Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Aleksandra Zdrojewska – cztery wiersze
o tęsknocie na dwudzieste urodziny matka zabrała mnie nad Dniepr był to rejs statkiem jedenaście dni z Kijowa przez Dzikie Pola do Odessy co dzień rano podawali nam do śniadania kwaśną ubitą śmietanę w szklance jak kiedyś dawno temu w starym domu już nigdy potem nie piłam nie jadłam śmietany gęstej jak mgła nad Dnieprem o poranku strata przy ulicy Bałuckiego ktoś nie zdążył na taksówkę coś zgubiłam matka uprzedzała mnie są mężczyźni którzy czerpią z utraty cierpią ze szczęścia i w braku pękają jak czereśnie kilka słów o nieśmiertelności twoje kruche ramionka, zgarbione, niebieski sweter, zapadnięta klatka piersiowa (kiedyś nosiłaś piersi Zośki Loren), plamy na dłoniach, kostne wysepki na palcach moja zagadka: w jaki sposób, mamo – ty, najsilniejsza kobieta świata – zmieniłaś się na naszych oczach w suchego kurczaczka, żabkę bez wody. moje pytania: kiedy twoje ramiona zgarbiły się w za dużym swetrze koloru oczu syna? gdzie mój brat teraz się zagubił, a gdzie ja – twoje dzieci nieporadne, splątane wobec nieuchronnego, które nie ustaje kość z kości ojciec miał sposób aby krew się nie lała trzeba po goleniu położyć na rankę papierowy plasterek niestety to nie pomogło gdy w wieku szesnastu lat straciłam dziewictwo z moim przyszłym mężem krew lała się strumieniami gdy krzepła wypływała jak kawałki wątróbki ojciec powiedział: trzeba było ścisnąć nogi i przyjechać do domu ja bym cię zaszył a nie robić mi wstyd w szpitalu gdy krzepła wypływała później umarł patrzyłam na niego jeszcze przez trzydzieści lat aż do wczoraj fot. Michał Korta Aleksandra Zdrojewska – psychoterapeutka, dziennikarka i poetka. Ukończyła filologię polską i dziennikarstwo oraz studia psychoterapii. Wieloletnia reporterka, redaktorka i fotoreporterka „Dziennika Bałtyckiego”. Od 2009 roku prowadzi praktykę psychoterapeutyczną w Krakowie. Laureatka konkursów literackich. Wydała dwie książki miniatur prozatorskich: Proza paryska, czyli kocham Polskę (2007) oraz Opera w pralni (2014). Autorka dwóch wystaw fotograficznych – portretów bohaterek swoich reportaży pt. One. W październiku 2025 ukaże się jej pierwszy tom poetycki Darzbór.
- Bartosz Konopnicki – pięć wierszy
*** Wśród kurzu biblioteki książki systematycznie nabierają żółci taki perpendykuł odcisków nie tylko opuszek palców kartka po kartce podobnie wino w zależności od szczepu rocznika gdy było cięcie winorośli cierpnie bardziej lub mniej pytam co u ciebie mówisz że czytasz nieswoje sny słowa jak tatuaże i że nie możesz już zmierzać w upatrzonym kierunku dlatego ten płynny świat tak bardzo boli Winna niewinna I nawet opuchlak truskawkowiec włażący do twojego mieszkania nie przesłania obrazu tych opuchniętych oczu gdy martwisz się o nią powierzchnia pięt tak naturalnie zrogowaciała od codziennego naporu tumult myśli czemu to ja jestem winna czy mogłam coś a może to ty Spoza Teraz do pewnego stopnia bardziej głos spoza tu jakby tam mocniej boję się choć to nie jest odpowiednie słowo przed tym co będzie wracam pamięcią do dni gdy byłaś wszystko wydawało się proste do twoich ciastek które lepiłaś spuchniętymi paluchami według przepisu prababki pamiętam smak już się nie powtórzy Dwadzieścia minut O tam za płotem gdzie to gruzowisko było jezioro zanim zakopali kąpaliśmy się o świcie krzyczeliśmy ile tchu w piersiach wydaje się że to było wczoraj bieganie było naturalne jak dzisiejsza kawa czarna smoła namiastka energii odrobina smaku popatrz to ta blizna gdy skaleczyłam się o czerwoną cegłę on tam był dwadzieścia minut wieczności i zmysłów niedawno słyszałam że jest rozwodnikiem ma dwójkę dzieci północy nie odwiedza ich zapowiadają suchy dzień *** Co dwa trzy lata pojawia się piewik gałązkowiec jego śpiew gryzie twoje podniebienie od kości do kości tam ślad mimo że ciąg żył dalej pompuje krew w zwojach mózgowych gdy myślisz że jutro to już teraz tylko wystarczy dotknąć zapisać powiedzieć a to rodzaj cykady czy zrobisz wszystko by zrobić wszystko dla niej fot. Maria Piękoś Konopnicka Bartosz Konopnicki (ur. 1984) – wydał pięć tomów poetyckich: Rozszczelnienie (2013), Skrawki (2015), Wagony do ciszy (2019), Jak te manekiny (2022) i Zapisy promieniowania (2024), za który otrzymał Lubuskiego Wawrzyna Literackiego. W wolnej chwili fotografuje i jeździ rowerem. Mieszka w Krakowie.
- Już jesteśmy w domu
Wywiad z liderem zespołu Už jsme doma Miroslavem Wanekiem przeprowadzony w Instytucie Nauk o Literaturze w dniu 31 maja 2025 przez Aleksandrę Pająk-Głogiewicz . Legendarny czeski zespół wystąpił na zakończenie 22. Opolskiego Festiwalu Nauki. Aleksandra Pająk-Głogiewicz: Na stronie internetowej zespołu możemy przeczytać, iż kapela powstała w roku 1985, co oznacza, że w tym roku obchodzą Państwo okrągły jubileusz. Miroslav Wanek: Wszystko się zgadza, cały rok właściwie świętujemy (śmiech). AP-G : Częścią tych obchodów, jest także dzisiejszy koncert w Opolu w ramach 22. Opolskiego Festiwalu Nauki. MW: Dokładnie! AP-G: Zacznijmy zatem od pytania, jak wspomina Pan właśnie te początki, które przypadły na trudny czas reżimu komunistycznego? Wraca Pan czasem jeszcze do tych wspomnień? MW: Może od razu bym uzupełnił, iż jeszcze przed powstaniem Už jsme doma miałem kapelę, która nazywała się FPB i była to jedna z pierwszych czeskich kapel punkowych. Powstała w roku 1980, więc to już przed 45 laty. AP-G: Zatem to jest jeszcze starsza historia? MW : Ta pierwsza kapela powstała w Teplicach, stamtąd jest kawałeczek do Drezna. Mimo tych wszystkich zakazów i problemów z policją, jakie były na porządku dziennym, zespół zagrał nawet jeden koncert zagraniczny, a było to tutaj, w Polsce, na festiwalu w Jarocinie. AP-G : Niesamowite, czyli na kultowym polskim festiwalu... MW : Byłem w Polsce również w czasie, kiedy powstała Solidarność, mocno to przeżywałem wówczas, byłem w Gdańsku, Gdyni, a także w Poznaniu, tam, gdzie są te dwa krzyże. Właściwie to był ten moment, kiedy do tych ważnych lat 1956, następnie 1968, dołączał ten kolejny ważny rok, 1981. Mój zespół FPB grał koncerty, oczywiście wszystko musiało się odbywać zgodnie z prawem Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, ale byliśmy już trochę rozpoznawalni. Z kolei kapela Už jsme doma powstała z czegoś, co nazywamy właściwie podziemiem. Była tam, w Teplicach grupa ludzi, którzy przychodzili na próby FPB czy też byli fanami FPB i właśnie z tych korzeni wyrosła kapela Už jsme doma . A więc mocno nawiązywała do poprzedniczki. Ja nie byłem założycielem zespołu, po prostu po dwóch miesiącach istnienia inni muzycy przyszli do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym z nimi śpiewać i czy nie pisałbym dla nich tekstów. Zgodziłem się występować gościnnie, ale później – to już tutaj mocno skrócę – były różne perypetie, ostatecznie skończyło się to tak, że odszedłem z FPB, znalazłem się w Už jsme doma po dwóch czy trzech miesiącach funkcjonowania tej kapeli. Zespół zaczynał w roku 1985, kiedy u nas panował jeszcze komunizm. Jednak już coś się ruszyło, był Gorbaczow, zaczęła się pierestrojka, więc nie było to już tak straszne, jak to było w 1980 roku, kiedy zaczynał FPB. Właściwie przeżyłem obie fazy tego ucisku. Už jsme doma nie grało nigdzie za granicą, nie mieliśmy paszportów, nie mogliśmy nigdzie podróżować ani tym bardziej nagrywać. Były może trzy, cztery koncerty rocznie, czyli naprawdę bardzo mało. Ale jak się zbliżał rok 1989, stopniowo atmosfera się rozluźniała, aż w końcu nadeszła rewolucja [chodzi o tzw. aksamitną rewolucję, jak nazywa się przełom antykomunistyczny, który kulminował w listopadzie 1989 roku; AP-G]. AP-G : A zatem kolejne pytanie…, jestem polonistką i bohemistką, naukowo zajmuje się przede wszystkim czeską literaturą. Jako filolożki nie mogły mnie nie interesować okoliczności powstania nazwy kapeli. Dlaczego akurat taki wybór? Przecież jest to zdanie, a zdania nie występują jako nazwy zespołów zbyt często… MW : Nie jestem pewien, jak to jest w języku polskim, ale w czeskim fraza Už jsme doma ma dwa znaczenia, a może nawet więcej, ale te dwa są kluczowe. Jedno znaczenie, prymarne, to kiedy ktoś przychodzi do miejsca, gdzie mieszka i mówi: już jesteśmy w domu. Ale nie nazwaliśmy naszej kapeli w tym sensie. Raczej chodziło o to drugie znaczenie, że kiedy ktoś się nad czymś zastanawia, nie może sobie czegoś przypomnieć, nie może zrekonstruować w pamięci jakiegoś wydarzenia – nagle wpada na rozwiązanie, może wtedy posłużyć się tą frazą – już jestem w domu, wreszcie to zrozumiałem. Nazwa kapeli zatem powstała właśnie tak, trochę ironicznie: w knajpie siedziała sobie grupka facetów, krzyczeli na siebie, a koło nich przechodził ktoś i zaczął się pytać, dlaczego tak wrzeszczycie; odpowiedzieli nieco obrażeni, że zakładają kapelę; on wtedy ironicznie stwierdził, no tak, już jestem w domu – wiem, o co tu chodzi. On myślał raczej z ironią, może nawet szyderczo, ale tej paczce się to spodobało, no i tak to już zostało. W ten sposób powstała nasza nazwa. AP-G : Piękna historia! O ile mam dokładne informacje, do Opola przyjechali Panowie z Japonii? MW: Konkretniej z Azji, bo graliśmy jeszcze w Singapurze i na Tajwanie. AP-G: Doczytałam się, że w Japonii Wasza muzyka jest bardzo popularna i wydaje mi się, że to nie jest zbyt częsta sytuacja na czeskiej scenie muzycznej, czy może się mylę ? MW: Faktycznie, nie zdarza się to często. Ale musimy się też zastanowić nad znaczeniem słowa „popularny”. My jednak działamy w ramach tzw. sceny alternatywnej czy też awangardowej i mogę obiektywnie stwierdzić, że w ciągu tych czterdziestu lat stopniowo stawaliśmy się istotnym elementem tej światowej sceny awangardowej. Nie chodzi więc o konkretny taki czy inny kraj. Np. w Anglii istnieje stowarzyszenie „Rock in Opposition” [Rock w opozycji] już od lat siedemdziesiątych, która to organizacja łączy różnych muzyków, różne zespoły utożsamiające się ze stylem awangardy czy alternatywy, czy jak jeszcze dałoby się to nazwać. Myśmy się z czasem stali częścią „Rock in Opposition”. To znaczy: jeśli w Japonii są entuzjaści tego gatunku, są oni naturalnie naszymi fanami. W Japonii byliśmy już osiem razy, wydaliśmy tam nawet płyty, nawet DVD, czyli można powiedzieć, że mamy tam swoją bazę fanów, która teraz nieustannie się rozrasta, oczywiście także dzięki internetowi. Ktoś, kto lubi taką muzykę, zna nas i to jest właśnie znaczenie słowa „popularny” w Japonii. Czyli nie jest tak, że leci to w telewizji, że jesteśmy elementem popkultury, ale Už jsme doma jest częścią sceny awangardowej. AP-G: A jeśli chodzi o publiczność europejską? Zmienia się np. wiekowa reprezentacja słuchaczy? Dorastają z kapelą czy wręcz starzeją się? MW: Mam wrażenie, że stale się ta grupa docelowa poszerza, raczej o te młodsze roczniki, starsi są nam raczej wierni, choć oczywiście zdarza się, że odchodzą. Często żartuję, że ci młodzi stoją na przodzie, tworząc cztery – pięć pierwszych rzędów, a ci starsi stoją raczej z tyłu i kołyszą się do rytmu, ale pamiętam, że niektóre te twarze kiedyś stały z przodu, a teraz są już raczej z tyłu. AP-G: Czyli taka sztafeta pokoleń… MW: W ciągu tych ponad dwudziestu pięciu lat tak wiele się pozmieniało, ale muszę powiedzieć, że na szczęście chodzą na nasze koncerty wszyscy – od najmłodszych po tych najstarszych. Ciągle wiedzie się nam dobrze, mamy całkiem sporo koncertów w ciągu roku, około setki. Teraz też udało się nam wejść na kolejne rynki, dodaliśmy Singapur i Tajwan. Właściwie do tej pory odwiedziliśmy już czterdzieści sześć krajów. AP-G : Czyli o sześć więcej niż mówi info na stronie zespołu… MW: Tak, tak. Doszły kolejne kraje. W Europie najczęściej jeździmy do Francji i właśnie do Polski. Można powiedzieć, że to są nam najbliższe kraje, najbliższe naszemu sercu. Od czasu do czasu też gramy w Niemczech, Szwajcarii, Holandii, Belgii, także we Włoszech, Słowenii, choć tam rzadziej. Np. do Szwajcarii jeździmy tak raz na pięć lat, ale za to do Polski z reguły raz w roku, choć czasem zdarza się też, że co drugi rok. W sumie życzylibyśmy sobie grać tutaj częściej, bo mamy przecież blisko, to nie jest wielkie wyzwanie tu przyjechać. Co roku nad tym pracuję, mamy tu sieć ludzi, do których mogę się zwrócić. Nawet stało się tak, że mamy tutaj w Polsce wydawcę, który nam wydaje płyty – firma Nikt nic nie wie z Zakopanego. Chcieliśmy zatem, że skoro wydajemy w Polsce, aby na okładkach, oprócz tekstów po czesku i angielsku (tak jest zawsze), były także teksty po polsku. Wszystkie teksty zostały więc przetłumaczone na polski – zrobił to dla nas Roman Joura, który przez pewien czas pracował w Czeskim Centrum, tłumacz z czeskiego na polski i z polskiego na czeski. Czyli mamy przetłumaczone wszystkie teksty na polski. Niedawno wydaliśmy też album dla dzieci, w związku z serialem telewizyjnym dla dzieci pt. Krysáci . Niedawno odkryłem, że był też puszczany w polskiej telewizji publicznej. Nie pamiętam już dokładnie pod jakim tytułem, jako dobranocka. [chodzi o serial Cyrila Podolskiego z roku 2005, który w polskiej dystrybucji miał tytuł Hubert i Hipolit – AP-G]. Kukiełkowy serial dla dzieci ma dwadzieścia sześć odcinków i są w nim nasze piosenki. Zrobiliśmy na tej podstawie śpiewnik, a teksty w nim są po czesku, angielsku, polsku oczywiście, francusku i norwesku, a wkrótce dojdzie też język portugalski. Jeśli chodzi o wersję polską, to nie tylko jest świetnie przetłumaczona, ale da się ją śpiewać, współbrzmi z melodią, teksty są rymowane; jest to po prostu świetnie zrobiony przekład. Odkryłem, że był też zrobiony polski dubbing i w sumie to chcielibyśmy w przyszłości przyjechać do Polski i poprosić o współpracę jakiego polskiego piosenkarza, żeby wykonał te piosenki po polsku. AP-G: Jaką rolę odgrywają podczas Waszych koncertów wizualne aspekty waszej sztuki? MW: Może nie tyle podczas samych koncertów, czasami zdarza się nam występować w kostiumach, zwłaszcza kiedy mamy koncerty jubileuszowe (dwudziesta, trzydziesta rocznica powstania); wtedy też mamy nawet scenę, kulisy, coś jest wyświetlane, itp. Ale sztuka plastyczna odgrywa w kapeli ogromną rolę, na okładkach płyt, plakatach, koszulkach itd. To jest dla nas interesująca kwestia, że na scenie jest nas muzyków czterech, ale kapelę tworzy pięć osób. Ten piąty odpowiada za pędzle. To malarz, Martin Velíšek, znany w Czechach. Od samego początku istnienia kapeli jesteśmy z nim nierozłącznie związani; właściwie nie da się tego oddzielić; jeśli ktoś widzi jego obrazki, to od razu mu przychodzi do głowy Už jsme doma i na odwrót – jeśli ktoś słyszy Už jsme doma, tak od razu powie sobie Velíšek. Powiedziałbym, że to jest system naczyń połączonych. AP-G: Muszę się spytać, co Pan chętnie czyta? Czy te wybory lekturowe znajdują odzwierciedlenie w Pańskiej muzyce, czy raczej w tekstach? MW: Oczywiście znajdują silne odzwierciedlenie. Myślę, że tak mniej więcej w wieku piętnastu lat zacząłem systematycznie czytać. Czytam przede wszystkim poezję i powiedziałbym, że z reguły jest to poezja czeska. Zatem z czeskich autorów najbliższy jest dla mnie Karel Šiktanc, to jest na pewno mój pierwszy wybór. Nie jestem pewien, czy było coś przetłumaczone na język polski. Jego język jest naprawdę niezwykły, ale też bardzo skomplikowany i wymagający. Teraz z grubsza zarysuję pewną kwestię. W czasie drugiej wojny światowej Niemcy zabili Vladislava Vančurę, pisarza. Wtedy tuż po 1945 roku pewna czeska prozaiczka napisała, że język czeski owdowiał. A potem, kiedy pojawił się Karel Šiktanc, to napisałem do niego list (wcześniej też spotkaliśmy się), że czeska mowa ponownie wyszła za mąż. Jego język jest po prostu wspaniały. Potem to byłby Vladimír Holan, František Halas. Ta właśnie gałąź literatury czeskiej jest mi bardzo bliska. Z prozaików na pierwszym miejscu wymieniłbym Franza Kafkę, trudno powiedzieć, że był Czechem, ale... To był właściwie Czech, Niemiec i Żyd w jednym… Jego opowiadania są mi coraz bliższe, ciągle znajduję coś dla siebie w jego twórczości. Ale raczej nie to, o czym mówią krytycy. Często interpretuje się jego prozę jako pesymistyczną lub mówi się, że jest skierowana przeciw totalitaryzmom, i oczywiście coś w tym jest. Ale ja sam wyczuwam tam jeszcze inne warstwy, bardziej intymne, i właśnie one do mnie przemawiają. Potem byłby to przeze mnie wspomniany Vladislav Vančura i szereg kolejnych autorów. Z literatury polskiej bardzo lubię i cenię np. Przybyszewskiego i innych. Ja po prostu czytam bardzo dużo i w mojej muzyce na pewno odbija się to zarówno w warstwie tematycznej, ale także – tak bym to chyba nazwał w sposobie myślenia. Oczywiście widać to także w tekstach. Tematy wybieram i teksty piszę sam, ale staram się, by zawsze był tam ten szerszy kontekst. Nasza ostatnia płyta nosi tytuł Kry. Pierwotnie to miała być droga kry, która oderwała się z jakiegoś masywu, jak wtedy gdy odłupie się jakiś wielki głaz lodu, wpadnie do morza i powolutku zaczyna się topić. Coś może się zacząć dziać albo i nie, być może podniesie o te pół milimetra poziom wody, rozpuści się w tej wodzie, sama kra jest zresztą wodą, ale w innym stanie skupienia. Potem znów zacznie zmieniać się w parę wodną, spadnie w postaci deszczu. Taki zamknięty obieg, oczywiście można go interpretować symbolicznie – życie ludzkie, dzieje ludzkości, historia itp. Jednak kiedy o tym myślałem, miał miejsce kryzys związany z uchodźcami i nagle pojawili się migranci. I zobaczyłem zdjęcie, na którym była łódka płynąca po pełnym morzu, biała łódeczka, naprawdę bardzo malutka, na której tłoczyło się jakiś 50-60 ludzi, byli ściśnięci jak sardynki. Wtłoczyli ich tam jacyś nikczemnicy, którzy za to wzięli kasę. Ci bezbronni biedacy czekali, dokąd ich ta łódeczka dowiezie. I z pewnością w miejscu, gdzie dotrą, też nie czeka ich nic dobrego, np. greccy rybacy, którzy kijami starają się ich zepchnąć do wody, by się utopili, są zupełnie pozbawieni uczuć. Życie ludzkie nie jest dla nich nic warte. Nie rozumieją, że to jest istnienie ludzkie, że to nie jest tylko jakaś statystyka czy jakieś tylko dane liczbowe. Zatem napisałem tam utwór, który ma tytuł Smeti (Śmieci), bo dla wielu ludzi ten problem to były po prostu śmieci, które należało zamieść pod dywan tak, aby go przede wszystkim nie było widać. I to zdjęcie łódeczki nagle zaczęło mi przypominać właśnie krę, krę, na której są ludzie. I ta kra w ten sam sposób zaczęła topnieć, aż w końcu zniknęła. I nikomu to nie przeszkadzało, było to wszystkim obojętne. Nie było o tym żadnej informacji. Albo w wiadomościach podano, że gdzieś w Austrii na autostradzie znaleziono porzuconą autochłodnię, w której było około siedemdziesięciu ludzi, nie pamiętam dokładnie, także dwuletnie dzieci, które tam zginęły z powodu upału, pozostawione same sobie przez przemytników ludzi. Wspomniano o tym w wiadomościach, podano przebieg zdarzenia, ale tak jakby nic się nie stało. Po prostu kolejna informacja i tyle. Nikt nie wiedział, jak się nazywali, skąd pochodzili, nie było żadnej informacji na ich temat. Dwa tygodnie wcześniej we Francji otworzono ogień do dziennikarzy „Charlie Hebdo”, to także oczywiście było straszne, bezdyskusyjnie, ale królowie, prezydenci, właściwie cały świat nagle zaczął twierdzić „Je suis Charlie”. Ponieważ to było piętnastu białych dziennikarzy, a tutaj umarło siedemdziesięciu czarnoskórych uchodźców w dużo gorszych, wręcz niewyobrażalnych warunkach. Oczywiście strzelanina to też zbrodnia, ale kiedy ktoś umiera z powodu upału, pragnienia, trwa to dwa, trzy dni, z malutkim dzieckiem w ręku – tego człowiek nie może sobie nawet wyobrazić. Ja wówczas akurat miałem dwuletnie dziecko, wiec strasznie to przeżywałem. Taka obojętność. Tutaj w Polsce był Oświęcim i tam też pracowali ludzie, którzy po pracy szli do domu, mieli żony, dzieci. Pytali się ich po powrocie: jak upłynął wam dzień?, co tam w szkole? Potem znów rano szli do pracy, żona dawała im drugie śniadanie, a w pracy zabijali ludzi. Więc ta obojętność w głowie, takie myślenie, że jedno życie ma wartość, a inne nie – to wszystko tłukło się mi po głowie i nagle spostrzegłem, że to jakoś mieści się w tym temacie kry. Takie rozpuszczanie się wartości, życia, wyciekania życia tak, że nikt nawet tego nie zauważa, ani nawet o tym nie wspomina. W tej tematyce, nad którą pracowałem – kry, która topnieje, czy bardziej ogólnie – życia ludzkiego, dziejów, pojawili się i ci uchodźcy, i kwestia ludzkiej obojętności. Z pewnością to wszystko jest związane z moimi lekturami, a wręcz powiedziałbym, że nasza kapela należy do tych, które są mocno inspirowane przez literaturę. My właściwie z literatury wyrastamy. Kiedyś rozmawiałem z pewnym krytykiem muzycznym, Janem Lukešem, który spytał mnie, dlaczego ciągle wspominam o literaturze. Odparłem, że kiedy ukaże się płyta, to jest tak samo, jak kiedy wyjdzie książka, ukaże się tomik poetycki, czy kiedy ktoś ma swoją wystawę obrazów, czy ktoś napisze symfonię, która ma premierę gdzieś w Teatrze Narodowym. Dla mnie jest to takie samo wydarzenie po prostu i uważam to za tak samo istotną kwestię. Czyli chyba jednak nie jestem takim typowym muzykiem punkowym, ponieważ to dla mnie nie jest tylko rock-and-roll. To bardziej uniwersalny sposób wyrazu. Wydając płytę, chcę powiedzieć coś ważnego… AP-G: Dzisiejszy koncert jest pomyślany jako próba przywrócenia zainteresowania studiami bohemistycznymi. Jak Pan myśli, co mogłoby przyciągnąć młodych Polaków do nauki języka czeskiego i zgłębiania literatury czeskiej? Oczywiście poza muzyką kapeli Už jsme doma (śmiech). MW: Oczywiście, muzyka to jedna z dróg. Dziękuję za ten komplement, że nasza muzyka ściśle związana jest z literaturą, bo to oczywiście jest prawda. Oprócz nas istnieją na pewno trzy-cztery (a może więcej) zespoły muzyczne w Czechach, które wciągają literaturę w obręb swoich działań artystycznych. Natomiast muszę też powiedzieć, iż większość tekstów piosenek (pewnie podobnie jest w Polsce) z trudem by się dało uznać za literaturę. Żeby przyciągnąć studentów, pewnie podkreślałbym istotność literatury. Jeśli ktoś zgłębia historię literatury, a w pakiecie dostaje również język czeski, żeby mógł sobie tę literaturę przeczytać w oryginale, to ja (możliwe jako laik) stawiałbym akcent właśnie na literaturę, ale także może i na film. Mam wrażenie, że czeski film jest tutaj w Polsce bardzo popularny, chociaż jest też jeden idom, który znaczy coś innego (śmiech). AP-G: Ten idiom (czeski film) zabrzmi dzisiaj przed Państwa koncertem, bo będę chwilę na scenie krótko coś na ten temat mówić. Więc i czeski film tam zabrzmi. MW: To taki żart oczywiście, ale sądzę, że czeskie kino jest w Polsce popularne. Podobnie zresztą jak czeska literatura. Myślę, że oba te rodzaje działalności artystycznej mogłyby być atrakcyjne dla studentów. Polska i Czechy są blisko siebie, także pobyty w ramach wymiany studenckiej dałoby się łatwo zorganizować, rozwijać kontakty itp., to wszystko jest bardzo korzystne. Jednocześnie rozumiem, bo zdaje się, że podobny problem mają też Słowacy, a nawet Słoweńcy, że te nasze języki są sobie bardzo bliskie. Już o tym wspomniałem, że mam z tym ogromny problem. Kiedy w latach osiemdziesiątych jeździłem do Polski, nikomu nie wpadło do głowy rozmawiać po angielsku, a po rosyjsku oczywiście nikt nie chciał. Ja praktycznie wszystko rozumiem, rozmawiało się – jeden mówił po polsku, drugi po czesku, a kiedy pojawił się jakiś problem, to omawialiśmy go dokładniej. Młodzi ludzie, myślę tutaj o tej najmłodszej generacji, czują się niekomfortowo w sytuacjach, w których nie mają pełnych kompetencji językowych… Myśmy na przykład czytali polskie książki… Najgorszy reżim komunistyczny był u nas i we wschodnich Niemczech. AP-G: Wielu Czechów wspomina, że słuchało polskiej Trójki czy oglądało polskie kino nocne. MW: No właśnie, myśmy też chodzili do Centrum Polskiego w Pradze. Kupowaliśmy tam płyty, czyli słuchaliśmy polskiej muzyki, na przykład Czesława Niemena. AP-G: Niemen ma tutaj na naszym Wzgórzu Uniwersyteckim pomnik. MW : Niemen? Ja go jeszcze widziałem na scenie, na żywo. Oprócz niego na przykład jeszcze Józefa Skrzeka i innych. Kupowaliśmy ich płyty w Centrum Polskim, ale nie tylko to. Tam byli Zappa, Dylan, The Beatles, a u nas tego nie było. A zatem Polska była dla nas, jakkolwiek to zabrzmi teraz paradoksalnie, taką wysepką wolności, podobnie zresztą jak Węgry. Proszę pamiętać, że u nas nie było nawet prywatnych sklepów. Rozumiem słowacki, rozumiem polski, ale moje dzieci już nie. AP-G: Dokładnie takie doświadczenie miałam, kiedy na początku lat dwutysięcznych pracowałam na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Karola. Młodzi Czesi mieli problem ze zrozumieniem języka słowackiego! MW: Nawet moja żona, która jest ode mnie młodsza, ma ten problem. W Kłodzku jest w twierdzy knajpa. I jest tam napis: „Wejście na twierdzę”. Kiedy żona to zobaczyła, przetłumaczyła to sobie jako „vejce na trvdo / jajka na twardo” (śmiech). AP-G: W przyszłym tygodniu w ramach Festiwalu Książki będzie w Opolu Jaroslav Rudiš. MW: Świetnie, to mój kolega, znamy się! AP-G: Czytam teraz jego tekst Koniec punku w Helsinkach. I jest tam wzmianka o kapeli z Teplic! Chodzi o Was? MW: Tak, to o nas chodzi. AP-G: Tak myślałam. Najlepszy dowód na to, jak literatura łączy. MW: Dokładnie, my nawet nie planując tego, staliśmy się częścią współczesnej literatury światowej. Amerykański pisarz i rysownik Joe Sacco stworzył genialny komiks o jugosłowiańskiej czy raczej bośniackiej miejscowości Goražde -- Safe Area Goražde: The War in Eastern Bosnia, 1992-1995. Miejscowość była przez pięć lat otoczona przez Serbów, więc ci ludzie nie mogli się z niej nawet wydostać, wielu ludzi tam zginęło. Po prostu mocna, wojenna historia z czasów wojny bałkańskiej. W roku 1996 – wraz z czołgami IFOR z jednostek międzynarodowych – jako kapela dostaliśmy się do tej miejscowości i zagraliśmy tam koncert. A w tym czasie tam jeszcze wybuchały pociski. Dla tych ludzi to było niesamowite wsparcie duchowe i było im właściwie wszystko jedno, jaki gatunek muzyczny to jest. No i Joe Sacco, nie jestem pewny, czy całe cztery lata był tam z nimi uwięziony, więc to wszystko sobie zgromadził i stworzył na tej podstawie komiks, który potem nawet dostał Nagrodę Pulitzera. A więc historia stała się znana na świecie. I cała ta książka zaczyna się od sceny, właściwie od obrazka, że do miasta przyjeżdża czeska kapela. On co prawda nie podał naszej nazwy, ale jego opowieść o tych strasznych czterech latach, zaczyna się od przyjazdu czeskiej kapeli, gdy to szaleństwo się kończy. Ten czas okrucieństwa, zła kończy się. To takie symboliczne, że do tego miasta wkracza kultura. To był naprawdę dla nich wielki symbol. Jak tylko komiks się ukazał, pisali do mnie ludzie z Ameryki, że staliśmy się znani na całym świecie… AP-G: A więc znów jesteśmy przy literaturze! (śmiech). Bardzo serdecznie Panu dziękuję za ten dzisiejszy wywiad i nie mogę się już doczekać dzisiejszego koncertu. MW: Również dziękuję za rozmowę i zaproszenie. https://www.youtube.com/watch?v=lv9uEf75D40&list=RDlv9uEf75D40&start_radio=1 https://www.youtube.com/watch?v=ZPXiEK3jeG4&t=599s Miroslav Wanek
- Justyna Kasprzyk – pięć wierszy
Dopełniaczem kocham wydarzyłeś mi się jak czarny kot przemknąłeś przeze mnie wygiętym grzbietem w poprzek odmieniając każdym przypadkiem Twoje linie papilarne echem za oknem pożar Cito gubimy siebie resztę wydając bilonem krótkim dniem się sycąc (dłuższą nocą raczej) środek cywilizacji pędzące cyfry na wyświetlaczu bliskości wyznacznikiem spotkanie (ust) na światłach mijania zaglądających w oczy pośpiech przechodniów bezdotykowa myjnia akumulator pada Analogowo ile jeszcze śladu Ciebie na światłoczułej części przenikasz wiązką światła (może mroku) rozedrganiem zostawiając ciało po omacku wywołuję Twój profil nade mną resztką chemii między nami na kliszy (bez kolorów) zmysłami utrwalając to, co miłością nazwane Na słono nie brać jeńców tej miłości puścić wolno lub dobić idzie solo (solą raczej) ta niewola we mnie nienamacalnym pięty do krwi raniąc na palcach przez ramię łapię kontekst Bez cukru kocham 20 metrów kwadratowych wspomnień z okna Belweder beżowa sofa nadtopiona papierosem dźwig windy obok hukiem wchodzi między nas zmęczeni dniem pijemy kawę prawie 3 łyżeczki cukru Ty ja proszę bez Netflix zamykam oczy dobrze mi wykrawam z nich jeszcze kilka by zmieścić wspólne łóżko w półmroku blisko najbliżej już do Ciebie za oknem deszcz ciasno mi dźwięk windy tylko tłem Justyna Kasprzyk – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jej wiersze ukazały się w Pocztówkach Literackich "Odry", "Wydawnictwie j", "Ypsilon", "Moja Przestrzeń Kultury", "Kozirynku". Brała udział w audioantologii Szepty , współautorka antologii Fundacji Poetariat Gwiazdozbiór Pegaza z przekładem na język francuski i Życie Lęgowe Poetów (język grecki). Jej wiersz był też wyświetlany na murach kamienicy na ul. Brackiej w Krakowie, podczas Festiwalu Miłosza. Mieszka w Rzeszowie.
- Marcin Liszkiewicz – sceny z życia
1 Stary spowiednik wystraszył się zachwiał i poleciał na orzechowy konfesjonał. Tak rozpoczęła się czwarta godzina upalnego dnia. – Ojcze czy można robić zdjęcia? – Tak, proszę. – Pstryk pstryk pstryk. – Teraz zapraszam wszystkich na herbatkę. – Nie, nie będziemy robić kłopotu. – Już już, za mną proszę. Wcześniej proboszczem był tu ojciec Augusto. Ciekawy charakter nie powiem. Oczy miał wąskie, zaropiałe tajemnicą. Żył sto dwa lata, bo jadł dużo pieprzu. – Ale dobra ta herbata. Michał co powiesz? – Pstryk. Co herbata? Znakomita tak samo jak bluszcz w korytarzu. O, kotek i drugi. Kici kici. – Macie dzieci? – Tak. Nie. Hmm, nie mamy z nimi kontaktu od wielu lat. Gdzieś chyba żyją... – Bądźmy dobrej myśli. Kiedyś zginął mi mój As. Cudny pies, wyżeł notabene, tydzień nie wracał na probostwo. Byłem samotny jak ksiądz. Ksiądz bez psa. Wtedy udałem się z pielgrzymką do Padwy. Żarliwie się modliłem przy języku św. Antoniego. Wieczorem zjadłem gnocchi z porcini i poszedłem spać. Rano telefon, kościelny wydziera się do słuchawki: As wrócił! Nasz As wrócił! Łzy u księdza i gości. – My już sobie pójdziemy. dziękujemy za herbatkę. W Padwie przy języku jesteśmy co roku. 2 Terror słońc opanował żylaki. Hip replacment utrudnia wstawanie i pierwsze kilka kroków. - Janicku, zjemy gulasz? - Tak. - Co pijemy? - Dwa zimne Birra Moretti. - Dobrze. Wiesz mam wrażenie, że schudłam. Włosy przestały mi wypadać jak kiedyś. Te dwa porody mocno mnie dojechały. - Tak. - Daj mi rękę. - O idzie gulasz. - Myślałam o edukacji domowej dla Jowity. Byśmy mieli ją na oku. Nie ma co dłużej ryzykować. - Co myślisz? - A co z Robertem? - Sama nie wiem. Smacznego. 3 - Proszę Pana,żona się zamartwia, niech Pan już zejdzie z tego drzewa. - Nie. Nie zejdę. Czekam na przełożoną Elżbietę ze Starego Sącza. Obiecała mi przepis na powidła z węgierek. Zejdę dopiero jak poczuję zapach smażonej konfitury. - Jurek błagam no zejdźże już. Otworzymy miód Manuka i poczytam ci Karola Maya. Dobrze wiesz, że Elżbieta biegnie w maratonie w Tokyo i wraca dopiero za tydzień. – Jurek. - Nie. - Proszę Pana, tak nie można. - Filozof. - On tylko chce mi pomóc ok. Będzie miód lektura i nauczę się rozmawiać z krakowskim akcentem. Zejdziesz? - A powiedz trzydzieści trzy. - Czydzieści czy. Jurek niczym zwinny zwierz zawisł głową w dół, rozbujał korpus i miękko wywinął półobrót. Zeskok zamortyzował przewrotem w przód. 4 Krzysiek nie wie co powiedzieć. Gładzi niewidzialną brodę i podwija rękawy koszuli. Denkiem butelki od Pepsi dociska tlącego się peta. - Grażyna nie mogę, nie możemy się więcej spotykać – Wymamrotał sepleniąc i zassał powietrze prosto w próchnicę – Wykorzystujemy siebie a ja mam służyć, spowiadać i być nową patriotyczną myślą naszej Woli. - Jesteś chłopcem o pięknym ciele mój drogi, niestety potrzebujesz matki, takiej mamusi. Grażyna wywinęła wargi jak po porannym malowaniu ust . - Daj buziaczka skarbie i tak bardzo nie przeżywaj tego swojego powołania. Naciągnęła rajstopy i lekko kuśtykając udała się w kierunku wyjścia. Powietrze pachniało skórzanymi rękawiczkami. Krzysiek wygryzł skórkę przy paznokciu kciuka. Zamówił kolejną Pepsi, założył koloratkę i do listy zakupów dopisał cynamon. Zapalił. O dziewiętnastej prowadzi dialogi małżeńskie. Musi się streszczać. Marcin Liszkiewicz – pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz.
- Błażej Łukaszewicz – sześć wierszy
*** metrum 2/4 ua ua ua ua ua ktoś na parkiecie ducha wypluł zatańczył jedną piosenkę w rytmie latynosko-albańskiego disco pogo i padł to nie nasza wina koledzy nikt nie mógł wiedzieć że Piotrek miał rozrusznik przecież jakbyśmy wiedzieli tobyśmy dreptali dookoła jak matka przy pierworodnym bękarcie z zestawu 1+1 (przyjemność + nieprzyjemność) ktoś wylał piwo na koszulkę piotrową i łubu du dym smród spalenizna a to tylko serce piotrowe dogorywa rozruchy niezgrane pam pam pam boogie woogie stawiam kroki delikatnie łu-łu-łu trochę niezgrabnie ty-ty-ty-tyrytytytyty szukam na środku sali ale już sam nie pamiętam grzęznę po uszy w gównie i jak tu teraz znaleźć sens bo nie powiecie mi przecież że to sytuacja iście stoicka a ja mam się z nią pogodzić? siu-siu-pa-pa-pa-trzaska zabroniła mi pani w Internecie patrzeć dłużej w telefon życie to niepewność przeplatana momentami Jestem Sam - pomyślał Seba - zaciąga się papierosem nigdy się tak nie czuł zaczął robić głupie miny hmmm hmmm hmmm więcej o tym nie myśl kiedy staniesz nad pustką zobaczysz, że nie ma to znaczenia chciałbym tak myśleć - pomyślał Seba - świętujemy razem chiński nowy rok straszna choroba ciąży na roku szczura który za nic ma braterstwo siostrzeństwo (poprawność polityczna) AAAAAAA kto wywrócił Michałka? - pyta stara - - a Michałkowi ktoś inny na ucho - wymyśliłem taką szpontę że obsrasz się po zęby na przerwie w kiblu głośne przełknięcie śliny odgłos obgryzania paznokcia plum plum plum - stara znowu coś jebie - niesprawiedliwością jesteś ty, czytelniku miał krzywe nogi jakby jeźdźcem był bez głowy i oczu bu bu buuuuu życia to on nie miał Rada mu je zabrała Albo Pambuk rozdając wady na oślep dał mu te najgorszą bo widoczną gołym okiem sam to widział dnia każdego coraz bardziej chyba plask trzask trach bach to musiało się tak skończyć gdybym tylko wiedziała (chlip) kto do tego dopuścił?! - postępowania brak - be-be-be-be-beton a co jeśli to wszystko musiało się wydarzyć? bez krzyku ujadania szczękościsku tylko przed telewizorem wyzionąć ducha - RZĄD SUPER ROBI - - STOPY TAKIE A TAKIE W DÓŁ - - PKB ROŚNIE, POLSKA GUUUROM - a Marlenka zamyka powoli oczy i nigdy już ich nie otworzy zieeeeeew trzeba było tak ostentacyjnie węchu nie mieć i nie poczuć Gazu Ulotnionego? Błażej Łukaszewicz – socjolog niepraktykujący, scenarzysta aspirujący (student Szkoły Filmowej w Łodzi). Obywatel Bałut, czasem Pragi Północ. Wychowanek nie ulicy, ale podlaskiej dziczy. Pracuje nad powieścią-debiutem, scenariuszem-przełomem i konceptualnym wierszy tomem-fotoksiążką. Do tej pory publikował w zinie "Po Godzinach". Poszukuje pracy (może ktoś słyszał?). Inner animal: Albert Camus.
- Sylwia Gibaszek – siedem wierszy
Mój przyjaciel ma depresję racjonalny odważny łowca jeleni doktor Jones laureat naukowych nagród mistrz jazdy bez trzymanki bez ogródek ten co pierdoli wszelkie konwenanse zawsze rozbija bank mój przyjaciel ma depresję kolekcję analogowych aparatów fotoplastikon twórczej pracy prześwietlony fotogeniczny przy każdej lustracji waleczny Ryszard lwie serce co radzi jak Adam Słodowy nigdy mi nie słodził mała weź się w garść to co nas nie zabije wypluj światu prosto w twarz nie rycz mała nie rycz ja znam te numery to tylko ponury żart że mój przyjaciel ma depresję jego łzy lecą mi na kimono przywiezione z Jerozolimy jeszcze przed wojną mój przyjaciel ma depresję człowiek ciężki od właściwości szczodry koleś opuchnięty do bólu od szczerości harleyowiec prezenter płyt w popularnej radiostacji winylowej kultury tygla heglistów radioaktywnej literatury różnej maści wielbiciel Erika Satie mocnej kawy ten co duszkiem pił dymną whiskey o smaku kolejowych podkładów ma depresję rzecz jasna wisielczy nastrój jak latarnik w czasie blackoutu To dopiero sztos kiedy tak kręci się świat łamiąc własną oś zataczają się jak pijany chłop bieguny ziemi puszczają wszelkie zawory tamy zasady trele morale w mikserze ludu globalny i tak dalej truje się nas jak szprotki sardele inne ryby w oceanie robią się kwasy zajady padają systemy wtedy mój przyjaciel ma depresję twój przyjaciel ma depresję on ono oni one też mają depresję albo będą ją mieć jak w banku Zamówienia społeczne nie ma popytu na poezję miłosną radosną wojenną obleśną nikt nie zamawia literatury na miejscu na wynos z dostawą do domu tylko kebab dania wegetariańskie markowe piżamy golarki karty revolut będą potrzebne rewolwery z pewnością rowery elektryczne od zaraz zaraza electro world jest poważna ale nikt jej już nie zauważa anormalność przewlekła stała się normą jak pisał niegdyś filozof ze szkoły lwowsko- warszawskiej dziś już zupełnie zapomniany jak koła białego dymu puszczane z dziadkowej fajki Awers i rewers (sceny z zimowego życia przyrody) Taki był mróz w Międzylesiu a obok nas locha wyprowadzała na spacer sześć pasiastych warchlaków między lasem a cmentarzem stałam z awersją do przemocy patrzę teraz przez oszronione okno na głodne mewy kunę co przemyka odśnieżoną ulicą Radomską pod zaparkowanymi autami sikorki na parapecie te co uwielbiają słoninę jak Ferdynand Kiepski mocne piwo tak jak on z dziką rozkoszą oddają się degustacji zanurzając malutkie dzioby w tłuszczu sikorki zimą naprawdę potrafią delektować się życiem ukradkiem zawitać do dziupli nietoperza który zapadł w zbyt mocny sen rozkosznie stukać w jego czaszkę aż z wdziękiem i gracją wydziobią mózg na kolację nie śpij bo cię okradną brzmi ludowe porzekadło nie trać czasu na sen bo nawet czaszka w dziupli po tobie nie zostanie dla skostniałej z zimna popielicy szarej na śniadanie Przesądy na odejście Kiedy umierasz przepadasz rozkładasz się a może rozpraszasz podobno - jak pisała Urszula Kozioł rzucony na pastwę ciemności czarno w grobie widać nic ziemia jest szara brunatna albo jak nawóz naturalny gówno prawda może wpadasz właśnie w sam środek jarzeniowego światła nic cię wypala jak w hucie stali może świecisz niczym rafineria gdańska elektrycznymi lotosami stajesz się czystym lśnieniem radioaktywny cieplejszy niż wulkaniczna lawa przelewasz się z pustego w próżne nagrzany mocniej niż wnętrze słońca przetaczasz się przez jego układy arterie a żyły planet czerwienieją jak spirale w farelkach grzejnikach olejowych piecykach rozkręconych butlach z gazem nie trzeba zapalnika Z grubej rury do Natalii Panczenko hali hali droga pani sklep się pali a w nim matka babka troje dzieci pies hola hola proszę pani żadna z nas nie może być jak panzerfaust hali hali szpital się pali żłobek chomik kot jeż hola hola proszę nie udawać Greka Ursuli Urlike Meinhof też nie nie ma pani guza mózgu ale może mieć wspólne podwórko z nami bez mężczyzn pracy chleba bez klamek mięsa nawet na kartki z mięsem armatnim pod bramą suchym kaszlem dzieci gdzie już nawet łapki na myszy są puste tylko cisza przed atakiem spadającym na dom wrakiem samolotu hola hola kobieto z kosą na drony Życie w sieci kiedyś trafienie do sieci oznaczało że stałeś się rybą traciłeś powoli oddech zbyt długi pobyt na uwięzi powodował matowienie łusek nieznośną woń rozkładu dziś bycie w sieci jest trywialne jak masło korki uliczne choroby weneryczne i cywilizacyjne w sieci palisz patrzysz przez szkła płacisz za prąd gaz sex pantofle kawę pantoflarz najpierw puszcza blik za klipsy żony torebki kozaki nie przykozaczy na szarym końcu opłaci toner do drukarki czynsz tu kolejność nie ma znaczenia sieć wyznacza granice naszych umysłów mózgowych połączeń neuronalnych o ile nie zniknęły jak światło w czarnej dziurze dziurki oczka ryzomorfy siatki są absolutnie fascynujące na przykład opieńki tworzą niewidzialne sieci podobne do układów krwionośnych oplatają drzewa podskórnie pod nienaruszoną korą niczym koronkowe pończochy zgrabne łydki na pierwszy rzut oka gładka hebanowa okładzina pod nią biała zgnilizna jak białe rękawiczki czule otula drewno a potem bezpardonowo powala na ziemię myślisz burza z piorunami trąba powietrzna orkan nie sądzisz że znane od ponad tysiącleci grzyby tworzą pasożytnicze sieci w całym lesie tajne śmiercionośne siatki big brothers are catching you Sylwia Gibaszek (ur. 1977) – autorka siedmiu zbiorów poezji. Jest absolwentką Wydziału Filozofii UW. Specjalizuje się w filozofii kina. Uczy etyki i filozofii (w języku polskim i angielskim). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest członkiem zarządu Oddziału Warszawskiego SPP i kolegium redakcyjnego kwartalnika "Podgląd". Jej wiersze były tłumaczone na francuski, czeski, niemiecki i ukraiński.
- Mira Król – wiersz
to jesteś z zapętlenia switch on switch off krok w przód dwa w tył i obrót nad ranem kasujesz numery telefonów halo jest tam kto abonent czasowo niedostępny bez odbioru kości dzwonią szczerbiąc kruche brzegi naczyń dzwonią w uszach nie milkną brzmi to jak przekleństwa zgadujesz nie czytasz ich językiem mówisz to że czegoś nie widzisz nie znaczy że tego nie ma woda popijana z uszczerbionych filiżanek wciąż gasi pragnienie nie wierzysz? zanurz palec włóż całą dłoń jesteś made of clay z no choice z wyplutej pestki wiśni wilczej jagody czarnego bzu cherry cherry lady cierpkie słowo na języku wierne jak pies jak suka dźwięk skurwysyn rzeźnik idzie z gardeł nocy rozpruwa kruchą tkankę żre marwe mięso się psuje prędzej czy później krew jest pożywką dla bakterii do której biegniesz gwiazdy girl to tylko czeskie perły rozrzucone nad głową puszczają do ciebie oczko od nocy gorszy jest tylko sen od nocy gorszy jest tylko dzień mówisz moja krew jest zbyt gęsta a prąd zbyt wartki to wszystko po to by było mi łatwiej poddać się sile ciążenia ale to co mam w głowie gdy wrze krew ferment i myśl podpłyń bliżej i puść to Mira Król – osoba pisząca. Publikowała m.in . w „Migotaniach” , “Afroncie” , “Stronie czynnej”, “Helikopterze”, “Trytytce”, “Zakładzie”, w “Pocztówkach literackich Karola Maliszewskiego”, “Tlenie literackim”. Debiutancki Nietakt czyta jako „wytrych”. Na deficyt zieleni poleca: pola, łąki, lasy i rower.
- Camila Mermet – cztery wiersze
Możliwość historii Borgesowi oto jest intymność: myję ci włosy wycieram plecy całuję twoje oczy przed snem czuwam nad snami, bo jestem ich częścią słucham twojego oddechu dotykam cię i jesteś taki ciepły to jest ciepło domu, co płynie przez twój układ krwionośny przytulam cię pamiętam kształt twoich ramion tęsknię za tobą tam, gdzie cię nie ma mówię to odpowiadasz, że mnie kochasz mamy taki radosny dom koty strącają rzeczy z mebli nasze łóżko dalej jest niepościelone w kredensie zawsze jest herbata zna nas już kwiaciarz z sąsiedztwa wzrusza nas piękno, jakie ma kolor i nawet jeśli to krótkie dzielimy to poczucie patrzenia czegoś pięknego śmierci i narodzenie na nowo jesteśmy teraz razem przyjedziesz pisze to wszystko, żeby to istniało daję słowom ten dar którego nikt nie ma: zmieniania czasu bo to kłamstwo nie jesteśmy razem ale na początku tego wiersza byliśmy nie przyjdziesz ale w tym wierszu na ciebie czekam Tego nie powiedziała Frida Kahlo Kochaj tego, kto patrzy na ciebie jak na magię głosi jakaś koszulka w głębokim sprzeciwie myślę ja że ja to chciałabym, żeby patrzono na mnie na taką, jaka jestem nie mniej, nie więcej zwyczajna kobieta która pracuje która czeka na autobus w deszczu czyta książki boi się pije kawę kocha tego kto patrzy jej w oczy bo nie oczekuje żadnych sztuczek poza wiarą w nie same rozumiem, że to nie mieściłoby się na koszulce Najsłodszy człowiek na świecie płaczę przed snem, bo się nie rozumiemy jak moi rodzice uderzam w rzeczy, żeby zaczęły działać nic z tego by się nie działo gdybyś ty byłx między nami świat jest mały jest chusteczką która zasłania nam oczy nie bój się też się zakochałam we wspomnieniu co robić z nostalgią? W dzień, w którym się urodziłam, padało bez przerwy płaczę w każde z moich urodzin ciosy od życia uczą, jak się bać mam serce uparte i takie, które nie stwardniało z wiekiem wręcz przeciwnie zrobiło miększe i plastyczne pamiętam o tobie ale ty nadal o mnie nie myślisz przełożył Krzysztof Katkowski Camila Mermet (ur. 1998) – prowadzi warsztaty literackie, jest redaktorką, animatorką kultury i studentką historii sztuki na Uniwersytecie w Buenos Aires (UBA). Autorka tomików Relicario (2023) i La belleza es otra cosa (2024). Jest członkinią Un Libro Una Casa – oddolnego, niezależnego kolektywu działającego na rzecz powszechnego dostępu do literatury. W jego ramach współredagowała dwa roczniki współczesnej poezji argentyńskiej.










