top of page

Jacek Sadkowski – trzy wiersze

  • 29 gru 2025
  • 3 minut(y) czytania


Corpus Vitreum

Dwie kłódki powiek
zamkniętych na cztery spusty.
Za nimi
światło.
                                        Anna Świrszczyńska

kiedyś nie zasypiałem w dzień nie zasypiałem
znienacka gruszek w popiele ani niczego wszystkiego. a teraz

niby siedzę przy przykuty do wiersza albo
jem śniadanie
niby piorę majtki skarpetki a miękkim raptownym błyskiem

widzę że leżę jasnym południem w zagłębieniu nocy -

facet z kilku smutnych piosenek piaskowy dziadek skulony
skulony zziębnięty a przy tym wcale nie
doskonale obojętny -

płynie nade mną niebo gwiazdy srebrzyste obłoki zielone miętowo
truskawkowe 
przezroczyste chmury niewidzialne ciepłe
deszcze rozkoszne ciche dreszcze. jestem
chłopcem ze ściany z ruskich bajek co to wędruje górami
dolinami z wilkami niedźwiedziami albo po prostu prosto prostą ulicą
kamienną z jasnym

zachwytem nad żółcią nagietka pomarańczą
nasturcji i ten - ach! - zapach czerwienią ranka deszczówki
w balii pod rynną kurzącego się
żwiru słodkiej goryczy łanów bylicy podobnej piołunowi jasnoty
głuchej pokrzywie. co pachnie mocniej lepiej? żwir
czy deszczówka pełna złotych żmijek komarowych larw? a potem

budzę się z twarzą opartą o książkę z wierszami o gazety
z krzykiem albo stary atlas grzybów. w oczach
piasek żwir w ustach w oczach
zamiast larw komarów mam męty znaki upłynniania ciała
szklistego oka. wszystko co czyste przejrzyste zamienia się
w skrzek trujących żab.

kiedyś nie zasypiałem w dzień nie zasypiałem
gruszek w popiele ani niczego wszystkiego. a teraz

lepiej mi spać we śnie widzieć nieoczywiste światło biegnące
w złotym kurzu ulicy kamiennej. nie budzić się
bo po co.


Yoopi Yay-Yey Yoopi Yay-Oo!

Pod Gwiazdą Piołun gorzkie toczyły się rzeki.
Człowiek na polu zbierał gorzki chleb.
                                                       Czesław Miłosz

to był bardzo ważny dzień. świat zaczynał się
walić choć jeszcze nic

a nic o tym nie wiedziałem - zresztą świat
wali się na pysk z wielkim łomotem
bezustannie. walenie się gruzów w gruzy
to

stan stały od zawsze. /ale wtedy nic
a nic o tym nie wiedziałem/. z młodszym bratem
wybiegliśmy przed dom na dziką łączkę która już
wtedy była składowiskiem połamanych
płyt z żelazobetonu. jak okiem
sięgnąć wszędzie ostre tępo rdzewiejące
stalowe pręty między łanami bylicy. już już

wskakiwaliśmy w gąszcz ale z okna
mama krzyknęła piotr piotr właśnie wyjęłam
z pralki twoje nowe spodnie i wyobraź sobie że one
puszczają

niebieską farbę! masz prawdziwe dżinsy! o jezusie jak
piotr się ucieszył! nie wiem czy kiedykolwiek przedtem /a i potem/
widziałem taką fontannę radości. zawróciliśmy żeby
podziwiać te gacie a tam

tato sprzed telewizora do nas chłopaki! myślałem że
to jakaś nowa wojna bo przerwali mecz i puścili
hymn a to hermaszewski poleciał w kosmos! ale numer! bardzo się
ucieszyliśmy choć było to mniej warte niż spodnie
blue jeans kupione na targu a nie
w peweksie.

a zaraz potem
polak został papieżem i wszystko zlewało się
w gęstą jak bylica na łące radość. przez chwilę

dany nam był avalon a nawet ameryka z porucznikiem
kolombo ale na chwilę bo zaczęła rządzić bylica do spółki z rdzewiejącą
nienawistnie stalą betonu. nastawał ich świat.

Vargtimmen
Emilii

niebo zamyka się deszczem
tańczących sennie delfinów
i latających ciemną tęczą ryb. pod nimi w falach
miękko ciepłego powietrza
śmigają śmigłe
przecinki                                jerzyków. tu jest dobrze jest
tu na chwilę bardziej niż całkowita wszystkość. jednak
muszę wstać z ławki wychylić się poza
park płonący zielonym oceanem
wyjść w krzykliwą ulicę bardzo rzeczywistej oczywistości krople
deszczu dziurawią chodniki bruk blachy samochodów kap
kap moje kroki
człap człap od niedomu. w domu /byle
nie myśleć/ trzeba
wrzucić się
pod prysznic z lodówki
wyjąć serek z szafki
chleb podzielić się
tym z sobą samym i tym /ja i ten

drugi co to wciąż pławi się między
rybami delfinami/ zasnąć obok
siebie bez ciebie
w ciszy. wieczór dziecka. tak. nikt nie przytulił mnie i nie
przytuli nie
pogłaszcze przed snem. wiem. będę teraz chłopcem i starcem
jednocześnie. czas na chwilę /wtedy gdy
zasypiam niezasypiam z zimnymi stopami pod
fałszywie ciepłym kocem/ nie istnieje.
pewnie tak powinno wyglądać sprawiedliwe niebo. prawda
absolutna i cisza.











Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page