Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Robert Frost – trzy wiersze
Droga nie wybrana Dwie drogi biegły w żółtym gaju, I w obie naraz mnie niosła Pasja wędrowca; dumałem na skraju, Do jakiego miejsca w kraju Pierwsza droga skręca w zaroślach. Wybrałem drugą, też ładną, I może skręciłem w lepszą: Trawiastą, mniej używaną; Choć nią prawie wędrowano Tyle razy, co i pierwszą. Tego ranka leżały pod ściółką Bez czarnych smug po wędrówce. – Och, odłożyłem swoją na jutro! Czasami w lesie chodzi się w kółko, Nie byłem pewien, czy wrócę. Opowiem wnukom wedle obyczaju, Gdzie wędrowałem, czym żyłem, Jak dwie drogi napotkałem w gaju I że wybrałem, stojąc na rozstaju, Tę mniej uczęszczaną, i tyle. Zatrzymując się w lesie w śnieżny wieczór Wiem, w czyim lesie stanąłem zaprzęgiem. Jego dom stoi w tej wiosce nad brzegiem. Nie zauważy, że stoję na stoku, Patrząc jak jego las tonie pod śniegiem. Mój konik musi czuć lęk i niepokój Bez zagród wokół i grama obroku, Między tym lasem, lodem na jeziorze, W jakże ponury wieczór tego roku. Dzwoni uprzężą, śnieg kopytem orze, Żeby zapytać, czy dobrze powożę. Słyszę, jak w ciszy puch omiata zaspę, Z wiatrem łagodnie owiewa bezdroże. To piękne lasy, ciemne i przepastne. Mam do spełnienia obietnice, jasne, Że wiele jeszcze przejadę, nim zasnę, Że wiele jeszcze przejadę, nim zasnę. Dobra pora Spacerowałem w wieczór zimowy, Ale doskwierał mi brak rozmowy, Szedłem u boku domków w szeregu, Ich szklane oczy lśniły na śniegu. Ludzie za oknem głośno się śmiali, Skoczne melodie na skrzypcach grali, A za firanką migały w parze Młode sylwetki, młodzieńcze twarze. Ot, towarzystwo pod gołym niebem, Ujrzałem pola dokoła siebie. Wracałem z żalem: szedłem na marne, Zniknęły okna – wszak były czarne. Buty na śniegu tak mi skrzypiały, Że śpiącej wiosce spokój zabrały Tak jak mi twoje nagłe odejście W wieczór zimowy zwyczajne szczęście. przełożył Jacek Świerk Robert Frost (1874-1963) – amerykański poeta. Czterokrotny laureat nagrody Pulitzera. Jego poezja, cechująca się prostotą formalną, ma głównie charakter refleksyjno-filozoficzny, a zasadza się często na motywach związanych z krajobrazem, wiejskim życiem oraz obyczajami Nowej Anglii.
- César Vallejo – pięć wierszy
Czarni heroldowie Są w życiu ciosy tak silne… Ja nie wiem! Ciosy jakby z nienawiści Boga; jak gdyby przed nimi osad wszystkiego, cośmy wycierpieli, grzązł w duszy… Ja nie wiem! Jest ich niewiele; ale są… Otwierają ciemne jamy w najdzikszym obliczu i na najsilniejszym grzbiecie. Może to rumaki barbarzyńskich Atyllów; albo czarni heroldowie, których Śmierć nam zsyła. To głębokie upadki Chrystusów duszy jakiejś czcigodnej wiary, którą Los plugawi. Te krwawe ciosy to skwierczenie chleba, który się nam przy drzwiczkach pieca przypala. A człowiek… Biada mu… biada! Odwraca oczy, jak wtedy, gdy klepnięciem w ramię ktoś przyzywa; odwraca oczy szalone i to, co przeżyte, zbiera się, niczym kałuża winy, w wejrzeniu. Są w życiu ciosy tak silne… Ja nie wiem! Odległe kroki Mój ojciec śpi. Jego dostojne oblicze odzwierciedla pogodne serce; jest teraz taki łagodny… jeśli jest w nim coś gorzkiego, to ja. W domu panuje samotność; modlitwa trwa; nie ma dziś wieści od dzieci. Mój ojciec się budzi, nasłuchuje ucieczki do Egiptu, pożegnania, co rany zasklepia. Jest teraz tak blisko; jeśli jest w nim coś odległego, to ja. A moja matka przechadza się tam, śród ogrodów, smakując smak już bez smaku. Jest teraz tak delikatna, takie skrzydło, taki kres, taka miłość. W domu panuje samotność bez zgiełku, bez wieści, bez zieleni, bez dzieciństwa. A jeśli jest w tym popołudniu coś złamanego, co opada i trzeszczy, to dwie stare, białe, kręte drogi. Po nich idzie pieszo moje serce. Zakazana miłość Wznosisz się lśniąca od ust i cieni pod oczami! Po twych żyłach wspinam się, niczym pies zraniony szukający schronienia na miękkich chodnikach. Miłości, na świecie ty jesteś grzechem! Mój pocałunek na iskrzącej się końcówce rogu diabła; mój pocałunek, który jest świętym credo! Duchu w horopterze, który przemija czysty w swej blasfemii! serce, które płodzi mózg! który przechodzi ku twojemu, przez mój smutny muł. Platoniczny pręcik, istniejący w kielichu, gdzie istnieje twa dusza! Jakieś złowrogie pokutne milczenie? Czyżbyś je słyszała? Niewinny kwiecie! … I wiedzieć, że tam, gdzie nie ma Ojcze nasz, Miłość jest grzesznym Chrystusem! Poeta do swojej ukochanej Ukochana, tej nocy ukrzyżowałaś się na dwóch belkach wygiętych w kształt mego pocałunku; a twój ból powiedział mi, że Jezus zapłakał, i że istnieje wielki piątek słodszy od tego pocałunku. Tej nocy jasnej, gdy patrzyłaś na mnie tak bardzo, Śmierć była radosna i zaśpiewała w swych kościach. Tej nocy wrześniowej dokonał się upadek mój drugi i pocałunek najbardziej ludzki. Ukochana, umrzemy razem oboje, bardzo razem; będzie schnąć powoli nasza wzniosła gorycz; i cienia dotkną nasze zmarłe wargi. I nie będzie już wyrzutów w twych błogosławionych oczach; i już cię więcej nie zranię. I w jednym grobie zaśniemy oboje, jak dwoje rodzeństwa. Czarny kamień na białym kamieniu Umrę w Paryżu podczas ulewy, w dniu, który już teraz pamiętam. Umrę w Paryżu — i nie uchylam się — może w czwartek, jak dziś, jesienią. Czwartek to będzie, bo dziś, w czwartek, gdy piszę te wersy, kości ramienne coś źle mi leżą i dziś, jak nigdy wcześniej, odwróciłem się, z całą swą drogą, by zobaczyć siebie samego. César Vallejo umarł, bili go wszyscy, choć on im nic nie uczynił; bili go mocno kijem i mocno także powrozem; świadkami są czwartki i kości ramienne, samotność, deszcz, drogi. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak César Abraham Vallejo Mendoza (1892–1938) – peruwiański poeta, prozaik, dramatopisarz i dziennikarz. Za życia opublikował dwa tomy wierszy. Napisał pięć sztuk, z których żadna nie została opublikowana ani wystawiona za jego życia. Obecnie uznawany za jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku.
- Piotr Maur – sześć wierszy
profuzja bytów wczoraj zgubiłem lewego buta a chwilę później znalazłem przyjaciela to był dobry przyjaciel dzielny mądry prawy dużo lepszy niż but ale zmarł zostawił mi w spadku trochę wspomnień i całkiem sporo spraw do przemyślenia zostawił mi też buty każdy od innej pary dużo za duże mocno zużyte dwa lewe buty teraz siedzę na ławce próbując zapanować nad wszystkimi należącymi do mnie rzeczami siedzę i próbuję uporać się jakoś z osaczającymi mnie bytami bezprawie żona podaje mi jabłko a ja zastanawiam się ile razy jeszcze będę musiał odgrywać tą smutną scenę naszego upadku ale nic nie mówię tylko wgryzam się w soczysty owoc a potem słyszę walenie w drzwi i krzyki „otwierać policja!” ale nie otwieramy to że jesteśmy nadzy nie znaczy że nie znamy swoich praw bojaźń i drżenie nagle w supermarkecie dostrzegasz starą kobietę wspartą na balkoniku ze zgrozą rozpoznajesz w niej dziewczynę w której kochali się wszyscy okoliczni chłopcy łącznie z tobą czasem tak właśnie dowiadujemy się o rzeczach o których nie chcemy nic wiedzieć zwykle to zadanie listonosza zostawić wezwanie do urzędu rachunki z krótkim terminem płatności zaproszenie na ślub chrzciny pogrzeb albo list polecony z zaświatów ale tym razem jest inaczej tym razem jest gorzej ukryty za rzędem lodówek spoglądasz w stronę przeciwną lecz ceny produktów na półkach też wprawiają w bojaźń i drżenie *** i choć od lat żyjesz jak buddyjski mnich jak zatwardziały prepper w otchłannych lasach czy niedostępnych górach gdzie jelenie o poranku walą porożem w drzewa a pstrągi wyskakują ze strumieni wprost na patelnię i choć żyjesz tak cicho i spokojnie jakby cię w ogóle nie było i co nie wykluczone być może naprawdę cię nie ma bądź pewien że w stolicy bez względu na dzielącą was odległość bez względu na jakiekolwiek względy w niezliczonych urzędach zasiadają bezwzględne typy którym to że żyjesz swoim własnym życiem spędza sen z powiek nawet jeśli co nie wykluczone nie żyjesz *** dobry fachowiec od PR sprawi że będziesz chciał iść na piwo z gościem którego normalnie spuściłbyś w kiblu jednakże bez względu na talent tego facia od PR i pierdolenie tego drugiego obawa przed tym że kibel mógłby się zapchać jest tak naprawdę czynnikiem determinującym twój wybór z nieznanych bliżej powodów ten element pomijany jest przez agencje sondażowe a także sztaby wyborcze ale ponieważ nieusuwalnym elementem twojej tożsamości jest też przekonanie że browar to jest to czego ci potrzeba że browar to coś co ci się od życia należy pomimo nawiedzających serce umysł i żołądek torsji pójdziesz spełnić swój obowiązek a potem wypijesz do dna każde piwo jakie nawarzy ci ten gościu z kibla którego narai ci ten facio od PR *** no kto jak nie ty?! drogi laureacie droga laureatko kto inny?! ta sytuacja nas niepokoi ludzie nie są pewni czy lepiej będzie taktownie to wszystko przemilczeć strategicznie przeczekać czy jednak oburzać się a jeśli tak to jaki dać temu wyraz więc kto jak nie ty?! drogi laureacie droga laureatko kto inny?! kto tym wszystkim chochołowym duszom wskaże właściwą drogę? kto powie co o tym wszystkim myśleć? co czuć? jak mocno? jak długo? kto jak nie ty?! kto inny?! drogi laureacie droga laureatko demokracja praworządność wolność godność miłość równość tolerancja te tak nam wszystkim drogie delikatne kwiaty brutalnie deptane… więc kto inny?! kto jak nie ty?! nie potrzebujemy wiele byle co nas zadowoli artykuł felieton notatka uwaga na marginesie podkreślenie wskazanie palcem poruszenie brwią cokolwiek drogi laureacie droga laureatko cały ten splendor nagrody stypendia wywiady cała ta chwała to przecież zobowiązuje więc kto inny?! kto jak nie ty?! Piotr Maur (ur. 1963) – poeta, prozaik. Opublikował książki: siedemdziesiąt sześć (1996), 28 i 5 (2002), Bezmiar miłości (2006), Pogrzebowe obrzędy, miłosne ceremonie (2010), Po papierosy i z powrotem (2015). Obecnie mieszka w USA.
- Michał Kaczmarek – cztery wiersze
Mój syn zostawił po sobie komodę kwartalników i tomik w celofanowym opakowaniu na pierwszej stronie opinia druk ze skrzynki email życzę powodzenia w poszukiwaniu wydawcy materiał ciekawy jedyna słabość monotonia stylu ale w nieprzerwanym ciągu może nawet zaleta odszedł zgodnie z zasadą ubywania materii atomy tkanki narządy wewnętrzne uliczne latarnie gaszone kopniakiem dla rozrywki przez wałęsających się pijaków krople przyjemnie spadały w kanały uszne jutro rowery wodne obiad u babci Stefki ostrza ja ci kurwa pokażę co znaczy męża szanować niewygodnie z wystającym z głowy ołówkiem stalowym szpikulcem do mięs klęcząc nad szufladą czytam wiersze ojca przebite dziurkaczem Klucz pastuszek aniołek Pinokio nie widzisz nas w dalekim rzędzie długich ławek wystawiasz język tik wiemy od tygodnia dzieci światło szmer widowni przyspieszony puls długo ćwiczone słowa potrzeba fizjologiczna na którą nie masz czasu świat staje się twój a ty jedyny klucz otwierasz kłódkę zeszytu w zakurzonej sali Przydomowa oczyszczalnia ścieków zbyt rzadkie wizyty szambiarki grube warstwy papieru na wewnętrznej powierzchni sedesu cicho załatwić potrzebę nie zbudzić dzieci ochrona przed ubrudzeniem i bakteriami mazie i włókna przez rury żaden z naszych zwyczajów nie był źródłem problemu po kilku latach wizyta fachowca który w całym domu zajmował się hydrauliką glina woda nie wsiąka robocizna i koszt dodatkowej pompy po naszej stronie i tak zostaliśmy z kałużą ścieków na trawniku zwłaszcza w czasie prania odganiamy dzieci ustalamy pory działania pralki według sąsiedzkich wizyt kiedy kończyłam podstawówkę - Sara dziś czteroletnia - kałuża jeszcze była dopiero znajomi w szkole średniej i nowy zbiornik w piaszczystym gruncie sprawiły że odetchnęłam zostawiając w tyle smród zielonych korytarzy Wieczorny seans dokumentalny mężczyzna w średnim wieku skazany za uduszenie żony w czasie odsiadki przyznaje się do zabójstwa pielęgniarki kara śmierci za drugie morderstwo skrępowanie sznurem spalenie zwłok kiedy kręcą o nim film wyznaje że wiele lat temu zastrzelił znajomego narkotykowe porachunki siostra ojciec wbrew naszej woli kazał tłuc brata za kradzieże nie odwiedza syna cela logiczny wyważony język miękki głos pytanie odpowiedź znaleźliśmy go kazał przekazać że cię kocha i nie rozumie twoich zbrodni łzy w oczach najgorzej byłoby gdyby mnie odtrącił człowiek jednolity ze swoimi czynami jak dwa odpryski kamienia czy ściana ogrodu porośnięta gałęziami winogron do których zlatują osy z późnosierpniowych opuszczonych gniazd Michał Kaczmarek (ur. 1986) – absolwent Instytutu Filologii Angielskiej we Wrocławiu. Publikował w pismach i na portalach, m. in.: „Akcent”, „Afront”, „artPAPIER", „Dwutygodnik”, „eleWator”, „Epea”, „Format Literacki”, „Kalejdoskop”, „Migotania”, „Ósmy Arkusz Odry”, „Pole”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Suburbia”, „Śląsk”, „Tlen Literacki", „Wytrych” oraz w języku angielskim: „Versopolis” i „Highland Park Poetry” .
- Jarosław Barańczak – pięć wierszy
Preludium co rano siadał pod wiatą nasłuchiwał warkotu autobusu kolor nieba wychylał się z pyłu autobus przystawał po chwili zakrywała go nowa chmura nie dotykał już wydrapanych na ławce słów mogły nie być dla niego wieczorami w preludium cis-moll Chopina słuchał tego co było i czy nadchodzi kolejny ranek Bzy za plecami nazywali ją panią bovary chociaż żaden nie czytał do końca on jeden kruchy i wysoki jak witka wystawał pod biedronką chodził za nią bzy kwitły bez odurzał w ciszy póżnego popołudnia spóźniony klakson dźwięk łamanej witki i cała ta miłość Monidło w pokoju bez okien sczerniały tynk pamiętał biel jej welonu i miłość której ze sobą nie zabrali wisiało jak znak dla tych co nie wiedzą o pękniętych framugach i dzwiach za którymi nie ma łóżek ciepłych po nocy jego niebieskie oczy wpatrzone w jej czerwone usta zostały żeby czekać na jeszcze jedno uderzenie młota zanim ucichło widziałem odjeżdżający gruz Zgęstniałe powietrze opuszkami palców otwierał chwile zamknięte w strunach uderzanych młoteczkami czekali aż do końca pokaże ich ból i osobne szczęścia powietrze gęstniało kończył akordem głuchym jakby drzwi zatrzaskiwał kłaniał się jak zawsze nie dość zgrabnie Jak człowiek Tym razem uznała, że musi być stanowcza. Powiedziała – od dziś masz być jak człowiek. Wrócił do siebie. Pozbywał się kolorów rozpełzłych po głowie, włos po włosie. Każdy znaczył kreską na przedramieniu. Wokół ciemniało, czuł że już nie zakwitnie. Kiedy weszła, wezwała Boga. Poczuła się opuszczona. Jak wtedy kiedy zabrali go z ulicy, znalazła tylko tęczową kokardkę. Dlaczego musiał jej to robić? Jarosław Barańczak – wydał trzy zbiory wierszy, ostatnio Jeszcze stoimy (2025) . Nagrodzony Lubuskim Wawrzynem Literackim za zbiór Znak (2021). Kiedyś dyplomata, wciąż dużo podróżuje. Mieszka we Wrocławiu.
- Bartosz Marzec – Trzy dla dwóch
Opowieść Gdy następnym razem odwiedzę rodziców będzie jesień. Siwe włosy błyszczą na pyskach naszych psów. Weź na rączki Najpierw chodzimy daleko. Chodzimy po lesie, piachach, między zalewami, do utraty tchu, poranki, popołudnia, wieczory. Chodzimy całe, całe dnie, a czarne, czarne oczka rozświetlają nam drogę. Potem chodzimy już krócej. Świat zawęża się, topnieje jak lądolód. Szybkie nogi już nie te, nie niosą same, ale nie nosimy jeszcze ufnych ciał naszych psów. W końcu jednak, już teraz to widać, zostanie tylko pas drogi przed bramą oświetlony ostatnim światłem ulicy. Granicą świata stanie się ogrodzenie, a w spokojnych, ale zmęczonych oczach pojawi się prośba. Samotność Dobrze, że ma kto wyprowadzić psy. Psa. Sąsiad wyprowadzał dwie sunie. Później widywałem go tylko z jedną. Tymczasem rośnie w ciele naszej Meli. Tymczasem rośnie w ciele naszej Soni. * Mela odeszła 18 maja, Sonia – 25 września 2025 roku. Na zdjęciu Mela w środku, Sonia z prawej. W wierszach i między wierszami. Bartosz Marzec – kulturoznawca, wiersze publikował w „Czasie Literatury” (4/2022), współtworzy kolektyw poetycki Wcierka. Autor licznych wywiadów z polskimi filmowcami, które ukazywały się głównie w miesięczniku „Kino”. Pracował w kulturze i trzecim sektorze, obecnie – w administracji publicznej. Pochodzi z Radomia, od dwudziestu lat mieszka na warszawskim Ursynowie.
- Andrzej Molenda – Polish Express
Przesuwał kolejne zatłuszczone tacki przez okienko łączące ciasną, wypełnioną wilgotnym powietrzem, kuchnię z małą salą. Przy każdej kolejnej naciskał dzwonek i wykrzykiwał „Pierogi po polsku”, „Kluski śląskie”, „Knedle cieszyńskie”. Na ten sygnał odrywali się od stolików klienci i straszliwie kalecząc nazwy pytali czy w styropianowych, przesiąkniętych sosem pojemnikach, jest ich zamówienie. Byli to głównie młodzi ludzie, studenci, czasem robotnicy stawiający nowe osiedla, lub medycy szukający posiłku w przerwie podczas dyżurów. Uśmiechał się szeroko kładąc ręczniki papierowe, które służyły jako serwetki, na pojemnikach. Potrafił kląć przy tym nie zmieniając wyrazu twarzy. Nie miał w sumie nic przeciwko klientom po prostu uważał, że im to i tak nie zaszkodzi a jemu pomagało. Zawsze odpowiadali uśmiechem, a czasem próbą niezręcznego „dziękujjeee”, które nie wiedząc czemu zawsze kończyło się wznoszącym akcentem – zupełnie jakby śpiewał to jakiś pijany chórzysta. Tak naprawdę denerwowało go tylko kiedy nazywali to miejsce „czeską budką”, Czechy to nie to samo co Polska mamrotał wtedy pod nosem, chociaż właściwie samemu nie miał pewności nie był w domu od ponad trzydziestu lat. Tak samo jak nie miał pewności co do tego czy dania, które podawali rzeczywiście tak smakują w kraju, czy też samemu powymyślał część z nich i dostosował do lokalnych potrzeb. Otarł pot wierzchem dłoni, odruchowo złapał krawędź poplamionego fartucha, dziś było wyjątkowo gorąco i duszno. Zbliżał się wieczór, największa fala klientów już chyba przeszła. Oparł się o kontuar. Dźwięki miasta wpływały delikatnie przez uchylone drzwi, szum samochodów elektrycznych, odgłosy butów i dźwięki z pobliskiego parku. Nagle pośród tych wszystkich odgłosów uświadomił sobie, że słyszy jakąś nieuchwytną melodię. Albo wydawało mu się, że słyszy. To było, było... nie miał pewności ale coś mu to przypominało. Jakiś smak na końcu języka ? Coś..jakby z dzieciństwa...w tym momencie ktoś przeszedł przed prostokątem stworzonym z otwartych drzwi i wpadającego w otwór oślepiającego popołudniowego światła przysłaniając je na chwilę i rzucając długi cień na podłogę. Poczuł ukłucie w klatce piersiowej, nie takie jak zazwyczaj, ale paraliżujące i rozlewające się na całe ciało jak szpilka, która rozszerza się i wreszcie nie ma miejsca w całym sobie żeby się przed nim schronić. Przed oczami zawirował mu jakiś obrazek, podwórko, paczkomat, jakiś sklep, chyba tak wyglądało dzieciństwo. Jedną ręką złapał się za klatkę piersiową drugą próbował przytrzymać się blatu, strącając przy tym kolejną tackę. Dźwięki ucichły po czym wszystko wróciło do normy. Poczuł, na czole krople zimnego potu. Ktoś do niego mówił, i trzymał za ramię. Po chwili sobie uświadomił, że to jego córka, no tak dzisiaj nie ma zajęć na uniwersytecie. - Tato – powiedziała po polsku z wyraźnie chińskim akcentem – wszystko w porządku ? - Tak, tak – potrząsnął głową jakby budził się z głębokiego snu i spróbował się uśmiechnąć – w porządku tylko mnie dzisiaj te zafanduły denerwują – Przesunął palcem po prawie pustej sali. - Tato, nie lubię jak tak mówisz. Tym razem naprawdę się uśmiechnął. W sumie nie miał tutaj aż tak źle, po kryzysie kiedy w kraju nie było pracy uciekł tutaj. Student polonistyki otworzył budkę z jedzeniem w środku jakiegoś zapadłego kilkumilionowego miasteczka w prowincji Syczuańskiej. Trafił dobrze, koło akademików lokalnego uniwersytetu medycznego. Zresztą jego córka teraz tam studiuje. Szybko zrozumiał, że ma być tanio, dużo i lekko egzotycznie. Udało mu się ściągnąć jakąś grafikę jelenia na rykowisku, która miała symbolizować Europę i kilka cerat w krakowską kratę. Na początku było ciężko, pracował sam siedem dni w tygodniu. Później poznał dziewczynę, która czasem przychodziła tu zjeść, ożenił się. Pracowali razem. Po kilku latach zaczęli tu przychodzić nie tylko studenci, ale też pracownicy biur i inni klienci. A zresztą może to byli studenci, którzy się dorobili, a przychodzili z sentymentu. Często zostawiali duże napiwki dla „biednych imigrantów”. Zresztą w ogóle traktowali go raczej życzliwie, jakoś wrósł w krajobraz i nie stracił klientów pomimo że jego śladami szybko podążyli inni rodacy. Niektórzy otwierali nawet bardziej luksusowe restauracje, ale mieszkańcy twierdzili, że nie zje się tam tak dobrze jak u niego. Tak naprawdę pomimo tego samego, od lat, fartucha i podartych jeansów to dorobił się swoją ciężką pracą i pewnie miał większe oszczędności niż nie jeden z tych co zostawiali napiwki. Wolał się z tym nie obnosić ale starczyło na dobre mieszkanie i małą kawalerkę dla córki na czas studiów, a przecież wysyłał regularnie pieniądze do Polski no i miał jeszcze dużo w zapasie.. - Powinieneś odpocząć – powiedziała córka wyrywając go z zamyślenia - Odpocząć, odpocząć... Wszystko w porządku - odpowiedział z irytacją. Sam nie wiedział, czemu go to zdenerwowało – stary ojciec jeszcze trochę potrafi, idź już do domu, masz przecież zajęcia od rana a ja posprzątam tu jeszcze. - Na pewno ? - Tak, tak już prawie koniec na dziś – po czym dodał naciskając dzwonek „ Placki ziemniaczane z kapustą” - Dobrze to ja lecę, pa napisz wieczorem, jak dotrzesz do domu. Następne dwie godziny minęły spokojnie, dosłownie kilku ludzi zamówiło coś na wynos. Aż się zdziwił, że dzień jest taki leniwy. Z nudów zaczął obserwować salę, spojrzał krytycznie na grafikę z jeleniem pokrytą plamami tłuszczu. No może czas już zmienić – pomyślał. Wziął szczotkę, miał jakąś awersję do tych robotów sprzątających i zaczął zamiatać podłogą pokrytą niegdyś niebieskimi kafelkami. Właśnie kończył zbieranie piasku do szufelki kiedy poczuł czyjąś obecność. Powróciło uczucie kłucia w klatce piersiowej, ale tym razem nie było obezwładniające. Tliło się zupełnie jak przygaszony gaz pod czajnikiem z herbatą. Otrząsnął się i pomyślał – Oj niedobrze ze mną, może rzeczywiście czas trochę zwolnić. W tym momencie brzęknął dzwonek zawieszony na futrynie drzwi. Spojrzał na zegarek, było po dziesiątej wieczorem, palniki kuchenki już dawno były wygaszone. Ciągle zbierając resztki piasku zmiotką i nie oglądając się na drzwi powiedział kalecząc straszliwie mandaryński – Po dziesiąta zamknięcie, jutro twój koń –Jeżeli to nie jest dla Pana kłopot, to wolałbym mówić po Polsku – odpowiedział męski głos nie posiadający ani śladu obcego akcentu. Głos kogoś kto musiał urodzić się w Polsce, ale nawet nie, to był głos wyuczonego spikera, aktora, śpiewaka, kogoś kto miał wrodzony talent i spędził lata na treningu. Wszystkie akcenty były równo i dobrze rozłożone, pauzy przychodziły po sobie w odpowiedniej kolejności a zakończenie zdania niosło ze sobą nostalgiczną nutę dźwięku żab łapanych na łąkach przez bociany. Zamarł na chwilę. Jego myśli zaczęły biec jakimś dawno nie używanym torem prosto w stronę jakiegoś zamkniętego tunelu. Był tutaj co prawda kiedyś student polonistyki, chińczyk, jakiś zapaleniec, ale od razu słychać było, że wymowa i gramatyka sprawia mu pewną trudność i nie ma mowy o pomyłce z rodzimym użytkownikiem języka. Lekki niepokój, nie wiedzieć dlaczego przerodził się w przerażenie, poczuł że wszystko się w nim trzęsie tak jakby żołądek próbował wskoczyć w miejsce, w którym nie powinno go być. Tylko spokojnie – powtarzał w myślach nie będąc w stanie wstać i obrócić się w stronę drzwi. – Nie potrzebnie się pan boi – powiedział głos – nic strasznego się nie wydarzy. - Nic najprawdopodobniej, już się nie wydarzy – dodał akcentując słowo nic. Zerwał się z podłogi rzucając szufelkę, która zostawiła w locie ogon piasku na przed chwilą sprzątanej podłodze i ze zdziwieniem stwierdził, że wpuszczając przez uchylone drzwi odgłosy nocnego miasta w wejściu stanął Chińczyk w jasno szarym dobrze skrojonym garniturze, rękawiczkach tego samego koloru i butach na których nie widać było śladu zabrudzenia. Zupełnie tak jakby przed chwilą opuściły wystawę sklepu, do którego zwykli śmiertelnicy, operujący zwykłymi kartami kredytowymi nie mają dostępu. Nawet nie wiedzą gdzie takich szukać. Nieznajomy uśmiechnął się. Zdjął prawą rękawiczkę i trzymał ją teraz w lewej ręce, w której do tej pory miał tylko laskę ze srebrnym okuciem. Nie zwracając na niego uwagi wyjął z kieszeni marynarki zegarek kopertowy. Podszedł do stolika, krytycznie spojrzał na oparcie krzesła, odsunął je laską. Westchnął i tak jakby miało go to zabezpieczyć przed poplamieniem się powoli usiadł. Zaprosił gospodarza gestem, żeby także usiadł. - Porozmawiajmy – dodał, wydawało mu się, że to było nie potrzebne, ale nic w gestach nieznajomego i jego sposobie mówienia nie wskazywało na to, że znał takie słowo jak „niepotrzebne”. A więc widocznie, było potrzebne. – Porozmawiać, ale o czym ? – zapytał zakładając na prawe oko binokle. – Właśnie – dodał z naciskiem nieznajomy – nieźle się tutaj napracowałeś – kontynuował wskazując srebrnym okuciem na sale kuchnie – dorobek życia... Chcę żebyś mi coś ugotował – powiedział po dłuższej pauzie rozkładając prawidłowo akcenty w słowie „ugotować”. - Ale co? Może ... - Żadnych krokietów warszawskich – przerwał głośno nieznajomy – ani oscypków z Zabrza ani nic z tego co podajesz swoim gościom udając, że to polskie jedzenie. Dobrze wiemy, oboje, że nikt w tamtym kraju nie je wędzonego tofu, ani nie doprawia żałośnie kimchi trawą cytrynową podając z grzybami moon. - To może ... - Kotlety schabowe z mięsa kupowanego w lokalnym sklepie, przyprawiane curry z ziemniakami z tego wielkiego worka na zapleczu, na którym jest napisane Idacho Potatos też nie wchodzą w rachubę. To musi być coś autentycznego, coś co można zjeść tylko w twoim kraju. Musisz się lepiej postarać. Od tego dużo zależy. – Co... co od tego zależy? – zdenerwował się wreszcie i uderzył szmatą w stół. Nieznajomy spojrzał na niego, po czym otworzył wieczko zegarka kopertowego. Położył go do góry nogami na stole. Zamknął i otworzył dłoń, a na niej nie wiadomo skąd pojawił się mały klucz, którym nakręcił mechanizm. Z obudowy wyjechała mała pozytywka, z tancerką wyrzeźbioną w utwardzanym mosiądzu. Zaczęła grać melodię. – Masz piętnaście minut. Jeszcze raz zrobiło mu się zimno, wreszcie zrozumiał. Nieznajomy uśmiechając się połową ust dodał – I obaj wiemy, że knedle nie są polskie tylko czeskie. Właściciel wstał powoli od stolika, przeszedł do kuchni. Na szczęście w szafce miał jeszcze ten podły ryż, którego używał do suszenia telefonu, kiedy wpadł mu do kubła z wodą. Odstawił na bok”rice coocer”, podpalił gaz pod kuchenką, wyjął z dolnej szafki mały garnek, wsypał do niego na oko ćwierć paczki ryżu zalał wodą, przykrył pokrywką i wstawił na palnik. W zamrażalniku miał jeszcze opakowanie truskawek. Kiedy ryż się gotował rozmroził je, rozgniótł widelcem i dodał resztkę jogurtu. Dosypał kilka łyżek cukru i mieszał , póki ostatnie grudki nie rozpuściły się w różowej masie. Ryż był gotowy. Nałożył kilka łyżek lekko sklejonych ziaren na talerz z niebieską obwódką. Polał sosem, nie popełnił tego błędu i zamiast jednorazowych pałeczek na brzegu talerza położył widelec marki gerlach, który przywiózł lata temu kiedyś ze sobą. Włożył to wszystko na czerwoną tackę i zaniósł nieznajomemu. – W samą porę. Pozytywka właśnie przestała grać. Obcy patrzył przez chwilę na parę unoszącą się z kupki ryżu, która mieszała się z wilgotnym powietrzem, tworząc jedno i niosąc ze sobą zapach ciepłych już truskawek. Wreszcie wziął widelec wbił w sam środek i podniósł na wysokość ust. Przez chwilę jego nozdrza drgały lekko, zupełnie jak u konia, któremu podaje się marchewkę. Powoli smakował truskawkowy sos i ryż. Wreszcie uśmiechnął się odkładając widelec. – Dobra robota – powiedział – to chyba już wszystko, zdałeś, czy to nie dziwne jak rzeczy w takim momencie tracą na znaczeniu ? – Tak to dziwne. Nagle wszystko przestało go obchodzić, nawet to, że jego nieważkie ciało podpowiedziało mu, że upada, i ten upadek trwa i jego długość wydaje się nieskończona. I że już nie czuje zapachu mrożonych truskawek i że sala i kuchnia zaczyna wirować i zamienia się w długie spirale. I że robi się ciemno. Nieznajomy westchnął. Przysunął krzesło do stolika i wyszedł starannie zamykając za sobą drzwi budki, na których był namalowany niebieską farbą dumny napis „ Polish Express”. fot. Radosław Kazimierczak Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, poeta. Absolwent UŁ i Akademii Muzycznej w Łodzi. Wykładowca na Politechnice Łódzkiej. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu i Korei. Publikował swoje opowiadania i wiersze w "Odrze", "Helikopterze" i tutaj.
- Anna Przysada – Nie umiałam zapalić latarki
Mówili, że na końcu tunelu zawsze widać światło. Że ono prowadzi, więc nie da się zgubić drogi. Nawet w takich kwestiach kłamali. Schody do mojego prywatnego tunelu budowałam sukcesywnie. Pierwsze prace, wówczas jeszcze naziemne, rozpoczęłam w wieku ośmiu lat, kiedy gryząca woń procentów rozprzestrzeniła się z oddechu ojca na resztę domu. Dywany zaczęły cuchnąć, jakby zrezygnowały z mycia na dwa tygodnie. Mój szkolny mundurek częściej prano w Cabernet Sauvignon niż w Persilu. Ja spałam w pokoiku na górze, ale niewinna spódniczka w kratkę i białe podkolanówki nocowały w szafie, tuż obok barku w salonie. Nie chciałam wiedzieć, czego musiały słuchać podczas tamtych nocy. Chociaż i tak wiedziałam. Puste butelki nad ranem zawsze sprzątała matka. Miała zielone oczy. Bardzo ładne. Szkoda, że wtedy oddzieliła je od świata obojętnością. Przez to szybko zaczęła przypominać ojca, mimo że była zatwardziałą abstynentką. Bez znaczenia. Później to już poszło raczej z górki. Pierwszy stopień w dół – przerażenie dzieci, kiedy przyszłam na lekcje w zakrapianych na bordowo skarpetkach. – Ej, patrzcie na jej nogi – szepnął jakiś rudzielec, a inni zaczęli wytykać mnie palcami. – Czy to krew? – pisnęła jedna z dziewczynek i pobladła gwałtownie. A to było tylko czerwone wino. Ojciec je strącił ze stołu, kiedy próbował podnieść cielsko z kanapy i poklepać mnie po głowie na ,,do widzenia’’. Drugi stopień w dół – kiedy matka nakładała w pośpiechu podkład na skórę mojego dziesięcioletniego policzka i tłumaczyła, jak skutecznie zakryć siniaki. Nie pytałam, skąd ma taką wprawę. Ojca nie było wtedy w domu. Powiedział, że wychodzi do kościoła. Schody do mojego prywatnego tunelu budowałam sukcesywnie. Czasem robiłam chwilę przerwy. Kiedy indziej przeskakiwałam po dwa piętra naraz. Zdarzało się też, że wychodziłam na górę zaczerpnąć świeżego powietrza. Ale szybko wracałam – z własnej woli lub nie. Bez znaczenia. I drążyłam dalej – głębiej, głębiej, coraz głębiej. Aż w końcu grunt pod łopatą nie stawił oporu. Dwa metry poniżej ostatniego stopnia rozciągała się nieoświetlona przestrzeń – podziemny korytarz. Zeskoczyłam, a sklepienie zamknęło się nade mną. Miałam dwadzieścia trzy lata. Przez kilka sekund byłam słupem soli. A może minut, godzin lub dni. Bez znaczenia. Raz za razem próbowałam zaprzęgnąć komórki poprzecznie prążkowane do pracy, ale one tylko udawały, że nie ma ich w domu. Inaczej niż neuronalne siostry. Te akurat siały chaos w najlepsze. Otwierały szuflady, które kiedyś starannie zamknęłam, wywlekały z nich co popadnie i zostawiały na podłodze. Potem kilka fikołków przez korytarz i tłuczenie szkła w drugim pokoju. Z cielesnego szoku wyrwała mnie kropla wody, która oderwała się od sklepienia i ruszyła na spotkanie mojego nosa. Potrząsnęłam głową i uniosłam twarz ku górze. – Gdzie tu jest sufit? – mruknęłam i zmarszczyłam czoło. Okręciłam się wokół własnej osi w poszukiwaniu jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale wszędzie było tylko czarne nic. – Jezu – wydusiłam przez zaciśnięte gardło – gdzie są ściany? Mój wzrok błądził, aż zatrzymał się tam, gdzie powinien odnaleźć dłonie. Czarne nic. Strużka potu spłynęła mi po kręgosłupie. Musiałam znaleźć ścianę. Wystawiłam ręce na boki i postąpiłam kilkanaście centymetrów w prawo. Chociaż równie dobrze to mogło być w lewo, w tył albo w przód. Pomyślałam, że jedynie góra i dół są pewne – dzięki tej kropli na nosie. Po kilku ostrożnych krokach wymacałam oślizgły kamień. Z ulgą przylgnęłam do chropowatej powierzchni, mimo że wbijała się w plecy jak tysiąc drobnych szpil. Bez znaczenia. Moja skóra na przestrzeni nastoletnich lat przyzwyczaiła się do ostrych krawędzi. Odetchnęłam głębiej i nie wiem, czy to za sprawą większej ilości tlenu w płucach, czy kojących mnie igieł, przypomniałam sobie o przedmiocie ciążącym w kieszeni. Już od dziecka intuicyjnie wiedziałam, że kiedyś tu trafię i przygotowałam się zawczasu. W pośpiechu wyciągnęłam latarkę i wdusiłam przycisk ,,włącz/wyłącz’’. Nic. – Dalej no – syknęłam i zaczęłam naciskać coraz mocniej. – Nie rób mi tego, błagam, muszę oświetlić ten syf. – Tłukłam w latarkę, aż rozbolała mnie ręka. – Łaski bez. – Zamachnęłam się i rzuciłam ją z impetem przed siebie. Huknięcie o podłogę dało się usłyszeć dopiero po dłuższej chwili. Tunel musiał być cholernie głęboki. Nie pozostało nic innego, jak przesuwać się wzdłuż ściany. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, ale w końcu w czerni zamajaczył jakiś obraz. Początkowo niewyraźny, coraz bardziej nabierał ludzkich kształtów. Pojawiły się znajome rysy. – Mama? – szepnęłam rozedrgana. Kobieta podeszła bliżej i przyklęknęła na kolanie tuż przede mną. Na rękach trzymała czekoladowy tort z dwunastoma świeczkami. – Kochanie dziś są twoje urodziny. Zobacz, co kupiłam w sklepie. – Jej usta ułożyły się w uśmiech, ale brak kurzych łapek wokół oczu nie pozostawiał złudzeń. Pamiętam tamten dzień. Matka pomyliła datę moich urodzin – były dwa tygodnie wcześniej. Postawiłam potem ten tort koło wiaty śmietnikowej na osiedlu. Może koty się do niego dobrały – dzień dobroci dla zwierząt. Ja to przecież od małego nie lubiłam nawet czekolady. Byłam wściekła. Teraz odnajdywałam w sobie tylko rozgoryczenie. Ominęłam ten uroczy obrazek i odnalazłam chłodną ścianę. Za drugim razem zanurzenie się w ciemności było prostsze. Otuliła mnie ciasno jak koc i szeptała kojąco. Poddałam się i ruszyłam dalej wytyczoną przez nią ścieżką. Dzięki temu nie musiałam myśleć. Tylko ślepo podążać. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, ale od środka zaczął skręcać mnie głód. Z każdym krokiem supeł w brzuchu zacieśniał się coraz bardziej. Zasilałam ciało wspomnieniami ulubionego jedzenia. Bakłażany zapiekane z fetą. Świeże, sezonowe truskawki. Owocowe cukierki w formie galaretek. Dziesięć metrów przede mną wątła smuga światła rozświetliła ciemność i ukazała dwie dziewczynki – mnie i moją najlepszą przyjaciółkę. Siedziałyśmy na piłkach gimnastycznych, a wokół walały się skakanki, pomarańczowe paliki i szarfy. – Zrobisz mi warkoczyki? – Popatrzyła na mnie wielkimi oczami. – Proszę, proszę, proszę! – Nie chce mi się dzisiaj Hanka. – Podskakiwałam rytmicznie na dmuchanej kuli. – Chyba że masz coś tam dla mnie. – Wyszczerzyłam zęby i spojrzałam znacząco na tornister z Lilo i Stitch. – Nie wiem, o co ci chodzi. – Zacisnęła usta i zmarszczyła brwi, próbując zachować groźny wyraz twarz. – No weź. Wiem, że tam są. Tylko najgorsza przyjaciółka by ich nie przyniosła – droczyłam się dalej. – No dobra, no już! – Nie wytrzymała i sięgnęła po paczkę moich ulubionych owocowych cuksów. – Ale teraz warkoczyki! To była nasza tradycja. We wtorki miałyśmy dłuższą przerwę między dwoma lekcjami wychowania fizycznego. Ukrywałyśmy się w kanciapie przy sali gimnastycznej. Ja zawsze zaplatałam Hance warkocze na długich blond włosach, a ona przynosiła cukierki-galaretki. Paplałyśmy bez końca i zachwycałyśmy syntetycznym smakiem ananasa lub cytryny. Pamiętała, że nie lubię czekolady. Burczenie brzucha rozeszło się echem po jaskini. Ściany tunelu wydawały się teraz mniej zimne. A może to moje ciało ogarnęła fala kojącego ciepła. Smugi światła padały na wilgotne od łez policzki i kąciki ust – podniesione w górę jak dawniej. Ruszyłam biegiem w stronę dziewczynek, ale kiedy pokonałam połowę drogi, obraz zaczął blednąć. – Zaczekajcie! – Gula lęku skoczyła mi do gardła. Nim dobiegłam, po warkoczykach i cukierkach nie został ani ślad, w ustach tylko metaliczny posmak. Oparłam ręce na udach i próbowałam złapać oddech. Było, minęło. Oczywiście, wolałabym usiąść razem z nimi, zaśmiać się głośno i nigdy nie wychodzić z kanciapy. Ale nawet jeśli znów otaczała mnie ciemność i grobowa cisza, czułam się kilka centymetrów wyższa. Odgarnęłam włosy z twarzy, zacisnęłam usta i ruszyłam. Poszukać dalej. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, aż wszechobecne milczenie tunelu przerwało dziecięce pochlipywanie. Najpierw tylko ono, pojedyncze, tuż za moimi plecami. Później prawie niesłyszalne pociągnięcie dorosłym nosem. Męskie odchrząknięcie – nieudolna próba stłumienia czegoś większego. Włoski na moim karku stanęły pionowo jak dobrze wyszkolone wojsko. Ścieżkę dźwiękową tamtego dnia zapisałam w pamięci na twardym dysku. Odwróciłam się i skierowałam wzrok na jaśniejący w tunelu obraz – niechętnie, ale byłam to winna Hance. Reszta odgłosów napłynęła naraz w kakofonii: kobiecy lament, połykane łzy, ziemia uderzająca o drewniane wieko, dzwon kościelny. – Polećmy duszę naszej siostry Bogu, Ojcu wszechmogącemu – zaintonował ksiądz i złożył ręce do modlitwy. Zebrani wkoło ludzie poszli w jego ślady. Niektórzy spoglądali w dół wykopany w przymarzniętej, styczniowej grudzie, ale zaraz z powrotem skupiali się na czubkach świeżo wypastowanych butów i mamrotali pod nosem modlitwę. Słowa tych, którym łzy zamazały pole widzenia, brzmiały raczej jak krztuszenie się niemowląt. Nie miało znaczenia, że byli dorośli. Ja milczałam. Stałam, wpatrzona tępo w tablicę z napisem: ,,Hanna Stasik. Odeszła w wieku 16 lat. Żyła pięknie, choć zbyt krótko”. Jeszcze długo po wypadku przyjaciółki z moich ust nie wydobyło się ani jedno słowo na jej temat. Żadne nie wydawało się dostatecznie dobre. I nadal nie było. To zabawne, że wtedy na pogrzebie oczekiwano ode mnie jakiejś, sama nie wiem, deklaracji? Jakby nie wiedziano, że cisza też potrafi krzyczeć. A ja z roku na rok osiągałam wyższe tony, choć nawet dzisiaj w tunelu wciąż pozostawałam niema. Oparłam głowę o wilgotną ścianę i zasłoniłam usta dłonią. Załkałam bezgłośnie. W powietrzu nadal wybrzmiewało echo modlitwy, chociaż obraz już dawno zniknął. Wolno, krok za krokiem, próbowałam posuwać się dalej – zgarbiona i milcząca. Łkanie w tle stopniowo traciło na sile, aż cisza znów zagarnęła całą jaskinię dla siebie. Zdradliwe myśli wykorzystały wolną przestrzeń. Czy gdybyśmy się z Hanią nigdy nie poznały, byłoby łatwiej? Na pewno by nie bolało. Ale czy to lepiej? Nigdy nie znalazłam odpowiedzi, chociaż pytania dręczyły mnie codziennie. Teraz też przewiercały umysł i wybrzmiewały głośno zupełnie nieproszone. Jak wiele bym dała, żeby w mojej głowie zapanowała taka głusza, jaka wypełniała tunel. Próbowałam skupić się na liczeniu kroków, żeby stłumić wyrzuty sumienia. Wciąż na nowo. Nieskutecznie. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, aż w którymś momencie do mojej świadomości przedarła się woń drzewa sandałowego. – Adam? – Wyprostowałam plecy i pospieszyłam tam, gdzie zapach wody kolońskiej wydawał się najbardziej intensywny. – Adam jesteś tu? Zmaterializował się na podłodze tuż przede mną. Emanował ciepłym światłem. Wstrzymałam oddech. Trzymał w ramionach osiemnastoletnią mnie. Leżeliśmy w jego sypialni na dywanie z symbolem mandali. Właśnie skończyliśmy kochać się pierwszy raz w życiu. Dłonie jeszcze nam drżały, a twarze pokrywały zawstydzone rumieńce. – Cieszę się, że zrobiłem to z tobą – szepnął, a gorący oddech musnął płatek mojego ucha. – Ja też. Nie wyobrażałam sobie, że mogło być inaczej. Głaskał mnie po plecach z delikatnością, jakiej później od nikogo nie zaznałam. Wcisnęłam nos w zagłębienie jego szyi i wciągnęłam powietrze. Drobiny drzewa sandałowego mieszały się z zapachem potu, gorącej skóry i ekscytacji. Wdychałam tę mieszankę jeszcze przez dobrych kilka lat, póki studia w różnych miastach nie rozłączyły nas na dobre. Ściany jaskini zdawały się pulsować jak żyły pod skórą. Czy aż tak szybko biło mi wtedy serce? Dziś spoglądałam na nasze młodziutkie twarze i nie mogłam powstrzymać drżenia warg. Wymarzona pierwsza miłość. Wspomnienia z nim związane i nuty drzewa sandałowego zawsze budziły z głębokiego snu coś tuż za moimi żebrami. Pamięć o tym, co wspólnie przeżyliśmy, nie raz pozwalała mi przetrwać. Nawet w najciemniejszym tunelu. Rozkoszowałam się widokiem naszych ciał i kojącym aromatem tak długo, jak mogłam. Ale obraz znikał – fragment po fragmencie. Aż pozostała tylko nostalgia i zapach wilgotnych ścian. – Rusz się – westchnęłam do siebie – Może jeszcze coś na ciebie czeka? Nie wiem, czy rzeczywiście wierzyłam tym słowom. Może próbowałam się złapać czegokolwiek, co pozwalało postawić kolejny krok. I kolejny. I jeszcze jeden. Przesuwałam się do przodu zamyślona. Rodziłam cichą nadzieję, że znów wyczuję coś innego niż stęchlizna, ale ta była szczególnie uparta i co chwilę wdzierała się brutalnie w moje nozdrza. W końcu zaakceptowałam jej obecność, a później zaczęłam przyjmować jak starego znajomego – zdziwiona, że mogłam w ogóle chcieć wdychać coś innego. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, ale powietrze w tunelu robiło się coraz bardziej duszne. Na moje czoło wstąpiły krople potu. Chwyciłam brzeg podkoszulka, podwinęłam do góry i zaczęłam ocierać twarz. Kiedy moje oczy przysłaniał materiał, powietrze przeszył huk. Zamarłam. Wokół rozbrzmiała muzyka elektroniczna, a podłoga zadrżała od basu. Mój umysł ogarnęła panika. Komórki neuronalne podniosły alarm – natychmiast uciekać! Przylgnęłam bliżej ściany. Skamieniałe mięśnie nie pozwoliły na więcej. Wpatrywałam się w jaśniejący przede mną miraż – tłum dziko tańczących ludzi, w tym ja i kilku znajomych. Klub Pod Psem, moje dwudzieste pierwsze urodziny. – Ej! Idziemy na chwilę zapalić, dobra?! Zaraz wracamy – krzyknęła Wera, współlokatorka z akademika. – Dobra, jasne! To ja sobie walnę szota! – Machnęłam reszcie ekipy ręką. Zanurzona w dźwiękach techno ruszyłam w kierunku baru i zamówiłam wściekłego psa. Kiedy odstawiałam kieliszek, ktoś złapał mnie pod ramię. W klubach co chwilę każdy wpada na siebie, przepycha i ociera, więc nawet się nie odwróciłam. Aż w końcu mężczyzna krzyknął tuż obok mojego ucha. – Barman! Jeszcze dwa razy to samo. Dzięki. – Facet, może ze 2 lata starszy, odwrócił się do mnie i uśmiechnął zawadiacko. – Po jednym i na parkiet, co ty na to? – W sumie czemu nie. – Podniosłam ręce w geście poddania się i wybuchłam śmiechem. Chciałam tańczyć, a moi kumple palacze zazwyczaj długo przesiadywali na dworze. Wypiliśmy kolejkę i ruszyliśmy między ludzi. Znaleźliśmy trochę wolnego miejsca przy ścianie. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele ze względu na hałas. Po prostu skakaliśmy jak szaleni i co jakiś czas łapaliśmy kontakt wzrokowy. Ciemna jaskinia. Zacisnęłam powieki, naiwnie licząc, że przywołam ją z powrotem i schowam się w jej zakamarkach. Ale z gniazda wypełzła już najbardziej jadowita żmija – myśl. Czy tamtego dnia podtrzymałam jego spojrzenie dłużej, niż powinnam? Nie. To wcale nie była moja wina, choć musiałam to sobie później wmawiać każdego dnia. Instynktownie otworzyłam oczy, aby więcej węży nie wykluło się ze swoich jaj. Obraz wciąż jaśniał w głębi korytarza. On popchnął mnie na ścianę przy barze, przygwoździł ciałem i zaczął dotykać. Ja zamarłam. Moje mięśnie opuściła cała energia. Stałam w cekinowej sukience zamarznięta jak góra lodowa, ale każdy skrawek skóry czuł jego palce. I zapamiętał ten dotyk aż za dobrze. Dopiero dziś w tunelu, dwa lata później, zdołałam się poruszyć. Może to gorące łzy, spływające po policzkach, otrząsnęły mnie z osłupienia? Najpierw kilka razy mrugnęłam. Potem potrząsnęłam głową. Poruszyłam palcami u rąk i zrobiłam niewielki krok w lewo. W końcu odepchnęłam się od ściany, nabrałam haust powietrza i wydarłam jak nigdy wcześniej. – Spieprzaj! – Zaszarżowałam do przodu i przebiegłam przez sam środek jaśniejących w ciemności, splątanych ciał. Zahaczyłam o jakiś wystający kamień i runęłam do przodu. W ostatnim momencie skrzyżowałam przedramiona i uchroniłam twarz przed spotkaniem z ziemią. Podniosłam się gwałtownie. Zlustrowałam przestrzeń. Zniknął. Wyciągnęłam rękę w prawo, ale palce nie znalazły oparcia. – Nie, nie, nie. Błagam tylko nie to. – W moich piersiach coś pięło się w górę i trzepotało jak uwięziony motyl. Zaczęłam gorączkowo rzucać się na prawo i lewo, w przód i w tył, nie wiedząc znów, który kierunek jest gdzie. Na moje czoło wstąpił pot, a kolana ugięły się pod ciężarem zmagazynowanego bólu – kolekcjonowanego przez lata, ale zawsze starannie zamykanego na klucz. Teraz nie ważne, jak próbowałam go upchnąć w szufladzie umysłu, ta nie dawała się domknąć. Opadłam na ziemię i przyciągnęłam nogi do brody. – Gdzie ja jestem? – Drżałam na całym ciele. – Co jak już nawet góra nie jest górą, a dół dołem? – Kołysałam się z szeroko otwartymi oczami. – Proszę – wyszeptałam – trochę światła. Nie wiem, ile czasu trwałam w tej pozycji, ale cała zesztywniałam. Z letargu wyrwała mnie kropla wody. Spadła na mój nos. Góra. Powoli podniosłam wzrok. Na suficie rozchodziła się zielonkawa poświata. Zmrużyłam zaskoczone oczy. Po chwili zrozumiałam, na co patrzę – szyld z napisem: ,,wyjście ewakuacyjne”. W głowie armia komórek nadziei ruszyła do pracy, gotowa poderwać ciało do walki. Już podnosiłam się z kolan, kiedy moją rękę oplotły kurczowo zaciśnięte damskie palce. Zaczęłam szamotać się w panice. Próbowałam raz za razem odnaleźć wzrokiem twarz tej, która z heroiczną siłą ciągnęła mnie z powrotem w dół. W końcu na ułamek sekundy wejrzałam w jej oczy. Moje oczy. Podmuch dusznego powietrza uderzył w moją twarz i wyrwał z zamyślenia. Podniosłam powieki. Zmrok zdążył się zadomowić aż po horyzont. Pojedyncza łza rozpoczęła wędrówkę wprost do rzeki, która rozpościerała się pod moimi stopami. – Masz przed sobą długą drogę – szepnęłam i spojrzałam na wartki nurt, płynący co najmniej pięćdziesiąt metrów niżej. Zawiesiłam wzrok na toni i poszukałam po raz ostatni. Wypatrywałam odbicia choćby jednej gwiazdy w lustrze wody. – Szkoda, że akurat dzisiaj pochmurno – westchnęłam i pokiwałam głową na znak zgody. Przesunęłam stopy bliżej krawędzi. Przeniosłam ciężar ciała do przodu i pozwoliłam, by moje mięśnie się rozluźniły – pierwszy raz od wielu lat. Pomiędzy przęsłami mostu rozeszła się fala dźwięcznego ,,dzyń, dzyń’’. Dwaj chłopcy, na oko dziesięcioletni, wjechali właśnie na konstrukcję górskimi rowerami i próbowali prześcignąć się wzajemnie. Jeden z nich nagle zahamował i zeskoczył na ziemię. – Janek patrz! Coś tu leży – krzyknął i niedbale porzucił górala na asfalcie. – Chodź no tu natychmiast! Mamy znalezisko. – Przywołał naglącym ruchem ręki. – Co jest? Coś fajnego? – Drugi chłopiec jednym susem znalazł się tuż obok, a jego oczy błysnęły z zaciekawieniem. – To latarka? – Tak, ale zobacz. – Pierwszy zdążył już podnieść przedmiot i bezskutecznie wciskał guzik ,,włącz/wyłącz’’. – Nie działa. – Daj na chwilę – odparł Janek, przejął zdobycz i ostrożnie podważył paznokciami klapkę od pojemnika na baterie. – Ha, wiedziałem! – wykrzyknął zadowolony. – Patrz, baterie są po prostu odwrotnie powkładane. Wystarczy odwrócić i będzie świecić jak nowa. Anna Przysada (ur. 2001) – psycholożka, początkująca pisarka i słuchaczka pierwszego roku Studiów Literacko-Artystycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutowała w czasopiśmie PantoZIN, na co dzień tworzy we Wrocławiu. Wiecznie zdziwiona zapachem trawy po deszczu i tym, jak szybko jej kundelek Agrest unicestwia nowe pluszaki.
- Piotr Kasperowicz – syndrom ucieczki
Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Poeta, prozaik oraz felietonista. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa "Mega*Zine Lost And Found" prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomów wierszy.
- Szymon Florczyk – osiem wierszy
reakcje dziś rano przez pokój przewalił się autokar trupów jak puchowa lawina nie poruszył mi włosów ni stóp do pomocy cierpiącym wieczorem przy porządkach opadł mi na dłoń pasek ze starego szlafroka który kiedyś podzielił właścicieli sprzedałem mieszkanie brakująca część garderoby światło rozkłada się na posadzce, tynk osypuje w szarość. zrostem ścian pełznie . . nic w sugestywny deseń. . para butów – otwory na cień, pnący pod żebrowania sufitu; skądś płynie miękkość, głuchota mchu otulającego ściany. Kwarantanna na początku niedotykalne stały się kubki. jej linie papilarne świeciły, a kolor toksyny budził odruch ucieczki u palców. nastały nowe naczynia, poduszki, książki, te jednak zaraziły się prędko od blatów, obić i półek; ścian, okien i drzwi, którymi wyszła. zasłony, chroniące przed straconym w ten sposób zewnętrzem, zaczęły ciężko oddychać. przepuszczały mdlące smugi na dywan, aż zgęstniał w dżunglę. porósł pokój, wygłuszył. pozostawało półleżeć w fotelu i zrastać. nie zdradzać ruchem, nie ułatwiać drogi drażniącemu śluzówki powietrzu. ostatnie ruchome knykcie potrzaskiwały: znikają nam stawy? nie róbmy rumoru, a będzie dobrze . ekloga dzisiaj mój trawnik to raczej łąka kwietna szerokim gestem przyjmuję alergię i środków nie przed się biorę szeroką frazą zbieram co twoje nasze ciała mówiły do siebie zamieniliśmy kilka słów które w nic się nie zamieniły nasze ciała mówiły do siebie urywanie mamrotały pytania rozmawiały ze sobą długo ciała ukradkiem piszą do siebie listy po czym je gubią czasem nasze ciała się gdzieś wymykają ale nie nasze to sprawy Bez nadziejny Drobię po naprawdę, naprawdę kruchym lodzie. Co, jeśli chuchnę nadmiernym ciepłem i całkowicie nade mną się zamkniesz? Spojrzenie mam straszne, wiem, z zewnątrz i od wewnątrz. I oddech: nadzieja to chowa się, to pogania. Chcesz wiedzieć czemu, czy się oganiasz jak przed natrętnym gzem, którego pocałunek bardziej by cię poranił? A jeśli w tobie rozrosło się światło, czy chcesz mi jeszcze o nim powiedzieć? Czy pozwolisz mi poczuć się, jakbym powrócił z dalekiej podróży? kolejna próba pisania o jesieni najgorsze – grabienie liści z całego roku kładą się do zbiorów i żeby jeszcze chciały szybko trafić na stos i do worka ale chwytają się grabi i nim skończę mocować się z nimi targać przyglądać bliżej zdążę namoknąć jak rzucony w kałużę katalog niewykręconych a one w spokoju rozkładają się na ciągle tych samych stronach *** [to niebo] to niebo jest do patrzenia a te stopy służą do pokonywania odległości wzdłuż siatki skrada się czarny kot osobliwie własnymi drogami ale natura kota jest jasna jasne są też kaczeńce przy ścieżce tak jak potrzeba ich niezrywania powierzchnia kałuż jest taka gładka że nie chcę znać głębszych znaczeń Szymon Florczyk (ur. 1986) – autor zbioru wierszy Ciało i zgłoska (2024). Publikował wiersze m.in. w "Toposie", "Odrze", "Afroncie", "Post Scriptum", "Wytrychu", na stronie "Wydawnictwa J". Zdobywca Złotego Syfonu Publiczności 2024 w Brzegu, wyróżniony w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Jego teksty prezentowano w Polskim Radiu Koszalin i Radiu Plus Radom. Próbuje sił również w muzyce z pogranicza rocka i klasyki (YT: Marquise Project ).










