Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Martyna Franke-Białas – cztery wiersze
recycling nowej ery wydzielamy mu odpady bohomaz odbitka skóry z rozjechanego walcem banana pakujemy w kolorowe kubełki trochę świata chłód wnika w worki drze włókna foliowy brud zstępuje tu z niebios wrzućmy to po prostu w toń prąd zaśmieci im te drugą stronę jakimś przypływem pęto kiełbasiane jak jad(ł) numizmat – wizyta w sklepie wypolerowanych witryn powyginane porcelanowe żaby wdychały zapach świeżyzny w gablotach przygotowano kosze owoców zimnych i zmumifikowanych przychodziłam tam dla tych figurek wszędzie lusterka przytrzaśnięcie palca drzwiami tak zatrzaskuje się wielkie zamrażarki strefa zimna wolna od bólu mama płaci ja nie rozumiem czym jest pęto widzę mięsne powiązane snopki kokardy długich trzewi wspinam się po lianach nadchodzę jak czas ogryzania kurzych łap niezbadany puls zakotwiczony ogryzek w jabłku pulsuje jak głębia w fali którą widzisz gładką pierwszą z brzegu maszt ostrzegawczy czarny pręt statui niezmącony w tafli rakotwórcza krwinka w ciele człowieka pulsuje co jakiś czas przypomina o zakazach i nakazach zwłokach w wersalce i konaniu w wersalu nagłej pirotechnice w arteriach i drożynach anatomii wreszcie o czerwonych znakach przy drodze tętni ostrzeganie jest przypływ to wyczuwalny naoczny puls-tęten niezbadanej wody na serdecznym szukamy w dni tygodnia słucham morza płynącego w rurkach kaloryferów zapowietrzeń niewywietrzonych pokoi mam plaże w domu naniesione w podeszwach doję mleko z zębów które wypadły gdy miałam 6 lat spoglądam na pejzaż przecięty pęknięciem szyb przynosi mi galaktyka wszystkie szlachetne kamienie i rozstawia po pokojach najważniejszy i tak jest ten diament laboratoryjny jak mysz symboliczny jak malarstwo niderlandzkie serdeczny Martyna Franke-Białas (ur. 1995) – absolwentka filologii polskiej. Debiutowała w 2009 roku w tomie pokonkursowym. Jej utwory poetyckie można było czytać m.in. w ,,Akancie”, ,,Migotaniach” i ,,Afroncie”. Tegoroczna uczestniczka zajęć warsztatowych "Pracowni przed debiutem wierszem".
- Luis Alfonso Chiriboga Izquierdo – pięć wierszy
Reminiscencja Brzeg przywołujący odległe niebo i woda, płynny spisek zabarwiony błękitem, tworzą przestrzeń, którą rozświetlają moje oczy. Powolne wspomnienie przemyka, widmo słońca już zgasłego. Szmer powracających głosów, słodki łyk z twego odległego kielicha, odtwarza twój obraz niczym lot skrzydeł rozpościerających się pośród pustki umysłu, walczącego ze skałą i morzem. W dole tajemnica soli przemienia, w przeobrażeniu ognia i spustoszenia to, co niegdyś było namiętnością i pełnią na piasku. Nieruchoma myśl, nieruchomy twój głos w twym obrazie zjednoczone w tym samym spisku, w tym samym czuwaniu w ukryciu, by wydrzeć światu jedną chwilę poza czasem. Nieruchoma myśl, nieruchoma w twym obrazie, przywiązana do mej pamięci, ujrzałem w twoich oczach, tak jak ty w moich, ten sam sekret, którego nigdy nie wyjawimy, dopóki zamieszkujemy królestwo fraz, imperium przemijającego czasu, zmierzającego ku pustce. Jesteśmy pęknięciem przekraczającym granicę przestrzeni pozbawionej czasu, gdzie olśnienie wyzwala nas z gramatycznego zaklęcia. Jesteśmy zawrotem głowy i upadkiem, punktem wyjścia i powrotem, jesteśmy ulotnym olśnieniem, ostatnim źródłem przed nicością. Cykl W zakątku mej pamięci, starym archiwum lub cyklu, który się powtarza, tatuażu pragnienia albo surowym prawie, które nie odkupuje ani nie potępia, wyryte jest to, com wczoraj uczynił. To ścieżka, po której śladach zawsze będę stąpał na nowo, uparte zapomnienie, choć każdy z nich prowadzi z powrotem do punktu wyjścia. Tak więc na mojej starej, mrocznej stacji, w nieruchomym czasie oczekiwania, w czuwaniu smaganym wiatrem, który przemierza horyzonty mojego głosu, zbieram kawałki smutnej układanki, odtwarzającej mój rozbity obraz. Pozostały już tylko ruiny, jedyny łup, po mirażach, namalowanych przez pragnienie. Pozostały już tylko zdania, ponura latarnia, wyznaczające ten sam szlak. Alchemia słowa Te rozległe krajobrazy słów, które moje pióro kreśli ze zdumieniem, mitologia sprowadzona do fragmentów, przygoda rozpuszczająca się w wersach, są tym, co mój czujny umysł chwyta, gdy ukradkowy wiatr prędko wzbijając się z mych nerwów, przypuszcza szturm na moje anonimowe ciało. Moje ciało oczarowane horyzontami, moje ciało poranione przez wiry i otchłanie, astrolog uśmiechów i spojrzeń, astrolog ust i ciepłych dłoni, astrolog śpiący w jej włosach, koneser snów i alchemik. Szata cieni Napisać wers to odciąć kawałek cienia, jak odcina się płatek ustami w poszukiwaniu jego tajemnicy. Kawałek cienia ubrany w słowa, słowa niczym łachmany, lecz ostatecznie to szata, którą okrywa się znużenie, którą okrywa się nicość i pustkę przemijających godzin, szybkich, zimnych. Wersy są kawałkami cieni przyodzianymi w barwę słów, wytarty niepewny kolor, ślady postaci i widm, niczym lustra powtarzające mój kształt. Mój umysł, mroczne zwierciadło Wyprostowany na własnych gruzach, popiołem dziś to, co już przeżyte. Rozmyte kontury świata są pyłem mego mrocznego alfabetu, zimnym skupiskiem rozproszonych liter, dryfującymi fragmentami gwiazdy już martwej, która nie rozbłyśnie ponownie. Mój umysł jest jałową pustynią, na której mroczne upiory handlują szczątkami mojego zwęglonego „ja”. Mój umysł jest mrocznym zwierciadłem, w którym grymasy, uśmiechy i lamenty szydzą z moich rozbitych dążeń. Mój umysł jest otchłanią, którą zamieszkują smutne wspomnienia, zimne widma, kopiące grób, do którego wpadają ideały, a wraz z nimi i nadzieja. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Luis Alfonso Chiriboga Izquierdo (ur. 1946) – urodzony na Wyspach Galápagos w Ekwadorze, w 1968 wyemigrował do Kolumbii, a następnie do Wenezueli, gdzie ukończył studia filozoficzne. Dzięki stypendium Fundacji Ayacucho wyjechał do Francji, gdzie podjął studia doktoranckie na Sorbonie. Uzyskał stopień doktora filozofii w zakresie estetyki. Jego dysertacja doktorska poświęcona była poezji Octavia Paza. Po zakończeniu studiów powrócił do Wenezueli, został profesorem uniwersytecie w Cabimas. W późniejszych latach wykładał również jako profesor wizytujący na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 2001 roku mieszka w Polsce. Autor pięciu tomów poetyckich, pięciu książek prozatorskich oraz zbioru esejów.
- Susana Thénon – pięć wierszy
Modlitwa Kiedy księżyc przestanie wyróżniać tych nielicznych którzy tak o północy jak i o świcie wykrzykują swe uniesienie bez zahamowań. Kiedy ostatecznym stanie się prawo do śnienia o samym sobie bez sprawdzania liczb, podartych papierów, płci, prędkości bez pośpiechu we krwi. Kiedy umrze niebo — jego represje — a piorun stanie się dzieckiem pośród liści. Kiedy zapłonie wiatr pogrzebany. Gra Ogołoćmy się ze wszystkiego co pewne co wyłania się na zewnątrz pociągnięciami powolnymi a ostatecznymi. Wszyscy zaangażowani w zadanie by być, żyć, czuć bez innych więzów. A kto nie potrafi zdusić swej miłości do tego co zakazane, niech upomni się o swe prawo do bólu, o swą pokutę. Ogołoćmy się ze wszystkiego co ukształtowało nas na obraz i podobieństwo nas samych i kosztujmy roztropnie ku pamięci minuty absurdalnej i wolnej. Nie Odmawiam bycia opętaną przez słowa, przez klatki, przez podłe geometrie. Odmawiam bycia zaszufladkowaną, rozbitą, wchłoniętą. Tylko ja wiem jak się zniszczyć, jak uderzać swą głową o głowę nieba, jak odciąć sobie dłonie i nocą czuć jak wrastają we mnie do środka. Kat Bliski głos powtarza mi: odpocznij, a ja nie mogłabym odpocząć inaczej jak we śnie utajonym, niczym strzała spoczywająca w kołczanie. Z każdym dniem moje godziny stają się ostrzejsze, bardziej szorstkie, odkąd nie oddycham i pali mnie słońce. Znam słowa na których dźwięk drzwi ulatują niczym pióra a niebo jest poduszką u stóp. Znam karę. Znam wszystkie kary. Lecz dziś świt zastał mnie katem. [dlaczego ta kobieta krzyczy?] dlaczego ta kobieta krzyczy? dlaczego krzyczy? dlaczego krzyczy ta kobieta? a kto to wie ta kobieta dlaczego krzyczy ona? a kto to wie spójrz jakie piękne kwiaty dlaczego krzyczy? hiacynty stokrotki dlaczego? dlaczego co? dlaczego krzyczy ta kobieta? a ta kobieta? a ta kobieta? a kto to wie to pewnie wariatka ta kobieta spójrz spójrz na te lusterka czy to przez jej rumaka? a kto to wie a gdzie słyszałaś słowo rumak? to tajemnica ta kobieta dlaczego krzyczy? spójrz na stokrotki kobieta lusterka ptaszki co nie śpiewają dlaczego krzyczy? co nie latają dlaczego krzyczy? co nie przeszkadzają kobieta a ta kobieta czy była wariatką? Już nie krzyczy (pamiętasz tamtą kobietę?) z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Susana Thénon (1937–1990) – argentyńska poetka, tłumaczka i fotografka, wpływowa uczestniczka argentyńskiego ruchu literackiego XX wieku.
- Marcin Wróblewski – siedem wierszy
zimny kuglarz spod słonecznego splotu odzywa się tylko, gdy chce zwrócić na siebie uwagę. co za niefart, że leżę w kierunku jądra ziemi, z której ani ty, ani ja nie będziemy rozliczeni. a nawet jeśli, to racja jest przy nas, mających w dupie świat cały i jeszcze ułomek układu solarnego. dziejstwo kraść duszne lipcowe noce, rozdawać silnym i zaradnym mężczyznom na aperitif. silnym i zaradnym kobietom – na ból głowy i szarlotkę w foremce na poczucie winy. kraść, jak kradnie się przeszłość – beznadziejnie i bezpostaciowo, łapczywie i naiwnie. jak łapczywe i naiwne są duszne lipcowe noce. troska wiem, że cienie, które nosisz pod oczami, pochodzą spod powiek. wiem, że umierają od słońca i liści starej jabłonki, pod którą tak dziwnie stoisz. za wcześnie zdradzone niebo nie można było z tym poczekać i – opierając wiarę o nabożne podmuchy wiatru słonecznego – nadal zbierać poziomki po lasach? osuwisko nocą, gdy rzeki są głębokie – krew, jak puls drzew,osuwa się w oczodół pamięci. zimne, drobne dłonie. zaburzenie mówię ciałem – bo słowa zbyt wiele znaczą. nigdy nie słuchałem, wolałem patrzeć i odczuwać. jak wezbrane wody przed balkonem Pałacu Weneckiego, do których można było wrzucić ruchomy korpus – z rękami i około siedemdziesięcioma mięśniami twarzy. tylko to mnie przekonuje – o ile, nadto się rozpraszając, nie wyrządzę sobie krzywdy. dogmat nie ma zbawienia poza domem. trzymałem w dłoniach skrzydła dzikiego chabru, na których uniosły się obietnice cięższe niż słowa. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – poeta i fotografik. Wydał trzy książki poetyckie: Zimne Ognie (2023), Brama (2023) i Widać nóż (2025). Publikował w „Toposie”, „Odrze”, „Epei”, „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Konkursu Literackiego „Limesu” (2023). Dwukrotnie wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023, 2024). Mieszka pod Nałęczowem.
- Magdalena Kalinowska – siedem wierszy
o wzroście głębokie i żywe. nigdy wcześniej żywa nie była. ciało ciało powłoka, ciało funkcja, ciało skóra, ciało potrzeba, ciało czeka na spełnienie prośby może być na przykład koszem wszystkich was uratuję z waszymi dziećmi włącznie szklankę herbaty wam podam na dziś na jutro nie na starość nakarmię psy bezdomne gołębie wróble i psy bez domu psy bez pana jak ja myśli ciało i nagle szerzej bardziej i w głąb przynajmniej tak uczynię ci przestrzeń, małe, maleńkie ja o micie boi się stanąć na wadze kobieta XXI wieku, myśli bierze w dłoń pierś pod spodem serce a w nim krew myśli czasem o campbellu podejście numer dwa: polskie tłumaczenie znów włożyło kij w tyłek czyta wiec po angielsku przynajmniej nie czuje się głupia myśli zostanę swoją bohaterką i mistrzynią w jednym nie oddam umysłu Obcemu patrzy obcej w lustro istocie wchodzi w las, chowa się w krzaki wdycha pleśniowy zapach ziemi i doświadcza doświadcza doświadcza o przebłyskach i rano koc obciążeniowy na ciele tam, gdzie skóra jest cienka czy to jest koc czy człowiek, ciało nie wie okno otwarte, powietrze nocy i ten pierwszy moment, gdy otwiera się oczy zimno mu, ciało drży ciało drży. myśli, może gdzieś daleko, za zasłoną jesteś ty, my schowane na brzegu obok cień i jabłoń na trawie, lato parne, lato gorące i już, już pójdziemy popływać a woda, woda, była w nas od zawsze o przestrzeniach bez człowieka teraz zna berlin jak cudzą kieszeń, poznaje znaczną ilość leśnych jezior jezior zmysłowych wierszy w jeziorach trzeba więc, trzeba koniecznie chodzić nad wody dzikie i przejrzyste widzieć stopy na dole w mroku i bez dna głowy dotykać gałęziami wierzby ciała nagiego, gdy pochyla długie palce do lustra trzeba pozwalać ciału czuć wiatr na mokrym ciele wychodząc na brzeg nie pozwolić wierszowi wyjść jak to tak, no jak eden, hani myśli o ogrodzie miltona przy grze fortepianowej późnym sierpniem, wiosną ziemi, gdzie ziarenka prawdy, głosu i mitu kąpie się nago w jeziorze: pierwotne to i dzikie, glina wchodzi w palce od stop wysmarowania skóra jak przed walką, wyruszeniem w las słońcu na brązowych policzkach gdy wystawia brzuch w stronę wiatru suchego tak kończy się lato o piaskownicy dziecko spotyka dziecko lepią babki w piaskownicy stoją odwrócone wiaderka łopatki w mokrym piasku są brudne dziecko 1 mówi do dziecka 2 fajne jesteś, zaprzyjaźnimy się dziecko 2 mówi dobrze tak to się robi mając lat sześć albo dwanaście. dwa plus dwa to czasem cztery dziecko się uczuć nie wstydzi nie zna ułamków, daty chrztu polski historii romulusa trójkąta i pitagorasa o lustrze pisane są o tobie wiersze wolne jak ptaki, nieproszone pragnienie o zmierzchu za oknem samo loty nie musisz wiedzieć, że mieszkasz w czyichś myślach, przy porannej kawie jesteś obecna jak szept przed zaśnięciem, z policzkiem na poduszce powietrzem nabieranym do płuc do brzucha Magdalena Kalinowska – poetka. Wykształcenie humanistyczne i artystyczne łączy z praktyką pracy z młodzieżą. Finalizuje studia psychologiczne. Interesuje ją poezja somatyczna. Wyróżniona w XXIX OKP im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Publikowała m.in. w „Akancie” „Ypsilonie” i „Pro Libris”. Uczestniczka Pracowni „Przed debiutem” Biura Literackiego 2026.
- Bogdan Nowicki – Toyen
Czy to płoną pokrzywy w głowie, w uchu chroboce oset? nie ma zgłosek, tylko dziurawe guziki. w spłaszczonym pokrowcu ciała grzechocą rybie piszczele pamięci. pod blatem podniebienia liter – język zwinięty w por skóry. paralele: miseczki łusek, skorupki piór, łodyżki włosów, bibułka źrenic. z poprutych sieci zmęczonych kończyn, wypada gasnący węgielek, syczy w wypustkach ciasnego pudełka kości. Czy to gardło nieme, jak żmija pozbawiona jadu, spowija ciężar pustej arterii? wypłukane do cna: żwirem, gruzem, szkłem, ością, głoską, oddechem, z wlotem i wylotem żłobi tunel w mule, twardniejącym w rentgen. niczego nie cenzuruje: z góry na dół przecedza cukier lub cyjanek. w czas posuchy wciąga ziele, parska, charczy. zwija się i rozpręża, tli niepożartą, szmacianą lalkę. Czy to w łuskach naskórka, w węzłach kości baza wcieleń bez liku? serafin żyletką rozcina nenufary z nałogiem duszy i głodu. kamerka wykręca się na drucie pioruna: ma kij ognisty i obojętne bielmo w oku. przycupnięte chóry tojadów – spowinięte szponami piór – otwierają kaptury: w trujące sienniki. Czy to ona głaszcze mowę szczwanych lisów? zgrzytanie zardzewiałych kluczyków. czapkę niewidkę – purchawkę ma w głowie i zmechaconą skórę pokrytą haczykami blizn. każda chwila to przelot strzały, cień cięciwy ramy, konstelacje ostów w paszczach os. W spichlerzu kolorów, oprócz chrząszczy, hoduje: rozkruszki, pajęczaki, a w fałdach wiązań torb i worków, gdzie lamparty nocy składają jaja, stuletnie kolonie moli. Szypułki światła oprzędza myślą, aż po suchy strąk, którego kolec zdaje się być pustą pończochą kosmosu, dyndaniem. Bogdan Nowicki – pochodzi ze Śląska, pisze wiersze, prozę i eseje. Organicznym filarem jego twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Schulz, Leśmian, Kafka, Beckett, Cioran). Znacząca dla jego literackiej świadomości jest także poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego. Publikował m. in. w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”. W tym roku ukazał się jego tom poetycki Agrafony.
- Michał Piechutowski – pięć wierszy
na nadmorskim deptaku kolorowe stragany przy nich tłoczą się nasi wspólni nieznajomi spójrz na tę ozdobną popielniczkę made in china z nazwą miejscowości czy będą do niej pasować staranne obtłuczenia kamuflaż ludzie z różnymi dysfunkcjami potrafią się dobrze maskować mijasz ich codziennie rozmawiasz z nimi w pracy słyszysz w telewizji oddajesz na nich głos i nawet nie podejrzewasz że część z nich to wysoko funkcjonujący idioci jakoś tak niepostrzeżenie w jasną osnowę lata zaplątał się jesienny wątek wciskając płaczliwy deszcz nocami gdy nikt nie patrzy czy to sabotaż wroga klasowego udającego przodownika pracy czy po prostu schyłek sierpnia i jak ci tam cześć jak leci w nowym życiu foldery wyczyszczone ze zbędnych plików a stare zdjęcia mają teraz doklejone nowe twarze trywialna alegoria ale jak nośna a wiesz że dopóki nie spisano twojego życia do końca to księga nie ma okładki coś jeszcze można poprawić coś dołożyć zrobić przypisy a wstydliwe fragmenty zamaskować kleksem Michał Piechutowski (ur. 1973) – poeta. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania archiwista w szpitalu.
- Maciej Skomorowski – cztery wiersze
Warunek Jeżeli mowa jest jedyną przytomnością świata aż do jego zatartych nieretoryczną mgłą granic. Jeżeli istnieje czas dla słowa pierwszego, konfiguracja znosząca milczenie otchłani w niepowtarzalnej i trwającej i bez nas już zawsze cielesności słowa jak jej pomnożona dłoń omnipotentnej, wolnej gry u steru konieczności samej, wielokrotna jak chwile w oczach owada obdarzonego wiecznością. Jeżeli istnieje zakątek, w którym objaśnienie wypowiada własną zasadę jak dzień wschodzić ma w zwyczaju bez pytania o zeszłą noc i jak razem wracać w gdzieś niedbale rzuconej zabawie dziecka, które nie może umrzeć, zawsze jest. Marzanna - Marzanno, raz już cię żegnałem. Dzieckiem byłem, gdy ciebieśmy topili tamtej wiosny, kukło marna, w solidnym porozumieniu nad rzeką Wisłą my dzieci za podszeptem jasnej pani twoje symboliczne ciało zimy oddawaliśmy w nurt po roztopach z myślą, iż kukło nadobna przez nas stworzona trafisz do gdańskiej delty i zatoniesz razem z naszym smutkiem chłodnym i nigdy już nie zawitasz, lecz myśmy dzieci nie wiedziały, że wiosny przychodzą w rzędach dekad i byłaś dla nas pierwsza Marzanno, pierwszą byłaś ofiarą naszą słowiańską, zabijaliśmy cię radośnie topiąc, odsyłając zło zimy w tobie zaklęte ku morza głębokiego trwaniu, byś tam mogła mieć spoczynek, w naszej nieznajomości świata i wiosen wiedzieliśmy tylko o nurcie oswobodzonym z kry i północy, gdzie rzeka Wisła niesie - niosła cię ku spełnieniu, które śmierć twoją kukło pstra przewidziało nie w słodkiej wodzie jesiotrów, lecz w słonej dorszy - wyprawiliśmy cię Marzanno w dal po naszym sprawieniu ciebie w klasie szkolnej na lekcji plastyki, bodajże wiosny roku pańskiego 1986, gdy zimy naprawdę musiały być odegnywane, jako że dziś zim już nie ma za nic. - Dlaczego więc Marzanno znów płyniesz, raz już jako dziecko zabiłem cię, mówię przecie, i czy właśnie dlatego zim dziś brak? Ludzka działalność to nadnaturalnie szybka wiosna w skutku i śmierć twoja kukło drobna, a ludzie się uwijają w rozmowach lub ich unikaniu, nie ta sama wiosna tego marca innego wieku, lecz rzeka Wisła nadal unosi twą słomianą szmatę, Marzanno. - Dziś znów widziałem jakże twoje płynięcie, śmierć, odchodzenie, głupie pożegnanie naszych przodków, znów dzieci przeciwko zimie zabijające jej terror radośnie i śmiało choć w innym mieście, dryf twój w nieznane północy jak ten mój dorosły wiersz. - Powracaj i giń. Nigdy nam tego dosyć. Kochamy cię, Marzanno. - Chcesz odejść na dobre? Któż tego wzbrania? dekonstrukcja 1. pierwsza krytyka moje retoryczne naśladowanie wieloryba redukuje do mimesis płetwy widzisz mój gest wykonywany dłonią druga krytyka uderza w ciebie i we mnie jako rzeczy i sprawia że na powrót mówimy symptomami lub w sposób artykułowany trzecia krytyka generuje hologram chrześcijańskiego nieba i jego greckiego rusztowania - oba pokazuje jak gęsią skórkę która przecież nie jest miarą 2. (dziewica królewiecka odwraca się w grobie) 3. całości przestają panować na obrzeżach ich kontury aproksymacyjnie rozmazują się czy to węglem czy pikselem i te nieostre atomy znaczeń jak w wielkim zderzaczu hadronów spod genewy błyskają nowymi pierwiastkami spoza tablicy obiecując przyszłość z doskonałym narkotykiem (oddajemy głos tym z obciętymi językami): 4. postują literaturę modlą się instrukcjami wersyfikują rozporządzenia sprawozdają dokumenty parafrazują ustawy skandują powitania przekładają groźby trawestują piosenki przepisują przepisy i wszystkie twoje nie wiem nie podlegają definicji która jest niemożliwa jak rzekłby starożytny sceptyk czy nie ma znaczenia czy w literaturze czy na świecie? - pytasz powikłania za oknem na podwórzu lub z wnętrza dłoni na liniach i mówisz że chcesz mówić o czymś więcej niż podmiot i orzeczenie podmiot i przedmiot substancja i akcydens niebo i ziemia mężczyzna i kobieta aż w końcu wykrzykujesz: bóg! i to także odrzucasz gdyż mówisz o czymś więcej zaprawdę gdy czytasz wracasz do lektury czytasz i mówisz myślisz tylko o tym co pozostaje ce qui reste 5. właśnie opuściłeś peron teorii mapy: miast pojęć rozrysowujesz teraz w gwiazdozbiorach na nocnym niebie zachodu łącząc jaśniejące dziury… 6. po tej orientacji na tekst świerzbi cię by również filozofię pozostawić za sobą jako rodzaj pułapki terminologicznej pierwsze i ostatnie się nie liczy w środkowym biegu rzeki każda kropla zmierza od-do a teraz będzie odwrotnie: pismo przypiszesz szeptem do mowy dotkniesz mięśni duszy a wiecznością będziesz żył tu gdzie jesteś teraz - teraz i tu 7. (obecne to zakłócony sygnał i śnieżenie ekranu) 8. by nazwać robisz literówkę upraszczasz do symbolu symbol zapisujesz w słowniku słownik spalasz 9. bawiliśmy się tak wieczorami uroczyście zapowiadając powrót bogów i im było to miłe także więc uśmiechali się do nas wszyscy dumni ze swych dzieł swoją przewagę okazując jako dobro wręczane w nasze chciwe ręce z chwytnymi kciukami przystosowane by je złapać dopasowane do nas jak fraki i suknie koktajlowe na ten jeden wieczór wysoko albowiem byliśmy potrzebni naszym gospodarzom by znów mogli wycofać się w zapomnienie i ciszę oni mieli na myśli powodzenie naszych praktyk codziennych gdy rozpychamy się tak zwyczajnie w znakach -( 10. przyśniło mi się że ten jeden jedyny raz nie popłynęła krew lecz gdy budziłem się rano jej już nie było) Uznanie za zmarłego Zmarli podlegają prawom na równi z żywymi. Zagiń na lat dziesięć, a będziesz zmarłym dla państwa. Zaginieni seniorzy po siedemdziesięciu wiosnach - by uznać ich za zmarłych wystarczy zaledwie lat pięć. Za zmarłego zostanie uznany również ktoś - i podpis i pieczątka pod tym będą - jeśli zaginął w podróży powietrznej lub morskiej (prawdę mówię, artykuł trzydziesty wprowadza pojęcie “zdarzenia szczególnego”; w rzeczy samej, szczególne zdarzenia muszą się zdarzyć, aby nastąpiło uznanie za zmarłego). Następny paragraf jest o statkach, okrętach, żegludze - nie tylko z legend wiemy przecież, że marynarze giną bez śladu, więc gdy szczątków nie sposób odnaleźć - uznany zostaniesz za zmarłego po sześciu miesiącach absencji twojego statku - tu cytat: “w porcie przeznaczenia”. Żeglarze bez portu przeznaczenia muszą czekać aż dwa lata po ostatniej wiadomości od nich, by zostać uznanymi za zmarłych. Istnieje domniemanie śmierci. Jego egzekucję przeprowadzają urzędnicy uznając za zmarłego. - Żywy czytając tak dalej w cudzysłów biorę dwa wyrażenia z następnego akapitu: “najbardziej prawdopodobna okoliczność” oraz “brak wszelkich danych”. Umiera się zawsze kiedyś. Przychodzi godzina. Godzina ma sześćdziesiąt minut. Ale jeżeli uznanie za zmarłego zostanie przypisane jedynie do dnia, to godziną będzie koniec tego dnia. Formalna racjonalność administracji: uznanie za zmarłego niewątpliwie jest czynnością, samo umieranie niekoniecznie, ale może w umieraniu jest także coś dla żywych, więc mniejsza o dokładność godziny? Papier, północ, jak rozumiem... Za zmarłe uznaje się także grupy (redaktor wyróżnił “równoczesność śmierci”), wzięto pod uwagę - moja wierność prawu przekracza nawet dokładny cytat: “niebezpieczeństwo grozić może pospólnie kilku osobom”, a jeśli na podstawie powyższego uznamy ich za zmarłych wtedy, według prawa, są “zmarli jednocześnie”. Czytam Kodeks Cywilny, gdyż coraz mniej pewny ze mnie spadkobierca. Ojciec uznał mnie za zmarłego, ale nie jego jest prawo. Maciej Skomorowski – publikowany, nagradzany i zapraszany, lecz przecież nadal najbardziej niedoceniany poeta w Polsce.
- Piotr Ruciński – Pożegnanie
Zabrano nas z biura we wtorek o godzinie 13. Kazika, Lidkę, Barańskiego i mnie. Ola być może się uratowała – wyszła wcześniej na jakieś spotkanie. Dzień był bardzo jasny. W gmachu przebywała wtedy moja żona. Przychodziła prawie codziennie z trojakami do naszej stołówki. Najczęściej zupa i okraszone ziemniaki, ale i to dobre, żeby jakoś prosperować. Niosła potem obiad do domu. Razem z mamą jadała go Krysia. Mała Madzia wciąż żywiła się mlekiem. Wcześniej żona zachodziła zwykle do mnie. Siadywała na biurku i żartowała, beztrosko wymachując nogami. Często przekomarzała się z Barańskim, skończonym hipochondrykiem. Podchodziła do niego, chwytała za głowę, kazała otworzyć usta i zaglądając mu w gardziel z udaną rezygnacją kiwała głową. – Panie Stefanie, to stanowczo gangrena krtani. Ja panu to mówię, prawie doktór medycyny. Niechże pan wraca natychmiast do domu! – Co też pani mówi, pani Igo? – bąkał nie na żarty wystraszony mój towarzysz. – To pewne jak „kyrie” w litanii. Niech pan biegnie do żony, i niech ją pan porządnie… ucałuje! Każda chwila droga! Po tego rodzaju poradach, przekazywanych z powagą ściągniętymi brwiami, żona moja wybuchała zwykle perlistym śmiechem, uroczo unosząc przy tym głowę. Śmiałem się i ja, chichotała urzędująca w przedsionku pokoju Lidka. Tylko Barański patrzył na nas na przemian i zdezorientowany kiwał głową. Tym razem śmiechu nie było. Gestapo z hukiem wtargnęło do pokoju i wymierzyło w nas lufy karabinów. Wstałem, odłożyłem na stół strugaczkę i uniosłem ręce. Barański rzeczywiście wyglądał teraz, jakby gangrena zaatakowała mu szyję. Była purpurowa z wyraźnymi jasnymi plamami. Spojrzałem na Igę. Wpatrywała się we mnie. Znacząco, zdecydowanie zbyt mocno. Pomiędzy nami przeszedł oficer. Odepchnął mnie. Patrząc nieprzerwanie na nią zamknąłem oczy i otwierając je skierowałem szybko wzrok na podłogę. Zrozumiała i spojrzała gdzie indziej. Ślicznie jej w tej zielonej garsonce – pomyślałem ni z tego ni z owego. Niemcy wiedzieli, po kogo tu przyszli. Po mnie. Szukali też Oli, która w podziemnej robocie tkwiła pewno równie głęboko jak ja. Chcieli wziąć cały nasz wydział. Wrzeszczeli jak opętani. Gdzieś w sąsiednim pokoju słychać było krzyki bitego człowieka. Stałem pod ścianą z rękami na karku. Obok ustawiono trójkę moich współpracowników. Pomyślałem, że zdecydowanie Niemców co do listy aresztowanych stwarza pewną szansę. – Diese Frau ist hier zufällig. Sie ist keine unsere Angestellte – powiedziałem do oficera. – Kümmere dich lieber um dich selbst – odpowiedział spokojnie, przerzucając niedbale urękawiczoną ręką papiery, które leżały na moim biurku. Po chwili przyszedł Plater, który wygłosił rutynową formułkę o tym, że jesteśmy oficjalnie działającą instytucją. Grzecznie zapytał o powody najścia, na co oficer zareagował – znów bez większych emocji – radą, aby lepiej wrócił do obowiązków i nie przeszkadzał w ściganiu wrogów Rzeszy. Dyrektor postał jeszcze chwilę, spojrzał na nas współczująco i w końcu sobie poszedł. W głębi zamykanej na kluczyk szuflady biurka trzymałem rewolwer. Gdzieś w pobliżu maszyny do pisania zostawiłem plik kartek – fragment mojego pamiętnika z Dachau. Zresztą, jeśli wymienili moje nazwisko, to coś o mnie wiedzą. I to coś wystarczy. Zrozumiałem, że mam bardzo mało czasu. Spojrzałem na Igę. Po przeszukaniu stała pod przeciwległą ścianą pokoju. Musiałem teraz zapamiętać każdy jej kawałeczek i w ten sposób zabrać ją całą tam, gdzie idę. Przypomniałem sobie, jak się poznaliśmy. W tańcu trzymała mnie za rękę, od której na całe moje ciało rozlewała się falą gorączka. Siadywaliśmy w kinie – blisko, tak rozkosznie blisko. Odbierałem ją z zajęć i w trakcie długich spacerów z błyskiem w oku opowiadała mi o tajemnicy ludzkiego ustroju. Przypomniałem sobie, jak wróciłem z Dachau, a ona ściskając moją wygoloną głowę w straszliwy gardłowy sposób pospołu śmiała się i płakała. Pomyślałem o Krysi i Madzi. I nie mogłem już więcej myśleć. W pewny momencie oficer podszedł do Igi. Wyciągnęła z torebki jakiś dokument – zapewne legitymację pracownicy szpitala. Gestapowiec obejrzał papier, powiedział coś i wskazał na drzwi. W duchu gorąco podziękowałem Bogu. Chwilę następną pamiętam bardzo dokładnie. Iga ruszyła w stronę wyjścia, to znaczy trochę także w moją stronę. Przesunęła wzrokiem po stojących w pokoju szeregowych gestapowcach, którzy jednak nie patrzyli na nią. I spojrzała na mnie. Była w jej oczach siła, było ciepło i uparta wiara, że wszystko przetrwamy. Że wrócę i będziemy razem już zawsze. Patrzyłem na nią i starałem się zagrać w tę grę. Chciałem też coś bezgłośnie powiedzieć. „Ucałuj dzieci”. W ostatniej chwili poczułem na sobie spojrzenie oficera. Wyszła. Potem przyszedł mrok i zabrał wszystko. 1) Ta pani jest tu przypadkiem. Nie jest naszą urzędniczką. 2) Martw się lepiej o siebie. Piotr Ruciński – doktor nauk humanistycznych, autor opowiadań. Mieszka we Wrocławiu.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (30)
Noc 194. Rachunki. Prawdopodobieństwa Zapytałem znajomego, który się zna i ma kontakty - na ile można ufać zestawieniom strat rosyjskiej armii jakie codziennie przedstawia sztab ukraiński. Zapytałem nie bez powodu. Coś mi się rzuciło w oczy, mimo blokady informacyjnej. Znajomy powiedział, że to są dane autoryzowane przez NATO i że, póki co, to jest jeden z warunków pomocy ze strony państw NATO – audyt danych o stratach strony rosyjskiej. Możecie nie ujawniać własnych strat, ale wszystkie dane musza być poddane weryfikacji – tak w skrócie. Trudo się dziwić. Dla państw zachodu to także unikalna możliwość weryfikacji w pełnoskalowym konfliktu rozmaitych założeń, pomysłów na kierowanie walką. W jakimś sensie to potwierdza moją hipotezę, że tam gdzie rosyjska propaganda zalicza denaturowy odjazd, tam Ukraina prowadzi swoją wojnę informacyjną, ale polegającą jednak przede wszystkim na gospodarowaniu prawdą i faktami, ujawnianymi selektywnie, jasne, ale jednak faktami. Nie pytałem o to pierwszy raz i nie pierwszą osobę. Wiele osób mówi, że te zestawienia można traktować jako mniej-więcej wiarygodne, czego nie da się powiedzieć o informacjach strony rosyjskiej. Tam metodą jest absolutny odjazd. Pół śledzącego wojnę internetu śmiało się ostatnio z zestawienia rzekomych strat ukraińskich na froncie gdzie jednego dnia na wielkiej mapie jakiś umundurowany ktoś wskazywał gdzie to armia rosyjska zniszczyła 44 wyrzutnie HIMARS-ów. Czterdzieści cztery - słownie. W jeden dzień. A wiecie ile to tych wyrzutni HIMARS dostarczono Ukrainie? No bo ja tak policzyłem w głowie , że około 16 na kołach, plus 6 albo 9 wyrzutni na gąsienicach. To wychodzi jakoś globalnie połowa tego co rzekomo rosjanie zdjęli w jeden dzień. Trudno się dziwić, że w odpowiedzi na kocopoły ruskiej propagandy pojawiło się zestawienie strat ukraińskich obejmujące między innymi 1 spidermana, 1 supermana, 4 żółwie ninja i 683 tyranozaury. Chociaż zabawnie nie jest, bo te straty na pewno są. Pojawiły się zdjęcia uszkodzonych lub porzuconych T72M1R, które trafiły w ręce ukraińskie prawdopodobnie z Polski. Te same M113, które widać było niedawno jezdne na jednym ze zdjęć - pojawiły się już obezwładnione na zdjęciach. Obezwładnione czyli trafione i być może nienadające się już do naprawy. Trafione czyli ktoś w nich zginął albo był ranny. Trwają walki wokół linii rosyjskich wojsk na prawym brzegu Dniepru. Miała być duża ofensywa, zdaje się, że jest stały nacisk, przesuwanie linii frontu, ale bez wielkich wstrząsów. Włamania miały udać się na dwóch z trzech lub czterech głównych kierunków, ale zostały załatane. Teraz ma to działać tak jak wcześniej rosyjskie parcie na Siewierdonieck, Popasną, Izjum. Atak artylerią, przygłuszenie obrony, atak, przesunięcie się kilometr-dwa naprzód, okopanie, znowu artyleria, znowu skok. Mało to efektowne, ale z drugiej strony bezpieczne, pozwalające ciągle kontrolować pole walki. Ale wróćmy do rachunków. Napisałem, że zapytałem znajomego o te raporty strat. Bo policzyłem, że w ostatnich kilku dniach walk armia rosyjska straciła 2750 zabitych, 102 środki artyleryjskie, 102 samochody, równe 100 czołgów i 169 transporterów kołowych i opancerzonych piechoty. To jest tak jakby wyparowały im niemal w całości dwie brygady o przedwojennych stanach, a teraz już takich w armii rosyjskiej nie ma. Powiadają, że jak ruskie szły do kontrataków, które osadziły ukraińskie ataki w miejscu, to łoiła ich artyleria, a jak już wchodzili w linię bezpośredniej styczności wojsk - to dostawali jeszcze w twarz Javelinami, tak jak na początku tej wojny. Stąd te wysokie straty - nie do utrzymania na dłuższą metę. Bez operacyjnych, taktycznych okrążeń, oskrzydleń, tak po prostu. Wojska na prawym brzegu Dniepru nie da się już zaopatrywać po mostach, budowanie stałych przepraw na przeszkodzie wodnej tej wielkości nie za bardzo ma sens, stąd rosjanie zaopatrują je promami i barkami oraz śmigłowcami transportowymi. Nie wiadomo jak skutecznie, ale podobno udało się na prawy brzeg trafić też jakimś grupom bojowym ze słynnego 3 korpusu armijnego, tego, który był szykowany tygodniami w Mulino. Normalnie brygadę zgrywa się rok, dwa lata. Korpus kolejny rok. Tak, napisałem lata. Nie tygodnie. Ale skoro żołnierz rosyjskiej armii podpisujący kontrakt na trzy miesiące jest szkolony tydzień, a taki co podpisze kontrakt na pół roku - ma dwa tygodnie szkolenia, to o czym ja tutaj gadam. Japonia dłużej szkoliła pilotów jednostek kamikaze. Natomiast z tego wszystkiego wyłania się obraz rosjan jako strony konfliktu, której wyślizguje się z rąk inicjatywa. Tak, tak redaktorze Wyrwał. Oni nagle zaczęli reagować na posunięcia strony ukraińskiej, zamiast narzucać swój plan. Tym bardziej, że jak ktoś skrzętnie policzył postępy terenowe armii rosyjskiej, to wyszło że jakby mieli tym tempie zajmować Ukrainę, to zajmie im 200 lat. Ale bądźmy poważni, ostatnie dni to nie są postępy rosjan, tylko zmowa milczenia wokół walk na prawym (czy aby tylko na prawym?) brzegu Dniepru wokół Chersonia i nad Inhulcem i jeszcze dalej na północ - w rejonie Wysokopile. Walk które zaplanowali i narzucili Ukraińcy. Inicjatywa to ważna rzecz w walce i na wojnie. Chodzi o to, że kto ma inicjatywę ten wybiera czas i miejsce bitwy, narzuca warunki i reguły gry. Efekt tego jest taki, że w zasadzie wszystkie odcinki poza – wybranym przez stronę ukraińską obwodzie chersońskim – zamarły. W okupowanym Mariupolu trwa odbudowa teatru. Nie prowadzono prac ekshumacyjnych w piwnicach teatru, w których nie wiadomo ile zginęło osób. Ile dzieci. Zalano je betonem. I dopóki Ukraina nie wygra - nie dowiemy się prawdy o Mariupolu i nie tylko. Noc 195. Optyka w drodze, zbieramy na quada a walka trwa Całe przedpołudnie zeszło nam na doprecyzowaniu szczegółów większego dealu na dobry sprzęt w słusznej sprawie z Tomkiem Ssakiem Sikorą. Tak to sytuacja uczyniła z nas ludzi, którzy muszą w godzinę ustalić jak montuje się noktowizor do zwykłej lunety i którzy szybko muszą się zorientować jak bardzo i czym różnić się będzie luneta myśliwska od taktycznej, zwaną też dla niepoznaki sportową. No bo nie o wszystko zapytasz sprzedawcy, dostawcy. Trzeba wiedzieć co jest potrzebne, nawet jeżeli odbiorca sam nie wie co jest mu potrzebne, musisz sobie wyobrazić coś, czego nigdy nie robiłeś - np. walkę strzelecką w polu, w nocy, z zasadzki i spróbować wymyślić co bardziej się przyda. Sprzedawcy czasem czują, że gadają z nieedukowanym głupkiem i pytają tylko dokąd, dla kogo to te celowniki, dalmierze, lunety, termowizory mają iść. A jak słyszą tę słynną pauzę, kiedy zastanawiasz się czy powiedzieć czy nie – to już wiedzą. Czasem coś mówią, że się wyluzujesz, a czasem słychać jak coś w nich zamiera. Oczywiście chodzi o strzelnice sportowe, mówisz, czy tam, że kolekcjonerski zlot ma takie zawody, że rozpoznają po śladzie w termowizorze marki sportowych samochodów. Ostatecznie w takiej chwili, trzeba decydować, a od tej decyzji nie wprost, ale jednak zależy jak dany sprzęt posłuży komuś w okopie, w zasadzce, na polu. I to będzie naprawdę. Opowieść o tym jak ktoś w darze przekazał sprzęt, który jak się okazało emitował to i owo i chłopak, który go używał dostał kulę w głowę nawet jeżeli nie jest zupełnie prawdziwa, to jest wiarygodna. To nie jest film ani gra, to się dzieje naprawdę. Nikt nie powie jak World of Tanks " zmywajmy się" po trafieniu, bo po trafieniu może już nic nie być. W takich chwilach przypominasz sobie czasem o kumplu myśliwym, który wie o wielu rzeczach, których ty nie masz pojęcia i nagle się okazuje, że jego wiedza, którą on ma w małym palcu u nogi jest bezcenna. I jest łatwo dostępna, bo kumpel to kumpel. Kolega. Stara, zapomniana instytucja w świecie gdzie nagle wszyscy są przyjaciółmi. Ta. Na fejsbuku. Kolega, jeżeli jest kolegą, to na drugie ma lojalność i to w zasadzie wystarczy. Chłopaki piszą gdzieś z frontu wokół przedmościa chersońskiego że jest dobrze. Biją się kilka dni, kilka dni rotacji na tyłach. Walczą młode żółtodzioby razem z weteranami, żeby ci młodsi się w praktyce, w akcji uczyli od starszych. Piszą, że dlatego to nie wygląda tak bardzo efektownie, ale są dobrej myśli, powoli i do przodu. Bo piszą, u nas się pilnuje, żeby nikt bez sensu nie ginął, szczególnie weterani. Żniwa arbuzów, tak mówią. Bo region podobno znany właśnie z arbuzów. No a taki arbuz jak pęka to sami wiecie. Nie wiem, gdzie są dokładnie, nie potrzebuję wiedzieć. Patrzę na różne wersje tych map, te bardziej optymistyczne i te wolniej oznaczające zmiany. Gdzieś tam są. Ten teren wokół Chersonia można nazwać wielkim przedmościem. Tak właśnie chyba to się nazywa w wojskowości. Mówią przyczółek, ale przyczółek z definicji jest niewielki, to fragment brzegu rzeki, morza uchwycony na pierwszym etapie desantu czy forsowania. A wokół Chersonia jest pas terenu szeroki na grubo ponad sto pięćdziesiąt kilometrów i głęboki miejscami na pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Chersoń leży w jego części południowej, Nowa Kachowka mniej więcej w centralnej a jeszcze w jednej trzeciej do Dniepru płynie rzeka Inhulec, która dzieli ten obszar na dwie części. Mosty, przeprawy pontonowe są trafiane od wielu tygodni i na Dnieprze i na Inhulcu. Wczoraj Ukraińcy zajęli Wysokopile i według niektórych analityków – posunęli się już spory kawałek na południe od niego. Spory jak na realia tej wojny – kilka kilometrów. Nie wiadomo jak idzie Ukraińcom pod Dawidowym Brodem – tam było najgłębsze włamanie w rosyjskie linie obronne. To wygląda trochę tak jakby chcieli rozciąć ugrupowanie rosyjskie na prawym brzegu Dniepru, odciąć północną część przedmościa razem z ludźmi, sprzętem. Wtedy ta część południowa miałaby spory kłopot żeby się dalej bronić, a przerzucić świeże siły nie bardzo by było jak bo mosty zerwane lub uszkodzone. Jakby z zupełnie innej beczki Ukraińcy uderzyli też na Bałakliję, miasto na północy zachód od słynnego Izjum. Komletnie gdzie indziej, kiedy patrzcie na mapę Ukrainy, trzeba przenieść wzrok w rejon między Charkowem a Słowiańskiem i tak na północ kawałek. Zupełnie przeciwległy kraniec frontu. No i Ukraińcy wdarli się na obrzeża samego miasta ale też poszli łukiem na północ od niego. Cholera wie czy chodzi o dezorientację, wstęp do czegoś większego czy rozpoznanie bojem. A jeszcze dwa dni wcześniej zrobili jakiś niewielki desant, raczej rozpoznanie niż wielki atak, na północny brzeg Dońca Sewierskiego, skąd odeszli kilka tygodni temu w rejonie miejscowości Ozierne. No i masz putler placek, znowu nie cały obwód Ługański macie w łapach. Mała rzecz a cieszy. Nie wiem co to wszystko znaczy, ale stawiam hipotezę, że sztab ukraiński sprawdza reakcję niedźwiedzia na drobne impertynencje – a to w nos, a to w ucho, a to w bok szturchną i patrzą co zrobi przeciwnik. A ten wygląda – z naszej oddali – na mało ruchawego. Tak to wygląda jakby inicjatywa się wyślizgiwała miszy coraz bardziej. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.










