Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Jaime Sáenz – pięć wierszy
Niczym światło Gdy nadejdzie godzina, w której zgaśnie gwiazda, moje oczy pozostaną w przestworzach, które z tobą jaśniały Bezgłośnie, niczym światło spoczywa na mej drodze przejrzystość zapomnienia. Twój oddech przywraca mnie oczekiwaniu i smutkowi ziemi, nie odchodź z zapadnięciem zmierzchu — nie pozwól mi odkryć inaczej niż za tobą tego, co jeszcze muszę umrzeć. Wysoko ponad mrocznym miastem Pewnej nocy na ulicy w deszczu, wysoko ponad mrocznym miastem z odległym hałasem w tle z pewnością westchnie ja westchnę trzymając się za ręce przez długi czas pośród drzew w gaju jej jasne oczy, gdy przelatuje kometa jej twarz przybyła z morza jej oczy na niebie mój głos w jej głosie jej usta w kształcie jabłka jej włosy w kształcie snu spojrzenie nigdy niewidziane w każdej źrenicy jej rzęsy w kształcie światła strumień ognia wszystko będzie moje będę fikał z radości odejmę sobie rękę za każde jej westchnienie wyłupię sobie oko za każdy jej uśmiech umrę raz dwa razy trzy razy cztery razy tysiąc razy aż umrę na jej wargach piłą przerżnę żebra by ofiarować jej swe serce igłą wyłuskam swą najlepszą duszę by sprawić jej niespodziankę w piątkowe wieczory z nocnym powiewem śpiewającym pieśń postanawiam żyć trzysta lat w jej pięknym towarzystwie. Twoja czaszka Dla Silvii Natalii Rivery Te deszcze, nie wiem, dlaczego sprawią, że pokocham sen, który miałem, przed wieloma laty, wraz z tym snem, który miałaś ty — ukazywała mi się twoja czaszka. I miała w sobie wielki urok; nie patrzyła na mnie — patrzyła na ciebie. I zbliżała się do mojej czaszki, a ja patrzyłem na ciebie. I kiedy ty patrzyłaś na mnie, ukazywała ci się moja czaszka; nie patrzyła na ciebie. Patrzyła na mnie. W głęboką noc ktoś patrzył; a ja śniłem twój sen — pod bezdźwięcznym deszczem, ty skrywałaś się w swojej czaszce, a ja skrywałem się w tobie—. W oknie Dla Nelly Villanuevy Bóg jeden wie, czego szukałem, chciałem znaleźć nie wiem co, pewnego wieczoru, odczuwałem dawną chwilę uroku, rzeczy zapomniane w czasie — bezkształtne przedmioty wewnątrz mnie, ślad popiołu i grudka gorzkiej gleby, te nieśmiertelne imiona w pamięci. Kotwica, w złotych guzikach, i papiery, kurz w próżni — zapach, w dziecięcych ubrankach, jakieś resztki, okruchy sprzed lat — i z bardzo daleka, przy tchnieniu powietrza w oknie, pomyślałem o tobie: w chmurach, tęsknota za tobą była zwiastunem deszczu, z twymi niewytłumaczalnymi oczami, a wieczór umierał. Była to barwa, niepokój przeczucia: był to cień: pożegnanie, głęboka noc w oknie. Jesteś widoczna Trwasz przez cały czas w zapachu gór, gdy słońce się oddala, i wydaje mi się, że słyszę twój oddech w chłodzie cienia jak zamyślone pożegnanie. Z twego odejścia, które jak ogień płonie, żal odczują te jasne obrazy kołysane przez wiatr wieczorny tutaj i w oddali; ja ci towarzyszę szmerem liści, patrzę za ciebie na rzeczy, które kochałaś — świt nie zatrze twego kroku, jesteś widoczna. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Jaime Sáenz Guzmán (1921–1986) – boliwijski prozaik, poeta, eseista, dziennikarz i wykładowca.
- Sylvan Chabaud – sześć wierszy
Belaud Z twojego więzienia wyniosłeś muzyczny klucz, karnawał sonetów, by otworzyć drzwi języka i dać nam snopy - z chwil podobnych do kwiatów z miotły na festynach w de-z-Ais. Winobrania Silny zapach wyciśniętych winogron wypełnił ulice miasteczka. Czas winobrania, kraj nasz drży i pulsuje jaką winną żyłą. Jesteśmy na morzu wina, traktory ruszają w kierunku winnic jak statki odbijające od brzegu. Ty, Montpeirós, jesteś czerwoną wyspą pośród wrześniowych fal. Narodziny Dla Alaïs Wyobraź sobie, że gwiazdy rodzą się tak, jak światło, popiół i wiatry, jak ciepło, krew i pot, jak bezmiar obietnicy od słońca. Wyobraź sobie, że masz tyle jutra, ile soli jest w morzu, i że jesteś nowym światem, nieskończoną siłą wszechświata, się rozszerzającego. Jesteś w moich dłoniach i życie rozbrzmiewa wszędzie: jak jaki hojny deszcz. Wyobraź sobie, że gwiazdy robią to samo – gdy się rodzą, że muszą zagrać tę wiosenną muzykę, ten głęboki śpiew życia, co się właśnie zaczyna. Rap Ze strachu wydaje mi się, że wszystko nie tak, a chcę jakieś przejść ten wieczór. Podkręcam więc dźwięk starych, zapomnianych kawałków rapu, tej poezji ostatniej, która ma jakiś sens. Zagubione wiersze na trzasku winylu, cykl sampla podkreśla tylko pieśni styl, wszystko się staje jaśniejsze. Augal Augal to biały gwiazdozbiór, niebieskie słońce na końcu koła, co się toczy po płaskowyżu, zalanym światłem. Wszystko się miesza – niebo, bezkres, koło i śnieg – tam, na szczycie Sewennów. Życie płonie wszędzie, tysiące galaktyk skręcają się w nierzeczy mojego bycia; Pierwotny ocean zdaje się wracać aż do wysuszonych zatok na zboczach Montpeirós, w dole, w morzu winnic, gdzie odradzają się skamieniałe ostrygi. Augal to biały gwiazdozbiór, biała wyspa w rzece nieba. Roztrzaskanie (Grota Krowy, Laròca) U wejścia do groty zarysowany grzbiet zwierzęcia, które nigdy nie zniknęło, daje nam znak. Drobne i kruche piękno prostego rysunku: linia podąża za kształtem skały. W dole rzeka wciąż drąży wąwóz. Trwamy w milczeniu –i może trochę bardziej żywi, bo jak niby opisać muzykę dłoni na wygładzonej skale? przełożył Krzysztof Katkowski Sylvan Chabaud (ur. 1980) – francuski pisarz, poeta, muzyk i krytyk literacki.
- Cecilia Vicuña – pięć wierszy
Śpiąca Cyganka (Lew strzeże jej księgi snów) Cyganka pisała przez lata dzieło tajemne, którego nikt nigdy nie pozna, ale które zaczęło urzeczywistniać się w prawdziwym życiu. Podczas gdy ona nadal śni jej sny tworzą świat. Lew jednak nie może spać. Jeśli przestanie jej strzec, ona mogłaby się obudzić a my zniknąć natychmiast. Uprawa Przez całe eony uprawiałam siebie niczym demona bez zahamowań a dziś widzę siebie z ręcznym hamulcem niczym zręczną dziewczynkę zdeformowaną i wątłą w ogrodzie roślin z dymu. Samotność Stracilibyśmy ponad połowę naszej więzi gdybym przestała być twoim przyjacielem Nie miałam wyjścia czułam się łagodna Chcesz pokazać mi niebo? dotknij tej przestrzeni białej między udami delikatnie bez innych intencji nieomal mimochodem. Niebieski i zielony Niebieski i zielony w świetle dnia i pod migdałowcami zupełnie nieszkodliwy uśmiecha się u stóp anioła, który normalnie służy mu za samolot. Gra na rogu i myśli w języku guarani zimne noce spędza w Katmandu i w większości wypadków je obiad w Rawalpindi chociaż to bardzo daleko od Sulavesi dziwnej ojczyzny jego serca. Matka i córka Matka jest tak przyjazna jak córki, prostytuuje się z łatwością, ma dwadzieścia lat w każdej piersi, a jednak jej sutki wznoszą się zwinnie jak konie wyścigowe. Ma zapadnięte pośladki, a jej największą aspiracją jest zaprzeczyć istnieniu wszelkiej wilgotności, temu, co półotwarte. Usunąć te światy z ziemi, by jej córki stały się płaskimi lalkami. Nocą duchy skóry zajmują dom, a to, co zostało wymazane zaczyna istnieć. Zagubiona, matka rzuca się na córki i gwałci je jedną po drugiej. Od maleńkości nie znały innego traktowania, a dziś, osiągnąwszy dojrzałość, sprawiają wrażenie, jakby panowały nad światem z udawaną nieśmiałością. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Cecilia Vicuña (ur. 1948) – chilijska poetka, artystka i aktywistka łączona z ekofeminizmem. Jej prace wystawiane były m. in. w Museum of Modern Art, Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, Tate Modern oraz na Documenta 14 w Kassel.
- Paweł Sarna – trzy wiersze
Źrebak Śniło mi się, że chciałaś mieć źrebaka: z cienkimi nogami, zawsze zadziwionego światem. Mówiłem: po co nam koń i gdzie będziemy go trzymać? A ty: mamy już chyba wszystko i mamy szopę, którą można opróżnić. Kupiliśmy go przez internet, z dostawą i pomyślałem jeszcze – cały czas we śnie – że teraz trzeba wypatrywać awizo, a zresztą koń to nie list – pewnie wcześniej zadzwonią. Dwa dni później zadzwonił kurier z przesyłką i mocno się dziwił, że dawno nie zamawialiśmy niczego. Góra szczęścia Kiedyś powiedziałem: popatrz, ta kura jest zupełnie jak Beata z twojej pracy, rzuca się na każdego, kto na nią spojrzy. Pewnie odgrywa się za jakieś historie z przeszłości. Beata o mało nie zabiła nam dwóch młodych kur, które dołączyliśmy do stada. Tak, widziałem, to była Beata. Rzuciłem, że może to one nie miały wyczucia, ale uznałaś, że znowu głupoty mówię i w ogóle mam skłonność do idiotycznych porównań. Beata nigdy nie wchodzi z innymi do domku, tylko powiększa swoją jamkę w piachu. Pewnego dnia Beata popłakała się w pracy na przyjęciu-niespodziance z okazji jej okrągłych urodzin i oznajmiła, że jeszcze w życiu nikt jej tak nie upokorzył. To była naturalnie twoja Beata. Powiedziałaś wtedy, że (trochę) miałem rację, a tamte młode nie miały wyczucia. Tego samego dnia nasza Beata wyrwała sobie resztę piór z kupra. Una Zobaczyliśmy wiewiórkę w parku: niewielka i piękna i jakby nie znała złych zamiarów. Pomyśleliśmy, że dobrze by było mieć taką u siebie. Kilka dni później coś zaczęło hałasować na górze, a samochód nie chciał zapalić. Całe stado kun całe noce nie dawało nam zasnąć. Walczyliśmy i nienawidziliśmy się nawzajem. A jednak z tamtego uczucia – z parku – coś pozostało, czego nie dało się wykurzyć. Paweł Sarna (ur. 1977) – opublikował zbiory poezji: Ten i Tamten (wraz z Pawłem Lekszyckim, 2000), Biały Ojcze Nasz (2002), Czerwony żagiel (2006), Pokój na widoku (2014) oraz Ruskie (2024). Jego wiersze tłumaczono na język hiszpański, czeski, serbski, słowacki i chorwacki.
- Dominik Żyburtowicz – dwa wiersze
7 dni nowych Dla Artura Hnata 1. dzień nowy pościel bez poszewki przez- roczysty rok w godzinę mokry parapet lśniące poddasze w lusterku skraj chmury tam i tu rozpływa się jak myśl obaluno! miłość już jej nie ma dzień nowy 2. dzień nowy biszkoptowy labrador w wysokiej trawie patrzy na pana pan patrzy na labradora wierzę – jesteś tam wierzę – jesteś tam staje wiatr staje czas na chwilę bo teraz ruszają razem na wyspę świętych koni kwiecień dzień nowy 3. dzień nowy zawsze bardziej kocha bo wszystkie drogi otwiera jak oczy (przyjedź muzyko przyjedź) serce góry 100 kilometrów pomiędzy wokal-piano-gitara puls (przyjedź muzyko przyjedź) dziękuję Bogu że możemy (czyżbyśmy zgłupieli?) z muzami schować się w nieba pościeli dzień nowy 4. dzień nowy gasną lampy a światło iskrzy w kałużach na ulicy spadochroniarzy śmiech wracających z nocnej zmiany ogniomistrzów z huty toczą się po trotuarze jak butelki po żarach gwiazdach dzień nowy 5. dzień nowy rękopis sennego Jana pociąg przez most i cumulus Jan wzdycha przez sen Jan śpiewa przez sen: czy delfin słoneczny la la zmieszał przebiśniegi la la z deszczem? dzień nowy 6. dzień nowy deszczówki nałapie w ramiona i drzewu i pszczołom i nasionom na suchych polach gdzie przez miesiące toczył Henderson posąg sobota król deszczu wrócił popłakać nad suchym lasem o właśnie dotyka błękitu i w prochowcu znika o znika dzień nowy 7. dzień nowy konwaliowy ktoś uwolnił nas z pamięci dzwonki dzwonki gdzieś bardzo daleko i biel biel tutaj rosa na siwych włosach strunach łzawiącej ze szczęścia niedzieli czy jesteśmy młodzi? tu jesteśmy młodzi dzień nowy https://www.youtube.com/watch?v=6StwLcX06f0&list=RD6StwLcX06f0&start_radio=1 Dżinn listopadowy 1. Jakieś obce koty w mieszkaniu w szaleństwie po meblach, ścianach. Wybudzony uciekłem w miasto, pierwsze tak głębokie mgły ścigające wszystko jak sine lisy. Czy we śnie posnęły w rzeczywistość? Dżinn, dżinn, dżinn listopada i wszystkie drogi, aby obudzić – uszczypnąłem się: z roz- trzaskanego d.n.a – przed lustro. Z porysowaną twarzą? Złamanym żebrem? Się ocknąć. Hej, hej! (Lustrzaninie?) Pan wraca do wyra! – zawołała siostra, przemykając po salach szpitala jak Dżinn na białym żaglowcu. 2. Deszcz, deszcz, w pełnym słońcu. Krople spływają po rozpalonej szybie. Płonąć? Zatonąć? Myśli świat na rozdrożu. I drży. Phlebas mdleje w chórze wyroków. Czeka. Czy bóg morza i znieczulenia serce znowu przekłuje? Zniknęły klucze od domu. Zniknęła ona. Wszystko przez wiatr, który nas – głupie dzieci – unosi, a potem rozbija o ziemię w pustych mieszkaniach. Czy dożyjemy czterdziestki? 3. Płyń teraz Phlebasie z tygodniowej dyski, bez światła, bez strat i zysków, unosząc się i opadając jak wrak pod falami. I ty co kręcisz kołem, wierzący czy ateista, co wchłaniasz melanż jak amfę dni, pamiętaj: i Phlebas był kiedyś hulaką jak ty. Dominik Żyburtowicz (ur. 1983) – poeta. Wydał siedem tomów wierszy: Żaglowce (2015), Spaceboy (2017), Klucze uniwersalne (2019), Remedorium (2019), Przez sen i gwiazdę (2021), Terapia Jana Bukowskiego 37 wierszy o trzeźwieniu (2022), Ośrodek Poezji Społecznej (2025).
- Anna Maria Wierzchucka – Opowieści robaczkowe
czy fiołki są w kolorze nieba uciekł wieloryb. powiedział burmistrz. miasta o nazwie tak skomplikowanej że niejeden połamał sobie na niej fiszbiny. znaczy zęby. a zresztą to wszystko jedno. złamanie to złamanie. połamanie też. rozbiegli się ludkowie (nie wymawiając żeby się nie połamać). rozbiegli. rozpostarli płetwy. chusteczniki. pancerze. buławki. w kapustowate. w rzepę. w chmury. przeganiali słodyszka. przeganiali. szukali tropów. plener aż po horyzont. załaman. kiczowaty zachód słońca. nastan. a tu kątem. oka. ogon. oj. wysoko. wysoko. przyjdzie wam się ludeczkowie złamać. załamać. burmistrz na kominie. rozpościera sieć. jak na wielgachnego motyla. ludeczkowie wznoszą. okrzyki. pieśni. doping. kwiaty przy ziemi. pojedyncze. grzbieciste. wolnopłatkowe. a płatek największy z ostrogą. reszta żyłkowana. też wznoszą. barwy. łącząc szkaradzieństwo. obrazka czy oset jest ateistą letniość. dwustronna. pikowana. z kotem. dawno dawno temu. w szczelinach skruszałych cegieł. dziurawych. dziurawkach. domów przedwojennych. okupacyjnych. i tych stawianych zaraz po. powój. zarasta. i glistnik. i pokrzywa i mlecz. a w kącie. cichy jaśmin. odradza się nawet z patyka. świat poza rajem. potępionych. rusałka osetnik. kubek niedopitej mięty. nie potrzebuję okrągłych metafor by wydłubywać z pamięci dziadków. dzikość. pożogę. łuny. ostropest plamisty. sylimaryny. dziewięćsił bezłodygowy. ostrożeń. oset. mleczny. co to włoski z zadziorkami. włoski pierzaste. miłosierdzie osierdzie. kłos. nie potrzebuję równiutkich neologizmów wymruczanych na znane melodie. co się zakorzeni to na amen. szczerbak czy maki przynoszą ogień buty. powiedział burmistrz. buty. musicie malować buty. w osty. fiołki. malwy. ptaki. strojnisie nadobne. flagi wykluczam. wykluczam narodowe. rozbiegli się ludeczkowie szukać farb. złoceń. natchnień z natury. a nastała właśnie środa. środa dzień śmietników. słoneczko dopiekało. śmieci śmierdziały. ludeczkowie malowali. tłumnie. tłoczno. toczyli. bryzgali. wzorzyli. mieszali. wszystkie czarne. zakrzyknął ktoś w ciżbie. czarne miejsca w burakach trzeba wyciąć bo są gorzkie. i umilkł. zapadła cisza jak zasiał. oj. a na zachodzie. zachodziło. pożarem. w kolorze. wielonasiennych torebek. puszek. makówek przykrytych rzadko odpadającym wieczkiem. z wyschniętego znamienia słupka. pod wieczkiem nasiona. skakunowate. przychodzą. wspak czy malwy rdzewieją mówię do siebie maleńka. bo ktoś musi. chociaż w głowie. maleńka. czekają na ciebie. koreańskie produkcje netflixa. ryba z własną wodą. własnym akwarium. warzywnica. między biodrami żebro. oskórek. nadustek. cienka herbata i upały maleńka. przetrwasz. czujesz. tak naprawdę drzewa już pachną październikiem. paleniem liści. kapeluszy. czarownic. cukierkami na patyku. bagno baglane. śluz. ślaz. ognisko. mallow marsh. marsh marsz marsz czy pokrzywy uzależniają miłość od posłuszeństwa matematyka jest prosta. krzyczy burmistrz. prosta. prosta jak droga która ma tędy iść a nie idzie. będziecie nią jeździć gdzie dusza zapragnie. a zapragnie. karaiby. grzyby. dzikie węże. nasoszniki trzęśnie. cystolity parzące. pazury szczękoczułkowe. gruczoły jadowe. kądziołki przędne. nogogłaszczki. płaszczki. może w końcu złapiemy wieloryba. rozumiecie. matematyka. i wyciągnął kapelusz. i czułki Wierzchucka dwojga imion, feministka, ateistka, osoba biseksualna, larwa, poetka, artystka recyklingująca, babcia. mieszkała w irlandii i nowej zelandii, obecnie osiadła w kanadzie.
- Piotr Kasperowicz – pięć wierszy
Czemuś winny Podobno widziano któregoś boga w bezzałogowym samolocie musiał mieć spore przeciążenie w okolicy sumienia był to bojowy dron jak się okazało służący do unicestwiania grzeszników na odległość nie wiadomo czyj był to bóg oraz czy ofiary zawiniły zasadom panującym akurat na obszarze objętym jego jurysdykcją jedna bomba zagłuszyła wszystkie zbiorowe modlitwy głównie te nieuczynione werbalnie na miejsce tragedii spadła kolejna rakieta nacelowana laserem tak oducza się ratowania potępionych ludzi w myśl zasady o nieszczęściach spadających parami wyparowała grupa czemuś winnych tych co przeżyli pozostawił okaleczonych dokładnie wtedy zawładnęła nimi najgorliwsza żądza zemsty. Inklinacje cech Inklinacje ze szlachetnych cech nasączone odosobnieniem zupełnie niewpasowane w stelaż prowizoryczną utopię społeczeństwa nie wiemy co je trzyma przy życiu przyzwyczajone do populizmu nacelowanego w osobowości żadne umyślnie celebrują myślenie wobec przemilczeń aktów samobójczych z wyraźnie zaznaczonym sprzeciwem upowszechniają skaryfikacje na pierwszy rzut oka pozbawione fonii. Limit w funkcji czasu Psychoaktywnie myślisz wcale nadpobudzony chemią nad układem planet zwiastującym ekspens haraczu za niższe ryzyko śmiertelności całkowitej roje bogów co rusz zsyłają cytokinowe burze przewijają wadliwy taśmociąg hiperlimitowany w funkcji czasu jesteś śmiertelnikiem śmietnikiem na artefakty zerową ulgę wobec pogłównego podatku przyznał post mortem nieubłagany Chronos pełen kurażu. Miękki błękit nocy Mały człowieku wielkiej siły pozbawiony charakteropatii wśród samobójców uchodzisz za długowiecznego nie powiedzą w wiadomościach o twoim wyskoku że rzadsze przeżywanie uczuć może ograniczyć kryzys suicydalny przewlekłe odspojenie przez nadreaktywność upadek z wysokości zamiast samobójstwa zawsze miałeś w zamyślonych oczach miękki błękit nocy wszystko co żywe jest oddalone niezborne z tą opowieścią. Okno życia ultra HD 4K Wiele zmian dzisiaj u mnie w oknie życia i śmierci ultra HD 4K dobra zmiana reumatoidalna oraz wielostanowiskowe zapalenie całego ciała ludzkości w bryle rozumu brodawki zakwitły liliami dość brutalistyczny eufemizm znudzonej natury obcującej płciowo według zwykłej permutacji odrzuty świadomości reklamowane ambientowo test z wiedzy ogólnej pełnej ryzalitów nic nie wskazuje jedynie efekt potwierdzenia w błędach poznawczych. Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Poeta, prozaik oraz felietonista. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomików wierszy.
- Patryk Nadolny – siedem wierszy
Baśń Kurier wyklęty rozwozi paczki, są puszkami Pandory, miejscy dostawcy fast foodów ze wschodu nie doręczają swojej ciepłej melancholii. Aparatura, podtrzymująca życie człowieka wewnętrznego, odłącza się od reszty świata i wtłacza w duszę supernową. Św. Hildegarda z Bingen uczy zioła dawidowych psalmów. Muzyka nie stworzyła wszystkiego, a tworzy wieczyste porozumienie, między świergotem, a skowytem. Hypatia nie zdołała obliczyć promienia destrukcyjnego koła mężczyzn w Aleksandrii, patriarchat zmienił położenie kobiet, ciał niebieskich, zastąpił wielkość hemisfery: odtąd kuchnia, rodzenie dzieci i przepierki niewiastom przez stulecia świeciły na niebie jako jedyne dostępne w życiu gwiazdozbiory. Harmonia w żadnym razie jest matematyczką, nie przeleje za ogród krwawnik swoich soków. Oblicz wysokość bezwzględną strachu odjąć szczęście, czy nie brzmi to jak próba dodania otuchy życiu, które jest wiecznym serc odejmowaniem? Doprawdy to się liczy: wzór na ceramice, wycinance łowickiej, pierwiastka w nagości, nawet lotne substancje hańbą się nie okrywają. Jestem nieobliczalny kołem jako zero obracające w sobie żal cywilizacji. Ubrania wynaleziono, by w nich schować duszę, a nie ciało, przed spaniem zrzuca z siebie urok. Wzorujemy się tylko na krzywej postępu, a dno przychodzi w nocy i trzęsie szczytami. Adyga przez Weronę szuka Adriatyku, czyli Julii, a może skromnego Romea; jeśli rzeka jest damą to szuka Romea, a jeśli niebinarna, co prawdopodobne, to zgodnie z relatywizmem niezłomnych wszechrzeczy wszystkim rządzi przez wieczność perspektywa z jakiej ustawisz swój parawan na plaży poznania i odkryjesz, że wiedza nie będzie przypływem, falą wzruszenia, bryzą bez krztyny katharsis, niepokojem rozszerzonym do pałacowego metrażu przez wielkomiejskich deweloperów. Jak wynaleziono pismo? Prawdopodobnie mogło być upolowane przez łowcę z mezolitu, gdy o bladym świcie ujrzał dziką pszenicę – subtelny alfabet kołyszących się kłosów. Porzucił swój miotacz oszczepów na rzecz radła, żeby wzruszać ziemię. Przodkowie uprawiali brudną sztukę ziemi i wystawili pierwszy chleb pod gołym niebem, byśmy mogli się oddać w twórczym uniesieniu literaturze, kinie, sztukom wizualnym. Po wiekach nie orano tylko pól uprawnych, gdzieś w międzyrzeczu Tygrysu i Eufratu jacyś pionierzy ryli bruzdy na tabliczkach z gliny, wyrosło na nich pismo klinowe podobne do dzikich kłosów, nimi najpierw pisał wiatr. Urodziłem się, oślepłem od łez i przegrałem Źródła zaczną wysychać, zatonęły teksty źródłowe, część spłonęła w wielkiej Bibliotece Aleksandryjskiej, w niej każdy zwój był jakąś wyspą, po dopłynięciu do niej umysł mógł założyć kolonie i ogłosić się gubernatorem. Źródła wyschły – przestały je zasilać pisma antycznych filozofów, a były potężne na miarę Amazonki, sześć katarakt Nilu, dla siebie Atlantydę znajdę pod prysznicem. To niemal niebywałe, łzy homo erectus nie zgasiły pierwszego paleniska w dziejach, jedziemy na tym samym wózku z Sumerami. Ranowie nie zdołali ocalić Arkony, pokrzyżować zamiaru schrystianizowania Rugii przez Absalona - duńskiego biskupa. Nie ma sensu, by piernik walczył z wiatrakami, ryby pluskają, a drakkary płyną dalej. Kto powiedział, że podbój dzikiego kosmosu jest tylko i wyłącznie domeną ludzkości? Spójrzmy tylko na loty kwiatowe w ogrodach, na daleką orbitę Malwy lub Irysa. To mały kwiat dla pszczoły, duży dla pasieki. Nie wystarczy wrzucić traum do studni Moja psychika - poletko przeorane strachem, wyrośnie na nim dystych, nie szkodzi naturze. Lśni elektryczny pastuch z sieci neuronalnej i pełni funkcję stracha na szczęście, nie wróble. W jambie, czy amfibrachu szumią liście klonu? Melancholia to trudna w uprawie roślina. Pogodzić się ze stratą już w czwartym dystychu, nie napisać piątego, by się w nim nie zgubić. Jak będzie wyglądała żałoba po stracie planety wirującej z bólu i szaleństwa? Deszcz nie zmieni natury najgłębszego smutku, w krainę obfitości ogrodu: mieczyki zaprzestały wojować z jesiennym powietrzem, lwie paszcze już nie warczą na zmarznięte pszczoły. Przeraża mnie, że jest nas już 8 miliardów. Chcę zostać niesporczakiem po stracie bliskiego; to nie da mi gwarancji, że przetrwam żałobę, trauma będzie silniejsza niż promieniowanie. Muzyka ze światła Światło, jesteś moim partnerem po otwarciu oczu, kwiaty tańczą w ogrodach przy akompaniamencie zmęczonych pszczół. Muzyka stwarza nowe światy, pragnę usłyszeć światło, najcichsze widzenie. Dzień w dzień pytam wschodzące słońce: o co tyle brzasku? Dopiero noc jest odpowiedzią. Noc mi odpowiada, najjaśniej pod słońcem. Patryk Nadolny (ur. w 1993 r.) – studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, m.in . Nowego Dokumentu Tekstowego i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Wydał tom poetycki Limesy (2023).
- Gabriel Korbus – trzy wiersze
Dom Srebrnego Mitry Tam, gdzie spadają bomby, Zamieszka Srebrny Mitra, Tam, gdzie padną zwierzęta, Gdzie życie stanie się wypaczone. On boi się triumfu życia, Bo wtedy przestałby istnieć, Ale boi się też własnego triumfu, Bo wtedy straciłby znaczenie, Imię i własną formę, Piękno swojego srebrnego ciała. Żal To co mną kieruje To nie strach, ale żal, Żal za tym czego już nie ma I co się nie zdarzyło, Żal za nieudanym pocałunkiem I zmarnowaną nocą, Nie mieć żalu to być wolnym, Kto nie jest przywiązany Ten jest szczęśliwy, Bo nie wie, że wszystko straci. Asyria Myśleli, że pogrzebali mnie żywcem, Że piasek wdarł mi się w nos, Ale je się wygrzebałem i powróciłem, A wraz ze mną Medowie i Babilończycy, Zalały ludy wielkie imperium Asyrii I zmietli pałace i jedwabne leża I haremy i złoto i włócznie i krzesła, Jak powódź przybyli ze wschodu, Płonęły miasta i pękały czaszki, A ja jechałem na koniu, pełen powietrza, Jak pies wąchałem swąd i popędzałem, Krzyczałem na moich ludzi, by jechali szybciej, By nie zatrzymywały ich góry ani pola, By nie pili z rzek tylko jechali, jechali, Aż spłonie świat i żaden człowiek nie stanie I nie wykrzyknie przekleństwa, By żadna kobieta nie płakała i dziecko nie jęczało, Być może bogowie zmówili się na Asyrię, By złamać wielką potęgę dla samego kaprysu, A być może to była tylko nauczka, By nikt nie wchodził mi w drogę, Ale teraz stoję na skraju pustyni I widzę świat, który niegdyś był Asyrią I spinam konia, jadę przed siebie, Pędzę jakby dalej trwał mój wielki pogrom, Bo nic mnie już nie więzi i nic nie pęta I nie ma siły na tym świecie, Która mogłaby schwytać mnie w czymkolwiek. Gabriel Korbus (ur. 1998) – ukończył filologię klasyczną na KUL oraz zarządzanie na UMCS. Czyta poetów takich jak: Milton, Lautreamont, Marlowe, czy Eurypides. Jest miłośnikiem twórczości Hirohiko Arakiego. Za cel stawia sobie odzyskanie dla współczesnej poezji epickiej jej należnego miejsca w literaturze, jego marzeniem zaś jest stworzenie filmu animowanego.
- Daria Juskowiak – pięć wierszy
Nagroda pocieszenia To dla tej, co nie lubiła konkursów recytatorskich. No ale cóż, w szkole musiała. Słyszała: otwieraj szerzej buzię, mów wyraźniej, wolniej. I nie jak katarynka, postaraj się wczuć. A ona nie umiała słów ładniejszych od tych z jej prawdy - słów, przy których zaciska się wargi, zaciska się serce. Wagarowicz W końcu pojawił się na tej jednej jedynej lekcji w jego pustym czerwcu. Dobrze wybrał, było coś o wolności, było o odejściach i powrotach. Dobrze wybrał, okazało się, że baba od polaka też wagaruje, że facet od matmy też wagaruje, choć pod pseudonimem i częściej w nocy. Babski wieczór Wpadają dziś wszystkie księżniczki Disneya na dobre wino. Wymyślą jej historię na nowo i może nawet przemycą dla niej z baśni jakąś mało używaną koronę. Portret Alberta Einsteina tylko te włosy rozwiane w aureolę i język wysunięty tak jak most zwodzony do czegoś innego a tak żadnej pewności że dostałby główną rolę w filmie o geniuszu Wycieczka do Disneylandu na grunt wydzierżawiony pod prawdziwość kreskówek przychodzą jacyś z innej bajki ludzie ich krwiobiegi płuca świszczące oddechy to tutaj niemodne metody i przestarzały sprzęt tylko jako gapie lub dłonie do pacynki rusztowanie bohatera wyrywają z konturów fikcję malowaną z odroczonym do ekranu THE END Daria Juskowiak – nauczycielka języka polskiego, laureatka konkursu prozatorskiego przeprowadzonego w ramach festiwalu Góry Literatury, wyróżniana w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Publikowała w „Odrze” i „Ypsilonie”.










