Weronika Romańska – Podwójna ciągła
- 29 mar
- 6 minut(y) czytania
Chodź ze mną, pokażę ci noc. O konsystencji smoły przyklejonej do powiek, do wyschniętych ust, do lęku i drżenia, do odwagi i każdej myśli o kolejnym dniu. Pokażę Ci ciemność, gdzie strach przed samotnością miesza się z poczuciem winy, jak słowo zapomnij i pamiętaj w syjamskim objęciu gładzi zimnymi palcami swoich sprzymierzeńców. Chcesz? No chodź.
Zobaczysz wąskie ścieżki długich labiryntów ścian pod napięciem i nieograniczoną przestrzeń. Z żadnej z tych rzeczy nie ma wyjścia. Jest złamany strumień światła przebijający się przez dym. To prąd. Poznasz drżenie zimna i pot, senność w bezsenności, strach i odwagę, ziemię obiecaną i niczyje niebo, zależność i samotność, głęboki oddech żeby cokolwiek poczuć i wstrzymanie oddechu, by przestać czuć cokolwiek, odwrócenie roli. Ofiarę będącą katem, i kata będącego niewinnym, karmę mającą zęby jak brzytwy i zwierzę nie mogące ruszyć miski. Chodź ze mną. Poznasz światło i długość czerni. Musisz się pospieszyć. Jej czas działa, jak pociąg. Gdy ruszy z peronu nie wsiądziesz, a ja chcę żebyś zobaczył każdy z jej przystanków. Biegnij ze mną.
Siedzieli we dwoje na wzgórzu, ramię w ramię jak zdarzało im się robić to w wolnej od życia chwili lub jakichś kłopotach. Zdarzało im się czasem te kłopoty wymyślić, żeby razem je później rozwiać patrząc wgłąb powolnie tulącego się do snu miasta. Nie była to jeszcze faza snu ren, a raczej oglądania ostatniej panoramy w kapciach przed telewizorem, ale już po ostatnim myciu zębów.
W dole, jakby w odpowiedzi na ich skupiony wzrok migały światła latarni, okien i samochodów.
– Mała, jeśli chcesz możemy spalić któregoś dnia to miasto – powiedział to spokojnie zatrzymując oddech i jednocześnie gasząc lufkę o deskę ławki, na której siedzieli.
– Zacznijmy od tego pana – wskazała palcem na powolnie turlającą się kulkę po jednej z uliczek rozchodzącej się mapy – Całe życie lał żonę.
– Nie całe życie, tylko pół – odpowiedział z uśmiechem - Wydaje mi się, że środkowe pół, a ona może to lubi.
Milczała przez chwilę.
– Jak do wszystkiego doszedłeś? - spytała.
– Mnie już interesują tylko dziwki i koks. - odpowiedział jednocześnie wyciągając telefon, a na ekranie rozsypał biały proszek.
Przyglądała się temu myśląc, że wygląda jakby gwieździste niebo odbiło się w sztucznym blacie smartfona. Odbijało to samo światło, takie same świecące bryłki ułożyły się w niebo.
- Twoje dziwki i twój koks? - zapytała.
- Yhym. Zrobić ci małą?
- Tak. Zrób.
- Jak do wszystkiego doszedłeś? - powtórzyła pytanie.
Pociągnął kreskę i podał jej banknot jednocześnie przytrzymując telefon. Smak gorzkiego nieba rozlał się w jej gardle.
- Ja wiem, że wszystko zależy od nas i nikt nas z niczego nie rozliczy. A ty wszędzie widzisz Boga. Gdzie jest teraz twój Bóg? - zapytał omiatając wolną wokół nich przestrzeń wzrokiem i pustą już dłonią dmuchając resztki pyłu z telefonu.
- Tutaj - powiedziała jednocześnie kładąc mu dłoń na klatce piersiowej, tak by czuć przyspieszony rytm serca.
- Zabij mnie - odpowiedział.
Ich oddechy rozchodziły się przez chwilę po milczącym wzgórzu i lesie, po zboczu aby dotrzeć do miasta.
- Boję się, że mnie też będą kiedyś interesowały tylko dziwki i koks - powiedziała to podążając wzrokiem za swoim oddechem, gdzieś za góry po drugiej stronie miasta, za ostatnie zapalone światło w czyimś domu, w którym ktoś grzał się w prowizorycznym cieple.
- Ty? W życiu bym cię tam nie zabrał. Zaczęłabyś nas wszystkich nawracać. To by dopiero była przyjemność. Chodź już. Idziemy.
Zeszli do ulic i domów, ludzi i bloków. Weszli do sklepu, gdzie przyglądał się jak ogląda kolorowe butelki na półce. Wybrała jedną. Miętową dwusetkę drinka i wafelki czekoladowe.
– To na siłę - podpowiada mu i puszcza oczko.
– Pozwól, zapłacę.
Teraz ona patrzyła jak wyciąga portfel i płaci gotówką. Ma przy sobie kartę, ale zawsze używa banknotów. Odkąd pamięta jego pierwsze pieniądze.
Znali się od zawsze, bo jeszcze zanim poszli do szkoły. Mieszkali niedaleko siebie i ta sama ulica była ich wspólnym podwórkiem albo placem zabaw. Aż oboje dorośli, a wtedy stała się początkiem i końcem świata.
- Widzimy się pojutrze? Będzie piątek - zapytała tak naturalnie, jak pyta się człowieka któremu zadało się to pytanie setki tysięcy razy.
- W piątek nie mogę. Muszę odegrać samochód - mówi, jakby mówił o konieczności posprzątania bagażnika.
- Odegrać samochód? Przejebałeś w pokera samochód? - podchwytuje temat.
- Muszę go odegrać.
- Jak można przegrać w pokera samochód? - śmieje się.
- Nie wiem. Byłem zmęczony.
- To może mnie teraz odprowadzisz do domu? – śmieje się teraz już głośno, a on razem z nią.
- To nie chodzi o samochód... – on coś próbuje tłumaczyć, ale przerywa.
- To kwestia honoru?
Scena pęka, jakby pod naporem ostatniego zdania. Szkliste rozpryski rozsypują się wraz z ich śmiechem po chodniku, żeby pochłonąć również betonowe płyty.
Piątek. Ubrała się i pojechała do klubu a w nim ludzie, koks, drinki a potem na odwrót: drinki, koks, ludzie. Do tego muzyka nadająca rytm i tempo. Ostatkiem sił podeszła do ochroniarza i wykrzyczała mu do ucha:
- Coś mi się stało! Dzwoń do Daniela! - po czym upadła na posadzkę. Dźwięk bransoletek uderzających o płytki został pochłonięty przez trans wieczoru, trans tłumu i dźwięków.
- Mam w kanciapie jakąś twoją kurwę! Ktoś jej coś dosypał! Nie wiem, czy nie zjeżdża! Zadzwonię na pogotowie, to zjadą się psy z całego województwa! Kazała do ciebie dzwonić! Zanim straciła przytomność.
Usłyszał krzyk w słuchawce przebijający się przez szum i dziesiątki kilometrów.
- Jak się nazywa? - zapytał powoli odkładając karty na blat niskiego drewnianego stołu.
- Skąd ja mam wiedzieć?!! Co za różnica??? Czarne włosy, szczupła, obcisłe spodnie. Czekaj, ma torebkę. Są dokumenty. Judyta!
Poczuł jak fala gorąca zalewa jego ciało, uderzenie obejmujące każdą jego cząstkę. Od uszu, po krtań, po myśli. Judyta miała chore serce. Co ona tam robi? Co ona tam robi do kurwy nędzy?
- Posłuchaj. Musisz ją zawieść do Grand Hotelu. Ja tam za 50 minut będę.
- Pojebało cię? Mam wieść trupa jakiejś szmaty przez pół miasta?! Pojebało cię?
- Słuchaj, co mówię, bo nie chcesz kłopotów. Obaj nie chcemy. Dlatego musisz zrobić tę jedną rzecz: zawieź ją do hotelu. Ja już tam jadę. Na razie sprawdź jej puls.
- A ty myślisz, że ja doktorem jestem?! Twoja kurwa, twój problem. Ja pierdole.
- Twój klub. Jutro będą pisały o tym wszystkie gazety.
- Kurwa!
Dźwięk rozłączonej rozmowy rozbrzmiał po pokoju.
- Kończę na dziś, panowie. - powiedział z pozornym spokojem do znajdujących się przy stole mężczyzn i wstał. Tak bardzo chciał żeby nie zauważyli jak trzęsą mu się ręce, drży głos, że cokolwiek jest w stanie go poruszyć. A oni rozumieli. Odciągnąć od stołu i nowego rozdania może tylko miłość, albo jeszcze większe pieniądze. Gdy wyszedł, odwrócili jego karty, na blacie leżały cztery króle.
W samochodzie odebrał jeszcze jeden telefon o tym, że jego kurwa zarzygała czyjś samochód. Zakończył połączenie i zadzwonił do lekarza, tego lekarza, który kiedyś interweniował, gdy znajomemu za bardzo wjechała wóda zmieszana z mefedronem i próbował wyskoczyć z siódmego piętra. Dostał wtedy kroplówkę, coś na uspokojenie i po pierwszym razie, gdy już ochłonął, faza wróciła i próbował wyrzucić przez okno już nie siebie, ale wszystkie meble i ubrania wraz z yorkiem dziewczyny. Daniel pamięta, że ten lekarz zgodził się przyjechać drugi raz. Solidny gość, ma swoje ogłoszenie w internecie, które hula po telefonie nocnego życia, jako Pan Złota Rączka. Naprawi na miejscu każdą awarię.
Dłonie pociły mu się, aż kierownica ślizgała się w ich objęciach, aż cała ulica kołysała się, a światła znaków drogowych zdawały mu się puszczać oczko złośliwie szczerząc zęby. Złota Rączka już jedzie, a ty staraj się, żebyś też cało dojechał.
– Wysiadaj ty pierdolona szmato! Wysiadaj! Gdzie jest kurwa Daniel? - krzyczał na pustym parkingu hotelu wiedząc, że mówi sam do siebie i robi to z bezsilności.
Sekundy dłużyły się, jak powolne cięcia żyletką i w jednym z tych cięć podjechał drugi samochód.
Tego co wydarzyło się w kolejnych minutach nie umiałoby opisać żadne z uczestników i każdy opisałby inaczej. Szef dyskoteki próbujący pozbyć się problemu, naćpana dziewczyna na największej bani jakiej doświadczyła oraz Daniel być może pierwszy raz w życiu bojący się o cokolwiek, a na końcu lekarz, który dzisiejszej nocy będzie miał jeszcze dwa takie wezwania. A, jeszcze recepcjonista, którego w piątkowy wieczór nic nie jest w stanie zaskoczyć.
Godzinę później Daniel był przy niej sam. Siedział na podłodze w hotelowym pokoju i patrzył, jak śpi na łóżku i nierówno oddycha. Trzymał jej zimną dłoń i powtarzał wciąż w myśli "Boże proszę..." aż ta myśl bezwiednie przedarła się przez usta oplatając pokój pierwszy, drugi, trzeci raz jak mantra.
Nie zauważył, że otworzyła oczy, nie domyślił się że dosłyszała jego słowa. Gdy ich spojrzenia się spotkały, wyszeptała bladym głosem
– On nie istnieje. Masz może kreskę?

