Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Jorge Gimeno – trzy wiersze
Zaćmienie Dziś wszystkie kobiety budzimy się z bólem głowy. Wiemy, że nadciąga burza doskonała. Że tylko jeden szary mężczyzna, również bardzo zagubiony, ma ujrzeć nasze oczy. Dziś wszystkie kobiety idziemy do pustego baru. Bar nazywa się Zaćmienie. Lada jest okrągła, a kawa bezbarwna. Pieniądze na nic się nie zdadzą… Dziś wszystkie kobiety oglądamy nasze piersi w przydymionym szkle. I opowiadamy historie, które nie mają końca, a nasi ojcowie mówią: To nie są żadne historie. Dziś wszystkie kobiety byłyśmy o krok, by pozostawić swe usta na gigantycznym placu… I wracamy do domu chwiejnym krokiem tego, co do domu nie wraca. Chłopak Ma 10 lat. Leży w łóżku, nie śpi, nocą. Czasem w dzień. Wymazuje go, zamyka oczy i wymazuje świat. Potrafi pomyśleć jego nieistnienie, świata i swoje. Potrafi dostrzec małość Ziemi we Wszechświecie. To prawdopodobne nieistnienie. Czerń w czerni. Pleonazm wszelkiej psychologii. Bezużyteczność swego cierpienia. Przygodność swego życia: swoją szkołę, rodzinę, rzeczy, które sprawiają mu ból: matczyny szewiot, nocne moczenie. Dziura, która siada. Dziura, która wstaje. Dziura, która śpi i je i wpada… w dziurę. Ciemną niczym sterta cewkowych ujść. Z łatwością wszystko mogłoby nie istnieć. Tak oddala się od Ziemi jego serce. Aż przestaje czuć i czuć siebie. Czyni to gdy już nie może więcej. To go przeraża. Mieć siłę, by wyobrazić sobie prawdę nicości. Przeraża go własna wyobraźnia. Własna inteligencja. Własna zerowa realna moc. Kończy ze światem ponieważ jest dzieckiem. To przynosi mu ulgę. Tobołek Przez cały dzień nosiłem tobołek w rękach. Wyglądał jak zawiniątko z ubraniami i jedzeniem, niekształtne, ale poręczne. Pachniał jedzeniem. Kiedy dałem jedzenie pewnej kobiecie wypadła z niego głowa, czarna i duża i o dużych ustach, lekko spiczasta, kobieca. Jako że nie miała ciała, zabrałem ją do kawiarni i zostawiłem na krześle. Zawołałem kelnera i pokazałem mu że jest tam głowa. Jako że brakuje ciała, głowa umrze. Była czarna i lśniąca, owalna, i poruszała lekko ustami i oczami. Kelner poprosił mnie o paszport i pozwolił odejść. Na placu każdy niósł swój bezkształtny tobołek pachnący chlebem i dzieckiem, i tym, co upada. Tobołek zdeformowany, podłużny, trudny do niesienia w rękach. Mnie mój wciśnięto w windzie. Pachniał słodko, chlebem i sałatą. Na placu nikt nie sprzedawał włosów. Na placu usta i oczy poruszały się lekko w słońcu. Jako że brakuje ciała, głowa umrze. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Jorge Gimeno (ur. 1964) – hiszpański poeta i tłumacz. Laureat nagrody przyznawanej przez włoskie Ministerstwo Kultury za przekład Boskiej komedii Dantego Alighieri. Wiersz Zaćmienie [Eclipse] pochodzi z tomu Me despierto, me despierto, me despierto (2018), zaś Chłopak [Un Chaval] i Tobołek [El Hatillo] z La tierra nos agobia (2011).
- Tomasz Dalasiński – dwa opowiadania
Szalony Antka Procherę wołali różnie. Jedni mówili po prostu Antek, inni po nazwisku, a jeszcze inni – jak chcieli go trochę podrażnić albo jak już mieli w czubie – Szalony. Nie dlatego, żeby od razu coś wielkiego zrobił, tylko tak mu się świat układał bokiem, jakby nie patrzył tam, gdzie wszyscy, tylko gdzieś obok, pod spód rzeczy. A jak ktoś patrzy pod spód, to wiadomo – zawsze coś zobaczy, czego inni nie chcą albo nie potrafią. Raz, jak tak patrzył, zobaczył ducha. To było w lipcu, takim, co się człowiekowi lepi do skóry jak miód rozlany na stole. Noc była ciepła, cała w cykaniu świerszczy, ciężka od zapachów mięty, rozgniecionego zboża i kurzu z drogi. Księżyc wisiał w jej środku jak nadgryzione jabłko, które ktoś zostawił i zapomniał dokończyć. Antek, wypełniony tańczącym w nim alkoholem, wracał do domu z remizy, z tej samej co zawsze, gdzie w soboty muzyka grała tak głośno, że aż w klatce piersiowej dudniło, a ludzie śmiali się, jakby jutra miało nie być – i właśnie wtedy ni z tego, ni z owego zobaczył ducha. Było już dobrze po północy. Antek, w którym kilka osuszonych butelek piwa wywołało wymagające natychmiastowej interwencji parcie na pęcherz, zszedł z drogi pod wierzbę, taką, co pamięta więcej niż niejeden we wsi. Oparł się o nią, jakby to była jakaś znajoma kobieta, co go podtrzyma, kiedy trzeba, i zaczął robić, co musiał. Patrzył najpierw w dół, jak to człowiek zwykle robi w takich sytuacjach, potem w górę, potem przed siebie, a wreszcie wstecz, w stronę, z której przybył – i wtedy to zobaczył. Nie od razu pomyślał, że to coś niezwykłego. Najpierw to było tylko światło. Takie, jakby ktoś kawałek nocy wyprał i powiesił do wyschnięcia na powietrzu. W tym świetle coś stało. Postać. Niby człowiek, ale jakby zrobiony z samego patrzenia. Antek zmrużył oczy, bo myślał, że mu się obraz rozjechał. Ale nie – to wciąż stało. I patrzyło. Było jasne, świetliste, otoczone czymś na kształt halo albo aureoli, wewnątrz którego czy wewnątrz której rysowały się wyraźnie ludzkie kontury. „Czy to światło księżyca tak się od ziemi odbija?” – zastanowił się. Mimo dobrego wzroku, którym wciąż się szczycił, nie był w stanie zorientować się, czy postać jest kobietą czy mężczyzną ani czy jest stara czy młoda. Szybko jednak nad jej pojawieniem się przeszedł do porządku dziennego, a właściwie nocnego, uznając, że to dziwne coś w otoczeniu promienistej jasności jest po prostu jednym z jego wódczanych kolegów, który, opuściwszy remizę tuż po nim, na utrudzonych nogach wlecze zmęczone cielsko na zasłużony odpoczynek. Dokończył, co miał do zrobienia, choć ręce mu się zrobiły jakieś obce, jak nie jego. Zapiął spodnie, co mu chwilę zajęło, bo guziki jakby uciekły przed palcami, i ruszył dalej. Co jakiś czas oglądał się za siebie, z czystej ciekawości sprawdzając, czy postać nadal tam jest – i za każdym razem okazywało się, że wciąż znajduje się w tej samej odległości, wciąż tak samo jasna i świetlista; że kiedy Antek idzie, ona też przesuwa się do przodu, a kiedy Antek zatrzymuje się, i ona zastyga w bezruchu. Zmrużył oczy, próbując rozpoznać jej twarz, ale im bardziej się w nią wpatrywał, tym bardziej stawała się mętna i zamazana. W którymś momencie księżyc przesłoniły chmury. Jego światło wyraźnie przygasło, ale, jak wyjątkowo trzeźwo zauważył Prochera, mimo tego tajemnicza postać nie pociemniała ani o jotę. „Ki czort? Duch jaki, czy co?” – przebiegło mu przez myśl. Antek należał do grona ludzi, którzy wierzyli w różne niestworzone rzeczy i łapczywie pożerali historie o błąkających się po tym łez padole czyśćcowych duszach, rozmaitej maści demonach, topielcach, strzygoniach i wszystkich innych bytach z pogranicza światów. Mieszkańcy wsi gadali, że młody Prochera jest nawiedzony, a takich, jak wiadomo, Pan Bóg bardzo lubi; nie byłoby więc niczego niezwykłego w tym, gdyby okazało się, że Pan Bóg uznał Antka za wybrańca i postanowił doświadczyć go swoją obecnością, posyłając mu cząstkę siebie w postaci jakiejś zagubionej w międzybyciu duszyczki. A może było jeszcze gorzej? Może postać faktycznie była duchem, ale wcale niepochodzącym od Boga, tylko nasłanym przez samego diabła jako kara za poważne grzechy lub jako rodzaj ostrzeżenia? Antek pogrzebał w przepastnej pamięci, nie znalazł tam jednak niczego, co mogłoby wywołać pragnienie szatańskiej zemsty na jego, było nie było, skromnej osobie. Znał prawie wszystkich we wsi i wiedział, że są tacy, którzy grzeszą na potęgę, i jeśliby Bóg postanowił dopuścić do kogoś diabła, to na pewno łatwo znalazłby kogoś, kto na taki dopust zasługuje zdecydowanie bardziej niż on. Bo Antek niczego specjalnie złego nigdy nikomu nie zrobił, nigdy nikogo nie zabił, nie pobił, nie okradł, starał się nie mówić fałszywego świadectwa i nie bluźnić przeciw bliźnim ani przeciw Najwyższemu. „Jestem dobrym człowiekiem – powiedział do siebie – więc nie mam się czego bać”. Nabrał odwagi. Zawrócił i zrobił krok w stronę zjawy, chcąc zbadać jej reakcję na możliwość spotkania się z nim oko w oko. – Kto tam?! – rzucił przy tym donośnie. Odpowiedzi jednak nie było, nawet świerszcze już nie grały, jakby ktoś im zapłacił za milczenie. Postać, co wywołało u Prochery zaskoczenie, cofnęła się, cały czas zachowując do niego niezmienny dystans. Antek przeżegnał się, po trzykroć splunął przez lewe ramię i znów skierował się ku domowi. Szedł i szedł, co rusz zerkając za siebie i kątem oka obserwując podążającą za nim zjawę, która, był już o tym przekonany, śledziła go. Śledziła, ale nie goniła – i to było najgorsze. Bo jak coś goni, to można uciekać. A jak coś tylko jest, to nie wiadomo, co robić. Wtedy zaczął się bać. Zaczął się bać, bo wcale nie był pewien, czy Bóg nie wystawia go właśnie na jakąś straszną próbę, z której może, ale nie musi, wyjść zwycięsko. Wiedział przecież ze świętych Ewangelii, że Bóg czasami testuje swoich wiernych; w kościele słyszał czytanie o Hiobie, pamiętał też, że szatan jest na tyle bezczelny, że raz na pustyni kusił samego Chrystusa. A skoro Bóg pozwolił diabłu nawiedzić swojego umiłowanego syna, to dlaczego nie mógłby napuścić nieczystego na Antka Procherę? Antek przyspieszył. Droga ciągnęła mu się dłużej niż zwykle. Każda dziura w asfalcie była głębsza, każdy krok cięższy. W którymś miejscu potknął się, upadł, rozciął kolano, ale nawet nie poczuł bólu od razu – dopiero jak wstał, to coś go zakłuło, jakby ciało sobie przypomniało, że istnieje. Ukradkiem popatrzył za siebie, chyba w nadziei, że postać zniknęła, ale nic z tych rzeczy. Przełknął ślinę i, lekko utykając, poszedł dalej. Po chwili znów przyspieszył. Dom już widział, furtkę, krzywy płot, okno od kuchni, w którym czasem światło zostawało na noc. Wpadł na podwórko, jakby ktoś go pchnął, wyszukał w kieszeni spodni klucz do zamka, drzwi otworzył, zamknął, zasunął, jakby chciał na dobre odgrodzić się od całego świata. Wziął z kuchni krzesło, postawił je w pokoju pod wychodzącym na drogę oknem. Usiadł. Delikatnie odsunął zasłonkę i czekał, aż zjawa znajdzie się na wysokości domu. Siedział z sercem tłukącym się w piersi jak przerażony motyl złowiony w siatkę. Zasłonka drżała w jego spoconych palcach. Świat za oknem zdawał się żyć swoim własnym, normalnym życiem – księżyc wciąż wisiał nad horyzontem, a z drogi dobiegało delikatne buczenie przewodów elektrycznych i śpiew pierwszych porannych ptaków. Czekał tak minutę, dwie, kwadrans, pół godziny, godzinę. Noc się kończyła powoli, jakby ktoś ją odwijał z człowieka. W końcu przysnął. Kiedy się ocknął, na dworze było już jasno. Wstał z krzesła, wyszedł przed dom i rozejrzał się dookoła, ale niczego, a właściwie nikogo, tam nie zauważył. Później Antek wielokrotnie tą samą drogą wracał z sobotnich zabaw w tej samej remizie, lecz nigdy więcej nie ujrzał już żadnej świetlistej postaci. Aż przyszedł ten dzień. Mówili potem, że kierowca był pijany. Że nie wyrobił na zakręcie. Że Antek szedł jak zwykle, może trochę środkiem drogi, może się zamyślił. Ale jeden chłopak, co widział z daleka, mówił, że Antek tuż przed uderzeniem jakby się zatrzymał. Jakby na coś czekał. I że powiedział coś. Nie głośno, ale tak, jak się mówi do kogoś znajomego. Że już jesteś. Że długo szłaś. Że teraz będą iść razem. A potem już tylko cisza była. Taka, co omijają ją nawet świerszcze. Ostatnia noc Ta noc nie wiedziała, czy powinna się skończyć. Ciemność wkleszczyła się w zakamarki, do których nie potrafiło już zajrzeć światło – do ogrodu, pod werandę, pod deski podłogi, w szczeliny zmurszałych drzwi od stodoły, które skrzypią nawet wtedy, gdy nikt ich nie otwiera. Psy przestały szczekać, jakby coś kazało im słuchać tchnienia wiatru, a wiatr jak jedyny świadek wydarzeń przemykał cicho między drzewami, szepcząc do gałęzi coś, co rozumiały tylko one. Noc trwała, zawieszona w bezczasie, jakby na chwilę przestała pamiętać, że kiedyś i tak poranek zedrze ją ze świata. Pod wieczór śnieg, bez pytania, czy się to komuś podoba, rozsypał się po wsi jak mąka z pękniętego worka. Rozpłynął się w zmierzchu leżącym na drogach i polach z ciężarem futrzanego kożucha po pradziadku, który nie pachniał nigdy inaczej niż dymem i zwietrzałym spirytusem. Na dachy chat ktoś nałożył grube białe czapki, a płoty, ledwie widoczne w półmroku, pooblepiał przemoczoną watą. I w tym śniegu zniknęły ślady – psie, ludzkie, wronie. Wszystko, co szło, wracało albo stało w miejscu, zostało zakryte. Jakby ktoś chciał zapomnieć o tym, co było wcześniej, co powiedział, co zrobił, co myślał. W powietrzu czuć było coś dziwnego, jakiś niepokój, a może tylko zapowiedź świtu, który wcale nie śpieszył się, aby nadejść. Z wszystkich okien we wsi wylewało się ciemno, tylko w jednym migotało delikatne światło. To tam, o czym wiedziałem od dziadków, u których spędzałem ten dzień, pozwoliwszy rodzicom świętować wstydliwe zwinięcie się starego i tryumfalny pochód nowego roku, mieszkał człowiek, niby od nas, ale obcy. Na imię mu było Tomasz, jak mnie. Widziałem go w życiu może ze trzy razy. Dziwny był. Latem lubił siedzieć na ławce przed domem, palić papierosy i zastanawiać się nad istnieniem oraz nieistnieniem siebie i świata. Podobno zachorował na raka i coś mu się wtedy zrobiło z głową. Zaczął chodzić po wsi wte i wewte, zupełnie bez celu, aż na przystanku autobusowym spotkał młodego chłopaka, którego nigdy tam nie było. Mówili, że ten chłopak to był duch, a może zjawa, wytwór umysłu, obraz Tomasza z przeszłości, z dnia, kiedy zjechał tu na wieś, żeby zostać w niej aż do końca. Mówili, że ten chłopak pojawił się po to, żeby Tomasza zaprowadzić za podszewkę świata. I rzeczywiście, tego dnia, kiedy się spotkali, Tomasz umarł. Pochowali go potem na cmentarzu w alejce koło studni abisynki, ale, jak gadano po cichu, nadal mieszkał w tym domu. Tego człowieka zawsze się trochę bałem. Nie dlatego, że zrobił komuś coś złego – wręcz przeciwnie, większość dnia przesypiał, a resztę spędzał na siedzeniu na tej ławce, patrzeniu przez szybę albo dłubaniu w kawałku drewna. Ale miał w sobie coś, co przypominało mi zabytkowy zegar wahadłowy stojący w kącie pokoju prababci: wielki, nieruchomy, ale wciąż tykający, jakby wbrew zdrowemu rozsądkowi jednocześnie poruszał się i nie. Ludzie we wsi twierdzili, że znał takie historie, których pozostali nie chcieli pamiętać. Że widział rzeczy, które dla innych były tylko cieniem albo złudzeniem. Jakby to on miał być ostatnią szufladą w komodzie czasu, gdzie trzyma się te przedmioty, które już dawno powinny zostać wyrzucone, ale szkoda ich, bo może kiedyś jeszcze na coś się przydadzą. O tym, co znał i widział, mówił jednak rzadko, a kiedy już mówił, to zawsze półgłosem, bojąc się, że ktoś – albo coś – go podsłucha. O wojnie opowiadał jak o zimie, o zimie jak o dziecku, a o dziecku – jakby to była prześwietlona fotografia portretowa, na której ktoś przypadkiem uciął modelowi głowę. Słowa, które wypowiadał, zdawały się nie należeć do niego. Jakby on je tylko przechowywał, trzymał w zanadrzu, a potem oddawał komuś innemu – ciężkie, omszałe od czasu, jak klucze do zamków, których nikt już nie umie otworzyć. Słuchało się go z uczuciem podobnym do tego, jakie towarzyszy człowiekowi wchodzącemu do pokoju, w którym zapomniano zamknąć szafę z cudzymi wspomnieniami. Pamiętam, że kiedyś mówił o śniegu, który spadł wcześniej niż zwykle, i w którym ludzie znaleźli ślady – nie zwierzęce, nie ludzkie, coś pomiędzy. Mówił o tym, patrząc na swoje ręce, jakby próbował sobie przypomnieć, czy to naprawdę było, czy tylko mu się przyśniło. „Wszystko, co jest w śniegu, nosi w sobie echo czegoś innego” – powiedział wtedy, a jego głos brzmiał tak, jakby nie mówił tego po raz pierwszy. A ja nie byłem pewien, czy to ostrzeżenie, czy jakaś obietnica. Od tamtej pory bałem się jego słów bardziej niż jego samego. Bo gdy coś opowiadał, wydawało mi się, że wypełnia świat czymś więcej niż tylko głoskami, sylabami, dźwiękiem. Jakby od jego mówienia każdy cień stawał się trochę dłuższy, a każda noc głębsza i czarniejsza. Bałem się jego słów, ale jeszcze bardziej bałem się jego milczenia. Któregoś dnia, kiedy byliśmy pod jego domem z dziadkiem, nagle kucnął na ziemi, narysował coś palcem w piasku, popatrzył na ten rysunek, pokręcił głową i zamazał go butem. Nie powiedział przy tym nawet pół zdania. Gadano, że gdy noc jest naprawdę ciemna, a śnieg sypie tak mocno jak dziś, on potrafi wyczytać przyszłość z popiołu w piecu albo z układu nitek szronu na szybie. Nikt jednak nigdy nie miał odwagi zapytać go wprost, co widzi. „Bo jeszcze powie” – tłumaczono sobie półżartem, półserio. Bałem się więc go od zawsze i bałem się go również tamtej nocy, siedząc bezpiecznie w kuchni u dziadków, grzejąc się w cieple pieca, na którym parował garnek z pomidorową z obiadu. Bałem się, bo w migotaniu światła w jego oknie była jakaś tajemnica, coś, co sprawiało, że świat wydawał się jeszcze cięższy, jakby pokryty nie tylko śniegiem, ale i czymś więcej – cieniem, który nie pochodził ani od księżyca, ani od nocnych zwierząt, ani od drzew w sadzie. Może pochodził od niego samego? Tamtej nocy, choć dziadkowie opowiadali coś o dawnych czasach, o tym, że rok się wymyka i nie wiadomo, co przyniesie następny, jeśli w ogóle cokolwiek przyniesie, ja myślałem tylko o tym świetle w oknie. Zdawało się, że migocze nie przez żyrandol czy lampę, ale przez coś, co samo sobą zapalało mrok. Myślałem, żeby podejść bliżej, zobaczyć, co tam jest – ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Może mróz, a może ten niepokój w powietrzu, który wydawał się zagęszczać tym mocniej, im dłużej patrzyłem w to okno. Zanim zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić, światło zgasło. Zniknęło tak nagle, jakby ktoś przeciął sznur, którym było przywiązane do krawędzi rzeczywistości. Psy we wsi zamilkły, a cisza zrobiła się tak głęboka, że wydawało się, jakby cały świat na chwilę przestał oddychać. Wtedy dziadek powiedział coś, co pamiętam do dzisiaj. „Są takie noce, że lepiej nie wiedzieć, co dzieje się za oknami. Bo czasem świat jest większy niż nam się wydaje, ale nie zawsze jest w nim miejsce dla nas”. Nie zapytałem, co miał na myśli. Nie trzeba było. W tej kuchni, gdzie pomidorowa zaczęła już pachnieć przypalonym dnem garnka, a babcia dołożyła do pieca kolejną szczapę, zrozumiałem, że są rzeczy, które można sobie wyobrazić dopiero wtedy, kiedy się pojmie, że istnieją tylko poza słowami, w jakiejś przestrzeni pomiędzy nimi, a gdy próbuje się je ubrać w wyrazy i zdania, znikają nagle jak to światło w oknie. Tamtej nocy spałem niespokojnie. Śniło mi się, że idę przez wieś, a śnieg pod stopami nie skrzypi, tylko szepcze – cicho, jakby w języku, którego nie znam, ale który jednocześnie wydaje się dziwnie swojski. Czułem na sobie wzrok starych chat, których okna były zamglone, a kominy z trudem wydobywały ostatnie tchnienie dymu. Czas stanął, a ja szedłem, mając wrażenie, że śnieg powoli mnie wchłania, jakby chciał mnie całkowicie wessać, a potem leżeć na drogach i polach jak gdyby nic się nie stało, jakby nigdy mnie tam nie było. Zwolniłem przed jednym z domów, przed tym, w którego oknie migotało delikatne światło. Kiedy mijałem to okno, zdawało mi się, że światło poruszyło się, jakby ktoś stał za firanką. Serce zabiło mi szybciej. Spojrzałem w szybę i zobaczyłem w niej twarz. Znałem ją. Znałem ją tak dobrze, jakby należała do mnie, jakby była moja, tylko trochę starsza, bardziej zmęczona, bardziej zniechęcona do tego, żeby wychodzić do świata. Postanowiłem stamtąd uciec. Uciekałem, ale nogi wciąż niosły mnie w tamtą stronę, jakby coś ciągnęło mnie z powrotem, jakby ta twarz, która odbiła się w szybie, nie chciała mnie puścić. Zatrzymałem się dopiero obok domu dziadków, przy studni, której drewnianą pokrywę porósł mech miękki jak cisza przed pierwszym oddechem. Ta cisza spłynęła ze studni i rozlała się na całą Ziemię. Była wszędzie. Przelazła przez kurtkę, sweter, skórę i osiadła w kościach. Żadne zwierzę nie zawyło w oddali, żadna gałąź nie zaskrzypiała na wietrze. Nawet śnieg zupełnie przestał szeptać. I wtedy usłyszałem za sobą kroki. Wiedziałem, że dogoniła mnie twarz z okna. Nie odwróciłem się do niej. Wbiegłem do domu, prędkimi susami pokonałem sień i kuchnię, wskoczyłem do łóżka, przykryłem się pierzyną i porządnie zasnąłem. Kiedy się obudziłem, piec był już wygaszony i szyba w pokoju zdążyła pokryć się szronem. Wśród jego przypadkowo ułożonych rys zobaczyłem coś, co przypominało wpatrzoną we mnie ludzką twarz. A może tylko tak mi się wydawało? Po śniadaniu powiedziałem o tym babci, zagłuszając kolorowy telewizor Helios, w którym ładna prezenterka komentowała zabawę sylwestrową na rynku jakiegoś miasta. „Ostatnia noc roku”, odpowiedziała spokojnie, nie patrząc na mnie, tylko na swoje ręce dziergające na drutach szalik. „Ostatnia noc”, powtórzyła od razu, jakby to miało wszystko wytłumaczyć – twarz na szybie, mój sen, śnieg, który przyszedł nagle jak nieproszony gość. Jej palce poruszały się szybko, jakby wplatała w ten szalik coś większego niż włóczka, coś, czego ja w żadnym wypadku nie powinienem był zobaczyć. Spojrzałem jej w oczy. Widziałem, że chciała powiedzieć coś jeszcze – ale nie powiedziała nic więcej. Tomasz Dalasiński (ur. 1986) – poeta, prozaik, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Autor książek z wierszami, m.in. Sztuka zbierania mgły (2022), Wiersze dla żywych (2023) i Alte Liebe (2024) oraz książek prozatorskich.
- José Ángel Valente – cztery wiersze
Noc całą mnie oświetlaj Noc całą mnie oświetlaj okrągły w ciszy. Noc całą, księżycu, oświetlaj mnie na niebie. Noc całą mnie oświetlaj, tarczo mej piersi, tarczo prawdy, trwająca na czarnym niebie. Noc całą mnie oświetlaj nagiego wobec snu: światłem, którym jaśniejesz uczyń mnie prawdziwszym. Światłem, którym jaśniejesz, noc całą mnie oświetlaj. Noc pierwsza Pchnij serce, złam je, oślep, aż narodzi się w nim potężna pustka tego, czego nigdy nie zdołasz nazwać. Bądź, przynajmniej, jego nieuchronnością i pogruchotaną kością jego bliskości. Niech stanie się noc. (Kamień, nocny kamień samotny). Wznieś wtedy błaganie: niech słowo będzie tylko prawdą. Sen Przez gęstą i głęboką aleję drzew, co w górze splatają swe korony i udrękę, przychodzi sen. Rozpościera ogromne skrzydła, swe potężne ramiona powolnego cienia i nocy wielkiej: zamyka się przed wszelkim horyzontem. W samym środku powietrza kołysze się statek, otoczony rozległymi krainami snu. Sen przychodzi: stawia swą cichą stopę na progu naszej przemijającej jawy. Pieści i uderza, woła łagodnym głosem i wdziera się niczym rzeka o niezawodnej sile. Sen schlebia, napiera i nas otacza, aż w końcu padamy w jego łono, wirując niczym pióra, wirując bez ustanku. Jest to bezbronna cisza, kojące kłamstwo cienia. Sen zwielokrotnia swą twarz w zwierciadle bez końca: cichy zawrót głowy, nieruchomy wir. Krzyczcie! Lecz nie; krzyk też jest snem. Teraz jego panowanie. Władza nocy. Po przebudzeniu Po przebudzeniu gdy byłaś jeszcze na skraju dnia ja pisałem słowa na całym twoim ciele. Potem przyszła noc i je zatarła. Ty jednak mnie rozpoznałaś. Wtedy przemówiłem samym tchnieniem swego głosu identycznymi słowy nad tym samym ciałem i nikt już nigdy nie zdołał ich dotknąć nie parząc się w aureoli ognia. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak José Ángel Valente (1929–2000) – hiszpański poeta, tłumacz i eseista, wpływowy reprezentant Pokolenia 50. Tworzył w języku hiszpańskim i galicyjskim. Laureat rozlicznych nagród literackich, w tym Premio Nacional de Poesía, Premio Reina Sofía de Poesía Iberoamericana, Premio Princesa de Asturias de las Letras.
- Sylwia Jaworska – cztery wiersze
Dotknięcie nocy Robiliśmy takie rzeczy wstydliwe, o których inni nie myślą. Moja bardzo wielka wina. Wszystkie te rzeczy zrobiliśmy, więc już nie ma nic do roboty. Odchodzimy tak, jak inni nigdy by nie odeszli. Raz tak można odejść. Ale jak się odchodziło tyle razy, to potem już się nie wraca. Nie odwracaj się. Już się nie chce nikogo na takie kolejne odejście, na takie rzeczy grzeszne. I nie robi się ich nigdy potem, już się filmy ogląda i czyta o tym. Zbawienna stacja w Łaziskach Nasz wewnętrzny narrator podróży mówi – kieruj się na zachód. Nie znamy naszego położenia. Jedziemy pod prąd. Ty ciągle pod kreską. Ja, pod krzyżem, ratuję twój wizerunek, ocierając ci twarz jakąś szmatą. Byle nie okazać się nią. Doskonale gram w tym filmie. Nikt nie pozna, że nie piję. Ani żadnych używek. Ani imienia twego nadaremno. W nocy zastanawiam się, czy na pewno na tym kawałku płótna zostało twoje odbicie. Olsztyn Friedrich zmierza do zamku. Dostaje pokój, przydział na odzież i odpowiednie wykształcenie. Na zamku młodzi chłopcy uczą się zabijać. Nocą idą w las z ostrą amunicją. Strzelają w plecy niebezpiecznym dzieciom. I tego nie da się zatamować. Zimą, pod ciężką krą, Albrecht decyduje, że nie popłynie – tonie. I tego się nie da zatrzymać. Na zamkowym placu pokazywany jest wstyd ucznia, który moczy się w nocy. Nazajutrz odbezpiecza granat, a fragmenty jego ciała oblepiają twarze innych chłopców, którzy za karę pójdą na front. I tego się nie da odwrócić. Nić – widmo Zaakceptować swoje dziedzictwo. Wejść z powrotem z tupotem w swoje dzieciństwo. W nocy nawet zmarli czegoś ode mnie wymagają. bo nie zdążyłam na czas pozbierać osobistych rzeczy z domu moich dziadków. Nieustannie o tobie myślę, a ty udajesz, że żyjesz. Sylwia Jaworska – autorka książek poetyckich: Mistrzowskie Trójki (2020), Echo serca (2021), Pustynia (2022); Love Crimes (2023), Kąpiele faliste dla osób żyjących nerwami (2025). Publikowała w magazynach literackich "Odra", "Fabularie", "Pismo", "Afront", „Fraza” , "Dwutygodnik", „Cegła”.
- Grzegorz Tomicki – Efekty specjalne
Wszystko, co dostrzegasz poza sobą, jest tobą samym. Johann Gottlieb Fichte Stanąłem między ciemnym wądołem a słonecznym wolapikiem i udaję że słyszę szemrzącą wodę szelestów ciszy zmąconej bezgłośnym krzykiem natury odzianej w nadobne ubiory danych zmysłowych gotowych do przetwarzania czyli mentalnej obróbki skrawaniem ale czy aby na pewno coś słyszę prócz efektów dźwiękowych wrodzonych lub wyuczonych czynności poznawczych takich jak mówienie na nieokreślony temat słuchanie pobożnych życzeń czytanie w myślach ludzi i rzeczy pukanie do drzwi zamkniętego na skobel kamienia czy aby na pewno coś do mnie dociera z zewnątrz podczas wykonywania zwykłych codziennych procedur takich jak udeptywanie runa leśnego przekraczanie bezimiennych potoków przechodzenie okrakiem przez wiatrołomy i wyrobiska wypatrywanie znaków orientacyjnych w egipskich lub siedlęcińskich ciemnościach czy aby w wyniku takiego badania nie otrzymuję czasami raportu zawierającego poznawczą charakterystykę obserwowanej czynności na przykład tworzące ją etapy lub fazy takie jak podejmowanie zamiarów ich gorączkowe wdrażanie uczucie niczym niezmąconego pragnienia nieustanne ssanie w trzewiach emocji afektowana rozpacz czy aby charakterystyka obserwowanej czynności nie zawiera czasami rodzaju procesów poznawczych zaangażowanych w jej wykonanie takich jak ślepota uwagowa pamięć prospektywna wyparcie prewencyjne zaprzeczenie duchowe dyfuzja tożsamościowa czy aby charakterystyka obserwowanej czynności nie zawiera w swoich źródłach błędów poznawczych takich jak dekoncentracja afektywna heurystyka funeralna hiperbolizacja katastrof infraklimatycznych lub ultrapsychicznych plag czy aby szemrząca woda szelestów ciszy zmąconej bezgłośnym krzykiem natury jest wszystkim co słyszę jest niczym jest Tobą lub mną uwikłanym w interpersonalne relacje zastępcze z obiektami dobranymi losowo zgodnie z prawem przygodnego pierwszeństwa podczas gdy obiekty doświadczane celowo weszły w zakres ostatecznej niedostępności? Grzegorz Tomicki (ur. 1965) – autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Opublikował kilka tomów wierszy, ostatni to Liryka drogi (2024) oraz monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). Mieszka w Cieplicach.
- Aglaja Janczak – trzy wiersze
Bulterier kiedy pytam ją co jest twoją skórą cierpliwa słuchająca łaskawa nienachalna budząca respekt, ale dziś łagodna szumiąca tylko na początku przezroczysta i lustrzana ofiarująca zdeformowane portrety co jest twoją skórą moje drogie wspomożenie opiekunko kiedy zechcę która rozcieńczasz we mnie zło i która obmywasz wszelką ranliwość która mówisz: przecież to tutaj - gdzie? - pytam - tu wskazująca nie zauważam, że ciemność po zmierzchu pochłonęła już wszystko i wtedy człowiek z białym bulterierem (tak absurdalny w tym miejscu) użycza mi latarki *** kiedy nocą spacerujemy kwiaty kasztanowca wyłaniają się z mroku i wciągają nas w siebie potem nasze ciała odcinają się w czarnej pościeli jak dziecięce wycinanki noga ucho stopa kształty ponaklejane na noc News bałam się słuchać radia o świcie niosąc ci kawę długo myślałam jak to przekazać i czy w ogóle powinieneś to słyszeć ode mnie może po prostu dać ci spać a nie wypowiadać? naukowcy od alzheimera mówią, że ostatnią rzeczą którą pamięta człowiek po zapachu jest muzyka kucam bezszelestnie i huśtam się na melodii twojego oddechu jest podniośle podobnie jak w ciszy która wybrzmiewa po ostatniej zagranej nucie fot. Krzysztof A. Janczak Aglaja Janczak – poetka, księgarka, autorka tomów poetyckich: Cechy wspólne oraz Rzeka i inne ciała (2025). Publikowała m.in. w „Przekroju”, „Piśmie”, „Cegle”, „Toposie”, „Kontekstach” oraz „Wysokich Obcasach”. Laureatka konkursów poetyckich. Prowadzi warsztaty poetyckie. Pisze teksty piosenek do spektakli teatralnych dla dzieci. Mieszka w Warszawie.
- Leszek Wójcik - cztery wiersze
Noc spadających gwiazd Mariana ma jeszcze w oczach trzynaście lat zabawy gdy pokój był tak oczywisty jak niebo i łany słoneczników Nie obchodzi jej polityka tylko siwe kłęby strachu spod gąsienic rosyjskiego czołgu i zmiażdżony samochód dziadka Mariana boi się patrzeć w niebo zamiast gwiazd nocą spada śmierć błyskiem i hukiem zabija marzenia zapuszcza korzenie i rośnie To co że wojna trzeba jakoś żyć ogrzać dom którego jutro nie będzie zdążyć ugotować ziemniaki usiąść jeszcze razem przy stole Mariana nie rozumie jak mogłoby tego nie być Podróż Zabierz mnie w najdłuższą podróż do lasu pod gwiazdami na drogę mleczną rozkoszy gdzie srebrny księżyc językiem pieści ciało Będziesz miała w oczach całą ciemność drzew a w ustach smak dojrzałych jagód i tylko senne ćmy oglądać będą twoją nagość dla mnie Zabierz mnie w taką podróż pod sosny które spiszą wszystko do ostatniej igły po kres lasu i gwiazd zanim skończy się noc Perseidy Noc była ciepła jakby podgrzewał ją rozpalony ruszt świętego Wawrzyńca próbowałem chwytać meteory twoich marzeń ale ich roje rozbiegały się po niebie Andromeda znikała w bezkresie kosmosu Perseusz jak z rzeźby Celliniego we Florencji stał dumnie z odciętą głową gorgony wężowe włosy zamieniały namiętność w kamień Niebo rozwijało światła tajemnych szyfrów gwiazdy ironicznie mrugały nad głowami na małe istoty w kwantowym splątaniu gotowe korzystać z każdego oddechu Pokój dziecięcy w nocy Pokój w nocy jest ciężki od nadmiaru cieni poduszka rośnie górskim szczytem aż po horyzont okna spodnie rzucone na krzesło niedbale grają rolę dwugłowego smoka w doniczkach kwiaty walczą mieczami liści Kolory wpełzły pod łóżko jak niechciane śmieci tylko łyżka na stole językiem srebra rozmawia z łysym księżycem on najlepiej rozumie ciemność W oczach dziecka wielkie czarne dziury uczą się wchłaniać dorosłość świata Leszek Wójcik (ur. 1960) – absolwent geografii UJ i studium dziennikarskiego PAT. Wydał siedem książek poetyckich. Wiersze publikował w czasopismach literackich, w kilkudziesięciu antologiach i almanachach oraz prezentował w audycjach radiowych. Jego poezja była tłumaczona na język niemiecki, francuski i grecki. Jest laureatem wielu ogólnopolskich i między-narodowych konkursów poetyckich. Mieszka w Lubaczowie.
- Beata Kołodziejczyk – trzy wiersze
mocne poty nic z tym nie zrobisz, już zaczęło się trawić. sny są ważne. nawet jeśli ktoś dostaje w nich po mordzie. ostrza (z)wielokrot(nio)nego użytku. kruszenie oswajam cię od siebie, bo kolejny raz przyniosłeś nów. powinno się ziścić przed dzwonkiem budzika, wtedy mówisz – nie o godziny tutaj chodzi, akurat-nie. idzie o bezczas. o bezmiar. o, bezczelny! pokaż mi bezmiary, którymi wpinałeś stokrotki we włosy, bezczasy dzielące was od moich powrotów. patologiny. analizm wtórny wytreść mnie, zwęzłuj, zmiłuj się wreszcie, pozbaw te zwoje cech zastojowych. perystaltyczniej, na mnie i we mnie, patrz, jak pełnieję znów do połowy. Beata Kołodziejczyk – odkąd pamięta, zapisywała świat słowami. Dawniej sprejem na warszawskich murach, teraz próbuje klawiszem.
- Andrzej Molenda – Gatunki chronione
Zawahał się przed wejściem na schody prowadzące do wnętrza przejścia podziemnego. Odwrócił głowę, diodowe światła lamp i błyszczących reklam tworzyły niezliczone przemieniające się wzory na śliskich i brudnych - o tej porze roku, płytach chodnikowych. Na prawo od niego świecił się czerwony napis drogerii. Na wprost schody ciągnęły go do korytarza oświetlonego tanimi świetlówkami, dającymi zielonkawo białą poświatę. Na alei widocznej po lewej stronie ciągnął się sznur metalicznie srebrnych opływowych skorup. Spojrzał na witrynę sklepu – witryna to takie stare słowo. Wyglądały inaczej niż dawniej, ostatnio ciągle miał poczucie, że coś traci. Przedmioty, uczucia – coś uciekało ze świata, a on nawet nie wiedział co to było kiedy się zaczęło i kiedy naczynie, do którego to wszystko spływa zapełni się zupełnie. Przynajmniej nie miał subskrypcji na platformy streamingowe – jedna rzecz mniej do utraty. Spojrzał jeszcze raz na drogerię i wszedł tam kupić batonika. Od rana przebywał w pomieszczeniu oświetlanym przez sztuczne światło. Nie zdążył nawet zjeść obiadu, a kiedy wychodził z pracy dawno miął moment, w którym lutowe słońce różowiło na chwilę szary krajobraz miejskiej zimy. Dojeżdżał pociągiem z innego miasta – kiedy wychodził z domu było jeszcze ciemno, a teraz znów panowała noc. Wychodząc ze sklepiku usłyszał dźwięk skutera. Ktoś pomimo pogody, wyraźnie niezniechęcony panującymi warunkami, przemknął się pomiędzy korkiem na żółtej vespie, zostawiając zaraz po sobie dziurę szybko zapełniającą się kolorem srebrnym. Przynajmniej tak mu się wydawało zza okularów. Zawiązał lepiej szalik i skierował się do przejścia podziemnego. Wpadł w tłum ludzi, którzy wychodzili co chwila z bocznych korytarzy wyłożonych imitacją marmuru. Minął kilka sklepów, świecący automat z produktami konopnymi, punkt malowania paznokci, i zupełnie nie zauważył, kiedy znalazł się na peronie. Jeden z ostatnich sensownych pociągów do jego miasta. „Prawie dziewiąta, a jeszcze nie zdążyłem zjeść obiadu” . W tej chwili zorientował się, że dookoła nie ma nikogo. Widział stąd na przestrzał puste perony i zakręcający tor, który biegł w ciemność tunelu wyprowadzającego tory na powierzchnię. „Powierzchnię Planety Ziemia” – pomyślał, sam nie wiedząc czemu. Odruchowo wyjął ręce z kieszeni, obserwując bezruch, który zaczął mu ciążyć – zupełnie jak jego oddech, którego brzmienie wydawało się tak nienaturalne, że próbował je bezskutecznie przykryć szalikiem. Wreszcie kiedy myślał, że nie wytrzyma już dłużej, z głośnika dobiegł komunikat „Pociąg relacji ...”. Drgnął i poczuł zimną małą kropelkę potu przemieszczającą się nieprzyjemnie po jego plecach. Po kilku minutach zobaczył światła pociągu – te nadające mu znajomy kontur, który zaraz ujawnił się w pełnym kształcie, wjeżdżając na stację ze zgrzytem i gwizdem hamulców zaciskających się na kołach. Z wagonu wychodzili ludzie zapatrzeni w jasne ekrany telefonów, szukający połączeń, rozbiegający się w swoich kierunkach. Wsiadał chyba tylko on. Usiadł tuż koło okna, zdjął kurtkę, plecak położył obok siebie dbając o to, żeby pasek był zaczepiony za jego łokciem. Oparł się głową na fotelu i powoli zasypiał, kiedy ze snu wyrwał go gwizdek konduktora, dającego znak do odjazdu. Już mieli ruszać, kiedy zobaczył, że do pociągu biegnie dziewczyna ubrana w beżowy elegancki prochowiec, może zbyt lekki jak na tą porę roku, skórzane wysokie buty i czarne okulary przykrywające jej oczy, oraz górną część kości policzkowych. W ostatniej chwili udało się jej włożyć rękę do zamykających się drzwi pociągu i wsiadła. Konduktor coś mruczał na nią pod nosem ale obróciła się w jego stronę i wycofał się. Pewnie nie chciało mu się kłócić – to i tak prawie koniec trasy, na tym odcinku nikt już nawet nie sprawdza biletów. Oparł głowę z powrotem na oparciu fotela. Kolejny raz już zasypiał, kiedy usłyszał szelest płaszcza – dziewczyna najwyraźniej usiadła naprzeciwko niego. „A cały wagon pusty” – pomyślał – „ludzie za bardzo pilnują się tych rezerwacji. Teraz nie będzie jak wyprostować nóg”. Otworzył na chwilę oczy, wyjechali już z tunelu. Dziewczyna rzeczywiście usiadła naprzeciwko. Nie zdjęła płaszcza, siedziała tylko ściskając na kolanach czarną torbę, której wcześniej nie zauważył. Coś jak połączenie worka marynarskiego i damskiej torebki – nigdy nie rozumiał mody. Po raz trzeci próbował zasnąć, jednak miał wrażenie, że ktoś się mu uporczywie przygląda. Otworzył oczy, ale dziewczyna patrzyła prosto w okno. Jej odbicie rysowało się delikatną kreską na szybie, tylko w miejscu, w którym miała okulary ziała czarna pustka zlewająca się z nocą, przysłaniająca światła mijanych miejscowości. Znowu poczuł zimno. Przykrył się kurtką, był wykończony, ale nim zasnął, dziewczyna powiedziała: Zanim doliczę do pięciu, zawsze pojawia się jakieś światło. Miał na końcu języka: „Słucham...?”, ale dziewczyna chyba nie mówiła do niego, brzmiało to bardziej jakby rzucała słowa w stronę szyby, licząc, że wprawią ją w drgania, które przeniosą się na zewnątrz do mijanych domów. Przez chwilę nic nie mówiła i już wydawało mu się, że się przesłyszał kiedy zaczęła znowu. – Wszystko się zmienia, dużo rzeczy tracimy, zupełnie jakby ktoś przelewał je do innego naczynia. Ciekawe co się stanie, kiedy ono się zapełni. – Słucham? – powiedział tym razem głośno, wyraźnie zirytowany. Pewnie stała za nim przed drogerią, kiedy to sobie... no właśnie, kiedy to sobie pomyślał? – Przepraszam, pani mówi do mnie? Dziewczyna nie odpowiedziała, cały czas patrząc w szybę. – Co ma pani na myśli? – niemal warknął. Miał już dość i tego dnia, i jakiś wariatek z nocnych pociągów. Dziewczyna wreszcie odwróciła głowę uśmiechając się lekko. – Mówiłam tylko, że rzeczy się zmieniają. Założę się, że dawniej można było przejechać tą trasą i doliczyć nawet do piętnastu nie widząc świateł domów. Teraz po czterech sekundach zawsze jest jakieś osiedle. „Niezła wariatka” – pomyślał. „Lepiej z nią rozmawiać, albo się przesiąść... ale wtedy może pójdzie za mną. No dobra, lepiej kontynuować.” – Tak – odpowiedział. Nagle zorientował się, że bezwiednie zaczął liczyć do pięciu. Zawsze przy czterech i pół pojawiał się za szybą jakiś dom. – Ludzie oceniają pochopnie, a dużo rzeczy się zmienia – dodała ciszej, a jej głos zlał się z rytmicznym stukotem kół pociągu. – Czemu „do pięciu”? – zapytał. Roześmiała się niespodziewanie i zaczęła mówić trochę przytomniej: – Kiedyś tą trasą jeździł ksiądz, który dawno temu stracił wiarę i obiecywał sobie, że jeżeli uda mu się przez więcej niż pięć sekund nie zobaczyć światła, szczerze zmówi modlitwę. Jeździliśmy długo tym samym pociągiem i za którymś razem się wygadał. Ale to było dość dawno temu... To on mnie tego nauczył. – Tego, żeby liczyć do pięciu? – zapytał. – Nie, tego, że wszystko się zmienia. Noc już nie jest taka sama jak kiedyś. Czy to nie dziwne, że kiedy ja myślę o nocy i kiedy William Blake pisał o nocy, to były dwa inne gatunki...?Gatunki nocy. – dodała w zamyśleniu. Nigdy o tym nie myślał. Wyjrzał za okno z niepokojem próbując określić zjawisko, które rozciągało się za drżącymi szybami pociągu. – Dużo rzeczy się ostatnio wymieszało, nie ma pan takiego wrażenia? – dodała poprawiając torbę na kolanach. Był już trochę zdezorientowany i nie wiedział jak odpowiedzieć. Faktycznie, też od pewnego czasu miał wrażenie, że sprawy idą dziwnym torem. – Mówię o nocy – dodała dziewczyna, chyba próbując rzucić mu koło ratunkowe – Oczywiście dużo rzeczy jest teraz wymieszane. Na ulicy można zobaczyć zabytkowy samochód i kuriera na elektrycznym rowerze, można słuchać Nirvany w wykonaniu Elvisa Presleya, oglądać aktorów, którzy nigdy nie istnieli, mogę mieć dostępne najlepsze narzędzia do fotografii, a robić zdjęcia na kliszy, nie wspominając o polity.. – Interesuje się pani fotografią? – przerwał jej czując, że może to jakiś solidniejszy temat. Uśmiechnęła się: tak, kiedyś fotografowałam zawodowo. Zdjęcia naświetla się tylko tysięczne części sekundy, to wystarczy. Bardzo trudno zrobić ciemnię fotograficzną, dosłownie kilka fotonów i zdjęcie, przedwcześnie urodzone do światła, zostaje na zawsze białą plamą. Dziewczyna rozpięła torbę i wyjęła z niej polaroida, chyba oryginalnego z lat osiemdziesiątych, sądząc po wyglądzie szarego plastiku. – Czy mogę...? – zapytała. – Są fotografowie, którzy robią zdjęcia z ukrycia, ale Susan Sontag pisała, że pionierzy woleli, kiedy fotografowany miał świadomość tego, w jakiej relacji jest z człowiekiem trzymającym aparat. Moim zdaniem to uczciwsze. Ogranicza to naszą żarłoczność... – Tak – skinął głową. Sam nie wiedział czemu się zgodził. Dziewczyna nie zdejmując swoich ciemnych okularów nacisnęła spust i po chwili, z lekkim zgrzytam wyjechał z aparatu ciemny papierek. Powachlowała nim trochę w powietrzu, odwróciła tak, że zdjęcie nie było widoczne i położyła na stole. – Proszę nie patrzeć, póki nie dojedzie pan do końca – powiedziała lekko drżącym głosem. – Dobrze – odpowiedział, dziwiąc się sobie, że nie czuje już ani złości, ani zażenowania tą sytuacją. Może był po prostu zbyt zmęczony. – Chciała pani opowiedzieć o nocy? – dodał, jak sobie później tłumaczył, z czystej ciekawości. – Tak – położyła rękę na czole, jakby sobie próbowała coś przypomnieć. – Noc nie jest już taka sama, zmieniła się. Jest jej coraz mniej. Ludzie myślą o nocy, jako o czasie kochanków, morderców, złodziei... a noc to już gatunek chroniony, jest jej coraz mniej. Nawet jeżeli znajdzie się miejsce gdzie jeszcze jest, to i tak zmienił się wygląd gwiazd. Pomiędzy pasem Oriona, a planetą Wenus znajdują się nowe linie wyznaczane przez satelity. Człowiek zmienił nawet krajobraz stałej sfery ciał niebieskich. – A dzień? – zapytał. – Dzień to ciepło, które czuję na twarzy – uśmiechnęła się. – Ale nie chodzi o opozycję, po prostu najgorsza jest chciwość. Dlatego należy chronić gatunki wymierające. Inaczej... inaczej wszystko zawsze będzie... Pociąg zwalniał dojeżdżając do przedostatniej stacji. – Są rzeczy tak okropne... – nie dokończyła zdania. Zauważył, że spod jej okularów po policzku powoli spływa łza. Już się domyślił. – Od dawna pani nie widzi? – Od kilku lat. Byłam fotoreporterką na wojnie... biały fosfor – dodała zdejmując powoli okulary, odsłaniając dwa zdeformowane oczodoły. Pociąg zatrzymał się. Dziewczyna wyjęła z torby białą laskę i niepewnym krokiem skierowała się ku drzwiom. Zanim zdążył coś powiedzieć, już jej nie było. Pociąg ruszył. Ostatnia stacja. Wjechali w tunel, światła wyjść awaryjnych zlewały się w jeden zielony pas odbijający się na podłodze, aż wreszcie zamieniły się w oświetloną przestrzeń pustej hali dworcowej. „Dziękujemy za podróż...” usłyszał komunikat z głośnika. Odwrócił zdjęcie: na portrecie widać było, przykrytego szarą zimową kurtką, oświetlonego jakby płomykiem świecy, śpiącego mężczyznę. „Osoby wysiadające proszone są o zabranie bagaży i rzeczy osobistych...”. Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, tancerz, ruchowiec, poeta. Absolwent UŁ i AM w Łodzi. Pracował m.in. w Centrum Nauki Kopernik i na Uniwersytecie Łódzkim. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu.
- Aleksandra Szymkowiak – Niewłaściwy przystanek
Samolot z Seszeli ma wylądować chwilę przed północą. Obiecałam, że odbiorę męża z lotniska. Przed wyjściem po raz kolejny robię test ciążowy. Chociaż jestem sama w domu, rygluję drzwi do łazienki. Zamykam oczy i odliczam szeptem do trzystu, a potem jeszcze do sześćdziesięciu, w razie, gdybym wcześniej liczyła zbyt szybko. Na wynik testu czeka się pięć minut. Głośno wypuszczam powietrze. Znowu dwie kreski. Męski głos zachęca pasażerów ostatniego LOT-u do Warszawy, żeby swoje bagaże podręczne odłożyli do wózka przy wejściu. Oświetlenie na lotniskach powinni dopasowywać do pory dnia. Zbyt jasny hol wybudza mnie z letargu. Podłoga, śliska i błyszcząca, świeżo wymyta płynem o zapachu zielonego jabłka, lepi się do podeszwy, piszczy przy każdym kroku. Wymijam zalegających na krzesłach studentów, którym nie chciało się płacić za nocleg, bo odlatują z samego rana. Mąż zjawia się na samym końcu, na tyle późno, że nawet kolejka do toalety zdążyła się rozładować. Idzie jak na rzeź. W pustej hali przylotów wydaje się jeszcze mniejszy niż zwykle, wątły i nieszczęśliwy. Jest taki tylko przy mnie, na wyjazdach z klientami szeroko się uśmiecha, wypina klatkę piersiową. Widzę to po zdjęciach, które udostępnia. Witaj, kotku, zaczyna na mój widok, niby zadziornie. Nie daje się objąć, ale delikatnie muskam jego policzek, całuję powietrze między naszymi twarzami. Opłacam postój w automacie, a on stoi z tyłu, zgarbiony, i kładzie palce na kieszeniach, potem wsuwa je do środka, i znowu wyciąga, ale kciuki zaczepia o szlufki w spodniach. Wszystko, co robi, wykonuje w sposób opieszały, całkowicie niepasujący wizerunkowi mężczyzny, za jakiego chciałby być uważany. Udaję, że tego nie widzę. W drodze do auta milczymy. Zerkam na niego. Jest zajęty ciągnięciem walizki po kostce brukowej. Stukot kół mnie dyscyplinuje, zachęca do działania. Szykuję się do walki, zupełnie tak, jakby to miała być moja ostatnia noc na świecie. Kiedy docieramy na miejsce, otwiera bagażnik i zamiast włożyć do niego walizkę, wpatruje się w tablicę rejestracyjną. W końcu słyszę, że jednak wrzuca torbę, plastik uderza o gaśnicę. Wsiada na miejsce pasażera i zapina pas, a potem głośno wzdycha, jak mają w zwyczaju ludzie, którzy wiele przeżyli i zbierają się, żeby o tym opowiedzieć. Kiedy włączam silnik, wreszcie zaczyna. Mówi o resorcie, gdzie tym razem zorganizował klientom podróż poślubną, drewnianych domkach zawieszonych na wodzie, restauracji z gwiazdką i płaszczkach. Wyłączam się, ale on nadal mieli językiem, nie zwraca uwagi, że nie odpowiadam. Od dawna zdradza mnie z inną kobietą. Raz do niego zadzwoniła, jak brał prysznic. Przez przypadek odebrałam, mamy takie same telefony, myślałam, że to mój. Wiedziałam o wszystkim już po tym, jak się odezwała. Co u ciebie, zaczęła łamaną angielszczyzną. Natychmiast się rozłączyłam, usunęłam połączenie z historii i wyszłam do innego pokoju. Głos tej kobiety, miękki i płynny, jeszcze długo falował w moim ciele; przypominał szum morza, śpiew słowika, śmiech dziecka. W nocy odblokowałam telefon męża i przeczytałam wiadomości, jakie z nią wymieniał, a potem zanotowałam jej numer. Nie mogłam zapomnieć brzmienia wyrazów, które do mnie wypowiedziała. Od tamtego czasu dzwoniłam zawsze, kiedy tęskniłam. Rozłączałam się po jej niepewnym przywitaniu. On nadal opowiada, nawet nie zauważa, że zamiast wyjechać z parkingu, kilkukrotnie objeżdżam go w koło. I wiesz, ciągnie, ta para w przedostatnią noc zdecydowała się na pokaz tańca. No to mówię im, że mamy takie bardziej ludowe, z mężczyznami w tradycyjnych strojach, i takie, no wiesz, tańce brzucha, z kobietami, raczej młodymi, takie lepsze pod filmik z wakacji. Ja wolałem, żeby wybrali te drugie, wiadomo, no i udało mi się ich namówić. Piękne, naprawdę poruszające. Mhm, kwituję. Podjeżdżam pod szlaban. Jak w zwolnionym tempie kręcę korbką, żeby uchylić okno, wyciągam drżącą rękę w stronę kasownika i wciskam bilet, który nie chce się wczytać. Automat ciągle go wypluwa. Zza pleców słyszę, że podczas kolejnej podróży poślubnej będzie proponował swoim gościom raczej peeling z bananowca niż z łupinki kokosa. Nagle przerywa. Słyszę swoje imię, więc odwracam się w jego stronę. Wyciąga z torby naszyjnik ze srebrnym medalikiem. Ma kształt owalnej blaszki, na której wygrawerowano jego inicjały. Noś go zawsze, kiedy będziesz tęsknić, mówi i próbuje mnie pocałować. Wiem o niej, odpowiadam. Patrzy na mnie wzrokiem, który wszystko rozumie, ale nie chce tego przyznać. Wiem, że masz romans. Automat wreszcie wczytuje bilet. Szlaban się otwiera, ale nie odjeżdżam. Przez chwilę żałuję. Podczas jazdy on otwiera okno, wyciąga rękę, a potem wychyla całą głowę i zaczyna krzyczeć. Przedzieramy się przez szorstką zasłonę nocy. Światła wściekle mrugają na pomarańczowo, dźgają mnie w oczy. Jadę zdecydowanie za szybko, w razie kontroli na pewno odebraliby mi prawo jazdy. Jestem otwarta na każdy możliwy scenariusz. Jako mężczyzna zapewne paliłabym teraz gumę. Zamiast tego po prostu zaciskam zęby. Mąż nadal krzyczy przez uchylone okno, a jakiś przechodzień pokazuje mu uniesiony kciuk, zataczając się po alkoholu. Dociera do mnie, że tym momencie nie dzieje się nic, co miałoby wpływ na moje życie. Wszystko rozegra się, kiedy podjedziemy pod blok, powolnym ruchem zatrzaśniemy bagażnik i ruszymy w stronę mieszkania; kiedy staniemy pod drzwiami i będziemy się zastanawiać, kto ma wyciągnąć klucze, padnie na mnie, w końcu to ja mieszkam tu na stałe, on ciągle wyjeżdża; kiedy zostaniemy sami, tylko my dwoje, w ciszy zbyt głębokich jak na noc oddechów. Znowu dochodzi do mnie jego krzyk. Gdybyśmy grali w filmie, po tej scenie zginęlibyśmy w wypadku. Kiedy parkuję, zapominam wrzucić wstecznego i zarywam kołami o krawężnik. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu o dziecku. Do mieszkania maszerujemy jak na egzekucję. Chłodna noc łaskocze mnie w nozdrza. Nigdy nie widziałam tego mężczyzny w roli ojca, nie tak naprawdę. Drzwi do klatki głośno plaskają, odbijają się kilka razy od ościeżnicy. Sąsiedzi śpią, mówi szeptem i na palcach skrada się po schodach, złodziej we własnym domu. W salonie nadal milczymy. Płaczę, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego; wiem o wszystkim od dawna, chłodno to wykalkulowałam, przecież tu nie chodzi o miłość. Od kiedy, pyta w końcu. Nie podchodzi, żeby mnie objąć. Od zawsze taki był, chłodny i wycofany. Nie wiem, co dostrzegałam w tym mężczyźnie, najbardziej chciałabym cofnąć czas, nigdy go nie poznać. Od dawna, odpowiadam, od roku. Patrzy się tak, jakby widział mnie po raz pierwszy. Podczas seksu zamykałeś oczy, wyobrażałeś sobie ją, tłumaczę głośno, cedzę każdą sylabę. Wte-dy się do-wie-dzia-łam. Sąsiedzi śpią, odpowiada tylko. Krzyczę, choć sama nie wiem, co. Wylatują ze mnie pierwsze lepsze słowa; robię to tylko dla wydawania dźwięków. Mam ochotę pobiec do kuchni i potłuc o ścianę wszystkie talerze, jakie posiadamy, a już zwłaszcza te, które jego babcia podarowała nam w prezencie ślubnym. Nigdy ich nie lubiłam. Ostatkiem sił stawiam się do pionu. Nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie ta noc. Dotychczas nie rozważałam rozwodu. Nasze małżeństwo było wystarczająco luźne, by pomieścić trzy osoby, mnie, męża i jego kochankę, ale nie wiem, jak miałoby to wyglądać z dzieckiem. Bez słowa wychodzę z pokoju, w łazience płuczę twarz na zmianę zimną i gorącą wodą, kładę się do łóżka i odwracam w stronę ściany. Słyszę, że człapie za mną. Niezdarnie przebiera się w pidżamę i siada obok, materac skrzypi przy każdym ruchu. Czuję na sobie jego wzrok. Co dalej, pyta. Udaję, że śpię. Patrzę na zegarek. Dochodzi czwarta. Wszystko w mojej głowie milknie, jakby świat był tylko złudzeniem, cudzą fantazją: osoba, która ją śni, wkrótce się wybudzi. Raz na jakiś czas sypialnię oświetlają snopy reflektorów przejeżdżających ulicą aut. Zasypiam z myślą, że nasze małżeństwo od dawna jest już tylko konwenansem. Moje ciało, wcześniej pełne żalu, tężeje. Śni mi się dziewczynka, na oko pięciolatka, być może moja przyszła córka. Czeka na autobus, który nie przyjeżdża od wielu godzin. Stoi na niewłaściwym przystanku, tym z drugiej strony ulicy. Nikt jej nie ostrzega, ludzie wręcz nakręcają sytuację, dobrze robisz, dziecko, oby tak dalej, krzyczą. Ona niepewnie się uśmiecha. Ściemnia się, a autobus nadal nie nadjeżdża. Do wytrwałych świat należy, powtarzają dziewczynce, bo widzą, że upada w niej nadzieja. W końcu pojawia się na horyzoncie: czerwony, dwupiętrowy, taki, o jakim marzy każda pięciolatka. Za kierownicą siedzi postać z kreskówki, łysy mężczyzna z dużym brzuchem i pociesznym wyrazem twarzy. Dokąd, młoda, pyta. Dziewczynka nie potrafi odpowiedzieć, chociaż wie, że najlepiej wszędzie, do matki, babci, ojca, ulubionej koleżanki. Kierowca zdaje się czytać jej w myślach. Mój autobus może być w kilku miejscach jednocześnie, mówi. Wybudzam się z jękiem. Światło dnia sprawia, że pokornieję; sprawy nabierają wyrazistych kształtów. Spoglądam na śpiącego obok mężczyznę i delikatnie go obejmuję. Wiem już, że zostanę. Przy dziecku wszystko ulegnie zmianie. Nachylam się, żeby wyłączyć budzik. Muszę odwieźć go na lotnisko, ma do zorganizowania podróż poślubną dla kolejnej młodej pary. My po ślubie nigdzie nie pojechaliśmy. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – publikowała w "Suburbiach", "Epei", "Składce", "Tlenie Literackim", "Szkicach" i na stronie "Odry". Mieszka na wrocławskich Krzykach.










