top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Michał Piechutowski – sześć wierszy

    zasrani buntownicy zmieniają się tylko ubrania buty fryzury muzyka i nazwy narkotyków wszystko inne jest niezmienne: alergia na edukację zagrożenie chorobami przenoszonymi drogą płciową i kultywowanie poczucia wyjątkowości w stadzie takich samych imbecyli hippie punk rave grunge emo mod – kolorowe etykiety zasłaniające wewnętrzną pustkę strach przed dorosłością i brak poczucia odpowiedzialności w dupie mam taki nonkonformizm można przegapić prawdziwe życie skóra miasta miejsce bytowania symbiotyków i pasożytów partyjnych i bezpartyjnych wierzących i niewierzących dam i kurew policjantów i złodziei i form pośrednich codziennie brodzą w złuszczonym naskórku pośród petów drobin czekolady w plastiku pożółkłych strzępów najświeższych wiadomości i nieaktualnych numerów do call girls nie bój się nie musisz agresja słowna to tylko konwencja z jej pomocą rozprawiam się nie z tobą a z tym wszystkim co niepotrzebnie mnie obciąża w związku z tobą i po związku z tobą zaciśniętymi w pięści dłońmi ocieram oczy z powidoków szczypią wtedy jeszcze bardziej z warg zlizuję sól szukając na nich ostatnich niezwietrzałych drobin twojego smaku żeby to jeszcze był zwykły kryzys pana w średnim wieku co się nie może pogodzić ze starzeniem ale ja się uparcie wlokę za tobą od pierwszych dni gdy wtedy bo zarzuciłaś na mnie jakiś arkan o nieskończonym okresie zdatności do użytku i anormalnej wytrzymałości oddalając się coraz bardziej niby go popuszczasz i luzujesz co z tego skoro pętla wrosła mi w szyję młodość najgłupszy okres życia najgorszy czas na wybory skazujące na dożywocie jędrnością skóry pawimi ogonami dżinsami od levisa i martensami oszukujemy i dajemy się oszukać że nas nie dotknie artretyzm łysienie otyłość i osteoporoza oraz niezgodność charakterów Opisanie z natury Znacie ten gatunek Żarłacz gównozjad W odróżnieniu od innych Przedstawicieli rodziny Bytuje na lądzie Opanował w pełni żyworodność Potrafi niepostrzeżenie Wmieszać się w tłum ludzi I wtedy zaczyna łowy Nakłada na talerz więcej Niż sam waży Nie podaruje żadnej potrawie Potem albo większość Zostawia na stole albo pakuje Do wcześniej przygotowanych Plastikowych pojemników Mimo zastrzeżenia w treści regulaminu Widocznego na drzwiach jadalni Nie kąsa ludzi Choć znaczące spojrzenia Odbiera jako wyzwanie Wtedy potrafi być agresywny Wydaje gniewne pomruki Lub imituje ludzką mowę Głównie wulgaryzmy Ocean Zegrzyński Fale tsunami podmywają zamki Mury z łoskotem walą się do wody Miały być symbolem siły i władzy Ale porzucone przez budowniczych Słabną z kolejnym zadanym ciosem Nie będąc już w stanie trzymać gardy A jutro rano przyjdą kolejni zdobywcy Obejmą tę ziemię w posiadanie i postawią Nowe warownie znowu zbyt blisko brzegu Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.

  • Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (21)

    Dzień 106. Sen mroczny Śni się czasem sen mroczny. Zatrzaskują się kleszcze wokół kilku miast na Łuku Donbasu. Pęka obrona Siewierodniecka, sypie się reduta Lisiczańska, a Kramatorsk i Sławiańsk, które miały być redutami – zostają odcięte od reszty frontu przez obręcze zaciśnięte w okolicach Barwinkowa i padają po tygodniu zaciętych, acz rozpaczliwych walk. Rosyjska telewizja pokazuje kolumny jeńców, stosy zdobytego sprzętu, w tym sprzętu z darów NATO, przejęte magazyny amunicji, paliw płynnych, części zamiennych zgromadzonych dla długotrwałej obrony. Na front ruszają ukraińskie rezerwy, ale raz złamany rygiel Donbasu sypie się na całej linii, a co gorsza od strony korytarza krymskiego uderzają przerzucone tutaj jednostki rezerwy, źle wyposażone, źle dowodzone, ale na tyle liczne, że przelewają się między punktami oporu regularnych sił ukraińskiej armii. Jakby tego było mało od czoła na Mikołajów uderza rosyjska 49 armia, podczas gdy zaskakującym rajdem kilkunastu lekkich jednostek do Mikołajowa wdzierają się niewielkie, ale świetnie wyszkolone grupy szturmowe specnazu i wagnerowców siejąc głównie panikę i zniszczenie. Na Charków rusza znowu 6 Armia, a na wiele miast ukraińskich, które od kilku tygodni próbowały wracać do normalnego życia znowu sypią się rakiety, coraz starszych typów, coraz mniej kierowane, za to w dużych ilościach. W tych warunkach zostaje wydany rozkaz częściowej ewakuacji obrony na linię Dniepru. Pada jednak Mikołajów, walki toczą się o Krzywy Róg, Dnipro, Zaporoże. Znowu pojawiają się filmy kręcone z komórek przez mieszkańców miejscowości świadczące o tym, że rosyjskie załogi często gubią drogę, są wybijane do nogi, ale brutalne fakty są takie, że po stracie kilku brygad w Donbasie, ukraińska armia cofa się i to szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Rosyjskie rakiety zaczynają trafiać coraz bliżej granic z Węgrami, Słowacją, Rumunią, Mołdawią i Polską. Na początku lipca rosyjskie kolumny pancerne pojawiają się pod Połtawą i Kremenczukiem. Macron i Scholz zaczynają dzwonić na Kreml już trzy razy dziennie. Ostatecznie prezydent Francji postanawia podjąć desperacka próbę ratowania pokoju i rusza na pokładzie cywilnego jachtu do Petersburga, zostaje zatrzymany na granicy wód terytorialnych federacji rosyjskiej przez okręt ratunkowy i oblany pianą z gaśnic w czasie prób skontaktowania się z rosyjską załoga przez megafony. Te zdjęcia ogląda cały świat. Cywilny jacht ze schnącym prezydentem Macronem wraca do Brestu. Francuski prezydent zapada na zapalenie oskrzeli, tchawicy, płuc i krtani i nie może dłużej dzwonić. To znaczy może dzwonić, ale nie jest w stanie rozmawiać. Rosjanie, tymczasem wzorem średniowiecznych Mongołów przeprowadzają jawne rzezie na opanowanych przez siebie terytoriach, aby zastraszyć resztę podbijanego kraju. Świat szybko zapomina o małej Buczy, Irpieniu, o Mariupolu, w którym jednak zacierano ślady. Obiektem rzezi staje się przede wszystkim zajęty w wyniku splotu desantu, czołowego ataku i wewnętrznej dywersji -Mikołajów. Rzeź trwa tak długo, że ostatecznie trzeba przysłać do miasta dodatkowe jednostki by wymienić całkowicie zdemoralizowane grupy 49 armii. Starym obyczajem sprawcy zbrodni zostają przerzuceni na inne odcinki frontu, gdzie giną, bowiem wiadomości o tym dziwnie szybko stają się publiczne.  Nowe oddziały, nowej 49 armii, gorzej wyposażone otrzymują jednak nagłe wsparcie z Naddniestrza - 4 słabe, źle uzbrojone, ale liczne zespoły brygadowe uderzają z Tyraspola rozbieżnie na Mikołajów i Odessę. Do tego dochodzi kolejna próba desantu, odparta z miażdżącymi stratami dla atakujących, ale skutecznie odwracająca uwagę. I znowu ataki rakietowe na silosy zbożowe, port, stare miasto. Desant morski zostaje udaremniony, ale od strony lądu z północy i wschodu na przedmieścia Odessy uderzają "brygady łachmaniarzy", jak nazywają ich mieszkańcy.  Wielkie miasta się bronią, ale powoduje to makabryczne straty wśród ludności, infrastrukturze. Walczy Połtawa, Dnipro, Krzywy Róg, Zaporoże, Kremenczuk. Wygląda na to, że kolejny raz fala najeźdźców rozbije się o ośrodki miejskie, o reduty, mimo wszystko.  Chociaż nie jest już tak jak w lutym, wszyscy widzą coraz wyższe koszty, media społecznościowe coraz bardziej przypominają słupy ogłoszeniowe z nekrologami.  Niemcy ogłaszają, że zwiększą pomoc wojskową dla Ukrainy i już w styczniu 2023 roku przekażą kolejne radary meteorologiczne oraz najnowsze modele wykrywaczy min. Oferują też od zaraz kilka samolotów transportowych i cztery kutry torpedowe, ale bez torped i osiem dodatkowych armat holowanych, ale bez zamków. Lipiec spływa krwią. Zaczyna się sierpień. Wydaje się, że sytuacja została jako tako opanowana, kiedy świat obiegają zdjęcia jak z filmu science-fiction. Atomowe grzyby rosnące na niebie, jakby to były zdjęcia znad Hiroszimy i Nagasaki, ale rozdzielczość jest współczesna. Bomby, jak podkreśla agencja RIA Nowosti - niewielkiej mocy, spadły Perejesław, Czerkasy, Kremenczuk, Połtawę.  Niewielka moc tym razem oznaczała nie jak w przypadku miast japońskich 20, ale 150 kiloton. Świat jest wstrząśnięty. Jens Stoltenberg informuje, że w ataku nie został poszkodowany żaden kraj NATO, TVP Info poinformowała, że wśród ofiar nie było Polaków. Macron doznał zawału. Scholz wyłysiał do reszty.  Zanim ktokolwiek wymyślił zintegrowaną odpowiedź zachodu i jedenasty pakiet sankcji, ława uchodźców, tym razem dużo większa niż w lutym i marcu ruszyła ze wszystkich napromieniowanych terenów ku granicom Słowacji, Polski i Rumunii. Do Mołdawii już nikt się nie wybierał. Bo w tym samym czasie "łachmaniarze" wdarli sie do Odessy urządzając kolejną  rzeź cywilów na słynnych schodach, co filmowano z pełną premedytacją imitując sławne kadry z filmu Siergieja Eisentsteina. Zupełnie nieprzypadkiem taktyczne pociski z głowicami jądrowymi trafiły Kamieniec, Czerniowce, Kołomyję przy granicy z Rumunią. Chodziło o to by spanikowane fale uchodźców skierować na granicę z Polską. Do tego zbłąkane, rzekomo, pociski rakietowe z głowicami konwencjonalnymi trafiły w Hrubieszów, Dorohusk, Przemyśl. Szkody nie były wielkie, kilku rannych, ale efekt został. Polski rząd zatroskaną twarzą premiera oświadczył, że wobec skażenia radioaktywnego do jakiego doszło na terytorium Ukrainy jest zmuszony zamknąć granicę. Pojawiły się pogłoski o przedłużeniu muru z Puszczy Białowieskiej w kierunku południowym. W Bieszczadach już w połowie sierpnia zaczęto znajdować zwłoki pierwszych uchodźców, którzy zmarli z wychłodzenia. Na przejściach granicznych dochodzi do dantejskich scen, straż graniczna używa gazu, armatek wodnych dla odgonienia tłumów, które w desperacji zaczynają rzucać w polskich funkcjonariuszy kamieniami. Po tygodniu napięcia na granicy dochodzi w końcu do pierwszych incydentów z bronią palną pod Ustrzykami grupy uzbrojonych dezerterów z armii ukraińskiej zbrojnie otwierają sobie drogę przez granicę. Polska ogłasza mobilizację. Stan wyjątkowy zostaje rozszerzony na teren całego kraju. Dodatkowo za każde nieprzychylne komentarze pod adresem władz lub służb mundurowych wprowadza się karę pozbawienia wolności do lat 10 i przepadek majątku. W tym samym czasie na ogarniętej nuklearnym chaosem Ukrainie front sypie się całkowicie. Pchane w postatomowe wyłomy siły rosyjskie wlewają się głębiej i głębiej. Nie bacząc na reakcję świata niewielkie nuklearne ładunki torują drogę kolejnym grupom szturmowym. Jeszcze w sierpniu pada linia Dniepru.  1 września do wojny po stronie Rosji włącza się Białoruś i kolumny białoruskiego wojska ruszają z Brześcia nad Bugiem wzdłuż granicy z Polską zagarniając magazyny z pomocą wojskową i humanitarną. Szack, Kowel, Łuck, Włodzimierz Wołyński.  W ogarniętym chaosem Kijowie dochodzi do gwałtownych ruchów politycznych, pragnąc uchronić resztę kraju przed zniszczeniami nowo-powstała Frakcja "Ocalenie" odsuwam na drodze zamachu stanu od władzy ekipę prezydenta Zełenskiego, a jego samego aresztuje.  17 września do Sarn przybywa były prezydent Wiktor Janukowycz i ogłasza Narodowy Program Odbudowy i Pojednania. Nawiązuje kontakty z przedstawicielami Frakcji "Ocalenie". Rosyjskie czołgi pojawiają się ponownie na przedmieściach Kijowa. Władimir Putin ogłasza publicznie, że jeżeli dojdzie do porozumienia z nowymi władzami Ukrainy więcej nuklearnych uderzeń nie będzie, że on sam nawet by nie chciał, bo przecież Kijów jest wspólna kolebką Rosjan i Małorusów i nie godzi się by dłużej oba odłamy tej samej rodziny trwały w wyniszczającej wojnie. 5 października dochodzi do podpisania Wielkiej Ugody Perejesławskiej między władzami Ukrainy a Rosji. Prezydent Zełenski zostaje przekazany rosyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości i oskarżony o zbrodnie wojenne w Mariupolu oraz Buczy. Trwają walki z - jak to określają polskie czynniki rządowe - "uzbrojonymi bandami ukraińskimi" na południowo-wschodnim pograniczu. Trwa budowa muru.  Władimir Putin ogłasza gotowość do resetu z krajami zachodu, ale za cenę uznania specjalnych praw mniejszości rosyjskojęzycznej w krajach Bałtyckich, wydania wszystkich "uciekinierów" z terytorium Unii Europejskiej oraz zadekretowania strefy zdemilitaryzowanej wokół Okręgu Kaliningradzkiego o szerokości stu kilometrów co w praktyce oznacza zdemilitaryzowanie terenów Polski i Litwy w tym Gdańska, Gdyni, Helu i Kłajpedy.  Prezydent Macron odzyskuje głos. 7 listopada 2022 roku rosyjska duma państwowa ogłasza nieważność litewskiej, łotewskiej i estońskiej deklaracji niepodległości od ZSRR i wzywa władze Rosji do objęcia mniejszości rosyjskojęzycznej parasolem ochronnym na wzór tego, jakim objęto mniejszość rosyjskojęzyczną na terytorium byłej Ukrainy obecnej Republiki Pejeresławskiej. Rosja zezwala na eksport ukraińskiego zboża do Afryki w geście dobrej woli.  Kanclerz Scholz ogłasza w odpowiedzi na gest Rosji gotowość do rozmów "dobrej woli" jak to określa, w celu uzgodnienia ładu, który uwzględniałby istotne interesy federacji oraz Unii Europejskiej w przyszłości i zapobiegałby dalszej eskalacji sytuacji kryzysowych. Turcja składa weto wobec rozszerzenia NATO o Finlandię i Szwecję domagając się wydania wszystkich obywateli "tureckojęzycznych" przebywających na terytorium państw skandynawskich. Polski rząd oświadcza, że podpisuje wielomiliardową umowę kredytową z Chinami wobec złej woli Brukseli w kwestii zmian w polskim sądownictwie. Równolegle trwają zakulisowe rozmowy dotyczące wznowienia dostaw rosyjskiego węgla, gazu i ropy. Polski rząd wobec zbliżających się wyborów i inflacji sięgającej poziomu 45% dąży do osiągnięcia sukcesu w obniżaniu cen prądu, gazu i paliw na stacjach benzynowych. W 2023 roku - wybory. Wiadomo. Coraz więcej ciał odnajdują mieszkańcy objętego stanem wyjątkowym Podkarpacia i Lubelszczyzny. W wielu miejscowościach pojawiają się mobilne krematoria.  W grudniu dochodzi do precedensowej rozprawy z oskarżenia publicznego. O rozpowszechnianie nieprzychylnych opinii pod adresem polskich służb mundurowych zostaje oskarżony niejaki Zenon Kałuża. Zima. Noce stają się dłuższe, dni krótsze. Niektórzy z rozrzewnieniem wspominają swoje pandemiczne życzenia noworoczne, aby ten 2020 się skończył.  A przecież mogło być zupełnie inaczej. Dzień 107. Sen jasny, wakacje na Krymie już niebawem Wszyscy się zastanawiali, po co to robią. Przecież to nie ma sensu, ale ktoś tam widać wiedział w sztabie co robi. Kiedy na początku czerwca ukraińska armia poszła do kontrnatarcia na Siewierodonieck, większość analityków zbaraniała. No bo chyba raczej należałoby skracać front, odtwarzać odwody taktyczne, operacyjne. Ale ktoś wyczuł sytuację lepiej na miejscu. Wiedzieli, że tam Rosjanie się skrwawią. Ukraińcom nie chodziło o przebicie się dalej, ale o ściąganie do piekła jak najwięcej Rosjan, żeby próbowali odzyskiwać zdobyte raz i utracone ruiny, żeby ich wciągać w ten krwawy kadryl, żeby tracili perspektywę, żeby się zafiksowali.  W tym czasie po cichu były już tworzone rezerwy i ustalane szczegóły skoordynowanej akcji. Dyplomacje europejskie przygotowywały siódmy pakiet sankcji przeciwko Rosji, dyplomacja USA pracowała na forum ONZ próbując uzgodnić działania na rzecz przeciwdziałania głodowi na świecie i deblokadę portów na Morzu Czarnym. Równocześnie cały czas napływały zapasy broni, której nie widział Oryx ani inni specjaliści białego wywiadu. Niby nie były to wielkie różnice, gdy przyjrzeć się poszczególnym przypadkom, ale jednak Francja przekazała ostatecznie nie sześć, a osiemnaście haubic Caesar, Niemcy nie siedem, a dwadzieścia cztery Pzh2000 i do tego jeszcze doszły takie same haubice samobieżne z Litwy i Łotwy. Do polskich haubice "Krab" w liczbie 18 doszło drugie tyle brytyjskich AS90, a do norweskich M109 doszło kolejnych 36 z rezerw US Army. Do tego doszły Leopardy 2 ze składów armii holenderskiej, hiszpańskiej i szwedzkiej. Szybko też wyjaśniło się po co w Polsce wyprodukowano za dużo o dwa dywizjony samobieżnych moździerzy "Rak". To wszystko składało się w kolejne setki sztuk sprzętu. Setki. Nie wszystko runęło na raz. Najpierw zaczęło się pod Chersoniem. Zamachy wokół samego miasta, wykolejenia pociągów, uporczywe walki na linii Inhulca, potem rzekome próby uderzenia na sam Chersoń na wprost z zachodu. Dwudzieste siódme bombardowanie Czornobajewki. Zamachy bombowe na siedziby kolaboracyjnych władz cywilnych. I nagle bam. Zaczęło się od tego, że pojawiły się doniesienia o przerwaniu przez jakieś ukraińskie siły drogi P37 między Wasyliwką a Tokmakiem. Nikt nie umiał odpowiedzieć co tam się wydarzyło, poza tym, że słychać było strzały, że coś się dzieje. Nie było jasne czy to jakiś zagon, atak partyzantów czy dywersja. Dosyć szybko pojawiły się zdjęcia i krótkie filmy z zachodnich przedmieść Tomaku i wschodnich Wasyliwki, widać było nawały ogniowe filmowane z ręki przez niezidentyfikowanych żołnierzy. Potem pojawiły się zdjęcia identyfikowane jako miejscowości Kopani i Tarasiwka w nich kolumny czołgów w marszu na południe. Ukraińskich czołgów. Potem pojawiły się nagrania ukraińskich czołgów spod Michajłówki i przecięcia drogi E105.  W tym samym czasie Ukraińcy uderzyli też na wyłom Popasnej, Izjum, pod Chersoniem. Jakby nie chcieli dać poznać co w zasadzie chcą zrobić, jakby próbowali przekonać przeciwnika, że chcą uderzać wszędzie. Ale punkt ciężkości był tam, w najwęższym miejscu "korytarza krymskiego". Tam zgromadzono najlepszy sprzęt, ludzi, artylerię, udało się też stworzyć miejscowo parasol obrony przeciwlotniczej o czym boleśnie przekonali się Rosjanie już na drugi lub trzeci dzień po dokonaniu przez Ukraińców wyłomu między Wasyliwką a Tokmakiem. Helikoptery składały się w powietrzu jeden po drugim. Kilka Su-25 wróciło na lotniska uszkodzonych, kilka spadło. To znacznie osłabiło wolę walki rosyjskiego lotnictwa na kilka dni, i tyle wystarczyło. Dopiero po upływie około 72 godzin udało się zidentyfikować kilka nacierających jednostek. Doliczono się dwóch brygad zmotoryzowanych, jednej odtworzonej zmechanizowanej i dwóch pancernych. W drugiej linii były dwie brygady lekkiej piechoty. Jedna związała się walką o Wasyliwkę, druga o Tokmak, podczas gdy siły główne weszły w przestrzeń operacyjną, ryzykując sporo wyjściem spod parasola własnej obrony p.lot.  Tego dnia padł Mołczańsk a rosyjskie oddziały zaczęto ściągać do obrony rejonu Melitopola. Ruch ten był opóźniany przez minowanie przez niezidentyfikowanych sprawców improwizowanymi ładunkami saperskimi wszystkich dróg między Chersoniem a Mariupolem, co powodowało, że wiele rosyjskich oddziałów nie wchodziło do walki w całości, ale poszczególnymi grupami. Szóstego dnia ukraińskie wojska rozpoczęły szturm Melitopola, przy czym w nocy z szóstego na siódmy dzień operacji doszło do spektakularnego desantu helikopterowego na południe od miasta i ataku na tyłowe oddziały obrońców, co w połączeniu z nocnym atakiem piechoty ukraińskiej dało taki efekt, że nad ranem miasto w zasadzie było w rękach armii ukraińskiej.  W czasie kiedy upadał Melitopol wysunięte zagony ukraińskie szły już w stronę Kachowki i pojawiały się na tyłach Tokmaka oraz Wasyliwki, które padły siódmego dnia operacji zwalniając znaczne siły do dalszych działań na skrzydłach. I jak w dominie - przewrócenie jednego klocka ciągnie za sobą reakcje łańcuchową, tak i tutaj zdobycie Melitopola, przecięcie korytarza krymskiego i rozbicie wcale nie tak wielu grup bojowych federacji pociągnęło za sobą kolejne porażki i katastrofy.  Pierwsze zaczęły się ewakuować na wszelki wypadek kolaboracyjne władze cywilne. Nie zawsze była to ucieczka, czasem po prostu takie "zapadanie się pod ziemię". Nowych władz nikt, nigdzie nie mógł zastać. Znikały dokumenty, płonęły biura, na drogach pojawiły się cywilne samochody bez tablic. Kolejne eksplozje i pożary znaczyły poranki w okupowanych lub rosyjskich miastach - Bierdańsk, Rostów, Prymorsk, Symferopol, Kercz, Noworosyjsk, Rostów, Woroneż, Wołgograd. Na początku lipca upadła Nowa Kachowka, w zasadzie bez większego oporu ze strony Rosjan.  W połowie lipca, kiedy pojawiły się pierwsze zdjęcia ukraińskich wyrzutni rakietowych HIMARS - zagrożony z zachodu, północy i od wschodu wycofał się w ogólnym kierunku na Krym garnizon Chersonia wysadzając za sobą most, co i tak nie miało większego znaczenia bo wojska ukraińskie panowały na obu brzegach Dniepru. Pozostałe w zakolu rzeki jednostki rosyjskie skupione wokół Enerhodaru poddały się w drugiej dekadzie lipca, a armia ukraińska ruszyła z Melitopola w stronę Bierdańska a z drugiej strony wznowiła uderzenie z Charkowa na Kupjańsk. Kolejne dwie nowosformowane brygady wspierane artylerią i batalionami hiszpańskich, greckich i holenderskich leopardów ruszyły do ataku z Hulajpola w kierunku na Mariupol.  Rosjanie zaczęli ścigać na ten kierunek resztki swoich rezerw, w tym jednostki wycofywane prosto z frontu spod Popasnej, Grołowki, ale w tym samym czasie Ukraińcy ruszyli na Wołnowachę i temu już nie mieli czego przeciwstawić. Front się sypał. Kołdra robiła się za krótka. Równolegle ONZ uchwaliło rezolucję przy wstrzymującym głosie Indii i Chin oraz nieobecności przedstawicieli Rosji, która ustanawiała strefę wolną od lotów na terytorium całej Ukrainy oraz korytarz morskiego transferu humanitarnego z Odessy do Bosforu pod kontrolą sił ONZ, z prawem do czynnej ochrony statków handlowych wiozących towary uznane za niewojenne takie jak zboże i inne produkty żywnościowe. W końcu lipca wszedł też siódmy pakiet sankcji ze strony UE.  Na początku sierpnia liczba wyeliminowanych żołnierzy federacji stracili życie w wojnie przekroczyła czterdzieści tysięcy. Władimir Putin ogłosił powszechną mobilizację w odpowiedzi na co masowo rozpoczęły się podpalenia biur werbunkowych w dużych miastach. Ponownie rozpoczęły się z początku skromne demonstracje by z czasem przybierać na sile. Co gorsza jednak doszło do niepokojów na Kaukazie, gdzie w masywnym zamachu bombowym zginął Ramzan Kadyrow. Pojawiły się pogłoski o nowych bojownikach, którzy rozpoczynają trzecią wojnę czeczeńską daleko w górach. Gruzja zmobilizowała swoją niewielką armię stawiając ultimatum nieuznawanym republikom Abchazji i Południowej Osetii. Japońska Marynarka Wojenna omyłkowo, jak twierdziła, ostrzelała opodal Wysp Kurylskich rosyjski okręt patrolowy. Doszło też do incydentów na Morzu Czarnym gdzie francuska fregata wdała się w wymianę ognia z niezidentyfikowanymi niewielkimi jednostkami, próbującymi zaatakować jeden ze statków wiozących zboże z Odessy. Obie niezidentyfikowane jednostki zostały zatopione. Kolejne dwie zostały zatopione w następnych dniach przez pociski rakietowe Neptun. Doszło do pierwszych buntów wśród rosyjskich marynarzy w Sewastopolu. Trzeciego sierpnia Ukraińcy zajęli Bierdańsk, kolejnego dnia ostrzelali pierwszy raz rakietami z HIMARS most krymski. Coraz częściej dochodziło na froncie do moralnego rozpadu jednostek rosyjskich. W sierpniu zaczęła obowiązywać no-fly-zone nad całą Ukrainą, doszło do kilku potyczek między amerykańskimi F-15 i F-18 a rosyjskimi SU-27.  Wreszcie 17 września ogłoszono, że Władmir Putin ustępuje ze względu na stan zdrowia. Media pokazały nowego prezydenta, nikomu wcześniej nieznanego Maksyma Szygajewa, majora FSB z placówki w Punta Arenas. Szygajew ogłosił, że cele operacji specjalnej zostały osiągnięte, a wojska federacji wrócą do garnizonów, a w zamian za to oczekuje sensownych propozycji pokojowych. W tym czasie nowa ofensywa ukraińska ruszyła od nasady półwyspu krymskiego napotykając na symboliczny opór. Wojska ukraińskie niemal bez walki zajmowały ruiny Mariupola., otaczały Donieck, w którym osamotnione do ostatniego boju szykowały się wojska DRL.  Wspierana przez NATO i ONZ ekipa prezydenta Zełenskiego postawiła jednoznaczne warunki - powrót do granic państwa ukraińskiego gwarantowanych memorandum budapesztańskim, reperacje wojenne i wydanie wszystkich oskarżonych o zbrodnie wojenne ukraińskiemu wymiarowi sprawiedliwości lub Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu. Płonące budynki państwowych instytucji w federacji pomogły Szygajewowi w szybkim podjęciu decyzji. Nie na długo. Zdążył podpisać wstępny dokument rozejmowy w Rostowie nad Donem w październiku, ale już w listopadzie w czasie obchodów wybuchu rewolucji październikowej padł sam ofiarą zamachu, spadł ze stopni trybuny honorowej na Placu Czerwonym, z okrzykiem "towarzysze nie strzelajcie" i został znaleziony z butami upapranymi serkiem topionym Hochland oraz dziurą w czaszce, średnicy 7,62 milimetra.  Władzę przejął generał Dwornikow, oświadczając, że wprawdzie łączy się w bólu z rodziną prezydenta Szygajewa, ale jednak warunki wstępne pokoju w Ukrainie uwłaczały godności narodu rosyjskiego i on, Dwornikow będzie twardo negocjował lepszy pokój. Natychmiast jednak część wojska wypowiedziała Dwornikowowi posłuszeństwo. Zaczęła się pełzająca wojna domowa w Rosji znaczona lokalnymi buntami wojska, częstymi zmianami władzy, upadkiem gospodarczym i rosnącą rolą regionów i lokalnych gubernatorów, które to procesy miały za kilkanaście lat dać zupełnie nowy układ sił w Eurazji. W tym samym czasie Aleksandar Łukaszenko zakrztusił się pieczonym ziemniakiem i zmarł mimo ofiarnej reanimacji przy pomocy wideł i szpadla. Nowe wybory w Białorusi jednoznacznie wskazały wygraną - Svitłane Cichanouską. Ostatecznie pokój pozostał zaledwie porozumieniem rozejmowym, co jednak nikomu specjalnie nie przeszkadzało. W zasadzie bez walk wojska armii ukraińskiej dotarły do wszystkich granic sprzed 2014 roku. Nie wydano wprawdzie wszystkich zbrodniarzy wojennych, ale tym, którzy uniknęli procesu w tajemniczych okolicznościach zdarzały się przykre i niestety co do jednego - śmiertelne wypadki. Począwszy od banalnych wypadków samochodowych na prostej, suchej drodze po przypadkowe przewrócenie się na sto osiemnaście ustawionych na sztorc widelców z plastiku, czy samobójstwo poprzez postrzelenie się z kuszy do polowań podwodnych. Cała Ukraina została objęta Wielkim Wschodnim Programem Odbudowy. Miejsce surowców, z których coraz mniej krajów na świecie korzystało - takich jak gaz, węgiel ropa w ukraińskiej gospodarce zajął recykling, nowe zielone technologie i turystyka. W tym historyczna. Na świecie zapanowała moda na ukraińską literaturę, muzykę, folk, malarstwo, desgin co wzmocniło przyznanie literackiej nagrody Nobla Jurijowi Zwadskiemu. A potem pojechaliśmy na wakacje na Krym, tak jak obiecywaliśmy sobie wiosną 2013 roku.  Tak było. A może będzie? Kto wie. Losy się ważą. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, felietonista.

  • Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (21)

    Zatrzymaj się na chwilę. Pooddychaj. Albo po prostu przysiądź w spokoju. Będzie wiersz. Zabrzmiało trochę jak groźba, prawda? Ale ten poetycki  odcinek podcastu – stworzyłam dla każdego, kto szuka naprawdę małej dawki uważności, czułości i inspiracji w codzienności. W conocności też. To nie jest jakieś kolejny tutorial. To audio-wiersz – specyficzna medytacja o ciszy, tańcu i źródle każdej siły. Prześledź ten subteln y ruch w sobie, wsłuchaj się w rytm miasta i pozwól, by słowa ukoiły głowę oraz ciało. Miłka O. Malzahn   – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Arkadiusz Aulich – Kontrkultura w Stanach Zjednoczonych

    Nie wznieciliśmy ognia On płonął zawsze Odkąd świat się kręcił  Nie wznieciliśmy ognia Nie, nie wznieciliśmy go Ale próbowaliśmy z tym walczyć […] Nie wznieciliśmy ognia  Ale kiedy odejdziemy Czy będzie nadal płonąć…. ?                                                          Billy Joel Dałem ci wszystko Ameryko i teraz jestem niczym.                      Allen Ginsberg Dziki zachód       Schyłek lat sześćdziesiątych definitywnie pogrzebał nadzieję na wolność. Przez kraj przetoczyła się fala zabójstw i skandali obyczajowo – politycznych.         Zabójstwo Martina Luthera Kinga  Jr. przyczyniło się do masowych protestów społeczeństwa afroamerykańskiego. Kilka lat wcześniej został zamordowany Malcolm X,  Afroamerykanin, który także walczył o równouprawnienie dla czarnoskórej społeczności. Kolejnym zamordowanym politykiem był Robert Francis Kennedy, młodszy brat wcześniej zamordowanego prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Na tym nie koniec. Wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, to morderstwa dokonane przez członków sekty Charlesa Mansona na czwórce przyjaciół. Jedną z ofiar była Sharon Tate żona Romana Polańskiego.        To był także okres wielkich muzycznych pożegnań. Śmierć wirtuoza gitary Jamesa Marshalla Hendrixa, nie mniej utalentowanego gitarzysty The Rolling Stones Briana Jonesa, charyzmatycznej wokalistki Janis Joplin i rebelianta na miarę swoich czasów – Jamesa Douglasa Morrisona. Ta plejada wielkich muzyków rockowych odeszła w zaświaty z własnej nieprzymuszonej winy. Po latach zostaną umieszczeni w wiekopomnej trumnie o wdzięcznej nazwie klub 27. Powód? Wszyscy w momencie śmierci mieli po dwadzieścia siedem lat.        Początek lat sześćdziesiątych rozpoczął się od manifestów organizowanych przez studentów –  aktywistów. Koniec tej „barwnej” dekady zakończył się w podobny sposób. Manifestujący studenci na jednym z kampusów bostońskich zostali stłumieni przez gwardzistów, w wyniku czego czwórka z nich poniosła śmierć (wielu było rannych).                                           Wojna w Wietnamie rozkręcała się w najlepsze, pochłaniając rzesze młodych ludzi. Znany bokser wagi ciężkiej Muhammed Ali na znak protestu wobec wojny w Wietnamie i po odmowie odbycia służby wojskowej został zawieszony w prawach obywatelskich i pozbawiony możliwości pracy w zawodzie na pięć lat.       Kolejnym krwawym ciosem dla części Amerykanów był nowy prezydent Richard Nixon, który zabił wszelkie nadzieje na zmiany. Nie obyło się bez skandalu z jego udziałem, tzw. afery Watergate.        Wszystkie marzenia o wolności zostały pogrzebane. Manson nie doznał oświecenia przez LSD, tylko przez szaleństwo. Utwór ,,The End” zespołu The Doors jak nigdy dotąd brzmiał wymownie w stacjach  radiowych. To był koniec pewnej epoki, która zostawiła po sobie spustoszenie, ale… czy na pewno tylko tę negatywną stronę? Zależy, jak na to spojrzymy. Ameryko, kiedy będziesz anielska? Kiedy ściągniesz z siebie ubranie?                              Allen Ginsberg Zrzucanie ubrań, wyznaczanie granic           Lata sześćdziesiąte były niesamowitym zjawiskiem w dziejach całego świata, swoje wywody ograniczę tylko do Stanów Zjednoczonych. Nawet jeśli współcześnie zakłamuje się te lub je lekceważy, to trzeba pamiętać, że wydarzenia z tamtego okresu po części zmieniły świat. Warto nieustannie wracać do tamtego czasu i czerpać z niego jak najwięcej w kontekście dążenia do wolności w szerokim tego słowa znaczeniu.        U podstaw tych wydarzeń leżały: bunt, gniew, niezgoda na niesprawiedliwy porządek świata. Kontrkultura przyczyniła się do zmian politycznych, obyczajowych, społecznych, artystycznych, kulturowych, w sztuce, w literaturze, w muzyce, w dziedzinach nauki, a także w postrzeganiu wolności, wiary – religijności i w wyrażaniu swoich osobistych potrzeb.        Zaczęło się od strajków studentów, którzy nie godzili się na ograniczanie ich praw. Według  konstytucji mieli możliwość wypowiedzi – obowiązywała przecież wolność słowa. Przez kilka miesięcy walczyli z administracją uniwersytecką oraz z siłami porządkowymi Kalifornii. Można powiedzieć, że te walkę wygrali, dając wzorzec przyszłym pokoleniom. W późniejszych latach na ich podobieństwo tworzono różne grupy – aktywistów, artystów, studentów, którzy walczyli o swoje prawa.     Kontrkultura przyczyniła się do rewolucji komputerowej. Jej twórcy wywodzili się ze społeczności hipisowskiej. Nosili długie włosy, kolorowe ubrania, słuchali tej samej muzyki, brali kwas, żyli w komunach hipisowskich, uprawiali wolną miłość. Kontrkultura miała wkład w przemiany obyczajowe. Osoby o odmiennej orientacji seksualnej mieli dość ukrywania się przed amerykańskim systemem i tą częścią społeczeństwa, która ich nie akceptowała. Wyszły na ulicę, zaczęły domagać się swoich praw, które były zapisane w konstytucji.        Jednym z ciekawych wydarzeń tamtego okresu była historia sprinterki – Kathrine Switzer, która podjęła walkę o równouprawnienie. Wystartowała w maratonie przeznaczonym wyłącznie dla mężczyzn, czym wywołała niemałe oburzenie ze strony organizatorów.         Mniej znane wydarzenia z tamtej dekady, lub mało przytaczane, to historia dwóch psychiatrów – Franco Basaglia i Ronalda Davida Lainga, którzy mieli duży wkład w rozwój tej dziedziny. Nie godzili się na przetrzymywanie pacjentów w szpitalach udręki i dręczenie ich, traktowanie jak więźniów lub zwierzęta. Wtedy wydawało się to nierealne, niemożliwe, a jednak w jakiejś części dokonała się reforma.          Jaźń niech będzie twoją latarnią  Jaźń niech będzie twoim przewodnikiem […] Ostrzegając przed radiami  Które pojawią się  Pewnego dnia  I zmuszą ludzi  Do słuchania automatycznych słów innych…                          Jack Kerouac                      Bunt wyrażany poprzez sztukę          Człowiek bunt ma w naturze. W każdej epoce była jakaś jednostka lub grupa rebeliantów walczących ze skostniałym systemem. Można stwierdzić, że obie strony wzajemnie się uzupełniają. Nie byłoby buntu bez kajdan ograniczających wolność, i nie byłoby kajdan, gdyby ludzie się nie buntowali.         Jednym z narzędzi do walki z amerykańskim systemem była muzyka. Oczywiście nie tylko, także kinematografia, literatura, poezja, malarstwo, sztuki innowacyjne, jak performance – twórczość Yoko Ono, pop - art – twórczość Andy Warhola, i inne artystyczne formy. Mógłbym wymieniać tak w nieskończoność, ale chcę skupić się w tym momencie na samej muzyce, która była najistotniejszym sprzymierzeńcem i „motorem napędowym” dla  kontrkultury w tamtym okresie.          Muzyka tamtych lat była jak automatyczny karabin, wypełniona buntem, gniewem skierowanymi w kierunku establishmentu. Teksty utworów były nasycone ponadczasowymi hasłami: Make love not war, Get the hell out of Vietnam, Give peace a chance. Flower power.           Zaczęto tworzyć wielkie festiwale muzyczne. Jednym z największych i zarazem najważniejszych był festiwal w Monterey w Kalifornii. Wydarzenie odbyło się w dniach 16 – 17 czerwca 1967 roku. Festiwal zgromadził aż 200 tysięcy młodzieży i był zapowiedzią Woodstock. Przeszedł do historii z powodu oszałamiającego występu Hendrixa oraz Joplin. Miał też swoją drugą stronę medalu. Mianowicie organizatorzy mieli problem z porozumieniem się w kwestii finansowej. Zaznaczę, że wejście na festiwal było zupełnie darmowe. Prawdopodobnie spór dotyczył  pieniędzy od sponsorów na samą organizację wydarzenia. Podobno dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, a tym bardziej rebelianci. Jak widać człowiek jednak bywa istotą niedoskonałą, wówczas dążącą do doskonałości.        Festiwal w Monterey miał za zadanie zjednoczyć młode społeczeństwo amerykańskie i uświadomić mu istotę wolności. Pogrzebać konserwatywny, oschły system i otworzyć „drzwi do percepcji” do nowego wymiaru. Był manifestem młodych ludzi. Z pewnością po części spełnił swoją rolę.         Festiwal w Woodstock, który odbył się 15 – 18 sierpnia 1969 roku na farmie Maxa Yasgura w miejscowości Bethel, miał wymiar głównie muzyczny. Wydarzenie to skupiło aż 400 tysięcy młodzieży i było już schyłkiem kontrkultury. Osobiście nazwałbym to podsumowaniem lat sześćdziesiątych. Najdobitniej widać to w momencie, gdy Hendrix odgrywa hymn Stanów Zjednoczonych przy prawie opustoszałej widowni, a po zadeptanym polu fruwa pełno śmieci.    A kto nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic?                                               Leszek A. Moczulski                       Amerykański (sen) zmierzch      Ameryka kojarzy nam się z dobrobytem z krajem, w którym dolary lecą z nieba jak przysłowiowa manna. Jednak jak się zderzymy z rzeczywistością, to amerykański sen staje się mitem. Jednakże nie jest tak do końca. Istnieje takie pojęcie jak amerykański sen i przekłada się ono na rzeczywistość, lecz  jest on dany wyłącznie ludziom przedsiębiorczym, twardym, odpornym na porażki, tzw. Rekinom, czyli osobom, które nie przejmują się losem innych i dążą do wyznaczonego celu. Kłania się tu makiawelizm – cel uświęca środki.        Po drugiej wojnie światowej Ameryka była globalnym mocarstwem (militarnym), a obywatele dość zamożnym społeczeństwem. Czy naprawdę tak było? Właśnie nie do końca. Były to tylko pozory. Wielka Ameryka borykała się z wewnętrznymi problemami gospodarczo - ekonomicznymi. Z pewnością wszyscy wiedzą, co to jest pożyczka, a niektórzy może mieli przyjemność z niej z korzystać. Rząd Amerykański z ówczesnym prezydentem Harrym Trumanem na czele wpadli na pomysł pożyczki dla obywateli, bo aby uspokoić społeczeństwo, wystarczy dać mu pieniądze. Nieważne, że pieniądze były z kieszeni właśnie tychże obywateli.          Kolejnym pomysłem było wprowadzenie programu dwudziestu jeden punktów, które zakładały większy socjal, podniesienie płacy minimalnej oraz likwidację slamsów. Plan częściowo odniósł sukces, albo inaczej to ujmę, oddalił tylko Amerykę od bankructwa. Na problemach finansowych Stanów Zjednoczonych jednak poprzestanę. Skupię się na amerykańskiej kulturze, społeczeństwie i obyczajach.         Stany Zjednoczone po drugiej wojny światowej były krajem bardzo konserwatywnym, żeby nie powiedzieć purytańskim.        Stany Zjednoczone mają olbrzymią  powierzchnię. Co za tym idzie – także wielokulturowość, wynikającą z historii tego dość młodego państwa. Problemy z którymi się borykały i nadal borykają są dość niezrozumiałe dla mnie. Ponieważ kraj, który został złożony z wielokulturowości, niszczy się od wewnątrz przez różnice kulturowo – obyczajowo – społeczne. Gdzie w takim razie jest miejsce na wolność, akceptację? Właśnie tu leży pies pogrzebany, i to dużych rozmiarów. Brak było właśnie akceptacji ze strony ówczesnego rządu (republikanie) i części obywateli. Przypomnę, że w tamtym okresie wyznawano tradycje rodzinne takie, jak: biały dom z ogródkiem, co najmniej dwójka dzieci, pies, kot, auto, pobożność. Wszystko po bożemu. Pewnie i w alkowie zero fantazji. Osoby z odmiennymi poglądami obyczajowymi – społecznymi i kulturowymi, byliby zagrożeniem dla takiego konsumpcyjnego stylu życia. Ogólnie panowała dyskryminacja rasowa, płciowa i klasowa, seksizm, ksenofobia itp...      Cofnijmy się do lat pięćdziesiątych z racji tego, że już wtedy dochodziło do  manifestów, głównie artystycznych, scenicznych. Artystom było łatwiej zamanifestować swoją „inność”  lub o niej mówić poprzez sztukę. Moim zdaniem były to początki kontrkultury.         Więc podwaliny do rewolucji lat sześćdziesiątych miała masa artystów z lat pięćdziesiątych: literatów, muzyków, plastyków.          Zatrzymajmy się więc w tym miejscu przy literaturze. Wśród czołowych postaci byli beatnicy. Był to ruch awangardowo – kulturowo – literacko – anarchistyczny. Głównymi jego przedstawicielami byli Allen Ginsberg, Jack Kerouac, Neal Cassady i William S. Burroughs. Odrzucali oni konsumpcyjny styl życia, rozczarowani wartościami pokolenia rodziców, drugą wojną światową, wojnę koreańską i zimną wojnę. Poszukiwali sensu życia w używkach i w podróżach. Jako autorzy stworzyli dzieła literackie, które przeszły do historii światowej literatury, a ich twórczość i zachowanie przyczyniły się do przemian, które zaszły dekadę później, i do powstania subkultury hipisowskiej. Wymienię trzy najważniejsze dzieła w dorobku bitników: Skowyt Allena Ginsberga, W drodze  Jacka Kerouaca oraz Nagi Lunch Williama S. Burroughsa.        W branży muzycznej także byli buntownicy, którzy wpłynęli na przemiany w USA. W latach pięćdziesiątych popularny był rock and roll. Tacy artyści, jak Elvis Presley, Chuck Berry, Little Richard, Buddy Holly czy Jerry Lee Lewis swoją obyczajowością i ekspresją muzyczną gorszyli konsumpcyjne społeczeństwo, a z kolei James Brown śpiewał, że jest sex maszyną. Moim zdaniem kontrkultura była zjawiskiem ewolucyjnym o tysiącach twarzy.      Bardzo ważnym, a nawet kluczowym czynnikiem w walce z amerykańskim systemem, paradoksalnie byli amerykańscy żołnierze. Miliony obywateli patrzyli z pogardą na powracających weteranów. (Próbuję sobie wyobrazić siebie powracającego z wojny do kraju bez perspektyw, do kraju w którym jestem niemile widziany, pomimo że przelewałem krew za swoją ojczyznę.) Ten gorzki obraz Ameryki był wielokrotnie przedstawiany w kinematografii.           Amerykański żołnierz, był jednym z pierwszych buntowników, który uświadomił sobie zakłamanie kraju, w którym się urodził. Nie godząc się z tym obrazem, wielu z nich świadomie przystało do hipisów. Żyli w komunach hipisowskich, eksperymentując ze środkami  psychoaktywnymi. To także i oni byli jednymi z pierwszych prowodyrów, buntowników.    Zamienianie gówna w róże.                              Allen Ginsberg Przejaskrawione lata sześćdziesiąte     Dzień, w którym przerwano Amerykański sen, dla wielu konserwatywnych obywateli przeistoczył się w koszmar na jawie.        Na skraju parku Golden Gate w San Francisco na jednym z trawników trwała integracja poznawcza, czyli tzw. wolna miłość, a mówiąc dosadniej – orgia. W drugim końcu tegoż parku grupa młodych ludzi przyodziana w kwiaty, kołysała się w rytm muzyki folkowej, głosząc hasła: ,,równość, wolność, braterstwo”. Obok nich grupa hipisów zaciągała się jointami myśląc, że jakoś to będzie.       W tym momencie pozwoliłem sobie na dygresję, lecz nie jest to wynikiem niechęci do kontrkultury. Moim zdaniem wszystko zostało zaprzepaszczone przez zachowanie wymienionych przeze mnie środowisk. Nie piętnuję ich, ponieważ sam wyznaje swobodę i wolność, lecz to nie była droga do zwycięstwa.  Chyba że się mylę, i właśnie to było istotą kontrkultury. Jeśli tak, to nie miała ona szans na zupełne powodzenie.         Prawie wszyscy ludzie z ówczesnego środowiska sprzeciwiający się systemowi zażywali środki psychoaktywne: kwas, LSD, peyotl itp... W dodatku wzrosła przestępczość wśród wymienionych subkultur. Pojawiły się sekty na skalę ogólnokrajową. Komuny hipisowskie przyciągały przestępców, osoby z różnymi zaburzeniami psychicznymi, psychopatów, szarlatanów czy seksoholików, którzy na wieść o wolnej miłości czuli się jak ryby w wodzie.  Przecież nie każdy chciał kopulować z każdym, kto tylko się nawinął. W dodatku panowała hierarchia w komunach, która psuła całą ideę wolności i równości.        Młodzi ludzie odrzucając wartości rodziców, szukali nowych ideałów. Niestety było to wpadanie w skrajności. Granice między dobrem i złem się zacierały. Młodzi nie byli gotowi na szeroko idące zmiany. Przecież świat sam się nie ułoży.      Wszystkie niepowodzenia kontrkultury zweryfikowała rzeczywistość. Obnażyła słabe punkty wielkiego kolosa na glinianych nogach.    …i czekam  na powtórne narodziny cudu  i czekam na kogoś żeby naprawdę odkrył Amerykę  […] i czekam  żeby Amerykański orzeł  naprawdę rozpostarł skrzydła….                     Lawrence Ferlinghetti                      Wyjście alternatywne         Większość rebeliantów z tamtych czasów nie doczekała się odrodzenia kontrkultury, ponieważ życie jest zbyt krótkie i ma za dużo zakrętów, a „drzwi percepcji” nie zawsze prowadzą do oświecenia.          Kończąc swoje wywody na temat kontrkultury przytoczę słowa polskiego publicysty Stefana Kisielewskiego: To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.      Arkadiusz Aulich (ur. 1979) – dramatopisarz, poeta, postmodernista. Autor czterech tomów wierszy oraz dramatu: Dom czystych myśli (2018), Odmienne stany świadomości  (2019). Skądinąd  (2021), Za siebie (2023), W formie  (2025). Publikował w antologiach oraz czasopismach literackich: „Czas Literatury”, „Afront”, ,,Post Scriptum”, ,,Suburbia”, ,,Odra”, „Akant”, ,,eleWator”, ,,Format Literacki” , ,,Protokół Kulturalny”, ,,Moja przestrzeń kultury”, „Wydawnictwo J”, „Epea”, ,,Zeszyty Poetyckie”, ,,Wytrych”. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

  • Rafał  Kasprzyk – Przester (vol. 1)

    Gdzieś pomiędzy ciszą nieistnienia a szumem słów.  Od dawna już obserwuję literackie poczynania Tomasza Hrynacza, którego twórczość stanowi fascynujący przykład poezji, balansującej na granicy ciszy i słowa, porządku i chaosu, życia i śmierci oraz zrozumienia z jednoczesnym poczuciem jakiegoś dziwnego podskórnego lęku, wzrastającego wprost proporcjonalnie do wzrostu świadomości, zarówno czytelnika tych książek, jak i samego autora. Jego wiersze, pełne nieoczywistych skojarzeń, zaskakujących metafor i niejednoznacznych obrazów, stają się przestrzenią, w której nie tylko język zyskuje nowe znaczenia, a forma zostaje wyzwolona z tradycyjnych schematów, ale także sam czytelnik podążający śladami jego tomów, ulega pewnej ewolucyjnej transformacji. Pewnemu metafizycznemu przewartościowaniu. Niczym w teorii Pierre'a Teilharda de Chardin, francuskiego jezuity, filozofa i paleontologa, który wierzył, że cały wszechświat rozwija się i ewoluuje w sposób celowy i zorganizowany. Zaczyna się od kosmicznego chaosu, z którego powstaje porządek, a ewolucja jest procesem, który prowadzi do coraz większej złożoności i świadomości. Uważał on, że wszechświat jest dynamiczny (według mnie, podobnie jak poetycki wszechświat Corto muso ), a jego rozwój nie jest przypadkowy (tak samo jak u Hrynacza), lecz podąża w kierunku pewnego celu, którym jest pełna realizacja duchowego potencjału (istota poezji Hrynacza). I kiedy wracam teraz myślami do wcześniejszych książek autora, takich jak choćby Pies gończy (FORMA 2021),  Emotywny zip (FORMA 2021), czy Lallen  ( Instytut Mikołowski 2024), to śmiem twierdzić, że echa teorii de Chardina jakoś pobrzmiewają w każdej z nich. Oczywiście teoria francuskiego jezuity jest tylko pewną metaforą, którą chciałbym się jakoś wspomóc, poddając się refleksji dotyczącej najnowszego tomu Tomasza Hrynacza, Corto muso (FORMA 2025), ale doszedłem do wniosku, że elementy, skądinąd bardzo ciekawej teorii, w której pojawia się coś takiego jak pojęcie noosfery jako warstwy myśli, inteligencji i świadomości, stanowiącej przestrzeń, w której idee i myśli mogą się rozwijać, a ludzka świadomość ewoluuje w kierunku coraz większej jedności i zrozumienia są - może nie na pierwszy rzut oka, ale jednak -  jakoś wkomponowane w najgłębszą warstwę tej poezji. Wszakże Hrynacz jest uważany za poetę metafizycznego, a Transcendencja (celowo piszę z dużej litery) w jego poezji nie jest, li tylko prostym wyborem religijnym czy metafizycznym. To raczej przestrzeń poszukiwania odpowiedzi na pytania o istotę istnienia, o to, co pozostaje po nas i co możemy po sobie zostawić.  Przecież w swoich wierszach stawia on źródłowe pytania o to, jak można wypełnić życie sensem w obliczu jego nieuchronnego końca. Jednocześnie w jego poezji znikanie, rozpad, i zacieranie się śladów życia, stają się sposobem opowiadania o tej transcendencji właśnie, a więc o tej części istnienia, która nie jest materialna, ale bez wątpienia wyczuwa się ją w słowach, w symbolach, czy w samym poetyckim obrazowaniu. W poezji Hrynacza - biorąc pod uwagę kontekst śmierci i przemijania - wyraźnie widać to właśnie ciągłe napięcie pomiędzy tym trwaniem a zanikaniem. Paradoks frazy świdnickiego poety polega jednak na tym, że przedstawia on ten proces jako coś, co nie jest ani całkowicie zakończone, ani też permanentnie obecne. Zdaje się, że bardziej chodzi o pewne cykliczne, fragmentaryczne trwanie, które wiąże życie ze śmiercią w sposób nieoczywisty i wielowymiarowy. Owo znikanie, ubywanie rzeczywistości na naszych oczach,  staje się więc nie tylko definitywnym końcem, ale także, a może przede wszystkim, początkiem czegoś nowego – przejściem w inną przestrzeń, która pozostawia po sobie ślady, obrazy, pamięć. W ten oto sposób, w jego poezji cała ta tanatyczna perspektywa jest nieustannie obecna w procesie bycia, ale pozostaje jednocześnie wciąż nieuchwytna, zacierająca się i przekształcająca, co zresztą wybrzmiewa już na początku tomu: „to się zaczyna co się zacząć nie miało/ to się kończy co się skończyć miało ( [to] )”. Od samego początku więc mamy  wgląd w tę dialektykę trwania i znikania, w której śmierć nie jest końcem, ale formą transformacji, nie tylko w procesie doświadczania ludzkiej egzystencji, ale też w samym języku i formie, które próbują jakoś oddać ten stan zawieszenia między tym, co już było, a tym, co nadchodzi. A co nadchodzi? Ano choćby to, co w wierszu En passant : „Zaborczy świat, wieczne rozkołysanie na planszy pomnych proroctw, w wizjerze wstecz idąca zona”. Nic więc dziwnego, że Hrynacz zdaje się twierdzić, że język nie jest wystarczający, by oddać pełnię doświadczenia. Jest on niedoskonały, ale z drugiej strony także pełen mocy, która tworzy świat pełen luki i wątpliwości. Pewnie dlatego jego zmaganie się z granicami wyrazu, z granicami języka nie jest tylko narzędziem do przedstawiania świata, bo w pewnym momencie sam język jako taki staje się w tomie przedmiotem refleksji. Bardzo wiele jego tekstów to eksperymenty lingwistyczne, które prowokują formą, łamaniem struktury i dekonstruowaniem konwencjonalnego porządku słów. Poezja staje się więc u niego miejscem, w którym to, co zrozumiałe i pewne, zostaje zburzone przez nieoczywiste zestawienia słów, różnego rodzaju neologizmów i metafor. Z pewnością to co przykuwa uwagę, powodując bliżej nieokreślony wewnętrzny dysonans w czytelniku to to, że w jego wierszach język jest często pozbawiony jednoznacznych definicji, a znaczenie słów zmienia się w zależności od kontekstu. W ten oto sposób poeta w osobie Hrynacza prowadzi grę z czytelnikiem. Zmusza go do szukania sensu - niejako na własną rękę - w tym, co pozornie jest nieuchwytne i niejasne. Zatem wprowadzenie tych wszystkich lingwistycznych eksperymentów jawi się jako droga ku wyjściu poza ograniczenia tradycyjnej semantyki i umożliwia tworzenie się nowych, wieloznacznych przestrzeni. Koniec końców to, co w kontekście tradycyjnego języka wydaje się być jasne i klarowne, w jego poezji staje się niestabilne. Rozczłonkowane. Słowa zaś rozsypują się, zacierają w sensach. Nie dają się łatwo określić, doprecyzować, przez co zaczynają pełnić rolę zaproszenia do odkrywania tego, co nieoczywiste. Poezja Hrynacza staje się w ten sposób narzędziem, które nie tyle komunikuje gotowe prawdy, co zmusza nas do wchodzenia w przestrzeń zawieszenia i niedopowiedzenia. A to cholernie trudne jest, bo w najmniej odpowiednim momencie lektury pojawia się poczucie, że tradycyjny język nie jest w stanie uchwycić całości  doświadczenia. Na szczęście z pomocą przychodzi semantyczne koło ratunkowe Hrynacza, który wprowadza do swojego słownictwa nowe konstrukcje, słowa wyjęte z kontekstu, które wymuszają na czytelniku konieczność przedefiniowania pojęć, które dotychczas wydawały się oczywiste. Tworzenie nowych słów i łamanie istniejących schematów językowych jest w tym przypadku sposobem na uzyskanie dostępu do rzeczywistości, która nie jest dosłownie wyrażalna. Poetyka Hrynacza pełna tych wszystkich lingwistycznych eksperymentów, ukazuje także istotną cechę jego twórczości, z którą niejeden czytelnik pewnie będzie miał trudność – niejednoznaczność. Chaos językowy w jego wierszach, który na początku może wywoływać pewne trudności nie jest przypadkowym zabiegiem, ale świadomą metodą, która pozwala na odzwierciedlenie stanu świata i egzystencji jako całości. Co prawda język w jego poezji jest nieuporządkowany, pełen sprzeczności i niedopowiedzeń, co de facto konstytuuje filozofię życia w niepewności i chaosie, jak to ma miejsce w przypadku podmiotu lirycznego w Corto muso. Ale… No właśnie! Jest jedno ale...Ten tworzony z premedytacją przez Hrynacza chaos jest punktem wyjścia do głębszej refleksji i ponad wszelką wątpliwość stanowi pole, na którym może pojawić się nowe znaczenie. Nowe przeczucie. Nowa myśl. Nowa idea. Krótko mówiąc, wspominane już pobrzmiewające w jego poezji echo teorii de Chardina. Natomiast to co jest wielką siłą wierszy świdnickiego poety i to co mnie najbardziej przekonuje, powodując, że ciągle do niego wracam to to, że Hrynacz nie szuka definitywnych, ostatecznych odpowiedzi, ale pokazuje, że proces poszukiwania sensu w perspektywie egzystencjalnej czy metafizycznej oraz zmaganie się z granicami języka to centralne tematy ludzkiego istnienia. Śmierć i życie tworzą przestrzeń, w której każdy z nas może próbować odnaleźć swoje miejsce, na nowo konfrontując się z pytaniem o to, co tak naprawdę oznacza istnieć? Tomasz Hrynacz, Corto muso , FORMA, Szczecin 2025, str. 74. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk literacki, laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu) ,. Następnie wydał Dychotomię  (2020), Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował wiersze w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się w "ArtPapierze" i "Nowym Kozirynku". Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur  na stronie www.kozirynek.online .

  • Tomasz Hrynacz – pięć wierszy

    Zmierzcha Akrylowa krew Akrylowe niebo Akrylowy skrzek  Powtórz Do składu Wystarczy haust Haptyka starczego lata Chudy bilon w fontannie ku ozdobie. Mówią, że na powrót. Chwilowo tak zostań. Chwilowo tutaj pobądź. Po latach z litości przyśni się lunapark, crossfit i cukrowa chmurka na patyku. Niebo jak płuco, i to ukłucie, różana duszyczko. Tweet Kres dnia, wyszparuj. Błyszcz mrozu, odprowadź. Zrost ran, przesmaruj. Impet śnieżycy, pożegnaj. Bezlik opadu, odnotuj. Żerdź migu, przekopiuj. Samopas żaru, uwolnij. Rys nocy, przywitaj. Zygzak blizn, zamaluj. Zapałka, draska, dwa kije Podpalasz?  Popalam. Nastały czasy  na pobożne  życzenia. Co co kto co pod  co smartfon  co urodzajne ziemie co ochędóstwo co karta debetowa  co Lidl  co pokrewieństwo  co śmierć  ( do końca rzecz po rzeczy rzecz do rzeczy ) połączenie jest niestabilne fot. Katarzyna Hrynacz Tomasz Hrynacz  (ur. w 1971 r.) – autor tomów wierszy: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych  (1999), Rebelia  (2001), Enzym  (2004), Dni widzenia (2005), Praski raj  (2009), Prędka przędza  (2010), Przedmowa do 5 smaków  (2013), Noc czerwi   (2016), Dobór dóbr  (2019), Pies gończy  (2021), Emotywny zip  (2021), Lallen  (2023), Corto muso  (2025). Tłumaczony na język angielski, bośniacki, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niemiecki, serbski, słowacki, rosyjski, rumuński i ukraiński. Mieszka w Świdnicy Śląskiej.

  • Sonia Pohl – Kret

    Procedura zachowania Idealnej Linii Zieleni i ratowania godności Obywatela Drugiego Progu Podatkowego, Posiadacza Wspaniałego Trawnika (w skrócie PWT). Czerwiec. Kraj zmaga się z upałami. W miastach zakazano napełniania basenów, co spotyka się z niezadowoleniem tych, którzy za ciężko zaciągnięte kredyty wybudowali sobie podmiejskie wille w czasach, gdy metr ziemi kosztował tyle, co worek ziemniaków. Ograniczenie zużycia wody bezsprzecznie narusza bowiem podstawowe prawo do kąpieli we własnym ogrodzie oraz podważa przywilej posiadania cudownie zielonego trawnika. Ale jak cierpieć, to równo. Co „porządniejsi” mieszkańcy podmiejskich osiedli nasłuchują więc szumu wody, sprawdzając, czy basen sąsiada nie napełnia się przypadkiem zakazaną cieczą lub czy nie słychać syczenia węży ogrodowych. Jeżeli zaś padnie podejrzenie, natychmiast wykonują telefon do straży miejskiej. Jak można się domyślić, straż ma pełne ręce roboty. Brak dostępu do prywatnego kąpieliska nie jest jedyną kwestią spędzającą klimatyzowany sen z powiek Obywatela Drugiego Progu. Martwi się on przede wszystkim o swój trawnik, a dokładniej o zachowanie Idealnej Linii Zieleni na swojej posesji. O taką Polskę przecież walczył – równą, dobrze napowietrzoną i zieloną jak okiem sięgnąć, to znaczy do ogrodzenia obsadzonego murem tuj, ponieważ uznanym standardem jest osłonięcie Wspaniałego Trawnika gęstym, wysokim na przynajmniej półtora metra murem iglaków, który osłania przed niechcianym wzrokiem sąsiada. Tuje bez wody sobie poradzą. Trawnik może tego nie przeżyć. Posiadacz Wspaniałego Trawnika, w skrócie PWT, budzi się w środku nocy i nerwowo przelicza, ile rolek trawnika musiałby zamówić, żeby zakryć ubytki i w panice wysyła wiadomość do księgowej z zapytaniem, czy można wliczyć to w koszty. Nie, to nie byłoby jeszcze najgorsze. Dałoby się z tego wybrnąć. Ale PWT czuje, że coś nadciąga, że jego spokój jest zagrożony przez siły zupełnie od niego niezależne, które trudno mu kontrolować, a czego nie może znieść najbardziej, to własna bezsilność i przeciwnik, którego nie widać. Z tegoż względu największym wrogiem każdego Posiadacza Wspaniałego Trawnika jest kret. Przy najlepszym napowietrzeniu ziemi krety budują korytarze podziemne w tempie 13m/h, a to oznacza, że w ciągu dnia mogą usypać nawet siedemdziesiąt kopców i to zaledwie w celach naprawczych, w wyniku uzdatniania podziemnych nor i tuneli. Pierwszorzędne nawodnienie ogrodu Posiadacza Wspaniałego Trawnika, w skrócie PWT, który ukradkiem łamie zakaz i podlewa trawnik nocą sprawia, że w okresie suszy jego murawa staje się atrakcyjnym żerowiskiem. Krety, nieodporne na wysokie temperatury, szukają wilgotnych terenów, gdyż trudniej im przekopać suchą, zbitą grudę ziemi niż chłodne mokradła. Wszelkie zabezpieczenia, to znaczy biologiczne strachy w postaci krzewów bazylii lub kęp aksamitek, repelenty wlewane bezpośrednio do kopców, urządzenia wydające piski, a nawet bardzo kosztowne siatki podziemne, które Posiadacz Wspaniałego Trawnika zainstalował w celach obronnych zostają sforsowane i nie sprawdzają się przy masowym najeździe kreta. Dzieje się więc to, czego PWT obawia się bardziej niż suszy – szkodnik powraca, a to oznacza koniec Idealnej Linii Zieleni. Sfrustrowany PWT jest zmuszony podjąć ważką decyzję, która może łączyć się z prawnymi konsekwencjami i społecznym ostracyzmem. Wreszcie, rozważywszy swoje szanse i wysokie prawdopodobieństwo zatajenia całej sprawy, po cichu wypowiada wojnę kretom. Z półki nad łóżkiem ściąga poczytną w korpusach amerykańskiej armii "Sztukę Wojny" Sun Tzu, aby przypomnieć sobie metodę na zwycięstwo. Przed przystąpieniem do bitwy – czyta – należy rozważyć wszelkie okoliczności i dobrać odpowiednią strategię . PWT rozważa "taktykę na chemika", ale szybko dochodzi do wniosku, że w trakcie suszy będzie nieskuteczna, bo spragniona cieczy ziemia pochłonie większość środka kretobójczego. Blitzkrieg’u więc nie będzie. Tu potrzeba cierpliwości. Należy w tym miejscu wspomnieć, o czym PWT wie doskonale, że kret europejski (talpa europaea) jest objęty częściową ochroną, co oznacza, że umyślne zabijanie, okaleczanie, chwytanie, a także niszczenie siedlisk, gniazd i uniemożliwianie dostępu do schronień tego stworzenia jest zakazane i grozi karą grzywny lub, w skrajnych przypadkach (jak dotąd nieodnotowanych), nawet aresztem. Doprowadzony do skraju wytrzymałości PWT stwierdza jednak, że okoliczności są nadzwyczajne, a sytuacja wymaga drastycznych środków. Podparty na duchu myślą, że brak poszlak wyklucza udowodnienie zbrodni, bierze sprawy w swoje ręce. Jest piąta rano. Dzwoni budzik. PWT wstaje i parzy kawę. Jest opanowany, a jego ruchy płynne. Przelewa kawę do filiżanki i w klapkach oraz szlafroku wychodzi na taras, aby ocenić straty w ogrodzie. Kawa paruje. O 5:10 temperatura wciąż pozwala na racjonalną analizę sytuacji. PWT codziennie wieczorem przydeptuje klapkiem i oznacza stare kopce, żeby rano dopatrzyć się świeżych hałd ziemi. PWT, a raczej ex-PWT wpatruje się teraz w Niedoskonałą Linię Zieleni i szuka nowego kretowiska. Odstawia filiżankę. Znalazł. Schodzi z podestu, schyla się (musi ugiąć nogi), by z czułością pogłaskać zielone źdźbła. Szlafrok rozchyla się, spomiędzy materiału na chwilunię wyłażą szare, wżynające się w pachwinę slipki i kawałek owłosionego pępka. Prostuje plecy, poprawia klapki i przemierza trawnik, kierując się w stronę świeżego kopca. O 5:15 poranna mgła jeszcze nie opada, ale eks-PWT uważa, że ostrożności nigdy dość. Podejmuje działania od razu. Swoją broń ukrył między tujami. Wygrzebuje ją właśnie z miejsca, w którym ją schował. Rękaw szlafroka pokrywa się mleczną pajęczyną. Wraz z łopatą opieszale pociąga nogami, by dowlec się do Ostatecznego Celu Swojej Wędrówki, to znaczy staje z łopatą nad Nową Bazą Wroga. Podwija rękawy. Chwyta łopatę oburącz. Podnosi ramiona. Nasłuchuje. Kto się zawczasu stawi na pole bitwy, ten może spokojnie czekać na wroga; a kto się zjawi poniewczasie i będzie zmuszony do pośpiechu, ten się tylko zmęczy. Tak więc dobry wojskowy komenderuje wrogiem i nie daje mu się wodzić za nos . )* Dochodzi wpół do szóstej. Sąsiad wyprowadzi psa dopiero za jakieś czterdzieści minut, a garaż po prawej otworzy się za niecałe pół godziny. Ma jeszcze dużo czasu. Mgła opada, zaczyna robić się cieplej. Mięśnie są napięte. Eks-PWT rozważa, czy powinien zrezygnować z bawełnianej froty, ale to by oznaczało, że na moment straci czujność. Szacuje ryzyko. Po kolejnej minucie decyduje się zrzucić odzienie i zostaje tak, jak go namalowała współczesna cywilizacja – w szarych slipkach opinających owłosione krocze i japonkach z miękkiej gumy. Kropelki potu spływają mu po czole, opierają się o brwi. Ramiona zaczynają się lekko trząść. Eks-PWT przywołuje na myśl swój niegdyś piękny trawnik, co motywuje go do utrzymania pozycji. Naraz słyszy szmer w ziemi. Poziom adrenaliny skacze, ramiona unoszą się, mięśnie napinają. Ex-PWT bierze zamach dokładnie w momencie, gdy na jego stopy wysypuje się grudka ziemi. Napiera całym ciałem na łopatę i wbija ją w kopiec. Słychać cichy pisk. Oto Dzień Zwycięstwa. Podnosi z trawy szlafrok, nakłada go na siebie, z kieszeni wyjmuje pojemnik z workami na odchody psa i odrywa sztukę. Przez chwilę rozważa, czy nie powinien zostawić kreta w dole jako przestroga dla reszty kreciej rodziny, ale nie jest przecież barbarzyńcą. Z grymasem wyławia truchło z kretowiska, trzymając go przez reklamówkę. W drodze powrotnej na taras obmywa łopatę odrobiną wody (pod niskim ciśnieniem, żeby sąsiad nie usłyszał), a zwłoki kreta wyrzuca (wciąż w woreczku, no bez przesady) do pojemnika na odpady biodegradowalne. Zasypuje go kilkoma chwastami. Na szczęście wywóz śmieci jest jutro, w kuble nie zdąży porządnie zaśmierdzieć. )* cytat z „Sztuki Wojny” autorstwa Sun Tzu, a w zasadzie kopiuj-wklej z Wikicytatów, do których PWT zajrzał, nie mając czasu na lekturę całości. Sonia Pohl – absolwentka prawa. Współautorka książki Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii. Debiutowała na łamach "Tygodnika Powszechnego" reportażem Lato bez domu. Publikowała w "Odrze", "Kontencie" i "Stronie Czynnej". Wyróżniona w ramach Szkoły Pisania Powieści KMLU 2022/23. Członkini kolektywu pisarskiego  Sfinga Girls . Mieszka w Krakowie. Regularnie bywa nad morzem.

  • Hubert Czarnocki – pięć wierszy 

    Czy Skarpety, zęby, krojenie, zarabianie, powracanie, kupowanie, podgrzewanie, odpoczywanie, spłukiwanie, skarpety, zęby, że włożyć, że szybko, że chleb, że przeżyć, że taka kolej, że podtrzymać, że odetchnąć, że ulga, że zdjąć, że wypluć, że co znowu, że po co, że jak długo tak, że to boli, że to uwiera, że to głupie, że czy jest coś więcej, że czy jest coś, że czy jest, że czy, rzeczy, rzeczy? Nie, to niemożliwe. Skreśl ostatni wyraz, a nawet dwa. *** Jan wyszedł tylko na chwilę. Chciał załatwić jedną sprawę. Ale już nigdy nie wrócił. Śliska nawierzchnia, zbyt duża prędkość. Na pogrzebie wyrywały się ludziom pytania w niebo. Ale niebo milczało. Milczały lasy, milczały rzeki, milczały jeziora. Mówił tylko Bóg, a właściwie szeptał. Ale ten szept rozumiał tylko Jan. Wszyscy inni myśleli, że to wieje wiatr. *** Nawet jego pokój był urządzony tak, żeby żył jakby w przelocie. Jak dotąd nigdzie się na dłużej nie zagnieździł. Czasem przysiadał na ławce, na murze. Przemykał między wami z oddechem przemyconym za pazuchą. Był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej barw, dźwięków, zapachów? Nie. Był po to, żeby przełamać się sobą z kimś kto obok. *** We mnie od wschodu do zachodu wojna. Pędzę w niewidzialnym pociągu każdego dnia, mimo że nigdy do niego nie wsiadałem i nie kupowałem biletu. Nie ruszając się z miejsca wyruszam w dalekie podróże. Fotografuję własne podpalone dłonie, żeby ich nie zapomnieć. Rozpaczliwie zawracam dymiące się statki płynące z nurtem rzeki. Mocuję się z mechanizmem, który uparcie przewija ten film do przodu. Wspominam dzień, w którym ostatni raz bawiłem się w chowanego. Co stało się później nie wiem. Pisanie, zatrzymywanie Prześwietlone zdjęcia, kulawe zapiski, udane i nieudane role. To cała reszta. I jest ona o tyle o ile. O ile służy podtrzymywaniu,  podszeptywaniu, podprowadzaniu, podświetlaniu. Miłości. Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę na KUL-u i Akademię Fotografii. Wiersze publikował m.in . w ,,Toposie”, ,,artPapierze”, ,,Kresach”,  ,,Portrecie”, ,,Cogito”, ,,Czasie Literatury”, ,,Perspektywach”, ,,Dwutygodniku”, ,,Arkadii”, "Frazie”, ,,Helikopterze”, ,,Migotaniach”, ,,Wyspie”, ,,Elewatorze”, ,,Odrze”. Autor e-booka Jasność (2008) oraz tomów Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018).

  • David Caño – cztery wiersze 

    Bejrut Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj, wśród czerwieni i zapachów, z dala od liryki, z kolanami ściekającymi na brudną ziemię, z uderzeniami o mur, z Daily Express , pod naporem ataków. Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj, w tym bunkrze-pożeraczu, pochłaniając lęk nagim ciałem, makabryczny taniec życia, które nam ciąży, i mamy gdzieś bombardowanie, i krew w morzu, i pierdoloną AIDS. Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj: poezja może płakać, jeśli będzie chcieć. Przedmiejski Wziąłbym cię za rękę, ukoił twój oddech, osłodził morfinę, wszystko, by temu zapobiec, żeby zdusić twoje niekończące się „nigdy już nie wrócę”, z tymi wszystkimi głosikami wciąż brzmiącymi w mojej głowie, aż po drżenie, wszędzie, wokół, każdej nocy. I byle tylko okaleczyć ból, przegnać szaleństwo. Pomiędzy Safoną a Germainem Bretonem Piszę do ciebie z naszych pogryzionych warg, aż po rozdarcie, z niepowstrzymanego języka bękarta, wyplutego na język, który go przyjmuje. Rozpruta wściekłość, amputuję wszystkie litery twojego imienia i planuję zamachy, bombardowania, maski gazowe, które oddzielą nas, z dziećmi-zbawicielami skaczącymi z najwyższych budynków i z ogniem twoich kochanek burzącym, jeden po drugim, wszystkie kościoły Rzymu. Mogłaś mnie zabić i w ten sposób spełnić pierwsze z wszystkich przeczuć. Tyle fatalności mogło nas tylko pchnąć do rozpaczy, do obłędu… Ale ty nie jesteś Nadją, tylko boginią getta, i uśmiechasz się, gdy chwast uciska ci serce, a kotka ozdabia rów przy przedmieściu. Cała jesteś porzuceniem. Upalnym powietrzem. Suchą krwią. Majakiem i pożądaniem. Czystym rozkładem. *** Barcelona to miasto najniebezpieczniejsze! Francisco Casavella Barcelona to ty - tak, jak seks jest nocą, strachem, naszym pragnieniem, niepokojem i plastikiem - wszędzie, papierami, kwasem na języku. Ssiesz mnie, a ja cię połykam, świta. Łysa Góra, Montjuïc przegląda się w morzu, strzykawki pod stopami, światełka... To resztki miasta w płomieniach, na niebie: BŁYSKI. Wszystko wraca, wszystko. Ciemność z oddali mnie woła, ale ty jesteś tutaj: Czego chcesz? Kto mówi?  Nie wiem, kim jesteś, rajstopy są już zsunięte, one jęczą. Przyszłość nie istnieje. Zapomnienie to matka. Ni fabryka, ani latarnia. Dotykam twojego tatuażu, nie dowierzając, niepewny - pocę się i przywieram do ciebie. Ale ty, ty tylko podciągasz majtki, odchodzisz. przełożył Krzysztof Katkowski David Caño (ur. 1980) – poeta, muzyk, działacz partii Candidatura d'Unitat Popular (CUP), łączącej tradycje marksistowskie i niepodległościowe w Katalonii. Opublikował osiem tomów poezji i wystąpił na setkach recitalów na całym obszarze Katalonii.

  • Jorge Dioni López – trzy wiersze

    Miasto innego Widzę rany i pęknięcia, ptaki i meduzy, drzwi i schody, szczeliny i mrówki. Przestrzenie, w których istnieje przyjemność innego, szczęście innego, miłość innego, ból innego. Tworzę mapę własnymi krokami i odnajduję wszystkich, którymi nie byłem zanim zostałem zauważony, przestrzenie, w których byłem, nie wiedząc, że jestem. To to, to  jest właśnie to. Jak psy Zostawiamy swój ślad w mieście, gramatykę mrówek, niebo meduz, konstelację szczyn, którą tylko my potrafimy dostrzec kiedy zapada noc. Zoom Z jakiej odległości rozpuszcza się zaimek? Z jakiej odległości znika ciało i skóra staje się piaskiem, pustynią i labiryntem? Z jakiej odległości ciała przestają do nas należeć? Czy istnieje jednostka miary, wskaźnik rozpuszczania się „ja”? Kiedy się zbliżasz, przestaję być rozpoznawalny. Szczegół przestaje być częścią całości. Jakich ran nie znam, jakiej chwili zapomniałem? Czyja to skóra?, kim jestem?, kim byłem wcześniej?, czy nadal nim jestem?, a teraz?, a teraz?, a teraz? przełożył Krzysztof Katkowski fot. Berta Delgado Jorge Dioni López  (ur. 1974) – ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie, a jego kariera zawodowa obejmuje pracę w gazetach, radiu, czasopismach oraz w komunikacji instytucjonalnej. Pracował również jako korektor i redaktor.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page