Znaleziono 777 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Louise Glück – wiersz
Jaśminowiec To nie jest księżyc, mówię ci. To białe kwiaty rozjaśniają ogród. Nie znoszę ich. Nie znoszę ich tak samo jak seksu, jak ust mężczyzny dławiących moje usta, mężczyzny nade mną i tych mimowolnych łez, głębokiego poniżenia w istocie związku – Dziś wieczorem mam na myśli i słyszę, to pytanie i gotową już odpowiedź scaloną w jednym dźwięku coraz głośniej i głośniej rozdzieloną na platońskie połowy zmęczone animozje. Widzisz to? Daliśmy się oszukać. A zapach jaśminowca snuje się przez okno. Jak mogę tak leżeć? Jak mam być beztroska gdy w świecie panuje ta ohydna woń? przełożył Jerzy Bartonezz Louise Glück (1943–2023) – amerykańska poetka i eseistka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2020 roku. Podejmowała tematy straty, tożsamości i relacji rodzinnych, posługując się oszczędnym, precyzyjnym językiem. W 1993 roku otrzymała Nagrodę Pulitzera za tom The Wild Iris .
- Charles Simic – Nocny stróż
Nocny stróż w kostnicy wielkiego miasta w granicach, których nie znam nikogo, kto je dobrze zna robię obchód z pękiem kluczy latarką w ręku i wilczurem co nie ma prawa tutaj wejść i wie, nie wolno warczeć gdy na rampę wjeżdża erka. Po przeładunku na nierdzewny GIG oni na głucho zamykają drzwi zasłaniając sine twarze pochylone nad zwłokami – w sobie tylko znanej sprawie. W pełnym białego szumu mroku szaf chłodniczych i lodówek kończę mój rutynowy obchód kłódek, zamków, pustych biur koślawych zakurzonych krzeseł blatów, nieotwartych akt i kopert. przełożył Jerzy Bartonezz Charles Simic (1938–2023) – amerykański poeta, eseista i tłumacz serbskiego pochodzenia. Jego twórczość łączy surrealizm, ironię i refleksję nad codziennością. W 1990 roku otrzymał Nagrodę Pulitzera za tom The World Doesn’t End , a w latach 2007–2008 pełnił funkcję Poety Laureata USA.
- Radosław Biniek – trzy wiersze
Srebrzy się zawisła nad nami gilotyna nocy głowy będą spadać jak gwiazdy ułożą się brukiem w drodze do księżyca nastawiasz analogową płytę zadźwięczy nam zrobi tatuaż na sercu to może być Tom Waits na przedmieściu pijane pianino ale musi być w tym wilk koniecznie dobrze trafić do ciebie w takim świetle i patrzeć jak kwitną na tobie paprocie Modlitwa nie uchronisz mnie przed wolnymi rodnikami ani przed pijanym kierowcą przed spadającym meteorytem przed szybkością mej złej myśli nie uchronisz ale tej oto nocy możesz mnie uchronić przed jutrem są chwile z kroplami rtęci drgające z rozkoszy noce tysiąca i jednej myśli Wiersz mnie nocą przeczytaj mnie wolno łapiąc oddech pomiędzy wersami domyśl się znaków schowanych w pomrukach odgadnij mnie szeptem zrób krok do przodu po każdej strofie wypatruj metafor w ślepych zaułkach adoptuj mnie cicho epitetem przytul apostrofę popłacz onomatopeją w głąb siebie zapomnij mnie szybko jak wzmiankę we wczorajszej gazecie elipsą mi zostań jak plamką na niebie Radosław Biniek – poeta, aktor, animator kultury. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Laureat konkursów literackich. Publikował w prasie literackiej, autor zbiorów wierszy: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 3 0 dni królika (2024), miastostan/miastoślad (2026).
- Justyna Kasprzyk – trzy wiersze
rozgrzeszenie gasisz światło papierowe korpusy lamp milczący sufit bezwład próbujesz ćwiczony miesiącami dotyk zimny parapet biodra odklejone od skóry wstyd spoczął na chodniku rano na jałowym blacie zaparzę ci kawę [oddaj mi ciszę] Oddaj mi ciszę - mówisz, oddaj moją ciszę. Tam leniwie tętni mózg, efekt masy. Tutaj stygnie ciało, zaciera się pamięć. Krzyczą dotyki, tęsknota ptak. Gwałci. Do lotu, przez zamazane już okna. Nietoperz, zmierzchem, nocą, cholernym zmierzchem, bez brzasku. Rwie tęsknotą, przeciąganiem kota po nagiej skórze, jeszcze. Stopy cĥłodne już. Parę chwil. Sen. Gdzieś, opieram się na twoim ramieniu. Cisza zbyt głośna. Sen. Spam. całun rozmawiał ze mną mrok i mówił dokładnie to co ty gdy rozlała się komuś krew a kiedy krzepła płynąłeś zamiast niej bezlitośnie przesuwając próg gdzieś tam rośnie cisza - białe płótno przykrywam nim kontury jak kiedyś jedwabiem ciało żeby za szybko nie okrzepło niech trawi ten ogień Justyna Kasprzyk – jej wiersze były publikowane w wielu czasopismach literackich, brała udział w audioantologii Szepty , współautorka antologii Fundacji Poetariat Gwiazdozbiór Pegaza z przekładem na język francuski i Życie Lęgowe Poetów (język grecki). Mieszka w Rzeszowie.
- Anna Słowiakowska – Królowa Nocka
Ciężkie piersi wsadziła za dekolt, umiejscowiła tam, gdzie miały być. Lewą po lewej, prawą po prawej, jeszcze wyciągnęła spod pachy, żeby wypełnić pancerne miski. Wtedy działa się magia. Litery pięły się w górę alfabetu, od B do D. Szminka, kolor orgazmu dojrzałej czereśni. Włosy w kok, rajtki pod biust, spódnica pod tyłek. A na to wszystko fartuszek z napisem „Nocek”. Buty na lekkim obcasie, idealnie stukające o bruk w takt zmierzchu, jakby z każdym uderzeniem przygaszała nieco światło, wyciemniała ulice. Stuk, złoto w fiolet, stuk, fiolet w szarość, stuk, szarość w granat, stuk, a granat w noc. Dwadzieścia dwie minuty spaceru, który gasił dzień, i stawała przed swoim miejscem zatrudnienia. NOCEK – sklep spożywczo-monopolowy. Ela, Ella – ostatnio wskoczyło jej jedno EL więcej – wchodziła do sklepu i stuk, stuk obcasami ogłaszała koniec jednej zmiany i początek swojej. Wymijała się z Patrykiem, który w jej oczach nie był nawet chłopięciem. Nieporadny, blady, a przede wszystkim taki dzienny. Gdy ona stawała za ladą, świat wiedział, że właśnie zaczyna się noc, że wszystkim zmieniają się uśmiechy, oczy lśnią na zielono, na złoto, skóra potrzebuje więcej ciepła, bo bardziej paruje, klei się do niej czerń. Znała klientów po imieniu, po zapachu, po pysku. Wiedziała, jak ich trzymać pod stukotem obcasa. Zawsze na początku zjawiali się marni, pryszczaci studenci, którzy chcieli zalać pierwsze oblane egzaminy, również te z miłości. Dawała im z umiarem. Jak chcieli trzy flaszki, mówiła, że sprzeda dwie, a oni się słuchali. – Dziś będziecie topić, a jutro trzeba będzie wyławiać. Papierosy też im wyliczała, bo wiedziała, że puszczą z dymem stypendia, kieszonkowe, a potem będą jeść psie puszki, brud spod paznokci i gorzkie łzy. Bogatymi imprezowiczami w ogóle gardziła. Przestawiła drogie alkohole wysoko, żeby się po nie nie schylać, nie wypinać pośladków prosto w te mordy, oliwione, zaczesane włosy. Wara. Nie dla nich. Miała też swoich ulubieńców. Zjawiali się to po oranżadę, to po coca-colę. Dobre chłopaki, dobre dziewczyny, jakieś nocne zmory, pisarzyny. Żal jej ich było, bo w podkrążonych oczodołach można było zrobić stawy, a w tych stawach hodować złote rybki. Więcej byłoby z tego pożytku niż z tych książek przez nich pisanych. Czasem pytała jednego takiego, co tam znowu pisze, a on mówił, że w sumie to gówno, i zaczynał płakać. Wierzyła, że gówno, bo przecież ile razy ostatnio po jakąś książkę sięgnęła, miała wrażenie, że to wszystko o jednym smutku i jednej degeneracji.Poetce sprzedawała wiśniowe jednorazówki, bo widziała, że właśnie tego potrzebuje: lepkiego dymu, żeby osadzał się jej na smutnych piersiach. Czasem tuliła ją do swoich, gdy zdechł jej kot albo rym. Nie cierpiała rozchichotanego towarzystwa, które czasem wtaczało się jak korowód z kalejdoskopu. Jak huknęła, jak rąbnęła, od razu była cisza. Mówiła, że jak nie zamkną paszczy, to ona nie sprzeda i koniec, a następny sklep dwadzieścia minut piechotą, piętnaście złotych taksówką. Jeszcze coś tam próbowali pod nosem, jeszcze pisknięcie i nadęte policzki, ale wtedy opierała się o ladę. Podnosiła rzęsy, powoli, a oni już czuli ten wiatr na policzkach. I spokój. Gdy wybijała dwunasta, czar prychał i pryskał. Rozliczenie kasy, sklep na cztery spusty, Elli opadała powieka, rozmazany cień pokrywał coraz większą powierzchnię. Powrót do domu. Stuk, stuk, stuk, stuk. Dzień nie był mocną stroną Elki, bo dzień miał kontury i brak jedwabiu. Najpierw sen. Szarpany, gniotliwy. Poduszka ryła hieroglify na policzkach, które potem próbowała odczytać w lusterku. Zwykłość, szarotwarz i oczy jak wyschnięte pestki czereśni, których nie da się zasadzić, nic dobrego z tego nie wykwitnie. Zasłaniała kotary, żeby nie wlały jej się jakieś słoneczne banały na stare płytki. Dzień ostrzył, wydobywał, a ona nic wydobyć z siebie nie chciała. Cztery godziny pracy zdalnej przy komputerze. Zwykła Elka, taka klik, klik. Nazywam się Elka i w czym mogę pomóc. Klik, klik. Och, jak nisko, jak nisko. Tutaj nikt nie wiedział, że nocami by klęczał, że by się kłaniał do jej okienka w ladzie. Klik, klik. Ale już wieczorem będzie stukać. Stuk, stuk. A na razie klik, klik. Przed wieczorem znowu wielka przemiana Elki w Ellę. Złoty łańcuszek, piersi spod pach, rajtki pod piersi, spódnica pod dupę i stuk i stuk. Królowa NOCKA. Aż przyszedł Sylwester, święto w NOCKU. Przyszła nawet nieco wcześniej, żeby nadmuchać balony, a i ruch miał być dzisiaj większy. Na rękę nałożyła bransoletę, żeby przy każdej podanej paczce, przy każdej butelce, brzęczeć i dźwięczeć, obwieszczając, że zaraz nowy rok. Przed nią, przed wszystkimi: trzysta sześćdziesiąt pięć czarnych nocy. W NOCKU tłum, ogłuszają ją życzenia. Wlewa się kolorowa masa, szejk z ludzi, a ona brzęczy. Tu wydaje, tu mruga, tu się cieszy. Tu krzywo zerknie, ale dziś łaskawie. Macha powieką, studentom dała trzecią flaszkę. Pisarzyny nawet wesołe, dzisiaj wino. I w tym tłumie on. Grzebie w kasie, ale widzi go zza parawanu rzęs. Przyszedł i stuka. Nie wie, czy się z niej natrząsa, czy odgapił stukanie nieświadomie. I stuk, stuk. A myśli, że zna te jego ślepia, takie złote jak słońce, jak dzień. Okropność, ale zna. Może przychodził tu w masce za czasów zarazy, a może gapił się przez szybę. Stuk, stuk. Podszedł do lady i prosi szampana. Głupio jakoś, bo już dawno nie ma. I nagle ta poetka krzyczy, że zaraz będzie dwunasta, i ci, których ona w Nocku zastała, wpadają w radość. Więc Ella poprawia fartuszek, wychodzi zza lady. Ciasno się zrobiło, głośno, wesoło. Odliczają, a Ella nie wie, kogo będzie ściskać, aż stuk, stuk, osiem, siedem, stuk, stuk, podchodzi do tego z oczami jak ranek. I on, stuk, stuk, do Elli. I trzy, dwa, jeden, stuk, stuk. Wybiło, wybiła. Tak się wycałowali, że Elli jedna rzęsa się odkleiła, ale i coś od serca. Kamień jakiś albo okleina. Coś odpadło, walnęło. Ale naraz zrobił się w NOCKU taki kociokwik, no i rozliczanie kasy, że ten o oczach jak z poranka znikł. Widziała tylko, jak w przerażeniu ucieka, przeciska się przez tłum i znika. A potem z tłumu wyłania się ręka i ktoś ryczy ze śmiechu: – Ej, ludzie, ludzie, ktoś zgubił nogę! Plastikowego kikuta z butem podnosi do góry. A klienci NOCKA wyją z radości. I tylko Ella wie, że nóżka-stukuszka jest jego, że właściciel wycałował jej właśnie noc, coś tam chyba uszkodził w źrenicy, że ona od dziś będzie szukać światła, że będą jej promienie pod powieki wpadać. Nie będzie się już tak pieścić z wieczorem, tylko od dziś wywalonym językiem będzie lizać po podłodze promienie słoneczne. Zniszczył ją kuternoga i stworzył. A ona teraz musi go odnaleźć, żeby wiedzieć, czy da się tak żyć, gapiąc się w słońce, no i żeby oddać mu nogę. Koniec. Czar prysł, wynocha wszyscy, nogę zostawić, kasę rozliczyć. Rok zaczął się dla Eli, Elki, właśnie tak, że wyszła zmierzyć się z naostrzonym jak nóż porankiem. Ugodził ją w czoło, w podbrzusze, ale przeżyła. Ruszyła. Stuk, stuk. Pod pachą niesie protezę. Ten jeden, do którego ona pasuje, nie może być daleko. Ileż by uszedł, uskakał. Podchodzi pod okna kamienic i stuka protezą o ziemię. Stuk, stuk, jej obcasy. Stuk, stuk, jego noga. Przecież usłyszy, rozpozna i wyjdzie. I następna ulica. Ostukała przy nowym roku jeden kwartał i nic. Wyłazili z bram zmumifikowani uczestnicy wczorajszych imprez, pieski wyprowadzane za późno na spacer. Dzień się na nią rzucił i osiadł, bo była świeżą ofiarą. Nie widział jeszcze takiego okazu, więc mógł go zmacać i pożreć. I taka właśnie wróciła do domu, zmierzwiona przez blask, wytarmoszona przez blade światła. Stuk. Stuk. Od teraz Elka wychodziła w dzień. Szła, stukając swoją nogą, jego nogą. Stukanie słychać było w całej okolicy. Nawoływanie polipropylenu rozchodziło się do piętnastej, z przerwą na dwie godziny pracy zdalnej. Czekała, aż w jakiejś bramie, za winklem, pojawią się słoneczne oczy i brak. Popołudniami Ella szła do NOCKA, a nogę stawiała za ladą, w nadziei, że może właściciel pojawi się sam. Sprzedawała, czekała, o dwunastej rozliczała kasę, całowała martwą łydkę bez właściciela, wkładała ją pod pachę i wracała do domu. Dnia się już nie bała. Deptała mu po rytmie. Anna Słowiakowska – copywriterka, dyrektorka kreatywna, dziennikarka i ruinerka. Zajmuje się marketingiem i promocją kultury. Uczestniczka Kursu Pisania Powieści. Jest w trakcie pracy nad pierwszą książką i tomem poetyckim. Mieszka w Krakowie, ale sercem i ruiną związana jest z Dolnym Śląskiem.
- Michał Piechutowski – cztery wiersze
Wieczór przechodzi w noc Pora, gdy senność mija, A myśli toczą dyskusje. Zwycięzca bierze wszystko, Nie ma podium dla przegranych O jeden-dwa cienkie włosy. Która zwycięży tym razem? Czy jakieś uporczywe wspomnienie, Czy pokusa pójścia na skróty w życiu Gdy nadejdzie dzień? Nocami Czytam palcem gwiazdy na niebie – Kosmiczny alfabet Braille’a – A one wróżą z mojej dłoni mrużąc oczy. Niektóre spadają śmiertelnie wyczerpane. Mnie nawet Zodiak nie chce się złożyć W żadną sensowną wypowiedź, Zaś moje dermatoglify są nieczytelne Z powodu niskiej rozdzielczości; Nie da się z nich przewidzieć Przyszłości Wszechświata. Wiódł ślepy kulawego, Uczył Marcin Marcina. podwórko nocą (spacer z psem) miarowe grzmoty plenerowego koncertu mieszają się z krzykami orgazmu publiczność wiwatuje nie mogę zgadnąć czy tym na scenie czy tym w łóżku tak to nie działa w noc świętojańską pójdzie nad rzekę odzyskać wianek Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania archiwista w szpitalu.
- Weronika Romańska – Podwójna ciągła
Chodź ze mną, pokażę ci noc. O konsystencji smoły przyklejonej do powiek, do wyschniętych ust, do lęku i drżenia, do odwagi i każdej myśli o kolejnym dniu. Pokażę Ci ciemność, gdzie strach przed samotnością miesza się z poczuciem winy, jak słowo zapomnij i pamiętaj w syjamskim objęciu gładzi zimnymi palcami swoich sprzymierzeńców. Chcesz? No chodź. Zobaczysz wąskie ścieżki długich labiryntów ścian pod napięciem i nieograniczoną przestrzeń. Z żadnej z tych rzeczy nie ma wyjścia. Jest złamany strumień światła przebijający się przez dym. To prąd. Poznasz drżenie zimna i pot, senność w bezsenności, strach i odwagę, ziemię obiecaną i niczyje niebo, zależność i samotność, głęboki oddech żeby cokolwiek poczuć i wstrzymanie oddechu, by przestać czuć cokolwiek, odwrócenie roli. Ofiarę będącą katem, i kata będącego niewinnym, karmę mającą zęby jak brzytwy i zwierzę nie mogące ruszyć miski. Chodź ze mną. Poznasz światło i długość czerni. Musisz się pospieszyć. Jej czas działa, jak pociąg. Gdy ruszy z peronu nie wsiądziesz, a ja chcę żebyś zobaczył każdy z jej przystanków. Biegnij ze mną. Siedzieli we dwoje na wzgórzu, ramię w ramię jak zdarzało im się robić to w wolnej od życia chwili lub jakichś kłopotach. Zdarzało im się czasem te kłopoty wymyślić, żeby razem je później rozwiać patrząc wgłąb powolnie tulącego się do snu miasta. Nie była to jeszcze faza snu ren, a raczej oglądania ostatniej panoramy w kapciach przed telewizorem, ale już po ostatnim myciu zębów. W dole, jakby w odpowiedzi na ich skupiony wzrok migały światła latarni, okien i samochodów. – Mała, jeśli chcesz możemy spalić któregoś dnia to miasto – powiedział to spokojnie zatrzymując oddech i jednocześnie gasząc lufkę o deskę ławki, na której siedzieli. – Zacznijmy od tego pana – wskazała palcem na powolnie turlającą się kulkę po jednej z uliczek rozchodzącej się mapy – Całe życie lał żonę. – Nie całe życie, tylko pół – odpowiedział z uśmiechem - Wydaje mi się, że środkowe pół, a ona może to lubi. Milczała przez chwilę. – Jak do wszystkiego doszedłeś? - spytała. – Mnie już interesują tylko dziwki i koks. - odpowiedział jednocześnie wyciągając telefon, a na ekranie rozsypał biały proszek. Przyglądała się temu myśląc, że wygląda jakby gwieździste niebo odbiło się w sztucznym blacie smartfona. Odbijało to samo światło, takie same świecące bryłki ułożyły się w niebo. - Twoje dziwki i twój koks? - zapytała. - Yhym. Zrobić ci małą? - Tak. Zrób. - Jak do wszystkiego doszedłeś? - powtórzyła pytanie. Pociągnął kreskę i podał jej banknot jednocześnie przytrzymując telefon. Smak gorzkiego nieba rozlał się w jej gardle. - Ja wiem, że wszystko zależy od nas i nikt nas z niczego nie rozliczy. A ty wszędzie widzisz Boga. Gdzie jest teraz twój Bóg? - zapytał omiatając wolną wokół nich przestrzeń wzrokiem i pustą już dłonią dmuchając resztki pyłu z telefonu. - Tutaj - powiedziała jednocześnie kładąc mu dłoń na klatce piersiowej, tak by czuć przyspieszony rytm serca. - Zabij mnie - odpowiedział. Ich oddechy rozchodziły się przez chwilę po milczącym wzgórzu i lesie, po zboczu aby dotrzeć do miasta. - Boję się, że mnie też będą kiedyś interesowały tylko dziwki i koks - powiedziała to podążając wzrokiem za swoim oddechem, gdzieś za góry po drugiej stronie miasta, za ostatnie zapalone światło w czyimś domu, w którym ktoś grzał się w prowizorycznym cieple. - Ty? W życiu bym cię tam nie zabrał. Zaczęłabyś nas wszystkich nawracać. To by dopiero była przyjemność. Chodź już. Idziemy. Zeszli do ulic i domów, ludzi i bloków. Weszli do sklepu, gdzie przyglądał się jak ogląda kolorowe butelki na półce. Wybrała jedną. Miętową dwusetkę drinka i wafelki czekoladowe. – To na siłę - podpowiada mu i puszcza oczko. – Pozwól, zapłacę. Teraz ona patrzyła jak wyciąga portfel i płaci gotówką. Ma przy sobie kartę, ale zawsze używa banknotów. Odkąd pamięta jego pierwsze pieniądze. Znali się od zawsze, bo jeszcze zanim poszli do szkoły. Mieszkali niedaleko siebie i ta sama ulica była ich wspólnym podwórkiem albo placem zabaw. Aż oboje dorośli, a wtedy stała się początkiem i końcem świata. - Widzimy się pojutrze? Będzie piątek - zapytała tak naturalnie, jak pyta się człowieka któremu zadało się to pytanie setki tysięcy razy. - W piątek nie mogę. Muszę odegrać samochód - mówi, jakby mówił o konieczności posprzątania bagażnika. - Odegrać samochód? Przejebałeś w pokera samochód? - podchwytuje temat. - Muszę go odegrać. - Jak można przegrać w pokera samochód? - śmieje się. - Nie wiem. Byłem zmęczony. - To może mnie teraz odprowadzisz do domu? – śmieje się teraz już głośno, a on razem z nią. - To nie chodzi o samochód... – on coś próbuje tłumaczyć, ale przerywa. - To kwestia honoru? Scena pęka, jakby pod naporem ostatniego zdania. Szkliste rozpryski rozsypują się wraz z ich śmiechem po chodniku, żeby pochłonąć również betonowe płyty. Piątek. Ubrała się i pojechała do klubu a w nim ludzie, koks, drinki a potem na odwrót: drinki, koks, ludzie. Do tego muzyka nadająca rytm i tempo. Ostatkiem sił podeszła do ochroniarza i wykrzyczała mu do ucha: - Coś mi się stało! Dzwoń do Daniela! - po czym upadła na posadzkę. Dźwięk bransoletek uderzających o płytki został pochłonięty przez trans wieczoru, trans tłumu i dźwięków. - Mam w kanciapie jakąś twoją kurwę! Ktoś jej coś dosypał! Nie wiem, czy nie zjeżdża! Zadzwonię na pogotowie, to zjadą się psy z całego województwa! Kazała do ciebie dzwonić! Zanim straciła przytomność. Usłyszał krzyk w słuchawce przebijający się przez szum i dziesiątki kilometrów. - Jak się nazywa? - zapytał powoli odkładając karty na blat niskiego drewnianego stołu. - Skąd ja mam wiedzieć?!! Co za różnica??? Czarne włosy, szczupła, obcisłe spodnie. Czekaj, ma torebkę. Są dokumenty. Judyta! Poczuł jak fala gorąca zalewa jego ciało, uderzenie obejmujące każdą jego cząstkę. Od uszu, po krtań, po myśli. Judyta miała chore serce. Co ona tam robi? Co ona tam robi do kurwy nędzy? - Posłuchaj. Musisz ją zawieść do Grand Hotelu. Ja tam za 50 minut będę. - Pojebało cię? Mam wieść trupa jakiejś szmaty przez pół miasta?! Pojebało cię? - Słuchaj, co mówię, bo nie chcesz kłopotów. Obaj nie chcemy. Dlatego musisz zrobić tę jedną rzecz: zawieź ją do hotelu. Ja już tam jadę. Na razie sprawdź jej puls. - A ty myślisz, że ja doktorem jestem?! Twoja kurwa, twój problem. Ja pierdole. - Twój klub. Jutro będą pisały o tym wszystkie gazety. - Kurwa! Dźwięk rozłączonej rozmowy rozbrzmiał po pokoju. - Kończę na dziś, panowie. - powiedział z pozornym spokojem do znajdujących się przy stole mężczyzn i wstał. Tak bardzo chciał żeby nie zauważyli jak trzęsą mu się ręce, drży głos, że cokolwiek jest w stanie go poruszyć. A oni rozumieli. Odciągnąć od stołu i nowego rozdania może tylko miłość, albo jeszcze większe pieniądze. Gdy wyszedł, odwrócili jego karty, na blacie leżały cztery króle. W samochodzie odebrał jeszcze jeden telefon o tym, że jego kurwa zarzygała czyjś samochód. Zakończył połączenie i zadzwonił do lekarza, tego lekarza, który kiedyś interweniował, gdy znajomemu za bardzo wjechała wóda zmieszana z mefedronem i próbował wyskoczyć z siódmego piętra. Dostał wtedy kroplówkę, coś na uspokojenie i po pierwszym razie, gdy już ochłonął, faza wróciła i próbował wyrzucić przez okno już nie siebie, ale wszystkie meble i ubrania wraz z yorkiem dziewczyny. Daniel pamięta, że ten lekarz zgodził się przyjechać drugi raz. Solidny gość, ma swoje ogłoszenie w internecie, które hula po telefonie nocnego życia, jako Pan Złota Rączka. Naprawi na miejscu każdą awarię. Dłonie pociły mu się, aż kierownica ślizgała się w ich objęciach, aż cała ulica kołysała się, a światła znaków drogowych zdawały mu się puszczać oczko złośliwie szczerząc zęby. Złota Rączka już jedzie, a ty staraj się, żebyś też cało dojechał. – Wysiadaj ty pierdolona szmato! Wysiadaj! Gdzie jest kurwa Daniel? - krzyczał na pustym parkingu hotelu wiedząc, że mówi sam do siebie i robi to z bezsilności. Sekundy dłużyły się, jak powolne cięcia żyletką i w jednym z tych cięć podjechał drugi samochód. Tego co wydarzyło się w kolejnych minutach nie umiałoby opisać żadne z uczestników i każdy opisałby inaczej. Szef dyskoteki próbujący pozbyć się problemu, naćpana dziewczyna na największej bani jakiej doświadczyła oraz Daniel być może pierwszy raz w życiu bojący się o cokolwiek, a na końcu lekarz, który dzisiejszej nocy będzie miał jeszcze dwa takie wezwania. A, jeszcze recepcjonista, którego w piątkowy wieczór nic nie jest w stanie zaskoczyć. Godzinę później Daniel był przy niej sam. Siedział na podłodze w hotelowym pokoju i patrzył, jak śpi na łóżku i nierówno oddycha. Trzymał jej zimną dłoń i powtarzał wciąż w myśli "Boże proszę..." aż ta myśl bezwiednie przedarła się przez usta oplatając pokój pierwszy, drugi, trzeci raz jak mantra. Nie zauważył, że otworzyła oczy, nie domyślił się że dosłyszała jego słowa. Gdy ich spojrzenia się spotkały, wyszeptała bladym głosem – On nie istnieje. Masz może kreskę? Weronika Romańska (ur. 1987) – debiutancki tom jej wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.
- Kasia Motyka – Księżyc w Raku
Kot ćwiczy asany, drzemie i czuwa. Łapie dźwięki, nosem chłonie rześkie powietrze. Do światła zlatują owady, hałasując, budzą go z niespania. Tańczą na tle ściany, tak cienkie i czarne, że wydają się własnymi cieniami. Obserwuje je umoszczony między zaciekawieniem a żarłocznością. Gdy za chwilę wyłączę lampkę, przybierze ciemną barwę a owady znikną. Ciągle jeszcze trwa lato, choć słońce nie ogrzewa już tak mocno. Intensywny kolor nieba coraz słabiej skrywa fragmenty nadchodzącej jesieni. Miasto drży, migocze w wieczornym spoczynku. Dziś jest superpełnia. Skażeni jej nieprzyzwoitym blaskiem i pożądaniem, które pulsuje tylko w głowach, błądzimy po ciałach wymyślonych kochanków. Od siebie oddzieleni o centymetry, o setki niezaistniałych zdrad. Wiążąc z tobą palce i stopy, myślę ukradkiem o nocnym drzewie niknącym za śniegiem. Jego nagich drapiących, gałęziach, których rozrastanie czasem mnie dotyka. Gęstniejąca sierść kotów, przypomina o nadchodzącej zimie. Pomiędzy kolejnymi obowiązkami odbywam podróż do miasta o nazwie rozpoczynającej się na B, w kraju na literę R. Jest ona zerwaniem ciągłości czasu wlokącego się jednostajnie i prostoliniowo i trwa na tyle krótko, aby uniemożliwić wpadnięcie w rutynę. Wracam i podróżuję dalej. Zawisam na odgłosach pociągu, przejeżdżającego zawsze punktualnie i późną nocą. Ostatni ludzie zdążają nim do domów, opuściwszy tysięczne zmiany w fabrykach i zakładach pracy, która jest tylko koniecznością. Niektórym droga powrotna biegnie przez las. Zdarza im się sklejać z drzewami. Przylegają do kory, chłoną szum soków, chcą tak zostać już do końca. Wolą się stopić niż ponownie być sobą. Gałęzie jednak delikatnie ich odpychają, zachęcają do bycia znów ludźmi. Jeszcze nie czas, jeszcze musisz poczekać, słychać szept. Choć jestem daleko, czuję ich zmęczenie i ulgę, świadomość zbliżającego się snu. Sama pozostaję czujna i chłodna jak powietrze o smaku wody. Serwisy informacyjne donoszą, że rozkruszone kawałki snów podrzucone wysoko, spadają, ślepo posłuszne grawitacji. Tym, którzy nie mają szczęścia, rozłupują noc. Zaciągnij szczelnie zasłony, żeby rano obudzić się całą. Zmagając się z codzienną zmiennością siebie, zaczynam wątpić w rozsądność cykli. Płynę nurtem zapętleń, potykam się o labilność wrażeń i chęci. By jakoś uporządkować te sprawy, wyrzucam z głowy niepotrzebne meble. Gram za gramem, nie-pokoje przestają składać się na wieczorny dom. Dopijam resztki światła, zasypuję cienkimi opłatkami snów twarde wrażenia dnia. Towarzyszy mi stukający deszcz, czyjś oddech w uchu, włosy przygniecione łokciem. Kwestia co się dziś przyśni pozostaje otwarta. Przypominam sobie, że ostatnim razem, kiedy cię widziałam, miałeś niebieskawe myśli i próbowałeś śnić świadomie. Rybom tylko takie rzeczy w głowie i może to nas poróżniło. Ja zostawiam wyśnienia własnemu biegowi. I dlatego pojawiają się w nich niezapowiedziani goście z przeszłości. Przez te spotkania spóźniam się do pracy. Niektórych proszę, nie przychodźcie więcej. Na próżno jednak stawiam znaki zakazu. Wieczory wyściełają się lękiem. Prześladuje mnie czyjaś wątła obecność, prześwitująca postać uporczywie krąży wokół łóżka. Nie czytaj reportaży przed snem, mówi mama i przypomina, że jako dziecko lunatykowałam. Jej słowa stwarzają pozory wspomnień. Lato spędzane w Libiążu i strome, kręte schody. Złapałam cię w ostatnim momencie. Ale podobno somnambuliczki nie spadają tak łatwo. Wystarczy im tylko nie przeszkadzać w onirycznych wędrówkach. Od tego czasu obrosłam w dorosłość. Kolejne lunacje przesuwają się po twarzy i między żebrami, osrebrzają pojedyncze włosy. Gęstnieją w okolicach nowiu, białym cyklem zabierają szansę na dziecko. Wyczuwam, że za niedługo znów zacznę zmieniać formę. Kiedy ubieram się w nostalgiczny nastrój, nie zapowiada to łagodnej nocy. Przemierzam myśli, zaglądam do drewnianych pudełek, przywiezionych z Azji. Dawniej o tej porze wieszczyłam albo tylko wierzyłam, że potrafię to robić. Pokrywałam skórę apokryfami, rysowałam dopiski na marginesach niezaistniałych ksiąg. Cisza rozbrzmiewała przepowiedniami, ich echo mąciło nam w głowach. Rozplatałam palce i spod skóry zaczynałam wysnuwać słowa. Ucieknę w odległe miejsce, błyszczące złudnym ciepłem. Jego palce będą przeczesywały ciemny las, by mnie znaleźć i wymusić wyznanie, którego już w sobie nie mam. On tylko tego chce słuchać. Na zawsze zachowam celibat od kształtu jego fałszywych dłoni. Teraz rzadziej dostrajam się do tych głosów. Raczej nasłuchuję rytmicznych uderzeń i oddechów wszechświata. Przepadam w szczelinie między mroźnym niebem grudnia a ciepłymi westchnieniami kotów. Zmęczona, zamykam oczy. Ostrożnie, bo wiem, że szurając rzęsami można zahaczyć i zrzucić księżyc. Już raz to się stało i na pewien czas oceany zastygły w zdumionym bezruchu. Pamiętam, że czułyśmy się wtedy zupełnie zagubione. Ostatnie pytanie przed zniknięciem. Czy rozplątując pogięte kawałki godzin, w końcu zauważę to krótkie mrugnięcie sensu. Przekonaj mnie. Przekonaj się sama. Ustawiam sny w losowej kolejności, kolażem próbuję znaleźć dla nich znaczenie. Zawsze chętnie łapałam te odłamki. Wyławiałam je z mętnych zawiesin, poszukuję w nich potwierdzenia, że to wszystko warto. Wyciągam z szafy wełniany koc. Jest tak zimno, że światło latarni morskich, samochodowych reflektorów oraz lampek przytwierdzonych do stołów w bibliotecznej czytelni, zamarza i jasnymi bryłami spada na ziemię. Kruszy ją z łatwością. Przebija kolejne warstwy litosfery, słychać jak pękają skorupy. Dociera aż do głębi. Rozjaśnia okolice rozpalonego wnętrza, wirującego metaliczną lawą. Początek czerpią stąd korzenie starych, najniżej sięgających drzew. Spływają nimi, do samego źródła, westchnienia ludzi tulących zmęczone policzki do chropawej kory. Wieczorami, wracając do domów, zatrzymują się w lesie, by pozwolić smutkowi opaść i wniknąć w glebę. Dzikie zwierzęta omijają te miejsca. Nie jedzą przesiąkniętych nastrojami owoców buczyny ani kusząco soczystych kępek ziół. Tutejsze kwiaty są bezbarwne, ale za to obłędnie pachną. Przeklęta ziemia, święta przestrzeń, sprzeczają się na łamach lokalnej prasy duchowni i szamani. Zielarki i szeptunki obchodzą te dyskusje z daleka. Pewnym krokiem podążają ścieżką między bukami, sprawdzając jednak, czy nikt za nimi nie idzie. Odpoczywają z głowami wtulonymi w trawę. Czują drobienie mrówczych nóg po wewnętrznej stronie ud. Wyobrażają sobie mężczyzn, myślą o kobietach. Czasem wilgotnym nosem trąca je młoda sarna albo ciekawski lis. Przekaż wiadomość, Cailleach, mówią jedne. Pozdrów Boga, mruczą inne. Wreszcie zabierają się do pracy. Grzebią szpadlami utkanymi z twardego światła. Zanurzają ręce w szczelinach. Napełniają bawełniane torby z wyblakłym logo supermarketu tym, co akurat jest im potrzebne. Kamieniami, korzeniami, źródlaną wodą. A potem wracają do domu, ozdabiają stoły, robią czary. Fuj, trujące, nie jedz, strofują kocurka-podrzutka. Pozostawione przez nie wydrążenia zabliźniają się same. Zdarza się jednak, że zanim się zasklepią, z tych czeluści wysnuwają się obrazy. Po korzeniach najstarszych drzew pną się do góry. A gdy wydobędą się na powierzchnię, błądzą nam w głowach, zasiedlają odłamki duszy, unoszą się w snach. Wczesną wiosną, kiedy siedzimy na brzegu rzeki, słychać je w miękkich oddechach ziemi. Melancholijni ludzie piszą o nich w listach, gubionych potem na dnie szuflady. Tworzą niedostrzegalną warstwę, część całości, całość wielu fragmentów. Skleja nas ona z taflą rzeczywistości jak pole magnetyczne, umiejscawia tam, gdzie powinnyśmy przynależeć. Jest cienka, ale nie jak folia, raczej podobna do surowego jedwabiu, bo pozwala głęboko oddychać. Zawijam się w koc, uczucie zimna rozpływa się i znika. Jeszcze nigdy, włócząc się po zmroku, nie byłam tak niepewna swoich wątpliwości. Kasia Motyka – autorka powieści Głębia ostrości i drugiej, którą kończy pisać. Etnolożka, urzędniczka, matka dziecku i kotom. Lubi Rumunię, drzewa i smutne piosenki. Mieszka w Krakowie.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (25)
To było napisane na parapecie, bo w pokoju nie mieściło się biurko. Istnieją takie miejsca, które nas ograniczają, i takie chwile, w których jedyną ucieczką jest słowo. Słońce zza bloku to zapis nastroju z czasów, gdy jedynym widokiem była „wielookienność” bloku z naprzeciwka, a jedynym luksusem – śledzenie słońca, które zbyt szybko znikało w betonowej studni. To nie jest piosenka, to nie jest typowy podcast. To audio-impresja, w której rytm miasta spotyka się z melancholią wynajmowanych pokoi. Razem z Marcinem Sasem stworzyliśmy przestrzeń, w której beton oddycha, a słońce staje się metaforą wszystkiego, za czym tęsknimy, mieszkając „pomiędzy”. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Joanna Fligiel – Suczunia (2)
VII wyobrażam sobie ciebie z innymi tymi z którymi mogłeś popłynąć i tymi które sobie wyobrażam wszystkie twoje kochanki mam w łóżku znowu sama wymyślam scenariusze erotycznych filmów w których was nienawidzę podglądam dochodzę VIII stoję naga przed lustrem strzelam zdjęcia podniecona oszołomiona oślepiona taka naga nigdy nie byłam przed sobą mam idealne światło do zdjęć którymi bombarduję pomyłkowo innego Adama IX nie chcesz już tylko zdjęć chcesz jęków rucham więc siebie nie tylko dla siebie nagrywam wysyłam czekam zaznaczam „cofnij wysyłanie do wszystkich” X a potem już nie możemy więcej ani bardziej ani głębiej ani w coś więcej ani ze sobą XI cały czas to kółeczko w kółeczko gramy w zielone na fejsie jesteś ale nie piszesz w końcu piszesz ale nie jesteś XII wstaję koniec z czekaniem z leżeniem z alko koniec z pisaniem do ciebie koniec z love bombingiem z sextingiem z benchingiem z każdym ingiem koniec koniec z DILDEM tylko dom tylko ogród sadzonki cebulki jebane narcyzy dom kawa POCZTA „dzień dobry kochanie właśnie robię sobie dobrze myśląc o twojej ślicznej pupci” koniec i koniec z końcem Cykl wierszy tomu Suczunia opowiada o spóźnionych kochankach (ona pięćdziesiąt plus, on jedenaście lat starszy) i pokazuje nowy rodzaj zdalnej miłości – relacji, które toczą się przez czat, sexting i cyfrowe intymności, gdzie pragnienie i tęsknota są stale obecne, mimo fizycznej nieobecności. Ukazuje doświadczenie, z którym wielu może się utożsamić. To kobiece doświadczenie świadomości własnego ciała, cielesności, pragnień, wstydu i władzy w relacjach intymnych. Zmysłowość nie jest idealizowana, erotyka miesza radość i samotność, potrzebę i ograniczenia. Kobieta stara się odnaleźć siebie w relacjach, które nie zawsze ją dopełniają, a czasem ujawniają jej własną siłę i kruchość. To poezja o tym, co w nas bardzo intensywne – o miłości, pożądaniu i czułości, które nie zawsze są łatwe. Forma tomu jest oszczędna, narracyjna – to krótkie wersy, celowe pauzy, rytm mowy potocznej. Język szczery, momentami ironiczny, a jednocześnie emocjonalnie intensywny. Erotyka w wierszach pozwala mówić o samotności, tęsknocie, władzy, wstydzie i niemożności spełnienia. Suczunia może zainteresować czytelników współczesnej poezji otwartej na tematy cielesności, relacji i języka intymności, a także krytykę literacką poszukującą tekstów wyraźnych, nieasekuracyjnych i formalnie świadomych. Joanna Fligiel (ur. 1968) – od piętnastu lat dzieli życie między Polską a Niemcami. Jest autorką trzech książek poetyckich: Autoportret (2008), Geny (2011) i Rubato (2018). Pomysłodawczyni, założycielka i redaktorka naczelna Babińca Literackiego oraz współtwórczyni (z Ewą Świąc) Śląskiej Strefy Gender. Członkini Unii Literackiej.










