Znaleziono 670 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Nina Gardolińska – antologia rozpadu
Nina Gardolińska (ur. 2003) − laureatka konkursów poetyckich, przed debiutem. Jej wiersze ukazują się w internetowych pismach literackich. Robi zdjęcia.
- Marian Lech Bednarek – O zbiorze esejów „Odyseje” Stefana Rusina
Wchodzę do galerii w muzeum wyobraźni Stefana Rusina, a tu pełno portretów na ścianach wisi. Podchodzę bliżej i widzę portret Konstandinosa Kawafisa. Dalej Bolesław Leśmian, Anna Achmatowa, Marina Cwietajewa, Krzysztof Kamil Baczyński, Józef Baran i Urszula Benka. Wszyscy wiszą i patrzą na mnie duchem rozkwitniętego informelu. A ja zdębiałem i wracam do początku obrazów. Zagłębiam się w szczegóły portretu Kawafisa. Szczupła twarz w okularach, przypominająca ptaka, który dopiero co nadziobał się robaczków egipskiej ziemi. Zabłąkany w miłości spokoju rzucił realistyczne światło na ruchliwy pędzel Stefana Rusina. Artysta ujrzał w krawacie greckiego poety wzory rozbryzganych fal rzeki Potomak. Ale któż lubi zwykłą glinę, jeśli chodzi o piękno tryskające z wiersza „Apoloniusz z Tyany”. A nastrój kolorów wychwycił Rusin w zdaniu: „ i niekiedy jakieś niematerialne, zwinne, nieuchwytne widmo leci nad tymi wzgórzami”. „Kawafis był artystą słowa, a pomimo tego nie wiedział, jak wyrazić swoje wewnętrzne rozdarcie i smutek. Taki wyraz twarzy można właśnie znaleźć we wszystkich autorskich portretach Stefana Rusina, które nawiązują do tragicznego życia Odyseusza. Wrzesień 1903 Chociażby iluzjami pragnę się oszukiwać, by nie odczuwać jałowości mego życia Wielokrotnie byłem tak blisko, lecz obezwładniony, pełen lęku. Ust nie mogłem otworzyć, gdy wewnątrz mnie płakało moje życie Tyle razy byłem blisko tych oczu, tych ust gotowych do miłości, tego ciała, o którym śniłem i które kochałem Tyle razy byłem tak blisko. Grudzień 1903 I chociaż o miłości mojej nie mogę nic powiedzieć, ani o twych włosach, ustach, oczach – jednak twarz twoja, którą przechowuję w duszy, dźwięk twego głosu, który trwa w moim mózgu, dni września, objawiające się w mych snach, nadają kształt i ubarwienie moim słowom, zdaniom, o czymkolwiek mówię, cokolwiek wypowiadam Bohaterowie w jego wierszach młodzi i piękni. Szli na spotkanie z miłością dopiero po nocy, o zmroku, w okolice nadmorskich bulwarów i nadbrzeży, a nie do hoteli, gościnnych pokoi przy restauracjach i oberżach, gdzie się uprawia uznane rodzaje miłości, pisze autor S.R. Następny portret w złotych ramach. Na środku długi, orli nos i niebieskie, przenikliwe oczy Bolesława Leśmiana.Czuprynka na głowie rudawa i mały wąsik pod nosem. Brwi ułożone z różnych małych, kochanych kobiet, jakby uplecione z nich. Semickie rysy twarzy; jakże o nich wiele wiemy, gdy spojrzymy w historię przodków, myśli autor esejów. Niemiecko-żydowscy przodkowie Leśmiana ukazują się w jego dużych uszach i nadal słuchają kto chce rządzić tym światem? Malutki człowieczek o dużych stopach i drobnych dłoniach, utopiony w pięknych kobietach jak w trawie, pisze wiersz „Prolog”, jako obraz całkowitego oderwania się od życia. Prolog Dwa zwierciadła, czujące swych głębin powietrzność, Jedno przeciw drugiemu ustawiam z pośpiechem I widzę szereg odbić, zasuniętych w wieczność, Każde dalsze zakrzepłym bliższego jest echem Dwie świece płoną przy mnie, mrużąc złote oczy Zapatrzone w lustrzanych otchłań wirydarzy: Tam aleja świec liśćmi złotymi się jarzy I rzeka nurt stężały obojętnie toczy Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się, W podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty Samotny, stopą ludzką nigdy nie dotknięty, Nie znający pór roku, zamarły w bezczasie Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca, Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa, Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca… Gdy umrę, bracia moi, ponieście mą trumnę Przez tunel pogrążony w zgróz tajemnych krasie, W jego oddal dziewiczą i głębie bezszumne, Nie znające pór roku, zamarłe w bezczasie Gdy umrę, siostry moje, zagaście blask słońca, Idźcie za mną w baśń ową, gdzie chór gromnic czuwa, W baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca! Jednak urzędnicza zaradność i zdolności notariusza Leśmiana rzucają trochę światła na zawirowaną ciemność kolorów malarza esejów. Leśmian nadal zakochany w pięknych kobietach i w płonących myślach filozofa Henri Bergsona wpada z kobietą w krzaki malinowe i pisze wiersz: W Malinowym chruśniaku Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała A szept nasz tylko wówczas zacichał w ich woni, Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni Owoce, przepojone wonią twego ciała I stały się maliny narzędziem pieszczoty Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty Śledzą nas… Okradają z ścieżek i ustroni, Z trudem przez nas wykrytych Gniew nasz w słońcu pała! Śpieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni, Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała. Ciągle to trwało u Leśmiana, kosmiczne pożądanie, aż nagle pomyślałem w tym szkicu, że trzeba dać moją malinową, współczesną odpowiedź. Maliny polskości W malinowym chruśniaku tysiące malin się skrzyknęło by ruszyć na wojnę z kim się da. Różne naczynia ustawiły się jak do wystrzału i dawaj sypało się to wszystko, sypało czerwone aż ślinka ciekła. Jasne pola dudniły od słońca, a tu góry malinowej amunicji rosną, przelatują nam przez palce różne szczyty ambicji, wymierzone jak snajperskie pocałunki. Komendy padają, losy wrogów na gałęziach się kołyszą opłakane ciszą. Wciąż wynurzają się z ciemności krzaków nowe bataliony, by czmychnąwszy do butli wystrzelić nalewką spirytusową w łeb emigrantów. Ach jakie słowa padają przy malinach, nawet Putin i Trump nie rozgryzą tych szyfrów wojennych, bo nie znasz dnia ani godziny kiedy dopadną cię maliny. Marian Lech Bednarek Maliny też dopadły Stefana Rusina, zwłaszcza jako malarza. W poświacie czerwonych mgieł unoszą się tu i tam na wystawie jego wyobraźni. Na przykład w obrazie „Nie ma fauny i flory.Jest odrobina wyobraźni”,pastel. Wyobraźnia ta namalowała jeszcze inne zacne portrety poezji światowej. Spotykam kolejny portret. Tym razem w ciemnych, dramatycznych ramach ludzkiego żywota. To portret Anny Achmatowej. Jak pisze autor, poetka wzięła to nazwisko jako pseudonim po swojej prababce Tatarce Praskowii Achmatowej. Stało się to wtedy, gdy ojciec z matką ( o nazwisku Gorienko) nazwali pisanie wierszy przez Annę zajęciem haniebnym .Z obrazu patrzą egzotyczne rysy twarzy, lekko wygięty nos, szare duże oczy i długie ciemne włosy. Po prostu kobieta do poderwania, tancerka. Ale właśnie taki Anna miała los: mnóstwo kochanków, mężów, ślubów. Ale i dużo zła i prześladowań ze strony Stalina i jego sługusów. Ale ludzie coraz bardziej uwielbiali jej poezję. Autor S.R. dobrze uchwycił w tym obrazie literackim olbrzymi dramat Anny, posługując się ciemnym kolorami ludzkiej biedy, która Annę pochwyciła w szpony gruźlicy, zawałów serca, braku pieniędzy i wielką samotność, którą powiększali otaczający ją rodzice i mężczyźni zdradzający ją. Anna nie kochana przez męża, napisała poniższy wiersz: Lubił trzy rzeczy na świecie: śpiew podczas nabożeństwa, białe pawie i przetarte mapy Ameryki Nie lubił, kiedy płaczą dzieci, nie lubił herbaty z konfiturą z malin i nie znosił kobiecej histerii …A ja byłam jego żoną. Ale Annę wielu mężczyzn kochało, bo była piękną kobietą, o pięknym glosie. Co wykorzystywała jako różne tajemnice miłości, tryskającej z jej wierszy. Jej późniejsze sukcesy literackie i sława świeci u Stefana Rusina jasnymi pastelami słów, które można podziwiać w kolorach na różnych wystawach autorskich. Widać portrety radosnych, trochę baśniowych ,pięknych młodych kobiet, namalawanych suchą pastelą. Kojarzy mi się to wszystko z ogólnym osobowym pięknem Anny Achmatowej, która czaruje do dziś swoją poezją, choć jak wiemy, już dawno nie żyje. Zwiedzanie wystawy Stefana Rusina ciągle trwa. Muszę powiedzieć, że po przeczytaniu eseju o Marinie Cwietajewej, jestem cały zdruzgotany, aż mi paleta z rąk wypadła, bo też jestem malarzem, co bardzo wpłynęło na uformowanie się portretu tej poetki we mnie. Zacznę, jak zwykle od ram.Tym razem ramę portretu dostrzegłem jako podwójną. Pierwsza jej część wygląda tak: Marina Cwietajewa (fragment wiersza ) Po powrocie z emigracji stałam się dla nich obca Córka w łagrze Siostra na Syberii Mąż w więzieniu Syn nie mógł się pogodzić z naszą biedą Zakazano druku moich wierszy, przecież mogły być komuś potrzebne, może nawet jak chleb Przekładałam tylko drugorzędnych poetów. Drugą częścią ramy portretu jest ogień, rama z ognia miłości, której Marina pragnęła i która jej osobą promieniowała. Po środku portretu siedzi pogodna kobieta o ciemnych oczach, skrywających prawdę duszy, rudo-złote włosy. Lekko się uśmiecha. Kochała różnych mężczyzn, a oni ją, ale kochała też niektóre kobiety. Te dwie części ramy mieszają się ze sobą, aż ciężko postawić kropkę zakończenia tego mojego szkicu. Stefan Rusin pisze: „Dbała o to, by jej poezja była odważna i oddawała jej czasy pełne tragizmu i politycznych zawirowań. Zajmowała się w niej tym, co wielkie: życiem, miłością, śmiercią, sztuką, wyjątkowymi twórcami. Emigrację rosyjską drażniły jej odważne eksperymenty nad wierszem”. Gdy rozkwitła już poetycko i żyła ciągłym pragnieniem miłości, zaczął ją niszczyć Stalin i jego NKWD, nawet poza granicami ZSRR. Marina Cwietajewa opisuje to w drugim fragmencie wiersza: Straceńcza odwaga opuszczała mnie Dłużej nie mogłam iść pod prąd i przyjmować pogardy Ojczyzna to złudzenie Oficjalnie pracowałam jako pomywaczka Gdy syn z mieszkańcami Jełabugi porządkował miejsce pod przyszłe lotnisko, w sieni odebrałam sobie życie Moim zwłokom nie odprawiono panichidy Nikt nie wie, gdzie je pochowano Ale nie zapomniano o haku, by go pokazywać pątnikom. A zatem, smutno pisząc to zdanie, Marina Cwietajewa odebrała sobie życie ( powiesiła się na linie), ale zostawiła po sobie piękne, przejmujące wiersze i smutek w duszy Czytelnika. I to musieliśmy jakoś razem wymalować ze Stefanem Rusinem, bo on malarz-poeta i ja malarz-poeta. Zwiedzam więc dalej muzeum portretów jego wyobraźni i i mojej. Następny portret to Krzysztof Kamil Baczyński. Ten obraz też zaskakuje ramami, bo zbudowane są one z karabinów maszynowych, które mnie prowokowały, żebym sprawdził czy mają w magazynkach jeszcze naboje. Wolałem jednak spojrzeć na postać poety namalowaną przez Stefana Rusina. Twarz raczej delikatna, ukryte mądre spojrzenie szaroniebieskich oczu i włosy ciemnoblond. Siedzi przy stole, na którym leżą ołówek, kartka, pióro i karabin maszynowy powstańca. „Ponieważ nie odnajdywał się w schematach ideologii”, jak pisze autor, ja myślę że umiejętnie łączył konspiracje, bojowe akcje z pisaniem wierszy i rysowaniem. O swoim pokoleniu napisał tak: Nas nauczono. Nie ma litości.Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, Któremu kości kijem złamano, i drąży ciężko bolesne dłuto, nadyma oczy jak bąble – krew. Nas nauczono. Nie ma sumienia. W jamach żyjemy strachem zaryci, w grozie drążymy mroczne miłości, własne posągi – źli troglodyci. Nas nauczono. Nie ma miłości. Jakże nam jeszcze uciekać w mrok przed żaglem nozdrzy węszących nas, przed siecią wzdętą kijów i rąk, kiedy nie wrócą matki ni dzieci w pustego serca rozpruty strąk. fragment utworu K.K. Baczyńskiego "Pokolenie", 22 lipca 1943 Baczyński to poeta apokalipsy spełnionej, legenda. To miłość i wojna, baśniowy świat przyrody i brutalna rzeczywistość, teatr snu, symbolika poetyckich obrazów, kumulacja wrażeń zmysłowych (zapach lilii, biały wąż milczenia, szum morza, miękkość obłoków). Miłość jest sacrum, sensem życia, przynosi ukojenie. Ponieważ patronami poezji Baczyńskiego byli Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, Czesław Miłosz, Józef Czechowicz, autor eseju S.R. zaczął robić dużo kleksów na płótnie kartki.Przeważały brązy, czernie, czerwienie i żółcienie. Zielenie pojawiły się wtedy, gdy Baczyński uczył się w różnych szkołach. Czerwienie i czernie wtedy, gdy poeta strzelał z karabinu i ocierał się o śmierć. Błękit pojawiał się wtedy, gdy Krzysztof przytulał kobietę i pisał wiersze o miłości. Kiedy autor eseju pisze „Właśnie w tym liceum zdarzały się przypadki zachowań ksenofobicznych i antysemickich wśród uczniów”. Bo Krzysztof wśród wrogów się znalazł, rozpętała się krwawa bójka między Polakami a Żydami. Żydem był również profesor-wykładowca. Nad klasą unosiły się szepty Zyyyt, Zyyyt, nie Żyd, tylko Zyyyt, Zyyyt. I właśnie w tej klasie rozbluzgały się wszystkie kolory malarza, a właściwie wszystko zamieniło się w różne kleksy, najbardziej te czerwono-czarne. Artysta Stefan Rusin przemówił informelem kleksowym jak Pollock, a zarazem zdaniem-myślą. Stanisław Piętak (1909-1964) napisał: „Sylwetkę miał jeszcze chłopięcą, a wzrost mniej niż średni, twarz szczupła, oczy szare, trochę zmęczone, chory był ciężko na astmę, nie ukrywał tego (…) był dowcipny, wymowny, o żywiołowym poczuciu humoru. Przy tym zadziorny był po młodzieńczemu, najwięcej opowiadał o bojowych akcjach, sam co raz rwał się do nich, już wtedy zamierzał wstąpić do konspiracyjnej podchorążówki, na co patrzyłem bardzo sceptycznie”. Kleksów dużo w tym eseju malarza, aż Baczyńskiemu zatęskniło się za dzieciństwem, więc pisze: Matka Sny dziecinne pachniały wanilią. Jak oderwać to życie od trwogi? Te dni jak małe bożki w oliwkowym lesie – – wyrosły z nich dorosłe wilki i ogień opaliły sosny strzelistych uniesień. […] Matko, jeszcze jednym uśmiechem sprzed lat dwudziestu przywróć mi wzrok dla świata dziecięcy. [fragment utworu K.K. Baczyńskiego "*** (Sny dziecinne pachniały…)", 26 października 1940] Po kolejnej akcji bojowej powstania warszawskiego, Krzysztof nie wrócił już do swoich wierszy, rysunków, grafik. I do życia. Został trafiony kulką w głowę przez niemieckiego snajpera.. Na płótnie kartki eseju znowu pojawiły się czerwone kleksy krwi. Ale przed jego zakończeniem malarz-poeta prysnął też niebieskimi plamkami (i widać było że z dużym rozmachem to zrobił). Prawdopodobnie to dusza Krzysztofa Baczyńskiego odlatywała do nieba. A teraz podchodzę do portretu Józefa Barana. Jak zwykle, zaskakujące ramy obrazu. Zbudowane są z kosy, grabi, motyki i łopaty. A więc narzędzia rolnicze, poprzez które poeta zaczynał poznawać życie na wsi. Ale pisząc kolokwialnie, Józef Baran, to nie baran, jak na niego mówili koledzy w dzieciństwie. Józef Baran to kot o ciemnych oczach, który potrzebuje ciepła i wolności .Jest średniego wzrostu, okrągła twarz, duże uszy i ciemne oczy, krótki nos podparty siwym wąsem. Włosy krótkie, ciemne, pokryte siwizną. Oparty jest plecami o stodołę, patrząc w dal, która mu przyniesie dużo niespodzianek w życiu. Poeta-malarz tego eseju wyrzucił z siebie cały potencjał kolorów związany z kolorytem desek szopy. Gdzie nie gdzie widać było pęknięcia, sęki i ociekający smugami olej jak łzy życia Józefa Barana, które dopiero zaczynał przenikać jako poeta. Pewnego dobrego dnia napisał wiersz: Śnił mi się Artur Sandauer Śnił mi się Artur Sandauer jak na nieżyjącego wyjątkowo ciepły i ożywiony – pan sobie nie wyobraża powiada – co to za rozkosz dla prawdziwego krytyka być Nicością uzyskać wreszcie dystans absolutny do wszystkiego nawet do Rilkego i Mallarmego Goethego i Homera czytać te ich pożal się boże arcydzieła bez ziemskiej taryfy ulgowej z perspektywy Ostatecznej – no cóż zawsze chciał się pan zbliżyć do tej boskiej perspektywy – jakby pan zgadł westchnął melancholijnie z bardzo daleka i wysoka – niech pan jednak nie zapomina że do osiągnięcia tego brakowało mi zawsze jednego dystansu do siebie samego a teraz właśnie to mam jeżeli śmierć jest mistrzynią życia niebyt jak dotąd najdoskonalszą formą nieomylności objawił mi przez sen swój najnowszy paradoks nim jak to on tryumfalnie rozpłynął się na powrót w nicości Był wtedy młodym „dobrze zapowiadającym się” poetą z prowincji. Dlatego w dalszej części eseju Stefan Rusin przeorał Józefem Baranem (jak pługiem) pola Australii, Ameryki Południowej i Północnej, gdyż poeta napatrzony od dziecka na rolnictwo i całą przyrodę posiadał idiom swojego języka – jakby już wrodzony, bo gdy spojrzał na kosę, to ona podobno aż śpiewała. Wszędzie czuły na konkret i atmosferę wsi. Dlatego rodzi się wiersz: Przed świat idące nawoływanie zakochaj się we mnie ja się odwzajemnię wczepimy się w siebie bez tchu i bezdennie ja skryję się w tobie ty się skryjesz we mnie śmierć nas będzie szukać po świecie daremnie Pod wrażeniem myśli buddyjskiego mnicha Shunryu Suzuki (1904-1971) poeta pisze w swoim dzienniku: "Są ludzie, którzy w którąkolwiek stronę się obrócą i cokolwiek powiedzą, natychmiast stwarzają wrażenie jałowej pustyni, a zarazem potem lejkowatej pustki, która wsysa do środka, tak wszyscy od nich uciekają. I są ludzie, którzy cokolwiek powiedzą czy uczynią, powodują, że rodzi się wokół żyzna słoneczna okolica, słychać śpiew ptaków, szmer źródełka i czuć pogodną aurę; dlatego chce się z nimi jak najdłużej obcować, rozmawiać, bo człowiek czuje się w ich obecności bogatszy i ciekawszy." I tu Stefan Rusin idąc tropem buddyjskiego Zen, maluje aurę sielskości pejzażu, wszystko suchą pastelą, by uspokoiwszy Czytelnika, podsumować biedę Barana w cywilizacji Zachodu. Ukazuje to poniższy wiersz: Wspomnienie pierwszego wyjazdu na Zachód tyle zachodów i wreszcie Zachód! sezamy świateł i towarów otwórzcie się! Paryż 1978 słyszę przez okno motelu Sous une Tulipe miarowy stukot obcasów to kroczy ku mnie wieczny emigrant Stanisław Mrożek dostojnie jak bocian z Borzęckich łąk (gdyż jako satyryk jest szczególnie uwrażliwiony na własną powagę) będzie uczył ziomka jeździć metrem właśnie oderwał się od pisania Emigrantów zagląda do otwartej szafy w mojej mansardzie z sublokatorami molami i widzi puszki konserw jest bardzo kontent tak, tak! – potwierdza autorytatywnie wszyscy Polacy wyjeżdżają do Paryża z konserwami zgadza mu się jest jak w jego sztuce… W końcu Stefan Rusin zniesmaczony złymi prognozami Ukrainy z Rosją, przechodzi do tematu wojny. Wystrzały wszystkich jego kolorów na palecie zamieniają się w strach ludu Ukrainy przed bombami i przybywają wiatrem pod pióro Józefa Barana: Ukraino Ukraino Ukraino Ukraino czarnoziemna kraino szkielety domów poburzonych miliony bezdomnych wypędzonych ciągną drogami ulicami kobiety z dziećmi z psami z tobołkami ich żywe miasta obrócone w kamień na kamieniu w perzynę Ukraina Ukraina cierpienia kraino Chrystus na krzyżu umiera ty we mnie Ukraino śpiewasz pieśń o dzielności sen o potędze czy zawsze musi się za to płacić krwią ofiarną (…) Ukraino Ukraino otwarta brocząca krwią rano całaś nią już zalana gdy wypuszczasz z siebie skrzydła stale obcinane mieczem najeźdźcy… I pod koniec wiersza schodzimy do naszej codzienności: Ukraina, krew, Chrystus, cierpienie, ból emigracji przeszywający cały nasz świat (a szczególnie Europę). W tej sytuacji niejeden człowiek, niejeden poeta chciałby zostać tylko kotem, któremu wystarczy trochę ciepła i miłości. A przede wszystkim artystycznej wolności, która aż pachnie w jego wierszach. Nie wiem, jak to mitologicznie wytłumaczyć, ale po przeczytaniu eseju Stefania Rusina o Urszuli Bence, przychodzi mi jedynie do głowy pragnienie, żeby ten szkic o poetce napisać jako ptak. Nie wiem czy dam radę? Określić ramę i samą poetkę. Ale stoję już przed obrazem. Ramy jakby nie było, wokół obrazu dużo mandarynek i pomarańczy (widać że Rusin tu narozrabiał). Patrzy na mnie łagodna, w dojrzałym wieku kobieta o niebieskich oczach i bujnych włosach. Ale sprawa się bardzo skomplikowała, gdyż ja też kiedyś namalowałem dwa portrety Urszuli. Jeden był prawie realistyczny, który już kilka lat wisi na ścianie w jej domu. Drugi portret w tym roku namalowałem (2025). To portret jakby surrealistyczno-dadaistyczny. I w formie i w kolorze. Poetka tańczy nad sobą smukłymi, drobnymi rękami. Na głowie siedzi jej bardzo kolorowy ptak. Otoczona jest chmarą niebieskich i czerwonych gwiazd. Nad Urszulą świeci duża niebieska gwiazda .A pod Urszulą zaś czerwona, większa od niebieskiej. Siłą rzeczy nałożyły się na siebie dwa portrety. Ale jak to u Urszuli, ona to lubi, bo codziennie w mitach baraszkuje, że tych portretów Urszuli jest na świecie o wiele więcej. Jako królowa mitów, zakochana w Leśmianie, żartuje sobie wierszem: Ballada o zakochanym wisielcu no to cóż z tego, że cię kocham – wisząc? i że nie pieszczę tylko się wstrząsam – spróbuj ty także obok mnie zawisnąć ty najpierw w górę wzniósłszy włosy potem ciałem do włosów nadążyć: spróbuj od wewnątrz tak spiąć się potem przewiń się przez śmierć i przez miłość: z miłości upleć dla szyi stryk ze śmierci – dla bioder grzech potem przewiń się przez śmiech a to już wiatr tak ciałem kołysze a i duszą tuż obok na strychu wtedy diabli nam otchłanią poruszą jak chorągwią jak złością a Bóg wierny i sprawiedliwy na wywalone nasze języki grosz położy z litością Po czym Stefan Rusin po malarsku odkrywa, że nastroje grozy, milczenie, emocjonalne rozdarcie, stapianie się w nicości Urszula wywiodła ze swoich majaków sennych, a nie z rzeczywistości. Odczuwając ostatnie godziny życia swojego męża malarza, pisze wiersz: Ostatnie spotkanie za każdym razem gdy chwytasz mnie w ramiona wiem że to spotkanie jest ostatnim w życiu i tylko powtarza się przez kolejne noce w ich czarnych wielogodzinnych lustrach gdzie czeka na nas ten chłopczyk z płonącym na piersi kwiatem a my nie śmiemy podejść gdy dwoje naszych serc to tylko wyraz oczu tego chłopca á Paris, place Monge, le 13 janvier 84 Stefan Rusin dopowiada: „Stanisław Barańczak w zaproszeniu Benki na Uniwersytet Harvarda zwrócił uwagę na pojawiający się nurt mistyczny w poezji Urszuli Benki”. Dużo wierszy u Benki powstaje ze zwidów nocnych, zjaw, jakby poetka szukała przyczyny istnienia, zamieniając to w poezję. Na przykład TY. Cokolwiek z nad wód powstaje. Dopiero dziś narodził się, pełen zranień. + + + Świętość skażona jest nicością, na drogach są ślady bestii. Człowiek, gdy idzie jedną z tych dróg, myśli o zbawieniach, o odrzuconej łasce, o pokucie. Świat Urszuli Benki to jeden wielki informel odczytany przez Stefana Rusina. W tych wszystkich wierszach leją się setki litrów różnych kolorów, charakterystyczne smugi rzeki. Wszystkie tematy są płynącą farbą. Ale poetka przywykła do takiego świata u boku swego męża malarza Urbanowicza, kiedy jeszcze żył. „Obrazy w wierszach są gęste od znaczeń”, potwierdza to autor eseju. A poetka w opowiadaniu „Triamat”, o stosunkach damsko-męskich pisze: „Jedynym wyjściem-czułam coraz mocniej – jest w sposób naturalny skończyć romans”. Ulubionymi tematami rządzenia Ludźmi i historią, wszechświatem kultury i piękna, jest dla poetki Jezus Chrystus, Orfeusz, Eurydyka. A zaskakująca scena pojawia się wtedy, gdy Orfeusz zjada Eurydykę. Ale i Orfeusza w końcu dopadają bestie (menady) i rozszarpują go na strzępy, które potem zbiera Chrystus i czyni tak, że robaki, zwierzęta, ptaki dalej słuchają śpiewu Orfeusza. Ale jak znam Urszulę, ona na to z lekkością odpowie: „Księżyc się pokłócił z jajkiem”. I to jest cała odpowiedź, dlaczego Chrystus swoim spokojnym milczeniem zwycięża Heroda, który Jezusa chce namówić do dokonania jakiegoś cudu. Ale Jezus jest nieugięty i swym milczeniem zachęca Urszulę, by dalej kontynuowała swoją opowieść o księżycu i jajku: Duszę ci moją dam jak wianek Będziesz w wianku Niebieski kochanku Niech Trójca się z nas śmieje I następna rozróba poetycka Urszuli: Oj, kwoko moja biedna Wysiadujesz jaja piekła Twoje własne złote rozbite Płyną przez ulicę Może tymi piekielnymi zabawmy się i my I niech teraz piekło łyka łzy I niech kuka żałośnie kuku kuku gdy kot-Jezus się skrada Dopaść ptaka A potem padają święte słowa, napisane jakby samym światłem przez Stefana Rusina: „Jeśli dobrze rozumiem Benkę, człowiekowi dane jest doświadczenie pełni, a więc tego, co współtworzy jego duszę. Swoją drogę powinien przebyć od społecznego dna aż do tronu. Musi pozbyć się lęku, bo ma tylko siebie, jako klucz do tego skarbca. Choć napotyka przeszkody różnej postaci, otwiera się przed nim możliwość zachowania pełni tożsamości i zdobycia skarbu. Każda rana, jaką doznaje, jest święta. Rana inicjująco „daje mu nowy rodzaj widzenia”. Nagromadziło się tyle dobrych kolorów i dźwięków na palecie malarza-poety, że aż mu spadł pędzel ze stołu i zrobił kleksa w formie wiersza, który jest pochwalą wielkiej intuicji, jak pisze Urszula: Wieprze stały wokół głowy jak wieniec Wpatrzone w oczy i usta Nie myliła ich intuicja Język Orfeusza był słodki melodyjny Jego oczy były smaczne lekko słone Po rozgryzieniu czaszki świeży mózg Zwierzęta zlizywały z tą godnością Jaką daje usłuchanie Boga Boga piękna Boga wiecznej sztuki Uniesiony w glorii pochwał i zachwytów różnych znanych polskich i zagranicznych krytyków, którzy o poezji Benki aż śpiewają, ja nie wiem jak tu podać Urszuli moją prawdziwą rękę. Bo jak szkicuję te eseje Stefana Rusina malarza-poety, to mi pismo kruszeje. Ot…, zdobywanie wielkiej twierdzy, która mi szepnęła grubymi murami: „ Już nie będziesz żył nigdy w nędzy, drogi Marianie. Postaw tylko kropkę z uśmiechem, a znajdziemy się w cudownym puentowym lesie”. Ale muszę powiedzieć, że dla mnie, jako też malarza-poety, to był wielki trudny zakręt ,to pisanie, z którego, mam nadzieję, wyszedłem cało, nie poobijany jak po wypadku, by dalej obserwować ciekawy rozwój duchowy świata poetyckiego mojej przyjaciółki Urszuli Benki, i jej świata codzienności, w którym na pierwszym miejscu żyją dom z ojcem-staruszkiem i jej ulubiony ogród. Książkę „Odyseje” Stefan Rusin wydał za własne pieniądze. Marian Lech Bednarek (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in . tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy , a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski . Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w międzynarodowych antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na najważniejszych festiwalach w kraju i za granicą. Były redaktor naczelny pisma „Plama”, założyciel Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.
- Charles Garatynski – Diabeł i szczegóły
Od jak dawna jej nie dotykał? Nawet gdy próbowała sobie przypomnieć – naprawdę, całym sercem – nie potrafiła. Ach, tak, gdy przypaliła zupę, dwa tygodnie temu. Niewdzięcznik. Patrzyła, jak opiera łokcie na kolanach i z czułością wpatruje się w płótno. — Andrzeju, chodź już do łóżka. Poruszył się w ciemności. Nic nie widział, ale uparcie malował swoje bohomazy, pomyślała. — Andrzeju...? — Już idę, Nadżimo. — Co ty tam właściwie wyprawiasz? — Przecież wiesz. — Ale już trzy razy poprawiałeś to żabie udo! — Nic nie rozumiesz. Cały obraz się na nim opiera. Zdjęła okulary, odłożyła je na stolik nocny i zamknęła oczy — bez zamiaru zasypiania. Racja, kiedyś to jego artystyczne nieudacznictwo, ta kompulsywność, ją pociągały... Ale dziś... Tamtej nocy nie przyszedł do łóżka. Przez długie godziny słyszała, jak pędzle muskają płótno. Zasnęło mu się na kanapie o siódmej rano, gdy Nadżima właśnie wstawała. Spojrzała, jak leży rozwalony na leżance. Brzuch wystawał mu spod koszuli. Wtedy podjęła decyzję. Podeszła i obcięła mu kosmyk włosów. W Glod, ich małej rumuńskiej wiosce, było wysokie wzgórze górujące nad równiną. Mówiono, że diabeł zaszył się tam przed wiekami. Mówiono też, że żywi się włosami nieudolnych mężów, by odebrać im życie i wyzwolić zniecierpliwione żony. Czasem czynił też inne cuda: przywracał wzrok ślepcom, odpalał silniki pickupów zimą. O świcie włożyła kalosze i wyjęła z szafki do ogórków mały nożyk — na wszelki wypadek. W upale tylko lekki ślad kurzu zdawał się za nią podążać. W końcu, na zakręcie ścieżki, ujrzała mężczyznę całego w bieli. — Ty jesteś diabłem z Karpat? — We własnej osobie! Patrz tylko! Wskazał na oliwne drzewko, które natychmiast stanęło w płomieniach. Nadżima uśmiechnęła się zadowolona. — Nie myślałam, że nosisz się na biało. — Za gorąco. Już dawno porzuciłem czerń. — Tak czy siak, nie po to przyszłam. Mój mąż mnie już nie dotyka... Ba, nawet nie patrzy! Tylko maluje. — To go zostaw! — Nie! Chcę, żebyś go zabił. — Ale przecież go kochasz, prawda? Parsknęła nosem. — Tak. — Widzę to. Wiem to. Mam inną propozycję. Zawsze marzyłem, by stworzyć arcydzieło. Ale potrzebuję do tego duszy. Tymczasowo zabiorę duszę twego męża, ukończę obraz życia, a potem go uwolnię. Już nie będzie malował — zbyt nasycony wspomnieniem mojego geniuszu. Podała mu włosy Andrzeja. Zamiast je połknąć, wsunął je pod brudne paznokcie, prosto w ciało. Jeden paznokieć pękł, po czym natychmiast odrósł. Skóra zaczęła mu pękać jak u gada. — Idę do twego męża. Andrzej Miumiu, zamieszkały przy bulwarze Lekarza Oracza Caro, numer 56. Nie zdążył dokończyć, ale się nie pomylił. Jego ręce powoli się rozpłynęły, aż pozostał tylko biały cień. Gdy wróciła do mieszkania, mąż był bardziej niespokojny niż zwykle. Wspinał się po zasłonach, miotał po salonie jak opętany. — Ach! Nadżimo, jesteś! Tego mi brakowało! Po raz pierwszy od dawna okazał jej czułość i naprawdę zdawał się cieszyć jej obecnością. Podziękowała diabłu w myślach — zadziałał szybko. Chciała pocałować męża, ale jeszcze się powstrzymała. — Chodź tu, Nadżimo. Podejdź bliżej. Chcę cię namalować. Chcę cię całą! Podeszła powoli do okna. Widziała tylko jego plecy. Na zewnątrz zaszczekał pies. — Jeszcze bliżej. I nie ruszaj się. Pokaż mi kolana. Stała przy oknie. Lekka zasłona osłaniała jej ciało, światło z ulicy rysowało jej profil. Andrzej atakował płótno szerokimi, ale precyzyjnymi ruchami. Ich spojrzenia się spotkały – w jego oczach była pasja i furia. — Jesteś piękna, moja miłości, ale muszę widzieć więcej. Muszę widzieć wyraźniej. Z koszuli wyjął błyszczące ostrze. — Co robisz, Andrzeju? — Chcę zajrzeć do środka, do schodów serwisowych... Nawet do rur! Muszę poznać całą prawdę, by godnie ją oddać. Starała się nie okazać strachu. Znieruchomiała w ciemności. Oddech Andrzeja stał się chrapliwy, urywany. Gardło wydało dziwne dźwięki. O mało się nie zadławił. Ślina i flegma zalały mu usta. Już miał je wypluć na płótno, gdy rozległ się głos zza grobu: — Nie na obraz, idioto! Natychmiast połknął obrzydliwość. — Przepraszam, mistrzu. — Ależ jesteś roztargniony — skup się! Nie widzisz, że ona ucieka? Nadżima zbiegła po schodach i rzuciła się w zaułki Glod. Zanim wyszła z mieszkania, zdążyła tylko rzucić okiem na bezkształtną masę kolorów na płótnie. Został sam. Andrzej przytulił twarz do ściany. — I co teraz, mistrzu? Nie mam już muzy do rozbioru. — To ty musisz teraz zajrzeć w siebie. Mocniej chwycił za rękojeść noża. Uniósł ostrze, zawisł nim nad brzuchem, gotów się rozciąć, by się zbadać. Diabeł tkwi w szczegółach, pomyślał. Ale zawahał się. — Na co czekasz? — Już, już... Ale zanim to zrobię... kim pan właściwie jest, mistrzu? Słyszę pana, ale nie widzę. Znamy się dopiero od południa, a pan już mi każe się rozcinać. Trochę szybko to idzie, nie sądzi pan? — Potrzebujesz uzasadnienia? Kiedy ma się wiarę, nie zadaje się pytań. Do dzieła! Skinął głową. Uniósł rękę i z całej siły pchnął ostrze w stronę pępka. Ale w ostatniej chwili coś go powstrzymało. Cicha, nieuchronna siła. — Mistrzu! Nie mogę! Przysięgam, że nie mogę! Chciał zapłakać, ale głos natychmiast go pocieszył: — Ach, drogi Andrzeju, dziękuję! Oddałeś wszystko i nie zostało ci nic — doskonale. Podarowałeś mi moje najpiękniejsze arcydzieło. Teraz możesz umrzeć spokojnie. — Ale kim pan jest?! Nie wiedział jeszcze, że głos już się nie odezwie. Zapiał kogut. Świt. Położył głowę na chłodnej podłodze. Istniało wyjście z tej rozpaczy. Wiedział przecież, że mówią, iż diabeł mieszka w górach Glod. A jeśli to prawda? Wyruszy tam dziś rano. Może diabeł da mu siłę, by zemścić się na głosie. A może — kto wie — obdarzy go talentem do malowania. Oczywiście, za drobną przysługę... Charles Garatynski (ur. 1998) – dorastał z matką, malarką polskiego pochodzenia, która przybyła do Francji nielegalnie. Jego twórczość oscyluje między słodko-gorzką ironią a dyskretnym liryzmem. Pisze opowiadania, poezję i sztuki teatralne. Laureat nagrody Pampelune 2025.
- Aleksander Wierny – cztery wiersze
Piłka Gra z małym synem na wiejskim, nierównym boisku. Podaje, a syn strzela na pustą bramkę. Ćwiczą woleje, więc żółta piłka lata nad klepiskiem, żeby ominąć kępy trawy. A on się milcząco modli: proszę, żeby piłka nigdy nie spadła, żeby teraz trwało, a w nim mój syn i ja, żeby syn zawsze czekał na podanie z nadzieją, że spadnie na jego stopę, że dotrze, co mu posłałem. I jeszcze: żeby, bo piłka przecież spadnie, mój syn pamiętał to teraz jakby wciąż leciała między nami, nawet kiedy stanę się klepiskiem. I żebyśmy wygrali. Odpoczynek Po ostrym podjeździe przystanek pod wiejskim cmentarzem, na bramie napis „Odpoczną, powstaną”. Kamienny anioł wpatruje się z lękiem w zardzewiały krzyż, na niektórych grobach kwiaty, na innych tylko liście z lasu co skrzypi jak stare rowery, którymi przyjechali: on i mały syn. On odpoczywa, mieli świeże powietrze czerwca w ciaśniejszych niż kiedykolwiek płucach. Zasłużył na ciszę, która zapadnie i dopadnie, kiedy płuca skurczą się w skrzep, gdzie przetną się na krzyż dwie proste, jedna z tej, druga z tamtej strony. Chce zostać, ale powstaje, bo syn wraca, pędzi w dół, a on za nim, lekki w zapachu lip. Reguła Trzyma się trajektorii przy krawędzi szosy tak mocno jak kierownicy roweru. Słyszy silnik doganiającego samochodu i ściska, śliski od potu, jeszcze silniej. Nie wie, co zrobi kierowca. Postąpi według przykazań kodeksu? Wierzy w regułę, która zabrania wytaczać dział i utaczać krwi? Tak powstały konstrukcje katedr i AI, myśli, w wierze we wspólne, dlatego planety się nie zderzają, myśli, bo przecież porządek pracuje i w dużym, i w małym. Wierzy, ale puszcza małego syna przodem, żeby w razie czego wziąć na siebie. Siłą woli próbuje powstrzymać ciemniejące chmury. Chce dotrzeć do domu przed deszczem. Doktor - Boję się śmierci - mówi mały syn. - Czasem kiedy słyszę karetkę, myślę, że jedzie właśnie do ciebie. - Jedzie od dawna - chce odpowiedzieć. - A w niej dobry doktor, który wśród bieli na zawsze wyleczy nas ze strachu. Na ciemnej ulicy chwyta syna za rękaw, żeby zatrzymać go przed niebezpiecznym przejściem i nie puszcza, nie puszcza. Aleksander Wierny – poeta, prozaik. Urodził się, mieszka i pracuje w Częstochowie. Autor pięciu książek prozatorskich i pięciu tomów poezji.
- Mariana Spada – trzy wiersze
Lato, tam i z powrotem Nie ma to jak wiosłować nocą po rzece czarnej, dobrze znanej, tak czarnej że księżyc odbija się w opalizujących sylwetkach ryb przecinających pradawny nurt, tysiąc noży rzucanych z dna przez ślepą dłoń. W tej rzece ujarzmionej przez tamy konary łagodnie zwieszają się daleko od brzegu, całując wodę tam, gdzie czerpią ją świetliki, które niegdyś wydawały się nas śledzić. Tę to rzekę przepłynęliśmy razem pewnej nocy, z piaszczystego brzegu na ten drugi, z cierniami. Ferreri Ganadera Jeszcze raz próbuję wyjaśnić na czym polegała praca mojego ojca. Załóżmy że coś się psuło w zakładzie rura wypluwała amoniak albo pistolet do uboju tracił ciśnienie nieważne co dokładnie niezliczone rzeczy mogą pójść nie tak i nie da się tego uniknąć czy to na okręcie podwodnym czy w rzeźni. Wtedy ktoś wyruszał ścieżką wzdłuż strumienia z zepsutą częścią i szedł do magazynu gdzie czekał mój ojciec. Lata pracy nauczyły go oceniać jednym rzutem oka czy istnieje pośród setek pudeł część zamienna: jeśli nie wypisywał zamówienie jeśli tak nie było w tym żadnej filozofii: ojciec przynosił ją kładł na biurku porównywali obie nową i starą jeśli się zgadzały podpisywało się odbiór a on znów zostawał sam absolutny pan swych popołudni których nigdy nie wykorzystał na pisanie opowiadań ani na działalność związkową: i to było mniej więcej wszystko. Teraz, gdy jestem prawdziwą kobietą We dry and die in the sun — Weldon Kees Teraz, gdy jestem już kobietą z krwi i kości mogłabym się upić w towarzystwie tych facetów, którzy zabijają popołudnie po całym dniu pracy w kuźni choć w tym mieście kuźni nie ma. Bez pośpiechu zrujnować się przy tym samym skromnym barze, jak pewna lesbijka z siwymi włosami, która — co za niespodzianka: potrafi dotrzymać kroku pięciu większym od niej facetom stając z nimi w szranki na miłosne anegdoty recytując Weldona Keesa z pamięci albo opowiadając im później coś czego nie wiedzą: na przykład o ucieczce poety — ładniejsza wersja Faulknera o ile to możliwe — pewnego lipcowego poranka kiedy porzucił nowy samochód przy rozświetlonym moście i rozpłynął się w powietrzu szukając, jak to dawniej mówiono, swej vita nuova albo czegoś mniej jałowego i bardziej definitywnego w środku wrzącego lata. Później jeden z tych mężczyzn wróci do domu, przeżuwając w myślach coś, czego wczoraj jeszcze nie znał: czyste szaleństwo, doprawdy zostawić taki samochód sam w słońcu z kluczykami w stacyjce. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Mariana Spada (ur. 1979) — argentyńska poetka.
- Eva Muñoz Criado – dwa wiersze
Zima. Powieść ROZDZIAŁ 1: Próbujesz posuwać się naprzód, bez ramion, w śniegu i same nogi na nic się nie zdają. ROZDZIAŁ 2: Tamtego ranka nie wiedziałam, jak przeprawić się przez rzekę. ROZDZIAŁ 3: Tak, Johnny, zaprosiłam cię do domu na kawę i żeby się z tobą jebać, ale powiedz mi, jak przeprawimy się przez rzekę, bez ramion. ROZDZIAŁ 4: Wejść w długą zimę, śpiewając na grzbiecie głosu. ROZDZIAŁ 5: Tak daleko. ROZDZIAŁ 6: Jak zaśpiewasz bez piersi, bez ramion? ROZDZIAŁ 7: Wiatr świszczy między kryształkami lodu. ROZDZIAŁ 8: Czyż to nie piękne? ROZDZIAŁ 9: Kruchość żeber. ROZDZIAŁ 10: Jakieś dźwięczenie. ROZDZIAŁ 11: Jeszcze tego nie zrozumiałeś? ROZDZIAŁ 12: Nie ma żadnej pewności. ROZDZIAŁ 13: Ale te ramiona, ramiona. Dativus interesu Odkąd istnieją banki i lichwa zainteresowanie jest źle widziane w tych szerokościach geograficznych a przynajmniej tam gdzie etyka protestancka i duch kapitalizmu dotarły późno a my nie zrozumieliśmy że ciężka praca gromadzenie to nie była chciwość to było coś bardzo pięknego łaska boża jakieś złoty interes Tutaj złoto wspinało się po absydach i haftach rozwartych ustach a interes zabarwiony żółcią gorączkowej chciwości i można by było mieć zainteresowanie teoriami (etycznymi estetycznymi) niebieskimi kwiatami przedmiotami kolekcjonerskimi i sukniami wschodami słońca liliami tobą ale nie Dlatego celownik interesu brzmiał źle zdawał się skrywać drugie dno jakby chciał coś komuś odebrać podmiotowi który sprawiedliwie lub gramatycznie (i z dużą ilością składni) miał otrzymać korzyść lub szkodę (uwaga jedno nigdy bez drugiego, c’est la vie selavie rose et duchamp) wynikającą z działania czasownika [i z nim (lub z nimi oboma) przyszła gra i delirium, upadek odmieniający się ale wracający do nas katolików [bo kto jak nie my staliśmy się tak pragmatyczni że utraciliśmy nawet deklinację [i pewną inklinację ku bladym ciałom zauważcie że nawet ludowa łacina odmieniała i niemiecki oczywiście (język Webera właśnie ten) i także staroangielski i islandzki i japoński i bośniacki (a więc w końcu okaże się że to coś pospolitego przez swoje rozpowszechnienie jak miłość przez rozszerzenie podczas gdy powinna być tylko intensywna) my ty i ja? my natomiast odmieniamy, koniugujemy gdzie? kiedy? deklinowaliśmy tamtą etykę i tamtego ducha i zostaliśmy grając pozostają tu jednak pewne resztki zaimki które się odmieniają tak krótkie a jednak ćwiczące się tam mamy je: le, la, lo, me więc czytam że celownik interesu nazywa się też celownikiem etycznym i ten zwrot o 180 stopni w semantyce ten sam który prowadzi mnie od tamtej etyki do moich antypodów pojednuje mnie z moim wielkim zainteresowaniem tobą: nie uciekaj mi, nie odchodź mi, nie umieraj mi, nie ciesz się mną zbyt bardzo żeby tylko nie więdnij mi nie lękaj mi się (nie bój się mnie), teletelos ale ja nie chcę cię daleko tylko w Niebie chcę cię blisko jeszcze bliżej: Tutaj Widzicie więc tyle wstępu by skończyć mówiąc o miłości Vicente Gallego mówi że to jedyny wątek który kto nie mówi o miłości nie jest nie może być poetą przełożył Krzysztof Katkowski Eva Muñoz Criado – hiszpańska pisarka, poetka, współpracowniczka dodatku Cultura/s dziennika La Vanguardia oraz Institut de Cultura de Barcelona, a także scenarzystka programów w La Xarxa.
- Albert Aoussine – trzy wiersze
Bilet na stole Przyjaciółko, droga przyjaciółko, Śpij z dala od zajazdów, Kiedy to w jaki dzień wolny Udajesz się na wieś. Wolę wiedzieć, że śpisz na świeżej trawie, Wśród letnich zapachów, Niż w tych ponurych domostwach, smutno umeblowanych, Drewnem wyrwanym z serca lasów. Czerń — Tato, powiedz mi, dlaczego noc jest czarna? — Bo czerń jest pełna spokoju. — Dlaczego człowiek jest czarny? — Bo czerń jest piękna i radosna. — Dlaczego czerń jest czarna? — By upiększać kosmos. — Dlaczego obraz jest czarny? — Bo czerń ma inteligencję w sobie.. — Dlaczego więc czerń jest tak uboga? — Bo pracuje dla wszystkich! Modlitwa griota My, którzy mamy jedynie nasze istnienia, by wyrazić twoją chwałę, My, którzy mamy tylko słowa, które możemy ofiarować, My, dla których słowa są cennymi czynami, Składamy ci tę modlitwę jako poranny hołd. Na górze powiedziałem, że twoje imię to Prawda, W tej ludzkiej dolinie wznoszę mój głos, By prosić cię o przemianę naszych losów. Wiem, że mnie słuchasz, gdy do ciebie mówię, Bo mówię teraz twoim językiem. Bo kiedy się już z tobą jednoczę, Przestrzegam zasad twej świętej kanoniki, Odmieniam wszystkie czasowniki w czasie teraźniejszym. Tak jest, gdy modlę się, tak jak mnie nauczyłeś. O Wszechobecny Ojcze, pozostań na swoim naturalnym miejscu, W centrum wszelkiego prawdziwego zgromadzenia, Choćby było ono skromne, Buduj nas tak, aby ciepło twojego ognia Karmiło i ożywiało wszystkie nasze istoty. Znam rozkosze twojej mądrości, zdolnej do cudów; stworzyła ona ten świat nie dla głupca, lecz dla mędrca, my, którzy okazujemy pokorę, zwracając się ku Tobie. Ludzie nazywają siebie drwalami, kowalami, Szewcami, krawcami, kontraktorami, Odkrywcami, pasterzami, piekarzami… Lecz ty dajesz nam zrozumieć, że każdy człowiek Jest powołany, by działać dla sprawy powszechnej. Działając dla wszystkich, działa się dla siebie. Chcę żyć na zawsze Tam, gdzie „ja” i „ty” prawie nie istnieją, Tam, gdzie pojęcie wojny nigdy nie zaistniało. W tym nie-miejscu, gdzie wszystko jest Harmonią, Pokoju, Wolnością, głęboką Radością. z francuskiego przełożył Krzysztof Katkowski Albert Aoussine – kameruński poeta i wydawca. Jest założycielem i szefem Revue BAOBAB oraz Éditions De L’esprit.
- Rudyard Kipling – cztery wiersze
Martwy Mąż Stanu Nie umiałem kopać, bałem się być zbójem – Byłem kimś, kto kłamie: wiele obiecuje. Teraz wszystkie moje kłamstwa obalono, Ujrzę tych, których na mój rozkaz zgładzono. Więc jaką usłyszy nad grobem opowieść Do cna oszukany, gniewny młody człowiek? Sąsiedzi Człowiek, który otwiera serce na sąsiada, Miłym i złym wrażeniom od razu nie wierzy, Nie straci zdrowia, choćby ciężary układał, Nie straci szczęścia, kiedy los w niego uderzy. Sam Blask Poranka w taki entuzjazm go wprawi, Że, gdy wieczór zapadnie, nic go nie przygnębi. Gdy skończy życie, niech mu Bóg pobłogosławi! Wielu zatęskni, Żona wzruszy się do głębi! Jego zamknięta dusza to dla bliskich ciężar. Idzie przez nędzne życie przez to, co wybiera. Nie syci go jedzenie, wino nie odpręża. Wieczny konflikt mu będzie wnętrzności rozdzierał. Będzie ślepy przez Bożą Chwałę oświetlany. Głuchy na śmiech natury dokoła na Ziemi. Przez przyjaciół i przez psa nie będzie kochany. Żonie ulży, gdy jej mąż zejdzie do podziemi. Prorocy w swojej ojczyźnie Proroków się w świecie szanuje i chwali, Inaczej się dzieje w rodzinnej osadzie, Mieszkańcy widzieli ich, jak dorastali, W naturalny sposób mają ich w pogardzie. Prorokom krzyk skargi cudownie wychodzi, Młodym i niesfornym, zadufanym w sobie. To z ich dzieł się dowiesz, jak prorok zawodzi. O, to mu cudownie wychodzi na dobre! Niniwa nie może nic dać Jonaszowi, Choćby był w niejednej wielorybiej paszczy. Tam się wynagradza krzywdę prorokowi, Gdzie dla ludzi jego przeszłość nic nie znaczy. On mógł być kimkolwiek, ale jest prorokiem, A więc go kochają i mordują wzrokiem. Głupi Chłopak Gdy jechał w dół urwiska, gnał, Ten chłopak był drogowym piratem, I sędzia go na oku miał, To zwykle się kończyło mandatem. Jeździł sam – i nikt nie miał Pojęcia, czy ma do jazdy potencjał. Teraz w rowie leży – Ach! – Gdy pędził, zepsuł mu się dyferencjał. przetłumaczył Jacek Świerk Rudyard Kipling (1865–1936) – brytyjski pisarz, poeta i publicysta, jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów przełomu XIX i XX wieku. Urodził się w Bombaju, co wywarło silny wpływ na jego twórczość, pełną odniesień do Indii i brytyjskiego kolonializmu. Międzynarodową sławę przyniosła mu Księga dżungli (1894–1895). W 1907 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, jako najmłodszy laureat w historii. Jego styl cechują żywe opisy, rytmiczny język i moralistyczny ton. Kipling zmarł w Londynie w 1936 roku, pozostawiając znaczący wpływ na literaturę angielską i światową.
- Grzegorz Tomicki – Przysłowiowe miliony
Mimo wszystko, niezbędnym było, by potraktować go serio. Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie” Będąc gdzieś tam od młodości przyzwyczajony przez przysłowiowe wychowanie do bezwzględnego posłuszeństwa pedantycznego porządku i bezlitosnej czystości tak naprawdę nie miałem pod tym względem szczególnych trudności w przystosowaniu się do przykładnego więziennego życia nawiasem mówiąc sumiennie wypełniałem przypisane mi obowiązki wykonywałem powierzane zadania i mniej więcej ku zadowoleniu przykładowych majstrów pracowałem więcej niż gdzieś tam ode mnie żądano nawiasem mówiąc utrzymywałem moją celę stale w przysłowiowo wzorowej czystości i przykładowym porządku i tak naprawdę nawet najbardziej złośliwe oczy nie mogły znaleźć mniej więcej niczego co byłoby można mi przysłowiowo zarzucić dobra książka była zawsze moim kompanem lecz w bezprzykładnym niepokoju mojego poprzedniego życia nigdy jakoś tam nie miałem na nią dość czasu nawiasem mówiąc w samotności celi stała mi się mniej więcej wszystkim szczególnie w pierwszych latach odsiadywania wyroku była moim wytchnieniem przy niej mogłem zapomnieć o położeniu po tym wszystkim co tak naprawdę widziałem i słyszałem gdzieś tam w ciągu dnia rad byłem gdy mogłem wieczorem powrócić do samotności czterech kątów gdzie rozmyślałem mniej więcej w spokoju nad zdarzeniami dnia i wyciągałem z nich przysłowiowe wnioski albo czytałem listy otrzymane od jakoś tam drogich i dobrych przyjaciół o ich planach i zamierzeniach w stosunku do mnie po zwolnieniu z przysłowiowego więzienia i uśmiechałem się gdy chcieli mi przykładowo gdzieś tam dodać odwagi i otuchy co nawiasem mówiąc nie było mi już tak naprawdę potrzebne stopniowo doszedłem gdzieś tam do tego że w piątym roku zżyłem się z przykładowym więzieniem i na celę się nie zżymałem nawiasem mówiąc miałem do odsiedzenia jeszcze mniej więcej pięć lat bez widoków na najmniejsze choćby skrócenie bezprecedensowej kary przykładowo wiele podań o przysłowiowe ułaskawienie pochodzących od mniej więcej wpływowych osobistości zostało gdzieś tam odrzuconych ze względów parlamentarnych tak naprawdę nawet osobiste przedstawienie prośby o ułaskawienie przez człowieka stojącego gdzieś tam blisko prezydenta von Hindenburga niczego nie dało tak że nie bardzo liczyłem na wyjście z więzienia przed upływem przysłowiowych dziesięciu lat tak naprawdę jednak wierzyłem że resztę mojej odsiadki przetrwam w jakimś tam zdrowiu fizycznym i moralnym nawiasem mówiąc miałem też przysłowiowe plany co do dalszych prac w zakresie nauki języków i gdzieś tam dalszego kształcenia zawodowego przykładowo myślałem o wszystkim mniej więcej możliwym tylko nie o przysłowiowym przedterminowym zwolnieniu tymczasem zwolnienie przyszło niespodziewanie w nocy otóż gdzieś tam w Reichstagu znalazła się większość złożona z przedstawicieli najzacieklejszej prawicy i najzajadlejszej lewicy które w równej mierze zainteresowane były uzyskaniem przysłowiowego przedterminowego zwolnienia dla swoich więźniów politycznych i niepolitycznych mniej więcej bez przygotowania została gdzieś tam uchwalona jakaś amnestia i zostałem cudem zwolniony z więzienia razem z wieloma innymi tak naprawdę nie zawsze dobrymi ludźmi nawiasem mówiąc gdyby nie ta polityczna przewrotka ta wywrotowa koincydencja ten można powiedzieć szczęśliwy niefart moja więzienna kadencja potrwałaby dłużej i może nigdy nie zostałbym gdzieś tam przykładowym komendantem osławionego obozu słowo daję że choć za młodu chciałem zostać duchownym to tak naprawdę pragnąłem osiąść na roli może nie byłoby tego całego nieszczęścia w każdym razie odbyłoby się ono mniej więcej beze mnie uważam że byłoby lepiej dla wszystkich gdybym nie siedział tak długo za biurkiem choć może nie dla tych przysłowiowych milionów. Grzegorz Tomicki (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), Sto kilo kości (2023), Liryka drogi (2024) oraz monografię naukową P o obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
spoiwo do życia niemrawo sięgam, jak – rwąc jabłko myślę – że już dojrzało i nie będzie jego czupurność mnie onieśmielać. chwytam i czuję chłód skóry żałującej mi miąższu, strużek soku na brodzie i widoku nagich bezbronnych pestek. a jednak chwila grozy, w której jesteśmy jedno: drzewo, owoc i ja – sprawia, że rozumiem. skowyt dróg, którymi chadzałem, nie ma już na mapach. zarosły osiedlami i galeriami handlowymi, zasklepiły się zazdrosną niebu żywicą o migdałowym smaku. dróg, którymi uwodziłem, nie ma już na mapach. przerosły prostatą krocze przyszłych pokoleń, na pokuszenie tym, co gardzą skromnością o zielonych oczach. dróg, które znaczyłem krwią z kolan, nie ma już na mapach. są tylko w zrostach przygłuchej pamięci. szukanie dzielił nas wąski, półokrągły krawężnik. skwer musiał być zaniedbany, bo pamiętam za wysoką trawę, mlecze i tabliczkę: szanuj zieleńce. krawężnik był szary i betonowy, a później już nie, tracił gęstość, barwę i charakter, z dnia na rok. pozostała tylko ta bujna, mleczna trawa pomiędzy traumą, pszczołą i zjawą matki, której dłoń przenikała moją. zwrot Boże mój, któryś mnie nie zbawił z powodu, że nabożeństwo się przedłużyło i rozdawali łańcuszki aluminiowe, liche, gówniane, rozchodzące się, jak świeże pączki w dłoniach naiwnych okadzonych obietnicą dobrej pogody we żniwa. Boże mój, któryś objawił się w gorejącym krzaku, co go chłopcy gasili i zgasić nie mogli, a nogi im się plątały obok przecież stodoły marnej, wiekowej bo już, ale ważnej, gdyż liczy się wnętrze. Boże mój, któryś ukochał mnie miłością tak wielką, że czuję się bardziej związany z jabłkiem, niż z Tobą. Boże mój, co żeś mnie wywiódł z ziemi -skiej, skąd wszelkie robactwo, ale też trawy, drzewa i kwiaty nadobne, jak zastępy aniołów w godzinach mroku, gdy siedząc o świeczce patrzymy na siebie w milczeniu. łuna jeżeli daliby mi wybór, chciałbym być światłem – tworzeniem w rozproszeniu, świadomością skupienia. gasłbym jedynie po to, by odpoczęli od życia, które przeoczyli biorąc do rąk lampę zamiast świecy. przypomniałbym im o ogniskach, wokół których tańczyli i śpiewali swoje światy z dłońmi oddalonymi od kieszeni śmierci. lecz boję się tego ostrego blasku, jakim jaśnieją ich mokre twarze, gdy palą się ich domy. miraż to był młody drozd. zostawił na szybie ślad – odbicie małego anioła. podnosząc ciało z ziemi, myślałem o jego smutnej pomyłce, która kazała mu w śmierci widzieć niebo. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – poeta i fotografik. Wydał trzy książki poetyckie: Zimne Ognie (2023), Brama (2023) i Widać nóż (2025). Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze”, „Epei”, „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023). Dwukrotnie wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023, 2024). Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.










