top of page

Znaleziono 670 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Mariusz Tenerowicz – cztery wiersze

    Ian Curtis rozpoznaje siebie w bohaterze jednego z filmów W. Herzoga (Manchester 1980) Częste nawroty choroby, przewlekła depresja ciągle spotykam człowieka który stracił pamięć teraz krąży po największym w mieście lunaparku wiatr zanosi się śmiechem w beczkach krzywych luster, kołysze puste huśtawki, karuzele, martwe dusze napotkane w porcie, Miłość straciła kontrolę nad nami, teraźniejszość zupełnie wymyka się z rąk tu w Manchesterze duszna atmosfera choć Rafter Club pociłem się bardziej niż pod pancerzem czerwia w obskurnych pubach, dyskotekach dudnią i rozsadzają głowę powtarzane w kółko proste basowe akordy, podobno legenda karmi się nami – niezgnębioną. nieznaną przyjemnością owijam bandażem poplątane supły nerwów, jej duch błądzi w długim czarnym płaszczu i roznosi ponoć zapalenie apatii, sproszkowaną melancholię w purpurowych fiołkach przeszywa nas zimna fala wspomnień zamieniając w lodowe kręgle, miasto wytacza się jak kula i rozbija te rzędy, na schodach przed domem wracają ostatnie sceny najnowszego filmu – znów spotykam tego człowieka a obsesja dojrzewa we mnie wrasta pod skórę, w nurt krwioobiegu nawet tu w łazience kołysząc się ponad umywalką gdzie łka pęknięte lustro widzę jego twarz w rozsypanym srebrze tysiąca kawałków szkła Jim Morrison rozpoznaje w starym recepcjoniście Wiliama Blake’a – (Paryż 1971) Wciąż jeszcze spoglądam na uchylone drzwi łazienki i przypominam sobie starca który mruga do mnie, przecież nie zamawiałem recepcji budzenia, tym bardziej popołudniową porą Zawsze odmieńcem, odkąd w dzieciństwie spotkaliśmy na drodze indiańskiego szamana potem gdy dorosłem wyruszyłem z hiszpańską karawaną w magiczną podróż: odtąd noc niszczyła dzień, bagno pochłaniało perły, nuciliśmy texańskiego bluesa napełniając kwaśną whisky gardła spragnione niczym spękaną ziemię Alabamy, obcy wiatr dął w żagle gdzieś daleko została kraina twych oczu - - sucha dolina, otwarta głęboka rana. Żyłem pośród zaklinaczy asfaltowych węży wpadając tylko w kolejne pułapki, nieznane wyspy ramion w świecie dwóch teatrów odgrywanych naraz sztuk: antyku i tragedii wojny tu w Paryżu odnalazłem Hiacyntowy hotel – wynajmuję w nim od kilku tygodni skromny pokój, przypominam sobie też twarz starca który właśnie teraz uchyla drzwi, blask wypełnia łazienkę po brzegi, nikt nie słyszy jak głucho pęka krucha amfora serca… Anne Sexton  – jesienna przejażdżka Miłość została tam gdzie nasze lato jej ogień więdnie we mnie jak płatki chińskiej róży nigdy nie rozpoznam w tobie tej drugiej srebrnookiej kobiety zrodzonej z twojego żebra, kochanka księżyca czy trutnia. Ubieram się w ciepłe futro mojej matki i wyruszam na przejażdżkę mokre włosy unoszą się jak dym przez uchylone okno samochodu, w środku półmroku jak wytresowane stado ciem które głaszcze teraz piersi kontrolek ruchomy prędkościomierz zamykam w bielmie oczu Chciałabym abyśmy jeszcze nakarmili stado dzikich łabędzi sypkim ziarnem śniegu nim oddechy otoczą nas szczelniej niż kombinezon. Pamiętaj że byliśmy tylko zziębniętymi rozbitkami dryfującymi na falach pościeli aż do pewnego poranka, dnia gdy udało się wreszcie wyjść z cyrkowej skrzyni i rozbawić widownię nasza miłość została tam gdzie nasze lato podążam pustą autostradą w mym czerwonym Cougarze włączam radio, obok na siedzeniu śmieje się pijany mrok Antoine De Saint-Exupery  – długi nocny lot (1944) Chciałem pobić ten rekord Francois i w nietestowanym kombinezonie przelecieć pomiędzy palcami boga, ponad gęstą koroną drzewa wiadomości lub wyhodować najpiękniejszy ogród w okolicy. Zostałem przecież podniebnym listonoszem; w pocztowych workach pęcznieją przesyłki i listy świeże jak cięte kwiaty zwietrzałe płatki depesz, latawce schwytane ponad wzburzonym morzem wyobraźni. Dopiero tutaj oddycham naprawdę jestem pierwszym bohaterem niemego kina dzieciństwa, w długiej do stóp piżamie pośród schnących na żerdziach prześcieradeł obłoków uwolniony od grawitacji niesfornego serca i kobiet do których miałem słabość… O zmierzchu wspinam się po szczeblach konstelacji swój głos zostawiam na cynowych wałkach w ostatnim oddechu w słuchawce, bakelicie radiostacji „nie chciałem umrzeć ze starości Francois” a teraz wojna zamieniła świat w pustynię (wieża ciemności karmi go swą suchą materią) chciałbym pobić ten rekord i ożywić choćby jej mały skrawek, jedną z łodyg; niech mój czerwony dwupłatowiec zakwita jak róża w bezkresnym ogrodzie przestworzy Mariusz Tenerowicz  – nauczyciel języka angielskiego i historii w Liceum w Leżajsku. Laureat wielu konkursów poetyckich m.in : K. K. Baczyńskiego, H. Poświatowskiej, M. Zegadłowicza S. Grochowiaka, G. Trakla. Drukował w m.in : „Frazie”, „Red”, „Kursywie”, „Bregarcie”, „Obszarach Przepisanych” oraz „Studium”. Autor tomów poetyckich: Fałszywy prorok  (1997), Poza ciemnokrąg  (2004), Sny łatwopalne  (2015), Druga młodość czereśni (2022), prozy poetyckiej Wspomnienia kuglarza z krainy osiedla  (2023 ). Autor tekstów zespołów: White Socks, B- 17, Fern Eyes, Patryk Mateja Band. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, niemiecki, ukraiński .

  • Adam Lizakowski – Co mi powiedział Gustavus Swift?

    Według socjologa Davida Niberta (1) rzeźnie w Chicago były znaczącymi potęgami gospodarczymi początku XX wieku i były „słynne z okrutnego, szybkiego zabijania i rozbierania ogromnej liczby zwierząt”. Aby to wszystko zrozumieć i lepiej sobie wyobrazić, trzeba to wszystko zobaczyć na własne oczy. Byłem tam, nie jako turysta, ale jako mieszkaniec Chicago. Poniższy opis zawiera to, co widziałem oraz co usłyszałem od profesora Dominica Pacygi (2) z Columbia College. Dominic napisał wstęp do mojej książki Chicago City of belief . (3)     *** Kurz w tym mieście jest lekki pochodzi ze słońca, ale są i tacy co twierdzą, że z ziemi, z tej samej co powstał ziemski człowiek, nie  tylko Gustavus Switf, złamany chuj gnębiciel robotników i emigrantów   Nie myśl, że będę ci dziękował tak jak przewielebny duchowny, niezwykły zbieracz funduszy Thomas Wakefield  Goodspeed (4) dziękował za to, że w pierwszym  tygodniu kwietnia 1890 roku przekazałeś tysiąc dolarów na założenie Uniwersytetu Chicagowskiego a w ciągu następnych trzydziestu jeden lat rodzina twoja przekazała prawie  milion dolarów dla uniwersytetu, Bardzo to podobało się okolicznym  pszczołom co żyją w celibacie i są dzieworodne, co udowodnił Jan Dzierżon.    Pozdrawiam cię z miejsca, gdzie nigdy nie byłeś nawet nie słyszałeś o nim w stu dwudziestą rocznicę  twojej śmierci, nie myśl, że jestem wulgarny  ale dla kogoś takiego jak ty z marmurowego grobowca  z czterema greckimi kolumnami moje słowa są tylko dodatkiem do tego co mogłoby powiedzieć tłum twoich pracowników, których zarobki roczne razem wzięte nie pokryłyby kosztów budowy tego grobowca tak pięknego, że zapomina się  o bólu umierania, a chce się krzyczeć z radości.   Przeszedłeś przez życie jak krowa, wół, owca i świnia na podstawie cierpienia tych zwierząt możemy sobie wyobrazić, co myślał rzeźnik: wszystko co żyje musi być zabite i nie ma w tym żadnej mądrości. owca była zanim zrobiono swetry i kożuchy świnia była zanim robiono z jej skóry teczki krowa była zanim z jej mięsa robiono kotlety   później pojawił się biznes i kasa, którą trzeba liczyć kilka razy dziennie liczyć   ty pionier w wykorzystaniu produktów ubocznych  pochodzenia zwierzęcego: mydła, kleju, nawozów żelatyny, szczotek do włosów, guzików rękojeści do noży oraz preparaty farmaceutyczne takie jak pepsyna i insulina skóry, tłuszczu, kości zwierząt i innych materiałów,  wykorzystywanych na różne sposoby. Mięso niskiej jakości było konserwowane i  przetwarzane na konserwy wieprzowe z fasolą   Niczego nie marnowałeś –  z zabijanego zwierzęcia nie mogłeś sprzedać jedynie jego przeraźliwego głosu: ze świni kwi, kwi, kwi z krowy długie przeraźliwe mu, mu, mu z zabijanej owcy krótkie bee, bee, bee…   Pozdrawiam cię w imieniu tysięcy Polaków Słowaków i Litwinów  nie tylko ciebie ale i panów z Armour & Co., Hammond & Co.,  and Morris & Co. W imieniu tych, którzy zmagali się z chorobami skóry albo utracili palce używając noży na przyspieszonych liniach montażowych, i tych co transportowali pięćdziesiąt kilogramowe kawałki mięsa na własnych plecach. I tych chorych na gruźlicę  kaszlących nieustannie, plujących krwią na podłogę gdzie mięso do konserw i kiełbasy piętrzyły się zanim pracownicy wywieźli je na wózkach  wypełnionych trocinami, ludzką śliną i moczem szczurzym odchodami, trutką na szczury a nawet martwymi szczurami Pracownicy korzystali z toalet bez mydła  i wody do mycia rąk, a  te były tak rzadkie,  że musieli oddawać mocz w kącie, możemy sobie wyobrazić tę brzydotę, odczuć ten smród,  nie był to raj, ani ziemia obiecana ale piekło w którym nędzarze karmią się zapachem krwi, doba ma dwanaście  godzin pracy a mężczyźni umierają w wieku trzydziestu lat wyglądając na trzysta    Nie będę dziękował ci za to, że twoja żona ufundowała stypendium im. Gustavusa F. Swifta z chemii na pamiątkę i przekazała  duże sumy na wydział medyczny … nie powiem o tobie jak drogi przewielebny  Thomas Wakefield Goodspeed, że byłeś "człowiekiem o wielkim bogactwie.  jednak gromadzenie bogactwa nie było  bynajmniej jego głównym celem w życiu nie kochał pieniędzy, lecz osiągnięcia."  Kobiety zarabiające 10 centów na godzinę; pracowały sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin.  mogły zarabiać po pięć, sześć, siedem dolarów tygodniowo jeśli nie miały co zrobić z dziećmi zabierały je do pracy Dzieci zatrudniano już od szóstego roku życia.  One pracowały za darmo.   Pana Swifta  nie należy pytać, czy zdobył bogactwo i władzę, ale, czy służył ludzkości? Pana Swifta należy również zapytać, czy służył swoim bliźnim?  Jedno jest jasne: pan Swift i jego współpracownicy w najlepszy sposób, jaki do tej pory wymyślono wyświadczyli jedną nieocenioną przysługę  w wyżywieniu świata. Trudno sobie wyobrazić ludzkość bez rzeźni pana Swifta.    Robotnicy rzeźni mieszkali  w domach  blisko miejsca pracy w dzielnicach, tzw.  Packingtown, które dzisiaj nazwalibyśmy  slumsami, znajdowały się one obok cuchnących  zagród z bydłem i czterech wielkich miejskich  wysypisk śmieci, cena postępu, który nie zawsze jest piękny i pożyteczny i bądź tutaj poetą klasykiem jak klasyczny i nieprzemijający jest bród, smród i śmietniki w miejscu, gdzie ten jest dobrodziejem a nawet świętym, co daje trumny tekturowe ubogim, bo za ich życia nie zdobył się na rozdawanie kartofli i marchewki   I cóż, że mieszkania pozbawione wszelkich wygód ubikacje znajdowały się na zewnątrz na podwórku  z których korzystało nawet kilka rodzin Nie ubikacje były ich zmartwieniem, biedni i głodni rzadko z nich korzystają bo rzadko jedzą, ładna, dorodna kupa  jest przywilejem zamożnych i bogatych zmartwieniem biednych było błoto i tłok  na ulicach, wiatr odbierający ciepło mieszkań i ciał, goniący liście i śmieci po podwórkach na które przez brudne okna patrzyli lokatorzy ze zapalonymi spojówkami oczów.    Zmartwieniem matek i żon, głodnych dzieci był pub z alkoholem na każdym  rogu ulicy, robotnicy żyli w skrajnym  ubóstwie w małych ciasnych przeludnionych  mieszkaniach, przestępczość, alkoholizm przemoc domowa, gangi, gangsterzy, których niewinni ludzie powinni się bać i drżeć jak  nieme zwierzęta w stadzie pędzone na rzeź  powinni budzić się ze strachem, przeczuwając  swój bliski i bolesny koniec, nie mówiąc  o zanieczyszczeniu środowiska było codziennością.   Adamie, nie pisz o tym, co wszyscy wiemy celem poezji jest dawanie przyjemności a nie  ocenianie i edukacja moralna, poezja ma pomóc w życiu i ulżyć nudzie, nie musi być ani  głęboka ani metafizyczna ,zastanów się nad  tym zanim zaczniesz wyzywać ludzi od  złamanych chujów:   Pisz o tym czego nie wiemy, albo czego możemy się dowiedzieć z twojej poezji, ona ma być witalna pełna energii i siły do życia, a ty zamieniasz się w  psa udającego do kości, wiem że jesteś łasy na  pieniądze, nie udawaj, wiem, że za pięć dolarów  goniłbyś psa z Chicago do Nowego Yorku, szkoda że nie wiem  gdzie teraz mieszkasz poprosiłbym  moją prawnuczkę, aby wypisała ci czek na sto  tysięcy dolarów i wtedy inaczej byś śpiewał twoje zasługi dla poezji emigrantów stopniały by jak lód na słońcu, najwyższe odznaczenia nabrałyby znaczenia pustki, zupełnie innym głosem,  posłuchaj tego co mówi Koheleta, syna Dawida króla w Jeruzalem:   Marność   nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Warto abyś zapamiętał te słowa, to dla poetów: Mówienie jest wysiłkiem nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To , co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Pomyśl o tych słowach:  Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.   ***   Gustavus Franklin Swift senior (24 czerwca 1839 – 29 marca 1903) był amerykańskim przedsiębiorcą. Pod koniec XIX wieku założył na Środkowym Zachodzie imperium przetwórstwa mięsnego, którym kierował aż do śmierci. Przypisuje mu się opracowanie pierwszego praktycznego wagonu kolejowego chłodzonego lodem, który umożliwił jego firmie wysyłkę wędlin do wszystkich części kraju i za granicę, zapoczątkowując „erę taniej wołowiny”.    Historia rzeźni w Chicago koncentruje się wokół Union Stock Yard, otwartego w 1865 roku i pod koniec XIX wieku będącego największym na świecie centrum pakowania mięsa. Era ta została zdefiniowana przez innowacje przemysłowe, takie jak chłodnie wagonowe, techniki taśmowe i wykorzystanie produktów ubocznych, co stworzyło potężny przemysł napędzany przez potentatów, takich jak Philip Armor i Gustavus Swift.    Przydomek: Chicago zyskało przydomek „Światowy Rzeźnik Świń” (Hog Butcher for the World), ze względu na ogromną ilość przetwarzanych zwierząt. Skala przemysłowa: Zakłady pakowania stosowały metody taśmowe, które zainspirowały późniejszą linię montażową samochodów Henry'ego Forda. W 1890 roku ubój i oprawa krowy na farmie zajmowało doświadczonemu rzeźnikowi i jego pomocnikowi od ośmiu do dziesięciu godzin. W Chicago zajmowało to 35 minut. Duże zakłady uboju bydła zabijały 1500, 2500 krów dziennie. Ubijano od 6000 do 7000, a może nawet 8000 świń dziennie. I tyle samo owiec.    Agenci nieruchomości sprzedawali na kredyt małe domy tym co byli „lepiej ustawieni”, lub dawali małe nadzieje, że będą w stanie spłacić kredyty przez 25 lat. Z góry wiedzieli jednak, że niewielu będzie w stanie spłacać raty z powodu zwolnień z pracy, obniżek płac lub urazów powodujących inwalidztwo. Gdy emigrant zalegał ze spłatą rat, wierzyciel hipoteczny przejmował dom, a jego byłych mieszkańców wraz z gratami wyrzucał po prostu na ulicę, malował go i sprzedawał innej rodzinie emigrantów.   Swift umarł w 1903 roku firma  jego była wyceniana na 125–135 milionów dolarów amerykańskich, a jej siła robocza liczyła ponad 21 000 osób. Wielkie rzeźnie Swifta zwane „The House of Swift” ubijały rocznie aż dwa miliony sztuk bydła, cztery miliony świń i dwa miliony owiec. Trzy lata po jego śmierci wartość kapitału zakładowego firmy przekroczyła 250 milionów dolarów. Dzisiaj byłoby to około 50 miliardów dolarów.   Dopiero kilka lat po śmierci Swifta w Ameryce została powołana organizacja i ustawy o kontroli i jakości mięsa (Federal Meat Inspection Act).  W 1906 roku to dwa przełomowe akty prawne uchwalone w celu ochrony konsumentów przed niebezpieczną żywnością i lekami. Ustawa o kontroli mięsa (Meat Inspection Act) zapewniła kontrolę sanitarną produktów mięsnych i zapobiegła sprzedaży mięsa zafałszowanego lub niewłaściwie oznakowanego.        Źródła: 1. David Alan Nibert (ur. 1953) jest amerykańskim socjologiem, autorem, aktywistą i profesorem socjologii na Uniwersytecie w Wittenberdze. 2. Dominic Pacyga (ur. 1949) jest amerykańskim historykiem miejskim. W latach 1984–2017 był profesorem historii na Columbia College w Chicago. Przed objęciem stanowiska profesora pełnił funkcję zastępcy dyrektora Projektu Historycznego Południowo-Wschodniego Chicago w Columbia College w dzielnicy Steel District w Chicago. Dominic jest wnukiem polskich robotników pracujących w rzeźniach chicagowskich. Obecnie jest na emeryturze i jest kuratorem w muzeum przerobionym z zakładów gdzie mieściły się rzeźnie. Zna te miejsca doskonale, ponieważ to właśnie tutaj, w czerwcu 1948 roku, jego dziadek Stanisław Walkosz, polski imigrant, zginął w wypadku przy pracy. Młody Dominic również pracował w tych samych rzeźniach, najpierw spędzając trochę czasu przy pchaniu wózków z zabitymi zwierzętami, a następnie jako ochroniarz. W dniu zamknięcia rzeźni, 31 lipca 1971 roku, wypił mnóstwo whisky Jack Daniel's przywiezionej przez farmerów. Po uboju ponad miliarda sztuk bydła nastąpił koniec świata, który narodził się 105 lat wcześniej.  3.  Chicago miasto wiary. City of belief. Wydawnictwo Książkowe IBIS. Wydanie dwujęzyczne. Warszawa (2008). Nagroda Laur Unesco 2008r. Słowo wstępne do książki wydanej w dwóch językach po angielsku i polsku napisał Dominic Pacyga. 4. Thomas Wakefield Goodspeed. (1842–1927). Duchowny, lider edukacyjny i niezwykły zbieracz funduszy. Był pomysłodawcą nowoczesnego uniwersytetu i doczekał się jego urzeczywistnienia na Uniwersytecie Chicagowskim. Urodzony w Glens Falls w stanie Nowy Jork, Goodspeed wraz z rodziną przeniósł się do Illinois w 1855 roku, po upadku firmy jego ojca, Stephena Goodspeeda. To właśnie tam Goodspeed był świadkiem jednej z debat Lincoln-Douglas. Adam Lizakowski  – poeta, krytyk literacki, publicysta, tłumacz poezji amerykańskiej m.in . Walta Whitmana, Williama C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Louise Glück oraz Boba Dylana. Z języka angielskiego przełożył także ponad 50 wierszy chińskiego filozofa i poety Lao Tse oraz wiele wierszy perskiego poety z XII wieku, Rumiego. Wydał kilkanaście tomów poetyckich, m.in . Trylogię Sowiogórską, Chicago miasto nadziei, Złodzieje czereśni.

  • Bogdan Nowicki – Agrafony

    Agrafony. Słowa Rozbijają w słońcu porcelanę słów sprzedawcy poezji. Pieczętują każde słowo etykietką pozorów i słomianym  wawrzynem.  Szafarze mody pytają: Czy ten wiersz będzie mógł myśleć i oddychać, i mieć płeć? Czy będzie mógł podnieść palec, aby wezwać Stwórcę z jadłospisem? Czy będzie wierzył  w życie przyszłe? Czy będzie miał przyjaciół wśród  innych wierszy? Staroświeckie księgi po prababce dziejów, chore na  skurcze serca, kiełkują. Poślubiwszy ziemię, tworzą  płonący krzew o rozłożystych wersach, z którego  wylatują pokolenia kawek: Milton, Blake, Rilke, Trakl w locie świetlistostopiórym. Dlatego zapamiętaj chwilę przyjazdu, zapach powietrza po deszczu, zapach soli, owoców parciejących na ganku  w pociemniałych łubiankach. Wokół tańczą ważki w woalach z błękitu i kwietnych pyłków. Nigdy i nikt nie będzie wiedział, gdzie, kiedy, w jakich rzeczach i zdarzeniach, słowo skoszone wysycha i zamienia się w ziarno. Agrafony. Samogłoska Co dzieje się z cierpieniem, gdy znika cierpiący? Czy żyje nim zawiły język skorpiona? Przez szum aut przedziera się puls chmur, przegnany przez cztery horyzonty. Ćma, nerw źrenic: duch niskich wód, duch wysokiego nieba. Na pchlim targu wieczorne dzbany nabierają poblasku prastarych lęków zdyszanej gołębicy, kiedy ta zlatuje ku słonecznikom z gardłem ściśniętym trwogą.  Za chwilę zetną ci, gwiazdo, głowę: żytem, żabą, żukiem, żółwiem, zającem, chrabąszczem. Ja, Eneasz dzisiejszy, to siny cień z sadzą  włosów i z sadzą na wargach. Wersy to blizny, tatuaże, szramy. Kto zrachuje ile w zgłoskach ziarenek, siedlisk komarów, szpiku kości? Świerszczowych gęśli, łubinowych  smyczków? Tylko najwierniejszy śpiewa prostą samogłoską myśli: owce bezładne, przylądki nozdrzami uczepione świtu,   co na języku zostają pszennym  smakiem po jęczmieniu. Agrafony. Ziarna Argonauci – niewolnicy skał podwodnych, mielizn, bliskości brzegów, ślepej latarni wykrzykników.  Sczerniałe w nich lilie, zwiędłe narcyzy, wypalone świece i lampki oliwne. Nad taflą wody krzyczą żurawie. Kto kręci wrzecionem nad szumiącą trawą? A kto wygarnia ze zmierzchu popiół nietoperzy? Przez sito siana osty śpiewają – dźwięki to czułki ziemi. Pradawny mrok, bagna, strumienie, jary, gwiazdy, mgły, niby liście lip omdlewają od nadmiaru, od eskalacji lata w saturatorach.  Wbijaj celnie gwóźdź w deskę – bez wymówki i  blagi. Czeka cię los bez puenty, finału,  potomków, podróżników; pozostaniesz w łapach Echetosa, który oślepił  własną córkę, zamknął w wieży i dał jej  do mielenia ziarna z brązu, obiecując,  że odzyska wzrok, gdy zdoła je  zemleć na mąkę. Świszczą skaczące zgłoski, co ciągle dzielą się, zrastają, z innymi pęcznieją, są lekkie jak przesycony światłem papier, zanim się staną piszczelem ręki. Agrafony. Tabliczki Dopełniacze, ściółka naszych gniazd, kołyski z wiórów, manna na pustyni, żmije jadowite z nieruchomym okiem, pole po gradobiciu. Bez nich pytajnik wygina swoją szyję, wycofuje się w ślepe stopy przypadku, w krzątaninę mrówek, w gorliwość owadów, w taniec kolibrów. Ostatni oddział ludzkości jest syty pigułek, nieme litery krzyżują się w przestrzeni, księgi są muzealnymi molami, gryzą ciszę. Kikucie tułowia chmur nad Asyżem, chroboce wiecheć zeschłego ostu, w strąkach rdzewieje deszcz, co wyciekł z rynien podniebnych. Wraki starych lokomotyw dyszą w swoim ciele, w wagonach setki wierszy przewiewa wiatr, niby piasek. Zapach poduszek, moszczu, cytrynowych albo pomarańczowych obierek, wchłania dal szyn, zawiązanych w supeł. Na blaszanych tabliczkach stacji kurz, wersy bezsenne fiołków, bzów, jaśminów, lip i akacji, egzekwie fruwających  żałobników, nić i chlaśnięcie nożyczek, zamiast języka drut. Agrafony. Czyściec Nie ma żadnego piękna, żadnej pstrokacizny, żadnych krzyków, dźwięcznego brzękania słowami, skórzany kufer klucznik zamyka wśród splątanych sznurów. Wonieją baldachy kminków, dwaj chudzi święci grają w warcaby, dzień dobry sąsiadce, mówią do gęsi, która znowu nie wyczyściła z błota tanich trzewików. Ześlizguje się ze zjeżdżalni nieba i swoje krzyżyki pozostawia w wacie chmur, analfabetka wrona, gdzie na łaźnie i ubranie czeka nowy transport nagich dusz. Platon zagląda przez okno, trzyma w rękach łopatę i motykę, dziwi się, że tutaj mieszka, schodząc na dno największego garnka. Między muskułami policzkowych kości, a solidnymi zawiasami szczęk, wyplątuje się język, co chciałby coś zrobić dla zabicia czasu, ale najpierw trzeba przenicować głoski igłą kołyszącą się obłędnie w godzinie zerowej gardła.  Bogdan Nowicki o sobie:  Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu i malin. Wiejski pejzaż odbija się echem w mojej twórczości, przefiltrowane przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett i inni). Poezja obszaru niemieckojęzycznego i czeskiego to źródła mojej inspiracji i początki pytań o tożsamość, sens istnienia, stosunek do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Wiersze, prozę i eseje publikowałem w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

  • Jacek Sadkowski – trzy wiersze

    Corpus Vitreum Dwie kłódki powiek zamkniętych na cztery spusty. Za nimi światło.                                         Anna Świrszczyńska kiedyś nie zasypiałem w dzień nie zasypiałem znienacka gruszek w popiele ani niczego wszystkiego. a teraz niby siedzę przy przykuty do wiersza albo jem śniadanie niby piorę majtki skarpetki a miękkim raptownym błyskiem widzę że leżę jasnym południem w zagłębieniu nocy - facet z kilku smutnych piosenek piaskowy dziadek skulony skulony zziębnięty a przy tym wcale nie doskonale obojętny - płynie nade mną niebo gwiazdy srebrzyste obłoki zielone miętowo truskawkowe  przezroczyste chmury niewidzialne ciepłe deszcze rozkoszne ciche dreszcze. jestem chłopcem ze ściany z ruskich bajek co to wędruje górami dolinami z wilkami niedźwiedziami albo po prostu prosto prostą ulicą kamienną z jasnym zachwytem nad żółcią nagietka pomarańczą nasturcji i ten - ach! - zapach czerwienią ranka deszczówki w balii pod rynną kurzącego się żwiru słodkiej goryczy łanów bylicy podobnej piołunowi jasnoty głuchej pokrzywie. co pachnie mocniej lepiej? żwir czy deszczówka pełna złotych żmijek komarowych larw? a potem budzę się z twarzą opartą o książkę z wierszami o gazety z krzykiem albo stary atlas grzybów. w oczach piasek żwir w ustach w oczach zamiast larw komarów mam męty znaki upłynniania ciała szklistego oka. wszystko co czyste przejrzyste zamienia się w skrzek trujących żab. kiedyś nie zasypiałem w dzień nie zasypiałem gruszek w popiele ani niczego wszystkiego. a teraz lepiej mi spać we śnie widzieć nieoczywiste światło biegnące w złotym kurzu ulicy kamiennej. nie budzić się bo po co. Yoopi Yay-Yey Yoopi Yay-Oo! Pod Gwiazdą Piołun gorzkie toczyły się rzeki. Człowiek na polu zbierał gorzki chleb.                                                        Czesław Miłosz to był bardzo ważny dzień. świat zaczynał się walić choć jeszcze nic a nic o tym nie wiedziałem - zresztą świat wali się na pysk z wielkim łomotem bezustannie. walenie się gruzów w gruzy to stan stały od zawsze. /ale wtedy nic a nic o tym nie wiedziałem/. z młodszym bratem wybiegliśmy przed dom na dziką łączkę która już wtedy była składowiskiem połamanych płyt z żelazobetonu. jak okiem sięgnąć wszędzie ostre tępo rdzewiejące stalowe pręty między łanami bylicy. już już wskakiwaliśmy w gąszcz ale z okna mama krzyknęła  piotr piotr właśnie wyjęłam z pralki twoje nowe spodnie i wyobraź sobie że one puszczają niebieską farbę! masz prawdziwe dżinsy!  o jezusie jak piotr się ucieszył! nie wiem czy kiedykolwiek przedtem /a i potem/ widziałem taką fontannę radości. zawróciliśmy żeby podziwiać te gacie a tam tato sprzed telewizora do nas chłopaki! myślałem że to jakaś nowa wojna bo przerwali mecz i puścili hymn a to hermaszewski poleciał w kosmos! ale numer! bardzo się ucieszyliśmy choć było to mniej warte niż spodnie blue jeans kupione na targu a nie w peweksie. a zaraz potem polak został papieżem i wszystko zlewało się w gęstą jak bylica na łące radość. przez chwilę dany nam był avalon a nawet ameryka z porucznikiem kolombo ale na chwilę bo zaczęła rządzić bylica do spółki z rdzewiejącą nienawistnie stalą betonu. nastawał ich świat. Vargtimmen Emilii niebo zamyka się deszczem tańczących sennie delfinów i latających ciemną tęczą ryb. pod nimi w falach miękko ciepłego powietrza śmigają śmigłe przecinki                                jerzyków. tu jest dobrze jest tu na chwilę bardziej niż całkowita wszystkość. jednak muszę wstać z ławki wychylić się poza park płonący zielonym oceanem wyjść w krzykliwą ulicę bardzo rzeczywistej oczywistości krople deszczu dziurawią chodniki bruk blachy samochodów kap kap moje kroki człap człap od niedomu. w domu /byle nie myśleć/ trzeba wrzucić się pod prysznic z lodówki wyjąć serek z szafki chleb podzielić się tym z sobą samym i tym /ja i ten drugi co to wciąż pławi się między rybami delfinami/ zasnąć obok siebie bez ciebie w ciszy. wieczór dziecka. tak. nikt nie przytulił mnie i nie przytuli nie pogłaszcze przed snem. wiem. będę teraz chłopcem i starcem jednocześnie. czas na chwilę /wtedy gdy zasypiam niezasypiam z zimnymi stopami pod fałszywie ciepłym kocem/ nie istnieje. pewnie tak powinno wyglądać sprawiedliwe niebo. prawda absolutna i cisza. Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Weronika Romańska – trzy sceny z miasteczka

    Letni wieczór Na tyle letni, że gdy zrobiło się ciemno, zrobiło się także późno. Na tyle ciepły, że bluza wystarczy, a cisza jest jedną z nieosiągalnych stanów istnienia. Wychodzę z pracy i siadam z kolą na rynkowej ławce. Wieczorny rytuał papierosa przed powrotem do domu. Lubię, gdy dźwięk otwieranej puszki okrąża podcieniami rynek i wraca do mnie w trochę głośniejszej, rozwlekłej wersji echa.    Tym razem znane melodie zakłóca para, która bije się niedaleko studni. Bije – może być trochę na wyrost powiedziane. Kobieta z klapkiem w ręku okłada nim mężczyznę po górnych partiach pleców, barku i wyraźnie nie mogąc doskoczyć do głowy zaczyna piszczeć i wali go z jeszcze większą siłą tam, dokąd doskakuje. Mężczyzna próbuje uciec przed uderzeniami, chroni głowę własnym ramieniem i stara się odsunąć od kobiety, ale wyraźnie przeszkadza mu w tym grawitacja. Szarpanina tych dwojga przesuwa się w kierunku podcienionej kamienicy, teraz widzę ich wyraźniej na tle oświetlonej ściany. Kobieta wciąż nie mogąc dosięgnąć butem twarzy mężczyzny krzyczy przez łzy: – Spierdoliłeś mi wakacje! Wracam do domu! – odwraca się od niego, szybkim krokiem przemierza rynek, aby zniknąć w bocznej ulicy.    A, czyli jednak to turyści – wnioskuję. Początkowo wydawało mi się, że pochodzą stąd, że urodzili się w tym mieście, przesiąknęli jego depresyjnym klimatem.     Może chodziło jej o buty. Niewygodnie się chodzi po bruku w jednym bucie. Mogłam do niej krzyknąć, żeby ściągnęła drugiego. Przyglądam się przez jeszcze chwilę, jak mężczyzna idąc za nią chwiejnym krokiem, próbuje ją dogonić i po chwili znika w cieniu tej samej ulicy.        Zza kamienicy wygląda zupełnie inny facet, o zupełnie innych ruchach i kroku. Przemierza rynek i siada na ławce obok mnie prostując nogi. Wygląda, to trochę jakby wrócił do domu i rozsiadł się na kanapie przed telewizorem. Widzę go pierwszy raz, a on bez żadnego wstępu zaczyna do mnie mówić: - Strasznie się zakochałem. Myślałem, że już nigdy mnie to nie spotka. Oboje przeszliśmy swoje. Mam dwójkę dzieci, ona też dwójkę. Są nawet w podobnym wieku. Kiedyś nawet nie pomyślałbym, że ktoś taki mógłby mi się podobać. Wy kobiety wchodzicie w średni wiek wcześniej niż mężczyźni. A i ten piskliwy głosik, drażni mnie, jak jakieś durne dzwoneczki, ale myślę wciąż o tym, że chciałbym do niej co chwila dzwonić. No i odległość. Mieszkamy w innych miastach, ale nie na tyle daleko żeby to była odległość nie do pokonania. Przyjechałem tu się zastanowić. A co pani o tym myśli? – pyta, a ja nie wiem, czy on dopiero zaczyna, czy już kończy swój monolog. Uśmiecham się tylko w odpowiedzi.  – Nasze córki mają podobne imiona. Malwina i Marlena. My mamy nawet pieprzyki w tych samych miejscach. Ale jednak bardzo się boję tego związku. Co pani o tym myśli? – znów pyta. – Myślę, że rozsądnym jest nie bać się niczego.      W tej samej chwili z bocznej ulicy wyłania się para, którą już widziałam. Tym razem mężczyzna trochę już żywszym krokiem przemierza rynek po przekątnej, a za nim, lekko utykając, biegnie  kobieta, która nie zrezygnowała jeszcze z zamiaru przywalenia mu butem w twarz. Tym razem oboje krzyczą. Ona, żeby spierdalał, a on, aby się odpierdoliła. Zdaje się, że zmieniła buta w dłoni z lewego na prawy. Bardziej czuję niż widzę minę tego gościa, który się przysiadł. Odwracam się do niego, patrzę mu w oczy. - Mówiłam. Miłość jest bezwzględna.   Chwilę zajmuje, zanim oboje zaczniemy się śmiać ze tej sceny. On zrozumiał, że gra w niej pierwszoplanową rolę, ja cieszę się, że mogłam zabłysnąć. Podoba mi się jego śmiech, brzmi prawie tak przyjemnie, jak odbity od ścian dźwięk otwieranej puszki z kolą. Zwierzątko  Było to dawno temu, w czasie,  gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. Pamiętam, to upalne powietrze zmieszane z żywą zielenią i choć świeciło nade mną to samo słońce, na które patrzę teraz, moja opowieść dotyka jakby innego świata. Światy pozostawiają po sobie różne pamiątki, a od tego dostałam dwa różne policzki. Ludzie przyglądający się mojej twarzy mogą takich rzeczy nie zauważać, dlatego nikt o tym nie wie.    Gdy byłam dzieckiem na jednym z moich policzków coś zaczęło wyrastać. Nie, nie kwiaty! Gdyby na dziewczęcym policzku niespotykanie zaczęły rosnąć kwiaty, byłoby jeszcze pół biedy. Dziewczynki lubią kwiaty,  jeśli lubią je ich mamy, a dopiero później przestają je lubić.    To coś wyrastało pod skórą. Nie przeszkadzało w ogóle, nie wymagało podlewania, ani żadnej specjalnej opieki, chyba, że rosło od dziwnie pachnących maści, którymi, to coś mi smarowano. Moją dziecięcą głowę uwierała jedynie logika,  bo wiadomym jest,  że jeśli coś rośnie nad szyją, musi to być druga głowa i o ile kusząca była koncepcja posiadania drugiej głowy, z którą mogłabym się bawić i rozmawiać, to gdzieś jeszcze kiełkowała myśl, że ta druga głowa zniszczy tę, w której wtedy byłam.    I taką mnie, pełną wątpliwości, rodzice zdecydowali się zaprowadzić do lekarza. Po lekarzu był szpital, w nim wszystko smutne i jednakowe i to tam dowiedziałam się, że to nie będzie druga głowa, tylko zwierzątko. W domu miałam już psa, drugiego psa i kota. Miałam też rower, bo w lecie jeździ się na rowerze,  a nie siedzi na łóżku, i jeszcze ta zieleń za oknami szpitala różniąca się od seledynu lamperii zapachem i smakiem. I kiedy tak rozmyślałam  o tym wszystkim patrząc na obdrapane szyby,  wszedł mój ojciec.  – Zabierz mnie stąd. Ojciec milczał. Patrzył mi tylko w oczy, więc powtórzyłam – Zabierz mnie stąd.    A on przyglądał się mi i mojemu zwierzątku w milczeniu. Sprawiał wrażenie człowieka obojętnego, przez chwilę myślałam, że odmówi, aż wreszcie łagodnie powiedział "Chodź".  I szliśmy najpierw przez korytarz, później przez park, a jeszcze później chodnikami miasta na przystanek i wsiedliśmy do autobusu. Ja dziewczynka w spranej piżamie, on nieprzyzwoicie wysoki. Tak uciekliśmy. Te wspólne 15 kilometrów okazało się jedną z ciekawszych dróg, jakie przemierzyłam w życiu.    Kiedy już wróciliśmy,  to zanim przywitałam kota,  psa, drugiego psa i pluszowe miśki, wzięłam scyzoryk i poszłam do lasu. Las był niedaleko, przystanęłam na zboczu góry, ścięłam gałązkę i naostrzyłam jej koniec, po czym wbiłam ją sobie w policzek wydłubując drugą głowę-zwierzątko. Z rany kapała pomarańczowa krew i kiedy później, nie pamiętam już szczegółów, obejrzał ją lekarz,  zabronił mi przez jakiś czas jeść owoców,  bo w nich może być jakaś bakteria,  która mi szkodzi.     Minęło tyle lat,  a ja wciąż nie lubię owoców, ani świeżych ani przetworzonych, bo kiedy raz od czegoś się odzwyczaisz, to przestaje ci całkiem smakować. To w tamtych czasach polubiłam surowe mięso i przestałam zwracać uwagę, jak ktoś jest ubrany. Nie oceniam nikogo po ubraniu i wyglądzie, bo możliwe jest,  że ten ktoś akurat skądś ucieka, albo idzie do lasu zaostrzyć patyk, aby zrobić sobie zabieg plastyczny. Scena z wariatem   Ta scena, to kwintesencja obłędu. Można go zlizywać z mokrych ścian budynków, dotykać palcami na sztachetach płotu, a później wycierać o policzki. Przykleja się z asfaltu do gumowych podeszew butów i wnika, od stóp przez szpik do głowy, aż spowszednieje.    Szpic masztu kościoła przebija się przez sam środek tarczy pełnego księżyca, a gdzieś w miasteczku znajduje się do tego obrazu równoległa droga. Idzie nią wariat. W każdym takim miejscu znajduje się burmistrz i szaleniec, punkt w którym słońce wschodzi i noc chowająca się przed wschodem, jakaś dziwaczka i drzewo, a jeśli jest drzewo, to musi być i owoc.  Tak wygląda autonomia wszystkich punktów na planecie. Pozorne dobro współgra z ułudą zła i ją współtworzy.   Wariat krzyczy, a płuca ma zdrowe. Krzyczy, aż obraz trzęsie się w posadach. Najgorszy z obłędów, to ten którego postaci nie ukryje się w cieniu nocy. Jego głos dociera pod dachy utulonych do snu okolicznych domów. Rozchodzi się przez szpary w futrynach, kominy, rozszczelnione okna, bo szyby w nich, jak małe wyrwy w przestrzeni i łączniczki między tym co wewnątrz, a zewnątrz. Przepuszczają promienie światła i ciemność, ale jeśli na nie oddychasz, twój oddech się skrapla. Możesz na nich pisać, a to co napiszesz po drugiej stronie. Jak ze wszystkim, może być rozumiane na przekór. Para znika, pozostaje sekret linii papilarnych, które nie kłamią, tylko trzeba nauczyć się je czytać. Jedna taka potrafi podwoić wszechświat. Przez pryzmat odmienić galaktykę, odbić czas, albo zatrzymać modlitwę. W czarną przestrzeń zła wbić kryształki akwamaryn. Ciepłe światło wewnątrz musnąć zimnym i srebrnym nożykiem.   Przerwać bezpieczny sen, tym którym jest się obojętnym, zdolny może być tylko szaleniec. Wybudzić wrzaskiem światło, w drżenie wprawić spokój - tak robią ci, których ktoś nie chciał słuchać, przerwał słowo w pół zdania, a ich jedynym grzechem było, to że kochali kogoś o wiele bardziej niż siebie. Na polu rośnie ziarno zasiane w złą godzinę a w człowieku kiełkuje obłęd, po to by wybić ku światłu, a potem zawiązać kłos jak jęczmień i wydać plon. - We mnie jest jakiś diabeł. Mam w sobie diabła chyba. - Ale skąd wiesz? Widziałeś go? Rozmawiałeś z nim? - Tak, tak. - I co ci powiedział? - Że da mi wszystko. Żebym poczekał, a on na pewno przyjdzie. - I przyszedł? - Tak, był wczoraj. - I co ci powiedział? - Że jeszcze muszę poczekać i znowu przyjdzie spełnić moje marzenia. – I co? Nie przyszedł? – Przyszedł – I co powiedział? – Żebym mu pożyczył dychę na bilet do Nowego Jorku. Weronika Romańska  (ur. 1987) – debiutancki tom jej wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl , oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.

  • Anna Przysada – Architekci niepamięci

    3 października 2031 roku, godzina 08:21 czasu europejskiego Siedziba ONZ, wydział do spraw Oświaty, Nauki i Kultury, Paryż * – Dzień dobry. – Specjalistka do spraw stosunków międzynarodowych, Lydia Lowen, wpadła jak huragan do Sali Zebrań. – Przepraszam państwa za spóźnienie. Procedury bezpieczeństwa zajęły więcej czasu, niż się spodziewałam. – Nic nie szkodzi. Bez pani i tak byśmy nie zaczęli. – Jeden ze zgromadzonych mrugnął do niej porozumiewawczo. – No tak. – Uśmiechnęła się przelotnie. – Na zewnątrz wciąż to samo? – Gorzej. – Wypuściła powietrze. – Ale skoro jesteśmy wszyscy, proszę państwa o zajęcie miejsc. Przed nami długi dzień. W starannie wygłuszonym od zewnątrz pomieszczeniu rozbrzmiało szuranie krzeseł. Specjaliści kolejno siadali przy okrągłym stole. W Radzie ds. Rozwoju Społeczeństwa zasiadali eksperci i ekspertki z dziedzin takich jak: socjologia, historia, antropologia i psychologia. Każde z nich reprezentowało inne państwo wchodzące w skład ONZ po III wojnie światowej. – Dla przypomnienia – odchrząknęła Lydia. – Zebraliśmy się dzisiaj, aby kontynuować dyskusję na temat programu reformy społeczeństwa. Jako specjalistka stosunków międzynarodowych będę mediować komunikację między państwem jako osobami o odmiennym pochodzeniu. Moja osobista opinia na tematy podnoszone podczas dzisiejszych rozmów nie ma prawa wybrzmieć. Rozejrzała się po sali i widząc potakiwanie zebranych, ciągnęła dalej: – Ogłaszam zatem oficjalny początek spotkania. Zachęcam do zabrania głosu. – Dziękujemy. Jak wszyscy wiemy, celem naszego programu jest niwelowanie zagrożenia kolejnym konfliktem zbrojnym – rozpoczął psycholog Yūki Maeda. – Zakładam, że wszyscy wierzymy, iż dobrze ukierunkowana edukacja pomoże stworzyć społeczeństwo, które nie będzie dążyło do, że tak to ujmę, toczenia historii kołem. Jednak wydaje mi się, że zanim przejdziemy do zasadniczych kwestii, musimy zadać sobie kilka pytań. Po sali przeszedł szmer niezadowolenia. – Proszę kontynuować. – Lydia zgromiła wzrokiem szepczących. Mężczyzna rozluźnił krawat i nerwowym ruchem poprawił okulary. – Osobiście nie jestem pewien, jak rozumieją państwo pojęcie amnezji wstecznej, która ma być rdzeniem programu. – Jak to jak? Po prostu niepamięć. Co tu więcej definiować? – Socjolożka Laura Michel pokręciła głową. – Nie wydaje się pani, że powinniśmy dokładniej określić jakieś ramy? – Ujmę to tak – westchnęła poirytowana. – U jednych trzeba z głowy co nieco wymazać, u drugich zadbać, aby się nigdy nie pojawiło, a jeszcze innych zmusić, żeby pamiętali wszystko. Psycholog Yūki spojrzał na Lydię. Pokiwała głową, upiła łyk czarnej kawy i zwróciła się do zebranych. – Drodzy państwo. Jeśli w tym momencie nie określimy, jakie skutki ma nieść za sobą program i jak dokładnie je rozumiemy, poniesiemy konsekwencje na późniejszych etapach pracy. – Trudno się nie zgodzić. – Laura spuściła wzrok na paznokcie. – Wybaczcie państwo moją frustrację. Tak długo tkwimy w teoriach. – A może spróbuje pani rozwinąć to, co mówiła wcześniej? – zachęcił ją historyk Elliot Steward. – O niepamięci? – Zgoda. – Wyprostowała plecy i zastanowiła się chwilę. – Na podstawie badań z ostatnich kilkudziesięciu lat ustalono, że to pamięć jest tym, co w dużej mierze wiąże się z cyklicznością konfliktów zbrojnych. Oczywiście – dodała wyniosłym tonem – istnieje masa innych czynników, ale one nie są tak łatwe do zdefiniowania i kontroli. Zamilkła usatysfakcjonowana. Zebrani spoglądali wyczekująco. – Drodzy państwo. – Wykrzywiła twarz w grymasie. – To chyba jasne, że podstawową funkcją programu ma być manipulowanie amnezją wsteczną u poszczególnych grup społecznych. – Nie podoba mi się określenie manipulowanie – wtrąciła ostrożnie antropolożka Tanisha Sharma. – Może zamieńmy je na wpływ? Większość zgromadzonych przytaknęła z ulgą – nie oni musieli łapać Laurę za język. – Widzę, że tutaj mamy zgodę – zamknęła temat Lydia. – Wróćmy teraz do tego, którzy ludzie mają zostać objęci programem, dlaczego oni, jakie konsekwencje będą ich dotyczyć. – Więc tak – podjęła zachęcona poparciem grupy Tanisha – myśleliśmy o podziale społeczeństwa na trzy grupy: decyzyjnych polityków z poszczególnych krajów, obywateli, którzy przeżyli wojnę lub są jej świadomi dzięki opowieściom bliskich oraz dzieci, których wiedza o konfliktach jest zerowa. – Zgadza się – przytaknęła Laura. – Ustaliliśmy też wstępnie, że politycy powinni pamiętać wszystko, obywatele nic, a… – Przepraszam? – Elliot wstał gwałtownie. – Mnie chyba przy tym nie było, jak to ustalaliśmy. – Wykonał gest cudzysłowu. – Co najwyżej rozważaliśmy, czy mamy prawo zabierać ludziom wspomnienia. Ci obywatele, o których tak bezosobowo pani mówi: dzięki nim możemy w ogóle rozmawiać i grzać nasze wyedukowane dupska na tych wygodnych fotelach. – Wypraszam sobie – obruszyła się. – Przedstawiam zdanie większości, a pan najeżdża na mnie, jakbym była jakimś… – No czym? Proszę się podzielić. Śmiało! – Wyzutym z uczuć robotem. – Patrząc na to, co… – Zatrzymajmy się na chwilę – przerwała im ostro Lydia. – Panie Steward, poproszę o wyrażenie swojej opinii jeszcze raz. – Ale… – Ale tym razem bez adresowania wypowiedzi personalnie do pani Michel. Po prostu niech pan przedstawi swoje zdanie i kropka – zaintonowała ostatnie słowo. Zaczerwieniony Elliot opadł na krzesło i rozejrzał się wokół. Siedzący obok specjaliści lustrowali wzrokiem sufit. Laura poprawiła garsonkę i spojrzała wyzywająco. Eliot wziął kilka głębokich oddechów i strzelił knykciami. – Chodzi mi o to, że doświadczenia, szczególnie te wojenne, są częścią ludzkiej tożsamości, prawda? Przecież, gdyby tego nie przeżyli, nie wysłuchali historii dziadków, nie byliby tymi, kim są. Zamilkł, po czym dodał drżącym głosem: – No proszę pomyśleć. Niektórzy z nas stracili bliskich albo widzieli rzeczy, których nikt nie powinien oglądać. – Potrzebuje pan chwili przerwy? – zapytała Lydia, widząc, że jego oczy zaszły łzami. – Nie, nie, w porządku. Przepraszam. Sami państwo wiedzą. – Czasem tak bywa – odparła łagodnym tonem. – Proszę kontynuować, kiedy będzie pan gotowy. Elliot wyjął z kieszeni marynarki chusteczkę i wydmuchał nos. Kilka sekund siedział bez ruchu wpatrzony w stół. W końcu potrząsnął głową i odchrząknął. – Chciałem powiedzieć, że jedni przeżyli w okresie wojny, no cóż, traumę, ale są też tacy, którzy nawiązali, no nie wiem, braterskie relacje, pozakładali rodziny. Przykładów można mnożyć w nieskończoność, ale koniec końców sprowadza się to do wycięcia skrawka życia u większości społeczeństwa, niezależnie od tego co pamiętają jako dobre, a co złe. Jak oni mieliby sobie poradzić? – Pokręcił głową. – W codziennym życiu to raz, ale co z jakimś poczuciem sensu, celu? Nie zdziwiłbym się, gdyby po wprowadzeniu naszego planu nastąpiła seria samobójstw. Przez minutę w sali rozbrzmiewał jedynie szum wentylatorów. – Wiecie państwo, tak się jeszcze zastanawiam. – Yūki nie wytrzymał dłuższej ciszy. – Kto daje nam prawo do podejmowania takich decyzji? – Panie Maeda, schodzi pan z tematu. – Lydia zmarszczyła brwi. – Tak, wiem, ale to bardzo ważne – odparł pospiesznie i spojrzał na nią wyczekująco. Dostrzegła kropelki potu na czole Yūkiego i przyzwalająco machnęła ręką. Kiedy tylko odwrócił głowę, z boku notesu zapisała jego nazwisko i postawiła kilka znaków zapytania. On z wyraźną ulgą kontynuował wywód. – Owszem, jesteśmy wysokiej klasy specjalistami, ale równie dobrze ktoś inny mógłby zasiadać w tej radzie, prawda? – Wybrali nas sami obywatele – zauważyła Tanisha. – Tak, jasne, ale bardziej chodzi mi o to, że nasze wykształcenie czyni nas, no właśnie co – zmarszczył brwi – lepszymi? Przez to, że, załóżmy, obywatel X zajął się ogrodnictwem, stolarką czy czymkolwiek innym, teraz wytniemy mu wspomnienia, a jakiś Y został sobie profesorem, więc składamy mu serdeczne gratulacje, może pan zachować swoją pamięć. – Jeśli skupimy się na takich dywagacjach, to właściwie możemy już zakończyć to spotkanie – odparowała Laura. – Przy takiej logice nie mamy szans na podjęcie jakichkolwiek decyzji. – Wiem – westchnął. – Ale po prostu ruszamy czyjeś bierki bez pytania. – Też nie jestem pewna, czy będę spała po nocach – mruknęła Tanisha. – Ale jeśli nasza bezsenność ma zapobiec kolejnym wojnom, w których zginą miliony… – To jest to cena, którą jest pani gotowa zapłacić – dokończył Yūki bez przekonania. – Dokładnie. Wydaje mi się, że więcej argumentów przemawia za. Ludzie muszą zapomnieć urazy do innych nacji. Ile się mówi o Koreańczykach wciąż nienawidzących Japończyków? Jasne, teoretycznie nikt tego nie przekłada na praktykę, ale, umówmy się, to siedzi w głowach i jest podświadomie przekazywane z pokolenia na pokolenie. – Często nawet celowo i z premedytacją – dodał Elliot. – Nie raz słyszałem, jak dziadkowie wpajają dzieciakom uprzedzenia od najmłodszych lat. – No właśnie – przytaknęła Laura. – A po amnezji wstecznej znów stanęlibyśmy na linii startu. Jako obywatele świata. – Ale chwila – zwątpił Yūki. – Jaką mamy gwarancję, że jak wykasujemy całą tę nieszczęsną nienawiść, to i tak nie wróci za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat? – To chyba moment, żeby przejść do drugiej grupy, która, z tego co rozumiem, miałaby zapobiegać takim nawrotom – wtrąciła Lydia. – Program zakłada, że amnezji wstecznej nie zostaliby poddani politycy, prawda? – Zgadza się. Wręcz musimy zadbać o to, żeby u nich amnezja nie miała miejsca. Wszyscy wiemy, że politycy nie potrzebują żadnej pomocy w zapominaniu podstawowych faktów historycznych – burknęła Tanisha. – Ci, którzy powinni się doskonale orientować w charakterystyce wojny i nie pakować swojego kraju w kolejną, robią dokładnie na odwrót. – Albo nie robią nic – prychnął Elliot. – Szczerze powiedziawszy, oni znają te wszystkie fakty i za przeproszeniem gówno to daje. – Tutaj chyba wchodzi ten pomysł z dziedziczeniem – zauważyła Laura. – Utajenie wiedzy historycznej i zadbanie o to, żeby była przekazywana jedynie między politykami, którzy przejmują swoje stanowiska. – Ale co to niby zmieni w porównaniu do aktualnej sytuacji? – uniósł się Elliot. – Liczymy na to, że jak dostaną teczkę z napisem Confidential, to ich pamięć magicznie nie ulegnie destrukcji? – A pozostaje nam coś innego? – Rozłożyła ręce Tanisha. – Pozostaje nam wierzyć, że nadanie rangi tajemnicy państwowej skłoni polityków do potraktowania tego na serio. – Ja się obawiam jeszcze jednej rzeczy – odchrząknął Yūki. – Czy ta nierówność społeczna prędzej czy później nie wywoła buntu? – Panie Maeda, ale znów pan wraca do utopijnych wizji. – Pokręciła głową Laura. – Kraina mlekiem i miodem płynąca, w której wszyscy żyją w komunie, opalają się na słońcu, a kochany i sprawiedliwy Bóg ma nas w opiece. Pobudka! Nie ma takiego świata. – Pani Michel, obejdziemy się bez sarkazmu – zrugała ją Lydia. – Przepraszam, ale po prostu pogódźmy się z tym, że zapobieganie dystopii musi nam wystarczyć. – Ja jestem idealistą i… – Nie jest łatwo mi to przyznać – przerwała mu delikatnie Tanisha – ale pani Michel ma rację. To nie jest o panu i dla pana. Jeśli chcemy świata bez wojen, jedni muszą pamiętać, inni zapomnieć. Kilka osób ochoczo przytaknęło. Inni pokiwali głowami z dezaprobatą. Po sali rozeszły się pomruki niezadowolenia. – Drodzy państwo, widzę, że zdania są mocno podzielone. – Lydia za wszelką cenę próbowała zapobiec eskalacji. – Nie ustalimy wspólnego frontu w dziesięć minut, a zaraz mamy półgodzinną przerwę. Proponuję wrócić do tego wątku zaraz po niej, a teraz jeszcze przez chwilę zająć się tematem trzeciej grupy. – Tutaj chyba upatrujemy największych nadziei, prawda? – podchwyciła Tanisha. – Nadziei to dużo powiedziane – mruknął Yūki. – Pani jest niepoprawną optymistką. – Może i tak, ale naprawdę wierzę, że jak będziemy dzieciakom od małego wpajać wzajemny szacunek do różnych nacji, to zaprocentuje. – A czy ja dobrze zrozumiałem – wtrącił Elliot – że planujemy w szkole zastąpić historię innym przedmiotem? Ostatnio byłem nieobecny i czytałem tylko sprawozdanie. – Tak, dokładnie. Dzieci też chcemy poddać amnezji. Chociaż nie – zawahała się chwilę – nie do końca. One mają nigdy nie poznać czegoś takiego jak wojna. Jeśli ich rodzice i dziadkowie będą mieli wykasowane te doświadczenia, to nie przekażą ich dalej. No i w szkole dzieciaki też tej wiedzy nie dostaną. – To rozumiem, ale co z tym zastępczym przedmiotem? – A, tak, racja. Myśleliśmy o nazwie ,,Moralność i stosunki społeczne’’. Treść programową oczywiście opracowaliby pedagodzy, więc nie wchodźmy w to teraz, ale w dużym skrócie propagowanie wspólnoty, nie podziałów. – Wspólnota jako ludzie, a nie podział na nacje? – O ile to w ogóle możliwe – bąknął Yūki. – Mógłby pan chociaż udawać, że w to wierzy – wymamrotała Tanisha. Na sali zapadła cisza. Lydia spojrzała w pustą filiżankę i podniosła się z krzesła. – Drodzy państwo, jest prawie jedenasta trzydzieści. Proponuję przerwę. Proszę się zaopatrzyć w kofeinę i coś do jedzenia. Wracamy za pół godziny. Aha i przypominam, żeby nie zbliżać się do okien. * Mężczyzna z zaczerwienioną twarzą kopnął w automat z przekąskami. – No dalej, wyłaź – syknął i potrząsnął maszyną. – Wszystko dobrze, panie Steward? – zapytała podchodząca do drugiej maszyny Tanisha. – Nic nie jest dobrze – odburknął. – Chciałem kupić pieprzonego Snickersa i oczywiście automat się zablokował. – Aha. – Przepraszam. Nerwy mi puszczają. – Eliot spojrzał na nią wyraźnie zawstydzony. – Proszę się nie przejmować. Też bym chętnie coś pocięła lub spaliła. – Jak to jest – westchnął – że ci olbrzymi zapominają wszystko, jak im się żywnie podoba, a maluczkim każdy szczegół zostaje w pamięci? – Wie pan, czuję się, jakbym była takim okrutnym dzieckiem, które trzyma w ręku motyla i kolejno odrywa mu nóżki, a potem skrzydła. – Oderwała pani kiedyś motylowi skrzydełko i nóżkę? – Przyznaję, zdarzyło się. – I nie czuła pani wtedy, że robi coś złego? Że trzeba się schować przed dorosłymi? – Czułam, to prawda. Ale teraz nie mamy się przed kim schować, sami jesteśmy dorośli. Podobno. – No właśnie. * Przed budynkiem zapalano coraz więcej rac. Policjanci z trudem powstrzymywali tłum, który wciąż nacierał na drzwi wejściowe. Ludzie wspinali się po ciałach tych, którzy leżeli na ziemi. Znaleźć się jak najwyżej. Skandować jak najgłośniej. Opancerzone okna przyjmowały ciosy kolejnych kamieni. Zapasy gazu pieprzowego zbliżały się ku końcowi. Ktoś krzyczał: – Przestańcie! Przestańcie! Nie wiadomo w czyim kierunku. Anna Przysada (ur. 2001) – psycholożka, początkująca pisarka i słuchaczka pierwszego roku Studiów Literacko-Artystycznych na UJ. Publikowała w magazynie "Suburbia", "Kwintesencji", "PantoZINie". Tworzy we Wrocławiu, Krakowie i w pociągu między nimi.

  • Tadeusz Zawadowski – pięć wierszy

    druga strona lustra odpłynęły poza horyzont stateczki mego dzieciństwa. kotwicowiska młodości gdzie kiedyś mocowałem cumy swoich marzeń dzisiaj straszą połamanymi żebrami i rdzą dawnych konstrukcji.   a jednak lubię tu powracać. liczyć ślady pozostawionych kroków. wsłuchiwać się w ich rytm. odtwarzać stare szlaki wierząc że kiedyś zaprowadzą mnie na drugą stronę lustra. krzyk rybitwy uporczywie śledzę linię łączącą morze z niebem. moment gdy ludziom wyrastają skrzydła i stają się ptakami.  jesienią – jak co roku - odlatują do ciepłych krajów  pozostawiając puste gniazda. tylko ja tkwię  na brzegu niczym stara łajba i powoli wrastam  w ogromniejący ciszą krzyk rybitwy. odleciały żurawie nieopodal domu urządził sobie legowisko niewielki staw.  wieczorami w jego sierści zbierały się żaby i głośno plotkowały o miejscowym ptactwie. obok przysiadł na cembrowinie studzienny żuraw  i przysłuchiwał się ich rozmowom. czasem tylko zamachnął się zardzewiałym wiadrem  płosząc coraz bardziej zacierające się  w pamięci obrazki  z dzieciństwa.  szczelina we mgle tu kiedyś toczyła się bitwa morska. zatopione szkielety okrętów do dziś ogromnieją  we wnętrzach ryb. na wodzie dogasa przerwany łopot żagli. szalupy odpływają do miejsca gdzie stado mew zamyka horyzont. uporczywie wpatruję się w nabrzeże spowite w biały  tuman mgły z szarą szczeliną na moją postać. zapomniany port już tu nie powrócę. odpłynęły wszystkie statki które znałem po imieniu i z którymi  łączyły mnie długie podróże. nie mam do kogo powracać. przystań stała się  nieobecnością. to nas łączy. ja też przypominam opustoszały port. tylko mewy i rybitwy znajdują do niego drogę. ludzie odpłynęli statkami których zapomniałem imienia.  Tadeusz Zawadowski  (ur. 1956) – poeta, krytyk literacki. Laureat międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich oraz wielu nagród literackich. Jego wiersze były tłumaczone na języki: rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski, hiszpański i angielski. Wydał 18 tomów poetyckich, ostatnio: raport z czasów zarazy  (2021) i ptaki spadające w niebo . Mieszka w Zduńskiej Woli.

  • Iwona Szewczak – To miejsce

    Dziś nikt nie zwraca uwagi na chleb. Jest, kroi się go, zjada i po sprawie. A dla babci Heni był najcenniejszy…. Jak mantrę powtarzała za każdym razem, kończąc opowieści z czasów wojny: najeść się do syta chleba suchego, nie z masłem, nie z okrasą, a jedynie zjeść suchego chleba polskiego. Myśl o kromce chleba trzymała ją wtedy przy życiu. Zawsze, odkąd pamiętam, babcia całowała chleb po upieczeniu i robiła znak krzyża, zanim ukroiła pierwszą kromkę. Obiecała, że gdy umrze, nie będzie się nikomu śniła, a już na pewno źle. Całe życie nękały ją „mary nocne" – wspomnienia wojennej przeszłości. Chciała oszczędzić swoim dzieciom i wnukom tego, co sama przeżyła. Wierzyła, że jak będzie o tym głośno mówiła, to obietnica się spełni. I tak było w moim przypadku do dziś. Pierwszy raz śniłam o Babci Heni, odkąd ta odeszła na zawsze dziesięć lat temu. Obudziłam się zlana potem uspokajając samą siebie, że to był sen. To był tylko sen…            – Henia! Nie jedz tego! Pamiętaj, nie jedz tego! – powtarzała raz za razem Cyganka Rose. – Ale, dlaczego? Jestem taka głodna. Już tydzień trzymają nas o głodzie – odpowiedziała Henia błagalnie. – Henia! Nie waż się tego ruszać! Pod żadnym pozorem. Powiesz, że nie jesteś głodna – kontynuowała zawzięcie kobieta. – Ale… – próbowała jeszcze Henia. – Nie ma, ale! Zaufaj mi, proszę cię, zaufaj mi! – Rose mówiąc to popatrzyła Heni prosto w oczy. W tym wzroku było coś takiego, co „usadziło” Henię w rogu baraku.      Cyganka opiekowała się Henią od pierwszych dni, kiedy przyjechała do obozu. Starsza, doświadczona, wzięła młodą dziewczynę pod swoje skrzydła i traktowała jak córkę. „Skąd u niej taki niepokój. Przecież codziennie walczymy o przetrwanie, ale dziś wyjątkowo jest zawzięta” – Henia patrzyła na Rose spod przymkniętych powiek. „Czy ona nie jest głodna po tygodniu niejedzenia?”.      Późniejsze sceny Henia pamiętała jak przez mgłę… Wywołano wszystkich ludzi przed barak. Kazano ustawić się w szeregach, tak jak zawsze tyle, że tym razem było mniej krzyków, mniej rozkazów, łagodniej, jeśli można było tak w ogóle powiedzieć. Jedna kobieta upadła z wycieńczenia nie mając już siły stać. Dwaj esesmani postawili ją do pionu i kazali drugiej kobiecie podtrzymywać osłabioną więźniarkę. „Dziwne, normalnie już by ją zastrzelili” – pomyślała Henia. Po odliczeniu stanu więźniów, główny dowódca obozu powiedział, że dziś jest wyjątkowy dzień, że każdy dostanie tyle jedzenia, ile będzie chciał.      „Cud…, coś nieprawdopodobnego…, skąd Rose wiedziała, że dadzą nam jedzenie i to tyle ile, kto zechce?” – Henia spojrzała na przyjaciółkę z podziwem. Zaczęto rozdawać chleb, po ćwiartce na głowę, ciepłą zupę i o „Panno Przenajświętsza” – ciepłe kartofle, okraszone smażoną cebulą i każdemu po kawałku mięsa. „Nie, to nieprawda, to nie może być prawda” – Henia z niedowierzaniem patrzyła na to, co się działo.      Ludzie rzucili się do jedzenia. Przepychali się. Słychać było brzdęk misek. Następnie każdy szedł ostrożnie, aby nic się nie ulało, do swojego kąta, gdzie tylko, kto mógł i miał miejsce. Nie przypominało to wielkiego, radosnego jedzenia, nie. Wielkie pożeranie z oczami na wierzchu wyglądało przygnębiająco. Widok był tak nieprawdopodobny, że aż serce bolało. Henia nie płakała, nie miała już łez. Była tak wściekła na Cygankę, że puściła jej zabójcze spojrzenie. Upadła na ziemię z wycieńczenia i szeptała: „Boże! Boże! Daj wytrwać! Daj wytrwać! Ulituj się nade mną!”.      Po kilu godzinach, obudziły ją jęki ludzi. Najpierw pojedyncze, później dzikie jęki setek ludzi. Zwijali się na ziemi, trzymając się za brzuchy. Ten widok był nie do zniesienia. Henia spojrzała na Rose siedzącą na ziemi z podwiniętymi pod siebie nogami. „Co się dzieje? Co się dzieje? Zatruli ich? Zatruli?” – pytania leciały z ust Heni jak z automatu.      To, co wydarzyło się później, Henia pamiętała jak w gorączce. Do najbardziej cierpiących więźniów, podchodzili ludzie w białych kitlach i ciepłym głosem proponowali szpital, lekarstwa, opiekę. Obiecywali wyleczenie…      Za jakiś czas, Henia i Rose miały się przekonać, że dziesiątki ludzi nie wróciło do swoich baraków…      Dym nie do zniesienia unosił się w powietrzu… Iwona Szewczak – autorka wierszy, opowiadań, piosenek (które czasami śpiewa przed publicznością), laureatka konkursów literackich, felietonistka „Pruszkowskich Wieści”. Publikuje recenzje na blogu www.alebabkapisze.pl. Zbiera miniaturowe krzesła, by mogły na nich przysiadać historie. Żyje w szumie brzozy, wspomnień i podwójnego śmiechu bliźniaczek.

  • Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 3)

    Radio z końca świata. O poezji Piotra Gajdy Kiedy czytam Radio Bla Bla  Piotra Gajdy, mam wrażenie, że uczestniczę w transmisji z planety, która nie wie, że już się skończyła. Jakby świat wciąż nadawał – automatycznie, po awarii sensu – serię powtarzanych w nieskończoność komunikatów, reklam, fraz i modlitw. To poezja nie tyle o człowieku, co o jego pogłosie, o języku, który przetrwał swojego użytkownika. Autor tworzy pejzaż po katastrofie, ale nie tej spektakularnej, apokaliptycznej, lecz tej cichej, wewnętrznej – katastrofy humanizmu, który rozpadł się na szumy i szczątki. Czytając te wiersze, czułem, jakbym stroił radio, w którym wszystkie stacje nadają jednocześnie. Słyszałem głosy polityków, reklamy suplementów, modlitwy i instrukcje obsługi, a między nimi – cichy, drgający ton, jakby ostatni oddech człowieka. Gajda nie tyle pisze o końcu, co nagrywa jego dźwięk. Jego język jest zbudowany z zakłóceń, interferencji, przesterów. Poezja przestaje tu być komunikatem; staje się zapisem awarii komunikacji. W tym sensie Radio Bla Bla  wpisuje się w nurt poezji posthumanistycznej, czyli takiej, która przestaje widzieć człowieka jako centrum świata, a zaczyna dostrzegać jego obecność wśród innych form istnienia: maszyn, systemów, mediów, odpadków. I kiedy myślę o tym tomie, przypomina mi się postać Donny Haraway i jej słynny Manifest cyborga (1985), który był jednym z pierwszych tekstów filozoficznych, w którym posthumanizm nabrał wymiaru egzystencjalnego i etycznego. Haraway pisała o cyborgu jako figurze, która unieważnia tradycyjne granice – między człowiekiem a maszyną, naturą a kulturą, ciałem a technologią. Ów cyborg nie jest potworem ani symbolem dehumanizacji, lecz nową formą świadomości, powstałą w epoce technonatury: zrośniętej materii biologicznej i cyfrowej. To, co w filozofii Haraway miało charakter manifestu polityczno-feministycznego, w poezji autora Demoludów (2013) nabiera wymiaru metafizycznego i estetycznego. W Radiu Bla Bla nie ma już czystych bytów – nie istnieje ani człowiek, ani maszyna w klasycznym sensie. Istnieje tylko hybryda głosu i medium. Język nie jest tu narzędziem człowieka, ale środowiskiem, w którym on sam powstaje i zanika. Cyborg Gajdy nie jest więc robotem, ale raczej głosem rozproszonym – częstotliwością, która krąży po eterze, szukając odbiorcy, który już nie istnieje. To istota mówiąca, ale pozbawiona ciała, tak jak u Haraway ciało przestaje być kategorią biologiczną i staje się splotem technologii, emocji i danych. Twórca Golema (2014) pokazuje to w poetyckiej praktyce: jego wersy składają się z języka maszyn, mediów, nagłówków, a jednak – paradoksalnie – tętnią życiem, emocją, ludzkim niepokojem. Haraway pisała, że cyborg nie marzy o powrocie do natury, ale o nowym rodzaju wspólnoty międzygatunkowej. Gajda – choć mówi językiem ironii i groteski – podziela ten gest. W jego tomie człowiek jest jednym z wielu bytów współistniejących w medialnym ekosystemie: obok psów, robotów, satelitów, reklam, owadów, sygnałów GPS. W tym sensie tworzy on poetycką wizję „wspólnoty szumu” – miejsca, w którym każdy byt emituje własną częstotliwość, a sens rodzi się z interferencji. To bardzo harawayowska wizja ontologiczna: świat nie jest już hierarchiczny, lecz sieciowy. Nie ma centrum, tylko przepływy. Nie ma „ja”, jest tylko „my” rozproszone w transmisji. W tym kontekście, czytając Gajdę, widzę, jak jego „radio” realizuje tę wizję – poetycko, z humorem i dystansem. To nie manifest teoretyczny, ale praktyka duchowa: próba oswojenia rzeczywistości, w której granica między naturą a technologią już się zatarła. Haraway pisała, że cyborg to „bękart militarno-korporacyjnego świata”, ale też „dziecko emancypacji”. Gajda rozwija ten paradoks: jego „radio” jest zarówno produktem cywilizacji medialnej, jak i narzędziem wyzwolenia z jej dyktatu. Paradoksalnie, poprzez język reklam, instrukcji i sloganów, poeta odnajduje coś, co można by nazwać duchowością przesteru, czyli wiarą w to, że nawet w sztucznym języku można znaleźć autentyczne doświadczenie. W tym miejscu spotykają się dwie pozornie odległe postawy: filozoficzna Haraway i poetycka Piotra Gajdy. Oboje zadają to samo pytanie: czy możliwa jest duchowość po utracie człowieka? Haraway odpowiada – tak, o ile duchowość rozumiemy jako formę relacji, nie dominacji. Gajda mówi to samo, ale językiem poetyckim: w świecie szumów i fal, nawet przypadkowe echo może być modlitwą. Jeśli cyborg Haraway jest metaforą nowego człowieka, to bohater Radia Bla Bla jest jego artystycznym wcieleniem – cyborgiem melancholijnym, świadomym swojej utraty, ale też zdolnym do empatii wobec samego szumu. To postać, która nie szuka powrotu do natury, lecz próbuje odnaleźć świętość w technologii – w komunikacie, w dźwięku, w zniekształconym głosie. I może właśnie dlatego ta poezja jest tak poruszająca. Bo pokazuje, że człowiek w epoce posthumanizmu nie musi znikać – wystarczy, że zmieni formę obecności. U Haraway człowiek staje się cyborgiem; u Gajdy – falą radiową, która trwa mimo wszystko. A zatem w jego wierszach człowiek nie jest już podmiotem, lecz medium – pasmem transmisyjnym między światem biologicznym a syntetycznym. To z kolei przypomina mi pewne intuicje Bernarda Stieglera, dotyczące technologii i pamięci. Stiegler wielokrotnie podkreślał, że człowiek nie jest autonomiczną jednostką, lecz istotą „zapożyczającą” swoją pamięć z narzędzi – od pisma po komputer. Każde narzędzie, każda technika to przedłużenie naszej percepcji i świadomości; to także potencjał utraty – bo wraz z technologią odchodzą niektóre funkcje naszej własnej pamięci, uwagi i refleksji. W poezji autora Hostelu (2008) widzę to wyraźnie: jego język jest narzędziem pamięci i jednocześnie jej świadomym rozbiciem. Reklamy, nagłówki, instrukcje obsługi, fragmenty rozmów – to nie tylko materiał estetyczny, ale symptom technicznej pamięci współczesności. Człowiek staje się tu pasem transmisyjnym między tym, co biologiczne, a tym, co zapisane w systemach technicznych. Jakby poezja była archiwum świadomości, ale archiwum pozbawionym strażnika. Stiegler mówił o „proletaryzacji uwagi” i „deproletaryzacji pamięci” w epoce technonaukowej. W Radiu Bla Bla można to odczytać w formie estetycznej: wiersze Gajdy przekazują informacje, które nie są interpretowane ani selekcjonowane przez człowieka. To świat, w którym uwaga nie należy już do podmiotu, a sens nie jest produkowany świadomie, lecz pojawia się przypadkowo, w zakłóceniach, w interferencjach fal. W tym sensie Gajda realizuje poetycką intuicję Stieglera – pokazuje, że człowiek już nie kontroluje technicznej pamięci, ale może się w niej rozpoznać jako element szerszego systemu. Dla mnie najbardziej poruszające w tym kontekście jest to, że twórca Wiązań wodorowych (2021) rejestruje echo człowieka, nie człowieka samego. To echo jest formą czasu zewnętrznego, o którym pisał Stiegler: pamięć, która przetrwa poza jednostką, zapisuje ją w sieciach, danych, mediach. Gajda w swoich wierszach wydobywa te resztki, te „zapożyczone” wspomnienia i głosy, i układa je w nowy rytm – rytm interferencji między technologią a biologicznym doświadczeniem świata. To sprawia, że jego poezja staje się ontologiczną medytacją nad czasem technicznym. Nie jest już klasycznym monologiem podmiotu, lecz transmisją między różnymi warstwami istnienia: biologiczną, technologiczną, medialną i społeczną. Człowiek nie znika – ale jego obecność jest rozproszona, zawieszona w sygnale, jak sygnał radiowy między falami. Słowem, Gajda jest nie tylko poetą posthumanistycznym, lecz też swego rodzaju   przemytnikiem filozofii Stieglera w poezję, bo pokazuje, że nasze życie i pamięć nigdy nie były czysto ludzkie, a dzisiejsza kultura medialna jest jedynie rozszerzeniem tej technologicznej kontynuacji. Poezja staje się zatem formą refleksji nad tym, co człowiek utracił i co przetrwało w systemie technicznym, i nad tym, jak można to odbierać – nie jako stratę, lecz jako nową formę obecności. W Radiu Bla Bla czuć to bardzo mocno: język nie należy już do człowieka, lecz do systemu, który sam się powiela. Poeta jest tylko stenografem tego procesu, „nagrywającym” głosy świata. To radio nie nadaje już muzyki – nadaje ruinę. I właśnie ta ruina, ten dźwiękowy gruz, staje się dla Gajdy tworzywem duchowości. W jednym z wierszy ( Radio Jawa ) pojawia się fraza: Ponieważ człowiek jest zwierzęciem łownym. Ponieważ człowiek jest zwierzyną łowną. To brzmi jak ironiczny manifest epoki. Człowiek, który przez tysiąclecia łowił sens, teraz sam staje się łupem – schwytanym przez własny system informacyjny, przez media, które miały go uwolnić. Ta przewrotność, od razu przypomina mi ton Marcina Świetlickiego – jego wczesnych wierszy z lat 90., tomów takich jak Zimne kraje, Schizma  czy Zimne kraje 2 . Świetlicki był poetą miasta i hałasu codzienności, który potrafił wyłuskać z niego irracjonalny rytm, język zgrzytów, ulicznych odgłosów, potknięć i drobnych katastrof domowych. Jego postpunkowy bunt polegał na tym, że odrzucał akademicką, gładką poezję; tworzył język „z życia wzięty”, surowy, nieestetyczny, pełen fraz przypadkowych, wulgaryzmów, powtórzeń i impulsów przemocy – tak jakby chciał pokazać świat, w którym sens nie jest ani stały, ani bezpieczny. W przypadku Gajdy odnajduję podobny impuls, ale przeniesiony w epokę posthumanistyczną i medialną. On nie tylko dokumentuje chaos codzienności, ale też rejestruje go w formie interferencji technologicznej – język reklam, instrukcji, fragmentów wiadomości i transmisji radiowych. To jest jak Świetlicki na sterydach cyfrowych: jeśli Świetlicki pokazywał chaos miasta i rozpad jednostki w świecie spektaklu, Gajda pokazuje rozpad jednostki w świecie spektaklu globalnego, medialnego, technologicznego. Podobieństwo pomiędzy nimi tkwi w tym, że obaj tworzą poezję „anty-estetyczną”, która nie upraszcza rzeczywistości ani nie próbuje jej upiększać. Świetlicki robił to przez brutalny, surowy język, Gajda przez język zakłóceń, fragmentów i transmisji – czyli przez samą strukturę medialną świata. U Świetlickiego chaos był emocjonalny, intymny, cielesny; u Gajdy – masowy, systemowy, wirtualny, ale wciąż z elementem egzystencjalnej samotności człowieka wśród szumów. Interesujące jest też to, że u Świetlickiego bohater poezji jest często aktywnym uczestnikiem chaosu, buntownikiem wobec świata spektaklu i jego norm. U Gajdy natomiast bohater staje się bardziej przekaźnikiem chaosu, cyborgiem, głosem w eterze, który nie do końca kontroluje, co nadaje. To przesunięcie z aktywnego buntu w świadome rejestrowanie chaosu jest charakterystyczne dla poezji posthumanistycznej: człowiek nie jest już centrum ani sprawcą, ale uczestnikiem systemu złożonych interferencji. Jednak w obu przypadkach wyczuwam tę samą ironię wobec świata spektaklu i fałszywego humanizmu. Świetlicki ironizuje nad pustką życia codziennego, nad maskami, które nosimy, nad rytuałami przemocy i banalnej codzienności. Autor Człowieka z halabardą  (2020) robi podobnie, tyle że ironia nabiera wymiaru kosmicznego i posthumanistycznego – człowiek nie jest już centrum spektaklu, a jedynie jego ofiarą i medium. W pewnym sensie można też powiedzieć, że Gajda kontynuuje postpunkowy bunt Świetlickiego, ale przenosi go w epokę cyfrową i posthumanistyczną: zamiast miasta mamy sieci i transmisje, zamiast ciała – głos w eterze, zamiast intymnego chaosu – globalny szum. Obaj jednak pokazują, że poezja może być narzędziem niepokorności wobec porządku świata i jego fałszywego sensu. Kiedy czytam Radio Bla Bla , nie mogę nie pomyśleć o Kacprze Bartczaku i jego poetyckiej wizji współczesności. Bartczak również konstruuje świat po katastrofie, ale nie w sensie spektakularnym, lecz poprzez mikro-katastrofy języka i kultury. Jego wiersze pełne są drobnych zakłóceń, powtórzeń, technicznych fraz i fragmentów medialnych, które razem tworzą wrażenie chaosu i rozpadu systemów sensu. Gajda wydaje się podążać podobną ścieżką, tyle że jego chaos jest jeszcze bardziej multimedialny i posthumanistyczny. Bartczak pokazuje człowieka w świecie, który przestał być centrum historii i kultury, ale człowiek wciąż jest tu widoczny jako jednostka, choć zagubiona i fragmentaryczna. Gajda idzie dalej – człowiek staje się falą, głosem, medium, często nieświadomym swojego uczestnictwa w systemie. U Bartczaka jednostka wciąż może próbować interpretować rzeczywistość; u Gajdy interpretacja jest niemożliwa, pozostaje tylko rejestracja i interferencja. Obaj poeci wciągają czytelnika w świat fragmentaryczny, niepewny i apokaliptyczny, w którym sens jest wynikiem przypadkowych kolizji słów i obrazów. Bartczak wydobywa z tego mikro-tragedię jednostki, Gajda – makro-perspektywę systemu globalnego, medialnego i technologicznego. Jego „radio” to nie tylko człowiek, lecz cała sieć transmisji, przez którą przelatują informacje o upadku świata, o zgliszczach kultury i języka. Rytm poetycki Bartczaka i Gajdy również jest pokrewny: oba opierają się na przesterach i interferencjach – u Bartczaka często w postaci powtórzeń syntaktycznych lub dźwiękowych, u Gajdy w formie dźwięku medialnego, reklamowego, radiowego. To sprawia, że tworzą oni poetykę szumu, w której forma i treść splatają się w doświadczeniu zanikania sensu. Jednak u Gajdy pojawia się dodatkowy wymiar, który Bartczak eksploruje tylko pośrednio – ontologia posthumanistyczna. Świat Radia bla bla nie potrzebuje człowieka jako centrum – człowiek staje się elementem sieci, transmisji, a poezja jest jedynym sposobem, by te sygnały zarejestrować i nadać im formę. Bartczak pokazuje człowieka w chaosie, Gajda – chaos, który sam w sobie jest nową formą życia, w którym człowiek uczestniczy jako fala lub echo. W tym kontekście można powiedzieć, że tworzą oni poezję apokaliptyczną dwóch poziomów: Bartczak – apokalipsa jednostki w świecie techniczno-kulturowym; Gajda – apokalipsa systemu, w którym jednostka jest już tylko jednym z sygnałów w eterze. Obaj pokazują jednak, że poezja współczesna nie szuka harmonii ani transcendencji w klasycznym sensie – szuka sensu w interferencji, resztkach i echu cywilizacji. Czasem, gdy czytam jego wiersze, mam wrażenie, że obcuję z poetyckim odpowiednikiem filmów Larsa von Triera – takich jak Melancholia czy Dogville: świat się rozpada, ale nikt tego nie zauważa, bo apokalipsa odbywa się w rytmie codzienności. W Radiu Bla Bla apokalipsa brzmi jak dżingiel wiadomości, a świętość przypomina spot reklamowy. To poezja o końcu, który stał się rutyną. I może dlatego ta książka jest dla mnie czymś więcej niż tylko poetyckim eksperymentem – jest filozoficznym doświadczeniem współczesności. Gajda nie szuka transcendencji, jak dawni poeci metafizyczni – Miłosz, Herbert czy nawet Sosnowski. Dla nich „głębia sensu” była jeszcze możliwa; Gajda mówi raczej o transmisji, nie o transcendencji. Tam, gdzie inni szukali „znaku Boga”, on znajduje sygnał Wi-Fi. A jednak, paradoksalnie, ten sygnał niesie w sobie resztki metafizyki – echo tęsknoty za sensem, który nie został jeszcze całkiem zagłuszony. Kiedy czytam Radio Bla Bla , coraz wyraźniej widzę paralele z poezją jednej z najważniejszych postmodernistycznych autorek poezji współczesnej, urodzonej w 1950 roku w Nowym Jorku,  Jorie Graham, zwłaszcza w tomie Fast (2017). Graham buduje wiersze, które są jak sieć przepływów – czasowych, technologicznych, psychicznych. Człowiek w jej poezji nie jest centrum świata ani jego narratorem, lecz cząstką strumienia doświadczeń, próbującą uchwycić resztki „realnego” w zalewie informacji. To poczucie zanurzenia w ciągłym przepływie technologii i komunikatów jest bardzo bliskie temu, co robi Gajda: jego bohater już nie obserwuje świata, lecz jest przez niego przepuszczany, stając się częścią globalnego eteru. Podobnie w poezji Johna Koethe także amerykańskiego poety i filozofa, zwłaszcza w jednym z ważniejszych jego zbiorów, w którym bada związki między pamięcią, czasem, miejscem i tożsamością, a także kondycję człowieka w świecie współczesnym, Ninety-Fifth Street (2009), gdzie obecny jest motyw bycia „na częstotliwości” – zawieszenia pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, między tym, co realne, a tym, co medialne lub cyfrowe. Koethe pokazuje, że współczesne istnienie nie jest już spójne ani linearnie odczuwane; jest raczej interferencją sygnałów, której jednostka może jedynie doświadczać. U Gajdy ta interferencja staje się totalna: człowiek nie tylko odbiera sygnały, nie tylko przetwarza informacje, lecz sam staje się medium, które świat „słucha”, a nie odwrotnie. W tej perspektywie jego poezja rozwija pewien motyw, który u Graham i Koethe jest dopiero sygnalizowany: posthumanistyczną ontologię człowieka jako fali, która porusza się w strumieniu danych, języka i technologii. W Radiu Bla Bla człowiek nie posiada już autonomii – jego myśli, emocje, obecność są wciągnięte w system większy niż on sam. Rytm jego wierszy – powtórzenia, przesterowania, fragmentaryzacja – jest jak zapis oscylacji tej fali, echo współczesnej kondycji: bycia rozproszonym, przepuszczonym, przepływającym między warstwami świata. To również poetycka metafizyka hałasu: tak jak Graham posługuje się fragmentami strumieni świadomości, a Koethe dźwiękiem i rytmem frazy pokazuje interferencję czasu, Gajda używa reklam, komunikatów, nagrań, instrukcji obsługi, aby oddać to, co pozostaje z człowieka w epoce posthumanizmu. Jednostka w jego poezji nie jest już podmiotem ani autorem, lecz bytem sygnałowym – jej doświadczenie jest jednocześnie rejestrowane, przetwarzane i transmitowane. Dzięki temu Gajda tworzy coś, co mogę nazwać ontologią częstotliwości, to świat poetycki, w którym egzystencja nie jest linearna ani spójna, lecz falowa, interferencyjna i wielowarstwowa. Człowiek nie „słucha” świata, lecz świat słucha jego fali, a poezja staje się próbą uchwycenia tego niezwykłego, medialno-technologicznego doświadczenia istnienia. Ta poezja, choć zbudowana z hałasu, jest w jakimś sensie mistyczna. Wśród zakłóceń i powtórzeń Gajda tropi resztki duchowości, które przetrwały w codziennych przedmiotach i banalnych dźwiękach. Świętość objawia się tu w trybie „standby” – cicha, czuwająca, gotowa do wznowienia. To duchowość po epoce człowieka, duchowość w stanie zawieszenia. Dlatego dla mnie osobiście filozofia hałasu w tomie jest czymś więcej niż metaforą chaosu medialnego – to ontologia późnej cywilizacji, w której człowiek przestaje być centralnym punktem znaczenia. Michel Serres pisał, że świat istnieje nie jako uporządkowana narracja, lecz jako zbiór drgań, zderzeń i interferencji. Każdy dźwięk, każdy sygnał niesie informacje, ale też wprowadza chaos i zakłócenia. To nie tylko hałas akustyczny – to hałas kultury, technologii, języka, mediów, który tworzy tło egzystencjalne współczesności. Gajda – choć nie filozof – intuicyjnie wciela tę myśl w praktykę języka. Jego wiersze nie opowiadają o świecie w tradycyjnym sensie, nie tworzą linearnej narracji ani spójnej fabuły. One emitują szum świata. Reklamy, fragmenty rozmów, nagłówki gazet, instrukcje obsługi – wszystkie te elementy stają się formą poetyckiej „falowości”. Krótko mówiąc, w Radiu Bla Bla  człowiek nie interpretuje już świata – jest jego częścią, przekaźnikiem, kanałem dla interferencji między technologią, kulturą i naturą. Ale to nie wszysko, bo ten szum jest również metaforą utraty podmiotu. W epoce, w której informacje mnożą się szybciej niż możemy je przyswoić, tradycyjne kategorie „ja” i „świata” tracą znaczenie. Poezja Gajdy rejestruje tę utratę, pokazując, że sens przestaje być produktem podmiotu, a staje się efektem przypadkowej kolizji fal językowych i medialnych. Wiersze stają się więc przestrzenią interferencji, miejscem, w którym człowiek spotyka się z własnym zanikiem w systemie komunikacyjnym. Można też powiedzieć, że Gajda tworzy swoistą ontologię szumu, w której hałas nie jest przeszkodą ani złem, ale formą istnienia. Poezja staje się zatem odbiornikiem i nadajnikiem jednocześnie, próbującym uchwycić przepływ świata w całej jego złożoności, interferencjach i absurdzie. W tym sensie każdy wiersz jest eksperymentem ontologicznym: pokazuje, że w epoce posthumanistycznej być znaczy być częścią hałasu, a nie jego twórcą ani panem. Hałas staje się więc nowym medium poetyckim, metafizycznym i epistemologicznym – językiem, w którym Gajda bada granice człowieka, języka i świata. To poezja nie komunikacji, lecz transmisji bytu: echo cywilizacji, która nadal nadaje, mimo że człowiek przestał być jej centrum. To, co w tej poezji na pierwszy rzut oka wydaje się chaosem i destrukcją, w rzeczywistości ma wymiar duchowy i metafizyczny. Jeśli przyjmiemy, że – jak mówi niemiecki filozof Peter Sloterdijk – współczesność jest „sferą dźwięków”, w której człowiek przestaje być centrum, to każda fala, każdy szum, każdy zakłócający sygnał w Radiu Bla Bla  staje się nowym rodzajem przestrzeni duchowej. Człowiek nie kontroluje już świata ani znaczeń, ale może stać się świadkiem i uczestnikiem rezonansu istnienia. Hałas u Gajdy jest więc czymś więcej niż tłem medialnym – to medium ontologiczne, przez które przepływa byt. Każda fraza, każda transmisja reklamowa, każda migawka rozmowy jest jak wibracja, przez którą człowiek doświadcza świata. W tym sensie modlitwa i poezja stają się analogiczne: nie chodzi o komunikację z transcendentnym centrum, lecz o przebijanie się przez interferencje istnienia, o wyłuskiwanie resztek znaczenia w szumie. Gajda sugeruje, że współczesna duchowość nie polega na odnalezieniu harmonii ani boskiego porządku, lecz na zauważeniu i uczestnictwie w przepływie, który jest chaotyczny, fragmentaryczny i zakłócony. To jest poetycka odpowiedź na posthumanistyczną kondycję: człowiek nie jest już panem świata ani jego centrum, ale może odnaleźć świadomość swojego bycia w systemie wibracji i interferencji, które go otaczają. W Radiu Bla Bla  hałas staje się więc metaforą transcendencji – nie tradycyjnej, „czystej” i harmonicznej, ale transcendencji zakłóconej, cyfrowej, interferencyjnej. Każdy fragment reklamy czy instrukcji obsługi jest niczym „szeleszczący anioł”, którego komunikat przestaje być jasny, a jednak wciąż rezonuje. To duchowość niepokojąca i prowokująca, która nie obiecuje ukojenia, ale świadomość obecności w kosmosie przepływów, dźwięków i zakłóceń. Hałas Gajdy można więc odczytać jako modlitwę współczesności: w epoce końca antropocenu, gdy człowiek przestaje być centrum, duchowość nie znika – zmienia tylko formę. Modlitwa nie jest skierowana ku Bogu, lecz ku samemu szumowi istnienia, ku falom życia, które nadal rezonują, nawet jeśli sens jest ulotny. W tym kontekście każdy wiersz Gajdy staje się rytuałem interferencji – próbą uchwycenia głosu świata, który przemawia nie przez klarowne znaki, lecz przez chaotyczny, zakłócony, wielowarstwowy dźwięk istnienia. Przypomina mi się tu David Lynch, który w Twin Peaks  pokazał świat, w którym metafizyka przejawia się nie w objawieniu, lecz w zakłóceniu sygnału. Gajda działa podobnie: jego hałas to duchowy rewers ciszy, rodzaj nowoczesnej kontemplacji. Bo tylko w świecie, w którym nic już nie słychać wyraźnie, można naprawdę usłyszeć samego siebie. Hałas jest też znakiem demokratyzacji istnienia. W jego tle wszystkie głosy brzmią równo – ludzki, zwierzęcy, techniczny, mechaniczny. W tym sensie jego poezja jest radykalnie egalitarna ontologicznie: nikt nie ma monopolu na mowę. Świat mówi sam, a poeta tylko rejestruje jego foniczne ruchy. Filozofia hałasu to zatem nie pesymizm, lecz nowy sposób słuchania świata – słuchania, które nie szuka harmonii, lecz współbrzmienia. W Radiu Bla Bla  hałas jest tym, co zastępuje Boga, ale też tym, co Go przypomina. Nie słychać już słów Objawienia, ale wciąż słychać drżenie stworzenia. Kiedy zakończyłem lekturę, miałem poczucie, że uczestniczyłem nie w czytaniu tomiku poezji, ale w jakimś dziwnym seansie spirytystycznym nowoczesności. Gajda – jak współczesne medium – nie interpretuje głosów świata, lecz pozwala im mówić. Nie tłumaczy sensu, lecz wsłuchuje się w jego zanikanie. I to jest chyba jego największa odwaga: nie próbuje przywracać człowieka światu, ale pozwala światu przemówić po ludzku – jeszcze raz, choćby w języku reklam i pogody. Być może właśnie w tym tkwi sens współczesnej poezji – nie w ratowaniu metafizyki, lecz w rejestrowaniu jej śmierci z czułością. Gajda, niczym operator na posterunku po końcu świata, notuje ostatnie sygnały: z eteru, z ciała, z pamięci. W tym wszystkim pozostaje jednak coś głęboko ludzkiego – ta cicha wiara, że nawet w szumie świata można jeszcze usłyszeć modlitwę. Piotr Gajda, Radio Bla Bla , Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Łódź 2025, s. 46. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu) , potem wydał Dychotomię  (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze  (2025). Publikował m. in. w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w ArtPapierze i Nowym Kozirynku. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur  na stronie www.kozirynek.online .

  • Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (23)

    Jaka jest siła piosenki i czy bardowie jeszcze istnieją? Po co są w tym świecie zanurzonym w SUNO, algorytmach i sprytnych strategiach na socialach? To pytanie wraca do mnie coraz częściej. ​   Pewnego wieczoru rozmawiam z Leszkiem Wójtowiczem , poetą, pieśniarzem, bardem Solidarności i jednym z filarów Piwnicy pod Baranami. Siedzimy tuż po koncercie, kiedy w powietrzu nadal krąży zmęczony śmiech, refreny i pojedyncze westchnienia publiczności. Gdzieś tu jest dawny Kraków. Gdzieś tu jest świat pełen piosenek literackich do ostatniej kropli krwi, nasyconych wieloma warstwami znaczeń, z którymi nie poradziłby sobie algorytm facebooka. ​  To nie jest tradycyjna rozmowa o karierze ani wspomnieniach, tylko o tym, czy autorska piosenka jeszcze może komukolwiek pomóc „poukładać w głowie” świat, który przyspieszył. Leszek mówi spokojnie, bez wielkich słów, że bycie po prostu przyzwoitym człowiekiem bywa dziś formą buntu – i że właśnie od takich cichych buntów zaczyna się zmiana.  Miłka O. Malzahn  – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy  Dziennik Zmian,  moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page