Bogdan Nowicki – Agrafony
- 29 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Agrafony. Słowa
Rozbijają w słońcu porcelanę słów sprzedawcy poezji.
Pieczętują każde słowo etykietką pozorów i słomianym
wawrzynem.
Szafarze mody pytają: Czy ten wiersz będzie mógł myśleć
i oddychać, i mieć płeć? Czy będzie mógł podnieść
palec, aby wezwać Stwórcę z jadłospisem? Czy będzie wierzył
w życie przyszłe? Czy będzie miał przyjaciół wśród
innych wierszy?
Staroświeckie księgi po prababce dziejów, chore na
skurcze serca, kiełkują. Poślubiwszy ziemię, tworzą
płonący krzew o rozłożystych wersach, z którego
wylatują pokolenia kawek: Milton, Blake, Rilke,
Trakl w locie świetlistostopiórym.
Dlatego zapamiętaj chwilę przyjazdu, zapach
powietrza po deszczu, zapach soli, owoców
parciejących na ganku w pociemniałych łubiankach.
Wokół tańczą ważki w woalach z błękitu i kwietnych
pyłków. Nigdy i nikt nie będzie wiedział, gdzie,
kiedy, w jakich rzeczach i zdarzeniach, słowo
skoszone wysycha i zamienia się w
ziarno.
Agrafony. Samogłoska
Co dzieje się z cierpieniem, gdy znika cierpiący? Czy żyje nim
zawiły język skorpiona? Przez szum aut przedziera się puls
chmur, przegnany przez cztery horyzonty. Ćma, nerw
źrenic: duch niskich wód, duch wysokiego nieba.
Na pchlim targu wieczorne dzbany nabierają poblasku
prastarych lęków zdyszanej gołębicy, kiedy ta zlatuje
ku słonecznikom z gardłem ściśniętym trwogą.
Za chwilę zetną ci, gwiazdo, głowę: żytem, żabą,
żukiem, żółwiem, zającem, chrabąszczem. Ja,
Eneasz dzisiejszy, to siny cień z sadzą
włosów i z sadzą na wargach.
Wersy to blizny, tatuaże, szramy. Kto zrachuje ile
w zgłoskach ziarenek, siedlisk komarów, szpiku
kości? Świerszczowych gęśli, łubinowych
smyczków? Tylko najwierniejszy śpiewa
prostą samogłoską myśli: owce bezładne,
przylądki nozdrzami uczepione świtu,
co na języku zostają pszennym
smakiem po jęczmieniu.
Agrafony. Ziarna
Argonauci – niewolnicy skał podwodnych, mielizn,
bliskości brzegów, ślepej latarni wykrzykników.
Sczerniałe w nich lilie, zwiędłe narcyzy,
wypalone świece i lampki oliwne.
Nad taflą wody krzyczą żurawie. Kto kręci wrzecionem
nad szumiącą trawą? A kto wygarnia ze zmierzchu
popiół nietoperzy? Przez sito siana osty
śpiewają – dźwięki to czułki ziemi.
Pradawny mrok, bagna, strumienie, jary, gwiazdy,
mgły, niby liście lip omdlewają od nadmiaru,
od eskalacji lata w saturatorach.
Wbijaj celnie gwóźdź w deskę – bez wymówki i
blagi. Czeka cię los bez puenty, finału,
potomków, podróżników;
pozostaniesz w łapach Echetosa, który oślepił
własną córkę, zamknął w wieży i dał jej
do mielenia ziarna z brązu, obiecując,
że odzyska wzrok, gdy zdoła je
zemleć na mąkę.
Świszczą skaczące zgłoski, co ciągle dzielą się,
zrastają, z innymi pęcznieją, są lekkie jak
przesycony światłem papier, zanim się staną
piszczelem ręki.
Agrafony. Tabliczki
Dopełniacze, ściółka naszych gniazd, kołyski z wiórów,
manna na pustyni, żmije jadowite z nieruchomym
okiem, pole po gradobiciu.
Bez nich pytajnik wygina swoją szyję, wycofuje się w
ślepe stopy przypadku, w krzątaninę mrówek, w
gorliwość owadów, w taniec kolibrów.
Ostatni oddział ludzkości jest syty pigułek, nieme
litery krzyżują się w przestrzeni, księgi są
muzealnymi molami, gryzą ciszę.
Kikucie tułowia chmur nad Asyżem, chroboce
wiecheć zeschłego ostu, w strąkach rdzewieje
deszcz, co wyciekł z rynien podniebnych.
Wraki starych lokomotyw dyszą w swoim ciele,
w wagonach setki wierszy przewiewa
wiatr, niby piasek.
Zapach poduszek, moszczu, cytrynowych albo
pomarańczowych obierek, wchłania dal
szyn, zawiązanych w supeł.
Na blaszanych tabliczkach stacji kurz, wersy
bezsenne fiołków, bzów, jaśminów, lip i
akacji, egzekwie fruwających
żałobników,
nić i chlaśnięcie nożyczek, zamiast języka
drut.
Agrafony. Czyściec
Nie ma żadnego piękna, żadnej pstrokacizny,
żadnych krzyków, dźwięcznego brzękania słowami,
skórzany kufer klucznik zamyka wśród splątanych
sznurów.
Wonieją baldachy kminków, dwaj chudzi święci
grają w warcaby, dzień dobry sąsiadce, mówią
do gęsi, która znowu nie wyczyściła z
błota tanich trzewików.
Ześlizguje się ze zjeżdżalni nieba i swoje krzyżyki
pozostawia w wacie chmur, analfabetka wrona,
gdzie na łaźnie i ubranie czeka nowy transport
nagich dusz.
Platon zagląda przez okno, trzyma w rękach łopatę
i motykę, dziwi się, że tutaj mieszka, schodząc na
dno największego garnka.
Między muskułami policzkowych kości, a solidnymi
zawiasami szczęk, wyplątuje się język, co chciałby
coś zrobić dla zabicia czasu,
ale najpierw trzeba przenicować głoski igłą
kołyszącą się obłędnie w godzinie zerowej
gardła.

