Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Anna Słowiakowska – Grupa wyparcia
– Nazywam się Aurelia Domagalik. – Nie trzeba nazwisk. – Proszę? – Nie trzeba nazwisk, imię wystarczy. Aurelia Domagalik kręci się na krześle, poprawia. – Więc nazywam się tylko Aurelia. – I jak się czujesz Aurelio? Opowiesz coś o sobie? – No, normalnie się czuję. Może jestem nieco zdenerwowana tą sytuacją, jakoś tak… no zdenerwowana się czuję. – Dobrze Aurelio. Dobrze, że umiesz nazwać tę emocję. Każdy był kiedyś tu zdenerwowany. – To prawda! – krzyczy dziewczyna z niebieskimi włosami, które plączą się aż do pasa – Ja tu przyszłam pierwszy raz ponad rok temu i myślałam, że mnie ze złości rozpierdoli. – Nie klnijmy, mówiłem, takie są zasady. I nie przerywamy sobie nawzajem. Dalej Aurelio, chcesz coś jeszcze powiedzieć? – mężczyzna robi gesty otwartych dłoni, jakby chciał, żeby nalała mu tam wody. – Przyszłam… bo tak zalecił mi psychoterapeuta. Nie jestem przekonana… – Żadna nie była – poprawia bluzkę starsza kobieta, która jest wyraźnie znudzona tą całą ceremonią – Ale się przekonasz – nie odrywa wzroku od kołnierzyka. Grzebie w nim czerwonymi paznokciami. – To zrozumiałe. Przypominam, że mówimy o sobie, a nie o wszystkich – mężczyzna oparł się łokciami na kolanach, pochylił do przodu i wlepił w Aurelię wyłupiaste i nieco podkrążone oczy. Aurelia natomiast odchyliła się lekko do tyłu, jakby nie spodobało się jej to zaburzenie swojej rozległej, a już i tak wielokrotnie pękniętej bańki osobistej. Teraz w ogóle się w środku rozedrgała, bo przecież to grupa wsparcia dla współuzależnionych, ale chyba anonimowa, a ona jak debilka przedstawiła się z nazwiska. Mogłam jeszcze kurwa podać adres, myśli sobie i wygina palce dłoni, licząc na to chyba, że je złamie i będzie musiała wyjść do szpitala, do chirurga, na pogotowie, natychmiast. – Jeśli pozwolisz, to ja ci powiem, jak to będzie wyglądać – elegancka kobieta na bardzo wysokich obcasach założyła nogę na nogę, odgarnęła włosy za ucho, ale gdy poczuła na wysokości tego właśnie ucha wzrok prowadzącego, zreflektowała się – to znaczy powiem ci, jak to U MNIE wyglądało. Aurelia jest jej wdzięczna, bo zapowiada się na dłuższą przemowę i to nie ona będzie mówić, dlatego zachęcająco kiwa głową. – Żadna z nas nie była przekonana, bo co to w ogóle znaczy współuzależniona, znaczy, od czego? Zrozum, ja mam firmę, ja mam odpowiedzialne stanowisko, ja mam kontakty, układy i nie mam po prostu czasu ani na uzależnienia, ani na współ. I nagle JA, która muszę znać się na eksporcie i imporcie, która posługuję się biegle czterema językami... Dziewczyna z niebieskimi puklami prycha śmiechem, a jedna, która wygląda jak połączenie elfa z szamanką wznosi oczy ku niebu. Jednak elegancka nic sobie z tego nie robi – Czterema powtarzam! I ja nie znałam słowa kokatylen, a musiałam poznać. Bo się okazało, że właśnie od tego jest uzależniony mój mąż, od mieszanki kokainy z alkoholem. Nawet nie od alkoholu, nie od kokainy, tylko od obu na raz. I nie znałam tego w żadnym języku… – Na bogato! – śmieje się ta z niebieskimi – Nie to co jakiś tani piach do nosa czy chujowe zioło. – Język! Ela, język! – mężczyzna wyprostował się na krześle i zarzucił rękami. – No i ja nie byłam przekonana, ale przekonałam się, że... no nie wiem… że tu przynajmniej mówią tym językiem. – Medyczne zioło! – wyrywa się elfka w sukni do ziemi i koralach, grzywka zasłania jej piegowaty nos i bardzo niebieskie oczy – Bo wiadomo, że jak medyczne, to dobre, zdrowe. Wszyscy dzisiaj jesteśmy struci, mamy chore nerki, alergie na pyłki, warzywa, na kurz, popiół. Myślisz, że ja byłam przekonana? Zioło jest przecież dobre na wszystko, czytaliśmy z moim Patrykiem o tym książki, Patryk w ogóle wprowadzał mnie w różne stany przy pomocy grzybów i zioła, leczył nasze łona… – Nie mogę tego znowu słuchać – to ruda, cicha kobieta, która do tej pory przyglądała się Aurelii w milczeniu – Przepraszam, ale jako lekarka już po prostu nie mogę. Aneta kochanie… wiesz, co zaraz będzie – zwraca się do elfko-wróżki. – Nie, dzisiaj nie będę płakać, serio, no trudno, nie każdemu dziecko dane, ale dajcie mi skończyć. – Ale słyszeliśmy to już... – zaczyna ta od kołnierzyka w bluzce, ale zostaje uciszona syknięciem. – No i wiesz, próbowaliśmy grzybów i zioła - kontynuuje Aneta - ale jednak dla mnie to były za silne doznania, wiesz moja energia potrzebowała czystości, rozumiesz, ciszy i skupienia. A jego energia… – Jego energia potrzebowała ćpać – niebieska Ela kwituje i poprawia się na krześle. Teraz wszystkie kiwają głowami – On jej z niczego nie leczył, on na niej żerował! - mówi wprost do Aurelii – Jak Aneta prowadziła zajęcia w szkołach jogi, to Patryk jarał i spał, jak Aneta prowadziła warsztaty z otwierania czakr, to Patryk spał i jarał, a jak Aneta w nocy dostała krwotoku i poroniła, to zgadnij, co Patryk? Aurelia czuje, że wszyscy oczekują od niej dobrej odpowiedzi. – Jarał? – A właśnie nie! – krzyczy zadowolona z suspensu Ela – Patryk chuj, tak, tak wiem – niebieska patrzy na prowadzącego, a on po prostu uderza dłońmi w kolana – Właśnie w tym czasie odpierdalał mikrodosing w skali makro. Rozumiesz? Jego kobieta właśnie wydala ich dziecko w postaci skrzepu… Sorry, Anetka – Aneta jednak ma już czerwone oczy i macha tylko ręką! – Mów, mów - podchodzą do niej dwie kobiety, w tym ta, która przedstawia się jako lekarka, i przytulają Anetę z każdej strony. – … A ten wpierdala muchomory! – wykrzykuje niebieskowłosa. – Dobra, dość, bo to nie o was! A tobie Elżbieta po raz dziesiąty mówię, że to jest strefa wolna od przekleństw. Serio, jeszcze raz i cię usunę ze spotkania. Aurelio, a może chcesz kontynuować i coś powiedzieć? Aurelia poprawia się na krześle. Czuje, że źle się ubrała, co za pomysł, żeby iść w spódnicy, która klei się do tyłka, a tyłek ze spódnicą do krzesła, a jeszcze między piersiami też kleista stróżka niepokoju jej spływa prosto w stronę pępka. Wszystko jest jakieś obślizgłe w tej niekomfortowej przecież i kompletnie niepotrzebnej sytuacji. Nie wie teraz, co ją bardziej przeraża, to że chcą, żeby coś mówiła, że się na nią gapią wszyscy i wyczekują czy jednak przerażeniem napawa ją jakaś taka możliwość, bo chyba jest to przecież możliwość, że można wstać, przejść przez salę i po prostu wyjść. Powiedzieć, sorry, to są jakieś wasze problemy, przykro mi serdecznie, że macie przejebane z waszymi mężami, partnerami, osobami partnerskimi, ale ja miałam przejebane i już nie mam, więc się ocknijcie, cześć. Ja już nie mam, mam się ok, nie jestem uzależniona, nie jestem współuzależniona, przyszłam tu dla świętego spokoju, żeby mi nikt już dupy nie truł, że powinnam, że przecież, żeby żyć, trzeba to wszystko co się stało przerobić. Co ja jestem maszynka do mięsa? Przyszłam, nie dla mnie to, dzięki. Spadam. Ale jednak siedzi. Tłumaczy sobie, że głupio iść przez środek ze spoconym tyłkiem, a na dodatek, coś ją w środku gryzie, że może jednak im powie, że ich problemy to żadne problemy, przy tym, co jej zgotował jej ukochany Maks. Że to, co on odjebał, nie nadaje się właściwie do opowiadania, że wszyscy tu powinni paść z podziwu, że ona miała, AŻ TAK, a sobie poradziła i jest silna i wolna. Nikt AŻ TAK nie miał, kurwa… – Wydaje mi się, że jestem głupia – w końcu mówi zaskoczona tym, co właśnie wylazło z jej ust – Wydaje mi się, że każdy by zauważył, chociaż ja nie zauważyłam. Nie widziałam różnych takich znaków. Że jak można mieć katar przez cały rok, że przecież ludzie sypiają w nocy. Znaczy, no wiadomo, lekarze na dyżurze, może piekarze, ale nie, że pracownik umysłowy, że inżynier w międzynarodowej korporacji, ale on nie pracował dla innych stref czasowych. A nie spał. Chodził jak taka sowa na długich nogach, góra dół, góra dół. Mamy schody... Wszystkie kiwają głowami. Wszystkie kiwają, jakby to kurwa znały, jakby to co mówi, było oczywiste. I jednocześnie Aurelia czuje, że ją to denerwuje, bo żadna przecież nie ma AŻ TAK! Ale czuje też, że może ją to wspiera. Może jest jej nieco łatwiej oddychać, bo oddycha podobnym powietrzem, które śmierdzi złością. Każda tu wydycha dwutlenek bólu. – I kwestia poduszek – Aurelia milknie, bo już czuje, że za dużo mówi. Ja jebie, tak sobie myśli, obcym babom opowiadam, ale jednak, czuje, że to jakoś jej płynie przez zęby, wydobywa jej się z gardła, po prostu takie wymioty przeszłości, to pewnie przez oczy tego kolesia, co się tak wgapia z jakimś ciepłem obleśnym, a może przez to, że niebieska przekręciła głowę na lewo i patrzy ni to ze zrozumieniem, a ni to ze współczuciem. Chlusta więc dalej, wyrzyguje to, co jej się skotłowało w żołądku, jakaś maź taka o smaku porażki, która odbija się co rano, ale i czasem w nocy jej się tym odbija, a dokładnie o 4:40, co jest godziną ataków lękowych i godziną podobno regeneracji płuc, a ona akurat wtedy się dusi. – Spokojnie kochana – to lekarka – opowiedz o poduszkach. – Nie, to chyba bez sensu… – Mówimy, nie oceniamy – mówią chórem kobiety. – Tu nie ma lepszych i gorszych historii - dodaje mężczyzna. – I nie mów, że jesteś głupia, żadna z nas nie jest. Ja nie jestem głupia, Aniela też nie, a Elka, ta to w ogóle nie jest głupia! – Aneta, która siedzi dwa miejsca od niej pochyla się w jej stronę i ściska jej dłoń. Na swojej ręce ma około dwudziestu metalowych bransoletek, więc wydaje przy tym dźwięk jak dzwonki na wietrze, czym połowę grupy uspokaja, ale i połowę wkurwia. Aurelia przyjmuje ten uścisk, ale potem dyskretnie wyciera rękę w spódnicę. Dobra, niech to płynie myśli sobie i zamyka oczy, a przed oczami ma plamy, takie jak na poduszkach. Na jej dość dobrej, lnianej pościeli. Na kolorach, które wybierała, zawsze były odbarwienia. – Na poduszkach, na poszewkach miałam odbarwienia. Lubię pościel… – Lnianą? – dopytuje elegancka kobieta. – Tak, lnianą też. I kiedyś zauważyłam, że na tych poszewkach, na których sypiał Maks, bo wiecie on jednak sypiał, są takie odbarwienia. Takie wyblakłe plamy kolorów. I on dopiero potem mi powiedział, to znaczy zupełnym przypadkiem, już po odwyku i po terapii, że ten jego katar, ten sienny, to co mu się lało, wylewało na te poduszki, to było pełne chemii, że on się cały tą chemią pocił, że był gąbką pełną związków, stężeń, a plamy, jak planety miały swoje nazwy. Ta po MDMA, a ta po 3-MMC. Ze rdzawej pościeli z egipskiej bawełny, ten chuj mi uczynił całun. Plama kryształ, plama emka. A ja, ja idiotka, która nie znam takich nazw, która nie znam tego języka, bo musisz wiedzieć – tu zwraca się do eleganckiej kobiety – że ja też mówię w językach, dwóch, ale mówię – A tego kurwa właśnie nie znałam! Nie znam tych nazw, nie umiem w tę mowę. Ja wierzyłam, że on się tak poci od białka, co go zjadał niby na siłownię, chociaż przecież nie chodził na siłownie i, że od męskich dezodorantów, 48 godzin, 72 godziny, że mężczyźni po prostu w swojej całej okropności pocą się jakąś testosteronową toksyną, która ma nam zatruwać życie i niszczyć pościele. Że właśnie tak sobie pościeliłyśmy, tak się wyśpimy. Nastała cisza. Każda z kobiet wpadła gdzieś głęboko w siebie, a było ich tutaj, jakby nie liczyć – piętnaście. I była to cisza razy piętnaście, bo teraz każda gdzieś w sobie tam sprawdzała, w jakichś zakamarkach pamięci, gdzie jej partner, partnerka, osoba partnerska wypociła, wyrzuciła z siebie ten jad, co nim zatruła i siebie i ją, i dzieci, i znajomych, i psa, i sąsiadów i całe otoczenie. – Ja myślałam, że mu nie staje, bo nie dźwiga mojej przedsiębiorczości – ciszę przerwała elegancka Helena patrząc w dal. – Czego nie dźwiga? – Niebieska się aktywowała i odpaliła – no sorry, ale po koksie i w jego wieku to chyba żadnemu nie staje. Zwiędłe flaki, martwe parówy… – Błagam - prowadzący wystawił rękę. – Przestań, o co błagasz? Mówię jak jest? Sam nie pamiętasz jak miałeś czy nie chcesz powiedzieć? – Owszem, narkotyki powodują często zaburzenia erekcji, ale to nie ma z wami nic wspólnego – tłumaczył prowadzący – Drogie panie, to kolejny zły tok myślenia, z którego musimy wyjść. To nie jest historia o was. – To może ja się wtrącę - lekarka wyprostowała się na krześle, jakby miała prowadzić wykład – Kokaina, amfetamina, mefedron silnie pobudzają, ale mogą zablokować przekazywanie sygnału z mózgu do prącia… Ale ja jednak też jak pomyślę, byłam głupia, bo ja uwierzyłam, że moje wysokie stanowiska, moje sukcesy, bo musicie wiedzieć, że dwa razy znalazłam się na różnych listach kobiet sukcesu… że mu nie staje od tego mojego sukcesu. I on tak mówił. On mówił mi, że ciężko się tak podniecić. Mój syn mi mówił, że jestem zbyt wymagająca, że on czuje presję. – A ja myślałam, że za mało się staram, zabierałam mu dzieci sprzed nosa, bo myślałam, że go drażnią… – Kurwa, jakie my jesteśmy głupie! – nagle mówi na głos niebieska Ela. A one wszystkie, jak laleczki na sznurkach kiwają głowami. Głowy te ledwo się trzymają ze zmęczenia, z bezsnu, z obaw, z przeciążenia. Głowy wytarmoszone, owinięte w jakieś stare szmaty wyrzutów sumienia. Sączy im się spod tych szmat wieczna troska, ale nie o siebie, o każdego innego. Są jak rzucone w kąt, niechciane, zmasakrowane laleczki. Do utulenia. – Ela wychodzisz! – wyrywa je z zamyślenia mężczyzna. – Zamknij mordę! – to nagle Aurelia. Coś się w niej jednak tak wybrzuszyło, tak w niej pękło, że jakby nagle poczuła to wsparcie od tej grupy wsparcia, ale też czułość. Czułość do tych wszystkich głupich. Ale wkurwił ją ten jeden samczy, niewspierający element. – Co takiego? – Dlaczego, ja się kurwa pytam, dlaczego nie możemy kląć? Dlaczego oni mogą nam… Wy nam! Dlaczego wy nam możecie jebać życie, możecie nam pozwalać krwawić w samotności, zupy gotować w samotności, rzygi wasze zbierać, dzieci przed wami chronić, ukrywać was przed matkami, kolegami, szefami w pracy, a nam nie wolno kląć? – Właśnie. Kurwa! - krzyknęła elegancka i wstała na swoich wysokich obcasach – właśnie, kurwa – kiedy ja spłacam wasze długi, kiedy dzieciom mydlę oczy, że ojciec odsypia koncert, spotkanie z ministrem, kiedy spłacam jego karty kredytowe, które całe pokryte są białym prochem, to mam przy tym nie przeklinać i mam, kurwa, przede wszystkim panować nad złością, nad którą za chuja panować nie chcę. – Myślę, drogie panie, że na dzisiaj kończymy, bo chyba was ponosi, wrócimy do tego kolejnym razem, jak ochłoniecie – zaczął wstawać i składać krzesło, ale niestety zawahał się o sekundę za długo i dopadła do niego Aneta, a zaraz za nią lekarka. - Nigdzie nie idziesz! Siedzisz i nas słuchasz! Albo może wreszcie sam coś powiesz, ale nie to pierdololo, którym nas raczysz, anonimowy ćpunie – wrzeszczą jedna przez drugą. – Sam tam byłeś, to może wiesz – krzyczy mu w twarz jakaś cicha dotąd, a lekarka przytrzymuje go za ramiona. W sekundę jedna zdejmuje swój długi pasek od kimona, niebieskowłosa krzyczy, żeby go związać, bizneswoman ściąga szpilkę, grozi i zamachuje się nią w jego stronę. Aurelia wchodzi na krzesło i krzyczy, żeby siadał i stulił mordę, chociaż sama nie wie, co z niej się tak drze. – Panie, drogie panie, zgłoszę to na policję, to nie są żarty, to co robicie to napaść, to nie jest legalne. – Nie jest? A to, że twoja żona i dwóch małych synków siedziało w domu, kiedy wciągałeś koks z brzucha, z ud jakieś typiary na mieście to legalne? – Aneta obwiązuje go paskiem i mocuje do krzesła, kilka kobiet ucieka zatrzaskując za sobą drzwi. – Ja nic takiego! Nie projektuj na mnie! – Te które nie chcą brać w tym udziału, niech spierdalają teraz – krzyczy Aurelia na krześle. – W czym udziału, na boga? – wrzeszczy już on. – Złożymy cię w ofierze – mówi elfka, czarodziejka, a teraz już szamanka. – Jak niby? – Chuj wie jak – odpowiada niebieska i zapala papierosa – przecież to miała być grupa wsparcia dla współuzależnionych, więc nas akurat wesprze, jak któregoś chuja poświęcimy, za te lata ćpania, za nasze cierpienia, za przejebanie naszych pieniędzy… – Za impotencję! - krzyczy Helena. – Za niepłacone alimenty – dodaje duża kobieta, która wreszcie się odzywa. – Za przespanie zasiłków – potakuje drobna, starsza kobieta obok. – Za to, że musiałyśmy odgrywać spektakle przed rodzinami, za szukanie was w nocy po mieście, po lokalach, po jakiś spelunach… – Ale co nas? Kurwa co nas? Jakich nas? – krzyczy bezradnie. – No was, mężczyzn – Aurelia przykuca przed nim i mówi mu prosto w twarz. – Ale przecież nie tylko mężczyźni ćpają, statystyki mówią … – Gówno nas obchodzą statystyki, czy któraś na sali ma jakąś żonę, partnerkę, ćpającą kobietę po prostu? – Aurelia się rozgląda. – Ja mam, moja partnerka jest uzależniona – mówi dziewczyna z pięknie obciętymi włosami i migdałowymi oczami. Wygląda jak Kleopatra. – Ach, dobra, ale jesteś wyjątkiem, jakimś wyłomem, bo ja tu jednak żadnego typa nie widzę – mówi niebieska – żadnego poza Arkiem, a wiecie co to znaczy? – Że nawet jeśli mają ćpające partnerki, to mają wyjebane na ten proces! Że ich tu po prostu nie ma, że zawijają dupę i znikają od problemów. – Dobra, słuchajcie wariatki, ja przecież nic wam nie zrobiłem, to wasze wybory były, to wasi kurwa faceci, baby wasze… – O się wreszcie odezwał! A ty nie ćpałeś? A ćpałeś… – łapie go za głowę jedna, druga zaczyna tańczyć dookoła, a trzecia dołącza do kręgu. I nagle rozpętuje się jakiś dziki taniec dookoła tego jednego, jedynego. Arek, prowadzący, prawie sześć lat abstynencji, rozwiedziony dwukrotnie, dwukrotnie z powodu nałogu, ojciec dzieciom, właściwie czwórce dzieci, na które dopiero od trzeciego odwyku, piątej terapii łoży alimenty. Jest przerażony tym, co się dzieje, chce krzyczeć, że pierdoli te głupie babska, niech się same właściwie leczą, że nie ma dla nich nadziei, że je kompletnie popierdoliło. Biorą się za ręce i kręcą dookoła niego powtarzając mantrę: – Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniała to, co mogę zmienić, i mądrości, abym umiała odróżnić jedno od drugiego. Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym... – Lepiej mi! – przerywa Aurelia. Dobra, to chyba działa, lepiej mi nieco. Nie jestem zła – pochyla się w stronę Arka. Odwiązuje go, kobiety zaczynają zbierać swoje torebki. Arek siedzi osłupiały. – To co? Widzimy się za tydzień? – mówi Elka wychodząc – Będę, będę! – mówi Aurelia – Psychoterapeuta podkreślał, jak ważna jest regularność tych spotkań. Anna Słowiakowska – copywriterka, dyrektorka kreatywna, dziennikarka i ruinerka. Zajmuje się marketingiem i promocją kultury. Uczestniczka Kursu Pisania Powieści. Jest w trakcie pracy nad pierwszą książką i tomem poetyckim. Mieszka w Krakowie, ale sercem i ruiną związana jest z Dolnym Śląskiem.
- Aleksandra Bradel – trzy wiersze
Ableizm Zdradziłam Cię z influencerem z niepełnosprawnością ruchową Zdradziłam Cię wszedłeś do jego mieszkania on nie podważał mojej zdrady Obydwaj chcieliście mnie rozszarpać Hieny padlina na Safari Wyszliśmy pamiętam książki w moich rękach Nie chciałam się wyprowadzać Ty nie chciałeś ich nieść Zdradziłam Cię z influencerem obudź się proszę Wszystko dobrze odpowiedziałeś Przekręciłam się na drugi bok Elewator Jeśli piekło złożone jest z pięter poświęconych konkretnym kategoriom grzechów a na kolejne piętra można dostać się windą ze złota to wreszcie będę bogata cały wieżowiec będzie należał do mnie A Ty będziesz w nim pracował w systemie 24/7 Gdyby karzeł wciągał kokainę może byś strzelał A potem zwiedzał moje ciało dzisiaj było niespokojnie jutro będzie lepiej na zmianę z ojcem stałem przed domem czuwałem tego dnia ISIS zajęło dom sąsiadów nie spałem dawno już zaczęła się wojna każdy dzień wojny to wieczność wszędzie trupy kolejni przyjaciele rozpłynęli się w powietrzu ojciec duchowny narzeczonej dobrze być prawosławnym można załapać się na arkę noego w kraju gdzie prawie nikogo prócz wojskowych nie interesuje moje wyznanie pamiętam przeświadczenie Damaszek miasto dobrobytu wojna zmieniła moje poglądy Aleksandra Bradel (ur. 1991) – publikowała m.in. w "Pocztówkach Literackich", "Artpapierze", "Helikopterze" i antologii Przewodnik po zaminowanym terenie 2. Pracuje w biznesie.
- Wojciech Brzoska – pięć wierszy
*** zagrać w berka z cieniem i w kółko i krzyżyk ze światem, układać go w ciągi znaczeń. moim bratem drzewo, ale z siostrą niepołączone lasy. książki z antykwariatów. w pudełkach - stosy fotografii. czy tu i teraz jestem bliżej zera czy buddyjskiego koła? kiedy w kółko podlewam. nie mówię. nie wołam. *** czym dziś żyje miasto? ktoś mówi do telefonu: z kalifornii wszyscy uciekają dziś do teksasu. w kolejce do bankomatu żebrzący chłopak na moje: nie, dziękuję ostro reaguje: do matki se tak mów. mój ruch jest emerytowanym dzieckiem w koszulce z panem kleksem. znów nie żyję w tych czasach *** co mnie ze sobą przytula - zaraz rozdziela. odbicie twarzy w szybie pociągu na torach, znikające do zera. obierać ten sam kierunek mknienia, odklejając się od siebie samego. ilu mnie w pędzie było? kto jaki pozostał, a ilu i jakich ubyło? czy też, jak wczoraj, już tylko z tobą bywam wspólny ze sobą? *** siedzieć samotnie w ludzkim gwarze jak w środku ula. być pszczołą, patrzącą na ludzi jak na muchy. być anonimowo, jak najbardziej ze sobą. jakby postawić krzesło na skrzyżowaniu gatunków. czytać innych z ruchu skrzydeł. maszyny do pisania tak stuka w klawisze, że ona nie może usłyszeć siebie. bez niej – on sam nie może pisać. ona już wie, że wojna na świecie miała swój początek między mężczyzną, a kobietą. on, nad przepaścią, zamieszkał w cudzym życiu, a miał tylko w języku. wiersze z tomu Dziesięć tysięcy kroków, Fundacja Kultury AFRONT, Bukowno 2025 Wojciech Brzoska (ur. 1978) – autor dwunastu książek poetyckich (m.in. Przez judasza, Jutro nic dla nas nie ma, Senny ofsajd, Fuertemuerte, Dziesięć tysięcy kroków). Major Służby Więziennej w stanie spoczynku. Organizator wielu spotkań literackich oraz koncertów. Pomysłodawca adresowanego do osadzonych Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jeana Geneta. Mieszka w Katowicach.
- Rafał Kasprzyk – Przeciw przezroczystości, czyli o błędach widzenia
Polemika z recenzją Przemysława Kulińskiego poświęconą tomowi Dziesięć tysięcy kroków Wojciecha Brzoski, opublikowaną na łamach internetowego pisma literackiego Dziennik Literacki pod tytułem Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?), nie jest wyłącznie sporem o jedną książkę poetycką ani nawet o jednego autora. Jest sporem znacznie głębszym i bardziej zasadniczym, o model lektury współczesnej poezji, o zakres kompetencji krytyki oraz o to, czy krytyk występuje jeszcze jako partner tekstu, czy już wyłącznie jako jego audytor. Stawką tej polemiki jest pytanie, czy krytyka potrafi myśleć razem z wierszem – podążając za jego logiką, rytmem i ontologicznym ciężarem – czy też ogranicza się do sprawdzania, na ile tekst spełnia uprzednio przyjęty zestaw estetycznych norm i oczekiwań. Recenzja Kulińskiego ujawnia bowiem charakterystyczny dla części współczesnej krytyki gest. Zamiast wejścia w przestrzeń problemów, które poezja otwiera, następuje próba jej rozliczenia z domniemanych braków. Poezja więc staje się przedmiotem kontroli jakości, a nie wydarzeniem językowym czy egzystencjalnym. W tym sensie spór o Dziesięć tysięcy kroków jest sporem o to, czy literatura ma jeszcze prawo do form słabych, powtórzeniowych, rozwleczonych, a więc takich, które nie oferują czytelnikowi natychmiastowej gratyfikacji interpretacyjnej. Tekst recenzji sprawia wrażenie bezkompromisowego, jednak jego ostrość, w moim przekonaniu, ma charakter czysto retoryczny. W istocie mamy do czynienia z recenzją głęboko zachowawczą, osadzoną w stabilnym i nieproblematyzowanym zestawie założeń estetycznych. Poezja – w tej perspektywie – powinna „pracować znaczeniowo”, to znaczy, generować nowe sensy w sposób widoczny, kontrolowalny i dający się zrekonstruować na poziomie analizy. Przerzutnia musi być „uzasadniona”, czyli albo wzmacniać sens, albo produkować semantyczny efekt, który da się jasno opisać. Powtórzenie natomiast tolerowane jest wyłącznie jako środek intensyfikacji, nigdy jako gest wyczerpania, stagnacji czy bezradności języka. Tego rodzaju postulaty nie są neutralne, wpisują się bowiem w określoną tradycję krytyczną, która zakłada, że wiersz powinien być sprawnym mechanizmem znaczenia, a poeta dostawcą semantycznych napięć. Wszystko, co wymyka się tej ekonomii sensu, zostaje natychmiast zdegradowane. Nazwane „przezroczystym”, „nijakim”, „manierycznym” albo – w ostatecznym rozrachunku – „nudnym”. Są to jednak kategorie wartościujące, które nie wynikają z analizy wewnętrznej logiki tomu, lecz z jego nieprzystawalności do przyjętego wcześniej ideału poezji. W tym miejscu – w mojej opinii – ujawnia się zasadniczy problem recenzji Kulińskiego, a mianowicie zastosowane przez niego pojęcia nie opisują realnych mechanizmów poetyckich tomu Brzoski, ale raczej własne doświadczenie lekturowej frustracji. „Przezroczystość” nie jest tu kategorią opisową, lecz sądem wartościującym – oznacza brak tego rodzaju oporu, którego krytyk oczekuje od tekstu. „Nijakość” nie wynika z analizy struktury wierszy, ale z poczucia, że nie oferują one wystarczająco spektakularnych sensów. „Nuda” zaś staje się argumentem ostatecznym, zamykającym możliwość dalszej rozmowy. Tymczasem Dziesięć tysięcy kroków zdaje się operować zupełnie inną logiką. Jest to tom konsekwentnie zbudowany na doświadczeniu wyczerpania sensu, obrazu, ruchu i języka. Powtórzenia zatem nie są tu błędem ani tym bardziej zaniedbaniem, ale zapisem egzystencjalnego impasu, a więc sytuacji, w której podmiot trwa w ruchu, choć ruch ten nie prowadzi do żadnej obietnicy. Przerzutnia nie służy produkcji znaczenia, ale jego zawieszeniu. Jest śladem pęknięcia mowy, która nie potrafi już domknąć frazy. Widzenie nie prowadzi do objawienia, ale do uświadomienia, że patrzenie stało się gestem pustym. Jeśli te strategie wydają się krytykowi „nieefektywne”, to dlatego, że zdaje się on przyjmować model poezji jako narzędzia sensotwórczego. Brzoska natomiast proponuje poezję jako zapis trwania w świecie, w którym sens przestał być gwarantowany. Odrzucenie tej propozycji w imię „nudy” nie jest więc krytycznym rozpoznaniem, ale odmową przyjęcia innej ontologii wiersza. Ontologii słabości, powtórzenia i nieproduktywności. W tym sensie recenzja mówi więcej o granicach współczesnej krytyki niż o samym tomie Dziesięć tysięcy kroków. Krytyki, która wciąż chce, by poezja coś „dawała”, podczas gdy Brzoska – konsekwentnie i uczciwie – pokazuje, że być może jedyne co dziś można jeszcze zrobić, to iść dalej, krok po kroku, bez obietnicy celu i bez złudzenia, że język nas tam doprowadzi. Jednym z centralnych zarzutów Przemysława Kulińskiego wobec Dziesięciu tysięcy kroków jest – rzekomo obsesyjna – obecność czasowników widzenia, która ma prowadzić do semantycznej jałowości i „przaśności postrzegania”. Zarzut ten według mnie. opiera się jednak na głębokim nieporozumieniu, który być może wynikać z fałszywego utożsamienia widzenia z poznaniem. Ów krytyk zdaje się zakładać, że każdorazowy akt patrzenia powinien owocować odkryciem sensu, nową perspektywą lub choćby symbolicznym przesunięciem. Tymczasem Brzoska konsekwentnie rozmontowuje to właśnie przekonanie. (I chwała mu za to!!!) W jego najnowszym tomie widzenie nie pełni funkcji poznawczej ani estetycznej w tradycyjnym sensie. Nie jest narzędziem eksploracji świata ani medium objawienia. Jest raczej egzystencjalnym przymusem, odruchem podmiotu, który nie potrafi przestać patrzeć, choć patrzenie nie przynosi już żadnego poznawczego zysku. Podmiot Brzoski widzi, ponieważ trwa w świecie, a nie dlatego, że świat coś mu odsłania. Patrzenie zatem staje się tu czynnością mechaniczną, nawykową, niemal fizjologiczną, jak oddychanie czy chodzenie. To bardzo istotne przesunięcie. Widzenie nie jest już przywilejem świadomości, lecz ciężarem istnienia. Ta różnica ma zasadnicze znaczenie interpretacyjne. U Brzoski widzenie nie prowadzi do sensu, lecz ujawnia jego brak. Jest to widzenie jałowe, zużyte, wyczerpane – dokładnie takie, jakie opisuje nowoczesna refleksja filozoficzna po kryzysie metafizyki. Od Husserla przez Merleau-Ponty’ego aż po późnego Heideggera pojawia się świadomość, że akt percepcji jako takiej nie gwarantuje już dostępu do „rzeczy samych w sobie”, ale raczej ujawnia pęknięcie między podmiotem a światem. Po kilkukrotnym moim czytaniu, myślę, że Brzoska sytuowałby się w tej właśnie tradycji, ponieważ jego poezja nie celebruje widzenia sensu stricto, ale dokumentuje jego bezsilność. Jeśli więc tekst recenzencki uznaje to uporczywe patrzenie za „przezroczystość”, to dlatego, że wciąż zdaje się oczekiwać od poezji funkcji iluminacyjnej, momentu olśnienia, który usprawiedliwia lekturę. Tymczasem Dziesięć tysięcy kroków rezygnuje z takiej obietnicy. Jest to poezja diagnozy, nie objawienia. Brzoska nie próbuje nadać światu sensu tam, gdzie sens się wyczerpał; przeciwnie – konsekwentnie pokazuje rzeczywistość, w której patrzenie nie prowadzi już do rozumienia, a ruch nie implikuje już żadnego celu. Nadmiar czasowników widzenia nie jest więc żadnym błędem stylistycznym ani dowodem warsztatowej nieporadności. Jest strategią ontologiczną. Powtarzalność gestu patrzenia unaocznia jego bezskuteczność, a przez to obnaża fundamentalne doświadczenie współczesnego podmiotu. Podmiotu skazanego na percepcję w świecie, który przestał odpowiadać. Jego poezja nie oferuje pocieszenia ani interpretacyjnego komfortu. Oferuje coś znacznie trudniejszego – uczciwy zapis egzystencji, w której widzenie nie odsłania, ale jedynie trwa, jak krok stawiany bez pewności, dokąd właściwie prowadzi. Długo zastanawiałem się nad zarzutem manieryczności przerzutni, który Przemysław Kuliński formułuje pod adresem Dziesięciu tysięcy kroków i doszedłem do wniosku, że może on wynikać z głęboko instrumentalnego rozumienia wersyfikacji. Krytyk zdaje się traktować układ wersów jako narzędzie porządkowania sensu, to znaczy, że przerzutnia ma „coś robić”, produkować znaczenie, generować napięcie, ewentualnie prowadzić do efektownej puenty. W tej perspektywie każdy wers powinien stać się elementem sprawnego mechanizmu semantycznego, a każde jego rozbicie musi dać się obronić na gruncie funkcjonalnym. Tymczasem u Brzoski wersyfikacja działa według logiki radykalnie odmiennej. Przerzutnia w jego tomie nie jest środkiem ekspresji, ale symptomem. Nie służy ani budowaniu suspensu, ani semantycznej grywalności, ani też rytmicznemu uatrakcyjnieniu wypowiedzi. Przede wszystkim jest zapisem pęknięcia, a więc doświadczenia mowy, która nie potrafi już utrzymać ciągłości, ponieważ sama rzeczywistość tej ciągłości nie gwarantuje. Rozbicie wersów zatem nie wynika tu z potrzeby estetycznej, ale z konieczności ontologicznej. Język pęka, bo świat, który miałby opisywać, przestał układać się w spójną narrację. Brzoska więc nie „nadużywa” przerzutni, on konsekwentnie eksponuje jej bezradność. W jego wierszach wers nie domyka znaczenia, ponieważ samo znaczenie nie daje się już domknąć. Przerzutnia nie prowadzi do punktu kulminacyjnego, ale odsłania brak takiego punktu. Wiersz nie zmierza ku puencie i właśnie dlatego rozciąga się, rozprasza, urywa. Jest to więc poezja, która nie oferuje satysfakcji interpretacyjnej, ponieważ jej stawką nie jest sens, ale doświadczenie jego nieobecności. W tym sensie Dziesięć tysięcy kroków wpisuje się w tradycję nowoczesnej poezji, która – od późnego Celana po Becketta – rejestruje rozpad komunikacji, zamiast próbować go estetycznie maskować. Przerzutnia staje się tu odpowiednikiem egzystencjalnego potknięcia. Momentem, w którym mowa traci grunt pod nogami, a czytelnik zostaje zmuszony do konfrontacji z pustką między wersami. To nie jest żaden „manieryzm”, ale świadoma decyzja formalna polegająca na odmowie harmonizacji świata w języku. Krytyk domaga się uzasadnienia tam, gdzie stawką jest właśnie brak uzasadnienia. Oczekuje, że każde rozbicie będzie miało swoją funkcję, że każda pauza da się objaśnić. Tymczasem Brzoska proponuje poezję, w której brak sensu nie jest defektem, ale treścią. Przerzutnia nie ma tu legitymizacji, ponieważ sama rzeczywistość jej nie posiada. To zasadnicze nieporozumienie między poetą a recenzentem. Jeden opisuje świat, w którym nie ma już powodów, drugi wciąż domaga się, by wiersz je dostarczał. Kulminacyjnym momentem recenzji jest jednoznaczne rozstrzygnięcie, że tom Dziesięć tysięcy kroków jest „nudny”. To rozpoznanie podane jest w tonie oczywistości, niemal zdroworozsądkowym głosem, który zdaje się zamykać dyskusję i pozbawiać tom jakiejkolwiek literackiej wartości. Tymczasem kategoria „nudy” wcale nie jest neutralna ani powierzchowna. Wręcz przeciwnie, stanowi jedno z fundamentalnych doświadczeń współczesnej egzystencji i głęboki temat filozoficzny. Od Kierkegaarda, przez Heideggera, aż po współczesną filozofię doświadczenia i estetyki, nuda jest rozpoznawana jako jedno z kluczowych doświadczeń nowoczesności. To nie tylko brak zajęcia czy rozrywki, ale przede wszystkim symptom egzystencjalnej pustki, zanikającej narracji i utraty sensu teleologii. Nuda jawi się jako znak czasu, a mianowicie jako czas trwania bez celu, ruch bez kierunku, egzystencja pozbawiona obietnicy. W tej perspektywie nuda więc nie jest czymś negatywnym co należy eliminować, ale zjawiskiem o ogromnej sile krytycznej i interpretacyjnej. Bo to właśnie nuda odsłania kruchość i nietrwałość wielkich narracji o sensie, postępie i spełnieniu. Dziesięć tysięcy kroków jest zapisem trwania w sytuacji, w której „dokądś” przestało istnieć. To książka o chodzeniu bez celu. O spacerze, który nie ma początku ani końca, jak trafnie wskazał Jakub Pszoniak w blurbie towarzyszącym tomowi. Brzoska nie proponuje czytelnikowi wędrówki, która zmierza do punktu, ale raczej celebruje sam ruch jako doświadczenie egzystencjalne – ruch niekończący się, zawieszony, pozbawiony ostatecznej destynacji. Ironiczne pytanie Kulińskiego – „ale dokąd?” – nie jest więc krytycznym pytaniem o kierunek tekstu, lecz ujawnia przede wszystkim jego własne przywiązanie do teleologicznego modelu lektury i egzystencji. Krytyk, zakładając, że każdy tekst powinien mieć swój punkt dojścia, a każdy gest literacki sensowną funkcję, przeocza to, co w poezji Brzoski fundamentalne: porażkę narracji, erozję celu i zanik drogi. W tej poezji „dokąd?” jest pytaniem bez odpowiedzi, a jednocześnie pytaniem, które odsłania kondycję współczesnego podmiotu. Podmiotu zawieszonego między chęcią sensu a świadomością jego nieosiągalności. Dlatego - pozorna tylko - „nuda” w tym tomie nie jest wadą. Jest po porostu manifestem. Manifestem czasu, w którym jedynym możliwym ruchem jest trwanie. W tym świetle tom Brzoski staje się poezją oporu wobec narracji sukcesu i narracji spełnienia, poezją trwania w świecie bez ostateczności, poezją, która, paradoksalnie, poprzez swoją „nudę” odsłania głębię egzystencjalnego kryzysu nowoczesności. Wielokrotne odwołania Przemysława Kulińskiego do „braku redaktorskiej czujności” w Dziesięciu tysiącach kroków brzmią niczym apel o zdyscyplinowanie tekstu. Redakcja zostaje tu sprowadzona do roli strażnika sensu, estetycznej sprawności oraz komunikacyjnej efektywności , krótko mówiąc, gwaranta wartości artystycznej. To podejście wyraża głęboką wiarę w możliwość uporządkowania, oszlifowania i ujednolicenia poetyckiego przekazu tak, aby ostatecznie spełniał on oczekiwania zarówno autora, jak i czytelnika. Tymczasem książka Brzoski może być świadomą rezygnacją z tego rodzaju gwarancji, czego autor tekstu krytycznego zdaje się nie brać pod uwagę. Jednak w moim osobistym lekturowym odczuciu Dziesięć tysięcy kroków to tom, który pozwala sobie na nadmiar, na powtórzenia, na rozwleczenia i pozornie nieefektywne fragmenty, nie dlatego, że autor „nie potrafi” albo nie panuje nad swoim warsztatem, ale dlatego, że opisuje doświadczenie, które z natury nie da się skondensować, zredukować ani „uciąć” bez fałszu. Mowa tu o doświadczeniu rozproszenia, trwania w rozpadzie i braku ostatecznego porządku rzeczywistości, którą próba uporządkowania uczyniłaby nieautentyczną i kłamliwą. Żądanie zatem redakcyjnych „cięć” w tym kontekście brzmi jak wezwanie do estetycznej kosmetyki świata, który sam w sobie jest w totalnym rozpadzie. To jakby domagać się od obrazu impresjonistycznego, by stał się realistycznym portretem. Redakcja, rozumiana wyłącznie jako narzędzie wygładzania i normowania, staje się więc narzędziem cenzury autentycznego doświadczenia. Próbą narzucenia porządku tam, gdzie porządku nie ma. Warto przypomnieć, że od czasów awangardy i eksperymentów poetyckich XX wieku poezja często buntowała się przeciwko redakcyjnemu „szlifowi” jako formie ograniczania twórczej wolności. U Brzoski ten bunt przybiera postać konsekwentnego, wręcz strategicznego przekroczenia norm estetycznych i rezygnacji z precyzyjnego dopracowania na rzecz oddania nieładu świata oraz rozbitej świadomości. Zamiast patrzeć na brak „redaktorskiej czujności” jak na defekt, należałoby uznać go za element estetycznej koncepcji, w której forma staje się nośnikiem nieporządku i niepewności egzystencji. Redakcja nie może być przecież dla tekstu protezą sensu, ale powinna być raczej wyzwaniem. Pytaniem o to, jak w świecie rozpadu i rozproszenia można mówić w sposób prawdziwy i odpowiedzialny. Konkludując, recenzja Przemysława Kulińskiego nie jest aktem bezkompromisowej krytyki, ale wyrazem rozczarowania tym, że Wojciech Brzoska nie powtórzył dawnych gestów w formie, którą krytyk uznaje za produktywną i wartościową. Oczekiwał on od Dziesięciu tysięcy kroków potwierdzenia sprawdzonych strategii poetyckich, ciągłości idiomu, rytuału semantycznej gry, która angażuje, uwodzi, prowadzi. Tymczasem tom jest książką o wyczerpaniu właśnie takich gestów, o poezji, która przyszła po sensie, po puencie, po złudzeniu, że ruch i patrzenie wiodą ku jakimś ostatecznym celom. Brzoska nie oferuje mapy ani przewodnika. On rejestruje błądzenie w przestrzeni, której ścieżki uległy zatarciu. Jeśli ktoś uznaje ten tom za „przezroczysty”, to dlatego, że jest to poezja, która opisuje świat sam w sobie przezroczysty. Świat pozbawiony głębi, obietnicy i metafizycznego ciężaru. Ta przezroczystość nie jest defektem językowym czy warsztatowym, ale przede wszystkim manifestacją współczesnej kondycji egzystencjalnej. Świat, który Brzoska odsłania, jest miejscem, gdzie metaforyczne „ciemne prześwity” nie zwiastują już tajemnicy, ale pustkę; gdzie ruch jest jedynie ruchem bez kierunku; gdzie widzenie nie zapowiada poznania, ale powtarzający się akt samotności. Odmowa przyjęcia takiego doświadczenia w imię „nudy” nie jest więc aktem krytycznej odwagi czy precyzyjnego sądu literackiego, jest po prostu ucieczką przed wyzwaniem, jakim jest konfrontacja z prawdą o współczesności, którą Brzoska w poetycki sposób konsekwentnie i uczciwie artykułuje. Być może więc problem nie polega na tym, że Brzoska „nie wie, dokąd idzie”. Może prawdziwy problem leży po stronie krytyki, która wciąż chce, by literatura prowadziła dokądkolwiek, by potwierdzała spójne narracje, oferowała sensy i spełnienie oczekiwań estetycznych. W epoce, w której rozpad metafizycznych fundamentów i kryzys narracji stały się normą, takie wymagania okazują się anachroniczne i niemożliwe do spełnienia. Brzoska nie idzie ku żadnemu celowi. On idzie wzdłuż krawędzi rozkładu, rejestrując niemożność dojścia, niepewność trwania i samotność patrzenia. Krytyka nie potrafiąca przyjąć takiej perspektywy staje się nie tyle sędzią tekstu, ile więźniem własnych oczekiwań. Tymczasem poezja Brzoski, z jej przezroczystością, powtórzeniem, rozproszeniem, mówi o tym, jak wygląda świat po tym, gdy wszystkie drogi do sensu zostały wyczerpane. Odmowa podjęcia tego wyzwania oznacza zamknięcie się na jedną z najbardziej aktualnych i autentycznych form literackiej refleksji nad współczesnością. Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu), a następnie wydał Dychotomię (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował m. in. w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się w "ArtPapierze" i "Nowym Koziryneku". Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online.
- Adrian Krysiak – Niedoskonały
Maciejowi Pomysł na opowiadanie nie był być może genialny. Więcej nawet, mógł się wydawać wtórny i pretensjonalny, w ogóle nieinteligibilny, egzaltowany w najgorszym tego słowa znaczeniu, miałki, mało angażujący, nadto wyabstrahowany, kompletnie nieistotny, ogólnie marny marnością tak barokową, że niewykluczone, że był to najgorszy zamysł krótkiego tekstu, jaki kiedykolwiek przyszedł komuś do głowy. Z drugiej jednak strony było w nim coś pociągającego i im dłużej o nim myślałem, tym bardziej pragnąłem zrealizować stojącą za nim, nie bójmy się tego określenia, filozofię pustki i beznadziei. Był więc, przyznajmy, dość intrygujący, zwłaszcza w swej prostocie; możliwe zresztą, że zrodził się nie z samej potęgi imaginacji, lecz — czerpiąc garściami z prawdziwych wydarzeń, o których można było swego czasu przeczytać tu i ówdzie (raczej „ówdzie”) — stanowił przykład odtwórczego wykorzystania pewnej iście Kafkowskiej idei, która, przynajmniej w zamyśle, miała nigdy nie zostać urzeczywistniona, lecz — jak większość tego typu konceptów — raz pomyślana, zachowuje się niczym literacka maszyna, która, skoro już wprawiono ją w ruch, nie może zostać powstrzymana. Innymi słowy, miałem do czynienia z tym, co w literaturze przedmiotu przyjęło się określać mianem „realizacji prawdziwej potworności”. W zarysie całość przedstawiała się następująco: ktoś wpadł na pomysł instalacji artystycznej z poetami w tle. Inaczej: wpływowy reprezentant malarstwa figuratywnego wykoncypował dzieło z gruntu nieoczywiste, z nazwiskami poetek i poetów. Jeszcze inaczej: uznany twórca stworzył wiekopomną realizację upamiętniającą mistrzów pióra. Jeszcze, jeszcze inaczej: artysta X, człowiek dwóch imion i trzech nazwisk, członek mało wpływowej grupy malarzy reprezentujących tak zwaną „zombie figurację” (pełno tego na rynku wtórnym), w gruncie rzeczy rzeczywiście członek, ale też blagier i pozorant, choć — trzeba przyznać — dość momentami utalentowany, w Sali Milczenia w jednej ze stołecznych galerii postanowił stworzyć instalację, będącą jednostką swobodnie pływającą, ewentualnie dryfującą, w każdym razie coś pomiędzy sflaczałym reliefem a kartonem z ambicjami, na której umieścił imiona i nazwiska współczesnych sobie poetek i poetów. Tylko tyle i aż tyle, zaczyn niepokoju, preludium do animozji, zalążek spisku. Owszem, nie wiadomo, wedle jakiego klucza działał artysta, który nie pozostawił żadnej notatki wyjaśniającej kryteria doboru czy nawet cel przedsięwzięcia, co więcej, konsekwentnie odmawiał komentarzy odnośnie do sensu inicjatywy i własnych intencji. Tak więc nie wiadomo było do końca, co tak przygotowane zestawienie miało reprezentować i komu służyć, ewentualnie kogo wnieść na piedestał, a kogo z niego strącić, co rzecz jasna nie oznacza, iż obyło się bez kontrowersji. Dość powiedzieć, że wernisaż odbił się szerokim echem w wąsko pojętych kręgach literackich, tak że wszyscy krajowi poeci, jak również kilku zagranicznych oraz żyjących na obczyźnie, postanowili sprawdzić, czy sami znaleźli się na liście, w myśl zasady, że lepiej się na jakiejś liście znaleźć niż zostać pominiętym, co mogłoby sugerować nieistnienie, czyli stan mało angażujący i przez to dość kłopotliwy, zwłaszcza dla poety. Przywdziali więc powyciągane swetry i czarne golfy, z czeluści szaf powyciągali marynarki z łatami na łokciach, uzbroili się w modne okulary i, wziąwszy pod pachę swe najnowsze tomiki, wyruszyli chyżo na podbój stolicy. Pielgrzymkom nie było końca, co stanowiło wyzwanie nie tylko estetyczne, ale też logistyczne. Koleje Państwowe musiały uruchomić dodatkowe połączenia, wpływy z wypożyczeń rowerów miejskich poszybowały jak nigdy, w kilku punktach gastronomicznych zabrakło matchy latte, co doprowadziło do zamieszek; odnotowano dwadzieścia siedem zgłoszeń, w tym dwanaście dotyczących przywłaszczenia, dziewięć – naruszenia nietykalności cielesnej, sześć – używania słów nieprzyzwoitych; trzy osoby ściągnęły na siebie ponadto infamię, dwie nieprzychylność środowiska, a jedną pozbawiono praw obywatelskich. Należy jednak odnotować, iż prezentowane wydarzenia były odosobnionymi incydentami, ogólnie rzecz biorąc brać poetycka przemierzająca ulice wzdłuż i wszerz usposobiona była pokojowo i pacyfistycznie, rozprawiając o prekariacie, popijając napoje bezalkoholowe wprost z litrowych słoików i wespół unikając rymów oraz śpiewając unisono Międzynarodówkę. Na czele pochodu, nienawistnymi słowami i mahoniowymi laskami okładając niżej postawionych, zmierzali wyniośli beneficjenci programów ministerialnych i europejskich, prawdziwi arystokraci ducha, którym żadne literackie szalbierstwo niestraszne. Dumnie prężyli wątłe piersi, odgarniali włosy z czoła (włosów zawsze mieli za dużo), śmiali się z własnych żartów i do własnych myśli, i solidarnie nie wymawiali „r”. To oni jako pierwsi wstąpili do galerii, wlecieli do przybytku niczym orły i jastrzębie, wyszli jednak ukradkiem, nieco zasępieni, i słuch po nich zaginął. Do dziś funkcjonują w przypisach jako „Pokolenie Bezpowrotnie Zaprzepaszczonych Szans, Zawiedzionych Nadziei oraz Utraconych Perspektyw”. Następnie smętna tłuszcza dokonała szturmu na galerię, rozdając na lewo i prawo już to kuksańce, już autografy, aż w końcu – dotarłszy do najważniejszego pomieszczenia, czyli Sali Milczenia – głośno wiwatowała, następnie zanosząc się szlochem i padając na kolana przed wiekopomną instalacją patykiem na wodzie pisaną. Każdy, kto zobaczył swoje imię i nazwisko, uśmiechał się błogo, pozował do obowiązkowej sesji zdjęciowej i, nie wiedzieć z jakiej okazji, przygotowywał przemowę bądź nagrywał krótki filmik upamiętniający. Pominięci musieli zadowolić się nienawistnymi spojrzeniami, które mogli bezkarnie posyłać w stronę rozemocjonowanych koleżanek i kolegów po piórze, ponieważ podskórnie wszyscy czuli, że było coś prestiżowego w znalezieniu swego nazwiska na liście. Dwóch krytyków, po prawdzie to poetów w paradnym przebraniu, zdradzającym tendencje do promiskuityzmu, w szaleńczo-straceńczym tempie pisało laudacje, ukradkiem ocierało napływające do oczu łzy, i intensywnie zastanawiało się, komu by tu jeszcze zrobić dobrze. Na tym tekst się urywa, jak gdyby pomysłu wystarczyło tylko na rozczarowującą pierwszą część, dopiero zapowiadającą znakomitą, odważną resztę. Wiedziałem co prawda, że należy kontynuować opowieść, nie miałem jednak pojęcia jak; to nawet nie była kwestia braku dostępnych rozwiązań, raczej niemożności zdecydowania, które było najlepsze. Zdawałem sobie więc sprawę, że należy stopniowo zastępować bohatera zbiorowego indywidualnym, to jest wprowadzić na scenę postać poety, który ostatecznie nie trafił do Sali Milczenia, przez co, paradoksalnie i mimowolnie, przemieścił się tym samym w strefę nieobecności, czyli milczenia. Poeta miał być osobnikiem arcyodrażającym, o jak najgorszych zwyczajach i atrybutach: sfrustrowanym nienawistnikiem, odstręczającym bufonem, zacietrzewionym grafomanem, literackim pacykarzem, wreszcie — czyniąc zadość stuletniej tradycji — fanatykiem ludożerstwa i apostołem zboczeń, wypisz, wymaluj, mną samym cierpiącym na rozdwojenie jaźni, czyli Maciejem w przebraniu. Opowiadanie miało zatem w sobie coś z atmosfery wspomnianego już Kafki, ale też z późnego Bursy i wczesnego Rasia. Nie grzeszyło być może oryginalnością czy siłą przekazu, nie zawierało głębszego przesłania, jednak miało w sobie swoiste je ne sais quoi, które kazało mi je napisać. Przeszedłem do porządku dziennego nad wieloma uchybieniami strukturalnymi i formalnymi, które, choć rażące, w moim przekonaniu nie dezawuowały całości. I tak nie przejmowałem się zbytnio brakiem wewnętrznej logiki, na przykład tym, że pewne fragmenty opisują jednorazowe wydarzenie, inne sugerują powtarzalność. W ogóle nie przeszkadzała mi sztubackość gestów czy tandetna ornamentacja. W zamierzeniu autora (czyli moim) największą siłą tekstu miał być język: skupiony na sobie samym, lecz transcendentny wobec fabuły, wyrafinowany i plastyczny, w jakimś stopniu synergiczny, po trosze oniryczny oraz niedookreślony, w pewnej mierze amorficzny, liminalny czy wernakularny, ale ostatecznie jednak transparentny i konkretny w metaforze. Zrozumiałem, że problem nie zasadzał się na wątpliwej jakości koncepcji, lecz na tym, iż pomysł nie był mój, lecz Macieja, co samo w sobie stanowiło zapowiedź katastrofy. Uważam, że ze swojej strony dołożyłem wszelkich starań, by rzetelnie przygotować się do rozmowy, która w mojej wyobraźni urosła do rangi wielogodzinnych negocjacji, nieodmiennie kończących się spektakularnym sukcesem, to jest zgodą na publikację. Przez pół roku obdarowywałem Macieja mniejszymi bądź większymi podarunkami, dopytywałem o samopoczucie, częstowałem herbatą, ilekroć mnie odwiedzał, proponowałem alkohol, jak również kawę i papierosy, czasami jakiś film Jarmuscha, zapraszałem do restauracji i kawiarni, śmiałem się z jego żartów, najbardziej z tych nieśmiesznych, nazywałem królem pastiszu, chwaliłem nienaganny gust, dyskutowałem na każdy zadany temat, jak ognia unikałem utarczek słownych, nawet czytałem książki, które mi pożyczał, i zawsze wyrażałem dobrą opinię na ich temat. Krótko mówiąc, zbudowałem relację opartą na zaufaniu i familiarności, choć podszytą lękiem i interesownością, które w ogólnym rozrachunku nie mogły mi zostać wybaczone. Katastrofa nadeszła wcale nie niespodziewanie. Otóż gdy w końcu zebrałem się na odwagę i przedstawiłem Maciejowi pierwszą wersję opowiadania, odpowiadającą mniej więcej temu, co zaprezentowano powyżej, ten zaperzył się srogo, po czym wyzwał mnie od penisów i zagroził pozwem cywilnym. Ja powoływałem się na wyższą konieczność i działanie w afekcie, on na Ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz na część dotyczącą ochrony dóbr osobistych w artykułach 23 i 24 Kodeksu cywilnego. Na nic zdały się moje tłumaczenia, iż sam pomysł na opowiadanie nie jest chroniony, chroniona jest tylko konkretna forma literacka; Maciej pozostawał nieugięty. W swojej małostkowości nie zgodził się na arbitraż, odrzucił też propozycję łapówki, konsekwentnie zwrócił wszystkie droższe prezenty, każdej filiżance herbaty zaczął przyglądać się z powątpiewaniem, choć przecież próbowałem go otruć tylko raz w życiu i w dodatku było to bardzo dawno temu. Jak nietrudno się domyślić, całe zajście miało dramatyczne konsekwencje dla naszej przyjaźni. Ostatecznie nie udało się nam porozumieć w kwestii publikacji, chociaż błagałem go o ponowne rozpatrzenie sprawy. Jako że co do zasady roszczenia majątkowe przedawniają się z upływem sześciu lat, to pozostało mi jakieś pięć i pół roku czekania. Ruszyłem dalej, nieomal zapomniałem o niesprawiedliwości, której doświadczyłem, rozwijam się zawodowo, realizuję w tym, co robię, w tej chwili na przykład przygotowuję libretto do opery na kanwie „Troski ojca rodziny”, planuję wydanie tomiku aforyzmów. A Maciej? Niestety, nie udało mu się rzucić w niepamięć naszego zatargu, co rusz powraca do niego myślami, jakby opętany tą scysją i jej dalekosiężnymi implikacjami. Dużo też spaceruje. Można by rzec, że para się flanerstwem. Właściwie to nie robi nic poza włóczeniem się po ulicach Poznania i rozpamiętywaniem pewnej stołecznej instalacji, na której nie umieszczono jego nazwiska. Ciągle chodzi wkoło tego nigdy nieopublikowanego tekstu. Poznań, 12 kwietnia 2026 Adrian Krysiak (ur. 1987) – mieszka w Poznaniu. Lingwista, lektor języków obcych z zacięciem krytyczno-terapeutycznym, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” i „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.
- Izabela Kawczyńska – pięć wierszy
Terra Drugi raz weszłam do komory gazowej w mieście Dachau. Za sobą miałam lato, kruche szczyty Tofan, wezbrany Adriatyk, rzymski amfiteatr, trochę nocy, trochę dni i tysiąc kilometrów. Na plecach paliło mnie jeszcze słońce włoskie i chorwackie. Byłam od niego brązowa, spalona jak ziemia i pod ubraniem naga. Ziemia w sadach oliwnych obok Puli ma dziwny, rdzawy kolor, jakby wsiąknęło w nią dużo krwi, zwierzęcej i ludzkiej. Można się tam kochać pod czystym, ciepłym niebem, błogosławiąc wezbranym żywiołom. Niech będzie pochwalone szaleństwo, jakim jest życie, powtarzało morze. I po prostu stałaś na brzegu nieruchomo bez uśmiechu, wyglądając jak królowa, powiedziałeś, cały świat cię kochał, nie mogąc ci pomóc, byłaś po prostu trochę przerażająca, dziewczyny powinny być po prostu trochę przerażające. Ziemia w Dachau jest szara, to mówię ci teraz. Jak proch, jak pył, jak proch. Tysiąc czarnych panter Mój niemiecki syn buduje w Minecrafcie obóz koncentracyjny (co zrobiła z nim jego matka, Sara, co zrobiono mu w dwóch zastępczych domach, a potem kolejno w dziewięciu sierocińcach, a potem w samym piekle). Kiedy był mały, w nocy budził się z krzykiem, za dnia patrzył na mnie wielkimi oczami przestraszonego stworzenia, kręcił głową jak mała, ruchliwa wiewióreczka. Teraz jest duży i chce zabijać. Miałam dziadka, Niemcy rozebrali go w Dachau do kości, aż stał się lekki jak szkic sangwiną, katedra ścięgien, żeber. Śni mi się czasem, on i tysiąc czarnych panter, a wszystkie w mundurach od Hugo Boss. Módlcie się za nami popioły świętej Idy, popioły świętej Ester. Wszystko, co czerwone: polska krew, żydowska krew, krew drapieżców, krew Sary, święta krew Zbawiciela. Idź do diabła, powiedział Bóg. Powiedział Bóg, więc poszłam do diabła. Gdybym była płazem, wpełzłabym pod najmniejszy kamień. Gdybym była rybą, schroniłabym się na dnie brudnej rzeki (schowaj mnie, rzeko, ukryj mnie, rzeko). Gdybym była ptakiem, wstąpiłabym w niebo, lekka i pusta jak kości ptaka. Ponieważ chodząc po ziemi, wśród zwierząt i kwiatów, chodzimy nad piekłem, a czasem spadamy. Krew Sary Czym różni się zabicie w czasoprzestrzeni od zabicia w sobie? Przez miasta płyną rzeki, przez rzeki płyną mosty. I nikt nie musi ukrywać ani rozpoznawać zwłok. Dawid Majer Pojutrze odwożę mojego syna. Nie zobaczę go więcej, ponieważ tak naprawdę nie jest moim synem, jest synem Sary, o twarzy jak tajga w zimie, zamarznie wszystko, nawet jej krew. Jej aryjskie oczy są jak szybkie ciosy małym nożem. On sam też jest jak mały, zwinny nóż, zresztą nie wiem, nie widziałam go od czterdziestu dni, wychodzi, ilekroć wchodzę do pokoju, odwraca głowę i milczy, ta gra nosi nazwę nienawiść. Ostatnie cztery lata, ćwiczenia z samoumartwiania. Czterdzieści dni bólu i rozpaczy, chyba tylko Jezus na pustyni cierpiał za nas wszystkich bardziej. Nóż myśliwski, nóż chirurgiczny, nóż z damasceńskiej stali, rzeźnicki nóż do oddzielania mięsa od kości, nóż o rękojeści inkrustowanej złotem. Najdalej pojutrze znajdę taki nóż, którym wytnę sobie serce. Zrozumie mnie, kto chociaż raz był w piekle. Na przykład Jezus. On mógłby to zrozumieć. Zmiana obejmująca ¾ jamy brzusznej z licznymi mineralizacjami Poradnia małych zwierząt. Jeszcze mamy nadzieję, od trzech dni karmimy się nadzieją, cali jesteśmy z nadziei. W poczekalni docierają do mnie urywki rozmowy: ciałko do kremacji odbierze inna firma. Decyduje klientka, dziewczyna smukła, drobna i blada. Przypomina mi główkę irysa chylącą się pod własnym ciężarem. Tak wygląda rozpacz, jej pierwsza ziemska odsłona. Wszystko ustalono i dziewczyna wychodzi. Chwilę przedtem zaczyna płakać. Odruchowo płaczę razem z nią. Zaraz potem zabierają Leo na USG. Lekarka, Sara, kiedy wraca, ma niebieskie oczy. Jeszcze nic nie powiedziała, ale już wiem. Że wszyscy bez przerwy umieramy. Że nie ma nadziei. Że najlepsi jesteśmy w naszych zwierzętach. Z księgi, z apokalipsy Na początek tramal podskórnie dwa razy dziennie, ale ból rósł jak bluszcz, oplatając twoje drobne ciało, każdą kosteczkę, twoje lwie futerko, aż stałeś się mały jak pieniążek. Od czwartego dnia świty i zmierzchy toczyły się niczym obce wojny pomiędzy metacamem w zastrzykach, a doustnym metamizolem. Kiedy krzątałam się przy tobie, pracowita jak pszczoła, nie wydawałeś żadnego dźwięku, podnosiłeś tylko głowę, jakby zaskoczony. Byłam tak zajęta życiem, kiedy żyłeś, kiedy umierałeś, nagle znalazłem dla ciebie czas, mnóstwo czasu, ale ty nie chciałeś ode mnie już niczego, wszystko, co mogłam zrobić, to leżeć w twoim zimnym cieniu. Twoje lekarstwa wciąż trzymam obok moich na ten sam ból, ludzki i zwierzęcy. O trzeciej w nocy, kiedy jest naprawdę źle, leżę w ciemności i wyobrażam sobie, że leżę w śniegu, wysoko w Alpach, gdzie nikt mnie nie znajdzie aż do późnej wiosny, w śniegu, w ciemności, w dalszym ciągu jest zima, pierwsza zima bez ciebie, ziemia nad tobą zamarza, śnieg przykrył ślady i zwierzęta na drodze umierają tak jawnie. Izabela Kawczyńska – autorka powieści Balsamiarka (2015), Jej jest ta czerwień (2021) oraz zbiorów wierszy: Luna i pies. Solarna soldateska (2008), Largo (2009), Chłopcy dla Hekate (2014), Linea nigra (2017), Rozarium (2023). Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Pograniczach”, „Akcencie”, „Dyskursie”, „Tekstualiach”, „Dwutygodniku”, „biBLiotece”, „Fabulariach”. Jej wiersze tłumaczono na język francuski, niemiecki, rosyjski, bułgarski, rumuński i angielski. Mieszka w Niemczech. Pracuje jako psychoterapeutka dzieci i młodzieży.
- Stefan Jurkowski – pięć wierszy
Niezrozumiałe jakimi drogami mostami pomostami przyszłaś objawić mu uzdrawiającą obecność jasnych światów skąd jesteś napowietrzna wodna nierzeczywista jakimi drogami mostami pomostami szedł z punktów do punktów by uciekać z każdego miejsca które naznaczył iluzoryczny i chwiejny jego cień zostawiać opustoszałe mieszkania nienakręcone zegary prześwietlone fotografie ściemniałe obrazy na ścianach słońce blond Odkrywanie mój dom stoi na dworze – dziecięce zdziwienie domki z klocków które budowałem stoją przecież w pokoju dziś patrzę na mój dom: – dorosłe zdziwienie – stoi w kosmicznym pokoju niedostrzegalne ściany kpią z wiedzy i wyobraźni naigrywają się z mojej niepewności cichnie jaśnieje ciemnieje szumi – nade mną strop nie- skończony? Noc – świt rozwija się to co było zwija się to co jest spod ziemi wychodzą ścięte dawno drzewa nieistniejące domy tworzą się cegła po cegle idę ulicami: towarowa marszałkowska (wtedy duracza) stary i nowy rynek kościelna nad wartą gospoda zawsze przepełniona górnośląska – do szkoły idzie kolumna dzieci wśród nich ja daleki od dzisiaj radosny chłopiec matka prowadzi mnie za rękę o świcie budzi mnie próżnia Minimalistycznie zrobić co trzeba więcej czego nie trzeba nawet posadzić drzewo choć nie wiadomo gdzie nie zbudować domu za to spłodzić syna to zawsze łatwiejsze od murowania a i materiał tańszy teraz przeglądać stare fotografie rozmyślać o zależnościach i na tak zwanym łańcuchu pokoleń wyć przy wynajętej budzie W przestrzeniach nie widzę ciebie słyszę pieśni przez chmury ziemię deszcze słowa które rozumiem lecz nie umiem powtórzyć słowa jednorazowe nie wiem jaka odległość nas dzieli warszawa poznań wrocław może paryż lub jakaś afrykańska wioska – słyszę wieje wiatr wzmaga się ruch uliczny dźwięki o wielu ostrzach obcinają mi uszy Stefan Jurkowski – opublikował dwadzieścia tomów poezji m. in. Wibracje (1969), Wysokie lato (1975, Równowaga (1980), Zagrożenie (1980), Genesis (1985), Światy równoległe (1993), Poezje wybrane (2010), Codzienny plac zabaw (2007), Epizod podróżny (2023), Bezpowrotność (2025). Jest laureatem m.in. Literackiej Nagrody im. Juliusza Słowackiego za całokształt twórczości (WJP 2019). Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.
- Hubert Czarnocki – pięć wierszy
*** Trzeba mnie miłować opuszkami palców. Trzeba mnie zwiedzać, ale bardzo delikatnie. Powinno się nauczyć mnie na pamięć. I powinno się zwiedzać moje włosy, ale powoli, zawsze powoli. No i tęsknić, ciągle tęsknić. Tęsknota niech się rozciąga od Antarktyki po Morze Śródziemne. I niech nigdy nie będzie za wiele czułości. Na pewno nie. Czułość niech spada na mnie z nieba jak deszcz albo niespodziewana wiadomość. Miej ją zawsze przy sobie. Wcieraj ją w moją skórę. Patrz, ogarnia mnie, a może nawet i pochłania. Więcej tego, jeszcze więcej tego. W pociągu Stali tak i ukradkiem spoglądali na siebie, a między nimi szumiały galaktyki i płynęły niewidzialne rzeki. Kładły się między nich wielkie sprawy i w połowie drogi trzepocząc skrzydłami rosło wielkie nienazwane. Ich cienie prężyły się gotowe do skoku. Fruwały znaki zapytania, urwane zdania. Zbliżała się stacja, na której trzeba było wysiąść. Ale w nim i w niej pędziły pociągi, które nie potrafią się zatrzymać. *** Bez niej jego cień prześwietlał się w stronę śmierci i trzeba było podawać mu tlen. Opisywało go puste i miał je też w sobie, kiedy wszystko w nim wyrywało się do niej. Tak było odkąd ją zobaczył i tak jak stał, wybiegł za firanką światła. Miasteczko Tutaj dni przetkane cierpieniem wędrują z babim latem. Własne cienie ścigają nas. Nasze życie jest tu mgiełką na szybie. Nasze dramaty roztapia słońce w zimie. Ulice znają tu jedną melodię, wszystkie ucieczki są do siebie podobne. Zostali, zostaną z małymi miasteczkami w oczach następni. Z twarzami zadymionymi przez czas. Porty, do których mieli dopłynąć staną w ogniu. W bieli. Przepadniemy tu pod popiołem, śniegiem. Może sprzedadzą nas do muzeum, gdzie białym płótnem ktoś nas przykryje i zamknie w jakiejś sali. Może nawet będziemy wołali. Ktoś kopnie w drzwi kilka razy. Potem cisza nas zwali z nóg, przerazi. Zaszepczą nas, zaciszą, zapomną za karę strażnicy, zwiedzający, rzeźby, lustra, stare obrazy, rękopisy książki. Zostaniemy sami. Zapiszemy się na oknach nienapisanymi wierszami. Potem spróbujemy się rozmarzyć, że coś się jeszcze zdarzy. *** Ten dzień też pójdzie w dym i rozniosą go na butach przechodnie. Ten dzień cały w pochodniach masz jeszcze we włosach i kącikach ust, jeszcze spływa z ciebie cały w błyskach i zapachach. Rozdzielą nas, odbiorą nam siebie, już wyciągają się po nas ich ręce. Zapomnimy co nas dzisiaj spotkało, rozmyją się nasze dłonie, rozmowy i listy. Ogień przetoczy się po wszystkim. Wiesz, że byłem dzisiaj szczęśliwy? Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę i Akademię Fotografii. Wiersze publikował w ,,Toposie”, ,,artPapierze”, ,,Kresach”, ,,Portrecie”, ,,Cogito”, ,,Czasie Literatury”, "Arkadii", ,,Perspektywach”, "Frazie”, ,,Helikopterze”, ,,Migotaniach”, ,,Wyspie”, ,,Elewatorze”, ,,Odrze”. Autor tomów Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018)
- Andrzej Molenda – pięć wierszy
Konrad Po to masz karczycho żeby głowę trzymać. Wołała narkomanka. Oświetlone drzwi apteki nie wspomogły reanimacji. Wieczór rozproszył się razem z tatuażem. Spłynął do rzeki ze ślizgiem po łuskach wyłupanych przez kamieniarzy. Światło neonów przemieniło się w szkliste stosy butelek stawianych na dachach podziemnych garażów Konrad gdzie jesteś? Kołysanka Śpij Kairos bezładny żebraku stulony pomiędzy żebrami mostu. zajmujesz tylko czterdzieści tysięcy (dwadzieścia za metr kwadrat) wciśnięty pomiędzy obłe SUV-y Śpij złodzieju bezradny nie kradnij odwróconych spojrzeń Estonia Zaraz po żniwach nie zdążyłem zauważyć śladu myszołowa schował się za ambalażem stworzonym z chmur krwawnik przekwitł zostały tylko zielone postrzępione liście morze przybrało kolor wytopionego żelaza szukam kropel błękitu w białych grzywach fal Majorana śledzony - uważnym ostrzem ołówka - przekornie wymykasz się z kolejnej linijki równania pod presją znaków większości zanikasz istniejesz teraz w spienionych falach materii w superpozycji cząstek które raz skaczą przez burtę doznając olśnienia pod gładką powierzchnią oceanu raz tańczą Tango w jakimś zapomnianym mieście. I wiesz dobrze obserwując to ze swojej klasztornej celi że oba to Ty I Ty to rozważasz. Riviera genoside Rzucasz ziarna algorytmów w napęczniałą ziemię myśląc o przebóstwieniu w pierwszej osobie jak siewca z obrazu w wiejskiej kaplicy z zniekształconym kolorowanym policzkiem ale nie jesteś ciałem z kości Galois przetaczasz tylko syntezowaną krew Abela zdobytą za perkal, świecące szkiełka, podwójnie przekreśloną jak w rzymskiej liczbie dwa literę zielonych brygad. Rzucasz ziarna o ziemię ale wyrośnie z niej tylko dziki krzak, podeptana glina wież zigguratów i wieczne echa listów: „Nie rozpaczaj Alfredzie. Potrzebuję mojej całej odwagi aby umrzeć w wieku dwudziestu lat.” Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, tancerz, ruchowiec, poeta. Absolwent UŁ i AM w Łodzi. Pracował w Centrum Nauki Kopernik i na Uniwersytecie Łódzkim. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu.
- Michał Nizgorski – Wilhelm
Był gwardzistą Hitlera, esesmanem. Po bitwie o Charków złożył wniosek o zmianę przydziału wojskowego. Chciał brać udział w dalszym poszerzaniu przestrzeni życiowej na wschodzie, mimo zapowiadanej, wyrazistej zimy i zasłyszanych przez niego przeczuć sztabu generalnego. Zapadła jego decyzja. Był w kotle szóstej armii pod Stalingradem. Przy ogniu było jeszcze zimniej. Niedobitki wojska III Rzeszy jadły przy palenisku. Odszedł z obozowiska. Zaczął szukać w okolicy amunicji po magazynkach poległych. Gdy wrócił, nikogo nie zastał. Wziął lornetkę. Dostrzegł gwardzistów radzieckich. Zrobił samozwańczy zwiad w średnicy kilometra. Poszukał swoich towarzyszy broni. Odnalazł same trupy. Żegnał ich wzrokiem. Komuniści powoli, ale systematycznie odcinali dojścia do kotła w okolicach rzeki Wołgi. Wilhelm trafił na w miarę niezmasakrowane ciała miejscowej ludności. Odszarpał z jednych zwłok cywilne łachy. Zmienił ubranie. Stępionym nożem wykroił ze swojego nazistowskiego munduru nieco materiału. Zachował też swoją opaskę leworamienną. Doraźnie schował wszystko w kalesonach. W resztę swojego uniformu ubrał zbezczeszczone ciało. Chciał położyć się obok tych zwłok. Zasnąć, choć na chwilę. Taki był początek jego drogi do domu – Prus Wschodnich. Wiedział, że nastąpiło załamanie frontu. Uświadomiło mu to jednoznacznie, jak druga wojna światowa się skończy. Uciekł z pola bitwy, zostając dezerterem. Był przekonany, że wymknął się gorzej niż złodziej. Był w SS, a jego honorem była walka. Sam ,,odwrót” był dla niego rzeczą łatwą. Między armiami gwardii pozostawały nadal luki wielkości pruskich jezior. Obrał jedną z nich. Uprzytomnił sobie na drugi dzień, że po drodze w ostępach leśnych będzie mógł spotkać różne partyzantki. Strzelił więc w okolicznym zagajniku do Rysia. Ukrył w truchle zwierzęcia, to co chował w kalesonach. Przed wojną z polecenia jego ojca, Johanna, studiował weterynarię, więc takie palpitacje bywały jego codziennością. Zarzucił martwego zwierza na barki. Poszedł z nim dalej. Co jakiś czas tłumaczył się, czy to Niemcom, czy ludności ruskiej, gdzie sobie idzie. Podawał jak z nut niezbyt dalekie i fikcyjne cele podróży. Z jednej strony znał topografię tych terenów. Studiował ją w tajemnicy już od 1939 roku. Z drugiej strony bywał też w tych stronach dużo wcześniej – za czasów paktu Ribbentrop-Mołotow. Zresztą cywil, czy niecywil… Kto byłby taki mądry, by zajrzeć Rysiowi tam, gdzie słońce nie dochodzi, by odkryć prawdę? Po kilkunastu kilometrach udoskonalił swój modus operandi. Nocą zaczął kraść z gospodarstw konie. Zajeżdżał je: klacz po klaczy, ogiera po ogierze. Uznał, że tak prędzej dotrze w rodzinne strony. Psy miejscowej ludności nie miały szansy na większe protesty. Miał ampułki z cyjankiem. Własną, ale też te zdobyte w kotle. Zanim uciekł, pogmerał w specjalnych kieszonkach mundurów poległych oficerów. Dotarł do swoich stron. Na miejscu umiejętnie wybił szybę w okolicznym sklepiku. Zabrał z jego witryny dwa kufry. Ujechał z nimi konno w przepastny las. W miejscu bardziej niedostępnym odmierzył kroki, wyciągnął z nadgniłego truchła Rysia, co było trzeba… Schował wszystko w jeden kufer. Zakopał obydwie skrzynie. Otrzepał ręce i odjechał w przeciwnym kierunku. Od tego czasu zaczął działać tak, by osiąść spokojnie gdzie indziej. Nie życzył sobie dalszych przeżyć związanych z zawieruchą wojenną. Szybko więc złapał pracę jako kierowca karetki po drugiej stronie przepastnego lasu. Po pewnym czasie w zastanej mieścince postawił inny dom. Sprowadził do niego jednego ze swoich synów i żonę. Ze łzami w oczach opowiadał w pracy, jak to był przekonany o ich śmierci… Wieczorami przy lampach naftowych odrobinę rozświetlających mrok piwnicy uczyli się innego języka. Nastała Polska. Do Prus weszli Rosjanie. Front szedł już dwa miasteczka na wschód od nich. Nakazał synowi, by zaczął udawać niemowę. Pilnował i sprawdzał, czy to robi należycie. W celach szkoleniowych uderzał go parę razy. Jak słyszał ,,scheiße”, wyjaśniał, i bił go dalej. Helgę – jego żonę – odprawił daleko w las przy starorzeczu. Dał jej kilka książek po polsku, by mogła zabić ten czas. Miejsce kryjówki było niedostępne. Wiedział, że nawet jakby komuniści mieli psy, to by one im tam były na nic. Dookoła wręcz śmierdziało torfem, a po drodze były jeszcze mokradła z oparami metanu. W miasteczku Niemcy wiedząc, co się święci, naprędce zorganizowali kryjówkę zbiorczą dla kobiet i dzieci. Wilhelm przeczuwał, jak to się skończy. Huk artylerii z godziny na godzinę był coraz bliżej. Pewnej nocy weszli. Śpiewali przy tym jak anioły. Wiele zabudowań poszło z dymem. Od zmierzchu do rana słychać było serie z karabinów. Jakieś takie idiotyczne krzyki i ewidentnie podpitym głosem wyrażane salwy radości. Rozwalano nimi tego, tą i tych, którzy wyłącznie szli po ciemku, a im się nawinęli. Tak zginął nawet pastor. Wilhelm w ten czas dostarczał Heldze jedzenie. Był przede wszystkim potrzebny jako medyk w miasteczku. Przy okazji palcem nie kiwnął w kogokolwiek sprawie. Był nowym władzom wygodny. Zaczął wtedy też mówić wyłącznie w języku polskim. Późnymi popołudniami szedł z książką pod pachą do lasu. Żołnierze radzieccy dopytywali się go parę razy o cel. Mówił, że idzie do matki w wiosce na skraju lasu. ,,Kobiecina jest chora”. Raz poszli dyskretnie za nim. Wilhelm wiedział o szpicy za sobą, więc faktycznie poszedł do wioski obok. Wszedł tam do losowego domu i tak w nim okręcił polskich gospodarzy, że żegnała go bardzo wyraźnie seniorka rodu. Usłyszeli ją wojacy. Odpuścili mu. Napisali o tym dla pewności w raporcie. Pewnego dnia w kryjówce nie zastał żony. Nie było jej tam. Przeszukał teren. Nigdzie jej nie było. Nigdy do niego nie wróciła… Mijały kolejne dekady. Kraj lat dziewięćdziesiątych po upadku PRL mógł być naprawdę inną sprawą. Wilhelm widział w nim już swoje trzecie pokolenie. Przysłuchiwał się za każdym razem, jak mówiło bez żadnych problemów mową jednego z państw zwycięskich. Na starość bardziej go to cieszyło niż podskórnie denerwowało. Miał nawet wśród nich oczko w głowie. Był nim prawnuk, Marcin. Uwielbiał bawić się w jego garażu. Przycinał tam drewienka, szlifował je, obrabiał. One spadały mu z imadła tak tysiąc razy na dzień. On je jednak tysiąc razy podnosił. Nie byłoby w nim nic dziwnego, miał do tego cierpliwość, ale też i zapał. Czasem mówił dorosłym, że w przyszłości założy warsztat stolarski. Tego dnia materiał brzęknął o ścianę garażu jakoś tak dziwnie głucho. Usłyszał to wyraźnie. Zadał sobie pytanie – dlaczego tak. Pod pulpitem zobaczył wcięcie wielkości jego dłoni. Wyjął blaszkę z szafki. Podważył ściankę skrytki. W środku znajdowała się zatęchła, czerwona, opaska ze swastyką. Było lato. Pradziadek siedział przy winogronach na ławeczce wsparty laseczką. Był dokładnie taki sam dzień jak każdego dnia. Marcin wyszedł z garażu wręcz ze stoickim spokojem. Trochę go raziło słońce. Nie wiedział, co znalazł. Pozostawał nawet ciekawy swojego odkrycia… Pradziadek był najbliżej. Marcin ponadto lubił nabierać ludzi. Pradziadka jeszcze nie próbował powkręcać, bo rzadko kiedy się widzieli. Pomyślał więc, że mógł go bardziej na coś nabrać. Po prostu lubił wyprowadzać dorosłych z ich nieomylnej równowagi. Jako narzędzie swojego fortelu wybrał język obcy. Chciał przy okazji też pochwalić się pradziadkowi (oczywiście w jego mniemaniu) świetną znajomością innego języka. Miał je aż dwa w przedszkolu. Wybrał ten dla niego fajniejszy, czyli niemiecki. Podszedł do ławeczki, śpiący pradziadek wyglądał na niej, jakby nie żył. Prawnuczek szarpnął go za ramię i zapytał: – Grosse Opa, was ist das? - dziadek nieoczekiwanie zerwał się w postawę Habt Acht. Zastygł na prostych nogach. Po oszacowaniu sytuacji zaszkliły się mu oczy. To trwało sekundy. Spojrzał już opanowany na Marcina. Uśmiechnął się z początku lekko. Patrzyli na siebie. Wiatr trącał latorośle. Ukląkł przed prawnuczkiem na jedno kolano. Objął jego dłonie swoimi rękoma i odpowiedział językiem serca. – Mein großes Kind… Ich habe auf diese Frage ein halbes Leben lang gewartet. Marcin zdębiał. Willhelm (oficjalnie pradziadek Mariusz) bez dalszego słowa wyjaśnienia wziął szpadel z garażu, machnął na niego ręką i powiedział ,,komm mit mir”. Zamknął za nimi furtkę. Prowadził go za drogę. Szli następnie przez las. Marcin wiedział, że on się chyba nigdy nie kończy. Wędrowali tak pół dnia. Nie wiadomo gdzie i po co, i to przez kompletną głuszę. Przodek szedł ze szpadlem na ramieniu, co jakiś czas zatrzymywał się, jakby patrzył na fragment kory danego drzewa. Od wejścia do lasu wyglądał na zamyślonego. Uśmiechnął się jeszcze raz i odezwał niemczyzną. Mówił spokojnie, rytmicznie, z wyraźnymi pauzami. Będąc najwyraźniej dumnym, z tego, co mówił. Ta atmosfera udzieliła się Marcinowi. On nic z tego nie rozumiał, ale pradziadek mówił tak ładnie, że nie chciał mu przerywać. Wilhelm skomentował, że zrobił to dla niego, by zapamiętał melodię języka. Skończył mówić i właśnie wtedy się zatrzymali. Pośrodku niczego pradziadek zaczął odgarniać szpadlem mrowisko. Policzył kroki. Nakreślił łopatą duży ,,x”. Wbił ją na sztorc w ziemię i zaczął kopać. Chyliło się nad nimi słońce. Marcin po pewnym czasie usłyszał głośne puknięcie. Przybiegł, spojrzał i dodał, że pradziadek chyba znalazł skarb. Wilhelm przytaknął kwaśno w jego auch Erstsprache. Po odgarnięciu resztek ziemi ze skrzyni, prawnuczek z miejsca wyczuł, że ona śmierdziała. Nieco się skrzywił. Dawny esesman to zignorował. Rozpieczętował zawartość. W środku były dziwne ubrania pachnące dziecku jeszcze gorzej. Wilhelm skomentował krótko to znalezisko swoją nienaganną polszczyzną. Zamknął kufer i wyrzucił poza wykopany dół. Kopał jeszcze głębiej. Prawnuczek czekał nie wiadomo na co. Zaczęło się ściemniać. Wilhelm nie oszczędzał się w tym momencie ani trochę, machał coraz szybciej, i bardziej energicznie, mając obecnie w nosie zalecenia swojego kardiologa. Przed oczyma prawnuczka pojawił się nieco mniejszy i w dodatku ledwo widoczny drugi kufer. Przodek otworzył go drżącymi rękoma. Przedszkolak natychmiast zwymiotował. Spojrzenie Wilhelma nagle stężało. Zaczął krzyczeć w swoim języku tak długo, aż Marcin sam przestał drżeć. Pokazał zielonemu prawnukowi jak na wyciągnięcie dłoni kołnierzyk z błyskawicami: – Zapamiętaj to. To była moja walka, choć uciekłem z niej. Nie żałuję i nigdy nie pożałowałem, a tobie prawnuczku życzę, byś wiódł życie bez tego rodzaju wojennych zawieruch. Zakopię teraz szybko te kufry i pójdziemy zaraz stąd. Przyrzekam. Tu bywają watahy wilcze, ale co najważniejsze. Masz nikomu o tym nawet jednego słowa, nawet twojej kuzynce – nic i kiedykolwiek. Nie zasługują na tę wiedzę. Marcin parę lat później, już po pogrzebie pradziadka Mariusza w przypływie: zaufania, bliskości rodzinnej, ale też z kiełkującej przekory przyszłego młodzieńca… Pokazał tę skrytkę starszej o trzy lata kuzynce, mieszkającej w tym domu. Ku jego zdumieniu była zdecydowanie szersza. Inaczej ją zapamiętał. Zupełnie była nie taka, co go zawstydziło. Opowiadał jej, że jest malutka. Wyglądała obecnie jak długi, ale niezbyt szeroki prostokąt. Marcin próbował podważyć ją sam, ale ostatecznie dokonali tego wspólnymi siłami. W środku był rapier z grawerem, kilka run, dwie książki i broszura. Dotknęli wszystkiego. Rzuciła się im w oczy szczególnie wygnieciona, lekko zbrunatniała kartka. Ona nie pasowała do zadbanego stanu pozostałych przedmiotów. Była pod nimi. Sprawdzili od razu w internecie, co mogli znaleźć. Książki były literaturą wewnętrzną SS. To były poradniki rozpoznawania ,,ras”. Broszura dotyczyła Werwolfu. Przepisali jej tekst tak na raty w tłumacza internetowego. Trochę się tam dowiedzieli, a trochę się domyślili. Była to instrukcja kreślenia run i sigili w leśnych ostępach. Potrzebnych do komunikacji niebezpośredniej tych grup sabotażowych. Najbardziej ich zaciekawiła wyrwana strona tekstu. Widzieli na niej ślady krwi. Nie dawała im dłuższy czas spokoju. Zachodzili w głowę, co tam może być napisane. Już jako dorośli pojechali w tym celu do Drezna. Oszacowali później, że nieco chaotycznie zaplanowali swój wyjazd... W zasadzie chcieli się tylko poradzić u kogoś z niemieckiego uniwersytetu. Refleksja przyszła do nich później. Zadali sobie poniewczasie pytanie, dlaczego akurat tam, a nie do Berlina albo Frankfurtu takiego, czy innego? Na pewno chcieli o to zapytać kogoś, kto by mógł przełożyć ten tekst na język polski. Oni sami nie dali z tym fragmentem rady. Znaleźli odpowiedniego człowieka już na miejscu. W gabinecie instytutu słowiańskiego zaczęli opowiadać tę historię na dwa głosy. Dopytywał ich i notował. Nauczyciel akademicki podsumował wątki, powiedział po chwili namysłu, żeby przyszli tutaj za pół dnia – tak na osiemnastą. Gdy wrócili, był wyraźnie zdenerwowany. Milczał, nie przywitał się z nimi nawet. Odrobinę zaciskał pięści. Odparł po dłuższej chwili, że fragment jest kompletnie nieprzetłumaczalny na język polski bez uszczknięć jego kluczowych sensów. Po wierzchu opowiedział, że on dotyczy: metamorfoz, likantropii i wilkołactwa. Wygląda na lata trzydzieste ubiegłego wieku. Zgadza się też to, że na stronie jest zbrunatniała krew. ,,Ten opis zjawisk jest bardzo realistyczny. Autor tylko trochę stylizował go na język mitologii nordyckiej”. Podszedł do swojego regału. Wyciągnął z niego brązową teczkę. Zebrał z biurka kilka stron odręcznej rozpiski. Ponumerował ją i ona zawierała: polskie znaczenia słów, wyrażeń, frazeologizmów rozmytych, tych trawestowanych z tamtych lat, kilka motywów wędrownych oraz inne tego typu wątki. Zazgrzytała w międzyczasie jego kserokopiarka. Powiedział im, że w przyszłości mogą sami to zobaczyć… W oryginale – czego im życzy, bo znajomości języków nigdy nikomu za dużo. Uśmiechnął się tajemniczo i wyglądał tak, jakby jeszcze coś chciał powiedzieć. Zamiast tego napisał jednak na teczce swój numer telefonu ,,gdyby coś ponadto was z tym nadmiernie gnębiło” i pożegnał się z nimi. Nigdy nie wspomniał o tym swojemu ojcu. Kuzynka raczej też ani słowem swoim rodzicom. Było dokładnie tak jak zawsze. Kilka miesięcy później ojciec Marcina popił sam parę piw przed telewizorem. Byli w domu jego ojca. Zawołał sobie swojego syna, będąc już w lekkim zamroczeniu. Nie wiadomo do końca czemu, zaczął mu opowiadać historię z jego lat młodzieńczych. Mieszkał wtedy bursie jako uczeń technikum samochodowego. Był jednak pewnego razu sam w domu rodziców na sobotę. Popalił tego dnia ,,popularne” ze skrytki jego ojca, a Marcina dziadka, i wziął sobie dla śmiechu ,,Kapitał” Marksa z jego biblioteczki. Nie po to jednak, żeby go czytać. O nie, nie, on to zrobił zdecydowanie później… ,,I to wyłącznie na potrzeby kursu w szkole oficerskiej”, jak to synowi starał się wyraźnie wytłumaczyć. Włożył w tę sobotę do środka książki klucz od ich drzwi wejściowych. Powiedział tajemniczo ,,duchu przyjdź” i powtórzył tę formułę jeszcze dwa razy. Nic się nie stało. Zero zmian. Posiedział jeszcze trochę w pustym domu, a następnie poszedł spać... Tak na rok, może dwa lata zapomniał o tym. Przyszły jednak wakacje. Jedne z ostatnich przed jego wyjazdem do szkoły wojskowej w Toruniu. Chciał się pożegnać z Irkiem i Darią. Poszedł z nimi do pobliskiego lasu, jak to tam młodzi na Mazurach robią, gdy chcą być poza czujnym okiem dorosłych. Do rana biwakowali pod namiotami. Popili też trochę piw z Peweksu. Ojciec Marcina poszedł na stronę. W środku nocy i trochę dalej udał się na tę stronę, bo taki był ich plan… Właśnie tak byli dogadani – on i jego kumpel. Była noc, było ciemno – jak to w lesie, gdy nie widać gwiazd. Był dalej. Coraz dalej i nieoczekiwanie zaczęły trzaskać w pobliżu gałązki. Przed nosem przebiegła mu postać wyższa niż nawet jego ojciec. Była bardzo wysoka. Warczała, a następnie zniknęła, tak szybko, jak się przed nim pojawiła – w dodatku znikąd. Kompletnie go zmroziło. Jak już mógł poruszyć koniuszkami stóp, wrócił powolnym krokiem do obozowiska: po cichu, bezszelestnie, bez hałasu. Zapytał na starcie Irka, czy to był on. Ten wyczytał z jego twarzy, że chwilę temu coś było nie tak. Zapytał go jednak wpierw, w zgodzie z ich wcześniejszym ustaleniem, czemu zniknął… Po chwili wspomniał kumplowi, że byli dłuższy czas bardzo zajęci, ale też, że na pewno nie słyszeli warknięcia, ani innego głośnego pęknięcia jakichś gałązek. ,,Ty popiłeś za dużo Zbychu”... Dziewczyna potwierdziła te słowa. Ojciec Marcina tu nagle urwał synowi opowieść. Być może się zamyślił, być może procenty zaburzyły mu dalszy tok myślenia... Jego syn chciał coś tam mu powiedzieć, ale do pokoju niespodziewanie wtargnął dziadek piętnastolatka. Miał oczy jak pięć złotych, wręcz wbiegł, by wziąć swojego syna za kołnierz i zapytać. ,,Dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałeś, przecież mnie też to tak kiedyś spotkało”... Ojcu Marcina w sekundę wyostrzył się wzrok. Dziadek Marcina zauważając go, wypuścił jego ojca z rąk. Ojciec Marcina spojrzał na swojego syna. On już wiedział, co to znaczy – miał ich zostawić. Tak jak to wtedy robił… Tu także wyszedł bez słowa, bo wiedział, że ,,dorośli chcą porozmawiać”. Tak też się najpewniej stało, ale reszta pozostała milczeniem. Michał Nizgorski (ur. 1994) – publikował w „Asahi Shimbun”, ,,Dzienniku Trybunie”, „Tlenie Literackim”, „Zakład Magazynie”, „Helikopterze”, „Papierowym Żurawiu”. Jest współautorem kilku antologii poetyckich: Peronu Literackiego Biblioteki Kraków, Od wschodu do zachodu – antologii wierszy Polaków z całego świata. Redaktor „Zeszytów Poetyckich”. W Fundacji Duży Format wydał książkę poetycką Wypchnięty z gniazda (2024).










