top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Coral Bracho – pięć wierszy

    Ślad czasu Między wiatrem a mrokiem, między wznoszącą się radością a głębokim spokojem, między blaskiem mej białej sukienki a nocną pustką kopalni, łagodne oczy mojego ojca, które czekają; jego żarliwa radość. Wspinam się, by go dosięgnąć. To ziemia małych gwiazd, a ponad nią, ponad jej płaskowyżami z pirytu, zachodzi słońce. Wysokie chmury z kwarcu, z krzemienia. W jego spojrzeniu, w jego otulającym świetle, ciepło bursztynu. Bierze mnie na ręce. Zbliża się. Nasz cień pochyla się nad brzegiem. Stawia mnie na ziemi. Bierze mnie za rękę. Całe to schodzenie jest cichą radością, mrocznym ciepłem, rozżarzoną pełnią. Coś w tej ciszy nas okrywa, coś nas chroni i unosi, bardzo łagodnie, podczas gdy schodzimy. Ptaki widzą To łuk, który zamyka i podtrzymuje obraz: pełnię morza. Światło o nienasyconej przejrzystości. Pod ziemią tka się historia: wody rodzące swe przestrzenie. Wrzenie ryb Echa pozostawiające swą nieprzezroczystość, włókna, ślady, które się wynurzają. Rozbłyski utrwalające swe zdumienie na murach, kwiecie, skórze swych zwęgleń. Ptaki widzą. Stopnie rozpalają swe jedwabiste fale przed kiełkującymi korytami; cień ukrywa swą gęstość. Półmrok pokoju Wkracza język. Oboje zbliżają się do tych samych przedmiotów. Dotykają ich w ten sam sposób. Układają tak samo. Porzucają i ignorują te same rzeczy. Gdy stają naprzeciw siebie, wiedzą, że są granicą jedno dla drugiego. Są stwórcą i stworzeniem. Są obrazem, modelem, jedno drugiego. Oboje dzielą półmrok pokoju. Dostrzegają tam niewiele: to, co użyteczne, i to, co drugie pozwala zobaczyć. Oboje wymykają się i ukrywają. Z tego światła Z tego światła, które pada, delikatnym płomieniem, wieczność. Z tego uważnego ogrodu, z tego cienia. Czas otwiera swój próg, a w nim przyciągają się przedmioty. Zagłębiają się w nim, a on je podtrzymuje i ukazuje takimi: jasnymi, dźwięcznymi, szczodrymi. Świeże, pełne swej promiennej materialności, świątecznego blasku, gwiezdnej głębi. Solidne i odrębne, jednoczą swą przestrzeń i swoją chwilę, swój dokładny ogród, by móc je odczuć. Niczym doskonałe kamienie w ogrodzie. Niczym odcinki czasu wykreślone na świątyni. Drzwi, krzesło, morze. Głęboka biel nieprzystająca ściany. Zwięzłe linie, które je skupiają. Tamaryndowiec pozostawia blask pośród gęstej nocy. Dzban uwalnia słoneczny szmer wody. A stanowcze ciepło jej dłoni; pozostawia gęstą noc, noc rozległą i wylewającą się ponad głęboki nurt, jej serdeczne ciepło. Bryza Bryza dotyka opuszkami palców miękkiego spodu liści. Lśnią i lekko wirują. Płoszy je i unosi jednym westchnieniem, drugim. Sprawia, że stają się czujne. Niczym wrażliwe palce niewidomego, liście po omacku przeszukują wiatr; odnajdują i odczytują swe krawędzie, swe faliste wypukłości, swą grubość. Kołyszą swe płynne nieme klawisze. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Coral Bracho (ur. 1951) — meksykańska poetka i tłumaczka.

  • José Carlos Becerra – trzy wiersze

    Kobieta z obrazu Zaczynasz już rozumieć, twoja miłość stopniowo odsłania przed tobą swe sole do kąpieli, swe święta nakazane, swe kolacje bez nikogo; niekiedy szkielet twojego anioła stróża tańczy w twych oczach, pewne dzikie ptaszęta budzą się drżące w twych dłoniach, już swąd ukrzyżowania nie każe ci zatykać nosa, jak za dziecięcych lat Blues Nie trzeba było nowego ataku samotności, bym to pojął. Przemierzałem morze kursem nieznanym mym dłoniom. Tam, gdzie miłość mieszkała i miała swe królestwo, pozostał już tylko mur przygniatający trawę. Pozostała kartka papieru, nie całkiem pusta, na której zapada zmierzch. Gdzie pewnej nocy gwiazdy skapywały na ramiona czyste jak odsłonięta prawda, pozostała już tylko bezcelowa bryza. Gdzie kobieta ustanowiła pocałunek, jedynie drzewa powalone zimą. I nie trzeba było tego mówić. Serce, nie będąc łzą, potrafi rzucić cień na policzki. Okno wychodzi na smutek. Opieram łokcie o przeszłość i, nie oglądając się, twoja nieobecność wnika w moją pierś, by lizać me serce. Powietrze jest dłonią, co kartkuje me czoło. Me czoło, na którym księżyc jest inskrypcją, głosem rzeźbiącym własne zapomnienie. Niczym dym unosi się księżyc spośród ruin zmierzchu. Jest jeszcze bardzo wcześnie w tym błękicie bez twarzy. Nie trzeba było mącić samotności pyłem rozproszonego pocałunku. Nie trzeba było zapamiętywać nocy w jednej łzie. Usta ogarnięte zapomnieniem, puls cofającego się przyboju, szum chmur, o których myśli jesień. Są ołówki w kształcie czasu, szklanki wody, w których zmierzch unosi się w milczeniu. Jest gałąź drzewa niczym ramię rzeźbione przez jakieś porzucenie. Są spojrzenia i listy, w których noc wprawiła w ruch pustkę oraz czoła, gaszące swój odległy blask nad literami splatającymi znaki podróży. Oto popołudnie. Może w nie wstąpić każdy zakochany. Oto popołudnie, by nazwać nieobecność. W mej piersi rozbrzmiewa świat niczym drzewo zdobyte przez wiatr. Nie trzeba było tego popołudnia, ani tego papierosa, którego dym może być inną ulatniającą się dłonią. Noc przezimuje w mej piersi. Nie trzeba było tego wiedzieć. To nie ma znaczenia. Wyczekuję listu jeszcze nienapisanego, w którym zapomnienie ustanowi mnie swym dziedzicem. Odys powraca Zdanie, którego nie wypowiedzieliśmy, pewien oddech ust w łapczywości snu, cisza zaczynająca się niczym stado ptaków; złożyłem to zdanie na talerzu, na którym podają nam głowę Chrzciciela. Jestem tutaj po utracie mej najcenniejszej ofiary, oto ukryta właściwość metalu, którym dawni bogowie obnażali rozdarcie świata, zbrodnia jako nieudany akt miłości, niezwyciężona blizna śmierci, dawna biegłość zbiorowych ust, zew morza, znaki ptaka pogrzebanego w swym locie. Nie mogę przedstawić wam siebie w porządku dnia; w mym szkielecie, w mej księżycowej potworności, tym, co lśni, jest skąpy upust krwi, który jeszcze pozostał z mych gwiazd: najmniejszy i najsłabszy punkt mojego zdania jest mglistym ruchem wody po katastrofie okrętu, gdy wszystko zniknęło już z powierzchni i sam rytm morza nabiera swobody właściwej pewnym nieobecnościom. A to słowne wyzwanie, ten zryw duszy, to zmaganie nocy z legendą twarzą w twarz podczas gdy mrok przybiera postać drzew, twarzy oddanych pozorowi pocałunku, nawet ten czas pozwala nam jeszcze usłyszeć morze, pradawny skowyt plaż niczym ludzkość tolerowana przez sen swoich bogów i przez cios sztyletem zadany ręką swych najlepszych zabójców. Mędrzec nie ufa leśnemu posmakowi duszy, ciału kąpiącemu się w błaganiu własnego mięsa, pieniącego się udręką, kobiecie klęczącej przed abstrakcją fallusa; o jakie znaczenie prosiliście noc? Jaki mroczny sens życia przerażał nasze usta, gdy nocna trawa rosła w waszych oczach? A ten świt, który ktoś niesie w ramionach niby naczynie, co cicho pojękuje, wzejdzie, gdy słońce natknie się na własny cień i zasiew spragnionych ran wyznaczy na piersiach krzywiznę Historii. Wszyscy wiemy poniekąd, że groza stanowi świętą namiętność, inscenizacją naszej własnej niewinności i naszego własnego objawienia. Wszyscy znamy te halucynacyjne usta, które są również na naszych milczących wargach, wszyscy znamy ten blady policzek, którym tak często wyznaczamy oblicze popołudnia. W oddali rozbrzmiewa dawna muzyka, a cisza rozpala ogień starości w palenisku naszych domów. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak José Carlos Becerra (1936–1970) – poeta meksykański. Dzięki stypendium wyjechał do Europy i mieszkał m.in. w Londynie. Jego poezja nawiązuje do twórczości Pabla Nerudy i Césara Vallejo, ale zachowuje własny, rozpoznawalny głos. Zginął w wypadku samochodowym we Włoszech w 1970 roku, mając niespełna 34 lata.

  • Magda Portal – pięć wierszy

    Lecz przybyłeś TY dla którego moje ramiona rozwarły się w krzyż a pająki snu utkały nieskończony jedwab amnezji TY rozmarzony zdobywca moich dzikich plemion smutku gdzie przyniosłeś religię radości nowej niczym aeroplany ponad dziewiczymi dżunglami Dziś szatą naszych dusz jest tęcza uśmiechu Morze radości Jestem morzem bo nie byłabym rzeką. Morzem bez koryt zielonych radości i głębokich samotności. Morzem obejmującym Życie i Śmierć z którego wypływają i ku któremu zbiegają się wszystkie siły Życia Jestem morzem jak tamto spokojne morze które widzą moje oczy i które opasuje Ziemię swym majestatycznym białym pocałunkiem Jestem Morzem źrenicami zmierzchu i głosem jutrzenki Niczym tamto błękitne morze które obudziłam podczas swej pierwszej podróży Tamto morze otwartych ramion wiecznej młodości Gdzie spoczywa moja Nadzieja biała mewa o różowych źrenicach Jestem Morzem genezą życia. Podróżnik wszech mórz Byłem smutny niczym ptaki środka Nocy spoczywające w mroku. Niczym bezdrzewne pustkowia puny wystawione na chłodne wiatry Wybrzeża smutny niczym zwycięzcy i niczym pokonani kiedy rozpoczyna się przedwczesna śmierć Obojętności Miłości byłem smutny moje boki spłynęły krwią umarły moje wielobarwne ryby a pierwsza zdrada zachwiała moją równowagą ku przyciąganiu otchłani i ptaki środka nocy krążyły nad wrakiem mojego serca na opuszczonych piaskach Nerwica Moje nerwy drżą, trzeszczą, moje nerwy są jak struna napięta i obolała starej pozytywki. Moje nerwy płaczą, wołają. Moje nerwy mówią: stój! do dłoni, która wciąż na korbce obraca ją dalej. Aż pewnego dnia, wszystkie naraz, pękną z głębokim hukiem. I pozostanie pusta szkatułka — stara cygańska muzyka — serca. Chciałabym zagubić siebie samą Chciałabym zagubić siebie samą otchłań moich myśli i utracić pełne trwogi spojrzenie mych oczu na kroki porwane przez śmierć — Zagubić się pośród napiętych nici które serce rozciąga ku czterem stronom świata Życia — Wyskoczyć z kręgu który mnie więzi i w którym szarpie się — wąż otoczony płomieniami — moja bezużyteczna młodość — Zagubić się! — rozpostarty lot ponad iglicami miast najwyższych — ponad morzem — niczym balon napełniony tlenem puszczony na pastwę wiatru — Daleko — Poza wszelkie odległości Daleko od SIEBIE z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak María Magdalena Julia del Portal Moreno (1900–1989) – peruwiańska pisarka, poetka, aktywistka społeczna, feministka. Współzałożycielka Amerykańskiego Rewolucyjnego Sojuszu Ludowego (hiszp. Alianza Popular Revolucionaria Americana — APRA), peruwiańskiej partii politycznej, niegdyś centrolewicowej, należącej do Międzynarodówki Socjalistycznej.

  • Robert Walser – Piesza wędrówka

    Przechadzka Jakimż to pięknem podczas tej wędrówki pysznił się księżyc, jakże błyszczały i wysyłały strzały Amora dobre, delikatne gwiazdy z wysokiego nieba w stronę porywczego, niecierpliwego piechura, który tak zwinnie maszerował wciąż dalej. Czy był poetą, który wędrował od jasnego dnia ku błogiemu, blademu wieczorowi? Może… Albo był włóczykijem? Albo jednym i drugim? Nieważne, nieważne: był szczęśliwy i ogarniała go niepokojąca tęsknota. Tęsknota i potrzeba poszukiwań, uczucie niezaspokojenia oraz pragnienie piękna popychały go naprzód, a za nim, daleko za nim, drzemały bogate w obrazy wspomnienia. To, co miał za sobą, zajmowało jego myśli, a nieznane, które było przed nim, niczym muzyka rozbrzmiewało w jego spragnionej duszy. Słońce prażyło, a niebo było błękitne, i to błękitne, rozległe, ogromne niebo zdawało się coraz bardziej rozszerzać, jakby to, co wielkie, stawało się coraz większe, z kolei to, co piękne, coraz piękniejsze, a to, co niewypowiadalne, coraz bardziej niezmierzone, nieskończone i bardziej niewypowiadalne. Z ciemnozłotych, demonicznie błyszczących otchłani unosił się zapach szlachetnej, dzikiej romantyczności, a po obu stronach szosy wydawały się rozciągać zaczarowane ogrody, kuszące dojrzałymi, słodkimi owocami o pięknych barwach, kuszące tajemniczymi, niedającymi się opisać rozkoszami, o których sama ulotna myśl sprawiała, że dusza topniała i pogrążała się w błogości. O, cóż to był za wesoły, taneczny pochód, a do tego śpiewały ptaki, których głos długo jeszcze rozbrzmiewał w uszach, nawet gdy nie było już słychać jego cudowności, a serce łomotało, jakby miało wyskoczyć z piersi i wzbić się ku niebu. Wioski ustępowały miejsca rozległym łąkom, łąki lasom, a wzgórza górom, a gdy zapadał wieczór, wszystko wokół stopniowo cichło. Piękne kobiety wyłaniały się z pomroki, szepczącej i ćmiącej, i witały wędrowca cichym gestem godnym królowych i cesarzowych. Tak właśnie było dawnymi czasy w tych cichych, zaczarowanych wioskach, skąpanych w godzinie południa promieniami gorącego słońca, gdzie przytulna plebania jawi się w zielonej, tajemniczej uliczce, a wokół tkwią ludzie, których spojrzenie jest czujne, badawcze i dociekliwe. Wspaniałe było zatrzymać się w gospodzie i przenocować w czystym łóżku, pachnącym świeżą pościelą. W pokoju unosił się cudowny zapach dojrzałych jabłek, a wczesnym rankiem wędrowiec stawał w otwartym oknie i – spoglądając na poranny krajobraz, niebieskawo-złoty, zielony i biały – wciągał do wzburzonej piersi słodkie poranne powietrze, obezwładniony całym tym pięknem, które ujrzał. Wędrował wciąż dalej i dalej, a myśli miał raz radosne, raz ponure, szedł pod niebem dnia i nocy, w świetle słońca i blasku księżyca, raz w posępnym nastroju, a raz zaśmiewając się ze szczęścia. Ach, jakże smakowały mu ser i chleb oraz ta pyszna, swojska kiełbasa z cebulką. Bo jeśli posiłek nie smakuje krzepkiemu wędrowcowi, to komu ma jeszcze smakować? (1913) Nocna wędrówka Pewnego razu wybrałem się na nocną wędrówkę, była ciemna, pochmurna, ciepła majowa noc. Ziemia kwitła i pachniała. Z cichych nocnych ogrodów dochodziły mnie szepty i szelesty, jakby wszystko, co skrywane, stało się teraz widoczne, a to, co przemilczane, przemówiło. Moje lekkie, zwinne i wytrwałe stopy z łatwością niosły mnie po twardej, wiejskiej szosie. To, co było twarde, stało się miękkie jak puch, a to, co nużące, wywoływało u mnie tylko śmiech, jakby było w istocie przyjaznym gestem. Czerpałem osobliwą frajdę z tego, że sam radośnie maszerowałem wciąż dalej. We własnym tempie przemieszczałem się od wsi do wsi, a wsie drzemały, tak piękne, tak spokojne. Jedynie w gospodach słychać było jeszcze niekiedy późne hałasy i mijały mnie od czasu do czasu chwiejnym krokiem postacie wstawionych bywalców. Sadziłem susy, jakbym był podmuchem wiatru albo posłańcem, który z prędkością wiatru niesie tajną wiadomość do odległej krainy. A później załomotało mi serce, jakbym był zbiegłym przestępcą, który wykorzystuje noc, by uciec i schronić się w bezpiecznym miejscu. Byłem jak Indianin, który pokonuje w podskokach równinę; jednak w moim przypadku droga prowadziła pod górę, a później zapadała się w otchłań. Często słodkie gwiazdy spoglądały z ciekawością na piechura, mrugając spośród tajemniczych chmur, a księżyc – wierny przyjaciel wszystkich nocnych wędrowców – wyłaniał się z czarnej otoczki wielki, majestatyczny i łagodny, aby wkrótce znów zniknąć. Pojawiał się więc i znikał, po czym znów się wynurzał, a we wszystkim był ledwie słyszalny szelest; noc szeleściła, jakby była źródłem, i to prawda: jest ona źródłem całego piękna, miłości i dobra. I znów poczułem się jak kochanek, poszukujący swojej uwodzicielskiej, najmilszej lubej. Mieszkała gdzieś wśród tych wsi, których ciemność byłą tak piękna: być może jej okno było teraz otwarte, a wszystkie jej marzycielskie myśli wyleciały na zewnątrz niczym ptaki i zagubiły się w tej cudownej nocy. Leżała w łóżku, ale nie mogła spać i nie chciała zasnąć, ponieważ myślała o tym nieznajomym, śmiałym, umiłowanym młodzieńcu, którego kochała i o którym wiedziała, że on ją kocha. Tak umilałem sobie wędrówkę – mrocznymi, zagmatwanymi fantazjami – podczas gdy źródełka przy drodze cicho szemrały. W niektórych oknach wciąż paliły się światła i te samotne światła wyglądały jak myśli w głowie jakiegoś dziwnego człowieka. Tak oto szedłem naprzód, radosny, lecz pełen niepokoju, odważny, lecz pełen zwątpienia, zupełnie bezmyślny, to znów pełen przemyśleń. (1913) Wycieczka Wyszedłem z domu na ulicę. Pogoda była zbyt piękna, nie mogłem przyglądać się tej pięknej pogodzie i jednocześnie siedzieć w domu. Świat wyglądał rozkosznie jak małe, grzeczne dziecko, tak cichy i jasny, przyjemnie zielony. Z powagą i dostojnością szedłem przed siebie, jak ktoś, kto ma do załatwienia ważną sprawę – dobroduszny, stateczny poborca podatkowy, a może nawet notariusz przemierzający wioski. Weszło mi w krew, żeby zawsze zachowywać się tak, jakbym zamierzał zrobić coś ważnego i pożytecznego. Wygląda się wtedy świetnie, a ludzie zwracają na nas uwagę. Przy przejeździe kolejowym musiałem się zatrzymać, ale chętnie postałem tam krótką, miłą chwilę. Dalej droga prowadziła przez wieś, która była skąpana w urokliwości, a później wiodła przez las, a z lasu wychodziła na otwartą przestrzeń, biegnąc przez pola do kolejnej wsi. W niektórych miejscach nawierzchnia była dość brejowata, grząska i błotnista. Wtedy udawałem, że byłem nie wiadomo jak oburzony tym błotem, niczym najbardziej wytworny dżentelmen na świecie. Wioska była duża i piękna, a na zielonym, łagodnym wzgórzu stała chłopska chałupa – istne cudeńko. Dzieci bawiły się na wiejskiej drodze, a wokół wszystko było tak ciche, intensywne, tak jasne i spokojne. Wydawało się, jakby cały świat oczekiwał czegoś czarującego i zachwycającego, i dlatego trwał pełen delikatności, pełen ciszy. Wioska wyglądała na tak przemyślaną i porządną, a karczma przy drodze była tak imponująca, że nabrałem do niej ogromnego szacunku i nie odważyłem się jej przypatrzyć. W pobliżu znajdował się także surowy posterunek miejscowej policji, na widok którego poczułem się dziwnie, jakby mnie oskarżono o włóczęgostwo. Ach, wejść w ten rozległy, czysty i spokojny świat to królewska rozkosz! Wkrótce później pojawiła się druga wioska. Następnie zacząłem iść pod górę. Na szczycie, na leśnej polanie, stała piękna, stara zagroda – jakże dostojna, cicha i samotna. Po chwili ruszyłem w dół przez zimowy, nagi las. Wieczorem byłem w domu na czas kolacji punktualnie jak w szwajcarskim zegarku. Po prostu jestem i zawsze będę wyjątkowym miłośnikiem punktualności. (1914) Jesienne popołudnie Pamiętam, jak kiedyś miło spędziłem popołudnie. Szedłem przez wsie z przyjemną cygaretką w ustach. Słońce świeciło nad zieloną okolicą. Na polach pracowali mężczyźni, dzieci i kobiety, po lewej płynął złocisty kanał, a po prawej rozciągały się przed moimi oczami pola uprawne. Beztrosko szedłem dalej. Obok przemknął wóz piekarza. Dziwna rzecz, że tak zajmują mnie te szczegóły, jakby każdy był czymś drogocennym. Moja pamięć zapewne posiada ogromną siłę, co mnie cieszy. Wspomnienia to życie. Mijałem zatem wiele okazałych, pogodnych i dostojnych wiejskich zagród, gdzie gospodyni zapewne uspokajała psa, który miał zamiar obszczekać piechura, a do tego nieznajomego. Jakże ekscytująca jest spokojna i leniwa wędrówka przez wsie, podczas której otrzymujemy serdeczne pozdrowienia od pełnych powagi, krzepkich wiejskich bab. Takie pozdrowienia są jak esencja nieprzemijalności. Otwiera się niebo, gdy ludzie są dla siebie życzliwi. Popołudniowe, a wkrótce już wieczorne słońce rozpraszało płynne złoto miłości i fantazji, sprawiając, że ulica płonęła czerwonawo. Nad wszystkim unosiła się delikatna poświata fioletu, naprawdę niezwykle delikatna, ledwo zauważalna. Poświata nie jest czymś namacalnym, czego można dotknąć palcami, lecz jedynie unosi się nad widzialną i niewidzialną całością jak tajemniczy blask, jak pogłos, jak uczucie. Przeszedłem obok gospody, nie wchodząc do niej; zamierzałem to uczynić później. Szedłem dalej spokojnym krokiem, trochę jak dobrotliwy, łagodny ksiądz, nauczyciel, a może posłaniec. Czasem ludzkie oczy spoglądały na mnie z ciekawością, próbując odgadnąć, kim mogę być. W tej cudownej, dźwięczącej krainie robiło się coraz piękniej. Każdy krok prowadził do innego piękna. Czułem się, jakbym pisał wiersze, śnił, fantazjował. Blada, piękna, ciemnooka dziewczyna z gospodarstwa, której twarz muskały łagodne promienie słońca, spojrzała na mnie pytająco magią swych migoczących czernią oczu i życzyła mi dobrego wieczoru. Odwzajemniłem pozdrowienie i poszedłem dalej, w stronę drzew obwieszonych czerwonymi i złotymi owocami raju. Cudownie lśniły piękne jabłka w wieczornym słońcu, między ciemnozielonym listowiem, a nad wszystkimi zielonymi łąkami rozbrzmiewało ciepłe, radosne bicie dzwonów. Dorodne krowy o brązowym, białym i czarnym umaszczeniu leżały i stały, tworząc rozrzucone po soczystych łąkach, wdzięczne grupy, które było widać aż do srebrzystego kanału. Oczu mi nie starczało, żeby napatrzeć się na wszystko; miałem za mało uszu, żeby nasłuchać się wszystkiego. Patrzenie i słuchanie łączyły się w jedną rozkosz, cały ten rozległy, zielony i złoty krajobraz dźwięczał: dzwony, las jodłowy, zwierzęta i ludzie. Wyglądało to jak obraz wyczarowany przez Mistrza. Buczyna mieniła się brązem i żółcią; zieleń, żółć, czerwień i błękit współgrały ze sobą. Kolory przechodziły w dźwięki, a dźwięki bawiły się z bosko pięknymi kolorami, niczym chłopcy ze słodkimi dziewczynami, niczym bogowie z bogami. Gdy tak powoli szedłem pod błękitnym niebem, wśród zieleni i brązu, powoli zapadały ciemności. Podeszło do mnie kilku pastuszków, którzy chcieli spytać o godzinę. Później, już we wsi, minąłem starą, wielką i dostojną plebanię. Ktoś śpiewał i grał w budynku. Rozbrzmiewały boskie dźwięki, a przynajmniej tak sobie wmawiałem. Jak łatwo jest podczas spokojnego, wieczornego spaceru wmówić sobie coś pięknego. Godzinę później zapadła noc, a niebo lśniło czernią. Wzeszły księżyc i gwiazdy. (1914) Spacer Wybrałem się na błogi, króciutki, apetyczny spacer, który rozwijał się lekko i przyjemnie. Przeszedłem przez wieś, potem przez coś w rodzaju jaru, następnie przez las, później przez pole, później znowu przez wieś, później przez żelazny most, pod którym płynął szeroki, słoneczny, zielony potok, później szedłem powoli wzdłuż potoku – i tak dalej – aż zrobił się wieczór. Jednak muszę jeszcze wrócić do tamtego lasu. Poza tym będę chyba miał coś jeszcze do powiedzenia na temat wspomnianego mostu. Jaka błoga cisza, jaka odświętność panowała w lesie, a gdy wyszedłem spośród wilgotnych, ciemnozielonych jodeł, dostrzegłem na skraju lasu dwoje dzieci, które zbierały chrust i miały tak jasne twarze i ręce. Zimowe słońce rzucało łagodny, złoty, cudowny blask na pagórki, zielone łąki i ciemnobrązowe pola. W słońcu stały nagie, czarne drzewa. Gdy tak szedłem, zobaczyłem tam kolejną dziecięcą twarz – słodką, posyłającą mi uśmiech. I wtedy dotarłem do mostu, o którym wspomniałem, a on cały lśnił i migotał, a to słonecznym złotem, a to srebrem. Woda płynęła pod mostem błogo i majestatycznie. Później, na polnej drodze, spotkałem kobietę, którą zapamiętałem, ponieważ tak serdecznie mnie pozdrowiła. Wtedy pomyślałem: „Cóż to za przyjemność móc przebywać wśród ludzi”. Domy po drugiej stronie rzeki stały tak piękne, tak swobodne na zielonym wzniesieniu, a ich okna były pełne żółtego blasku. Stado ptaków wleciało w płonącą łunę wieczoru. Śledziłem wzrokiem ich klucz, aż zniknął. Jedna strona świata była spokojna, ciepła i ciemna, a druga zimna, złocista i rozświetlona jasnością. Spokojnie, krok po kroku, szedłem dalej, aż skręciłem w stronę przysiółka. Wtedy dostrzegłem jakichś ludzi – kobietę i dziecko – pod drzewami przyciemnionymi wieczorem. Ich oczy patrzyły na mnie tak wypytująco. Potem minąłem dom, który stał zupełnie samotnie w szczerym polu, a przed nim, czy też obok niego, był elegancki, dziwaczny, stary, uroczy ogródek. Wokół ogródka był cudaczny, fantastyczny żywopłot. Nagle wszystko stało się dla mnie snem, miłością i fantazją. Wszystko, na co teraz patrzyłem, przybierało wielkie i wzniosłe formy. Okolica sama wydawała się tworzyć poezję, pogrążać w fantazjach. Wydawała się śnić o własnym pięknie. Cała kraina wydawała się pogrążona w głębokich, muzycznych rozmyślaniach. Zauroczony otaczającym mnie pięknem zatrzymałem się i uważnie rozejrzałem wokół. Zapadł wieczór i zieleń przemawiała wspaniałym językiem wieczornej godziny. Kolory są jak języki. W domu, przed którym stałem, dach zwisał nad oknami niczym nakrycie głowy przysłaniające oczy. Czy okna nie są oczami domów? Musiałem teraz podnieść wzrok na półksiężyc, który sunął wysoko nad zalesioną górą. Czułem się cudownie widząc, jak ciemna ziemia spoczywa tam – taka ciepła, przyjazna, pogrążona w błogim spokoju – a księżyc unosi się i jaśnieje nad nią w tej iskrzącej się blado, zimnej samotności nieba. Miał on intensywny kolor lodowato zimnej, srebrzystej zieleni. Niebiańsko piękny i niewypowiedzianie ciemny las z czarującymi wierzchołkami jodeł rozciągał się u stóp pełnego gracji władcy – wspaniałego księżyca. Przeszedłem obok innego domu, gdzie przy drzwiach stała kobieta, do której łasił się kotek. Wszedłem do środka ze swoimi myślami i zamieszkałem tam z nimi. „Jakże ludzie i domy są do siebie podobni” – mruknąłem pod nosem. Robiło się coraz ciemniej. Wieczory są jak bóstwa, a pora wieczoru jest jak słodka, strzelista, pełna melancholii świątynia. Na bladym niebie pojawiła się teraz ognista, słodka czerwień. Wyglądało to tak, jakby niebo było policzkiem rozpalonym szczęściem i błogością. Obok mnie przeszedł chłopak gospodarza, prowadząc brązową krowę. W zapadającym zmroku bajtle ze wsi z wielką uprzejmością mówiły wszystkim dobry wieczór. Wszystkie twarze były rozpalone do czerwoności przez żarzącą się różowo łunę zachodu. Wkrótce pojawiły się gwiazdy. Przy drodze stała już gospoda. Wszedłem do środka. (1914) Dworzec kolejowy Jednym z najbardziej przemyślanych i funkcjonalnych udogodnień, jakie przyniosły współczesne czasy w sferze techniki, jest moim zdaniem dworzec kolejowy. Codziennie, co godzinę pociągi przyjeżdżają tam i stamtąd odjeżdżają z pasażerami w najróżniejszym wieku, reprezentującymi najróżniejsze charaktery i wszystkie zawody, którzy wybierają się gdzieś daleko lub wracają do domu. Jest to prawdziwy spektakl życia, który tu chętnie omówię, nie wdając się zbytnio w szczegóły, ponieważ nie jestem fachowcem. Patrzę na niego raczej z perspektywy, która jest zrozumiała dla ogółu, i mam nadzieję, że mam do tego prawo. Już sam obraz dworca kolejowego, z przyjeżdżającymi i odjeżdżającymi ludźmi, można uznać za niezwykle przyjemny, a do tego wszystkie te hałasy – okrzyki, rozmowy, turkot kół i echo pośpiesznych kroków – są żywe i radosne. Tutaj pewna pani sprzedaje gazety, a tam przy stanowisku bagażowym oddaje się paczki i walizki do przechowania na konkretny czas. Prosi się o bilety i wydaje się je, a pieniądze za przejazd brzęczą z gracją. Przed podróżą ktoś szybko zjada w bufecie talerz zupy lub kiełbasę, żeby nabrać sił. W przestronnych poczekalniach przesiadują mężczyźni i kobiety, którzy kochają podróże, zarówno ci, którzy wyruszają w drogę dla przyjemności, jak i ci, którzy mają poważne cele biznesowe, handlowe lub finansowe i pragną zapewnić sobie środki do egzystencji. Na wystawie kiosku leżą książki, które można obejrzeć i kupić, a wśród nich rozrywkowe i wciągające czytadła, ale też wartościowe lektury. Wystarczy tylko sięgnąć po jakąś edukującą publikację i za nią zapłacić. Gdzieś indziej znajdziemy owoce, takie jak jabłka, gruszki, wiśnie i banany. Plakaty z najróżniejszych krajów opowiadają nam o ciekawych i wartych zobaczenia miejscach, takich jak starówki miast, nabrzeża ze wspaniałymi hotelami, szczyty górskie, imponujące katedry czy upstrzone palmami krajobrazy pełne piramid. Obok przechodzą najróżniejsi znajomi i nieznajomi. Ja sam jestem raz znajomy, a raz obcy. Często całe grupy maszerują hucznie przez halę dworca, która jest przestrzenią symbolizującą epokę maszyn i ucieleśniającą ducha internacjonalizmu. Niemal romantyczna wydaje się myśl, że pociągi stale przemierzają wszystkie kraje tam i z powrotem, w słonecznym blasku dnia czy nocą. Jakże rozległa sieć edukacji i cywilizacji jest do tego potrzebna! Nie da się po prostu odrzucić struktur, które stworzyliśmy, instytucji, które powołaliśmy do życia. Rzeczy, które robimy i które osiągamy to nasze zobowiązanie. Nasza praca jest ważniejsza od nas samych. Jak miło jest, gdy na dworcu ludzie się rozstają albo ponownie spotykają i życie toczy się dalej. (1932/1933) Wieczorny spacer Jak dziwnie ciemna była ziemia, a domy stały jasne i ciche, z zielonymi, przytulnymi okiennicami, które wydawały ten radosny, miły i znany od zawsze dźwięk. Tu i ówdzie kręcili się ludzie w niedzielnych ubraniach. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Dzieci bawiły się w wiosenne gry na miękkich, czystych i podmokłych wiejskich drogach, a ciepłe, łagodne niebo przeszywał delikatny ruch, jakby szło na burzę. Wiecznie zielone rośliny przy wysokich murach oraz same mury i skały mówiły językiem pełnym młodzieńczej świeżości, jakby cały tętniący życiem świat miał nagle znów stać się młody. Wszystko było takie radosne, takie lekkie, takie czułe, takie czułostkowe. Szedłem tak z pewną czujną przezornością, przy czym zatrzymywałem się co chwilę i oglądałem za siebie, jakby ten czy inny piękny widok miał mi umknąć. Dotarłem do starego, przestronnego, przytulnego zaułka, gdzie pośród starych, szlachetnych ogrodów stały równie stare i równie szlachetne domy. Wszystkie domy pokrywała woalka tęsknoty i wiosny, jakby były pełne tajemnej radości i cierpiały z powodu czułej, cichej troski, bezchmurnego bólu, pogodnego smutku. Świat był w połowie jasny, a w połowie ciemny, w połowie radosny, a w połowie zadumany. Dwie lub trzy stare wieże wydawały się potajemnie uśmiechać swoimi dziwnymi kamieniami i w magiczny sposób machać czymś w rodzaju rąk. Drzewa i kamienie lśniły mokre i kolorowe, a wokół rozrzuconych przedmiotów płynęło słodkie, łagodne, wieczorne światło, a słońce rzucało czerwonawy urok i różową melancholię na ściany zwrócone ku zachodowi, tak że wyglądało to, jakby złota, łaskawa ręka boga pieściła zagubioną, biedną ziemię, podobną do dziecka, które nie wie, dokąd pójść. Kroki i głosy ludzi brzmiały dziwnie w czystym, przejrzystym powietrzu, a zwiewne, niewidzialne istoty, niewidzialne piękności, krążyły wokół ogrodów i domów, szepcząc między sobą, jakby wszędzie budził się tajemniczy i dziwny drugi świat, drugie życie. Było słychać widzialnie-niewidzialne duchy i myśli, obleczone w długie, czarujące szaty, zachwycające w swoich pięknych gestach. Powietrze było pełne powściągliwej radości, przenikały je duchowość i niespokojne oczekiwanie, pulsowały w nim tęsknota, a jednocześnie jakieś zadowolenie. Przez nieruchome, oddalone okno spoglądała na mnie osobliwie pytającym wzrokiem kobieta o bladej, delikatnej twarzy, tak cicha, tak nieruchoma, jakby była jedynie obrazem, który stał za zamkniętą, witrażową szybą i spoglądał na alejkę, gdzie spacerowało ledwie kilka osób. To, co fizyczne i prawdziwe, zniknęło ustępując miejsca rzeczywistości ze snów i koszmarów. To, co wyobrażone, stało się wyraźnie widoczne i – wykonując szeroki, zamaszysty gest – parło przed siebie niczym jakieś monstrum, gdy z kolei wydawało się, że istniejące naprawdę przedmioty chcą się rozpłynąć. Z innego domu stojącego w pobliżu nieśmiałe dźwięki muzyki granej przez dziewczynę docierały do moich uszu, które rejestrowały wszystko, co się dzieje wokół, gdyż wytężyłem zmysły, jakbym był samą uważnością. Wydawało mi się, jakby ten piękny wieczór miał własne oczy, którymi mnie obserwował, i usta, którymi do mnie mówił. Z małego kościółka na wzgórzu wychodziło mnóstwo ludzi, głównie kobiet, z modlitewnikami w rękach, a w ich radosnych twarzach mogłem łatwo dostrzec duchowe pokrzepienie. Wracając do delikatnej, subtelnej wieczornej muzyki dziewczyny grającej w pokoju, brzmiała ona jak sen Śpiącej Królewny i tęsknota za żywym, radosnym przebudzeniem, tak jakby jakiś miły, odważny i silny rycerz miał się przedrzeć przez ciernie, zapory i przeszkody, by dotrzeć do niej i uwolnić ją od zaklęcia. Ostrożnie szedłem dalej. Na szczycie góry las był taki blady, taki subtelny. Słońce zachodziło do dźwięków pożegnalnej pieśni pełnej miłości i piękna. Jodły były tak ciche. Okrężną drogą przez las wróciłem do domu. (1915) przełożył z niemieckiego Paweł Marcinkiewicz Robert Walser (1878-1956) – obszerniejszą notę o Autorze przygotowaną przez Pawła Marcinkiewicza zamieszczamy powyżej.

  • Paweł Marcinkiewicz – Robert Walser: jasnowidz tego, co małe

    Robert Walser (1878-1956) jest autorem, który zrobił bodaj najbardziej zdumiewającą karierę wśród wielkich klasyków literatury języka niemieckiego. Wynika to przede wszystkim z błędnej wczesnej recepcji pisarza, którego zaszufladkowano jako felietonistę – twórcę anegdotycznych drobiazgów w stylu tekstów publikowanych na ostatnich stronach poczytnych tygodników. Jak dowodzi Susan Bernofsky w swojej znakomitej biografii szwajcarskiego ekscentryka „Clairvoyant of the Small” [Jasnowidz tego, co małe] – miejsce Walsera jest obok jego wielkich współczesnych: Franza Kafki (który uwielbiał czytać go na głos), Roberta Musila i Thomasa Manna. Po ukończeniu szkoły podstawowej Walser był zmuszony porzucić edukację. Rozpoczął pracę jako urzędnik bankowy i kopista, najpierw w rodzinnym Biel, a później w Zurichu. Następnie w 1905 roku przeprowadził się do Berlina i z pomocą swojego starszego brata Karla próbował rozpocząć karierę literacką. Napisał szybko trzy powieści, lecz mimo przychylnych recenzji krytyków, w tym Musila, nie udało mu się odnieść wydawniczego sukcesu. W 1913 roku powrócił do Szwajcarii z poczuciem artystycznej klęski, co miało negatywny wpływ na jego zdrowie psychiczne. Mniej więcej w tym czasie Walser rozwinął osobliwy sposób zapisu swoich utworów, tzw. „metodę ołówkową”: pisząc piórem odczuwał ogromną presję, więc zaczął improwizować za pomocą ołówka, miniaturowym pismem gotyckim. Najbardziej doniosłą część swojego dzieła stworzył na przypadkowych skwarkach papieru, rodzajem prywatnego pisma stenograficznego. Teksty te, zwane mikrogramami, znajdują się obecnie w posiadaniu Fundacji Roberta Walsera w Bernie i ze względu na swoją gigantyczną objętość – około 4000 stron maszynopisu – wciąż są opracowywane. Od 1929 roku do swojej śmierci eksperymentator z Biel przebywał w zamkniętych zakładach psychiatrycznych – najpierw w Waldau, a od 1933 roku w Herisau – gdzie nadal pisał, lecz już bez literackich ambicji, dla samej przyjemności pisania. Właśnie w tych późnych utworach najpełniej ukazuje się jego artystyczna wielkość: niezwykle skupiony i jednocześnie swobodny głos, ironiczny ale także wzniosły i czuły, mistrzowsko operujący metaforą, która unosi realistyczne opisy w bezmiar ontologicznego oszołomienia. Ważnym motywem w twórczości Walsera jest spacer, czy też wędrówka przez najczęściej górską okolicę. Tę pasję najlepiej opisuje książka jego przyjaciela, mecenasa sztuki i pisarza Carla Seeliga pt. „Wanderungen mit Robert Walser” [Wędrówki z Robertem Walserem]. Obu panom zdarzało się pokonać 50 kilometrów jednego dnia, wędrując przez szwajcarskie pola, lasy i wsie od świtu do nocy i wypijając przy tym po trzy butelki wina na głowę… Relacje ze spacerów są najczęściej antologizowanymi tekstami Walsera. Prezentowane tu utwory pochodzą z wyboru „’Spazieren muß ich unbedingt’: Vom Gehen über Stadt und Land” – [„Muszę koniecznie pójść na spacer”: O spacerach po mieście i wsi] (2024), który ukaże się w języku polskim w przyszłym roku w przekładach Pawła Marcinkiewicza i Łukasza Musiała. Paweł Marcinkiewicz jest profesorem Uniwersytetu Opolskiego oraz tłumaczem i pisarzem. Opublikował cztery książki krytyczne, z których ostatnia to Literature, Translation, and the Politics of Meaning (V&R unipress, 2024). Ponadto wydał 10 zbiorów poezji, m.in. Do śmierci nieprzespanej (Dom literatury, 2019) oraz liczne tomy przekładów z języków angielskiego i niemieckiego. Tłumaczył powieść Richarda Brautigana Łowienie pstrągów w Ameryce (Rebis 2000). Współtłumaczył polskie wybory utworów Dereka Walcotta (Mapa Nowego Świata, Znak 2008), Seamusa Heaneya (Przejrzysta pogoda, Znak 2009) oraz Roberta Hassa (Skrzydlate i ciemne, Znak 2015). Jest autorem polskiego przekładu tomu wierszy Michaela Krügera Im Wald, im Holzhaus (Instytut Mikołowski, 2023) oraz licznych przekładów niemieckojęzycznego aforysty z Izraela, Elazara Benyoëtza, które ukazywały się z ostatnich latach w polskiej prasie, („Odra”, „Suburbia”, „Indeks”). Wydał także (wspólnie z Danielem Pietrkiem) polski przekład powieści Workuta Horsta Bienka (Biblioteka Śląska w Katowicach, 2026). Paweł Marcinkiewicz jest laureatem Nagrody Czesława Miłosza (2000), finalistą wrocławskiej nagrody poetyckiej Silesius (2016), stypendystą DAAD (2020) oraz Goethe-Institut ( 2023).

  • Anne Carson – pięć wierszy

    O miłości, smutny, błahy zachwyt Lubię być z tobą całą noc nie otwierając oczu. Co za szczęście — właśnie jesteś, przyszedłeś ty i gwiazdy. Zrobiłam road trip w myślach wokół serca i tam właśnie byłeś klęcząc na skraju drogi, coś naprawiając swoim kluczem. Oddaj mi ten świat, świat, którym ja byłam. Jej Becket Ta gotowość na wizytę u mojej matki ma w sobie coś z czytania dramatu Becketta. Znasz to uczucie spadania przez cienką skorupę, w głąb i czerń O nie! małego pokoju, o zbyt dobrze znanych ci wąskich ścianach. Widok wyliniałych pluszaków powinien być tylko wspomnieniem, a tu szemrzą stłamszone i opuszczone w ciemnym kącie boleści. Gorzej mówi, gdy pytam. I jak u Becketta błysk humoru muska jej oko — “Poszłyśmy sobie wtedy powiosłować łodzią na Como” — nie do końca wybrzmiewa z jej ust. Nasza miłość, jak pół-szalona mącicielka, goni po pokoju, potrącając wszystko, i znów znika. Krótki wykład o ważnym i mniej ważnym Ważną rzeczą jest wiatr, zło, wieczna miłość, przyimki, dzielny koń, wybór w jaki lud wybiera króla na tron. Do mniej ważnych zalicza się brud, nazwy filozoficznych szkół, dobry nastrój, lub jego brak. Dokładny czas. Ogólnie, rzeczy ważne dominują mniej ważne, jest ich więcej niż tych mniej ważnych, które przytoczyłam, a które zbyt przygnębiają by je wymieniać. Kiedy pomyślę o tym, że to czytasz chciałabym cię ustrzec, przed niewolą, separacją od twego życia za szkłem i drucianą siatką, jak jakaś Elektra. Pozwól, że dam ci dobrą radę Zbliż się i pozwól, że dam ci dobrą radę. Myślałeś kiedyś serio o naszej śmiertelnej naturze? Może nie. Zresztą, i po co? Ale posłuchaj. Każdy z nas jest dłużnikiem śmierci. I nie ma wśród nas nikogo kto wie czy dożyje jutra. Nasz los działa skrycie. To enigma. I nikt się nie nauczy, nikt go nie pojmie. Przymus! Głowa do góry! Napij się wina! Ale nie zapominaj o Afrodycie–tej najsłodszej z bogiń. Reszty nie traktuj całkiem serio. Wiesz co mam na myśli? Pewnie tak. No to napijmy się. Z pewnością wino Cię ożywi. Włóż wieniec laurowy na głowę. Wszyscy umrzemy, kiedyś. Myśl jak zalany w trupa. Według mojej teorii, nie ma czegoś takiego jak życie, jest tylko katastrofa. Kobiety Kobiety były uważane za istoty, których granice są niestałe, a ich zdolność do kontroli nieadekwatna. Są skłonne do wypaczeń. Ona puchnie, ona się kurczy, ona cieknie, ona ulega perforacji, rozłazi się. Tylko pomyśl o cyklu życia kobiety, z jej krwią, jej penetracją, jej ciążami, jej zmianą kształtów. Pomyśl o mitycznych monstrach, które często są kobietami o zaburzonych granicach, jak Scylla, Meduza, Syreny, Harpie, Amazonki, Sfinks. Samokontrola jest cnotą – fizyczną, mentalną i moralną, której antyk kategorycznie odmawia kobietom. Aby osiągnąć odpowiednią formę, lub równowagę kobieta musi ulec nakazom i wskazówkom mężczyzn. przełożył Jerzy Bartonezz Anne Carson (ur. 1950) – kanadyjska poetka, eseistka i tłumaczka, wieloletnia nauczycielka starożytnej greki. W swojej twórczości łączy tradycję antyczną z literaturą modernistyczną. Debiutowała w 1989 roku esejem Słodko-gorzki eros. Jest autorką kilkunastu książek m.in. Autobiografia czerwonego (1998), Piękno męża (2001), Dekreacja (2005) i Nox (2013), oraz anglojęzycznych przekładów Safony, Eurypidesa i Sofoklesa. W 2001 roku jako pierwsza kobieta otrzymała nagrodę T.S. Eliota. 8 października 2026 roku Akademia Szwedzka przyznała jej Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za śmiały i pomysłowy dorobek, który w żartobliwym dialogu z tradycją klasyczną stworzył nowe formy dla współczesnej literatury.

  • Clara Janés Nadal – pięć wierszy

    Krok po kroku Krok po kroku Wystrzegaj się tych, którzy nigdy nie rozważali samobójstwa. Krok po kroku idą swoją drogą, ślepi na otchłań, która zawsze osacza człowieka Wstępują w matematyczne koło materii. Stają się niewrażliwi na rozpacz. Liczą nawet, chłodno, na serce. Nieodwracalnie Róże umierają pomimo deszczu. Moje cierpiące serce niewiele pokarmu może im już zaoferować. Podaj mi rękę. Twoja agonia w mojej zdoła stać się silniejsza niż sierpień i zabarwić swą krwią to rozpaczliwe ostatnie tchnienie, uciszyć krzyk, który rzucają nam z przywiędłego koloru, co nieomal oblekły w złoto nieodwracalnie zagraża koronom róż. Byłam z młodym mężczyzną Byłam z młodym mężczyzną i wreszcie poznałam, czym był gwałtowny poryw, drżąca zwinność, miodowe zagłębienia w mięsistym miąższu delikatnie rozchylonym aż po rozwartą owocnię, perfekcyjne połączenie, precyzyjna gęstość rozlanych soków, właściwe nachylenie, dokładna pozycja, i mądrość milczenia, piękno żołędzi. Pozwolę sobie umrzeć w twojej ciszy… Pozwolę sobie umrzeć w twojej ciszy, ty, który karmiłeś mnie owocami wiśni w swej alkowie cieni krwawiących wonią i niczego więcej nie pragnę. Pozwolę sobie umrzeć w twojej ciszy. Miotaną wiatrem Miotaną wiatrem duszę mą poniosłeś aż po brzeg swej duszy. Lecz moja głowa, zakotwiczona w tym ciele, buntuje się przeciw odległości i, opętana, oblega twe odosobnienie. Szuka cię zapamiętale w twoich słowach oczami poranionymi pośród pożogi. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Clara Janés Nadal (ur. 1940) — hiszpańska poetka, tłumaczka, eseistka, redaktorka. Przekładała między innymi Vladimíra Holana, Jaroslava Seiferta, Marguerite Duras, Nathalie Sarraute, Katherine Mansfield i Williama Goldinga. Członkini Hiszpańskiej Akademii Królewskiej. Laureatka rozlicznych nagród, w tym Premio Nacional de Traducción za całokształt twórczości.

  • anna maria wierzchucka – sekcje, selekcje, segmenty, czułki i sekty

    mandibulae. ant hill kids bezimienne białe segmenty chityny roch formował tasakiem pod stylik giętki w brudnej stodole wył ontaryjski las granit gnejs pinery żuwaczki odnóża pary złamanych czułków w stodole w burnt river chirurgicznie trofalaksja na żywca kawałki jelit smółka szwy z drutu w mrowisku w burnt river amputacja objawień ręka na klepisku w brudnej egzoszkielet u form skrzydlatych religia zdejmuje odpowiedzialność za okrucieństwo Ant Hill Kids – kanadyjska sekta apokaliptyczna założona w 1977 roku przez Rocha Thériaulda (podającego się za proroka Mojżesza). W odizolowanych komunach leśnych w Quebecu i Ontario członkowie byli poddawani nieludzkim torturom, niewolniczej pracy i drastycznym pseudochirurgicznym okaleczeniom (w tym amputacjom rąk, łamaniu kości i usuwaniu organów). Grupa została rozbita w 1989 roku po ucieczce jednej z okaleczonych ofiar, a sam lider zmarł w więzieniu w 2011 roku, zasztyletowany przez współwięźnia. child bride 9-letnia panna młoda siedzi na kolanach męża trzymając lalkę to prezent ślubny wygodne kaznodzieja nie widzi złego udziela bozia sankcjonuje wygodne rzeka dzieci spójrz wylewa wylewa zwolniona ze szkoły po latach przyzna żałuję że nie umiem czytać W 1937 roku w amerykańskim stanie Tennessee wybuchł ogólnokrajowy skandal po legalnym ślubie dziewięcioletniej Eunice Winstead z 22-letnim Charliem Johnsem. Społeczne oburzenie wywołały opublikowane w prasie, drastyczne zdjęcia, na których dziecięca panna młoda trzyma lalkę, siedząc bezpośrednio na kolanach swojego dorosłego męża. Medialną panikę i powszechny sprzeciw postanowili szybko wykorzystać filmowcy, wypuszczając już rok później głośny dramat zatytułowany Child Bride. Obraz opowiadający o walce z zacofaną tradycją omijał surową cenzurę kinową pod pretekstem szerzenia misji edukacyjnej. (Twórcy filmu wykorzystali skandal z 9-letnią Eunice, żeby pokazać na ekranie nagą, zaledwie 12-letnią aktorkę (Shirley Mills) w przeciągającej się scenie kąpieli w rzece. Ponieważ oficjalny Kodeks Haysa bezwzględnie zakazywał jakiejkolwiek nagości w kinie głównego nurtu, producenci ominęli prawo, dystrybuując film niezależnie i wmawiając cenzurze, że to „film edukacyjny ostrzegający przed pedofilią i wymuszonymi małżeństwami”. W latach 60. film ten był zresztą puszczany w kinach jako erotyk dla dorosłych). Cała ta sprawa, nagłośniona przez prasę i kino, wywołała ogromny nacisk społeczny, który ostatecznie zmusił amerykańskie władze do podniesienia minimalnej granicy wieku zamążpójścia. maskarada. śmierć dziecka czterdzieści lat, a przecież syn z ziemi do ziemi leciał, chciał matkę przytulić. otuliła go policja strzałami z taserów. że obcy, że obcy, że obcy. a kanadyjscy chłopcy przebrani w mundurki pociągali za sznurki rurki oczekując laurki. weź te rymy, wstydu nie masz, to nasz czy nie nasz. Pamięci Roberta Dziekańskiego, emigranta, który po przylocie do Vancouver spędził kilkanaście godzin zagubiony w strefie przylotów z powodu bariery językowej i bezradności personelu, gdy zdenerwowany zaczął niszczyć wyposażenie terminalu, policjanci z federalnej policji konnej, obezwładnili go paralizatorami, zmarł na miejscu. Policja próbowała zatuszować sprawę, kłamstwo obnażyło amatorskie nagranie jednego z pasażerów, co doprowadziło do międzynarodowego skandalu. Tragedia ta na zawsze zmieniła kanadyjskie podejście do odpowiedzialności służb mundurowych. wprowadzono nowe przepisy na lotniskach. Najsmutniejsze jest to, że matka czekała na niego na lotnisku i nikt nie udzielił jej żadnych informacji. trzeba kogoś zastrzelić okno wychodzi na szkołę nie lubię poniedziałków dzieci jak kaczuszki na strzelnicy nie lubię czerwonych kredek co sypią się z piórników i poniedziałków nie lubię są smutkiem po niedzieli gdybym teraz paliła miałabym parapet usłany popiołem wiatr rozwiewałby jak kurz perz dmuchawce nawłoć ale okno wychodzi na zimę na poniedziałek nie lubię dzieci gubią uśmiechy z dziur w tornistrach leżakują cichutko odsypiają moje małe grzeszki okno wychodzi na styczeń chwilę zatrzymaną w czasie zamarzający gwar Cause there are no reasons What reason do you need to die* * - cytat z piosenki - I Don't Like Mondays Boba Geldofa W 1979 roku 16-letnia Brenda Spencer otworzyła ogień z okna swojego domu w San Diego w kierunku dzieci idących do szkoły podstawowej. Za pomocą karabinka otrzymanego od ojca zabiła dwie osoby dorosłe oraz raniła ośmioro dzieci i policjanta. Zapytana w trakcie policyjnego oblężenia o motyw zbrodni, odpowiedziała dziennikarzowi: „Nie lubię poniedziałków”. Te słowa zainspirowały zespół The Boomtown Rats do stworzenia światowego hitu pod tym samym tytułem. Wiek sprawczyni i losowy wybór ofiar sprawiły, że atak ten uznawany jest za tragiczny początek ery współczesnych strzelanin szkolnych w Ameryce. Wierzchucka dwojga imion, feministka, ateistka, osoba biseksualna, poetka, artystka recyklingująca, babcia. mieszkała w irlandii i nowej zelandii, obecnie osiadła w kanadzie.

  • Przemysław Walczak – sześć wierszy

    *** wspominamy światło tamtych dni upalne lato popijaliśmy kompotem i wchodziliśmy do rzeki, żeby zmyć z siebie osad smutku Rzeki muchy pasły się w cukiernicy. Rzeki płynęły jak świeża krew słońce zachodziło zbyt szybko dzieciństwo się skończyło przyjaciółmi są jeże i ptaki na śniadanie jemy trittico Alert RCB przyszła wiosna. Stare kobiety siedzą na ławkach, wygrzewają się na słońcu niczym jaszczurki przyszła wiosna, będziemy karmić swoją uważność czasu jest niewiele Ostatnia niedziela sierpnia ostatniej niedzieli sierpnia w starych muszlach szumiał las tęsknimy za prostotą czułości tamtych dni *** jedliśmy kolację, wchodziliśmy w wieczór jak w gorący piasek opłakiwaliśmy Nemeczka, patrzyliśmy za horyzont *** gdy nadszedł koniec świata, jasne chmury wciąż wisiały, czekaliśmy aż powoli zgęstnieje wiosna Przemysław Walczak (ur. 1982) – autor powieści Wądoły i Lolobrygida. Publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Suburbiach” i „Epei. Piśmie Literackim”. Mieszka we Wrocławiu.

  • Maria Jolanta Fraszewska – trzy groteski

    Starsza Pani idzie bez cienia Starsza Pani idzie bez cienia. Wątpliwości. To skandal! Ktoś zakrzyknął. Jak można tak pokazywać się na ulicy!? Taka naga! Naga idzie i się nie wstydzi! Ubierz cień, ubierz cień. Skandowanie. Bez wątpliwości coś się komuś pokićkało. Rzekła Starsza Pani i powiodła wzrokiem siną dal na srokatym koniu w obłęd mas spryskanych psim swędem. Idzie im jak z płatka ta gadka. Z palcem w nosie daleko nie ujadą. Pocieszała siebie. Ale co poujadają to pogryzą. Z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Po zdjęciu płaszcza wszystko się upraszcza. Gdy pozostaniesz bez cienia to jakby bez mienia. Starsza Pani wyrusza ze świecą szukać nabitych w butelkę. Ołowiane chmury pędziły na złamanie karku, ale jej nie dogoniły. Bez cienia wątpliwości jest zdecydowanie lżej. Nawet, gdy lżą i piją do ciebie jak jeden mąż. Z kamienną twarzą i duszą na ramieniu, ale poszukaj drugiego. Męża. Ale niech i ten nie chodzi spać z kurami. Bo zarywanie nocy jest niezdrowe. A potem jak kamień w wodę. Weź do serca grobową deskę. I przybij gwóźdź programem biegu z przeszkodami. Konia z rzędem, aby król zaspał na pokaz mody. Dawaj po garach. Za żadne skarby świata nie stój jak słup soli, jakbyś się bał własnego cienia. Starsza Pani przymierza tupecik Starsza Pani przymierza tupecik. Bardzo jej do twarzy. Nie każdy się odważy. Tupecik barwny jak tęcza. Zdaje egzamin z założenia. Starsza Pani nie chce być niewidzialna. Dlatego nie zauważa Czapki Niewidki leżącej nieopodal. Tupecik jest w sam raz. A nawet na więcej razy. Bo bez obrazy. Problem spada z głowy. Gdy Zosia Samosia wychodzi z kąta. I szczelnie zaopatrzona przemyka na środek. Starsza Pani już wie, że ona też ma przed sobą przyszłość. Bez stosowania półśrodków. Uśmiechem zalewa wszelkie dziury. I mknie po prostej. Po prostu. Starsza Pani i lizusostwo Starsza Pani zauważa, że lizusostwo wciąż istnieje. Chleba naszego daj nam liznąć, a upowszechnię cię. I wyniosę do kosza pochwał. Na chwał i jak to zwał. Nie wiem dlaczego ją ten fakt aż tak bardzo zdziwił. Przecież prawa reguły i zasady społeczne jako wrośnięte w korzenie żyją żywią się i rozłażą. Starsza Pani wybiera się na uniwerek. Trzeba sobie coś przypomnieć. Uniwersalne mechanizmy społeczne. Starsza Pani się starzeje, ale one się nie starzeją. Ludzie wybierają jednostkę władczą i w zależności od podłoża płożą się rozmnażając. Czy jest to gleba czy dywanik. Czy posadka. Klękają kucają chylą karki. Czy to kraj. Bo to obyczaj. Skraj. Idą na skróty. Tak wygodniej. Czy to grupa organizacja stowarzyszenie wspólnych dobrobytów podłazi pod gardło. Gardłowa sprawa. Im głębiej się udławisz tym dłużej w bezdechu wytrzymasz. Dech będzie wspólny, deska ramom sztywna, wyklepać klepisko się da nawet z przytupem. Nie pukaj w drzwi bo ręka ci uschnie. Bramy sama nie otwieraj. Wpuszczą cię w maliny. Więc zdążysz. Starsza Pani dmucha na zimne. Zlizywać już nie ma co. Brzytwa utonęła. Starsza Pani chwyta się oddechu. Kosz wynosi ze śmieciami. Feminizm woła. Przecie tera takie czasy. Dawniej wynosiła bo chłop się uchlał. Teraz wynosi bo jest pierwsza. Maria Jolanta Fraszewska (ur. 1958) – socjolożka i psycholożka. Uprawia poezję, eseistykę i prozę. Wydała siedem zbiorów poezji: Wio w snach, Z wiatrem, Płonące języczki, Posypana wiatrem, Prze konanie, Od mięty i odmęty, Trze pot ścierany. W tym trzy wyróżnione nominacją do Lubuskiego Wawrzynu Poetyckiego. Prozę: W sidłach namiętności. Wirtualni ulicznicy. Oraz eseje: Dzieje się wciąż. Kultura płonąca językiem. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page