Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Grzegorz Tomicki – Frenezje
Teoria ran Człowiek, który upadł jest cokolwiek mądrzejszy od głupka łażącego tu i tam bez pojęcia o wyrwie w chodniku, która za chwilę podetnie mu nogę. Paul de Man "Retoryka czasowości" Autorem teorii ran (wounds theory) jest Marvin Minsky w swoich założeniach teoretycznych koncepcja ran niewiele się różni od teorii schematów ich zadawania Minsky podobnie jak Rumelhart oraz Schank wyróżnia dwa podstawowe poziomy ran poziom wyższy zawiera stałe elementy społecznej struktury sieciowej w której dochodzi do ukonstytuowania się rany elementy te są niezmienne i niezależne od możliwego zakresu stosowalności coś jak systemy klasowe nierówności społeczne i przemieszczana pomiędzy nimi agresja poziom niższy rany natomiast ma liczne okienka które są zapełniane przez części elastyczne które z kolei są zmienne w zakresie różnych wymiarów na przykład czasowych wielkościowych czy odległościowych w ramach których ze zmagań pomiędzy rzeczą jako ideą a ideą jako rzeczą wyłania się rana lub blizna w przypadku schematu postępowania z producentami ran którymi nie zawsze są egzemplaryczni mentalni przestępcy niezmiennym elementem rany wydaje się brak konieczności izolowania ich w miejscu przysposobienia do życia w ludzkiej rodzinie natomiast konkretne techniki postępowania z ranami w relacjach interpersonalnych zależą od zmiennych elastycznych części rany na przykład okienko czasowe określa długość czasu poświęconego na resocjalizację przekwalifikowanie lub odwrócenie ról biorących udział w procesie generowania rany podmiotów natomiast możliwości nietypowej transformacji w zakresie samej rany wykorzystują niektóre techniki twórczego myślenia na przykład pisanie wniosków o przyznanie grantu umożliwiającego dalszą działalność artystyczną w zakresie wytwarzania propagowania oraz interpretowania współczesnej poezji wsobnej i niepublicznej innym przykładem mogą być werbalne rotacje metaforyczne metonimiczne czy synekdochiczne dokonywane na dyskursie podpublicznym z uwzględnieniem subkodów subwersywnych i niegramatycznych tak jak to robił w muzyce Mischa Maisky dla każdej ramy najbardziej istotne są trzy rodzaje informacji po pierwsze ważne jest to w jaki sposób należy ranę stosować to znaczy relacje między reprezentacjami pojęciowymi ran muszą wyznaczać konkretne programy zachowań po drugie rana powinna mieć określoną sekwencję zdarzeń scenariusz z którego jasno wynika ich kolejność i przebieg podejmowanej w jego ramach akcji po trzecie rana musi zawierać także praktyczną informację co należy uczynić w sytuacji gdy oczekiwania odnośnie do sekwencji wydarzeń ją stwarzających nie potwierdzają się w rzeczywistości tego rodzaju wskazówki powinny być punktem wyjścia do ewentualnej modyfikacji rany jej sublimacji symbolizacji lub podjęcia innych środków zaradczych choć czasami lepiej zostawić ją samą niech rana się sobą zaopiekuje jak bowiem mówi kolega Marvina Minsky’ego Noam Chomsky na elity polityczne nie ma co liczyć. Przypis do teorii ran Warte podkreślenia jest to że koncepcja ran kładzie nacisk na znaczenie tych struktur poznawczych dla regulacji celowych działań człowieka zwłaszcza w społecznym świecie wartości o ile bowiem schematy poznawcze są strukturami wiedzy które mogą nam służyć zarówno do lepszego zrozumienia świata w ramach trwałych reprezentacji umysłowych jakkolwiek byłyby one od świata odległe jak i do generowania na podstawie tej wiedzy spójnego i adekwatnego zachowania o tyle w przypadku teorii ran znacznie ważniejszy jest aspekt wiedzy proceduralnej i performatywnej bezpośrednio związany z zachowaniem opatrunkowym generowanym na podstawie rany ponadto rana wydaje się strukturą poznawczą o wiele bardziej zależną od kontekstu sytuacji a przez to znacznie bardziej zróżnicowaną można powiedzieć że każdy z nas nieustannie nakłada na różnorodną i kapryśną rzeczywistość rozmaite rany i opatrunki które redukują nadmiar informacji cały ten informacyjny szum porządkują tym samym obraz świata i regulują nasze celowe działania dokądkolwiek by one zmierzały. Grzegorz Tomicki (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował osiem tomów wierszy oraz monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.
- Bashō – osiem wierszy
wyjdź nietoperzu dołącz do świata kwiatów i ptaków festyn świetlików pijany przewoźnik i chwiejna łódź nad suchą trawą rozedrgane powietrze pasma gorąca zakochana kotka przez szczelinę w piecu wkrada się i znika jesienna pełnia krążymy wokół stawu przez całą noc pijmy do dna z baryłki po sake zrobimy wazon na kwiaty na skraju ganku świąteczne ciastka mochi w kupach słowika wiosenna noc kończy ją świt w kwiatach wiśni tłumaczenia: Magdalena Bielska i Łukasz Szopa Bashō (1644-1694) właściwie Matsuo Munefusa – japoński poeta uznany za największego pisarza epoki Edo. Studiował filologię japońską, kaligrafię, filozofię, literaturę chińską w Kioto. Pod wpływem praktyk zen i poszukiwań twórczych od 1684 rozpoczął wielomiesięczne piesze podróże. Niezwykle ceniony za rozwój haiku, wprowadził do tego (wcześniej humorystycznego) gatunku poezji impresję i kontemplację przyrody. Najbardziej znane utwory to m.in . Ścieżki na daleką północ - dziennik uznany za arcydzieło literatury japońskiej, Kasztan bez owoców, Zapiski z podróży do Kashimy, Notatki z podróżnej sakwy, Worek z węglem drzewnym . Zmarł w Osace podczas ostatniej podróży. Tłumacze: Magdalena Bielska – absolwentka historii sztuki na KUL, aktywistka społeczna, sutaszystka. Mieszka w Lublinie. Niepraktykująca buddystka i praktykująca górzystka. Łukasz Szopa – poeta, prozaik i tłumacz. Opublikował zbiory poezji Roadmovie (2000) oraz wspólnie z Mehmedem Begićem Film (2001), zbiór opowiadań Kawa w samo południe (2010), oraz powieść Fioletowy plecak i trzy herbaty (2016). Mieszka w Berlinie i Włosieniu.
- Serhij Rybnycki – cztery wiersze
11 dzień zaczyna się poruszać po trajektorii jesiennego ptaszka nad wodą między drzewami słońce rozbłyskuje w ogonie rakiety i świst niczym struna na niebie rozcięcie serce oparło się o imię zeszłorocznego śniegu i ślady na piśmie świętym mamo wiekuista mamo gdzie nasze łóżka gdzie nasze ściany tylko rysunek ogromnego słońca w oknie spłynął jak anioła dalej deszcz wszystko w dół i strumienie i rzeka w jesień modlitwy i lamenty i chmury w każdej dłoni tego co przybiegł na pomoc i oddech bursztynowy który wieczorem w nocy wlewa się do pieśni ponad pieśniami a na razie tylko oddech amputowany pień orzecha zatrzymuje autobus zamarł czeka aż wszyscy wysiądą ale droga również amputowana a na skraju bandaż przejścia dla pieszych i wiecznie czerwone spojrzenie sygnalizacji świetlnej imię bez dźwięku ale z konturem spierzchniętych ust palce ołówki wciąż obok ciała i wciąż łaskocząc jakby ostro naostrzone i jeszcze by trochę koloru niebieskiego bo słońce zaczyna palić i płynie jak bursztyn tej jesieni wyrwa kapitanie gdzie jesteś gdzie koło ratunkowe kapitanie 24 r. 52 wiesz że oni cię złapią i złamią nie ma przestrzeni do ucieczki są tylko cyfry odliczania współrzędne ciągła zmiana na tablicy wojny która zapuszcza korzenie przez nieruchome ciała niby cały czas był zakopany niby światło dzienne dozowano dopóki pięter nie usypano łopata za łopatą i nie ma postronnych choćby nie wiadomo jak sadzono kwiaty i drzewa listopad obnaża szkielet po szkielecie już i na pniach znaki dziecięce ktoś plus ktoś równa się kto dla kogo jest bogiem a on jest ścieżkami z których każda prowadzi na wojnę gdzie cię złapią i zabiją gdzie twoje biblioteki nie będą miały znaczenia gdzie twoje notatniki to kolejna gwiazda na niebie gwiazd gdzie wszystko już napisano jeszcze przed tobą a czegoś wyjątkowego i szczerego nie słychać spod ziemi lepiej o miłości mówią oni kiedy wybór już został dokonany i ktoś te słowa musi przyjąć zanim dłoń ześlizgnie się w międzynoże a pocałunek spotka pocałunek że i słowa nie wypowiesz jakby usta zasypane ziemią a dłonie wciąż wyczuwają grzebią pragną wyrwać się na zewnątrz ale za późno bo leżycie obok bohatera oddychacie przez ziemię przez ciała przez wojnę a każde słowo to kość każda miłość to naddarty sztandar martwi mają nadzieję że kiedyś to się skończy a żywi tańczą na kościach 25 r. 7 oto człowiek który jak u pynczona uważa się za wojnę że żyje on niedługo lecz ataki są długotrwałe i burzliwe mówi że wielkie książki trzeba czytać szybko zanim narracja nie przemoże samego czytelnika a we wszystkim innym czepiać się każdego napotkanego za ocalałe kończyny co z ciebie za wojownik dlaczego tam cię nie ma dla ciebie w bunkrze miejsca nie będzie a pod wieczór w książce zapalonymi oczami i ołówkiem krzyżyki na marginesach jakby tu miała przylecieć rakieta i jeszcze jeden dzień życia dla mnie papieros przy rynnie i kawa za rogiem i tabletki i badanie u lekarza który będzie mamrotał jeszcze za wcześnie wtedy gdy pacjent będzie prosił żeby dalej go preparowali doprawdy historycy no przynajmniej uczniowie średnich klas wycięli złośliwe parady i rzucili podwórkowym psom doktorze jeszcze trochę słyszy pan tak równy puls pocisków niczym całe życie poranny bieg od zdrowego rozsądku i zamiast narodów po sto stron wielkiej książki gdzie słowo za słowem dziś prawdy dziś zaostrzone ostrze którym ścinają głowy królom i dowódcom że sam wyczerpany padasz na podłogę i znów potylicą o koło samsary i znów oczami o boskie oblicza nad obsranym łóżkiem to co doktorze znowu spuści mi pan krew wypuści pan moich żołnierzy czy dzisiaj mamy na kolację po raz kolejny pieczonego gołębia 24 r. 58 szara strefa uczepiła się lufy i nie puszcza widma pasterzy zasiadły w lejach na kolanach i obserwują tych którzy pierwsi idą ostrożne kroki but trzaska wśród gałęzi zwiadowcy i ci którym przypadło w udziale zbieranie ciał i cieni podobni do krów które cicho poskubują trawę co zniknęła dawno a ktoś z nich szepcze że zapomniał kiedy widział krowę na żywo głównie na obrazkach lub zdjęciach a tak naprawdę gdy chodził do szkoły i stado spotykał po drodze pachniało mlekiem i obornikiem a ich hałaśliwe westchnienia przypominające odgłosy wystrzeliwanych rakiet i stawowe oczy spokojne ufne jakby cała szerokość drogi należała do nich a teraz pamięć zupełnie zbielała jak to mleko więc hełm ścisnął głowę aby biel nie przyciągała uwagi a tym bardziej aby nikt z cywilów nie pomyślał że chcą się tu oddać do niewoli bo przez to wojna w żadnym wypadku się nie skończy chyba że wróg rozstrzela czy będziesz opowiadał mu historie z dzieciństwa jak widziałeś krowy piłeś mleko i mimowolnie obaj spojrzycie na dorastanie od zabawkowych karabinów do prawdziwych od żywych krów do rozbitych obór od świeżego mleka do zardzewiałej konserwy z tuszonym mięsem że wrogowi jest obojętne czy to krowa czy człowiek dla niego czas zapisany w rozkazie na szarym papierze o który czepia się lufa i słychać skrzypienie niewidzialnego śniegu i zagnano ludzi na podwórze czarne zmęczone plamki na świeżym mleku biedacy powtarzają wszystko co im się powie w ich oczach ostatecznie zgasło dzieciństwo czas dla nich czaszka krowy jakoś znaleziona w leju gdzie milczące duchy pasterzy rozpraszają się dymem nad ziemią gdzie kiedyś rosła trawa i nadal będzie rosła a ich palce na swój sposób liczyły czas a teraz przepuszczają między sobą papierowe łodygi 23 r. przełożył Tomasz Pierzchała Serhij Rybnycki (ur. 1984) – ukraiński pisarz, bloger, fotograf i recenzent literacki. Studiował na Winnickim Narodowym Uniwersytecie Technicznym. Jego fotografie oraz wczesne utwory literackie są publikowane pod pseudonimem Magiczne Pchły Świętego Antoniego (ukr. Czariwni Błochy Swiatoho Antonija ). Laureat II Nagrody Wydawnictwa „Smołoskyp” (2017). Jego poezja była publikowana w almanachu „Ekspres Mołodisti" (2015), czasopiśmie literackim „Dzwin” (2016), polsko-ukraińskim zbiorze „Ukraińska nadzieja” (2017) oraz w antologii Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy " Mołodi hołosy" (2021). Mieszka w Winnicy.
- Karmelo C. Iribarren – pięć wierszy
Przeszłość Teraz, gdy rzuciłem alkohol, nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo muszę uważać na barmanów z mojej dzielnicy: wystarczy, że wypiją dwa kieliszki, a już opowiadają mi moje własne życie. Środowy poranek Poranek jest szary, matowy, smutny. Siedzę w barze, przy kawie, tuż przy szybie wychodzącej na ulicę. Muzyka — cicha, odległa, niewyraźna — towarzyszy, nie prosząc o nic w zamian, nawet o to, by jej słuchać. Pada, ale lekko — trochę zacina — co sprawia, że niektórzy przechodnie nie biorą tego na serio i wzbraniają się przed otwarciem parasola. W środku jesteśmy tylko kelner i ja, i w tej chwili jest to najbliższe małemu rajowi na ziemi. Czuję się niemal jak w przedziale pociągu. Gdyby tak było, miałbym bilet aż do ostatniej stacji. Letnia burza Trzymają się za ręce w milczeniu, pod zadaszeniem. Chłopiec patrzy na swoją huśtawkę, w smutku, w deszczu, i nie rozumie. Ojciec patrzy na chłopca: takie jest życie, synu — chciałby mu powiedzieć — a ono dopiero się zaczęło. Na krawędzi Masz dwadzieścia lat, trzymasz życie za gardło, zdane na twą łaskę; ale to wciąż za mało, chcesz więcej. Znam to uczucie. I życzę ci dużo szczęścia, przyda ci się. Trudna rzecz Zakochać się jest łatwo. Można się zakochać — bez większego wysiłku — kilka razy dziennie, przy byle okazji wystarczy chcieć i trochę się rozejrzeć; a jeśli jest lato, to już w ogóle. Zakochać się to żadna zasługa. Naprawdę trudna rzecz — nie znam ani jednego takiego przypadku — to wyjść z historii miłosnej bez szwanku. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Karmelo C. Iribarren (ur. 1959) – urodzony w San Sebastián hiszpański poeta i wieloletni pracownik sektora gastronomicznego.
- Luis Cernuda – pięć wierszy
Niektóre ciała są niczym kwiaty Niektóre ciała są niczym kwiaty, inne niczym sztylety, inne niczym wstęgi wody; lecz wszystkie, prędzej czy później, staną się blizną, co w innym ciele narasta, przemieniając — mocą ognia — kamień w człowieka. Lecz człowiek miota się we wszystkie strony, śni o wolności, z wiatrem się ściga, aż nadchodzi dzień, gdy blizna znika, stając się na powrót kamieniem na niczyjej drodze. Ja, który nie jestem kamieniem, lecz drogą, po której przechodzą bose stopy, umieram z miłości do nich wszystkich; oddaję im swe ciało, by po nim deptali, choćby ich wiodło ku ambicji bądź chmurze, choćby i żaden nie pojął, że ani ambicja, ani chmury nie są warte miłości, której się oddaje. Powód do łez Noc, z racji swego smutku, nie zna granic. Jej cień, zbuntowany niczym piana, rozbija kruche mury, zawstydzone swą bielą; noc, która nie potrafi być niczym jak tylko nocą. Być może kochankowie ranią sztyletami gwiazdy, być może przygoda gasi jakiś smutek. Lecz ty, nocy, pędzona pragnieniami aż po bladość wody, wyczekujesz zawsze czujna kto wie jakich słowików. W głębi drżą otchłanie zaludnione wężami pośród piór, u wezgłowia chorych niewidzących nic prócz nocy, gdy więżą powietrze między wargami. Noc, ta noc olśniewająca, na rogach ulic kręcąca biodrami, wyczekująca nie wiedzieć czego, jak ja, jak wszyscy. Wiatr i dusza Z taką gwałtownością wiatr niesie się od morza, że jego pierwotne dźwięki zarażają ciszę nocy. Słyszysz go tylko w swym łóżku jak natarczywie w szyby stuka, wyjąc i nawołując jakby zagubiony, bez nikogo. Lecz to nie on cię w bezsenności trzyma, lecz inna siła, której ciało twe jest dziś więzieniem, była wiatrem wolnym, i pamięta. Pragnienie Przez spokojne wrześniowe pole z topoli żółtej jakiś liść, niczym gwiazda strącona, wirując, ku ziemi spada. O, gdyby tak dusza nieświadoma, Panie gwiazd i liści, była jako cień zapłoniony, od życia ku śmierci. Białe cienie Cienie kruche, białe, uśpione na plaży, uśpione w swej miłości, w swym kwiecie wszechświata, nie bacząc na płomienną barwę życia na łożu z piasku i zniesionego przypadku. Pocałunki swobodnie spadają z ich ust w nieokiełznane morze niczym perły zbyteczne; perły szare lub może popielate gwiazdy wstępujące ku niebu ze światłem rozproszonym. Pod osłoną nocy świat cichy tonie; pod osłoną nocy oblicza nieruchome, martwe, gubią się. Tylko te białe cienie, ach, białe, tak, tak białe. Światło także rzuca cienie, lecz cienie błękitne. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Luis Cernuda Bidón (1902-1963) – hiszpański poeta i krytyk literacki, przedstawiciel Pokolenia 27, emigrant.
- Janusz Radwański – Treny
Nie wiadomo, co zrobić z rękami, gdy się nikogo nie nosi Do Matki Boskiej Jagodnej matki nie mogły zbierać jagód bo Matka Boska Jagodna dawała je ich dzieciom w niebie. Pęknięcie Idzie do ciebie, ale jeszcze nic nie wie (ty też nie wiesz, ale pamiętaj, coś już jest zawieszone, ciężkie jak stara topola, jak spadnie to z tym głuchym dźwiękiem) to jest ten moment przed, więc bądź taki jak wtedy, gdy niosłeś jagnię ze złamaną nogą, długą dziurawą drogą, w noc. Kolęda Jedzie nocą po diagnozę. Królowie zabierają dary, pasterzy nie ma, dziecko jest i marznie mocniej, bo wszystko jest, jak być miało, tylko na odwrót albo bardziej. Oddział dziecięcy Mogliby nas w drodze absolutnego wyjątku w naszej sytuacji. Ale w sumie tutaj wszyscy są w naszej sytuacji i wszystkich trzeba byłoby w drodze absolutnego wyjątku. I gdyby przyjechał poseł i mówił o tych o specjalnych potrzebach, to o kim by mówił i do kogo? To nie jest nasze zmartwienie, my mamy teraz wokół całą masę absolutnej wyjątkowości do potraktowania, w tej drodze. Oddział dziecięcy II Na ścianie kolorowy pociąg, w każdym wagonie inne zwierzę. W lokomotywie śmiesznie zdziwiona foka en face (sprawdzić kiedyś, one tak z natury wyglądają od przodu, czy jest w niej całe zdziwienie, że jak to, foka w parowozie, my tu, na tym oddziale?). Oddział dziecięcy III Więc to tu są te wszystkie chore dzieci o których ludzie tyle piszą w necie na psy zbierają, a tyle chorych dzieci przecież Ale tu nie ma tych ludzi, nie ma psów ani netu (głuszą, bo maszyny? Zasięg nie sięga tu?) Jest nora dzikiego królika pod oknem długiego korytarza Tam są całe pielgrzymki, bo czasem wychodzi, się zdarza. Przerabiamy zdjęcia Panie dobry jak chleb Panie dobry jak chleb z cebula Panie dobry jak chleb z cebulą który rozdawali księża na przystanku Jezus, Są na fejsie takie grupy, gdzie ludzie proszą O ożywienie matki albo usunięcie rury respiratora z gardła dziecka. Wiedziałeś o tym? Obraz Może i gadaliśmy do obrazu, ale to nie takie proste. Najpierw trzeba było długo iść. Niosłem głośnik, ludzie czytali, z czym idą i, panie, takich rzeczy, to nikt nie powinien dźwigać. Od samego słuchania szelki z wrzynały mi się pod skórę, a oni z tym szli. I gdzie mieli z tym wszystkim iść, jak ani tego nieść, ani komu dać. Mówiliśmy do obrazu, obraz do nas ni razu i w sumie dobrze, bo gdyby odpowiadał, rozmawialibyśmy inaczej. Loteria I wszystkie nagrody są pocieszenia. No i co z tego, że tanie pocieszenie? Lepiej by ci było gdyby za nie też trzeba było drogo płacić? Loteria II To na ich rzecz, bo takie rzeczy im się przydarzyły, że, mówisz, nie zasłużyli na to. Ale w sumie nikt nie zasłużył. Powinna być na to jakaś infolinia, byłaby łagodna muzyka i zapętlony głos, który mówiłby ci zawsze, że jesteś pierwszy w kolejce. Silnik Szczególarstwo to jest jednak fajna rzecz jak masz cosplayować życie przed diagnozą. Jak stały rzeczy? Jak siadaliśmy przypadkowo zawsze w podobnym porządku? Jak było z tym silnikiem, co trzeba w nim było trzy części trzymać razem a czwartą ręką skręcać? Zawsze coś wypadało, było dużo śmiechu. Znowu koło tej samej kapliczki Co się mało powiedzieć, to się już powiedziało, raczej po szpitalnych salach niż po kościołach. Siedzimy i nic nie gadamy jak chłop z chłopem. Nikt do nikogo nie ma żalu o nic. Nikt nikomu niczego nie zapomniał. Janusz Radwański (ur. 1984) – wydał książki z wierszami: Księga wyjścia awaryjnego (2012), Chałwa zwyciężonym (2013), Kalenberek (2017) Święto nieodległości (2018), Śpiewnik szantowy (2022), arkusz poetycki Żylety (2022) i przekłady: Pawło Korobczuk Kajfuj, kajfuj (2019), Ołeksij Czupa Piędź (2020), Wołodymyr Bynio Tak jest zapisane (2022), Daryna Hładun Radio «Wojna» (2022) oraz Jurij Zawadski Nie pytają (2023). Muzykant ludowy, muzealnik. Mieszka w Kolbuszowej Górnej.
- Katarzyna Woydyło – przypływy i odpływy
*** Widzisz duży dom, pod który podjeżdżam taksówką. Rozpinam kurtkę, a potem dwa guziki koszuli. Trzy wdechy, czerwony guzik na domofonie. W kieszeni ściskam odliczone banknoty. Dwadzieścia dyszek łaskocze mnie w środek dłoni. Wpuszczony skupiam się na tym, co ostatnio się u mnie działo. Ostrożnie wchodzę po schodach, na każdym stopniu wyczuwam działanie f a l i. Dudnienie w uszach. Krew przelewająca się przez zatoki, co lepkim glonem spływa do gardła. Słodka woda w oczach. Piasek na zębach. Mężczyzna, który czeka na mnie na piętrze, wygląda jak męska syrena. Kimono z kwiatem wiśni i turkusowym brokatem ledwo trzyma się na jego biodrach. Piaskowe pasma włosów opadają swobodnie na umięśnione ramiona. Nie otwiera ust, gdy do mnie przemawia. Piskliwym głosem ogłasza od progu, że okazałem się być człowiekiem predysponowanym do samotności. Nie pociesza mnie tłumaczenie, że inni jego pacjenci borykają się z nerwowością, albo odczuwają zbyt wiele. Wszyscy mamy należeć do grupy tych samych dzikich stworzeń, które choć nienawykłe do życia w morzu, i tak uparcie trzymają głowę pod wodą. Serce wali nam jak oszalałe, gdy żegnamy kolejne bliskie osoby. W czarnych głębinach umieramy tysiące razy i nikt nie jest w stanie nam pomóc. Regularny oddech nie wraca. Zrywamy kontakt z matką. Rozstajemy się z żoną. Na chwilę przed ostateczną śmiercią odwracamy się od własnych dzieci. Pozostajemy sami ze swoimi lękami. Toniemy. Zanurz głowę pod wodę i popatrz uważnie. Mężczyźnie zależy na tym, żebym zrozumiał, że nie jestem niezwykły. Za każdym razem kluczowy jest moment, w którym on znowu czymś we mnie rzuca. Jak zrobię unik, to nie muszę za przegadaną godzinę płacić. Zazwyczaj jednak rozpraszam się, a wtedy pokornie przyjmuję wszystko. Mokre fusy po kawie, rozgotowany makaron, okruchy bułki, liście paprotki. Po wszystkim mężczyzna wystawia paragon i nie odprowadza mnie do drzwi. Ile razy wracam do domu pieszo, tyle razy nie ścieram z siebie zaschłych już liści herbaty. Całą drogę, na którą składa się osiem ulic, traktuję jak własną drogę krzyżową. Jest krótkie oznaczenie stacji, które mijam. Są ludzie, którzy udają, że mi współczują. Nie ma zbawienia. *** W mieszkaniu ojca nie ma zasłon, przez co światło panoszy się i długą nogą zahacza o zakurzone kąty. W mieszkaniu ojca czuć rzędy skarpet, które ktoś prał, ale nie doprał, a zatem pachną i śmierdzą zarazem. W mieszkaniu ojca jest kuchenka gazowa i jest piekarnik, które obsługuje na co dzień trzynastolatka. W mieszkaniu ojca jest miłość, tylko taka niecelna, jak ping-pong, w którym ktoś ją za mocno odbija, a druga osoba nie umie jej przyjąć. W mieszkaniu ojca najczęściej nie ma ojca. Jest za to dziewczyna, która pewnego dnia wyzna ojcu, że chce wrócić do matki. Światło rozgrzeje wnętrze jej dłoni, na serce zadziała jak dotlenienie. Ojciec kolejny raz w tym miesiącu zgaśnie. Dziewczyny to nie zaskoczy, a jednak rozczaruje ją, gdy on nawet nie zapyta dlaczego. Tak jakby pogodzony był już z przegraną. Za uchem będzie miał zaschnięte liście herbaty, które szczupłymi palcami zacznie zdrapywać. Ten widok pochłonie dziewczynę i sprawi, że cały monolog o miłości córki do ojca posypie się i wpadnie jej wprost pod powieki. Będzie musiała dużo razy zamrugać, żeby przy ojcu wytrwać. Pomiędzy sekundami zmieści się odrobina cierpienia. Co znaczy ta ilość wobec długości dnia, który wciąż trwa. Dzień trwa tylko tyle, ile zdążysz sobie ukroić, dopowie w jej głowie matka. Musisz się tylko obudzić, nim zdąży pochłonąć cię ciemność. Katarzyna Woydyło (1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim i Kursu Pisania Powieści KMLU. Jej opowiadania opublikowane zostały w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim", "Epei", "Zakładzie" i "Twórczości". Mieszka w Zabrzu, najszczęśliwsza bywa w kasku, narciarskim lub rowerowym.
- Maciej Skomorowski – wiersze zapisane po opuszczeniu azylu
Po Jest jakaś prawda w tej katastrofie, np. że się zdarzyła, że oprawca był szczęśliwy w dzieciństwie, że w uzasadnieniu użyto innowacyjnie i oryginalnie znaczenia słów "myślenie dereistyczne" i dochowano wierności sztuce. Musi być jakaś prawda tej katastrofy pozostawiona w dokumentach jako odczytanie od nowa z clue interpretacji bliższej temu, co twierdziłem od początku i co zostało zduszone wbrew mojej woli gwałtem. Jakąś prawdę tej katastrofy powinno dać się opowiedzieć, ponieważ opowiadanie historii bez sensu w końcu przynosi wersję sensowną już na mocy paplania językiem, gdy znaczenia funkcjonują nawet poza teorią o niemożności ustalenia znaczenia, desygnaty nawet w gestach deiktycznych chwieją się, albowiem dowolny znak opowieści może podchwycić ktoś bez skrupułów, ktoś, kto żyje w innej opowieści. Konieczna jest jakaś prawda tej katastrofy, gdyż proste nic nie jest prawdziwe - tak mnie uczono - popada w wewnętrzną sprzeczność, a mądrość zawieszenia sądu to nadal pozostawanie w dyskusji, którą ludzkość prowadzi i nigdy nie zaprzestanie, aby czymś bardzo drobnym, odległym, jakby słabym światełkiem na oceanie, dawać znać innym uczestnikom tej tragedii, że uznajemy wspólną iluzję, upewniamy się w niej wzajemnie, i że nieme cierpienie jest po coś, a do tego kłamstwa jesteśmy uprawnieni na mocy paktu żywych, choć nie obowiązuje on bezwarunkowo. Zła Kraina Polityczne jak seks są odnóża ośmiornicy cięte nożem z Bożenką w mojej kuchni, bowiem miasta bronili piekarze, gdy wojownicy zajmowali się mąką. Hipertekst dla bota linkuje do Biblioteki Narodowej, zatem zadanie wykonane, zapisałem się, umrę nie wszystek? Po raz pierwszy rewolucja spełnia się (niemo) i wypuszczają poetów z oddziałów psychiatrycznych i przez chwilę myśl, że nowe rozdanie wyklucza jednoznaczność, zaraz potem pamięć wzięta z dobrej edukacji: to nie pierwszy raz. Choćby nie wiem co, zagłada, pozostaje kilka dobrych piosenek jako niezwalczone powody do tracenia czasu. Przychodzi definiować się na nowo, absolutyzować prawo do autodefinicji, wychodzi w wigilijną noc do parku i mówi, że tak chce - przychodzi przypominać sobie stare, dobre nawyki. Notatka upraszcza proces decyzyjny. Wszyscy jesteśmy zhakowani. Nadawanie z otchłani, w którą wpadały już kiedyś z wysoka strącone stworzenia... Kształty liter przed oczami wywołują niewidzialne, bezcielesne. Nieporównywalne zaćmienia. Świat politycznej przemocy zaniesiony do domów telewizorami jest realny, dlatego uzgadnia mnie ze sobą. Autorzy umierają na rzecz struktury i nie ma kogo nagradzać. Obłędna i skłamana równoważność wszystkich rzeczy powraca jak niegdyś opuszczona, zła kraina. Sprzeczność Zaprzeczyć i wyprzeć. Tamten świat był prawdziwszy. Nie ma powracania. Udowodnić i skleić. Zostało rozbite, wytrącone z uchwytu. Szkło tnie. Zrozumieć i pamiętać. Tamci ludzie wykonywali pracę. Dwór zatrudnia katów. Zapamiętać i przyjąć. Teraz już bez uzasadnienia. Teoria jest grzybnią. Wrócić i mówić. Znaczenia słów ustala siła. Zaprzeczyć przemocy. Zdarzyła się sprzeczność. Niegdyś gościła tu retoryka Nie piszę, patrzę tylko w przestrzeń, na którą można nanieść znaki i odwracam pytanie: skąd dobro? W miejscu skasowanego rozwinięcia. Raport o wartościach Na klarownym wykresie raportu widzę linię wyraźnie i stromo wznoszącą się do określonego punktu - następnie łagodnie opadającą ku początkowej wartości zero. Maciej Skomorowski – poeta i filozof (UW). Laureat konkursów poetyckich oraz autor tekstów publikowanych w prasie literackiej.
- Małgorzata Borzeszkowska-Bojke – trzy wiersze
War of Drones Operator drona - gracz w koszmarnej wersji gry War of Drones, kolejnego odcinka serialu. Jedna sekunda, mniej niż zmrużenie oczu, krócej niż wstrzymany oddech - operator drona wie, że postacie na ekranie nie powstaną z martwych po zresetowaniu systemu tym razem pozwala im żyć, może następnym zabije ich w bardziej malowniczych okolicznościach, przy dźwiękach Wagnera lub Нас не догонят... Zrobi potem screen ekranu i wydruk zawiesi na ścianie - ruską wersję Pochodu śmierci. Korniki jak korniki żłobimy korytarze, rozcinamy, szatkujemy krajobraz, rozdzielamy na pasma, odrywamy wyniesienia od dolinek, pola od remiz pełnych ptasiego życia, jak doktor Frankenstein srebrnymi taśmami sklejamy przeoraną przestrzeń - zawsze pozostaje jakiś niepotrzebny element; stara stodoła, w której mieszkają głodne myszy, szczerbaty mostek, przez który już nikt nie przejdzie i dom - rozpadają się ściany; nie mają już powodu, by trwać - pustka nie potrzebuje opieki, winobluszcz jeszcze z rozpędu przykrywa chory mur, a szybki werandy z przyzwyczajenia odbijają światło, prosząc o czyjąś obecność - czasem przebiegnie jaszczurka jesteśmy jak korniki, wycinamy drogi po horyzont, przemy przed siebie trawiąc przestrzeń i wydalając resztki - pamięć, ułamki cegieł, opuszczone miejsca pod zapadniętymi dachami, połamane światło, na które jesteśmy ślepi Zaduszki kaszubskie Na kaszubskich cmentarzach porządek - odpucowane nagrobne płyty świecą własnym blaskiem; wszystkie te Hildegardy, Gertrudy i Adele za życia były tak samo poukładane jak teraz, gdy w równych, cichych rzędach wyczekują zmartwychwstania, pewnie wciąż, uparcie, omiatają białe kości z kurzu, by sąsiadki nie obgadały w powietrzu nasiąkniętym wilgocią, owiniętym mgłą wyczuwam zapach tabaki - kręci w nosie, a to wuj Alfons zażywa, gliniasta ziemia to opada, to podnosi się lekko i te wszystkie nazwiska tak bardzo kaszubskie, znajome szepczą coś do siebie sąsiedzi, z uprzejmości czasem przejdą na niemiecki, żeby unser liebies Töchterchen zrozumiała, że tu jeszcze ktoś jej lampkę zapali i krzyż odmaluje na kaszubskich cmentarzach trawa rośnie równo z Panem Bogiem Małgorzata Borzeszkowska-Bojke – nauczycielka historii i języka angielskiego, Miłośniczka Kaszub i pieszych wędrówek. Autorka tomów: U Bramy (2008), Wpisani w pejzaż (2019), Z pogranicza ciszy i światła (2021), Las Schrodingera (2022), Odamki. Rok pierwszy (2025). Pochodzi z Gdańska, mieszka w Lęborku oraz Wejherowie.
- Adrian Skoczyński – Zakochany dyktator
Dyktator zakochał się we Władzy. Szczęśliwiec nie musiał się nawet szczególnie starać o względy swojej wybranki, bo tak się dobrze złożyło, że już ją miał (błogosławieni ci, którym sprzyjają gwiazdy i niezastąpione lufy karabinów!). Na początku swojej miłosnej przygody, Dyktator był zupełnie pijany władczym szczęściem. Czuł się tak, jakby na świecie był tylko on i Władza, a wszystko inne nie miało znaczenia. To były dobre czasy – czasy, w których obiektywnie rzecz biorąc, związek z Władzą mu służył. Niestety, z biegiem lat serce Dyktatora zaczął toczyć robak zwany podejrzliwością. Doprawdy, gdyby tylko mógł zapanować nad swoją podejrzliwością tak, jak panował nad wszystkim innym, to wszystkie jego problemy zniknęłyby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Tak, się jednak nie stało. To podejrzliwość zapanowała nad Dyktatorem i mimo iż Władza nigdy mu się nie sprzeniewierzyła – zaś wobec jego niczym niepopartych podejrzeń stała się jeszcze bardziej uległa – to Dyktator i tak powątpiewał w jej lojalność i wszędzie węszył tylko zdradę i spisek. Nagromadzone za dnia podejrzenia nocą zamieniały się w koszmary o utracie Władzy i twardym upadku z wysokiego szczytu kruchej dominacji. Ostatecznie Dyktator zupełnie przestał sypiać i całe noce spędzał na podglądaniu oświetlonej blaskiem księżyca, śpiącej Władzy. Bezsenne noce pozostawiały po sobie uczucie otępienia i odrealnienia. Z czasem, na pozór uspokojony stwierdzoną naocznie niewinnością ukochanej umysł Dyktatora z jakiegoś powodu, u każdego w swoim otoczeniu był w stanie wywęszyć słaby – acz niemożliwy do pomylenia z niczym innym – zapach Władzy. Czy to możliwe? Ona i… oni?! – zapytywał się w duchu sposępniały Dyktator i z coraz większym zapałem obwąchiwał wszystkich wchodzących do swojego gabinetu ministrów, wywołując tym samym mnóstwo plotek co do swojego stanu zdrowia. Jego niczym niepoparte domysły zamieniły się w niczym niepoparte oskarżenia. Podczas jednego z resortowych bankietów, ni stąd ni zowąd zarzucił Władzy zdradę z siedzącym obok niej wąsatym generałem. Kiedy Dyktator wyczytał z ich oczu, że nic takiego nie miało miejsca, bez zwłoki zarzucił Władzy zdradę z ministrem spraw wewnętrznych (bezskutecznie), a następnie profilaktycznie oskarżył ją o przespanie się z młodym i bardzo fotogenicznym ministrem propagandy. Kiedy i to nie pomogło, solennie ogłosił, iż „wie” o jej romansie z treserem lwów – na co nawet przywiązany do kolumny lew odpowiedział głośnym parsknięciem. Tego było już za wiele. Dyktator z miejsca zastrzelił podejrzanego politycznie lwa, a w sali zapanowała grobowa cisza. Kolacyjny incydent zazdrośniczy zakończył się wybuchem płaczu (u Władzy) i wybuchem strachu u sługusów Dyktatora. Od tamtej pory, każdy z nich miał się w obecności Dyktatora na podwójnej baczności. Pod nieobecność Dyktatora nikt nie miał rzecz jasna ochoty mieć się na podwójnej baczności. Wieść o tym, co wydarzyło się na bankiecie obiegła kraj z prędkością błyskawicy, a w ogonkach do pustych sklepów coraz częściej można było dosłyszeć wypowiadane konspiracyjnym tonem: „kuku na muniu”; „dostał hysia” oraz połączone z gwizdnięciem i puknięciem się w czoło „fiu bździu” – które to frazy odnosiły nie do kogo innego, jak tylko do samego Ojca Narodu, Opiekuna Sierot i Oswobodziciela Uciśnionych. Podobnego zdania – że „fiu bździu” – było najbliższe otoczenie Dyktatora. Co więcej, świeżo znieważeni ministrowie trzeźwo oceniwszy nastroje społeczne postanowili na poważnie zabrać się za odsunięcie Dyktatora od Władzy. Po wstępnym podzieleniu skóry na niedźwiedziu, spiskowcy zabrali się za realizację swojego „Planu przejęcia Władzy”. Sam plan był prosty jak budowa cepa – chodziło o nocne uderzenie na rezydencję Dyktatora i odstrzelenie mu łba. Plan się oczywiście powiódł. Dyktatorowi odstrzelono łeb. Od tamtej pory, co prawda wiele się zmieniło, ale większość rzeczy ma się po staremu. Nowy Dyktator aktualnie znajduje się gdzieś w połowie drogi między zakochaniem we Władzy a „fiu bździu”. Adrian Skoczyński (ur. 1995) – sinolog, tłumacz, promotor polskiej kultury w Państwie Środka. Absolwent Filologii–sinologii na KUL i Handlu międzynarodowego na Chongqing University. Od roku 2015 mieszka w Chińskiej Republice Ludowej. Publikował w "Nowym Napisie", "Akcencie", "Magazynie Zakład" i "Tlenie Literackim".










