Mariusz Tenerowicz – cztery wiersze
- 29 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Ian Curtis rozpoznaje siebie
w bohaterze jednego z filmów W. Herzoga (Manchester 1980)
Częste nawroty choroby, przewlekła depresja
ciągle spotykam człowieka który stracił pamięć
teraz krąży po największym w mieście lunaparku
wiatr zanosi się śmiechem w beczkach krzywych
luster, kołysze puste huśtawki, karuzele, martwe
dusze napotkane w porcie, Miłość straciła kontrolę
nad nami, teraźniejszość zupełnie wymyka się z rąk
tu w Manchesterze duszna atmosfera choć Rafter Club
pociłem się bardziej niż pod pancerzem czerwia
w obskurnych pubach, dyskotekach dudnią i rozsadzają
głowę powtarzane w kółko proste basowe akordy, podobno
legenda karmi się nami – niezgnębioną. nieznaną przyjemnością
owijam bandażem poplątane supły nerwów, jej duch błądzi
w długim czarnym płaszczu i roznosi ponoć zapalenie
apatii, sproszkowaną melancholię w purpurowych fiołkach
przeszywa nas zimna fala wspomnień zamieniając
w lodowe kręgle, miasto wytacza się jak kula i rozbija
te rzędy, na schodach przed domem wracają ostatnie sceny
najnowszego filmu – znów spotykam tego człowieka a obsesja
dojrzewa we mnie wrasta pod skórę, w nurt krwioobiegu
nawet tu w łazience kołysząc się ponad umywalką gdzie
łka pęknięte lustro widzę jego twarz w rozsypanym
srebrze tysiąca kawałków szkła
Jim Morrison rozpoznaje w starym recepcjoniście Wiliama Blake’a – (Paryż 1971)
Wciąż jeszcze spoglądam na uchylone drzwi
łazienki i przypominam sobie starca który mruga
do mnie, przecież nie zamawiałem recepcji
budzenia, tym bardziej popołudniową porą
Zawsze odmieńcem, odkąd w dzieciństwie
spotkaliśmy na drodze indiańskiego szamana
potem gdy dorosłem wyruszyłem z hiszpańską karawaną
w magiczną podróż: odtąd noc niszczyła dzień,
bagno pochłaniało perły, nuciliśmy texańskiego bluesa
napełniając kwaśną whisky gardła spragnione
niczym spękaną ziemię Alabamy, obcy wiatr dął
w żagle gdzieś daleko została kraina twych oczu -
- sucha dolina, otwarta głęboka rana. Żyłem pośród
zaklinaczy asfaltowych węży wpadając tylko w kolejne
pułapki, nieznane wyspy ramion w świecie dwóch teatrów
odgrywanych naraz sztuk: antyku i tragedii
wojny
tu w Paryżu odnalazłem Hiacyntowy hotel – wynajmuję w nim
od kilku tygodni skromny pokój, przypominam sobie też
twarz starca który właśnie teraz uchyla drzwi, blask
wypełnia łazienkę po brzegi, nikt nie słyszy
jak głucho pęka krucha amfora serca…
Anne Sexton
– jesienna przejażdżka
Miłość została tam gdzie nasze lato
jej ogień więdnie we mnie jak płatki chińskiej róży
nigdy nie rozpoznam w tobie tej drugiej srebrnookiej
kobiety zrodzonej z twojego żebra, kochanka
księżyca czy trutnia. Ubieram się w ciepłe futro
mojej matki i wyruszam na przejażdżkę
mokre włosy unoszą się jak dym przez uchylone okno
samochodu, w środku półmroku jak wytresowane
stado ciem które głaszcze teraz piersi kontrolek
ruchomy prędkościomierz zamykam w bielmie oczu
Chciałabym abyśmy jeszcze nakarmili stado dzikich
łabędzi sypkim ziarnem śniegu nim oddechy otoczą nas
szczelniej niż kombinezon. Pamiętaj że byliśmy tylko
zziębniętymi rozbitkami dryfującymi na falach pościeli
aż do pewnego poranka, dnia gdy udało się wreszcie wyjść
z cyrkowej skrzyni i rozbawić widownię
nasza miłość została tam gdzie nasze lato
podążam pustą autostradą w mym czerwonym Cougarze
włączam radio, obok na siedzeniu śmieje się pijany mrok
Antoine De Saint-Exupery
– długi nocny lot (1944)
Chciałem pobić ten rekord Francois
i w nietestowanym kombinezonie przelecieć
pomiędzy palcami boga, ponad gęstą koroną
drzewa wiadomości lub wyhodować najpiękniejszy
ogród w okolicy. Zostałem przecież podniebnym
listonoszem; w pocztowych workach pęcznieją
przesyłki i listy świeże jak cięte kwiaty
zwietrzałe płatki depesz, latawce schwytane
ponad wzburzonym morzem wyobraźni.
Dopiero tutaj oddycham naprawdę
jestem pierwszym bohaterem niemego kina
dzieciństwa, w długiej do stóp piżamie pośród
schnących na żerdziach prześcieradeł obłoków
uwolniony od grawitacji niesfornego serca
i kobiet do których miałem słabość…
O zmierzchu wspinam się po szczeblach konstelacji
swój głos zostawiam na cynowych wałkach
w ostatnim oddechu w słuchawce, bakelicie radiostacji
„nie chciałem umrzeć ze starości Francois”
a teraz wojna zamieniła świat w pustynię
(wieża ciemności karmi go swą suchą materią)
chciałbym pobić ten rekord i ożywić choćby jej
mały skrawek, jedną z łodyg; niech mój czerwony
dwupłatowiec zakwita jak róża w bezkresnym
ogrodzie przestworzy

