top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Rafał  Kasprzyk – Przester (vol. 6)

    Tam, gdzie kończy się mit. OWyjarzmionej Renaty Bożek Najtrudniej jest wejść do świata, który nie zna jeszcze naszego sposobu patrzenia. Czytając powieści historyczne, zwykle zakładamy, że ludzie sprzed dwóch czy trzech stuleci przeżywali rzeczywistość podobnie jak my. Byli bardziej religijni, gorzej wykształceni, częściej głodowali, żyli krócej – ale generalnie ich wnętrze pozostawało zasadniczo takie samo. Kochali, bali się, cierpieli i marzyli w sposób, który potrafimy bez trudu rozpoznać. Historia zmienia dekoracje, człowiek pozostaje ten sam. Wyjarzmiona Renaty Bożek podważa to przekonanie już od pierwszych stron. Nie dlatego, że opisuje świat pańszczyźnianej wsi z bezwzględnym naturalizmem. Nie dlatego, że przywraca lubelską gwarę, zabobony czy ludową religijność. Jej największa odwaga polega na czymś innym. Autorka próbuje wyobrazić sobie człowieka, który nie zdążył jeszcze oddzielić siebie od świata. To właśnie dlatego tak trudno czytać tę powieść współczesnymi kategoriami. Rozalka Balawender nie stoi naprzeciw rzeczywistości. Nie ogląda jej, nie analizuje, nie próbuje zrozumieć własnych reakcji. Żyje w świecie, który nie jest przedmiotem doświadczenia, lecz jego środowiskiem. Las nie stanowi krajobrazu. Jest obecnością. Bagno nie jest fragmentem przyrody. Jest miejscem, które przyjmuje albo odrzuca człowieka. Zmarli nie znikają wraz ze śmiercią. Nadal uczestniczą w codzienności żywych. Nawet słowa mają ciężar inny niż dzisiaj. Nie tylko opisują świat, ale potrafią na niego oddziaływać. Z tej perspektywy pytanie, czy Rozalka wierzy w strzygi, okazuje się pytaniem źle postawionym. Bo nie chodzi o wiarę, a o sposób istnienia. Nowoczesność przyzwyczaiła nas do myślenia, że człowiek mieszka przede wszystkim we własnym wnętrzu. To tam rozgrywają się najważniejsze wydarzenia. Tam rodzi się pamięć, poczucie winy, pragnienie, lęk, a świat zewnętrzny jest jedynie sceną, na której ujawniają się procesy psychiczne. Kiedy czytamy powieść, odruchowo szukamy motywacji bohaterów. Pytamy o ich emocje. Próbujemy odtworzyć to, co dzieje się pod powierzchnią słów i gestów. Rozalka nie daje się czytać w ten sposób. Nie dlatego, że została psychologicznie uproszczona. Przeciwnie. Jej psychika nie kończy się na granicy ciała. Rozciąga się na ludzi, miejsca, zwierzęta, pamięć i język. To, co współczesny człowiek zamknąłby w swoim wnętrzu, dla niej nadal pozostaje częścią świata. Właśnie dlatego pierwsza scena powieści ma znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać. Dziewięcioletnia dziewczynka patrzy, jak w bagnie tonie ranny powstaniec. Mogłaby go ocalić. Nie robi tego. Ta scena była już wielokrotnie interpretowana jako początek moralnego upadku bohaterki, zapowiedź jej bezwzględności albo symboliczny bunt przeciwko światu panów. Wszystkie te odczytania są możliwe, ale każde z nich zakłada coś, czego, według mnie, w tej scenie jeszcze nie ma – autonomiczny podmiot podejmujący moralną decyzję. A jeśli najważniejsze wydarza się gdzie indziej? W moim osobistym przekonaniu, bagno nie jest tutaj jedynie miejscem próby charakteru, ale przede wszystkim granicą dwóch porządków. Z jednej strony znajduje się świat, w którym człowiek pozostaje częścią kosmosu zamieszkanego przez ludzi, zwierzęta, duchy i rzeczy. Z drugiej zaczyna się rzeczywistość nowoczesna, w której wszystko zostaje przeniesione do wnętrza jednostki. Sumienie zastępuje tabu. Psychologia wypiera mit. Wspomnienie zajmuje miejsce nawiedzenia. Rozalka stoi dokładnie na tej granicy. Jeszcze nie wie, że opuszcza świat, który przez stulecia porządkował ludzkie doświadczenie. Nie potrafi tego nazwać. Nie umiałaby nawet zrozumieć samego pytania. A jednak każdy kolejny krok oddala ją od rzeczywistości, w której znaczenia istniały wcześniej niż człowiek. To dlatego Wyjarzmiona wydaje mi się powieścią znacznie bardziej współczesną, niż sugeruje jej historyczny kostium. Ona nie opowiada o XIX wieku, a o chwili, w której człowiek przestaje mieszkać w świecie, a zaczyna mieszkać przede wszystkim w sobie. Można więc powiedzieć, że Rozalka wychowuje się w świecie, który nie zna jeszcze pojęcia „natury”. Dla nas natura jest czymś zewnętrznym – środowiskiem, krajobrazem, obiektem badań albo miejscem wypoczynku. Dla niej taki podział nie istnieje. Las nie jest przyrodą, lecz częścią wspólnoty istnienia. Tak samo jak człowiek, zwierzę czy zmarły. Wszystko pozostaje ze sobą w nieustannych relacjach. Nic nie jest martwym tłem. Dlatego tak łatwo pomylić tę powieść z historią o ludowych wierzeniach. Współczesny czytelnik szybko porządkuje świat Rozalki. Strzyga trafia do kategorii folkloru. Duchy stają się metaforami. Zaklęcia – przejawem niewiedzy. Tymczasem Bożek z niezwykłą konsekwencją odmawia takiego uproszczenia. Nie próbuje nas przekonać, że świat nadprzyrodzony istnieje. Ale równie stanowczo nie zgadza się na jego redukcję do psychologii. Zawiesza czytelnika pomiędzy tymi porządkami i nie pozwala mu uciec ani w racjonalizm, ani w baśń. I to właśnie tutaj zaczyna się największa siła tej powieści. Bożek nie rekonstruuje dziewiętnastowiecznej wyobraźni. Ona rekonstruuje dziewiętnastowieczne doświadczenie. To różnica zasadnicza. Wyobraźnię można opisać z bezpiecznego dystansu. Doświadczenie natomiast wymaga wejścia do środka. Dlatego gwara nie jest w Wyjarzmionej zabiegiem stylizacyjnym. Nie ma zachwycać swoją egzotyką ani budować historycznego kolorytu. Jest próbą odtworzenia sposobu, w jaki świat odsłaniał się swoim mieszkańcom. Język nigdy nie jest przezroczysty. On nie tylko opisuje rzeczywistość, ale jednocześnie wyznacza granice tego, co można pomyśleć. Kiedy Rozalka uczy się nowego języka, nie zdobywa jedynie kolejnej umiejętności. Przechodzi znacznie głębszą przemianę, ponieważ każde nowe słowo zdaje się przesuwać granice jej świata. Każde kolejne zdanie oddala ją od miejsca, z którego przyszła. Nauka czytania nie jest więc tylko aktem edukacji. Jest doświadczeniem ontologicznym. Zmienia nie tylko to, co bohaterka wie. Zmienia także to, czym rzeczywistość może się dla niej stać. Nieprzypadkowo właśnie zeszyt Cypriana staje się osią tej przemiany. To nie zwykły rekwizyt fabularny ani symbol wiedzy. Jest przedmiotem granicznym – należy jeszcze do starego świata, ale otwiera już drzwi do nowego. Leży pomiędzy błotem a literaturą, pomiędzy śmiercią a możliwością innego życia. Rozalka nie znajduje w nim jedynie informacji. Znajduje inny sposób patrzenia. I właśnie dlatego trudno zgodzić się z odczytaniami, które sprowadzają Wyjarzmioną do opowieści o awansie społecznym. Awans jest tu skutkiem, nie przyczyną. Prawdziwa przemiana dokonuje się wcześniej, znacznie głębiej. Dotyczy sposobu zamieszkiwania świata. Można odnieść wrażenie, że przez całą powieść Rozalka żyje jednocześnie w dwóch rzeczywistościach. Jedna odchodzi, druga dopiero się rodzi. Pierwsza mówi językiem ziemi, obrzędu i pamięci wspólnoty. Druga uczy indywidualności, pisma i społecznej ruchliwości. Bohaterka nie wybiera między nimi z pełną świadomością. Jest raczej niesiona przez historię, która dokonuje się również poza nią. Dlatego jej los wydaje się tak przejmujący. Nie jest wyłącznie losem jednej dziewczyny. Jest losem całej kultury znajdującej się w chwili pęknięcia. Oczywiście to pęknięcie nie dokonuje się gwałtownie. Nie przypomina rewolucji. Bardziej przypomina osuwanie się brzegu rzeki. Przez długi czas wszystko wygląda tak samo. Te same pola, te same drzewa, ci sami ludzie. A jednak grunt powoli usuwa się spod nóg. Dawny porządek nie znika jednego dnia, ale staje się coraz mniej oczywisty, aż w końcu pozostaje po nim jedynie pamięć. I być może właśnie pamięć okaże się najcięższym jarzmem, jakie przyjdzie Rozalce dźwigać. Każda epoka mówi własnym językiem. Nie chodzi jednak o słowa. One zmieniają się stosunkowo łatwo. Znacznie trudniej zmienia się to, co za ich pomocą można zobaczyć. Dlatego język nigdy nie jest wyłącznie narzędziem opisu, ale przede wszystkim sposobem zamieszkiwania świata. Dziecko nie uczy się przecież najpierw rzeczy, a dopiero później ich nazw. Dzieje się odwrotnie. To nazwy wycinają z bezkształtnej rzeczywistości pierwsze kształty. Uczą odróżniać drzewo od lasu, dom od świata, matkę od wszystkich innych kobiet. Każde nowe słowo nie tylko powiększa słownik. Powiększa również rzeczywistość. W Wyjarzmionej język nie jest więc ozdobą ani historycznym kostiumem. Nie służy temu, aby czytelnik usłyszał, jak mogła brzmieć dziewiętnastowieczna wieś. Bożek robi coś znacznie bardziej ryzykownego. Próbuje sprawić, abyśmy choć przez chwilę zobaczyli świat takim, jakim odsłaniał się ludziom mówiącym właśnie w ten sposób. Na początku lektury gwara stawia opór. Czytelnik potyka się o zdania, zwalnia, wraca do poprzednich akapitów. Chciałoby się ten język uprościć, wygładzić, przetłumaczyć na współczesną polszczyznę. Dopiero po pewnym czasie przychodzi zaskakujące odkrycie. To nie gwara okazuje się trudna. Trudny okazuje się świat, który za sobą niesie. Bo wraz z językiem zmienia się nie tylko brzmienie zdań. Zmienia się także ciężar rzeczy. Są słowa, których współczesna polszczyzna właściwie już nie potrafi unieść. Nie dlatego, że wyszły z użycia, ale dlatego, że zniknęło doświadczenie, które je podtrzymywało. Razem z nim rozpada się cały porządek znaczeń. Pozostają jedynie martwe wyrazy, przypominające muszle znalezione daleko od morza. W tym sensie gwara Rozalki nie jest dialektem. Jest pamięcią. Przechowuje sposób patrzenia na świat, który zaczął znikać na długo przed tym, zanim zniknęły same słowa. Najlepiej widać to w chwili, gdy bohaterka uczy się czytać. W większości powieści byłaby to scena emancypacji. Oto dziewczyna zdobywa wiedzę, otwierają się przed nią nowe możliwości, przekracza granice własnego pochodzenia. Wszystko to jest prawdą. A jednak mam wrażenie, że Bożek opowiada o czymś jeszcze. A mianowicie o tym, że każda nowa litera oddala Rozalkę od języka, w którym została wychowana. Nie dlatego, że musi zapomnieć gwarę, ale dlatego, że zaczyna inaczej porządkować świat. Pismo zmienia człowieka w sposób niemal niedostrzegalny. Najpierw uczy go patrzeć z dystansu. Potem porządkować rzeczywistość. W końcu oddzielać znak od rzeczy, nazwę od obecności, opowieść od życia. To jedna z największych rewolucji w dziejach ludzkiego doświadczenia. Od chwili, gdy słowo można zapisać, przestaje ono należeć wyłącznie do głosu. Nabiera trwałości. Można do niego wrócić. Można je poprawić. Można się z nim spierać. Świat mówiony i świat zapisany nigdy nie są tym samym światem. Być może właśnie dlatego zeszyt Cypriana zajmuje w tej powieści miejsce tak szczególne. Nie jest wyłącznie zeszytem. Jest pęknięciem. Leży pomiędzy dwoma porządkami. Powstał w świecie pisma, ale trafia do dziewczynki, która wciąż należy do świata opowieści. Kiedy Rozalka bierze go do ręki, nie znajduje tylko nowych wiadomości. Znajduje inny sposób istnienia. Od tej chwili będzie już mówiła dwoma językami. Jednym odziedziczonym. Drugim zdobytym. I to właśnie między nimi rozegra się całe jej życie. Nieprzypadkowo wraz z przemianą bohaterki zmienia się także język narracji. Gwara stopniowo ustępuje miejsca polszczyźnie bardziej literackiej. Łatwo odczytać to jako prosty zabieg stylistyczny, znak dojrzewania bohaterki. Tymczasem stawką tej przemiany jest coś znacznie większego. Każdy język niesie własną wizję świata. Nie istnieją dwa języki mówiące dokładnie o tej samej rzeczywistości. Zmieniając mowę, człowiek nie zmienia jedynie sposobu wypowiadania zdań. Zmienia miejsce, z którego patrzy. I być może właśnie tutaj kryje się najgłębszy dramat Rozalki. Nie w tym, że opuszcza wieś. Nie w tym, że porzuca własną klasę. Najboleśniejsze okazuje się to, że coraz trudniej wrócić do języka, który był kiedyś jej domem. Bo język można porzucić szybciej niż pamięć. Ale pamięć bardzo długo mówi jeszcze dawnym głosem. Dlatego w Wyjarzmionej awans społeczny nie przypomina wspinaczki. Przypomina raczej tłumaczenie. Tłumaczenie własnego życia na język, w którym pewnych rzeczy nie da się już wypowiedzieć. I wydaje mi się, że każda wielka zmiana zaczyna się właśnie od tego. Nie od nowego miejsca ani nowego nazwiska, ale od chwili, w której człowiek odkrywa, że świat, z którego przyszedł, mówi językiem, którego nikt wokół niego już nie rozumie. 3 Jest taki odruch, którego współczesny czytelnik niemal nie potrafi w sobie powstrzymać. Kiedy w powieści pojawia się duch, natychmiast pyta, co oznacza. Jeżeli wraca zmarła matka, szukamy poczucia winy. Jeżeli bohatera prześladują zjawy, mówimy o traumie. Jeżeli ktoś słyszy głosy, próbujemy odnaleźć ich źródło w psychice. Literatura ostatnich dwóch stuleci nauczyła nas podejrzliwości wobec wszystkiego, co przekracza porządek racjonalny. Duch przestał być obecnością. Stał się znakiem. Czytając Wyjarzmioną, łatwo ulec temu odruchowi. Strzyga wydaje się uosobieniem lęku. Powracający zmarli przypominają wyrzuty sumienia. Halucynacje można odczytać jako pęknięcia pamięci. Wszystko układa się w spójną, psychologiczną interpretację. Problem jednak polega na tym, że taka interpretacja więcej mówi o nas niż o Rozalce. Dla niej duch nie jest metaforą. Nie jest również problemem wymagającym wyjaśnienia. Jest częścią świata, bo rzeczywistość Rozalki zbudowana została według innego porządku. Nie istnieje w niej granica między światem żywych i umarłych w takim sensie, w jakim rozumiemy ją dzisiaj. Śmierć zmienia sposób obecności, ale nie kończy relacji. Dlatego duchy nie przychodzą z zewnątrz. One nigdy naprawdę nie odeszły. Ich obecność nie wymaga zawieszenia niewiary. Nie narusza logiki świata przedstawionego. Przeciwnie — potwierdza ją. Czytelnik zatem odczuwa niepokój nie dlatego, że dzieje się coś nadprzyrodzonego. Niepokoi go to, że jego własny sposób rozumienia rzeczywistości przestaje wystarczać. I właśnie tutaj Wyjarzmiona okazuje się najbardziej radykalna. Nie proponuje realizmu magicznego. Nie flirtuje z fantastyką. Nie próbuje zaczarować historii, ale robi coś znacznie trudniejszego. Na chwilę odbiera współczesnemu człowiekowi jego najgłębsze przyzwyczajenie: przekonanie, że świat kończy się tam, gdzie kończy się to, co można wyjaśnić. A wtedy okazuje się, że pytanie nie brzmi już: „Czy duch istnieje?”. Znacznie bardziej niepokojące staje się inne. Co musi wydarzyć się z człowiekiem, żeby przestał dostrzegać obecność tego, co dla jego przodków było oczywistą częścią świata? 4 Bardzo ważnym i istotnym bohaterem Wyjarzmionej stał się dla mnie niepozorny przedmiot. Mały, czerwony kajet wydobyty z torby tonącego Cypriana. W pierwszej chwili wydaje się zwyczajnym rekwizytem. Powieść historyczna potrzebuje przecież przedmiotu, który uruchomi przemianę bohatera. Raz będzie to list, innym razem fotografia, medalion albo stary pamiętnik. Literatura od dawna zna ten mechanizm. Przedmiot staje się furtką prowadzącą do nowego życia. Bożek wybiera jednak rzecz znacznie bardziej niepokojącą. Kajet nie zostaje podarowany. Nie zostaje odnaleziony. Nie zostaje odziedziczony. Zostaje wydobyty z bagna. To nie jest drobiazg fabularny. Bagno oddaje Rozalce tylko dwie rzeczy: złoto i zapisane słowa. Pierwsze pozwolą jej przeżyć. Drugie zmienią sposób, w jaki będzie patrzyła na świat. Nieprzypadkowo oba spoczywają obok ciała człowieka, którego nie uratowała. Od tej chwili wiedza i śmierć pozostaną już nierozdzielne. Może właśnie dlatego zeszyt nigdy nie staje się zwykłą książką. Jest mokry od miejsca, z którego został wydobyty. Nawet wtedy, gdy papier dawno wysechł. Każda lektura odbywa się przecież przeciwko tamtej scenie. Rozalka otwiera kajet, ale pomiędzy kolejnymi stronami wciąż znajduje się błoto. Nie widać go. A jednak pozostaje obecne. Tak jak obecny pozostaje Cyprian. Tak jak obecna pozostaje decyzja dziewięcioletniej dziewczynki. Czytanie nie zaczyna się więc od ciekawości. Zaczyna się od długu. To bardzo niezwykła intuicja Bożek. Przywykliśmy myśleć o książkach jako o narzędziach wyzwolenia. Literatura ma poszerzać horyzonty, rozwijać wrażliwość, prowadzić ku wolności. W Wyjarzmionej dzieje się coś znacznie bardziej dwuznacznego. Książka nie przychodzi z biblioteki ani ze szkoły. Przychodzi od umarłego. Wiedza rodzi się ze śmierci. To motyw stary jak sama kultura. Orfeusz schodzi do podziemi, Odyseusz rozmawia z cieniami, Dante rozpoczyna swoją drogę w ciemnym lesie. Bożek nie powtarza tych opowieści świadomie, ale dotyka tej samej intuicji. Żeby nauczyć się nowego języka, Rozalka musi najpierw przejść przez doświadczenie śmierci. Nie tylko śmierci Cypriana. Także własnego świata, który od tej chwili zacznie się powoli rozpadać. Kajet jest więc czymś więcej niż zeszytem. Jest granicą. Z jednej strony zapisano w nim świat człowieka wykształconego, romantycznego, należącego do kultury pisma. Z drugiej znajduje się dziewczynka wychowana w świecie pamięci mówionej, gdzie wiedza krąży w opowieściach, pieśniach, zaklęciach i przysłowiach. Spotkanie tych dwóch porządków nie przypomina spokojnej lekcji. Bardziej przypomina zderzenie dwóch rzek. Jeszcze przez chwilę płyną obok siebie, ale ich wody już nigdy nie odzyskają dawnej przejrzystości. Najpiękniejsze w tym przedmiocie jest jednak coś innego. Kajet niczego Rozalce nie nakazuje. Nie mówi jej, kim ma zostać. Nie wyznacza drogi. Jedynie otwiera możliwość. Reszta wydarzy się pomiędzy zapisanymi słowami a życiem, które będzie próbowało je pomieścić. Dlatego z każdym kolejnym rozdziałem powieści kajet staje się coraz lżejszy jako przedmiot i coraz cięższy jako pamięć. Przestaje być rzeczą noszoną w dłoniach. Zaczyna być rzeczą noszoną w człowieku. Może właśnie tak rodzi się każda kultura pisma. Nie wtedy, gdy człowiek uczy się liter. A dopiero wtedy, gdy odkrywa, że zapisane słowa zaczynają mówić również wtedy, gdy ich autora od dawna nie ma wśród żywych. W tym sensie Cyprian nie pozostawia Rozalce zeszytu. Pozostawia jej własny głos. A może coś jeszcze trudniejszego. Pozostawia jej cudzy sposób patrzenia. I od tej chwili Rozalka będzie już patrzyła na świat dwojgiem oczu. Jednymi, które odziedziczyła po swojej wsi. Drugimi, które wydobyła z bagna razem z czerwonym kajetem. 5 Kajet Cypriana jest cięższy, niż powinien być, ale nie dlatego, że nasiąkł wodą z bagna. Papier wysycha przecież dość szybko. Ciężar tego przedmiotu bierze się skądinąd. Z rzeczy, których nie da się zważyć. Każda kartka przechowuje cudzą pamięć. Książki, listy, fotografie, archiwa, dyski twarde, chmury danych – od wieków uczymy się oddawać pamięć przedmiotom. Coraz mniej rzeczy musimy nosić w sobie. Powierzamy je papierowi, ekranom, bibliotekom. Dzięki temu pamięć staje się trwalsza od człowieka. Świat Rozalki funkcjonuje inaczej. Tam pamięć nie mieszka w rzeczach. Mieszka w ludziach. Babka nie opowiada historii dlatego, że chce przekazać wiedzę. Ona sama jest pamięcią. Kiedy umiera, znika nie tylko człowiek. Znika cały sposób rozumienia świata, którego nie zapisano w żadnym kajecie. Zaklęcia, pieśni, przysłowia, sposoby leczenia, opowieści o zmarłych – wszystko istnieje tylko tak długo, jak długo ktoś potrafi je wypowiedzieć. Pamięć zatem ma ciało. Ma głos. Ma oddech. Dopiero zeszyt Cypriana przynosi doświadczenie zupełnie nowego rodzaju. Po raz pierwszy pamięć okazuje się czymś, co można wyjąć z torby, schować pod ubraniem, otworzyć po latach. Nie potrzebuje już ludzkiego głosu. Potrafi przetrwać własnego autora. To jedna z największych rewolucji, jakie wydarzyły się w historii człowieka. Pismo nie zmieniło jedynie sposobu przekazywania wiedzy. Zmieniło sposób istnienia pamięci. Od tej chwili człowiek nie musi już wszystkiego pamiętać. Wystarczy, że będzie wiedział, gdzie pamięć została zapisana. Oczywiście łatwo uznać to za wyłącznie cywilizacyjny postęp. A jednak Bożek podpowiada, że każda taka zmiana niesie również stratę. Pamięć żyjąca w człowieku nigdy nie jest wierna. Zmienia się z każdym opowiedzeniem. Zapomina szczegóły, dopowiada nowe obrazy, dostosowuje się do tych, którzy słuchają. Jest żywa właśnie dlatego, że nieustannie się porusza. Pismo działa odwrotnie. Zatrzymuje. Unieruchamia. Ocala. Ale za cenę ruchu. Może dlatego kajet Cypriana tak mocno kontrastuje z opowieściami babki. Babka nie zostawia po sobie żadnego przedmiotu. Pozostaje jedynie w pamięci tych, którzy jeszcze pamiętają jej głos. Cyprian znika, lecz jego słowa zostają. Jego obecność od początku ma inny charakter. Nie powraca dlatego, że ktoś go wspomina. Powraca dlatego, że został zapisany. W tym sensie Wyjarzmiona opowiada nie tylko o spotkaniu dwóch ludzi. To spotkanie dwóch pamięci. Jedna oddycha. Druga została zamknięta pomiędzy kartkami papieru. Rozalka przez długi czas próbuje należeć do obu jednocześnie. To chyba najbardziej przejmujący wymiar jej przemiany. Nie zdradza przecież jedynie własnej klasy ani własnego języka. Powoli zmienia sposób pamiętania. Od tej chwili coraz mniej świata będzie nosiła w opowieściach, a coraz więcej w zapisanych słowach. Nie oznacza to jednak, że dawna pamięć znika. Przeciwnie. Im mocniej Rozalka zanurza się w świecie pisma, tym uporczywiej wraca pamięć starsza od liter. Powracają głosy. Powracają twarze. Powraca bagno. Powraca babka. Nie dlatego, że bohaterka nie potrafi zapomnieć, ale dlatego, że istnieją doświadczenia, których nie da się całkowicie przepisać do nowego języka. Właśnie dlatego duchy nie opuszczają tej powieści. Nie są strażnikami winy. Są strażnikami pamięci. Przypominają Rozalce, że istnieje część życia, której żaden kajet nie zdoła pomieścić. I może właśnie tutaj kryje się najgłębszy paradoks Wyjarzmionej. Książka opowiada o dziewczynie, która uczy się żyć dzięki pismu. A jednocześnie nieustannie przypomina, że to, co najważniejsze, wydarzyło się jeszcze zanim pojawiły się zapisane słowa. Rozalka uczy się czytać, ale nikt nie uczy jej zapominania. To być może najbardziej tragiczny wymiar całej tej przemiany. Literatura bardzo często opowiada o edukacji jako o wyzwoleniu. Kto zdobywa wiedzę, ten opuszcza ciasny świat dzieciństwa, przesądów, prowincji. W Wyjarzmionej nic nie jest tak proste. Każde nowe słowo otwiera kolejne drzwi, ale żadne nie zamyka tych, które pozostawiło za sobą. Dlatego pamięć nie układa się tutaj w prostą linię. Nie przypomina drogi prowadzącej od przeszłości ku przyszłości. Jest raczej warstwą ziemi. Każde nowe doświadczenie osiada na poprzednim, ale go nie przykrywa. Wystarczy niewielkie pęknięcie, aby spod cienkiej warstwy teraźniejszości wyłonił się świat, który pozornie już nie istnieje. Współczesna kultura przyzwyczaiła nas do myślenia o pamięci jako o archiwum. Wyobrażamy ją sobie jak bibliotekę albo komputer. Wspomnienia można uporządkować, odszukać, utracić, odzyskać. Są informacjami zapisanymi w umyśle. Pamięć Rozalki nie przypomina archiwum. Przypomina ziemię, a ona niczego nie zapomina. Każda kolejna pora roku przykrywa poprzednią, ale nie usuwa jej śladów. Pod cienką warstwą trawy nadal leżą dawne korzenie, kości zwierząt, popiół po ogniskach, ziarna, które nigdy nie wykiełkowały. Wystarczy głębiej kopnąć szpadlem, aby przeszłość znów znalazła się na powierzchni. Tak działa pamięć w Wyjarzmionej. Nie jest czynnością umysłu. Jest właściwością świata. Dlatego bohaterka nie wspomina dzieciństwa. Ona na nie nieustannie natrafia. W zapachu mokrej ziemi. W brzmieniu dawno niesłyszanej gwary. W geście starszej kobiety. W cieniu lasu. Przeszłość nie wraca dlatego, że zostaje przywołana. Wraca, ponieważ nigdy nie została ostatecznie oddzielona od teraźniejszości. To właśnie dlatego tak trudno mówić o duchach wyłącznie jako o elementach ludowej wyobraźni. Duch nie jest tutaj kimś, kto przychodzi z innego świata. Jest śladem, którego świat nie potrafił zatrzeć. Tak samo jak wydeptana ścieżka pozostaje widoczna długo po tym, gdy przestali chodzić nią ludzie. Być może nowoczesność różni się od świata Rozalki przede wszystkim sposobem obchodzenia się z przeszłością. My wierzymy, że przeszłość mija. Ona wie, że przeszłość osiada. To różnica pozornie niewielka. A jednak od niej zależy wszystko. Jeżeli przeszłość mija, można się od niej uwolnić. Jeżeli osiada, pozostaje częścią każdego następnego kroku. Rozalka nie niesie więc swojej historii jak bagażu. Ona po niej chodzi. Każdy wybór, każda decyzja, każdy awans społeczny odbywa się na gruncie, który został uformowany znacznie wcześniej. Nie da się wejść w nowe życie tak, jak wchodzi się do nowego domu. Dawna ziemia przykleja się do butów. Dawny język pozostaje w ustach. Dawni zmarli nadal wiedzą, gdzie człowiek mieszka. Dlatego Wyjarzmiona nie jest opowieścią o ucieczce od przeszłości. Jest opowieścią o odkrywaniu, że przed przeszłością nie da się uciec. Można jedynie nauczyć się z nią mieszkać. A jednak byłoby zbyt łatwo uznać, że Bożek przeciwstawia sobie dwa światy: dawny i nowoczesny. Taka opowieść szybko zamieniłaby się w elegię nad utraconą wsią albo w pochwałę emancypacji. Wyjarzmiona nie pozwala na żaden z tych gestów. Jest znacznie bardziej okrutna. Bo dawny świat nie był światem szczęśliwym. Był światem głodu. Przemocy. Upokorzenia. Ciał przedwcześnie zniszczonych pracą. Kobiet rodzących dzieci, których często nie miały szans wychować. Mężczyzn łamanych przez pańszczyznę, alkohol i bezsilność. Nie ma w tej rzeczywistości niczego, za czym należałoby tęsknić. A jednak jest w niej coś, co trudno odnaleźć po drugiej stronie przemiany. Sens. Nie sens rozumiany jako odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Raczej jako poczucie, że każda rzecz ma swoje miejsce. Narodziny i śmierć. Praca i odpoczynek. Pory roku. Święta. Żałoba. Modlitwa. Nawet cierpienie nie jest wydarzeniem pozbawionym kontekstu. Zostaje wpisane w porządek większy od pojedynczego człowieka. To dlatego bohaterowie Wyjarzmionej rzadko pytają o znaczenie własnego losu. Los nie wymaga wyjaśnienia. Wymaga udźwignięcia. Dopiero świat, który stopniowo otwiera się przed Rozalką, stawia człowieka wobec zupełnie innego zadania. Nie wystarczy już żyć. Trzeba również uzasadnić własne życie. Wybrać drogę. Zbudować siebie. Odróżnić własne pragnienia od oczekiwań innych. Wszystko to, co dzisiaj wydaje się oczywiste, okazuje się historycznie nowe. Być może właśnie dlatego Rozalka tak długo pozostaje rozdarta. Nie między wsią i miastem. Nie między biedą i dostatkiem. Nawet nie między gwarą a językiem literackim. Rozdarta jest pomiędzy dwoma sposobami rozumienia samego istnienia. Z jednej strony świat, w którym człowiek rodzi się w gotowym porządku i próbuje znaleźć w nim swoje miejsce. Z drugiej świat, w którym najpierw trzeba miejsce dla siebie stworzyć. To nie jest tylko różnica społeczna. To różnica metafizyczna. Dlatego kolejne decyzje Rozalki nie przypominają zwykłych wyborów życiowych. Każda z nich oznacza przesunięcie granicy pomiędzy dwoma porządkami. Im bardziej bohaterka uczy się nowego świata, tym mniej rozumie stary. Ale stary świat również przestaje ją rozumieć. W pewnym momencie nie należy już w pełni do żadnego z nich. To doświadczenie wydaje się zaskakująco współczesne. Żyjemy w epoce, która bardzo chętnie opowiada historie o przekraczaniu granic. Awans społeczny, migracja, zmiana klasy, zmiana języka, zmiana tożsamości – wszystkie te opowieści budowane są wokół obietnicy nowego początku. Rzadziej mówi się o cenie, którą płaci się za takie przejście. Bo każda granica działa w obie strony. Przekraczając ją, nie tylko wchodzimy do nowego świata. Równocześnie stajemy się obcy dla świata, z którego wyszliśmy. Rozalka odkrywa to bardzo wcześnie. Nie ma już powrotu do dawnego życia. Ale nowe życie również nigdy nie stanie się całkowicie jej własnym. Pozostanie pomiędzy. I być może właśnie owo „pomiędzy” jest prawdziwym miejscem Wyjarzmionej. Nie wieś. Nie dwór. Nie miasto. Lecz granica, na której człowiek przestaje być tym, kim był, zanim zdąży stać się kimś innym. Dlatego nie potrafię czytać tej powieści jako historii sukcesu. Ona jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o cenie, jaką płaci się za przekroczenie własnego świata. O cenie, której nie sposób wyrazić ani w pieniądzach, ani w awansie społecznym. Bo ostatecznie płaci się nią własnym językiem. A język jest zawsze czymś więcej niż narzędziem mowy. Jest miejscem, w którym człowiek po raz pierwszy uczy się świata. Kiedy traci język, nie traci tylko słów. Traci sposób, w jaki rzeczy były kiedyś obecne. 6 Jest jeszcze jeden język, którego Wyjarzmiona nie pozwala przeoczyć. Język ciała. Czytając powieść Bożek, łatwo ulec pokusie filozoficznych uogólnień. Pisać o pamięci, języku, wspólnocie, nowoczesności. Tymczasem wszystko to nieustannie sprowadzane jest do czegoś znacznie bardziej konkretnego. Do skóry, mięśni, krwi, zmęczenia, głodu. Człowiek w tej powieści nie myśli najpierw. Najpierw dźwiga. To jedna z największych różnic między światem Rozalki a naszym. Dzisiaj ciało bardzo często traktujemy jako własność. Można o nie dbać, rozwijać je, ćwiczyć, leczyć, modelować, a nawet projektować. Jest czymś, co się posiada. Rozalka nie posiada ciała. Ona nim jest. Nie istnieje ani jedna chwila, w której mogłaby o nim zapomnieć. Głód przypomina o nim każdego dnia. Praca wpisuje się w mięśnie. Zimno nie jest dyskomfortem, lecz doświadczeniem granicznym. Nawet miłość, jeśli się pojawia, nigdy nie zostaje oddzielona od ciężaru fizycznego istnienia. Dlatego ta powieść pachnie. To może zabrzmieć dziwnie, ale niewiele współczesnych książek ma zapach. Większość rozgrywa się przede wszystkim w języku. Wyjarzmiona rozgrywa się również w materii. Pachnie mokrym lnem, gnijącym drewnem, dymem, potem, mlekiem, krwią i ziemią. Nie są to szczegóły realistyczne. To sposób przypomnienia czytelnikowi, że przez większą część historii człowiek poznawał świat całym ciałem, a nie tylko wzrokiem. Może dlatego głód jest w tej powieści tak ważny. Nie jako temat. Ale jako porządek istnienia. Dzisiaj głód oznacza najczęściej chwilowy brak. Można go zaspokoić, odsunąć, zignorować. W świecie Rozalki głód jest jednym z podstawowych sposobów doświadczania rzeczywistości. Organizuje dzień, pracę, relacje między ludźmi, wybory moralne. Nieustannie przypomina, że człowiek pozostaje zależny od ziemi. To zależność, którą nowoczesność bardzo skutecznie ukryła. Kupując chleb, nie myślimy o ziarnie. Otwierając kran, nie pamiętamy o źródle. Włączając światło, nie zastanawiamy się nad ogniem. Cywilizacja nie zniosła zależności. Uczyniła je niewidzialnymi. Bożek wykonuje gest odwrotny. Przywraca światu ciężar. Każe jeszcze raz poczuć, że każde życie zaczyna się od rzeczy najbardziej podstawowych: od jedzenia, pracy, narodzin i śmierci. Nie po to jednak, by przekonać nas o wyższości dawnego świata. Przeciwnie. Pokazuje, jak bardzo ciało może zostać podporządkowane przemocy. Pańszczyzna nie jest przecież przede wszystkim systemem ekonomicznym. Jest systemem zarządzania cudzym ciałem. Pan nie posiada duszy chłopa. Posiada jego czas. Jego siłę. Jego ręce. Jego plecy. Jego życie. Może właśnie dlatego wyzwolenie społeczne nie przynosi natychmiastowej wolności, bo ciało pamięta dłużej niż prawo. Nawet kiedy zmieniają się przepisy, pozostają gesty wyuczone przez pokolenia. Sposób pochylania głowy. Milczenie wobec silniejszych. Lęk przed przekroczeniem niewidzialnej granicy. Tego nie da się unieważnić jedną ustawą. W tym sensie historia zapisuje się nie tylko w archiwach. Historia zapisuje się w mięśniach. Każde pokolenie dziedziczy coś więcej niż nazwiska i majątek. Dziedziczy sposób stania, chodzenia, pracy, reagowania na zagrożenie. Dziedziczy pamięć, która nie potrzebuje słów. Być może dlatego Rozalka nigdy nie staje się kimś całkowicie nowym. Może zmienić język. Może nauczyć się czytać. Może wejść do świata, który wcześniej był dla niej zamknięty. Ale własnego ciała nie potrafi zacząć od początku. Ono pamięta błoto. Pamięta ciężar wiader. Pamięta zapach stajni. Pamięta głód. I właśnie dlatego Wyjarzmiona jest powieścią tak głęboko nieufną wobec łatwych opowieści o awansie społecznym. Człowiek może zmienić niemal wszystko. Nazwisko. Miejsce zamieszkania. Sposób mówienia. Wykształcenie. Ale znacznie trudniej zmienić ciało, które przez lata uczyło się świata w określony sposób. Nieprzypadkowo więc Bożek tak często wraca do dłoni. To one wydają się najwierniejszym archiwum tej powieści. Dłonie pracują. Dłonie karmią. Dłonie biją. Dłonie grzebią zmarłych. Dłonie uczą się pisać. Cała droga Rozalki mogłaby zostać opowiedziana właśnie przez nie. Nie przez jej myśli. Przez dłonie. Bo zanim człowiek nauczył się opowiadać własną historię, najpierw zapisywał ją na swoim ciele. 7 Są słowa, które z biegiem czasu stają się zbyt oczywiste. Tak właśnie stało się z jarzmem. Dzisiaj niemal zawsze rozumiemy je jako synonim niewoli. Mówimy o jarzmie zaborów, jarzmie komunizmu, jarzmie przemocy. Słowo utraciło swój ciężar materialny i stało się pojęciem politycznym albo moralnym. Tymczasem zanim weszło do języka idei, było rzeczą. Drewnianą belką. Przedmiotem zakładanym na kark wołu. Częścią codziennego krajobrazu. Nie miało nic wspólnego z metaforą. Służyło pracy. To nie jest drobna różnica. Jarzmo nie zostało wymyślone po to, aby zadawać ból. Powstało po to, aby podporządkować siłę określonemu porządkowi. Ograniczało ruch zwierzęcia, ale równocześnie pozwalało zaorać pole, przewieźć drewno, przetrwać zimę. Było narzędziem przemocy i narzędziem życia jednocześnie. Tego paradoksu współczesny język niemal już nie pamięta. Dlatego tytuł powieści Bożek jest znacznie bardziej dwuznaczny, niż mogłoby się wydawać. Wyjarzmiona. Nie „uwolniona”. Nie „wyzwolona”. Wyjęta spod jarzma. Ale czym właściwie było owo jarzmo? Najłatwiej odpowiedzieć: pańszczyzną. I byłaby to odpowiedź prawdziwa. Tylko że niepełna. Bo pańszczyzna nie była jedynie systemem ekonomicznym. Była sposobem organizacji całego świata. Określała rytm pracy, zależności między ludźmi, miejsce człowieka wobec ziemi, wobec Boga i wobec wspólnoty. Była okrutna, niesprawiedliwa i poniżająca. Nie ma najmniejszego powodu, by ją idealizować. A jednak trudno nie zauważyć, że wraz z jej końcem kończy się również pewien porządek istnienia. To właśnie tutaj Wyjarzmiona staje się powieścią znacznie bardziej skomplikowaną, niż sugerowałaby jej fabuła. Rozalka nie zdejmuje z siebie jednego jarzma. Zmienia je. Najpierw dźwiga ciężar przypisany jej przez urodzenie. Później ciężar pamięci. Jeszcze później ciężar awansu. W końcu ciężar samotności. Każde z nich jest inne. Żadne nie znika. Literatura bardzo chętnie opowiada o wyzwoleniu. Bohater przekracza granicę, zrywa więzy, odzyskuje siebie. To jedna z ulubionych narracji nowoczesności. Im dłużej jednak myślę o powieści Bożek, tym bardziej wydaje mi się, że nie ufa ona podobnym opowieściom. Bo czy człowiek naprawdę może żyć bez żadnego jarzma? Każde życie zostaje przecież podporządkowane czemuś większemu od jednostki. Rodzinie. Pracy. Miłości. Ambicji. Wierze. Historii. Nawet wolność bardzo często okazuje się wymagająca. Narzuca obowiązek nieustannego wybierania, odpowiadania za siebie, budowania własnej tożsamości. To również ciężar, choć ma inną postać. Rozalka odkrywa to stopniowo. Im bardziej oddala się od dawnego świata, tym mniej oczywiste staje się miejsce, do którego należy. Dawniej odpowiedź była brutalnie prosta. Rodziła się chłopką i umierała chłopką. Los został wyznaczony wcześniej niż ona sama. Nowoczesność odbiera tę pewność. W zamian daje możliwość. Ale możliwość nigdy nie jest darem bezwarunkowym. Domaga się wyboru. A każdy wybór oznacza również utratę. Dlatego nie potrafię czytać Wyjarzmionej jako historii prostego wyzwolenia. Zbyt wiele pozostaje w niej bólu, który nie znajduje ukojenia. Zbyt wiele głosów nie daje się uciszyć. Zbyt wiele dawnych światów trwa jeszcze w nowych gestach bohaterki. Być może największą iluzją nowoczesności jest przekonanie, że człowiek może całkowicie zacząć od początku. Bożek zdaje się mówić coś dokładnie przeciwnego. Życie nigdy nie zaczyna się od zera. Każda nowa wolność rodzi się z wcześniejszej zależności. Każdy wybór wyrasta z historii, której nie wybieraliśmy. Każde wyzwolenie pozostawia po sobie ślad dawnego jarzma. I może właśnie dlatego Rozalka pozostaje bohaterką tak głęboko współczesną. Nie dlatego, że przypomina ludzi XXI wieku. Lecz dlatego, że jako jedna z pierwszych doświadcza paradoksu, który stał się udziałem nowoczesnego człowieka. Paradoksu wolności. Im więcej możliwości otrzymujemy, tym trudniej odpowiedzieć na pytanie, do czego naprawdę należymy. Być może właśnie to pytanie zostawia czytelnikowi Bożek. Nie pyta, czy warto było zdjąć jarzmo. Pyta o coś znacznie bardziej niewygodnego. Co człowiek zakłada na swoje barki wtedy, gdy dawne jarzmo wreszcie opadnie? Renata Bożek: Wyjarzmiona, Marginesy, Warszawa 2025, str. 328 Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat konkursów poetyckich. Jest autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online.

  • Przemysław Kuliński – O błędach widzenia, czyli przeciw przezroczystości (polemiki)

    Niestety – w Polsce nie ma krytyki, nie ma krytyki przychylnej i rozumiejącej najmłodszą sztukę i poezję. W Polsce zanikła przede wszystkim uczciwość w kwestiach krytyki i wartościowania sztuki 2 . Przyrodzona agresywność krytyki widać komuś wadzi 3 . Niniejszy tekst chciałbym rozpocząć od dwóch słów: przepraszam i dziękuję. Oczywiste przeprosiny należą się Rafałowi Kasprzykowi za nieco wydłużony czas oczekiwania – wszak jeszcze na początku czerwca „odgrażałem się” w fejsbukowym komentarzu pod postem Wojtka Brzoski, że magazyn „Suburbia” powinien szykować łamy na moją odpowiedź. Próżno się tłumaczyć, więc po prostu: przepraszam. Nie sposób przy tym nie podziękować autorowi Dychotomii za opublikowaną na łamach internetowego czasopisma polemikę z moją recenzją książki poetyckiej Dziesięć tysięcy kroków. Doczekanie się publicznej niezgody na prezentowane przez siebie sądy wartościujące ma w sobie coś z krytycznoliterackiego celebryctwa: są „dymy”, można sobie nawzajem „wygarnąć”, trafić na moment do innego medium, w którym „po prostu się o tobie mówi” (a przynajmniej o tym, co napisałeś na temat książki mniej lub bardziej dostrzeżonej przez innych członków maglowego pola literackiego). À propos tego ostatniego, to z kronikarskiej powinności odnotowuję dyskusję nad moim tekstem, jaka przetoczyła się w sekcji komentarzy na autorskim profilu fejsbukowym Wojtka Brzoski 4 . Szczególnie wdzięczny jestem Maciejowi Meleckiemu, który nazywając moją krytycznoliteracką wypowiedź „całkowitym trampkarstwem, ale groźnym” (sic!) wydobył ze mnie głęboko skrywane pokłady nostalgicznych wspomnień: jako nieźle rokujący trampkarz Sokoła Lipka rzeczywiście zdarzało mi się siać popłoch wśród rywali swoimi przebojowymi rajdami na prawym skrzydle. Choć w poprzednim akapicie zdążyłem posłużyć się sformułowaniem „wygarniania” (sobie nawzajem), co mogłoby zwiastować z mojej strony ostrą, niemal freak fight’ową konwencję wypowiedzi, to jednak zawczasu dementuję – będzie po prostu bardziej „bezkompromisowo” i „ostro” retorycznie niż miało to miejsce w tekście Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?) 5 . Chciałbym jednak w tym miejscu – zachowując przy tym autorską uczciwość oraz wdzięczność dla redaktora Żurka – sprostować raptem jedną rzecz: Kasprzyk odwołuje się do tekstu opublikowanego na łamach „Dziennika Literackiego”, co jest oczywiście zgodne z faktycznym stanem rzeczy. Należy jednak zaznaczyć, że moja recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Twórczość” (11/2025), zaś publikacja w sieci to oczywista wypadkowa umowy o dzieło zawartej z patronującym obu czasopismom Instytutem Książki. Niezwykle ciekawym pozostaje sposób prowadzenia wywodu przez Rafała Kasprzyka. W tym miejscu zamarkuję jednak gest iście netflixowy, pisząc już na samym początku – niby w pierwszym odcinku serialu – że jego polemika nie wytrzymuje wewnętrznych napięć oraz bywa momentami na wskroś sprzeczna w przyjętej argumentacji. Skoro już wiemy, że „zabił” tekst – spróbujmy zatem prześledzić, jak do tego doszło. Rafał Kasprzyk zaczyna z wysokiego C: „Recenzja Kulińskiego ujawnia bowiem charakterystyczny dla części współczesnej krytyki gest. Zamiast wejścia w przestrzeń problemów, które poezja otwiera, następuje próba rozliczenia z jej domniemanych braków. Poezja staje się więc przedmiotem kontroli jakości, a nie wydarzeniem językowym czy egzystencjalnym” 6 . Nie będę się krygować – po przeczytaniu tego fragmentu serce struchlało na moment, by po chwili ogarnęło je przyjemne zdumienie. Wyobraziłem sobie bowiem, że to zaledwie preludium, słodki epilog, i właściwie w kolejnym akapicie znajdę swoje nazwisko dołączone do jakiejś pokoleniowej forpoczty, wpisane w konstelacje trzech, może czterech nazwisk na krytycznoliterackim firmamencie, od biedy zaś zadowolę się czymś, co zaszufladkuje moje pisanie jako spod znaku „Małego Formatu” lub „Kontentu”. Niestety, stosunkowo szybko przyszło mi smutno zanucić: „Nic z powyższych się tu raczej nie wydarzy, mmm” 7 . Zrzucając na moment tricksterową maskę, powiem wprost: Rafał Kasprzyk zaledwie markuje na początku swojej polemiki pewne rozpoznanie („część współczesnej krytyki”), by stosunkowo łatwo je porzucić – bez próby choćby zarysu pewnej mapy zjawisk czy nazwisk, na której mógłby umiejscowić tekst mojej recenzji/mnie samego. Powiem więcej: tutaj zachodzi pierwsza sprzeczność w tekście Przeciw przezroczystości, czyli o błędach widzenia, albowiem autor z łatwością formułuje zarzut o charakterze generacyjno-zbiorowym (bliżej nieokreślona wspólnota krytycznoliteracka), podczas gdy stawką jego wypowiedzi, jak mi się wydaję, jest niezgoda na kierunek modelowy uprawianej przeze mnie (i innych?) krytyki literackiej – do tego jednak przyjdzie mi jeszcze powrócić. Brawurowym zabiegiem pozostaje sposób, w jaki autor Dychotomii przypisuje mi w swoim polemicznym tekście kolejne krytycznoliterackie predylekcje. Doprawdy – piszę to bez cienia ironii – czytając kolejne enumeracje pojęciowe poczułem się, jakbym na moment powrócił do studiowania może już nieco przestarzałej, ale wciąż uznawanej w pewnych kręgach intelektualnych pozycji książkowej – Teorii literatury XX wieku Burzyńskiej i Markowskiego 8 . Kasprzyk wykonuje gest retoryczny, w którym chciałby „osadzić” moją recenzję w pewnej tradycji, zręcznie ją zaszufladkować. Niestety, wychodzi – mówiąc eufemistycznie – trochę niezręcznie, bowiem obrany przez niego porządek znaczeń okazuje się pod podszewką pojęciowym chaosem. Według Rafała Kasprzyka w moim tekście Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?) dopominam się zatem o poezję, która powinna „generować nowe sensy w sposób widoczny”, o „model poezji jako narzędzia sensotwórczego” (teoria semiotyczna), ale chcę przy tym, aby wiersz u Brzoski był „sprawnym mechanizmem znaczenia, a poeta dostawcą semantycznych napięć” (teoria strukturalistyczna). Generalny problem mojej recenzji stanowi dla Kasprzyka fakt, że zastosowane przeze mnie pojęcia „nie opisują realnych mechanizmów poetyckich tomu Brzoski” (teoria fenomenologiczna), ale pozwala mu to skonstatować, że prezentuję w tekście „raczej własne doświadczenie lekturowej frustracji” (teoria psychoanalityczna). Uff. Powiedzmy, że mamy zaliczoną tę teoretycznoliteracką przebieżkę przez wiek XX. Chcę w tym miejscu podkreślić, że odczuwam pewien wewnętrzny opór wobec dezynwoltury Kasprzyka w żonglowaniu terminami. To nie mylenie tropów ani świadomie przyjęta strategia autorska – to po prostu jawny brak koherencji pomiędzy przypisywanymi mi „metodologiami”. W mojej ocenie jest to problem o wiele szerszy, tj. brak pojęciowej ostrości u Kasprzyka. Postaram się to zresztą pokazać, odwołując się tym razem do tych fragmentów Przeciw przezroczystości…, w których autor sam próbuje interpretować Dziesięć tysięcy kroków Wojciecha Brzoski. Na potrzeby niniejszego szkicu – oszczędzając nieco zachodu Kasprzykowi – zaproponuję tym razem model odczytania nazwany roboczo przeze mnie „polemicznym close reading”. Moje drugie podejście do tekstu O przezroczystości… pozwoliło mi wysnuć wniosek, że mam do czynienia z „egzystencjalistą co się zowie”. Pomijając już przywoływaną kilka akapitów wcześniej deklarację Kasprzyka złożoną na samym wstępie swojego tekstu (poezję należy traktować jako „wydarzenie językowe lub egzystencjalne” właśnie), zacząłem dostrzegać, że przeważająca część jego rozważań nad książką Brzoski oscyluje wokół pojęcia egzystencji/egzystencjalny. Tknięty jednak pewną filologiczną buchalterią zacząłem skrupulatnie zakreślać i wypisywać kolejne związki składniowe. Kasprzyk opisuje więc najnowszą książkę poetycką Wojciecha Brzoski jako: „wydarzenie egzystencjalne”, „manifestację współczesnej kondycji egzystencji”, to znowu zauważa w niej wyraz „głębi egzystencjalnego kryzysu”; „niepewność egzystencji” spotyka się tu z „egzystencjalnym impasem”, zaś „doświadczenie egzystencjalne” koresponduje z „egzystencjalnym przymusem” oraz „egzystencjalnym potknięciem”. Zacząłem uporczywie zastanawiać się, czemu właściwe ma służyć ta leksykalizacja pojęcia egzystencji, za pośrednictwem której Kasprzyk próbuje interpretować wiersze zawarte w Dziesięć tysięcy kroków. Uznałem, że być może – choć ten termin nie pojawia się explicite w jego rozważaniach – może chodzić tutaj o rodzaj „zegzystencjalizowania” wiersza *9. Kolejne próby lektury dostarczały jednak więcej wątpliwości niż uzasadnienia. Autor Przeciw przezroczystości… przekonywał, że np. wiersze Brzoski „manifestują czas, w którym jedynym możliwym ruchem [wyróżnienie – P.K.] jest trwanie”, ale już gdzie indziej, że „jest to tom konsekwentnie zbudowany na wyczerpaniu sensu, obrazu, ruchu”. W innym miejscu sugeruje, że – na przekór mojemu rozpoznaniu – najnowszym wierszom autora Nieba nad Sosnowcem nie towarzyszy wcale „manieryzm”, lecz „świadoma decyzja formalna polegająca na odmowie harmonizacji świata w języku”, co nie przeszkadza mu wcale kilkanaście zdań później dowodzić, że jakakolwiek „próba uporządkowania” rzeczywistości w języku uczyniłaby ją – z bliżej nieokreślonych przez autora powodów – „nieautentyczną i kłamliwą”. To wtedy zrozumiałem właśnie, że to całe „egzystencjalne heideggerzenie” (czas, ruch, trwanie itp.) Rafała Kasprzyka okazuje się jednak najzwyklejszą metodologiczną czczą gadaniną – bez właściwego osadzenia w filozoficznej terminologii czy aparacie pojęciowym. Z takiego przyczółku łatwo więc swobodnie bombardować „ontologią wiersza”, „strategią ontologiczną”, „koniecznością ontologiczną”. Problem jednak pojawia się tam, gdzie – markując niby „ciemne prześwity” – autor polemiki popada w autorską przaśność definiowania (przezroczystość semantyczną wykorzystywanych pojęć). Zaryzykuję stwierdzenie, że w Przeciw przezroczystości… pojawiają się jednak fragmenty, które mógłbym uznać za – czego może autor Dychotomii wcześniej nie dostrzegł – kryptoapologię moich rozpoznań. Jest ich jak na lekarstwo, ale są. Przykład? Kasprzyk pisze następująco: Jednym z centralnych zarzutów Przemysław Kulińskiego wobec Dziesięciu tysięcy kroków jest – rzekomo obsesyjna – obecność czasowników widzenia, która ma prowadzić do semantycznej jałowości [wyróż. – P.K.] i „przaśności postrzegania”. Zarzut ten według mnie opiera się jednak na głębokim nieporozumieniu, który być może wynika z fałszywego utożsamienia widzenia z poznaniem. Czy jednak „semantyczna jałowość” nie implikuje „ontologicznej nieproduktywności” jako przyjętej strategii autorskiej? Czy nie dochodzimy tutaj do podobnych wniosków? Poniżej znów wyimek z Kasprzyka: Brzoska natomiast proponuję poezję jako zapis trwania w świecie, w którym sens przestał być gwarantowany. Odrzucenie tej propozycji w imię „nudy” nie jest więc krytycznym rozpoznaniem, ale odmową przyjęcia innej ontologii wiersza. Ontologią słabości, powtórzenia i nieproduktywności. Być może to oczekiwany na wyrost rezultat mojej lekturowej przygody z Przeciw przezroczystości…, być może to „próba narzucenia porządku tam, gdzie porządku nie ma”. Właśnie. „Próba narzucania porządku tam, gdzie porządku nie ma”. W tym zdaniu pobrzmiewa credo polemiki Rafała Kasprzyka z moim tekstem Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?). Jeżeli bowiem najnowsza książka poetycka Brzoski to rzeczywiście – tak jak widzi to Rafał Kasprzyk – zapis świata pozbawionego „metafizycznych fundamentów”, „metafizycznego ciężaru”, gdzie „ruch jest jedynie ruchem bez kierunku”, „widzenie nie zapowiada poznawania”, a „wszystkie drogi do sensu zostały wyczerpane” – to w istocie, nie ma co zbierać, trzeba zwinąć krytycznoliteracki mandżur i pogodzić się z tym, że ma się anachroniczne postulaty wobec poezji, pozostając przy tym „więźniem własnych oczekiwań”. Otóż nie. Na tym polega właśnie największa aporia polemiki Rafała Kasprzyka: tam, skąd – jak mogłoby się wydawać – nie można już niczego wywieść, autor skutecznie wyprowadza dyktat własnych norm i przekonań estetycznych. Nie sposób bowiem – jak czyni to Kasprzyk – nieustannie podkreślać strategię autorską Brzoski jako konsekwentne przekraczania norm estetycznych, defekt identyfikować jako „element estetycznej koncepcji”, lawirując przy tym jednocześnie pomiędzy pytaniem, czy współczesna krytyka „potrafi myśleć razem z wierszem”, czy też „ogranicza się do sprawdzania, na ile tekst spełnia uprzednio przyjęty zestaw estetycznych oczekiwań i norm”. W tym miejscu powracam więc do zarzutu Rafała Kasprzyka formułowanego pod adresem „części współczesnej krytyki”. Okazuje się, że stawką nie jest tutaj opozycyjność wobec bliżej nieokreślonego kolektywu, którego miałbym być rzekomym reprezentantem. Nie. Rafał Kasprzyk w Przeciw przezroczystości… prezentuje sprzeciw wobec po prostu krytyki negatywnej. W moim przekonaniu jego polemika nie jest kontestacją rzekomego zamknięcia się krytyki literackiej na jedną z „najbardziej aktualnych i autentycznych form literackiej refleksji nad współczesnością”. To Przeciw przezroczystości… jawi się jako sterylna aprobata lektury głęboko zachowawczej, osadzonej w sztafażu egzystencjalnych pojęć i znaczeń, paradoksalnie wpisując się przy tym w prześmiewcze rozpoznanie Mateusza Górniaka i Filipa Matwiejczuka: „[…] współczesna krytyka kocha to swoje żałosne „ja”, podmiotowość, wizję człowieka” 10 . Podkreślę przy tym raz jeszcze: nie jest tak, że mój polemista oskarża jakieś grono krytyków o pewien model odczytywania współczesnej poezji. Poziom zarzutu jest ogólniejszy i bardziej prozaiczny, że tak to ujmę: w moim przekonaniu dotyczy przede wszystkim negatywnego odczytania książki Brzoski. Szkoda tylko, że Kasprzyk nie ujawnia, co jest stawką przyjętego założenia, wikłając się w bliżej nieokreśloną metarefleksję pokoleniową oraz zarzucając mi (no właśnie, komuś jeszcze?) rozliczanie poezji „z domniemanych braków” kosztem braku „wejścia w przestrzeń problemów, które poezja otwiera”. Na koniec postawię jeszcze jedno pytanie przed Rafałem Kasprzykiem. Sugeruje on bowiem, że w kulminacyjnym momencie mojej recenzji „zamykam dyskusję i pozbawiam tom jakiejkolwiek literackiej wartości”. Co do pierwszego – oczywista niezgoda, czego dowodem jest chociażby tocząca się między nami polemika. Jeśli zaś idzie o „odmówienie literackiej wartości” zbiorowi Dziesięć tysięcy kroków, to o jakiej wartości właściwie mowa? Reszta jest oczekiwaniem (dopóki Rafał Kasprzyk nie zechce odpowiedzieć, a „Suburbia” opublikować). 1 Odpowiedź na tekst Rafała Kasprzyka Przeciw przezroczystości, czyli o błędach widzenia, który stanowił polemikę z moją recenzją Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?) i ukazał się łamach czerwcowego wydania magazynu „Suburbia”. Link do tekstu: https://www.magazyn-suburbia.com/post/rafał-kasprzyk-przeciw-przezroczystości-czyli-o-błędach-widzenia. [dostęp: 18.07.2026 r.] 2 Tytus Czyżewski, Od romantyzmu do cynizmu, [w:] tegoż, Poezje i próby dramatyczne, Warszawa 1992, s. 230. 3 Wypowiedź Jana Gondowicza dotycząca krytyki negatywnej, którą przytaczam za stroną „Dwutygodnik.com”; https://www.dwutygodnik.com/artykul/3993-zniszcz-go-sniadanie-prasowe.html [dostęp: 19.07.2026 r.]. 4 Zob. post opublikowany 10.12.2025 r., https://www.facebook.com/profile.php?id=100063216759066 [dostęp: 18.07.2026 r.]. 5 Przynajmniej takie elementy – na poziomie czystej retoryczności – przypisywał mojej recenzji Rafał Kasprzyk. 6 Wszystkie cytaty pochodzą z tekstu Rafała Kasprzyka, który dostępny jest pod linkiem: https://www.magazyn- suburbia.com/post/rafał-kasprzyk-przeciw-przezroczystości-czyli-o-błędach-widzenia. 7 Fragment utworu Taco Hemingwaya zatytułowany Leci nowy Future, https://genius.com/Taco-hemingway-leci- nowy-future-lyrics [dostęp: 19.07.2026 r.]. 8 Zob. Anna Burzyńska, Michał Paweł Markowski, Teorie literatury XX wieku. Podręcznik, Kraków 2006. 9 Termin zaczerpnięty z rozważań Piotra Śliwińskiego na marginesie wiersza Jana Lechonia. Por. P. Śliwiński, Horror poeticus. Szkice, notatki, Wrocław 2012, s. 91. 10 Mateusz Górniak, Filip Matwiejczuk, Wstawaj, kuźwa! Krytyka się skończyła…(czat), Ha!art nr 63, Kraków 2026, s. 11. Poleca się uwadze cały numer czasopisma poświęcony właśnie zagadnieniu krytyki negatywnej. Przemysław Kuliński – spadkobierca najntisowej klasy średniej. Nadal utrzymuje, że jego aktualna praca nosi znamiona krytyki literackiej. Publikował recenzje i szkice krytyczne m.in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Nowych Książkach”, „Elewatorze”, „Wyspie – Kwartalniku Literackim” oraz „Dzienniku literackim”

  • Mirosław Drabczyk – związki organiczne

    O poezji Urszuli Morgi Książeczka jest niewielka, w szarej okładce wycięto poziome “okienka”, przez które możemy odczytać, imię i nazwisko autorki [Urszula Morga] oraz tytuł publikacji [życie wietrzne]. Sam tytuł a potem pierwsze wersy zebranych tu wierszy ujawniają, że jest to poezja mocno zanurzona w naturze i głównie jej dedykowana. spektakl kiedy źdźbła trawy tańczą ziemia oddycha soczystość liści łapczywie spija krople deszczu chmury dziergają słońcu ochronny kokon zastygam by nie spłoszyć kąpiącego się w kałuży wróbla Najprędzej zauważamy, że te strofy pobrzmiewają jak haiku albo (także wyrosłe z tradycji buddyjskiej) wiersze amerykańskich poetów pokolenia Beat Generation, w których dojmująco obecny był postulat czułego traktowania przyrody. Pierwsze wrażenia mogą być jednak nieco zwodnicze, a na pewno niewystarczające do pełnego odczytania tej wielowątkowej poezji. Tak jak amerykańscy prekursorzy, Morga konsekwentnie prowadzi pisarski reflektor przez świat przyrody. Spotykamy więc w wierszach wędrujące owady, przelatujące ptaki, wiejące wiatry, próchniejące drzewa, sunące konstelacje gwiazd, kołyszące się trawy i tak dalej. W miarę lektury nabieramy przekonania, że szacunek dla przyrody nie jest pozorowany, przyrodnicze rekwizyty nie pojawiają się po to, byśmy oglądali “ładne obrazki”. Nie znajdziemy tu dydaktyzmu spod znaku “zobaczcie, jakie piękno tkwi w naturze”. Zupełnie nie o to tu chodzi. Przyrodniczy sztafaż jest tylko pretekstem by dotknąć spraw egzystencjalnych. Urszula Morga, schowana za podmiotem lirycznym, porusza wiele wątków istnienia, ale najczęściej podkreśla swój psychiczny i organiczny związek z otoczeniem pojmowanym jako Wszechświat. Z niełatwych, pełnych zadumy i przerażenia relacji wyprowadza pytania filozoficzne, choć roślinny i astronomiczny kamuflaż powoduje, że nie od razu zdajemy sobie sprawę, przed jak poważnym zagadnieniem zostaliśmy postawieni. badam moje ziemskie pochodzenia analizuję dyskomforty własnego istnienia albo (…) nic lepszego niż obieg materii w przyrodzie nie może mi się przydarzyć zanurzam ręce w mokrej trawie przykładam twarz do wilgotnej ziemi – a więc tu spędzę wieczność Autorka unika “uduchowionych” spekulacji na temat wszechświata. Ogląda przyrodę i swoje w niej miejsce przez okular naukowy: wzmiankuje walkę stworzeń o przetrwanie, powołuje się na ewolucję, która uniemożliwia poszczególnym gatunkom porozumiewanie się a jedyną formą wzajemnych relacji jest zjadanie słabszych przez silniejszych. Nie znajdziemy tu jednak popisów erudycyjnych i eksperckiego wymądrzania się, już prędzej zostaniemy potraktowani kubłem zimnej wody, wszak wciąż niewiele wiemy o świecie, którego jesteśmy częścią. by ukryć bezradność, gapimy się w niebo Ale na tym się jeszcze nie kończy relacja podmiotu lirycznego z naturą. Morga bardzo po ludzku podchodzi do nieuchronności przemijania: jest tego przemijania świadoma, ale nie do końca z nim pogodzona. Afirmacja życia nie jest tożsama z lekkoduchostwem albo sekciarskim odurzeniem. Niewątpliwa słodycz istnienia musi być zaprawiona odrobiną goryczy. czeka mnie coraz mniej jabłek które ugryzę własnymi zębami i szczytów które zdobędę sama – nie palcem po mapie czas mi się kurczy by ocalić każde źdźbło (…) i każdy włos Wyłaniające się z tej poezji swoiste credo, które jest nie tyle uzewnętrznieniem osobistej wiary ile dobrze ugruntowanych przekonań, układa się w kompletną wizję świata. Wyraziste i powtarzające się motywy, rodzaj zaklęć, którymi co rusz raczy nas Autorka, prowadzą czytelnika do konkluzji, iż rzecz cała została porządnie przemyślana: jako rodzaj ludzki nie jesteśmy tu niczym wyjątkowym, organiczny charakter naszej egzystencji jest pewnikiem. próby integracji nie powiodły się bio/degradacja staje się moim prze/znaczeniem Nawiązanie do przypadkowości istnienia, dotykanie zagadki bytu czy półżartobliwe fantazje na temat przeznaczenia, które w zapisie wyglada jak prze/znaczenie to znaczące składniki tego tomu. Wiele wybranych przez siebie wyrazów Autorka rozmyślnie poprzedza zaprzeczeniem, zostawiając czytelnikowi dowolność interpretacji. Nie/moc; nie/myślenie; nie/trwałość – może tu chodzić o podkreślenie [bagatelizowanego] braku mocy, braku trwałości. Albo o pokazanie względności tych pojęć: coś co ma znamiona mocy, w zetknięciu z jakościowo inną potęgą okazuje się słabe lub przynajmniej niedostatecznie mocne. Wiersze Urszuli Morgi mogą być odczytywane jako manifest, nie mają urzekać i oczarowywać lecz informować. Tu liczy się konkret i chłodny racjonalizm. Po konstatacji następuje deklaracja – lub na odwrót. Czasami deklaracje stawiane są na wyrost albo albo zaprzeczają same sobie. Nie można, bez narażania się na zarzut niekonsekwencji, pisać, że “nie ma w moim słowniku” słów i pojęć, które właśnie czarno na białym się pojawiły. Niewykluczone jednak, że ten zabieg został zastosowany świadomie i miał być myślową prowokacją – pasuje zresztą do buńczucznego nieco traktowania atrybutów opresyjnej cywilizacji. Ta chęć odcięcia się od kultury i podania ręki dzikości występuje w życiu wietrznym po wielekroć. kiełkuję i puszczam się w życie samopas nie mając pojęcia co ze mnie wyrośnie dziczeję – W innym miejscu podmiot liryczny nazywa siebie banitą ze świata algorytmicznej akceptacji – przybłędą, która szuka schronienia pod liściem. Próby zanurzenia się w stanie pierwotnej niewinności znamy z twórczości J. J. Rousseau albo poety rodzimego – Jerzego Harasymowicza, którego debiutancki zbiór wierszy, przypomnijmy, nosił tytuł Powrót do kraju łagodności. Morga z polotem i humorem żongluje pojęciami metafizycznymi zakorzenionymi w kulturze, czego najmocniejszym bodaj przykładem jest wiersz życie wietrzne. Przekorny tytuł nie jest tylko kalamburem. To raczej jednoznaczna deklaracja światopoglądowa: nie ma innego życia, prócz tego naturalnego, obleczonego materią, którego manifestacją są widzialne i słyszalne żywioły. w życiu wietrznym chcę szeleścić igliwiem pod ratkami saren (…) chcę trzeszczeć i butwieć (…) poddać się kompletnej degradacji Deklaratywnych wypowiedzi jest więcej, podmiot liryczny konsekwentnie podkreśla swoje przekonanie o przewadze świata przyrody nad domniemanymi światami duchowymi. Jakkolwiek te wiersze zaczepiają o kwestie metafizyczne, nie znajdziemy w nich ani jednego odwołania do pojęć z metafizyka kojarzonych. Żadnych leśmianowskich Znikomków i Dusiołków tej poezji nie potrzeba. W świecie opisywanym przez Morgę nie ma miejsca dla wyimaginowanych, mitologicznych istot “poruszających materią”. Autorka życia wietrznego ufa w mądrość przyrody i opowiada się za dominacją świata widzialnego, który to świat nie jest jednak rajskim ogrodem ani nawet parkiem narodowym. To ten sam świat, który nas na co dzień osacza, męczy i napawa niepokojem. Świadomość zagrożenia klimatycznego jest wyraźnie obecna w drugiej części zbioru opatrzonej podtytułem ciepło/zimno. O ekologicznym wątku w wierszach Morgi wspomina również Jakub Kornhauser, który napisał interesujące i wnikliwe posłowie. bez/radność wybieramy szatę językową dla opowieści o niszczeniu świata fraza potyka się bezradnie bo żadne słowa nie chcą być częścią tej historii Urszula Morga – Życie wietrzne, Wojewódzka i Miejska Biblioteka w Gdańsku, 2026, str. 64. Posłowie Jakub Kornhauser Życie wietrzne

  • Urszula Morga – sześć wierszy

    Z tomu życie wietrzne : zdą/żyć czas mi się kurczy by przeczytać wszystkie książki czekające obok łóżka by usłyszeć z twoich ust każde słowo w matczystym języku ubywa dni gdy będę mogła wystawiać twarz do słońca i wieczorów kiedy twoje palce zbłądzą w zgięciach moich kolan okazji do tańca nim pojawią się pierwsze oznaki starzenia czeka mnie coraz mniej jabłek które ugryzę własnymi zębami i szczytów które zdobędę sama – nie palcem po mapie czas mi się kurczy by ocalić każde źdźbło na moim trawniku i każdy włos na twojej przyprószonej szarością głowie by zdążyć zapisać wszystkie niewypowiedziane myśli i złapać brakujące pokemony by odwiedzić miejsca gdzie mnie jeszcze nie było i te gdzie obiecałam sobie wrócić każdego dnia maleje moja odporność na zmęczenie ale rośnie liczba dioptrii i poziom cholesterolu czas mi się kurczy by zdą żyć dzień /nie/podległości świętuję dziś niepodległe stany lękowe na baczność przed pomnikiem własnej bezradności stoję i salutuję salwa zwiastuje kolejną porażkę zwieńczoną podpisaniem kapitulacji jestem wolna podlegam jedynie deklinacji i odmieniam się mianownik kto co ja ogłaszam biernik kogo co termin nieprzydatności do dopełniacz kogo czego życia mrowisko zamierzam poddać się twoim słowom które wabią mnie nad wyraz przekonująco oswajam je jak swój strach który po latach dzikości stał się łagodny i spolegliwy ulegam przekonaniu że nic lepszego niż obieg materii w przyrodzie nie może mi się przydarzyć zanurzam ręce w mokrej trawie przykładam twarz do wilgotnej ziemi – a więc tu spędzę wieczność mrówka grzybiarka dźwiga liść do mrowiska – buduje mi grobowiec prze/znaczenie patrzę na kwiaty miesiącznicy które w księżycową noc zmienią się w judaszowe srebrniki metamorfoza tak doskonała jakby chciały zataić swoje obce pochodzenie i postanowiły się za/domowić badam moje ziemskie pochodzenie analizuję dyskomforty własnego istnienia jestem efemerofitem zawleczonym tu przypadkiem podczas przeładunku na drodze mlecznej próby integracji nie powiodły się bio/degradacja staje się moim prze/znaczeniem strategia nie/myślenia nie jestem użyteczna nie ma w moim słowniku gospodarki leśnej przemysłu filmowego grafiki użytkowej i zwierząt łownych nie korzystam z banku pomysłów a moja atrakcyjność na rynku pracy jest znikoma jestem po/prostu pozwalam sobie być bez uzasadnienia wyłuskana z racjonalizmu kiełkuję i puszczam się w życie samopas nie mając pojęcia co ze mnie wyrośnie dziczeję - uprawiam beztrosko strategię nie/myślenia sekunda topnienie lodowców na biegunach zmienia tempo obrotów ziemi podał chłodno reuters z tej przyczyny zabraknie mi wkrótce jednej sekundy szczęścia lub rozpaczy być może nie zdążę potknąć się i upaść wziąć głębokiego oddechu stojąc po kostki w lodowatej morskiej wodzie wytoczyć z oka tłustej łzy wzruszenia mlasnąć po zjedzeniu ciepłej drożdżowej chałki kichnąć i spłoszyć ptaka z gałęzi pocałować psa w pachnące sianem futro mrugnąć z niedowierzaniem na widok lochy która przyprowadziła swoje młode na mój trawnik dostać gęsiej skórki kiedy twoje palce dotkną w przelocie mojej szyi zdmuchnąć świeczek na torcie i pomarzyć o lepszym świecie bez chaosu w którym rzeczywistość wokół nas nie ulega tak łatwo dezorientacji a temperatura wrzenia między nami nie waha się destabilizując klimat Urszula Morga – poetka i reżyserka, autorka książek dla młodego czytelnika. Laureatka XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza. Jej debiutancki tom fundamenty (2024) przyniósł jej w 2025 roku Nagrodę Galion Gdyński oraz nominację do Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza”. W 2026 roku ukazała się jej druga książka poetycka życie wietrzne wydana przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę w Gdańsku. Tworzy na styku literatury, filmu i działań na rzecz środowiska naturalnego.

  • Tim Koza – cztery wiersze

    1 dzik odyniec znaczniki potu kobiet róża Pilgrim rozmowa z kapucynem w parlatorium niesprawiedliwie osądzone bestie co mają wspólnego wszystko i nic. dwukrotne okrążenie świata umożliwi rozcięcie skóry urojeniem i feminatywem. 2 człowiek wytwórcą pomyśl jamnik rozciągnięty w tatuażu oczy faraona do maksimum pomyśl wszystkie dworcowe salony gier zadymione długo obserwujesz prowokujesz krzywdę mężczyźni przepuszczają kobiety drzwi czerwonych numerów przyciskają pickpocket widziałam Turcję i Izrael pickpocket powstrzymaj zaimki pomyśl krostę pleśniawkę rozdrażnię językiem ciszy odbieraj to co daję granitowy sługa. 3 pani w piekarni i w mięsnym niedogolona nie zaproszą jej na scenę nie zakręci kopalnianym ciałem nie powie witajcie kochani nie pozwoli psu lizać twarzy natomiast: zbeszta ją cham pocieszy kumpela zadziwi turysta dla niej sadzimy drzewa. 4 nowe mieszkanie robi wrażenie pojawiasz się w sukni Mary Quant końcówki macek dotykają pomarańczy John L zmienił oprawki na kocie oczy lity pień w kadrze pali się seledyn cichutko żarówko i abażurze błogosławieństwo w trakcie. radosny Arab zlizuje sok z marchwi upławy i plany łatwo nie będzie. w poczekalni patrzę na pięknie zmęczonego ojca z niepełnosprawną córką piękną milczącą. Tim Koza – protestant, mąż, ojciec, nauczyciel.

  • Jadwiga Barans – cztery wiersze

    jesień rozgrzewam fotel auta rozpulchniam krew cząsteczki hemoglobinę udrażniam korytarze limfy słów miasto włosów złotych zębów witryn lumpeksów wije gniazda w podmuchach z otwartych drzwi w zimnej mgle poranka przechodnie drążą ciepłe korytarze myśli przy ostrzegawczych krawężnikach w plamie chodnikowego słońca dziewczynki skaczą w klasy odbijając śmiech od ścian kamienic jesień pachnie echem lata *** podróż jest przygodą kręci się na posłaniu pies śniąc o wielkich chmurach oset wyrasta na betonie prężąc suche kły słońce spogląda wyrozumiale przez spoconą skórę odgarnia siwe włosy powietrze skrzy truskawkowym blaskiem lato w pełni piersi są gorące i usta mokre kocham siebie bardziej smutek błyszczy złotą kroplą w twojej spince mój los pisze się śladem buta na podłodze opróżnioną butelką po zapachu rzeczy się nie zmieniają bez uprzedzenia Po raz pierwszy myślę jak mnie ograbiłeś opuszczony mężczyzno *** z opuszczoną córką dwa ciemne kamienie z uczuciami za klamką z żelaza wydostanie się podmuch niebezpiecznie patrzyłam i uczyłam się jak opuszczać bliskich wielka ucieczka do Alcatraz karty i dym papierosowy opuszczony mężczyzna wzorzec zawsze dobry zawsze był cóż za kłamstwo dziś wyszarpałabym ci duszę żeby zobaczyć co z nią było nie tak schowałeś ją głęboko za maską obowiązków myślałam że jest dobrze tak ma być tylko ten szloch w jednym momencie wiedziałeś już wtedy co mnie czeka dlaczego nie krzyczałeś o tym świecie iluzji i cierpienia *** owinięta jak wąż wokół drzewa usycham z braku powietrza płuca pełne błota i mchu cały świat wiedział zawsze lepiej mój gest zawisł w powietrzu bez odpowiedzi bez zauważenia rozpłynął się w pustce sypię się brokatem ścielę się jak dywan z liści szeleści popiół skóry i włosów przedwczesna śmierć która przyszła do mnie pierwsza nim zaczęłam żyć naprawdę Jadwiga Barans (ur. 1978) – absolwentka Uniwersytetu Szczecińskiego, zawodowo związana z Pomorzem Zachodnim i polsko-niemieckim pograniczem. Pasjonatka wycieczek i pracy z młodzieżą. Publikuje pod pseudonimem.

  • Krzysztof Koch – Starsza pani miała dość

    Stary Malchik, operator wahadła, powitał ją inaczej niż zwykle. Oprócz radosnego machania przez szybę pojazdu, zobaczyła jego postać wysuwającą się z kabiny, gdy akurat przekraczała linię weryfikacyjną platformy erstopu. Bez opłat – przejazd na sesję obowiązkową, głosił komunikat na przejrzystych drzwiach, które rozsunęły się z delikatnym szumem. - Znowu cię wzywają? – zapytał z irytacją w głosie. Na tym wygwizdowie nikt nie wsiadał, pojazd zapełniał się dopiero dwa erstopy dalej, więc można było pozwolić sobie na moment swobody. - Znowu… - Który to już raz? - Ja wiem? Chyba piąty. Brwi na jego pomarszczonym czole obniżyły lot, a bladoniebieskie tęczówki objęły czubki ich butów, dziarsko wycelowane w siebie nawzajem. Starte zelówki - ślady szurania widać na pierwszy rzut oka, pomyślała. Nogi stawiać wysoko, a reszta jakoś pójdzie. Nie szurać. - Ostatnio włączyli mi głos… i prawie uległem. *** Budynek otoczony był sięgającym sporo ponad głowę murem z betonowych modułów prefabrykowanych. Ranty skruszone jak od zaawansowanej próchnicy, a w miejscach łączeń porosty mchu. Ostatni ślad zainteresowania żywego człowieka majaczył po prawej od wejścia: wielokrotnie wywabiany spray zostawił cień na żelbetowej konstrukcji i, mimo kolejnych warstw farby, układał się w napis: HWITZ. - Widzę, że energia panią rozpiera! - wydobyło się spomiędzy szerokich warg blondynki samotnie zajmującej salę spotkań. Ze stawianiem wysoko nóg chyba ździebko przesadziła. Antracytowe okulary i popielaty kitel, jak u wszystkich terapeutów w ośrodku. - Jestem Sydonia, miło panią poznać. Wycyzelowany tatuaż na górnej jedynce przedstawiał skrzydlatą postać. Orzeł? Jastrząb? Zaskakujący przejaw ekstrawagancji w pachnącej podgrzanym styropianem sali o ścianach w kolorze porcelany, która nigdy się nie znudzi. Z oknami wychodzącymi na walec obłożonego klinkierem komina. - Proszę mówić mi po imieniu – Sydonia nie przestawała świecić jedynkami. Że niby dzięki temu starej lamie zrobi się lepiej? - Chyba czułabym się dziwnie... - odpowiedziała nieśmiało, wyciągając dłoń i wymawiając swoje imię i nazwisko. Tatuaż schował się pod wargą. To nie był orzeł, a mężczyzna ze skrzydłami. Tanatos. - Nikt więcej nie przyjdzie? - zapytała, gdy zajęły miejsca naprzeciwko siebie. Za plecami Sydonii szprosy ramy okiennej dzieliły fragment muru komina na równe cztery pola. W jednym z nich widniał symbol: K06. - Zmieniły się zasady i obecnie nie łączymy już nowych z tymi bardziej doświadczonymi. Wątpliwości nie służą utrzymaniu dobrostanu podopiecznych… Dobrostan podopiecznych. Niezłe. - …którzy oceniają ośrodek na osiemnaście coma dziewięć cztery sześć. Trzeci wynik w kraju! - Sydonia rozchyliła mięsiste wargi i ukazała równiutkie trzonowce po obu stronach boga śmierci. - Oceniają przed czy po wyborze opcji "tak"? Dłoń Sydonii powędrowała na czubek głowy i odgarnęła dawno już odgarnięte fale włosów. Niezliczone bransoletki o grubości nici dentystycznej zadzwoniły intrygująco. Kobieta westchnęła, odczekała chwilę, po czym dodała koncyliacyjnie: - Nie zamierzam pani do niczego nakłaniać. - Jak to? - A tak to. Rok - może półtora temu dwadzieścia pięć osób na sali i wymoczek w popielatym kitlu opowiadający komunały, po co państwo każe tarabanić się tutaj co trzy miesiące każdemu, kto przekroczył czerwoną linię metryki. I spowiadać, dlaczego nie chce odciążyć systemu, który okazał się niewydolny. Dwadzieścia cztery osoby karnie wypowiedziały magiczne "tak” i uruchomiły rozpylacze gazu ostatniej przyjemności. Przez żelbetową bramę wychodziła zalana łzami, aż nawet przemknęła jej przez głowę myśl, że wróci i poprosi o dokładkę. Malchik wysiadł z kabiny i przytulił ją na peronie erstopu. - I nie będzie mi pani wmawiać, że tylko czekam na moment, by uruchomić... - Absolutnie! - Ani że życie po osiemdziesiątce to współczesna via dolorosa? Na poprzedniej sesji natarczywy typ gdakał coś o tym, że statystycznie czeka ją neurodystrofia albo rak przewodu pokarmowego. A ten to zmieni trzewia w bulgocącą latrynę, z fetorem dającym o sobie znać nawet w wydychanym powietrzu. I że nie ma środków publicznych na leczenie całego społeczeństwa, i dlatego... - Mogę zapytać, co robicie z ciałami? - Ciałami? - Tych, którzy uruchomią gazowanie w tubie. - Tuboablację... - ...gazowanie! - Nie lubię tego słowa, nie oddaje istoty zagadnienia... Niemniej, po tuboablacji preparuje się ewaporaty... - Ewaporaty? Prowadzących jakoś nikt nie przygotowywał na pytanie zasadnicze: co się stanie ze mną po? - ...odsącza się wodę, żeby... - ...tym kominem? - Palcem wskazała K06 w krzyżu szprosów okiennych. - Co "tym kominem"? - Czy tym kominem odprowadza się parę z zagazowanych ciał, które maszynowo osuszacie? *** Tuba wyglądała inaczej niż poprzednio. Ktoś starał się tchnąć w nią powiew klasy premium, jeśli można tak powiedzieć. Miękka leżanka i oksfordzka, pikowana tapicerka z fibroskóry. Klasyczne, jasne brązy dodawały jakiegoś paradoksalnego optymizmu. Zajęła miejsce i skupiła na tym, żeby się nie odezwać. Nieopatrzne wypowiedzenie czegoś niewyraźnego groziło błędnym zakwalifikowaniem przez system jako zgody. Nie było to łatwe, bo we wnętrzu emitowano przyjemne zapachy, migawki z przeszłości, a nawet animowane wizerunki najbliższych, które co rusz zachęcały do interakcji. Tym razem nie było żadnego obrazu, a wyłącznie muzyka. Chromatyzowane interwały, synkopa totalna i pozorne dysonanse. Minimalizm, główna linia melodyczna na mocnym staccato i z nietuzinkowym metrum. Trzecia Gnosienne? Od wypadku Satie wylądował na indeksie, za bardzo się kojarzył. Zresztą, prawdę mówiąc sama już o nim zapomniała. Skąd Sydonia wie, że w samochodzie leciała akurat Gnosienne? Strużka łzy spłynęła po policzku i wylądowała w małżowinie usznej, powodując nieprzyjemne łaskotanie. *** Trzy miesiące później na peron erstopu wdrapała się dzięki składanej lasce. Wahadło wtoczyło się na platformę ruchem jednostajnym, jak wąż w grach komputerowych z dzieciństwa. Malchika nie było. Z kabiny operatora wysunęła się postać kobiety, która rzuciła uśmiech przez całą długość pojazdu i zagaiła przyjaźnie: - A jednak czasem ktoś tu wsiada! Krzysztof Koch (ur. 1979) – adwokat, działacz społeczny, aktywista miejski. Zaangażowany w liczne projekty kulturalne i rewitalizacyjne w śródmieściu Poznania. Absolwent studiów pisarskich na UAM. Laureat Konkursu im. Anny Świrszczyńskiej na Książkowy Debiut poetycki za tom cytostatycznie (2026); wyróżniony w Konkursie Poetyckim Michała Kajki. Teksty literackie publikował w „Polonistyce”, “Suburbii” i „Odrze” (cykl Karola Maliszewskiego), a Teatr Nowy w Łodzi wystawił ostatnio jego miniaturę dramaturgiczną.

  • Sylwia Gibaszek – osiem wierszy

    Mail który uparcie wraca do nadawcy mój drogi nie klęknę nie będę się umartwiać bić pokłonów nie pobawimy się w truman show traktujmy się po partnersku zbudujemy zwyczajną relację wciąż szukam czasu kluczy paszportu diabli wiedzą czego jeszcze skaczę przez przeszkody niczym lwica przez płonące obręcze w cyrku wściekle ryczę ty kamiennie spokojny niedoskonały niewszechwiedzący przereklamowany choć plafon w kaplicy sykstyńskiej to billboard reklamowy wszech czasów dzięki tobie spadam na cztery łapy wylizuję się ze zła na amen jak wszystkie kotki trzeba ci przyznać masz oko refleks strażaka zawsze gdy spadam na łeb na szyję rozkładasz niewidzialne płachty masz też układy z mafią na górze nie ruszają mnie huśtam się nad ziemią w ich hamaku ale to nie oni pociągają za sznurki bujam się jak na morzu aż szaleje mi błędnik złorzeczę przeklinam ty śmiejesz się że przeginam puch marny taki krewki wulgarny krnąbrny walczy o swoje grzeszy z równą pasją co bluzga nigdy nie czapkuje jak to jest że wciąż kochasz mnie bezwarunkowo choć traktuję cię obcesowo groteskowo jak kumpla do wina podróży pomiędzy rzeczywistościami przez tajne przesmyki kanały czarne trójkąty znane tylko nam Pakiet ucieczek chcę być laminowana ciszą zapakowana szczelnie do kontenera byle nie w żaden celofan postaw tylko na mnie siódmą pieczęć take on me ale nie graj w szachy na pokaz niczym w mainstreamowym teledysku bądź zwinnym gońcem szach-mat jest niemy choć ma siłę rażenia zabliźniania pieczętowania tajnych prześwitów między kanałami komunikacji take on me w sezonowej promocji na kolorowe magazyny dostaniesz w pakiecie tyle ucieczek ile zmieścisz w szarych komórkach do tego jeszcze grę w zgadywanki czyje cienie zostały rzucone na ściany jaskini kto zgubił pieniądze okulary tożsamość karty magnetyczne kto wylał olej i denaturat który bez okularów wygląda jak rozdeptane płatki irysów albo gazowy płomień take on me take on me albo wybuchnę tak po prostu rozwalę ci system Kolonia Rembertów jak zarządzać strachem ludzi bez właściwości wodnistych niczym przedwiośnie roztopione bryły lepka glina przy nasypie kolejowym cyberbezpieczeństwo ma kolor rdzawego tłucznia na dawno nieremontowanych torach w remebertowie pod lasem też jest cicha cyberprzestrzeń bywa cyberpunk kiedy nie działa szlaban elektroniczny dróżnik staje się jak elektryczny pastuch na koncercie mtv unplugged co zrobić żeby nie ogłuchnąć przetrwać ciągłe rozjazdy pociągów zaistnieć między akademią sztabu generalnego a strzelnicą nie spaść na słupy wysokiego napięcia które wciąż rośnie niestety akademia sztuki wojennej uczy zarządzania kryzysowego tylko w teorii taka jest kolej rzeczy nawet gdy wykoleją się wszystkie pociągi Dead woman I droga panno nikt znikąd krzycząca swoją nicością pustym echem inspirujesz nieobecnością wielka jest przestrzeń do zapisania droga panno nikt wrzeszcząca na pustyni w sieci gdzie elektrony rozłażą się jak karaluchy bądź błogosławiona w swym gniewie na światłowody i wieczność Dead woman II - not yet Droga panno nikt o źrenicach z tysiąca pikseli, jednego kłamstwa jaskrawego jak neony w Nowym Jorku, czerwone latarnie, gigaterabajty, diody migoczące sztucznością swojską niczym jazgotliwy york sąsiadki, który w kingsajzie mógłby udawać chomika, a w realu sika nam na wycieraczki, schody. panno, zejdź z niebieskiego ekranu bez tipsów, klawiatury, z niepełnymi ustami. Napij się z nami mocnej herbaty bez cukru; niech twój posępny głos współbrzmi z dźwiękiem starych szklanek w wietrzny, kwietniowy wieczór pod naszym blokiem, zamazanym przez graficiarzy, oklejonym przez tych, co nie znaleźli lepszej pracy niż noszenie ulotek oraz innych chorób cywilizacji. Żółte kobiety mają żółte papiery doprowadzają siebie do szaleństwa odurzane oparami absurdu żółte do bólu z zawiści zazdrości jadowite żmijowate święte aż wylewają się z nich żółte aureole znaczą żółcią nabrzmiałe twarze zbyt długie paznokcie po przepalonych papierosami nocach po słodkiej wódce wypitej samotnie gdzieś w parku zdrojowym żółtym kobietom pomagają na chwilę gofry z bitą śmietaną serotonina łagodzi złośliwe obyczaje potem mają problemy gastryczne emocjonalne ze złości szwankują im woreczki żółciowe dusze wyginają się w pałąk jak rury gazowe Dzień niedobry gęsty jak syrop glukozowy glina dzika szczecina błotem oblepiona dzień mętny podmokły zagrzybiony od wilgoci na suficie pajęczyna odklejona od rzeczywistości tapeta niedobry dzień nierówno pod sufitem sufler zachorował a ty nie wiesz co powiedzieć życiu zapomniałeś języka w gębie patrzysz z okna na stalowe chmury nisko zawieszone nad horyzontem prom stena line wpływa do portu za nim statek z czołgami na pokładzie niedobry dzień wieczór niedobra noc korweta patrolowa czeka Waldorff język i gwoździe kiedy byłam mała wspinałam się na regał po książki telewizor mnie nudził oglądałam pudło lampowe tylko wtedy gdy on występował ikona luksusu nie dlatego że miał garnitur krawat w tle alkohole świata szpaler butelek dymnej whisky pachnącej kadzidłem arabską gumą waldorff tak mówił soczyście płynnie jak żywica śpiewnie niczym zielony dzięcioł jak muślin do kawy zawieszony na krześle śnieżna pończocha mamy bez elastiku sto procent jedwabiu welwet stanik bez drutów kotlet schabowy bez panierki kości pusty żołądek i bak u przeciętnego żurnalisty parę w gwizdek gadacz puszcza nie daruj panie kochany grzechu pustosłowia na sucho bez czystej wyborowej język jest królem któremu złośliwy kucharz zapiekł gwoździe w pieczeni król jest szczerbaty nie podawajcie mu ozorów w galarecie pełnych żelastwa kiedy czeka na implanty. Sylwia Gibaszek (ur. 1977) – nauczycielka, działaczka na rzecz kultury, lektor języka polskiego. Wydała Piruety na Piorunochronie (2000), Szklane Kantaty (2004), Lady Solo (2006), Meduza (2010), Ryba na łańcuchu (2013), Prolog do Sylwii (2014), Podróż z przesiadkami (2019), Układy Izolowane (2021), Raport z wolnego wybiegu (2026). Jej wiersze były tłumaczone na francuski, czeski, niemiecki i ukraiński. Poezję, eseje oraz prace plastyczne publikowała między innymi w: „Toposie”, „Twórczości”, „Wyspie”, „Kwartalniku Artystycznym”, „eleWatorze”, „Przeglądzie Powszechnym”, „Ostragehege”. W 2016 reprezentowała Polskę jako poetka w Europejskiej Antologii Twórczości Literackiej Kobiet.

  • Rafał Mielczarek – Post-nietzscheańskie kaczki

    Początek i koniec. Generalna całość i szeregowy szczegół – perfekcyjnie niewspółmierne względem siebie. Następstwo bez przyczyny. Wniosek pozbawiony związków logicznych z przesłankami. Prawdziwa wolność. Wszyscy uciśnieni cywilizacyjnie jej łakną, a tak naprawdę nikt nie jest na nią gotowy. Baronowie Münchhausenowie metafizyki wyciągają się za peruki, które zostają im w palcach, więc wpadają z powrotem do bagna odczarowanych oczywistości, tym razem jeszcze głębiej. Zostają po nich już tylko bąbelki na budyniopodobnej powierzchni – bul, bul, bul! – pękającej niedostrzegalnie i wydającej z siebie ciche pierdnięcia. Stopniowalność komplikacji układu myśli spędza sen z powiek przemądrzałych mentalnych masturbatorów Zachodu. „Szkoda na nią zachodu” – oto ich najnowsza idea. Pobawmy się, póki trwa jeszcze epoka ostatnich gwizdków. Wszyscy kraczą o końcu. Wszyscy mają zakończeniowy nastrój. A co, jeśli po dwustu latach nietzscheańskiego krakania, cywilizacja ponurych kruków będzie w stanie wychrypieć jedynie wiecznie powracające i niezbywalne „Nevermore!”? Przejdźcie do porządku dziennego nad ośmioma pokoleniami konsekwentnie niejasnego, pogmatwanego upadku, to wtedy pogadamy, dlaczego taka sytuacja na pewno nie ma prawa zaistnieć! Oto jakiej myśli „wycieraczką” jest ten ponury dwuakapitowy wstęp: ludzie przyzwyczajeni są do wiary, że wszystko co robią, w jakiś tajemniczy, prawie magiczny sposób koresponduje z pewną abstrakcyjną gwarancją osadzenia owej czynności w fundamencie nazywanym historycznie „wartość”, na który jednak patrzy się wyłącznie w wąskim zakresie możliwościowym. Weźmy szał na tworzywa sztuczne w latach 50/60 poprzedniego stulecia. Wszyscy przyklaskiwali chemii stosowanej, przed jak i za którą stały olbrzymie pieniądze. Dwa doskonałe przykłady, co prawda z Hollywood, ale po co sięgać do rzeczywistości nieekranowej, skoro już na celuloidzie – o ironio, protoplaście polimerowych pomiotów – jak byk wszystko jest widoczne: Humphrey Bogart i jego plastikowy biznes rodzinny w Sabrinie oraz plastikowa dorada dla Dustina Hoffmana w Absolwencie. Polioksymetylen, spandex, gumowe kaczki – przykładowe produkty kapitalistycznego klakierstwa środkowych dekad dwudziestego wieku. A sześćdziesiąt lat później co? Rychło w czas dostrzeżono zignorowany segment spektrum wartości tworzyw sztucznych, który nie wpisywał się w ówcześnie określony, powszechnie obowiązujący paradygmat pozytywnego rozpatrywania zjawiska jego produkcji. Obecnie plastik już nie taki cacy, co, ludziki wy moje wąskowzroczne?... Teraz robicie minki à la Alex z Mechanicznej Pomarańczy po wypraniu mózgu, kiedy przydarza mu się coś niedobrego. Bu-hu-hu! Wytykacie paluchami korpo-rozpleniaczy plastiku po całej planecie. Bu-hu-hu! Obmyślacie strategie zaradzenia plastikowej zarazie. Bu-hu-hu! A tymczasem gumowe kaczki płyną dalej... Oby przyszłe implementacje waszych nowych teorii nie spłynęły ich śladem do oceanu niezadania sobie dostatecznej ilości istotnych pytań! Bu-hu-hu! Ale, ale, wybaczcie mi moją generalną uszczypliwość oraz paskudną szczegółowość! Partykularne przykłady dobre są na jałową niedzielną pogawędkę z wujkiem Zdziśkiem albo kumpelą Marcelą, których i tak do niczego nie można już przekonać, ponieważ indywidualizm naszych czasów sprawił, że wszyscy wiedzą wszystko najlepiej i każda merytoryczno- retoryczna wycieczka w stronę czyjegokolwiek światopoglądu odbierana jest jako zamach stanu na prawa obywatelskie. Szerszy, ogólny obraz, o który mi chodzi i do którego zmierzam, brzmi następująco: pomiędzy ludźmi istnieć może porozumienie wyłącznie na zasadzie: „O, ale mieliśmy szczęście, że akurat wyznajemy takie same wartości”. Zgodna intersubiektywna aksjologia jest najwyższą formą loterii. A przepolityczniony XXI-wieczny przedstawiciel zachodniego społeczeństwa obywatelskiego nadal wierzy, że ma jakąkolwiek zdolność przekonywania swoich współtowarzyszy „po nazwie” z innych kręgów wartościowań. Pewnie, pod względem psucia krwi na Reddicie, trollowania na Facebooku i dissowania na Instagramie – ma, i to jeszcze jaką! Tylko że to nic innego jak faszyzm jednego zdania przeciwko drugiemu, jednej zamkniętej wartości przeciwko drugiej, równie albo jeszcze bardziej niedostępnej co pierwsza. Tam nie ma ani grama fenomenu przekonywania, co najwyżej wsobne i jak najbardziej mylne przekonanie o nieomylności własnych sądów i wartości, które i tak nic nie znaczą, ponieważ 35 tysięcy lat temu, polując na mamuta, człowiek człowiekowi nie przekazywał informacji za pomocą liter wyświetlanych na elektronicznych urządzeniach, tylko twarzą w twarz, gestem i proto-językiem, być może wprost do ucha, szeptem, żeby nie spłoszyć zwierza, albo nie zdradzić swego ukrycia za krzakami. Paradoksalnie, w czasach coraz mniej „mamucich”, tęsknota za epoką Włochatych Trąbalskich coraz częściej lubi wypływać na wierzch. Wystarczy odpalić YouTube’a. Absolutna prostota prehistorii, z całym swym repertuarem instynktownego znoju, bólu i cierpienia, zaczyna manifestować swą obecność po latach traktowania po macoszemu przez zawoalowane, zaawansowane formy nieprzewidzianych i niecnych efektów ubocznych cywilizacji technicznej oraz wynikających zeń innych socjo-psychicznych fanaberii i miraży. Komunikacja wirtualna – proteza słów składana w ersatz zdań mających rzekomo spełniać rolę dialogotwórczą. Jednym z moich pomniejszych marzeń jest doczekanie dnia, w którym ludzie wreszcie zapomną o pewnych całkowicie nieziszczalnych ewentualnościach. I nie chodzi mi tu o iluzoryczność social mediów, tylko o anachroniczną wiarę we wspólnotę wartości w rzeczywistości ontycznie rozbudowanej w stopniu uniemożliwiającym jej kontynuowanie. Ludzie muszą zaczarować świat na modłę autentycznej samotności, którą ten funduje im de facto od narodzin aż po śmierć, a w którą oni ciągle nie potrafią uwierzyć. Może wtedy część z nich, wyposzczona i stęskniona za drugim człowiekiem, przekona się do niego na nowo? Może wyćwiczy oko, naostrzy dzidę i zacznie polować na Nowe razem z przedstawicielami częściowo kompatybilnych intersubiektywności? Może życie stanie się wówczas choć odrobinę znośniejsze? Oby tylko „nowi myśliwi” nie obrośli w piórka przeoczeń świeżego, jeszcze niezidentyfikowanego rodzaju? Albo, żeby nie porwał ich zdradliwy prąd, czyniący zeń nową inkarnację gumowych kaczek, kwaczących kwaśne „Nevermore!” zduszonym, zgnuśniałym głosem Kaczora Donalda lub zaplutym seplenieniem jego Warner Bros’owego odpowiednika. Rafał Mielczarek (ur. 1989) – prozaik i okazjonalny tłumacz. Autor zbioru opowiadań Zwierzęta (2025). Publikował w "eleWatorze" i "Kwintesencji". Jego tłumaczenie Wydrążonych Ludzi T. S. Eliota wykorzystano w spektaklu Tonąca Dziewczyna w reżyserii Karola Klugowskiego na deskach Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.

  • Joanna Fligiel – suczunia (3)

    XIII „żeby o kimś zapomnieć trzeba odciąć się tak jakby ten ktoś umarł” nikt nie mógł umrzeć temu kto tak napisał XIV moja miłość jest ciężarem bez przerwy muszę uważać żeby nią nie zmiażdżyć TWOICH oczekiwań XV dźwigam tę miłość choć nie mam dokąd jej donieść XVI suczunia jest też wyszczekana może ugryźć lecz woli się wypiąć XVII cały nasz czat jest w napletkach najbogatsze skurwysyny świata mogłyby nimi pokryć kilkadziesiąt swoich kanap zamiast skórą z wielorybich penisów XVIII a potem przyjechałeś i okazało się że naprawdę potrafisz dopieścić wszystkie moje zakamarki nie tylko umysłu XIX i teraz inna tęsknota ja tu ty tam po co ty z nią ja z nim nie po to suczunia składa się z trzydziestu trzech krótkich utworów, napisanych językiem skrajnie współczesnym, slangiem internetowym, erotyką, w zapisie codzienność, tak by wybrzmiała autentycznie i tworzyła jeden poemat. Nie jest książką o seksie, jakby się wydawało, jest o głodzie bliskości, który posługuje się seksem jako językiem. suczunia nie jest też książką o romansie, tylko o niemożliwości. Połowa wierszy nie powstałaby, gdyby bohaterowie byli razem, bowiem o c z e k i w a n i e jest paliwem tej poezji o tej dwójce ludzi, którzy stale natrafiają na granice: geograficzne, rodzinne, życiowe, czasowe i moralne. Tom jest nietypowy i bezwstydny. Nie udaje, że miłość w XXI wieku dzieje się wśród róż i księżyca, ona dzieje się na komunikatorach, w telefonach, na czatach, między obowiązkami, a mimo to pozostaje miłością. sucznia (1) https://www.magazyn-suburbia.com/post/joanna-fligiel-suczunia sucznia (2) https://www.magazyn-suburbia.com/post/joanna-fligiel-suczunia-2 Joanna Fligiel (ur. 1968) – poetka, inicjatorka i założycielka Babińca Literackiego, koordynująca jego przetrwanie w wirtualnym współczesnym świecie od 2016 roku. Autorka trzech wydanych książek poetyckich. Urodzona w Katowicach, bardzo mocno związana z Jurą Krakowsko-Częstochowską oraz Bielskiem-Białą i z jego okolicami (Bystrą Sanatorium). Obecnie mieszka w Niemczech i w Polsce. W nieustannej podróży. Od miesiąca w żałobie po mamie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page