Znaleziono 745 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Tamara Kamenszain – pięć wierszy
Przeznaczenie Gdzie będzie to co nastąpi pytam siebie podczas gdy to, co zostało w tyle przypomina beczkę bez dna w której niepodobna szukać wskazówki dla tej przyszłości która nadciąga powoli niczym jedna z tych strzał które zawsze trafiają w cel choćby leciały krętą drogą która w oczach niektórych naiwnych może wydawać się błędna. [Czy mówiłam już o śmierci?] Czy mówiłam już o śmierci? Zmarł mój brat zmarli rodzice zmarł ojciec moich dzieci tylu przyjaciół zmarło a ja mówiłam i mówię że ich już nie ma. Czy to jest mówienie o śmierci? Odnotowałam że odeszli zadedykowałam im książki nazywałam ich po imieniu aż dotarło do mnie że nikt mi nie odpowiada. Czy to jest mówienie o śmierci? Próbowałam wszystkiego co się dało upierałam się przy cudzych refrenach „pod spodem jestem ja” „pod spodem jestem ja” ale Pizarnik już się urodziła pogrzebana Alejandra Alejandra kazała się tak nazywać od dziecka i to dopiero jest mówienie o śmierci. Ja ją tylko cytuję bo urodziłam się w pewnym pokoleniu a to nie jest mówienie o śmierci jeśli ciało kroczy samotnie uginać się z innymi pod naporem czasu to literacki sport: „Życie i śmierć były W zeszycie w linie”. [Ojciec moich dzieci] Ojciec moich dzieci był człowiekiem słowa umierając mówił pielęgniarkom kiedy go pytały jak się czuje oto jestem w stanie błogosławionym. Mistrz sztuki mówienia niespodziewanie z zaskoczenia tego czego nikt nigdy nie chce usłyszeć ten mężczyzna właśnie odchodził by powić własną śmierć. Ale jak mówić o jego śmierci skoro moje dzieci moje oczy ich oczy utkwione w przeszłości patrzą w przyszłość oni którzy urodzili się w pokoleniu w którym reality show budzi strach oni z pewnością chcą wiedzieć czy to prawda czy kłamstwo co wypisuje matka. Jak więc mówić o śmierci nie umarłszy wprzód? A kiedy oni będą odliczać mój czas czas ich ojca znów ich nawiedzi a inne żałoby inne sny ponownie przeżywanego dzieciństwa umocnią ich do życia na zewnątrz daleko od mojego zeszytu w linie. Dlatego ze względu na nich mówię: nie mówiłam i nie sądzę bym mówiła przynajmniej na razie. [Nigdy nie opowiedziałam tego żadnemu z moich terapeutów] Nigdy nie opowiedziałam tego żadnemu z moich terapeutów: w żydowskiej szkole podstawowej oglądaliśmy co roku ten sam film o nazistowskich obozach koncentracyjnych ten w którym żywe trupy kopią dół następnie wrzucają do niego kości swoich zmarłych a potem jeszcze są zmuszani by wepchnąć tam samych siebie samobójcy z cudzej ręki tych którzy ich rozstrzeliwują by przez swą lekkość spadali nie zasłużywszy na taki los. Nie wiem ale do dziś gdy taksówkarz mówi coś o Żydach milknę by przypadkiem w lusterku wstecznym nie odkrył że i ja stoję na krawędzi tego dołu. Dlatego nie zabieram głosu dlatego ukrywam się za pierwszą osobą. [Nie jestem terapeutką ani nie zamierzam być wieczną pacjentką] Nie jestem terapeutką ani nie zamierzam być wieczną pacjentką a jednak wiem że chcę przestać się analizować ale nie wiem jak i wiem także że w pewnym momencie powinnam zamknąć tę książkę i też nie wiem jak chyba że zakończenie spadnie niczym dojrzały owoc i uderzy w głowę kogoś kto wreszcie będzie tędy przechodził. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Tamara Kamenszain (1947–2021) – argentyńska poetka, eseistka i wykładowczyni uniwersytecka.
- Weronika Stępkowska
Ciemna ek(o)log(i)a stoimy tutaj, w rozmroku – myśli (o) ciele, ale nim jest, najpierw w ciem mności: tym niezrozumiałym parciu do świat(ł)a, potem – w wyłanianiu się cienicości łań, saren, żubrów, w końcu zajęczy żar, wykrzykniesz nie imię a zna mię, most poznania zbliży się na odległość próżnic, z oswOIOMu przeniesiemy się na grunt roz łąki – no u men, a nawet fe! no men, okażą się czymś zupełnie różnym niż mnie mający podmiot; czymś jak trzcina, my śląca za granicę gatunku – *** a więc muszę ud dawać do zrozumienia se dna kiedy dostaję od ciebie roz kosze roz po – czy nam potrzebne rzucanie śmierci rozsuwam przestrzeń w słodki mrok Niedorzeczność trzeba otworzyć tę szafę-szachrajkę – szajkę shy busów, które dowożą milczenie do jęków – tak powstaje zająknięcie, układa się w sobie jak moher, jak moth, całkowite zaćmienie lampy, roz budzenie emo-tików w kąciku Oka zje mnie, z szafy wyjdą czjornyje rozy, czarcia zieleń rozmyje (pa!) Lete *** wyciągam się za uszy z kata toni tłumaczeń, że to bro-kat zasypuje mnie po całunkami, jednak kata liz(ow)anie cudzego po żądania nie bardzo mnie kręci, więc kręcę się w kółko patrząc jak kręcisz (z) coraz inną laską, wybijam sobie oczy -wistość przywiązania z głowy, ja, wolna Elektra, wreszcie dostrzegam cie(r)nie – rozpoczynam roz ruchy – Róży twój płatek nas Kocha poszarpaną krzywą. cóż z tego, że twój zamek na lodzie znów zaciął się w drzwiach; nie będzie kajania się do szpiku jawy. w śnie gach obiecywał, że się z tobą fahrenhajtnie, posłusznie kreśliłaś trójkąty z przytulnym kącikiem 451. sto pni spłonęło tej nocy, by wytrącić związki węgla z drżącej dłoni czasu: witaj, diamentalna! Weronika Stępkowska – poetka i recenzentka. Studiowała na Uniwersytecie Łódzkim fizykę i kulturoznawstwo. Wiersze publikowała w pismach literackich; eseje lub recenzje – w „Afroncie”, „Arteriach”, „Korean Literature Now”, „Sofie”, „Stronie Czynnej”, „Śląskiej Strefie Gender i „Tyglu Kultury”. Laureatka konkursów poetyckich. Autorka zbioru Algorytmy i Olgorytmy szaleństwa (2023). Prowadzi krytyczno-poetyckiego bloga i stronę fejsbukową Weronicowanie Poezji.
- Grzegorz Wróblewski – Asemic from Amager hospital
Grzegorz Wróblewski (ur. 1962) – artysta wizualny, autor wielu książek poetyckich, prozatorskich i dramatów; autor tekstów w projekcie muzycznym Pawła Kelnera Rozwadowskiego i Krzysztofa Siwego Bentkowskiego. Udział w licznych wystawach zbiorowych i indywidualnych (malarstwo, mixed media, instalacje) w Polsce, Danii, UK i Niemczech. Książka asemic writing Shanty Town (Post-Asemic Press, USA, 2022), książka-obiekt z poezją wizualną Polowanie (2022). Mieszka w Kopenhadze.
- Paweł Orzeł – primero (opowiadanie)
Manos como palomas. Las palomas de tus manos. Nie potrafisz powiedzieć, czy to dobre rozpoczęcie tekstu. Otwarcie tekstu? Trochę jakby był bryłą, na przykład błotną, i pod wpływem słońca zaczął pękać. Otwierać się, właśnie. Ale słońce? Kiedy ostatni raz je widziałeś? Być może przed chwilą czerpaliśmy z jego promieni. Cokolwiek może to znaczyć. Dla ciebie lub dla mnie. Niech będzie. Stałeś więc dosłownie przed chwilą w kolejce do muzeum. W promieniach słonecznych. Cały ty. Nieliczni ludzie. Gdzieś za plecami ocean. Na niebie żadnej chmury lub tylko jedna, niepozorna, upiększająca ten obraz. Przeszyła twoje ciało nieco niespokojna myśl, że nie masz nic do picia, że powinieneś lepiej przygotować się na taką pogodę. Może niekoniecznie kapelusz lub czapka, krem do opalania, inne takie, ale sama woda lub wino – czemu nie masz? Nieliczni ludzie i kolejka? Mniejsza o nich. I to. Wejdźcie w końcu do tego, co uznaliście za muzeum. Kiedyś już tu byłem. To nie ma żadnego znaczenia. Nikogo nie interesuje ani nie jest chyba do końca prawdą. Takie miejsca w ich wyobraźni przeobrażają się cały czas. Eksponaty, dekoracje, kwestie użytkowe, informacyjne, całe korytarze lub toalety – nie muszą nawet wychodzić, wystarczy, że na chwilę odwrócą wzrok i już nie zobaczą tego samego. Po chwili. Nigdy nie znajdą się dokładnie w tej samej przestrzeni. Nigdy. Czy to uniemożliwia naukę? Jej rozwój. Gromadzenie wiedzy. Niewiele mnie to w tej chwili obchodzi. Zwróć jednak uwagę na kobietę, która ci się przygląda z wręcz namacalną niechęcią. Jej akurat tak szybko się nie pozbędziesz. Musiałbyś chyba wyjść i wejść. Szybko wyjść, z powrotem wejść. Może coś by to dało, ale nie chcesz tracić czasu, nie chcesz stać w kolejce składającej się z nielicznych ludzi. Tych samych. Zaczynać od nowa, chociaż tak naprawdę wciąż nic konkretnego się nie wydarzyło. Urok niewyraźnej sytuacji. Brzask czegoś. Ręce jak gołębice. Wysypka intrygi. Przekleństwo muzeów bez dachów. Czego może ona chcieć od ciebie? Miałem z nią wczoraj, że tak się wyrażę, stosunek seksualny. Choć nie jestem pewien, czy można tak to nazwać, i czy na pewno z nią. Co jeszcze? Dwójka dzieci i mąż. Nie wiem, gdzie były dzieci. Może na plaży. Nie wiem, gdzie są. Albo nie. Nie. To raczej my byliśmy na plaży, a one w miejscu niezbyt odległym, w pokoju hotelowym. Za łatwe, zbyt oczywiste. Wydaje się niestosowne. Cholera, nie wiem, nie pamiętam. A jej mąż? Jest, jakby go nie było. Nie na tej wyspie, nie na tym świecie. Też niewiele więcej potrafię powiedzieć. Ogólnie. Wyjaśnić jej niechęć do ciebie. Nie. Gołębica twoich rąk? Tak mówiono nam w dzieciństwie, kiedy uczono nas tańca. Dłonie, dłonie. Mniejsza o jej niechęć, pogardę czy też obrzydzenie rozpisane na twarzy. Może widzicie się ostatni raz, może za chwilę znów będziecie się pierdolić. Perdón. Przyszedłeś tutaj w jednym konkretnym celu. Nie zdawałeś sobie sprawy, przekraczając muzealne drzwi, ale teraz już wszystko zrobiło się jasne. Nie czułeś żadnego większego zainteresowania, przyglądając się w biegu obiektom, które ewoluowały od ostatniej wizyty. Znaczy, coś intelektualnie i estetycznie poruszającego jest w nich samych, w ich pozornej bezużyteczności, jak i niezrozumiałej lub bezcelowej transformacji, ale nie na tę chwilę. Co więc zobaczyliście? Już jestem blisko. Gołębice z ręką. Zawsze chodziło o zbroję. Od początku chodziło ci o dość kuriozalną czerwoną zbroję. Taką z namacalnym diabolicznym przekazem. Podobno w rogach. Ktoś ci o tym opowiadał. Hełm z rogami. Mikroskop. W tych rogach dalsze zbroje. Jedne wyrastające z innych. Drugie wyrastające z pierwszych. Trzecie z jeszcze innych. Tak bez końca. Odmiany czerwieni. Zbroje, hełmy z rogami. W tych rogach dalsze, coraz mniejsze zbroje. Boli was od tego głowa. Jakby tego było mało, podeszło do was dwóch mężczyzn, być może pracowników muzeum bez dachu. – Nigdy nie interesowałem się militariami – powiedział pierwszy. – Musi pan wracać do hotelu – drugi. Nie umiał powiedzieć, skąd oni się wzięli. Nie widział ich wejścia, nie słyszał zbliżających się kroków. Zupełnie jakby nagle zmaterializowali się przy nim lub zlecieli po cichu z tej pojedynczej chmury na niebie. Obiecał sobie, że pomyśli w odpowiednim momencie i przyjrzy się tej jej nieruchomości. Coś niepokojącego. Jednak musiał mężczyzn o czymś poinformować, o czymkolwiek. Ostatnie spojrzenie na zbroję. Błahe wrażenie, że nie jest już w ogóle atrakcyjna. Bardziej różowa niż czerwona. Nieco mniejsza. I tyle. „Powiem im, że ja też nigdy nie lubiłem hoteli z niedziałającymi maszynami with tobacco”, tak pomyślał, ale już nikogo nie było. Jak ich zapamiętam? Nie wiem. Jeśli w ogóle. Jeden był podobny do kogoś, drugi wręcz przeciwnie. Niech będzie. Gołębica w rękach. Cokolwiek to znaczy. To tyle? Dalsza opowieść nie jest już tak precyzyjna. Biegnąc do hotelu zapomnieliście o chmurce. Chmurze. Zapomnieliście właściwie o wszystkim. Coś znowu zaczęło się przekształcać, może wy sami – jak ponure obiekty muzealne. Te różnice najłatwiej opisać, porównując synogarlicę z dłonią. Tyle a tyle podobieństw, trochę mniej różnic. Każdy z was to widzi. W pokoju hotelowym wpadłem na samego siebie. Otwarte drzwi. Raz po jednej ich stronie, raz po drugiej rozwijała się jakaś awantura. Próbowałem wypchnąć dwóch mężczyzn i zamknąć je, co okazywało się zadaniem niemożliwym. Cały czas wracali, czymś przyciągani lub napędzani zwykłą złośliwością. Jak małe chujki, kręcące się bez celu po muzealnych korytarzach i innych instytucjach publicznych. – Dość tego. Byłeś coraz bardziej zmęczony i postanowiłeś sam sobie pomóc. Zastąpić nieskuteczność i czający się strach wulgarnością i prymitywną siłą to zawsze niezły pomysł. Doszliśmy do tego, co jest „po wszystkim”. Por fin. Wylazłem w końcu na taras, przepędziłem paskudnego grzywacza lub sierpówkę – dla mnie wyglądają w sumie tak samo – zapaliłem papierosa i zacząłem zastanawiać się, z czyją matką jeszcze dziś się prześpię. obraz: Tomasz Pilikowski Paweł Orzeł (ur. 1985) – głównie prozaik i tłumacz. W 2025 roku wydał dwa czapbuki (z Pablo EDRO – Casa de Formas): MBTPPPW i konstruktywna część zmian tymczasowych oraz dwa przekłady tomów poetyckich: María Elena Higueruelo, Los días eternos / Wiekuiste dni (Fundacja Duży Format) i Pilar Adón, Powinności (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi).
- William Shakespeare – trzy sonety
Sonet 23 Jak niezdarny aktor, co myli na scenie Wyuczoną rolę, bo trema go zjada, Albo jak zdziczałe i wściekłe stworzenie, Któremu nadmierna moc serce osłabia, Boję się zaufać, z miejsca zapominam, Jak w pełni odprawić liturgię miłości, Zdaje się, że przesyt gasić ją zaczyna, Przytłacza potęga własnej namiętności. Niech moje uczucie wysłowi oblicze, Z piersi bije niema i wróżebna mowa – Tak proszę o miłość, na wzajemność liczę. To wyraża więcej niż największe słowa. Ucz się czytać miłość w tej milczącej księdze. Kto słucha spojrzeniem, poczuje jej wiedzę. Sonet 25 Niech ten, komu sprzyja układ gwiazd, wysławia Tytuły, zaszczyty, laury, uwielbienie, Ale mnie, któremu triumfu odmawia, Cieszy nagłe szczęście, co najwyżej cenię. Ulubieńcy książąt kwitną w blasku pana, Tak się aksamitka na słońce otwiera. Są jak grób, gdzie pycha leży pogrzebana, Bo gdy pan marszczy brwi, ich splendor umiera. Zraniony wojownik z waleczności słynie. Po tysiącu zwycięstw raz pobity w boju Zostanie skreślony, z księgi chwały zniknie, Zapomną o wszystkim, co wywalczył w znoju. Szczęśliwy, bo kocham i jestem kochany, Nie mogę stąd odejść ani być wygnany. Sonet 35 Nie zadręczaj się dłużej swoimi winami, Róże ranią kolcami, srebro płynie z błota, Księżyc i słońce chmura lub zaćmienie plami, W najsłodszym pąku żyje robak i brzydota. Każdy popełnia błędy, sam nie jestem inny, Tłumaczę twój występek, mnożąc subtelności, Deprawuję też siebie, gładząc twoje winy, I zawczasu rozgrzeszam cię z twojej grzeszności. W twoje błądzące zmysły wnoszę swój rozsądek, Gdy twoim adwokatem jest twój oskarżyciel, I słusznie mi się stawia zarzuty przed sądem, Miłość ze wstrętem we mnie walczy o przeżycie, Więc muszę być współwinny, ponieważ mną włada Ten słodki złodziej, co mnie okrutnie okrada. przetłumaczył Jacek Świerk William Shakespeare (1564–1616) – jeden z najwybitniejszych pisarzy i dramaturgów w historii literatury światowej. Urodził się w Stratford-upon-Avon w Anglii i tam również zmarł. Pozostawił po sobie bogaty dorobek obejmujący tragedie, komedie oraz dramaty historyczne, takie jak Hamlet, Makbet czy Sen nocy letniej.
- Grzegorz Tomicki – Frenezja: Łatwe formułki
Terapia akceptacji i zaangażowania uznaje myśli oraz język za główne źródła ludzkiego cierpienia. David A. Carbonell, W pułapce niepokoju Z uznaniem bólu rzecz ma się podobnie jak z zarządzaniem treścią jaką ból chce nam przekazać nie wystarczy być na nią głuchym w uznaniu własnego bólu pomaga między innymi wymyślenie krótkiej łatwej do zapamiętania formułki która ułatwia też zdystansowanie się nieco od cierpienia aby się w nim nie zatracić szczególnie przydatne są kwestie rozpoczynające się od słów „to jest” „oto” „zauważam” „mam w sobie” na przykład „to jest smutek” „zauważam złość” „mam w sobie uczucie rozpaczy” jest to nietypowy sposób mówienia co jest celowe zwykle mówimy bowiem „jestem smutny” „jestem samotna” czy „jestem zły” przez co powstaje wrażenie że niejako jesteśmy daną emocją ale kiedy mówimy na przykład „zauważam smutek który pożera mój mózg razem z szarą masą umysłu ścięgnami i kośćmi” albo „to jest samotność która jak gwóźdź wbija się w przestrzeń międzykręgową mojej myślowej konstrukcji” czy „mam w sobie uczucie złości muszę wbić komuś nóż w czoło albo w oczodół i zakręcić nim koło” wtedy możemy się zdystansować nieco od tego co czujemy i dostrzec że owe trudne uczucia nie definiują tego kim jesteśmy ale są raczej przepływającymi przez nas jak czas przez transferowe okienka lub dreszcze napięcia po plecach doświadczeniami które łatwo okiełznać a kiedy reakcja zamierania odetnie cię od uczuć i pozytywnych zasobów możesz powiedzieć „zauważam w sobie piramidalne odrętwienie” albo „to jest poczucie horrendalnej pustki” albo „rejestruję totalny rozpad wszystkiego” taki niecodzienny sposób mówienia („zauważam to” „obserwuję tamto”, „odczuwam coś tam”) pomaga odłączyć się odsunąć nieco od własnego bólu od cudzego z pewnością co zmniejsza ryzyko że ból nas zmiecie z powierzchni ziemi razem z naszymi morderczymi zmysłami które nie da się ukryć nie są nam do niczego szczególnie potrzebne pomocne może okazać się również dodanie do formułki zwrotu „tu i teraz” albo „w tej chwili” kiedy mówimy „tu i teraz odczuwam niepohamowany przymus unicestwienia tego co ze mnie jeszcze zostało” „w tej chwili odczuwam kompletną psychiczną degrengoladę” „a teraz zauważam koszmarną udrękę i globalny rozpierdol” łatwiej nam sobie przypomnieć że takie myśli i uczucia mają przemijający charakter że jak pogoda rządy i przekonania nieustannie się zmieniają podobnie jak formułki z dodanymi do nich zwrotami typu „tu i teraz jestem szczęśliwy bezpieczny spokojny” „w tej chwili odczuwam miłość do wszystkich” „w tym momencie te oto formułki i zwrotki przywracają mi zdrowe zmysły” jeśli nie jesteś w stanie precyzyjnie nazwać zauważonego przez siebie uczucia albo przeżywasz tak wiele uczuć że nie potrafisz ich od siebie rozróżnić możesz posłużyć się wyrazami wziętymi z życia takimi jak „cierpienie” „żałoba” „krzywda” „katusze” „męka” „udręka” „mordęga” „męczarnia” „tortura” „zmora” „utrapienie” czy „zespół lęku apokaliptycznego” na jakiś czas tych kilka słów powinno wystarczyć aby się zdystansować nieco od tego co czujesz i dostrzec że owe trudne uczucia nie określają tego kim jesteśmy kim byliśmy lub kim kiedyś będziemy są raczej przepływającymi przez nas falami niewyobrażalnej rozpaczy które łatwo okiełznać słowami słów zaś podobnie jak emocji i myśli jeszcze nigdy nikomu nie brakło choć niektórzy mówią inaczej. Grzegorz Tomicki (ur. 1965) – doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), Sto kilo kości (2023), Liryka drogi (2024) oraz monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.
- Jacek Sadkowski – pięć wierszy
בוא הביתה * Bo habajta Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości, A nie możesz li w onej dawnej swej całości, Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną! Tren X, Jan Kochanowski ciepło w stopy. aż dziwnie. niebywale przyjemne. nie mnie się ruszać opatulać szczelniej kocem poprawiać poduszki choć zaraz zdrętwieje mi ręka a ziąb ciągnący od okna ugryzie w gołe plecy. piżamę mam nędzną nie chciało się wyciągać z szafy solidniejszej. a niech tam. ciepłe stopy to rzecz rzadka. słucham wiatru i jagiellońskiej listy przebojów z 1450. hystorigraphi aciem mentis. nieźle przyciska zmyślny grajek mikołaj z ciołkiem ostrym tekściarzem. sęk w tym że więcej tu wiatru. śnieg szyby zalepia by rankiem ze strachem odkrywać biel niepokalaną. zasnąłbym ale z muzyką mieszają się gwiaździście płatki mroźne mroczne rozgwiazdy pływające w poprzek na skos harf wiol jakże słodkich lutni niebiańskich niewieścich chórów. magnificat. gloria. credo. marzyć i tęsknić za dotykiem niespełnionego. nigdzie. teraz. w wiecznym tutaj. tutam. a za oknem szczekają psy których imion nie znam. nie znam tuteraz żadnego a chciałbym żeby były ze mną zawsze nazawsze. i już nie słyszę wiol jakże słodkich lutni. płaczę i wołam gdzie jesteście wszystkie moje które kochałem i kocham wiecznie poprzez śnieg ciemność bez końca wiatru. gdzie jesteś gundku włóczykiju gdzie jesteś mała sekundko gdzie jesteś brutusie zza morza. gdzieście wy! wszyscy! których nie ma których nie mam! więcej tu wiatru. śnieg zalepia szyby. rankiem strach będzie. niepokalana biel. zasnąłbym ale mieszam się z muzyką gwiaździście. płatki mroźne mroczne rozgwiazdy noc na trzy psy i lutnię ___________ * Bo habajta, hebrajski, "wróć do domu" Jak diabłem zasiał - cicho tu i pusto jak diabli mówię sam /nawet nie/ do siebie bo siebie przecież nie ma(m) już od długiego czasu. - jesteśmy! wołają diabli. - na ciebie czekamy łapy zacieramy! czy już pora? - tak. na telesfora. zasrańcy osrani siarką - warczę charkotliwie bo charkoczę warcząc bo od wczoraj mam solidnie przeziębione gardło. ale to tylko fantazja. fantazjomat jeszcze działa w niemoim łbie a diabły diabli wzięli. prawdę warcząc to nie jest cicho. za ścianami sąsiedzi drą mordy na dzieci dzieci wydzierają mordy na sąsiadów. za oknami nienawistnie jęczą mewy mściwie gruchają gołębie. nie słyszę balkonowych sikorek. południe. w południe nie przylatują do słonecznika. wczoraj czytałem o człowieku który poślizgnął się i pizdnął głową o balkon na balkonie. przy odrobinie szczęścia też mogę się tak ustawić. leżałbym sobie a sikorki z apetytem wydziobywałyby mnie. czemu nie? to całkiem niezły finał. wizja pobudza. mam o czym rozmyślać mam co układać na nieprzyszłość. póki co siedzę. nasłuchuję skrzeczącej ciszy. właśnie słyszę grzesia współmieszkańca klatki drzwi w drzwi. ostrożnie schodzi po schodach i dzwoni dzyń dzyń torbą. sześćbutelkami jasnepustymi po piwie które zaraz wymieni na jasnepełne. późno już. dwadzieścia po dwunastej nie wiem jak wytrzymał od świtu. no taki to dziś dzień. niedzień. na spacer nie wyjdę bo boli mnie gardło. wiersza nie napiszę bo nie potrafię. chociaż piszę dla wprawy żeby nie zapomnieć trudnej sztuki pukania w klawisze. zatem pukam. nie - jestem. w nieciszy powoli szybko znikam. śnię o leżeniu na balkonie. śnię o dziobiących dziobami sikorkach. o worku kości. o braku braków w grafomańskich dla wytchnienia wzorkach diabli nadali Nienienie a przecież morzemoże Emilii dwudziesta pięćdziesiąt i nie bardzo nie nie wiem co dalej. poczytać bukowskiego zimę muminków a może wyspę skarbów coś o morzu. o morzach południowych opowieści z mórz południowych londona? nie wiem. w głowie sucho nawet niewidzialna sucha mysz padła w pylistej posusze. daję sobie jeszcze chwilę na przyswajanie tlenu kilka oddechów na siłę. nie nie pójdę spać jest zbyt wcześnie za oknami mgła po grudzie zawsze grudzień. raz ciemno raz ciemniej. nie nie wiem nic nic. przez moment dziś widziałem światło dalekie od Światła ale nad wyraz rzeczywiste. przez chwilę. przez cudowny moment. szorowałem ciężko ciężką patelnię. obiadowe kotleciki z selera przylgnęły do żeliwa. smacznie było ale trzeba było potem skrobać. skrobałem we wrzątku w zamyśleniu. szlachetnym. bo myślałem o listach do mileny kafki i kawkach chroboczących za oknem za plecami. natenczas ściana ni stąd ni zowąd przede mną zaświeciła pomarańczą. odwróciłem się do okna a tam słońce niebieskie niebo wybuch chmur chmurek tak czerwonych czerwienią jak niczym stado czerwono czarnych zebr spokojnie skubiących czerwoną trawę na niebieskich sawannach. rozpłakałem się. nadmiar nadmiarowości wszystkości nie - mieszczącej się w języku aniołów z listu pawła do koryntian. a chwilę później zadzwonił telefon i przez godzinę był szum morza i mewy i szłaś szliśmy w górę miasta i nic nic innego nie było ważne nie było. teraz jest za cicho i nic przechodzi w nic i nie wiem __________________________ Szesnasta dziesięć, drugi dzień lutego Emilii ta jedna chwila przypadkowy moment kiedy wstałem od komputera bo zachciało mi się przegryźć cokolwiek w kuchni i sięgnąłem po butelkę hiszpańskiej oliwy czerstwy razowy chleb. raptem w pomarańczowym błysku zaokiennego słońca wszystko stało się proste jasne i niebywale na miejscu. oto jestem ja oto moja ręka sięgająca oto moje oczy szukające /ciebie/ oto chleb. wszystko pocięte pręgami światła moje żywe żyły pulsujące prawdziwą ciepłą krwią. i przytulność. spokój jaki nieczęsto /nigdy/ zdarza się w lutym lutym za oknem rozćwierkały się wróble rozdzwoniły sikorki i było przez chwilę zwyczajnie dobrze jak powinno być zawsze i nie było nic czego nie powinno być. byłem światłem w świetle w butelce oliwy w chrzęście czerstwego chleba. oṃ śānti śānti śānti niczego między tobą a mną nami. tylko słońce słoneczniki nasturcje i jaśmin wszystko co nie gaśnie w drodze do wiersza o mrozie o niczym o oliwie extra virgin A za oknem z muru mur Crazy, Over the rainbow, I am crazy Bars in the window There must have been a door there in the wall When I came in (Crazy, over the rainbow, he is crazy) The Trial/The Wall, Pink Floyd a o świetle to nie ma co mówić. zgasło już dawno choć czasem jeszcze słyszę jego lichy głos szaropełgający chwiejnie pod stołem pod którym usiłuję sypiać niespokojnie jak zając pod miedzą. szeroko na siłę raz otwieram raz zamykam oczy. raz raz dwa dwa zamkotwarcie wystraszone zamkotwarcie. wyparcie świadomości w dawno niewypranej pościeli. jak sobie pościelisz tak się wyśpisz mówi stół. to dobrze że mówi. o trzeciej nad ranem chcę cokolwiek usłyszeć. nawet niechby mówił mi spierdalaj waflu dziadzie dziadku co sił nie ma w zadku i śmiać się z upadku swojego nie umie co dziury ma w dziurawym bezrozumie! ciesz się że choć zimno to jeszcze ciepło. jeszcze choć nie całkiem wyciekło to ciepło. a o cieple to nie ma co mówić. wczoraj obwieszczono że dziś będzie nieplanowana awaria zamilkną grzejniki i nawet nie pozmywam talerzy od dawien dawna zakwitłych na żółto wspomnieniem zjedzonej wczoraj jajecznicy kolacji w śniegu co to teraz jest grubomokro niepuchaty i je jak ja jajecznicę wszystko. wszystko chrapanie sąsiadów za ścianą wycie rur zapach snów ciche kroki duchów których już dawno nie ma tu pod stołem. dużo za dużo tego wszystkiego. a o samotności to nie ma co mówić. kiedyś zlepione śnieżne fortece twierdze budowałem niezdobyte walczyłem niezwalczenie na śnieżki ze śniegu. a one po cichu składały się w lodowe ściany w mur co teraz głuszy wszystko. w środku rozjeżdża się niczym nie ma nic niczego nie ma. jestem tylko ja. w śniegu zlepionym śnieżnym sercem się kuszę zaśnij zgaśnij wyjdź przez ścianę przepadnij Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.
- Sylwia Jaworska – cztery wiersze
Miesiąc synodyczny Ona ciemnieje, cofa się, chudnie - jest teraz w zanikającej fazie księżyca. Próbuje zapamiętać symbol potrójnej bogini. Rezultat oglądania światła pod różnymi kątami to jej położenie względem niczego. Ktoś przeniósł skałę bliżej domu, który chroni tylko przed słońcem. Skała może być raz miękka, innym razem twardnieje. Dwa kruki przysiadują tam czasem, drążąc piasek aż do ostatniej kwadry. Ultrafiolet W Dolnej Saksonii jesienią kwitną wrzosy, niedożywienie i inne choroby. Wieczorem stanęliśmy w Bergen – Belsen. Tyfus, gruźlica, czerwonka. Niemożliwy sen przy dziennym świetle. Sterta nieodzianych kobiecych ciał. Wątroby, serca i nerki zostały wycięte. Na zwłokach nie zostało żadne mięso. Aufseherin Telefonistka w obozie A jest wykrzywiona w grymasie. W sztywnym uniformie, uszytym na miarę, zakrada się do kobiet, niosąc ze sobą woń perfum. Na apelu bije i kopie. Pejcz - spleciony celofan i stal. Telefonistka w obozie B obserwuje kobiety. Nad głowami więźniarek godzinami zastygają ciężkie kamienie. Zastrzyk dosercowy z fenolu, selekcja, komora gazowa. Wycieczki na rowerze, koktajlowe sukienki, rękawiczki, torebki, małe tygryski i pieski. Oprawca i ofiara korzystają z jednej łazienki. Sulfonamidy w Ravensbruck W malowniczej scenerii lasów, nieopodal jeziora, rodzi się koncepcja. Kobiety zostały umyte i zbadane. Trójkąty z filcu – czarne, czerwone. Żółte – ze specjalną rezerwacją wagonu. W wykonane skalpelem rany wkłada się ziemię, szkło i trociny. Kobieta o kociej twarzy mówi wyraźnie – pomimo serii strzałów w kolano, rana nie przypomina obrażeń. Sylwia Jaworska – autorka książek poetyckich: Mistrzowskie Trójki (2020), Echo serca (2021), Pustynia (2022); Love Crimes (2023), Kąpiele faliste dla osób żyjących nerwami (2025). Publikowała w magazynach literackich "Odra", "Fabularie", "Pismo", "Afront", „Fraza” , "Dwutygodnik", „Cegła”.
- Piotr Smolak – cztery wiersze
Neverending story I wczoraj namalowałam dziewczynkę z nożem w głowie (myślałam o gwoździach ale ostrze robi robotę) ma włosy takie jak ja i lalkę która pluje ogniem i śpiewa pani chciała dzwonić do psychologa ale mama zabrała mnie do domu i zaserwowała melisę za oknem jesień starła na proch końcówkę lata pół nocy warczał pies na parkingu biedny pies chwilami wył jak potępieniec potem sąsiad wyzywał Pana Boga nadaremno brakło mu paru groszy na wódkę o wschodzie słońca mama ubrała mnie i poszłyśmy na wzgórze za miastem wiatr w porywach był południowo-wschodni barometr niekorzystny opady żadne ułożyłyśmy się wśród traw powyżej torów wystarczy gwałtowny obrót tułowia żeby zapoczątkować ruch resztą zajmie się grawitacja żeby nas nie zauważył żeby tylko nas nie zauważył szeptała mama szarpiąc mnie za rękaw II dzisiaj mama nie chce spojrzeć mi w oczy dzisiaj nigdzie nie znajduję dla siebie miejsca nocami budzę się w pociągu który wjeżdża do oceanu nocami budzę się na stole operacyjnym kiedy wszczepiają mi rozrusznik serca III dzisiaj mama nie chce spojrzeć mi w oczy dzisiaj nigdzie nie znajduję dla siebie miejsca z pracy wyrzucają mnie co pół roku mężczyźni odchodzą po pierwszym pocałunku kiedy kończę terapię myślę o następnej mama nie chce spojrzeć mi w oczy chyba powiem jej że to nie był zły pomysł Punks not dead Tu nie bierze się jeńców. Tu trup ściele się gęsto. Prowizoryczne boisko całe jest pod napięciem. Brutalny faul przerywa spektakularną akcję. Do tego krzyk jak trzask linijki, której używała polonistka, kiedy kolega pertraktował w sprawie oceny na półrocze. (W następnej klasie role uległy odwróceniu: żądania stawiał kolega, pani kuliła się za biurkiem.) Mecz toczy się pod blokiem: zamiast bramek są ławki, zamiast murawy beton. Zamiast widzów potencjalni mordercy. Po każdym golu czułem, że zrównamy z ziemią parlament, ukrócimy hegemonię pop artu i coca coli, córkę premiera zaciągniemy do cyrku. Niech skacze przez płonącą obręcz, niech połyka sztylety, niech tańczy na linie ze ślepym lwem. Wieczorami wpełzaliśmy pod kołdry jak ranne ośmiornice między splątane wodorosty. Sen opadał ze wszystkich stron rojem plotkujących motyli, plejadą much przepasanych błękitną wstęgą. Odtwarzając akcje często nie mogłem zasnąć. Zwłaszcza po niezapowiedzianych wizytach ojca. Pewnej nocy roztrzaskał szybę w drzwiach, wtargnął do mojego pokoju i plując jadem pociął nożem czarną skórę z napisem: PUNKS NOT DEAD (Poprzedni właściciel po raz ostatni był widziany na dachu wieżowca. Palił jednego za drugim i przeklinał dzień, w którym przyszedł na świat.) Dziś ojciec nie potrafi wypić więcej niż dwa kieliszki, wspiąć się po drabinie do światła, wynieść dywanu z salonu. Ani żadnej rzeczy, która Jego jest. Wpatrzony w rozpadliny biegnące wzdłuż kręgosłupa, w przytulne korytarze pod sklepieniem spękanych żeber, robi porządki na ostatniej kondygnacji, w opustoszałej klatce piersiowej zdmuchuje kurz, dba o jakość powietrza. Robi porządki, zanim zakwitną tulipany. I mówi, że chce umrzeć w tym czasie, co kobieta, z którą wziął ślub przed laty. Utopia i rozpad Ulewny deszcz rozpuszcza stylowe dekoracje Zwały mięśni wywleczone wprost z ziemi Polityków kochających inaczej Prowizorycznego surowca jest w brud Zastany pejzaż nie powinien zatem zbyt długo istnieć Może dlatego wrzesień zadomowił się w naszych sercach A wilgoć osiadła na witrynach pełnych przyspieszonych oddechów Może dlatego samolot lawirujący pośród błyskawic Odcisnął w powietrzu ślad widoczny w świetle księżyca Ulewny deszcz rozpuszcza dekoracje Żydowskie dzieci które palą pod kołdrą Poprzednie wcielenia biegające przed kamerami Ulewny deszcz rozpuszcza stylowe dekoracje I glebę zimną jak schab poddany głębokiemu mrożeniu Zabawa w chowanego I Kto pierwszy zauważy, że umarłem? Pielęgniarka z wadą wymowy, korespondent wojenny cierpiący na zanik mięśni? Producent zniczy i świec oskarżony o molestowanie? W jakich okolicznościach pożegnam się ze światem? Podczas przechadzki po gabinecie figur woskowych? Zdejmowania sukni z kobiety, od której nie można oderwać wzroku? Na terapii grupowej w krzyżowym ogniu pytań? A jeśli wydam ostatnie tchnienie na planie filmowym grając polityka, który ślepnie od świateł? Albo w chatce na kurzej nóżce, gdzie Jaś wkłuwa się w żyłę Małgosi, bo zamówiła złoty strzał? II O czym jeszcze powinienem pomyśleć, kiedy kwestia scenerii zejdzie na dalszy plan? W jakim stanie odnajdą ciało? Względnie nienaruszonym czy jako niezidentyfikowane szczątki ludzkie, które wkomponowały się w pejzaż? Jaką godzinę wybije wtedy zegar? Północ, kwadrans „po” czy jedenastą rano? W przypadku ostatniej opcji o trzynastej będę w żeliwnym piecu, o czternastej w ozdobnej urnie 2 . I zagadnienie najwyższej rangi: jak zostanę potraktowany w zaświatach. III Sporo niejasności, nieścisłości i niedomówień. Ojciec mojego ojca twierdzi, że najważniejsze to umrzeć nie gorzej niż inni. „Żałować nie ma czego, nikt nie zapłacze. Młodszy już nie będziesz, chyba przy końcu świata”. Zarzuca kożuch na ramiona i wychodzi posypać lód na podjeździe przed domem. Karmi psy, odgarnia powstałe w nocy śnieżne kopce, albo sterty skrzydeł porzucone przez anielskie zastępy. „Idziesz w nieznane. Może ku lepszemu, kto wie”. Spowija go szum wiatru, chrzęst uszkodzonego tułowia, głosy kobiet, które zasiedziały się przy łuskaniu fasoli. „Umyją cię i nałożą garnitur, a ja dopilnuję, żeby muchy siadały gdzie indziej”. Piotr Smolak – studiował medycynę, ukończył teatrologię. Wydał książki poetyckie Neue Wilde oraz Jak podpalić krajobraz. Pracował jako scenarzysta przy kilku serialach, grał w teatrach eksperymentalnych. Nagrał mini album Modlitwy z okresu przeklinania . Obecnie pracuje nad zbiorem wierszy – Kosmetyki Coco Chanel
- Rafał Wierzba – trzy wiersze
Erasmus powiedz, że nigdy nie popełniłaś erasmusa w Barcelonie powiedz, że to niekoniecznie wina rodziców powiedz, że nie pierwszy i nie lepszy bo nie jest chamem z liceum z Bełchatowa powiedz, że nie topiłaś niepewności w każdym klubie w mieście powiedz coś, by nie imponowało usiądź, przebij wzrokiem. Słyszysz? Tak śpiewa szczygieł Siła złudzeń selfie w lustrze siłowni napompowane mięso, mama z brojlerów gotowała średnie rosoły lepsze z kaczki mówiła: bądź silny a mamy trzeba słuchać, jeść jaki będzie z ciebie chłop prowadzi crash testy ego kolekcjonuje zegarki i dziewczyny często się psują wyrzuca, gdy je potłucze w niedzielę odpoczywa oglądając feed chłopaków, podjadają sobie cyfrowy cień lustro odbija mięśnie, rzadko głód Boję się dołu, robaków, rozkładu i miłości. Ale bardziej czy te słowa cię znajdą. Rafał Wierzba (ur. 1994) – absolwent Komunikacji Transkulturowej w kombinacji językowej polski-niemiecki-angielski na Uniwersytecie Wiedeńskim. Pracuje jako spedytor. Interesuje się psychologią, językami i odkurzaczami. Pisze, bo szkoda mu na psychologa. Od 12 lat mieszka w Wiedniu.










