top of page

Znaleziono 670 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (23)

    Dzień 116. Ukraiński dzień Taty (19 czerwca 2022) Trzecia niedziela czerwca. Ukraiński dzień ojca. Brak przełamujących doniesień z frontu. Myślę o tym chłopcu, który szedł płacząc przez polską granicę. Telewizje pokazywały go bez przerwy. Był luty, może początek marca. Wiem, że mama i babcia się odnalazły i chłopiec się odnalazł, ale ilu nie odnalazło nikogo ze swoich bliskich? Myślę o Włodku Taniuku z Buczy. Czy dalej przynosi na grób swojej mamy soczki w kartonikach i konserwy, żeby już nigdy nie zaznała głodu? Dwa albo trzy dni przed ukraińskim dniem ojca pojawiło się w internecie trzydziestosekundowe nagranie z powrotu Taty do ukraińskiego domu. Chłopczyk rzuca hulajnogę i wspina się na tatę, jak na najwyższą górę, a tata jest wielki, ogromny, chłopiec go obejmuje, głaszcze po plecach, tata wrócił cały. Szczęście. I myślę o tych dzieciach, do których tata już nie wróci. Które zostaną z tą swoją hulajnogą, psem przy nodze, kotkiem na rękach, ale bez taty. Myślę obrazami, więc zawsze widzę chłopca. Pewnie dlatego, że córcia już duża, ma kilkanaście lat, obejmie jakoś resztę życia, do chłopaka jeździ sama przez pół Polski. W zasadzie całą. Dzisiaj pomyliła pociągi, ale zimna krew, spokój, opanowanie, żadnej paniki. Byle co ją nie zdruzgocze. Ale synek, synek jeszcze jest mały, drobny, pięćset razy dziennie pyta - tato? a narysujesz mi? a zrobisz mi? a pomożesz? klocek mi się zaciął, a nalejesz mi wody do basenu? a obejrzymy sobie jutro drugą część gwiezdnych wojen? tato? I wiem, że mam u chłopca wielki kredyt zaufania i on chyba wierzy w moją niezniszczalność, powtarza z uporem i radością zdanie jakie sam powiedział, kiedy miał dwa, może dwa i pół roku. Siedzieliśmy w ciemnym przedpokoju i chłopczyk opowiadał swoim językiem z czym mu się taka noc, ciemność kojarzy. I to zdanie, to była puenta opowieści o strasznych rzeczach, które czają się w nocy. A brzmiało to tak - głosem dwu, może dwu i pół latka: - A ja nie boje wika, nie boje moka - bo jete ja i mój tata! Tak jakby tata załatwiał dowolnego wilka lub smoka pierdnięciem względnie donośnym beknięciem. Jakbym miał wytłumaczyć się synowi z własnej śmierci? Albo z tego, że tym razem nie dałem rady go obronić. A przecież wierzył, że kiedy jete ja i mój tata to nie ma się czego bać.  Chciałbym ile się da podtrzymać to poczucie bezpieczeństwa u chłopca. Uczyli mnie na psychologii, że to poczucie, które na wejściu w życie daje rodzic formuje tę niezniszczalną, wewnętrzną siłę, podpiera fundamentalne przekonanie, że warto żyć i warto się bić, zmagać z życiem, kluczowe poczucie sensu. Żeby to w chłopcu umocnić nie potrzebuję do tego żyć wiecznie, potrzebuję jeszcze paru lat. Ale jestem polskim tatą. Nie muszę iść na front. Mam wybór. A brak doniesień z frontów nie oznacza nic poza brakiem doniesień. Brakiem informacji która się do nas przebija. No bo ile razy można powtarzać, że w rejonie tej a tej wioski sytuacja jest niejasna, a tamta znowu przeszła z rąk do rąk? Za każdym razem kiedy taka wioska przechodzi albo nie przechodzi z rąk do rąk - któryś chłopiec, dziewczynka zostaje bez taty. Na zawsze sam, sama z tą hulajnogą, psem, kotkiem, plecakiem z Hello Kitty czy Spidermanem. Brak doniesień w ukraiński dzień ojca. Chociaż to niemożliwe, wiem, życzę wam chłopaki, wracajcie do domu żywi, cali. Ze wszystkich sił - nie dajcie się zabić. To moje życzenia od ojca dla ojców.  Mądrzejsze się nie napisały. Wybaczcie. Dzień 117 i przedświt dnia 118 albo Projekt Traktatu Pokojowego (20/21 czerwca 2022) " We haven’t the proper facilities to take you all prisoner! Sorry! […] We'd like to, but we can't accept your surrender! Was there anything else? " (Major Harry Carlyle , "A Bridge too far") Litwa zablokowała tranzyt przez swoje terytorium towarów na które obowiązują sankcje z i do obwodu Kaliningradzkiego czyli do dawnego Królewca, wokół którego Stalin wyrysował linijką w 1945 buforową strefę po kilkadziesiąt kilometrów w każda stronę. Teraz już tylko morzem można cokolwiek tam dostarczyć, bo europejska przestrzeń powietrzna jest w zasadzie zamknięta dla rosyjskich samolotów. W odpowiedzi MSZ Rosji wezwało Litwę do natychmiastowego zniesienia zakazu tranzytu towarów do obwodu kaliningradzkiego.  W Chersoniu do restauracji wpadł ktoś uzbrojony w broń maszynową i przejechał serią po trzech umundurowanych okupantach siedzących przy stoliku, Dwóch nie żyje, jeden ranny.  Ukraińskie wojsko idące od zachodu podobno coraz bliżej Chersonia. Koleżeństwo od OSINT-u puściło dzisiaj film z magistrali kolejowej w głębi mordoru, w okolicach Irkucka. Jechał tam pociąg wiozący z dalekiego wschodu czołgi na lorach - zapewne w stronę Rostowa albo Biełgorodu. Pilni policzyli. Było 11 czołgów T-80BW, czyli może nie najnowszych, ale i nie rupieci i ponad 20 stareńkich T-62.  Kolega prowadzący profil „ Ukraina: wojna ” napisał, że nie jest w stanie już policzyć eksplodujących wokół linii frontu składów amunicji i paliwa. Orczych składów. Ja w tym czuję robotę polskich krabów, może też francuskich Caesarów. Skoro kolega, który analizuje każdą wieść z Ukrainy już nie umie się doliczyć ile to tych składów wyleciało ostatnio w powietrze, to musi być grubo. Pisałem ostatnio o Kazachstanie, że jego prezydent o trudnym do wymówienia imieniu powiedział, że nigdy nie uzna bieda-państewek putinowskich na terytorium Ukrainy? No to zrobiło się jeszcze śmieszniej. Chanat zablokował eksport kazachskiej ropy. W odpowiedzi Kazachstan zatrzymał łącznie 1700 wagonów z moskiewskim węglem.  Kupiłem popcorn i czekam na ciąg dalszy.  Za to Pani Zacharowa, rzeczniczka chanatu podobno przestała pić. I zdaje się, że zwalczyła picie metodą moich kumpli z liceum, którzy z kolei z palenia gandzi leczyli się tankowanie jabola. Im się udawało, czemu by Zacharowej w drugą stronę nie miałoby się udać? Zatem przestała pić i się sztachnęła, ale chyba za ostro. Zdjęła chmurkę i poszło jej tak, publicznie: - Ukraina, którą znaliśmy w granicach, które kiedyś były, już nie istnieje i nigdy więcej nie będzie istnieć. To oczywiste. Jeśli chodzi o referenda, o których się mówi, to jest to sprawa mieszkańców regionów, których ta sprawa dotyczy. Skoro było jej wolno, to i ja wciągnąłem głęboko nocne powietrze do płuc i pomyślałem, że pora rozważyć traktat pokojowy, napisać go zanim zważą się losy wojny i mieć w pogotowiu, jakby co. Tak działa na mnie tlen w dużych ilościach. Zaciągnąłem się tlenem i myśli jakoś same popłynęły niczym strumień, potok górski co to się nie zdumiewa, że w dół spływa. I wyszło coś takiego: Po pierwsze zatem chanat moskiewski musi uznać, że dokonał nielegalnej i niesprowokowanej inwazji na kraj sąsiedni. To będzie precedens. W kolejce do podpisania podobnych traktatów stoi już Gruzja, Mołdawia. Po drugie - wszyscy uznają Ukrainę w granicach określonych w memorandum budapesztańskim z 1994 roku, bez żadnych ograniczeń co do wchodzenia lub wychodzenia z sojuszy politycznych, gospodarczych lub wojskowych z pełnym prawem do dysponowania swoim terytorium i wszelkim potencjałem wynikającym z bycia niepodległym państwem.  Chanat oczywiście też może sobie wchodzić w dowolne sojusze wojskowe i gospodarcze, jeżeli tylko ktoś będzie go chciał. Bo ja wiem, może Wenezuela, może Korea Północna, Syria Asada, póki ten rzeźnik rządzi? Nie bądź gnidom, poczuj fridom - jak mawiała kumpela. Chanat w ramach reperacji wojennych wyda Ukrainie wszystkie bazy wojskowe na Krymie wraz z wyposażeniem i częścią Floty Czarnomorskiej. W ramach reperacji wojennych wyda ze swoich składów uzbrojenia także ekwiwalentną ilość uzbrojenia aby uzupełnić ubytki sprzętowe w armii ukraińskiej w tym lotnictwie, wojskach obrony powietrznej i rakietowych. Reperacje za straty cywilne dopuszczone są do wypłat w naturze – poprzez dostarczenie Ukrainie elementów infrastruktury ciężkiej do odbudowy przemysłu, taboru klejowego, infrastruktury drogowej, kolejowej, energetycznej, portowej i morskiej. Most krymski zostaje zamieniony na most zwodzony, przy czym kołowrotek zostaje oddany w zarząd władzom ukraińskim. Reszta reperacji wojennych, która nie może być wypłacona w naturze zostanie wypłacona w środkach finansowych pochodzących z zamrożonych aktywów federacji rosyjskiej w walutach zagranicznych i w złocie. Zostaną wypłacone finansowe odszkodowania wszystkim ofiarom oraz rodzinom ofiar wojny, ze szczególnym uwzględnieniem ofiar cywilnych i począwszy od roku 2014. Zostaną także wypłacone przez federację zadośćuczynienia własnym obywatelom i ich rodzinom powołanym do walki w zbrodniczej, nielegalnej i niesprowokowanej inwazji na Ukrainę. Zostaną wydani stronie ukraińskiej lub międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości wszyscy podejrzani o popełnienie zbrodni wojennych lub zbrodni przeciwko ludzkości bez względu na piastowane stanowisko. Okręg Kaliningradzki zostanie ustanowiony Wolnym Miastem Królewiec we wspólnym zarządzie Rady Aliantów, ONZ i UE a po upływie 99 lat zostanie w nim ogłoszony plebiscyt odnośnie dalszych losów. Republika Naddniestrza zostanie ogłoszona międzynarodowym skansenem radzieckim i wstęp do niej będzie możliwy tylko po wykupieniu ważnego biletu uprawniającego do oglądania ekspozycji i oddana pod zarząd UNESCO. Chanat będzie zmuszony wycofać się ze wszystkich swoich zagranicznych baz i otrzyma zakaz na 99 lat używania sił zbrojnych w jakichkolwiek misjach poza swoimi granicami, nie wyłączając misji UN. Sankcje na chanat zostaną utrzymane do czasu całkowitego wypełnienia postanowień traktatu pokojowego, a znoszone mogą być jedynie częściowo dla usprawnienia procesu wypłaty reperacji wojennych. Chanat zostanie pozbawiony prawa do rozbudowy i odnowy potencjału jądrowego, zakazany będzie z nią wszelki handel podzespołami i sprzętem mogącym posłużyć do tworzenia nowych generacji głowic nuklearnych i środków ich przenoszenia. Chanat rosyjski zostanie zmuszony do wpisania do konstytucji wyłącznie obronnego charakteru swoich sił zbrojnych i zakazane zostanie rozwijanie wszelkich doktryn oraz prowadzenie ćwiczeń według tych doktryn, przewidujących jakiekolwiek prewencyjne działania poza granicami chanatu. Zdejmowanie sankcji będzie postępować w miarę przyłączania kolejnych milionów Rosjan i Rosjanek do sieci kanalizacyjnej i montażu dolnopłuków w mieszkaniach. Po napisaniu ostatniego zdania wypuściłem wreszcie powietrze z płuc. Miałem mroczki przed oczyma.  - Amen - powiedziałem na głos, wiedząc, że oznacza to tyle, co  "niech tak się stanie", "niech tak będzie".  Powietrze w płucach zrobiło swoje. Szumiało mi mocno w głowie gdy patrzyłem na blady brzask nad Kiełczowem przełamujący się z ciemnością i powtórzyłem jeszcze raz: - Amen, amen, amen A potem dodałem, bo świtało: - Слава Україні Noc z dnia 118 na 119. Podawajcie to dalej, podawajcie wytrwale (21/22 czerwca 2022) Zatem powiadasz mój książę, że siedem niemieckich haubic wreszcie dojechało do Ukrainy? Ba. Niemiecki rząd opublikował generalną listę rzeczy jakimi wsparł armię ukraińską. Są tam racje żywnościowe, są autobusy, samochody osobowe, nawet szpital polowy, są zestawy archiwalnych rakiet "Strieła", podobno w 1/3 nie nadawały się do użytku, no ale były i hełmów było już ze dwadzieścia tysięcy. No i siedem haubic samobieżnych. Nie było tam czołgów, transporterów piechoty, ale było siedem haubic samobieżnych. Siedem. Czy to mało? Czy ktokolwiek, kto toczy śmiertelny bój powie, że to mało? A czy te dziesięć kolimatorów, które miękko odbiło się od moich rąk dzisiaj rano, to dużo czy mało? Szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę, że one tylko odbiły się od moich rąk, nie mam żadnych praw do nich bo to koledzy, koleżanki załatwiali pieniądze, koledzy, koleżanki zawiozą niebawem odbiorcom, a sam kolimator nie strzela tylko emituje taką zabawną kropkę. Zieloną lub czerwoną. Sprawdziliśmy - tak jest, można ją przesunąć w jedną lub drugą stronę, sprawić, żeby była większa, albo mniejsza, jaśniejsza lub ciemniejsza. I wiem jedno, że poczucie bezsilności jest kłamstwem podrzucanym przez złego ducha. Do tego, żeby coś zrobić nie jest potrzebna rozległa wiedza, świadomość sytuacyjna, informacja o tym czy orcze hordy przeszły przez rzekę czy nie. Potrzeba woli. Gdzie wola, tam i droga. Czyje to zdanie było? Gaston Rebuffat? Czy jednak Mallory, który miał zostawić zdjęcie żony na Evereście? To nie znaczy, że nie masz prawa cieszyć się życiem, śpiewem ptaków, zabawą z dziećmi, dobrym filmem czy dobrym winem albo dobrą muzyką. Nie. To chodzi o to, żeby dodać do tego coś jeszcze. Czasem coś drobnego. I dodawać wytrwale, dzień po dniu. Cieszę się, że siedem niemieckich haubic już jest w Ukrainie.  Cieszę się że dziesięć naszych kolimatorów do nich niebawem dołączy. Wprawdzie my jesteśmy grupą kilkudziesięciu znajomych a za haubicami stoi całe państwo niemieckie, ale każdy orze jak może i jak chce. Przecież gdzie wola tam i droga, prawda panie Scholz? Tymczasem. Aby. Aby do przodu jak pisał niegdyś poeta. Dzień 124. Powrót z Pragi (26 czerwca 2022) Zatem wróciliśmy z Pragi. Miękko. Z upału w upał. Wysiadamy a tutaj na tablicy odjazdów autobus z Wrocławia do M e l i t o p o l a. Tak, tego pod chwilową rosyjską okupacją. Pomyślałem, że to piękny gest, mocny i cichy, stanowczy, ale nie wołający o uwagę. Taka cicha zaciętość, taka nasza mała solidarność, małe my, na wojnie z wielkim złem. Po prostu, ktoś w komercyjnej firmie autobusowej powiedział cicho - nichuja. I to było piękne. I wiem, że ten autobus na razie nie dojeżdża do Melitopola, ale jedzie pewnie tak daleko jak się da. I to jest siła, moc i wytrwanie jakie musi stać za naszymi kiedy będą chwilowo musieli oddać pewnie niejedno miasto. Boże chroń kierowcę jadącego od wczoraj do Melitopola. Daj mu kiedyś tam naprawdę dojechać. Z naszą, naszych "Krabów", siedmiu niemieckich Panzerhaubic i trzech niemieckich HIMARS-ów pomocą, amen. Radosław Wiśniewski  – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.

  • Piotr Gajda – pięć wierszy

    Nieoczekiwana zmiana miejsc Teraz też spadam. Jak Lucyfer z wysokości.  Chciałem przewietrzyć duszny pokój, otworzyć  na oścież okno i wypadłem z jego ram. Sufit,  szkło, zapisany papier szeleści jak samolocik, który opadł już na ziemię i zamieciono go na kupkę  liści. Człowiek – nie, winnych jest więcej – ludzkość  obowiązuje inny punkt ciężkości. Raczej krawędź  niż środek. Raczej twarde lądowanie, korkociąg sekundę  przed. Świat pod ciężarem nieba powinien mieć  solidniejsze podstawy. Stolarz swój fach w małym palcu.  Nawet gdy go sobie odmrozi. Zimno wokół? Na hebel.  U Hegla bogowie przejawiają się jako maszyneria rozsądku.  Tymczasem czarnoksięstwo, jeżeli odnalazł się ten,  który spadł i do góry poleciał. Swordfishtrombones Kiedy tylko wystąpi jakieś zagrożenie, jaszczurka, by ujść z życiem, odrzuca ogon, na którym uwagę  skupia drapieżnik. Siedzę w ciemnościach, w mieszkaniu należącym do ludzi, którzy wczoraj w nim zmarli. Wyobrażam sobie, że słowo logos, gdyby znalazło się  w podobnej sytuacji, co przywołany gad, odrzuciłoby  literę s i odtąd funkcjonowało jako logo. To trochę emblematyczne, nieprawdaż? Że ci, którzy przyjdą  po nasze ciała, zastaną tylko niewyraźne widma w pokoju gościnnym i odetchną z ulgą, pozbywszy się  myśli o znoszeniu po schodach ich przygniatającego  ciężaru, a para będzie im buchać ust. Co stanie się z porzuconym ogonem? Otrzyma życie po życiu i rozbuchany jak język będzie się uwijał w ludzkim narzeczu:  „W domu nieustannie buchał nieznośny żar od pieców”. „Z wielkich czarnych głośników w kątach pomalowanego na czarno pomieszczenia buchało tureckie techno.”  „Tylne światła w samochodach, buchający płomień rafinerii”.  „Z ust bucha jej para, bo jest zimno, a ona zostawiła  płaszcz w Pałacu Dożów”. „Sypiący śnieg zamaskuje  dym buchający z czterech tysięcy wolnopalnych lontów”, „Martwe dzieci gapiły się na niego, a dym buchał z ich mózgów”. Elegancka poezja w łańcuchu pokarmowym Tamten człowiek, tak piękny i elegancki, że mucha nie siada. Ten plugawy poeta, na którego skórze muchy szukają soli. Salut-Apollo Co zawisło w powietrzu, to i na języku, słowo  ostateczne, po którym nie ma już odwrotu od tego,  co razem z nim wybrzmiało. To jak popełnienie  faux-pas w mieszaninie gazów i aerozoli, żeby się mógł  zawiązać układ  soli morskiej, sadzy, płynów mineralnych  i smogu. By nastał nowy klimat, w którym życie równikowe  będzie oznaczało szusowanie po krawędzi ostrza  krojącego galaretę ściętą azotem, tlenem, argonem,  gazami szlachetnymi, tlenkiem węgla i pary.  Każdemu jego kawałek według uznania, z lekceważeniem  podstawowych potrzeb. Co muszą wiedzieć o naturze  i właściwościach substancji? Tylko to, że wściekle ciśnięty  przez nich kamień zawiśnie w biosferze jak łza na rzęsie   (a to już jest fizyka), stąd fizyczność świata, ich fizyczność,  symbolizuje udaremniony zamach ręki gotowej do rzutu,  by w nieskończoność wykonywała salut rzymski. Gnijący kochankowie Kupiłbym ci kwiaty, gdybyśmy nie byli w rozkładzie. Lecz to odświeżacz powietrza ma najsłodszy bukiet. Piotr Gajda (ur. 1966) – autor książek poetyckich: Hostel  (2008), Zwłoka  (2010), Demoludy  (2013), Golem (2014), Śruba Archimedesa  (2016), To bruk  (2018), Człowiek z halabardą  (2020), Wiązania wodorowe  (2021), O włos  (2022), Goliat zwycięzca  (2023), Małpa apokalipsa  (2024), Biuro straceń  (2025) oraz  Radio Bla Bla  (2025). Współpracownik Kwartalników Literacko-Artystycznych „Arterie” (2007-2022) oraz „Afront” (2017-2024). Od 2025 roku w redakcji „Tygla Kultury”. Jego wiersze przetłumaczono na języki: niemiecki, rumuński i bułgarski.

  • Tomasz Pietrzak – pięć wierszy

    Dżdżownica  Wolałbym, żeby bóg był dżdżownicą. Powstałbym na lepszy obraz lepszego podobieństwa, a nie na obraz małpy, co zgubiła ogniwo, nie na podobieństwo kręgowca, co ma tak wątły kręgosłup. Taka dżdżownica – przetnij ją na dwie, a dwie pójdą pogodzone w dwie strony, przetnij na cztery, a gleba się użyźni. Weź dwoje ludzi, a masz ogień wojen. Weź czterech, a stworzysz pustynię. Kartografowie  Na ani jednej z map na Akademii Ekonomicznej nie widać wojen, które rozdzierały papier i skórę. Żadnej z wyrysowanych gór nie rozerwał ostrzał z okopu, żadna rzeka w toku nie zmieniła biegu i żadna sucha dolina nie stała się żyzną wyżyną. Równiny są równo zielone i nieusłane, a morza –morzami, nie arenami. Jeśli jest most, to zespala brzegi ,jeśli port, to stoi otworem dla wszystkich. Jednakowo to wygląda na mapach z dwa tysiące dwudziestego i tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Tak samo kreślili kapitaliści i komuniści. Jedni dodali, co było ujęte, inni ujęli, co dodane, w kolorową sumę summarum wierzyć nakazali. Konferencja pokojowa Przylecieli, aż popuściły cugle unijnych norm emisji dwutlenku węgla. Dwadzieścia siedem samolotów, plus jeden obrażony, jeden nieproszony i jeden mający wąty do reszty kołujących na płycie. Zatrzymali się w sześciuset sześćdziesięciu sześciu pokojach, co dało sześćset sześćdziesiąt sześć snów o potędze. Na powitalnym raucie wzniesiono trzy toasty – za góry, za rzeki, za lasy. Wypito tysiąc osiemset piętnaście kieliszków pinot noir (rocznik ’45). Pięć osób dało sobie w pysk, trzy rzygnęły. Wystąpił jeden szeregowiec, który zdał relację z utraty jednej pachy, jednego oka i trzech palców. Jedna matka pokazała, jak roni się pięć łez ,a pół dziecka wzruszyło kelnera i puzonistę. Wbiegł jeden czarny kot – też zdziwiony. Posypały się mowy, w czasie których siedem razy mylnie odczytano słowo „pokój” – co pociągnęło chryję w foyer. Rano zaś odbyła się debata nad debatą. W jej trakcie osiem krajów trzasnęło drzwiami, trzy zatrzasnęły się w klozecie, dwa wyszły dwa razy, a jednemu spadła korona z głowy. W końcu jednak – po pięciodaniowym obiedzie – podpisano Traktat Pokojowy, ciągnący się przez tysiąc dziewięćset osiemnaście stron. Cyrylicą zapisano w nim roszczenia jak ustępstwa oraz wnioski jak przesłanki. Na rozchodniaczka tysiąc rąk biło brawa i wręczono pamiątkowe szlafroki od Diora. Jedna nabita armata nie wypaliła. Homo Emeritus Zniedołężniały, obolały, przejrzały – z tego słabego ssaka już nic nie będzie.  Co przeżył, przeżył, co stoczył, stoczył –  i nic więcej nie powinno mu być dane.  Za dużo ziemi przelał, za dużo mórz  podeptał. Spał na swoich, jadał cudzych.  Pogarbiony, pokrzywiony, wyłysiały  nosi w sobie pamięć wojen i geny zaraz.  Dalej nie pójdzie w tej przemiękłej skórze. Już nowe wyrosło z liczb i zrozumiało, czym stare się karmiło. Bądźmy pewni, że nie pochowa, nie spali, nie przykryje, odkąd wiadomo, że nie będzie miało rąk, tych machin, które niosą najczystsze zło.  České dráhy Wkrótce Polki będą mogły legalnie usuwać ciąże  – oświadczył polityk i umarł na zawiew złego wiatru. Wkrótce , to znaczy wtedy , kiedy ich koleżanki  Amerykanki montować będą moduły mieszkalne  na Marsie, a koleżanki Arabki zasiądą większością w Radzie Omanu. Siedem lat tłustych, siedem lat  chudych, siedem suchych, siedem mokrych  – widzi  Karo, która zgłębia chiromancję, boże demony i koła. Chyba, że wcześniej, w końcu zaanektują nas Pepiki.  Polki mają sentyment do Czechów. Moja matka  dwa razy była w Czechach, dwa razy w Ostrawie. Wracając nocą mówiła, że Czesi są tacy gościnni,  mają czułe i ciepłe dłonie, że dają każdej Kofolę, lentilky i papier do jedzenia. Niebawem Polki będą  mogły legalnie usuwać ciąże. Póki co z Katowic  do Pragi uruchomiono pospieszny. Jeździć będzie  w dni bez niedzieli i wracać w połowie pusty. Tomasz Pietrzak (ur. 1982) – autor sześciu książek poetyckich, najnowsza, Bery z dzielni miała premierę w Wydawnictwie Znak (2025). Wcześniej wydał m.in . Bosiny (2020), Pospół (2016), Stany skupienia  (2008). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike – w 2013 r. za tom Rekordy, a w 2015 r. za tom Umlauty . Publikował na łamach m.in . „Odry”, „Twórczości”, „Przekroju”, „Gazety Wyborczej”, „Wizji”, „Tygla Kultury”, „Miasteczka Poznań”, „Dekady Literackiej”, „Wyspy”, „Dwutygodnika” i in.  Od 2018 roku współorganizator Portu Poetyckiego w Chorzowie – największej imprezy poetyckiej na Śląsku.  Mieszka w Katowicach.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (22)

    Dzień 108. Wake up, wake up Dwa dni były snem. Spałem też naprawdę, jakby mi ktoś wtyczkę od zasilania wyłączył, pyk i nie ma mnie dla nikogo. Z wiekiem zdarza mi się to coraz częściej. Nie poradzę. Mam jeszcze do zrobienia kilka rzeczy. Jednak czuję wyraźnie, że mam też niepisaną rolę czuwającego. Są wokół łowcy newsów, fotosów, komentarzy, analiz., ale nie jestem żadnym z nich. Ja tylko czuwam i zapisuję, żeby zostało, żeby nie zapomnieć za miesiąc, za rok, za dziesięć lat. Zapisuję, że pojawiły się pierwsze zdjęcia i filmy przejętych przez Rosjan czeskich i polskich czołgów, pierwsza trafiona na froncie ex-amerykańska haubica M777, pierwsi trzej jeńcy z legionu międzynarodowego skazani na śmierć przez jakieś gremium, którego podpis nawet na papierze czerpanym z jedwabiu wyglądałby jak bohomaz z szamba. Zapisuję, że kilka dni temu w Chersoniu wyleciała w powietrze restauracja w pobliżu siedziby kolaboracyjnych władz. Zapisuję, że dziennie spada armii rosyjskiej ze stanu bateria artylerii, średnio, czasem więcej, czasem mniej. Na razie bowiem to artyleria lufowa jednak odpowiada tak w tej, jak i w innych wojnach ostatnich 100-150 lat za większość strat. Richard Overy twierdził, że w 1939 roku Luftwaffe odpowiadała za nie więcej niż 10-15% wszystkich strat w substancji miejskiej i strat ludzkich obleganej Warszawie, cała reszta to artyleria. Chociaż w naszej zbiorowej pamięci jako sprawca większości cierpień, większości śmierci zajmuje niemiecka Luftwaffe. Te ograniczone sukcesy, jakie mają Rosjanie na tym ograniczonym wielce teatrze działań na wschodzie Ukrainy to w lwiej mierze zasługa lufowej artylerii, jej zagęszczenia, w którym celność przestaje się tak bardzo liczyć. Dlatego dobrze, że ich artyleria krwawi codziennie. Niech krwawi. Zapisuję dalej, że Niemcy pod przewodem kanclerza Olafa oświadczyły, że przeciwlotnicze pociski rakietowe IRIS-T SL to jednak będą później - nie jesienią tego roku, może zimą, może wiosną roku następnego? Zapisuję tez w pamięci to zdjęcie postrzelanego statecznika ukraińskiego MIG-a 29 widziane gdzieś w internecie. Jak na szklanych płytkach, diapozytywach nakładają się w mojej głowie wyrwane z kontekstu cytaty z książek czytanych dawno temu. Na przykład o Brygadzie Pościgowej walczącej nad Warszawą w 1939. Że chłopaki latali, aby tylko mechanik wyklepał wgnioty, drutem załatał dziury w skrzydłach, zbrojmistrz usunął zacięcie kaemu i dalej, dalej. No tylko przypomnę. Polska Brygada Pościgowa 7 dnia wojny musiała opuścić lotniska i ewakuować się pod Lublin, a po 17 dniu wojny z resztkami sprzętu ewakuowała się do Rumunii. A dzisiaj, o ile dobrze liczę, mamy dzień 108 i widzę - mimo legendy o tym, że ukraińskiego lotnictwa już nie ma, bo zostało trzy razy zniszczone - ktoś mówi, nic nie mówiąc: – Aby tylko mechanik wyklepał, załatał, na drut złapał linki - znowu polecę. Na tamtym zdjęciu nie ma ani jednego człowieka. Nie wiadomo przed kim skłonić głowę. Ale ktoś łatał te dziury po pociskach, ktoś tym samolotem lata, ktoś dostarcza do niego cichcem lub oficjalnie części zamienne. I to nieprawda, że pilot utożsamiany z legendą „ghost of Kyiv” został zestrzelony. Tak, zginął nie jeden pilot i nie jedna pilotka. Ale opowieści o prawdziwym Duchu Kijowa nie da się zestrzelić. Nie jesteście w stanie zestrzelić Ducha. Z opowieścią nie da się wygrać. Głupcy. Dzień 110. "Europa daje to, co chce – Polacy to, co mają" Odpoczywałem, rozmawiałem z redaktorem o książce z wierszami, liczyliśmy z żonką topniejące zasoby myśląc, że z tych wakacji faktycznie może niewiele nam wyjść, chociażby się chciało. W jakimś momencie rozmowy z redaktorem na naszym zielonym backyardzie somsiad ozwał się zza płotu, żebym sobie zobaczył co tutaj ma jakby co. Podał mi nad bluszczem porastającym drewniane ogrodzenie między nami ciężką kamizelkę, cztery plus, i hełm, ale bez uszu. Hełm już znałem, kamizelki zawsze ostatecznie szły z innego źródła. No to ja mówię somsiad, popatrz na to i pokazuję mu ekran smartfona a na nim dwóch chłopaków w niskim lesie, jeden ma pudło z dronem, drugi ma na lufie termo. Mam w tym mały udział. Przez chwilę trzymam kamizelkę, zastanawiam się czy sobie nie przymierzyć. Cztery plus, ciężka jak cholera. Gdyby w takiej pobiegał szybko bym pożegnał nadwagę, albo, gdybym biegał za wolno - pożegnałbym życie. ale jednak nie. Jakiś przesąd, zabobon czy coś. Żeby jednak mimo wszystko oddzielać się cienką, czerwoną, niewidzialną linią. Jesteśmy w tym, ale jeszcze nie tak. Nie założyłem. Zaprosili mnie znajomi do grupy OSINT czyli open source intelligence, biały wywiad. Mówię, dzięki, nie mam żadnych źródeł, raczej myślę na podstawie dostępnych informacji, ale żaden ze mnie analityk. Pytam człowieka, który mnie zaprosił, nie pomyliłeś się aby? Nie, odpisał, musisz mieć dużo materiałów do inspiracji dla tego co robisz. Masz pisać, musisz mieć na podstawie czego pisać. Po prostu rób swoje, pisz. Zatem siedzę cicho i czytam, co mówią i piszą. Może poza Wyrwałem, z Onetu, który powtarza, że na jeden ukraiński pocisk pada dwadzieścia rosyjskich. Rozumiem, że on jest na pierwszej linii, że to powoduje, że ma inny punkt widzenia. Ale jak on to policzył? Siedział w miejscu gdzie jest i liczył na słuch? Umiał poznać która eksplozja jest po ukraińskim a która po rosyjskim pocisku? A potem uznał, że tak jak w tym miejscu gdzie on jest - jest wszędzie indziej? Skąd on to wszystko wie? A może nie wie, tylko tak uważa? A jeżeli nie wie tylko uważa, to może jednak powinien to zaznaczyć, że to jego jednostkowa opinia a nie wiedza? Tymczasem zapisuję, że pali się w Rosji, oj pali. Baza morska nad Bałtykiem się pali, baza remontowa na pograniczu z Ukrainą się pali, Instytut Informatyczny Rosatomu w Saratowie się pali, Zakłady Optyczno-Mechaniczne w Siergiejew Posadzie pod Moskwą się palą, komisja poborowa we Władywostoku się paliła. Zapisuję, że w Siewierdoniecku wojsko ukraińskie trzyma się resztek terenów mieszkalnych i głównie kompleksów przemysłowych przy rzece. Rzeki mogą wysychać, bo lato ma być piękne tego roku. Doniec Siewierski może przestać być przeszkodą, na której będzie można oprzeć obronę. Przy czym nie jest tak, że nie ma niepokoju. Jest wielki niepokój. Weźmy takie Niemcy pod przewodem Olafa. Ledwo chlapnęli z pociskami przeciwlotniczymi IRIS-T SL, że jednak nie jesienią, ale może zimą, a jeszcze wcześniej, że nie przekażą jednak swoich wyrzutni HIMARS, bo muszą je przystosować do strzelania pociskami GLMRS, chociaż w necie jest ful materiałów z niemieckimi wyrzutniami strzelającymi z GLMRS, zatem ledwo co chlapnęli - a już nowe rewelacje. Otóż nie tylko, że nie przekażą Polsce swoich czołgów w zamian za te, które Polska przekazała Ukrainie. Nie. Zablokują też zamierzony transfer czołgów Leopard 2 do Ukrainy z Hiszpanii. Są producentem to im wolno. No cóż, tradycja dyplomatyczna, która mówi, że demokracja demokracją, wolność wolnością, ale w sprawach europy wschodniej i środkowej odrunung muss sein - trzyma się mocno. Pan robi się paskudny i pan się błyszczy czymś oślizgłym, panie Scholz. Pan się idzie umyć. Niech Pan zacznie od rąk. Niech pan umyje ręce, najlepiej na wizji. To też pewna tradycja. Ktoś ze znajomych z Ukrainy wysłał mema z ukraińskich internietów. Na zdjęciu polska bateria "Krabów" z lufami do góry. Podpis głosi: "Europa daje to, co chce - Polacy to, co mają". I to co już usłyszałem kiedyś, nie wiem kiedy, ktoś podał z ust do ust chyba zasłyszane zdanie od kobiety na granicy: Ukraina nie ma już wielkiego brata, ale ma siostrę – Polskę. Przy okazji - zwróciliście uwagę? Jak często tę walkę wspiera siła, która jest zobrazowana postaciami kobiet? Dziewczyn? Ukraina jako młoda dziewczyna podtrzymywana przez Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę zobrazowane jako stojące za nią młode kobiety. Na przykład. Jest tego mnóstwo. To buduje jakąś nadzieję inną niż wszystkie. Także nadzieję na jakieś przebudzenie innej siły, niż ta do tej pory nam znana, którą obrazuje obła twarz Scholza. I jeszcze na to, że to przebudzenie, które znajduje odbicie w ikonografii nie będzie powierzchowne. Na ten świat, który będzie po wojnie w którym taki kanclerz Scholz albo jakiś inny niemiecki kanclerz będzie musiał się na nowo uczyć naszej ziemi, naszych języków i kultur. I oczywiście Ukraina mu podziękuje za te siedem haubic, które niebawem mają się naleźć na froncie. Podziękuje, mam nadzieję, proporcjonalnie. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.

  • Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 2)

    Guzik prawda , czyli dlaczego nie medytuję na macie z TikToka Niektóre książki są jak kubek melisy – ładnie wyglądają, ale nic nie robią. Guzik prawda  Amelii Pudzianowskiej jest jak espresso o trzeciej w nocy: nie chciałeś, ale nagle widzisz wyraźniej. I może trochę żałujesz. Pierwszy wiersz, Kobiety , to jakby ktoś przyszedł i wyłączył prąd w patriarchacie – na chwilę robi się ciemno, a potem widać, kto gdzie stoi. I nie, nie wszyscy są tam, gdzie powinni. Zamiast ckliwego „girl power” dostajemy zapis tego, co boli. Zero filtrów, zero haseł na T-shirtach z sieciówki. Pudzianowska nie daje nam żadnej szybkiej recepty. Nie mówi: „wybacz i bądź silniejsza”. Mówi: „to boli, zaakceptuj to”. I to jest może najbardziej wywrotowa rzecz, jaką dziś można powiedzieć. Ten tomik jest tak cielesny, że podczas lektury miałem ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie mam krwi na rękach. Mleko, kości, pot – to nie żadne rekwizyty, tylko dowody rzeczowe. Kapitalizm chętnie przerobiłby to na coś do kupienia: „bath ritual”, „detox juice”, „body positivity retreat za 3500 zł”. Ale Pudzianowska nie daje się w to wciągnąć – jej wiersze są jak komunikat „brak w magazynie” przy próbie kupienia gotowej odpowiedzi. Trauma w guzik prawda  nie jest „ścieżką rozwoju”, nie ma jej w PDF-ie z afirmacjami na poranek. Tu trauma po prostu jest, jak brud pod paznokciami. Nie znika po 21 dniach praktyki wdzięczności. I to dobrze – bo może wcale nie chodzi o to, żeby wszystko „przepracować”, tylko żeby czasem powiedzieć: „tak, to mnie wkurza, i mam do tego prawo”. Z kolei wiersz Dysonans  to esencja życia w epoce powiadomień push. Wojna, tutorial jak zrobić matcha latte, klęska humanitarna, kotek w czapeczce. I ty w tym wszystkim – z ręką na sercu i drugą na karcie kredytowej, bo algorytm właśnie podsunął ci kod rabatowy na buty. Pudzianowska wyciąga nas z tej schizofrenii i mówi: „Patrz. To nie jest normalne”. A wojna? W tym tomie to nie tylko front gdzieś daleko stąd. To wojna przy kuchennym stole. Rozmowa z ciotką o „ideologii gender” i spojrzenie mamy, które mówi „proszę cię, nie zaczynaj”. To wojna o słowa – o to, czy wolno ci mówić, jak się czujesz. Nie ma w tej książce żadnego „self-care contentu”. Nie ma podcastów o tym, jak „zwiększyć swoją produktywność przez odpuszczanie”. Nie ma „wellbeing lunchu” w firmie, na którym karmią cię sałatką i mówią, żebyś „znalazł balans”, a potem przypominają, że deadline jest w piątek. Zamiast tego dostajesz pozwolenie na wkurw. Na łzy. Na śmiech, który jest tak czarny, że mógłby być memem o „This is fine” z psem w płonącym pokoju. I humor tu jest – ale to nie jest „żarcik”, który ma rozładować atmosferę. To jest humor, który wbija ci szpilę, a ty się śmiejesz, bo wiesz, że to o tobie. Końcówka – Staw  – to niby spokój, ale taki, co w nim coś bulgocze. Zakopiesz traumę, zakopiesz wstyd, ale wiesz, że to wypłynie. Bo trauma jest jak ten wujek z Wigilii – zawsze znajdzie sposób, żeby wrócić i opowiedzieć ci swoją prawdę. I może właśnie o to chodzi w tej książce – żeby zrozumieć, że czasem nie trzeba „domykać procesów”, „pracować nad sobą” ani „manifestować obfitości”. Czasem wystarczy powiedzieć: „guzik prawda” – i odłożyć telefon. I właśnie dlatego ten tomik jest potrzebny. Żeby przypomnieć nam, że mamy ciała, mamy nerwy, mamy prawo powiedzieć „guzik prawda” wszystkim, którzy próbują nam sprzedać kolejny poradnik o szczęściu. Bo czasem najlepsza duchowość to wyciągnąć środkowy palec, wziąć głęboki wdech i zacząć od nowa – na własnych zasadach. Amelia Pudzianowska, Guzik prawda, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025, str. 40. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk literacki, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu ), a następnie wydał Dychotomię  (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze  (2025). Publikował w licznych czasopismach literackich, m.in . w Odrze, Przekroju, eleWatorze, Afroncie i Helikopterze, a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w ArtPapierze i Nowym Koziryneku. Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .

  • Mirosław Drabczyk – Przewodnik po dzielni (recenzja)

    Już okładka zapowiada, że nie będziemy mieli do czynienia z łatwą lekturą. Na czarno-białej fotografii widzimy scenę z podwórka, gdzie dwa białe konie w nienaturalnych pozach męczą się, aby napełniony węglem wóz cofnąć pod drzwi ceglanego budynku gospodarczego. Ubrany w kapotę i kaszkiet wozak, tak jak kobieta, która ten węgiel zamówiła, zgodnie patrzą na miejsce, gdzie węgiel ma być zrzucony. Dramat koni jest im obojętny. Bery z dzielni to reminiscencje z dzieciństwa spędzonego w jednej z biednych, zapomnianych i naznaczonych przestępczością dzielnic Górnego Śląska. Bieda, wykluczenie, przemoc, zabobon i alkohol tworzą konstrukcję, wokół której Pietrzak snuje swoje śląskie bery czyli opowieści. Na gęsto zaludnionej dzielnicy zamieszkałej przez Śląsko-Polsko-Romską mieszankę typów ludzkich dzieją się rzeczy doniosłe, heroiczne i dramatyczne: zabawy w krematorium, topienie małych kotów, ucieczka przed pijanym ojcem, pogrzebowa procesja, prześladowania na tle rasowym albo świniobicie, po którym odbywało się gromadne próbowanie parującego mięsa zapijanego wódką. Wszystko na równych prawach, choć w dzielni nawet kilkuletnie dzieci wiedziały, że prawa nie dla wszystkich są równe. Gdy miałem siedem lat, wyrosły mi  włosy na rękach. Gęste,  czarne, po psie. Cygan  – wołali – gdzie tabor   twój kundlu?  A we mnie nie było Cygana  A nawet gdyby, to co? Podskocz  no, kurwo –   Foczi mnie tak wychował. Lepiej niż matka. Wycieńczająca pracę w hucie, przedwczesne śmierci, rozpacz matek, choroby dzieci, biedę i wykluczenie Romów autor relacjonuje bez uderzania w tony patetyczne, nie sięga po socjologiczne mentorstwo. Krwawe zajścia,  nieufność do władzy, kradzieże i powroty z więzienia dorosłych kolegów biegłych w operowaniu nożem należą wszak do krajobrazu dzielni . Pietrzak z zamierzoną nonszalancją wydobywa z pamięci sceny na pozór banalne, ale przejmująco reprezentatywne dla tego czasu i miejsca. Czasem nonszalancja ustępuje miejsca pieczołowitości, jakby opisywane zdarzenia były elementami pradawnego obrządku, któremu mieszkańcy dzielni muszą być posłuszni. Życie – zdaje się przekonywać nas Autor – choć ciężkie a chwilami beznadziejne, zasługuje na to, by nie odbierać mu świętości. Z tym, że świętość ma na dzielni wykoślawione oblicze: w biednej i zastraszonej społeczności zamiast rozumu rządzi przesąd i prymitywna wiara w złe moce. To nie szpikulec odebrał wzrok młodej Nowocce,  a stara heksa z małego domku się  zapatrzyła i złe oko puściła wodą. Tak ciemno tu było, tak głucho tu było. Na wszystko pacierze, na każdego amen. Nic, tylko przyzywanie i ciągłe odczynianie gęsim łojem.   Teoretycznie tego typu sytuacje mogłyby rozgrywać się w dowolnym polskim mieście epoki Gierka i Jaruzelskiego.  Niemal każde miało swoją “dzielnicę cudów”, do której postronni obywatele woleli nie zaglądać. Niepewność losu, ciasnota i bieda połączona z przemocą tworzyły klimat, który dla wielu pisarzy (ale także malarzy, wystarczy wspomnieć Dudę-Gracza) był inspirującym tworzywem. Jednak inne regiony, nawet takie te, gdzie rozwój przemysłu wymuszał przyśpieszony napływ siły roboczej, nie były naznaczone etniczną i historyczną odrębnością, co czyni całą opowieść jeszcze bardziej fascynującą. Tomasz Pietrzak – wnikliwy obserwator – odkrywa przed czytelnikiem tajemnice świata, który sam poznał. Jest przewodnikiem sumiennym, prowadzi przez krajobrazy, których istnienia wielu z nas nawet się nie domyślało. Niby Wergiliusz oprowadza nas po piekle ciasnych mieszkań, wspólnych wychodków, bocznic kolejowych, poniemieckich ruin, dawnych obozowych baraków, cuchnących podwórek i chlywików, w których trzymano świnie. Widziałem miasto obrosłe pleśnią o rozłożystej grzybni, miasto ojców, ciągnących się jak wory kości do domów, w których krochmal matek czekał abby wchłonąć cały alkohol. (…)                miasto ziejące oranżem, miasto Etna, dyszące do uszu i duszące skrzela bobasów, które za wcześnie wyszły  z  ołowicowych matek.  Porównanie jest umowne: Wergiliusz pokazywał piekło, jako miejsce, do którego śmiertelnicy dopiero mogą trafić, natomiast horror dzielni  przywołany przez Pietrzaka to na szczęście przeszłość. Coś jak koszmar senny, który tylko wydaje się prawdą.    Autor Berów z dzielni pozwala sobie na zmyślenia i hiperbole, przywołuje obrzędy podszyte zabobonem, dryfuje w stronę baśni. Ale w dalszym ciagu mu wierzymy,  bo spod jego pióra wyłania się obraz niezwykle sugestywny. Każdy wiersz boli, ale nie dlatego dowiadujemy się o ciemnych stronach egzystencji w tym zakątku śląskiej aglomeracji, żeby współczuć.  Dzielnia to nie jest miejsce na tego typu uczuciowość. Żeby nie cierpieć samemu, trzeba umieć być obojętnym na cierpienie drugiego. Tak jak ten wozak i kobieta ze zdjęcia na okładce. Pietrzak nie szczędzi nam brutalizmu, w każdym wierszu stawia go na stół jako danie główne. Ale nie zapomina o przyprawach: z nonszalancją godną Gabriela G. Marqueza miesza rzeczywistość z fantazją, ubarwia pospolitość, sięga po humor zawarty w gwarze śląskiej.  Aż pewnej mroźnej nocy  osiemdziesiątego piątego roku ze ścian sypnęło poniemiecką szpachlą i ojcu objawił się  Pónbóczek jak żywy.   czyli grzib, cza psikać  – jak powiedział rano sąsiad medalikarz.  Bery z dzielni opierają się na narracji. Czytelnik czuje tę narrację, mimo, że książka Pietrzaka zawiera wiersze pisane oszczędnym, niemal minimalistycznym językiem. Forma pokornie podąża za treścią, czasem dwuwers przypomina ludowe wyliczanki, a litanijność jest zabiegiem jak najbardziej świadomym. Jednak tajemnica sugestywności tych wierszy polega również na tym, że tytułową dzielnię oglądamy z dwóch perspektyw jednocześnie. Na szczegółowe, skupione na detalach i pamięci zmysłów  widzenie dorastającego chłopca dorosły poeta nakłada obraz większy, pokazujący tło społeczne, polityczne i ekonomiczne. To pozwala nam lepiej zrozumieć zawiły świat w jakim dorasta kilkuletni a potem nieco starszy narrator. Ten i pozostałe zabiegi stylistyczne autor stosuje z podziwu godną precyzją każąc zastanawiać się nad pojemnością języka. Mimo, że nie jest to język specjalnie pieprzny (przy takim nagromadzeniu grozy stosowanie wulgaryzmów jako środka ekspresji wydałoby się przesadą, a jeśli już poleci jakaś kurwa, to wyłącznie jako cytat), niektóre strofy smakują jak mocny bimber przegryzany surową cebulą. I tak klimat psychiczny odrapanych podwórek, opis nędznie ubranych ludzi, strach umorusanych dzieciaków i ich nadzieję na lepszy świat Pietrak potrafi pomieścić w kilku niepozornych wersach. Czytelnik konsumuje destylat. rozdają dziś mąkę –  1 kilogram na jeden łeb, czyli dostaniemy 3 kilogramy i może kilo  na świeżo poronionego brata – się zobaczy Jest fajnie, darmoszka zawsze jest fajna Tomasz Pietrzak pisze o czymś, co dobrze zna, a przy okazji udowadnia, że potrafi tak dobrać język, aby opowieść wybrzmiała najczyściej. No i te zaskakujące puenty! Wiersz o tym, że w piwnicach rozłożono truciznę na szczury, a dwóch niepiśmiennych Romów zatruło się nia śmiertelnie, bo nie zrozumieli napisu DERATYZACJA kończy się tak:             (…) Poszła im  piana z ust I zamigotało serce. jak przyjechała  sanitarka, szczury (jeszcze wtedy żywe) rozstępowały  się biblijnie.     Mój dawny znajomy, zdobywca ważnych nagród poetyckich porównywał pisanie wierszy do rundy bokserskiej: ”Masz boksować w zaplanowanym rytmie, z siłą na którą cię stać, możesz zwalniać i przyśpieszać, ale najważniejsze abyś tuż przed końcowym gongiem wyprowadził najmocniejsze ciosy. Ze zwarcia to ty musisz wyjść z ciosem.” Wiersze Tomasza Pietrzaka zawarte w tomie Bery z dzielni spełniają ten warunek w stu procentach.  Czytelnik na koniec każdego wiersza otrzymuje cios między oczy i w masochistycznym odruchu odwraca stronę, żeby przeczytać kolejną wstrząsającą relację z życia w dzielni. Ktoś kto w dorosłym życiu próbuje potłuczony witraż własnego dzieciństwa złożyć w spójną całość i nie utracić przy tym żadnej z barw, konturów ani rozległego tła (rodzinnego, społecznego, politycznego) - ten wie jaka to trudna sztuka. Trudność nie dotyczy wyłącznie zawodnej pamięci, idzie tu raczej o nieprzystawalność języka, który nagle wydaje się nie dość pojemny i plastyczny, aby oddać ogrom sensualnych, pięknych i jednocześnie traumatycznych doznań odciśniętych w dziecięcym umyśle. Mając to na uwadze, trzeba przyznać, że Tomaszowi Pietrzakowi, który w równym stopniu prezentuje się jako poeta i gawędziarz, ta sztuka się udała.  Jego Bery z dzielni , niczym odnowiony witraż ukazujący mitologiczne sceny zajaśniał naprawdę mocnymi barwami. Życzyłbym autorowi, aby ta książka została doceniona przez jury najważniejszych konkursów literackich.   Tomasz Pietrzak , Bery z dzielni, Wydawnictwo Znak, Kraków, str. 90 Mirosław Drabczyk – poeta, tłumacz i prozaik. Autor książki Szopka ruchoma , redaktor Magazynu Suburbia.

  • Przemysław Jaźwiński – trzy wiersze

    bardzo blisko czas jest zawsze trzeba go tylko uważnie poszukać  może siedzieć na końcu pomostu z twarzą we mgle jesień zaplanowała wcześniej malowanie krajobrazu  zaraz wszystkie rumieńce świata staną się widzialne prawdopodobnie lubi też wędrowanie wzdłuż myśli te rozczochrane wrzeszczą ile tylko sił w sylabach pochylony wędrowiec nauczył się jak zaklinać chłód  skrzydła rozkłada przy dużym wietrze znad posłowia bez skrępowania potrafi zamykać się w sobie na zaś  zardzewiały klucz postradał liche zęby w trybie in-out  zabawa w przesypywanie minut w ciszy jeszcze trwa chwilowo wszyscy konsultanci są zajęci przemijaniem natychmiast w przestrzeń da się wyprawić już całkiem daleko zebrany w całość milaż nie ogranicza imaginacji bibliograficzne punkty odniesienia z wielu stronic dają inną perspektywę rozumienia miary kroków próba odnalezienia siebie na zasobnych półkach kwerenda źródłowa lubi towarzyskie wykrzykniki stojące na etażerce lusterko o bujnych kształtach wyciąga zza szafy kolejny tom przygód o niczym instantyzacja oczekiwań umie pożegnać wartości coraz mniejsza dostępność nie budzi sprzeciwów w ciemnej piwnicy nawet licha latarka jest słońcem dobrze widoczna droga prowadzi tam gdzie trzeba nie przeszkadzać miejsce gdzie często przystaje czas na chwilę i w sobie wiadomym celu pozostaję ukryty między stertą łodzi pod brezentem stalowego już nieba zerkam jak szybko zzuwa stare buty wchodzi po kostki do chłodnej wody chleb dla ryb sypie się mu z kieszeni jedzą go ptaki o dziobach bez gniazd zapytałbym o jungowską teorię cienia prawo karmy losy tylu bodhisattwów armagedon bryły platońskie dharmę widział wiele ma wiedzę kto jak kiedy nie miałem śmiałości to jego moment zawsze jest tym samotnym świadkiem choć jestem nieźle ukryty wiem dobrze że widzi jak jem wszystkie swoje czyny Przemysław Jaźwiński – doktor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki na jednym z warszawskich uniwersytetów, socjolog, fotograf. Laureat Nagrody Głównej VII Edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Brwinowski Parnas” (2023). Uczestnik wielu innych ogólnopolskich konkursów poetyckich, publikował w antologiach i wydawnictwach pokonkursowych. Miłośnik natury i entuzjasta różnych sposobów jej uwieczniania. Mieszka w Warszawie.

  • Agnieszka Rykowska – Jelita, drugi mózg

    Mówią, że ryba psuje się od głowy. Człowiek od wnętrza. Moje jelita kiedyś zaczęły wydawać dziwne dźwięki, coś jak gul, gul, gul. Kiedy je usłyszałam, szybko wybiegłam na podwórko, by objąć wzrokiem drób. W kiszkach nadal coś gulgotało, więc podbiegłam z siekierą do indora. Moja dłoń jednak nie pasowała do siekiery - nie chciałam zabijać, kiszki jednak nadal grały. Musiałam go walnąć. Od tej pory brzydzę się morderstwami. Nieraz odzywa się we mnie "gul, gul, gul" i czuję wtedy, jakbym miała gule w gardle. Ludzie boją się takich dźwięków, bo one oznaczają rozpacz. Takie natarczywe gulanie to nic przyjemnego. Jelita siostry tak zagrały w gościnnym pokoju, jakby w pobliżu przejeżdżała karetka na sygnale. Siostra, po kursach z przysposobienia obronnego, specjalistka od udzielania pierwszej pomocy, pomyślała, że może się przydać i wybiegła na ulicę, by komuś pomagać. Ale tam nie było nikogo. Tylko dźwięk jej kiszek. Od tej pory stale miała przy sobie coś do jedzenia, żeby kiszki nie postawiły jej w stan pogotowia. Z bratem problem polegał na tym, że był ciągle głodny i chudy. Prawdopodobnie miał ten szczególny metabolizm od zgrabnych kurczaków matki, która była zapobiegawcza - chroniła je przed nadmiarem cholesterolu. Kurczaki dobrze się odżywiały. Czasem podejrzewałam, że może jelita brata miały tasiemca. Często chodził do toalety, dużo jadł, zaś ja nie mogłam nadążyć z kupnem papieru i jedzenia. Wciąż był chudy! Wszystko przez te chujowe jelita. Jelita syna były mi najmilsze. Nie brzydziłam się brudnych pampersów, robił cudowne, nieśmierdzące kupki i nie miał kolki jelitowej. Raz jednak, w okresie adolescencji, jego jelita poczuły dotyk ziemi podczas upadku na rowerze. Wziął później siekierę, tak jak ja na indora, i zaczął nią uderzać w koła. Czy to było normalne? Raczej nie. Czy te grające w dziwny sposób jelita mogły być czy też  są normalne?  Synowi koła wybaczyłam. Należy tolerować bunt nastolatka, okres adolescencji, bo jeśli nie zaakceptujemy,  to w późniejszym czasie dzieciak wykipi i może chwycić siekierę nie tylko na koła.  Matka po raz pierwszy upadła na rowerze, gdy miałam dziesięć lat. Wstydziłam się jelit matki, bo w szkole dzieci się śmiały i krzyczały, że jej jelita pokochały alkohol. Drugi upadek nastąpił piętnaście lat później. Był śmiertelny. Wtedy nikt się nie śmiał.  Ojciec miał wrzody na żołądku i przyjmował na nie lekarstwo w postaci białego mleczka. Mleko od krowy pił do końca swoich dni. Nie wiedział, że starzy ludzie nie tolerują mleka, tutaj jelita nie są łaskawe, ale ojciec wiele rzeczy i spraw nie tolerował. Gdy myślał o Związku Radzieckim potwornie cierpiał, kurczyły się jego jelita i żołądek, więc może stąd te wrzody. Prawdopodobnie.  Gdy matka była pijana, ojciec karmił mnie butelką mleka, na dnie której pływał list z nazwiskami i imionami zamordowanych – ofiar stalinowskiego systemu. Moje jelita nie protestowały. Jelita mojego redaktora były nienasycone, jeśli chodzi o wulgaryzmy. Gdy w moich wierszach zobaczył słowo wypierdalać , jego jelita ucieszyły się i przyssały mentalnie do mojego mózgu. Myślałam, że rozpoczęliśmy "wielki romans" - dopadła mnie ochota na następną książkę, miało to być nasze wspólne dziecko. On niestety miał zaparcia i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Student trzeciego roku medycyny miał problemy z przedmiotu - mikrobiologia. Nauka o bakteriach słabo wchodziła do jego głowy, dlatego próbowałam mu nieco rozjaśnić, jak z tymi bakteriami tak naprawdę jest.  Nie mógł zaakceptować, że wewnątrz oprócz dobrych bakterii (prawie wszystko zaczyna się w jelitach!) mamy też bardzo szkodliwe mikroorganizmy. Tłumaczyłam, że z bakteriami jest bardzo podobnie, jak z ludźmi. Choćby taki gronkowiec złocisty Stapchyloccocus aureus (czyż nie piękna nazwa?) Pod mikroskopem ma cudne barwy, a jak straszliwych szkód potrafi narobić! Jego obecność nie kończy się na zwykłej biegunce. Bardzo przed nim przestrzegałam studenta. W mojej wiosce przez dwa tygodnie woda nie nadawała się do spożycia. Nawet zmywać w niej nie mogliśmy. Wykryto pałeczki kałowe i bakterię coli. Kanalizację robili i stąd skażenie. Mieszkańcy przeważnie wyprawiali się samochodami po dobrą wodę do specjalnej cysterny, stojącej przed domem strażaka. Codziennie taszczyłam dwadzieścia pięć litrów świeżej, czystej wody. Byłam zła na te przeklęte bakterie. Samochodu nie miałam i w ten oto sposób przez pałeczki kałowe świat poznał mój wspaniały pojazd: taczki. Kurwa mać! "Każdy ma taki pojazd, na jaki zasłużył" - myślałam. Potem się bałam, że mnie na tych teczkach, jak Jagnę z "Chłopów" wywiozą,  a wszystko przez te parszywe bakterie! Ale nie wywieźli, chyba byłam nieszkodliwa.  Edyta jest bardzo szczupła. Dużo pracuje w rodzinnej firmie, oboje z mężem mają intensywną... przemianę... materii? A może pieniędzy? Otóż, za co by się nie wzięli, efektem są duże korzyści materialne, które szybko się rozmnażają niczym Chrystusowe chleby. Jelita Edyty czasem kwitną, szczególnie, gdy swojej pięcioletniej córce objaśnia świat. Opowiada jej do czego potrzebne jest słońce. Pokazuje dywan stokrotek na tle trawy i samotny bukiet mleczy w przydrożnym rowie. Jelita Kazika są mało wytrenowane. Nie chodzi na spacery, ani nie ćwiczy. Sport jest mu absolutnie obojętny. Pisze opowiadania, ale od czasu do czasu, bawi się też w oszusta matrymonialnego. Udaje, że jest sympatycznym facetem z brzuszkiem. Jelita u niego pływają w dużej warstwie tłuszczu. Wydają dźwięki: ból, ból, ból, bo Kazika boli cały świat. Jego jelita są ogromne nie tylko jak jego brzuch, ale przede wszystkim, przez jego wybujałe ego mają tak duże rozmiary. Czasem to wszystko pęka i zamienia się w stek obelg. Operacja szycia jest niezbędna. Niestety bardzo droga, na którą Kazika niespecjalnie stać, dlatego ratuje się NFZtem. To w dzisiejszych czasach, jeśli chodzi o służbę zdrowia, prawdziwy ewenement. Pan Paweł podobny do żaby, miał też podobną do siebie żonę. Zajmował się krytyką literacką i poezją – pisał również wiersze. Często jego jelita wołały kum, kum, kum, kum. Jego żabia żona wydawała prawie takie same, tylko nieco wyższe dźwięki.  Z płytkich kałuż, jak również z głębokiego, wodnego wiru Pan Paweł językiem wydobywał poetyckie ogniwa. Był podziwiany za surowe, mięsiste wiersze. Tak się zapędził w tych uwielbieniach, że kiedyś na festiwalu literackim, skosztował surowego mięsa - tatara. Zdradził swoje jelita, które stały się pożywką dla tasiemca. Gorzko potem tego żałował. Pragnęłam by moje opowiadanie o jelitach, ukazało się w pewnym piśmie literackim.  Redaktor wyraził zgodę. Musiałam tylko nanieść kilka poprawek. Doszło do początkowej fazy trawienia na poziomie mejli i spytałam redaktora, skąd mnie zna.  Wcale mnie nie zna. Ale jest doświadczony i przyznał, że kojarzę mu się z jelitówką, która też jak człowieka dopadnie, to końca nie widać. Gdy wysłałam mu kolejną wersję tekstu, napisał, że poczeka na wersje ostateczną. Obiecał trzymać dłoń na moich jelitach. Czasem mówią na mnie pleciuga. Noszą mnie słowa, noszę je sama. Nosi mnie!  Chciałabym powiedzieć, że mam wszystko w dupie, ale czy to takie proste? "Każdy ma swoją" - powiedział Piłsudski.  Jak widzę siebie w tym anturażu? Prawda jest smutna. Tu już nie ma miejsca na żarty. Chciałabym być królową sedesu; doceniać, jak niektórzy materię, ślinić się na widok kanapki z szynką i z pomidorem, myśleć o cenie i wielkości kawałka ryby w nadmorskiej restauracji. A ja? Ciągle zdaję egzamin dojrzałości. Wszystko powraca z oceną pięć: pięć razy więcej doświadczeń, pięć razy więcej odczuwania. Wrażliwość - najtrudniejsza nauczycielka z kpiną na twarzy i jej gówniane odbicie w lustrze.  Prawdopodobnie – nie sposób w tym wszystkim zrzucać winy na rozwolnienie – skoro jelita to drugi mózg, mogłam widocznie polizać piątą klepkę. Ta zaś odpowiedziała: – Wyprzęgam! Agnieszka Rykowska – poetka i prozaiczka. Autorka trzech książek poetyckich: Za blisko ( 2021), Szklany stół (2023), Przyjęłam leki (2023). Wiersze i krótsze formy prozatorskie publikowała w internecie, w antologiach oraz w ogólnopolskiej prasie literackiej.

  • Cezary Żarna – sześć wierszy

    Być przez chwilę    widzianym, w tym małym miejscu, gdzie kończy się kostka, zaczyna stopa. Widzieć    kształt stopy    wciśniętej w zbyt mały but, zrobić krok, pokraczny,  prawie marszowy, nie patrząc pod    nogi go zrobić. Zobaczyć kontur, nie prosić, poznać  ciebie (siebie?) z lepszej strony, bo znam    cię z lepszej strony. Nie o to tu chodzi  – mówisz –  – chodź, lepiej    usiądźmy gdzieś razem i oprzyjmy                                                      głowy . Który skrzywdziłeś   Nie robi się tego po nocy. Nie po kryjomu. Raczej  z podniesionym czołem, wysoko  uniesioną brodą. Raczej nie z rękami w kieszeniach, tylko z dumnie wyprostowanymi ramionami. Raczej  głośno niż po cichu.   Który skrzywdziłeś psa, siedzę na brzegu i nikt nie  trąca mnie nogą. Takim,  jak ty, to chyba trzeba łopatą do głowy,  choć niczemu to nie służy.   ***   Mój syn ma jeszcze dużo czasu, jemu jest łatwo, gdy zrobi coś złego – Potem  będzie wiedział.   Absorbcja W pobliżu  cmentarz – potwierdza się, cisi  posiedli ziemię, półmrok, neony,  dwa słowa, trzy słowa — jak zmienia  się kolor? Sama wybierzesz.  Kameleon. Absorbcja. To nastąpi jedno  po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro – włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach  czasopism. Napiszemy to  po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach  bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo  ściany mają uszy). Za chwilę niebo zrówna się z ziemią, na podłodze spoczywają w pokoju  zwłoki. Są tylko zwłoki i żadnej poezji. Po prostu śmierć,  nic później, żadnego przedtem ani potem, żadnych złych  wyborów, żadnego Kochanie – – oddać Ci twoje złe wybory, żebyś źle wybrała jeszcze  raz?  Cezary Żarna  – autor książek poetyckich Miłość. Piękna Pomyłka  (2023), Ruch obrotowy  (2025). Współautor kilku antologii i almanachów poetyckich. Laureat konkursów poetyckich. Publikował m.in . w „Akancie”, „Ypsilonie”, „Post Scriptum”, „Tlenie Literackim”, „Czterech Zeszytach and After”, " Pisarze.pl ", „e-eleWatorze”, „Ty.Tu.Le” i „Mojej Przestrzeni Kultury”. Zajmuje się także rysunkiem i malarstwem. Mieszka w Legionowie.

  • Maria Jolanta Fraszewska – Starsza Pani potyka się o słowa

    Starsza Pani biegnie za ognikiem błędnie oceniając sytuację. Starsza Pani założyła obłęd na głowę. Bardzo jej do twarzy. Toczek ją otoczył i spadł do dołka z wizytą. I to zamyka całą sprawę omawiana wciąż na nowo i w kółko spadzistym jak rondo. Grzebieniem przeciąga od do. Goni więc jak cymbergaj. Tak, gaj, gaik zielony, zielony gaj zagaja ją odgórnie. Od głowy wszystko się zaczyna. Nawet psucie. Odgarnia włosy ruchem łakomym. Starsza Pani jeszcze wciąż ogarnia. * Starsza Pani bije w dzwony. Trzep trzep. Przed założeniem trzeba wytrzepać. Sprawdzić czy założenie wciąż jest tą właściwą hipotezą i niezakurzoną. Ale były też i szwedy. Lubiła nosić i te i te. Teraz bije się z myślami. Ale tylko przez chwilę. Wskakuje w dzwony. Wciąż pasują. A choć ona nie – pasuje, nie rezygnuje, to pas jednak nie do pięty. Nie sięga nie po swoje. Starsza Pani się wciska. * Starsza Pani znika. Jest ich wiele. Tych starszych do znikania. Nie dlatego, że ludzie o niej, o nich zapomnieli. Chcieliby pamiętać z założenia. Klapek na oczy. Bo one chronią przed wypadkiem jednego oka lub dwóch naraz. Lecz czy nie lecz, jednak, o choroba! Ona zniknęła. Z listy facebookowej. W korytarzu klatki schodowej bloku, w którym mieszka i przez który przechodzi dwa razy dziennie. Wychodząc po zakupy i wracając. Wymiennie co dwa dni. Bo jednego dnia robi zakupy, a drugiego wyrzuca śmieci. Oczywiście nie zapomina włączyć krokomierza w komórce. Statystycznie ruch przez klatkę schodową jest zachowany i zrównoważony. Kontrowersyjność w pojęciu ruchu. Ruch wahadłowy, pojęcie to jeszcze wciąż istnieje. * Starsza Pani zmienia buty. Nie wymienia, bo po co jej drobne? Niedługo zostaną wycofane z obiegu. Więc Starsza Pani butów nie wymienia jak elektrośmieci. Stopy jej urosły. Nie chodziła do banku zbyt często. Więc się zleżały. Nogi jej urosły, bo musi nadążyć. Bardzo chce. Ale odezwało się zmęczenie materiału. Zawsze mama jej powtarzała. Kupuj buty ze skóry, a nie z materiału. Nawet kapcie. Popękało więc w szwach. Zmarszczki, szczypanki, namaszczenia, podchody. No i już. Chodu chodu. No i rusza po te buty. Buty jak dotąd jej nie brakowało. A diabli nadali smalące cholewki. Od tego momentu nie kupuje kozaków. * Starszą Panią bolą plecy. Dawno temu istniały zasoby plecakowe. Teraz zmurszały, spluskwiały jak ukwiały podwodne. Jednak wciąż istnieją. Wciąż są do wciągania nosem. Ale Starsza Pani odeszła wraz z wodami. Już nie ciąży. Już nie wciąga. Już bez możliwości. Starsza Pani wymienia plecy. Wymienia je jako pierwszą przyczynę współczesnego bólu pleców. Odwołuje się do równowagi. Ale przecież one zniknęły z użycia. Te wagi. Teraz są elektroniczne wskaźniki. Starszą Panią boli głowa. Nie przywykła do wiatru zmian. Nie przywykła do faktów, które wciąż się zmieniają. Ciśnienie jątrzy w jej głowie. Schowa ją do plecaka i wyruszy w drogę. Ślimaczy los ciągnie się w nieskończoność. * Starsza Pani mija się z celem. Odpala karuzelę. Motorowerek trzyma pod pachą. I w siną dal jego oczu wpada. Ostatni dołek na środku policzka. Samopomocy, woła. Głębokiej jak mech wokół tej jednej jedynej paproci. Paprochu, który po trochu, ale skutecznie tkwi w oku. Kwiat agawy też kwitnie tylko raz. A potem nadal jest zielony jak burak w środku nocy. Starsza Pani nie owija w bawełnę. Omija dziury i kluczy. Wiedzą tajemną się staje. Stąd wzięło się powiedzonko: mucha nie siada. Lata więc i lata mijają. * Starsza Pani się sypie. Jak jedno po drugim. Sypnęła się jak sygnalista. Wywaliła korki. Błysnęło. Co za wygoda taka współczesna wygódka. Starsza Pani jest na wszystko przygotowana, bo musi, bo tego się wyuczyła i wciąż pamięta. Tak tak. Dawniej myślało się o tym, aby produkować elementy wymienne. Teraz to ludzi się wymienia lub ich organy. A wtedy działały kąciki naprawcze. Wszystkiego, od pończoch do robotów. Ot, takie słowo jak "kineskop", co to takiego? Mechaniczne oko na ruchomy świat. Taki relikt, a może już artefakt? Starsza Pani niedługo też się nim stanie. W internecie założysz konto i pach i już jesteś w Muzeum Starszych Pań. Ale na razie, niech stanie się współczesną wolniej biegnącą. Bo obciążoną pamięcią wsteczną. Umiejętnością odtwarzania świata już nieistniejącego. Klik klik. Zapytasz – opowiem. Wciśnij przycisk. Jeszcze mrugam. Zanim stanę się interaktywnym ekranem dotykowym bądź instalacją świetlną. Ktoś poruszy mnie gestem i przywoła moją obecność. Oddycham. Oddycham. Wznawiam rytuał przywołujący wspomnienia. Starsza Pani wyciąga kombinerki, żabkę trzyma w drugiej ręce. Maria Jolanta Fraszewska (ur. 1958) – socjolożka i psycholożka. Uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała siedem zbiorów poezji: Wio w snach, Z wiatrem, Płonące języczki, Posypana wiatrem, Prze konanie, Od mięty i odmęty, Trze pot ścierany. W tym trzy wyróżnione nominacją do Lubuskiego Wawrzynu Poetyckiego. Prozę: W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy . Oraz eseje: Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page