Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Natalia Wrońska – Sztuka naporu. Przewodnik po trwaniu
Pokochać surowy grunt. Nie lekkość wybierać, a ciężar. Ramiona nisko opuszczone siłą własnej woli wznosić. Ugniatać się z czułością wobec chłodu pustej ramy. Każdy brak przyjmować wdzięcznie. Prostować zagięcia i plecy. Stworzyć całkiem przypadkowo hymn dla dziewcząt przedwcześnie dojrzałych, które same stać się musiały swoim własnym ojcem i matką. Rosnąć w siłę samemu i po cichu. Z palety barw nieużytecznych w świecie marnotrawnym czerpać kolor. Chwilami ponad ludzką miarę bywać umęczonym. Dłoniom chropowatym i znoszonym ciężkiej pracy nie szczędzić. Oczy ślepić i wymrużać, niech hartuje się młoda źrenica. Skórze własnej bywać dziwnie obcym. Przeczesywać palcami włosy, raz miękkie, raz druciane, w końcach tylko zawinięte, pasmo od pasma rozdzielać. Gładzić delikatnie szyję, kark i piersi. Ruchem pewnym i wprawionym powinności twórcze swoje spełniać. Nocą czuwać nad schnącym płótnem, w słabym blasku świec odbywać dyżur. Warkocze pleść i wiersze w suszarni najskrytszych myśli. Rozwieszać do wyschnięcia ciche sny na cienkich sznurkach. Do granic możliwości uliryczniać przeżywanie. Na kolanach kręgi zataczać, najpierw małe, potem coraz większe. Przy tym bujać się powoli, raz się chylać w tył, raz w przód. Dać się kołysać pustce zimnej i od pragnień niespełnionych mokrej. Własną swoją powściągliwość zwalczać. Obietnic raz złożonych wbrew słabościom dotrzymywać. Hojnym być z natury, mówić przy tym nie za wiele. Siadać w kucki nad korytem rzeki, wodne dziecię obserwować, siebie widzieć od podszewki. Wymarsz rozpoczynać ku podglebiom świata. Niejeden raz się udać nad wysoki brzeg urwiska. Kiedy zacznie wzbierać dusza, u podnóża skarpy płynąć, niby łzawy, lichy strumień. Szukać ujścia choć na moment. Przy każdej sposobności z ciała się wyrywać. Wykorzystać jak najlepiej każdą chwilę nieuwagi. Wchodząc w głąb miejskiego płuca, co przesiewa ludzki plankton, plątać się o własne nogi. Obcym być człowiekiem w cudzej klatce pięknych wspomnień. Wycofywać się po kroku w niebyt. W czyśćcu ruchomym, holowniku cudzych powszedniości, oprzeć lewą skroń o szybę, przez filtr mętny świat lustrować. Mijać dzielnie rozdrapane, dawne swoje rany, kiedy się o okno deszcz rozbija, niby zimna z kubła woda. Nie żałować nawodnienia, pędy decyzji w sobie podlewać. Latem tonąć, upał wpychać w kąty, lepić przestrzeń wedle woli. W pół zastygłą, gęstą masę ciągle formować od nowa. Wciąż dobijać się powietrza, rozchylać okna na oścież. Niby w pościel się w zmrożony, nocny wiatr owijać. Brać głęboki wtedy wdech. I własnemu trwaniu wierzyć. Natalia Wrońska – rusycystka, lektorka języka polskiego jako obcego. Twórczo i badawczo przygląda się cielesnemu wymiarowi przeżywania.
- Raquel Jodorowsky – pięć wierszy
Trzeba by Trzeba by dzień oglądał nasze kości Wznieśmy nagą miłość ku słońcu które się rodzi Nie boję się pokazać ciała które w nas mieszka tym którzy przechodzą i domyślają się naszej nędzy Twarzą w twarz mówię ci że we mnie nie istnieje już żadna cudowna tajemnica Gdyż dzień odsłania głębię słów co kłamią Człowiek jest zwierzęciem Człowiek jest zwierzęciem które się śmieje albo zwierzęciem które płacze lecz kiedy jest człowiekiem który myśli? Bo jeśli tak dalej pójdzie uczynią z tego świata architekturę końca. Partie polityczne które wznoszą cokoły jednemu ruchowi tak a innemu nie. Jednoocy poeci! Ważne by objąć świat z tej i tamtej strony z gniewu i miłości i przełknąć prawdę ich kłamstw i kłamstwa ich prawdy. Nie życie podzielone na prawicę i lewicę lecz całość potu jedność wysiłku Zjednoczonego. Dajcie nam chociaż czas mali ludzie z wścieklizną wodzowie sztandarów byśmy na waszych zmurszałych mózgach posadzić mogli nasze piękne płcie dajcie nam zerwać cugle ludom by pognały na oślep jak szczęśliwe konie po ziemi. Tu jesteśmy Tu jesteśmy czarne matki skamieniałe jak rzadki okaz z innych epok. Choć te słowa nie mogą zmienić decyzji mężczyzn którzy trzymają ludy w cieniu. Tu jesteśmy potężne kobiety otoczone dręczycielami obrócone w popiół ręką mężczyzny. Gdzie ma zakwitnąć nasza rodzina jeśli zatruwa się życie na Pacyfiku jeśli wysadzają przestrzeń rozrywają powietrze wyimaginowanych smoków jeśli rozstrajają śniegi Biegunów a wraz z nimi głębiny ziemi? Gdzie karmić uśmiech dzieci martwymi rybami, martwymi roślinami, martwym powietrzem pokarmem zatrutym włosami, skórą, kolorem oczu zatrutym radością życia zatrutą. Skoro żadne z moich słów nie może niczego zmienić. Tu się rozpadam nie biorąc udziału ani nie będąc poetką zaangażowaną po żadnej ze stron tych umysłów niszczących moje pokolenia na ziemi. Tajemnica Minął wiek. Pewnego dnia ktoś podniesie porzucony kamień by zbadać Przeszłość świata. A tam pod spodem, w cieniu będzie mój wiersz. Nikt nie zdoła go powtórzyć. Na ziemi, nowi ludzie nowe dźwięki, nowi poeci będą pracować i śpiewać. Tak też moje łzy pozostaną na wieki tajemnicą. A ja będę szczęśliwa, z moją samotną boleścią w wierszu, którego nie można już zatruć. Niewymawialna, nieistniejąca Dziedzicząca jedynie ciężar kamieni… Pożegnanie Dokąd odeszłaś miłości? Oddycham już tylko dymem Z pożaru mych kości Gdzie schować głowę Kiedy nic nam już nie pozostało W tej spirali żył Kiedy siła życiowa Odziana w krew Już nie promienieje. Ach zbiegły gościu Niczym szlachetny kasztan Byłeś Dziś jesteś ogniem który nie płonie Który odszedł na rozmowę Z zapomnieniem. I teraz uwięziona W sieci istnienia W obliczu dni życia I dni śmierci Które biegną razem Tym samym korytarzem. Co czynić, co uczynię. Tylko w pieśniach aniołów Być może znajdę Odpowiedź… z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Raquel Lea Jodorowsky Prullansky (1927–2011) — chilijska poetka, pisarka i malarka. Od początku lat pięćdziesiątych mieszkała w Peru.
- Michał Kaczmarek – siedem wierszy
tamtego dnia odwiedzili nas wujowie bracia mojej matki Kazik za dużo pijesz tam są drzwi pamiętam twój gest i mój płacz wyszedłeś kiedy ich już nie było matka myślała że wrócisz pijany po godzinie może półtorej przyszedłeś trzeźwy spacer papieros urażone ja czy wstyd że płakało dziecko pytanie w kopercie na jej białej skórze czarne imię spacer przy torach po wizycie u ojca w szpitalu napisałem wiersz prawdziwy jak pajęcza sieć między drzwiami kotłowni a wietrzonymi butami zapełniłem kartkę tuszem jak spadającymi na chodnik płatkami śniegu słowa maleją tak wiele zniknęło z szuflad i nadodrzańskich ścieżek nie wiem nawet czy jeszcze kursują pociągi które obserwowaliśmy w półdzikich zaroślach wiosenne obowiązki kiedy ojciec umarł zostaliśmy oboje z robotą do wykonania sprzedała kawalerkę mimo nacisków pieniądze się rozejdą a mieszkanie to zawsze mieszkanie przepisz na nas naprawdę się rozeszły na bramę wjazdową dokończenie spłaty oszukańczego kredytu ile jeszcze zostało dowiemy się za jakiś czas matce w pierwszych miesiącach dokuczała cisza łzy podczas telefonicznej rozmowy święta z koleżankami puste miejsce przy rodzinnym stole siny trup na krześle na szczęście wzięła się w garść czy pogodziłbym życie trzysta kilometrów od Głogowa z jej coraz głębszym smutkiem wiersze na przykład o gumowej piłce prowadziłem rozgrywki Ekstraklasy staranne tabele od linijki prawie mnie uderzył kiedy wylałem kawę pogrzeb nie wiem ile lat minęło nie więcej niż kilka deszcz wyrzucić skoszoną trawę na kompost zanim do reszty zgnije w taczce na gumowych kołach ja pięćdziesięcioletni kiedy byłaś w moim obecnym wieku miałem piętnaście lat zdecydowałem samobójstwo na które można patrzeć z bezpiecznej odległości jak na sąsiada zadławił się śmiertelnie na chodniku nigdy nie podjąłem próby nie dotknąłem jego sinych ust praca schorowani rodzice moje oceny miałaś problemy ze snem niespodziewana śmierć brata mojego wujka zimny deszczowy dzień patrzę tymi samymi oczami oddalam się od dzieci od domu nawet od ciebie astronauta opuszczając statek nie zachował zasad bezpieczeństwa unosi się bez powrotu wysyłam sygnały pomagam synowi w angielskim rozmawiam z córką o kierunku studiów postępująca choroba żony wysuszona trawa zgniłe liście klonów machasz do mnie z balkonu duch widziany przez psy motyle i tego czterolatka który ma trudności z rozwojem mowy iblioteczka spieraliśmy się przez lata nie będziesz pokazywał zakurzonych książek odpowiadałem widziałaś w telewizji relację z domu tego profesora jaki księgozbiór w tle groziłaś palcem wybuchałaś śmiechem wybieraj ładne okładki to się zastanowię dzisiaj jestem sam zabudowa do sufitu zakryła ścianę która nie wie dlaczego zasłonięto jej oczy ławka pod drzewem w internetowej aplikacji przeglądam twarze o których zapomniałem wracają nowe jakby chciały powiedzieć myliłeś się działka pod budowę zarobkowe czyszczenie tapicerek wspinaczka zdobywanie szczytów a wtedy jeden kolega na całe podwórko zjedz buta będziesz Supermanem dziewczynka o brudnych piętach business coaching pośrednictwo w sprzedaży kosmetyków małpa wyśmiewany z powodu kształtu twarzy mieszkanie po rodzicach nieformalny związek czasami myślę też jestem dzieciakiem ktoś trafia przypadkiem zdziwienie dom dwójka dzieci przestronny ogród tamtego dnia samotny od godziny ze łzami w oczach pożyczył rower i rower nie wrócił chłopiec na środku chodnika przekonuje się nic nie znaczy Michał Kaczmarek (ur. 1986) – absolwent Instytutu Filologii Angielskiej we Wrocławiu. Publikował w pismach i na portalach, m. in.: „Akcent”, „Afront”, „artPAPIER", „Dwutygodnik”, „eleWator”, „Epea”, „Format Literacki”, „Kalejdoskop”, „Migotania”, „Ósmy Arkusz Odry”, „Pole”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Suburbia”, „Śląsk”, „Tlen Literacki", „Wyspa”, „Wytrych” oraz w języku angielskim: „Versopolis” i „Highland Park Poetry”. Laureat konkursu „Autoportret Jesienny”.
- Piotr Kmita – cztery wiersze
Identyfikacja to nie ty i nie te słowa kogoś zabito szukam imion na śmietniku kogoś zabito pewnie był dobry wyobraź sobie: był był a po chwili nie moje imiona mają znaczniki uv przeczesuję miasto jak najdalej od ciebie odpoczywam w metrze i kasuję rolki wyjaśniające kogo zabito i czy był dobry coś sra rolkami jak w starej grze tetris coś sra w twojej głowie dlatego mylisz słowa gdy je wszystkie odnajdę to wyzwolę miasto wszystkich państwa Dygot zastawiłaś mój guz i swoją mgłę mózgową z ciebie zamienimy winy na talenty z ciebie przepiszemy młodość na pudełkach od zapałek patrzę kulfonami piersi na nasz dygot popijam coś o wyglądzie gołębich odchodów ty pijesz własne płyny Dope wyrzuty sumienia zastąpione wyrzutami dopaminy mini-zastrzykami słodkiego światła przy każdym pojawieniu się jaskrawego monitu o końcu świata głód po pokojowych negocjacjach apki randkowe dla zbawicieli z bombą w plecaku którym nie wyszło petycje o pozwolenie na terapię chłostą przebój lata między dziąsłem a policzkiem Mru, mru polujemy na nieszczelne słowo dłonie już dawno ciała domknięte wierzysz: język zna drogę ocala nie ocala psujemy powietrze milczeniem ono wejdzie pod nasz koc będzie z nas miało sierść Piotr Kmita – mieszka w Warszawie. Publikował w "Tekstualiach", "Suburbii" i "Stronie Czynnej". Debiutował zbiorem wierszy Cukrowa wata z popiołu.
- Patryk Nadolny – siedem wierszy
Wiersz wyśniony Śniłem o wierszu, z którym można tańczyć do białego rana, frazy nie gubią rytmu, pląsają na papierowym parkiecie. Cisza zgniata słowa w wymowny punkt osobliwości, wiersz pokaże mi swoje kropki jak pieprzyki. Śniłem o wierszu, z którym można pójść na piwo, po ósmej metaforze wyląduję w brudnej puencie: najebię się językiem, że mi słów zabraknie. Trzy dystychy elegijne Dolly Parton nie żyje, słucham śpiewu ptaków, wskrzeszają ciepłym trelem martwą okolicę. Kilka dni temu odszedł Ignacy Karpowicz, czytam szkielety z liter — zapalę przecinki. Zmarł Péter Nádas — pamięć jeszcze się wypiętrza u żywych, co się boją potknąć o swój oddech. 27 sierpnia 2026 Milczenie Milczenie ma swoją trudną gramatykę, jestem pewien, że milczę z błędami. Słowa do mnie wracają z pustymi głoskami. Nie pukają. Dlaczego im otwieram usta? Dunaj Powietrze późną wiosną, wypełnione wonią ziół i pyłków, zmieniło się w gęstą substancję, że można było kroić je naostrzonymi krokami, było ciałem, wspólną obecnością budapesztańskich pustych ulic, gdy pod wieczór z rzędami secesyjnych i modernistycznych kamienic — wyglądały jak kość nadgryziona przez sforę psów, dlatego wybierałem Dunaj na towarzysza długich, ożywczych spacerów; rzeka spacerowała jakby chciała wyschnąć, a ja, bym wreszcie poczuł, że droga jest domem. Słuchałem wodnych szumów, zupełnie jak w radiu, gdy znów się natrafiło na złą częstotliwość. W Amsterdamie tak dużo jest kanałów, raczej nie zdołałbym posłuchać wszystkich chlupoczących audycji, wolę słuchać jednego Dunaju. Wciąż przewija się wodna kaseta przez dziesięć krajów z nagrywanymi pluskami stuleci. Pożegnanie z Atlantydą Fontanny utraciły płytką pamięć wody. Mapę pustki skanują łzy skalibrowane. Ciekły dowód istnienia wsiąka w namorzyny, zwinne chmury strzelają z deszczowego łuku. Gdyby tylko ruiny zachowały adres, oczy mogły nazywać barwy po widzeniu. Elegia o wszystkich Atlantydach w życiu Jaźń jest zwiniętym w kłębek zwierzątkiem, daj nić ze światła, zaspana Ariadno, nie pozwoliłem snom wyjść na wolność. Płaczę, bo rzucam łzę jako kotwicę, wokół mnie morze pustego mieszkania. Odbyłem kilka rejsów do łazienki. Nie damy czasu dniom wrosnąć w kalendarz; skosztuję owoc słoneczny: zachodzi. Noc nie jest pestką, z której wykiełkuję. Wróżba Żadna przyszłość nie będzie w moim chronotypie. Zgubiłem pasujące do dnia klucze ptaków Miłość może być rycerzem galopującym na koniku morskim. Surowe serce bije, bije mnie za mocno. Patryk Nadolny (ur. 1993) – studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, m. in. Nowego Dokumentu Tekstowego i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Wydał tom poetycki Limesy (2023).
- Grzegorz Wróblewski – sześć wierszy
Nasza unikalna poezja (harmonogram) 1-15 rok życia: znaki tworzone patykiem na podmokłym piasku, żyrafy, rusałki, aniołowie, pomarańczowe słońce, cycki pierwszej ukochanej, spirale po inicjacyjnym wypiciu wina marki wino, zamiast trygonometrii podglądanie cioci i wujka 16-20 rok życia: debiut literacki w burdelu, rewolucja, nie wiemy jaka, lecz rewolucja, poemat o haszu, po wypaleniu haszu linijki dotyczące starszej kobiety, która nauczyła nas pozycji od tyłu, ciocia i wujek nadal wzbudzają duże zainteresowanie 21-30 rok życia: stypendium, na którym mieliśmy napisać, ale zamiast tego chodziliśmy w czarnych paciorkach, głosząc zagładę świata, czyli sublokatora, który lepiej wsadzał, ciocia i wujek przestają być aktywni, co wprawia nas w silnie depresyjne stany 31-40 rok życia: dożyliśmy i mamy już pierwsze medale, pomników jeszcze nie posiadamy, zamiast wódki pijemy hiszpańskie wina, perfumy nie wchodzą do gardła, wsadzanie coraz gorsze, pojawiają się wiersze o synu, który zbawił, ale zbawił nie tego co trzeba, czyli zdradził i jest niedobrze 41-50 rok życia: nie zapiliśmy się na śmierć, powracamy do pomysłów z okresu początkowego, czyli rejestrów, które tworzyliśmy między 1 a 15 rokiem życia, nazywamy to twórczością awangardową, wspominamy ciocię i wujka, którzy tak wspaniale gimnastykowali się pod prysznicem 51- do deski grobowej: ślinimy się na widok rusałek, czytamy Mickiewicza, głosząc, że był to jednak wizjoner i że popełniliśmy błędy, wsadzanie na poziomie zerowym, ciocia i wujek dawno już przetrawieni pod tują/krzakami, cisza wieczna & bóg raczy wiedzieć… Tatami w Kioto Stań się minerałem, a staniesz się mrówką. I tylko tyle. I nigdy nic więcej. Lata przemian Trzeba wdychać głęboko powietrze. Palec serdeczny niczego nam nie wyjaśnił. (Wszystko rodziło się i wesoło zdychało…) Jednego dnia byłem istotą bezzałożeniową, a drugiego scjentystycznym ssakiem. Odwiedzałem światy równoległe. Najczęściej w kopenhaskim zoo. Miłość Spójrz w niebo albo w siebie albo w kamień albo na nic nie spoglądaj Nieśmiertelny Johnny Właśnie leży pod stolikiem w pubie na Vesterbro. Jest nieśmiertelny – mówi brodaty barman. Od kilkunastu minut słuchamy na okrągło Promises Erica Claptona. Barman jest wyraźnie poetą. Przyssał się do blondynki. Johnny jest nieśmiertelny, ale to ja jestem jak ten niezwykły kamień, co nigdy nie porasta mchem. Kamień, co nigdy nie porasta mchem… Ale chujowe zdanie! Ale zdecydowanie chujowe zdanie. Wychodzę w światy dilerki, a Johnny prosi o nową lufę. Samodzielne robienie herbaty a najlepiej kłaść się na wznak trochę kosy spadną z nieba osy kalmar (wieprze likier drutowanie) kłaść się na wznak więc się szybko rozejrzyjmy kosa cukier chipowanie wampir spadnie kalmar suknia o nic ciebie nie prosiłem (dobermany na xanaxie czy to ważne suknia kalmar) spadnie osa kłaść się wieprze świeci kula albo kosa wieprze kalmar nie ma cukru pancerz suknia (trochę błota) kłaść się na wznak drutowanie Grzegorz Wróblewski (ur. 1962) – artysta wizualny, autor książek poetyckich, prozatorskich i dramatów; m.in. Ciamkowatość życia (2002), Planety (1994), Dolina królów (1996), Pomieszczenia i ogrody (2005), Hologramy (2006), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa kolonia (2007), Hotelowe koty (2010), Pomyłka Marcina Lutra (2010), Gender (2013), Choroba Morgellonów (2018), Implanty (2018), Miejsca styku (2018), Pani Sześć Gier (2019), Runy Lunarne (2019), Tora! Tora! Tora! (2020), Cukinie (2021), Letnie rytuały (2022), Niebo i jointy (2023), Ra (2023), Spartakus (2024). Tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski, zbiory: Our Flying Objects – selected poems (2007), A Marzipan Factory – new and selected poems (2010), Kopenhaga – prose poems (2013), Let’s Go Back To The Mainland (2014), Zero Visibility (2017), Dear Beloved Humans (2023). W Bośni i Hercegowinie Pjesme (2002), w Czechach Hansenovic vana (2018). W Danii w ostatnich latach wybory wierszy: Digte (2015) oraz Cindys Vugge (2016), wraz z Wojtkiem Wilczykiem (foto) projekt Blue Pueblo (2021), krótkie prozy Androiden og anekdoten (2023). Wraz z Bobim Peru płyta Projekt1 (2005), autor tekstów w projekcie muzycznym Pawła Kelnera Rozwadowskiego i Krzysztofa Siwego Bentkowskiego, płyta Nie Cierpiące Zwłoki (2021). Udział w licznych wystawach zbiorowych i indywidualnych (malarstwo, mixed media, instalacje) w Polsce, Danii, UK i Niemczech. Książka asemic writing Shanty Town (Post-Asemic Press, USA, 2022), książka-obiekt z poezją wizualną Polowanie (Convivo, 2022). Mieszka w Kopenhadze.
- Elżbieta Binswanger-Stefańska – Sonetiada
Sonety powstałe w okresie od 24.02.2022 do 13.03.2022 HURAGAN Jak powstaje huragan, ten na Karaibach? Najpierw jest czyste niebo, turkusowe morze, To boski raj, a w raju nie może być gorzej, Co za radość w tym miejscu, na tych wodach pływać... Tymczasem gdzieś ocean, hen, za horyzontem, Zaczyna się rozgrzewać, powietrze unosić, Na wyspach wciąż idylla, miło trwać w rozkoszy, Leniwie czas podąża za złocistym słońcem... Ciągle nic się nie dzieje, tylko gdzieś z daleka Wolno sunie wirując na leciutkim wietrze Śmiesznie niewinna chmurka niby pianka z mleka... Nagle zrywa się wicher i gna coraz wścieklej, Za nim armia chmur rusza, kto żyw, niech ucieka, Rozpętuje się piekło, wyje, chlaszcze deszczem... *Dla przedkolumbijskich Indian szczepu Arawak, pierwotnych mieszkańców wysp Morza Karaibskiego, określenie "huracan" oznaczało "demony zła". WOJNA I nagle mamy wojnę, choć nikt w nią nie wierzył, A przecież miesiącami Potwór się sposobił, Aż w końcu był gotowy, co chciał zrobić, zrobił, Wysłał na wojnę wojsko, chłopaków, żołnierzy, Mordują, niszczą, giną, a wódz w bunkrze siedzi, Coraz więcej nieszczęścia, dramat ludzi, dzieci, Uciekaj jak najdalej, śmierć, śmierć z nieba leci, A sprawca tej tragedii, odgraża się, bredzi. Zapamiętajmy sobie, niech nikt się nie łudzi, Wojna, to Bitwa Bestii, Wielkich Interesów, Wojna, to nie jest sprawa zwykłych jak my ludzi, To prawda chciwców, piekło, pożądliwość biesów, Leje się propaganda, kłamstwo zewsząd judzi, To argument bezmózgów, zderzenie bezsensów. PUTIN, IDI NAXUI! Na pierwsze było kłamstwo, "niesiemy wam pokój", A potem tylko gorzej, zgodnie z pierwszym słowem, Oni walczą Kijowem, szykują się Lwowem, Twoi żołnierze giną, kończą w wiecznym mroku. Jesteś fałszywym wodzem, ptaszyskiem z zębami, Zakompleksionym nikim, mordercą, zbrodniarzem, Nic nie dadzą miliardy, już jesteś nędzarzem, Wojna to Krwawa Pani, skończysz pokonany. Chciałeś wojny, masz wojnę, wszystko ci zabierze, Złoto, diamenty, jachty, już się na śmierć pakuj, Miałeś władzę, przegrałeś, zbieraj się, frajerze. Jesteś nagi, nijaki, z kont w bankach wyskakuj, Historia cię podliczy, ze skóry obedrze, Ukraina ci życzy: "PUTIN, IDI NAXUI!". PRAWDA Wiadomo, wojna, wojna, prawda ginie pierwsza, Każdy ma jakieś swoje projekcje i lęki, Każdy w panice głosi prawdy z własnej ręki, Wróg na tym korzysta, gdyż "prawda" wroga prędsza. Zewsząd leje się kłamstwo, sieje propaganda, W co wierzyć, w co nie wierzyć, gdzie jest ten pośrodek, W którym podobno leży prawda i rozsądek, Na razie chaos, fejki i ogólnie granda. Wybuchają wojenki na sieciowych forach, Rozogniają się wątki, ranią wściekłe słowa, Jakby za mało wojny, walki w wrogich sforach. To prawda, prawdy leży, wie to mądra głowa, Tym bardziej tylko spokój, nie dać się zwariować: Bądź Minerwą, nie Marsem, twym symbolem sowa. NALOT Najpierw w powietrzu wisi niezwyczajna cisza, Miasto wstrzymuje oddech, naród wyhamował, Coś może szeptem mówi, ale nikną słowa, Tylko ktoś dawno temu taką ciszę słyszał, Kiedyś, w innej historii, w całkiem innym świecie, Dziś młodzi znają życie, wojny tylko z kina, Niebo jasne, niebieskie, pod nim Ukraina, Zimami cała biała, żółto kwitnie w lecie. Nocami rozgwieżdżona, wdzięcznie, cyk, cyk, mruga Samolot do latania tylko na wakacje, I nagle ta zła wojna, jedna, potem druga, Ciszę przerywa wycie, militarne racje, Jęk, zawodzenie syren, zgroza, trwoga długa, Z nieba nalot, gwizd, huk, huk, zniszczeń operacje. UCIECZKA Z nieba lecą pociski, płonąca ziemia drży, Bierzesz co najważniejsze, walizka, dziecko, kot, Drogi pełne uchodźców, idziesz gdzie wszyscy, tłok, Nie ma starych rodziców, połykasz słowa, łzy. Niby jest tak jak było, komórki, marki, net, Pociągi jeszcze jeżdżą, tam zagranica, świat, Wiosna idzie jak zwykle, popatrz, wśród ruin... kwiat, Czołgi po nim przejadą, nie przeżyje i kret. Przyszłość była tak pewna, dom, mąż, rodzina, sklep, Miesiąc temu był luty, praca, kolacja, sen, Ludzie śpieszyli do domów, skądś słychać było śpiew. Dziś jest marzec, niepewność, za wami długi tren, Ktoś wam sprawdza papiery, ktoś daje zupę, chleb, Czujesz wdzięczność i rozpacz, happy unhappy end. WOJSKO Więc jesteście na wojnie, wojacy Putina, Żołnierze są by bronić, nie żeby napadać, Ale gdy rozkaz, idą, wojskowa zasada, Jesteście agresorem, czy to wasza wina? Czy wiecie, co to zabić? Co zostać zabitym? Co bać się? Co głodować? To nie jest romantyzm! To nie są już ćwiczenia i to nie są żarty! Siejecie śmierć i chaos, wódką wasz mózg zryty. Jeżeli przeżyjecie, matki was pogrzebią, O ile wrócą trupy, może gdzieś zaginą? Może was napadnięci z wściekłości rozjebią? Wy nowego porządku jesteście przyczyną, Przepadacie ze starym, w nowym nie wam schlebią, Weterani agresji, przyszłe dni już giną. MIĘSO Dziś znów bombardowanie, które to tej wojny?! Ponoć zbawczy korytarz? Nie! Ostrzeliwany! Ataki rakietowe, interes zasrany, Ktoś o tym decyduje, cyniczne gry możnych. Samolot z pociskami, bum, bum, wypróżniony! Tam siedzi jakiś człowiek, spuszcza w dół ładunek, Zabija, niszczy, pali, nie jego frasunek, Rozkaz z góry, a z dołu, bum, bum, zestrzelony! Ilu ludzi zginęło? Na cmentarzach gęsto! Ilu nas, ilu tamtych, ilu już zabiło? Tam na dole ofiary, tu "armatnie mięso"... Już nas liczą w tysiącach, ile to na kilo? Po nas rzucą następne, czy to jest zwycięstwo? Giniemy i gnijemy, życie ad nihilo. ROK 2022 Nie wzywajcie do wojny, Putin nie przestanie, To straszne, co się dzieje, miejcie wyobraźnię, Pomagajmy uchodźcom, zatrzymajmy kaźnię! Nie skończmy katastrofą, wielkim grzybobraniem. Tyle nieszczęścia, prawda, chce zemsty, odwetu, Nie łudźmy się, zew znaczy koniec człowieczeństwa, Nie kręćmy tej spirali, nie budźmy szaleństwa, Duśmy zło, nim odpali, nie chcemy resetu! O, tak, boli świadomość, obrazy wstrząsają, Świat pali się tuż obok, pod tym samym niebem, Na wojnę idą młodzi, choć życia nie znają, Walczą, choć nie umieją, chcą wygrać ze zjebem, Dajmy im broń i werwę, niech go powstrzymają! Tam, między ruinami, mają moc i siebie.* PODRÓŻ Gdy nad rodzinnym domem, nad błękitną rzeką, Niebo nagle jest piekłem, a błękit czerwienią, Kobieta spogląda w okno, ognie się w nim mienią, To płonie jej dotychczas, przyszłość będzie męką. Decyzja już zapadła, uciekać jak wszyscy, Ukochany mężczyzna, stół, komputer, kij z nim, Ważniejszy sok dla dziecka, miska, pies na smyczy, Śpiesznie upycha rzeczy, mało tej walizki. Na dworcu kłębowisko, jakby Dante zmyślał, Jakimś cudem w pociągu, pies na plecach dziecka, Wiele godzin to potrwa, ludziom wiara pryska. Jedziemy, w głowie turkot, klę-ska-klę-ska-klę-ska... Celem nieznana Polska, została walizka... Mijamy smętny pejzaż, spuścizna radziecka... POLSKA JEST PAKOWNA Godzinami w kolejkach, jest nas tu tysiące, Idziemy i idziemy, tłum przed nami... po nas... Ktoś podchodzi z kubkami, "komu picie podać?" Tu już jest polska mowa, a picie parzące. Miesiąc temu, przedwczoraj, żyliśmy w swych domach, Dziś śnimy jakiś koszmar, real science fiction, W filmie o końcu świata gramy my, statyści, Tylko film jest prawdziwy, już w tysiącach skonań. Pierwsi z nas to szczęściarze, witani wśród fanfar, Zwieźli wielkie walizy, ich rola wymowna, Mieli swoje historie, wywiady, głos tam-tam. My, zmęczeni podróżą, bagaż, rzecz umowna, Tłum uchodźców bez twarzy, nikt nie śpiewa kantat, Polska nas jeszcze wchłania, Polska jest pakowna. CHOCHOŁ Gdy czytamy wzburzeni, to nie każde słowo, Jedno nam wpadnie w oko, inne przepadają, Mózg sam tworzy znaczenia, choć mądrzy gadają, Czytać akurat w nerwach powinno się z głową. Dlaczego mózg nas zwodzi, ustawia pułapki, I nagle zamiast z głową czytamy po łebkach, Przekaz do nas dociera, ale tylko w strzępach, Niczym greckie skorupy, jak fragmenty zdrapki? Myślimy, że myślimy, ale już nas zniosło, Umysł błądzi jak ślepiec, prosto w sidła wpada, Skleca bądź co do kupy, zamiast sensu - chochoł. Nic już nie pojmujemy, wyszła nam "art dada", Teraz walimy dzielnie, do przegranej prosto, Choć chochoł pokonany, spotkała nas zdrada. *Argument zwany "atakowaniem lub waleniem w chochoła", nieuczciwy chwyt erystyczny, przeinaczanie wypowiedzi interlokutora w celu zwalczenia jej bez trudu, lub przeciwargumentowanie polegające na zbijaniu błędnie zrozumianej wypowiedzi (po ang. "straw man argument"). Zjawisko częste w dyskusjach na fejsie, zwłaszcza teraz, w czasie wojny. NAPAŚĆ To już piętnasta doba, jak oni tam walczą, Telewizyjny przekaz, syreny, pożary, Oglądamy na żywo obrazy-koszmary, Jedni kończą na tarczy, inni wyjdą z tarczą. A równocześnie jakoś wszystko nie do wiary, Ojczyzna Bułhakowa znowu z piekła rodem, Kultura na powierzchni, barbarzyństwo spodem, Diabły się przebudziły, nachłeptały siary, Tańczą taniec szaleńców, szczą na gruzowiskach, Czerwone ślepia, odór, charkot, plugawienie, Samo zło, gdzie witają grube obrzydlistwa. Wypuszczeni na ziemię, są jej pohańbieniem, Pod rządami Mefista tyle wraz ohydztwa, Szaber, rabunek, podłość, terror, gwałt, cierpienie... *napisane w rocznicę śmierci Michaiła Bułhakowa, 10 marca 1940 w Moskwie, rosyjski pisarz i dramaturg urodził się 15 maja 1891 w Kijowie KONIEC Zewsząd pada pytanie, choć znamy odpowiedź, Co zatrzyma tę wojnę? Czy jest taka siła? Bo jeśli nie, to koniec, klątwa się spełniła, Gdy światem rządzi człowiek, tracą moc bogowie. Za pięć dwunasta była, wybiła godzina, Były już końce świata, nigdy ostateczne, Zawsze jeszcze czas sprzyjał, życie było wieczne, Były wojny światowe, ta wojna jest inna. Tej wojny nie napędza tysiącletnia Rzesza, Nawet tak chore wizje skończyły się z gongiem, Czas minął, zegar stanął, historia zawiesza. Dziś nie ma co kasandrzyć, koniec z dalszym ciągiem, Globus zatoczył koło, kres w piekielnych fleszach, Nikt go nie spisze w pieśniach, nie opłacze songiem. * Paradoks Kasandry polega na tym, że gdyby ktoś jej uwierzył i coś zmienił, przyszłość byłaby inna, a Kasandra właśnie to musiałaby przewidzieć i tak ad finitum bez końca... Kraków, 24 lutego - 13 marca 2022 Elżbieta Binswanger-Stefańska (ur. 1953) – publicystka, eseistka, tłumaczka, poetka. Studiowała różności w Zurichu i Berlinie od matematyki, przez literaturoznawstwo po historię sztuki. Przez kilkanaście lat uprawiała wraz z mężem żeglarzem żeglarstwo po morzach i oceanach. Tematy publicystyczne: zagadnienia społeczne, sztuka, film, literatura, poezja a także żeglarstwo, lotnictwo i wynalazki. Interesuje się zarówno nauką i techniką, historią i przyszłością oraz religiami i mitologiami świata jako nieodłącznymi składnikami kultur.
- Szymon Florczyk – sześć wierszy
przestój w komunikacji miejskiej niosę przed sobą kawałek pleksy podpieram go zręcznie nosem nie czuję ciśnienia nawet przy bezpośrednim zderzeniu z człowiekiem rozwartym na oścież czasem potrącam kogoś dryfującego w bąbelku z dźwięku jak dobrze że większość potrafi (maseczki były przydatnym elementem społecznego treningu) coraz częściej wysychają mi usta wniebopadanie dlaczego piszę tylko o deszczach padających od ziemi do nieba ptakach zakrzywiających tor chmur ich zderzeń z falami których coraz mniej może trzeba pisać na siłę a piszę tylko na słabość nie na głos a on się domaga wejścia nie mając nic poza wyjściem granica chcę podbiec do kogoś szarpnąć za ramię i krzyknąć że odlepiło mu się od głowy słowo człowiek. tylko tyle czuję że poprawi jak czapkę czy pasek i podamy sobie ręce w tym samym języku. ale staję bezgłośny jak obca forma jak za tą granicą, gdzie nie było ludzi. wszechświatowa samotność łóżko dryfuje w próżni. szklanka wody połknęła zbłąkane neutrino i zamarzła milion lat wcześniej. na fioletowych szybach równoległe światła. oczami o zerowym albedo śledzę to co rodzi się i znika w rozbłyskach. między ścianami oddech. kwazary przelatują przez skronie. wnikając w ściany nucą pieśń tylko dla mnie. skądś na zagłówku kur schrödingera. w szklistych oczach ma lata świetlne i nieubłagane prawo hubble’a. skojarzenie muzyczne: J. A. Seazer (Takaaki Terahara) – The Solitary History of Life in a Petite Universe rigor mortis co gdyby zmarli jeszcze przez chwilę byli świadomi procesów które trawią im ciała gdyby patrzyli śmierci w plecy nie mogąc uderzyć jako pierwsi gdyby bez butów tkwili do kolan a potem do pasa w niepojętej pustce taki stan nie jest możliwy jest możliwy skojarzenie muzyczne: Jherek Bischoff – Insomnia, Death and the Sea w szkle. wolny wyrób najwyższy czas na sakrament wtopienia opuszka w taflę. zanurzenie doskonałe głowę wystawiaj tylko na krótką wymianę oddechów niemych znaków. bezcenny dar braku wysiłku nie do odmówienia wspólnocie bo czy można nie uczestniczyć w nieuczestniczeniu? szybko znajdziesz odpowiedź bo patrzysz wyżej niech nie zmyli przygięty kark łabędzi śpiew zaklęty w ikonce Szymon Florczyk (ur. 1986) – Krakowianin, autor zbiorów wierszy Ciało i zgłoska (2024) oraz antydotyk (2026). Stypendysta Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS w 2025. Należy do Stowarzyszenia Literatura Autorów SLA w Krakowie. Publikował wiersze w "Odrze", "Toposie", "Akcencie", "Afroncie" oraz wielu innych pismach literackich. Laureat Złotego Syfonu Publiczności 2024 w Brzegu i ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in. im. Z. Krukowskiego, Struna Orficka. Próbuje sił również w ilustracji i muzyce z pogranicza rocka i klasyki (YouTube – Marquise Project).
- Bashō – haiku
Z dziennika podróży Nozarashi kikō, jesień 1684 • od dziesięciu jesieni nazywam Edo moim domem * mglisto i mży nie widać dziś Fudżi jak cudownie * przy polnej drodze dzika malwa zjadł ją mój koń * drzemka w siodle w półśnie daleki księżyc i zapach herbaty * bezksiężycowa noc tysiącletni cedr w objęciach burzy * kobiety myją bulwy gdyby był tu Saigyo powstałyby wiersze przekład z japońskiego: Magdalena Bielska, Łukasz Szopa Bashō (1644–1694) – jeden z najwybitniejszych japońskich poetów, uznawany za mistrza formy haiku. Urodził się w prowincji Iga w Japonii. Większość życia spędził na podróżach, które stały się inspiracją dla jego twórczości.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (30)
Czasem wydaje mi się, że czas nie płynie, tylko osiada. W filiżance po kawie, w niedopowiedzianym zdaniu, w świetle przesuwającym się po ścianie. I w dźwiękach: tych, które przychodzą, a potem znikają. To nagranie jest próbą pobycia przez chwilę przy tym znikaniu. Nie trzeba niczego osiągać, uspokajać ani rozumieć. Wystarczy słuchać. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków. Moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.










