Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Katarzyna Furmaniak – trzy wiersze
Stary molos mocno śpi Posądzają mnie o lenistwo, a jestem przecież równie pracowity, co mój brat Tanatos. Innym przynoszę odpoczynek, lecz sam nigdy się nie kładę, nie zamykam oczu. O ile ludzkie sny potrafią znużyć, o tyle zwierzęce wciąż mnie zadziwiają. Delfinom marzą się perły i trójzęby, sowom krosna i latające delfiny. Lwy zbierają złote jabłka, a psy – psy śnią o swoich ludziach. Żadna zawiść ich nie dręczy, żaden pot ze wstydu nie oblewa. Kłamstwa nie spędzają im snu z powiek. Śpią smacznie jak ciastka z miodem. Psim snom towarzyszą zjawiska niewytłumaczalne. Porywczy kupcy potrafią cały wieczór wpatrywać się w drgające łapy i uszy. Władcy nie wstają z tronów, gdy im pies zaśnie na kolanach. Żony, które narzekają na chrapiących mężów, tylko się uśmiechają, gdy charczy szczeniak. Przyglądam się, jak stary molos ze szramą na pysku mocno śpi. Dzieli posłanie ze swoim człowiekiem, a przecież obaj ledwo się na nim mieszczą. Ciężką łapą przygniata człowiekowi brzuch, obślinia mu chiton. Przed świtem budzi go zniecierpliwionym ogonem. Człowiek przeciera rozespane oczy. Nie marszczy czoła, mówi psu coś na ucho i siada, rozmasowując kolana. Wścibski nie jestem, ale chciałbym wiedzieć, co takiego wyszeptał. W najśmielszych snach Mały Endymion marzył o miłości. Z rozdziawioną buzią słuchał aojdów, z rozwianą czupryną właził na drzewa. Co dzień świtały mu nowe pomysły, które razem wprowadzaliśmy w życie. Jak heros i jego ogar skradaliśmy się do kotów, udając, że to lwy nemejskie. Jak władca i jego molos dowodziliśmy oddziałami świń, kur i owiec. Mój pan wiercił się do późna. Śniły mu się przygody na morzu, powabne nimfy, nieznane krainy i olbrzymie niebezpieczeństwa, z których zawsze wychodził cało. Dorosły Endymion przymyka zaspane oczy na rzeczywistość pierworodnego syna. Ziewa w ogrodach, ziewa na występach. Coraz częściej zmierzcha mu cierpliwość, aby wysłuchiwać nieporadnie zatroskanej matki. Jak wieszcz i jego owczarek spoglądamy w przyszłość ze zmarszczonymi brwiami. Jak królewicz i jego alopeki milczymy – nie wiadomo przez kogo zaklęci w kamień. Mój pan zwija się w kłębek nerwów. Ani mu się śni, że gdzieś tam czekają wyspy do obwąchania i laury do zdobycia, że ktoś mógłby go kochać czy też cicho, cierpliwie uczyć arytmetyki. Zbudziwszy się o północy, widzę, jak do pogrążonego we śnie Endymiona skrada się nieśmiało poświata Selene. Już prawie muska jego dłoń na przywitanie, lecz wnet się wycofuje w obawie, że jej zauroczenie wyjdzie na jaw. Głodnej mąż na myśli Przyszłam na świat jako ostatnia i najmniejsza z miotu. Nie wybrał mnie Ares, nie wybrała Artemis. Skomlałam cicho, żałośnie, póki nie poczułam ciepła czyichś rąk. Były to ręce Ojnone: urobione po łokcie, szorstkie, sękate. Moja pani gotowała mnóstwo jedzenia i nie rozumiała, dlaczego mąż za każdym razem odmawiał dokładki. Po jego odejściu straciła apetyt. Werwę czerpała z amfory goryczy, a żywiła się czerstwą urazą. Pytania schły jej w niedocałowanych ustach. Na długo przed tym, jak boginie posprzeczały się o złote jabłko, budziła się nad ranem i oddychała piersią pełną złych przeczuć. Parys nie spodziewał się, że będzie go zatrzymywać; jej szlochów słuchał z zakłopotaniem. Ojnone przekonywała go, by nie porzucał rodziny. Próżno się jednak starała, próżno prosiła i złorzeczyła na przemian. Wybrał inaczej. Helena wykluła się z łabędziego jaja. O jej delikatną rękę walczyli królowie. Jadała ponoć winogrona i niebieskie migdały, o których nie śnili poddani jej ojczyma oraz licznych zalotników. Poślubiła Menelaosa; słodki posmak jego pochlebstw zwiększał jej apetyt. Chichotała, gdy ją łaskotał czułostkami, gdy się zabłąkał w gęstwinie jej złocistych włosów. Żaden pies jej najwyraźniej nie zawrócił, kiedy zostawiała rodzinę i za namową bogini uciekła z Parysem, który na wojnie, jeśli wierzyć wiatrom, co huczą z północy, pokonał samego Achillesa (choć mu do pięt nie sięgał – rzekła cierpko moja pani). Helena uchodziła za kobietę pyszną. Czy nią była? Próżne domysły. Dusz nie strzegłam, herosów nie wykarmiłam. Bogom nic nie upolowałam. Próżno skakałam na niezdarnych łapach, próżno psociłam. Mej pani nie dało się rozśmieszyć. Katarzyna Furmaniak – absolwentka filologii polskiej oraz translatoryki, miłośniczka psów, mitów greckich i słowiańskich oraz powieści science fiction. Publikowała na łamach czasopism „Miasto Literatury” oraz „artPAPIER”. Mieszka w Gdańsku.
- Klaudia Rogowicz – cztery miniatury prozą
Justyna W przestronnej kuchni kobieta za drewnianym stołem bardzo sękatym jeszcze nie wygryzionym przez korniki blond długie wodospady spływają na wyszkieletowane ramiona boi się ale coś robi kroi marchewki ale nic nie widać to takie przywidzenia gdy punkt obiektu przemieszcza się on stoi tam w tle jej mąż patrzy jak wychyla się na stół ściśnięta gorsetem i suknią jak tą ślubną bo zawsze chciała by było to jej wspomnienie z ich najszczęśliwszego dnia myśl że będzie miał kochanki i zostawi jej patykowate ramiona i obojczyki wyginające się jak kręgosłup gdy tamtej nocy oboje szczytowali waniliowy zapach kremowy dochodzi od białych kwiatów miała taki bukiet perły i czarne skórzane rękawiczki ta miłość to takie wiśta wio czuła się jak panienka trochę pierdolnięta szurnięta jebnięta od jego aparycji i dykcji z jaką mówił po francusku ona miała flakony z liliowym zapachem z nutą kalii bo wierzyła zbyt romantycznie klasycznie w tą miłość tak mocno podkoloryzowaną jej to się zdaje ale to snobizm nie mieć kochanki mówi mąż do niej odwraca się płacze błaga by nie zostawił jej i przytula podwija te białe falbany wargi ma sromowe koralowe nieszminkowane naturalne smakuje mu jak dziki bez z ostrygami i fois gras kwiaty na oknie pocą się razem, z nimi a rękawiczki poszły sobie jęki zamazały czerń lepiej od proszków czyszczących czystość cnoty niewieście wybielających uniósł się sufit i spadły z krzykiem wykrzyknikiem wynikiem od tyłu przy oknie Justyna upuszcza te cuda kaletnicze ponownie dziewicze mąż nie musi się smucić cucić włóczyć wystarczy mu rękawiczki wyrzucić albo i zakopać w doniczce i storczyka zasadzić w wełnistej przestrzeni oboje podkręceni zakochani pomieszani przerąbani śmieją się w twarz owocom kwiatom odcieniom i pieśniom z chodnika a rękawiczki niemodne niech też sobie wezmą ślub Kuropatwy W zielonej głuszy rozpuściły się włosy. Słońce pada na nie , tak jak on padł na ziemię, gdy uciekła ostatnia kuropatwa. Przepióreczka śmiała się, nalewając prądu do ptasiego mleczka. . Kukułka wołała, gdy jechał, wpadając wzrokiem na pannę kuropatwę. Strzelił piorun, a może Parki zerwały ostatnią nić? Szata leżała gotowa na Spotkanie. Spadał tak, jakby był jesienią, fale, czarne membrany, wtopiły się w krajobraz. Przez drzewa patrzyli przerażeni towarzysze. Jego życie było tak nieprzewidywalne, jak burzowe fronty w środku lata. Koniec końców pogodził się ze wszystkimi, z królem i przyrodą. Czerwień zasiliła podszyt, z niego powstanie kolejne drzewo, kolejny kwiat. Grzybnia uchwyci płyn i złączy się z jego materią. Kto przyjdzie do tego lasu, poczuje, jakby go spotkał, choć on będzie gdzie indziej, na wyspie tak błękitnej i ludnej, że tylko puści oko. Las będzie szumiał, a kuropatwy zajrzą, od czasu do czasu, grzebiąc pomiędzy drzewami. Kuropatwy. Koniec Słońce umykało w siwych pierzynach. Ziemia kończyła obieg, wraz z wiatrem żegnała rok. Po polach jeszcze szeleściły kikuty mietlic. Jechali przez śnieg. Kuropatwy tuliły się, drżące od mrozu i strachu. Strzał! Ptaki spłoszyły się, upada czerń loków, miesza się w odwieczny kontrast. Czerwień nie farba, bo jelenie się skryły w puszczach. Odleciały kuropatwy gonione tylko końcem roku. Stali nad nim, nie udało mu się przejść między latami. Wrota, które o północy miały go wpuścić z weselem, północą, zamknęły się. Mówiono o nim źle ale prawie nikomu nie było znane, że serce zgasiła iskra przebaczenia, I czym ta ziemia zgruchotana? Tylko niwą, miejscem na chwilę. Kuropatwy wybrały królową o północy. Epoki epokom epokami Zegarek na czas, w wazonie świeże kwiaty. Powstała opera, panowie i panie chodzili na sobotnie premiery. W sklepach kość słoniowa, koronki i puchary ze złota. Wąsy opadły wraz z powiekami. Róże i krzyż, na drogę Ancient Regime, niech prowadzi ich płomień korowodu ostatniego balu w strzelistych komnatach. -Puk, puk! Wchodzi bosonoga dziewczyna, roześmiane chłopaki, lotofagowie. Nie zabrakło Simone i Paula. Miłość, ślady szminki są jak hurma, którą noszą na rękach. Prowadzi ich Wodnik. Wszystko, na co spojrzy człowiek, mieni się kolorami. Niech nam radość na wieki wieków OM! -Puk, puk! Stoi kobieta w kolii koloru jej ust, dzierżąc gotycką parasolkę. Mało sprośny mnich marszczy czoło. Czy to powrócił Ancient Regime? Nie, to przebierańcy, a ich imiona Nienawiść, Obojętność i Wilk, bo nim powinien być człowiek człowiekowi. Miłość to tylko chory obowiązek, a lekarstwem wypowiadanie modlitw, na klęczkach, w pokorze i Państwo Boga, w którym Go nie ma. Ryglujemy drzwi deskami i metalowymi prętami. Coraz głośniej prą do nich cienie anihilacji. Mając jeszcze nadzieję, oglądamy występy drag queen w duchu Ancient Regime. Klaudia Rogowicz (ur. 1987) – poetka, dramatopisarka, recenzentka i scenarzystka. Wydała tom poezji Życie do wynajęcia (2003), dramat Listopadowa Oliwa (2007), szkice dramatyczne Białe Miasto (2008). Publikowała w "Twórczości", "Odrze", "Wakacie", "Tyglu Kultury", "Nowej Orgii Myśl", "Wyspie", "Protokole Kulturalnym", "Czasie Kultury", "E-Elewatorze", "Pro Arte", "Migotaniach", "Pro Libris", "Akancie", "Elewatorze". Utwory pisane po angielsku ukazały się w internetowych pismach : "Modern Literature", "Cordella", "Brief Wilderness", "Dying Dahlia" a przekłady w kilku periodykach zagranicznych.
- Eliza Studzińska – Pomarańcza
Urodziłem się dokładnie trzydzieści lat temu pierwszego czerwca 1957 roku. Moja matka dzień przed porodem zafarbowała włosy na rudo. Kolor wyszedł ponoć pomarańczowy i matka niechętnie robiła sobie ze mną zdjęcia choć były one i tak czarno-białe, bo nie mieliśmy nowoczesnego aparatu fotograficznego. To dlatego nie mam ich z pierwszego tygodnia życia nad czym ubolewam. Czekała aż kolor włosów „się spierze”. Ojca nie znałem. Kiedy nauczyłem się mówić i zapytałem babkę, gdzie jest tatuś powiedziała: „Krasnoludki go zabrały”. To dlatego znienawidziłem bajkę o Śnieżce. Byłem wychowywany przez dwie silne kobiety. Przeżyły wojnę i żyły w komunie. No nic tylko Nobel z każdej dziedziny życia: walki o pokój, papier toaletowy w łazience i schabowego w niedzielę. Dla mnie to bohaterki codzienności. A życie to tylko i aż codzienność. Matka pracowała jako sekretarka w biurze Milicji Obywatelskiej. Nie podobało się to babce, ale nie robiła matce wyrzutów, bo ceniła sobie profity, płynące do rodzin komunopracowników. Za to ja szybko dojrzałem politycznie i ideologicznie różniłem się od moich opiekunek. Nie epatowałem co prawda przed nimi swoją antyreżimową postawą, bo nie chciałem robić przykrości mej komunistycznej matuli która, chyba by podlizać się samemu Kremlowi, farbowała teraz włosy wręcz na czerwono. Wtedy to ja zacząłem unikać z nią wspólnych fotografii. Na szczęście w szkole trafiłem na kilkoro opozycyjnych nauczycieli, którzy nauczyli mnie obok alfabetu, tabliczki mnożenia i rosyjskiej gramatyki także krytycznego myślenia oraz czytania ze zrozumieniem. Wiele im zawdzięczam. Właściwie wszystko. Matka, odkąd zaczęła pracę dla milicji, wydeptywała ścieżki dla mojej kariery u swoich przełożonych. Jakże wielki musiał być jej zawód, kiedy po maturze w 1975 roku głosem stanowczym i nieznającym sprzeciwu powiedziałem matce i babce: „Idę na filozofię”. Jedliśmy wtedy obiad. Rosół. Za słony. Makaron niedogotowany. Polska. Zniewolona. Polacy uwięzieni we własnym państwie. Jedyną moją radością w komunistycznej ojczyźnie były narodziny syna w karnawale Solidarności. Przyszedł na świat dokładnie wtedy, kiedy Lech Wałęsa wskrabywał się na płot Stoczni Gdańskiej a ja, oglądając to na żywo, modliłem się żeby nie spadł oraz o to, by żona miała dobry poród. Byłem pewien, że mój syn będzie żył w niesłonej Polsce i dobrze ugotowanym ustroju. Teraz ma siedem lat, na imię Leszek i poznaje litery, przeglądając „bibułę”. Karnawał Solidarności się skończył, żona zmarła przy porodzie, wcześniej babka i matka. Zostałem sam na świecie z małym człowiekiem, któremu czytałem bajkę o Śnieżce i krasnoludkach, pragnąc by polubił od dziecka to, w co teraz „bawił się” jego ojciec, czyli Pomarańczową Alternatywę. Muszę nadmienić, że ostatecznie nie zostałem filozofem a dentystą. Pragnąłem, by moi rodacy mieli piękne uśmiechy. Wśród tego smutku, szarzyzny i marazmu niech lśnią ich białe zdrowe zęby. Jest Dzień Dziecka. Nie zaprowadziłem Leszka do szkoły. Ten zaczął płakać, bo pani obiecała dać im cukierki i lizaki. – Syneczku, a chcesz być dzisiaj krasnoludkiem? – Tatusiu, ale krasnoludki są tylko w bajce o Śnieżce. – Obiecuję, że dzisiaj je spotkasz. Co więcej, sami zamienimy się w krasnoludki. Zrobimy sobie czapeczki. – Wow, tatko, tak, tak zróbmy! Przyniosłem „bibułę” i pomarańczową farbę. Zrobiliśmy czapeczki i wyszliśmy z domu. Spotkaliśmy się z innymi „krasnoludkami” w centrum miasta. Leszek był zachwycony. W przeciwieństwie do mnie bajkę o Śnieżce lubił najbardziej. Ja też, po codziennej lekturze, polubiłem tę bajkową postać. Byli praktycznie wszyscy moi przyjaciele. Zdziwili się, że zabrałem ze sobą Leszka. Uważali, że narażam dziecko na niebezpieczeństwo. Wiedziałem, że będzie milicja. Byłem świadomy, że dziecko może się wystraszyć, znienawidzić krasnoludki i Śnieżkę. Jednak ja liczyłem na odwrotny efekt. Pragnąłem, by zapamiętał ojca jako niezłomnego patriotę, kochającego ojczyznę na równi z nim. – Tatko – powiedział Leszek – Tu jest lepiej niż w szkole! Tak zabawnie panowie w mundurach ganiają krasnoludki! Śnieżka umarłaby ze śmiechu! – Tak syneczku, żyjemy w zabawnym kraju. Dzisiaj to krasnoludki są rycerzami w tej naszej polskiej bajeczce. – Leszku! Co tu robisz? Czy pan postradał zmysły?! - odwróciłem się. Stała tam zbulwersowana nauczycielka. – O! A pani nie psuje słodyczami zębów dzieciom w szkole? - zapytałem zaczepnie. – Wypraszam sobie! Zgłoszę pana na milicję! – Proszę. Tu ma pani cały pluton milicjantów. Tylko są teraz trochę zajęci. – Antyrządowe demonstracje nie są dla dzieci! – A dla krasnoludków? - drwiłem w najlepsze. – Proszę nie kpić! – A pani dlaczego nie w pracy? Nagle zamilkła i spoważniała. – 1 czerwca 1980 roku poroniłam. Dzień Dziecka spędzam na cmentarzu. Zamurowało mnie. Odjęło mi mowę i niespodziewanie dla samego siebie powiedziałem do niej: – Czy możemy pójść z panią na cmentarz? Tym razem to ja ją zaskoczyłem. – Dobrze – powiedziała. Szliśmy w milczeniu. Leszek też milczał. Był za mały, by wiedzieć co to znaczy „poronić”, ale to bystry chłopiec i wiedział, że to coś przykrego. Tymczasem doszliśmy na miejsce. – Proszę wybaczyć. Na grób mojego dziecka pójdę sama. – Jasne, oczywiście. Rozstaliśmy się. – Synku, jak już tu jesteśmy to pójdziemy na grób prababci, babci i mamy. Na płycie grobu stały trzy znicze. Miały jeszcze trochę parafiny i dobry knot. Wyjąłem zapałki i zapaliłem je – Pomódlmy się za ich dusze. – Ale ja nie chodzę na religię do kościoła, nie znam modlitw. Mogę poprosić tylko Boga, by trafiły do śnieżnego nieba Śnieżki. Miałem ochotę zapłakać. Postanowiłem wysłać Leszka przy następnej okazji do kościoła. Nagle zaczęło padać. – Zdejmijmy czapeczki krasnoludków i połóżmy je na grobie. – Tatko, ale wtedy zmokniemy! – Leszku, zrób to, o co cię tata prosi. Zrobił. Tym symbolicznym gestem miałem nadzieję, że dobry Bóg przebaczy mojej babce i matce grzech „bratania” się z milicją. Z ta sama milicją, która teraz gania za opozycjonistami w czapkach krasnoludków. Moja żona była opozycjonistką. Matka jej nienawidziła. Specjalnie przesalała rosół, kiedy mieliśmy przyjść. Chciałem pogodzić je po śmierci, decydując się na ich wspólny grób razem jeszcze z babką. Teraz dzielą ziemię, znicze i czapki krasnoludków. A my świętujemy Dzień Dziecka na cmentarzu bez cukierków i lizaków tylko ze słonymi jak rosół łzami. I wtedy coś sobie przypomniałem. Tak. Miałem to cały czas w kieszeni kurtki. Prezent dla Leszka na Dzień Dziecka. Prawdziwa pomarańcza u progu lata, którą dostałem od pacjenta marynarza w podziękowaniu za wyleczenie „piątki”. – Synku, proszę. Pomarańcza jest zdecydowanie lepsza od cukierków. Zobaczysz, zwyciężymy i pomarańcze będą w Polsce przez cały rok! Eliza Studzińska – absolwentka podyplomowych Studiów Literacko-Artystycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikowała w „Twórczości”, „Czasie Literatury ”, „Tlenie Literackim”, „Helikopterze”, „Akancie” i w „Babińcu Literackim”. Laureatka wielu konkursów literackich. Finalistka 19. edycji projektu Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2024 Biura Literackiego. Mieszka we Włocławku.
- Przemysław Jaźwiński – trzy wiersze
nirwana zaplanowane wyjście poza las materialnego zestawu złudzeń wieczorną kusą słonecznością w tylu koleinach myśli bez dna cykl nieskończoności oczekiwań jedno już zamienia się z drugim nie gaśnie trochę jeszcze trochę więcej powinno znaczyć mniej zatrzymanie siebie pośród pól mrowie perspektyw i stanowisk czymże jest esencja w wielości i vice versa na cito ad hoc wiesz kismet rejs czy marsz po wodzie niezmiennie suchą stopą bez zawijania do portów od tylu lat dookoła życia horyzont napięty jak łuk śluza pomiędzy światami zawsze kilka kroków przed prędkość nie ma znaczenia odwieczność oznakowania to tu to tam góra dół obok nadzieja w sensytywności czas na kolejne okrążenie postój miejsce na uboczu kawałek do ludzi kontakt z całym ja dostępny od ręki okolica pełna myśli o tym i o tamtym cisza otwiera dzień całkiem na oścież duża porcja światła wciąż do wyboru widać już wyraźnie inną linię czasu Przemysław Jaźwiński – doktor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, socjolog, miłośnik natury, fotograf, perypatetyk. Uczestnik i laureat wielu konkursów ogólnopolskich konkursów poetyckich. Obecny w antologii Od Wschodu do Zachodu. Wiersze Polaków z całego świata (2021). Publikował w „artPAPIERZE”, „Czterech Zeszytach and After” „Mojej Przestrzeni Kultury”, „Poeci w Sieci”, „Post Scriptum”, „Ty.Tu.Le”, "Suburbiach" „Współczesnej Polskiej Poezji”, „Wydawnictwie J”, „ZAKŁAD. magazyn”. Brał udział w projekcie literackim aktora warszawskiego „Teatru Rampa” Roberta Tondery „Ogrodowe Czytania Czwartkowe”.
- Anna Przysada – cztery wiersze
Pulsujący mięsień przykładam język do ściany kryształki soli wybuchają na kubkach smakowych przeważnie goryczą ściany tego domu od samego przyjścia tutaj pokrywały się ostrymi krawędziami poharatany mięsień poległ i nie raz polegnie w rozpoznawaniu smaków szczególnie tych co mogą nieść drobiny słodyczy istnieją tysiące rodzajów kamieni z których można zbudować cztery ściany ale po żadnym z nich język nie przesunie się wyłącznie gładko ale może gdyby sól smakowała wyłącznie solą a cukier samą słodyczą nikt by nie wybierał własnego kamienia i nie stawiał nowych ścian Potrzeba dramatu Budzę się z potrzebą dramatu, na widowni brak świateł i pustka, za oknem tylko jedna gwiazda mruga – a więc nawet ona jest po prostu helikopterem. A kostium już przywdziany, rola wyuczona na pamięć – kto z nas nie lubi powtarzać wzorców, co ryją sobie szlaczki podczas słodkiej fazy rem? Wślizgują się w różową tkankę mózgu; ich pulchne ciała miękkie, suną jak glisty, cierpliwie budują scenografię za kulisami. Tak, żeby mój głos dobrze wiedział, jak już wybudzę się w nocy, co grać w dzisiejszym repertuarze: śmiech, krzyk, szept, cisza. Lub po prostu: gdzie są moje szlugi. Imiesłów być samemu z przysłówkowym to jak półprosta bez kropki albo człowiek bez człowieka Pamiętam, że trawa Była wtedy jak bryłka złota odłożona na dnie podmiejskiej, lichej rzeki. Każdy szuka, niewielu znajduje. A wystarczyło tylko mieć kilka lat, żeby świeciła w brudnej ziemi jak pasek rolexa czy inny ametyst. Skradałam się do niej na palcach, w jednym bucie – wsuwanym, na rzepy. Drugiego uczyłam wtedy separacji w innej części ogrodu. Pod karą utraty – nie wolno zagłuszać ocierających się źdźbeł, co szeleszczą jak zdejmowana sukienka. Przy klękaniu ziemia nie miała znaczenia. Tylko jej ciała – łapałam je w pulchne palce. I rwałam. Bez skrupułów. Od macicy w górę. Pierzchały z rąk jak króliki, broniły się śliską powierzchnią; przecinała ją wzdłuż wypukła linia – miejsce ostatniego ruchu oporu. Okazało się, że zapach może mieć odcień – zielony. Węszyłam bezwzględny blef w przekazach rodzinno-kulturowych. Źdźbło łaskotało w nosie, pieściło mieszki; zostawiało na nich pączki, by rozkwitały aromatem soczystego posiłku. I w końcu – wsunęłam źdźbło między zęby jak wykałaczkę, której nie trzyma szkielet. Poprosiłam zachłanne mleczaki o miażdżenie zielonych włókien i chrząstek. W ustach wybuchła plama, strumieniami rozlała się na kubkach smakowych, a tam – przede wszystkim gorycz. Anna Przysada (ur. 2001) – słuchaczka Studiów Literacko- Artystycznych na UJ. Publikowała m.in. w „Stronie Czynnej”, magazynie „Suburbia”, w „Szkicach” i „Kwintesencji”. Pracuje nad debiutanckim tomem opowiadań Włos w zupie.
- Ewelina Płonka – trzy wiersze
*** Jaka tam u ciebie pogoda U mnie w życiu wyraźnie, mamo Wiatr przecina rany głębiej odsłania to czego nigdy nie chciałam w sobie dotknąć Często śni mi się że rozmawiam z martwymi przez szybę samochodu, potem parkuję myśli pod domem Ale domu już nie ma Kiedyś niechcący przejechałam na zielonym świetle zobaczyłam smutek w twoich oczach wiem – nie patrzyłam we właściwym kierunku Każdego dnia przywracam myślami dzieciństwo krajobraz rośnie i rozsypuje się przede mną Pamięć jest siłą lecz czasem zadaje cios na który nie zasłużyłam chociaż to właśnie po nim mogę iść dalej wyszłam tak jak wstałam, wróciłam tak jak wyszłam śniło mi się że jestem pomiędzy światami odbijam się od siebie w przestrzeniach czasu śniło mi się że jestem żywa i martwa wyciskam z siebie życie jak sok z cytryny Chcę lepszego świata dla zwierząt mieszkają we mnie ich spojrzenia Ocieram się o ludzi którzy mówią to tylko liść to tylko ptak zostaw to zajmij się czymś ważnym Wtedy czuję złość i wstyd nie wiem jak przełknąć ten brak empatii Boję się że ktoś wybije mi z głowy wszystkie okna przez które wieje ciepły wiatr że wytrę sobie łokcie o suchy piasek potem boję się i nie boję nagle jestem silna i rosnę Już mi się nie śni że matka stoi nad moim łóżkiem i mówi do mnie uważaj żebyś się nie pobrudziła życiem jak krwią z nosa *** Spójrz lato znika w naszych oczach to co kiedyś trzymało nas przy życiu zostaje już tylko wspomnieniem bajką wyświetlaną na ścianie która pękła Zobacz ile w nas strachu o tamto światło potrzebne do poskładania myśli do otwierania w sobie melodii Żyjemy tak jakby czas był blizną po spojrzeniach w głąb snu rozpoznajemy ślady bliskich podnosimy wzrok ptaki przelatują nad naszymi głowami dają nam znać że wiedzą o nas wszystko Ewelina Płonka – poetka, autorka dramatów teatralnych, aktywistka równościowa, feministyczna i wegańska. Wiersze publikowała w "Helikopterze", "Mega Zinie" w ramach Festiwalu Miłosza. Jej wiersz zasilił projekt Apteczka Poetycka kolektywu Sfinga Girls. Pracowała przy produkcjach teatralnych. Jej kolaże ukazały się w książce Feminatywy w Akademii. Słowniczek. Zaangażowana w inicjatywy wspierające zwierzęta i ludzi w Ukrainie. Mieszka w Krakowie.
- Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 5)
Po człowieku: zapisy ze świata bez fundamentu Czytając tom, nieżyjącego już niestety, Jana Kaspra, Morderca dobrej zabawy odnosiłem wrażenie wchodzenia w przestrzeń poetycką, która właściwie nie tyle mówi o końcu świata — choć na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać — ile funkcjonuje już po nim. Jakby była pisana z miejsca, gdzie wszelki sens przestał być kategorią operacyjną, a rzeczywistość istniała wyłącznie jako jakiś dziwny stan rozproszenia. Oczywiście nie było to doświadczenie komfortowe. Co więcej, permanentnie odnosiłem wrażenie, że dyskomfort ten nie stanowił swoistego efektu ubocznego, ale najważniejszą zasadę organizującą tę poetykę. Nie czytałem tej książki jako zapisu katastrofy. Katastrofa zakłada bowiem jakieś „przed” i „po”. Jakiś punkt odniesienia. Utracony porządek, który można wspominać lub opłakiwać. U Kaspra natomiast nie ma nostalgii. Nie ma utraty. Jest tylko rzeczywistość, która od początku funkcjonuje jako struktura rozpadu. I to właśnie wydaje mi się najbardziej radykalnym gestem tej poezji. Najsilniejsze jednak wrażenie pozostawiła we mnie konsekwencja, z jaką Kasper usuwa człowieka z centrum doświadczenia. I bynajmniej, nie chodzi mi tu o klasyczny antyhumanizm ani ironiczne podważanie podmiotowości, bo podmiot w tej poezji nie zostaje skompromitowany. On po prostu przestaje być potrzebny. Wchodząc w przestrzeń tych wierszy, miałem poczucie, że świadomość liryczna działa jak aparat rejestrujący procesy entropiczne. Nie interpretuje, nie organizuje, nie nadaje znaczeń, a jedyne co robi, to dokumentuje rozpad. To zasadnicza różnica wobec tradycji nowoczesnej, gdzie nawet w doświadczeniu pustki podmiot zachowywał uprzywilejowaną pozycję świadka. Ale u Kaspra świadek również się rozpada. I ten waśnie gest sytuowałbym dalej niż ironiczny nihilizm Marcina Świetlickiego, bardziej radykalnie niż egzystencjalna dezintegracja podmiotu u Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego i mniej „językowo autotematycznie” niż destabilizacje rzeczywistości w poezji Andrzeja Sosnowskiego. Kasper nie problematyzuje języka. On traktuje jego rozpad jako ontologiczny fakt. I właśnie tu zaczynają się moje ambiwalencje. Najciekawszym aspektem tego tomu wydaje mi się to, co nazwałbym ontologią resztek. Rzeczywistość nie istnieje tu jako całość, ale jako fragment, ślad, pozostałość po nieistniejącym porządku. Materia, język i świadomość funkcjonują w tomie w stanie permanentnej dekompozycji. To wizja niezwykle konsekwentna i właśnie ta konsekwencja budzi mój krytyczny niepokój. Momentami miałem bowiem wrażenie, że radykalizm tej ontologii staje się zbyt hermetyczny. A świat przedstawiony w tomie jest tak totalnie zdegradowany, tak absolutnie pozbawiony punktów stabilizacji, że przestaje generować napięcie. Jeśli wszystko jest rozpadem, rozpad traci dramatyzm. Jeśli sens jest niemożliwy, jego brak przestaje być doświadczeniem. Pojawia się zatem pytanie: czy poezja, która całkowicie unieważnia możliwość znaczenia, nie ryzykuje unieważnienia również własnej intensywności? Oczywiście nie jest to zarzut prosty ani jednoznaczny. Raczej obserwacja granicznego punktu tej estetyki. Tom można także spróbować czytać w perspektywie myślenia posthumanistycznego, lecz u Kaspra teoria takiego myślenia zostaje przekształcona w doświadczenie egzystencjalne. To nie dyskurs o decentralizacji człowieka, ale to świat, w którym człowiek już nie funkcjonuje jako kategoria metafizyczna. To świat, w którym materia działa autonomicznie. Rzeczy poruszają się bez ludzkiej intencjonalności. Systemy społeczne istnieją bez podmiotów. Język zaś mówi sam siebie. W trakcie lektury chwilami miałem wrażenie spotkania z poezją napisaną z perspektywy świata, który przeżył człowieka — jakby liryka była tu zapisem resztkowej świadomości materii. To doświadczenie osobliwe i niepokojące, ale też niezwykle sugestywne. Najbardziej jednak przekonywały mnie w tomie momenty, w których rozpad metafizyczny znajdował wyraz w strukturze języka, gdzie frazy ulegały destabilizacji, znaczenia rozszczepiały się, a obrazy działały na zasadzie przesunięcia i pęknięcia. Krótko mówiąc, momenty, w których język nie reprezentował już rzeczywistości, ale był jedynie jej symptomem. Dlatego czytając te wiersze, często miałem poczucie, że sens pojawiał się jedynie jako chwilowe napięcie między fragmentami wypowiedzi, by natychmiast ulec rozproszeniu. To poetyka oparta na ruchu ku nieczytelności, który jednak nigdy nie zamienia się w czystą arbitralność. I tu dostrzegam największą siłę Kaspra: jego teksty nie są chaosem, ale precyzyjnie kontrolowaną dezintegracją. Interpretuję więc ten tom jako diagnozę późnej nowoczesności doprowadzoną do skrajności. Świat u niego nie tylko utracił sens. Utracił także potrzebę sensu. Transcendencja została wyczerpana. Podmiot zdecentralizowany. A rzeczywistość pozbawiona fundamentu. Ale jednocześnie — i to jedna z najbardziej nieoczywistych rzeczy, jakie wyniosłem z tej lektury — poezja Kaspra nie wydaje mi się nihilistyczna. Jest raczej metafizyką po metafizyce. Nie neguje sensu, lecz bada warunki jego niemożliwości. Nie opowiada o pustce, ale konstruuje jej metafizykę. To różnica subtelna, ale zasadnicza. Po lekturze Mordercy dobrej zabawy pozostało we mnie poczucie jakiegoś takiego wewnętrznego zestrojenia z projektem skrajnie konsekwentnym, intelektualnie bezkompromisowym i estetycznie wymagającym. Z projektem, w którym poezja jest zimna, zdystansowana, momentami niemal bezlitosna wobec czytelnika i która nie oferuje pocieszenia, ironii ani emocjonalnej identyfikacji. Ale jednocześnie jej radykalizm zrodził w mnie pytania o granice takiego projektu: czy totalna ontologia rozpadu pozostawia jeszcze przestrzeń doświadczenia? Czy możliwa jest poezja całkowicie „po człowieku”, skoro sama mowa zakłada jego obecność? Nie jestem pewien odpowiedzi i właśnie dlatego uważam tom Kaspra za ważny, bo to jedna z tych książek, którą nie tyle się czyta, ile się z nią zmaga. I nawet jeśli momentami wydaje się zbyt hermetyczna, zbyt szczelna w swojej wizji świata, to nie można odmówić jej jednego: rzadko współczesna poezja tak bezwzględnie testuje możliwość sensu i same warunki istnienia literatury. Jan Kasper, Morderca dobrej zabawy, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, Mikołów 2025, str. 36. Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat konkursów poetyckich. Jest autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik zmian (29)
Na koniec tego literackiego sezonu opowieść – bardzo serio. Bo pytam o nasze ludzkie "razem", o solidaryzowanie się. Pytam z perspektywy „Polski B”, gdzie przetrwanie od dekad jest sztuką zależności i cichego heroizmu na pograniczu kultur, gdzie solidarność traci swój pomnikowy ciężar. Ale staje się gestem: herbatą, kanapką, uważnością. Kobiecą, codzienną pracą sklejania tego, co pęka. To jest solidaryzowanie się według kobiet. To są te drobne codzienne gesty, które rzadziej trafiają na pomniki, a częściej to są listy zakupów, listy rozmaitych dyżurów, tam pomocy takiej po prostu. Kiedy myślę o tym, czy my ludzie się ze sobą dogadamy w tej epoce zmian, to myślę o kobietach, które sklejają codzienność, zanim wymyśli się w ogóle jakieś eleganckie słowo i naukowe określenie na to sklejanie świata. W czasie rozpadu i lęku wspólnota okazuje się prostą zgodą: by choć trochę ulżyć sobie nawzajem w ciężarze istnienia – bo, jak przypomina Tischner, "człowiek jest człowiekowi potrzebny, żeby być człowiekiem". To jest fragment wzruszającego cyklu podcastowego Kobiety z Kiedyś. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków. Moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Roland Okoń – Asymetria Ruchu
Asymetria Ruchu to fotograficzny zapis wielkomiejskiego labiryntu, w którym tradycyjnie pojmowany humanizm ustępuje miejsca brutalnej architekturze. Roland Okoń w swoim najnowszym projekcie rezygnuje z portretowania jednostki na rzecz dokumentowania miejskiej tkanki, traktowanej jak potężny, bezduszny organizm. Na żadnej z fotografii nie odnajdziemy konkretnej twarzy ani czytelnej tożsamości. Człowiek jako unikalna jednostka przestaje mieć znaczenie. Zostaje zredukowany do roli cienia, plamy światła lub rozmytej powidoki – staje się zaledwie elementem tła, anonimowym pasażerem uwięzionym w betonowej strukturze. Autor świadomie przesuwa granice ostrości, traktując poruszenie nie jako błąd warsztatowy, ale jako najczystszy zapis miejskiej alienacji. Okoń nie wartościuje przestrzeni; z równą fascynacją przygląda się miejskiej monumentalności, jak i jej odpychającym, brudnym fragmentom. Kluczowym motywem serii staje się infrastruktura transportu publicznego – przejścia podziemne, stacje i dworce. To one stanowią krwioobieg tego betonowego potwora, a pulsujący w nich potok bezimiennych sylwetek napędza jego egzystencję. Całość domykają kadry nocne, w których rzeczywistość ulega całkowitej dekonstrukcji. Całkowicie rozmyte, niemal nieczytelne plamy świateł i głęboki mrok odcinają widza od dosłowności. To już nie jest konkretne miasto na mapie – to uniwersalny, wizualny esej o zagubieniu, tempie i architektonicznej klatce, w której współczesny człowiek tańczy swój samotny, codzienny taniec. Roland Okoń (ur. 1973) – studiował architekturę we Wrocławiu oraz na TU Delft w Holandii. Z zamiłowania muzyk, kompozytor i autor tekstów. Profesjonalnie fotografią zajmuje się od roku 2008. Jego prace można było zobaczyć na wystawach indywidualnych i zbiorowych we Wrocławiu, Warszawie, Krakowie, Pradze, Berlinie, Monachium, Trieście, Londynie i Nowym Jorku. Laureat konkursów fotograficznych i autor filmów dokumentalnych o fotografii ulicznej (dostępne na kanale YouTube „Szkiełko i Okoń”). Prowadzi we Wrocławiu autorską galerię fotografii OKO. Organizator plenerów fotograficznych oraz wydarzeń kulturalnych, kurator wystaw, współorganizator festiwali fotograficznych. Był członkiem jury Międzynarodowego Festiwalu Fotografii TIFF oraz Rady Artystycznej Festiwalu Święto Fotografii. Jako manifest swoich przekonań od roku 2015 wydaje autorski kalendarz promujący wegetarianizm i weganizm. Więcej na stronie internetowej www.rolandokon.com
- Miłka O. Malzahn – Dziennik zmian (28)
Zdarza się taki czas w roku — niekoniecznie związany z kalendarzem — który płynie obok nas jak spokojna rzeka. Można w nią wskoczyć, dać się porwać nurtowi tradycji, rytuałów, suto zastawionych stołów i tej cichej, społecznej presji świętowania. Ale można też inaczej. Można zanurzyć tylko stopy. Poczuć chłód. I pozwolić, żeby rzeka płynęła dalej. Bo to przecież tylko czas. To nagranie jest moim osobistym manifestem „niezaliczania” świętowania. Powstało gdzieś na styku fizycznego zatrzymania i pełnej swobody myśli. W momencie, kiedy ciało mówi: zwolnij — a głowa zaczyna szukać własnej kropki nad „i”. To opowieść o celebracji nieuczestniczenia. O bardzo prostym wyborze, który wcale nie potrzebuje dramatycznych pytań: świętować albo nie. Być – albo nie być – można na chwilę odłożyć na półkę razem z całą resztą wielkich rozstrzygnięć. Tu sprawa jest prostsza: albo tak, albo nie. A „nie” też można obświętować. Po swojemu. Cicho. Bez ceremonii. Dlatego na końcu tego odcinka jest piosenka. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków. Moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.










