Weronika Romańska – trzy sceny z miasteczka
- 29 gru 2025
- 6 minut(y) czytania
Letni wieczór
Na tyle letni, że gdy zrobiło się ciemno, zrobiło się także późno. Na tyle ciepły, że bluza wystarczy, a cisza jest jedną z nieosiągalnych stanów istnienia. Wychodzę z pracy i siadam z kolą na rynkowej ławce. Wieczorny rytuał papierosa przed powrotem do domu. Lubię, gdy dźwięk otwieranej puszki okrąża podcieniami rynek i wraca do mnie w trochę głośniejszej, rozwlekłej wersji echa.
Tym razem znane melodie zakłóca para, która bije się niedaleko studni. Bije – może być trochę na wyrost powiedziane. Kobieta z klapkiem w ręku okłada nim mężczyznę po górnych partiach pleców, barku i wyraźnie nie mogąc doskoczyć do głowy zaczyna piszczeć i wali go z jeszcze większą siłą tam, dokąd doskakuje. Mężczyzna próbuje uciec przed uderzeniami, chroni głowę własnym ramieniem i stara się odsunąć od kobiety, ale wyraźnie przeszkadza mu w tym grawitacja. Szarpanina tych dwojga przesuwa się w kierunku podcienionej kamienicy, teraz widzę ich wyraźniej na tle oświetlonej ściany. Kobieta wciąż nie mogąc dosięgnąć butem twarzy mężczyzny krzyczy przez łzy:
– Spierdoliłeś mi wakacje! Wracam do domu! – odwraca się od niego, szybkim krokiem przemierza rynek, aby zniknąć w bocznej ulicy.
A, czyli jednak to turyści – wnioskuję. Początkowo wydawało mi się, że pochodzą stąd, że urodzili się w tym mieście, przesiąknęli jego depresyjnym klimatem.
Może chodziło jej o buty. Niewygodnie się chodzi po bruku w jednym bucie. Mogłam do niej krzyknąć, żeby ściągnęła drugiego. Przyglądam się przez jeszcze chwilę, jak mężczyzna idąc za nią chwiejnym krokiem, próbuje ją dogonić i po chwili znika w cieniu tej samej ulicy.
Zza kamienicy wygląda zupełnie inny facet, o zupełnie innych ruchach i kroku. Przemierza rynek i siada na ławce obok mnie prostując nogi. Wygląda, to trochę jakby wrócił do domu i rozsiadł się na kanapie przed telewizorem. Widzę go pierwszy raz, a on bez żadnego wstępu zaczyna do mnie mówić:
- Strasznie się zakochałem. Myślałem, że już nigdy mnie to nie spotka. Oboje przeszliśmy swoje. Mam dwójkę dzieci, ona też dwójkę. Są nawet w podobnym wieku. Kiedyś nawet nie pomyślałbym, że ktoś taki mógłby mi się podobać. Wy kobiety wchodzicie w średni wiek wcześniej niż mężczyźni. A i ten piskliwy głosik, drażni mnie, jak jakieś durne dzwoneczki, ale myślę wciąż o tym, że chciałbym do niej co chwila dzwonić.
No i odległość. Mieszkamy w innych miastach, ale nie na tyle daleko żeby to była odległość nie do pokonania. Przyjechałem tu się zastanowić. A co pani o tym myśli? – pyta, a ja nie wiem, czy on dopiero zaczyna, czy już kończy swój monolog. Uśmiecham się tylko w odpowiedzi.
– Nasze córki mają podobne imiona. Malwina i Marlena. My mamy nawet pieprzyki w tych samych miejscach. Ale jednak bardzo się boję tego związku. Co pani o tym myśli? – znów pyta.
– Myślę, że rozsądnym jest nie bać się niczego.
W tej samej chwili z bocznej ulicy wyłania się para, którą już widziałam. Tym razem mężczyzna trochę już żywszym krokiem przemierza rynek po przekątnej, a za nim, lekko utykając, biegnie kobieta, która nie zrezygnowała jeszcze z zamiaru przywalenia mu butem w twarz. Tym razem oboje krzyczą. Ona, żeby spierdalał, a on, aby się odpierdoliła. Zdaje się, że zmieniła buta w dłoni z lewego na prawy.
Bardziej czuję niż widzę minę tego gościa, który się przysiadł. Odwracam się do niego, patrzę mu w oczy.
- Mówiłam. Miłość jest bezwzględna.
Chwilę zajmuje, zanim oboje zaczniemy się śmiać ze tej sceny. On zrozumiał, że gra w niej pierwszoplanową rolę, ja cieszę się, że mogłam zabłysnąć. Podoba mi się jego śmiech, brzmi prawie tak przyjemnie, jak odbity od ścian dźwięk otwieranej puszki z kolą.
Zwierzątko
Było to dawno temu, w czasie, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. Pamiętam, to upalne powietrze zmieszane z żywą zielenią i choć świeciło nade mną to samo słońce, na które patrzę teraz, moja opowieść dotyka jakby innego świata. Światy pozostawiają po sobie różne pamiątki, a od tego dostałam dwa różne policzki. Ludzie przyglądający się mojej twarzy mogą takich rzeczy nie zauważać, dlatego nikt o tym nie wie.
Gdy byłam dzieckiem na jednym z moich policzków coś zaczęło wyrastać. Nie, nie kwiaty! Gdyby na dziewczęcym policzku niespotykanie zaczęły rosnąć kwiaty, byłoby jeszcze pół biedy. Dziewczynki lubią kwiaty, jeśli lubią je ich mamy, a dopiero później przestają je lubić.
To coś wyrastało pod skórą. Nie przeszkadzało w ogóle, nie wymagało podlewania, ani żadnej specjalnej opieki, chyba, że rosło od dziwnie pachnących maści, którymi, to coś mi smarowano. Moją dziecięcą głowę uwierała jedynie logika, bo wiadomym jest, że jeśli coś rośnie nad szyją, musi to być druga głowa i o ile kusząca była koncepcja posiadania drugiej głowy, z którą mogłabym się bawić i rozmawiać, to gdzieś jeszcze kiełkowała myśl, że ta druga głowa zniszczy tę, w której wtedy byłam.
I taką mnie, pełną wątpliwości, rodzice zdecydowali się zaprowadzić do lekarza. Po lekarzu był szpital, w nim wszystko smutne i jednakowe i to tam dowiedziałam się, że to nie będzie druga głowa, tylko zwierzątko. W domu miałam już psa, drugiego psa i kota. Miałam też rower, bo w lecie jeździ się na rowerze, a nie siedzi na łóżku, i jeszcze ta zieleń za oknami szpitala różniąca się od seledynu lamperii zapachem i smakiem. I kiedy tak rozmyślałam o tym wszystkim patrząc na obdrapane szyby, wszedł mój ojciec.
– Zabierz mnie stąd. Ojciec milczał. Patrzył mi tylko w oczy, więc powtórzyłam – Zabierz mnie stąd.
A on przyglądał się mi i mojemu zwierzątku w milczeniu. Sprawiał wrażenie człowieka obojętnego, przez chwilę myślałam, że odmówi, aż wreszcie łagodnie powiedział "Chodź".
I szliśmy najpierw przez korytarz, później przez park, a jeszcze później chodnikami miasta na przystanek i wsiedliśmy do autobusu. Ja dziewczynka w spranej piżamie, on nieprzyzwoicie wysoki. Tak uciekliśmy. Te wspólne 15 kilometrów okazało się jedną z ciekawszych dróg, jakie przemierzyłam w życiu.
Kiedy już wróciliśmy, to zanim przywitałam kota, psa, drugiego psa i pluszowe miśki, wzięłam scyzoryk i poszłam do lasu. Las był niedaleko, przystanęłam na zboczu góry, ścięłam gałązkę i naostrzyłam jej koniec, po czym wbiłam ją sobie w policzek wydłubując drugą głowę-zwierzątko. Z rany kapała pomarańczowa krew i kiedy później, nie pamiętam już szczegółów, obejrzał ją lekarz, zabronił mi przez jakiś czas jeść owoców, bo w nich może być jakaś bakteria, która mi szkodzi.
Minęło tyle lat, a ja wciąż nie lubię owoców, ani świeżych ani przetworzonych, bo kiedy raz od czegoś się odzwyczaisz, to przestaje ci całkiem smakować. To w tamtych czasach polubiłam surowe mięso i przestałam zwracać uwagę, jak ktoś jest ubrany. Nie oceniam nikogo po ubraniu i wyglądzie, bo możliwe jest, że ten ktoś akurat skądś ucieka, albo idzie do lasu zaostrzyć patyk, aby zrobić sobie zabieg plastyczny.
Scena z wariatem
Ta scena, to kwintesencja obłędu. Można go zlizywać z mokrych ścian budynków, dotykać palcami na sztachetach płotu, a później wycierać o policzki. Przykleja się z asfaltu do gumowych podeszew butów i wnika, od stóp przez szpik do głowy, aż spowszednieje.
Szpic masztu kościoła przebija się przez sam środek tarczy pełnego księżyca, a gdzieś w miasteczku znajduje się do tego obrazu równoległa droga. Idzie nią wariat.
W każdym takim miejscu znajduje się burmistrz i szaleniec, punkt w którym słońce wschodzi i noc chowająca się przed wschodem, jakaś dziwaczka i drzewo, a jeśli jest drzewo, to musi być i owoc.
Tak wygląda autonomia wszystkich punktów na planecie. Pozorne dobro współgra z ułudą zła i ją współtworzy.
Wariat krzyczy, a płuca ma zdrowe. Krzyczy, aż obraz trzęsie się w posadach. Najgorszy z obłędów, to ten którego postaci nie ukryje się w cieniu nocy.
Jego głos dociera pod dachy utulonych do snu okolicznych domów. Rozchodzi się przez szpary w futrynach, kominy, rozszczelnione okna, bo szyby w nich, jak małe wyrwy w przestrzeni i łączniczki między tym co wewnątrz, a zewnątrz. Przepuszczają promienie światła i ciemność, ale jeśli na nie oddychasz, twój oddech się skrapla. Możesz na nich pisać, a to co napiszesz po drugiej stronie. Jak ze wszystkim, może być rozumiane na przekór. Para znika, pozostaje sekret linii papilarnych, które nie kłamią, tylko trzeba nauczyć się je czytać. Jedna taka potrafi podwoić wszechświat. Przez pryzmat odmienić galaktykę, odbić czas, albo zatrzymać modlitwę. W czarną przestrzeń zła wbić kryształki akwamaryn. Ciepłe światło wewnątrz musnąć zimnym i srebrnym nożykiem.
Przerwać bezpieczny sen, tym którym jest się obojętnym, zdolny może być tylko szaleniec. Wybudzić wrzaskiem światło, w drżenie wprawić spokój - tak robią ci, których ktoś nie chciał słuchać, przerwał słowo w pół zdania, a ich jedynym grzechem było, to że kochali kogoś o wiele bardziej niż siebie. Na polu rośnie ziarno zasiane w złą godzinę a w człowieku kiełkuje obłęd, po to by wybić ku światłu, a potem zawiązać kłos jak jęczmień i wydać plon.
- We mnie jest jakiś diabeł. Mam w sobie diabła chyba.
- Ale skąd wiesz? Widziałeś go? Rozmawiałeś z nim?
- Tak, tak.
- I co ci powiedział?
- Że da mi wszystko. Żebym poczekał, a on na pewno przyjdzie.
- I przyszedł?
- Tak, był wczoraj.
- I co ci powiedział?
- Że jeszcze muszę poczekać i znowu przyjdzie spełnić moje marzenia. – I co? Nie przyszedł? – Przyszedł
– I co powiedział?
– Żebym mu pożyczył dychę na bilet do Nowego Jorku.

