top of page

Adrian Skoczyński – Zakochany dyktator

  • Mirek Drabczyk
  • 3 dni temu
  • 3 minut(y) czytania

Dyktator zakochał się we Władzy. Szczęśliwiec nie musiał się nawet szczególnie starać o względy swojej wybranki, bo tak się dobrze złożyło, że już ją miał (błogosławieni ci, którym sprzyjają gwiazdy i niezastąpione lufy karabinów!). Na początku swojej miłosnej przygody, Dyktator był zupełnie pijany władczym szczęściem. Czuł się tak, jakby na świecie był tylko on i Władza, a wszystko inne nie
miało znaczenia. To były dobre czasy – czasy, w których obiektywnie rzecz biorąc, związek z Władzą mu służył.
Niestety, z biegiem lat serce Dyktatora zaczął toczyć robak zwany podejrzliwością. Doprawdy, gdyby tylko mógł zapanować nad swoją podejrzliwością tak, jak panował nad wszystkim innym, to wszystkie jego problemy zniknęłyby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Tak, się jednak nie stało. To podejrzliwość zapanowała nad Dyktatorem i mimo iż Władza nigdy mu się nie sprzeniewierzyła – zaś wobec jego niczym niepopartych podejrzeń stała się jeszcze bardziej uległa – to Dyktator i tak powątpiewał w jej lojalność i wszędzie węszył tylko zdradę i spisek.
Nagromadzone za dnia podejrzenia nocą zamieniały się w koszmary o utracie Władzy i twardym upadku z wysokiego szczytu kruchej dominacji. Ostatecznie Dyktator zupełnie przestał sypiać i całe noce spędzał na podglądaniu oświetlonej blaskiem księżyca, śpiącej Władzy. Bezsenne noce pozostawiały po sobie uczucie otępienia i odrealnienia. Z czasem, na pozór uspokojony stwierdzoną naocznie niewinnością ukochanej umysł Dyktatora z jakiegoś powodu, u każdego w swoim otoczeniu był w stanie wywęszyć słaby – acz niemożliwy do pomylenia z niczym innym – zapach Władzy.
Czy to możliwe? Ona i… oni?! – zapytywał się w duchu sposępniały Dyktator i z coraz większym zapałem obwąchiwał wszystkich wchodzących do swojego gabinetu ministrów, wywołując tym samym mnóstwo plotek co do swojego stanu zdrowia.

Jego niczym niepoparte domysły zamieniły się w niczym niepoparte oskarżenia. Podczas jednego z resortowych bankietów, ni stąd ni zowąd zarzucił Władzy zdradę z siedzącym obok niej wąsatym generałem. Kiedy Dyktator wyczytał z ich oczu, że nic takiego nie miało miejsca, bez zwłoki zarzucił Władzy zdradę z ministrem spraw wewnętrznych (bezskutecznie), a następnie profilaktycznie oskarżył ją o przespanie się z młodym i bardzo fotogenicznym ministrem propagandy. Kiedy i to nie pomogło, solennie ogłosił, iż „wie” o jej romansie z treserem lwów – na co nawet przywiązany do kolumny lew odpowiedział głośnym parsknięciem. Tego było już za wiele. Dyktator z miejsca zastrzelił podejrzanego politycznie lwa, a w sali zapanowała grobowa cisza. Kolacyjny incydent zazdrośniczy zakończył się wybuchem płaczu (u Władzy) i wybuchem strachu u sługusów Dyktatora. Od tamtej pory, każdy z nich miał się w obecności Dyktatora na podwójnej baczności.
Pod nieobecność Dyktatora nikt nie miał rzecz jasna ochoty mieć się na podwójnej baczności. Wieść o tym, co wydarzyło się na bankiecie obiegła kraj z prędkością błyskawicy, a w ogonkach do pustych sklepów coraz częściej można było dosłyszeć wypowiadane konspiracyjnym tonem: „kuku na muniu”; „dostał hysia” oraz połączone z gwizdnięciem i puknięciem się w czoło „fiu bździu” – które to frazy odnosiły nie do kogo innego, jak tylko do samego Ojca Narodu, Opiekuna Sierot i Oswobodziciela Uciśnionych.
Podobnego zdania – że „fiu bździu” – było najbliższe otoczenie Dyktatora. Co więcej, świeżo znieważeni ministrowie trzeźwo oceniwszy nastroje społeczne postanowili na poważnie zabrać się za odsunięcie Dyktatora od Władzy. Po wstępnym podzieleniu skóry na niedźwiedziu, spiskowcy zabrali się za realizację swojego „Planu przejęcia Władzy”. Sam plan był prosty jak budowa cepa – chodziło o nocne uderzenie na rezydencję Dyktatora i odstrzelenie mu łba. Plan się oczywiście powiódł. Dyktatorowi odstrzelono łeb. Od tamtej pory, co prawda wiele się zmieniło, ale większość rzeczy ma się po staremu.
Nowy Dyktator aktualnie znajduje się gdzieś w połowie drogi między zakochaniem we Władzy a „fiu bździu”.








Adrian Skoczyński (ur. 1995) – sinolog, tłumacz, promotor polskiej kultury w Państwie Środka. Absolwent Filologii–sinologii na KUL i Handlu międzynarodowego na Chongqing University. Od roku 2015 mieszka w Chińskiej Republice Ludowej. Publikował w "Nowym Napisie",
"Akcencie", "Magazynie Zakład" i "Tlenie Literackim".

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page