top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Tomasz Pietrzak – pięć wierszy

    Dżdżownica  Wolałbym, żeby bóg był dżdżownicą. Powstałbym na lepszy obraz lepszego podobieństwa, a nie na obraz małpy, zgubiła ogniwo, nie na podobieństwo kręgowca, co ma tak wątły kręgosłup. Taka dżdżownica – przetnij ją na dwie, a dwie pójdą pogodzone w dwie strony, przetnij na cztery, a gleba się użyźni. Weź dwoje ludzi, a masz ogień wojen. Weź czterech, a stworzysz pustynię. Kartografowie  Na ani jednej z map na Akademii Ekonomicznej nie widać wojen, które rozdzierały papier i skórę. Żadnej z wyrysowanych gór nie rozerwał ostrzał z okopu, żadna rzeka w toku nie zmieniła biegu i żadna sucha dolina nie stała się żyzną wyżyną. Równiny są równo zielone i nieusłane, a morza –morzami, nie arenami. Jeśli jest most, to zespala brzegi ,jeśli port, to stoi otworem dla wszystkich. Jednakowo to wygląda na mapach z dwa tysiące dwudziestego i tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Tak samo kreślili kapitaliści i komuniści. Jedni dodali, co było ujęte, inni ujęli, co dodane, w kolorową sumę summarum wierzyć nakazali. Konferencja pokojowa Przylecieli, aż popuściły cugle unijnych norm emisji dwutlenku węgla. Dwadzieścia siedem samolotów, plus jeden obrażony, jeden nieproszony i jeden mający wąty do reszty kołujących na płycie. Zatrzymali się w sześciuset sześćdziesięciu sześciu pokojach, co dało sześćset sześćdziesiąt sześć snów o potędze. Na powitalnym raucie wzniesiono trzy toasty – za góry, za rzeki, za lasy. Wypito tysiąc osiemset piętnaście kieliszków pinot noir (rocznik ’45). Pięć osób dało sobie w pysk, trzy rzygnęły. Wystąpił jeden szeregowiec, który zdał relację z utraty jednej pachy, jednego oka i trzech palców. Jedna matka pokazała, jak roni się pięć łez ,a pół dziecka wzruszyło kelnera i puzonistę. Wbiegł jeden czarny kot – też zdziwiony. Posypały się mowy, w czasie których siedem razy mylnie odczytano słowo „pokój” – co pociągnęło chryję w foyer. Rano zaś odbyła się debata nad debatą. W jej trakcie osiem krajów trzasnęło drzwiami, trzy zatrzasnęły się w klozecie, dwa wyszły dwa razy, a jednemu spadła korona z głowy. W końcu jednak – po pięciodaniowym obiedzie – podpisano Traktat Pokojowy, ciągnący się przez tysiąc dziewięćset osiemnaście stron. Cyrylicą zapisano w nim roszczenia jak ustępstwa oraz wnioski jak przesłanki. Na rozchodniaczka tysiąc rąk biło brawa i wręczono pamiątkowe szlafroki od Diora. Jedna nabita armata nie wypaliła. Homo Emeritus Zniedołężniały, obolały, przejrzały – z tego słabego ssaka już nic nie będzie.  Co przeżył, przeżył, co stoczył, stoczył –  i nic więcej nie powinno mu być dane.  Za dużo ziemi przelał, za dużo mórz  podeptał. Spał na swoich, jadał cudzych.  Pogarbiony, pokrzywiony, wyłysiały  nosi w sobie pamięć wojen i geny zaraz.  Dalej nie pójdzie w tej przemiękłej skórze. Już nowe wyrosło z liczb i zrozumiało, czym stare się karmiło. Bądźmy pewni, że nie pochowa, nie spali, nie przykryje, odkąd wiadomo, że nie będzie miało rąk, tych machin, które niosą najczystsze zło.  České dráhy Wkrótce Polki będą mogły legalnie usuwać ciąże – oświadczył polityk i umarł na zawiew złego wiatru. Wkrótce, to znaczy wtedy, kiedy ich koleżanki  Amerykanki montować będą moduły mieszkalne  na Marsie, a koleżanki Arabki zasiądą większością w Radzie Omanu. Siedem lat tłustych, siedem lat  chudych, siedem suchych, siedem mokrych – widzi  Karo, która zgłębia chiromancję, boże demony i koła. Chyba, że wcześniej, w końcu zaanektują nas Pepiki.  Polki mają sentyment do Czechów. Moja matka  dwa razy była w Czechach, dwa razy w Ostrawie. Wracając nocą mówiła, że Czesi są tacy gościnni,  mają czułe i ciepłe dłonie, że dają każdej Kofolę, lentilky i papier do jedzenia. Niebawem Polki będą  mogły legalnie usuwać ciąże. Póki co z Katowic  do Pragi uruchomiono pospieszny. Jeździć będzie  w dni bez niedzieli i wracać w połowie pusty. Tomasz Pietrzak (ur. 1982) – autor sześciu książek poetyckich, najnowsza, Bery z dzielni miała premierę w Wydawnictwie Znak (2025). Wcześniej wydał m.in . Bosiny (2020), Pospół (2016), Stany skupienia  (2008). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike – w 2013 r. za tom Rekordy, a w 2015 r. za tom Umlauty . Publikował na łamach m.in . „Odry”, „Twórczości”, „Przekroju”, „Gazety Wyborczej”, „Wizji”, „Tygla Kultury”, „Miasteczka Poznań”, „Dekady Literackiej”, „Wyspy”, „Dwutygodnika” i in.  Od 2018 roku współorganizator Portu Poetyckiego w Chorzowie – największej imprezy poetyckiej na Śląsku.  Mieszka w Katowicach.

  • Mirosław Drabczyk – Przewodnik po dzielni (recenzja)

    Już okładka zapowiada, że nie będziemy mieli do czynienia z łatwą lekturą. Na czarno-białej fotografii widzimy scenę z podwórka, gdzie dwa białe konie w nienaturalnych pozach męczą się, aby napełniony węglem wóz cofnąć pod drzwi ceglanego budynku gospodarczego.  Ubrany w kapotę i kaszkiet wozak, tak jak kobieta, która ten węgiel zamówiła, zgodnie patrzą na miejsce, gdzie węgiel ma być zrzucony. Dramat koni jest im obojętny. Autor informuje w posłowiu, o czym jest ta książka: Bery z dzielni to reminiscencje z dzieciństwa spędzonego w jednej z biednych, zapomnianych i naznaczonych przestępczością dzielnic Górnego Śląska. Bieda, wykluczenie, przemoc, zabobon i alkohol tworzą konstrukcję, wokół której Pietrzak snuje swoje śląskie bery czyli opowieści. Na gęsto zaludnionej dzielnicy zamieszkałej przez Śląsko-Polsko-Romską mieszankę typów ludzkich dzieją się rzeczy doniosłe, heroiczne i dramatyczne: zabawy w krematorium, topienie małych kotów, ucieczka przed pijanym ojcem, pogrzebowa procesja, prześladowania na tle rasowym albo świniobicie, po którym odbywało się gromadne próbowanie parującego mięsa zapijanego wódką. Wszystko na równych prawach, choć w dzielni nawet kilkuletnie dzieci wiedziały, że prawa nie dla wszystkich są równe. Gdy miałem siedem lat, wyrosły mi  włosy na rękach. Gęste,  czarne, po psie. Cygan  – wołali – gdzie tabor   twój kundlu?  A we mnie nie było Cygana  A nawet gdyby, to co? Podskocz  no, kurwo –   Foczi mnie tak wychował. Lepiej niż matka. Wycieńczająca pracę w hucie, przedwczesne śmierci, rozpacz matek, choroby dzieci, biedę i wykluczenie Romów autor relacjonuje bez uderzania w tony patetyczne, nie sięga po socjologiczne mentorstwo. Krwawe zajścia,  nieufność do władzy, kradzieże i powroty z więzienia dorosłych kolegów biegłych w operowaniu nożem należą wszak do krajobrazu dzielni . Pietrzak z zamierzoną nonszalancją wydobywa z pamięci sceny na pozór banalne, ale przejmująco reprezentatywne dla tego czasu i miejsca. Czasem nonszalancja ustępuje miejsca pieczołowitości, jakby opisywane zdarzenia były elementami pradawnego obrządku, któremu mieszkańcy dzielni muszą być posłuszni. Życie – zdaje się przekonywać nas Autor – choć ciężkie a chwilami beznadziejne, zasługuje na to, by nie odbierać mu świętości. Z tym, że świętość ma na dzielni wykoślawione oblicze: w biednej i zastraszonej społeczności zamiast rozumu rządzi przesąd i prymitywna wiara w złe moce. To nie szpikulec odebrał wzrok młodej Nowocce,  a stara heksa z małego domku się  zapatrzyła i złe oko puściła wodą. Tak ciemno tu było, tak głucho tu było. Na wszystko pacierze, na każdego amen. Nic, tylko przyzywanie i ciągłe odczynianie gęsim łojem.   Teoretycznie tego typu sytuacje mogłyby rozgrywać się w dowolnym polskim mieście epoki Gierka i Jaruzelskiego.  Niemal każde miało swoją “dzielnicę cudów”, do której postronni obywatele woleli nie zaglądać. Niepewność losu, ciasnota i bieda połączona z przemocą tworzyły klimat, który dla wielu pisarzy (ale także malarzy, wystarczy wspomnieć Dudę-Gracza) był inspirującym tworzywem. Jednak inne regiony, nawet takie te, gdzie rozwój przemysłu wymuszał przyśpieszony napływ siły roboczej, nie były naznaczone etniczną i historyczną odrębnością, co czyni całą opowieść jeszcze bardziej fascynującą.  Tomasz Pietrzak – wnikliwy obserwator – odkrywa przed czytelnikiem tajemnice świata, który sam poznał. Jest przewodnikiem sumiennym, prowadzi przez krajobrazy, których istnienia wielu z nas nawet się nie domyślało. Niby Wergiliusz oprowadza nas po piekle ciasnych mieszkań, wspólnych wychodków, bocznic kolejowych, poniemieckich ruin, dawnych obozowych baraków, cuchnących podwórek i chlywików, w których trzymano świnie. Widziałem miasto obrosłe pleśnią o rozłożystej grzybni, miasto ojców, ciągnących się jak wory kości do domów, w których krochmal matek czekał abby wchłonąć cały alkohol. (…)                miasto ziejące oranżem, miasto Etna, dyszące do uszu i duszące skrzela bobasów, które za wcześnie wyszły  z  ołowicowych matek.  Porównanie jest umowne: Wergiliusz pokazywał piekło, jako miejsce, do którego śmiertelnicy dopiero mogą trafić, natomiast horror dzielni  przywołany przez Pietrzaka to na szczęście przeszłość. Coś jak koszmar senny, który tylko wydaje się prawdą.    Autor Berów z dzielni pozwala sobie na zmyślenia i hiperbole, przywołuje obrzędy podszyte zabobonem, dryfuje w stronę baśni. Ale w dalszym ciagu mu wierzymy,  bo spod jego pióra wyłania się obraz niezwykle sugestywny. Każdy wiersz boli, ale nie dlatego dowiadujemy się o ciemnych stronach egzystencji w tym zakątku śląskiej aglomeracji, żeby współczuć.  Dzielnia to nie jest miejsce na tego typu uczuciowość. Żeby nie cierpieć samemu, trzeba umieć być obojętnym na cierpienie drugiego. Tak jak ten wozak i kobieta ze zdjęcia na okładce. Pietrzak nie szczędzi nam brutalizmu, w każdym wierszu stawia go na stół jako danie główne. Ale nie zapomina o przyprawach: z nonszalancją godną Gabriela G. Marqueza miesza rzeczywistość z fantazją, ubarwia pospolitość, sięga po humor zawarty w gwarze śląskiej.  Aż pewnej mroźnej nocy  osiemdziesiątego piątego roku ze ścian sypnęło poniemiecką szpachlą i ojcu objawił się  Pónbóczek jak żywy.   czyli grzib, cza psikać  – jak powiedział rano sąsiad medalikarz.  Bery z dzielni opierają się na narracji. Czytelnik czuje tę narrację, mimo, że książka Pietrzaka zawiera wiersze pisane oszczędnym, niemal minimalistycznym językiem. Forma pokornie podąża za treścią, czasem dwuwers przypomina ludowe wyliczanki, a litanijność jest zabiegiem jak najbardziej świadomym. Jednak tajemnica sugestywności tych wierszy polega również na tym, że tytułową dzielnię oglądamy z dwóch perspektyw jednocześnie. Na szczegółowe, skupione na detalach i pamięci zmysłów  widzenie dorastającego chłopca dorosły poeta nakłada obraz większy, pokazujący tło społeczne, polityczne i ekonomiczne. To pozwala nam lepiej zrozumieć zawiły świat w jakim dorasta kilkuletni a potem nieco starszy narrator. Ten i pozostałe zabiegi stylistyczne autor stosuje z podziwu godną precyzją każąc nieraz zastanawiać się nad pojemnością języka. Mimo, że nie jest to język specjalnie pieprzny (przy takim nagromadzeniu grozy stosowanie wulgaryzmów jako środka ekspresji wydałoby się przesadą, a jeśli już poleci jakaś kurwa, to wyłącznie jako cytat), niektóre strofy smakują jak mocny bimber przegryzany surową cebulą. I tak klimat psychiczny odrapanych podwórek, opis nędznie ubranych ludzi, strach umorusanych dzieciaków i ich nadzieję na lepszy świat Pietrak potrafi pomieścić w kilku niepozornych wersach. Czytelnik konsumuje destylat. rozdają dziś mąkę –  1 kilogram na jeden łeb, czyli dostaniemy 3 kilogramy i może kilo  na świeżo poronionego brata – się zobaczy Jest fajnie, darmoszka zawsze jest fajna Tomasz Pietrzak pisze o czymś, co dobrze zna, a przy okazji udowadnia, że potrafi tak dobrać język, aby opowieść wybrzmiała najczyściej. No i te zaskakujące puenty! Wiersz o tym, że w piwnicach rozłożono truciznę na szczury, a dwóch niepiśmiennych Romów zatruło się nia śmiertelnie, bo nie zrozumieli napisu DERATYZACJA kończy się tak:             (…) Poszła im  piana z ust I zamigotało serce. jak przyjechała  sanitarka, szczury (jeszcze wtedy żywe) rozstępowały  się biblijnie.     Mój dawny znajomy, zdobywca ważnych nagród poetyckich porównywał pisanie wierszy do rundy bokserskiej: ”Masz boksować w zaplanowanym rytmie, z siłą na którą cię stać, możesz zwalniać i przyśpieszać, ale najważniejsze abyś tuż przed końcowym gongiem wyprowadził najmocniejsze ciosy. Ze zwarcia to ty musisz wyjść z ciosem.” Wiersze Tomasza Pietrzaka zawarte w tomie Bery z dzielni spełniają ten warunek w stu procentach.  Czytelnik na koniec każdego wiersza otrzymuje cios między oczy i w masochistycznym odruchu odwraca stronę, żeby przeczytać kolejną wstrząsającą relację z życia w dzielni. Ktoś kto w dorosłym życiu próbuje potłuczony witraż własnego dzieciństwa złożyć w spójną całość i nie utracić przy tym żadnej z barw, konturów ani rozległego tła (rodzinnego, społecznego, politycznego) - ten wie jaka to trudna sztuka. Trudność nie dotyczy wyłącznie zawodnej pamięci, idzie tu raczej o nieprzystawalność języka, który nagle wydaje się nie dość pojemny i plastyczny, aby oddać ogrom sensualnych, pięknych i jednocześnie traumatycznych doznań odciśniętych w dziecięcym umyśle. Mając to na uwadze, trzeba przyznać, że Tomaszowi Pietrzakowi, który w równym stopniu prezentuje się jako poeta i gawędziarz, ta sztuka się udała.  Jego Bery z dzielni , niczym odnowiony witraż ukazujący mitologiczne sceny zajaśniał naprawdę mocnymi barwami. Życzyłbym autorowi, aby ta książka została doceniona przez jury najważniejszych konkursów literackich.   Tomasz Pietrzak , Bery z dzielni, Wydawnictwo Znak, Kraków, str. 90 Mirosław Drabczyk – poeta, tłumacz i prozaik. Autor książki Szopka ruchoma , redaktor Magazynu Suburbia.

  • Amelia Pudzianowska – cztery wiersze 

    Kobiety nie wierzę ranom milczącym i mamroczącym włóż pieniążek między uda i ściśnij nie ma nic piękniejszego niż czyste piętro w domu który płonie i już chyba dogasa wracam naga jak orzech rozbity przez gawrona całuję martwe wargi które kiedyś mówiły moje imię dziś ja szepczę do gładkiej skóry brzucha że oto skończyła się wojna zaszyto trociny z ciszą i mlekiem chroń uszy i palce chroń uszy i palce nie chciejmy kobiet które nic nas nie kosztują O człowieku co nie miał dziąseł mówisz do mnie brzegiem każdego sedna kaleczysz te palce które chciałyby być czyste oddychasz mi powietrzem którego nikt nie chce w kościach jest śmierć która jest wieczna w zębach jest odroczony ból bez takich jak ty dzieci nie umiałyby mówić o tym że swędzi je świadomość Koła  w mojej głowie koła  koła poza moją głową niebezpieczne  z koła wychodzi dziecko i mówi dlaczego mnie nie rodzisz?  ja mówię koło to macica  i oko i usta i kość ogonowa też  ja mówię nie urodzę koła  i już  koła poza głową gryzą się z psami nie chcą kupić wierszy początkującej poetki  z koła wychodzi dziecko i mówi  urodzę się samo jestem dziewczynką  potrafię wziąć szczypce jestem dziewczynką  ja mówię koło nie istnieje  jestem dziewczynką  mam macicę oko usta kość ogonową też  ja mówię koło jest niebezpieczne  założę się że wejdę w tę szczelinę  założę się że ciebie już nie ma Głowa to jest rana w głowie i krew zebrana w łódeczkę dłoni to jest krew z głowy tam jest światło i ciernie tam ciemno jest jak w martwym ptaku tam dłonie w łódeczkę płyną po morzu krwi to rana w głowie oko ze źrenicą kuli po strzale w potylicę to jest krew z głowy nikt nie mówi przepraszam tam ciemno jest jak w martwym ośle to jest rana w głowie piękna i precyzyjna to najpiękniejsza zadra w mózgu choć niewielka sączy się z niej sok który łapię w dłonie i nagle jest cicho jak martwy człowiek jak człowiek martwy od trzech dni Amelia Pudzianowska  (ur. 2001) - robi memy, rolki, frytki, a czasem pisze wiersze. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji m.in . w „Dwutygodniku”, „Książkach”, „Helikopterze”. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje, a jak potrzeba to i chomika nakarmi. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda  w Wydawnictwie Biblioteki Śląskiej.

  • Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 2)

    Guzik prawda, czyli dlaczego nie medytuję na macie z TikToka Niektóre książki są jak kubek melisy – ładnie wyglądają, ale nic nie robią. Guzik prawda Amelii Pudzianowskiej jest jak espresso o trzeciej w nocy: nie chciałeś, ale nagle widzisz wyraźniej. I może trochę żałujesz. Pierwszy wiersz, Kobiety, to jakby ktoś przyszedł i wyłączył prąd w patriarchacie – na chwilę robi się ciemno, a potem widać, kto gdzie stoi. I nie, nie wszyscy są tam, gdzie powinni. Zamiast ckliwego „girl power” dostajemy zapis tego, co boli. Zero filtrów, zero haseł na T-shirtach z sieciówki. Pudzianowska nie daje nam żadnej szybkiej recepty. Nie mówi: „wybacz i bądź silniejsza”. Mówi: „to boli, zaakceptuj to”. I to jest może najbardziej wywrotowa rzecz, jaką dziś można powiedzieć. Ten tomik jest tak cielesny, że podczas lektury miałem ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie mam krwi na rękach. Mleko, kości, pot – to nie żadne rekwizyty, tylko dowody rzeczowe. Kapitalizm chętnie przerobiłby to na coś do kupienia: „bath ritual”, „detox juice”, „body positivity retreat za 3500 zł”. Ale Pudzianowska nie daje się w to wciągnąć – jej wiersze są jak komunikat „brak w magazynie” przy próbie kupienia gotowej odpowiedzi. Trauma w guzik prawda nie jest „ścieżką rozwoju”, nie ma jej w PDF-ie z afirmacjami na poranek. Tu trauma po prostu jest, jak brud pod paznokciami. Nie znika po 21 dniach praktyki wdzięczności. I to dobrze – bo może wcale nie chodzi o to, żeby wszystko „przepracować”, tylko żeby czasem powiedzieć: „tak, to mnie wkurza, i mam do tego prawo”. Z kolei wiersz Dysonans to esencja życia w epoce powiadomień push. Wojna, tutorial jak zrobić matcha latte, klęska humanitarna, kotek w czapeczce. I ty w tym wszystkim – z ręką na sercu i drugą na karcie kredytowej, bo algorytm właśnie podsunął ci kod rabatowy na buty. Pudzianowska wyciąga nas z tej schizofrenii i mówi: „Patrz. To nie jest normalne”. A wojna? W tym tomie to nie tylko front gdzieś daleko stąd. To wojna przy kuchennym stole. Rozmowa z ciotką o „ideologii gender” i spojrzenie mamy, które mówi „proszę cię, nie zaczynaj”. To wojna o słowa – o to, czy wolno ci mówić, jak się czujesz. Nie ma w tej książce żadnego „self-care contentu”. Nie ma podcastów o tym, jak „zwiększyć swoją produktywność przez odpuszczanie”. Nie ma „wellbeing lunchu” w firmie, na którym karmią cię sałatką i mówią, żebyś „znalazł balans”, a potem przypominają, że deadline jest w piątek. Zamiast tego dostajesz pozwolenie na wkurw. Na łzy. Na śmiech, który jest tak czarny, że mógłby być memem o „This is fine” z psem w płonącym pokoju. I humor tu jest – ale to nie jest „żarcik”, który ma rozładować atmosferę. To jest humor, który wbija ci szpilę, a ty się śmiejesz, bo wiesz, że to o tobie. Końcówka – Staw  – to niby spokój, ale taki, co w nim coś bulgocze. Zakopiesz traumę, zakopiesz wstyd, ale wiesz, że to wypłynie. Bo trauma jest jak ten wujek z Wigilii – zawsze znajdzie sposób, żeby wrócić i opowiedzieć ci swoją prawdę. I może właśnie o to chodzi w tej książce – żeby zrozumieć, że czasem nie trzeba „domykać procesów”, „pracować nad sobą” ani „manifestować obfitości”. Czasem wystarczy powiedzieć: „guzik prawda” – i odłożyć telefon. I właśnie dlatego ten tomik jest potrzebny. Żeby przypomnieć nam, że mamy ciała, mamy nerwy, mamy prawo powiedzieć „guzik prawda” wszystkim, którzy próbują nam sprzedać kolejny poradnik o szczęściu. Bo czasem najlepsza duchowość to wyciągnąć środkowy palec, wziąć głęboki wdech i zacząć od nowa – na własnych zasadach. Amelia Pudzianowska, Guzik prawda, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025, str. 40. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk literacki, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu ), a następnie wydał Dychotomię  (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze  (2025). Publikował w licznych czasopismach literackich, m.in . w Odrze, Przekroju, eleWatorze, Afroncie i Helikopterze, a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w ArtPapierze i Nowym Koziryneku. Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .

  • Piotr Kasperowicz – terytorium rozpadu sekwencji

    Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych, absolwent AGH. Poeta, prozaik, aforysta, czasem krytyk. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomików wierszy.

  • Miłka O. Malzahn – Dziennik zmian (22)

    Tej jesieni i tej zimy – składam nowy cykl. Taki, w którym poranna kawa gada – bardziej jak czarownica w kuchni, niż jak napój z reklamy. To są czary-mary znad filiżanki: trochę pary i trochę piany, a między łykiem, a łykiem pojawia się poetyckość zwyczajności, ta cicha magia talerza, okna, swetra, mokrego grudniowego poranka... Zapraszam do tych krótkich impresji – mikro felietonów, w których kawa zamienia codzienność w coś, co można dotknąć słowem, a potem sobie wypić.  Miłka O. Malzahn  – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (22)

    Dzień 108. Wake up, wake up Dwa dni były snem. Spałem też naprawdę, jakby mi ktoś wtyczkę od zasilania wyłączył, pyk i nie ma mnie dla nikogo. Z wiekiem zdarza mi się to coraz częściej. Nie poradzę. Mam jeszcze do zrobienia kilka rzeczy. Jednak czuję wyraźnie, że mam też niepisaną rolę czuwającego. Są wokół łowcy newsów, fotosów, komentarzy, analiz., ale nie jestem żadnym z nich. Ja tylko czuwam i zapisuję, żeby zostało, żeby nie zapomnieć za miesiąc, za rok, za dziesięć lat. Zapisuję, że pojawiły się pierwsze zdjęcia i filmy przejętych przez Rosjan czeskich i polskich czołgów, pierwsza trafiona na froncie ex-amerykańska haubica M777, pierwsi trzej jeńcy z legionu międzynarodowego skazani na śmierć przez jakieś gremium, którego podpis nawet na papierze czerpanym z jedwabiu wyglądałby jak bohomaz z szamba. Zapisuję, że kilka dni temu w Chersoniu wyleciała w powietrze restauracja w pobliżu siedziby kolaboracyjnych władz. Zapisuję, że dziennie spada armii rosyjskiej ze stanu bateria artylerii, średnio, czasem więcej, czasem mniej. Na razie bowiem to artyleria lufowa jednak odpowiada tak w tej, jak i w innych wojnach ostatnich 100-150 lat za większość strat. Richard Overy twierdził, że w 1939 roku Luftwaffe odpowiadała za nie więcej niż 10-15% wszystkich strat w substancji miejskiej i strat ludzkich obleganej Warszawie, cała reszta to artyleria. Chociaż w naszej zbiorowej pamięci jako sprawca większości cierpień, większości śmierci zajmuje niemiecka Luftwaffe. Te ograniczone sukcesy, jakie mają Rosjanie na tym ograniczonym wielce teatrze działań na wschodzie Ukrainy to w lwiej mierze zasługa lufowej artylerii, jej zagęszczenia, w którym celność przestaje się tak bardzo liczyć. Dlatego dobrze, że ich artyleria krwawi codziennie. Niech krwawi. Zapisuję dalej, że Niemcy pod przewodem kanclerza Olafa oświadczyły, że przeciwlotnicze pociski rakietowe IRIS-T SL to jednak będą później - nie jesienią tego roku, może zimą, może wiosną roku następnego? Zapisuję tez w pamięci to zdjęcie postrzelanego statecznika ukraińskiego MIG-a 29 widziane gdzieś w internecie. Jak na szklanych płytkach, diapozytywach nakładają się w mojej głowie wyrwane z kontekstu cytaty z książek czytanych dawno temu. Na przykład o Brygadzie Pościgowej walczącej nad Warszawą w 1939. Że chłopaki latali, aby tylko mechanik wyklepał wgnioty, drutem załatał dziury w skrzydłach, zbrojmistrz usunął zacięcie kaemu i dalej, dalej. No tylko przypomnę. Polska Brygada Pościgowa 7 dnia wojny musiała opuścić lotniska i ewakuować się pod Lublin, a po 17 dniu wojny z resztkami sprzętu ewakuowała się do Rumunii. A dzisiaj, o ile dobrze liczę, mamy dzień 108 i widzę - mimo legendy o tym, że ukraińskiego lotnictwa już nie ma, bo zostało trzy razy zniszczone - ktoś mówi, nic nie mówiąc: – Aby tylko mechanik wyklepał, załatał, na drut złapał linki - znowu polecę. Na tamtym zdjęciu nie ma ani jednego człowieka. Nie wiadomo przed kim skłonić głowę. Ale ktoś łatał te dziury po pociskach, ktoś tym samolotem lata, ktoś dostarcza do niego cichcem lub oficjalnie części zamienne. I to nieprawda, że pilot utożsamiany z legendą „ghost of Kyiv” został zestrzelony. Tak, zginął nie jeden pilot i nie jedna pilotka. Ale opowieści o prawdziwym Duchu Kijowa nie da się zestrzelić. Nie jesteście w stanie zestrzelić Ducha. Z opowieścią nie da się wygrać. Głupcy. Dzień 110. "Europa daje to, co chce - Polacy to, co mają". Odpoczywałem, rozmawiałem z redaktorem o książce z wierszami, liczyliśmy z żonką topniejące zasoby myśląc, że z tych wakacji faktycznie może niewiele nam wyjść, chociażby się chciało. W jakimś momencie rozmowy z redaktorem na naszym zielonym backyardzie somsiad ozwał się zza płotu, żebym sobie zobaczył co tutaj ma jakby co. Podał mi nad bluszczem porastającym drewniane ogrodzenie między nami ciężką kamizelkę, cztery plus, i hełm, ale bez uszu. Hełm już znałem, kamizelki zawsze ostatecznie szły z innego źródła. No to ja mówię somsiad, popatrz na to i pokazuję mu ekran smartfona a na nim dwóch chłopaków w niskim lesie, jeden ma pudło z dronem, drugi ma na lufie termo. Mam w tym mały udział. Przez chwilę trzymam kamizelkę, zastanawiam się czy sobie nie przymierzyć. Cztery plus, ciężka jak cholera. Gdyby w takiej pobiegał szybko bym pożegnał nadwagę, albo, gdybym biegał za wolno - pożegnałbym życie. ale jednak nie. Jakiś przesąd, zabobon czy coś. Żeby jednak mimo wszystko oddzielać się cienką, czerwoną, niewidzialną linią. Jesteśmy w tym, ale jeszcze nie tak. Nie założyłem. Zaprosili mnie znajomi do grupy OSINT czyli open source intelligence, biały wywiad. Mówię, dzięki, nie mam żadnych źródeł, raczej myślę na podstawie dostępnych informacji, ale żaden ze mnie analityk. Pytam człowieka, który mnie zaprosił, nie pomyliłeś się aby? Nie, odpisał, musisz mieć dużo materiałów do inspiracji dla tego co robisz. Masz pisać, musisz mieć na podstawie czego pisać. Po prostu rób swoje, pisz. Zatem siedzę cicho i czytam, co mówią i piszą. Może poza Wyrwałem, z onetu.pl, który powtarza, że na jeden ukraiński pocisk pada dwadzieścia rosyjskich. Rozumiem, że on jest na pierwszej linii, że to powoduje, że ma inny punkt widzenia. Ale jak on to policzył? Siedział w miejscu gdzie jest i liczył na słuch? Umiał poznać która eksplozja jest po ukraińskim a która po rosyjskim pocisku? A potem uznał, że tak jak w tym miejscu gdzie on jest - jest wszędzie indziej? Skąd on to wszystko wie? A może nie wie, tylko tak uważa? A jeżeli nie wie tylko uważa, to może jednak powinien to zaznaczyć, że to jego jednostkowa opinia a nie wiedza? Tymczasem zapisuję, że pali się w Rosji, oj pali. Baza morska nad Bałtykiem się pali, baza remontowa na pograniczu z Ukrainą się pali, Instytut Informatyczny Rosatomu w Saratowie się pali, Zakłady Optyczno-Mechaniczne w Siergiejew Posadzie pod Moskwą się palą , komisja poborowa we Władywostoku się paliła. Zapisuję, że w Siewierdoniecku wojsko ukraińskie trzyma się resztek terenów mieszkalnych i głównie kompleksów przemysłowych przy rzece. Rzeki mogą wysychać, bo lato ma być piękne tego roku. Doniec Siewierski może przestać być przeszkodą na której będzie można oprzeć obronę. Przy czym nie jest tak, że nie ma niepokoju. Jest wielki niepokój. Weźmy takie Niemcy pod przewodem Olafa. Ledwo chlapnęli z pociskami przeciwlotniczymi IRIS-T SL, że jednak nie jesienią, ale może zimą, a jeszcze wcześniej że nie przekażą jednak swoich wyrzutni HIMARS, bo muszą je przystosować do strzelania pociskami GLMRS, chociaż w necie jest ful materiałów z niemieckimi wyrzutniami strzelającymi z GLMRS, zatem ledwo co chlapnęli - a już nowe rewelacje. Otóż nie tylko, że nie przekażą Polsce swoich czołgów w zamian za te, które Polska przekazała Ukrainie. Nie. Zablokują też zamierzony czołgów Leopard 2 do Ukrainy z Hiszpanii. Są producentem to im wolno. No cóż, tradycja dyplomatyczna, która mówi, że demokracja demokracją, wolność wolnością, ale w sprawach europy wschodniej i środkowej odrunung muss sein - trzyma się mocno. Pan robi się paskudny i pan się błyszczy czymś oślizgłym, panie Scholz. Pan się idzie umyć. Niech Pan zacznie od rąk. Niech pan umyje ręce, najlepiej na wizji. To też pewna tradycja. Ktoś ze znajomych z Ukrainy wysłał mema z ukraińskich internietów. Na zdjęciu polska bateria "Krabów" z lufami do góry. Podpis głosi: "Europa daje to, co chce - Polacy to, co mają". I to co już usłyszałem kiedyś, nie wiem kiedy, ktoś podał z ust do ust chyba zasłyszane zdanie od kobiety na granicy:  Ukraina nie ma już wielkiego brata, ale ma siostrę – Polskę. Przy okazji - zwróciliście uwagę? Jak często tę walkę wspiera siła, która jest zobrazowana postaciami kobiet? Dziewczyn? Ukraina jako młoda dziewczyna podtrzymywana przez Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę zobrazowane jako stojące za nią młode kobiety. Na przykład. Jest tego mnóstwo. To buduje jakąś nadzieję inną niż wszystkie. Także nadzieję na jakieś przebudzenie innej siły, niż ta do tej pory nam znana, którą obrazuje obła twarz Scholza. I jeszcze na to, że to przebudzenie, które znajduje odbicie w ikonografii nie będzie powierzchowne. Na ten świat, który będzie po wojnie w którym taki kanclerz Scholz albo jakiś inny niemiecki kanclerz będzie musiał się na nowo uczyć naszej ziemi, naszych języków i kultur. I oczywiście Ukraina mu podziękuje za te siedem haubic, które niebawem mają się naleźć na froncie. Podziękuje, mam nadzieję, proporcjonalnie. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.

  • Karolina Feć – O zepsutej syrence

    Przed długie lata syrenka spisywała się dzielnie umilając ludziom życie słodkim śpiewem, lecz ci z biegiem czasu przywykli do jej codziennych wokaliz, przestali je zauważać i nic sobie z syrenki nie robili. Wówczas się zbuntowała: na cholerę mam śpiewać tym niedojdom, co docenić niczego nie umieją! Już ja im pokażę… Zaczęła wyć. Wyła tak przenikliwie, że zdezorientowani ludzie nie wiedzieli, czy na alarm wyje przeciwpowodziowy, czy strażaków zwołuje, czy ostrzega przed nalotem bombowym… Wyła tak, że rowerzyści tracili dla niej głowę i wpadali do przydrożnych rowów. Wyła tak, że nawigacja prowadziła samochody do punktu wyjścia. Wyła tak, że piesi dobijali do siebie czołowo. A ci, którzy asekuracyjnie zostali w domach upijali się, by móc przy jej wyciu zasnąć, upalali się, żeby nie czuć trwogi przeszywających dźwięków oraz ruchali się zapamiętale, by oderwać od niej uwagę. Im mocniej wyła, tym większe zepsucie panowało w mieście. Mieszkańcy nie byli w stanie pracować. Produkcja stanęła. Sektor usługowy zredukowano do prostytucji, dilerki i handlu bronią. Co do broni, strzelano wzdłuż dźwięków, na oślep. O ofiarach w ludziach niejeden mówił: takim to dobrze, wycia już więcej nie słyszą. Wybuchły protesty: Precz z syrenką! Syrenka do kwasu! Syrenka raus! Przepowiadając Apokalipsę prorocy wskazywali syrenkę jako „znak czasu końca” (albo końca czasu). Aktywiści klimatyczni twierdzili, że wskutek globalnego ocieplenia syreny wariują. Ktoś rozsądny orzekł, że syrenka się po prostu zepsuła, trzeba ją naprawić i będzie po sprawie. Mieszkańcy szybko na to przystali, lecz pojawił się problem: nie wiadomo, gdzie się znajduje syrenka. Nikt jej przecież nigdy nie widział. Nie wiadomo nawet, co to za syrenka i czy na alarm wyje przeciwpowodziowy, czy strażaków zwołuje, czy ostrzega przed nalotem bombowym… (strażacy oburzali się na te pomówienia: oni aplikacji słuchają, nie syrenki). Tak czy inaczej, syrenkę należało wytropić po dźwiękach. Na pierwszą turę tropicieli syrenki jej wycie wpływało mocno od samego rana, co potwierdzała ilość porozrzucanych puszek po piwie. Druga tura tropicieli syrenki, by nie powtarzać błędów poprzedników, zatkała sobie uszy pszczelim woskiem. Nie słysząc wycia, okazali się jednak bezużyteczni. Trzecia tura tropicieli syrenki była wyszkoloną kadrą mediatorów, którzy wzięli się na sposób: trzeba z nią po dobroci, perswazją, rozmową. Złożyli syrence propozycję przez megafon, że jeśli tylko przestanie wyć, postawią jej monument. - Ale jak to, monument? – oburzyła się – toż nie wiecie, jak wyglądam… - Nic nie szkodzi, damy mu twarz jakiejś polskiej poetki, niebrzydkiej. Gwarantujemy… W ten sposób stolica zyskała rzeźbę syrenki, której nikt nigdy i nigdzie nie widział. Przecie to nie było tak! Feć, co ty opowiadasz! * Syrenka nie przyjęła propozycji. Ktoś życzliwy uprzedził ją, iż rzeźba może zostać oblana farbą i wykorzystana do celów politycznych, więc odmówiła: - Nie chcę pomnika, jebać pomnik, dajcie mi pochwę! Wśród mediatorów zapanowała konsternacja. Wiadomo, że syrenki lubią prosić o dwie nogi i nikogo rzecz nie dziwiła, lecz tak bezczelne ujęcie sprawy wywołało oburzenie. Zamiast spełnić prośbę syrenki informując przy tym media dyplomatycznie, że chodzi o kończyny dolne, zdecydowano uciec się do podstępu: może by tak schować ją do pochwy, jak się niegdyś miecze chowało i wtedy ona będzie „mieć pochwę”, a my święty spokój? Gdy tylko syrenka podsłuchała tę ohydną konspirację, zeźliła się jeszcze bardziej i znów wyła i wyła i wyła, a ludzie po raz kolejny nie wiedzieli, czy to na alarm wyje przeciwpowodziowy, czy strażaków… (strażaków nie) czy ostrzega przed nalotem… Ktoś nierozsądny doradził, że jeśli zlokalizować syrenkę można tylko mniej-więcej, należałoby zrzucić bombę na całą strefę, gdzie może się ta poczwara znajdować… Tym sposobem przeszła ona do historii jako pierwsza syrenka, która zamiast ostrzegać przed niebezpieczeństwem osobiście doprowadziła do eksplozji, pożogi i końca świata. )* Fragment zbioru Antybaśnie realizowanego ze środków otrzymanych w ramach „Stypendium Twórczego Miasta Krakowa”. Karolina Feć (ur. 1986) – doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Zajmuje się też kulturoznawstwem i filologią hiszpańską. Publikowała w dwumiesięczniku „Pole”, „Nowej Orgii Myśli”, „Masce”, „Hybris”, „Dialog-Pheniben”. Wydała pracę Nihilizm instynktowny (2016), monografię Max Stirner: wokół indywiduum (red.; 2018), oraz tomik wierszy Nihilistyczne pościelówy  (2014). W przygotowaniu: Antyfilozofia, faszyzm i ‘boska’ przemoc.

  • Karolina Feć – O kutasie zaklętym w żabę

    Występują: Żaba, a raczej w postaci żaby pokutująca za zbrodnie popełnione w poprzednim wcieleniu dusza zepsutej syrenki; Księżniczka Marysia na etapie przygotowań do ślubu z wymarzonym księciem; Książę Józio , którego rola jest przy tym znikoma; oraz, zawsze mile widziani, inni. Co też się działo (i dlaczego): Negocjowała żaba swój los niezadowoloną będąc z obrotu spraw reinkarnacyjnych. Nudziła i nudziła u wrót nieba, że pragnie stać się człowiekiem, rozmnażać się po ssaczemu, a nie po żabiemu, wypełnić ziemię niczym Adam i Ewa. Rechotała do znudzenia 24h/7, aż okolicznym mieszkańcom blokiem to rechotanie wychodziło, w końcu odezwał się głos z niebios: "Ty arogancka ropucho, jakim cudem chcesz awansować na człowieka, skoro nie jesteś zdolna do dobrych uczynków?" - Czyż muszę być dobra? Może wystarczy, bym użyteczną się okazała? - Użyteczną, pomyślmy… – spojrzał głos w rejestr ostatnich wniosków do nieba szukając, czym też żaba mogłaby przysłużyć się ludziom – patrzcie… odezwała się do nas księżniczka Marysia… zanim wyjdzie za mąż chciałaby się nauczyć posługiwać kutasem, by jej luby sobie lepszej kochanki nie szukał… Słuchaj no, żabo… na bycie człowiekiem w pełni nie zasłużyłaś, ale możemy ci zaproponować przemianę w kutasa. - Nie o to prosiłam… co ja bym z tego miała? - Przyjemność. Wystarczy, że księżniczka cię pocałuje, wtem przemienisz się w najpiękniejszego na świecie kutasa, od razu w ustach niewieścich będąc… aż sam bym się zamienił… – rozmarzył się głos. - A, fuj, nie chcę, żeby mnie jakaś wyperfumowana lala całowała! A idź mi z nią! Usłyszawszy rozmowę inne żaby zaczęły się schodzić i zgłaszać: - Ja się chętnie zamienię! - I ja! - Ja byłam pierwsza! Widząc, że oferta jest atrakcyjna, żaba się zreflektowała: Ja tylko żartowałam! Oczywiście, że się przemienię w kutasa! Nawet od zaraz, jużem spakowana… - W porządku, zabierz dwa tobołki. Jeden jest tylko warunek: kiedy już będzie ci tak dobrze, że zapomnisz o bożym świecie, nie pchaj się bezczelnie... To księżniczka ma się uczyć ciebie obrabiać, a nie ty zwiedzać jej gębę. Jeśli się zapomnisz, czar pryśnie i ponownie zamienisz się w żabę. Księżniczka Marysia, świadoma, że od głębokich spojrzeń w oczy i filozoficznych dysput szczęście małżeńskie nie zależy, ucieszyła się z pozytywnego rozpatrzenia swej prośby i oczekiwała spotkania z żabą. Tutaj następuje przemienienie i trening, który pozostawiamy taktownym czytelnikom ich własnej fantazji, gdyż – jak wiadomo – nadmiar szczegółów zabija wyobraźnię. Wkrótce kutas całkowicie stracił pamięć do powziętych umów – sądził o nich tyleż, co kanclerz niemiecki Theobald von Bethmann Hollweg czyli, że są strzępem papieru – i zapomniawszy się, o mało nie doprowadził księżniczki do uduszenia. W owym momencie zamienił się w żabę, którą Marysia z rozpędu połknęła. Od feralnego dnia cierpiała ona przewlekle na bóle brzucha, poszła więc do lekarza. Ten oświadczył, że pacjentka jest w ciąży. Nadworne dzieciaki roznosiły już plotki: ene due rabe zje królewna żabę jako nowa dusza w brzuchu jej się rusza Lekarz, przyjrzawszy się bliżej, stwierdził, że będzie to ciąża mnoga. - Dwojaczki? – pyta księżniczka. - Nie. - Trojaczki? - Nie. Wygląda na to, że wieloraczki. Radowała się żaba, że tym sposobem stanie się człowiekiem i wyjdzie na swoje, a księżniczka załamywała ręce: Co ja teraz powiem księciu? Wnet od przygnębienia przeszła do złości: A czy to mój był pomysł?! To w niebie z sufitu wzięte warunki sobie wymyślili – niech teraz naprawiają! Reklamacja została przyjęta. Poczynił ją anioł, który akurat miał najbliżej, by dostać się do Józiowego snu i na miejscu objaśnić problem. Nie zapomniał przy tym odwołać się do uznanych autorytetów: Naprawdę istnieje tylko Kutas, a świat to jego objawienie. Kutas jest najwyższym przedmiotem poznania, pomimo iż jest on niepoznawalny. Zgłębiać go można poprzez jego dzieła a także obraz jego, jaki mamy w duszy. Dusza na swoje nieszczęście oderwała się od Kutasa i upadła. Całe zło polega nie tylko na odsunięciu się od Kutasa – gdyż Kutas jest dobrocią i miłością – ale także na mniemaniu, że można się bez niego obyć. Dobro zaś wynika nie tyle z poznania, ile z miłości do Kutasa. Tak pouczony Józio zobowiązał się uznać potomstwo za łaskę z nieba. W dniu rozwiązania, wysypały się z brzucha księżniczki Marysi setki żappsów, które poczciwy książę przyrzekł kochać jak swoje. Jednak księżniczka wciąż ubolewała: - Tyle ich jest, że… komu zostawimy królestwo? Porozdzielamy? Żadnemu wówczas żappsowi nie przypadnie nic wartościowego… - Nie przejmuj się ukochana – pocieszał ją książę – wszystkie żappsy wychowamy na ludzi. Nauczymy je zawodu i niepotrzebne im będzie królestwo. Zobaczysz, poradzą sobie w życiu… Żappsy, zgodnie z obietnicą, wychowano na ludzi. Kiedy podrosły, każdy z nich został prorokiem i założył nowy kościół. Mnożyły się konkurujące sekty i herezje, aż zaczęły wyniszczać się nawzajem i wojny ze sobą prowadzić, które pochłonęły setki, tysiące i miliony istnień ludzkich. Tak oto dusza zepsutej syrenki przetrwała rozmnożona siejąc zamęt, śmierć i pożogę. )* Fragment zbioru Antybaśnie realizowanego ze środków otrzymanych w ramach „Stypendium Twórczego Miasta Krakowa”. Karolina Feć  (ur. 1986) – doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Zajmuje się też kulturoznawstwem i filologią hiszpańską. Publikowała w dwumiesięczniku „Pole”, „Nowej Orgii Myśli”, „Masce”, „Hybris”, „Dialog-Pheniben”. Wydała pracę Nihilizm instynktowny (2016), monografię Max Stirner: wokół indywiduum (red.; 2018), oraz tom wierszy Nihilistyczne pościelówy  (2014). W przygotowaniu: Antyfilozofia, faszyzm i ‘boska’ przemoc.

  • Patryk Nadolny – Wiśnia i matematyka (esej medytacyjny)

    1. Świadomość jest potężnym i zagadkowym słowem. Bez „ś” funkcjonuje jako wiadomość, informacja zakotwiczona w relacji nadawczo-odbiorczej. Niestety kilkutysięczna historia idei i refleksji nie wystarczyła, by znaleźć odpowiedź na pytanie: czym tak naprawdę jest świadomość? Zejdę ze szlaku o nazwie dywagacja i zanurzę się w oceanie imaginacji. Niech literatura przyjdzie mi w sukurs i w warunkach intelektualnej gry językowej nakreślę estetyczne wyobrażenie świadomości. Może byłoby mi lepiej, gdybym się urodził jako czysta świadomość, a więc byt pozbawiony ciała. Wystarczyłoby mi istnieć jako samo widzenie, czuła obserwacja kosmosu przez teleskopy rozbierające ciała niebieskie, odpinające guzik po guziku – księżyc po księżycu nocną koszulę usianą gwiazdami. Czy to nie jest tak, że nasze serca i umysły są naturalną naukową aparaturą, czymś na podobieństwo armii mikroskopów podglądających minimalizm życia komórkowego? Czy w czynności obserwacji gwiazd, albo komórek, tkwi również perwersja, w niczym się nieróżniąca od sytuacji, gdy facet o niezaspokojonej żądzy erotycznej obserwuje przez lornetkę sąsiadkę rozbierającą się w swoim mieszkaniu? Patrzenie ma w sobie majestat i drapieżny pazur, oko rozszarpuje każdy napotkany obraz, kęs po kęsie barwy i detale świata. Upatrzony przedmiot jest tak samo bezbronny jak sarenka pierzchająca w głąb lasu przed wygłodniałym wilkiem. W wierszu To jedno Czesława Miłosza z 1985 roku pada deklaracja w duchu metafizyki egzystencjalnej: Chcę jednej tylko, drogocennej rzeczy:/Być samym czystym patrzeniem bez nazwy,/Bez oczekiwań, lęków i nadziei,/ Na granicy gdzie kończy się ja i nie-ja. Czasami chcemy istnieć, ale w oddaleniu od ciężaru własnej biografii, pozbawieni historii swojego umysłu, być świadomością, ale bezosobową. Czyste nienazwane patrzenie byłoby nieskalane tożsamością i w pełni medytacyjne. Świadomość to podstawowy atrybut naszego człowieka wewnętrznego. Jeśli poznanie porównamy do oceanu, nasza jaźń będzie peryskopem, a dusza czymś na obraz i podobieństwo łodzi podwodnej. 2. Wieczność to metafizyczna restauracja. Karta dań jest misterna i intrygująca. Dania główne: 1. Rok w panierce z kalendarza 2. Rok przystępny – na jego przygotowanie trzeba czekać cztery lata 3. Wczoraj – nic się nie zmarnuje, przeterminowane produkty sprzedajemy o połowę taniej Danie dnia: Zachodzące słońce, niebo w gębie, zachwycający zmierzch z dodatkiem różowiejących chmur Desery: 1. Tegoroczny lód na rzece 2. Jutro z opcją indywidualnego wybrania składników przez klientów 3. Chwilo trwaj! Wskazówki na tarczy zegara uprawiają żeglugę kabotażową, dotykają krawędzi tarczy jakby trzymały się linii brzegowej. Nie zostały stworzone jako wiosła płynącego czasu, dzięki którym można przemijać pod prąd. Nie wypłynie się dzięki nim na otwarte wody nazwane wiecznością. W restauracji Wieczność czas pracuje jako kelner i przynosi na tacy świat podgrzany o brzasku energią słoneczną. Gałęzie drzew w niczym nie różnią się od rusztu, watr nimi obraca, a zamiast bryły pieczonego mięsa, w letnie miesiące skwierczy powietrze. Rzeczywistość jest oblana światłem. W zasadzie światło stanowi darmową przystawkę, tak jak kawior w amerykańskich barach w XIX wieku. 3. Niebo to wyższa ziemia, pozbawiona stałych mieszkańców, tak jak Antarktyda. Spójrzmy tylko na chmury, które przypominają ruiny starożytnego miasta. Tam w górze klucze gęgaw wędrują jak tabor cygański i śpiewają pod wioską z obłoków niby Romowie pod oknami domów. W spokojnych sadach dojrzewają wiśnie, gałęzie wykonują obrót jak wskazówki i gdy nadejdzie odpowiednia pora, szpaki urządzą królewską ucztę. Wiśnie nie będą dla tych ptaków owocem poznania złego i dobrego. 4. Najpotężniejszą bronią poznawczą jest symbol. Potęga symbolu jest tak efektywna, że świat pozbawiony symbolicznych obiektów byłby bolesną pustką. Jednak powróćmy do świadomości. Świadomość jest dyrygentem, który steruje pieśnią umysłu. Wyobrażam sobie, że każda myśl wyśpiewuje swoją prawdę, wszystkie myśli tworzą chór śpiewający w mentalnej katedrze. Dobrze jest myśleć o umyśle jako instrumencie. Czy prawda obiektywna zagwarantuje, że będziemy myśleć czysto, nie zafałszujemy? Relatywizm poznawczy ma wiele wspólnego z jazzową improwizacją. Czy lepiej zdać się na intuicję, czy jednak trzymać się żelaznych ram teoriopoznawczych? Czy przyjaźnię się ze swoją jaźnią? Czy gdybym wiedział, czym jest świadomość, poznałbym odpowiedzi na wszystkie pytania? 5. Chcę opowiedzieć o swoim ciele jako niedokończonej rzeźbie, już ponad trzydzieści lat jest wyciosywana dłutem, obraca się miarowo na tarczy zegara, a zatem dni i noce płyną harmonijnie. Czas nie potrzebuje złotego podziału i zgrabnych proporcji. Czas nie jest na wakacjach. Wczasy dla czasu nie istnieją. Gdy się położę na leśnej polanie, wicher zielonym cyrklem ze źdźbła trawy kreśli na skórze niewidzialne znaki. Historia zaczęła się w jaskini przed początkiem czasu. Czy brzuch ciężarnej matki nie jest jaskinią platońską? Większość konfesyjnych historii zaczyna się od zdania: urodziłem się tego dnia miesiąca, w roku...słońce przebijało się przez chmury... przebijało się przez białe mury, bo przecież słońce jest najeźdźcą, plądruje królestwo zeszłej nocy, tak samo jak niegdyś Rzym złupiony przez Wandalów pod wodzą Genzeryka. Urodziłem się jako wcześniak. Z relacji mojej matki wynika, że po ujrzeniu mnie i mojego brata – karykaturalnie przetworzonych, bo niewyraźnie zobrazowanych na ekranie monitora szpitalnego, zdecydowała o donoszeniu ciąży, która zagrażała jej zdrowiu i życiu. Ujrzałam dwa poruszające się punkciki i spytałam lekarza: jak to dwa serca i jedno dziecko? Pomyślałam nieracjonalnie, bo wcale nie przyszło mi do głowy, że zaszłam w ciążę bliźniaczą. Dwa punkciki, z których biła pełnia życia obroniły się przed śmiercią, bo wywarły potężny emocjonalny wpływ na mamę. Mój punkcik – serce i punkcik – serce mojego brata. Jeden z nich był punktem osobliwości, z których wziął początek wszechświat mojego umysłu, kosmos mojego ciała, w którym każda komórka jest jak gwiazda lub planeta. O moim być albo nie być przesądziło pierwsze wrażenie, jakie wywarłem na swojej rodzicielce. W życiu należy zrobić na kimś najlepsze pierwsze wrażenie, ale ja jeszcze nie byłem zanurzony w życiu, tylko w przedziwnej fazie przedżycia, w biologicznej jaskini platońskiej, a mój umysł nie był jeszcze kuźnią, w której wykuwa się myśli i idee przy pomocy miecha zbudowanego z miliardów neuronów. Bójmy się mocy rażenia dzwonów i zegarów. Machiny oblężnicze biją i tykają. 6. Podczas pobytu wakacyjnego u wujostwa w powiatowym mieście na Pomorzu Zachodnim, doświadczyłem pierwszego kontaktu intymnego w układzie triadycznym, czy jak to się mówi bardziej nonszalancko, w trójkąciku: ja – sześcioletni chłopiec, dziewczynka w zbliżonym wieku i drzewo wiśni. Wszystko to działo się w przydomowym ogródku u sąsiada. Bawiłem się przy oczku wodnym, a raczej tylko przypatrywałem się pyskom karasi, które co jakiś czas zbliżały się do powierzchni wody jakby chciały coś do mnie powiedzieć, ale było słychać tylko dziwne bulgotanie. Jeśli pamięć nie płata mi figli, to było tak, że to ta dziewczynka, której imienia oczywiście nie mogę już pamiętać, zawołała mnie do siebie, poprosiła o zamknięcie oczu, a wtedy włożyła mi do buzi soczysty owoc wiśni. Po latach napisałem wiersz o tym na poły mitycznym wspomnieniu, który kończy się tak: Nie zasypię bezkresnej przepaści pomiędzy/ słowem wiśnia, a tamtą wiśnią w moich ustach. 7. Wracając do hotelu ze starówki Gjirokastry – małej ojczyzny Ismaila Kadare, natrafiłem na ciemną ścieżkę, tak ciemną, że mogłaby prowadzić do innego świata, do przestrzeni poza czasem i historią, ale w pewnym momencie zauważyłem świecące punkciki, to zbliżające się, to oddalające się od trawy. Gdyby tylko precyzyjnie usiadły na konkretnym źdźble, mogłyby się stać czymś na podobieństwo latarni ulicznej. Światło jest cichym świadkiem naszej obecności w świecie. Po prostu zaświadcza sobą o naszym istnieniu. Jak już wspomniałem, droga do hotelowego przybytku była pogrążona w ciemnościach egipskich. W pewnym momencie robaczki świętojańskie oświetliły moją obecność w świecie i czułem się jak okręt po wielomiesięcznym rejsie, któremu łaskawa latarnia morska rozjaśnia drogę do portu. Światło jest królem rzeczywistości, wszystko jest jego świtą, o świcie. Pozwala widzieć jasno i bez skazy, jakby oczy, dopiero co otwarte po przebudzeniu, lekko zanurkowały – wzięły głęboki obraz jak oddech. 8. Próbuję zrekonstruować obraz swojego dzieciństwa. Niestety pamięć nie jest utalentowaną malarką, często tworzy bohomazy. Nie jest również dobrą architektką – plany jej budynków są wybrakowane i silnie zniekształcone, czyżby od razu chciała zbudować ruinę, a nie pachnący nowością budynek? Jakiś deweloperski blok mieszkalny, będący zaledwie niemowlakiem w porównaniu z poniemieckimi kamienicami, które zapewne już weszły w wiek dorosły, skoro doświadczyły pierwszych wybitych okien jak zębów, zadrapań lamperii, spękanych ścian jak złamań kostnych. Jeśli porównam swoje życie do 10-piętrowego wieżowca, to powoli się doczłapuję do czwartego piętra. Budynek nie został dokończony, jeszcze nie ma dachu. Dachem tego budynku będzie wieko trumny. To zaskakujące, ale gdy sięgam pamięcią, to widzę wyraźniej przyrodnicze otoczenie mojej dawnej szkoły podstawowej dla klas 1-3 i sąsiadującą z nią tkankę architektoniczną, a nie twarze klasowych kolegów i koleżanek, autorytarne oblicze nauczycielki-wychowawczyni. I nie dlatego, że w późniejszych latach spacerowałem już jako dorosły człowiek wzdłuż średniowiecznych murów obronnych rodzinnego miasta i miałem na podorędziu widok małego budynku, który był kiedyś moją szkołą, a obecnie pełni funkcję zaledwie przedszkola. Powodem nie były przechadzki, dzięki którym odświeżałem swoją pamięć, próbując jeszcze raz postawić w umyśle sztalugi i na nowo namalować obrazy dzieciństwa. Prawdziwą przyczyną działania mojej pamięci wstecznej w taki, a nie inny sposób, jest to, że gdy już byłem małym chłopcem, uciekałem dokądś samym wzrokiem, prawdopodobnie od zawsze używałem oczu jako darmowego środka lokomocji, otwierając powieki każdego poranka, około godziny siódmej przed pójściem do szkoły, już wyruszałem w daleką podróż. To nie stopy daleko mnie zaprowadzały, ale umiejętność traktowania oczu jako cudownego welocypedu, bo wystarczyło na cokolwiek spojrzeć i już byłem w innym miejscu. To nie była praca wyobraźni, ale uporczywe spoglądanie na świat przez okno w mieszkaniu, czy też w szkolnej klasie, jakbym już samym wzrokiem dotarł aż na kraniec świata, był tak bardzo blisko, bo wystarczyło spojrzeć na jakiegoś ptaka w locie i już mój wzrok przenosił mnie do ptasiego świata, byłem tym ptakiem, choć tylko patrzyłem. Niedawno w rozważaniach poruszyłem wiśniowy wątek autobiograficzny. Dzisiaj się zastanawiam, dlaczego w mojej prywatnej hierarchii owoców wiśnia rośnie na najwyższej gałęzi. Czyżby wczesnodziecięce doświadczenie inicjacyjne z wiśnią nie wydało wewnętrznego owocu w moim sercu i umyśle? Pamiętam zdarzenie sprzed 25 lat i z rzadka myślę: co słychać u wiśniowej dziewczynki, która od wielu lat jest kobietą? 9 W młodości język matematyki, subtelne relacje pomiędzy liczbami były dla mnie czymś osobliwym i niepojętym. Nie ufałem liczbom, bo w nich się kryło niezidentyfikowane niebezpieczeństwo: wieczność w cyfrze 8, szubienica z cyfry 1, nihilizm cyfry 0. Zapewne mój chłopięcy irracjonalizm przyczynił się do tego, że zostałem zapisany na zajęcia wyrównawcze w 2. klasie podstawówki. Z perspektywy nauczycielki moje zachowanie było odbierane jako dziecięca ignorancja lub postawa lekceważenia nauki, ale gdy tylko podchodziłem do tablicy, żeby rozwiązać proste zadanie matematyczne, pamiętając o zastosowaniu zasady kolejności działań (najpierw mnożenie i dzielenie, później dodawanie i odejmowanie), nie chciałem zaufać liczbom, a więc dopisywałem po znaku równa się przypadkowy zestaw cyfr. Oczywiście kilka lat później opanowałem tabliczkę mnożenia i umiejętność liczenia w pamięci, ale na etapie wczesnoszkolnym liczby były dla mnie istotami ze świata zjaw i mitycznych stworzeń. A może liczby są duchami i należą do wymiaru nadprzyrodzonego? J. M. Coetzee w Dzieciństwie Jezusa w usta opiekuna chłopca włożył pokrzepiające słowa: Liczby nie umierają, a zatem są umieszczone w kategorii nieśmiertelności. Oczywiście nieco ironizuję, bo autorowi chodziło o to, że bytom abstrakcyjnym nie można przypisać cech typowych dla istot żywych czujących ból i rozkosz, doznania zmysłowe. Liczby się nie rodzą, nie dorastają, nie zakładają rodzin i nie wydają na świat potomstwa, ale jeśli chcemy rozważyć ich egzystencję kulturową w kontekście kruchości świata, to łatwo dostrzec, że liczb nie da się unicestwić, przetrwają nuklearną apokalipsę razem z karaluchami. Woda nie zmieni mojej obecności w rzekę. Patryk Nadolny  (ur. w 1993 r.) – studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Wydał tom poetycki  Limesy (2023).

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page