top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Maria Jolanta Fraszewska – Starsza Pani potyka się o słowa

    Starsza Pani biegnie za ognikiem błędnie oceniając sytuację. Starsza Pani założyła obłęd na głowę. Bardzo jej do twarzy. Toczek ją otoczył i spadł do dołka z wizytą. I to zamyka całą sprawę omawiana wciąż na nowo i w kółko spadzistym jak rondo. Grzebieniem przeciąga od do. Goni więc jak cymbergaj. Tak, gaj, gaik zielony, zielony gaj zagaja ją odgórnie. Od głowy wszystko się zaczyna. Nawet psucie. Odgarnia włosy ruchem łakomym. Starsza Pani jeszcze wciąż ogarnia. * Starsza Pani bije w dzwony. Trzep trzep. Przed założeniem trzeba wytrzepać. Sprawdzić czy założenie wciąż jest tą właściwą hipotezą i niezakurzoną. Ale były też i szwedy. Lubiła nosić i te i te. Teraz bije się z myślami. Ale tylko przez chwilę. Wskakuje w dzwony. Wciąż pasują. A choć ona nie – pasuje, nie rezygnuje, to pas jednak nie do pięty. Nie sięga nie po swoje. Starsza Pani się wciska. * Starsza Pani znika. Jest ich wiele. Tych starszych do znikania. Nie dlatego, że ludzie o niej, o nich zapomnieli. Chcieliby pamiętać z założenia. Klapek na oczy. Bo one chronią przed wypadkiem jednego oka lub dwóch naraz. Lecz czy nie lecz, jednak, o choroba! Ona zniknęła. Z listy facebookowej. W korytarzu klatki schodowej bloku, w którym mieszka i przez który przechodzi dwa razy dziennie. Wychodząc po zakupy i wracając. Wymiennie co dwa dni. Bo jednego dnia robi zakupy, a drugiego wyrzuca śmieci. Oczywiście nie zapomina włączyć krokomierza w komórce. Statystycznie ruch przez klatkę schodową jest zachowany i zrównoważony. Kontrowersyjność w pojęciu ruchu. Ruch wahadłowy, pojęcie to jeszcze wciąż istnieje. * Starsza Pani zmienia buty. Nie wymienia, bo po co jej drobne? Niedługo zostaną wycofane z obiegu. Więc Starsza Pani butów nie wymienia jak elektrośmieci. Stopy jej urosły. Nie chodziła do banku zbyt często. Więc się zleżały. Nogi jej urosły, bo musi nadążyć. Bardzo chce. Ale odezwało się zmęczenie materiału. Zawsze mama jej powtarzała. Kupuj buty ze skóry, a nie z materiału. Nawet kapcie. Popękało więc w szwach. Zmarszczki, szczypanki, namaszczenia, podchody. No i już. Chodu chodu. No i rusza po te buty. Buty jak dotąd jej nie brakowało. A diabli nadali smalące cholewki. Od tego momentu nie kupuje kozaków. * Starszą Panią bolą plecy. Dawno temu istniały zasoby plecakowe. Teraz zmurszały, spluskwiały jak ukwiały podwodne. Jednak wciąż istnieją. Wciąż są do wciągania nosem. Ale Starsza Pani odeszła wraz z wodami. Już nie ciąży. Już nie wciąga. Już bez możliwości. Starsza Pani wymienia plecy. Wymienia je jako pierwszą przyczynę współczesnego bólu pleców. Odwołuje się do równowagi. Ale przecież one zniknęły z użycia. Te wagi. Teraz są elektroniczne wskaźniki. Starszą Panią boli głowa. Nie przywykła do wiatru zmian. Nie przywykła do faktów, które wciąż się zmieniają. Ciśnienie jątrzy w jej głowie. Schowa ją do plecaka i wyruszy w drogę. Ślimaczy los ciągnie się w nieskończoność. * Starsza Pani mija się z celem. Odpala karuzelę. Motorowerek trzyma pod pachą. I w siną dal jego oczu wpada. Ostatni dołek na środku policzka. Samopomocy, woła. Głębokiej jak mech wokół tej jednej jedynej paproci. Paprochu, który po trochu, ale skutecznie tkwi w oku. Kwiat agawy też kwitnie tylko raz. A potem nadal jest zielony jak burak w środku nocy. Starsza Pani nie owija w bawełnę. Omija dziury i kluczy. Wiedzą tajemną się staje. Stąd wzięło się powiedzonko: mucha nie siada. Lata więc i lata mijają. * Starsza Pani się sypie. Jak jedno po drugim. Sypnęła się jak sygnalista. Wywaliła korki. Błysnęło. Co za wygoda taka współczesna wygódka. Starsza Pani jest na wszystko przygotowana, bo musi, bo tego się wyuczyła i wciąż pamięta. Tak tak. Dawniej myślało się o tym, aby produkować elementy wymienne. Teraz to ludzi się wymienia lub ich organy. A wtedy działały kąciki naprawcze. Wszystkiego, od pończoch do robotów. Ot, takie słowo jak "kineskop", co to takiego? Mechaniczne oko na ruchomy świat. Taki relikt, a może już artefakt? Starsza Pani niedługo też się nim stanie. W internecie założysz konto i pach i już jesteś w Muzeum Starszych Pań. Ale na razie, niech stanie się współczesną wolniej biegnącą. Bo obciążoną pamięcią wsteczną. Umiejętnością odtwarzania świata już nieistniejącego. Klik klik. Zapytasz – opowiem. Wciśnij przycisk. Jeszcze mrugam. Zanim stanę się interaktywnym ekranem dotykowym bądź instalacją świetlną. Ktoś poruszy mnie gestem i przywoła moją obecność. Oddycham. Oddycham. Wznawiam rytuał przywołujący wspomnienia. Starsza Pani wyciąga kombinerki, żabkę trzyma w drugiej ręce. Maria Jolanta Fraszewska (1958r), socjolożka i psycholożka. Uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała siedem zbiorów poezji: Wio w snach, Z wiatrem, Płonące języczki, Posypana wiatrem, Prze konanie, Od mięty i odmęty, Trze pot ścierany. W tym trzy wyróżnione nominacją do Lubuskiego Wawrzynu Poetyckiego. Prozę: W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy . Oraz eseje: Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze.

  • Mariusz Sambor – pięć wierszy

    wieczorny lot z Nowego Jorku do San Francisco  zawsze patrz przez okna samolotu w ciągłym ze światem obcowaniu pisze poruszony pan Keagan Wernicke we wrześniu na widok zielono-fioletowej jak szafir i granat zorzy polarnej wymarzone ukochane jak muzyka co dogasa jak nasze pragnienia i powątpiewania ale to wszystko ich wina ich? ich  naenergetyzowane cząstki gazu wysyłane przez Słońce  uderzają w górną warstwę atmosfery Ziemi  z dużą prędkością tak przynajmniej słyszałem panie Kawafisie o to się staraj kiedy widzisz / widzisz? / promienie kurtyny pasma łuki z dużą prędkością do siedemdziesięciu dwóch milionów  kilometrów na godzinę uderzające w górną warstwę  ziemskiej atmosfery ciekawe czy z podobnym wzruszeniem mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa  ucieczka dziesięciu krów ze stada we włoskim Piemoncie  zakończyła się interwencją służb może właśnie z tego powodu  celebrujemy w naszych wierszach elementy antyczne  próbując zachwycić akademików mimo że jedna z krów weszła  na trzecie piętro bloku mieszkalnego piszą w La Stampa tuż przed rozgrywanymi  mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa / klasyka orientu  czy antyku? mężczyźni podobno rzeczywiście często myślą  o cesarstwie / kobiety raczej o oriencie / my jednak nie pozostajemy bezradni i dodajemy kilka taktów / puste akordy / niektórzy pomyślą / to dla Rafała W. jesteśmy jednak zmęczeni / w przeciwieństwie do Japończyków  tak / jesteśmy już zmęczeni jak biurko w gabinecie Iwaszkiewicza jak kelnerka w kawiarni Literatka / a ja nawet nie mam siły pomyśleć  – zmęczenie? Nie tylko Noriaki Kasai a raczej Kasai Noriaki / tak / pewnie /  nawet Kazuyoshi Miura / Miura Kazuyoshi nie myśli o zakończeniu kariery  klasyczne wnętrza dużo przestrzeni / można głęboko i spokojnie odetchnąć w chłodnym wnętrzu dziś wszyscy są zmęczeni upałem / młode kelnerki  starsi taksówkarze mówiący w farsi nie wiedzą / tak właśnie czuję /  najstarszy zawodowy piłkarz świata w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat  i stu dziewięciu dni / to jest dopiero coś! / rozpoczął czterdziesty profesjonalny sezon  debiutując w barwach Atletico Suzuka / tak / to mogłoby być te kilka dni  które wstrząsnęły światem / któż to pamięta / John Reed czy Lady Di ha jak dziesięć do siedmiu tak dziesięć do siedmiu dni krzyczę i ja mam nadzieję że jeszcze zagram pokazując charakter mój daleki piękny słowiczku  mamroczę pod nosem tęskniąc w oczekiwaniu na przystanku Legia – Stadion noc 1988 / 2025 / nie ta sama ty Keith Jarrett! tak? i niby z tego właśnie powodu chowam twoje zdjęcia do szuflady kiedy zakwita Atakama? moje zdjęcia do szuflady? dziwny wypadek? tak / rzadkie zdarzenie? / nie niestety było zbyt wiele takich które pochłonęły życie gdy zimą występują opady deszczu wiosną można podziwiać  rozkwit kwiatów mówi Jorge Carabantes dyrektor w chilijskiej Narodowej Komisji Leśnej ale przecież nie kwiaty to nie kwiaty to zdjęcia chowasz do szuflady i pewnie nigdy w życiu nie zobaczysz andyjskiej pustyni the melody at night with you myślisz że nie wiem mydlisz mi tylko oczy jazzem tak? dźwigi mają swoje szczególne niebezpieczeństwa tak / znowu Preludium nr 2 Skriabina a Preludiom op. 11? a tragiczne wypadki lotnicze? niestety tak / w obydwu zastosowano zdwojenia oktawowe  w partii prawej i lewej ręki i nie w tym sensie  Ganges wysycha w zastraszającym tempie  ty mówisz mi to nie jest znak czasu ale że święta rzeka  czy że już nie mamy czasu i że nie my i nie w tym sensie ale no wiesz bo i my wiemy że w minionych epokach geologicznych jeśli coś czuli to nie tylko klęski głodu co zrobić żeby zasnąć  chłopak wędrowny niedźwiedź i jego przewodnik to zdanie napisane wiele lat temu przychodzi na myśl kiedy jacyś ludzie pod blokiem puszczają wieczorem muzykę disco polo nie mogę słuchać i zagłuszam ją Benny Goodmanem ale kiedy kładę się spać jest już późno nie pada deszcz a oni jeszcze dalej siedzą i dalej gra umpaumpaumpa muzyka nie wiem co zrobić żeby zasnąć i mam ochotę wstać wziąć czekan tak ciężki alpinistyczny czekan z dawnych lat i iść / tak i iść tam / po prostu ich zajebać / budzi mnie cisza i deszcz i okna otwarte szeroko i wstaję żeby je zamknąć i patrzę na wszelki wypadek do pawlacza  pomarańczowy włoski czekan Interalp Camp / sprzed lat / na miejscu Mariusz Sambor  (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary  (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022), komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). W marcu 2025 roku ukazała się jego książka poetycka Rzeka / Taniec  (2025). Mieszka w Krakowie.

  • Przemysław Walczak – trzy wiersze

    *** lato zawsze wzmaga woń zużytych ciał, zanim spadnie na nas endogenna zima, a mróz wyrzeźbi w niej krótkie dni.  odetchniemy radioaktywnym dymem i pójdziemy za krokami nocy po horyzont smutku.  niech tak będzie. Wspominam obrazy zachodów słońca z lat dzieciństwa, kolor odbitego w kałużach nieba nad drogą krajową numer osiem. zmęczone kobiety handlujące ruskim barachłem, ich włosy pachnące pierestrojką. przekładam to z dziecięcego języka, lepiej tłumaczył świat. Tamto lato któregoś tam roku było inne niż zwykle, może takie samo. długo  gasnące wieczory obiecywały upalne noce i pierwsze niepowodzenia. Tamtego lata rzucaliśmy kamieniami do rzeki tak jakbyśmy chcieli, żeby tonęły w wodzie wraz z naszym smutkiem. Przemysław Walczak (ur. 1982) – autor powieści Wądoły i Lolobrygida. Publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Suburbiach” i „Epei. Piśmie Literackim”. Mieszka we Wrocławiu.

  • Cezary Żarna – sześć wierszy

    Być przez chwilę    widzianym, w tym małym miejscu, gdzie kończy się kostka, zaczyna stopa. Widzieć    kształt stopy    wciśniętej w zbyt mały but, zrobić krok, pokraczny,  prawie marszowy, nie patrząc pod    nogi go zrobić. Zobaczyć kontur, nie prosić, poznać  ciebie (siebie?) z lepszej strony, bo znam    cię z lepszej strony. Nie o to tu chodzi – mówisz –  – chodź, lepiej    usiądźmy gdzieś razem i oprzyjmy                                                      głowy. Który skrzywdziłeś   Nie robi się tego po nocy. Nie po kryjomu. Raczej  z podniesionym czołem, wysoko  uniesioną brodą. Raczej nie z rękami w kieszeniach, tylko z dumnie wyprostowanymi ramionami. Raczej  głośno niż po cichu.   Który skrzywdziłeś psa, siedzę na brzegu i nikt nie  trąca mnie nogą. Takim,  jak ty, to chyba trzeba łopatą do głowy,  choć niczemu to nie służy.   *** (Mój syn ma jeszcze dużo czasu)   Mój syn ma jeszcze dużo czasu, jemu jest łatwo, gdy zrobi coś złego – Potem  będzie wiedział.   Absorbcja W pobliżu  cmentarz – potwierdza się, cisi  posiedli ziemię, półmrok, neony,  dwa słowa, trzy słowa — jak zmienia  się kolor? Sama wybierzesz.  Kameleon. Absorbcja. To nastąpi jedno  po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro – włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach  czasopism. Napiszemy to  po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach  bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo  ściany mają uszy). Za chwilę niebo zrówna się z ziemią, na podłodze spoczywają w pokoju  zwłoki. Są tylko zwłoki i żadnej poezji. Po prostu śmierć,  nic później, żadnego przedtem ani potem, żadnych złych  wyborów, żadnego Kochanie – – oddać Ci twoje złe wybory, żebyś źle wybrała jeszcze  raz?  Cezary Żarna  – autor książki poetyckiej Miłość. Piękna Pomyłka  (2023). Oczekuje na wydanie drugiego tomu Ruch obrotowy (Wydawnictwo j). Współautor kilku antologii i almanachów poetyckich. Laureat konkursów poetyckich. Publikował m.in . w „Akancie”, „Ypsilonie”, „Post Scriptum”, „Tlenie Literackim”, „Czterech Zeszytach and After”, " Pisarze.pl ", „e-eleWatorze”, „Ty.Tu.Le” i „Mojej Przestrzeni Kultury”. Zajmuje się także rysunkiem i malarstwem. Mieszka w Legionowie.

  • Piotr Smolak – Brutality show (fragment)

    W AGD na promocji na wyprzedaży zakupiłem androida za bezcen wersja żeńska z gwarancją na trzy lata podobna do wszystkich i do nikogo (egzemplarz z twarzą tegorocznej miss uniwersum kosztuje sześć razy tyle) nie jest to najnowszy model ale nie narzekam lateks w najlepszym gatunku miseczka C i uduchowione spojrzenie (byłbym zapomniał: brak zbędnych kabli) reasumując wyjątkowe nogi przykręcone do wyjątkowej pupy i aerodynamiczny kształt cokolwiek to oznacza wieczorami opowiada o dramaturgii brytyjskiej albo streszcza podstawy logoterapii rano przynosi śniadanie do łóżka i wykonuje utwór z szeroko pojętej klasyki względnie ścieżkę dźwiękową z kultowego horroru na celowniku mam jeszcze wersję męską do której można ściągnąć dodatki m. in. tryb prawnika psychiatry instruktora sztuk walki oraz stand upera z programem o modelce która znajduje swoje upalone niemowlę na taśmie produkcyjnej w fabryce aut hybrydowych istnieje też możliwość aktualizacji do doradcy duchowego dowolnego wyznania za odpowiednią dopłatą Finita la commedia Na wernisażu poznałem Chinkę na wysokich obcasach Która oblała winem obraz Zbyt wyjątkowa by pozwolić jej odejść Nawet w Mieście Aniołów byłaby w pierwszej trójce Szepnęła że ma na imię Ling Siu I ruszyliśmy na poszukiwanie mniej zatłoczonego lokalu Po krótkiej podróży trafiliśmy na spelunkę Przed którą toczyła się bójka z zastosowaniem noża Lecz w środku idealnie Za konsolą DJ z Londynu Na parkiecie bizneswoman z opalenizną Blondynka z wyższej półki w stylowych okularach I jeszcze jedna którą widziałem na gali MMA Gdy stąpała z numerkiem w blasku fleszy na ringu Natomiast konkurencja ograniczona do minimum: Lider boys bandu w krzykliwym makijażu Blokersi dyskutujący o wyższości kokainy nad kofeiną Typ o wyglądzie wykładowcy inżynierii lądowej z nadwagą Podsuwałem Ling Siu drinki Za które każdy barman dałby pokroić się na kawałki Zamawiałem utwory Po które każdy MC udałby się bez namysłu do piekła Zajmowałem rozmową w którą wplatałem cytaty Z Marka Aureliusza i markiza de Sade Na koniec rzuciłem że złożę wszechświat u jej stóp I nie wiem jak do tego doszło Na skutek jakiego zbiegu okoliczności Może za sprawą poczucia humoru Stworzyciela nieba i ziemi Może pod wpływem położenia planet Whatever Wyszedłem z facetem Ona mi się podobała lecz on jeszcze bardziej Pani od polskiego to takie trywialne zakochać się w pani od polskiego gdy tyle dziewcząt w obcisłych strojach rozpuszcza włosy na korytarzu takie niemodne wręcz faux pas w Europie szalała zamieć opozycjoniści i oprawcy dążyli do ostatecznej okupacji i wtedy wszystko się stało zaoferowała mi świat jaki Bóg mógłby stworzyć jedynie po kilku głębszych po spożyciu substancji o jakich dealerom się nie śniło zaoferowała surrealizm zamiast socrealizmu odwdzięczyłem się portretem na dachu szkoły (Mona Liza wygląda przy nim jak służebnica pańska która ceruje żagle i karmi psy na Arce Noego) odwdzięczyłem się papugą która śpiewała o Lili Marleen jednak nic nie trwa wiecznie - zwłaszcza romans który nie wydostał się poza ramy nakreślone przez wyobraźnię zamieć w Europie dobiegła końca opozycjoniści i oprawcy doprowadzili do ostatecznego rozłamu i zwiększenia liczby obywatelki którzy nie chcą umierać za rząd opuściłem mury liceum i zagrałem w sztuce o handlarzu który ukrywał w czarnej walizce cień Chrystusa zaspałem na samolot użyty w ataku na World Trade Center odkryłem że ciągle wracam na start zamiast zmierzać do mety pani od polskiego pochowała męża (ofiarę bezdusznego ustroju i substancji smolistych) zapisała córkę na francuski (po namyśle na chiński i arabski) przełożyła dzieła poety który zginął z ręki snajpera na stopniach teatru na początku powstania teraz oczekuje na przeprawę przez Styks obok pielęgniarki z pejczem i neurochirurga którego auto wpadło w poślizg i wbiło się w mur a ja nie mogę zapomnieć jak napisała na tablicy wszystkie drogi wiodą do Auschwitz lecz ani jedna do Rzymu Coincidentia oppositorum uczennica znana z okładki almanachu o sztuce chce stworzyć obraz o jakim nikt jeszcze nie śnił o jakim nikt nie słyszał chińskie nietoperze klęczą przed plutonem egzekucyjnym i przesuwają w łapkach różaniec żongluje pomysłami przed wciąż nietkniętym płótnem zapożycza temat ze snu krzywdzonej przez męża sąsiadki: mnich całuje manekina z wystawy w godzinach szczytu obraca pędzel w palcach jak nóż przechodzi atelier po przekątnej potem załamanie nerwowe stworzyć obraz jedyny w swoim rodzaju stworzyć taki obraz i umrzeć! wciąga noskiem małe co nieco i maluje trzęsienie ziemi napędzane krwią cyferblaty a po krótkim namyśle... ...mężczyznę w czarnym płaszczu w kropli deszczu za oknem sąsiadka stuka do drzwi mężczyzna uchyla melonik pani wybaczy że niepokoję ale czy nie powinienem raczej unosić się w przestworzach pośród zbłąkanych dusz? na świat należy spoglądać z właściwej perspektywy odpowiedź nie nadchodzi i nigdy nie nadejdzie uczennica muska skronie koniuszkami zmęczonych palców kroplę przełyka ptak okno przymyka wiatr namalowany w ostatniej chwili melonik turla się po chodniku przecina plac targowy wchodzi w kolizję z klaunem który jeździ na starym bicyklu uczennica z sąsiadką idą nocą do cyrku Piotr Smolak – studiował medycynę, ukończył teatrologię. Wydał książki poetyckie Neue Wilde oraz Jak podpalić krajobraz. Pracował jako scenarzysta przy kilku serialach, grał w teatrach eksperymentalnych. Nagrał mini album Modlitwy z okresu przeklinania . Obecnie pracuje nad zbiorem wierszy – Kosmetyki Coco Chanel.

  • Aleksandra Szymkowiak – Żądłówka fioletowa

    Dzwoni mama. Włączam głośnomówiący i rzucam telefon na łóżko. Gubi się w pościeli. Ledwo słyszę. Szukam turystycznego żelazka. Chodzę po mieszkaniu i odsuwam szuflady. W szafce pod telewizorem trafiam na kartkę, którą dostałam na dwudzieste urodziny. Dwa przytulające się tygrysy ułożone w serce. W środku data, a niżej podpis i słowa: ty i ja. Jesteś tam, dobiega ze słuchawki. Tak, krzyczę, i biegnę do sypialni. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Przyglądam się plamom na dywanie, które zrobiliśmy przez ostatnie lata. Wiesz, że musisz podjąć decyzję podczas wyjazdu, dociera do mnie głos matki. Nie nauczyłam cię, że mężczyzn traktuje się z góry? Domykam walizkę. Ustawiam budzik na trzecią trzydzieści i odkładam telefon. Wtulam głowę w poduszkę. Zaciągam się jego zapachem: sosną i bergamotką. Z czasem wywietrzeje. Na lotnisku mijam sieciową kawiarnię. Jakaś dziewczyna unosi ciastko z pistacją i trzyma je jak hostię. Rozmawia na kamerce. Kobiecy głos śpiewa jej sto lat. Solenizantka podryguje głową w rytm melodii. Ciastko nie ma świeczki. Robi mi się słabo. Znowu o nim myślę. Siadam na ławce i przeglądam nasze zdjęcia. Lubię zwłaszcza to, gdzie całuje mnie w policzek, a ja trzymam w rękach rozłożyste lilie. Patrzę na datę: sierpień dwa tysiące dwadzieścia jeden. Dodaję zdjęcie do ulubionych, a potem usuwam, odzyskuję i jeszcze raz dodaję do ulubionych. Kiedyś miałam je na tapecie. Wynajmuję mieszkanie blisko plaży. Żeby na nią dojść, trzeba dwukrotnie skręcić w prawo i ominąć targ rybny. Popełniam błąd i przechodzę obok straganów. Ryby są obślizgłe, cuchnące. Łypią na mnie spode łba swoimi martwymi oczami. Przeliczam je: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Ostatnia wypada na kocha. Mam ochotę tam wrócić, przejść się jeszcze raz, od początku do końca, i dokonać prawidłowych wyliczeń. Wiem, że nie zda się to na nic. Ryby mają rację. Woda jest mętna i ciepła. Pozwalam nieść się falom. Próbuję zapomnieć, co tu robię. To trudniejsze, niż by się wydawało. Podnoszę głowę. Sól szczypie mnie w oczy. Rozmazane mury miasteczka odbijają się w tafli. Szwendam się. Wchodzę do turystycznych perfumerii i wącham wszystkie dostępne zapachy olejków z lawendą. Kupuję pocztówki, których nikomu nie wyślę. Dopadają mnie dwa niekontrolowane ataki płaczu i jeden kontrolowany. Przebiegam dziesięć kilometrów i biorę tak zimny prysznic, że świszczy mi w uszach. Zapominam o zjedzeniu kolacji. Idę do pobliskiej herbaciarni i kupuję jaśmin, a potem zaparzam go w kubku z napisem Home, Sweet Home , bo tylko taki znajduję w szafce. Ulice też pachną jaśminem, więc prawie nie czuję jego smaku. Właściwie to nie lubię jaśminu, ale przypomina mi o nas. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy tu razem, on powiedział: ulice pachną jaśminem. Myślę o dziewczynie z lotniska, tej, która podnosiła do kamerki pistacjowe ciastko. Dzwoni mama, żeby ostrzec mnie przed meduzami. Podobno roi się od nich na wybrzeżu. Żadnej nie widziałam, bronię się, chociaż wiem, że tu pływają. W końcu to sierpień. Rób jak uważasz, ucina. Siadam na kanapie i otrzepuję stopy. Welurowa narzuta kurzy się od piasku. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Słyszę jej oddech w słuchawce. Ustawiam głośnomówiący, wstaję i zdejmuję z siebie sukienkę w maki. Moja skóra pachnie solą i kremem przyspieszającym opalanie. W kuchni kroję cytrynę i wyciskam sobie sok na końcówki włosów. W taki sposób naturalnie się rozjaśniają. Wiesz, że tak trzeba, odzywa się wreszcie matka. Nie był pierwszym i nie będzie ostatnim. Sok z cytryny ścieka mi po piersiach. Jeszcze kilka dni, rzucam. Ile dokładnie, ponagla. Ostatnio też tak obiecywałaś. Włosy lepią mi się do karku. W oddali dostrzegam meduzę. Dryfuje w moją stronę. Momentalnie czuję kłucie w stopie. To muszelka, ale boli jak poparzenie. Zanurzam głowę i wypatruję. Mienią się, pulsują. Wyglądają jak unoszone na wietrze płatki kwiatów. Fioletowe z czerwonymi brodawkami, które przypominają sutki. Niebieskie w kształcie czopka, pomarańczowe i długie jak serpentyna. Wyliczam je: tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem. Pada na nie wiem . Wzdycham z ulgą. Wracam na ręcznik i wyszukuję meduzy w internecie. Ta piękna to żądłówka fioletowa. Chciałabym onieśmielać tak jak ona. Oprócz niej: meduza księżycowa i meduza kompasowa. Mama znowu dzwoni, pyta, jak trzymam się w tym upale. Opowiadam, że nawet w lodówce jest ciepło. Ale na pewno, czy kręcisz jak zawsze? Włożyłam do niej stopę, żeby sprawdzić, czy działa, złoszczę się. Może dostałaś udaru? Nie odpowiadam. Matka całkowicie się nakręca. Rozprawia o zawartości lodówki, którą muszę wyrzucić, a potem wyjść z workiem do kontenera (ale tylko w dzień), żeby nic nie zleciało się do zepsutego jedzenia. Myślę o myszach. Wyobrażam sobie, jak jedna za drugą wybiegają z worka i w nocy podgryzają moje stopy. Rozmawiamy, chociaż po chwili już nie wiem, o czym. Mruczę na tak i pojękuję na nie. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Wiesz, że został ci tylko jeden dzień? Obie milczymy. Złociste światło rozlewa się po promenadzie. Poraża mnie. Dzwoni mama, ale odrzucam połączenie. Biegnę. Mijam kościół i muzeum. Rzeźbę, plażę i ogród botaniczny. Piniowce, jachty i drugi najdroższy dom na świecie. Okrążam półwysep. Na ruchliwej drodze biegnę poboczem. Trąbi na mnie kierowca tira. Przyspieszam. Wiem, że muszę wyliczać, ale krajobraz zmienia się za szybko. Zamykam obie dłonie w pięści i po kolei prostuję palce: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Znowu kończę na kocha. Chcę mi się pić, ale nie mogę się zatrzymać. Przetrzymuję pragnienie i zadowalam się śliną. Patrzę, jak woda rozbija się o skały. Z każdą falą napływa do mnie obraz jego ciała: pieprzyk pod łopatką, pieprzyk na nosie, pomarańczowe plamki na tęczówce. Zostawiam za sobą drogowskaz na kolejne miasteczko. Pieką mnie spalone od słońca usta. Naskórek pod palcami jest jak ziarenka piasku. Próbuję go zeskrobać. Z pękniętych warg kapie mi krew. W połączeniu z solą morską smakuje jak rdza. Matka ma rację, należy postawić granicę. Zawrócę, kiedy rana się zasklepi. Znowu wyliczam: żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Pada na żądłówkę fioletową. Biegnę i oblizuję usta. Krew wypływa jak rdzawa strużka. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – studentka psychologii, badaczka i początkująca pisarka. Publikowała w "Składce", "Suburbiach", "Tlenie Literackim" i na stronie "Odry". Pracuje nad debiutancką powieścią Punkty wrzenia , . Mieszka na wrocławskich Krzykach.

  • Paweł Jasiński – trzy wiersze

    egzuwium sobota [...] jedenasty stycznia trzy jedynki trzy żywioły - zakrzywienia osadzone w dziewiętnastej literze łacińskiego alfabetu jak nieśpiewny  język soczyste uderzenie białą czcionką wiersza: czas przeszły niedokonany w prochu przedpołudnia [s]pada dobre imię | jednym bytem trzy osoby trzy kontury - jedenasty stycznia: afoniczność studni [tępy sznur jutowy] wyliniałe trzewia co nie wystąpią już z koryt przeciwko sobie mistyfikacja  są zdjęcia [klisze] które nie schodzą  do schronów a przerażone trwają  przeglądając się w bezczasie i takie  którym wmówiono że poza nimi  nie istnieje żaden inny świat | byłem   kiedyś częścią bezimiennej całości  [statek bezzałogowy dla nikogo]  chodź zrzucimy z siebie wszystkie  czarne nieba - viralowe spojrzenia  jak fotografie które nie schodzą  do schronów - a ty mnie dotknij  przebij prześwitem by sprawdzić  widełki martwego pola [gdzie wiszę  a gdzie mnie nie ma] jest srebro  i popiół [...] kadr zrodzony z krwi szumi gaj zrób to: popatrzę powtórzę żarówki i skłony - skłony tatuaże jestem topór ty drzewo jestem drzewo ty mistral żarówki i skłony popatrzę powtórzę: pierwszy śnieg tej zimy składamy ofiarę tobie się spowiadam do mnie ślesz umyślnych Paweł Jasiński (ur. 1974) – poeta, autor tekstów piosenek. Debiutował w magazynie anarchistycznym „Mać Pariadka”. Publikacje m. in. w „Odrze”, „Tlenie Literackim”, „Afroncie”, „Helikopterze”. Mieszka we Włocławku.

  • Agnieszka Rykowska – Jelita, drugi mózg

    Mówią, że ryba psuje się od głowy. Człowiek od wnętrza. Moje jelita kiedyś zaczęły wydawać dziwne dźwięki, coś jak gul, gul, gul. Kiedy je usłyszałam, szybko wybiegłam na podwórko, by objąć wzrokiem drób. W kiszkach nadal coś gulgotało, więc podbiegłam z siekierą do indora. Moja dłoń jednak nie pasowała do siekiery - nie chciałam zabijać, kiszki jednak nadal grały. Musiałam go walnąć. Od tej pory brzydzę się morderstwami. Nieraz odzywa się we mnie "gul, gul, gul" i czuję wtedy, jakbym miała gule w gardle. Ludzie boją się takich dźwięków, bo one oznaczają rozpacz. Takie natarczywe gulanie to nic przyjemnego. Jelita siostry tak zagrały w gościnnym pokoju, jakby w pobliżu przejeżdżała karetka na sygnale. Siostra, po kursach z przysposobienia obronnego, specjalistka od udzielania pierwszej pomocy, pomyślała, że może się przydać i wybiegła na ulicę, by komuś pomagać. Ale tam nie było nikogo. Tylko dźwięk jej kiszek. Od tej pory stale miała przy sobie coś do jedzenia, żeby kiszki nie postawiły jej w stan pogotowia. Z bratem problem polegał na tym, że był ciągle głodny i chudy. Prawdopodobnie miał ten szczególny metabolizm od zgrabnych kurczaków matki, która była zapobiegawcza - chroniła je przed nadmiarem cholesterolu. Kurczaki dobrze się odżywiały. Czasem podejrzewałam, że może jelita brata miały tasiemca. Często chodził do toalety, dużo jadł, zaś ja nie mogłam nadążyć z kupnem papieru i jedzenia. Wciąż był chudy! Wszystko przez te chujowe jelita. Jelita syna były mi najmilsze. Nie brzydziłam się brudnych pampersów, robił cudowne, nieśmierdzące kupki i nie miał kolki jelitowej. Raz jednak, w okresie adolescencji, jego jelita poczuły dotyk ziemi podczas upadku na rowerze. Wziął później siekierę, tak jak ja na indora, i zaczął nią uderzać w koła. Czy to było normalne? Raczej nie. Czy te grające w dziwny sposób jelita mogły być czy też  są normalne?  Synowi koła wybaczyłam. Należy tolerować bunt nastolatka, okres adolescencji, bo jeśli nie zaakceptujemy,  to w późniejszym czasie dzieciak wykipi i może chwycić siekierę nie tylko na koła.  Matka po raz pierwszy upadła na rowerze, gdy miałam dziesięć lat. Wstydziłam się jelit matki, bo w szkole dzieci się śmiały i krzyczały, że jej jelita pokochały alkohol. Drugi upadek nastąpił piętnaście lat później. Był śmiertelny. Wtedy nikt się nie śmiał.  Ojciec miał wrzody na żołądku i przyjmował na nie lekarstwo w postaci białego mleczka. Mleko od krowy pił do końca swoich dni. Nie wiedział, że starzy ludzie nie tolerują mleka, tutaj jelita nie są łaskawe, ale ojciec wiele rzeczy i spraw nie tolerował. Gdy myślał o Związku Radzieckim potwornie cierpiał, kurczyły się jego jelita i żołądek, więc może stąd te wrzody. Prawdopodobnie.  Gdy matka była pijana, ojciec karmił mnie butelką mleka, na dnie której pływał list z nazwiskami i imionami zamordowanych – ofiar stalinowskiego systemu. Moje jelita nie protestowały. Jelita mojego redaktora były nienasycone, jeśli chodzi o wulgaryzmy. Gdy w moich wierszach zobaczył słowo wypierdalać , jego jelita ucieszyły się i przyssały mentalnie do mojego mózgu. Myślałam, że rozpoczęliśmy "wielki romans" - dopadła mnie ochota na następną książkę, miało to być nasze wspólne dziecko. On niestety miał zaparcia i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Student trzeciego roku medycyny miał problemy z przedmiotu - mikrobiologia. Nauka o bakteriach słabo wchodziła do jego głowy, dlatego próbowałam mu nieco rozjaśnić, jak z tymi bakteriami tak naprawdę jest.  Nie mógł zaakceptować, że wewnątrz oprócz dobrych bakterii (prawie wszystko zaczyna się w jelitach!) mamy też bardzo szkodliwe mikroorganizmy. Tłumaczyłam, że z bakteriami jest bardzo podobnie, jak z ludźmi. Choćby taki gronkowiec złocisty Stapchyloccocus aureus (czyż nie piękna nazwa?) Pod mikroskopem ma cudne barwy, a jak straszliwych szkód potrafi narobić! Jego obecność nie kończy się na zwykłej biegunce. Bardzo przed nim przestrzegałam studenta. W mojej wiosce przez dwa tygodnie woda nie nadawała się do spożycia. Nawet zmywać w niej nie mogliśmy. Wykryto pałeczki kałowe i bakterię coli. Kanalizację robili i stąd skażenie. Mieszkańcy przeważnie wyprawiali się samochodami po dobrą wodę do specjalnej cysterny, stojącej przed domem strażaka. Codziennie taszczyłam dwadzieścia pięć litrów świeżej, czystej wody. Byłam zła na te przeklęte bakterie. Samochodu nie miałam i w ten oto sposób przez pałeczki kałowe świat poznał mój wspaniały pojazd: taczki. Kurwa mać! "Każdy ma taki pojazd, na jaki zasłużył" - myślałam. Potem się bałam, że mnie na tych teczkach, jak Jagnę z "Chłopów" wywiozą,  a wszystko przez te parszywe bakterie! Ale nie wywieźli, chyba byłam nieszkodliwa.  Edyta jest bardzo szczupła. Dużo pracuje w rodzinnej firmie, oboje z mężem mają intensywną... przemianę... materii? A może pieniędzy? Otóż, za co by się nie wzięli, efektem są duże korzyści materialne, które szybko się rozmnażają niczym Chrystusowe chleby. Jelita Edyty czasem kwitną, szczególnie, gdy swojej pięcioletniej córce objaśnia świat. Opowiada jej do czego potrzebne jest słońce. Pokazuje dywan stokrotek na tle trawy i samotny bukiet mleczy w przydrożnym rowie. Jelita Kazika są mało wytrenowane. Nie chodzi na spacery, ani nie ćwiczy. Sport jest mu absolutnie obojętny. Pisze opowiadania, ale od czasu do czasu, bawi się też w oszusta matrymonialnego. Udaje, że jest sympatycznym facetem z brzuszkiem. Jelita u niego pływają w dużej warstwie tłuszczu. Wydają dźwięki: ból, ból, ból, bo Kazika boli cały świat. Jego jelita są ogromne nie tylko jak jego brzuch, ale przede wszystkim, przez jego wybujałe ego mają tak duże rozmiary. Czasem to wszystko pęka i zamienia się w stek obelg. Operacja szycia jest niezbędna. Niestety bardzo droga, na którą Kazika niespecjalnie stać, dlatego ratuje się NFZtem. To w dzisiejszych czasach, jeśli chodzi o służbę zdrowia, prawdziwy ewenement. Pan Paweł podobny do żaby, miał też podobną do siebie żonę. Zajmował się krytyką literacką i poezją – pisał również wiersze. Często jego jelita wołały kum, kum, kum, kum. Jego żabia żona wydawała prawie takie same, tylko nieco wyższe dźwięki.  Z płytkich kałuż, jak również z głębokiego, wodnego wiru Pan Paweł językiem wydobywał poetyckie ogniwa. Był podziwiany za surowe, mięsiste wiersze. Tak się zapędził w tych uwielbieniach, że kiedyś na festiwalu literackim, skosztował surowego mięsa - tatara. Zdradził swoje jelita, które stały się pożywką dla tasiemca. Gorzko potem tego żałował. Pragnęłam by moje opowiadanie o jelitach, ukazało się w pewnym piśmie literackim.  Redaktor wyraził zgodę. Musiałam tylko nanieść kilka poprawek. Doszło do początkowej fazy trawienia na poziomie mejli i spytałam redaktora, skąd mnie zna.  Wcale mnie nie zna. Ale jest doświadczony i przyznał, że kojarzę mu się z jelitówką, która też jak człowieka dopadnie, to końca nie widać. Gdy wysłałam mu kolejną wersję tekstu, napisał, że poczeka na wersje ostateczną. Obiecał trzymać dłoń na moich jelitach. Czasem mówią na mnie pleciuga. Noszą mnie słowa, noszę je sama. Nosi mnie!  Chciałabym powiedzieć, że mam wszystko w dupie, ale czy to takie proste? "Każdy ma swoją" - powiedział Piłsudski.  Jak widzę siebie w tym anturażu? Prawda jest smutna. Tu już nie ma miejsca na żarty. Chciałabym być królową sedesu; doceniać, jak niektórzy materię, ślinić się na widok kanapki z szynką i z pomidorem, myśleć o cenie i wielkości kawałka ryby w nadmorskiej restauracji. A ja? Ciągle zdaję egzamin dojrzałości. Wszystko powraca z oceną pięć: pięć razy więcej doświadczeń, pięć razy więcej odczuwania. Wrażliwość - najtrudniejsza nauczycielka z kpiną na twarzy i jej gówniane odbicie w lustrze.  Prawdopodobnie –  nie sposób w tym wszystkim zrzucać winy na rozwolnienie –  skoro jelita to drugi mózg, mogłam widocznie polizać piątą klepkę. Ta zaś odpowiedziała: – Wyprzęgam! Agnieszka Rykowska – poetka i prozaiczka. Autorka trzech książek poetyckich: (Za blisko 2021), (Szklany stół 2023), (Przyjęłam leki 2023). Wiersze i krótsze formy prozatorskie publikowała w internecie, w antologiach oraz w ogólnopolskiej prasie literackiej.

  • Przemysław Jaźwiński – trzy wiersze

    bardzo blisko czas jest zawsze trzeba go tylko uważnie poszukać  może siedzieć na końcu pomostu z twarzą we mgle jesień zaplanowała wcześniej malowanie krajobrazu  zaraz wszystkie rumieńce świata staną się widzialne prawdopodobnie lubi też wędrowanie wzdłuż myśli te rozczochrane wrzeszczą ile tylko sił w sylabach pochylony wędrowiec nauczył się jak zaklinać chłód  skrzydła rozkłada przy dużym wietrze znad posłowia bez skrępowania potrafi zamykać się w sobie na zaś  zardzewiały klucz postradał liche zęby w trybie in-out  zabawa w przesypywanie minut w ciszy jeszcze trwa chwilowo wszyscy konsultanci są zajęci przemijaniem natychmiast w przestrzeń da się wyprawić już całkiem daleko zebrany w całość milaż nie ogranicza imaginacji bibliograficzne punkty odniesienia z wielu stronic dają inną perspektywę rozumienia miary kroków próba odnalezienia siebie na zasobnych półkach kwerenda źródłowa lubi towarzyskie wykrzykniki stojące na etażerce lusterko o bujnych kształtach wyciąga zza szafy kolejny tom przygód o niczym instantyzacja oczekiwań umie pożegnać wartości coraz mniejsza dostępność nie budzi sprzeciwów w ciemnej piwnicy nawet licha latarka jest słońcem dobrze widoczna droga prowadzi tam gdzie trzeba nie przeszkadzać miejsce gdzie często przystaje czas na chwilę i w sobie wiadomym celu pozostaję ukryty między stertą łodzi pod brezentem stalowego już nieba zerkam jak szybko zzuwa stare buty wchodzi po kostki do chłodnej wody chleb dla ryb sypie się mu z kieszeni jedzą go ptaki o dziobach bez gniazd zapytałbym o jungowską teorię cienia prawo karmy losy tylu bodhisattwów armagedon bryły platońskie dharmę widział wiele ma wiedzę kto jak kiedy nie miałem śmiałości to jego moment zawsze jest tym samotnym świadkiem choć jestem nieźle ukryty wiem dobrze że widzi jak jem wszystkie swoje czyny Przemysław Jaźwiński – doktor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki na jednym z warszawskich uniwersytetów, socjolog, fotograf, perypatetyk. Laureat Nagrody Głównej VII Edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Brwinowski Parnas” (2023) Uczestnik wielu innych ogólnopolskich konkursów poetyckich, publikował w antologiach i wydawnictwach pokonkursowych. Prywatnie miłośnik natury i entuzjasta różnych sposobów jej uwieczniania. Mieszka w Warszawie.

  • Marian Lech Bednarek – trzy wiersze

    Dzień Światowego Śmiecia (modlitwa) na Dzień Światowego Śmiecia                           będziemy zawsze równo szli                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                            nie pozbawimy się dobrej  gry                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                              wyjdziemy kiedyś z tej mgły                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                            pożremy swe wszystkie marzenia                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                 położymy się obok swej żony                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia         zamienimy nasze bachory w pąki białych róż                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                   wypełnimy wszystkie wory złości                   i zrzucimy do zsypu by się zatkał                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia       pozrywamy struny gitar i wyrzucimy na złom                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                        puścimy trzody na pokoje                         bo najlepiej się czujemy wśród świń                                                    przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia wydłubiemy sobie oczy i wstawimy tam świeczki                                                    przebacz nam Panie na  Dzień Światowego Śmiecia                zaśpiewamy najlepsze piosenki o miłości                i się Ciebie wyprzemy                                                    przebacz nam Panie Akslop  Gdyby przez chwilę uwierzyć w Akslop, w tę Polskę pisaną od tyłu, to nie musiałbym nigdzie wyjeżdżać za chlebem, tylko akslopował bym sobie, bo to lubię. Żeby tylko z tego można było wyżyć.  A te flagi rozumienia  -  że niby bigosem narodowym można się podpierać niczym kościołem  i prawem – to jakiś rozwalony przez wiatr wychodek. Cały język Akslopu załatwia wszystkie sprawy od ręki i toczy się furmanka codzienności po uliczkach normalności, gdzie deszcz z psem się wymijają, będąc dla siebie wszystkim, czyli parasolką i przygarniętą psiną. Akslopowy mam teraz nastrój, bo to mój jedyny przyjaciel alkohol zmieszany z Bogiem i Szatanem. I spakowany jestem już w połowie. Kto mnie przygarnie tam po drugiej stronie?, gdzie będę pędził wino w krzakach umorusany i knuł napad na wszystko co marne i godne pogardy. A gdy wrócę,  to się z wszystkimi rozliczę. Teraz leżę na wyrku niedzieli jak Rimbaud kiedyś pijany na bretońskiej plaży, uciekając w sen pożegnalny przed wypłynięciem z Europy. Ale ja, kiedy się już rozliczę, to sprzedam mój dom przedpotopowy ze wścibską mordą sąsiada za płotem i wyjadę stąd na zawsze                                                                                                                                                                                                                       2022 Pisz                                                      Po prostu rób swoje, jak słońce, zdejmij sweter, gdy ci za gorąco i pisz wypuszczaj swoje prywatne promyki. I tak za wiele nie zmienisz, ale pisz, niech robaki chodzą po twoich wierszach i kawa je ochlapie i deszcz, będą wartościowsze. Coś z tej ziemi im się należy, nie znikną tak od razu. Może ktoś przeczyta? Świeć tymi literkami.                                                                Marian Lech Bednarek  (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in . tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy, a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski. Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w międzynarodowych antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na najważniejszych festiwalach w kraju i za granicą. Były redaktor naczelny pisma „Plama”, założyciel Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page