top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Weronika Romańska – Wytrzymałość

    Jaskrawy upał wchłania letnie popołudnie i tnie policzki strużkami przykurzonego potu.  Turystyczny rynek upycha coraz więcej krzykliwych ludzi pomiędzy kamienicami zabytkowych uliczek. Któregoś dnia parujący żarem i ilością kroków bruk zapadnie się, a ci sami ludzie przecierający się teraz z goframi użyją papierowych tacek i wzbiją się w powietrze, jak na paralotni, aby odlecieć do nieba. Każda wytrzymałość ma swoje granice. Ma ją to miasto zgubione w bezsensie.      W pół drogi do sklepu to, co nie przylgnęło mokre z mojej koszuli, zostało przyklepane do skóry przez ludzi szturchających mnie z każdym krokiem. Jakiś mężczyzna, który swojej koszuli nie miał, nadepnął mi na mały palec. Podejrzewam pęknięcie kości, ale jeśli teraz schylę się, lub kucnę aby go obejrzeć, może stać się coś o wiele gorszego. Będąc już w sklepie od razu ustawiam się w kolejce. Przede mną jakieś dwanaście osób. Nie jest najgorzej. Za mną jakaś kobieta krzyczy do ekspedientki: - Przepraszam, czy mnie też obowiązuje kolejka, bo ja jestem z Warszawy. O ja pierdolę. Myślę, że gdyby ta pani przyjechała z Ciechocinka, to już co innego i być może. Ból małego palca zaczyna promieniować, rozchodzi się aż do łydki.  Nie osiadł jeszcze na języku, ale niedługo może. Kupuję kilka paczek papierosów, zapalniczkę i wychodzę. Przez chwilę rozmyślam nad grzechem sprzedawczyni, bo jaką zbrodnię trzeba było popełnić, żeby w ramach zadośćuczynienia pracować w tym miejscu. Z zamyślenia wyrywa mnie głos z dobiegający z poziomu chodnika, zerkam, widzę znajomą twarz: - Popilnujesz mi chwilę rzeczy? Nie chcę z tym iść do sklepu. Wskazuje dłonią zalaminowaną kartkę z napisem "zbieram na piwo", wytarty i znoszony ortalionowy plecak i jakąś bluzę pewnie trzymaną na wypadek, gdyby wieczór okazał się chłodniejszy.   - Popilnuję, ale jak cię znam to nie będzie chwila. Jak ty tu wytrzymujesz? – zagaduję, jednocześnie widząc, że zwracam się do człowieka który już jakiś czas temu niczego nie wytrzymał.   - Jakoś – odpowiada.   - Kurczę zapomniałam czegoś do picia, a mam tylko kartę i nie chcę już tam wracać. - mówię bardziej do siebie, niż niego.  - To nic. Ja ci kupię. Patrz ile dzisiaj zarobiłem. - wyjmuje z kieszeni pomięte banknoty przemieszane z drobnymi. Ich liczba podzielona przez godziny, które tu spędził jest dość imponująca.    - Co chcesz?   - Colę. Po czym ginie za drzwiami, a ja siadam na wysokim parapecie sklepu na jego miejscu. Palec piecze mnie, gdy próbuję nim poruszać, więc ściągam buta. Nie wygląda źle, jest tylko trochę opuchnięty.  - Dzień dobry! Dziś ma pani wolne i odpoczywa? Podnoszę głowę pod światło i próbuję poznać, kto do mnie mówi. Przez jaskrawe promienie przedzierają się twarze małżeństwa, które wczoraj meldowałam w hotelu. pamiętam, bo zapach jej perfum wypełnił całą recepcję.  - Dzień dobry. Tak odpoczywam. - odpowiadam, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy.  Nie widzę również potrzeby, aby w tej aranżacji i podczas dnia wolnego dłużej niż trzeba ten dialog ciągnąć. Chyba jakiekolwiek tłumaczenia w jednym bucie i w obecności ładnie wydrukowanej kartki nie mają sensu. Ze sklepu wychodzi właściciel bagażu z dodatkową ciężką siatkę najtańszego piwa. Wolną ręką wyciąga z torby puszkę i mi podaje. - Trzymaj – mówi i bez słowa siada obok mnie. Wyciąga pozostałą zawartość torby, ustawia kilka puszek koło swoich nóg oraz odwróconego kaszkietu do którego przechodnie wrzucają mu pieniądze. - Dzięki – odpowiadam bez namysłu. – Widzisz, gdybyś przestał pić, to byś sobie coś odłożył, ubrania kupił, dziewczynę znalazł. – Nie chcę się pakować w aż takie bagno. – O, kurwa. Przez chwilę oboje milczymy. Wybił mnie z rytmu gadania. Po chwili jednak dodaję: – Zawsze to zdrowiej –  sama śmieję się z tego, co powiedziałam. On też.     - Słuchaj czy ja mogłabym spróbować napić się łyka? - pokazuję mu dłonią piwo stojące na chodniku.  - Pewnie. Zawsze wystawiam je dla tych którzy dziś nic nie zarobili – otwiera mi puszkę. Próbuję, lekki smak spirytusu i chmielu rozchodzi się w rozpalonej buzi. Smakuje okropnie, ale w ogóle mi to dziś nie przeszkadza. Rozmawiamy o teorii Kanta nie przytaczając jego nazwiska, a ilość wypitego piwa przewyższa możliwości mojego pęcherza. - Gdzie sikacie? - pytam. - Właściwie, to wszędzie ale tobie może być ciężej. - No ja niestety mam pewne ograniczenia. - próbuję wstać, ale trunek zmieszany ze słońcem przeważa mnie ze strony lewej na prawą i siadam z powrotem. – A teraz to już jest bezwzględna siła grawitacji i Kantowi nic do tego. Dzwoni telefon. Wyciągam i czytam rozmazany napis Szef dzwoni . Odbieram:  - Słucham? - Czy ty może potrzebujesz jakiejś zaliczki? Nasi goście mówią, że zbierasz pieniądze pod sklepem.     Patrzę na ilość piw, które stoją wokół na chodniku, jest ich chyba z dziesięć, włączając te, które są w torbie. W każdej kieszeni upchałam po paczce papierosów, więc odpowiadam: - Nie potrzebuję. - A wszystko dobrze? - pyta rozbawiony. Przez tłum widzę niebiesko-żółte światła zbliżającego się radiowozu. - No, może będę potrzebować więcej wolnego - mówię. - Ile? -  Czterdzieści osiem godzin. Weronika Romańska  (ur. 1987) –debiutancki tom jej wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl  oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.

  • Bogdan Nowicki – Glosy do Franza Kafki

    1. Pan doktor Franz Kafka wcale nie jest takim smutasem, jak go opisują. Wczoraj bawiliśmy się w kotka i myszkę. Przyciskałam go do podłogi lakierowanym pantofelkiem, a on wołał: „Mocniej, mocniej, Józefinko!”. Z samego rana ma kompleks krótkości, więc zaraz po sadzonym jajku, naciągam go na stolarskim stole –  aż piszczy z rozkoszy, gdy napinając do oporu grube sznury, udaje mi się wydłużyć go o parę centymetrów. Lubi też młotek i dłuto, na sam ich widok podskakuje z radością, jak piesek na widok kości; na spacerze pukam go w melonik, wtedy pobrzękuje kruchymi ząbkami i ma wytrzeszcz oczu. Kiedy urządzamy bal gałganiarzy, udaje adoratora mysiej dziury, a ja czeszę drucianą miotełką jego czarny frak wstydem, skuteczniej niż nóż rzezaka. 2. Matka pana Franza Kafki zwierzyła się pewnego zimowego wieczoru służącej, że jej syn wyrażał się oniemieniem rzeczy niezahaczonych o nic. Pomiędzy głowami matki i dziecka myśl nie miała się w co wtulić. Ciało bolało, nie znikało. I jeszcze coś więcej. Wrzeszczała przy porodzie: „Ciągnij to za czuprynę, przez zakleszczone wargi, aż wypchniesz!”. 3. Pan Franz Kafka medytuje w altanie w kształcie chińskiej pagody:  Kwiat jest piękny, ale piękno samo w sobie jest zaledwie abstrakcją. Umrzyk ma większe doświadczenie niż jego poprzednik. Komary wpuszczają jad do żył. Krzak gorejący ma postać pyłu. Ból między łopatkami. Blaga czy kulka kwitnącej myśli w krwioobiegu. 4. Pan Franz Kafka słyszy jak pod zaryglowane sklepy podjeżdżają wozy z towarem, koła zaryte w śniegowym błocie długo buksują. W czasie wojny słucha pieśni Mahlera, z akompaniamentem mundurowych komunikatów. Chloruje wodę, wypija buteleczki z ciemnofioletowym jodem. Po ostatnim liście do Felicji kupił dużą igłę do cerowania, tak zwaną „groszówkę”, żeby obdziergać zielonym ściegiem kikuty ogołoconych drzew. 5. Zima leży w obierkach. Synoptycy od dawna zapowiadali odwilż. Z mapą pogody nie można dojść do miejsc zapiętych na ostatnią agrafkę. Mieszkania wchłaniają siwe włosy brzydko wyglądających staruszek. W suterenach czuć woń mokrego tynku. Okna nadymają policzki – szyby zaraz pękną. Dymi podwórze z pałąkiem trzepaku. Kondukt żałobny wychodzi ze zmurszałej sieni. Z rynny zwisa sopel porośnięty zgniłym mchem. Pan Franz Kafka w drodze do zamtuza rozmawia z synem handlarza ryb. Zamawia jesiotra. Chwilę patrzy na gumowe rękawice zrudziałego młodzieńca. - Niech będą dwa – mówi, myśląc o swoim ojcu jak o kleszczu. 6. Pan Franz Kafka słuchając śpiewu syren boi się: obcinania paznokci, mszaków w dolinie pąków, pustej duszy papieru, zaspy chleba, opornych liter abecadła, wizji w muskułach oczu, ruchomej głowy sowy, gnijących sandałów, bzików jawy, spleśniałego włosia pędzla, ciasnego węzła krawatu pod szyją, szczeliny w inicjale K., tafli aury na mszarach, gęsiej skórki drzwi, pryszczów na nosie, fatalności złamanego widelca, zatłuszczonej ceraty, skroplonego z obłoków tlenu, lepkich tapicerek, kłaków w odmętach umywalki, gazy chwastów w głoskach, woni naftaliny w oderwanych guzikach. 7. Żył skromnie, zupełnie płasko i umarł na tuberkulozę. Zaskoczył jednak prażan jego pogrzeb, choć oszczędny, a nawet w zgodzie z charakterem rodziny skąpy – zgromadził tłumy. To one wołały przez łzy: „Kafka! Kafka! Kafka!”. Bo to był w dechę gość i tak wiele zrobił dla urzędu. Bogdan Nowicki o sobie:  Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu, jeżyn i malin. Wiejski pejzaż odbija się echem w mojej twórczości, przefiltrowane przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett i inni). Poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego to źródła mojej inspiracji i początki pytań o tożsamość, sens istnienia, stosunek do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Wiersze, prozę i eseje publikowałem w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

  • Błażej Łukaszewicz – Manhattan

    Lekkie strumienie deszczu przecinały gęste, popołudniowe powietrze, gdy próbowałem wpatrywać się za horyzont. Oczywiście nic tam nie widziałem, poza składającym się lekko do snu słońcem. Stałem na dachu brutalistycznego bloku na obrzeżach miasta, a w duszy poczułem smutek. Początkowo nikt, włącznie ze mną, nie wiedział, co wywołuje to uczucie, które pojawiało się średnio trzy razy dziennie, ale po pewnym czasie zacząłem docierać do jego źródeł. Stałem się nico bardziej świadomym męczennikiem, przygarbionym, niemrawym męczennikiem na miarę podobnego świata. Mogłem wtedy śmiało powiedzieć, że poddałem się kompletnie, ale wciąż jeszcze nie wiedziałem, co mam z tym zrobić. Matka zawsze powtarzała, że nie mogę się poddać i chyba ta idea trzymała mnie jeszcze na powierzchni. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy, pomyślałem w jednej chwili, a w kolejnej wróciłem do swojego przeżywania tej jedynej, utraconej. – Chodź, zabiorę cię na kawę. – powiedział gość w przydużym szlafroku, który uchodził za zdolnego, choć leniwego, reżysera. – Przestaniesz w końcu o tym myśleć.  Odpowiedziałem mu tylko, że nie chcę ani kawy, ani przestawać o tym myśleć. – W końcu będziesz musiał przestać, inaczej zamieni się to w farsę. Albo i gorzej: w operę buffę, a ja nie zdzierżę twojego chłopięcego sopranu.  To wypowiedziawszy, był dumny ze swojego elokwentnego obrażenia mnie. Po chwili spochmurniał, bo nie próbowałem odbić tej piłeczki i dalej wpatrywałem się w horyzont, za którym już prawie nie było widać słońca. Pomyślałem, że to nastąpiło strasznie szybko i zachciało mi się po drugiej stronie dachu czekać na wschód, ale lekko zgłodniałem i przystałem na propozycję Andrea, jak go nazywano dzięki ciemniejszej karnacji i zamiłowaniu do mocnej czarnej kawy. Nawet nie znałem wtedy jego prawdziwego imienia i nie wydawało mi się to w żaden sposób dziwne. Na chwilę zapomniałem o Władysławie, której imię początkowo mnie zachwycało, ale potem i jakiegoś powodu zaczęło irytować, ale gdy tylko zszedłem z dachu i poczułem mocny zapach spalin i hałas miasta, wspomnienia wróciły. Poznaliśmy się, zdaje się, na jednej z tych dużych imprez, na których znasz wszystkich i nikogo, na których każdy jest twoim przyjacielem, ale tylko do kolejnego poranka, potem o tobie zapominają specjalnie lub przypadkowo. Ja od zawsze wolałem, żeby ludzie starali się mnie zapomnieć o własnych siłach, bo w podświadomości jakiś obraz mnie im pozostawał i przy kolejnej okazji zabawnie było patrzeć na ich twarzy, gdy mówiłem magiczne słowa „poznaliśmy się kiedyś” i wszystkie ich próby wyrzucenia mnie z głowy kończyły się na niczym. – I właśnie w ten sposób transcendencja jest warunkiem do zaistnienia immanencji. – reżyser skończył swój przydługi wywód, a ja tylko skinąłem na to głową, ale mu to nie wystarczało. – Co o tym myślisz? – Myślę, że jest to ciekawa opinia. Mogę się z nią roboczo zgodzić. – odpowiedziałem wymijająco, a mój kompan był szczęśliwy, że się z nim zgodziłem. Poszliśmy do małej kawiarenki, w której, pomimo późnej godziny, serwowali jeszcze kanapki i kawę. Wzięliśmy po dwie, usiedliśmy na murku naprzeciwko kawiarni i w ciszy jedliśmy. Pomyślałem, że to pierwszy moment, w którym nikt się nie odzywa, było to dziwne uczucie. Zachciało mi się sprawdzić, czy Władzia wrócił już do domu. Mieszkała dosyć daleko, prawie pod miastem, w dodatku po przeciwnej jego stronie, i nie było możliwości dostać się tam inaczej niż samochodem. Mogłem zadzwonić, ale wiedziałem, że i tak nie odbierze. Wiedziała, że tylko ja mogę dzwonić bez pardonu o takiej porze. Mieszkała z kilkoma innymi osobami, które już i tak mnie nie znosiły, gdybym zadzwonił wtedy, po zmierzchu, mogłyby odebrać to jako atak na instytucję ich zdrowego snu. – Dobre to było. – zaciągnął się papierosem Andrea.  – Zgadzam się, wiedzą, co robią. – Idę spotkać się ze znajomymi, jeśli chcesz dołączyć. – skrzywiłem się lekko, ale on to zauważył i ciągnął – Będzie tam Nadzia. To była dla mnie jakaś nadzieja, bo Władzia przyjaźniła się z nią dosyć mocno i zazwyczaj wychodziły na spotkania towarzyskie razem. Mieszkały też razem, wszystko w zasadzie robiły razem. Tym sposobem Nadzia wiedziała o mnie wszystko, a ja o niej prawie nic. Z tego samego powodu nie lubiła mnie najbardziej z całego gospodarstwa domowego Władzi. – To ruszajmy. Już pewnie na nas czekają. – Andrea wstał z uśmiechem na ustach. Popatrzyłem na jego ubiór i zapytałem, czy się nie przebierze, ale spojrzał na mnie gniewnie. – Już idę, już. – Poczekam na ciebie pod pomnikiem. – krzyknąłem, gdy był prawie na winklu i nie wiedziałem, czy mnie usłyszał, ale i tak ruszyłem w stronę większego placu, na którym stał pomnik narodowego wieszcza, ale nie mogłem sobie przypomnieć, jakiej był narodowości, a dookoła zaczynali rozkładać swoje koce z dobrami materialnymi mali przedsiębiorcy, jak lubili ich nazywać nienaganni stróżowie porządku. Idea tych sklepików polegała na tym, żeby na kocu zmieściło się wszystko, tak żeby móc jednym ruchem dźwignąć wszystko na swoje barki i pójść z obwoźnym sklepem na kolejny skwer. Dochodziły do mnie szepty „złoto, prawdziwe złoto – prawdziwa skóra, z pierwszej ręki – zapach prawdziwego mężczyzny, tanio”. Przeszła mnie myśli, czy wszystko, co nazwiemy prawdziwym, takie właśnie jest. Nie potrafiłem na nie odpowiedzieć, bo nawet ta myśli nie wydała mi się realna. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi i też przez chwilę wydawali się zupełnie nierealni. W taki sposób, jak byłem dzieckiem i patrzyłem na globus zastanawiając się, jak to możliwe, że miliardy ludzi się mieszczą na takiej małej przestrzeni. Przypomniała mi się myśl Andrei na temat transcendencji, która teraz nabrała większego sensu niż wcześniej i spodobała mi się, a przynajmniej zrozumiałem, o co mu wtedy chodziło. Rozglądałem się jeszcze chwilę, przechadzając się między prowizorycznymi straganikami. Nie pamiętam, która dokładnie była wtedy godzina, ale żar, który spadł na ziemię kilka godzin wcześniej dalej dawał o sobie znać, bo byłem ciągle zlany potem. Myślałem, co mogę kupić Władzi, żeby wybaczyła mi moje zachowanie sprzed kilku dni. Myślałem o jakieś małej rzeczy, bo chwilowo nie miałem środków na nic spektakularnego, ale gdy zobaczyłem wielki, masywny srebrny świecznik przypomniałem sobie, że Władzi uwielbia czytać przy świeczkach. Chciałem utargować cenę, ale sprzedawca nie zamierzał odpuszczać, więc musiałem pogodzić się z porażką. Gdyby Władzia widziała, jak szybko się poddałem, zrobiłaby mi awanturę. Nie winię jej za to, bo ona kłóciłaby się o to do samego rana i w końcu dopięłaby swojego. – Tutaj jesteś! – krzyknął głos za moimi plecami. – Szukam cię jak najęty od pół godziny. Chodźmy już, bo na nas czekają. Szliśmy całkiem daleko na przystanek tramwajowy, bo ja, jak już wspomniałem, nie miałem zbyt dużej ilości środków na swoim koncie, a Andrea z natury był skąpy, z tego też powodu nie przyznawał się, jakimi środkami dysponuje.  Dojechaliśmy w jakiś kwadrans do centrum, ale pomimo tak krótkiej trasy zachciało mi się strasznie spać. Znowu musieliśmy iść spory kawałek do baru, a wieczór nagle ochłodził się, co dało mi pewne, chwilowe wytchnienia, ale zaraz potem poczułem dreszcze, które zwiastowały letnie przeziębienie.  – Ja się czasem zastanawiam, czy moje poznanie jest tak nieograniczone, czy po prostu wszyscy inni mają klapki na oczach. – Ty, oczywiście, masz mózg jak najlepszy procesor. Nie ma dla ciebie żadnych zagadek ten wszechświat. – nauczony poprzednim doświadczeniem odpowiedziałem, nieco ironicznie, ale mój kompan nie zauważył tej nutki i dalej popadł w samozachwyt, a ja wiedziałem, że nie muszę go słuchać aż do baru. Spojrzałem na zegarek zawieszony w jednym ze sklepów i już dochodziła północ. Kiedy doszliśmy, w barze czekała dwójka przyjaciół Andrei – jeden, tak jak on, był reżyserem, chuderlawym, mizernym na twarzy; drugi, otoczony z obu stron młodymi dziewczynami, był wybijającym się producentem, mającym świetne konszachty ze wszystkimi. Gdy Andrea mnie przedstawił, ten drugi od razu podskoczył i podał mi rękę. – Tak, tak, dużo o tobie słyszeliśmy. Ponoć potrzebujesz pracy. Zaskoczył mnie tym, ale kiwnąłem głową, po czym popatrzyłem na swojego kompana, który z zadowoleniem rzucił się na fotel i odpalił papierosa. Mieszkałem z Andreą już pół roku i żadne z nas nie było tym faktem zadowolone, ale od kiedy straciłem pracę, a rykoszetem mieszkanie, był jedyną bliską mi osobą. Po chwili zobaczyłem pojawiającą się przy stoliku Nadzię.  – Jest Władzia? – wybełkotałem tak, że wszyscy się roześmiali. – Nie ma. – z uśmiechem na ustach odpowiedział jeden z producentów. Drugi dodał, że widział ją dzisiaj, jak wchodziła do kawiarni „pod Langustą” i zamawiała ciastko i kawę. Nadzia pokiwała głową i puściła mi porozumiewawcze oczko, którego za nic w świecie nie zrozumiałem. Dwie dziewczyny siedziały dalej i uśmiechały się do siebie nawzajem, a producent był z tego bardzo zadowolony. Wziąłem na bok Andreę i powiedziałem, że idę poszukać Władzi. Popatrzył na mnie z pobłażaniem, złączył ręce, jak do modlitwy i popatrzył w górę, wyglądał bardzo włosko, ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ja już byłem na zewnątrz i odpalałem papierosa z paczki, którą nieopatrznie zawinąłem ze stołu. Nie chciałem wracać do środka i pomyślałem, że oddam przy kolejnej okazji. Krążyłem po centrum zaglądając do każdego napotkanego lokalu, ale nie znalazłem tam swojego szczęścia. Z każdą kolejną lokacją czułem się coraz bardziej pusty, jakby pustka prowadziła zaawansowaną ekspansję w moich trzewiach, wysyłając coraz to nowsze grupy dywersantów. Z jakiegoś powodu znowu zrobiło się strasznie duszno i moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Zwaliłem się na ławkę, śmierdzącą trochę moczem, ale było mi już wszystko jedno. Myślałem tylko o Władzi, z którą nieopatrznie pokłóciłem się kilka dni temu i od tego czasu nie odzywała się do mnie. Ja do niej zresztą też, ale ja jej szukałem, a ona bawiła się gdzieś w najlepsze. Bardzo mnie ta myśl zabolała, prawie zgiąłem się w pół, jakby ktoś mi wymierzył cios w sam splot słoneczny. Zacząłem ciężej dyszeć. – O, kogo ja widzę. – odezwał się ktoś nade mną, ale w pierwszej chwili nie miałem ani siły, ani chęci podnosić wzroku. – Kopę lat.  Mężczyzna usiadł obok, ja w końcu wyprostowałem się. Popatrzyłem mu prosto w oczy i przypomniałem sobie. Waldek, którego nie widziałem co najmniej od dekady, poklepał mnie po plecach. – Co słychać?! – wykrzyczał – Nie wyglądasz najlepiej. Coś się stało? Pokręciłem tylko głową, a on patrzył na mnie zagadkowo. Podrapał się po policzku i zawiesił swój uśmiech na kołku. – Dalej jesteś niezadowolony ze swojego życia, co? – złapał mnie za karka jak jakiegoś gówniarza. Niestety miał rację, byłem głęboko niezadowolony ze swojego życia, szczególnie tego wieczora. – Zgadłeś. – udało mi się w końcu coś wyartykułować.  – Może napijesz się ze mną? – przerwał na chwilę. – W środku czeka na mnie pewna kobieta, co do której mam duże plany na dzisiejszy wieczór, jeśli wiesz, co mam na myśli. Uśmiechnąłem się, Waldek potrafił poprawić mi humor swoim niewybrednym żartem. Zapytałem, czy nie będę im przeszkadzał. – Coś ty, to nawet wygląda dobrze, jak przychodzisz z przyjacielem na takie spotkanie. Weszliśmy do kawiarni o kilka kroków od ławki, której jeszcze nie zdążyłem przeszukać. Przechodziliśmy między solidnie wypchanymi stolikami, jakby pół miasta się tam zebrało, ale ja nie widziałem Władzi, a Waldek nie widział swojej randki. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, zamówili po drinku. Kiedy je dostaliśmy, Waldek podszedł do kogoś przy innym stoliku, a ja pochłonąłem jednym łykiem swojego drinka. Stał do mnie plecami, a ja nagle poczułem, że zupełnie nie chcę tam być. Wstałem i wyszedłem bez pożegnania. Poczułem, że tracę tam tylko czas. Gdy wyszedłem na ulicę, od razu ruszyłem w kierunku przeciwnym do mieszkania, którego połówkę okupowałem. Szybkim krokiem wszedłem do pierwszej lepszej bramy, za którą była mała kapliczka z matką boską. Wierzyłem jeszcze wtedy w znaki, więc usiadłem naprzeciwko niej i zacząłem medytować, czując jak smak ziołowego Manhattanu rozsadza mnie od środka. Poczułem się dobrze. Obudziłem się i poczułem znajomy zapach i aksamitny dotyk na swoich plecach. Otworzyłem oczy. Byłem w mieszkaniu Władzi, która budziła mnie delikatnie. Odwróciłem się do niej radosny, chciałem ją złapać i przyciągnąć do siebie, ale nie dała się. Zmartwiło mnie to, jej wzrok wskazywał, że mam się o co martwić. Zobaczyłem na fotelu idealnie złożone ubrania, które na mnie czekały, a na podłodze rozłożony materac gościny, na którym musiała spać Władzia. – Powinieneś już iść. – powiedziała szybko i zabrała rękę. Wracałem do siebie okrężną drogą, omijając przy tym większe skupiska ludzi. Cała trasa zajęła mi większą część dnia, której nie byłem w stanie sobie przypomnieć, odtworzyć jej. Kiedy wszedłem do mieszkania, Andrea zapytał mnie, gdzie szlajałem się całą noc. – Przez ciebie nie mogłem ani spać, ani pracować. – podniósł głos, a ja wiedziałem, że to dla niego tylko wymówka, usprawiedliwiająca siebie samego, że opóźnia się ze skończeniem projektu. Wyjaśniłem mu po krótce, jak wyglądał mój wieczór i starałem się opowiedzieć o powrocie do mieszkania, ale nie byłem w stanie. Andrea zaczął coś szybko notować. – To jest dobre. – wyszeptał znad notatnika. – Możemy coś o tym razem napisać, melancholijna opowieść o szukaniu siebie. To się ludziom spodoba. Może. Zaczął wydzwaniać do swoich znajomych, opowiadając im jeszcze bardziej skróconą wersję mojej historii z elementami już wymyślonymi przez siebie, a ja położyłem się na tapczanie. Pomyślałem o tym, że nic szczególnego się nie wydarzyło i dlatego nie zapamiętałem, bo gdybym, na przykład, kogoś zabił, to chyba zapamiętałbym. Dalej myślałem o poszukiwaniu siebie i o momencie, w którym to straciłem, czy w ogóle kiedykolwiek to miałem. Enigmatyczne „to”, za którym próbuję nadążyć, ale po chwili tracę „to” z radaru. „To”, które dla każdego jest celem, ale nikt do „tego” nie dociera. Po chwili zadzwonił telefon, a ja odpływałem w coraz głębszy sen. Pomyślałem, że był to dobry dzień i że jestem w tej chwili szczęśliwy. Dobrze mi było z tym, co mam i z tym, co bezpowrotnie utraciłem. Błażej Łukaszewicz – socjolog niepraktykujący, aspirujący scenarzysta (student Szkoły Filmowej w Łodzi). Obywatel Bałut, czasem Pragi Północ. Wychowanek nie ulicy, ale podlaskiej dziczy. Pracuje nad powieścią-debiutem, scenariuszem-przełomem i konceptualnym wierszy tomem-fotoksiążką. Do tej pory publikował w zinie "Po Godzinach". Poszukuje pracy (może ktoś słyszał?). Inner animal: Albert Camus.

  • Alicja Dydyna – pięć wierszy

    konopie to rośliny ruderalne *zasiedlają podłoża przekształcone przez człowieka pan filip pozdrawia ze szlaku niedopałków – niedobitek niedopitek.  przykleja  promile do futra d’Afrique takie tam futro d’Afrique przesiąka bo Geist tych okolic to tani spirytus pan filip zmęczony wyskakiwaniem z konopii jakby ze styrty startował na prezydenta zżera klej spomiędzy słów no bo znasz to mówisz mówisz potem wbija rym i jesteś z tym rymem bezradny pan filip dobiera obiekty najlepsze – chciałby istnieć tak jak one myśli – to lato gorące z zazdrości ja myślę my friend dear że Styrta is burning że można powoli d’Afrique ewolucja na Tarczyński Arena Jacek Sutryk stoi pośrodku kabanośnego boiska kombinuje jak tutaj Wrocław z połowy do 1 będzie musiał przejść przez ¾ ta długość ma zawsze pod włos brwi Jacka Sutryka zastępują jaskółki  póki lecą na poranku stabilne mimiki dobrze nadają się do budowy/kradzieży miasta stabilnie nadają gniazdom        odblaski gorzej rosnąć po południu  Sutryk trafia do fryzjera ,,Ojebcie mnie na Statuę Wolności” Dubaj w Dubaju nie znają czekolady z popiołem myślą – Rosjanie z miłości zajęli Grünberg w walentynki 45. ogniem całe wino spłonęło – za ciemno było w piwnicach cywili Choć zapałeczka by spojrzeć Ci w oczy Odzieję cię Miła Nadzieniem w Dubaju myślą – popiół jest niebieski skoro pistacja tak brzydko zielona Oh Grünberg, tyś inna Międzyzdroje, pod skalpem tu słychać, od spodu biegają.  Bizony tylko że to inne plemię jadę obok, na chopperze ale pamiętam nasz numer kopyta. na blachach więc mogę odpalić samplera jest trochę jak krowa. Tatanka kuśtyka na promenadach koledzy chcą ubrać swe konie w madonny wypraszam. odpalam samplera Elektrotatanka / Jutro gdy wyjdę ze sklepu tam będzie czekać  mój bizon na smyczy tak jak go zawsze czyściłem i tak jak czyściłem swój język o bimber tak zapomnimy o wszystkich zaocznych  rosołach, współlokatorach usiłujących zapuścić dziś włosy na kozieradce promenada wybiegnie na autostradę wbije nas pomiędzy góry klaśnie prosto w mordę słońcu ruszą ciężarowe fury pełne purée z kukurydzy tyle kółek ile trzeba  żeby wpaść. po uszy. w pióropusze / zapamiętam, Międzyzdroje zapamiętam, smaki lodów te błękitne, te smerfowe jak barwiły młody język karuzelę z półksiężycem jak toczyła młodym  kręgiem tak startował Blaue Reiter oj dobrze falują mu biodra na ekspres mgła covidowa – boję się dzisiejszego powietrza, kto wie czy Putin czegoś nie wpuścił? patrzymy się w kamień na dnie oddychamy tym co wtedy tak zwiewaliśmy przed pandemią zaćmieni widzimy nic nie będzie mokre  jak pierwsza fala Alicja Dydyna  (ur. 2001) – mieszka we Wrocławiu. Nieustannie kształcona w kierunku lekarskim. Pisze, rysuje, chodzi po rynku. Związana z grupą poetycką ,,Hurtownia”. Laureatka konkursów literackich. Publikowała w ,,Liberté!” oraz w ,,Babińcu Literackim”.

  • Tomasz Fijałkowski – pięć wierszy

    Tajemnica Mój ojciec wrócił z wojska związany tajemnicą, wiedzą o pulsujących pod powierzchnią państwa wyrzutniach, o ciepłej grzybni. No przynajmniej tak to sobie wyobrażałem… Później zrozumiałem, że nie ma jednej tajemnicy, którą można by wykraść lub podsłuchać wykrzyczaną przez sen. Jest tylko seria zakazów fotografowania, zardzewiałe ostrzeżenia na słupach trakcji, stojący obok torów kolejowych budynek, w którym pracował donoszący na mojego ojca listonosz. Lektorat Mój kolega z klasy wciąż wszystkich przepraszał. „Przepraszam, przepraszam”, co śmieszyło nas w epoce, gdy poręczne „sorry” zamykało sprawę. Inny, gdy kogoś uciszał, krzyczał: „Siara!”, przekonując, że jego kuzyn zna angielski, więc wie jak jest „Zamknij się”. Potem pozamykano ostatnie wypożyczalnie kaset wideo i następne pokolenia nie wiedziały już, że poprawnie da się przetłumaczyć tylko jęki lub wrzaski, których nie dotknął głos lektora. Szkic o literaturze przyszłości Ostatni raz dobrze było w średniowieczu. Pastwiska, ziemia, zieleń. Myślę o tym, szczając w środku nocy, niemal jak Larkin, tylko że na siedząco, co ponoć jest zdrowsze dla mężczyzn w pewnym wieku. Siedząc, patrzę na porowate szkło kabiny prysznicowej, w którym odbija się światło średniowiecznego księżyca. Jest trzecia w nocy, ja jednak nie wracam do łóżka. Zostawiam otwarte drzwi do łazienki i po chwili przychodzi się kot. Poruszam palcami u stóp, żeby zwabić kota, ale ten tylko ociera się o nagą łydkę i znika.   Ten ruch palców to literatura.   Ostatni raz dobrze było w średniowieczu, gdy koty czytały uczone księgi, nosiły zbroje i walczyły z pancernymi ślimakami. *** I Chciałbym umrzeć na scenie miejskiego domu kultury, fantazjuję, wymieniając filtr węglowy, który wyłapywał chlor i żelazo i przez miesiąc pozwalał cieszyć się wodą z kranu. Umrzeć w charakterze wykonawcy, jak będzie się mnie nazywało w dalszej części dokumentu. Szklanka wody sfinansowana z niedającej się przesunąć części budżetu instytucji pożegna mnie, zanim zostanę odfiltrowany przez nieco bardziej złożone procesy. Tych książek już nikt nie podpisze. Pieniądze wrócą do nadawcy przelewu. II Lepiej więc zacznijcie czytać regulaminy i umowy od ostatniego punktu, w myśl którego wszystko i tak jest kwestią dogadania się. *** Słyszałem plotkę o tym, że wybitny współczesny polski poeta, którego nie wolno pomijać w antologiach tudzież opracowaniach, w młodości był na koncercie Sex Pistols. Może i był, powiedział mój kolega, ale pewnie jak pizda stał pod ścianą. Jak właściciel skazanego na zezłomowanie języka (fiata? daewoo?) taranowanego przez opancerzone pojazdy na wojskowym pikniku. Tomasz Fijałkowski (ur. 1977) – absolwent filologii polskiej. Debiutował literacko w 2006 roku arkuszem poetyckim. Drukowany w papierowych pismach literackich, nagradzany i wyróżniany w konkursach poetyckich. W 2015 roku publikuje w wydawnictwie Czwarta Strona powieść fantastyczną Antipolis . W 2020 wydaje tom poetycki Strona bierna , który zdobywa II miejsce w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza na najlepszy debiutancki tom poetycki roku. W 2024 roku publikuje tom Poprzedni właściciele  oraz powieść fantastyczną Sierpy Kronosa  (Wydawnictwo "OdeSFa"). Ponadto recenzent portali czytelniczych i nauczyciel języka polskiego.

  • Małgorzata Południak – Zabawy w koniec i początek

    Fragment poematu dla córki mojej córki. Powstawał we mnie przez ostatnie lata, jako intymny zapis relacji z wnuczką, z której języka i wyobraźni wyrasta nowy słownik bliskości. To propozycja poezji oscylującej między awangardą a czułością, próbującej uchwycić mikroskalę przyszłości budowanej słowo po słowie. Lekcja świata (VI) – o kolorach do wypicia, zaszeptania i zapomnienia W jej palcach: lilac dust i waniliowa sól, czymkolwiek są, przyklejają się do opuszków. Dłonie jak paleta bez planu. Obraz bez konturu, który właśnie się zaczyna. – To jest sorbetowy róż śpiącego lisa  – mówi, pokazując na cień za kanapą. – A ten? – Budyń z księżyca. Ale tylko z trzeciej nocy . Stół jak mapa zmyśleń. W misce pastelowe klocki. Rozpoznaję: matcha, słodkie shiso, i coś, co przypomina smak ciszy po deszczu w Kioto. Ona nie zna jeszcze nazw. Nie potrzebuje ich. Mówi do mnie: – Ten kolor ma dźwięk. Jakbyś dmuchała przez rurkę w mleko. Uczę się od niej, jak można widzieć świat, zanim się go wymyśli. Słowa są późniejsze. Smaki są pierwsze. Między nimi: skórka z yuzu, kiedy nikt nie patrzy. Patrzę na nią. Twarz ma w odcieniu mochi z różą. Uśmiech – prawie przezroczysty. Zastanawiam się, czy Japonia wie, jak bardzo na nią czeka. Lekcja świata (VII) (o zapachach, które robią dziury w czasie) Zabawy w koniec i początek Dziś uczymy się nosami. Nie od razu wchodzimy w dzień. Najpierw: zasłonięte oczy. Cisza jak zakładka w starym komiksie. Podaje mi zapach: rękaw koszuli po całym dniu . – To jest... człowiek, który wraca. Ale jeszcze się nie przywitał  – mówi. Z pudełka wydobywa inne. Skrawki powietrza, które zebrała pod łóżkiem: cynamon z kąta książki kucharskiej, zjełczały dżem figowy, plastik nowej lalki bez imienia. – Każdy z tych zapachów to osobna droga  – mówię, choć nie wiem, dokąd idziemy. Zakręca mi pod nosem małą fiolkę. Zanim cokolwiek powiem: – To jest zapach, który ma kolor. Szary z niebieskim końcem. Jak chmura, która chce być deszczem, ale nikt jej nie pozwala. Pamięć węchowa nie pyta o pozwolenie. Przypomina mi się: rękawiczka dziadka z wełny i smoły, puder babci, który pachniał jak list. Ona to wszystko zna, choć nie była wtedy nikim poza przyszłością. Siedzimy na dywanie, który od lat wchłania historie. Zapach dnia dzisiejszego: ciepłe stopy i otwarte okno. I sos sojowy, który nieopatrznie rozlała. Śmiejemy się. Pachnie jakby coś się zaczynało, choć nikt nie znał przepisów. Zabawy w koniec i początek: dywan (VIII) Dywan w jej pokoju ma w sobie mapę Japonii, ale tylko dla tych, co potrafią patrzeć głową przy podłodze. Tu jest wyspa lisów  – mówi – a tu góra, codziennie się złości i kicha dymem . Pyta mnie, dlaczego Japonia jest tak daleko, skoro pachnie jak najbliższa rzecz na świecie. Ona uczy mnie, że rzeczy mają swoje dźwięki, ale najpierw mają zapach. I kolor. I temperaturę. Szalik, który zakładała, kiedy uczyłam ją mówić deszcz – wciąż pachnie moim ramieniem, czyli czymś, co ją nosiło przez pierwsze lata. – Ten zapach jest z czasów, kiedy jeszcze nie było czasu  – mówi, i wkłada go z powrotem do pudełka. Jakby wkładała sen do kieszeni. Zabawy w koniec i początek: szuflada Szuflada w naszej kuchni zamienia się czasem w pocztę dla przedmiotów bez celu. Są tam bilety do kina, którego już nie ma, moneta z dziurką pośrodku i plastikowy widelec z wesela, na którym nikt się nie całował. Sophie mówi, że to jest miejsce na końce: gdy coś się kończy za szybko, szuflada to przytula. Potem śpiewa im cicho dobranoc . Na końcu lekcji zapachów ona sama kładzie się na podłodze. Zamknięte oczy, ramiona jak litery. Mówi: Ten zapach to mama, ale trochę smutna. Taka, która tęskni, nawet jak jestem tuż obok . Nie wiem, czy to mnie boli, czy tylko pachnie jak coś, co się wydarzyło w przyszłości, którą odwołano. Zabawy w koniec i początek: wiatr Czasami mówimy do wiatru po japońsku. Sophie wymyśla słowa, które znaczą: kot z ogonem w kałuży, drzewo, które nie chce już rosnąć, i chmura, nosi w sobie złamane skrzydło ptaka. Kiedy nie rozumiemy znaczenia – śmiejemy się, albo udajemy, że to haiku, i wiatr zabiera to wszystko do ogrodu. I tak kończymy lekcję – bez dzwonka, bez planu. Z zapachami w kieszeni, i brokułem, który leży na swetrze jak zielony przecinek. Zabawy w koniec i początek: zegar Zegar w naszym domu się nie spieszy. Sophie mówi, że to dlatego, że czas czasem musi odpocząć. Wczoraj zatrzymał się na 17:03. To była chwila, kiedy śmiała się tak mocno, że upuściła brokuła na sweter. Teraz mówi, że 17:03 to jej ulubiona godzina. Dywan (IX) Sophia śmieje się, bo wie, że niektóre dywany tylko udają bezruch. W środku nocy, kiedy wszyscy śpią, dywan pod stołem zwija się, jak ślimak i wędruje pod drzwi, które pamiętają więcej. Klocki Lego leżą rozsypane jak alfabet japoński, trochę hiragany, trochę katakany, trochę domów z bambusa zbudowanych z paznokcia i kawałka skórki od jabłka. Jest w tym jakaś elegancja z Kioto, pudrowa nuta wanilii z Uji, ruch lekki jak haiku wypowiedziane przez sarnę w środku zimy. Przytrzymujemy oddech, jakby czas miał się rozpuścić, nim się zacznie. Babciu  – pyta – czy w Japonii robią śnieg z fasoli? I czy można z niego ulepić lisa? Nie odpowiadam od razu. Bo nie wiem, czy świat już się nie zakończył. Może właśnie ta rozmowa jest jego drugą próbą. Kiedy Sophia zasypia, widzę, jak jej palce poruszają się w śnie – jakby znów budowała dom z wodorostów, w którym wszystko jest ciche, ale nie martwe. Małgorzata Południak – poetka, projektantka graficzna, fotografka i artystka wizualna. Jest autorką siedmiu książek poetyckich. Różne teksty pod wspólnym tytułem Dlaczego nie jestem malarzem   publikuje w stałej rubryce czasopisma literackiego „eleWator".

  • Piotr Gajda – pięć wierszy 

    War is Over O tym, który altruistycznie poświęca się, aktywując w sobie geny samobójczej śmierci  ze starości, mówi się, że należy do nocnej straży.  Mroczne zwierzęta, oto czym jesteśmy.  Nic o nas bez mas, które podległe zbiorowemu  złudzeniu demonizowały obraz Rembrandta, gdy to tylko pociemniałe z czasem werniksy i brud  uczyniły z dnia matkę noc. Straż dzienna?  Tak, służba więzienna stojąca na straży pod celą  niedoszłego samobójcy. Ewentualnie straż pożarna  mająca za zadanie gasić samozapłony gwiazd.  Oczywiście decyzja o ataku na własne życie nie jest podejmowana świadomie, lecz na poziomie  komórkowym. Ciemną sylwetkę człowieka,  który przysiadł na schodach przed bankiem w Hiroszimie  na chwilę przed zrzuceniem bomby, określa się mianem „ludzkiego cienia wyrytego w kamieniu”. Na obraz i podobieństwo (kogo?, czyje?). Dobór naturalny Miasta, które za chwilę będą płonąć, wezmą udział w konkursie na największą łunę w nocy. Kolejne rzeki wyschną  jak pranie na sznurze. Wspomnienie  saturatora będzie odległe jak piramidy. Na wyciągnięcie ręki pozostaną trąby powietrzne kręcące bicz z piasku z tą samą łatwością, z jaką rzuca się styropianowy  kubek na spłachetek zieleńca. Co będziemy  spijać sobie z ust? Nieaktualne dygresje  w rodzaju: „Pamiętasz tamtą zimę”?  A może nastawimy radio na Here Comes The Rain Again ? Kropla nie obróci  żarnami, zanim zdoła wydrążyć dziurę  w młyńskim kamieniu, język po tysiąckroć  zapomni jej smak. Wieść o tym poniesie się na skrzydełkach owadów, wróć!, rozniesie się wraz z popiołami ludzkich siedlisk.  Co wpadnie nam do oka? Truposz, bliźni  w komie bądź jego skremowany anioł stróż –  ćma trupia główka. Bóg Paproch, który stworzył nas na swoje podobieństwo i zapomniał ugasić. Ostatnie, co usłyszymy  to echo jerychońskich trąb; ryk turbin  setek tysięcy startujących z lotnisk maszyn z podwieszonym pod skrzydłami wannami,  w których elita będzie zażywać kipieli. Nieoczekiwana zmiana miejsc Teraz też spadam. Jak Lucyfer z wysokości.  Chciałem przewietrzyć duszny pokój, otworzyć  na oścież okno i wypadłem z jego ram. Sufit,  szkło, zapisany papier szeleści jak samolocik, który opadł już na ziemię i zamieciono go na kupkę  liści. Człowiek – nie, winnych jest więcej – ludzkość  obowiązuje inny punkt ciężkości. Raczej krawędź  niż środek. Raczej twarde lądowanie, korkociąg sekundę  przed. Świat pod ciężarem nieba powinien mieć  solidniejsze podstawy. Stolarz swój fach w małym palcu.  Nawet gdy go sobie odmrozi. Zimno wokół? Na hebel.  U Hegla bogowie przejawiają się jako maszyneria rozsądku.  Tymczasem czarnoksięstwo, jeżeli odnalazł się ten,  który spadł i do góry poleciał. Ötzi Nie ma dla nich miejsca w rekonwalescencjach, sanatoriach,  spa w Baden Baden, czas biegnie szybko jak fala tsunami  po erupcji Krakatau. Choroba jest bezwzględna i wyrachowana  jak siostra Ratched,  ponieważ tylko śmierć bywa protekcjonalnie  delikatna. Dlaczego właśnie ich to spotkało? A dlaczego nie?  Przecież kości zostały rzucone. Wielka chwała przerzutom,  dzięki którym zamiast tkwić w czyśćcu, wyruszą w przeznaczoną  im podróż, przeniosą się z iluzji w inkluzję, zasną z głową  na kamieniu. Później nie będzie istniało już nic oprócz teatrologii; wrócą wydobyci jak spod lodu, by rozpłynąć się w czasie. Komar porusza skrzydełkami z częstotliwością ponad sześciuset uderzeń na sekundę Musisz to przeczekać jak widliszki zastygłe w bursztynie.  Ponieważ człowiek rodzi się z kobiety i z mężczyzny z mety  przybiera postać inkluzji. Najstarszy komar zanurzony w sukcynicie ma sto trzydzieści milionów lat. Czy to oznacza, że twoja  dusza uwięziona w prastarej żywicy jest starsza od jej stwórcy?  Jeżeli to prawda, z pewnością uda się pozyskać jego DNA z krwi  owadów zatopionych w jantarze. Tak ludzkość odzyska fragmenty  świata z pierwszych dni stworzenia. I zastygnie z trwogi, że to demo. Piotr Gajda  (ur. 1966) – autor książek poetyckich: Hostel  (2008), Zwłoka  (2010), Demoludy  (2013), Golem (2014), Śruba Archimedesa  (2016), To bruk (2018), Człowiek z halabardą  (2020), Wiązania wodorowe  (2021), O włos  (2022), Goliat zwycięzca (2023), Małpa apokalipsa  (2024), Biuro straceń  (2025) oraz Radio Bla Bla  (2025). Współpracownik Kwartalników Literacko-Artystycznych „Arterie” (2007-2022) oraz „Afront” (2017-2024). Od 2025 roku w redakcji „Tygla Kultury”. Jego wiersze przetłumaczono na języki: niemiecki (Bernhard Hartmann), rumuński (Teodor Ajder) i bułgarski (Krum Krumov).

  • Marosa di Giorgio – pięć wierszy

    Zawsze mieli najczerwieńsze plony, błyszczące winogrona Zawsze mieli najczerwieńsze plony, błyszczące winogrona. Czasem, w południe, gdy słońce uderza do głowy — inaczej nigdy byśmy się nie ośmieliły — moja matka i ja, trzymając się za ręce, przemierzałyśmy ścieżki sadu, aż przekraczałyśmy nieomal niewidoczną linię, aż do winnicy mnichów. Winorośl dźwigała wysoko swój lampion z gron; każde grono niczym nieoszlifowany rubin z iskrą pośrodku. A oni stali tu i ówdzie w swych szatach czarnych lub czerwonych i wydawali się badać maleńkie obrazki, wielkie ryciny, albo głęboko rozmyślać  o Świętym tych miejsc. Na nasz szelest ktoś kierował na nas wzrok jak strzałę ze srebra lub złota.  A my uciekałyśmy, nie oglądając się za siebie, drżąc pod ogromnym słońcem. Wczoraj w nocy powrócił znów Cień; i choć minęło sto lat, bez trudu go rozpoznaliśmy Wczoraj w nocy powrócił znów Cień; i choć minęło sto lat, bez trudu go rozpoznaliśmy. Przeszedł przez ogród fiołków, sypialnię, kuchnię; okrążył cukiernice, talerze białe niczym kości, cukiernice o zapachu róż.  Wszedł do sypialni, przerwał miłość, objęcia; ci, którzy nie spali, zastygli z utkwionym wzrokiem; ci, co spali, także go ujrzeli.  Lustro, w którym się przejrzał bądź nie, rozpadło się na kawałki. Wydawało się,  że chciał kogoś zabić. Ale wyszedł do ogrodu. Krążył, kopał  w tym samym miejscu, jakby pod spodem był zakopany trup.  Biedna krowa, pasąca się w pobliżu fiołków, oszalała,  jęczała jak kobieta lub wilk. Ale cień odleciał, odszedł na południe. Powróci za sto lat. Grzyby rodzą się w ciszy; niektóre rodzą się w ciszy…  Grzyby rodzą się w ciszy; niektóre rodzą się w ciszy;  inne z krótkim wrzaskiem, lekkim grzmotem. Jedne są białe, inne różowe, tamten zaś szary i przypomina gołębia, przypomina posąg gołębia; jeszcze inne są złote bądź purpurowe.  Każdy z nich nosi — i to jest straszne — inicjał zmarłego, z którego pochodzi. Nie mam odwagi ich jeść; to delikatne ciało jest z nami spokrewnione. A wieczorem pojawia się kupiec grzybów i zaczyna swe żniwa. Moja matka daje zgodę. On wybiera jak orzeł. Tego białego niczym cukier, tego różowego, szarego. Mama nie zdaje sobie sprawy, że wyprzedaje własny ród. Natura snów O świcie piłam mleko, powoli i ostrożnie, pod czujnym okiem  matki; ale potem ona odsuwała się nieco, wracała do przędzenia miodu, do haftowania do haftowania, a ja uciekałam ku bezkresnej łące, zielonej i szarej.  W oddali przebiegały gazele o twarzach jak kwiaty; wydawały się liliami  z nogami, bawełnianymi krzewami ze skrzydłami. Ale ja patrzyłam tylko  na kamienie, na wysokie idole, które spoglądały w górę, na nieszczęsny los. I cóż mogłam zrobić; położyć się tam, żeby matka nie widziała, żeby znowu  przydarzyło mi się to okropne i dziwne coś.  Przelatywały nietoperze Przelatywały nietoperze, uczepione sierści krów, gazel; gdy tylko mogłam, zdejmowałam któregoś. A inne, bardziej oswojone, zwisały w kuchni głową w dół; tata dawał im wino, papierosy. Kobiety, bardziej naiwne, kładły róże i lewkonie, aby intensywny zapach krwi i cukru tych kwiatów uspokoił je. Pewnego dnia jeden mnie ugryzł; pozostałam jednak cała i zdrowa. Owszem, słyszę, że „dzieci nocy tworzą swą muzykę”; ale nie biorę udziału w uczcie. Jestem niczym świadek. Albo i biorę, ale o tym nie wiem. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Marosa di Giorgio  (1932–2004) – urugwajska prozaiczka i poetka osobna.

  • Ana Rossetti – pięć wierszy

    Ogród rozkoszy Kwiaty, kawałki twego ciała; domagam się ich soku. Ściskam między wargami kłujący trzon mieczyka. Przyszyłabym cytryny do twego torsu, ich twarde końcówki w moich palcach jak sterczące sutki dziewczyny. Mój język zna już najdelikatniejsze bruzdy twego ucha, a ono jest muszlą.  Smakuje twoim młodzieńczym mlekiem, pachnie twoimi udami. Na swych udach trzymam mokre płatki kwiatów. Kwiaty są kawałkami twego ciała. Ogród mej udręki W sekretnym ogrodzie, pod drzewem, powoli, bardzo powoli, rozplotłeś mi warkocze, a potem, gwałtownie, bo zziębnięta byłam i uparcie się opierałam, zdarłeś ze mnie ubranie. Pasem z długiego pnącza, zmatowiałą organzą, co niegdyś służyła za okrycie  we wspólnej kołysce, wprawnie mnie opasałeś. W cichej godzinie, z dala od rodziców, sokiem z pelargonii barwiłeś mi usta, a roślinne bransolety na mych drobnych kostkach owijały się węzłami. Tańczyłam zawzięcie. Jak nimb za mną wzdymała się tunika, wokół ciebie rosły pręgi mych śladów. Ja, niezwykła tanagra, nieuchwytny laur, i ty nieruchomy. Doskonale nieruchomy. Z wyjątkiem ramienia, którym mnie chłostałeś. Oczy nocy Skończywszy różaniec, do naszych sypialni wstąpimy, gdzie anioł zły, co chce nas dręczyć, już czeka. Plecy oparte o ścianę, pilnując, by szaty nie kryły zbyt długo naszych oczu, pachnąca flanela wreszcie nas odziała. I wiemy, za zmarszczonym lotem letniej narzuty, kto się skrywa. Przy najmniejszym szmerze w sąsiednim pokoju wpadniemy, między cienkie prześcieradła z surowego muślinu, tęskniący, szukając się nawzajem.  I zaskoczą nas i nieuchronnie zostaniemy ukarani, odesłani z powrotem do grozy alkowy. Ale teraz obejmij mnie. Gorączkowo pocieszajmy się, bo lęk nadejdzie, wkrótce, gotów nas unicestwić.  Do młodzieńca z wachlarzem Jakże urzekający jest twój brak wprawy. Twoja niezdarna dłoń, wierna prześladowczyni palącej łaski, którą przeczuwasz w mozolnym kołysaniu radosnego przedramienia.  Ktoś wszywa w twoją krew cekiny, byś mógł przekroczyć okrągłe progi rozkoszy i spróbować zarazem wzgardy i uwodzenia.  W tym ukrytym geście, na który się odważasz, zarysowuje się twoja matka, wsparta na szarej balustradzie wspomnienia. A twoje oczy, uważne na cierpliwą i niezapomnianą lekcję, mrużą się.  I tymczasem, uroczo i niebezpiecznie, zbaczasz z drogi. Yesterday To takie urocze wkradać się do jego posłania, gdy ma wędrowna dłoń spoczywa beztrosko między jego nogami, a gdy odsłonię gładki trzon, jego szkarłatna, soczysta korona będzie mieć ostry posmak truskawek, obserwować nieoczekiwany wyraz jego anatomii, której nie potrafi użyć, ukazać niepewnemu palcowi  różowy pierścień, podczas gdy w podstępnych i precyzyjnych dozach poddaje mu się śmiałość. To takie urocze deprawować chłopca, wydobywać z dziewiczego  brzucha tę spazmatyczną tkliwość, tak podobną do ostatniego tchnienia konającego, że nie sposób nie zabijać go powoli, gdy dochodzi. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Ana Rossetti  (właśc. Ana María Bueno de la Peña, ur. 1950) – wielokrotnie nagradzana hiszpańska pisarka i poetka, autorka między innymi erotyków, tekstów dla teatru oraz książek dla dzieci.

  • Bashō – siedem wierszy

    pory umyte do białości chłód wiosna mija krzyk ptaków i łzy w oczach ryb czysta rzeka w jej falach zielone igły sosen dziś rano zwykle złowrogi kruk też na śniegu jesienny wiatr ostrzejszy niż skały Ishiyamy patrz uważnie tasznik kwitnie pod żywopłotem nie umarłem koniec podróży koniec jesieni tłumaczenia: Magdalena Bielska i Łukasz Szopa Bashō   (1644-1694) właściwie Matsuo Munefusa – japoński poeta uznany za największego pisarza epoki Edo. Studiował filologię japońską, kaligrafię, filozofię, literaturę chińską w Kioto. Pod wpływem praktyk zen i poszukiwań twórczych od 1684 rozpoczął wielomiesięczne piesze podróże. Niezwykle ceniony za rozwój haiku, wprowadził do tego (wcześniej humorystycznego) gatunku poezji impresję i kontemplację przyrody. Najbardziej znane utwory to Ścieżki na daleką północ - dziennik uznany za arcydzieło literatury japońskiej, Kasztan bez owoców, Zapiski z podróży do Kashimy, Notatki z podróżnej sakwy, Worek z węglem drzewnym . Zmarł w Osace. Tłumacze: Magdalena Bielska  (ur. 1973) – absolwentka historii sztuki na KUL, aktywistka społeczna, sutaszystka. Pisze, tłumaczy, czyta i mieszka w Lublinie. Niepraktykująca buddystka i praktykująca górzystka. Łukasz Szopa  (ur. 1973) – poeta, prozaik i tłumacz. Opublikował zbiory poezji Roadmovie  (2000) oraz wspólnie z Mehmedem Begićem  Film  (Alternativni Institut, Mostar, 2001), zbiór opowiadań Kawa w samo południe  (2010), oraz powieść Fioletowy plecak i trzy herbaty  (2016). Mieszka w Berlinie i Włosieniu (woj. dolnośląskie).

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page