Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Maciej Sieńczyk – fragment powieści "Pijaczek"
Sam byłem jeszcze dzieckiem, gdy po raz pierwszy ujrzałem Pijaczka na placu zabaw, jak polegując na ławce, przemawiał do innych dzieci. Co jakiś czas stawał chwiejnie, by z rękami w kieszeniach wygłosić kilka słów, po czym znów siadał lub kładł się na boku. Przedmiotem tych krótkich improwizowanych lekcji był, co mnie zastanowiło, Hitler. W miarę, jak widywałem go częściej sterczącego między okolicznymi chłopcami, było mi przykro, że nigdy nie umiem być tym zagadniętym. Postanowiłem zwrócić na siebie uwagę Pijaczka i zyskać jego sympatię. Odtąd, wracając ze szkoły lub na spacerze z psem, wypatrywałem tego człowieka, którego imienia nie znałem, i gdy kilka dni, a może tygodni później zobaczyłem go spacerującego samotnie, podszedłem nieśmiało i mając w pamięci jego niedawne wywody, poprosiłem: „Niech Pan mi opowie coś o Hitlerze”. „O jakim Hitlerze? O Führerze Narodu Niemieckiego, gówniarzu!”, odparł surowo, czym mnie dodatkowo onieśmielił. Tak oto stałem się, mimo wszystko, jednym z jego młodocianych znajomych. Po latach przypomniałem mu treść owej pierwszej rozmowy, a on roześmiał się i zapytał: „Jak to było? Ty powiedziałeś: »Niech mi pan opowie coś o Hitlerze«, a ja na to: »O jakim Hitlerze? O Führerze narodu niemieckiego, gówniarzu!«?”. W owych wczesnych czasach naszej znajomości dziwny wydawał mi się wybrzmiewający z wypowiedzi Pijaczka swoisty romantyzm powszechnie znienawidzonej postaci Hitlera, podobnie jak to, że używał nieznanej mi frazeologii w rodzaju: „opatrzność”, „bolszewizm”, „podludzie” i „kwestia żydowska”, co wymawiał czasem z niemiecka, jako „Die Judenfrage”. Wzbudzało to mój niepokój; dotąd nie spotkałem nikogo, kto by mówił w ten sposób, człowiek ów wydał mi się dziwacznym, jawnym wielbicielem Hitlera. Opowieści Pijaczka nie sprowadzały się tylko do straszliwych słów i deklaracji, wypowiadanych dość głośno, co było skutkiem podchmielenia, wypływał też na łagodniejsze wody i gdy słuchałem, jak przemawia, swobodnie przechodząc z zagadnień geografii poprzez historię, muzykę i literaturę, byłem pod wrażeniem ogromu jego wiedzy, a potem nabrałem pewności, że jego postać wykracza daleko poza licznych i tylko w pewnym sensie podobnych pijaczków […] Pijaczek nagrywał na swój użytek różne hitleriana, w tym urywki niemieckich filmów propagandowych, które służyły jako ilustracja radiowych i telewizyjnych programów historycznych. Puszczał mi je na wczesnym etapie znajomości; rozlegała się dziarska muzyka, na przykład Marsz pruski, a on równie dziarsko maszerował po dywanie z przymkniętymi oczami, śpiewając do taktu „pararampampampam” i wymachując wyimaginowaną buławą. Choć nie znał niemieckiego, owym demonstracjom towarzyszył nieraz komentarz, będący owocem jego domysłów i studiów ze słownikiem. Jako szczególny rarytas prezentował fragmenty przemówień Hitlera, co tym bardziej miało posmak zakazanej i perwersyjnej przyjemności i gdy na koniec padało „Sieg Heil!”, czemu odpowiadało gremialne „Sieg Heil!” ze strony tłumu, Pijaczek stawał pośrodku pokoju z wniebowziętym uśmiechem. On sam wielokrotnie dawał wyraz skłonności do naśladownictwa; szło to w parze z pewnym talentem i w przypływie dobrego humoru imitował głos lektora niemieckiej kroniki, a zwłaszcza frazę: „Russische divisione…”. Jakkolwiek zdawało mi się, że mój znajomy jest wspaniałym człowiekiem, obawiałem się nieco jego uwielbienia dla Hitlera, a on widząc, że biorę te ekstrawagancje po dziecięcemu poważnie, folgował sobie, epatując cytatami z Göringa, Hansa Franka i innych. Gdy podrosłem i moja śmiałość także wzrosła, Pijaczek zauważył, że straszliwe pochwały Hitlera nie robią już wrażenia i prawie zaniechał ich, wyjąwszy okoliczność zupełnego upojenia. Łagodniał też w miarę, jak polepszał się jego ogólny nastrój, co zbiegło się z okresem naszej znajomości i z wolna jego prawdziwy lub domniemany radykalizm zaczął ustępować. Maciej Sieńczyk – autor ilustracji prasowych oraz książkowych, między innymi do Pawia Królowej Doroty Masłowskiej, Lubiewa Michała Witkowskiego i innych. Opublikował albumy komiksowe: Hydriola (2005), Wrzątkun (2009), Przygody na bezludnej Wyspie (2012), Spotkanie po latach (2023). W 2016 roku została wydana jego powieść Wśród Przyjaciół, a w 2025 roku Pijaczek.
- Rafał Kasprzyk – Pijaczek, czyli studium spojrzenia
O egzystencji, władzy i pamięci w prozie Macieja Sieńczyka 1. Pijaczek Macieja Sieńczyka to książka, która pozornie opowiada historię relacji między chłopcami z lubelskiego osiedla a starszym, ekscentrycznym alkoholikiem – jedną z tych historii, jakie mogłyby wydarzyć się wszędzie i które zazwyczaj nie zasługują na osobną narrację. W pierwszym odruchu łatwo wpisać ją w porządek prozy wspomnieniowej, nostalgicznej opowieści o dorastaniu w latach 90., o świecie sprzed internetu, o osiedlowych typach i formujących się hierarchiach młodzieńczych. Jednak im głębiej wchodzimy w tekst, tym wyraźniej okazuje się, że mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej złożonym, a mianowicie z rodzajem literackiego eksperymentu, który testuje granice opowiadalności cudzej egzystencji. W istocie Pijaczek jest książką o spojrzeniu – o tym, kto patrzy, z jakiej pozycji, z jakim kapitałem symbolicznym i w jakim celu. Sieńczyk nie rekonstruuje jedynie losów Zygfryda, lecz odsłania cały aparat widzenia, interpretowania i wartościowania, który sprawia, że pewne biografie uznajemy za „warte opowiedzenia”, inne zaś skazujemy na milczenie lub groteskowy skrót. Tytułowy bohater zostaje poddany intensywnemu, wieloletniemu oglądowi. Najpierw jako figura fascynująca, niemal mityczna, później jako obiekt eksperymentu, wreszcie jako wstydliwy relikt przeszłości, którego obecność zaczyna ciążyć narratorowi. Każda z tych faz odsłania inny reżim spojrzenia i inną formę władzy. Jednocześnie Pijaczek demaskuje przemoc wpisaną w sam akt opowiadania o drugim człowieku. Sieńczyk jest świadomy, że każda narracja biograficzna – nawet ta podszyta sympatią, ciekawością czy poczuciem winy – jest formą zawłaszczenia. Nadając sens cudzym gestom, porażkom i milczeniom, narrator nieuchronnie podporządkowuje je własnej perspektywie, własnemu językowi i własnej drodze życiowej. Osiedlowy pijaczek zostaje „opisany”, a więc w pewnym sensie unieruchomiony, zamknięty w ramach, które mają go uczynić zrozumiałym, a przez to – bezpiecznym. To napięcie między pragnieniem zrozumienia a nieusuwalną obcością bohatera stanowi jedno z kluczowych źródeł dramaturgii tej książki. Zygfryd nie daje się ostatecznie „rozszyfrować”, wymyka się zarówno psychologicznym diagnozom, jak i symbolicznym uogólnieniom. Jego wiedza okazuje się jednocześnie imponująca i powierzchowna, jego deklarowana rezygnacja z marzeń – zarówno świadomą postawą, jak i maską skrywającą bezradność. Co ciekawe, Sieńczyk konsekwentnie odmawia czytelnikowi komfortu jednoznacznej oceny, zmuszając go do konfrontacji z własnymi odruchami interpretacyjnymi. W tym sensie jego książka staje się także prozą o granicach interpretacji. O momencie, w którym język, pamięć i narracja zaczynają zawodzić. Szczególną rolę odgrywa tu motyw magnetofonowej kasety - materialnego śladu, który miał ocalić „prawdę” o bohaterze, a w rzeczywistości ujawnia jedynie pustkę, bełkot i opór nagrywanego. To, co miało być esencją, staje się dowodem nieprzystawalności projektu biograficznego do realnego życia. Pijaczek nie chce zostać uchwycony, nie chce zostać zapamiętany w zaproponowanej mu formie, a jego obojętność wobec własnego „zapisu” podważa sens całego przedsięwzięcia. Ostatecznie więc książka Sieńczyka mówi mniej o samym Pijaczku, a więcej o tych, którzy na niego patrzą. Mówi o ich ambicjach, lękach, pragnieniu sensu i potrzebie hierarchii. To więc opowieść o tym, jak łatwo cudze życie staje się ekranem projekcyjnym dla własnych fantazji o wielkości, upadku, wyjątkowości lub jej braku. Pijaczek ujawnia, że sens, który przypisujemy innym, rzadko bywa neutralny; częściej jest on odbiciem naszego miejsca w świecie, naszego awansu lub porażki, naszej potrzeby odróżnienia się od tych, którzy „zostali w tyle”. Jeśli więc jest to książka wspomnieniowa, to w sensie radykalnym, jako zapis nie tylko przeszłych zdarzeń, lecz także dawnych sposobów patrzenia, które dziś – z perspektywy dorosłości – okazują się niepokojące, niejednoznaczne i moralnie uwikłane. Pijaczek nie oferuje katharsis ani prostego rozliczenia. Zamiast tego pozostawia czytelnika z pytaniem, które zdaje się najuczciwsze: czy w ogóle mamy prawo opowiadać cudze życie tak, jakby należało do nas? 2. Tytułowy bohater Pijaczka sytuuje się na przecięciu kilku porządków, które w klasycznych narracjach literackich zwykle pozostają rozdzielone: społecznego marginesu i symbolicznej erudycji, groteski i tragizmu, degradacji i aury wyjątkowości. Z jednej strony Zygfryd funkcjonuje jako postać jednoznacznie zdeklasowana – alkoholik, bytujący na obrzeżach wspólnoty, pozbawiony stabilnej pracy, rodziny i jasno określonej przyszłości. Z drugiej jednak strony jego wypowiedzi, zachowania i autoidentyfikacje odsyłają do porządku kultury wysokiej. Filozofii, historii, wielkich postaci i idei. Ten dysonans sprawia, że bohater nie daje się wpisać ani w schemat „nieszczęśliwego wykluczonego”, ani w romantyczny mit upadłego geniusza. Sieńczyk konsekwentnie i wydaje mi się, że z pełną premedytacją unika stabilizacji tej figury, bo każda próba przypisania osiedlowemu pijaczkowi określonej roli zostaje natychmiast podważona przez kolejny gest, słowo lub sytuację, które przesuwają go w inną stronę. Gdy jawi się jako mędrzec, szybko okazuje się błaznem; gdy wydaje się ofiarą, zaczyna sprawować subtelną władzę symboliczną; gdy zostaje zredukowany do groteskowej maski, w jego wypowiedziach pojawia się nagle ton egzystencjalnej powagi. Ta niestabilność jednak nie jest efektem braku konsekwencji narracyjnej, lecz świadomą strategią. Pijaczek po prostu funkcjonuje jako figura graniczna, istniejąca na styku sprzecznych porządków znaczeń. W tym sensie blisko mu do postaci liminalnych znanych z antropologii kultury – bytów zawieszonych między „tu” a „tam”, między normą a jej przekroczeniem. Nie należy on w pełni ani do świata dzieci, które go obserwują, ani do świata dorosłych, do którego formalnie przynależy. Jest kimś pomiędzy. Niebezpiecznym i fascynującym zarazem, obcym, ale oswojonym przez powtarzalność obecności. Jego marginalność nie polega wyłącznie na społecznym upadku, lecz na strukturalnej nieprzynależności, czyli na byciu poza klarownym porządkiem ról i oczekiwań. Kluczowe znaczenie ma fakt, że istnienie pijaczka nie posiada autonomicznego centrum narracyjnego. Bohater nie opowiada samego siebie; nie konstruuje spójnej autobiografii, nie dąży do samoujawnienia ani samousprawiedliwienia. Jego „ja” pojawia się wyłącznie w odbiciu cudzych spojrzeń – spojrzeń dzieci, nastolatków i wreszcie dorosłego narratora. On po prostu „jest”, ponieważ jest widziany, komentowany, interpretowany. Jego obecność zostaje potwierdzona dopiero w momencie, gdy staje się obiektem uwagi, a sens jego istnienia rodzi się nie z wewnętrznego doświadczenia, lecz z zewnętrznej narracyjnej obróbki. Gdy spojrzenie słabnie lub znika, znika także pijaczek jako figura znacząca. Nie ma on własnej opowieści, która mogłaby przetrwać bez świadków. To istnienie radykalnie relacyjne, zależne od cudzego zainteresowania – niemal ontologicznie kruche. W tym sensie bohater przypomina postaci kafkowskie, które trwają jedynie w obrębie procedur, spojrzeń i aktów interpretacji, a poza nimi rozpadają się w nicość. Symbolicznym zwieńczeniem tego problemu jest motyw nagrania magnetofonowego. Kaseta, która miała uchwycić „prawdę” o pijaczku, okazuje się pustym znakiem – zapisem nie tego, kim bohater „jest”, lecz tego, czym nie chce lub nie potrafi się stać. Bełkot, milczenie, opór wobec narracyjnego ujarzmienia demaskują iluzję dostępu do cudzej istoty. Projekt biograficzny ponosi porażkę, ponieważ zakłada istnienie stabilnego „wnętrza”, które można wydobyć, utrwalić i odtworzyć. Sieńczyk pokazuje, że w przypadku pijaczka takie wnętrze albo nie istnieje, albo konsekwentnie wymyka się językowi. Kaseta nie jest więc dokumentem, lecz negatywem dokumentu – świadectwem niemożności. Ujawnia ona przepaść między pragnieniem sensu a realnym doświadczeniem życia, które często nie chce układać się w znaczące całości. Krótko mówiąc, pijaczek odmawia bycia opowieścią, a jego milczący opór staje się jedyną formą suwerenności, jaką posiada. W ten sposób figura ta odsłania jeszcze jeden wymiar. Wymiar graniczności, który znajduje się na styku istnienia i reprezentacji. Jest realny, cielesny, obecny – a zarazem nieuchwytny jako sens. Jego życie toczy się obok wielkich narracji, a próba włączenia go w porządek znaczeń kończy się fiaskiem. To nie tyle tragedia jednostki, ile diagnoza kondycji nowoczesnej narracji, która nie potrafi pogodzić potrzeby sensu z doświadczeniem jego braku. Pijaczek pozostaje więc figurą radykalnie nieprzejrzystą – nie dlatego, że skrywa jakąś głęboką tajemnicę, lecz dlatego, że być może żadnej tajemnicy nie ma. I właśnie ta możliwość okazuje się dla narratora – i dla czytelnika – najbardziej niepokojąca. 3. Jednym z najbardziej znaczących i intelektualnie prowokujących wątków Pijaczka jest ironiczna gra z biografizmem – z nowoczesnym przekonaniem, że ludzkie życie domaga się narracyjnego usprawiedliwienia, a jego wartość mierzy się stopniem wyjątkowości. Narrator wielokrotnie „przymierza” pijaczka do figur wielkich i historycznie znaczących: Napoleona, Hitlera, Schopenhauera, Ludwika II Bawarskiego. Ten gest jednak ma charakter ambiwalentny. Z jednej strony uruchamia on kulturowy repertuar sensów takich jak genialność, wyobcowanie, obsesję, samotność władzy lub myśli. Z drugiej jednak strony natychmiast obnaża arbitralność samego mechanizmu porównania – groteskowość sytuacji, w której los alkoholika z osiedla mierzy się miarą historii świata. W ten sposób Sieńczyk odsłania fundamentalny nawyk nowoczesnej kultury, którym jest potrzeba nadawania życiu sensu poprzez jego „wielkość”. Biografia ma prowadzić ku czemuś więcej – wpływowi, dziełu, przekroczeniu przeciętności. Życie, które nie generuje nadwyżki znaczenia, jawi się jako zmarnowane. Powieść podważa to założenie u samych podstaw, proponując figurę radykalnie antybiograficzną, czyli egzystencję, która nie tylko nie spełnia kryteriów wielkości, ale wręcz odmawia udziału w tej grze. W tym miejscu szczególnie istotne staje się filozoficzne tło postaci. Pijaczek, choć nie jest filozofem w sensie akademickim, funkcjonuje jako postać głęboko schopenhauerowska. Jego deklarowany brak ambicji, rezygnacja z projektów przyszłości oraz chłodna świadomość własnych ograniczeń przypominają postawę negacji woli, jaką Schopenhauer uznawał za jedyną uczciwą odpowiedź na cierpienie istnienia. Pijaczek nie pragnie „więcej”, ponieważ rozpoznaje iluzoryczność pragnienia jako takiego. Jego bierność nie wynika więc z niewiedzy, lecz z rozpoznania – tyle że pozbawionego metafizycznego patosu. Jednocześnie postać ta bliska jest myśli Emila Ciorana, zwłaszcza jego radykalnemu sceptycyzmowi wobec idei sensu i postępu. U Ciorana każda biografia jest formą autosugestii, próbą usprawiedliwienia faktu, że się żyje. Pijaczek zdaje się odrzucać tę iluzję. Nie tworzy narracji o sobie, nie konstruuje mitu własnej porażki ani niespełnienia. Jego życie trwa poza językiem usprawiedliwień, co czyni je nieznośnym dla narratora, ale i dla czytelnika przyzwyczajonego do sensotwórczych opowieści. Z tej perspektywy porównania do Napoleona czy Hitlera nabierają szczególnej ironii. Sieńczyk nie zestawia Pijaczka z tymi postaciami dlatego, że dostrzega między nimi realne analogie, lecz po to, by zdemaskować logikę, wedle której historia uznaje jedne istnienia za „znaczące”, inne zaś za nieistotne. Jeśli miarą sensu jest skala wpływu, to największymi „ludźmi sensu” okazują się także zbrodniarze. Pijaczek – nieefektywny, nieproduktywny, pozbawiony wpływu – jawi się w tej optyce jako byt bezużyteczny. A jednak właśnie ta bezużyteczność stawia pod znakiem zapytania same kryteria wartościowania. W tym sensie Pijaczka można czytać także w dialogu z Heideggerem, jak słusznie zauważa Adam Woźniak na łamach Dziennika Literackiego, w swoim tekście zatytułowanym „Treści jawnie ekscentryczne?”. Bohater Sieńczyka egzystuje w trybie radykalnie nieprojektowym. Nie planuje, nie „wybiega ku przyszłości”, nie realizuje żadnego horyzontu możliwości. Z perspektywy heideggerowskiej ontologii mogłoby to uchodzić za egzystencję nieautentyczną. A jednak Sieńczyk subtelnie odwraca tę diagnozę, bo to nie pijaczek żyje w nieautentyczności, lecz raczej świat, który obsesyjnie domaga się projektów, sensów i narracyjnych kulminacji. On „jest” – i tylko tyle. Ta ontologiczna skromność okazuje się trudna do zniesienia dla porządku nowoczesności. Kluczowe znaczenie ma tu także perspektywa Levinasa. Pijaczek nie daje się uchwycić jako „Inny”, którego można zrozumieć, opisać i włączyć w porządek wiedzy. Każda próba opowiedzenia jego życia kończy się porażką, ponieważ jego egzystencja nie odpowiada na pytania, które zadaje narrator. W tym sensie pozostaje on etycznym wyzwaniem, ale nie jako figura cierpienia, lecz jako byt, który opiera się redukcji do sensu. Jego milczenie, bełkot, odmowa współpracy z projektem biograficznym są formami oporu wobec epistemicznej przemocy. Antybiograficzny charakter tej książki polega więc nie tylko na braku fabularnej kulminacji, ale na radykalnym zakwestionowaniu samej idei „życia znaczącego”. Sieńczyk pokazuje, że biografia jako gatunek literacki i kulturowy jest narzędziem dyscyplinującym: porządkuje, hierarchizuje, wyklucza. Pijaczek, który nie zostawia po sobie dzieła, idei ani wpływu, wymyka się temu porządkowi i właśnie dlatego musi zostać opowiedziany cudzym głosem. Ostatecznie jednak ta opowieść odsłania swoją własną niemożność. Pijaczek nie przegrywa dlatego, że nie stał się kimś wielkim. Przegrywa – jeśli w ogóle można tu mówić o porażce – dlatego, że jego życie nie dostarcza narracyjnego alibi dla sensu. A to już nie jest jego klęska, lecz problem kultury, która nie potrafi zaakceptować istnienia pozbawionego usprawiedliwienia. 4. Powrót Macieja Sieńczyka do lat 90. w Pijaczku nie ma charakteru czysto nostalgicznego ani sentymentalnego. Autor nie rekonstruuje tej dekady jako utraconego raju dzieciństwa, nie fetyszyzuje jej estetycznych rekwizytów – magnetofonów kasetowych, audycji radiowej Trójki, bazarów czy osiedlowych trzepaków. Te elementy pojawiają się w tekście, lecz nie pełnią funkcji dekoracyjnej; są raczej śladami materialnej kondycji świata, w którym pamięć, relacje i sens musiały posiadać fizyczny nośnik. Lata 90. jawią się jako czas przejściowy – moment zawieszenia pomiędzy starym porządkiem narracyjnym a nowym, który dopiero zaczynał się formować. To epoka „przedinternetowa” nie tylko w sensie technologicznym, ale także, a może nawet przede wszystkim, ontologicznym. Relacje międzyludzkie odbywały się wówczas w przestrzeni bezpośredniego kontaktu. Twarzą w twarz, w obrębie osiedla, szkoły, klatki schodowej, czy tak jak w moim przypadku – jak sobie przypominam – małego sklepu w środku podkarpackiej wsi. Spojrzenie miało wtedy charakter fizyczny i nieodwracalny – nie można było go cofnąć, edytować ani rozproszyć w anonimowej masie odbiorców. Pamięć z kolei nie była zapośredniczona przez algorytmy ani chmury danych; wymagała kasety magnetofonowej, zeszytu, własnoręcznie zapisanego słowa. Zapamiętywanie było wysiłkiem, a zapomnienie realną możliwością, nie zaś funkcją systemu. Dlatego nie boję się w tym miejscu powiedzieć, że w tym sensie Pijaczek wpisuje się w szerszą refleksję nad momentem historycznym, w którym sens nie był jeszcze permanentnie produkowany i archiwizowany. Życie mogło pozostać lokalne, nieprzeźroczyste, a nawet nieznaczące poza wąskim kręgiem świadków. To właśnie ta lokalność i kruchość sensu staje się jednym z kluczowych tematów książki. Lata 90. w książce Sieńczyka są także przestrzenią intensywnego eksperymentu społecznego. W warunkach transformacyjnej płynności powstają lokalne hierarchie, osiedlowe mitologie i doraźne systemy znaczeń. Dzieci i młodzież uczą się świata nie poprzez abstrakcyjne narracje, lecz poprzez bezpośrednie doświadczenie relacji władzy, fascynacji i wykluczenia. Pijaczek funkcjonuje w tym mikrokosmosie jako figura wyjątkowa. Jednocześnie obecna i obca, oswojona i niepokojąca. Jego wiedza, ekscentryczność i marginalność czynią go idealnym obiektem projekcji – kimś, na kim można testować własne wyobrażenia o sensie, porażce i wielkości. Zygfryd jest więc produktem tej epoki, to znaczy świata, w którym jeszcze nie istniały gotowe narracje tożsamościowe dla ludzi z marginesu. Nie było języka „wykluczenia”, „traumy” czy „kryzysu zdrowia psychicznego” w dzisiejszym sensie. Były za to etykiety potoczne, spojrzenia, przezwiska – brutalne, ale zakorzenione w bezpośredniej relacji. Pijaczek staje się ofiarą tego świata nie dlatego, że jest prześladowany, lecz dlatego, że zostaje intensywnie oglądany, interpretowany i używany jako punkt odniesienia dla cudzych narracji. Jednocześnie Sieńczyk sugeruje, że w dzisiejszym świecie los pijaczka wyglądałby zupełnie inaczej. Jego ekscentryczność nie pozostałaby lokalna; zostałaby natychmiast przechwycona przez cyfrowy obieg sensu. Stałby się bohaterem patostreamów, viralem, memem – figurą rozpoznawalną, ale całkowicie pozbawioną sprawczości. Okrucieństwo, które w latach 90. było osobiste, spojrzeniowe i konkretne, dziś uległoby rozproszeniu. Zamiast kilku obserwatorów mielibyśmy tysiące anonimowych widzów, a odpowiedzialność za los bohatera rozmyłaby się w masie kliknięć i reakcji. Wybór lat 90. pozwala więc Sieńczykowi opisać świat, w którym spojrzenie miało wagę - nie boję się użyć tego słowa - etyczną. Każdy gest obserwacji był jednocześnie gestem zaangażowania – nie można było patrzeć „znikąd”. Wspólnota, nawet jeśli okrutna, była wspólnotą realną, a nie statystyczną. To sprawia, że Pijaczek nabiera wymiaru elegii. Opowieści o świecie sprzed cyfrowej mediacji, w którym relacja z drugim człowiekiem – nawet przemocowa – niosła ze sobą realne konsekwencje. Dlatego książka Sieńczyka jest także refleksją nad odpowiedzialnością. W świecie sprzed algorytmów nie dało się całkowicie uchylić od konsekwencji własnego spojrzenia. Pijaczek był „nasz” – osiedlowy, lokalny, konkretny. Jego los obciążał sumienia tych, którzy na niego patrzyli, którzy go słuchali, którzy próbowali go opisać. Dzięki tej książce ja sam zaczynam rozumieć dlaczego jeszcze do dziś pamiętam większość podchmielonych postaci spod mojego wiejskiego sklepu. Dziś taka odpowiedzialność łatwo się rozprasza, bo los jednostki staje się treścią, a treść – chwilowym impulsem uwagi. Sieńczyk – takie mam osobiste przeczucie – wraca do lat 90., ponieważ jest to ostatni moment, w którym porażka mogła pozostać lokalna, a życie – nieudokumentowane. To epoka, w której możliwa była egzystencja pozbawiona narracyjnego alibi: życie, które nie zostawia śladu w archiwum internetu, a więc może po prostu zniknąć. Pijaczek jest figurą takiego właśnie istnienia – kruchego, nieprzechwyconego, niewpisanego w globalny obieg sensu. Powrót do tej dekady pozwala autorowi zadać pytanie fundamentalne, a mianowicie co tracimy, gdy każde życie staje się potencjalną treścią? I czy współczesna kultura – obsesyjnie archiwizująca, opisująca i transmitująca – rzeczywiście jest bardziej empatyczna, czy jedynie skuteczniejsza w rozpraszaniu odpowiedzialności? Pijaczek nie jest więc nostalgicznym spojrzeniem wstecz, lecz krytycznym gestem, próbą uchwycenia momentu, w którym spojrzenie jeszcze ważyło, pamięć jeszcze bolała, a sens nie był obowiązkiem. To powrót do czasu granicznego, ale nie po to, by go idealizować, lecz by sprawdzić, czy dziś w ogóle potrafimy jeszcze zobaczyć drugiego człowieka inaczej niż jako opowieść. 5. Druga, równie istotna funkcja tytułowego bohatera polega na tym, że staje się on lustrem biografii narratora, co nie umknęło uwadze Olgi Wróbel, krytyczki literackiej i autorki bloga książkowego Kurzojady, która odnotowała to w tekście krytycznym o książce Sieńczyka na łamach Dwutygodnika. Pijaczek nie jest bowiem wyłącznie opowieścią o marginalnej postaci z osiedla, lecz także – a może przede wszystkim – zapisem drogi, jaką przechodzi sam narrator: od nieśmiałego, podatnego na fascynację chłopca, przez etap młodzieńczej dominacji i interpretacyjnej pewności, aż po dorosłego artystę, który opuszcza miejsce dawnej relacji. Ta trajektoria ujawnia nie tylko los pijaczka, ale także ukrytą cenę społecznego i symbolicznego awansu. Na początku relacji narrator znajduje się w pozycji ucznia. Pijaczek jawi się jako figura niemal inicjacyjna. Jako ktoś, kto posiada wiedzę, dostęp do świata idei i języka, który wykracza poza horyzont osiedlowej codzienności. Fascynacja ta ma charakter ambiwalentny – łączy w sobie podziw i lęk, ciekawość i dystans. Na tym etapie pijaczek pełni funkcję przewodnika po inności, uczy, że istnieje inny porządek sensu niż ten narzucony przez szkołę, rodzinę czy oficjalną kulturę. Jednocześnie jednak już wtedy relacja ta jest asymetryczna, bo oparta na spojrzeniu, które czyni z bohatera obiekt obserwacji. Wraz z dorastaniem narratora układ sił zaczyna się zmieniać. Fascynacja ustępuje miejsca potrzebie kontroli i interpretacji. Narrator – coraz bardziej świadomy swojej sprawczości – przejmuje inicjatywę, zadaje pytania, aranżuje sytuacje, podejmuje próby „uchwycenia” pijaczka w narracyjnej formie. To moment, w którym relacja traci swoją pierwotną nieokreśloność i zaczyna przypominać eksperyment. Pijaczek przestaje być tajemnicą, a staje się materiałem – kimś, kogo życie można opowiedzieć, uporządkować, a nawet ocenić. Ten etap odsłania ciemną stronę dojrzewania narratora. Wraz z nabywaniem kompetencji kulturowych i językowych pojawia się pokusa dominacji, czy też przekonanie, że zrozumienie daje prawo do interpretacji, a interpretacja – do władzy. Narrator zaczyna zajmować pozycję „lepszego świata”. Świata edukacji, kultury, przyszłych możliwości. Pijaczek zaś pozostaje w miejscu i właśnie ta stagnacja czyni go coraz bardziej niewygodnym lustrem dla narratora, przypominającym o przypadkowości własnego awansu. Kulminacyjnym momentem tej relacji jest faza oddalenia. Dorosły narrator odchodzi – nie w geście dramatycznego zerwania, lecz poprzez stopniowe wycofanie uwagi. To odejście jest zarazem naturalne i moralnie dwuznaczne. Z jednej strony stanowi konieczny element biografii, gdyż nie można pozostać na zawsze w przestrzeni dzieciństwa i osiedlowych fascynacji. Z drugiej jednak strony ujawnia ono koszt, jaki niesie ze sobą wejście w „lepszy świat”. Świat mobilności, kultury i narracyjnej sprawczości. Pijaczek , który zostaje w tyle, staje się figurą porzuconą nie tyle fizycznie, co symbolicznie. Przestaje być potrzebny jako punkt odniesienia, inicjator czy obiekt interpretacji. Jego los nie ulega dramatycznej zmianie – zmienia się jedynie intensywność spojrzenia, które go podtrzymywało. W tym sensie odejście narratora jest równoznaczne z kolejną formą przemocy. Przemocą zapomnienia. Ta dynamika relacji sprawia, że książkę można także czytać jako opowieść o winie, która nie domaga się rozgrzeszenia. Narrator nie próbuje się usprawiedliwiać ani moralizować własnych decyzji. Zamiast tego rekonstruuje je z perspektywy późniejszej świadomości, odsłaniając pęknięcia i niewygodne pytania. Co znaczy „wyjść” z własnego środowiska? Kogo trzeba zostawić za sobą, by móc opowiedzieć własną historię jako historię sukcesu lub spełnienia? W tym sensie osiedlowy pijaczek pełni funkcję negatywnego punktu odniesienia dla autobiografii narratora. Jest tym, kim narrator mógł się stać – albo kim się nie stał. Jego obecność uwidacznia przypadkowość trajektorii życiowych i kruchość granicy między awansem a stagnacją. Różnica między nimi nie wynika jednak z istotowej „lepszości”, lecz ze splotu okoliczności, talentu i dostępu do narracyjnych narzędzi. Ostatecznie Pijaczek okazuje się więc książką nie tylko o marginalnym bohaterze, ale także o odpowiedzialności tych, którym udało się odejść. Narrator, jako dorosły artysta, pisząc tę historię, dokonuje aktu późnego spojrzenia – spojrzenia, które próbuje nie tyle ocalić pijaczka, ile uczciwie rozpoznać własne miejsce w tej relacji. To gest autoanalizy, który nie prowadzi do katharsis, lecz do trwania w etycznej niejednoznaczności. Pijaczek pozostaje lustrem, w którym narrator widzi nie tyle cudzą porażkę, ile własną drogę – wraz z jej kosztami, śladami i nieodwracalnymi stratami. To lustro nie daje pocieszenia, ale też nie pozwala zapomnieć. I właśnie w tej niewygodzie kryje się największa siła książki Sieńczyka. 6. Pijaczek to książka z tych bardziej ryzykownych. Autor rezygnuje w niej z bezpiecznej pozycji ironicznego obserwatora na rzecz prozy gęstej, melancholijnej i etycznie niepokojącej, którą ja osobiście uwielbiam najbardziej. Sieńczyk decyduje się opowiedzieć historię, pozornie nieistotną, o losie człowieka, który „niczym się nie wyróżniał”, który nie spełnił żadnej obietnicy wielkości, nie zostawił po sobie dzieła ani wyraźnego śladu. I właśnie w tym geście tkwi największa odwaga książki. Bo Pijaczek jest opowieścią wbrew naszym kulturowym przyzwyczajeniom. Zamiast narracji o sukcesie, przemianie czy ocaleniu, otrzymujemy historię trwania – życia, które nie prowadzi do żadnego punktu kulminacyjnego. Autor pokazuje, że potrzeba sensu, hierarchii i narracyjnego domknięcia jest przede wszystkim potrzebą opowiadających, nie zaś tych, o których się opowiada. Dlatego osiedlowy alkoholik zostaje wielokrotnie „przypisany” do cudzych interpretacji, cudzych oczekiwań i cudzych metafor, ale żadna z nich nie okazuje się wystarczająca. W efekcie książka mówi mniej o nim, a więcej o mechanizmach, za pomocą których próbujemy oswoić cudzą inność, ale i o przemocy, jaką ta potrzeba oswojenia nieuchronnie generuje. W tym sensie Pijaczek jest również krytyką samego aktu narracji. Pokazuje, że opowiadanie czyjegoś życia nigdy nie jest neutralne. Zawsze wiąże się z selekcją, hierarchizacją i władzą nad sensem. Narrator – choć świadomy tej pułapki – nie potrafi się z niej całkowicie wyzwolić. Jego gest pisania jest zarazem próbą ocalenia i aktem dominacji, aktem pamięci i formą zawłaszczenia. To napięcie pozostaje nierozwiązane, co czyni książkę tak niepokojącą i daleką od moralnego komfortu. Być może właśnie dlatego ta historia nie daje o sobie zapomnieć. Pijaczek nie znika po zamknięciu książki – przeciwnie, zaczyna powracać w rzeczywistości. W spojrzeniach przypadkowo spotkanych ludzi, w postaciach mijanych na peryferiach codzienności, w tych, którzy nie wpisują się w dominujące narracje sensu i sukcesu. Lektura uwrażliwia na obecność tych figur granicznych - ludzi, których istnienie nie domaga się interpretacji, a jedynie uznania. W tym aspekcie Pijaczek spełnia jedno z najważniejszych zadań literatury – nie oferuje gotowych odpowiedzi, lecz poszerza pole widzenia. Zmusza czytelnika do rewizji własnych nawyków interpretacyjnych, do zadania sobie pytania o to, komu i dlaczego przypisujemy znaczenie, a kogo skazujemy na przezroczystość. To literatura, która nie pociesza i nie porządkuje świata, lecz uczy patrzeć uważniej i brać odpowiedzialność za to, co widzimy. Ostatecznie powieść okazuje się książką o granicach empatii i o granicach sensu. O tym, że nie każde życie da się opowiedzieć bez reszty i że być może nie każde powinno. To za co bardzo cenię prozę Sieńczyka to to, że nie ratuje on swojego bohatera, ale też go nie unieważnia. Pozwala mu pozostać tym, kim był. Kimś niejednoznacznym, nieprzystającym do narracyjnych form, a przez to boleśnie realnym. I właśnie dlatego Pijaczek pozostaje jedną z tych książek, które nie kończą się wraz z ostatnim zdaniem, lecz zaczynają pracować w czytelniku – długo po lekturze. Maciej Sieńczyk: Pijaczek. Biblioteka Śląska, Katowice 2025, str. 336. Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu), a następnie wydał Dychotomię (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował w licznych czasopismach literackich, m.in . w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze" i "Afroncie", a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w "ArtPapierze" i "Nowym Koziryneku". Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (25)
Dzień 138 albo smutna opowieść o tym, jak zostałem rusofobem, Jerzym Urbanem oraz Iliją Erenburgiem na raz. [...] Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę. (Zbigniew Herbert, „Tren Fortynbrasa”) Ja to się czasem doczekam. No i się doczekałem. Jednego dnia zostałem nazwany rusofobem, propagandzistą lepszym od Urbana i porównany zostałem do Iliji Erenburga. Przez znajomego zostałem tak nazwany i to publicznie stąd odpowiedź publiczna, chociaż bez personaliów, bo jakoś mi smutno. Bo przecież to wszystko ukraińska intryga, bo przecież działał od 2014 roku traktat pokojowy z Mińska. Bo dewastacja trwa, liczba grobów i ruin rośnie i jak można w tych warunkach pisać o oporze, umacniać wolę oporu, trzeba się poddać od razu woli dobrego władcy, uwierzyć mu trzeba, nie odtrącać tej ręki co to jej wcale nie wyciągnął. Przecież pokój jest w zasięgu ręki tylko trzeba przestać strzelać i nie dostarczać amunicji. Już od jutra zaświtać może jutrzenka pokoju, tylko Ukraińcy muszą przestać się bronić, przestać tak strzelać, tak się upierać w granicach swojego państwa. Gdyby to trafiło na Kanadę, na pewno w imię pokoju byłaby gotowa oddać Vancouver, Albertę i dorzuciła by jeszcze Quebec, bo z tą mniejszością z Quebecu zawsze były kłopoty. A gdyby tak Francję najechała rosyjska armia to przecież nic wielkiego oddać Bretanię, Prowansję i okręg Lille z mieszkańcami, których kilku tam okupanci rozstrzelają, kilku zgwałcą, ale czegóż się nie robi dla pokoju? A o tym, że jestem lepszy od Urbana, równie dobry jak Erenburg, ale zarazem rusofobiczny, jak nie wiadomo kto - napisał wirtualny znajomy, który wyjechał stąd, ze strefy wielkiej rusofilii w czasach gdy się stąd wyjeżdżało, bo dzięki kurateli ZSRR (poprzednika i następcy imperialnej Rosji, zależy jak patrzeć) – żyło się w Polsce tak, że jeśli kto miał łeb na karku i mógł – to spieprzał. A teraz, jak już się urządziło za oceanem, jak się oporządziło rodzinę na resztę życia z dala od Rosji, to można pouczać, najlepiej tych w Polsce, Ukrainie, Litwie – że są rusofobami. Bo przecież nie ma nic autentycznego. To wszystko to propaganda. Pokój jest możliwy od jutra, a ja, inni tutaj – siejemy tylko nienawiść, rusofobię, która zatruje kolejne pokolenia. Bo przecież Rosja się ciągle broni, od trzystu lat, dlatego ciągle podbija nowe tereny, nigdy nie ma dość i jest największym terytorialnie państwem na ziemi. I gdyby nie opór ukraiński, słoneczko pokoju już by świeciło jak nagie pośladki władimira wampirowicza, gdyby je wystawić na słońce bez ochrony. Tylko dlaczego oni nie chcą się poddać? Czy mają swoją tożsamość? Nie chcą oddać swojej ziemi, domów obcemu państwu? Bronią się jak każdy, któremu ktoś przyszedł podpalić dom, ten w którym mieszka? Ależ skąd. Są nacjonalistami i rusofobami. Ale nic straconego - martwy rusofob naturalnie ma tendencję do ewoluowania w kierunku rusofilii. Tak mnie zapowietrzyło, że musiałem sobie zacząć przypominać jakieś podstawowe fakty, żeby po łańcuszku wrócić do realiów, bo miałem przez chwilę wrażenie, że nastąpiło spore zaburzenie jakiś rodzaj kwantowej podmiany światów czy co tam. No bo weźmy to porównanie do Iliji Erenburga, takiego pisarza, co zarazem był korespondentem i propagandzistą Stalina. Że niby ja w jego ślady. On pisał na przykład w 1945 roku: „Złamcie siłą dumę rasową germańskiej kobiety. Bierzcie je jako regularną zdobycz!" Efektem słów Erenburga były miliony gwałtów, sporo spontanicznych mordów na cywilach. Tylko czegoś nie rozumiem. Jak na razie to rosyjska armia gwałci, morduje, strzela na oślep po centrach handlowych, budynkach, szpitalach, szkołach, a ukraińska – owszem, ale dosyć celnie po składach amunicji armii rosyjskiej. I tak, ja piszę o tej armii - orcze hordy. Widzę w niej wysłanników nienegocjowalnego zła. A żadna jednostka ramii ukraińskiej nie wpadła jeszcze do żadnego Jekaterynburga gwałcić i mordować, póki co czwarty miesiąc regularnie dzieje się to gdzie indziej i sprawcami jest inna armia. To jaki ze mnie Erenburg? Przecież ja nigdzie nie zachęcałem armii agresora do gwałtów na cywilach, a armia rosyjska nie potrzebuje tych zachęt, bo znakomicie robi to sama. Tak na marginesie – Mińsk 2 nie był żadnym traktatem pokojowym, bo przecież oficjalnie nikt nie toczył wojny a był to zaledwie rozejm, którego sama Rosja nie przestrzegała i ostatecznie zerwała. Ba. Rosja uważała, że nie jest nawet stroną w tym konflikcie, więc w sumie nie wiadomo czemu w tym maczała palce. Ale, nie Mińsk 2 nie był traktatem, nie wytyczał nowej granicy, nie uznawał aneksji Krymu ani anschlussu części Donbasu, tylko rozgraniczał linie walki. Nic więcej. Musiałem sobie zatem przypomnieć czy na Kijów, Charków, Lwów, Łuck, Sumy, Mariupol spadały bomby brytyjskie, amerykańskie, pasztuńskie, urugwajskie czy rosyjskie? Musiałem sprawdzić, czy to nie w Moskwie, Twerze, Tule, Petersburgu kopano prowizoryczne mogiły, czy nie tam znajdowano porzucone w nieładzie ciała zamordowanych ludzi? Czy to nie na Wołgograd spadały w nocy bomby kasetowe? Czy to holenderska rakieta trafiła w pełen cywilów samolot Malezyjskich linii lotniczych MH17? Czy to Norwegowie zrzucali na Mariupol bomby fosforowe? Ciągle wychodziło mi, że wszędzie tam robiła to armia rosyjska przez nikogo nie proszona, nie oczekiwana. Ja w ogóle bardzo lubię ten typ argumentu. Niech ta Rosja trzyma się swoich granic – mówi ktoś, a ty zaraz odpowiadasz – nie bądź rusofobem. Mówię – moja babcia nie usłyszała przez całą wojnę ani słowa po niemiecku, bo ją i jej rodzinę sowiecka armia wywiozła nad Irytysz, a w odpowiedzi słyszę – nie bądź rusofobem. Mieszkałem jako dziecko przy koszarach sowieckiej armii, mówię – i to byli okupanci, myśmy to wiedzieli bez wielkich słów, ale zaraz twoja riposta – zaś prawisz jak rusofob. Mówię Katyń, mówię Hołodmor, mówię NKWD, ale nie, nie – słyszę, nie wolno być rusofobem. Kiedy bomba spadnie na dom w którym mieszkasz, kiedy twoi znajomi zaczną znikać z ekranów smartfonów, laptopów, bo zaczną ginąć na froncie od rosyjskich kul – mówisz - recytuj Puszkina, abyś nie był uznany za rusofoba. Gdy przypomnisz sobie Buczę, przeczytasz wiersz Lesia Panasiuka dla równowagi włącz płytę z Czajkowskim abyś nie został zapisany do rusofobów, bo może i mordują, ale jakże piękną poezję wydali, może i gwałcą, ale przecież można było ich nie prowokować, ubierać dłuższe spódniczki, albo spodnie. To bardzo słuszne, nie być rusfobem. Szczególnie jak się mieszka daleko od Rosji. Przyjedź do nas, zajrzyj do Miedzna, gdzie niedawno byliśmy, spojrzyj w oczy Oli w oczy jej dzieci i powiedz jej, że są rusofobami, że gdyby nie ich rusofobiczna ucieczka – pokój byłby możliwy od jutra. Powiedz to Jurijowi, który pierwsze tygodnie przesiedział w schronie, pewnie z rusofobicznej paranoi. Trzeba było wyjść na powietrze, odetchnąć odłamkami pocisków rakietowych. Powiedz to Wicie i jej dzieciom, która straciła męża w Donbasie w sierpniu 2018 roku, w czasie trwania tego, jak to określiłeś – traktatu pokojowego, który nie był żadnym traktatem i nie miał nigdy takiej rangi, ale jednak. I opowiedz im jeszcze dlaczego wyjechałeś wiele lat temu ze strefy rusofilii, ziemi dobrobytu i polsko-radzieckiej przyjaźni, zamiast tu zostać? Dlaczego wybrałeś przedmieścia Toronto, w Kanadzie przytulonej jak huba do wielkiego brata i z tej odległości pouczasz nas wszystkich o rusofobii nie mając nawet cienia szansy doświadczenia w jednym procencie naszej bezsiły, strachu, zmęczenia, wyczerpania? Nie mówię o tym co jest po za wyobrażeniem, o strachu ukraińskich kobiet, mężczyzn i dzieci. Dlaczego siedzisz tam na przedmurzu tej potwornej, morderczej Ameryki, dlaczego nie wybierzesz przedmieścia Teheranu, Moskwy, Mińska? I żeby zacytować klasyka: nie odpowiadaj, to pytanie retoryczne, Maverick. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.
- Pan Bu – pięć wierszy
postkochanków budzi smród z ich ust i znów seks nie ma przez chwilę nad nimi władzy między nic a coś ta sama ambiwalencja z zewnątrz ogląd bez zmian - postępująca susza gubienie liści i prąd który chciałby się zerwać z drutów ranek nie nosi śladów eksplozji porażeni leżą jak martwa natura tylko martwość jest trwała w tej ekspozycji przeszła wdzięczność za odpalenie płomienia który po fakcie wydaje się ledwie płomykiem oświadczenie RODO na wypadek co dzień wybierałem zaległy urlop na niesamobójstwo w seryjnym niepopełnieniu w kompulsjach bardziej jak sznur tabletki pociąg niż kiedy przed uzurpatorskim godnym złośliwego demiurga zbrodnieniem przeciwko nieżyciu albowiem powiadam wam poczęcie to grzech śmiertelny antynatalizmu wciąż za mało i stale z późno więc wybaczmy naszym wstępnym i przeprośmy dzieci nasze żądam prawa do bycia zapomnianym po śmierci segregacja śmierci co dzień się wyrzucam do odpowiednich pojemników plastik papier nożyce kamień zmieszane metal reggae cały ten jazz pojawił się nekrolog odbioru większych gabarytów już wiem kiedy mam się wynieść nigdy nie wierzyłem w to zaklęcie, że noc jest jeszcze młoda w każdy dzień z tą samą mantrą już kurwa mam dość nie chcę żyć wstaję wcześnie bez problemu ostatnio coraz bardziej to zapewne wpływ zmiany czasu najjaśniej jest przed świtem dziewczyna którą mijam na ulicy odchodzi w swoją przyszłość a ja ciemność oto miłość w ciele starzejącego się cóż że nadal sprawnego mężczyzny to boli że przed nią wciąż jeszcze - na szczęście nie ze mną - te chwilowe zakłócenia odbioru które musi przeżyć metoda na życie na początku lat 80 wychodziłem z dzieciństwa w młodość a z popu w rock (i panki rege party) pewny jak nigdy wcześniej że muzyka zmienia świat a ja posurfuję na niej w lepszą przyszłość zbyt niebawem okazało się że muzyka muzyką a życie dalej do dupy w tej desperacji końca dekady byłem gotów umownie a może i dosłownie wrócić do popu (byle była miłość) jakby od przyjętej estetyki zależeć miało szczęście czy cokolwiek choć przecież mówił dj heraklit (w top of the pops) nie możesz wejść dwa razy do tej samej dyskoteki
- Ricardo Piglia - Tezy o opowiadaniu
I W jednym ze swoich notatników Czechow zapisał następującą anegdotę: „Mężczyzna w Monte Carlo idzie do kasyna, wygrywa milion, wraca do domu i popełnia samobójstwo”. Klasyczna forma opowiadania jest skondensowana w rdzeniu tej przyszłej, nienapisanej opowieści. W przeciwieństwie do przewidywalnego i konwencjonalnego schematu (gra — przegrana — samobójstwo), fabuła rozwija się w sposób paradoksalny. Anegdota oddziela historię gry od historii samobójstwa. To rozdzielenie jest kluczowe dla zdefiniowania dwoistej natury formy opowiadania. Pierwsza teza: opowiadanie zawsze opowiada dwie historie. II Klasyczne opowiadanie (Poe, Quiroga) wysuwa na pierwszy plan historię numer jeden (opowieść o grze), jednocześnie potajemnie konstruując historię numer dwa (opowieść o samobójstwie). Sztuka autora opowiadań polega na umiejętności zakodowania historii numer dwa między wierszami historii numer jeden. Widoczna opowieść skrywa sekretną opowieść, opowiedzianą w sposób eliptyczny i fragmentaryczny. Element zaskoczenia pojawia się, gdy na jaw wychodzi zakończenie ukrytej historii. III Każda z tych dwóch historii jest opowiedziana inaczej. Praca z dwiema historiami oznacza operowanie dwoma różnymi systemami przyczynowości. Te same wydarzenia wpisują się jednocześnie w dwie antagonistyczne logiki narracyjne. Istotne elementy opowiadania pełnią podwójną funkcję i są wykorzystywane inaczej w każdej z dwóch historii. Punkty przecięcia stanowią fundament konstrukcji. IV W „Śmierci i busoli”* Borgesa na początku opowieści handlarz postanawia opublikować książkę. Książka pojawia się tam, ponieważ jest niezbędna do skonstruowania ukrytej historii. Jak gangster pokroju Reda Scharlacha może być świadomy złożonych tradycji żydowskich i zdolny do zastawienia mistycznej i filozoficznej pułapki na Lönnrota? Autor, Borges, udostępnia mu tę książkę, aby ten mógł się dokształcić. Jednocześnie wykorzystuje historię numer jeden, aby ukryć tę funkcję: książka wydaje się istnieć w związku z morderstwem Jarmolińskiego i jest wynikiem ironicznego zbiegu okoliczności. „Jeden z tych handlarzy, którzy odkryli, że każdy człowiek pogodzi się z kupnem każdej książki, opublikował w popularnym wydaniu Historię sekty chasydów"* . To, co zbędne w jednej historii, jest niezbędne w drugiej. Książka handlarza jest przykładem (podobnie jak tom „Baśni tysiąca i jednej nocy” w „Południu”, jak blizna w „Bliźnie”**) niejednoznacznego materiału, który wprawia w ruch mikroskopijną maszynę narracyjną opowiadania. *Jorge Luis Borges, „Śmierć i busola” [w:] tegoż, „Fikcje”, przeł. A. Sobol-Jurczykowski, PIW, 2019 [wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza — A.K.]. **Tytuł oryginału — „La forma de la espada” — nie wskazuje na bliznę, lecz na perską szablę, którą tę bliznę zadano, co czyni uwagę autora mniej oczywistą. V Opowiadanie jest opowieścią zawierającą ukrytą opowieść. Nie chodzi tu o ukryte znaczenie, które zależy od interpretacji: zagadka to nic innego jak po prostu historia opowiedziana w enigmatyczny sposób. Strategia opowiadania służy tej zakodowanej historii. Jak opowiedzieć jedną historię, opowiadając jednocześnie inną? To pytanie streszcza techniczne wyzwania związane z opowiadaniem. Teza druga: ukryta historia jest kluczem do formy opowiadania. VI Współczesna wersja opowiadania, wywodząca się z twórczości Czechowa, Katherine Mansfield, Sherwooda Andersona i „Dublińczyków” Joyce’a, rezygnuje z zaskakującego zakończenia i zamkniętej struktury; kultywuje napięcie między obiema narracjami, nigdy go nie rozwiązując. Ukryta historia jest opowiadana w coraz to bardziej nieuchwytny sposób. Klasyczne opowiadanie, w stylu Poego, opowiadało jedną historię, jednocześnie sugerując inną; współczesne opowiadanie opowiada dwie historie, jakby były jedną. Teoria góry lodowej Hemingwaya jest pierwszą syntezą tej transformacji: najważniejsza część nigdy nie zostaje ujawniona. Ukryta historia konstruowana jest z aluzji, tego, co przemilczane, oraz tego, co sugerowane. VII „Rzeka dwóch serc”, jedno z najważniejszych opowiadań Hemingwaya, ukrywa historię numer dwa (wpływ wojny na Nicka Adamsa) do tego stopnia, że opowiadanie wydaje się trywialnym opisem wyprawy na ryby. Hemingway wkłada cały swój kunszt w hermetyczną narrację tej ukrytej historii. Posługuje się sztuką elipsy z takim mistrzostwem, że brak innej opowieści jest zauważalny. Co Hemingway zrobiłby z anegdotą Czechowa? Opisałby szczegółowo grę i atmosferę, w jakiej się ona toczy, technikę obstawiania stosowaną przez gracza, jak również rodzaj spożywanego przez niego napoju. Nigdy nie powiedziałby wprost, że mężczyzna zamierza popełnić samobójstwo, ale napisałby opowiadanie tak, jakby czytelnik już o tym wiedział. VIII Kafka opowiada ukrytą historię z jasnością i prostotą, jednocześnie subtelnie opowiadając tę widoczną, przekształcając ją w coś enigmatycznego i mrocznego. To właśnie ta inwersja stanowi fundament kafkowskiej narracji. Historia samobójstwa w anegdocie Czechowa zostałaby opowiedziana przez Kafkę na pierwszym planie i z całkowitą naturalnością. Groza skupiałaby się na grze, opowiedzianej w sposób eliptyczny i złowróżbny. IX Dla Borgesa historia numer jeden jest gatunkiem literackim, zaś historia numer dwa zawsze tym samym. Aby złagodzić lub ukryć monotonię tej ukrytej historii, Borges ucieka się do wariantów narracyjnych oferowanych przez gatunki literackie. Wszystkie opowiadania Borgesa są konstruowane tą metodą. Widoczną historię — opowiadanie — w anegdocie Czechowa Borges opowiedziałby zgodnie ze stereotypami (lekko sparodiowanymi) jakiejś tradycji lub gatunku. Gra w kości*** między ściganymi gauchami (powiedzmy) w głębi baru na równinach Entre Ríos, opowiadana przez starego żołnierza z kawalerii Urquizy,**** przyjaciela Hilaria Ascasubiego.***** Opowieść o samobójstwie byłaby historią skonstruowaną z dwoistości i kondensacją życia człowieka w jednej scenie lub w pojedynczym akcie, który definiuje jego przeznaczenie. ***Właściwie to autor pisze o grze astragalami (hiszp. una partida de taba), co odnotowujemy z kronikarskiej skrupulatności, lecz bez przekonania o potrzebie wyjaśniania, o co chodzi. ****Justo José de Urquiza (1801–1870) — argentyński polityk i generał, gubernator prowincji Entre Ríos, przeciwnik polityczny Juana Manuela de Rosasa. Prezydent Argentyny w latach 1852–1860. *****Hilario Ascasubi (1807–1875) — argentyński poeta, polityk i dyplomata, występował przeciwko dyktaturze Juana Manuela de Rosasa. Przedstawiciel nurtu literatury gauchańskiej. X Fundamentalna zmiana, jaką Borges wprowadził do historii opowiadania, polegała na uczynieniu z zakodowanej konstrukcji historii numer dwa tematu narracji. Borges opowiada o manewrach kogoś, kto przewrotnie konstruuje ukrytą intrygę z materii widocznej historii. W „Śmierci i busoli” historia numer dwa jest celową konstrukcją Scharlacha. To samo dotyczy Azevedy Bandeiry w „Nieboszczyku” i Nolama w „Temacie zdrajcy i bohatera”. Borges (podobnie jak Poe i Kafka) potrafił przekształcić problemy formy narracyjnej w anegdotę. XI Opowiadanie konstruuje się, by sztucznie wydobyć na jaw coś, co było ukryte. Odtwarza ono wciąż na nowo poszukiwanie jedynego, niepowtarzalnego doświadczenia, które pozwala nam dostrzec — pod nieprzezroczystą powierzchnią życia — tajemną prawdę. „Ta nagła wizja, która pozwala nam odkryć nieznane nie na jakiejś odległej terra incognita, lecz w samym sercu tego, co bezpośrednie” — mówił Rimbaud. To świeckie olśnienie stało się formą opowiadania. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Ricardo Piglia (1941-2017) – argentyński pisarz, krytyk literacki, eseista i scenarzysta. Autor pięciu powieści, z których dwie ( Sztuczne oddychanie i Spalona forsa ) zostały wydane po polsku. Wykładowca na Uniwersytecie Harvarda, Uniwersytecie Princeton oraz Uniwersytecie w Buenos Aires. Znawca literatury amerykańskiej (Hammett, Chandler, Goodis, Faulkner, Scott Fitzgerald), europejskiej (Kafka, Musil, Joyce, Gombrowicz) oraz iberoamerykańskiej (Borges, Rulfo, Macedonio Fernández, Guimarães Rosa). Laureat licznych nagród, w tym Prix Formentor i Premio Rómulo Gallegos.
- Niezgoda na zło świata
Opowieść o Renée Nicole Good Poeci powinni żyć długo. (Oczywiście mam też na myśli poetki. Tradycyjna męska forma ma ułatwić lekturę tekstu). Nie ma, co prawda, gwarancji, że biologiczna dojrzałość przełoży się na jakość tworzonych wierszy, ale większe jest prawdopodobieństwo, że doświadczenia życiowe i doskonalona latami sprawność językowa przyniosą spodziewane owoce. Dlatego, z wielu powodów, lepiej żeby poeci dożywali wieku Miłosza niż kończyli pisanie przedwcześnie jak Baczyński. Poeci żywi mogą jeszcze coś wnieść do zbiorowej mądrości, poetów martwych można już tylko opłakiwać. Dwa lata temu na froncie, trafiony rosyjskim pociskiem, poległ 28-letni Maksym Krywcow – poeta ukraiński, którego wiersze publikowaliśmy w Suburbii nr 2/24. Uprawianie sztuki pisarskiej wymaga nie tylko biegłości językowej lecz głównie namysłu nad światem: żeby o czymś napisać, trzeba to najpierw poznać. Poeci przez sam fakt uprawiania poezji są ludźmi wsłuchanymi w głosy świata, ciekawymi świata i otwartymi na umysłowe prądy zasilające mieszkańców planety w nowe ożywcze soki. Poeci – wespół z innymi artystami – mozolnie objaśniają i wzbogacają świat, przyczyniają się do tego, żeby był on coraz lepszym miejscem do życia. Poeci powinni żyć długo, bo poezja staje po stronie ludzi twórczych, chętnych do dzielenia się swoją wiedzą, emocjami i pięknem. Poezja jest dawaniem a poeci z własnej potrzeby i woli dzielą się tym, co wydaje im się wartościowe, nawet jeśli mamy do czynienia z tzw. “poezją zbuntowaną”. Bunt i krzyk są wyrazem niezgody na zło świata, apelem o jego lepsze, sprawiedliwsze oblicze. O sprawiedliwszy świat stale zabiegają aktywiści, politycy i poeci, więc kiedy czasem przegrywają tę walkę płacąc najwyższą cenę – ból dotyka nas wszystkich. Renée Nicole Good zastrzelona w Minnaepolis była poetką. Niewiele o niej wiemy. Good to po angielsku dobry. Gdyby pisała po polsku, istniałaby szansa, że jeszcze za jej życia zobaczylibyśmy to nazwisko w prasie literackiej. Gdyby nie jej tragiczna śmierć, prawdopodobnie nie usłyszelibyśmy o niej wcale. O jej osiągnięciach literackich wiemy tyle, że jej wiersz zdobył główną nagrodę poetyckiego gremium. Powstaje więc pytanie, dlaczego piszemy o niej magazynie literackim wydawanym daleko od Ameryki? Ważniejsze jednak wydaje się pytanie, jak można jej śmierć przemilczeć? Zauważmy wszyscy, że to nie był przypadek ani akt samoobrony, tylko efekt coraz bardziej dramatycznych wydarzeń społeczno-politycznych w USA. Renée Nicole Good, kobieta 37-letnia, matka trojga dzieci, została zastrzelona z zimną krwią przez uzbrojonego i zamaskowanego funkcjonariusza federalnej służby ICE ( tradycja tej formacji sięga początków XVIII wieku, kiedy społeczności białych farmerów i przedsiębiorców w południowych stanach powołały do służby uzbrojone oddziały “slave patrols”, których zadaniem było wyłapywanie i wymierzanie kar zbiegłym niewolnikom.) Jej bezsensowna śmierć, niemalże egzekucja, którą można oglądać na nagraniach, poruszyła miliony Amerykanów i ludzi na całym świecie. Bruce Springsteen oprócz tego, że nagrał protest song upamiętniający niewinne ofiary okupacji Minneapolis, przekazał pół miliona dolarów na fundusz wsparcia osieroconych dzieci Renée, w jego ślady poszli inni amerykańscy celebryci, ale nie tylko dolary są miarą społecznego oburzenia. Specjalny wiersz poświęcony pamięci Renee opublikowała w social-mediach Amanda Gorman , młoda poetka, zapamiętana z wystąpienia na schodach Kapitolu podczas inauguracji prezydentury Joe Bidena. Pochodzący z Minnesoty, czarnoskóry poeta Danez Smith, w swojej poruszającej elegii do zamordowanej Renée nazwał ją “Drogą Sąsiadką troszczącą się o słabszych, odmiennych, zagrożonych i wykluczonych.” Renée, nie dane było nam się spotkać, ale wierzę, że kiedyś by do tego doszło. (…) Rolą poetów jest obserwować świat, widzieć i słyszeć delikatne nici przebiegające przez przeszłość, prawdę i wszelki potencjał wokół nas. (…) Poeci dają to, co dla wielu byłoby odpychające z powodu koloru ciała czy głosu. Trudno oszukać poetę, my widzimy wszystko na wskroś. Wiem, że napatrzyłaś się na instytucjonalną przemoc agentów ICE, którzy terroryzują miasto za miastem, zgarniając imigrantów i obywateli, najpierw zabili Silverio Villegasa, potem Keitha Portera a na końcu dopadli ciebie. (…) Renée, widziałem to nagranie, obejrzałem tę scenę z różnych ujęć. Wiem, co widziałem. Wbrew temu, czego życzyłaby sobie władza, ufam swoim oczom i uszom. I wiem, że teraz powinnaś być w miejscu bezpiecznym, przy ludziach, których kochałaś, wygładzając swój wiersz, który mógłby uchronić nasze dusze od ciężaru desperacji, od złudnego komfortu bierności i fałszywego poczucia bezpieczeństwa, jakie niektórzy upatrują w faszyzmie. Sąsiadko, wiem, że powinnaś żyć. Wiem co widziałem. Głos zabrała też Becca Good , z którą Renée związała się po śmierci jej męża, i z którą razem wychowywały 6-letniego syna zamordowanej. Renée była chrześcijanką, która rozumiała, że wszystkie religie uczą tej samej podstawowej prawdy: jesteśmy tu po to, by się kochać, troszczyć się o siebie nawzajem, dawać sobie bezpieczeństwo i szacunek. Każdy z nas ma prawo szukać miejsca dla siebie, tak jak ludzie robili to od niepamiętnych czasów. (…) Uczyłyśmy naszego syna, każdy zasługuje na zaufanie i dobroć, niezależnie od tego, skąd pochodzi i jak wygląda. Renée żyła tą zasadą każdego dnia, bo była czystą miłością. Czystą radością. Słonecznym światłem. W środę, 7 stycznia, zatrzymaliśmy się, by wesprzeć naszych sąsiadów. Miałyśmy gwizdki. Agenci rządowi mieli ostrą broń. Renée osierociła troje wspaniałych dzieci; najmłodszy synek ma sześć lat i już wcześniej stracił ojca. Teraz na mnie spadł obowiązek wychowania go i kontynuacji nauk Renée – że na świecie są dobrzy ludzie, którzy budują dla nas lepszą przyszłość. A ci, którzy dopuścili się tego okropnego czynu, mieli w sercach strach i gniew. Ponure wydarzenia na ulicy w Minneapolis wywołało dyskusję na temat wolności słowa, łamania praw obywatelskich zagwarantowanych w konstytucji i drastycznych przepisów wprowadzanych doraźnie przed władze federalne. Głos zabrali politycy partii demokratycznej, byli prezydenci, artyści i osoby publiczne - zgodnie wyrażając oburzenie i smutek. Padło wiele oskarżeń pod adresem władz państwowych i prezydenta USA. (W czasie powstawania tego tekstu, ICE zastrzeliła kolejnego cywila, Alexa Pretti'ego.) Oczywiście pojawili się tacy, którzy utrzymują, że Renée Nicole Good zawiniła, bo nie zastosowała się do poleceń funkcjonariuszy a poza tym – argumentowali – ona była “lewaczką”, “aktywistką” i “queer”, a nawet terrorystką (!), więc poniekąd jej się ta śmierć należała. W tych kłamliwych stwierdzeniach, które usprawiedliwiają zabijanie ludzi za to, kim są, można bez trudu dostrzec znamię faszyzmu. Czymże innym jest mordowanie obywateli bez sądu, w imię wyznawanej ideologii i wiary w nieomylność wodza? O tym, jak groźna jest to sytuacja wiedzą światlejsi obywatele Ameryki, widzą to przytomni obywatele świata. Wielkie mocarstwo, stawiane za wzorcowy model demokracji przemienia się w dyktaturę, a okoliczności morderstwa Renée Nicole Good pokazały, do czego w praktyce prowadzą rządy człowieka niezrównoważonego, despoty z zarzutami kryminalnymi. Narcystycznych despotów nie interesuje poezja ani życie poetów. Ich nie interesuje żadne życie oprócz własnego. A poetów losy innych ludzi obchodzą. Renée Nicole Good zostanie zapamiętana jako “dobra sąsiadka”. Dlatego o niej piszemy, bo nie chcemy, aby podobni jej ludzie ginęli w Polsce ani gdziekolwiek. Poniżej wiersz nagrodzony przez Academy of American Poets. Ucząc się o sekcji świńskich płodów chcę z powrotem bujane fotele, solipsystyczne zachody słońca, & dźwięki nadmorskiej dżungli, rytmiczne tercety cykad oraz jambiczne pentametry wystukiwane włochatymi nóżkami karaluchów. oddałam Biblie na cele charytatywne (upychając je w plastikowych workach na śmieci razem z himalajską lampą solną – Biblie używane podczas chrztów, albo pozabierane z tłustych rąk zelotów wystających na rogach ulic, siedliska pasożytów): pamiętam jeszcze zapach farby drukarskiej na błyszczących ilustracjach w podręczniku biologii - coś co wypalało mi włoski w nosie, & sól & atrament zdrapywane z dłoni, gdy siedziałam pod skrawkiem księżyca o 2.45 w nocy i zakuwałam o rybosomach endoplazmie – kwasie mlekowym pręciku kwiatowym w sieciówce IHOP na rogu ulic powers i stetson hill – uczyłam się & powtarzałam & bazgroliłam dopóki nie zagnieździło się to w miejscu, którego nie potrafię nazwać, może w trzewiach – gdzieś między trzustką & grubym jelitem sączy się wątły strumyk mojej duszy. do tej mocy wszystko się teraz sprowadza; najtwardsze przekonania & fragmentaryczne drzazgi mozolnie zdobytej wiedzy, mokry ręcznik na rozpalonym czole. czy mam pozwolić im współistnieć? tej kapryśnej wierze i akademickiej wiedzy hałaśliwie domagającej się uznania nie uwierzę – że Biblia, Koran i Bhagawad Gita są kosmykiem włosów, które mama zawijała mi za ucho i szeptającym “zrób miejsce dla zdziwienia” – całe moje rozumienie spływa mi z policzka na pierś & sprowadza się do: życie to w zasadzie jajnik i sperma i miejsce, gdzie się spotykają i jak często i jak celnie i co tam umiera. tekst i tłumaczenia Mirosław Drabczyk Renée Nicole Macklin Good
- Matylda Głowacka – trzy wiersze
Gdzie jest Kaj Miałam kiedyś pięknego chłopca o oczach koloru dudniącej ziemi w maleńkie podróże mnie zabierał a w duże wybierał się samotnie okłamując nawet księżyc Swoje anioły podtapiał łagrami łez zgubiły go na co najmniej dwunastu wartach przylatywały na papierosa pytać mnie czy go widziałam mówiłam że widziałam chłopca o oczach koloru dudniącej ziemi ale nie wiem czy to był nadal mój chłopiec Miałam kiedyś cudnego chłopca co rozsypywał słowa jak wykałaczki zostawiłam w jego sercu kilka cieńszych nakłułam nimi jak kruche ciasto widelcem serce jego nie(ch) oddycha Zaznałam kiedyś ślicznego chłopca przez którego Timothée C. płakał w garderobie z zazdrości porwał scenariusze i listem kazał posłać po ciemnookiego dublera z Europy Środkowej Lecz nie znajdziecie go moi mili bo chłopiec mój ma oczy koloru dudniącej ziemi nie wychodzi spod niej na wiosny gwiazdki i imieniny a ziemia moja zaczyna truchleć gdy tylko przetnie ją powóz chłodnych oczu nawet matka jego i Hades pytają mnie czy widziałam chłopca Czerwony Krzyż mógłby nawet leżeć teraz krzyżem ale pytany o naszego chłopca milczy Chłopcy o oczach koloru dudniącej ziemi wiszą na lianach życia i śmierci tańczą na płotach kominach i stają się każdym właścicielem jeansowej kurtki śmiechem innych chłopców na posępnych placach zabaw stają się krzykiem innych matek i dziewczyn które wołają swoich chłopców tym samym imieniem Pod 112 dostaję tylko 112 rad jak pochować chłopca za życia odkładam chowanie go ale przede wszystkim słuchawkę nie(ch) oddycha Spojrzenia Twoje oczy martwe boje nie przedzieram się przez nie choć coś mnie w nich przekracza podżegają do wejścia w czubek śmierci nie pamiętam kiedy wiosna spłowiała tak nas pochłonęło bycie nikim że coś ważnego wykipiało deszcz wystukiwał mantry Vanish Czujne oczy patrzą szerzej zagubione w telefonach szukają płomieni ikon zaginionych dwa morza głębiej ekskomunika relacji to postrach każdej źrenicy czekającej na chatach często i cierpko Słyszysz sygnał odpowiedzi wyjmujesz dłonie z ciała ale to tylko karetka za oknem przejmuje dowodzenie nad krajobrazem dźwięku łączysz się z paniką miast jak kot pod wpływem domofonu każesz nie garbić się uszom gdy dowolne AGD śmie podszywać się pod wiadomość Po trzech tosterowych zawałach oporządzasz się przed chłostą snu wcale nie czekasz ależ czekasz zdecydowanie nie czekasz Obżarta światłem błękitu zamiast zasnąć wymyślasz nową dyscyplinę sportową nakazując powiekom imitować drzwi obrotowe zwaśniona z fazą REM dziś odpuszczasz upuszczasz krwi dnia Gdy śnisz dzwony powiadomień biją z ich lin czynisz liany pochwycając je wisisz niczym ministrant w epizodzie manii ale niestety jakiś czarny charakter najpewniej otyły ksiądz proboszcz przecina sznury dzwonów ostatnie alikwoty i radość spadają razem z tobą wynurzasz swe oczy ochryple wracając na salony ekranów szukasz ikony zieleni w końcu prawdziwe serca dzwonów biją po nocach ośmielają się przyjaźnie otulone ciemnią Po odblokowaniu ekranu oczy rybieją martwo spijając niezmienność obrazu jeśli ożyją to tylko po to by błyszczeć rozpaczą powrotu do ciszy Matylda Głowacka – romanistka w trakcie studiów psychologicznych. Jej teksty pojawiły się w zinie "Brokat”, trzecim wydaniu "Antologii Języków Jeżyc" „Stronie Czynnej”, „Liberté!” oraz „Tyglu Kultury”. Nagradzana w konkursach poetyckich. Między skracaniem swoich wierszy a głaskaniem kota na co dzień pracuje z francuskimi klientami, po godzinach nauczając ich języka. Kocha góry i intensywne kolory. Marzy o spotkaniu borsuka na żywo. Pochodzi z okolic Lublina. Mieszka w Poznaniu.
- Tomasz Domański – Eroticon 1980 - 2025
Eroticon 1980-2025 Tomasza Domańskiego to publikacja będąca istotnym i aktualnym głosem w dyskusji nad erotyzmem w sztuce tworzonej w Polsce i na świecie. Koncepcja albumu powstała na bazie wieloletniej działalności artystycznej Tomasza Domańskiego i koresponduje z założeniem bezinteresowności doświadczenia estetycznego (I. Kant) – oraz pytaniem czy owa bezinteresowność jest zachowana w pracach, które określamy jako „erotyczne” – a jeśli prace te wzbudzają /zaspokajają pożądanie czy oznacza to, że wypadają z kategorii „sztuka”? Człowiek, jego ciało i jego pragnienia są integralną częścią większej duchowej całości. Erotyka staje się więc językiem uniwersalnym, który wyraża życie w jego pełni – pisze w katalogu prof. Magdalena Barburuk. Erotyzm staje się przestrzenią do wyrażania głębszych, subiektywnych doświadczeń tożsamości i ciała, stanowi narzędzie, które pozwala na dekonstrukcję tradycyjnych pojęć normy płciowej, seksualne i społecznej. W kontekście współczesnej sztuki, zwłaszcza w performansie i nurcie body art. Sztuka, podobnie jak mitologiczne przedstawienia, ukazuje erotyzm jako fundamentalny element ludzkiego doświadczenia, nie tylko w sensie fizycznym, ale także jako narzędzie osobistej i społecznej transformacji otwierającej się na aspekty queer, transpłciowości oraz interpłciowości w kulturze. Poniższe obrazy powstały w technice malowania na szkle. Tomasz Domański – studiował w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, gdzie w 1993 roku uzyskał dyplom z wyróżnieniem w dyscyplinie rzeźba. W 2003 roku obronił doktorat na temat rzeźby efemerycznej jako monumentu relatywnego. Jest autorem rzeźb, instalacji, obiektów artystycznych, performansów, rysunków i fotografii. Pracuje przeważnie z naturalnymi materiałami takimi jak woda, lód, ogień, drewno, słoma, popiół i metal, wykorzystując ich właściwe procesy. Tworzy filmy i animacje jako integralne elementy wielu realizacji artystycznych.
- Andrzej Leraczyk – pięć wierszy
góry jeżeli czegoś nie da się pokazać na zdjęciu tego nie ma, prawda susan? w takim razie tej góry nie ma ale jeżeli by była pewnie byłaby bestią pożarłaby cię od razu potem cały świat albo mogłaby być matką tulącą do poobiedniej drzemki na zawsze wiem że nie zabierzesz mnie w to miejsce nad rzeką nad jej lawinowy brzeg kroki liczysz kroki najpierw sto, czasem sto pięćdziesiąt (gdy uda ci się doliczyć do 200, jesteś z siebie naprawdę dumny), niskie powietrze łykasz, czujesz jak twoje ciało ciągnie cię za nogawki (jednak trzeba było trochę schudnąć) i szyja, jeszcze da Ci wpierdol, potem już po każdych pięćdziesięciu krokach robisz ten lekki skłon i 20 westchnień próbujących wyrównać oddech zamykasz oczy dzięki no żydowski buddo nauczyłeś nie wstydzić się swoich grzechów (przed samym sobą na razie) powiedziałeś gdy byłem chłopcem szukałem kobiety teraz potrzebuję dziewczyny ej ty zawsze byłeś cygańskim chłopcem do śmierci tak tak wiem tej nocy będzie fajnie nie ma za co martwa natura nauczyciel fizyki umarł na aids nie pamiętam jak się nazywał przestaliśmy o nim rozmawiać jakby jego nazwisko było zaklęciem przynoszącym zarazę uczył: ziemia nie jest kulą raczej nadgnitą pomarańczą przydepniętą przez boga powiedział: nie ma zapachu, jest wszystkimi zapachami rozpuszczonymi w kruchym gazie szepnął: jest częścią niezrozumiałej martwej natury pomiędzy innymi owocami innymi ciałami innymi kochankami innymi kolorami ich tłem jest lodowaty puchowy kosmos mówił też: słońce jest zielone bardziej szafirowe szałwiowe nigdy pastelowe dlatego rośliny są też zielone liście drzewa pomarańczy marnej antonówki chwastów na tyłach szkoły owczarek siedzieliśmy po ciemku na tarasie (dużo brunatnego w tym mroku było) pijąc wino (marszowe primitivo z delikatesów) przyroda podchodziła cicho do płotu nikt się nie bał nikt nie krzyczał (nawet owczarek sąsiadów przestał wyć) rano okazało się że jednak nadepnąłem tego ślimaka Andrzej Leraczyk – projektant, autor tekstów o dizajnie i brandingu w muzyce, kurator wystaw. Współtwórca rzeczy: o dizajnie , pierwszego polskiego pisma o projektowaniu po 1989 roku, oraz współzałożyciel Motor Studio, specjalizującego się w tożsamości wizualnej i narracji marek. Absolwent komunikacji wizualnej ASP w Krakowie. Pracuje na styku słowa i formy; obecnie związany z Admind Branding & Communications.
- Radosław Biniek – pięć wierszy
Barbórka I. wiercę się w łóżku szukając złoża twojej rozkoszy źródła twoich jęków głębiej docieram w połyskach nocy odbijając się od wilgotnych tuneli spijam z warg cały urobek II. nie znam tego języka śpiewa mi do mucha zawadiacką balladę na bar przy kopalni mówią galan twoje mieszkanie jest nad nim twoje łóżko jest nad ich głowami unosi się nami oni przeważnie są poniżej leniwi jak dżdżownice po ciepłym deszczu gdyby mnie tu znaleźli ich pomruki huknęłyby z siłą metanu III. ciężkie powietrze siedzi ze mną czekam na pociąg nie powiedziałem ci kiedy wrócę na powierzchnię Białka wargi ma splątane na końcach nocy żeby nie zapomnieć żadnego z pocałunków palce układają się w gobeliny dotyków pieszczoty zastygają w czasie na ścianach różowych pokoików nie dojadę tam już żadnym tramwajem ona zaciąga się głęboko bambusowymi żaluzjami nie kocha jak było naprawdę Wilczyca szklą się ślady pazurów na jej zgrabnych łydkach o północy urodzi watahę wilków nim księżyc zajdzie modlitwą dokończy w tobie różaniec z tęsknoty nie mów że nie wiedziałeś Miastostan 1.7 w gorącym od lata autobusie dziewczyna wyciąga z torebki chusteczkę i wyciera nią spocone pachy potem wciska ją w szczelinę między krzesłami kiedy wysiada chusteczka znika w jego kieszeni w zgiełku domu znajduje spokój w łazience wciąga to głęboko w myśli teraz idzie skupiony po linie wyobraźni zawieszonej nad przepaścią umywalki Miastostan 1.12 to miasto jest pełne jedzenia trzeba tylko uważnie obserwować to co upada na ziemię rozkłada się wygodnie z rękami pod głową kobieta w ciąży opierdala swojego męża robi to dokładnie tak jak jego matka mężczyzna już cały krąży nad osiedlem stąd ta cała miłość ta cała wieczna pretensja ja zawsze mam wiele pytań jak przechowywać tytoń żeby nie wysechł albo czy można wciągać nosem ścieżki świeżo zmielonej kawy przed zaśnięciem obrabiam w Snapseedzie zdjęcia znajomej mi dwudziestolatki jej eteryczność karmi moje ulice w nocy śnią się robaki wżarte w kutasa Radosław Biniek (ur. 1973) – poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Laureat konkursów literackich. Publikował w „thefragmentach”, „Helikopterze”, „Toposie”, „wydawnictwie j”. Autor zbiorów wierszy: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 30 dni królika (2024). Mieszka w Jeleniej Górze. Publikowane utwory znajdą się w nowym tomiku: miastostan/miastoślad (2026)










