Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Elizabeth Bishop – Włamywacz z Babilonu
W Rio rośnie straszliwa plama Na wzgórzach jasnozielonych. To biedni zmierzają do Rio, Nie wrócą w rodzinne strony. Na wzgórzach widać milion ludzi, Milion wróbli, lęgowiska, Niby zabłąkani migranci Mają postój przy ogniskach, Budują gniazda albo domy, Z puchu albo z byle czego, Na wietrze by się nie ostały, Nie mają zaczepu żadnego. Tłum się rozrasta jak porosty, Schodzi się tym, innym szlakiem. Jedno wzgórze zwą Katakumbą, Z kolei drugie, Kurczakiem. Jest tam też wzgórze Kerosene, Wzgórze Kościotrupa blisko, Stoi sobie wzgórze Zdumienia I pnie się wzgórze Babilon. Micuçú włamywacz, zabójca, Wróg porządku społecznego Dał nogę trzy razy z więzienia, Jak się mówi: „najcięższego”. Nie wiedzą, ilu ludzi zabił – nigdy nie popełnił gwałtu – A kiedy ostatnio uciekał, Poranił dwóch policjantów. Mówili: „Ucieknie do ciotki. Wychowała go jak swoje. W sklepiku na wzgórzu Babilon Ciotka sprzedaje napoje.” Więc poszedł prosto do ciotki, Wypił ostatni kufel piwa. – Ciociu, żołnierze nadchodzą, Nie mogę się tutaj ukrywać. Dziewięćdziesiąt lat w więzieniu. Kto by marzył o takim życiu? Wolę dziewięćdziesiąt godzin Na wzgórzu Babilon w ukryciu. Nie mów nikomu, że byłem, Uciekam, jak długo dam radę. Byłaś przedobra, kochana. Skazali mnie na zagładę. Spotkał mulatkę z dzbanem wody, Kiedy opuszczał chałupę: „Jeśli doniesiesz na mnie, siostro, To już teraz jesteś trupem.” Tam są jaskinie i kryjówki, Stara forteca się wali. Francuzom ze Wzgórza Babilon Tubylcy się przyglądali. Pod tym wzgórzem leży ocean Po niebo na horyzoncie, Ocean był płaski jak ściana, Po nim pływały frachtowce, Albo wspinały się po nim, Aż każdy był mały jak mucha, I potem spadał i znikał. Zrozumiał: „Wyzionę ducha!” Gdzieś w oddali beczały kozy. Słyszał niemowlęce wycie. Latawce trzepotały w górę. Wiedział, że żegna się z życiem. Sęp tak trzepotał skrzydłami, Że z bliska widział nagą szyję. Micuçú machał i krzyczał: „Nie, proszę, niech jeszcze pożyję!” Wtem wojskowy helikopter Kołując, głośno wylądował, Dwóch mężczyzn było w środku. Micuçú sprytnie się schował. Żołnierze byli z każdej strony Zielonego wzgórza, stali Tuż przy linii horyzontu, Cali zastygli i mali. Dzieci patrzyły przez okna, Mężczyźni w barze bluzgali, Cachaçę w szczeliny w podłodze Drobinami wypluwali. Żołnierze byli cali w nerwach, Mimo że z karabinami, I jeden w panice zastrzelił Oficera z pagonami. Miał trzy rany postrzałowe. Panikarz puścił długą serię. Zaszlochał jak małe dziecko I wpadł w rozpacz i histerię. Umierając, im powiedział: „Zróbcie, co trzeba zbiegowi.” Oddał swoją duszę Bogu, Synów – Gubernatorowi. Szybko pobiegli po księdza I proboszcz go Niebu polecił. Zmarł mężczyzna z Pernambuco, Jedno z jedenaściorga dzieci. Chcieli przerwać poszukiwania. Nie przerwali mimo zgonu – Rzucili się pędem na rozkaz Znów na wzgórze Babilonu. Bogacze w apartamentach Patrzyli, stojąc z lornetkami Tak długo, jak było jasno, I całą noc pod gwiazdami, Micuçú na łące, na drzewie, Przed pościgiem się ukrywał, Na latarnię morską na morzu Gapił się, i nasłuchiwał. A ta spoglądała na niego. Gdy nastał poranek pogodny, Micuçú na wzgórzu Babilon Był mokry od rosy i głodny. Na morzu niczym z porcelany Surowe jajo leżało. Przeklął to żółte, brzydkie słońce. Zły los przypieczętowało. Widział długie białe plaże, Gdzie ludzie szli pływać i leżeć Z ręcznikiem i parasolem, A jego ścigali żołnierze. Na samym dole ludzie byli Kolorowymi plamkami, A ich pływające głowy Brązowymi kokosami. Usłyszał sprzedawcę orzeszków, Gwizdkiem ludzi nawoływał, Dalej – sprzedawcę parasoli, Jak kołatką wymachiwał. Kobiety z koszami z towarem Na rogach ulic gadały, Potem idąc na plac targowy Ciągle w górę spoglądały. Bogaci mieszkańcy znów wyszli Ze swoimi lornetkami I wielu z nich na płaskim dachu Stało między antenami. Wcześnie, ósma, ósma trzydzieści, Spojrzała na niego głowa, Wojskowy się wdrapał, wystrzelił, Po raz ostatni spudłował. Słyszał z bliska jak żołnierz dyszy, Że go złapać nie potrafi. Gdy Micuçú zaczął uciekać, Żołnierz za uchem go trafił. Małe dzieci głośno płakały Gdzieś w oddali w jego głowie, Psy ciągle szczekały przy budach. Wyczuły, że umarł człowiek. Obok niego leżał rewolwer, Miał potargane ubranie, Lśniły dwie monety w kieszeni, Zesztywniał z dłonią na ranie. Policji i całej ludności Po jego zgonie ulżyło. A ciocia płakała za ladą – Taka to była zażyłość. – Od zawsze nas szanowano. Mój sklep jest porządny i schludny. Kochałam go, choć od dziecka Micuçú był wredny i trudny.” – Od zawsze nas szanowano. Siostra ma pracę, nic nie musiał, Dostawał od nas pieniądze. Więc czemu wyrósł na rabusia? – Przy mnie w slumsach Babilonu Wyrósł na kogoś uczciwego, A klienci sposępnieli, Zerkając jeden na drugiego. Jeden powiedział drugiemu Za drzwiami, jakby coś ukrywał: „Ponad sześć razy złapany – To musiał być kiepski włamywacz.” Dziś grupka żołnierzy na Wzgórze Przybyła rano raz jeszcze. Błyszczą hełmy i długie lufy Owiewane drobnym deszczem. Micuçú już leży w grobie. Kolejnych dwóch próbują schwytać. Mówią, że biedny Micuçú To jednak groźniejszy bandyta. Rozrasta się straszliwa plama W Rio na wzgórzach zielonych. To biedni zmierzają do Rio, Nie wrócą w rodzinne strony. Jest tam też wzgórze Kerosene, Wzgórze Kościotrupa blisko, Stoi sobie wzgórze Zdumienia I pnie się wzgórze Babilon. przełożył Jacek Świerk Elizabeth Bishop (1911-1979) – amerykańska poetka, tłumaczka i powieściopisarka, jedna z najważniejszych poetek anglojęzycznych XX w. W latach 1929-1934 studiowała w Vassar College. Po studiach zaprzyjaźniła się z Robertem Lowellem, który wywarł na nią wielki wpływ. W 1956 otrzymała Nagrodę Pulitzera za tom North & South - A Cold Spring . Mieszkała w Nowym Jorku, Paryżu, San Francisco, Meksyku, Brazylii. Zmarła w Bostonie.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (19)
Słowa, które dojrzewają Słowa to nie tylko treść – to także brzmienie, rytm i energia, które niosą. Dlatego, afirmując własną dojrzałość, coraz częściej sięgam po dwa języki. Pozwalam, by polski i angielski przenikały się, tworząc wspólną przestrzeń dla refleksji i spokoju. Sometimes, a thought needs more than one voice to truly resonate. Niech to naprawdę wybrzmi. Nie, nie czuję angielskiego, nie znam bardzo dobrze i może dlatego - wychodzę poza te ramy. Z naukowego punktu widzenia dojrzałość to nie suma doświadczeń ani metryka w dowodzie. To przede wszystkim zdolność do autorefleksji, rozpoznawania własnych emocji i świadomego podejmowania decyzji. Psychologowie powtarzają, że nasz wewnętrzny głos jest efektem rozwoju samoświadomości i empatii wobec siebie. To właśnie ten głos pozwala nam oddzielić impulsy od prawdziwego „ja”, zatrzymać się na chwilę i wybrać to, co naprawdę nam służy. W mojej twórczości podcastowej ta refleksja stała się czymś więcej niż teorią. Wychodze od minireportaży i od audiopoezji – tu formy, a jednak znienacka, z tej przestrzeni, zaczęłam nagrywać alternatywne, dwujęzyczne afirmacje. Polski i angielski zaczęły się przenikać nie tylko w słowie pisanym, ale i w dźwięku – tworząc nową, osobistą ścieżkę wyrażania dojrzałości i spokoju. W tej afirmacji dojrzałość to spokojna pewność, która podpowiada: „Hej, przecież wiesz, co masz zrobić. Przecież wiesz, co masz powiedzieć.” Sometimes, all you need is to listen – and trust that inner voice , niezależnie od języka, w którym się do Ciebie odzywa. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Marian Lech Bednarek – proza
Wydarzenie artystyczne Jak ja się bałem, zanim te klocki do mnie przyjechały, jak ja się bałem. A najbardziej ceny za transport się bałem, bo dzisiaj wszystkim właścicielom wszelkich opałów odbija z tymi cenami. Na szczęście ten właściciel zachował się przyzwoicie i przy życiu mnie zostawił. Od razu pomyślałem czy przyjazd drewna kominkowego może być Wydarzeniem Artystycznym ? Tak. Tak pomyślałem, ale niekoniecznie z udziałem orkiestry dętej, czy czegoś tam podobnego. Trzeba najpierw ułożyć scenę ze starych desek, na którą wysypią się z samochodu wszystkie ciężkie kloce z dębu i buku. Ale nie daj Boże jak jakiś kloc spadnie na świętą zieloną trawę gospodyni, to zaraz wielki wrzask roznosi się po okolicy, jakby zranioną trawą była. Spektakl przerwany. A cała służba porządkowa, czyli ja i kierowca bagażówki idziemy do gospodyni na dywanik. Publiczność ogrodowa poirytowana, zrzuca z siebie postrzępione liście i podgniłe jabłka w formie protestu. Ptaki wystraszone. A to przecież publiczność bardzo delikatna, trzeba o nią dbać a nie straszyć biedulki. Kierowca skasował za drewno i odjechał. Miną godziny, zanim wszystko wróci do normy sprzed spektaklu – gdzie przestrzeń jest cały czas otwarta jak wszystkie bramy i dziennikarze są dopiero na tropach nowych trendów w sztuce. Scenografię z klocków wywożę ze sceny na taczce (kilkanaście kursów), kryjąc ją pod zadaszeniem szopy, gdzie doczeka się dramatycznych scen w spektaklu „Zima”. Pojedyncze deski sceny wywożę w ciemny kąt ogrodu, gdzie maliny już na mnie czekają, kołysząc się, jakby wszystko już wiedziały o tym tragicznym upadku kloca na świętą trawę i teraz chcą mnie pocieszyć soczystym pocałunkiem. Całą twarz mi obcałowały i ręce gdy się w nie zaplątałem. Niektórzy artyści mają przerąbane. Nie zadbałem o wielki hałas Wydarzenia na You Tube i Facebooku, ani o nadużywanie słowa „masakra” jak niektóre trywialne głupki to robią prawie w każdym zdaniu. Mam dość tego masakrowania codziennie każdego słowa, aż ucho mi się zwija w jakąś wykoślawioną formę, gdy to słyszę. Stoi taka obok mnie znajoma prykwa i masakruje i masakruje. Co wypowie to zaraz zmasakruje, masakra… masakra...aż krew się leje. Zapluty tym wylewem masakry ledwo utrzymuję świadomość kim jestem. Jakaż ulga gdy między malinami mogę sobie postać i posłuchać jak szeptają… na czym życie polega (poza masakrą trywialności). Ich czerwone i piękne główki, powinny się znaleźć na plakacie reklamującym moje Wydarzenie Artystyczne z klockami. Tak sobie nagle pomyślałem, jakby mnie coś olśniło, kończąc moją przygodę z drewnem. Lewy prawy Lewy prawy, lewy prawy, lewy prawy. Oddycham powietrzem lewy-prawy. Widzę jak idą miliony lewych i prawych. A ja? Ja jadę do wnuka na mecz i przyciskam pedały lewy, prawy, lewy prawy i gazuję. Tyle razy to moje kibicowanie mu obiecywałem, ale nigdy mi się nie udało, bo zawsze światy lewego i prawego zderzały się ze sobą za mocno, aż wypadałem z mojego boiska prywatności. Teraz wreszcie jadę. Każdy dzień to huśtawka egzystencji lewy-prawy, lewy-prawy, kosmos biegających za piłką, do szaleństwa. To już niemal uniwersalny rytm, według którego toczy się życie milionów Polaków, gdzie każdy dzieciak chce być lewym strzelającym bramki, wielką gwiazdą z dziewiątką na plecach. Ale świat lewego i prawego nigdy się nie połączą. Bo co tu jest do łączenia? On kopie piłkę a ja dziury w ogrodzie kopię łopatą, by zasadzić krzak czarnej porzeczki. Ale też nie obchodzi mnie życie lewego, bo on zawsze będzie lewym z przewróconą szóstką na plecach, czyli dziewiątką, a ja będę jakimś prawym, bez numeru, czyli tym nieznanym, może na szczęście? Wolę wkopywać do ziemi krzak, z którego na wiosnę wykwitną czarne małe piłeczki do zjedzenia, a nie do kopania. Choć przyznam, lubię piłkę nożną. I w młodości dużo w nią grałem, ale niestety, nie pamiętam już żadnego numeru koszulki. Dojeżdżam do stadionu. Lewy prawy, lewy prawy pedał pod stopami pracują. Wita mnie córka i prowadzi na trybuny. Jej mały lewy już gra. W czarnym stroju, drobny, chudziutki jakiś wygina się, kręci nogami, przygnieciony aż za bardzo tą dziewiątką na plecach. Ale widać że gwiazda lewego w nim świeci, choć pada deszcz. Kibice (w większości rodzinki grających małolatów) skuleni pod parasolami wrzeszczą, klaszczą, gwiżdżą, mruczą, skomlą. Mnie to nie rusza. Widziałem tylko gmatwaninę pogubionych nóg i parasol w mojej ręce. Drużyna wnuka wygrała 2 zero z jakąś drużyną z innej wioski. To znaczy że lewy nadal króluje na świecie. Pogratulowałem wnukowi wygranej, uściskaliśmy się. Kiedy już lewizm i prawizm całkowicie wymieszały mi się w głowie, pomyślałem, że będę zawsze skazany na bycie między lewym a prawym, gdzieś pośrodku, gdzie lewe rodzi prawe, a prawe rodzi lewe. Spakowałem się, uruchomiłem samochód, nacisnąłem lewy pedał sprzęgła, prawy pedał gazu i odjechałem z ulgą, jako już nie całkiem do dupy dziadek. A nade mną piłka słońca, z ledwością przebijała się przez chmury. Garderoba Wstąpię do majtek wojennych. Ciekawe gdzie mnie wyślą i jakie będę miał przygody? Mogę zginąć, to fakt. Ale jak przeżyję, to mogę wstąpić do spodni wojennych. Te to dopiero dokazują, któż przed nimi ucieknie? Chyba tylko sukieneczki rezolutne, które spodniaków owijają sobie dookoła palca, jak chcą. Spodniak to spodniak. Niech nadepnie na minę nogawki i wyleci w powietrze, przecież wiedział do jakich spodni wstąpił. A jak mu się nie podoba, to wtedy buty wojenne wezmą go w opiekę i poprowadzą tam gdzie trzeba się bić za wolność i demokrację homo butusa i innego homo. Po takich doświadczeniach można wstąpić do koszuli wojennej. Tutaj też nie ma żartów, pełno guzików, dziurek, mankiety, wzorki, koronki, kołnierzyki, wszystko jak celny wystrzał w akcji sabotażowej. W tej koszuli wojennej to w koszulizmach jakichś się obracamy jak obłąkani. Każda głębokość jest niebezpieczna, bo cholera wie, gdzie taka ręka w koszuli nagle zacznie grzebać i tłamsić coś, że koszula zaraz cała ubabrana. I tak człowiek błąka się i walczy. Ale czuje że czegoś mu brak. Spojrzy w lustro i już wie, że marynarki wojennej mu brakuje. No to wstępuje do marynarki wojennej, eleganckiej, ze złotymi guzikami, nad falami oceanu rozchełstanej. Z każdej kieszonki wystaje stosowne działo przeciwlotnicze i rakieta. A na plecach małe lotnisko z samolotami, bo to przecież lotniskowiec, marynara wojenna. No to strzelać trzeba! Strzelać! Nie wiem kogo ustrzelę? Ale teraz jestem już całkiem ubrany w tą marynarę i mogę się bić, jeśli trzeba będzie, choćby w obronie własnej teściowej. Pociągnę serią z karabinu aż mewa spadnie na pokład. Wkrótce dopłynę do jakiegoś brzegu, jak będę miał szczęście. I pójdę sobie gdzieś na piwko. Oczywiście. A co? Laski będą się za mną oglądać i tyle. A tchórze i maminsynki niech mi zazdroszczą takiego ubranka. Ta biała furażerka na głowie jak kapelusz damski, robi wrażenie, że aż szczena opada. Marynarka wojenna Armii Światowej to nie byle co. Człowiek jest już całkiem ubrany, kompletny w tej swojej międzynarodowej garderobie militarnej i gotowy do prezentacji wystrzału swojej gęby, torsu i całej reszty. Potem przechodzi do kuchni, albo do pokoju z telewizorem, by obejrzeć najświeższe wiadomości z pola bitwy, a raczej z pola masakry, uuuffff… Przydałaby się jakaś rewolucja w modzie, by te ciuchy bardziej się uśmiechały a nie przepocone cuchnęły tylko zasraną wojną. Upał Upał to takie coś, że słowa wylewają się na ciało, lepią się, latają jak ciężkie muchy żeby usiąść gdzieś na jakimś temacie i wyssać go lub co najmniej nadgryźć. Każdy opis pogody będzie tylko opisem gęstej, gorącej zupy. Starzy ludzie w tych swoich zacienionych altankach trajkoczą na całego, jakby byli dziećmi upałów, bo córka przyjechała z Niemiec na urodziny matki, więc nie podskakuj tu panie Upał! – bo my tu tego… Ich czupurność i swada unoszą się nad domami, przedzierają przez krzaki i docierają aż do mnie. Zadziwia mnie to. Moja głowa! – ktoś krzyczy. Dookoła wyrastają nowe domy, ale sprawcy po paru godzinach nie wytrzymują i umykają z budowy. Niektórzy w ogóle uciekają przed robotą. Naprzeciw moich okien ekipa jak z PRL-u lata tylko do sklepu po piwko. Ich rechot co chwilę rozrywa powietrze a disco-polo z radyjka skleja to wszystko do kupy i szafa gra, lecz robota leży. Ponieważ nie mam z kim rozmawiać o upale, bo nie da się o upale rozmawiać i napadają mnie ciężkie bóle głowy, piszę właśnie o upale, jakbym się chciał przebić przez jakiś mur ostatniego ratunku, złapać byka za rogi. Tymczasem upał jest zupełnie aliteracki, przynajmniej dla mnie. Można pisać o upale z daleka, ale nie o upale w upał. Kolor nieba dalej przypomina gęstą, gorącą zupę. Mantruję „Hare Kryszna, Hare Kryszna…”, by sobie jakoś pomóc w tym karmicznym kotle, do którego podobno sam się wrzuciłem i pływam w nim jako ten skwarek świadomości. Niewzruszone galaktyki cóż mogą pomóc w upale, gdzie samemu trzeba rozstrzygać we wszystkich sprawach. Niech mój kapelusz przeciwsłoneczny będzie miał z 2 metry średnicy, pomyślałem. Co to jest? Przecież to nie fantazja. Ciężki jest. Poruszam się w nim jak satelita. Upał wszystkich przenika. Słoneczniki na sąsiednim polu przemawiają znaną tragedią van Gogha. Wszyscy uciekają przed upałem. W telewizji tylko o nim trąbią i jęczą, nawet gdy chodzi dosłownie o Putina czy Grecję. Prezenterzy już nie wiedzą jaką przybrać pozę i jaką najmodniejszą koszulę założyć by coś o nim sensownego z siebie wykrztusić. Ten kulinarny potwór jest wysłannikiem bogów, byśmy nie przestali podskakiwać na ich patelni jak skwarki. Mozolnie przebijam się przez słowo „upał” jak górnik w ciemnym chodniku. Wydobycie trwa. Nie wiem ile jeszcze wydobędę sensownych słów, które coraz bardziej przypominają mi owady zastygłe w bursztynie. Chmury przesłoniły bezlitosną żółtą wesz, czyli słońce z wiersza Różewicza. Powiał lekki wiaterek. Hare Kryszna, Hare Kryszna… zamantrowałem. No i zaczął kropić deszcz. Marian Lech Bednarek (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor tomów wierszy: Kawałek życiorysu (1991), Notatki z prowincji ,( 1998), Granice-Graniczki (2004), Kim jestem? (2007), Obrazowiersze (2008), Rozmowa z ptakiem (2014), Widowisko (2018), Prowincja – wybór wierszy (2021) oraz zbiorów próz Sianoskręt (2012) i Zapiski (2016). Publikował w "Twórczości", "Czasie Kultury", "Frazie", "Ricie Baum", "Nowej Okolicy Poetów", "Toposie", "Elewatorze", "Wyspie", "Miesięczniku Literackim", "PsiVino" (Czechy), "Helikopterze", "Wytrychu", "Formacie Literackim". Założyciel i lider Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Wolnej Inicjatywy Artystycznej „Wytrych” oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Katowicach. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.
- Marcin Liszkiewicz – cztery wiersze
Adamie Mateuszu piekło to cierpienie podniesione do potęgi nieskończonej przyjaciel w moim pokoju zegar nie tyka wypuszcza czas na parapecie talerz z granatem zapomniał że miał dojrzeć modlę się do czajnika bo syczy jak prorok żona w palcach obraca kmin wymówki glitchują w cyberzakrystii sanctus retina w Malborku był chrzest *** jakim być w tobie wypłynie ropa studenci z Nigerii głoszą ewangelię sukcesu big and shine adehadowe ody kiedy słabnie moc streamingu wizualizuj kapuśniak *** w pamięci roślin pochodne rewolucji czerwone serca tofu słomiany zapał samotność w konstrukcjach w zdjęciach najlepsze zioła rosną obok kałuż ochrypłe stringi róż kot pies i pyra cofnij gratyfikację wszelką idź w olchy ja za późno *** modlę się trwaniem potem skórą jeszcze naturalną przez chwilę transfer polnych kamieni w układ małżeński zarządcą elektroniczny anioł mięsny wystrój katedry cyberbarok z kadzidła aktualizuję przepływ: nie udał się projekt Olaf koniec litanii przepychu Ułan Marcin Bator Marcin Liszkiewicz – pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz.
- Paweł Słójkowski – Za ścianą
Zakup roomby był wisienką na torcie noworocznych zmian, które Patryk wprowadzał w życie. Obudził się na lekkim kacu we własnym mieszkaniu. Otworzył oczy ze świadomością, że zaczął się nowy etap jego życia. I jak to często bywa u odczuwających upływ czasu mężczyzn, motywacją zmian była kobieta. Ada Nowak może i miała zwyczajne nazwisko, ale cała reszta była nie z tego świata. Na pewno nie ze świata, w którym żył Patryk. Dwa uniwersa przez długi czas przecinały się tylko w pracy - z jednym wyjątkiem, który zamieszkał w głowie mężczyzny i zaczął się urządzać jak irytujący współlokator. Tym wyjątkiem była randka i to, co nastąpiło po niej. Poszli razem na przegląd filmów górskich, a po dwóch dokumentach, widząc Adę zerkającą w telefon, Patryk zdecydował się zagrać va banque. - Boże, ale przynudzają. Wyjdziemy stąd? - Myślałam, że nigdy nie zapytasz. Kiedy znaleźli się u niego, Patryk nie wierzył, że wszystko tak pięknie się rozwijało. Niestety, wymarzony scenariusz szybko dobiegł końca. Ada posiedziała pół godziny i nagle stwierdziła, że musi iść. Na odchodne cmoknęła go w policzek. O tym, co stało za ucieczką, dowiedział się następnego dnia, który był jednocześnie ostatnim dniem roku. - Słyszałem, że spotkałeś się z Adą. Rysiek wiedział o wszystkim, co działo się w pracy. Nie było to trudne. To była mała firma, a ludzie gadali. - Mhm - mruknął Patryk, starając się zachować obojętność. - Chcesz mojej rady? - Raczej nie, ale pewnie nie mam wyboru. - Jeśli taka dziewczyna ma traktować cię poważnie, to weź się za siebie, chłopie. Zacznij ćwiczyć czy coś, ale przede wszystkim… Jezu, powiem to od razu, bo znamy się już długo - sprzątnij syf w mieszkaniu. Rysiek pociągnął łyk coli, poklepał go po ramieniu. - Wiem, jak jest. Jak się ma dwadzieścia kilka lat, to człowiek się nie przejmuje, w jakich warunkach żyje. Ale dziewczyny tego nie lubią. Jak taka zobaczy, że jesteś syfiarzem, to pozamiatane - stwierdził. Rysiek złapał tę nieświadomą grę słów i w śmiechu zatrząsł kolczykiem w nosie. Patryk uważał to duże, złote septum za obleśne, choć może bardziej chodziło o właściciela. Rysiek był najstarszy z całej ekipy, zawsze miał dużo rad, ale nic nie wskazywało na to, by sam się do nich stosował. Coś jednak było na rzeczy: Ada ewidentnie zaczęła unikać Patryka. Uwierało go te kilka zdań, które usłyszał. Po powrocie do domu zobaczył niedomyte naczynia, kamień w kiblu, kurz na półkach. Zasypiając, miał w głowie tylko jedną myśl. Paczka z roombą przyszła dwa dni po nowym roku, kiedy Patryk zdążył już wprowadzić w życie część zmian. Kupił karnet na siłownię, zaliczył pierwszy trening boksu. Pozbył się nieużywanych mebli, rozebrał starą meblościankę, zagracającą największy pokój. Latał ze szmatą, szorował podłogi, zamówił nowego mopa i myjki do okien, ale to roomba miała być kluczem do czystości. Sprzedający opisał ją jako nietrafiony prezent. Patryk ustawił stację dokującą w kącie, zainstalował aplikację. Chwilę później maszyna poznawała zakamarki mieszkania. Patrzył, jak podjeżdża do jego stóp, zatrzymuje się i jedzie naokoło. Przez noc krążyła i tworzyła mapę pomieszczeń. Wyglądało to na początek udanej współpracy. - I co, teraz jeździ sobie sama i odkurza? Zajebista sprawa - Rysiek patrzył na ekran telefonu Patryka. - Nowy rok, nowy ja. - A jak z Adą? Rozmawiałeś z nią w ogóle? - Nie bardzo. Dam jej trochę czasu. - Dobrze, ale jak to się mówi, trzeba kuć żelazo, póki gorące. Ona długo nie zagrzeje tu miejsca. Zobacz tylko. Aż żałuję, że nie jestem kilka lat młodszy… - kiwnął głową w kierunku Ady, która na drabinie zdejmowała z wysokiej półki przenośną kuchenkę. Patryk miał dużą tolerancję na jego komentarze - pracowali razem już długo. - Daj spokój, Rysiek - rzucił i zajął się kolejnym tego dnia poprawianiem butów na półkach. Sprzedawali sprzęt turystyczny i poza sezonem nie było wiele do roboty. W kieszeni Patryka zawibrował telefon. Niedawno odpalił roombę, żeby wrócić do posprzątanego mieszkania. Z mapą, którą stworzył robot, było coś nie tak. Wyłączył i włączył smartfona, ale nic się nie zmieniło. - Moje mieszkanie się powiększa - powiedział. - Co? - zainteresował się Rysiek. - Zobacz. To mapa mieszkania. A to coś, czego nie było wcześniej - Patryk pokazał na kawałek szarej przestrzeni, który odbiegał od zielonej części, przedstawiającej salon. - Odkurzacz tam wjechał? - Tak pokazuje, ale tam nic nie ma. To pięćdziesiąt pięć metrów, dwa pokoje, kuchnia, łazienka. - Tyle dla siebie? Szczęściarz. Patryk nie mógł narzekać - niecałe pół roku wcześniej przeprowadził się z wynajmowanej kawalerki. Mieszkanie należało do jego zmarłej babci i wiedział, że powinien je sprzedać, ale na razie nie chciał tego robić. Nie można zmieniać wszystkiego naraz. - To pewnie zwykły błąd. Blok, w którym mieszkała jego babcia, był ostatnim bastionem w środku nowych osiedli, w ten szary i ponury jesienny dzień wyglądał jak spróchniały ząb w zdrowych ustach. Tak też patrzyli na niego inwestorzy, poszukujący miejsca na kolejne apartamenty. Najchętniej wymazaliby go z mapy. „Nikt go nie chce, a tu proszę, jest go więcej. Przynajmniej według roomby” - pomyślał Patryk i sam pomysł rozrastającego się peerelowskiego bloku go rozbawił. Wjechał na piąte piętro i wszedł do środka. Rzeczywiście było czysto, roomba ładowała się w stacji dokującej, migając światełkiem. Włączył aplikację i popatrzył na mapę. Stanął przodem do ściany, za którą na ekranie rozciągała się szara przestrzeń - skojarzyła mu się z mgłą wojny z gier. Na podłodze zobaczył kupkę białego proszku. Kilkanaście centymetrów wyżej odkrył odprysk w ścianie i skrzywił się. Przed wyjściem na trening przeinstalował aplikację i odpalił robota, by jeszcze raz zrobił mapę mieszkania. Wrócił tak zmęczony, że padł na łóżko i zasnął. Mapę sprawdził dopiero w tramwaju, kiedy jechał do pracy. Szary obszar wciąż tam był. I wydawał się większy - przynajmniej było jasne, dlaczego oszczędził na robocie parę stów. Tego wieczora roomba przyniosła pierwszy prezent. Kiedy wrócił do domu, czekała na niego w przedpokoju, świecąc czerwoną lampką. Odwrócił ją i przyjrzał się szczotkom. Zwolnił mechanizm, coś stuknęło o podłogę. Srebrny pierścionek. Rzeczy po babci mieściły się w jednym, zalegającym w szafie kartonie. Może zawieruszył się gdzieś przypadkiem, ale Patryk ostatnio tam nie zaglądał. Rzadko miewał przeczucia, ale tutaj… patrzył na ten przedmiot, a wszystko w nim krzyczało. I zaczęło krzyczeć mocniej, kiedy zobaczył minę faceta w lombardzie. - Mogę dać dziewięć stów - rzucił po krótkich oględzinach, ale Patryk przejrzał tę grę. Jubiler, do którego zaniósł pierścionek, oszacował, że jest wart dziesięć razy tyle. Wrócił do domu, podłączył roombę do stacji dokującej, sprzątnął rozsypany kurz. W pokoju znów natknął się na kupkę tynku i niewielką dziurę w ścianie. Stwierdził, że zajmie się tym podczas malowania. To już w najbliższy weekend. Znalazł nawet pomocnika. Rysiek nie należał do osób szczególnie pracowitych, ale wcześniej Patryk powiedział mu o pierścionku. Pominął cenę, ale pokazał koledze coś innego - monetę, którą robot przyniósł kolejnego dnia. Była ciężka, w kilku miejscach krawędź się wyszczerbiła. Na awersie litera S oplatała A, rozdzielając datę 1564, a rewers zdobiło kilka herbów. - To może być dużo warte - powiedział Rysiek w zamyśleniu. Wyglądał jakby coś liczył. Stawiając na podłodze czteropak puszkowego piwa zapytał niby od niechcenia: - Co dziś znalazła? - Nic. Mówiłem, że przynosi rzeczy tylko wtedy, kiedy nikogo nie ma. - Aha. Wstydliwy robot. Nie mogę przestać o tym myśleć. Odkurzacz, który zbiera skarby. Włącz, może się uda. - Zwariowałeś? Wszędzie jest folia. - Dobra, dobra. Jak chcesz. Pokażesz mi, ją jak skończymy. Robota szła dobrze w i końcu dotarli do ściany, za którą na mapie robota rozciągała się “mgła wojny”. Patrykowi podobało się to określenie. - Tutaj nie pomalujemy - Rysiek stuknął kilka razy, a na folię posypał się tynk. - Jak to? - Wszystko odpadnie. Położymy gładź i potem pomalujemy. - Nie mam gładzi. - Nie narzekaj. Skocz do sklepu, ja sobie wypiję piwko i przygotuję ścianę. Patryk zebrał się szybko. Godzinę później był z powrotem, zlany potem targał dwa wielkie kubły. Było cicho, kiedy wchodził do środka. Drzwi do kanciapy były otwarte, kilka rzeczy leżało na ziemi i raczej nie był to sprzęt potrzebny do malowania. Powinien się domyślić. Ten wzrok, którym Rysiek patrzył na monetę. To liczenie… Otworzył drzwi do pokoju, w którym zostawił kolegę. Na podłodze walały się zgniecione puszki po piwie. Po Ryśku nie było śladu. Stacja dokująca stała pusta. Wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił. Sygnał się powtarzał, po czym zamilkł, Patryk zauważył w ścianie dziurę, mniej więcej w tym miejscu, z którego wcześniej sypał się tynk. Podszedł bliżej. Była średnicy piłki do ping ponga. Kiedy przyłożył do niej dłoń, poczuł powiew powietrza. Uklęknął, włączył latarkę w telefonie, próbując zobaczyć cokolwiek po drugiej stronie. Nie udało się, więc słuchał. W bloku jechała winda, ktoś czymś uderzał, może wbijał gwoździe albo składał meble, gdzieś głośno grał telewizor. Nic specjalnego. Miał jednak dziwne wrażenie, że za ścianą coś jest. Nie było to możliwe z prostego powodu - mieszkanie Patryka było ostatnie w poziomie i za tą ścianą kończył się blok. Włączył aplikację roomby, zerknął na szarą część mapy. Zakładając, że to nie błąd, a robot rzeczywiście tam pojechał, to przebył jakieś… Kiedy zadzwonił jego telefon, prawie dostał zawału. Upuścił go na ziemię i odsunął się od ściany. Na wyświetlaczu zobaczył, że dzwoni Rysiek. Podniósł smartfona do ucha i zamierzał rzucić parę niezbyt miłych słów, ale szybko zrozumiał, że te nie trafiają one tam, gdzie powinny. Z głośnika popłynęła struga szelestów, szurnięć i trzasków. Usłyszał kroki, a potem coś jak krzyk, gdzieś z bardzo daleka. Ojciec Patryka powtarzał jak mantrę to, że mężczyzna powinien sobie radzić - cokolwiek miało to znaczyć, bo mijały lata, a jego syn nie wiedział, czego to radzenie sobie mogło dotyczyć. A później ojciec poszedł radzić sobie gdzieś indziej, zostawiając to zdanie wyryte w głowie swojego dziecka. Zajęło to wiele lat, ale Patryk postanowił zrobić z niego użytek. Pojechał jeszcze raz do sklepu i kupił sprzęt, którym mógł przebić ścianę. Kiedy wrócił, na środku pokoju, między puszkami, czekała na niego roomba. Czerwone światełko wzywało pomocy. Spomiędzy szczotek wystawało coś okrągłego. Złoty, okrągły kolczyk. Septum. *** Ada mogła mieć pretensje tylko do siebie. Od dziecka najpierw coś robiła, a dopiero potem zastanawiała się nad konsekwencjami, licząc na to, że rozejdą się po kościach albo przejdą bokiem. Tak jak bokiem miała przejść ta burza, która szalała nad miastem. Deszcz ją przemoczył, było jej zimno, miała serdecznie dość tego dnia. Po co powiedziała, że może pójść sprawdzić, co działo się z Patrykiem i Ryśkiem? Nawet nie wiedziała, że dzień wcześniej nie było ich w pracy, tak samo jak nie miała pojęcia, że razem malowali mieszkanie Patryka. Nie obchodziło jej to za bardzo, ale kiedy Dawid, ich szef, zebrał ich i zapytał, czy coś o nich wiedzą, zrobiła, a nie pomyślała. Po co w ogóle się z nim umówiła? Ta myśl złapała ją przy domofonie. Wyglądał na chłopaka, któremu zależało. Trochę za późno zorientowała się, że nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Po kilku sygnałach drzwi otworzyły się. Miała nadzieję, że po prostu przyjdzie, wciśnie guzik i nic się nie stanie. Zadzwoni do Dawida, a on na policję albo sam tam pojedzie. Popyta sąsiadów, cokolwiek. Chciała mieć to z głowy. - Wejdź! - krzyknął ze środka. Weszła. Wszystko wyglądało inaczej, prawie sterylnie. Z pokoju, w którym niedawno siedzieli, dobiegał jakiś hałas, rytmiczne uderzanie. W momencie, w którym stanęła w drzwiach, odwrócił się. - Prawie skończyłem - powiedział, wskazując dziurę, którą wybił w ścianie. Nie wiedziała, jak to skomentować. Przeszła do rzeczy. - Nie było cię w pracy i chciałam… chcieliśmy sprawdzić… Rysiek jest z tobą? - Gdzieś go wcięło - odparł i parsknął śmiechem. - Patryk, to nie jest śmieszne. Nie wiadomo, co się z wami dzieje. Dawid prosił mnie, żebym sprawdziła. Gdzie jest Rysiek? - Jest tam, za ścianą - pokazał ręką na dziurę i zrobił krok w jej stronę - Martwiłaś się? Chciałem z tobą porozmawiać. Wiesz, po tamtym. Ada bardzo nie chciała tu być, czuła to wyraźniej z każdym słowem, które mówiła. - To nie jest dobry moment. Zadzwoń do Dawida, okej? - Mój telefon nie działa. Mogę z twojego? Za tym pytaniem coś stało, tak samo jak za czarną plamą na ścianie. Nie widziała, co jest dalej, jak gdyby światło nie mogło dostać się do środka. - Przecież go nie ukradnę - wyciągnął do niej rękę. Na białej, brudnej dłoni widać było popękane odciski. Dotychczas nie zwrócił na nie uwagi. - O rany. Umyję ręce. Poczekaj chwilę. Tylko chwilę, proszę. Minął ją, poczuła zapach potu, stęchlizny i zaduchu, jak w pomieszczeniu, które nie było wietrzone przez długi czas. Przeszedł przez przedpokój, ale nie skierował się do łazienki. Wyszedł, zamknął drzwi i usiadł na wycieraczce. Na klatce było cicho i spokojnie. Ten, kto sprzedał mu robota, nie odpisywał na wiadomości. Patryk chciał mu po prostu podziękować, może nawet osobiście, gdyby ten ktoś chciał go odwiedzić. Sam pomysł wydał mu się naprawdę dobry - na tyle dobry, że Patryk uśmiechnął się sam do siebie. Z Adą nie wyszło i najwyraźniej tak miało być. Pozbył się żalu i pretensji. Szkoda, że nie została mu po niej żadna pamiątka. Nic nie zostało też po sąsiedzie, którego denerwowały hałasy. Ani po Dawidzie, który w końcu sam pofatygował się, żeby sprawdzić, co się stało. Po policjancie, który zjawił się kilka dni później. Patryk wiedział, że w końcu zjawi się więcej gości, ale nie przejmował się. Mapa, którą tworzyła roomba, rozrastała się każdego dnia, podobnie jak lista rzeczy, które znajdował w odkurzaczu. Dziura w ścianie była na tyle duża, że zmieści się bez problemu, a wszystko mówiło mu, że po drugiej stronie czeka na niego całkiem nowy świat. Paweł Słójkowski (ur. 1986) – absolwent slawistyki, uwielbia Bałkany i dobre historie, raczej te smutne. Z wykształcenia kulturoznawca, pracuje w redakcji sportowej. Zadebiutował w 2025 roku w magazynie ‘Pro Libris’ – może i niezbyt wcześnie, ale podobno lepiej późno niż później. Pracuje nad powieścią w ramach "Pracowni przed debiutem prozą" Biura Literackiego. Mieszka w Warszawie.
- Szarlot Ka – trzy wiersze
*** Półtora kilograma materii Każde uwarunkowanie zbiera wodę niczym wiadro i to jest nie do przełknięcia zakładają kałuże twój fizis by szarzy panowie umywali w nich stopy a teraz ich zalejemy Uświadomienie Nad ranem wzrok jak narwany gdy widzę te ramy czwórkami sufit to strup – rozrywamy a pod nim płat naderwany zwisa nogami do ściany i tyle mi z tego wokoło gdy rozum sponiewierany że pod kopułą schowany że wzrok bez przerwy kąsany zasadza język przez ucho i szeptem że teraz to my wyrzygamy wiesz o tym że myśli to szramy mówisz niepokonany w znaczeniu że czyje rany umysł podatny na stany z rodzaju niepożądanych po czterech kątach miotany patrz jak odklejam się od ściany Jawnie i namacalnie Przenikasz mnie przy okazji starcia naszego języka i wgryzasz się w wargę jak w komunikat gdy pytam Czyja liryka? nie wierzę że w żyłach wciąż płynie mi ślina przebiega ściegami po grzbietach jak siniak a w ryzach w ryzach trzyma mnie adrenalina Szarlot Ka – pisze prozę i wiersze, publikowała w "Kontencie". Nie lubi siebie rozdrabniać.
- Michał Pindel – trzy wiersze
American blend jest tu ławka z miejscem na papierosa odblask słońca odpal iskierko Twoje oczy usta czerwone i biała bluzka *** Gdy tylko nie skupiam wzroku do wnętrza mogę uciekać. Obserwować zamiast mówić przez się. Samo napływa i podbiega krwią. Jest jak siniak a przecież też błękitne. Wystarczy, że wyjrzę a za mną sznur ludzi odkłada się na potem. Nie o tym lecz w tej samej formie. Jest nauka niepatrzenia, odpuszczania skupienia. Spójrz w dal a zawsze coś z horyzontu przecieka. Na marginesie I Mam zdjęcia gwiazd, w notesie kurz. Samozwańczy łowca burz. Zakładka do książki Two jego życia. Nikt więcej. Michał Pindel (ur. 1996) - studiował antropologię i etnografię. Czyta, pisze i wędruje.
- Maciej Skomorowski – trzy wiersze
Zapis z końca listopada Wiersz jako podsumowanie? Gdy schyłek mówimy o wszystkim co przydarza się nam naprawdę: te szybkie serie zdarzeń, jeśli arbitralnie przyjąć cezury pór roku - zamknąć można w stylach miesięcy, opowiadać w miejscach marginalnych opowieści, niezupełnie jasno, tym bardziej, że realiści mojego pokroju współdzielą znany defekt organicznego zaniku szczegółu, jedynie gruby zarys, kontury, więc jeśli dla najbliższych napisać miałbym jakiś skrót, streszczenie, abstrakt, dokument sprawozdawczy dla najdalszych z tegorocznych zdarzeń jesiennych na moim podwórzu (ulica Czumy) - napotykam ubytki zawodnej pamięci, z której nastrój - ten obiektyw na jesień i jej pozłacana substancja jednocześnie - ulatnia się najszybciej! Niemożliwe. I cóż z tego, że spacerując radośnie po zwycięstwie demokratów Warszawą w białych butach i niebieskim krawacie doznaję tych leibnitziańskich drobnych poruszeń duszy , mijając miejsca letnich pocałunków kobiet udowadniających wszystko i więcej, każdego mnie, mój i każdy ich wers? Tak. Spaceruję, przechodzę obok domów i bloków, gdzie na boomerskich prywatkach zabiegałem nie tak dawno o więcej jeszcze pocałunków, urzędów państwa ukrytego przed ludźmi, instytucji odwiedzanych jako obywatel, pracownik, niezależny badacz, wścibski dziennikarz, nade wszystko parki tak pełne mojej poezji mówionej, bowiem śpiewać nie potrafię... Cierpienie nie naruszyło mojej istoty tej jesieni, listopad był niemalże bezsenny, lecz uczynił mnie silniejszym, być może jedynie zbyt rozrzutne życie towarzyskie, zatrata w wierszach, odwiodły mnie od pracy, więc teraz w listopadzie do drzwi puka bieda... Być może zbyt wielu wrogów, przyjaciół, zaczepianych przeze mnie na ulicy nieznajomych - bo tak w zwyczaju miałem tej jesieni - teraz mnie pamięta bez wzajemności. - Niskie słońce i zastanawiam się nad głosami tych młodocianych kogucików czy to od filozofii modnej ostatnio w czasie moich studiów dwie dekady temu (niespełniona jest nadal nadchodząca potęga nowego realizmu miłości i rozumu), czy od pustej poezji - zdają się myśleć, że powiedzieć można wszystko, i nie mylą się, jedynie ludzie giną, dzieci, boże, niepotrzebnie giną ludzie, niechże więc ludzie pióra odpowiedzialnie mówią prawdę: byliśmy zatruci tyranią, a przecież rozważaliśmy, kochaliśmy, myśleliśmy o dotykaniu się, dotykaliśmy się bez słowa, mówiliśmy o tym, co myślimy - ale ta jesień już nie zdoła określić się jako nastrój, pogoda, sławetna melancholia pośniedziałego złota, która niegdyś posłała mnie za okno zakratowane... - Dziś pomyślałem, że chcę nowego płaszcza na zimę, i jeśli coś z tej jesieni ma się przechować, to proszę zabrać jej wszystkie fotografie - do wielu mówię - na strych, do piwnicy wynieść, innego wyznaczyć zarządcę sezonu, on jest już poza mną, obiektywna definitywność wbrew pamięci lata i kropka. - Nie zabijesz mnie. Ja nie zabiję ciebie. Niemalże bezlistne już drzewa milczą. Są żółte, nieruchome dziś, nieporuszone - inaczej niż ja. listopad 2023, Warszawa Jesień Demokratów W sierpniu zaledwie dwa wiersze, niewiele, wrzesień pełen milczenia, a teraz barwny październik szmuglowany po omacku w nadchodzący zza rogu, z wilgotnego nieba listopad - z zasady unikam pisania wierszy: skromne żniwa sierpnia zawdzięczam nowoczesnej farmakologii, a o fotografie niezapisanych wzlotów września poproszę przyjaciół, więc być może to właśnie październik wyróżnia się teraz jako czas wypowiedzi, teraz tu, choć świadomość czasu listopad już wprowadza do gry i nie wiemy, nie wie nikt jak wypadnie ostatni tegoroczny liść, liście tej jesieni lekkie jak prosta amnezja przy najwyższym wzmożeniu intensywności chwili, bowiem wzrastanie, rozwój biegną ad infinitum i każdy osiągnięty szczyt dla takich starych lisów jak ja (nie mów nigdy: moja skromna osoba...) już jest dystansem i oddaleniem, prowadzi w sen śmiertelny, zwykły literalnie, bez snów i bez wybudzenia przygotowanego przez system etatowym pracownikom, gdy moje późne, szlachetne pobudki października, znów około południa, nakładają na spierzchnięte, wyraziste usta jednomyślnie doceniane przez kobiety poznane jeszcze latem witaminową pomadkę Nivea od Iwo, wiele słów wartościujących silnie z intencją błogosławieństwa, lecz poza zamiarem opowiedzenia summy ostatnich miesięcy z lata już przedzierzgniętych w jesień pełną jak kosz papierówek i być może cały ten kosmiczny czas przyrody, ten przerost wyrażę nie przerywając milczenia: wrzesień pełen kobiet, sierpień jak pływanie w basenie na Oławskiej, październik był wielkim uspokojeniem: ust, miłości, czasu, ostatecznym odrzuceniem przemocy - złota jesień demokratów przeciwko wojnie. listopad 2023, Warszawa Notatka z sezonu Zaprzestałem już układania opowieści, nie żyję w nich, nimi, tamto wielkie rozgadane w mojej uniwersalnej wyobraźni Bizancjum ostatniego lata - większość tych przeżyć już znalazła wyraz: rzeczywistość jest jak kant mebla, kurz na nowym dywanie zakupionym na kredyt. Kobiety dotykane odeszłego lata mówią do mnie także tej jesieni, nadal czule, jasno, lecz teraz to jedynie ich telefony, kłopoty z czasem, praca zawodowa, prywatne fantazje wyznawane przeze mnie jako liberalnego demokratę - przynoszą zaledwie chłód jak zza otwartego okna po kąpieli, więc tak, tęsknię za latem, choć gdy w listopadzie spaceruję po śliskich liściach (dziś na Emilii Plater), to satysfakcję przynoszą jednak: pojednanie z ojcem, zejście do polskim prawem przepisanych dawek medikinetu, jako taki porządek w domu, klerkowskie i tajne inicjatywy filozoficzne (opracowuję teorię przedmiotu), powrót do odręcznego zapisu poezji, aktywne zadośćuczynienie nowym zainteresowaniom politycznym po zwycięstwie demokratów - ale prawdziwa radość została w lecie, na zdjęciach, w pamięci ust, w końcu w tych opowieściach sierpnia, których po części zapomniałem, po części powtarzać, roztrwaniać nie chcę - niech nieme ogrzeją mi zimę. październik 2023, Warszawa Maciej Skomorowski - poeta i filozof (UW). Laureat konkursów poetyckich oraz autor tekstów publikowanych w prasie literackiej. Wiersze tu publikowane już się nie powtórzą.
- Grzegorz Chlebny – Skoczek
Lubię chodzić na plażę, zanim jeszcze wstanie słońce i zanim plaża zamieni się w targowisko ludzkiej próżności – bikini od Armaniego, ręczniki od Dolce Gabana, okulary od Versace do tego przekleństwa i głośna muzyka. Mam swoje miejsce nieopodal skał, z których skaczą odważni: jakieś dwanaście metrów dla mniej wprawnych skaczących na bombę i ci najlepsi, najodważniejsi skaczący z ponad dwudziestu metrów. Tego ranka zauważyłem ich po raz pierwszy: wysokiego, szczupłego mężczyznę z krótko przyciętymi szpakowatymi włosami i charyzmą wypisaną na opalonej twarzy oraz kobietę, która z nim przyszła z mrocznym pięknem w sobie. Usiedli obok mnie. Rozebrali się: ona w czarnym bikini wyglądała, jakby przybyła z innego świata, jak wysłanniczka tajemnych bogów, a on w błękitnych spodenkach, którymi, jakby chciał odwrócić uwagę od muskularnego torsu. Oboje piękni i w doskonałej formie, choć mężczyzna był już po pięćdziesiątce, a kobieta mogłaby być jego córką, ale z całą pewnością nią nie była. Widać to było w ich spojrzeniach. Rozłożyli ręczniki, kobieta podała krem, by mężczyzna wysmarował jej plecy. Potem on wyjął z plecaka lekkie buty do wspinaczki czarno–pomarańczowe Scarpa Instinct, tak dobrze mi znane, wstał i ruszył w kierunku skał. - Anton, co robisz?! - Przecież wiesz kochanie. Obserwowałem, jak wspina się po stromych skałach, czym wzbudził podziw grupy młodych ludzi. Gwizdali i klaskali, chcąc go zmotywować. Większość skaczących korzysta z łagodnego wejścia od strony drogi przebiegającej kilkadziesiąt metrów od plaży, ale mężczyzna wybrał najtrudniejszą trasę i widać było, że zna się na wspinaczce. Huk motorów ścigających się na niebezpiecznej drodze pełnej zakrętów na chwilę zagłuszył młodych ludzi. Kiedy mężczyzna już wspiął się na półkę skalną znajdującą się na wysokości dwudziestu trzech metrów przez chwilę stał nieruchomo spoglądając w dół na spokojne morze, leniwym ruchem rozbijające fale o skały. Kobieta wstała, zrobiła daszek z dłoni nad oczami, by lepiej widzieć i z uwagą obserwowała przyjaciela. Widać było, że się niepokoi. Mężczyzna spojrzał w niebo, uniósł prawą rękę do góry, jakby chciał pozdrowić gapiów, przygiął się lekko w przód i skoczył. Zrobił trzy salta i zanim dotknął tafli wody, wyprostował się, po czym pięknie, czysto wsunął się do wody i tylko rozchodzące się okręgi w tym miejscu świadczyły o jego skoku. Z przyjemnością obserwowałem, jak jego długie ciało w locie w dół wydawało się, jeszcze dłuższe. Jest naprawdę dobry. Skok z ponad dwudziestu metrów, był zarezerwowany tylko dla najodważniejszych i najlepszych skoczków, a mimo to zdarzało się, że ktoś źle obliczył lot i lądował w szpitalu z uszkodzonym kręgosłupem. Kiedy mężczyzna wyszedł z wody, młodzi nagrodzili go oklaskami. - Anton czy ty zawsze musisz się popisywać przed innymi? – kobieta podała mężczyźnie ręcznik. - Ja się przed nikim nie popisuję Miriam. Po prostu potrzebowałem zastrzyku adrenaliny – pocałował kobietę w głowę, usiadł i zdjął buty. - Już zapomniałeś, jak dwa lata temu jeden z tych skoków o mało nie zakończył się tragedią? - Wtedy rozproszył mnie czyjś gwizd, ale teraz już nic nie jest w stanie mnie zdekoncentrować – wyjął z uszu korki i poprosił, żeby kobieta wytarła mu plecy. - Zniszczyłeś drogie buty. - Nie nadają się już do wspinaczki, więc w ten sposób się z nimi pożegnałem. Równo dwa lata temu ja miałem tu taki nieudany skok, dlatego tu jestem. - Złamał pan kark – mówił lekarz, kiedy obudziłem się po operacji. – Ma pan odłamek kości, którego nie mogliśmy ruszyć, bo moglibyśmy uszkodzić rdzeń kręgowy. Niestety ten odłamek będzie powodował silne bóle kręgosłupa szyjnego oraz głowy. Pomyślałem wtedy, że ludzie żyją latami z bólem, więc ja też będę mógł z nim żyć, oswoję go, zaczaruję i stanie się częścią mnie, ale nie zdawałem sobie sprawy, że są bóle długotrwałe, jak wojna i bóle piorunujące, przeszywające mózg oraz ciało i sprawiające, że człowiekowi wydaje się, iż umiera, ale tak naprawdę to tylko preludium, bo nocą ciało obsiadają całe watahy bólu. Pokój wiruje i staje się helikopterem w ogniu, a obok śpi spokojnie nieświadoma niczego kolejna miłostka, przed którą gram, zakładam maskę, aż pewnego dnia się to się zmieniło, bo pojawiła się ona. Była inna i za każdym razem wyglądała inaczej. Była jak dzieło sztuki; przy każdym spotkaniu dostrzegałem w niej coś nowego – jakbym oglądał ten sam obraz na wiele różnych sposobów. Chwilę zajęło mi zrozumienie jej ostrego jak brzytwa intelektu. Miała też poczucie humoru i świetnie się dogadywaliśmy. Włóczyliśmy się nocą po mieście: kino, tańce, koncerty, lokale, w których siedzieliśmy, popijając drinki i patrząc sobie w oczy i wydawało się, że tak już zostanie, aż pewnego dnia rano wyszła, zostawiając kartkę na stole. - Było pięknie, ale nie szukaj mnie – i zniknęła. To tego dnia skoczyłem do wody. Nie z myślą skończenia z sobą, ale by zmyć z siebie cały smutek, jednak nie tak łatwo jest zapomnieć o kimś, kto odcisnął ślad w naszym sercu. Mówi się, że czasem ci, którzy pozwalają nam odejść, kochają bardziej niż ci, którzy nas zatrzymują, ale gdybym tylko mógł nie pozwoliłbym jej odejść. Nic nie zapowiadało katastrofy. Wieczorem udaliśmy się na plażę, by podziwiać zachód słońca, a rano obudziłem się w pustym mieszkaniu. W powietrzu było jeszcze czuć zapach jej perfum, więc wybiegłem, nie za bardzo wiedząc, w którą stronę się udać. Dziś mija dwa lata. Żadnej pocztówki, żadnej wiadomości i tylko raz, kilka miesięcy temu, ktoś zadzwonił o drugiej w nocy z nieznanego numeru i mimo że nikt się nie odezwał, wiedziałem, że to Elen. Żałuję, że nie usłyszałem jej głosu, bo ta cisza, tylko pogłębiła we mnie pustkę. Przez pierwsze miesiące chodziłem w miejsca, w które chodziliśmy razem, choć powodowało to ból i zastanawiałem się, czy kiedykolwiek będę potrafił o niej zapomnieć? Dziś jest ten dobry dzień bez ogłupiających leków i mam za sobą przespaną noc. Jest ta czystość patrzenia na świat, żadnej fatamorgany, lęków, obaw, że wataha wilków znów zaatakuje, więc w rozgrzany letni wieczór, gdy senne marzenia miasta ożywają, przemierzam ulicę, a w ulubionym lokalu witają mnie znajome twarze. Przy jednym ze stolików widzę parę z plaży. Siadam nieopodal i zamawiam whisky z lodem. Z głośników leci Supergirl . Odpowiednia piosenka do mojego nastroju, pomyślałem i przypomniałem sobie, jak robiliśmy sobie czarno-białe zdjęcia, a potem wieszaliśmy je na ścianie w sypialni. - Dziś jest pełnia i doskonała pogoda może więc wybierzemy się na plażę? – zapytał mężczyzna. - Niezła myśl. Mam aparat, więc zrobię trochę zdjęć Niezła myśl – podchwyciłem zamawiając podwójną whisky. Skok z ponad dwudziestu metrów w pełni księżyca, to jest coś. Godzinę później wspinałem się po stromej skale, tam na samą górę, skąd nie skakał jeszcze nikt. Ten skok, albo mnie oczyści, albo sprawi, że stanę się doskonały. Do skoków przygotowujesz się latami, a kiedy nadejdzie już ta chwila trwa ona zaledwie kilka sekund. W tych kilku sekundach mieści się całe nasze życie, tysiące godzin treningów, wyjazdy, nieprzespane noce i tłum gapiów czekających, aż coś się wydarzy. Tamten skok sprzed dwóch lat złamał moją karierę. Cliff diving to moja pasja i moje życie, ale teraz to tylko senne marzenie, mgliste i dalekie. * Kobieta oglądająca wystawę przystanęła przed serią dużych zdjęć na których wprawnym okiem fotografa został uchwycony mężczyzn skaczący do wody w blasku księżyca. - To niesamowite, że udało mi się uchwycić skok. Miałam ogromne szczęście, że byliśmy na plaży i miałam ze sobą swój sprzęt. Ten mężczyzna skoczył z ponad trzydziestu metrów i mój przyjaciel widząc go tam na górze powiedział, że musi być albo tak dobry, albo tak głupi. To zdjęcie jest najlepsze w całej mojej karierze – artystka wskazała na zdjęcie, na którym mężczyzna wykonywał śrubę. – Powiększyłam go i rozjaśniłam tak, że widać twarz skaczącego. To było niewiarygodne przeżycie: pełnia księżyca, spokojne morze i skaczący mężczyzna. Wygląda tu, jakby o niczym innym nie marzył, tylko o tym skoku. - Co się z nim stało? - Nic. Wyszedł z wody i poszedł sobie, chociaż chcieliśmy go zatrzymać, porozmawiać z nim. Tak fascynujących ludzi nie spotyka się na co dzień. - To jeden z najlepszych zawodników cliff divingu . - Nie rozumiem. - To Mark Artem, jeden z najlepszych zawodników skaczących z dużych wysokości do wody. - Witaj Elen – położyłem dłoń na jej ramieniu. Byłem tuż obok za jej plecami i czułem, jak drży. - Mark. Grzegorz Chlebny (ur. w 1971) Poeta i prozaik. Wydał dwa zbiory wierszy: Katharsis (2017) oraz Kroniki Wspomnień (2019) Publikował w prasie literackiej i Antologii Poetów Polskich 2016/2018. Mieszka w Grudziądzu.
- Radosław Biniek – pięć wierszy
Tomek Mazowiecki mówi mi przed supermarketem w Świdnicy lubię jak przejeżdża czerwonym językiem po moich kreskach różnej grubości czarnych kreskach i rozbrzmiewa to trochę płochę pi jakby była jedną z doskonałości koła perwersyjnie dotyka każdej nowej rzeczy dłonie ma rozbiegane i zniszczone wciąż mówi dzień dobry powtarza to w nieskończoność aż opuchlizna spod makijażu odbarwi się w niepamięć i wtedy zawsze robię ten sam błąd głośno z nią wymawiam magiczne zaklęcie zielony pin zielony wtedy mnie zauważa staję się nachalny złośliwy i dzień dobry przestaje być dobry środkowym palcem wskazuje mi napis na opakowaniu baterii alkalicznych nie wkładać z niewłaściwą polaryzacją Autobus linii słodko-gorzki rankiem na końcu autobusu poeta pęcznieją mu wiersze wychodzą robakiem przez skórę autobus cały w świeżych bułeczkach poranna dostawa do liceum imienia wieszcza tłum przechodzony skarpetkami wyrzuty gumą balonową wylewa się na skrzyżowaniu razem z poetą po którym przebiegają żale małe tchórze straconych szans te co mógł skusić na paczkę orzeszków pistacjowych i te odległe co same ściągały bluzki w pokoju na poddaszu nawet te nie odpieczętowane wiśniowe bombonierki co przecież same pulchniały zlęknione acz ochocze późnym popołudniem po środku autobusu poeta wiersze przychodzą mu jak zawał wylew krwi utajonej w smutku autobus zmienia się z przystanku na przystanek pojedynczo przemykają z modlitewnikami smartfonów ciasteczka kruche na twarzach grubo pokryte lukrem miętowe pastylki wpadają i wypadają razem z poetą na którym gorzknieją żale kruszy się ciasto czerstwiej życie ostatnim autobusem jedzie Margaret Qualley w buzi obraca lizaka z myśli robi zakalec poeta w przejedzeniu nic już nie odbija się w jego oczach Pewna P. przejmuje się sprawą rodzinną Teraz zadzwoniła Jak umiera To zadzwoniła A mogła wcześniej Jak miałam wolne W sobotę mogła Miałam wolne To mogła umierać To ona teraz I co ja Odparty odruchy odpływy oddechy biegł aż wszyło z niego całe zło w parze uniosło się i opadło w samotność odczyn miał ujemny na końcu korytarza pierwsze drzwi po lewo lekko uchylone usta Pogrzeb dobrze że garnitur jak na miarę wosk oplata ręce trzeba zamknąć już trumnę dobranoc jeszcze kilka minut i łopaty poklepują na wieczne odpoczywanie a ja nie mogę pozbyć się myśli że niebo pełne jest ludzi w niewygodnych butach Radosław Biniek – (ur. 1973) poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Publikował w "thefragmentach", "Helikopterze", "Toposie", "wydawnictwie j." Autor tomów: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 30 dni królika (2024). Laureat konkursów literackich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze.










