top of page

Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jacek Sadkowski – pięć wierszy

    בוא הביתה * Bo  habajta Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości, A nie możesz li w onej dawnej swej całości, Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!                                                                        Tren X, Jan Kochanowski ciepło w stopy. aż dziwnie. niebywale przyjemne. nie mnie się ruszać opatulać szczelniej kocem poprawiać poduszki choć zaraz zdrętwieje mi ręka a ziąb ciągnący od okna ugryzie w gołe plecy. piżamę mam nędzną nie chciało się wyciągać z szafy solidniejszej. a niech tam. ciepłe stopy to rzecz rzadka. słucham wiatru i jagiellońskiej listy przebojów z 1450. hystorigraphi aciem mentis. nieźle przyciska zmyślny grajek mikołaj z ciołkiem ostrym tekściarzem. sęk w tym że więcej tu wiatru. śnieg szyby zalepia by rankiem ze strachem odkrywać biel niepokalaną. zasnąłbym ale z muzyką mieszają się gwiaździście płatki mroźne mroczne rozgwiazdy pływające w poprzek na skos harf wiol jakże słodkich lutni niebiańskich niewieścich chórów. magnificat.                                                          gloria.                                                                                                    credo. marzyć i tęsknić za dotykiem niespełnionego. nigdzie. teraz. w wiecznym tutaj. tutam. a za oknem szczekają psy których imion nie znam. nie znam tuteraz żadnego a chciałbym żeby były ze mną zawsze nazawsze. i już nie słyszę wiol jakże słodkich lutni. płaczę i wołam gdzie jesteście wszystkie moje które kochałem i kocham wiecznie poprzez śnieg ciemność bez końca wiatru. gdzie jesteś gundku włóczykiju gdzie jesteś mała sekundko gdzie jesteś brutusie zza morza. gdzieście wy! wszyscy! których nie ma których nie mam! więcej tu wiatru. śnieg zalepia szyby. rankiem strach będzie. niepokalana biel. zasnąłbym ale mieszam się z muzyką gwiaździście. płatki mroźne mroczne rozgwiazdy noc na trzy psy i lutnię ___________ * Bo habajta, hebrajski, "wróć do domu" Jak diabłem zasiał - cicho tu i pusto jak diabli mówię sam /nawet nie/ do siebie bo siebie przecież nie ma(m) już od długiego czasu. - jesteśmy! wołają diabli. - na ciebie czekamy łapy zacieramy! czy już pora? - tak. na telesfora. zasrańcy osrani siarką - warczę charkotliwie bo charkoczę warcząc bo od wczoraj mam solidnie przeziębione gardło. ale to tylko fantazja. fantazjomat jeszcze działa w niemoim łbie a diabły diabli wzięli. prawdę warcząc to nie jest cicho. za ścianami sąsiedzi drą mordy na dzieci dzieci wydzierają mordy na sąsiadów. za oknami nienawistnie jęczą mewy mściwie gruchają gołębie. nie słyszę balkonowych sikorek. południe. w południe nie przylatują do słonecznika. wczoraj czytałem o człowieku który poślizgnął się i pizdnął głową o balkon na balkonie. przy odrobinie szczęścia też mogę się tak ustawić. leżałbym sobie a sikorki z apetytem wydziobywałyby mnie. czemu nie? to całkiem niezły finał. wizja pobudza. mam o czym rozmyślać mam co układać na nieprzyszłość. póki co siedzę. nasłuchuję skrzeczącej ciszy. właśnie słyszę grzesia współmieszkańca klatki drzwi w drzwi. ostrożnie schodzi po schodach i dzwoni dzyń dzyń torbą. sześćbutelkami jasnepustymi po piwie które zaraz wymieni na jasnepełne. późno już. dwadzieścia po dwunastej nie wiem jak wytrzymał od świtu. no taki to dziś dzień. niedzień. na spacer nie wyjdę bo boli mnie gardło. wiersza nie napiszę bo nie potrafię. chociaż piszę dla wprawy żeby nie zapomnieć trudnej sztuki pukania w klawisze. zatem pukam. nie - jestem. w nieciszy powoli szybko znikam. śnię o leżeniu na balkonie. śnię o dziobiących dziobami sikorkach. o worku kości. o braku braków w grafomańskich dla wytchnienia wzorkach diabli nadali Nienienie a przecież morzemoże Emilii dwudziesta pięćdziesiąt i nie bardzo nie nie wiem co dalej. poczytać bukowskiego zimę muminków a może wyspę skarbów coś o morzu. o morzach południowych opowieści z mórz południowych londona? nie wiem. w głowie sucho nawet niewidzialna sucha mysz padła w pylistej posusze. daję sobie jeszcze chwilę na przyswajanie tlenu kilka oddechów na siłę. nie nie pójdę spać jest zbyt wcześnie za oknami mgła po grudzie zawsze grudzień. raz ciemno raz ciemniej. nie nie wiem nic nic. przez moment dziś widziałem światło dalekie od Światła ale nad wyraz rzeczywiste. przez chwilę. przez cudowny moment. szorowałem ciężko ciężką patelnię. obiadowe kotleciki z selera przylgnęły do żeliwa. smacznie było ale trzeba było potem skrobać. skrobałem we wrzątku w zamyśleniu. szlachetnym. bo myślałem o listach do mileny kafki i kawkach chroboczących za oknem za plecami. natenczas ściana ni stąd ni zowąd przede mną zaświeciła pomarańczą. odwróciłem się do okna a tam                                                                                       słońce niebieskie                                                         niebo wybuch                                    chmur chmurek tak czerwonych czerwienią jak niczym stado czerwono czarnych zebr spokojnie skubiących czerwoną trawę na niebieskich sawannach. rozpłakałem się. nadmiar nadmiarowości wszystkości nie - mieszczącej się w języku aniołów z listu pawła do koryntian. a chwilę później zadzwonił telefon i przez godzinę był szum morza i mewy i szłaś szliśmy w górę miasta i nic nic innego nie było ważne nie było. teraz jest za cicho i nic przechodzi w nic i nie wiem __________________________ Szesnasta dziesięć, drugi dzień lutego Emilii ta jedna chwila przypadkowy moment kiedy wstałem od komputera bo zachciało mi się przegryźć cokolwiek w kuchni i sięgnąłem po butelkę hiszpańskiej oliwy czerstwy razowy chleb. raptem w pomarańczowym błysku zaokiennego słońca wszystko stało się proste jasne i niebywale na miejscu. oto jestem ja oto moja ręka sięgająca oto moje oczy szukające /ciebie/ oto chleb. wszystko pocięte pręgami światła moje żywe żyły pulsujące prawdziwą ciepłą krwią. i przytulność. spokój jaki nieczęsto /nigdy/ zdarza się w lutym lutym za oknem rozćwierkały się wróble rozdzwoniły sikorki i było przez chwilę zwyczajnie dobrze jak powinno być zawsze i nie było nic czego nie powinno być. byłem światłem w świetle w butelce oliwy w chrzęście czerstwego chleba. oṃ śānti śānti śānti  niczego                                                         między tobą a mną nami. tylko słońce słoneczniki nasturcje i jaśmin wszystko co nie gaśnie w drodze do wiersza o mrozie o niczym o                                                                         oliwie extra virgin A za oknem z muru mur Crazy, Over the rainbow, I am crazy Bars in the window There must have been a door there in the wall When I came in (Crazy, over the rainbow, he is crazy)                                                            The Trial/The Wall, Pink Floyd a o świetle to nie ma co mówić. zgasło już dawno choć czasem jeszcze słyszę jego lichy głos szaropełgający chwiejnie pod stołem pod którym usiłuję sypiać niespokojnie jak zając pod miedzą. szeroko na siłę raz otwieram raz zamykam oczy. raz raz dwa dwa zamkotwarcie wystraszone zamkotwarcie. wyparcie świadomości w dawno niewypranej pościeli. jak sobie pościelisz tak się wyśpisz mówi stół. to dobrze że mówi. o trzeciej nad ranem chcę cokolwiek usłyszeć. nawet niechby mówił mi spierdalaj waflu dziadzie dziadku co sił nie ma w zadku i śmiać się z upadku swojego nie umie co dziury ma w dziurawym bezrozumie! ciesz się że choć zimno to jeszcze ciepło. jeszcze choć nie całkiem wyciekło to ciepło. a o cieple to nie ma co mówić. wczoraj obwieszczono że dziś będzie nieplanowana awaria zamilkną grzejniki i nawet nie pozmywam talerzy od dawien dawna zakwitłych na żółto wspomnieniem zjedzonej wczoraj jajecznicy kolacji w śniegu co to teraz jest grubomokro niepuchaty i je jak ja jajecznicę wszystko. wszystko chrapanie sąsiadów za ścianą wycie rur zapach snów ciche kroki duchów których już dawno nie ma tu pod stołem. dużo za dużo tego wszystkiego. a o samotności to nie ma co mówić. kiedyś zlepione śnieżne fortece twierdze budowałem niezdobyte walczyłem niezwalczenie na śnieżki ze śniegu. a one po cichu składały się w lodowe ściany w mur co teraz głuszy wszystko. w środku rozjeżdża się niczym nie ma nic niczego nie ma. jestem tylko ja. w śniegu zlepionym śnieżnym sercem się kuszę                                   zaśnij                                                        zgaśnij wyjdź przez ścianę przepadnij Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Sylwia Jaworska – cztery wiersze

    Miesiąc synodyczny Ona ciemnieje, cofa się, chudnie - jest teraz w zanikającej fazie księżyca. Próbuje zapamiętać symbol potrójnej bogini. Rezultat oglądania światła pod różnymi kątami to jej położenie względem niczego. Ktoś przeniósł skałę bliżej domu, który chroni tylko przed słońcem. Skała może być raz miękka, innym razem twardnieje. Dwa kruki przysiadują tam czasem, drążąc piasek aż do ostatniej kwadry. Ultrafiolet W Dolnej Saksonii jesienią kwitną wrzosy, niedożywienie i inne choroby. Wieczorem stanęliśmy w Bergen – Belsen. Tyfus, gruźlica, czerwonka. Niemożliwy sen przy dziennym świetle. Sterta nieodzianych kobiecych ciał. Wątroby, serca i nerki zostały wycięte. Na zwłokach nie zostało żadne mięso. Aufseherin Telefonistka w obozie A jest wykrzywiona w grymasie. W sztywnym uniformie, uszytym na miarę, zakrada się do kobiet, niosąc ze sobą woń perfum. Na apelu bije i kopie. Pejcz - spleciony celofan i stal. Telefonistka w obozie B obserwuje kobiety. Nad głowami więźniarek godzinami zastygają ciężkie kamienie. Zastrzyk dosercowy z fenolu, selekcja, komora gazowa. Wycieczki na rowerze, koktajlowe sukienki, rękawiczki, torebki, małe tygryski i pieski. Oprawca i ofiara korzystają z jednej łazienki. Sulfonamidy w Ravensbruck W malowniczej scenerii lasów, nieopodal jeziora, rodzi się koncepcja. Kobiety zostały umyte i zbadane. Trójkąty z filcu – czarne, czerwone. Żółte – ze specjalną rezerwacją wagonu. W wykonane skalpelem rany wkłada się ziemię, szkło i trociny. Kobieta o kociej twarzy mówi wyraźnie – pomimo serii strzałów w kolano, rana nie przypomina obrażeń. Sylwia Jaworska – autorka książek poetyckich: Mistrzowskie Trójki (2020), Echo serca (2021),  Pustynia (2022); Love Crimes (2023), Kąpiele faliste dla osób żyjących nerwami (2025). Publikowała w magazynach literackich "Odra", "Fabularie", "Pismo", "Afront", „Fraza” , "Dwutygodnik", „Cegła”.

  • Piotr Smolak – cztery wiersze

    Neverending story I wczoraj namalowałam dziewczynkę z nożem w głowie (myślałam o gwoździach ale ostrze robi robotę) ma włosy takie jak ja i lalkę która pluje ogniem i śpiewa pani chciała dzwonić do psychologa ale mama zabrała mnie do domu i zaserwowała melisę za oknem jesień starła na proch końcówkę lata pół nocy warczał pies na parkingu biedny pies chwilami wył jak potępieniec potem sąsiad wyzywał Pana Boga nadaremno brakło mu paru groszy na wódkę o wschodzie słońca mama ubrała mnie i poszłyśmy na wzgórze za miastem wiatr w porywach był południowo-wschodni barometr niekorzystny opady żadne ułożyłyśmy się wśród traw powyżej torów wystarczy gwałtowny obrót tułowia żeby zapoczątkować ruch resztą zajmie się grawitacja żeby nas nie zauważył żeby tylko nas nie zauważył szeptała mama szarpiąc mnie za rękaw II dzisiaj mama nie chce spojrzeć mi w oczy dzisiaj nigdzie nie znajduję dla siebie miejsca nocami budzę się w pociągu który wjeżdża do oceanu nocami budzę się na stole operacyjnym kiedy wszczepiają mi rozrusznik serca III dzisiaj mama nie chce spojrzeć mi w oczy dzisiaj nigdzie nie znajduję dla siebie miejsca z pracy wyrzucają mnie co pół roku mężczyźni odchodzą po pierwszym pocałunku kiedy kończę terapię myślę o następnej mama nie chce spojrzeć mi w oczy chyba powiem jej że to nie był zły pomysł Punks not dead Tu nie bierze się jeńców. Tu trup ściele się gęsto. Prowizoryczne boisko całe jest pod napięciem. Brutalny faul przerywa spektakularną akcję. Do tego krzyk jak trzask linijki, której używała polonistka, kiedy kolega pertraktował w sprawie oceny na półrocze. (W następnej klasie role uległy odwróceniu: żądania stawiał kolega, pani kuliła się za biurkiem.) Mecz toczy się pod blokiem: zamiast bramek są ławki, zamiast murawy beton. Zamiast widzów potencjalni mordercy. Po każdym golu czułem, że zrównamy z ziemią parlament, ukrócimy hegemonię pop artu i coca coli, córkę premiera zaciągniemy do cyrku. Niech skacze przez płonącą obręcz, niech połyka sztylety, niech tańczy na linie ze ślepym lwem. Wieczorami wpełzaliśmy pod kołdry jak ranne ośmiornice między splątane wodorosty. Sen opadał ze wszystkich stron rojem plotkujących motyli, plejadą much przepasanych błękitną wstęgą. Odtwarzając akcje często nie mogłem zasnąć. Zwłaszcza po niezapowiedzianych wizytach ojca. Pewnej nocy roztrzaskał szybę w drzwiach, wtargnął do mojego pokoju i plując jadem pociął nożem czarną skórę z napisem: PUNKS NOT DEAD (Poprzedni właściciel po raz ostatni był widziany na dachu wieżowca. Palił jednego za drugim i przeklinał dzień, w którym przyszedł na świat.) Dziś ojciec nie potrafi wypić więcej niż dwa kieliszki, wspiąć się po drabinie do światła, wynieść dywanu z salonu. Ani żadnej rzeczy, która Jego jest. Wpatrzony w rozpadliny biegnące wzdłuż kręgosłupa, w przytulne korytarze pod sklepieniem spękanych żeber, robi porządki na ostatniej kondygnacji, w opustoszałej klatce piersiowej zdmuchuje kurz, dba o jakość powietrza. Robi porządki, zanim zakwitną tulipany. I mówi, że chce umrzeć w tym czasie, co kobieta, z którą wziął ślub przed laty. Utopia i rozpad Ulewny deszcz rozpuszcza stylowe dekoracje Zwały mięśni wywleczone wprost z ziemi Polityków kochających inaczej Prowizorycznego surowca jest w brud Zastany pejzaż nie powinien zatem zbyt długo istnieć Może dlatego wrzesień zadomowił się w naszych sercach A wilgoć osiadła na witrynach pełnych przyspieszonych oddechów Może dlatego samolot lawirujący pośród błyskawic Odcisnął w powietrzu ślad widoczny w świetle księżyca Ulewny deszcz rozpuszcza dekoracje Żydowskie dzieci które palą pod kołdrą Poprzednie wcielenia biegające przed kamerami Ulewny deszcz rozpuszcza stylowe dekoracje I glebę zimną jak schab poddany głębokiemu mrożeniu Zabawa w chowanego I Kto pierwszy zauważy, że umarłem? Pielęgniarka z wadą wymowy, korespondent wojenny cierpiący na zanik mięśni? Producent zniczy i świec oskarżony o molestowanie? W jakich okolicznościach pożegnam się ze światem? Podczas przechadzki po gabinecie figur woskowych? Zdejmowania sukni z kobiety, od której nie można oderwać wzroku? Na terapii grupowej w krzyżowym ogniu pytań? A jeśli wydam ostatnie tchnienie na planie filmowym grając polityka, który ślepnie od świateł? Albo w chatce na kurzej nóżce, gdzie Jaś wkłuwa się w żyłę Małgosi, bo zamówiła złoty strzał? II O czym jeszcze powinienem pomyśleć, kiedy kwestia scenerii zejdzie na dalszy plan? W jakim stanie odnajdą ciało? Względnie nienaruszonym czy jako niezidentyfikowane szczątki ludzkie, które wkomponowały się w pejzaż? Jaką godzinę wybije wtedy zegar? Północ, kwadrans „po” czy jedenastą rano? W przypadku ostatniej opcji o trzynastej będę w żeliwnym piecu, o czternastej w ozdobnej urnie 2 . I zagadnienie najwyższej rangi: jak zostanę potraktowany w zaświatach. III Sporo niejasności, nieścisłości i niedomówień. Ojciec mojego ojca twierdzi, że najważniejsze to umrzeć nie gorzej niż inni. „Żałować nie ma czego, nikt nie zapłacze. Młodszy już nie będziesz, chyba przy końcu świata”. Zarzuca kożuch na ramiona i wychodzi posypać lód na podjeździe przed domem. Karmi psy, odgarnia powstałe w nocy śnieżne kopce, albo sterty skrzydeł porzucone przez anielskie zastępy. „Idziesz w nieznane. Może ku lepszemu, kto wie”. Spowija go szum wiatru, chrzęst uszkodzonego tułowia, głosy kobiet, które zasiedziały się przy łuskaniu fasoli. „Umyją cię i nałożą garnitur, a ja dopilnuję, żeby muchy siadały gdzie indziej”. Piotr Smolak   – studiował medycynę, ukończył teatrologię. Wydał książki poetyckie Neue Wilde oraz Jak podpalić krajobraz.  Pracował jako scenarzysta przy kilku serialach, grał w teatrach eksperymentalnych. Nagrał mini album Modlitwy z okresu przeklinania . Obecnie pracuje nad zbiorem wierszy –  Kosmetyki Coco Chanel

  • Rafał Wierzba – trzy wiersze

    Erasmus  powiedz, że nigdy nie popełniłaś erasmusa w Barcelonie  powiedz, że to niekoniecznie wina rodziców  powiedz, że nie pierwszy i nie lepszy bo nie jest chamem z liceum z Bełchatowa  powiedz, że nie topiłaś niepewności w każdym klubie w mieście powiedz coś, by nie imponowało  usiądź, przebij wzrokiem. Słyszysz?  Tak śpiewa szczygieł Siła złudzeń selfie w lustrze siłowni napompowane mięso, mama z brojlerów  gotowała średnie rosoły lepsze z kaczki mówiła: bądź silny a mamy trzeba słuchać, jeść jaki będzie z ciebie chłop prowadzi crash testy ego kolekcjonuje zegarki i dziewczyny często się psują wyrzuca, gdy je potłucze w niedzielę odpoczywa oglądając feed chłopaków, podjadają sobie cyfrowy cień lustro odbija mięśnie, rzadko głód Boję się dołu, robaków, rozkładu i miłości. Ale bardziej  czy te słowa cię znajdą. Rafał Wierzba (ur. 1994) – absolwent Komunikacji Transkulturowej w kombinacji językowej polski-niemiecki-angielski na Uniwersytecie Wiedeńskim. Pracuje jako spedytor. Interesuje się psychologią, językami i odkurzaczami. Pisze, bo szkoda mu na psychologa. Od 12 lat mieszka w Wiedniu.

  • Marcin Mielcarek – Obudź mnie, jak będzie po wszystkim

    Od jakiegoś czasu brakowało nam pieniędzy, ale nie był to jedyny problem męczący nasze głowy. Szwankowało też zdrowie, głównie jej zdrowie, mieliśmy trudności z poczęciem dziecka. Pragnęliśmy dziecka jak niczego innego na świecie, ale nie mogliśmy go mieć. Przepalaliśmy mnóstwo pieniędzy na prywatne wizyty u lekarzy, odpowiednie leki i suplementy. Nie zarabialiśmy dużo, a kredyt wzięty na niewielkie mieszkanie skutecznie nas ograniczał. Do tego pech, przeklęty pech na przykład w postaci wiecznie psującego się auta, usterek domowych sprzętów czy drobnej elektroniki. Niczym cień kroczyło za nami fatum, drenujące finanse i siły. Oczywiście poza etatem dorabiałem, pracowałem czasami po dwanaście godzin dziennie, pracowałem w weekendy, ale i tak wciąż brakowało nam pieniędzy, a może przede wszystkim szczęścia. Próbowałem wyrwać się z tego stanu na kilka sposób - inwestycje, hazard, przeróżne pomysły wdrażane w życie, mające przynieść trochę grosza. Na nic zdawały się moje wysiłki. Nie mieliśmy też nikogo, kto mógłby nam pomóc, właściwie sami musieliśmy wspierać nasze rodziny, na tyle ile było nas stać. Miałem przeświadczenie, że to chyba za dużo - za dużo jak na dwójkę młodych dorosłych. Poczucie niesprawiedliwości tkwiło we mnie głęboko i nie rozumiałem dlaczego zostaliśmy z góry skazani na porażkę. Nie mieliśmy konkretnego fachu w rękach, specjalistycznego wykształcenia, brakowało znajomości i pleców, ale czy było to aż tak wiele prosić życie o równe szanse? Aby zapłacić za ostatnią wizytę u ginekologa musiałem wziąć chwilówkę. Publiczna służba zdrowia nie miała nam nic do zaoferowania. W telewizji te mądre głowy noszące się z wysoka tylko dużo gadały o kwestii dzietności w kraju, o wyzwaniach i potencjalnych solucjach. Ignorowanie takich par jak my stanowiło brzydką prawdę. Musieliśmy więc chodzić do prywatnych specjalistów, którzy wydawali się nikim innym jak łasymi na kasę, złaknionymi krwi pijawkami. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę zmuszony się zapożyczyć. Biorąc te pieniądze, podpisując papier, czułem się jak człowiek przegrany, czułem jakbym zawiódł. Jakby odarto mnie z godności. Nie potrafiłem nawet spojrzeć w oczy kobiecie za biurkiem. Niemal słyszałem jej szydercze myśli. Oczywiście o niczym nie powiedziałem Ninie, nie chciałem jej martwić. Nie powiedziałem też, że moja dorywcza praca w charakterze pakowacza w sklepie internetowym, niestety skończyła się kilka dni temu. - Chłopie, nie ma roboty - oznajmił krótko kierownik. - I co teraz? - Nic. Masz już nie przychodzić. Żadnych wyjaśnień, przeprosin, niczego. Tym bardziej dobrego słowa. Ale rozumiałem to, zdążyłem się przyzwyczaić. Byłem przecież tylko przychodzącym na czarno frajerem, miałkim, wymienialnym trybikiem. Jakiś tydzień później Nina sama zasugerowała, że poszuka dorywczej pracy. Chciałem jej tego oszczędzić, zmęczenie i bezradność dobijały ją, ciążyły bardziej niż mnie. Zgodziłem się jednak, bo nie mieliśmy innego wyboru. - Tylko na jakiś czas - zastrzegłem. Naprawdę wierzyłem, że zdołam nas jakoś z tego wszystkiego wyrwać. Ciężka praca, tak przecież mówiono. Ciężka praca. Z początku Nina chciała dawać korepetycje z angielskiego, ale konkurencja była tak duża, że okazało się to bezcelowe. Minął więc miesiąc i drugi, a ona nadal nie mogła znaleźć żadnego dodatkowego zajęcia. Porozstrzelane godziny jej pracy skutecznie to uniemożliwiały. Prowadziło to tylko do coraz większej frustracji. Któregoś wieczora upiłem się, kiedy kolejny test ciążowy okazał się negatywny. Nie zamierzałem tego robić, właściwie nigdy tego nie robiłem, bo stroniłem od alkoholu. Było to jednak łatwe, przyjemne. Uciec. Poddać się. - Nie zasługuję na ciebie, kochanie - powtarzałem do Niny, która siedziała przy mnie i cierpliwie to znosiła. - Jestem totalnym zerem, przegranym. Nie potrafię zrobić ci dziecka, nie potrafi zadbać o twój byt. Jaki ze mnie pożytek? - Przestań, przecież wiesz, że to nie tak. Poradzimy sobie, nie martw się - podnosiła mnie na duchu. Wiedziałem, że sama jest na skraju wytrzymałości. Czasami, głównie nocą, kiedy wychodziła do łazienki, słyszałem jak płacze. Nie przeszkadzałem jej, nie przerywałem. Nie potrafiłbym jej pocieszyć. Chyba tydzień później, podczas spaceru, zaczęliśmy analizować naszą sytuację. Szukać różnych możliwości. Właściwie często to robiliśmy i zwykle nie wpadaliśmy na nic odkrywczego. Tym razem jednak było inaczej. - Może zaczniemy po prostu nagrywać pornografię - rzuciła od niechcenia, z rezygnacją. - Może ktoś chciałby to oglądać i za to płacić. Nie pomyślałbym o tym, gdyby sama nie zażartowała w ten sposób. Być może powinienem zignorować jej słowa, nie myśleć zupełnie o czymś takim. Jej pozornie błahy komunikat zawierał w sobie szczep groźnego wirusa. Zostałem zainfekowany ową myślą. Przez kilka dni intensywnie się nad tym zastanawiałem, ale postanowiłem milczeć. Było to dla mnie nowe, bo zawsze dzieliłem się myślami z moją żoną. Kiedy zaczął się nowy miesiąc, a stan naszych finansów był kiepski jak nigdy, wróciłem jednak do tamtego spaceru, do rozmowy. - Nina chyba naprawdę musimy rozważyć taką opcję - oznajmiłem. Jej brak sprzeciwu zdziwił mnie, ale nie zaskoczył. Była równie zmęczona i zrezygnowana jak ja. Powiedziała, że właściwie to jej wszystko jedno, póki będzie robić to ze mną i dla mnie. Zaczęliśmy o tym czytać, poświęciliśmy pół nocy na analizę korzyści i ryzyka. Wymienialiśmy spostrzeżenia, debtowaliśmy jak miałoby to wyglądać. Ustaliliśmy, że nie będziemy pokazywać twarzy i że musimy siedzieć w tym razem. - Nie chcę, abyś czuła, że cię do czegoś zmuszam - powiedziałem. - Do czego? - spytała. - Po prostu nie chcę, żebyś czuła się wykorzystywana. Sprzedajemy więc twoje i moje ciało. - Nie lubię kiedy tak o tym mówisz. - Ale taka jest prawda, kochanie. Będziemy sprzedawać swoje ciała. - Przestań. Źle mi się to kojarzy. Byłem w całkiem dobrej formie - głównie przez ciężką, fizyczna pracę - ale to przecież kobiety stanowiły o sile całej tej osobliwej branży. A Nina... Nina mogła się podobać. Całkiem wysoka blondynka, zgrabna, nie chuda, tylko właśnie smukła i zgrabna. Długie nogi, ładne piersi. Jasny uśmiech i głębokie, zielone oczy. Właściwie często zastanawiałem się co robiła z kimś takim jak ja. Poznaliśmy się kilka lat temu, na studiach. Pamiętam, że tekst, który padł z moich ust jako pierwszy, był strasznie słaby, a mimo to ona i tak się wtedy zaśmiała. Między nami chyba naprawdę chodziło o miłość, o uczucie, które sprawiało, że tracimy głowę, zachowujemy się irracjonalnie. I wierzymy. Wierzymy, że wszystko się ułoży póki ta druga osoba będzie obok nas. Dwa dni później, zwykłym telefonem, nagraliśmy pierwsze łóżkowe ekscesy. Czułem się głupio, stremowany, z początku miałem problemy, aby w ogóle stanąć na wysokości zadania. Nina też wydawała się zdenerwowana, była spięta i milczała na filmie niczym mysz pod miotłą. Finalnie wyszło to zbyt amatorsko, źle nawet, ale wybraliśmy najlepsze fragmenty. Już wcześniej zająłem się zakładaniem kont na różnych platformach. Zrobiłem zdjęcie nóg Niny i ustawiłem je jako profilowe, miała pomalowane na czerwono paznokcie. Filmy wrzuciłem na wszystkie strony jednocześnie. Byliśmy zdenerwowani i nie do końca pewni tego co robimy. Wydawało się to głupie, wydawało abstrakcyjne. Bo jaką mieliśmy pewność, że naprawdę coś z tego wyjdzie, że zarobimy jakikolwiek pieniądz? Nie wierzyłem już w nic na tym świecie, tym bardziej w uśmiech losu. Zanim dodałem te filmy kilka razy pytałem Ninę czy na pewno chce to zrobić. Ja do samego końca miałem wątpliwości, rozterki. - Nie będzie odwrotu - powiedziałem. - Zdajesz sobie z tego sprawę? - Miejmy to już za sobą - odparła. Przez pierwszych kilka dni nie działo się za dużo, a raczej działo się niewiele. W międzyczasie nagraliśmy inny film, trochę lepszej jakości i też go wrzuciliśmy. Na nim bardziej wyeksponowaliśmy ciało Niny. Trzy dni później następny film, kręcony z ręki. Dwa tygodnie później, rankiem, kiedy szykowaliśmy się do pracy, sprawdziłem nasze profile, to znaczy ilość wyświetleń. Jeden film, szedł już w dziesiątki tysięcy odsłon i nie wyglądało na to, że ma zamiar przestać. Poczułem przypływ radości, ale też drobne ukłucie jakiegoś niefizycznego bólu. Sumienie. Wyrzuty sumienia. - Musiał trafić w algorytm - stwierdziłem. - To chyba dobrze, prawda? - Chyba tak. Po tym filmie nakręciliśmy dwa podobne i okazało się, że wyświetlenia są na identycznym poziomie, a zasięg naszych profili rósł. Uznałem to za coś dziwnego i niesamowitego. To jakbym patrzył na słońce wychylające się zza chmur. Wszystko co do tej pory robiłem, wszelkie moje wysiłki, rozbijały się jak fale o skały. Nieskuteczne, bezcelowe działania. Nasze filmy wrzucaliśmy na anglojęzyczne strony, bo przecież nie ograniczało nas coś tak prozaicznego jak bariera językowa. Pojawiły się komentarze, głównie dotyczyły zapytania kim jest Nina. Były też jakieś wulgarne wpisy albo takie, w których anonimowi faceci pisali co zrobiliby mojej żonie, gdyby tylko wpadła w ich spocone łapska. Usuwałem je z początku, budziły we mnie złość, ale Nina powiedziała, żebym dał sobie z tym spokój. Była to poniekąd walka z wiatrakami. Szybko zrozumieliśmy, że musimy założyć Ninie oddzielny profil, na którym będziemy wrzucać jej nagie zdjęcia i filmy. Oczywiście z płatnym dostępem i systemem donejtów. - A czym to się różni? - spytała, kiedy głośno rozmyślałem nad moralnością owego posunięcia. - Nie wiem właśnie - odparłem skonsternowany. - Przecież i tak widzieli mnie już nagą. Bez ciebie te filmy nie stracą na atrakcyjności - zażartowała. Wrzucaliśmy więc dalej wspólne filmy, na których znajdowały się linki do profilu Niny. Mieliśmy oglądalność. Żona stawała się coraz bardziej popularna. Naprawdę nie mogłem uwierzyć w to, że było to tak proste. Za proste nawet. - Przecież nie każdy, kto to robi, od razu zarabia - powiedziała Nina. - Zobacz ile jest tych innych par, tych profili, kont. Robią dokładnie to samo co my, a nawet więcej. Ale jakimś zrządzeniem losu to nas ludzie oglądają. W końcu, po tylu latach, to do nas uśmiechnęło się szczęście. - Tak, chyba jest sens w tym, co mówisz. Te pierwsze pieniądze, łatwe, brudne pieniądze, powinny być dla nas ostrzeżeniem, czerwoną flagą. Później wszystko toczyło się szybko, efektem śnieżnej kuli. Rozpędziliśmy się, pieniądze zaczęły spływać, nie jakieś duże, ale pomagały nam zachować równowagę w finansach. Innym pozytywnym aspektem było nasze zdrowie - zaczęliśmy lepiej jeść i więcej ćwiczyć. Nina zapisała się na siłownię, a ja zrzuciłem parę nadmiarowych kilogramów podczas biegania. Po trzech miesiącach jednak coś się zatrzymało, stanęliśmy przed ścianą. Wyświetlenia zaczęły spadać pomimo tego, że zainwestowaliśmy w lepszą kamerę i oświetlenie. Mniej ludzi odwiedzało profil Niny. Zaczął się odpływ. Wiedzieliśmy o co chodziło, to było oczywiste nawet bez czytania komentarzy. Chodziło o nasze twarze, a właściwie twarz mojej żony. Jeżeli chcieliśmy więcej zarabiać musiała ją pokazać. Zastanawiała się nad tym długo, prawie cały miesiąc. Debatowaliśmy o tym, zapewniałem ją, że ja też zdradzę w takim razie swoją tożsamość. - Przecież wiesz, że to nie chodzi o ciebie - powiedziała. - Wiem - odparłem. - Dlatego zastanówmy się czy jest to warte poświęcenia. - To bilet w jedną stronę - zauważyła. - Chyba tak. Poszliśmy w półśrodek, kupiliśmy Ninie różne maski zakrywające twarz. Widać było jej tylko trochę czoła, oczywiście włosy, pełne usta i zielone, piękne oczy. Przez jakiś czas to wystarczało, wyświetlenia znów wzrosły, tak samo jak nasze zarobki. Oczywiście nadal większość pieniędzy pochłaniał kredyt i lekarze o wampirzym usposobieniu. Cieszyliśmy się jednak, bo coś w końcu ruszyło w kwestii dziecka. W ciele Niny po raz pierwszy pojawiła się zdrowa komórka jajowa. Po dwóch miesiącach zrezygnowaliśmy z masek. Postanowiliśmy odkryć karty. Uznaliśmy, że i tak w tym siedzimy, a szansa, że pozna nas ktoś z rodziny bądź znajomych wydawała się nikła. Filmy okazały się hitami. Ludzie oszaleli na punkcie Niny i nie dziwiłem się im. Śledziłem dokładnie konkurencję, podobne pary, kobiecie amatorskie gwiazdy i obiektywnie musiałem stwierdzić, że Nina była jedną z najgorętszych dziewczyn w sieci. Rok po tym jak zdecydowaliśmy się na ten radykalny krok, zapomnieliśmy o problemach finansowych. Nasza stopa życiowa zmieniła się diametralnie. Oczywiście mieliśmy daleko do dużych pieniędzy, ale po latach biedowania, doceniałem tak prozaiczną rzecz jaką było chociażby nieprzykładanie wagi do cen w sklepie. To przyjemne uczucie posiadać pieniądze. To co mnie zaskoczyło to przede wszystkim wiadomości mailowe na naszą skrzynkę. Przychodziło tego dziennie w dziesiątkach. Oczywiście sporo było spamu, botów, ale w większości dostawaliśmy maile od napalonych mężczyzn, którzy nie wstydzili się wysyłać nam swoich nagich zdjęć. Zdjęcia kobiet, wysyłane pod moim adresem, też się zdarzały. Dostawaliśmy ponadto maile od innych par, siedzących w branży kobiet czy mężczyzn, z zapytaniem o współpracę. Zwykle były to osoby z mniejszymi zasięgami, chcące się najwyraźniej wybić na naszych plecach. Chodziło o to, aby nagrać coś wspólnie, nagrać jak moja żona zabawia się z inną kobietą czy nawet mężczyzną. Denerwowały mnie tego typu wiadomości, ale rozumiałem, że tkwiliśmy w branży rządzącej się właśnie tak dzikimi prawami. Z początku odpowiadałem, grzecznie i kulturalnie tłumaczyłem, że nie jesteśmy zainteresowani tego typu współpracą. Później zwyczajnie zacząłem te wiadomości ignorować. Bo mimo, że zajmowaliśmy się czymś wątpliwym moralnie, to przede wszystkim liczyło się nasze małżeństwo. Pieniądze nie stanowiły dla nas aż takiej świętości. Być może właśnie to trzymało nas w ryzach. Do czasu pewnej propozycji. Trzy miesiące później test ciążowy wyszedł pozytywny. Byliśmy bardzo szczęśliwi, Nina popłakała się i pierwszy raz wiedziałem, że to dobre łzy. Z tej okazji postanowiliśmy wybrać się do Hiszpanii na krótkie wakacje. Nigdy nie myślałem, że wyląduje na plaży w Barcelonie i będę popijał pod parasolem drinki. Te dni spędzaliśmy na zwiedzaniu, spacerach brzegiem morza i leżeniu w promieniach ciepłego słońca. Wieczorami się kochaliśmy, ale bez kamer i tego wszystkiego. Po powrocie do Polski dostaliśmy wiadomość od jednej z par, chyba najbardziej znanej w kraju. W skrócie chcieli zrobić z nami wspólny film. Odpisałem im, że niestety nie działamy w ten sposób. Odpowiedź, która przyszła, brzmiała krótko. - Jak ile? - zapytała zaskoczona Nina. - Po prostu napisali ile chcemy - odparłem. - Rzuć jakąś kwotę od czapy - odparła. - Nina... - Dla żartu. Rzuciłem. A oni napisali, że się godzą. Podali numer telefonu, pod którym miałem zadzwonić. Wybierałem go i usuwałem kilkanaście razy. Czułem się jakbym śnił. Zły sen. Przez całe trzy dni debatowaliśmy z Niną czy to ma sens, jak to na nas wpłynie. Pieniądze były duże, naprawdę duże. Poza tym Nina była przecież w ciąży, dopiero w pierwszym miesiącu, ale i tak uważałem to za chore. Moja ciężarna kobieta, robiąca to z obcym mężczyzną. To że ja zrobiłbym to samo z inną wcale nie stanowiło argumentu. - Ale podoba ci się ona w ogóle? - zapytała znienacka Nina. Tamta dziewczyna, zupełnie inny typ urody, niska brunetka o okrągłej twarzy, prezentowała się atrakcyjnie, nie dało się tego ukryć. Oczywiście snułem wizje jakby to było. Dotykać jej ciała, całować skórę. Ale... Nina była jedyną kobietą w moim życiu. Nie chciałem tego zmieniać. - A on ci się podoba? - zapytałem. - Jest przystojny, to fakt - odparła powoli. - Powiem szczerze, że przypomina mi byłego chłopaka z liceum. - Czyli co? Chcesz się z nim przespać? O to chodzi? - Ty tak na serio? - Nie wiem kochanie co w tym wszystkim jest już na serio, a co nie! - krzyknąłem. Pierwszy raz od momentu, kiedy w to wszystko weszliśmy, kiedy postanowiliśmy odrzeć się z godności, sprzedać nasze ciała, wystawić na sklepowej witrynie, doszło między nami do kłótni. Nigdy się nie kłóciliśmy, po prostu nie. Było to dla mnie obce odczucie. Zimne. Nieprzyjemne. Nie chciałem się tak czuć. Zrozumiałem to siedząc samotnie w ciszy, pośród głuchych czterech ścian. Poszedłem do sypialni. Nina leżała na plecach, ze stopami wspartymi o ścianę. Miała zamknięte oczy. Wydawała się być białym, kamiennym posągiem. Położyłem się obok niej i dotknąłem palcami skórę jej brzucha. Jeszcze tego samego wieczora pogodziłem się z Niną. - Nie chcę cię stracić - powiedziałem. - Nie stracisz. - Naprawdę chcesz w to wejść? - Nie możemy odrzucić takich pieniędzy. Chociażby ze względu na dziecko. Nagle się rozpłakała, nie rozumiałem tego, ale całowałem ją, spijałem słone łzy z jej policzków. Tej nocy kochaliśmy się i było to prawdziwsze niż wszystko, co można ujrzeć na jakimkolwiek filmie. Kochaliśmy się tak po raz ostatni. Kilka dni później przyjechali do naszego mieszkania. Wydawali się zdrowi, silni, pozytywnie nastawieni. Dziewczyna była lekko zwariowana, zachowywała się napastliwie względem mnie i Niny. Na dzień dobry pocałowała ją w usta, to był długi, namiętny pocałunek. Nie czułem się z tym swobodnie, ale niczego nie powiedziałem. On natomiast był typem cwaniaka. Świetnie zbudowany, wytatuowany, pachnący pewnością siebie i kasą. Spoglądał na Ninę wzrokiem, który zupełnie mi się nie podobał. Ale tak jak w przypadku zachowania jego partnerki, niczego nie powiedziałem. Długo dyskutowaliśmy na temat tego, jak ma to wyglądać, uzgodniliśmy szczegóły. Oczywiście nie wyjawiliśmy tego, że Nina jest w ciąży. Pieniądze przyszły przelewem na nasze konto jeszcze w trakcie rozmowy. Kiedy w końcu Nina poprowadziła go za rękę do naszej sypialni, kiedy w końcu to naprawdę zaczęło się dziać, kiedy w końcu apokaliptyczne znaczenie obrazu, na który tak długo patrzyłem dotarło do mojego mózgu, zrozumiałem. Zrozumiałem, że popełniliśmy błąd. Nie było już jednak odwrotu. Zrobiło mi się słabo i osunąłem się na kanapę, położyłem się i zamknąłem oczy. Wiedziałem, że brunetka przygląda mi się lubieżnie, robiła to przez cały czas, dlatego powiedziałem do niej: - Obudź mnie, gdy będzie po wszystkim. Jej odpowiedzią był głośny, drwiący śmiech. Ten śmiech zostanie ze mną do końca przegranego życia. Marcin Mielcarek  (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki  w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych.  W 2022 roku wydał powieściowy debiut  Sztuka latania.  Mieszka w Zielonej Górze.

  • Paweł Zaremba – dwa wiersze

    okruszki na ten chłód mogliśmy kłaść jedynie okruchy paru dobrych słów pozostawionych specjalnie na takie okazje ukrywanych między palcami które i tak bardzo szybko ubierały się w pięści otulające zapalniczki albo czyjąś krtań puste ulice nie miały dla nas żadnego lekarstwa deptaliśmy po swoich cieniach nie słuchając błękitnego szumu cieknącego przez otwarte okna to był błąd bo przegapiliśmy największe tajemnice dzięki którym stalibyśmy się częścią tego echa zamkniętego w całkiem przytulnym betonie ale zawsze musieliśmy inaczej bo już nas dopadała noc kładła nasze głowy na ławkach tylko po to by w ślad za pierwszą gwiazdą ścinać je okruchami ostatnich żywych barw szał przenoszę na ciebie moje pomarańczowe niebo jestem tylko odrobinę wyjęty spod prawa ale i tak bełkotać niezrozumiale będzie mój język a pod nim matczyna biel schowa brud ojcowskich powrotów czuwaj nade mną gubią mnie pięści pełne powietrza należą do domu z gęsich piór wychodzę teraz na dwór a jest noc jej wilgoć to zguba boję się gdy opuszczam mieszkanie drganie poręczy siada wtedy na moich plecach nie ma we mnie gotowości na taką bliskość czuwaj nade mną jesteś mitycznym szelestem z drugiego końca ulicy przynosiłem tobie wodę w największe upały przynosiłem też cień i szaleństwo teraz przenoszę na ciebie moje pomarańczowe niebo cementowe podwórze to twoje wargi to mleczna pierś mój głód jest cały w szarościach czuwaj nade mną mam stopy w twoich śladach szał zakwita mi pod mostkiem po zmroku ciągle widzę słońce fot. Krzysztof Deczyński Paweł Zaremba (ur. 1982) – nagradzany w ogólnopolskich konkursach poetyckich, drukowany w pismach „Portret”, „Undergrunt”, „Elewator”. Publikował także w pismach internetowych: „Inter” i „Menażeria”. Autor tomu wierszy Sezon kulturalny w Sodomie (2010). Mieszka w Toruniu.

  • Oskar Pajor – Jedyna taksówka w mieście

    Zatrzymała się przede mną jedyna taksówka w mieście. W mieście, w którym nie ma historii zasłyszanych w autobusach czy tramwajach. Są tylko te zasłyszane przez niego, kierowcę jedynej taksówki w mieście. Strzeże ich zawzięcie, jak smok góry złota. Pomiędzy palcem serdecznym, a kciukiem trzyma papierosa, który nigdy nie gaśnie. Kiedyś czerwone Viceroy’e, teraz czerwone Rothmansy, niezmiennie z oderwanym filtrem. Dym szczypie w oczy, wsiąka w tapicerkę, a on zdaje się w nim unosić. Łypie groźnym wzrokiem na każdego kto przechodzi obok. Wie o tych ludziach wszystko. Wystarczy, że podczas kursu rzuci okiem przez tylne lusterko i nie ma zmiłuj, trzeba wyśpiewać jaka dzisiaj pogoda, po co na zakupy, że brat okradł, że żona zdradziła, że się nie ma ochoty dalej żyć. Zbiera historie, które miały być obok niego wyłącznie przez chwilę. Te wszystkie kotłujące się w jego wnętrzu słowa marszczą mu brwi. Tylko pojedyncze opadają na fotele, brudzą je. Całą resztę ma na wyłączność, szkoda. Wsiadam więc do jedynej taksówki w mieście i podaję losowy adres. Miejscowość jest niewielka, podróż nigdy nie trwa zbyt długo, dlatego muszę się skupić. Skanuję welurowe obicia siedzeń. Mam nadzieją na znalezienie pozostałości po rozmowach, nowych plam, których jeszcze nie znam. Czasem, kiedy nic nie wypatrzę, próbuję podkraść mu trochę tych pełzających po bruzdach na jego czole. Wbijam wtedy wzrok w tylne lusterko. Kierowca wydaje się być poirytowany, zerka, ale nie patrzy. Zaczynam zadawać pytania. Najpierw ogólne, jak tam zdrowie, jak weekend czy jeżdżą ludzie. Chyba zaczyna coś podejrzewać bo robi się coraz bardziej nieprzyjemny. Może domyśla się, że wcale nie chodzi mi o zwykły kurs z jednego punktu do drugiego, ale o wszystko to, co jest pomiędzy. W końcu nie wytrzymuję i rzucam karty na stół. Pytam, czy słyszał ostatnio coś ciekawego. Widzę, jak zaciska palce na kierownicy, zmarszczki uciekają, chowają się w głąb czoła. Nie odpowiada. Wnętrze samochodu przechodzi cichy pomruk. Szczelnie wypełnia całą przestrzeń między deska rozdzielczą a tylną szybą. Czuję, że wzbiera w nim gniew. Chciałbym rzucić się do drzwi, chwycić za klamkę, ale… nie mogę ruszyć ręką. Chowam więc szyję między barki i próbuję zniknąć. Wcisnąć się w szczelinę między siedzeniami. Jego irytacja zostawia mokrą plamę na przedniej szybie. Resztki chrapliwego oddechu. Wie, że to co gromadzi jest zbyt cenne. Nie chce się tym z nikim dzielić. Puszcza kolejny obłok wilgotnego powietrza i przestaje zerkać, patrzy. Przeszywa mnie wzrokiem. Obdziera warstwa po warstwie, aż w końcu ma pewność. Jestem zwykłym złodziejaszkiem. Czyham tylko na chwilę jego nieuwagi. To już jest coś, to już jest jakaś historia. Nie mogę mieć innych, to tworzymy swoje: on i ja. I właśnie wtedy naciska hamulec. Naciska tak, jakby chciał go wgnieść w podwozie. A może to nie chciał wgnieść. „Jesteśmy” – mówi. Trzaskam drzwiami, odwracam się na pięcie i idę w stronę, z której przyjechaliśmy. Znowu stoję na chodniku, w miejscu skąd zwykle po niego dzwoniłem. Obserwuję, jak prześlizguje wzrokiem po przechodniach, jak ich wciąga nosem. Po chwili spostrzega i mnie. Wyrzuca z siebie krótkie „Nic z tego!” W ślad za słowami wyleciał z szoferki wypalony do połowy papieros. Zatoczył w powietrzu koło i spadł do kałuży z cichym sykiem. Patrzę, jak odjeżdża jedyna taksówka w mieście. Oskar Pajor (ur. 1995) – debiutuje w Suburbiach. Zawodowo niezwiązany z literaturą, ale całą resztą już tak. Publikował w „Tlenie Literackim”. Mieszka w Pyrzycach

  • Jakub Wasilewski – cztery wiersze

    chłodna noc albo dziecięce rozterki snuje się po głowie myśl przyłożona  do skroni jak odroczony wyrok  grunt żeby kamień nie spadł z serca na grunt żeby nie narobił hałasu żeby  dusza pozostała na ramieniu żeby go  nie zostawiła w trwodze samemu sobie na razie zamyka szczelnie powieki by przypadkiem nie wdarł się pod nie sen musi przecież rozsądzić które wybicie było gorsze – szyby czy dwunastej stany niestałe zgarbione latarnie ostatkiem sił rzuciły światło na parę spraw między nami i skonały wraz z nadzieją na coś więcej. niby próbowaliśmy, ale nieumiejętnie – karmiliśmy tylko gasnący żar benzyną, a za nami płonęły mosty. w końcu oślepły łączące nas niegdyś uliczki. ogłuchła chłodna noc. przydrożne wierzby przestały dla nas płakać. ostra jak seria z kałasznikowa wymiana zdań ucichła, a pijane amory z piwnymi brzuchami runęły zmorzone pod knajpą. ta miłość umarła w wyniku obrażeń – tylko kto się obraził pierwszy? korpo life o wpół do pierwszej zmiany pętla krawata  dusi resztki dzieciństwa.  między niebezpiecznie miękką pościelą a chropowatym biurem jest parę kilometrów i parę niedokończonych snów, które  wyłączam asap kluczykiem w stacyjce. wracam tam niemal codziennie. słona biel  pijanego asfaltu tańczy w rytm śpiewu  silnika szatkującego gęstą ciszę. ślepia  reflektorów sukcesywnie połykają jasny mrok. fyi : na skraju nocy jest brama wjazdowa.  mówią, że to tędy wychodzi się na ludzi. ubezmiastowolnieni półjaźń brata się z fikcją, schodzą sen w sen coraz głębiej, gdzie zdarta płyta  chodnikowa odtwarza w nieskończoność  twoje kroki.  wsłuchuję się w nią jak w najczulszą  kołysankę. w bezkresną biel ścian  płonącego raju. szepczesz mi do ucha  niebo, jednocześnie karmiąc żar benzyną. widzę nasz początek. dzień grzęźnie w sadzawce, kiedy zbieramy pierwsze  spadające gwiazdy. wtulasz się w mrok,  mówisz, że ciepły. otwieram okno na zaświaty, wypycham  przez nie desperację. opadając, przecedza  przez palce twój syreni śpiew. zlicza  mijane klatki i księżyce.  skutecznie odwraca proces narodzin. Jakub Wasilewski (ur. 1992) – absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Poznańskiej, programista z pasją dbania o czystość języka polskiego. Publikował w pismach literackich i almanachach pokonkursowych, jego wiersze były prezentowane w audycjach radiowych poświęconych poezji. W październiku 2025 roku wydał swój pierwszy tomik poetycki #Nie(s)pokoje . Mieszka w Kole.

  • Katarzyna Dominik – cztery wiersze

    Na skróty Chcę zamknąć kartonowe aplikacje i wyjść na klatkę schodową. Nie działa. Zasięg jest wszędzie, ale żywej duszy brak. Na ławce pod blokiem dwóch chłopaków rozmawia o kredycie. Jeden pali skręta, drugi liczy coś w głowie. Obaj patrzą w ziemię. W wiadomościach znowu ktoś mówi plotą o przyszłości. Słowo przechodzi przez ekran jak przez folię. Ciało domaga się rzeczy prostych: wody, snu, żeby kolano  przestało strzykać. Ale Zamiast tego dostaje nazwiska, mapy, daty do zapamiętania. Ktoś w tramwaju mówi: z rezygnacją macha ręką:to i tak bez znaczenia. Tramwaj jedzie dalej. Wieczorem miasto stygnie. Beton niechętnie oddaje ciepło. (zmieniłem szyk wyrazów w tym wersie) Stoję. Nie wzruszam ramionami. Po prostu stoję. Znielubić   Otwieram oczy. Nic się nie zmienia.   W kuchni kapie kran. Naprawię może jutro.   Radio ględzi zachrypniętym głosem. Na klatce tej spod trójki rwie się siatka z zakupami. Pomagam. Nikt nie mówi „dziękuję”.   Na przystanku stoimy równo jak gęsi. Patrzymy w jedną stronę. Autobus znowu ma opóźnienie.   Telefon wibruje w kieszeni. Ignoruję.   Jest dzień roboczy. Znowu. Recepta na cud   Idę sprawdzić skrzynkę na listy, spojrzeć na światło latarni i wziąć głęboki oddech.   Koleś w sklepie odkłada chleb, babcia liczy grosze z emerytury, dziecko kiwa głową.   Na murze napis czarnym markerem przyciąga wzrok.   Autobus zatrzymuje się na krótko, jedni wsiadają, inni wysiadają, każdy sam sobie.   Wieczorem w powietrzu czuć spaliny. Zakurzony chodniki lśni po deszczu. Nie czekam na cud.   Na schodach potyka się sąsiad. Samarytanin go podnosi, pozostałych nie dotyczy.    Cierpliwość, sklep   W kolejce do kasy słychać nie mam drobnych. Kasjerka marszczy brew. Ekran miga ceną jak agonalny puls.   Facet przede mną sprawdza pogodę. Palcem przewija jutro.   Jeden kaszle, drugi odkłada bułki, bo za drogo.   Myślę o pokoju. Trzeba go przewietrzyć, ale nie mam okna pod ręką. Są drzwi obrotowe, karta zbliżeniowa, hasło nieaktywne.   Na zewnątrz reklama: fotoszop twarzy, trzy obietnice, zero śladów użytkowania.   Wychodzę z kwitkiem. Katarzyna Dominik (ur. 1982) Laureatka licznych konkursów literackich, poetyckich oraz fotograficznych. Z zawodu historyk, z zamiłowania pisarka. Autorka licznych publikacji naukowych i historycznych oraz 19 tomików autorskich. Współzałożycielka Stowarzyszenia Literackiego Tilia, członkini Klubu Literackiego „Rubikon”. Publikacje m.in . w: „Akant”, „Wytrych”, „Odra”, „Post Scriptum”, „Epea”, „Moja Przestrzeń Kultury”, „Kozirynek”, „Helikopter”, „Czas Literatury”, „Gazeta Kulturalna”, „LiryDram” oraz projekcja na murach przy ul. Brackiej 2 w Krakowie w ramach międzynarodowego, wielojęzycznego serwisu społecznościowego poświęconego poezji, a w szczególności publikowaniu i tłumaczeniu wierszy - Emultipoetry.eu .

  • Natalia Prill – trzy wiersze

    Bywa, że... bywa, że przepycham się rękami i nogami, barkami, biodrami, bokiem, na skos i ciężarem, nabrzmiewam owocami, myślą, żyłą, głosem, brzuchem, rozsadzam korytarze, gościńce, zaułki, autostrady, ślepe uliczki, wzbieram wodą w ciemnej zatoce, w jasnej lagunie, w ściekach komunalnych, roztrącam łokciami domy, pola, miasta, państwa, kontynenty, księżyce, nieskończoności, bywa, że sama w sobie się nie mieszczę i tutaj też się pewnie nie zmieszczę, bo nie mogę się nawet zmieścić w jednym wersie, ani w jednej strofie, ani nawet w dwóch. Kamień zasnąłeś muszlą, aż posklejały ci się rzęsy i wodorosty. wyławiasz kamień, obracasz go w dłoniach, pokazujesz mewy, rozgwiazdy, plastikowe meduzy, oczy nadbrzeżnych domów, oczy topielca, oczy labubu. siłujecie się z kamieniem na spojrzenie, w wodzie, pod wodą. kim jesteś, bryło? wszystko jedno. uwolnij mnie już – na dno. Mucha Strząsnęłam szmaragd muchy (Lucilia sericata) która usiadła mi na palcu serdecznym jak pierścionek. Otworzyłam okno na oścież, zawiesiłam cmentarzysko much, uzbroiłam się w przedwczorajszą gazetę ale ona wciąż bzyczy i bzyczy. View zadzierasz głowę, przeglądasz się niebu dronom spadochronom zawijasom zorzy i spadasz w studnię w kałużę w miejski rów w otchłań na chodniku s p a d a j ą c przeglądasz się w sobie downs ups & Natalia Prill (ur. 1988) – absolwentka filologii polskiej i angielskiej oraz studiów podyplomowych z filozofii i etyki. Autorka prozy i poezji opublikowanej m.in . w „Helikopterze”, „Afroncie”, wydawnictwie j, „Akancie”, „Niecodzienniku Towarzyskim” oraz w „E-dwutygodniku Pisarze.pl ”. Jej teksty ukazują się także w „E-elewatorze”. Lubi koty, kawę z cynamonem i dziwne opowieści z otwartym zakończeniem. Mieszka w Toruniu.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page