top of page

Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Samantha Kitsch – dwa wiersze

    G. [„Gerry” – film, który reżyserował Gus Van Sant, gdzie jeden Gerry (Matt Damon) zabija drugiego Gerry (Casey Affleck)] Zabiłem człowieka na pustyni tylko dlatego, że był moim przyjacielem. Uśmiechnął się do mnie (uśmiechnął się?) gdy umierałem, przedtem powiedział chyba jakiś żart – dlaczego wszystko było dla niego żartem,  grą komputerową – a dla mnie kwestią życia i śmierci, podczas gdy on nawet umierał nie całkiem serio – to dlatego go zabiłem?   Wyciągnął do mnie rękę, gdy umierałem –  musiałem więc go zabić. Tego żądała pustynia. Pustynia nierealnie piękna – jak rdza na złocie.  Puszystopióre chmury ocierały się o wzgórza,  a ja oddałbym każdy widok za łyk wody –  przy tym wiedziałem, że bez wody umrę – już wkrótce. Mój przyjaciel także był piękny, kiedy umierał, ale moja chęć życia zabijała wszystko. (Zabiłem człowieka na pustyni. Krótko przedtem trzy razy uratowałem mu życie.) W którejś chwili wydawało się to takie proste: praży cię słońce, nie masz wody – giniesz, koniec, niczego więcej nigdy w tym nie było. I zaraz znów wszystko się komplikowało. I dlatego teraz szukam słów? Słowa będą przypadkowe,  tak jak zabójstwo, które czy nie było tylko mirażem,  złożonym w mojej głowie przypadkowo? A słowa stworzą swój własny miraż. Dobrze, zabiłbym każdego, za to, że był, jaki był, albo z wściekłości, że umieram – i zdarzyłoby się,  że ktoś zabiłby mnie, i mój przyjaciel też… – naprawdę? Zostać na zawsze z pewnością, że to musiałeś być ty, że nie przez przypadek – jak niesprawiedliwe! Schodząc na pustynię, mieliśmy przecież (lub jednak nie?) tak samo na imię… Mów raczej, jak przez trzy (cztery?) dni słońce wschodziło, prażyło i gasło, jak stopy czują kroki  po skale, piasku, żwirze, miękkiej rudej ziemi –  bezlitosne gałązki karłowatych krzewów zdrapywały te same świeże strupy, w skórze masz wciąż kolce kaktusów, w ślinie pył (a potem nie było już śliny,   ani śladu wilgoci w spojówkach), przed oczami  wszystkie odcienie cieni i świateł pustyni,  jej łuny, mgły, smolistą czerń i bezchmurny,  morderczy błękit. Zamordowałem...     Nasza wycieczka musiała się jakoś skończyć,  ale dlaczego aż tak nieprawdopodobnie źle? Przez to nieprawdopodobieństwo wszystko jest kłamstwem. To nieprawdopodobieństwo właśnie mówi prawdę. kraciasta koszula pomagiera zaokrąglij pełnię księżyca do czwartego miejsca po przecinku z popołudniowej drzemki wybudziło go popojutrze staruszek portier – staruszek fryzjer – chodził kiedyś kataryniarz –  krokodylom wreszcie się udało ściągnąć z nieba tęczę i teraz ją żrą a oto studnia w której niegdyś ktoś wybił okno i z niezłomną dezynwolturą przeskakuje teraz kilometry katatonii  pod włos pod włos – włos łysego (bezzębnego) wodzireja skoro nawet od święta perkusista jest tu egzorcystą zebrać myśli – jak zbiera się chrust na podpałkę  aby umrzeć na ostatnią chwilę ale to i tak za późno:  błogosławieństwa zwieszeń w zwieszeniach zwieszeń – opóźniony pociąg wjeżdża na tor samotny przy peronie jedynym na stacyjce Prysły Zmysły mówiłem ci że pada  powiedział w mojej głowie Gerry do drugiego Gerry –  żongluj żongluj na polu wietrznej grawitacji!  przecież mówiłem ci że pada odpowiedział drugi Gerry  dla pewności wystawiając rękę przez otwarte drzwi Samantha Kitsch  – pseudonim literacki, pod którym ukazało się dziesięć zbiorów poezji, m.in .: Bahama (Obserwator), Helena  (Instytut Mikołowski), konfiskata konfetti  (SPP Oddział w Łodzi) i szybkie szkice z szopem  (SPP Oddział w Łodzi).

  • Joyce Kilmer – trzy wiersze

    Dave Lilly Kiedyś w Greylock pstrągów mieliśmy bez liku, Mówią, same płotki pływają w strumyku. Dwadzieścia lat temu z pierwszym kijem w ręce Łowiłem na muchę tuzin albo więcej. Przy drodze North Adams żył sobie Dave Lilly. Wędkował, gdy wszyscy siali bądź kosili. Był u nas na Wzgórzach najlepszym wędkarzem. Gdy nie był na rybach, pił whisky przy barze. Dave Lilly nie żyje, nikt nie płakał po nim; Nie mają pożytku z pijaków, wałkoni… Ja Dave’a lubiłem, chociaż nie pracował; Był szczery, uprzejmy i świetnie wędkował. Szedłem raz z Williamstown wieczorową porą, Usiadłem na moście nad skalną zaporą W ciszy letniej nocy, pode mną szumiało, Na sczerniałej wodzie światło migotało. Wtem czyjąś obecność poczułem, po mule Ktoś chodził i żyłkę nawijał na szpulę. Usłyszałem chlupot tak, jakby ktoś wędką Coś z wody wyszarpnął na brzeg, jedną ręką. I zszedłem po skarpie, dziwnie się łowiło, Żaden wędkarz nie stał, pstrągów też nie było. Ktoś śmiał się za dębem, lecz się nie wychylił, I poczułem tytoń, taki palił Lilly. Nikt tu od piętnastu lat nie moczył wędki – Płotki rwą z haczyka wszystko: glisty, jętki… Pstrągów, gdy się księżyc odbija w strumyku, Duch Lilly’ego łowi w zaświatach bez liku. Chyba whisky z knajpy przy dębie położę, Bo go duch Lilly’ego mija o tej porze. Chciałem pójść na wzgórze, jakieś kwiaty zerwać Na jego grób, ale to lepsze dla Dave’a. Dom w którym nikt nie mieszka  Zawsze, kiedy idę do Suffern wzdłuż torów, Mijam tę ruderę pośrodku ugoru. Przystaję na chwilę, ciekawi mnie ścieżka I wejście do domu, w którym nikt nie mieszka. Podobno są domy, w których mieszka licho, Słychać głośne jęki, przeraźliwy chichot. Tutaj duchów nie ma – chciałbym, by tak było, Nie byłby samotny, gdyby w nim straszyło. Szyby z ram wypadły, nie ma kilkunastu, Trawnik cały zarósł, chodnik pełen chwastów. Przydałby się malarz, dekarz i ogrodnik, Ale nade wszystko choć jeden domownik. Gdybym był bogaty, nie miał rat do spłaty, Poszłyby w ruch pędzle, piły i łopaty. Kupiłbym to miejsce, dom podźwignął z nędzy, Wzięliby go pierwsi chętni bez pieniędzy. Ale nowy smutny ludzi wypatruje, Jak kapelusz, kiedy nikt go nie kupuje, Bo to wymyślona i dziecinna żałość Po utracie tego, czego się nie znało. Nie jest domem, który chronił i jednoczył, Męża, żonę z troską ścianami otoczył, Gdzie dziecko beztrosko śmiało się, brykało – Takiej straty ludzkie oko nie widziało. Więc zawsze, gdy idę do Suffern wzdłuż torów, Boli mnie ten widok pośrodku ugoru: Część okiennic spadła, skośny dach się wali, Stoi pusty, stary – serce mu złamali. Starzy Poeci Dla Roberta Corteza Holliday’a Jeśli kiedyś będę musiał mieszkać w lesie  I spać koło drzewa na wilgotnej trawie, To z dziko rosnącej, młodej kępy drzewek Na pewno dla siebie domu nie postawię. Pójdę do starego, dębowego lasu –  Wysoki, dostojny, solidny i trwały Nie wzdycha, nie trzęsie się przy byle wietrze, Mnie jego odgłosy by nie przeszkadzały. Najmilszy poeta to stary poeta, Bo bije od niego obycie i mądrość, Nosi siwą brodę i ma długie bruzdy  Wokół oczu, z których emanuje dobroć. Gdy młodzi poeci głupi, lekkomyślni Wolą godzinami siedzieć i rymować. Od pisania stają się nieprzyzwoici, Nie słuchają i nie dają dojść do słowa. Poeta za młodu z pasją wykrzykuje Poruszenia ciała i rozterki ducha, A stary poeta w obłoku tytoniu Poleruje fajkę i spokojnie słucha. Trzeba klub założyć dla poetów, którzy – dożywszy starości z uśmiechniętą miną – Siedzieliby w sali, pijąc z kolegami Jasne pełne piwo i czerwone wino.  Wkraczaliby tutaj każdego wieczoru I szliby na miękkie, autorskie siedzenie, Toczyli rozmowy bez kłótni i sporów I z ciszy czerpali rozkosz i natchnienie. Na pewno nie dadzą ci młodzi poeci Pociechy w cierpieniu, ciszy i spokoju, Bo są pochłonięci toczącą się wojną I pisząc piosenki, wzywają do boju. Stary wie, że jego miejsce jest w fotelu, Że Boga na tronie na wysokim niebie, Dlatego wygodnie siedzi przy kominku –  Pozwala się światu kręcić wokół siebie. przełożył Jacek Świerk Joyce Kilmer  (1886–1918) – amerykański poeta, eseista i krytyk literacki. Jego twórczość charakteryzuje się prostotą, religijnym nastrojem i głębokim umiłowaniem natury. Kilmer był również wykładowcą i dziennikarzem, współpracował m.in . z „The New York Times”. Podczas I wojny światowej służył jako ochotnik w armii amerykańskiej w 69. pułku piechoty. Zginął we Francji w 1918 roku podczas bitwy nad Marną.

  • Thomas McCarthy – dwa wiersze

    Po operacji Jak już wspomniałem, zanim pojawiły się Złe wieści, opowiadałem, że zupełnie nie wiemy O tym, jak oddychać. Czy to efekt Roztrzepotania czy stałego poczucia Strachu, zapominamy o głębokiej wdzięczności, Za to że nasze płuca pracują. Lecz może Mówiąc oddech, mam na myśli coś więcej niż powietrze, Bardziej jako poczucie oddzielenia, które znika Gdy zaczynamy praktykować bardziej uważność Niż samoudręczenie. Fundamentalną rolą poetów jest sprawianie, żebyśmy chcieli oddychać. Miłość Wyrzuca wielkie słowa poza najprostsze emocje –  a my wijemy się w ich naciąganiu, poddajemy próbom wytrzymałości. Wiercimy się i wykręcamy, żyjemy i chwytamy. Pamiętam, gdy w szpitalu Miłosierdzia młoda Chorwacka anestezjolog delikatnie Wyciągała plastikową rurkę mówiąc “myślę, Że teraz możesz już sam oddychać” Ta udręka! Znowu zostałem rzucony na głęboką wodę. Moje płuca odpłynęły z nabrzeża już samodzielnie, zagarniały i zagarniały, co było potrzebne by oddychać. Oddział chirurgiczny Odpłynął daleko w medytacji Vipasana Ego zostało wymazane, ten rodzaj umysłu był umysłem pełnej uważności Szczelnie wypełniającej pokój, poczucie wspólnoty Buddy z jego uczniami, przywróciło mnie życiu. Daleko od fizyki i medycyny Z powrotem do tego co osobiste i pełne krwi. Budda był rebeliantem swoich czasów, Ale nigdy nie tkwił zagrzebany w pieluchach na onkologii. Ani też nie doświadczył znieczulenia zewnątrzoponowego ani horroru rozkojarzonego umysłu. Moim prawdziwym oddechem Jest poczucie powrotu w istnienie, mocna Esencja następujących po sobie wdechów przenikających ciało. I na dodatek ta okropna wiadomość, niestety prawdziwa, Że gdzieś daleko zmarł Leonard Cohen, Przez co znowu myślę o oddychaniu, o tym, że miłość Jest przetrwaniem, o Suzanne i Mariannie i o tym, że Leonard Spał w sypialni Yeatsa w Lissadell. Mówią, Że spał sam, z nietoperzami gnieżdżącymi się w wykuszach  Irlandzkiej nocy. Dużo ostatnio złych wieści, ale przecież musimy Z zapartym tchem przezwyciężać napierającą pustkę. Złamane obietnice    W miarę starzenia nabieramy wprawy w kolekcjonowaniu Niedotrzymanych obietnic. Nie dlatego, że świat wariuje, Lecz dlatego, że dzień za dniem Przybywa nam opcji. Zbyt dużo jałowego kręcenia się Wokół swoich zachcianek; za dużo podniet, Zdecydowanie za dużo podniet na tym świecie Biegnącym nieustannie, żeby przyjąć nowe twarze.  Młodzi są piękni i pełni optymizmu To na pewno. I jak mówiłem, nie znoszę Daremnego czekania na dawno obiecany Egzemplarz unikalnej Geografii  Ptolemeusza,  Wydanej przez Hola von Ulma Z jego misternie kolorowanymi mapami: Chodzi o prezent od Księcia Eugeniusza Savoy – Książkę z roku 1480 wydaną przez londyński Lettou,  Już sobie odpuszczę. Ludzie zapominają, ja cały dzień haruję w prowincjonalnej bibliotece. Ale moje serce Zabiło żywiej gdy zdobyłem egzemplarz wierszy wybranych Jewtuszenki. Pachniał ogniskiem  i młodym gruzińskim winem: miałem go oprawionego w jedwab, jak oryginał Jensena z Wenecji   Brałem go ze sobą podróżując W góry hrabstwa Kerry, do Sligo, na morze Raz, kiedy czytałem, Podeszła młoda kobieta w szkockiej spódnicy Mówiąc, że nazywa się Larissa Fiodorowna A ta książka była jej własnością, dostała ją w spadku –  Oczywiście obiecałem jej, że oddam i zaraz zwiałem. przełożył Mirosław Drabczyk Thomas McCarthy (ur. 1954) – poeta irlandzki, laureat wielu nagród literackich, stypendysta Międzynarodowego Programu Pisarskiego w Iowa, USA. Jego poezja koncentruje się na sprawach polityki, historii Irlandii oraz życia rodzinnego. D o tej pory opublikował osiem zbiorów wierszy m. in. The Sorrow Garden , Mr Dineen's Careful Parade , The Merchant Prince oraz dwie powieści. Zawodowo związany był z Cork University, obecnie na emeryturze.

  • Roger Wolfe – pięć wierszy

    Ciężar To ta przeklęta bezsilność. Ta nieobecność nawet gniewu. Ten ciężar.  Tak, ten ciężar: jak słoik aspiryny w pustym  żołądku. Szklanka Usiądź przy stole. Wypij szklankę wody. Delektuj się każdym łykiem. I pomyśl o całym czasie który utraciłeś. Który teraz tracisz. Czasie który ci pozostał do stracenia. Prawo Masz prawo do swobodnego wyrażania wszystkiego co wolno ci powiedzieć. Speed of love Miłość to pokój w półmroku pełen zapachów i niebezpieczeństwa, słodyczy i udręki, oczekiwania… a w skroniach powolne, radosne, nieokiełznane, straszliwe pulsowanie adrenaliny. Mgnienie oka Pedro Salinas pisze w jednym wierszu że nie chce przestać odczuwać bólu nieobecności kobiety którą kocha bo to jedyne co mu po niej pozostało: ból. Nie pamiętam dokładnie jego słów. On wyraża to lepiej niż ja. To były inne czasy. Salinas nie żyje. Podobnie jak kobieta którą kochał. Wkrótce wszyscy będziemy martwi. Życie to tylko mgnienie oka. Otwórz oczy i zamknij je z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Roger Wolfe (ur. 1962) – angielski poeta, prozaik i eseista, tworzący w języku hiszpańskim. Łączony głównie z nurtem brudnego realizmu.

  • Fabián Casas – pięć wierszy

    W środku nocy Wstaję w środku nocy, bardzo spragniony. Mój ojciec śpi, bracia śpią. Stoję nagi na środku podwórka i mam wrażenie, że rzeczy mnie nie rozpoznają.  Tak jakby za mną nic się nie domknęło. Ale znów jestem w miejscu, gdzie się urodziłem. Podróż Łososia w trudnym czasie. Myślę o tym i otwieram lodówkę: trochę światła od rzeczy, które pozostają zimne.  Czekając, aż aspiryna Czekając, aż aspiryna zacznie działać, uporządkuje pokoje, zamiesza kawę i przyprowadzi moją matkę, świeżą w to sierpniowe popołudnie przeglądam głupie magazyny, słucham starych płyt zastanawiam się, w którym momencie dinozaury poczuły że coś jest nie tak. Obudzić się Obudzić się w środku nocy i zobaczyć po drugiej stronie łóżka swoją żonę zapłakaną to ważne doświadczenie.  Znaczy to między innymi, że podczas gdy ty przechadzałeś się po rozświetlonych komnatach swojego mózgu, coś się działo tuż obok.  Błąd, z którym utrzymujesz szczególną relację intymności.  Bo choć niczego nie podpisujemy ani nie biegniemy w pośpiechu pod deszczem ryżu, myślimy, że to na całe życie, i tak dalej trwamy.  Łodzie, które nocą pozostają przycumowane do pomostu, obijając się o siebie, wedle wiatru. Po długiej podróży Siadam na balkonie, by patrzeć w noc. Moja matka mówiła mi, że nie warto być przygnębionym. Rusz się, zrób coś, krzyczała do mnie. Ale ja nigdy nie byłem stworzony do szczęścia. Moja matka i ja byliśmy różni i nigdy nie potrafiliśmy się zrozumieć. A jednak jest coś, co chciałbym opowiedzieć: czasem, kiedy bardzo za nią tęsknię, otwieram szafę, w której wiszą jej ubrania i jakbym wracał do domu po długiej podróży, wchodzę do środka. Może to absurdalne: ale w ciemności i z tym zapachem mam pewność, że nic nas nie rozdziela. Bez kluczy i w ciemności To był jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie dobrze. Wysprzątałem mieszkanie i napisałem dwa albo trzy wiersze, które mi się podobały. Nie prosiłem o więcej. Następnie wyszedłem na korytarz, żeby wyrzucić śmieci i wtedy za mną, z powodu przeciągu, drzwi się zatrzasnęły. Zostałem bez kluczy i w ciemności słuchając głosów sąsiadów przez ich drzwi. To przejściowe, powiedziałem sobie; ale taka też mogłaby być śmierć: ciemny korytarz, zamknięte drzwi z kluczem w środku śmieci w ręku. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Fabián Andrés Casas  (ur. 1965) – argentyński prozaik, poeta i dziennikarz. Podczas Międzynarodowych Targów Książki w Guadalajarze znalazł się na liście 25 pisarek i pisarzy z Ameryki Łacińskiej, którzy co prawda nie są szerzej znani poza swoimi krajami, ale z pewnością zasługują na większą rozpoznawalność.

  • Idea Vilariño – pięć wierszy

    Gość Nie jesteś mój nie jesteś w moim życiu przy mnie nie jesz przy moim stole ani się nie śmiejesz ani nie śpiewasz ani nie żyjesz dla mnie jesteśmy sobie obcy ty i ja sama i mój dom jesteś obcym gościem który nie szuka nie pragnie niczego poza łóżkiem czasami. Cóż mogę uczynić odstąpić ci je. Ale ja mieszkam sama. Wieczór Ciała rozciągnięte, ciała nieskończone, konkretne, zapominające o chłodzie, który będzie je zalewał, stopniowo wypełniał. Ciała złociste, ramiona, węzeł ciepła zapominający o drżącym teraz cieniu, wstrzymanym, wyczekującym, gotowym, by się wynurzyć osłaniającym ślepą skórę. Zapomniane także białe kości, zapewniające, że każde życie to nie sen, wierniejsze formie niż skóra, niż krew, ulotne, chwilowe. Ciała rozciągnięte, ciała poddane, szczęśliwe, konkretne, nieskończone… Wyłaniają się dzieci radosne, wilgotne i wonne, młodzi zwycięscy, wyprostowani, jak ich instynkt, kobiety w najwyższym punkcie słodyczy, kładą się, podnoszą, mówią, mówią ich usta, te kiedyś rozproszone, podnoszą się, patrzą na siebie spojrzeniami wiecznych. Morze to tylko studnia Morze to tylko studnia ciemnej wody, gwiazdy to tylko błyszczące błoto, miłość, sen, gruczoły, szaleństwo, noc nie jest błękitna, lecz żółta. Gwiazdy to tylko błyszczące błoto, morze to tylko studnia gorzkiej wody, noc nie jest błękitna, lecz żółta, noc nie jest głęboka, lecz zimna i długa. Morze to tylko studnia gorzkiej wody, pomimo wierszy pisanych przez ludzi, morze to tylko studnia ciemnej wody. Noc nie jest głęboka, jest zimna i długa; pomimo wierszy pisanych przez ludzi, miłość, sen, gruczoły, szaleństwo. Południe  Przezroczyste powietrze, przejrzyste sierp poranka, ciepłe białe góry, gesty fal, całe to morze, całe to morze, które wypełnia swoje głębokie zadanie, morze pogrążone w myślach, morze, w tej porze miodu, w której instynkt brzęczy jak senna pszczoła… Słońce, miłość, rozchylone lilie, morskie, Gałęzie jasne wrażliwe i czułe niczym ciała,  rozległe blade piaski. Przezroczyste powietrze, przejrzyste głosy, cisza. Na brzegach miłości, morza, poranka, na gorącym piasku, drżącym od bieli, każdy jest owocem dojrzewającym ku śmierci. Gdybym umarła tej nocy Gdybym umarła tej nocy gdybym mogła umrzeć gdyby mi się umarło  gdyby to dzikie zbliżenie niekończący się pojedynek bez litości uścisk bez miłosierdzia pocałunek bez wytchnienia osiągnęło swój szczyt i nastąpiło rozluźnienie gdybym właśnie teraz gdybym teraz przymykając oczy umarła poczuła że to już że już ustał trud i światło nie było już snopem mieczy i powietrze nie było już snopem mieczy i ból innych i miłość i życie i wszystko nie było już snopem mieczy i skończyło się ze mną dla mnie na zawsze i żeby już nie bolało i żeby już nie bolało z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Idea Vilariño Romani  (1920–2009) – urugwajska poetka, eseistka, krytyczka literacka i tłumaczka. Należała do bardzo wpływowego w Urugwaju Pokolenia ‘45.

  • Elisa Donzelli – dwa wiersze 

    2. sierpnia 1990. spałam z wami w pokoju wychodzącym na ogród, gdzie latem rozkładało się polowe łóżka, po to, aby ochłodzić temperaturę ciał wapnem ściany. jeśli włączyliście radio, to z powodu cykad, które przeszkadzały spać jakiemuś krewnemu, nie myśląc o ryzyku, jakie niosło w domu rozsiewanie wiadomości o inwazji kraju, który rości sobie prawo do wejścia w posiadanie innego kraju – i jest to przez chwilę ból wszystkich, koniec końców jest jednak prywatny, chwilą niepokojuw waszym rozbudzeniu. human studies dla Flavii październik, zaczyna się rok akademicki i przeglądam notatki z naszego wspólnego kursu, gdy w salach ledwie się mijaliśmy, rozpoznając w tym spotkaniu coś dla nas zwyczajnego, tak jak teraz odnajdujesz między swoimi kartkami te zajęcia, których mi brakuje - 5. grudnia 2001. to mógłby być ten dzień, albo inny, data, w której zgubiłyśmy się, roztargnione, w tych kilku spotkaniach obcych naszemu zawsze wspólnemu byciu - podtrzymując lukę i przesunięcie wyboru, który nie ma sensu. pomyśl o tym w miesiącach, które mijają, które jak przyzwyczajenie do pewnej przestrzeni napełniła wierność - nazbyt niespodziewana. przełożył Krzysztof Katkowski Elisa Donzelli  (ur. 1979) – jest profesorą nadzwyczajną w Scuola Normale Superiore, gdzie wykłada współczesną literaturę włoską.

  • Damir Šodan – jeden wiersz 

    Cork, Ireland poezja w mniej znanym języku jest jak dzwon w odległej wiosce co z cicha bije wieczorem w prowincjonalnej mgle skromnie jakby tylko dla siebie - można by rzec - gdyby nie ta para sczochranych owiec razem skulonych przed deszczem w oborze przed kamiennym murkiem kiwających pomału   bielistymi łbami dając ci odczuć że bez względu na medium przekaz zawsze dotrze do celu.  z chorwackiego tłumaczył Jerzy Bartonezz Damir Šodan  (ur. 1964) – poeta, pisarz, tłumacz i redaktor. Absolwent filozofii, komparastyki i filologii angielskiej na Uniwersytecie w Splicie. Opublikował cztery zbiory poezji, dwie książki o tekstach dramatycznych, antologię współczesnej poezji chorwackiej, a także tłumaczenia (Cohen, Carver, Simic, Bukowski, Brautigan, O’Hara).

  • Marcin Bies – trzy wiersze

    Mój kolega Arek dziwna sytuacja, miałem na ręku (w ręku?) niemowlę Wojtasa przyszedł Seba z psem Pierunem, potem w interwale obejmującym spotkanie (poeta brulionu), wspomnienie i warsztaty (pozyskiwanie środków), wspomnienie jedynego przyjaciela, warto dodać przyszedł Seba i nagle wyszedł, pociągając nosem, poszedłem za nim z niemowlakiem w ręku (niemowlakiem w dłoni?), myśląc że wciąga kryształy Arkadiusza Kremzy, uściślając przyjaźń. podziel się, mówię do Seby, ale sytuacja obeszła się smakiem potrzeby: ten tylko pociągał z płaczu po moim koledze (była też wystawa) środków dla NGO na rzecz zwierząt i z językiem migowym, w tle grant i ambicja Mama Arka płakała (czy ona nie płacze?) i mnie przytuliła (tutaj pierdolę dwie zwrotki o języku) wyszedłem przegrany: z grantem, awansem i suchością w myślach Dane myśli chyba podczas szkolenia bhp, kiedy prowadzący pan z zakolami i wąsem nadmiernie używał formy dana sytuacja, dany dokument, dana treść pomyślałem, jak bardzo mało dane jest życie i nad wyraz dany dzień jest zabrany, i że sam go sobie zabieram, i czekam na śmierć jak na koniec szkolenia na koniec szkolenia był test, patrzyłem w tę kartkę, pan podszedł, nachylił się nad nami i spadła na nas strużka jego śliny Warto ująć kiedy przeszedłeś morze wstydu, tego piwa, o którym mówili, że masz je wypić, więc piłeś i spod kołnierza, za który nie miałeś broń boże wylewać, wychyla się henryk bereza i jesteś w chujowym momencie, bo albo morze się rozstępuje, albo jest nowo otwartym zjazdem ze wstęgą zawisłą na słupku, wspomnieniem rozstrzygnięcia i chciałbyś wrócić do domu, ale nawigacja padła, nie masz ładowarki i w końcu nie masz domu, ale jesteś jeszcze w tym aucie, co nie ma przeglądu oraz nie jest twoje; wstyd gdzie zaczyna się wstyd, zanim będzie z lektorem, związkiem krtani z akcentem ze sraniem z dubbingiem, od słowa do a nie mówiłam, wziętym na tapet najchujowszym wierszem twoim małym henryczkiem, osobistym berezą ujmij kroplę, bo zaleje blat Marcin Bies  (ur. 1982) – autor zbiorów wierszy: Funkcje faktyczne  (2010), Renowacja zbytków  (2015), Wybór drozdów  (2017), Żale Matki Boskiej pod słupem wysokiego napięcia  (2020), Mimo Boga  (2022). Mieszka w Mikołowie.

  • Mariusz Sambor – pięć wierszy

    wieczorny lot z Nowego Jorku do San Francisco  zawsze patrz przez okna samolotu w ciągłym ze światem obcowaniu pisze poruszony pan Keagan Wernicke we wrześniu na widok zielono-fioletowej jak szafir i granat zorzy polarnej wymarzone ukochane jak muzyka co dogasa jak nasze pragnienia i powątpiewania ale to wszystko ich wina ich? ich  naenergetyzowane cząstki gazu wysyłane przez Słońce  uderzają w górną warstwę atmosfery Ziemi  z dużą prędkością tak przynajmniej słyszałem panie Kawafisie o to się staraj kiedy widzisz / widzisz? / promienie kurtyny pasma łuki z dużą prędkością do siedemdziesięciu dwóch milionów  kilometrów na godzinę uderzające w górną warstwę  ziemskiej atmosfery ciekawe czy z podobnym wzruszeniem mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa  ucieczka dziesięciu krów ze stada we włoskim Piemoncie  zakończyła się interwencją służb może właśnie z tego powodu  celebrujemy w naszych wierszach elementy antyczne  próbując zachwycić akademików mimo że jedna z krów weszła  na trzecie piętro bloku mieszkalnego piszą w La Stampa tuż przed rozgrywanymi  mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa / klasyka orientu  czy antyku? mężczyźni podobno rzeczywiście często myślą  o cesarstwie / kobiety raczej o oriencie / my jednak nie pozostajemy bezradni i dodajemy kilka taktów / puste akordy / niektórzy pomyślą / to dla Rafała W. jesteśmy jednak zmęczeni / w przeciwieństwie do Japończyków  tak / jesteśmy już zmęczeni jak biurko w gabinecie Iwaszkiewicza jak kelnerka w kawiarni Literatka / a ja nawet nie mam siły pomyśleć  – zmęczenie? Nie tylko Noriaki Kasai a raczej Kasai Noriaki / tak / pewnie /  nawet Kazuyoshi Miura / Miura Kazuyoshi nie myśli o zakończeniu kariery  klasyczne wnętrza dużo przestrzeni / można głęboko i spokojnie odetchnąć w chłodnym wnętrzu dziś wszyscy są zmęczeni upałem / młode kelnerki  starsi taksówkarze mówiący w farsi nie wiedzą / tak właśnie czuję /  najstarszy zawodowy piłkarz świata w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat  i stu dziewięciu dni / to jest dopiero coś! / rozpoczął czterdziesty profesjonalny sezon  debiutując w barwach Atletico Suzuka / tak / to mogłoby być te kilka dni  które wstrząsnęły światem / któż to pamięta / John Reed czy Lady Di ha jak dziesięć do siedmiu tak dziesięć do siedmiu dni krzyczę i ja mam nadzieję że jeszcze zagram pokazując charakter mój daleki piękny słowiczku  mamroczę pod nosem tęskniąc w oczekiwaniu na przystanku Legia – Stadion noc 1988 / 2025 / nie ta sama ty Keith Jarrett! tak? i niby z tego właśnie powodu chowam twoje zdjęcia do szuflady kiedy zakwita Atakama? moje zdjęcia do szuflady? dziwny wypadek? tak / rzadkie zdarzenie? / nie niestety było zbyt wiele takich które pochłonęły życie gdy zimą występują opady deszczu wiosną można podziwiać  rozkwit kwiatów mówi Jorge Carabantes dyrektor w chilijskiej Narodowej Komisji Leśnej ale przecież nie kwiaty to nie kwiaty to zdjęcia chowasz do szuflady i pewnie nigdy w życiu nie zobaczysz andyjskiej pustyni the melody at night with you myślisz że nie wiem mydlisz mi tylko oczy jazzem tak? dźwigi mają swoje szczególne niebezpieczeństwa tak / znowu Preludium nr 2 Skriabina a Preludiom op. 11? a tragiczne wypadki lotnicze? niestety tak / w obydwu zastosowano zdwojenia oktawowe  w partii prawej i lewej ręki i nie w tym sensie  Ganges wysycha w zastraszającym tempie  ty mówisz mi to nie jest znak czasu ale że święta rzeka  czy że już nie mamy czasu i że nie my i nie w tym sensie ale no wiesz bo i my wiemy że w minionych epokach geologicznych jeśli coś czuli to nie tylko klęski głodu co zrobić żeby zasnąć  chłopak wędrowny niedźwiedź i jego przewodnik to zdanie napisane wiele lat temu przychodzi na myśl kiedy jacyś ludzie pod blokiem puszczają wieczorem muzykę disco polo nie mogę słuchać i zagłuszam ją Benny Goodmanem ale kiedy kładę się spać jest już późno nie pada deszcz a oni jeszcze dalej siedzą i dalej gra umpaumpaumpa muzyka nie wiem co zrobić żeby zasnąć i mam ochotę wstać wziąć czekan tak ciężki alpinistyczny czekan z dawnych lat i iść / tak i iść tam / po prostu ich zajebać / budzi mnie cisza i deszcz i okna otwarte szeroko i wstaję żeby je zamknąć i patrzę na wszelki wypadek do pawlacza  pomarańczowy włoski czekan Interalp Camp / sprzed lat / na miejscu Mariusz Sambor  (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary  (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022), komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). W marcu 2025 roku ukazała się jego książka poetycka Rzeka / Taniec  (2025). Mieszka w Krakowie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page