Znaleziono 670 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Mariusz Sambor – pięć wierszy
wieczorny lot z Nowego Jorku do San Francisco zawsze patrz przez okna samolotu w ciągłym ze światem obcowaniu pisze poruszony pan Keagan Wernicke we wrześniu na widok zielono-fioletowej jak szafir i granat zorzy polarnej wymarzone ukochane jak muzyka co dogasa jak nasze pragnienia i powątpiewania ale to wszystko ich wina ich? ich naenergetyzowane cząstki gazu wysyłane przez Słońce uderzają w górną warstwę atmosfery Ziemi z dużą prędkością tak przynajmniej słyszałem panie Kawafisie o to się staraj kiedy widzisz / widzisz? / promienie kurtyny pasma łuki z dużą prędkością do siedemdziesięciu dwóch milionów kilometrów na godzinę uderzające w górną warstwę ziemskiej atmosfery ciekawe czy z podobnym wzruszeniem mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa ucieczka dziesięciu krów ze stada we włoskim Piemoncie zakończyła się interwencją służb może właśnie z tego powodu celebrujemy w naszych wierszach elementy antyczne próbując zachwycić akademików mimo że jedna z krów weszła na trzecie piętro bloku mieszkalnego piszą w La Stampa tuż przed rozgrywanymi mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa / klasyka orientu czy antyku? mężczyźni podobno rzeczywiście często myślą o cesarstwie / kobiety raczej o oriencie / my jednak nie pozostajemy bezradni i dodajemy kilka taktów / puste akordy / niektórzy pomyślą / to dla Rafała W. jesteśmy jednak zmęczeni / w przeciwieństwie do Japończyków tak / jesteśmy już zmęczeni jak biurko w gabinecie Iwaszkiewicza jak kelnerka w kawiarni Literatka / a ja nawet nie mam siły pomyśleć – zmęczenie? Nie tylko Noriaki Kasai a raczej Kasai Noriaki / tak / pewnie / nawet Kazuyoshi Miura / Miura Kazuyoshi nie myśli o zakończeniu kariery klasyczne wnętrza dużo przestrzeni / można głęboko i spokojnie odetchnąć w chłodnym wnętrzu dziś wszyscy są zmęczeni upałem / młode kelnerki starsi taksówkarze mówiący w farsi nie wiedzą / tak właśnie czuję / najstarszy zawodowy piłkarz świata w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat i stu dziewięciu dni / to jest dopiero coś! / rozpoczął czterdziesty profesjonalny sezon debiutując w barwach Atletico Suzuka / tak / to mogłoby być te kilka dni które wstrząsnęły światem / któż to pamięta / John Reed czy Lady Di ha jak dziesięć do siedmiu tak dziesięć do siedmiu dni krzyczę i ja mam nadzieję że jeszcze zagram pokazując charakter mój daleki piękny słowiczku mamroczę pod nosem tęskniąc w oczekiwaniu na przystanku Legia – Stadion noc 1988 / 2025 / nie ta sama ty Keith Jarrett! tak? i niby z tego właśnie powodu chowam twoje zdjęcia do szuflady kiedy zakwita Atakama? moje zdjęcia do szuflady? dziwny wypadek? tak / rzadkie zdarzenie? / nie niestety było zbyt wiele takich które pochłonęły życie gdy zimą występują opady deszczu wiosną można podziwiać rozkwit kwiatów mówi Jorge Carabantes dyrektor w chilijskiej Narodowej Komisji Leśnej ale przecież nie kwiaty to nie kwiaty to zdjęcia chowasz do szuflady i pewnie nigdy w życiu nie zobaczysz andyjskiej pustyni the melody at night with you myślisz że nie wiem mydlisz mi tylko oczy jazzem tak? dźwigi mają swoje szczególne niebezpieczeństwa tak / znowu Preludium nr 2 Skriabina a Preludiom op. 11? a tragiczne wypadki lotnicze? niestety tak / w obydwu zastosowano zdwojenia oktawowe w partii prawej i lewej ręki i nie w tym sensie Ganges wysycha w zastraszającym tempie ty mówisz mi to nie jest znak czasu ale że święta rzeka czy że już nie mamy czasu i że nie my i nie w tym sensie ale no wiesz bo i my wiemy że w minionych epokach geologicznych jeśli coś czuli to nie tylko klęski głodu co zrobić żeby zasnąć chłopak wędrowny niedźwiedź i jego przewodnik to zdanie napisane wiele lat temu przychodzi na myśl kiedy jacyś ludzie pod blokiem puszczają wieczorem muzykę disco polo nie mogę słuchać i zagłuszam ją Benny Goodmanem ale kiedy kładę się spać jest już późno nie pada deszcz a oni jeszcze dalej siedzą i dalej gra umpaumpaumpa muzyka nie wiem co zrobić żeby zasnąć i mam ochotę wstać wziąć czekan tak ciężki alpinistyczny czekan z dawnych lat i iść / tak i iść tam / po prostu ich zajebać / budzi mnie cisza i deszcz i okna otwarte szeroko i wstaję żeby je zamknąć i patrzę na wszelki wypadek do pawlacza pomarańczowy włoski czekan Interalp Camp / sprzed lat / na miejscu Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022), komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W marcu 2025 roku ukazała się jego książka poetycka Rzeka / Taniec (2025). Mieszka w Krakowie.
- Przemysław Walczak – trzy wiersze
*** lato zawsze wzmaga woń zużytych ciał, zanim spadnie na nas endogenna zima, a mróz wyrzeźbi w niej krótkie dni. odetchniemy radioaktywnym dymem i pójdziemy za krokami nocy po horyzont smutku. niech tak będzie. Wspominam obrazy zachodów słońca z lat dzieciństwa, kolor odbitego w kałużach nieba nad drogą krajową numer osiem. zmęczone kobiety handlujące ruskim barachłem, ich włosy pachnące pierestrojką. przekładam to z dziecięcego języka, lepiej tłumaczył świat. Tamto lato któregoś tam roku było inne niż zwykle, może takie samo. długo gasnące wieczory obiecywały upalne noce i pierwsze niepowodzenia. Tamtego lata rzucaliśmy kamieniami do rzeki tak jakbyśmy chcieli, żeby tonęły w wodzie wraz z naszym smutkiem. Przemysław Walczak (ur. 1982) – autor powieści Wądoły i Lolobrygida. Publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Suburbiach” i „Epei. Piśmie Literackim”. Mieszka we Wrocławiu.
- Piotr Smolak – Brutality show (fragment)
W AGD na promocji na wyprzedaży zakupiłem androida za bezcen wersja żeńska z gwarancją na trzy lata podobna do wszystkich i do nikogo (egzemplarz z twarzą tegorocznej miss uniwersum kosztuje sześć razy tyle) nie jest to najnowszy model ale nie narzekam lateks w najlepszym gatunku miseczka C i uduchowione spojrzenie (byłbym zapomniał: brak zbędnych kabli) reasumując wyjątkowe nogi przykręcone do wyjątkowej pupy i aerodynamiczny kształt cokolwiek to oznacza wieczorami opowiada o dramaturgii brytyjskiej albo streszcza podstawy logoterapii rano przynosi śniadanie do łóżka i wykonuje utwór z szeroko pojętej klasyki względnie ścieżkę dźwiękową z kultowego horroru na celowniku mam jeszcze wersję męską do której można ściągnąć dodatki m. in. tryb prawnika psychiatry instruktora sztuk walki oraz stand upera z programem o modelce która znajduje swoje upalone niemowlę na taśmie produkcyjnej w fabryce aut hybrydowych istnieje też możliwość aktualizacji do doradcy duchowego dowolnego wyznania za odpowiednią dopłatą Finita la commedia Na wernisażu poznałem Chinkę na wysokich obcasach Która oblała winem obraz Zbyt wyjątkowa by pozwolić jej odejść Nawet w Mieście Aniołów byłaby w pierwszej trójce Szepnęła że ma na imię Ling Siu I ruszyliśmy na poszukiwanie mniej zatłoczonego lokalu Po krótkiej podróży trafiliśmy na spelunkę Przed którą toczyła się bójka z zastosowaniem noża Lecz w środku idealnie Za konsolą DJ z Londynu Na parkiecie bizneswoman z opalenizną Blondynka z wyższej półki w stylowych okularach I jeszcze jedna którą widziałem na gali MMA Gdy stąpała z numerkiem w blasku fleszy na ringu Natomiast konkurencja ograniczona do minimum: Lider boys bandu w krzykliwym makijażu Blokersi dyskutujący o wyższości kokainy nad kofeiną Typ o wyglądzie wykładowcy inżynierii lądowej z nadwagą Podsuwałem Ling Siu drinki Za które każdy barman dałby pokroić się na kawałki Zamawiałem utwory Po które każdy MC udałby się bez namysłu do piekła Zajmowałem rozmową w którą wplatałem cytaty Z Marka Aureliusza i markiza de Sade Na koniec rzuciłem że złożę wszechświat u jej stóp I nie wiem jak do tego doszło Na skutek jakiego zbiegu okoliczności Może za sprawą poczucia humoru Stworzyciela nieba i ziemi Może pod wpływem położenia planet Whatever Wyszedłem z facetem Ona mi się podobała lecz on jeszcze bardziej Pani od polskiego to takie trywialne zakochać się w pani od polskiego gdy tyle dziewcząt w obcisłych strojach rozpuszcza włosy na korytarzu takie niemodne wręcz faux pas w Europie szalała zamieć opozycjoniści i oprawcy dążyli do ostatecznej okupacji i wtedy wszystko się stało zaoferowała mi świat jaki Bóg mógłby stworzyć jedynie po kilku głębszych po spożyciu substancji o jakich dealerom się nie śniło zaoferowała surrealizm zamiast socrealizmu odwdzięczyłem się portretem na dachu szkoły (Mona Liza wygląda przy nim jak służebnica pańska która ceruje żagle i karmi psy na Arce Noego) odwdzięczyłem się papugą która śpiewała o Lili Marleen jednak nic nie trwa wiecznie - zwłaszcza romans który nie wydostał się poza ramy nakreślone przez wyobraźnię zamieć w Europie dobiegła końca opozycjoniści i oprawcy doprowadzili do ostatecznego rozłamu i zwiększenia liczby obywatelki którzy nie chcą umierać za rząd opuściłem mury liceum i zagrałem w sztuce o handlarzu który ukrywał w czarnej walizce cień Chrystusa zaspałem na samolot użyty w ataku na World Trade Center odkryłem że ciągle wracam na start zamiast zmierzać do mety pani od polskiego pochowała męża (ofiarę bezdusznego ustroju i substancji smolistych) zapisała córkę na francuski (po namyśle na chiński i arabski) przełożyła dzieła poety który zginął z ręki snajpera na stopniach teatru na początku powstania teraz oczekuje na przeprawę przez Styks obok pielęgniarki z pejczem i neurochirurga którego auto wpadło w poślizg i wbiło się w mur a ja nie mogę zapomnieć jak napisała na tablicy wszystkie drogi wiodą do Auschwitz lecz ani jedna do Rzymu Coincidentia oppositorum uczennica znana z okładki almanachu o sztuce chce stworzyć obraz o jakim nikt jeszcze nie śnił o jakim nikt nie słyszał chińskie nietoperze klęczą przed plutonem egzekucyjnym i przesuwają w łapkach różaniec żongluje pomysłami przed wciąż nietkniętym płótnem zapożycza temat ze snu krzywdzonej przez męża sąsiadki: mnich całuje manekina z wystawy w godzinach szczytu obraca pędzel w palcach jak nóż przechodzi atelier po przekątnej potem załamanie nerwowe stworzyć obraz jedyny w swoim rodzaju stworzyć taki obraz i umrzeć! wciąga noskiem małe co nieco i maluje trzęsienie ziemi napędzane krwią cyferblaty a po krótkim namyśle... ...mężczyznę w czarnym płaszczu w kropli deszczu za oknem sąsiadka stuka do drzwi mężczyzna uchyla melonik pani wybaczy że niepokoję ale czy nie powinienem raczej unosić się w przestworzach pośród zbłąkanych dusz? na świat należy spoglądać z właściwej perspektywy odpowiedź nie nadchodzi i nigdy nie nadejdzie uczennica muska skronie koniuszkami zmęczonych palców kroplę przełyka ptak okno przymyka wiatr namalowany w ostatniej chwili melonik turla się po chodniku przecina plac targowy wchodzi w kolizję z klaunem który jeździ na starym bicyklu uczennica z sąsiadką idą nocą do cyrku Piotr Smolak – studiował medycynę, ukończył teatrologię. Wydał książki poetyckie Neue Wilde oraz Jak podpalić krajobraz. Pracował jako scenarzysta przy kilku serialach, grał w teatrach eksperymentalnych. Nagrał mini album Modlitwy z okresu przeklinania . Obecnie pracuje nad zbiorem wierszy – Kosmetyki Coco Chanel.
- Aleksandra Szymkowiak – Żądłówka fioletowa
Dzwoni mama. Włączam głośnomówiący i rzucam telefon na łóżko. Gubi się w pościeli. Ledwo słyszę. Szukam turystycznego żelazka. Chodzę po mieszkaniu i odsuwam szuflady. W szafce pod telewizorem trafiam na kartkę, którą dostałam na dwudzieste urodziny. Dwa przytulające się tygrysy ułożone w serce. W środku data, a niżej podpis i słowa: ty i ja. Jesteś tam, dobiega ze słuchawki. Tak, krzyczę, i biegnę do sypialni. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Przyglądam się plamom na dywanie, które zrobiliśmy przez ostatnie lata. Wiesz, że musisz podjąć decyzję podczas wyjazdu, dociera do mnie głos matki. Nie nauczyłam cię, że mężczyzn traktuje się z góry? Domykam walizkę. Ustawiam budzik na trzecią trzydzieści i odkładam telefon. Wtulam głowę w poduszkę. Zaciągam się jego zapachem: sosną i bergamotką. Z czasem wywietrzeje. Na lotnisku mijam sieciową kawiarnię. Jakaś dziewczyna unosi ciastko z pistacją i trzyma je jak hostię. Rozmawia na kamerce. Kobiecy głos śpiewa jej sto lat. Solenizantka podryguje głową w rytm melodii. Ciastko nie ma świeczki. Robi mi się słabo. Znowu o nim myślę. Siadam na ławce i przeglądam nasze zdjęcia. Lubię zwłaszcza to, gdzie całuje mnie w policzek, a ja trzymam w rękach rozłożyste lilie. Patrzę na datę: sierpień dwa tysiące dwadzieścia jeden. Dodaję zdjęcie do ulubionych, a potem usuwam, odzyskuję i jeszcze raz dodaję do ulubionych. Kiedyś miałam je na tapecie. Wynajmuję mieszkanie blisko plaży. Żeby na nią dojść, trzeba dwukrotnie skręcić w prawo i ominąć targ rybny. Popełniam błąd i przechodzę obok straganów. Ryby są obślizgłe, cuchnące. Łypią na mnie spode łba swoimi martwymi oczami. Przeliczam je: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Ostatnia wypada na kocha. Mam ochotę tam wrócić, przejść się jeszcze raz, od początku do końca, i dokonać prawidłowych wyliczeń. Wiem, że nie zda się to na nic. Ryby mają rację. Woda jest mętna i ciepła. Pozwalam nieść się falom. Próbuję zapomnieć, co tu robię. To trudniejsze, niż by się wydawało. Podnoszę głowę. Sól szczypie mnie w oczy. Rozmazane mury miasteczka odbijają się w tafli. Szwendam się. Wchodzę do turystycznych perfumerii i wącham wszystkie dostępne zapachy olejków z lawendą. Kupuję pocztówki, których nikomu nie wyślę. Dopadają mnie dwa niekontrolowane ataki płaczu i jeden kontrolowany. Przebiegam dziesięć kilometrów i biorę tak zimny prysznic, że świszczy mi w uszach. Zapominam o zjedzeniu kolacji. Idę do pobliskiej herbaciarni i kupuję jaśmin, a potem zaparzam go w kubku z napisem Home, Sweet Home , bo tylko taki znajduję w szafce. Ulice też pachną jaśminem, więc prawie nie czuję jego smaku. Właściwie to nie lubię jaśminu, ale przypomina mi o nas. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy tu razem, on powiedział: ulice pachną jaśminem. Myślę o dziewczynie z lotniska, tej, która podnosiła do kamerki pistacjowe ciastko. Dzwoni mama, żeby ostrzec mnie przed meduzami. Podobno roi się od nich na wybrzeżu. Żadnej nie widziałam, bronię się, chociaż wiem, że tu pływają. W końcu to sierpień. Rób jak uważasz, ucina. Siadam na kanapie i otrzepuję stopy. Welurowa narzuta kurzy się od piasku. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Słyszę jej oddech w słuchawce. Ustawiam głośnomówiący, wstaję i zdejmuję z siebie sukienkę w maki. Moja skóra pachnie solą i kremem przyspieszającym opalanie. W kuchni kroję cytrynę i wyciskam sobie sok na końcówki włosów. W taki sposób naturalnie się rozjaśniają. Wiesz, że tak trzeba, odzywa się wreszcie matka. Nie był pierwszym i nie będzie ostatnim. Sok z cytryny ścieka mi po piersiach. Jeszcze kilka dni, rzucam. Ile dokładnie, ponagla. Ostatnio też tak obiecywałaś. Włosy lepią mi się do karku. W oddali dostrzegam meduzę. Dryfuje w moją stronę. Momentalnie czuję kłucie w stopie. To muszelka, ale boli jak poparzenie. Zanurzam głowę i wypatruję. Mienią się, pulsują. Wyglądają jak unoszone na wietrze płatki kwiatów. Fioletowe z czerwonymi brodawkami, które przypominają sutki. Niebieskie w kształcie czopka, pomarańczowe i długie jak serpentyna. Wyliczam je: tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem. Pada na nie wiem . Wzdycham z ulgą. Wracam na ręcznik i wyszukuję meduzy w internecie. Ta piękna to żądłówka fioletowa. Chciałabym onieśmielać tak jak ona. Oprócz niej: meduza księżycowa i meduza kompasowa. Mama znowu dzwoni, pyta, jak trzymam się w tym upale. Opowiadam, że nawet w lodówce jest ciepło. Ale na pewno, czy kręcisz jak zawsze? Włożyłam do niej stopę, żeby sprawdzić, czy działa, złoszczę się. Może dostałaś udaru? Nie odpowiadam. Matka całkowicie się nakręca. Rozprawia o zawartości lodówki, którą muszę wyrzucić, a potem wyjść z workiem do kontenera (ale tylko w dzień), żeby nic nie zleciało się do zepsutego jedzenia. Myślę o myszach. Wyobrażam sobie, jak jedna za drugą wybiegają z worka i w nocy podgryzają moje stopy. Rozmawiamy, chociaż po chwili już nie wiem, o czym. Mruczę na tak i pojękuję na nie. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Wiesz, że został ci tylko jeden dzień? Obie milczymy. Złociste światło rozlewa się po promenadzie. Poraża mnie. Dzwoni mama, ale odrzucam połączenie. Biegnę. Mijam kościół i muzeum. Rzeźbę, plażę i ogród botaniczny. Piniowce, jachty i drugi najdroższy dom na świecie. Okrążam półwysep. Na ruchliwej drodze biegnę poboczem. Trąbi na mnie kierowca tira. Przyspieszam. Wiem, że muszę wyliczać, ale krajobraz zmienia się za szybko. Zamykam obie dłonie w pięści i po kolei prostuję palce: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Znowu kończę na kocha. Chcę mi się pić, ale nie mogę się zatrzymać. Przetrzymuję pragnienie i zadowalam się śliną. Patrzę, jak woda rozbija się o skały. Z każdą falą napływa do mnie obraz jego ciała: pieprzyk pod łopatką, pieprzyk na nosie, pomarańczowe plamki na tęczówce. Zostawiam za sobą drogowskaz na kolejne miasteczko. Pieką mnie spalone od słońca usta. Naskórek pod palcami jest jak ziarenka piasku. Próbuję go zeskrobać. Z pękniętych warg kapie mi krew. W połączeniu z solą morską smakuje jak rdza. Matka ma rację, należy postawić granicę. Zawrócę, kiedy rana się zasklepi. Znowu wyliczam: żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Pada na żądłówkę fioletową. Biegnę i oblizuję usta. Krew wypływa jak rdzawa strużka. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – studentka psychologii, badaczka i początkująca pisarka. Publikowała w "Składce", "Suburbiach", "Tlenie Literackim" i na stronie "Odry". Pracuje nad debiutancką powieścią Punkty wrzenia , . Mieszka na wrocławskich Krzykach.
- Paweł Jasiński – trzy wiersze
egzuwium sobota [...] jedenasty stycznia trzy jedynki trzy żywioły - zakrzywienia osadzone w dziewiętnastej literze łacińskiego alfabetu jak nieśpiewny język soczyste uderzenie białą czcionką wiersza: czas przeszły niedokonany w prochu przedpołudnia [s]pada dobre imię | jednym bytem trzy osoby trzy kontury - jedenasty stycznia: afoniczność studni [tępy sznur jutowy] wyliniałe trzewia co nie wystąpią już z koryt przeciwko sobie mistyfikacja są zdjęcia [klisze] które nie schodzą do schronów a przerażone trwają przeglądając się w bezczasie i takie którym wmówiono że poza nimi nie istnieje żaden inny świat | byłem kiedyś częścią bezimiennej całości [statek bezzałogowy dla nikogo] chodź zrzucimy z siebie wszystkie czarne nieba - viralowe spojrzenia jak fotografie które nie schodzą do schronów - a ty mnie dotknij przebij prześwitem by sprawdzić widełki martwego pola [gdzie wiszę a gdzie mnie nie ma] jest srebro i popiół [...] kadr zrodzony z krwi szumi gaj zrób to: popatrzę powtórzę żarówki i skłony - skłony tatuaże jestem topór ty drzewo jestem drzewo ty mistral żarówki i skłony popatrzę powtórzę: pierwszy śnieg tej zimy składamy ofiarę tobie się spowiadam do mnie ślesz umyślnych Paweł Jasiński (ur. 1974) – poeta, autor tekstów piosenek. Debiutował w magazynie anarchistycznym „Mać Pariadka”. Publikacje m. in. w „Odrze”, „Tlenie Literackim”, „Afroncie”, „Helikopterze”. Mieszka we Włocławku.
- Marian Lech Bednarek – trzy wiersze
Dzień Światowego Śmiecia (modlitwa) na Dzień Światowego Śmiecia będziemy zawsze równo szli przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia nie pozbawimy się dobrej gry przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia wyjdziemy kiedyś z tej mgły przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia pożremy swe wszystkie marzenia przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia położymy się obok swej żony przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia zamienimy nasze bachory w pąki białych róż przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia wypełnimy wszystkie wory złości i zrzucimy do zsypu by się zatkał przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia pozrywamy struny gitar i wyrzucimy na złom przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia puścimy trzody na pokoje bo najlepiej się czujemy wśród świń przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia wydłubiemy sobie oczy i wstawimy tam świeczki przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia zaśpiewamy najlepsze piosenki o miłości i się Ciebie wyprzemy przebacz nam Panie Akslop Gdyby przez chwilę uwierzyć w Akslop, w tę Polskę pisaną od tyłu, to nie musiałbym nigdzie wyjeżdżać za chlebem, tylko akslopował bym sobie, bo to lubię. Żeby tylko z tego można było wyżyć. A te flagi rozumienia - że niby bigosem narodowym można się podpierać niczym kościołem i prawem – to jakiś rozwalony przez wiatr wychodek. Cały język Akslopu załatwia wszystkie sprawy od ręki i toczy się furmanka codzienności po uliczkach normalności, gdzie deszcz z psem się wymijają, będąc dla siebie wszystkim, czyli parasolką i przygarniętą psiną. Akslopowy mam teraz nastrój, bo to mój jedyny przyjaciel alkohol zmieszany z Bogiem i Szatanem. I spakowany jestem już w połowie. Kto mnie przygarnie tam po drugiej stronie?, gdzie będę pędził wino w krzakach umorusany i knuł napad na wszystko co marne i godne pogardy. A gdy wrócę, to się z wszystkimi rozliczę. Teraz leżę na wyrku niedzieli jak Rimbaud kiedyś pijany na bretońskiej plaży, uciekając w sen pożegnalny przed wypłynięciem z Europy. Ale ja, kiedy się już rozliczę, to sprzedam mój dom przedpotopowy ze wścibską mordą sąsiada za płotem i wyjadę stąd na zawsze 2022 Pisz Po prostu rób swoje, jak słońce, zdejmij sweter, gdy ci za gorąco i pisz wypuszczaj swoje prywatne promyki. I tak za wiele nie zmienisz, ale pisz, niech robaki chodzą po twoich wierszach i kawa je ochlapie i deszcz, będą wartościowsze. Coś z tej ziemi im się należy, nie znikną tak od razu. Może ktoś przeczyta? Świeć tymi literkami. Marian Lech Bednarek (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in . tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy, a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski. Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w międzynarodowych antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na najważniejszych festiwalach w kraju i za granicą. Były redaktor naczelny pisma „Plama”, założyciel Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.
- Amelia Pudzianowska – cztery wiersze
Kobiety nie wierzę ranom milczącym i mamroczącym włóż pieniążek między uda i ściśnij nie ma nic piękniejszego niż czyste piętro w domu który płonie i już chyba dogasa wracam naga jak orzech rozbity przez gawrona całuję martwe wargi które kiedyś mówiły moje imię dziś ja szepczę do gładkiej skóry brzucha że oto skończyła się wojna zaszyto trociny z ciszą i mlekiem chroń uszy i palce chroń uszy i palce nie chciejmy kobiet które nic nas nie kosztują O człowieku co nie miał dziąseł mówisz do mnie brzegiem każdego sedna kaleczysz te palce które chciałyby być czyste oddychasz mi powietrzem którego nikt nie chce w kościach jest śmierć która jest wieczna w zębach jest odroczony ból bez takich jak ty dzieci nie umiałyby mówić o tym że swędzi je świadomość Koła w mojej głowie koła koła poza moją głową niebezpieczne z koła wychodzi dziecko i mówi dlaczego mnie nie rodzisz? ja mówię koło to macica i oko i usta i kość ogonowa też ja mówię nie urodzę koła i już koła poza głową gryzą się z psami nie chcą kupić wierszy początkującej poetki z koła wychodzi dziecko i mówi urodzę się samo jestem dziewczynką potrafię wziąć szczypce jestem dziewczynką ja mówię koło nie istnieje jestem dziewczynką mam macicę oko usta kość ogonową też ja mówię koło jest niebezpieczne założę się że wejdę w tę szczelinę założę się że ciebie już nie ma Głowa to jest rana w głowie i krew zebrana w łódeczkę dłoni to jest krew z głowy tam jest światło i ciernie tam ciemno jest jak w martwym ptaku tam dłonie w łódeczkę płyną po morzu krwi to rana w głowie oko ze źrenicą kuli po strzale w potylicę to jest krew z głowy nikt nie mówi przepraszam tam ciemno jest jak w martwym ośle to jest rana w głowie piękna i precyzyjna to najpiękniejsza zadra w mózgu choć niewielka sączy się z niej sok który łapię w dłonie i nagle jest cicho jak martwy człowiek jak człowiek martwy od trzech dni Amelia Pudzianowska (ur. 2001) - robi memy, rolki, frytki, a czasem pisze wiersze. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji m.in . w „Dwutygodniku”, „Książkach”, „Helikopterze”. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje, a jak potrzeba to i chomika nakarmi. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda w Wydawnictwie Biblioteki Śląskiej.
- Piotr Kasperowicz – terytorium rozpadu sekwencji
Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych, absolwent AGH. Poeta, prozaik, aforysta, czasem krytyk. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomików wierszy.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik zmian (22)
Tej jesieni i tej zimy – składam nowy cykl. Taki, w którym poranna kawa gada – bardziej jak czarownica w kuchni, niż jak napój z reklamy. To są czary-mary znad filiżanki: trochę pary i trochę piany, a między łykiem, a łykiem pojawia się poetyckość zwyczajności, ta cicha magia talerza, okna, swetra, mokrego grudniowego poranka... Zapraszam do tych krótkich impresji – mikro felietonów, w których kawa zamienia codzienność w coś, co można dotknąć słowem, a potem sobie wypić. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Karolina Feć – O zepsutej syrence
Przed długie lata syrenka spisywała się dzielnie umilając ludziom życie słodkim śpiewem, lecz ci z biegiem czasu przywykli do jej codziennych wokaliz, przestali je zauważać i nic sobie z syrenki nie robili. Wówczas się zbuntowała: na cholerę mam śpiewać tym niedojdom, co docenić niczego nie umieją! Już ja im pokażę… Zaczęła wyć. Wyła tak przenikliwie, że zdezorientowani ludzie nie wiedzieli, czy na alarm wyje przeciwpowodziowy, czy strażaków zwołuje, czy ostrzega przed nalotem bombowym… Wyła tak, że rowerzyści tracili dla niej głowę i wpadali do przydrożnych rowów. Wyła tak, że nawigacja prowadziła samochody do punktu wyjścia. Wyła tak, że piesi dobijali do siebie czołowo. A ci, którzy asekuracyjnie zostali w domach upijali się, by móc przy jej wyciu zasnąć, upalali się, żeby nie czuć trwogi przeszywających dźwięków oraz ruchali się zapamiętale, by oderwać od niej uwagę. Im mocniej wyła, tym większe zepsucie panowało w mieście. Mieszkańcy nie byli w stanie pracować. Produkcja stanęła. Sektor usługowy zredukowano do prostytucji, dilerki i handlu bronią. Co do broni, strzelano wzdłuż dźwięków, na oślep. O ofiarach w ludziach niejeden mówił: takim to dobrze, wycia już więcej nie słyszą. Wybuchły protesty: Precz z syrenką! Syrenka do kwasu! Syrenka raus! Przepowiadając Apokalipsę prorocy wskazywali syrenkę jako „znak czasu końca” (albo końca czasu). Aktywiści klimatyczni twierdzili, że wskutek globalnego ocieplenia syreny wariują. Ktoś rozsądny orzekł, że syrenka się po prostu zepsuła, trzeba ją naprawić i będzie po sprawie. Mieszkańcy szybko na to przystali, lecz pojawił się problem: nie wiadomo, gdzie się znajduje syrenka. Nikt jej przecież nigdy nie widział. Nie wiadomo nawet, co to za syrenka i czy na alarm wyje przeciwpowodziowy, czy strażaków zwołuje, czy ostrzega przed nalotem bombowym… (strażacy oburzali się na te pomówienia: oni aplikacji słuchają, nie syrenki). Tak czy inaczej, syrenkę należało wytropić po dźwiękach. Na pierwszą turę tropicieli syrenki jej wycie wpływało mocno od samego rana, co potwierdzała ilość porozrzucanych puszek po piwie. Druga tura tropicieli syrenki, by nie powtarzać błędów poprzedników, zatkała sobie uszy pszczelim woskiem. Nie słysząc wycia, okazali się jednak bezużyteczni. Trzecia tura tropicieli syrenki była wyszkoloną kadrą mediatorów, którzy wzięli się na sposób: trzeba z nią po dobroci, perswazją, rozmową. Złożyli syrence propozycję przez megafon, że jeśli tylko przestanie wyć, postawią jej monument. - Ale jak to, monument? – oburzyła się – toż nie wiecie, jak wyglądam… - Nic nie szkodzi, damy mu twarz jakiejś polskiej poetki, niebrzydkiej. Gwarantujemy… W ten sposób stolica zyskała rzeźbę syrenki, której nikt nigdy i nigdzie nie widział. Przecie to nie było tak! Feć, co ty opowiadasz! * Syrenka nie przyjęła propozycji. Ktoś życzliwy uprzedził ją, iż rzeźba może zostać oblana farbą i wykorzystana do celów politycznych, więc odmówiła: - Nie chcę pomnika, jebać pomnik, dajcie mi pochwę! Wśród mediatorów zapanowała konsternacja. Wiadomo, że syrenki lubią prosić o dwie nogi i nikogo rzecz nie dziwiła, lecz tak bezczelne ujęcie sprawy wywołało oburzenie. Zamiast spełnić prośbę syrenki informując przy tym media dyplomatycznie, że chodzi o kończyny dolne, zdecydowano uciec się do podstępu: może by tak schować ją do pochwy, jak się niegdyś miecze chowało i wtedy ona będzie „mieć pochwę”, a my święty spokój? Gdy tylko syrenka podsłuchała tę ohydną konspirację, zeźliła się jeszcze bardziej i znów wyła i wyła i wyła, a ludzie po raz kolejny nie wiedzieli, czy to na alarm wyje przeciwpowodziowy, czy strażaków… (strażaków nie) czy ostrzega przed nalotem… Ktoś nierozsądny doradził, że jeśli zlokalizować syrenkę można tylko mniej-więcej, należałoby zrzucić bombę na całą strefę, gdzie może się ta poczwara znajdować… Tym sposobem przeszła ona do historii jako pierwsza syrenka, która zamiast ostrzegać przed niebezpieczeństwem osobiście doprowadziła do eksplozji, pożogi i końca świata. )* Fragment zbioru Antybaśnie realizowanego ze środków otrzymanych w ramach „Stypendium Twórczego Miasta Krakowa”. Karolina Feć (ur. 1986) – doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Zajmuje się też kulturoznawstwem i filologią hiszpańską. Publikowała w dwumiesięczniku „Pole”, „Nowej Orgii Myśli”, „Masce”, „Hybris”, „Dialog-Pheniben”. Wydała pracę Nihilizm instynktowny (2016), monografię Max Stirner: wokół indywiduum (red.; 2018), oraz tomik wierszy Nihilistyczne pościelówy (2014). W przygotowaniu: Antyfilozofia, faszyzm i ‘boska’ przemoc.










