nagród literackich, stypendysta Międzynarodowego Programu Pisarskiego w Iowa, USA. Jego poezja koncentruje się na sprawach polityki, historii Irlandii oraz życia rodzinnego. D o tej pory opublikował osiem zbiorów wierszy m. in. The Sorrow Garden , Mr Dineen's Careful Parade , The Merchant Prince oraz dwie powieści. Zawodowo związany był z Cork University, obecnie na emeryturze.
- Roger Wolfe – pięć wierszy
Ciężar To ta przeklęta bezsilność. Ta nieobecność nawet gniewu. Ten ciężar. Tak, ten ciężar: jak słoik aspiryny w pustym żołądku. Szklanka Usiądź przy stole. Wypij szklankę wody. Delektuj się każdym łykiem. I pomyśl o całym czasie który utraciłeś. Który teraz tracisz. Czasie który ci pozostał do stracenia. Prawo Masz prawo do swobodnego wyrażania wszystkiego co wolno ci powiedzieć. Speed of love Miłość to pokój w półmroku pełen zapachów i niebezpieczeństwa, słodyczy i udręki, oczekiwania… a w skroniach powolne, radosne, nieokiełznane, straszliwe pulsowanie adrenaliny. Mgnienie oka Pedro Salinas pisze w jednym wierszu że nie chce przestać odczuwać bólu nieobecności kobiety którą kocha bo to jedyne co mu po niej pozostało: ból. Nie pamiętam dokładnie jego słów. On wyraża to lepiej niż ja. To były inne czasy. Salinas nie żyje. Podobnie jak kobieta którą kochał. Wkrótce wszyscy będziemy martwi. Życie to tylko mgnienie oka. Otwórz oczy i zamknij je z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Roger Wolfe (ur. 1962) – angielski poeta, prozaik i eseista, tworzący w języku hiszpańskim. Łączony głównie z nurtem brudnego realizmu.
- Fabián Casas – pięć wierszy
W środku nocy Wstaję w środku nocy, bardzo spragniony. Mój ojciec śpi, bracia śpią. Stoję nagi na środku podwórka i mam wrażenie, że rzeczy mnie nie rozpoznają. Tak jakby za mną nic się nie domknęło. Ale znów jestem w miejscu, gdzie się urodziłem. Podróż Łososia w trudnym czasie. Myślę o tym i otwieram lodówkę: trochę światła od rzeczy, które pozostają zimne. Czekając, aż aspiryna Czekając, aż aspiryna zacznie działać, uporządkuje pokoje, zamiesza kawę i przyprowadzi moją matkę, świeżą w to sierpniowe popołudnie przeglądam głupie magazyny, słucham starych płyt zastanawiam się, w którym momencie dinozaury poczuły że coś jest nie tak. Obudzić się Obudzić się w środku nocy i zobaczyć po drugiej stronie łóżka swoją żonę zapłakaną to ważne doświadczenie. Znaczy to między innymi, że podczas gdy ty przechadzałeś się po rozświetlonych komnatach swojego mózgu, coś się działo tuż obok. Błąd, z którym utrzymujesz szczególną relację intymności. Bo choć niczego nie podpisujemy ani nie biegniemy w pośpiechu pod deszczem ryżu, myślimy, że to na całe życie, i tak dalej trwamy. Łodzie, które nocą pozostają przycumowane do pomostu, obijając się o siebie, wedle wiatru. Po długiej podróży Siadam na balkonie, by patrzeć w noc. Moja matka mówiła mi, że nie warto być przygnębionym. Rusz się, zrób coś, krzyczała do mnie. Ale ja nigdy nie byłem stworzony do szczęścia. Moja matka i ja byliśmy różni i nigdy nie potrafiliśmy się zrozumieć. A jednak jest coś, co chciałbym opowiedzieć: czasem, kiedy bardzo za nią tęsknię, otwieram szafę, w której wiszą jej ubrania i jakbym wracał do domu po długiej podróży, wchodzę do środka. Może to absurdalne: ale w ciemności i z tym zapachem mam pewność, że nic nas nie rozdziela. Bez kluczy i w ciemności To był jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie dobrze. Wysprzątałem mieszkanie i napisałem dwa albo trzy wiersze, które mi się podobały. Nie prosiłem o więcej. Następnie wyszedłem na korytarz, żeby wyrzucić śmieci i wtedy za mną, z powodu przeciągu, drzwi się zatrzasnęły. Zostałem bez kluczy i w ciemności słuchając głosów sąsiadów przez ich drzwi. To przejściowe, powiedziałem sobie; ale taka też mogłaby być śmierć: ciemny korytarz, zamknięte drzwi z kluczem w środku śmieci w ręku. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Fabián Andrés Casas (ur. 1965) – argentyński prozaik, poeta i dziennikarz. Podczas Międzynarodowych Targów Książki w Guadalajarze znalazł się na liście 25 pisarek i pisarzy z Ameryki Łacińskiej, którzy co prawda nie są szerzej znani poza swoimi krajami, ale z pewnością zasługują na większą rozpoznawalność.










