top of page

Jacek Sadkowski – pięć wierszy

  • 2 dni temu
  • 6 minut(y) czytania

בוא הביתה *Bo habajta
Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!
                                                                     
 Tren X, Jan Kochanowski

ciepło w stopy. aż dziwnie. niebywale
przyjemne. nie mnie się ruszać opatulać
szczelniej kocem poprawiać poduszki
choć zaraz zdrętwieje mi ręka a ziąb ciągnący
od okna ugryzie w gołe plecy. piżamę mam nędzną nie
chciało się wyciągać z szafy solidniejszej. a niech tam. ciepłe
stopy to rzecz rzadka. słucham wiatru i jagiellońskiej listy przebojów
z 1450. hystorigraphi aciem mentis. nieźle przyciska zmyślny
grajek mikołaj z ciołkiem ostrym
tekściarzem.
sęk w tym że więcej tu wiatru.
śnieg szyby zalepia by rankiem
ze strachem odkrywać biel niepokalaną. zasnąłbym
ale z muzyką mieszają się gwiaździście płatki mroźne mroczne
rozgwiazdy pływające w poprzek na skos harf wiol jakże słodkich
lutni niebiańskich niewieścich chórów.
magnificat.
                                                         gloria.
                                                                                                   credo.
marzyć i tęsknić za dotykiem niespełnionego. nigdzie.
teraz. w wiecznym tutaj. tutam. a za oknem
szczekają psy których imion nie znam. nie znam tuteraz
żadnego a chciałbym żeby były ze mną zawsze
nazawsze. i już nie
słyszę wiol jakże słodkich lutni. płaczę i wołam
gdzie jesteście wszystkie moje które kochałem i kocham
wiecznie poprzez śnieg ciemność bez końca wiatru. gdzie
jesteś gundku włóczykiju gdzie jesteś mała sekundko gdzie
jesteś brutusie zza morza. gdzieście wy!
wszyscy! których nie ma których nie mam!

więcej tu wiatru.
śnieg zalepia szyby. rankiem
strach będzie. niepokalana biel. zasnąłbym
ale mieszam się z muzyką gwiaździście. płatki mroźne mroczne
rozgwiazdy
noc na trzy psy i lutnię
___________
* Bo habajta, hebrajski, "wróć do domu"


Jak diabłem zasiał

- cicho tu i pusto jak diabli mówię sam /nawet nie/
do siebie bo siebie przecież nie
ma(m)
już od długiego czasu. - jesteśmy!
wołają diabli. - na ciebie czekamy łapy zacieramy! czy już pora?
- tak. na telesfora. zasrańcy osrani
siarką - warczę charkotliwie bo charkoczę warcząc bo od wczoraj
mam solidnie przeziębione gardło. ale to tylko
fantazja. fantazjomat
jeszcze działa w niemoim łbie a diabły diabli wzięli. prawdę
warcząc to nie jest cicho. za ścianami sąsiedzi drą
mordy na dzieci dzieci
wydzierają mordy na sąsiadów. za oknami
nienawistnie jęczą
mewy mściwie gruchają gołębie. nie słyszę balkonowych sikorek.
południe. w południe nie przylatują do słonecznika. wczoraj
czytałem o człowieku który poślizgnął się i pizdnął głową
o balkon na balkonie. przy odrobinie szczęścia też mogę się
tak ustawić. leżałbym sobie a sikorki z apetytem wydziobywałyby
mnie. czemu nie?

to całkiem niezły finał. wizja pobudza. mam
o czym rozmyślać mam co układać na nieprzyszłość. póki co
siedzę. nasłuchuję skrzeczącej ciszy. właśnie słyszę
grzesia współmieszkańca klatki
drzwi w drzwi. ostrożnie
schodzi po schodach i dzwoni dzyń dzyń
torbą. sześćbutelkami jasnepustymi po piwie które
zaraz wymieni na jasnepełne. późno już. dwadzieścia
po dwunastej nie wiem jak wytrzymał
od świtu. no taki to
dziś dzień. niedzień. na spacer nie wyjdę
bo boli mnie gardło. wiersza nie napiszę bo nie
potrafię. chociaż piszę
dla wprawy żeby nie zapomnieć trudnej
sztuki pukania w klawisze. zatem pukam. nie -
jestem. w nieciszy powoli szybko znikam. śnię o
leżeniu na balkonie. śnię o dziobiących dziobami
sikorkach. o worku kości. o braku braków
w grafomańskich dla wytchnienia wzorkach
diabli nadali


Nienienie a przecież morzemoże


Emilii

dwudziesta pięćdziesiąt i nie bardzo
nie nie
wiem co dalej. poczytać bukowskiego zimę
muminków a może wyspę skarbów coś
o morzu. o morzach południowych opowieści
z mórz południowych londona? nie
wiem. w głowie sucho nawet niewidzialna
sucha mysz padła w pylistej posusze. daję sobie jeszcze
chwilę na

przyswajanie tlenu kilka oddechów
na siłę. nie nie
pójdę spać
jest zbyt
wcześnie za oknami mgła po grudzie
zawsze grudzień. raz
ciemno raz ciemniej.
nie nie
wiem nic nic. przez moment dziś
widziałem światło dalekie od Światła
ale nad wyraz rzeczywiste. przez chwilę.
przez
cudowny moment. szorowałem ciężko ciężką
patelnię. obiadowe
kotleciki z selera przylgnęły do żeliwa. smacznie
było ale trzeba było
potem skrobać. skrobałem
we wrzątku w zamyśleniu. szlachetnym.
bo myślałem
o listach do mileny kafki i kawkach chroboczących
za oknem za plecami. natenczas ściana ni stąd ni zowąd
przede mną zaświeciła pomarańczą. odwróciłem się
do
okna a tam
                                                                                      słońce niebieskie
                                                        niebo wybuch
                                   chmur chmurek
tak czerwonych czerwienią jak niczym
stado czerwono czarnych zebr spokojnie skubiących czerwoną
trawę na niebieskich sawannach. rozpłakałem się.
nadmiar nadmiarowości wszystkości nie -
mieszczącej się
w języku aniołów z listu pawła
do koryntian. a chwilę później zadzwonił telefon
i przez godzinę był szum morza i mewy i szłaś

szliśmy w górę miasta i nic nic innego nie było ważne nie
było. teraz jest
za cicho i nic przechodzi w nic i nie
wiem
__________________________

Szesnasta dziesięć, drugi dzień lutego

Emilii
ta jedna chwila przypadkowy moment kiedy
wstałem od komputera bo zachciało mi się
przegryźć
cokolwiek w kuchni
i sięgnąłem po butelkę
hiszpańskiej oliwy czerstwy razowy
chleb. raptem w pomarańczowym błysku zaokiennego
słońca
wszystko stało się proste jasne
i niebywale na miejscu. oto jestem
ja oto moja ręka sięgająca oto moje
oczy szukające /ciebie/ oto chleb. wszystko pocięte
pręgami światła moje żywe żyły pulsujące
prawdziwą ciepłą krwią. i
przytulność. spokój jaki
nieczęsto /nigdy/ zdarza się w lutym lutym za oknem
rozćwierkały się wróble rozdzwoniły
sikorki i było
przez chwilę zwyczajnie dobrze
jak powinno być zawsze i nie było nic
czego nie

powinno być. byłem światłem w świetle w butelce
oliwy w chrzęście czerstwego chleba. oṃ śānti
śānti śānti 
niczego                                                         między
tobą a mną nami. tylko słońce słoneczniki
nasturcje i jaśmin wszystko co nie gaśnie
w drodze do
wiersza o mrozie o niczym o
                                                                        oliwie extra virgin



A za oknem z muru mur


Crazy,
Over the rainbow, I am crazy
Bars in the window
There must have been a door there in the wall
When I came in
(Crazy, over the rainbow, he is crazy)

                                                           The Trial/The Wall, Pink Floyd

a o
świetle to nie ma co
mówić. zgasło już dawno choć czasem
jeszcze słyszę jego lichy głos
szaropełgający chwiejnie pod stołem pod którym
usiłuję sypiać niespokojnie jak zając pod miedzą. szeroko
na siłę raz otwieram raz zamykam
oczy. raz raz dwa dwa zamkotwarcie wystraszone
zamkotwarcie. wyparcie
świadomości w dawno niewypranej
pościeli. jak sobie pościelisz tak
się wyśpisz mówi stół. to dobrze że mówi. o trzeciej
nad ranem chcę cokolwiek usłyszeć. nawet niechby
mówił mi spierdalaj waflu dziadzie dziadku co sił nie ma

w zadku i śmiać się z upadku
swojego nie umie co dziury ma w dziurawym
bezrozumie! ciesz się że choć zimno to
jeszcze ciepło. jeszcze
choć nie całkiem
wyciekło to ciepło.
a o
cieple to nie ma co
mówić. wczoraj obwieszczono że dziś będzie
nieplanowana awaria zamilkną grzejniki i nawet nie
pozmywam talerzy od dawien dawna zakwitłych
na żółto wspomnieniem
zjedzonej wczoraj jajecznicy kolacji
w śniegu co to teraz jest grubomokro niepuchaty
i je jak ja jajecznicę wszystko. wszystko
chrapanie sąsiadów za ścianą wycie
rur zapach
snów ciche kroki duchów których już
dawno nie ma tu pod stołem. dużo
za dużo tego wszystkiego.
a o
samotności to nie ma co
mówić. kiedyś zlepione śnieżne fortece
twierdze budowałem niezdobyte
walczyłem niezwalczenie na
śnieżki ze śniegu. a one po cichu składały
się
w lodowe ściany w mur co teraz głuszy
wszystko. w środku rozjeżdża się niczym
nie ma nic niczego nie ma. jestem
tylko ja. w śniegu zlepionym śnieżnym
sercem się kuszę

                                  zaśnij
                                                       zgaśnij
wyjdź przez ścianę przepadnij











Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page