Anna Słowiakowska – Królowa Nocka
- 29 mar
- 5 minut(y) czytania
Ciężkie piersi wsadziła za dekolt, umiejscowiła tam, gdzie miały być. Lewą po lewej, prawą
po prawej, jeszcze wyciągnęła spod pachy, żeby wypełnić pancerne miski. Wtedy działa się magia.
Litery pięły się w górę alfabetu, od B do D.
Szminka, kolor orgazmu dojrzałej czereśni. Włosy w kok, rajtki pod biust, spódnica pod tyłek. A na
to wszystko fartuszek z napisem „Nocek”.
Buty na lekkim obcasie, idealnie stukające o bruk w takt zmierzchu, jakby z każdym uderzeniem
przygaszała nieco światło, wyciemniała ulice. Stuk, złoto w fiolet, stuk, fiolet w szarość, stuk,
szarość w granat, stuk, a granat w noc. Dwadzieścia dwie minuty spaceru, który gasił dzień, i
stawała przed swoim miejscem zatrudnienia. NOCEK – sklep spożywczo-monopolowy.
Ela, Ella – ostatnio wskoczyło jej jedno EL więcej – wchodziła do sklepu i stuk, stuk obcasami
ogłaszała koniec jednej zmiany i początek swojej. Wymijała się z Patrykiem, który w jej oczach nie
był nawet chłopięciem. Nieporadny, blady, a przede wszystkim taki dzienny.
Gdy ona stawała za ladą, świat wiedział, że właśnie zaczyna się noc, że wszystkim zmieniają się
uśmiechy, oczy lśnią na zielono, na złoto, skóra potrzebuje więcej ciepła, bo bardziej paruje, klei się
do niej czerń. Znała klientów po imieniu, po zapachu, po pysku. Wiedziała, jak ich trzymać pod
stukotem obcasa. Zawsze na początku zjawiali się marni, pryszczaci studenci, którzy chcieli zalać
pierwsze oblane egzaminy, również te z miłości. Dawała im z umiarem. Jak chcieli trzy flaszki,
mówiła, że sprzeda dwie, a oni się słuchali.
– Dziś będziecie topić, a jutro trzeba będzie wyławiać.
Papierosy też im wyliczała, bo wiedziała, że puszczą z dymem stypendia, kieszonkowe, a potem
będą jeść psie puszki, brud spod paznokci i gorzkie łzy.
Bogatymi imprezowiczami w ogóle gardziła. Przestawiła drogie alkohole wysoko, żeby się po nie
nie schylać, nie wypinać pośladków prosto w te mordy, oliwione, zaczesane włosy. Wara. Nie dla
nich.
Miała też swoich ulubieńców. Zjawiali się to po oranżadę, to po coca-colę. Dobre chłopaki, dobre
dziewczyny, jakieś nocne zmory, pisarzyny. Żal jej ich było, bo w podkrążonych oczodołach można
było zrobić stawy, a w tych stawach hodować złote rybki. Więcej byłoby z tego pożytku niż z tych
książek przez nich pisanych. Czasem pytała jednego takiego, co tam znowu pisze, a on mówił, że w
sumie to gówno, i zaczynał płakać. Wierzyła, że gówno, bo przecież ile razy ostatnio po jakąś
książkę sięgnęła, miała wrażenie, że to wszystko o jednym smutku i jednej degeneracji.Poetce
sprzedawała wiśniowe jednorazówki, bo widziała, że właśnie tego potrzebuje: lepkiego dymu, żeby
osadzał się jej na smutnych piersiach. Czasem tuliła ją do swoich, gdy zdechł jej kot albo rym.
Nie cierpiała rozchichotanego towarzystwa, które czasem wtaczało się jak korowód z kalejdoskopu.
Jak huknęła, jak rąbnęła, od razu była cisza. Mówiła, że jak nie zamkną paszczy, to ona nie sprzeda
i koniec, a następny sklep dwadzieścia minut piechotą, piętnaście złotych taksówką. Jeszcze coś
tam próbowali pod nosem, jeszcze pisknięcie i nadęte policzki, ale wtedy opierała się o ladę.
Podnosiła rzęsy, powoli, a oni już czuli ten wiatr na policzkach. I spokój.
Gdy wybijała dwunasta, czar prychał i pryskał. Rozliczenie kasy, sklep na cztery spusty, Elli
opadała powieka, rozmazany cień pokrywał coraz większą powierzchnię. Powrót do domu. Stuk,
stuk, stuk, stuk. Dzień nie był mocną stroną Elki, bo dzień miał kontury i brak jedwabiu. Najpierw sen.
Szarpany, gniotliwy. Poduszka ryła hieroglify na policzkach, które potem próbowała odczytać w
lusterku. Zwykłość, szarotwarz i oczy jak wyschnięte pestki czereśni, których nie da się zasadzić,
nic dobrego z tego nie wykwitnie.
Zasłaniała kotary, żeby nie wlały jej się jakieś słoneczne banały na stare płytki. Dzień ostrzył,
wydobywał, a ona nic wydobyć z siebie nie chciała. Cztery godziny pracy zdalnej przy komputerze.
Zwykła Elka, taka klik, klik. Nazywam się Elka i w czym mogę pomóc. Klik, klik. Och, jak nisko,
jak nisko. Tutaj nikt nie wiedział, że nocami by klęczał, że by się kłaniał do jej okienka w ladzie.
Klik, klik. Ale już wieczorem będzie stukać. Stuk, stuk. A na razie klik, klik. Przed wieczorem znowu wielka przemiana Elki w Ellę. Złoty łańcuszek, piersi spod pach, rajtki pod piersi, spódnica pod dupę i stuk i stuk. Królowa NOCKA.
Aż przyszedł Sylwester, święto w NOCKU. Przyszła nawet nieco wcześniej, żeby nadmuchać
balony, a i ruch miał być dzisiaj większy. Na rękę nałożyła bransoletę, żeby przy każdej podanej
paczce, przy każdej butelce, brzęczeć i dźwięczeć, obwieszczając, że zaraz nowy rok. Przed nią,
przed wszystkimi: trzysta sześćdziesiąt pięć czarnych nocy.
W NOCKU tłum, ogłuszają ją życzenia. Wlewa się kolorowa masa, szejk z ludzi, a ona brzęczy. Tu wydaje, tu mruga, tu się cieszy. Tu krzywo zerknie, ale dziś łaskawie. Macha powieką, studentom
dała trzecią flaszkę. Pisarzyny nawet wesołe, dzisiaj wino.
I w tym tłumie on.
Grzebie w kasie, ale widzi go zza parawanu rzęs. Przyszedł i stuka. Nie wie, czy się z niej natrząsa,
czy odgapił stukanie nieświadomie. I stuk, stuk. A myśli, że zna te jego ślepia, takie złote jak słońce, jak dzień. Okropność, ale zna. Może przychodził tu w masce za czasów zarazy, a może gapił się przez szybę. Stuk, stuk. Podszedł do lady i prosi szampana. Głupio jakoś, bo już dawno nie ma. I nagle ta poetka krzyczy, że zaraz będzie dwunasta, i ci, których ona w Nocku zastała, wpadają w radość. Więc Ella poprawia fartuszek, wychodzi zza lady. Ciasno się zrobiło, głośno, wesoło. Odliczają, a Ella nie wie, kogo będzie ściskać, aż stuk, stuk, osiem, siedem, stuk, stuk, podchodzi do tego z oczami jak ranek. I on, stuk, stuk, do Elli. I trzy, dwa, jeden, stuk, stuk. Wybiło, wybiła.
Tak się wycałowali, że Elli jedna rzęsa się odkleiła, ale i coś od serca. Kamień jakiś albo okleina.
Coś odpadło, walnęło. Ale naraz zrobił się w NOCKU taki kociokwik, no i rozliczanie kasy, że ten
o oczach jak z poranka znikł. Widziała tylko, jak w przerażeniu ucieka, przeciska się przez tłum i
znika. A potem z tłumu wyłania się ręka i ktoś ryczy ze śmiechu:
– Ej, ludzie, ludzie, ktoś zgubił nogę!
Plastikowego kikuta z butem podnosi do góry. A klienci NOCKA wyją z radości. I tylko Ella wie,
że nóżka-stukuszka jest jego, że właściciel wycałował jej właśnie noc, coś tam chyba uszkodził w
źrenicy, że ona od dziś będzie szukać światła, że będą jej promienie pod powieki wpadać. Nie będzie się już tak pieścić z wieczorem, tylko od dziś wywalonym językiem będzie lizać po podłodze promienie słoneczne. Zniszczył ją kuternoga i stworzył. A ona teraz musi go odnaleźć, żeby wiedzieć, czy da się tak żyć, gapiąc się w słońce, no i żeby oddać mu nogę. Koniec. Czar prysł, wynocha wszyscy, nogę zostawić, kasę rozliczyć.
Rok zaczął się dla Eli, Elki, właśnie tak, że wyszła zmierzyć się z naostrzonym jak nóż porankiem.
Ugodził ją w czoło, w podbrzusze, ale przeżyła. Ruszyła. Stuk, stuk.
Pod pachą niesie protezę. Ten jeden, do którego ona pasuje, nie może być daleko. Ileż by uszedł,
uskakał. Podchodzi pod okna kamienic i stuka protezą o ziemię. Stuk, stuk, jej obcasy. Stuk, stuk,
jego noga. Przecież usłyszy, rozpozna i wyjdzie. I następna ulica. Ostukała przy nowym roku jeden
kwartał i nic. Wyłazili z bram zmumifikowani uczestnicy wczorajszych imprez, pieski wyprowadzane za późno na spacer. Dzień się na nią rzucił i osiadł, bo była świeżą ofiarą. Nie widział jeszcze takiego okazu, więc mógł go zmacać i pożreć. I taka właśnie wróciła do domu, zmierzwiona przez blask, wytarmoszona przez blade światła. Stuk. Stuk.
Od teraz Elka wychodziła w dzień. Szła, stukając swoją nogą, jego nogą. Stukanie słychać było w
całej okolicy. Nawoływanie polipropylenu rozchodziło się do piętnastej, z przerwą na dwie godziny
pracy zdalnej. Czekała, aż w jakiejś bramie, za winklem, pojawią się słoneczne oczy i brak.
Popołudniami Ella szła do NOCKA, a nogę stawiała za ladą, w nadziei, że może właściciel pojawi
się sam. Sprzedawała, czekała, o dwunastej rozliczała kasę, całowała martwą łydkę bez właściciela,
wkładała ją pod pachę i wracała do domu. Dnia się już nie bała. Deptała mu po rytmie.

