top of page

Kasia Motyka – Księżyc w Raku

  • 29 mar
  • 5 minut(y) czytania


Kot ćwiczy asany, drzemie i czuwa. Łapie dźwięki, nosem chłonie rześkie powietrze. Do światła zlatują owady, hałasując, budzą go z niespania. Tańczą na tle ściany, tak cienkie i czarne, że wydają się własnymi cieniami. Obserwuje je umoszczony między zaciekawieniem a żarłocznością. Gdy za chwilę wyłączę lampkę, przybierze ciemną barwę a owady znikną. Ciągle jeszcze trwa lato, choć słońce nie ogrzewa już tak mocno. Intensywny kolor nieba coraz słabiej skrywa fragmenty nadchodzącej jesieni. Miasto drży, migocze w wieczornym spoczynku. Dziś jest superpełnia. Skażeni jej nieprzyzwoitym blaskiem i pożądaniem, które pulsuje tylko w głowach, błądzimy po ciałach wymyślonych kochanków. Od siebie oddzieleni o centymetry, o setki niezaistniałych zdrad. Wiążąc z tobą palce i stopy, myślę ukradkiem o nocnym drzewie niknącym za śniegiem. Jego nagich drapiących, gałęziach, których rozrastanie czasem mnie dotyka. Gęstniejąca sierść kotów, przypomina o nadchodzącej zimie. Pomiędzy kolejnymi obowiązkami odbywam podróż do miasta o nazwie rozpoczynającej się na B, w kraju na literę R. Jest ona zerwaniem ciągłości czasu wlokącego się jednostajnie i prostoliniowo i trwa na tyle krótko, aby uniemożliwić wpadnięcie w rutynę. Wracam i podróżuję dalej. Zawisam na odgłosach pociągu, przejeżdżającego zawsze punktualnie i późną nocą. Ostatni ludzie zdążają nim do domów, opuściwszy tysięczne zmiany w fabrykach i zakładach pracy, która jest tylko koniecznością. Niektórym droga powrotna biegnie przez las. Zdarza im się sklejać z
drzewami. Przylegają do kory, chłoną szum soków, chcą tak zostać już do końca. Wolą się stopić niż ponownie być sobą. Gałęzie jednak delikatnie ich odpychają, zachęcają do bycia znów ludźmi. Jeszcze nie czas, jeszcze musisz poczekać, słychać szept. Choć jestem daleko, czuję ich zmęczenie i ulgę, świadomość zbliżającego się snu. Sama pozostaję czujna i chłodna jak powietrze o smaku wody.


Serwisy informacyjne donoszą, że rozkruszone kawałki snów podrzucone wysoko, spadają, ślepo posłuszne grawitacji. Tym, którzy nie mają szczęścia, rozłupują noc. Zaciągnij szczelnie zasłony, żeby rano obudzić się całą. Zmagając się z codzienną zmiennością siebie, zaczynam wątpić w rozsądność cykli. Płynę nurtem zapętleń, potykam się o labilność wrażeń i chęci. By jakoś uporządkować te sprawy, wyrzucam z głowy niepotrzebne meble. Gram za gramem, nie-pokoje przestają składać się na wieczorny dom. Dopijam resztki światła, zasypuję cienkimi opłatkami snów twarde wrażenia dnia. Towarzyszy mi stukający deszcz, czyjś oddech w uchu, włosy przygniecione łokciem. Kwestia co się dziś przyśni pozostaje otwarta. Przypominam sobie, że ostatnim razem, kiedy cię widziałam, miałeś niebieskawe myśli i próbowałeś śnić świadomie. Rybom tylko takie rzeczy w głowie i może to nas poróżniło. Ja zostawiam wyśnienia własnemu biegowi. I dlatego pojawiają się w nich niezapowiedziani goście z przeszłości. Przez te spotkania spóźniam się do pracy. Niektórych proszę, nie przychodźcie więcej. Na próżno jednak stawiam znaki zakazu. Wieczory wyściełają się lękiem. Prześladuje mnie czyjaś wątła obecność, prześwitująca postać uporczywie krąży wokół łóżka. Nie czytaj reportaży przed snem, mówi mama i przypomina, że jako dziecko lunatykowałam. Jej słowa stwarzają pozory wspomnień. Lato spędzane w Libiążu i strome, kręte schody. Złapałam cię w ostatnim momencie. Ale podobno somnambuliczki nie spadają tak łatwo. Wystarczy im tylko nie przeszkadzać w onirycznych wędrówkach. Od tego czasu obrosłam w dorosłość. Kolejne lunacje przesuwają się po twarzy i między żebrami, osrebrzają pojedyncze włosy. Gęstnieją w okolicach nowiu, białym cyklem zabierają szansę na dziecko. Wyczuwam, że za niedługo znów zacznę zmieniać formę.


Kiedy ubieram się w nostalgiczny nastrój, nie zapowiada to łagodnej nocy. Przemierzam myśli, zaglądam do drewnianych pudełek, przywiezionych z Azji. Dawniej o tej porze wieszczyłam albo tylko wierzyłam, że potrafię to robić. Pokrywałam skórę apokryfami, rysowałam dopiski na marginesach niezaistniałych ksiąg. Cisza rozbrzmiewała przepowiedniami, ich echo mąciło nam w głowach. Rozplatałam palce i spod skóry zaczynałam wysnuwać słowa. Ucieknę w odległe miejsce, błyszczące złudnym ciepłem. Jego palce będą przeczesywały ciemny las, by mnie znaleźć i wymusić wyznanie, którego już w sobie nie mam. On tylko tego chce słuchać. Na zawsze zachowam celibat od kształtu jego fałszywych dłoni. Teraz rzadziej dostrajam się do tych głosów. Raczej nasłuchuję
rytmicznych uderzeń i oddechów wszechświata. Przepadam w szczelinie między mroźnym niebem grudnia a ciepłymi westchnieniami kotów. Zmęczona, zamykam oczy. Ostrożnie, bo wiem, że szurając rzęsami można zahaczyć i zrzucić księżyc. Już raz to się stało i na pewien czas oceany zastygły w zdumionym bezruchu. Pamiętam, że czułyśmy się wtedy zupełnie zagubione. Ostatnie pytanie przed zniknięciem. Czy rozplątując pogięte kawałki godzin, w końcu zauważę to krótkie mrugnięcie sensu. Przekonaj mnie. Przekonaj się sama. Ustawiam sny w losowej kolejności, kolażem próbuję znaleźć dla nich znaczenie. Zawsze chętnie łapałam te odłamki. Wyławiałam je z mętnych zawiesin, poszukuję w nich potwierdzenia, że to wszystko warto.


Wyciągam z szafy wełniany koc. Jest tak zimno, że światło latarni morskich, samochodowych reflektorów oraz lampek przytwierdzonych do stołów w bibliotecznej czytelni, zamarza i jasnymi bryłami spada na ziemię. Kruszy ją z łatwością. Przebija kolejne warstwy litosfery, słychać jak pękają skorupy. Dociera aż do głębi. Rozjaśnia okolice rozpalonego wnętrza, wirującego metaliczną lawą. Początek czerpią stąd korzenie starych, najniżej sięgających drzew. Spływają nimi, do samego źródła, westchnienia ludzi tulących zmęczone policzki do chropawej kory. Wieczorami, wracając do domów, zatrzymują się w lesie, by pozwolić smutkowi opaść i wniknąć w glebę. Dzikie zwierzęta omijają te miejsca. Nie jedzą przesiąkniętych nastrojami owoców buczyny ani kusząco soczystych kępek ziół. Tutejsze kwiaty są bezbarwne, ale za to obłędnie pachną. Przeklęta ziemia, święta przestrzeń, sprzeczają się na łamach lokalnej prasy duchowni i szamani. Zielarki i szeptunki obchodzą te dyskusje z daleka. Pewnym krokiem podążają ścieżką między bukami, sprawdzając jednak, czy nikt za nimi nie idzie. Odpoczywają z głowami wtulonymi w trawę. Czują drobienie mrówczych nóg po wewnętrznej stronie ud. Wyobrażają sobie mężczyzn, myślą o kobietach. Czasem wilgotnym nosem trąca je młoda sarna albo ciekawski lis. Przekaż wiadomość, Cailleach, mówią jedne. Pozdrów Boga, mruczą inne. Wreszcie zabierają się do pracy. Grzebią szpadlami utkanymi z twardego światła. Zanurzają ręce w szczelinach. Napełniają bawełniane torby z wyblakłym logo supermarketu tym, co akurat jest im potrzebne. Kamieniami, korzeniami, źródlaną wodą. A potem wracają do domu, ozdabiają stoły, robią czary. Fuj, trujące, nie jedz, strofują kocurka-podrzutka. Pozostawione przez nie wydrążenia zabliźniają się same. Zdarza się jednak, że zanim się zasklepią, z tych czeluści wysnuwają się obrazy. Po korzeniach najstarszych drzew pną się do góry. A gdy wydobędą się na powierzchnię, błądzą nam w głowach, zasiedlają odłamki duszy, unoszą się w snach. Wczesną wiosną, kiedy siedzimy na brzegu rzeki,  słychać je w miękkich oddechach ziemi. Melancholijni ludzie piszą o nich w listach, gubionych potem na dnie szuflady. Tworzą niedostrzegalną warstwę, część całości, całość wielu fragmentów. Skleja nas ona z taflą rzeczywistości jak pole magnetyczne, umiejscawia tam, gdzie powinnyśmy przynależeć. Jest cienka, ale nie jak folia, raczej podobna do surowego jedwabiu, bo pozwala głęboko oddychać. Zawijam się w koc, uczucie zimna rozpływa się i znika. Jeszcze nigdy, włócząc się po zmroku, nie byłam tak niepewna swoich wątpliwości.










Kasia Motyka – autorka powieści Głębia ostrości i drugiej, którą kończy pisać. Etnolożka, urzędniczka, matka dziecku i kotom. Lubi Rumunię, drzewa i smutne piosenki. Mieszka w Krakowie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page