Katarzyna Woydyło – przypływy i odpływy
- Mirek Drabczyk
- 3 dni temu
- 3 minut(y) czytania
***
Widzisz duży dom, pod który podjeżdżam taksówką. Rozpinam kurtkę, a potem dwa guziki
koszuli. Trzy wdechy, czerwony guzik na domofonie. W kieszeni ściskam odliczone
banknoty. Dwadzieścia dyszek łaskocze mnie w środek dłoni. Wpuszczony skupiam się na
tym, co ostatnio się u mnie działo. Ostrożnie wchodzę po schodach, na każdym stopniu
wyczuwam działanie f a l i. Dudnienie w uszach. Krew przelewająca się przez zatoki, co
lepkim glonem spływa do gardła. Słodka woda w oczach. Piasek na zębach. Mężczyzna, który
czeka na mnie na piętrze, wygląda jak męska syrena. Kimono z kwiatem wiśni i turkusowym
brokatem ledwo trzyma się na jego biodrach. Piaskowe pasma włosów opadają swobodnie na
umięśnione ramiona. Nie otwiera ust, gdy do mnie przemawia. Piskliwym głosem ogłasza od
progu, że okazałem się być człowiekiem predysponowanym do samotności. Nie pociesza
mnie tłumaczenie, że inni jego pacjenci borykają się z nerwowością, albo odczuwają zbyt
wiele. Wszyscy mamy należeć do grupy tych samych dzikich stworzeń, które choć
nienawykłe do życia w morzu, i tak uparcie trzymają głowę pod wodą. Serce wali nam jak
oszalałe, gdy żegnamy kolejne bliskie osoby. W czarnych głębinach umieramy tysiące razy i
nikt nie jest w stanie nam pomóc. Regularny oddech nie wraca. Zrywamy kontakt z matką.
Rozstajemy się z żoną. Na chwilę przed ostateczną śmiercią odwracamy się od własnych
dzieci. Pozostajemy sami ze swoimi lękami. Toniemy.
Zanurz głowę pod wodę i popatrz uważnie.
Mężczyźnie zależy na tym, żebym zrozumiał, że nie jestem niezwykły. Za każdym razem
kluczowy jest moment, w którym on znowu czymś we mnie rzuca. Jak zrobię unik, to nie
muszę za przegadaną godzinę płacić. Zazwyczaj jednak rozpraszam się, a wtedy pokornie
przyjmuję wszystko. Mokre fusy po kawie, rozgotowany makaron, okruchy bułki, liście
paprotki. Po wszystkim mężczyzna wystawia paragon i nie odprowadza mnie do drzwi. Ile
razy wracam do domu pieszo, tyle razy nie ścieram z siebie zaschłych już liści herbaty. Całą
drogę, na którą składa się osiem ulic, traktuję jak własną drogę krzyżową. Jest krótkie
oznaczenie stacji, które mijam. Są ludzie, którzy udają, że mi współczują. Nie ma zbawienia.
***
W mieszkaniu ojca nie ma zasłon, przez co światło panoszy się i długą nogą zahacza o
zakurzone kąty. W mieszkaniu ojca czuć rzędy skarpet, które ktoś prał, ale nie doprał, a zatem
pachną i śmierdzą zarazem. W mieszkaniu ojca jest kuchenka gazowa i jest piekarnik, które
obsługuje na co dzień trzynastolatka. W mieszkaniu ojca jest miłość, tylko taka niecelna, jak
ping-pong, w którym ktoś ją za mocno odbija, a druga osoba nie umie jej przyjąć. W
mieszkaniu ojca najczęściej nie ma ojca. Jest za to dziewczyna, która pewnego dnia wyzna
ojcu, że chce wrócić do matki. Światło rozgrzeje wnętrze jej dłoni, na serce zadziała jak
dotlenienie. Ojciec kolejny raz w tym miesiącu zgaśnie. Dziewczyny to nie zaskoczy, a
jednak rozczaruje ją, gdy on nawet nie zapyta dlaczego. Tak jakby pogodzony był już z
przegraną. Za uchem będzie miał zaschnięte liście herbaty, które szczupłymi palcami zacznie
zdrapywać. Ten widok pochłonie dziewczynę i sprawi, że cały monolog o miłości córki do
ojca posypie się i wpadnie jej wprost pod powieki. Będzie musiała dużo razy zamrugać, żeby
przy ojcu wytrwać. Pomiędzy sekundami zmieści się odrobina cierpienia. Co znaczy ta ilość
wobec długości dnia, który wciąż trwa. Dzień trwa tylko tyle, ile zdążysz sobie ukroić,
dopowie w jej głowie matka. Musisz się tylko obudzić, nim zdąży pochłonąć cię ciemność.

