top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jakub Kozakiewicz – O psach, ojcach i profesorach

    Wpieklił mnie profesor gadką, że pies zdycha. Pies niech zdycha, niech wszystkie psy świata zdychają, ale nie Rysiek. Zobaczyłby go pan, obejrzał z każdej strony, powiedział, żeby dał łapę, turlał się albo chwycił w pysk butelkę wody. Wasze pokolenie do zwierząt jak do dodatku życia. Na szczury, na sąsiada, wróble pogonić, ale przytulić się i pocałować, to tylko łyse ludzkie ciało. Obok Ryśka też przecież przechodzili łukiem i będąc już daleko, darli się, żeby założyć mu kaganiec, bo w końcu weźmie i zagryzie czyjeś dziecko. Nawet kiedy zalegające w paszczy koślawiaki dało się policzyć na palcach jednej ręki, wciąż chcieli odebrać mu wolność ujadania za suczkami. Ale żeby naprawdę zrozumieć Ryśka, trzeba zacząć od początku, czyli od ojca. Ojciec pojawił się wtedy, kiedy Rysiu. Wcześniej jakby wcale go nie było. Krył się gdzieś tam, w półcieniu, pozbawiony delikatnych maminych ust, za to z brzuchem wielkim jak beczka. Lubię myśleć, że mimo wszystko orbitował wokół mnie, mam przecież w pamięci jego dłonie. Te ogromne szorstkie palce zakończone czarnymi trapezami brudu, zawsze jakieś takie nieporadne, znające doskonale miękką konsystencję zanęty na ryby, ale nieobeznane z galaretowatym dziecięcym ciałkiem. No ale pojawił się razem z Rysiem. Jeden owinięty w stary koc, drugi w jeszcze starszy płaszcz przeciwdeszczowy z flagą UK na piersi. – Przed maskę mi menda wyskoczyła. Tu go wziąłem, niech se w cieple przynajmniej tego, no. – Wtedy dostrzegliśmy się po raz pierwszy. Mama bez słowa chwyciła zawiniątko i wybiegła z nim na zewnątrz, ojciec spojrzał na mnie kątem, z tym rodzajem ciekawości, który miesza się z lękiem, jak przy pierwszym spotkaniu z pająkiem. Chyba chciał chwycić mnie za rękę, ale jakoś nie pasowała mu ta jego graba do mojej drobnej jeszcze dłoni. – Głodny? – rzucił w zamian i wyjął z kieszeni płaszcza kanapkę z pasztetem i ogórkiem. Mama wróciła jakiś czas później, bez zawiniątka. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że tym nieforemnym kształtem był Rysiu. Nie myślałem w ogóle o tym, co kryje się pod kocem, tak zafascynował mnie ojciec. Matka wymyślała mu, że psa chciał na śmierć zostawić, okrutnik, on ze spuszczoną głową słuchał, co jakiś czas odkaszlując i patrząc byle gdzie. – Dobra, zawrzyj się już – warknął nagle. – Co ja mam poradzić, że chciało się pod koła rzucić b a r a c h ł o. – Sięgnął po pilot i włączył Awanturę o kasę. Mama odprowadziła mnie do pokoju i ucałowała. Zasypiając, słyszałem kolejno: „Zieloni pięćset”, „Niebiescy siedemset”, „Co na to mistrzowie?”, i jeszcze skrzypienie kanapy pod rozlewającym się na niej ojcem: „Krrt, krrt!”. Kanapa to w ogóle była jego domena, mościł się na niej w samych gaciach, tak że nie dało się usiąść, tyle co na skrawku obok pięt, zrogowaciałych od stania na Targu Zielińskiego. Rysiu próbował wskoczyć, to zaraz go major-kanapens poduszką w pysk. Psa miejsce jest w budzie, powtarzał, ale nigdy tej budy nie skonstruował, więc Rysiek kręcił się po domu, nie wiedząc, gdzie jego miejsce. Co trzeba jeszcze wiedzieć o moim ojcu, to że był znakomitym aktorem jednej roli: gnoja. Raz tylko widziałem, jak zrzuca kostium. Leżał z Ryśkiem rozłożonym na brzuchu i głaskał go po grzbiecie tymi samymi dłońmi, którymi za dnia łapał za kark. Obleśny obrazek. Nie to, że Rysiu był brzydki – on zawsze wyglądał jak psi Marlon Brando, podobne na starość mieli zresztą fafle. To ojciec jakoś do Rysia nie pasował, każdy ruch jego ręki był wymuszony, nieporadny. Gdzie taki kafar do atletycznego zadziory. Koledzy śmiali się z ojca, jak wyprowadzał Ryśka: że pies bardziej zadbany od właściciela, że mógłby sobie pitbulla kupić, a nie takie nie wiadomo jakie gówienko. I on na pokaz ciągnął go za szyję albo kopał w dupę. Zadaniem aktora jest nigdy nie wychodzić z roli i może właśnie dlatego wracając z toalety, usłyszałem, jak szepcze Ryśkowi do ucha: – Idź do niego. Idź. Niewielu ludzi zdawało sobie sprawę, że Rysiek na początku wcale nie był Ryśkiem. Najpierw nazywaliśmy go Pies albo Kulas, bo od zderzenia z autem wyraźnie kuśtykał. Później matka stwierdziła, że to obraźliwe i rozpoczął się konkurs na najlepsze imię. Z moich: Ernest, Fafik, Songo; matka upierała się przy Kasztanku przez kolor sierści, ale finalnie to ojciec miał decydujący głos. Siedział wtedy przed domem i łupał słonecznik, patrząc na przejeżdżające samochody. Słońce odbijało się półkolem na łysym łbie, krzesło wędkarskie we wzór camo marszczyło się i piszczało, ilekroć sięgał po paczkę fajek. Palił czerwone targowe viceroye, których dym śmierdział palonym sianem. Spojrzał na Ryśka, na drogę i znowu na Ryśka. – Micra – powiedział i tak Rysiek zyskał drugie imię, po samochodzie o mocy sześćdziesięciu koni. Z początku uważałem, że to ekstra, pies nazwany na cześć auta, pies zmotoryzowany. Wyobrażałem sobie, że Rysiek sunie autostradą, zostawiając za sobą polonezy, lanosy, alfy. Byłem z niego naprawdę dumny, z wyobraźni ojca zresztą też, a potem odkryłem, że nie ma z czego. Dziadek jednego z kumpli prenumerował Motor i oddawał wnukowi przeczytane numery. Stamtąd dowiedziałem się, jak wygląda ten gówniany Nissan Micra; od tego czasu chwaliłem się, że mój pies wabi się Gallardo albo Corvetta. Nie wiem, czy ojciec dał mutakie imię w ramach zemsty, czy po prostu miał to wszystko gdzieś. Tak czy siak Rysiek był mądrym psem i rozumiał, jaką frajerską miał ksywę, więc postanowił ją zmienić. – Micra! – krzyczała mama z kuchni, zrzucając z blatu resztki kurczaka – Co za pies… Do nogi, Micra! – Dzwoniła w miskę i szeleściła opakowaniem Chappi. – Rysiek, zrób coś, do cholery, przecież szału dostanę! – wypominała w końcu ojcu i dopiero wtedy w drzwiach migała kundlowata kufa. Ojciec pojawiał się jako drugi. Zanim pies ruszał do miski, dało się zobaczyć, jak bardzo różnili się od siebie. Ryśkowi numer jeden nigdy uśmiech nie schodził z pyska, gdyby zreinkarnował się pod postacią człowieka, byłby drugim Koterskim. Rysiek numer dwa za to wywijał wargi, wiecznie schowany w świecie, w którym mówi się barachło, a psy trzyma na łańcuchu. Obydwoje jednak reagowali na to samo imię, połączeni wpisem w metryce. Im wolniej zbierał się pierwszy Rysiek, tym szybciej zrywał się drugi. Najgorzej, kiedy zjawiali się naraz i jednego trzeba było odprawić – niepotrzebny bez słowa wracał na kanapę lub leżę. Niekiedy specjalnie czekałem, aż ojciec wyjdzie z domu i dopiero wtedy wołałem głośno: – Ryyyysieeek! – bo nie mogłem znieść widoku posmutniałego psiura. Oczywiście wiem, że Ryśków jest pełno na świecie. Profesor sam na pewno z paroma siedział przy jednym stole, z jednym albo drugim Kuleszą, albo z Kapuścińskim, z nim na pewno. „I co ja mam zrobić, Ryśku, jak słowo się rzekło?”, pytał pan pewnie, a oglądając Misia, bił brawa i krzyczał do ekranu: „Cóż za świetna kreacja, panie Tym…!”. Pomijam już Ritchiech,, Rikardów i świętych Ricardusów, do których też pewnie profesor przepijał. Nie chcę być zawistny, czasami oglądam pański program, po prostu musi pan zrozumieć: dla mnie Rysiek był jeden, jeden jedyny. Co z tego, że pies? Chcieliśmy być tacy jak ojciec: wysocy na tyle, by uważać na głowy podczas wchodzenia do pokoju, i po męsku muskularni, silni jak byk o dwóch głowach. Raz, kiedy spał na kanapie, wyrwaliśmy mu po włosie z przedramienia i od razu połknęliśmy z nadzieją, że dzięki temu wyrośnie nam podobny gąszcz. To znaczy Rysiek tak zrobił, on bardzo kochał ojca. Przymierzał też jego buty i chodził w nich po domu, i uderzał go niespodziewanie w brzuch, sprawdzając siłę jego mięśni. Długo to Ryśka trzymało, dłużej niż sam by chciał, ale tak prostu odpuścić też nie potrafił. – Durny jesteś – mówiłem, kiedy szykowaliśmy się do snu. – Ojciec ma wszystkich w dupie. Ciebie też. Wskakiwał mi na pierś i lizał bez końca, jakby wcale nie rozumiał, że z tymi słowami skończył się czas dziecięcych bajeczek i należy postawić sprawę jasno. Rośliśmy przecież jak na drożdżach, w gimnazjum przebiłem już metr osiemdziesiąt, Rysiek w kłębie mierzył siedemdziesiąt centymetrów. Traktowałem go jak rówieśnika i byłem przekonany, że razem będziemy dorastać i znajdziemy sobie po kobiecie, że Rysiek poda mi obrączki, a ja poklepię go po grzbiecie, że wspólnie odchowamy dzieci i na starość zamieszkamy we wsi, by później w tym samym momencie odejść ze świata. Kiedy jednak ja rosłem dalej, Rysiek najpierw zatrzymał się w rozwoju, a później dał całą wstecz. Jest tak, że każdy nastolatek goni za dorosłością. Sprawdza mięśnie w lustrze i zagląda pod pachę, licząc włoski. Marzy o krępej sylwetce i bliźnie na czole. Puszcza dymki z gumowych papierosów, wstrząsa Tymbarka tak, żeby wyglądał jak piwo, a później naprawdę zaczyna palić i pić, i śpiewa: „Będę brał cię, w aucie”, nie wiedząc, czym jest seks. Rysiek miał to już za sobą, wchodził w wiek, w którym zamiast obwąchiwania tyłków chciało mu się rżnąć. Wypuszczał się na długie odysejskie podróże, a mnie zostawiał samego. I znowu, kiedy ja marzyłem o dziewczynach, a w zasadzie o tym, co ich nimi czyni, Rysiek powoli doznawał impotencji. Ojciec już wtedy z nami nie mieszkał, a mama pracowała za dwóch, więc mogliśmy robić wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę. To znaczy ja mogłem, bo Rysiek na starość zrobił się poukładany. W nowej szkole poznałem Keksa, a on poznał mnie ze wszystkim, co mogą robić nieletni. Miał kasę i możliwości, bo jego ojciec był kierownikiem regionalnym w firmie z przetworami mlecznymi. – Kisi mleko dla całego świata, czaisz? – mówił Keks, nazywany tak przez wypryski na czole. – Poznań, Warszawa, później rozmowy w Danii i Norwegii, bo ekspansja. Gdzie go nie było, kurwa… Zawsze przedstawiał go jako bożka, z którego wszyscy powinniśmy być dumni. Sam wyobrażałem sobie, że siedzi pomiędzy Gatesem a Jobsem i wspólnie reprezentują triadę wtykającą puzzle w odpowiednie miejsca. Starałem się na własne oczy zobaczyć tego pochodzącego z krainy mlekiem płynącej übermensch, ale jak to bywa z postaciami kultowymi, istniał głównie w wyobraźni. – To jest życie biznesmena – powtarzał Keks. – Chwilę zamulisz i z powrotem na dno. Rekiny czyhają, ty myślisz, że co, że sobie odpoczywają i grzecznie dają prowadzić firmę? Grząski grunt, hossa i bessa, takie rzeczy. Przypominaliśmy kundle spuszczone ze smyczy. Obszczekiwaliśmy wszystko, co się rusza, wprawione w życiu niby-amstaffy, tyle że z mózgami cziłał. Specjalnie jeździliśmy w najniebezpieczniejsze dzielnice, Trójkąt, Huby, Śródmieście, żeby upewniać się w naszej swobodzie. Matki dzwoniły do nas, jasne, tylko co kruche kobieciny mogą wmówić nam, cierpiącym na testosteron? Wreszcie poddały się, kazały jedynie zamykać drzwi na noc i nie hałasować. Bujaliśmy się brudnymi ulicami, śmialiśmy z frajerów, których wyrzucają z klubów i rzucaliśmy im butelki pod nogi, tak że rano plac Niepolda pływał w szkle. Bez przerwy czuliśmy pieczenie w gardle. Syf pieniący się jak soda z octem. Rozcieńczaliśmy go czymkolwiek, co wpadło w ręce, ale wiedzieliśmy podskórnie, że nigdy się go nie pozbędziemy, że polegliśmy ofiarą amputacji, uwalniając się tym samym spod absolutu ojcowskiej figury, ale cierpiąc na dotkliwe bóle fantomowe. Keks rozpieprzał kasę na prawo i lewo, kupował zioła na pęczki, ale nigdy nie palił w samotności, bo musiałby otwarcie przyznać przed samym sobą, że też go to wszystko uwiera. Raz tylko wypadło mu z gęby: – Gdyby mnie ojciec, kurwa, zobaczył. Tylko by coś powiedział, to chyba bym go zabił. Rzuciłbym się na niego, mówię ci, zwyczajnie coś by we mnie puściło. Siedzieliśmy na schodach u wnętrza jednej z klatek niedaleko wzgórza Andersa; zamiast pump-tracku istniał tam wówczas plac handlowy dla dilerów. Oświetlała nas jedna przybrudzona lampa, prawie nie widzieliśmy swoich twarzy. – Duży jest? – spytałem. – Twój stary? – Mniejszy ode mnie, taki pizduś. Bo gdzie on chodzi? Nigdzie, siedzi w papierach. Myśli pewnie, że korzysta z życia, że wygrał – chuja, to nie jest życie. A matka? Matka żyje pełną piersią, tylko jej to życie przez niego ucieka. Bym skurwiela dorwał, mówię ci, bez kitu, ledwo bym go dotknął, a wyłożyłby się jak długi. To nie jest życie. To nie jest życie, kurwa jego mać. Wcisnął głowę w kolana. Łkał. Chciałem coś powiedzieć albo go objąć, ale to pogorszyłoby sprawę. Nie ma nic gorszego od męskiego ciepła; nie wierzyliśmy, że ono w ogóle istnieje. Męskie ciało jest nim dlatego, że ma pięści o szorstkich kłykciach i jabłko adama, które zapewnia odpowiedni tembr głosu do dyscyplinującego krzyku. Ale ani ja Keksowi, ani on mnie, ani nikt z tłuczących się po bramach patusików nie mógł sobie tego nawzajem podarować. Keks później przeszedł na cięższe specyfiki, ale ja jakoś się od tego odbiłem. Nie mogłem znieść spojrzenia Ryśka, kiedy wracałem do domu pod wpływem. Warknąłby chociaż albo szczeknął, łatwiej byłoby mi to przyjąć, a tak kryłem się przed bezdennie czarnymi ślepiami, o źrenicach wielkości pięciozłotówek, jakby łączył nas jeden organizm i w Ryśku też bulgotały opioidy. Czy pan, panie profesorze, poznał siłę męskiej ręki? Na pewno. Żeby powiedzieć, że pies zdycha, trzeba być odważnym, czyli poważnie oćwiczonym. Faceci jej pozbawieni dzielą się na dwa typy: tych, którzy boją się własnego cienia i tych, którzy pragną sami zostać cieniem. Keks awanturował się, po to tylko, żeby maskować strach, ale jak przychodziło co do czego, drżał jak galareta. Dobrze odnajdywał się w starciach z piskliwymi głosikami rówieśników, drętwiał jedynie przy ciężkim samczym barytonie. Dzięki opioidom odpływał gdzieś daleko, do dziecięcej krainy Nibylandii, gdzie przeistoczenie się w mężczyznę zupełnie nie istniało. Mnie przebywanie w niej robiło jeszcze gorzej, czułem się sparaliżowany i bezbronny, a chciałem przecież układać życie pod mój rozkaz. Ta potrzeba też zresztą była związana z ojcem, bo, jak profesor doskonale wie, jeśli jesteś mężczyzną, wszystko koniec końców wiąże się z ojcem. Pierwszy raz poczułem stuprocentową bierność na dwa lata przed poznaniem Keksa, w tym samym momencie, kiedy pierwszy i jedyny raz zobaczyłem ojca pijanego. Siedział przy stole w kuchni, podrygując na wzór plastikowych ptaszków, utrzymujących cały swój ciężar na dziobie. Machnął dłonią, żebym podszedł. – Siadaj sobie, synek, siadaj. Głodny jesteś? Alkoholowi wyziew przetrzebił resztki zalegającego w pomieszczeniu słodkiego zapachu tortu, który mama upiekła na moje czternaste urodziny. Głodny nie byłem. – Powiedz mi: co ty byś w ogóle chciał w życiu robić? – Nie wiem. – Abo rozumiesz, jak coś, to ja cię mogę handlu przyuczyć. Pojedziesz ze mną parę razy na plac, posprzedajesz dżinsów i zaraz będzie z ciebie Rockefeller. Wiesz, ja sam zaczynałem od sprzedaży czereśni. Od czegoś trzeba. – No tak. – A w szkole jak? Dobre masz oceny? Nie patrzyłem mu w oczy – bałem się. On też w końcu spuścił wzrok. Obaj wgapialiśmy się w plamy słoi i sęków na blacie. Pragnąłem, żeby rozkazał mi kłaść się spać. Nie potrafiłem po prostu uciec, zbyt wielki miałem do niego szacunek, mimo że Ryśkowi powtarzałem co innego. Zamiast puścić mnie wolno, spojrzał dziwnie. – Synek. A ty w ogóle kochasz ojca? – spytał. – Szczerze powiedz. Po przygodach z Keksem czułem, jakby przybyło mi z dziesięć lat. Nie pamiętałem przez ten czas o Ryśku i zdziwiłem się, że zrobił się stary. Może tym, że musiał się o mnie troszczyć, sam dorzuciłem mu rok albo dwa, czyli na psie jakąś dekadę. Musiał być już w pana wieku, panie B., i za pańskim przykładem posiwiał na całej kufie. Prawie nie wstawał z kanapy, śledził świat przymrużonymi oczyma, słuchał szczekania za oknem, ale już biernie, jakby zza kurtyny. Rzucałem jego ulubioną piłeczką i czasami zbierał się i pędził za nią jak wtedy, kiedy ja strzelałem, a on stał na bramce, wyczulony na najmniejszy ruch, w większości jednak rozlewał się na podłodze, każdorazowo zostawiając na niej część siebie, bo robiło się go coraz mniej. – Nie waż się, Rysiek – ostrzegałem. – Ani mi się waż. – Ale on zawsze robił swoje, taki już był buntownik. Najgorzej wspominam strach, kiedy w nocy dopadały go senne drgawki. Trząsłem nim, łapałem za pysk, byleby się obudził. Serce tłukło mi w piersi, a kiedy otwierał oczy, naparzało mi jeszcze szybciej, bo wiedziałem, że kiedyś zupełnie przestanie reagować. Palił się ze wstydu, jak ścierałem z podłogi jego siuśki; z racji tego, że był nie suczką, tylko psiurem, który powinien lać strumieniem na lewo i prawo, szczerze go to dobijało. Mimo wszystko cały czas opowiadałem, jakim świetnym jest psem. Powinienem był to robić częściej, myślał przecież o sobie jak o najgorszym pchlarzu. – Stawałeś na tylnych łapach, pamiętasz chyba, i zlizywałeś mi nadmiar pianki z twarzy – mówiłem. – Sam w ogóle nie czułeś potrzeby, żeby się golić, a mnie jakoś tego nauczyłeś. Albo innym razem: – Co jest? Biegnij do okna albo nie pójdę do szkoły. Musisz obserwować, jak zawsze, skręcę w nie tę mańkę, to w głos. Obudź sąsiadów, Ryszard, kłap pyskiem, jakby jutra miało nie być. Musisz mi pomóc, Rysiek. Jesteś p o t r z e b n y. Albo jeszcze innym: – Kocham cię, piesku. Kocham cię najbardziej na świecie. Całe moje życie kręciło się wokół Ryśka, tak jak jego króciutkie wcześniej ganiało za moim. Rankiem siłą wyciągałem go na spacer, później podawałem leki, po których odpływał, a wychodząc z domu, przykrywałem brudną koszulką, aby obudził się z moim zapachem w nozdrzach. Najważniejsze, żeby nie czuł się samotny, powtarzałem sobie, jednocześnie wiedząc, że nie w tym rzecz. Rysiek w pełni rozumiał związane z odejściem poczucie władzy: to on zostawiał, nie jego zostawiano, ale wie pan, pisałem o tym wcześniej, ten syf zalega w nas mimo wszystko, na starość wychodzi z gardeł i chrzęści między zębami, i wtedy dopiero czuć jego smak – cierpki, dławiący, obrzydliwe łzawy, od którego w głowie rodzą się naprawdę gówniane myśli. Może gdyby ojciec wyjechał poza Polskę, do Czech, do Wielkiej Brytanii, na Madagaskar, może wtedy wspinając się po schodach na klatce, Rysiek nie czułby efemerycznego zapachu jego perfum, nie podbiegał do losowych mężczyzn tylko po to, żeby się przekonać, czy przez głaskającą go dłoń nie przewinęły się przypadkiem setki dżinsów, i nie wzdrygał na widok łysych skalpów. Może byłoby mu troszkę łatwiej. Jedno muszę profesorowi oddać. W całym swoim życiu Rysiek popełnił pewien grzech, za który można by skazać go na zdechnięcie: nie opiekował się szczeniakami, których tylu narobił podczas nocnych eskapad. Ale musi pan przyznać, panie B., że nikt mu przecież nie powiedział, że tak się nie robi. Jakub Kozakiewicz (ur. 2002) – absolwent dziennikarstwa, marketer, fanatyk wszystkiego, co zahacza o storytelling. Laureat konkursu na opowiadanie Lubińskiego Klubu Fantastyki. Opowiadania publikował m. in. w" „Formacie Literackim", „Kwintesencji", „Popioły. Antologia postapo" i „E-marginacje: opowiadania, zbiory opowiadań i antologie". Urodzony i wychowany we Wrocławiu.

  • Oliwia Stępień – cztery wiersze

    Piękny piękny chłopcze twój ciepły uśmiech mi pomaga gdy siedzimy zamknięci w psychiatrycznym szpitalu myślisz że ordynator wydałby nam przepustkę bo w cudzym pokoju siedzieć nie pozwalają jeśli nie świetlica jest nasza tylko wokół stolików można się obejść bez wstępu o tym jacy jesteśmy trudni niemożliwi do pokochania że związki to nie jest coś dla nas nie o to nam chodzi i tak zaraz nas skarcą za romans na oddziale można stąd za to wylecieć dyscyplinarnie najpiękniejsze historie zaczynają się od grzechu wezmę to jabłko jeśli tylko otworzysz później przede mną drzwi swojego mieszkania Równie piękna jest twoja kolekcja płyt a pośród nich Manchester Nie na pierwszej randce ostatnio w mojej głowie ciągle to grają czy bardzo zależy ci na tej płycie prawdopodobnie nie znają przypadków takich jak nasz jeśli twój ciepły uśmiech był lepszy niż relanium chcę wiedzieć co jeszcze możesz zdziałać dla mojej zranionej bardzo zranionej głowy w ogóle mnie nie obchodzi ile lat cierpiałeś chciałabym jednak zgadnąć twój kolor oczu lecz pierwszy raz boję się spojrzeć tak bardzo mnie onieśmielają to nic tutaj nie chodzi o oczy Ale chciałabym widzieć że jest ci dobrze wystarczy mi jeśli powiesz czy ja także działam trochę jak relanium rzecz dzieje się na zupełnie innej półce aptecznej i wcale nie chcę bawić się w farmaceutkę powiedz po prostu że jestem dla ciebie pigułką ponieważ widziałam jak stoisz w kolejce do zabiegowego a potem piguły prześwietlają twe usta aby wiedzieć że nie wyplujesz nic później i ty się poddałeś a mnie to naprawdę elektryzowało ponieważ siła jest skromna cichutka i widać ją raczej przez uśmiech uśmiechnij się proszę tak jak się uśmiechałeś masz wyjątkowo ładne usta A z ust kłęby dymu lubię się temu przyglądać taki ładny dzień zgotowaliśmy sobie ordynator nie miał pojęcia jak to zrobić ale po co go winić jako pierwszy uwierzył w nasze uczucia i błogosławił do dalszej drogi dziękujemy w końcu mieliśmy ciężkie torby i nie byliśmy pewni czy to już czas aby wychodzić ale rzeczywiście lepiej jest tutaj nikt mnie nie zrzuci z twojego łóżka nie trują o wzięcie udziału w zajęciowej terapii myślę że będę patrzeć na ciebie jeszcze do jutra a pojutrze sprawdzimy czy nadal pełne są nasze serduszka nigdy nie byliśmy w tym za dobrzy lecz dzisiaj zaciągaj się i wkładaj dym w moje usta Oliwia Stępień (ur. 2002) – autorka tomów Nie chciałam coli (2023), Fakty tysiąca i jednej nocy (2026) oraz wiele w tym prawdy ale znacznie więcej rytmu (2026). Laureatka Nagrody Specjalnej w Konkursie im. Jacka Bierezina (2022). Mieszka w Katowicach.

  • Magdalena Połczyńska – trzy wiersze

    dal młoda pszenica przenika ją w głąb zielona pamięć i świeżość pędów krzyk ojca skrzywiony jak sierp grymas widnokręgu szemrzą do niej podziemne żyły i ptaki przysiadają na skroniach słońce uderza w krwiobieg na gronach oczu zostawia cień gorzko pachną ciała ludzi i sierść zwierząt ścieli się w głębokich bruzdach ust smakuje snem i chlebem w glebę wrośnięty świat siniucha prowadziła cię aż za garby wzgórz za nią szłaś bosa gdzie łopian łopotał we włosach dzień twoich narodzin oświetlał postacie na suchym brzegu leżały jak dzbany pękate piersi matek i chłopcy o skórze ciemnej jak jodłowy miód słodkie powietrze drażniło nozdrza sączyło się lekko przez ściany upału a ona migotała w twarzach jaskrawymi pancerzami ważek wchodziłaś w nią daleką niezbadaną i gdy cię objęła nikt już nie był pewien czy to ona jest dla ciebie czy to ty jesteś dla niej memoria wrosła w krajobraz jak powój który plewi się już od wczesnej wiosny jej krętą łodygą zarosły wszystkie nasze okna zapuściła w nas przeszłość i korzenie grube jak kości zamykały się w niej rozległe słońca miasta wody i słodkie mlecze kwitły bez końca w pęcherzykach płuc wzruszali ramionami na jej widok milkły tylko dzieci trafił w nią kamień czasem przeleciał nad głową jak ptak co zgubił drogę ze zmierzchem wychodziła na wierzch myślą biegła nad wzgórza z pierwszym przymrozkiem kładła się głęboko w sobie hodowała czerń Magdalena Połczyńska – absolwentka kierunku prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Laureatka licznych konkursów poetyckich. Publikowała m.in. w internetowym miesięczniku literackim „E-elewator”, magazynie literackim „TY.TU.Ł”, Nieregularniku Artystyczno-Literackim „Moja Przestrzeń Kultury” oraz na stronie internetowej Wydawnictwa j. Mieszka w Czerwonaku pod Poznaniem.

  • Robert Rutyna – cztery wiersze

    161. wybieranie mówiłaś że to pestka wydrążyli nas w gabinecie wciąż kapią soki 132. na siódmą trzydzieści zanosiłaś mnie płaczem w opiekę rozpadaliśmy się w dobrych rękach na dziecko twoje i cudze zaślepieni zasklepionym oczodołem futryny zaciskałaś zęby nie umiałem języka 106. żywica wymierzyłem śmierć franca szeroka nie mieści się w tokarce utkwiłem w niej sęk 160. pozostawianie zostaniemy wam na koniec stertą koszul z piwnicy wzejdziecie po nas wzdłuż poręczy z zarzuconym na plecy worem co porządniejszych powystawiacie rozdzielicie wśród znajomych wyubieracie do kościoła Robert Rutyna – poeta z Sandomierza. Inżynier z Krakowa. Publikował na łamach 8. arkusza "Odry", "Akantu", "e-Elewatora", "Kwintesencji", "Wydawnictwa J", stron SPP Oddział Kraków oraz Peronu Literackiego Biblioteki Kraków, a także w PKPzinie.

  • Oliwia Jaroń – cztery wiersze

    all the things he said powiedziałeś, że moje smutne myśli sprawiają, że jestem ciekawa i że normalne dziewczyny są nudne myślałam o tym, krzycząc na koncercie z Taylor Swift i siedemdziesięcioma tysiącami normalnych dziewczyn i powiedziałeś, że przypominam dziewczyny z filmów Tarantino myślałam o tym u fryzjera, kiedy zrezygnowałam z grzywki i powiedziałeś, że jestem zabawna myślałam o tym, popijając tabletkę podobno mężczyźni nie lubią zabawnych dziewczyn i powiedziałeś, że nic nie rozumiem, bo nie widziałam Ojca chrzestnego i ziewam, gdy leci Pink Floyd myślałam o tym, patrząc, jak Judyta odcina głowę Holofernesowi film podróży jak kobieta w zielonym Bugatti trzymam ręce na kierownicy poznam wiele pięknych kobiet i mężczyzn spędzę z nimi beztrosko czas zmienię kolor włosów wytatuuję sobie coś bez znaczenia będę słuchać popu i czytać gnioty może przekłuję sobie nos lub pępek może nawet wyprowadzę do innego miasta w którym będę lepiej spać i więcej spacerować może będę chodzić do snobistycznych galerii sztuki lub na pretensjonalne koncerty może będę krzyczeć eviva l'arte! pod sceną a może pisać na murach ACAB i mówić prawdę może będąc kimś zupełnie innym okażę się sobą chcę być wszystkimi naraz i chcę być z wszystkimi naraz patrzę w lusterko i poprawiam włosy trzymam ręce na kierownicy jak kobieta w zielonym Bugatti 1984 w przepoconej pościeli targają mną dreszcze trzęsą mną limfocyty uciekają z mojego ciała na łóżku polowym śmierci leżę ja i wychudzony duch mojego ja blady jak styczniowy śnieg obok nikt tylko podobne do mnie wyssane jak cukierki dusze z ciał czasem chwyta mnie naga obca dłoń jak nieznajoma Lady Diana pocieszycielka liczę moje ostatnie oddechy zmęczony przy 3 wypluwam swoje serce pościel splamiona grzechem nie pomodlą się za mnie nie zapłoną świece nie wybrzmią dzwony i lamenty pomyśl o mnie słuchając płyt Queen kochałem wiele cierpiałem wiele byłem jednym z wielu lecz byłem tu modern life is rubbish w radiu Taylor Swift śpiewa o kiepskiej reputacji zgodnie udajemy klasę średnią o świeżych fryzurach zamawiamy kawę z lodem na owsianym i jagodzianki prosto z krzaka zbieramy kawałki czerstwego chleba starą smażeninę zrzuconą z balkonu psy zjedzą jak to było na początku w chałupie tak i na wieki wieków amen w deweloperskim apartamencie Oliwia Jaroń (ur. 1997) – entuzjastka popkultury i rozmyślania. Absolwentka dziennikarstwa pracująca w zawodzie.

  • Małgorzata Karczmarczyk – sześć wierszy

    (Nie)winność słowa Słowa tak łatwo odstawić, jak brudne kubki po kawie. Mówi się: to nie tak, źle to zabrzmiało, każdy mógł inaczej zrozumieć. Świat lubi przypisy, objaśnienia wyjaśnień. Dopisuje je na marginesach pamięci. Najgłośniej słychać to, co pomiędzy zdaniami. Reszta milczy. Parys u progu płonącej Troi stanął trzymając jabłko nie patrzył powiedział: to bogowie podmienili jej los w lustrze był Hektorem Linia życia Idziesz wzdłuż linii napiętej przez Mojry Jak Ariadna z nicią Gdy odszedł Tezeusz zatrzymały się palce boginek Nić nie pękła Wróciłaś z Naksos z pustymi rękami i całą sobą Ustawianie pionu Zawsze coś wymyka się spod ręki – jak ołówek, co stacza się z biurka, żeby przypomnieć, że grawitacja ma własne poglądy. Czasami wystarczy wstać, a już trzeba kogoś pożegnać. Przemilczeć, a już ktoś nazwie to deklaracją. I tak chodzi się po świecie, z kieszeniami pełnymi drobnych porażek. A mimo to każdego ranka próbuję ustawić pion jak architekt, który wciąż poprawia szkic chwiejnego budynku. Na efekt końcowy nikt nie poczeka. Nie ma odbioru technicznego istnienia. Jest w tym cicha geometria. Linia uparcie chce być prosta, choć zna dobrze wszystkie swoje załamania. Idę dalej. Trochę uparcie, ze zdziwieniem, że to wszystko jeszcze się trzyma. O bólu kręgosłupa Kręgosłup utrudnia schylanie się w oczekiwanych momentach. A fabuła ma płynąć. Szczerość spowalnia narrację. Powaga – psuje tempo. Milczenia trudno się słucha. Chcą oglądać tych bez stałego kształtu, gotowych zmienić zdanie, kolejność wydarzeń, a ostatecznie – twarz. Ci sztywni przechodzą do tła. Stoją twardo, zupełnie bez wyrazu, by elastyczni mogli się ładnie odcinać. Wszystko ma działać gładko, bez oporów, trzasków, ciężaru. Ale kręgosłup jest uparty. Pozwala stać prosto bez tła. Rekonstrukcja świat(ł)a nie mówię już szeptem głos wrócił sam choć długo błądził między adekwatnością wyrazów czasem jeszcze dłoń unosi się zbyt szybko ale już nie musi bronić spokojnie opada łagodnie uczę się chodzić od nowa powoli po własnej ziemi zdjęłam to, co należało do tamtej i zostawiłam przed nowym progiem Małgorzata Karczmarczyk – nauczyciel języka polskiego w szkole podstawowej i liceum, twórca materiałów cyfrowych dla uczniów i nauczycieli. Absolwentka Akademii Humanistyczno - Ekonomicznej w Łodzi. Zainteresowania naukowe: wykorzystanie AI w nauczaniu języka polskiego, poezja współczesna, literatura realistyczna XIX wieku.

  • Karol Płatek – Teoria strun, praktyka bębnów

    Pierwszy dzień wiosny – jedna z ulubionych iluzji. Obietnica lżejszego oddechu, wybuch witalizmu, Dzień Wagarowicza. Umowna nadzieja na lepsze jutro. Problem w tym, że po pierwszym dniu wiosny przychodzi dzień drugi. Orientujemy się, że nie jesteśmy odporni na to, co wszędzie dookoła – na czas, wielką i małą politykę, bezinteresowną podłość, którą od niektórych dostajemy całkiem w gratisie. Gdybym teraz napisał, że o tym właśnie jest najnowsza powieść Jacka Bieruta, pewnie bym przeszarżował z patosem. Niemniej książka ta jest gęsta i wielowarstwowa, dlatego tak – jest też i o tym. O budzeniu się ze snu, o ściąganiu zasłony. Główny zrąb akcji Drugiego dnia wiosny dzieje się 22 marca 1983 roku w Jeleniej Górze i okolicach. Narracyjne oko skupia swoją uwagę na kilku nastolatkach – chłopakach mających stawić się na Wojskowej Komendzie Uzupełnień. System umieszcza na szali ich wolność. Marzenia o karierze piłkarskiej i/lub o poświęceniu się grze na gitarze mogą zaraz zostać podeptane przez kamasze. Raju, Waciu i Hrabia – trzej kumple stojący u progu prawdziwej dojrzałości. A dalej opowieść o pierwszych rozczarowaniach, końcu przyjaźni, wchodzeniu w nowe role. Tak mogłaby wyglądać bardziej standardowa historia osadzona w realiach pierwszej połowy lat 80. Jacek Bierut nie jest jednak standardowym opowiadaczem. Jego ambicje idą dalej. Kilkakrotnie podrzuca nam tropy, zastawia pułapki – a ostatecznie i tak robi uskok. Rzeczą, która od razu zwraca uwagę, jest artystyczna bezkompromisowość. Zacząłem tę książkę szanować, jeszcze zanim mi się spodobała (a przecież spodobała mi się szybko). Bierut igra z naszymi oczekiwaniami i przyzwyczajeniami. Potencjalnie sztampowa opowieść o dojrzewaniu przeistacza się – dzięki pomnożeniu postaci i ich dopowiedzeniu od wewnątrz, mnogości punktów widzenia, psychologicznej wiarygodności – w zbiorowy portret, w miniaturę społeczeństwa polskiego w konkretnym momencie historycznym. Myślę, że dzieje się tak również (a może przede wszystkim) dzięki doskonale skonstruowanym bohaterkom – co nie jest w prozie pisanej przez mężczyzn takie znowu częste. Z pozoru chłopacka historia nabiera głębi i wiarygodności dzięki kobietom, które zapewniają uziemiający kontrapunkt. I to nie przez bycie tłem, paprotkami. Drugi dzień wiosny nie jest powieleniem seksistowskiego schematu opowieści o działających mężczyznach i kobietach czekających w domu przy stygnącym obiedzie. Działania Muszyny, Strychniny czy Radki zlepiają świat powieści w całość, ale też przypominają nam o wadze podjętych decyzji; o ich realnych, życiowych konsekwencjach. Czy są jeszcze interesujące, świeże sposoby opowiadania o tzw. tamtych czasach? Czy da się wyjść poza klisze – styropianowy patos z jednej strony, sentymentalne estetyzowanie z drugiej? Jasne, że się da, ale czasem o tym zapominamy, czasem zapadamy na uwiąd wyobraźni. Bierut stawia na multiplikację zbliżeń, na rekonstrukcję stanów psychicznych ludzi z opisywanej epoki. Dodatkową zaletą jest to, że niejako odcina się od nostalgicznego opowiadania o własnych doświadczeniach. Mimo że ślady jego biografii są tu wyraźne, to własny emocjonalny interes autora ani przez moment nie przysłania całości świata powieści. Dzięki temu – mimo że to, zwłaszcza jak na tego twórcę, książka raczej krótka, skondensowana – mamy do czynienia z czymś na kształt fresku, a nie z narracją quasiwspomnieniową mającą obsłużyć palące potrzeby ego. Drugim wymiarem bezkompromisowości jest skala zaufania, którą Bierut nas obdarza. Drugi dzień wiosny się nie przymila. Wejście w tę powieść nie należy do najgładszych. Jest trochę dezorientacji, właściwie nie wiadomo, jak ustawić radary, jak dostroić czujniki. Zwłaszcza że bardzo szybko orientujemy się, że świat powieści jest rozdwojony. Warstwa prostsza, bardziej po bożemu, ta, która opowiada o młodych ludziach u progu prawdziwej dorosłości, o małej i dużej polityce, o esbekach i o miłości, przeplata się z warstwą trochę odgiętą od standardów, odrealnioną. Coś jak senny majak, tyle że psychodelicznie podkręcony. Albo – bo i taka interpretacja jest moim zdaniem na miejscu – mamy do czynienia z opowieścią napędzaną silnikiem science-fiction. Stopa i Werbel, dwóch chłopaków (żołnierze? dezerterzy? uciekinierzy z domu dziecka? – na początku trzeba się zastanowić i zbierać okruchy informacji) chodzących po jakimś tajnym (po)radzieckim bunkrze, wplątują się w bez mała kosmiczną awanturę. W kolejnych pomieszczeniach natrafiają na dziwne ekrany, na których wyświetlane są relacje z różnych zakątków świata i z różnych czasów (bo i przyszłość się tu chyba załapała), wpadają na tajemniczą postać owiniętą kocem, a w końcu muszą się przeistoczyć w gladiatorów i stoczyć podszyte erotycznym napięciem pojedynki z przeciwniczkami z innych światów. To nie jest rzecz, która bez walki ulega streszczeniom, zresztą chyba takie potraktowanie Drugiego dnia wiosny byłoby nietrafioną propozycją. Atmosfera, którą udało się Bierutowi wykrzesać, jest fantastyczna, w pewnym sensie znajoma i dziwaczna za jednym zamachem. Coś jak serial przygodowy dla dzieci przepuszczony przez filtr chorej wyobraźni; reżyser filmowy ogarnięty obsesją badania mechaniki śnienia – Tajemnica Sagali w wersji Davida Lyncha? Bierut wrzuca nas w swoje kosmiczne fantazje, a my możemy spytać: po co? Mam swoje domysły. Sąsiedztwo rozdziałów, nazwijmy je, realistycznych i tych „fantastycznonaukowych” uwypukla absurdy minionej rzeczywistości lat 80. I mam tu na myśli absurdy egzystencjalne, głębsze niż chichranie z „bareizmów”; stawka powieści Bieruta jest większa, nie chodzi mi więc o prosty ładunek parodystyczny. Oczywiście, dochodzi tu do wyzyskania humoru, ale nie on sam w sobie jest celem. Dlatego mam też drugą propozycję: a może wątek Stopy i Werbla jest plastycznym unaocznieniem tego, że my, jako jednostki, wpływ mamy na naprawdę niewiele aspektów życia, zwłaszcza jeśli przyszło nam egzystować w warunkach politycznej opresji czy jawnej przemocy? Kosmiczna kabała, w którą wplątują się bohaterowie, jest jak gdyby narzucona na nich odgórnie, nienaruszalnie. Tak jak odgórne – z punktu widzenia i sprawczości jednostki właśnie – i nienaruszalne są procesy polityczne, warunkujące nasz byt (a w świecie powieści: całej palety postaci próbujących ułożyć sobie życie w schyłkowym PRL-u, w mimo wszystko prowincjonalnej przecież Kotlinie Jeleniogórskiej). Może przesadzam, ale w tę stronę skręciłem, kiedy zamiast szukać różnic między dwoma światami – pomyślałem o szukaniu podobieństw. Hrabia – mimo wszystkich zmyłek, zakrętów i rozwarstwień to jego traktowałbym jako postać wiodącą – myśli przy użyciu trzech paradygmatów, trzech słowników, które pozwalają mu analizować rzeczywistość i iść naprzód. Są to: piłka nożna, muzyka i fizyka. Zwłaszcza dwie ostatnie kategorie wydają mi się ważne w kontekście całości kompozycji książki. Hrabia rozmyśla w pewnym momencie nad teorią strun – naukową koncepcją, dziś już raczej odstawioną do lamusa, według której podstawą materii nie są punktowe cząsteczki, a właśnie struny. Nie będę udawał, że rozumiem założenia tej teorii, zresztą chyba nie o to idzie; ważne jest to, że jedną z jej konsekwencji najbardziej działających na wyobraźnię jest rozszerzenie czasoprzestrzeni. Według strunowych teoretyków ma ona bowiem nie cztery (trzy przestrzenne plus czas), a przynajmniej dziesięć wymiarów. Nadwyżkowe wymiary nie są dostępne naszemu normalnemu doświadczaniu świata ze względu na swoją mikroskopijność. Hrabia myśli o tych sprawach, bo próbuje poukładać sobie w głowie kwestię błyskawicznego zakochania w dziewczynie zobaczonej na przystanku: „Nie miał żadnego planu. Na niego też żadnego planu przecież nie było. I na nią. Na nich. Co niby miałoby go mieć? Czy da się to coś odnaleźć w teorii strun? W odbiciu nieba w kałuży. Przecież to czysty przypadek, że oboje pojawili się na jednym przystanku w tym samym momencie. Nie da się doświadczalnie tego sprawdzić, ale z rachunku prawdopodobieństwa można wnioskować tylko, że to niemożliwe. Jakikolwiek chłopak i jakakolwiek dziewczyna tak, ale nie oni”. I jeszcze: „Teoria strun – aż się uśmiechnął – polega chyba tylko na wierze, że u podstawy wszystkiego jest jednak jakieś dobro”. Ciekawe: to, co zostaje w ten miękki sposób niejako odrzucone przez Hrabiego, ma wciąż ogromne znaczenie dla powieści, w której występuje. Bo w końcu czy rozdziały, których akcja rozgrywa się w „kosmicznym bunkrze”, nie pochodzą jak gdyby z tych dodatkowych wymiarów? Czy przedziwna historia Stopy i Werbla nie dzieje się na skrzyżowaniu światów i percepcji? I jeszcze aspekt muzyczny: Hrabia jest gitarzystą, to jest jego prywatna teoria strun. Ale czym jest sama gitara bez sekcji rytmicznej? Chłopaki, których ksywy to przecież elementy zestawu perkusyjnego, czekają w wymiarze obok. Gitara w Jeleniej Górze i perkusja na kosmicznym rozstaju dróg. Teoria strun, praktyka bębnów. Powieściowe warstwy pasują do siebie ściślej, niż się z początku wydaje. Nie da się – chyba dziś możemy już to nieśmiało przyznać – napisać o wszystkim naraz, o pełni doświadczeń, marzeń i wyobraźni, nie da się stworzyć powieści prawdziwie totalnej, która na poziomie klarownej opowieści uchwyci całość. Czasy wysokiego modernizmu minęły, to znaczy: widzimy ograniczenia wypracowanych kiedyś narzędzi prozatorskich. Da się natomiast tak skonstruować powieściowy mechanizm, by jego poszczególne elementy (połączone strunami?) współgrały ze sobą, dając przez moment wrażenie harmonicznej spójności; doskonałą iluzję dotknięcia rzeczy elementarnych, organizujących istnienie. „Powieść to rzadko jest to, co jest opowiadane” – powiedział Jacek Bierut Dominikowi Bielickiemu w rozmowie, której głównym tematem był właśnie Drugi dzień wiosny. Po lekturze tej nieoczywistej książki można chyba lepiej to zdanie zrozumieć. Jacek Bierut, Drugi dzień wiosny, Wydawnictwo J, Wrocław 2025, s. 264 Karol Płatek (ur. 1992) – redaktor, recenzent, poeta. Teksty krytycznoliterackie publikował m.in. w „Lampie”, „Twórczości”, „Nowych Książkach”, „Fabulariach”, „Zeszytach Literackich”, „Odrze”, a poetyckie – m. in. w „Helikopterze”, „8 Arkuszu Odry”, „Polu”, „Notatniku Literackim”. W 2023 roku dla Fundacji Ośrodka KARTA przygotował wybór tekstów Ksawerego Pruszyńskiego pod tytułem Narrator rzeczywistości. Autoportret odczytany. W 2024 roku zadebiutował zbiorem wierszy pod tytułem Powolne ruchy roślin, który został nominowany do Nagrody Silesius w kategorii debiut.

  • Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 7) 

    W trzewiach istnienia. O Gezie Csáthu i naszej współczesnej psychozie Opowiadania Gezy Csátha najlepiej czytać późno w nocy, wtedy, gdy z podświadomości wyłażą karaluchy (wiem co mówię). Wtedy, gdy świat milknie i nie trzeba już udawać, że wszystko jest w porządku. Bo to nie są teksty „do poduszki”. To literackie autopsje. A czytasz je tak jakbyś zaglądał do własnych wnętrzności po wypadku. Krwawych, gorących, obcych. A jednak twoich. To nie jest literatura. To odtrutka, która pali gardło. Albo jeszcze gorzej: trucizna, którą łykasz z fascynacją, że nareszcie coś działa. W świecie pełnym miałkich fabuł i sterylnych narracji Csáth przychodzi jak patolog z rozciętym rękawem, śmierdzący eterem, i mówi: „Chcesz zobaczyć prawdę? To patrz.” I rozcina kolejną duszę. Bo u Csátha nie ma opowieści. Jest rozpad. Nie ma fabuły – jest psychoza. Nie ma bohaterów – są nosiciele patologii. Dobrze znanej zresztą. Z domu. Z dzieciństwa. Z pokoju, gdzie matka tłumi krzyk, a ojciec rozładowuje frustrację pasem. Ze szkoły, gdzie pedagogika polega na wzbudzaniu wstydu. Z ulicy, gdzie wszyscy się uśmiechają, ale nikt nikogo nie widzi. I co z tego, że Csáth pisał ponad sto lat temu? Neurozy się zaktualizowały jak system operacyjny, ale lęk pozostał ciągle ten sam. Tylko dziś ma Wi-Fi. Mamy smartfony, aplikacje do medytacji, seks na żądanie i podcasty o depresji. Jesteśmy tak bardzo „w kontakcie”, że nie mamy pojęcia, kim są ci ludzie obok nas, albo jeszcze gorzej, kim my sami jesteśmy. My – z diagnozami. My – z receptami. My – z listą leków w Notatniku Google i terapią o 18:30 przez Zooma. Ale broń Boże nie mówmy głośno, że jesteśmy chorzy. Lepiej wrzucić mema. Albo stories z kawą i filtrem, który wybieli nawet rozpacz. Dziś Csáth nie pisałby opowiadań. Pewnie pisałby anonimowe posty, ewentualnie nagrywałby TikToki z opuchniętą twarzą po czwartej nieprzespanej nocy. A może wcale by nie pisał tylko prostu by zniknął? Tak jak znikają ci wszyscy młodzi, których zdjęcia potem obiegają Facebooka z hashtagiem #RIP. Dzieci Internetu. Ofiary znikomej atencji i nadmiaru bodźców. Bo najstraszniejsze u Csátha nie są zboczenia, patologie czy kliniczne przypadki. Najstraszniejsze jest to, że nikt nie słucha. Milczenie. Społeczne, rodzinne, kulturowe. Zamiatane pod dywan, żeby nie przeszkadzało w rozwoju osobistym i porannej jodze. Język bólu uznany za nieelegancki, niewychowany, nie nadający się na eventy TEDxu. A jednak Csáth mówi. I to bez cenzury. Bez filtra. Mówi o tym, o czym Zachód – z jego naiwnym kultem racjonalności, rozwoju i pozytywnego myślenia – woli zapomnieć. Mówi o chorobie duszy. O tej ciemnej, lepko-wilgotnej stronie człowieka, której nie leczy się dietą i manifestacją intencji. Mówi o tym, że człowiek może być piękny i jednocześnie zupełnie zgniły w środku. I to boli. Ale może właśnie dlatego jest potrzebne. Bo kiedy dziś słucham jego słów o „mechanizmach chorób umysłowych”, czytam jego dziennik, jego narkotyczne, brutalne, śliskie wynurzenia – nie chcę go oceniać. Nie chcę wrzucać go do szufladki z napisem „uzależniony”, „morderca”, „chory psychicznie”. Chcę go słuchać. Bo w jego bełkotliwym, zdesperowanym piśmie słychać coś, co wszyscy dzisiaj w sobie nosimy. Przecież wszyscy – mniej lub bardziej – tkwimy na tej samej krawędzi. Z tą tylko różnicą, że on miał tylko morfinę i dziennik. My mamy Instagram, Netflix i receptę na psychotropy. 2022/2026 Géza Csáth Opium, przekład zbiorowy, posłowia Elżbieta Cygielska i Dezső Kosztolanyi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 385 Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat konkursów poetyckich. Jest autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online.

  • Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (31)

    Noc 197. Dlaczego wciąż piszę po nocach? Wiem, że wiecie, że ja wiem, że wiecie co się dzieje. Od wczoraj do powolnych postępów pod Chersoniem, głównie na północy przedmościa doszło to co się wydarzyło na północnym froncie. Mój Boże. Ukraińcy przebili się przez pierwszą linię i poszli - wygląda na to, że w dwie doby 50 kilometrów i są pod Kupiańskiem. Musieli prawdopodobnie mieć dobrze rozpoznane słabe miejsce przeciwnika, musieli mieć rozpoznane zaplecze, bo po wybiciu dziury w froncie nie poszli na Bałakliję, ale zostawili ją z boku i poszli zagonem na północ i dalej, dalej. Musieli prawdopodobnie wiedzieć, że w miejscu i czasie kiedy strona atakowana zazwyczaj wyprowadza kontrę, a tym razem rosjanie nie będą mieli jak wyprowadzić kontry. Nie będą mieli czym. Pościągali wszystko na Bachmut, do korytarza rostowskiego, nad Dniepr. Skąd wiedzieli to, czego zazwyczaj nikt na wojnie nie wie tak do końca? I czy wiedzieli, czy ryzykowali, grali va banque, że puściło w jednym miejscu - to idźmy tam, kto by myślał o skrzydłach? Kiedy rosjanie zwinęli ofensywę na Kijów, Sumy, Czernihów i wszyscy mówili teraz będzie Donbas i oni zaczęli się toczyć, powoli, kilometr po kilometrze, zajęli Izjum, potem wielotygodniowe walki o Siewierodnieck, Popasną, Lisiczańsk. I pamiętam jak wówczas niejeden patrzył na mapę, na ten cholerny Kupjańsk gdzie krzyżują się drogi, gdzie pewnie są stacje rozładowcze zaopatrujące całe zgrupowanie pod Izjum. Wydawało się, że tak blisko i daleko wtedy było. Ale walec wówczas toczył się, rzekłbyś, niepowstrzymany. No i teraz Kupiańsk wygląda na to, że jest w zasięgu arty ukraińskiej. Jak go zajmą - to zrobi się ciekawie. Skończy się zaopatrzenie dla wszystkiego co na południe od Kupiańska. Nawet w rusnecie przyznają, że to może spowodować, że się północ frontu wiszącego nad Słowiańskiem, Kramatorskiem - poskłada jak domino. I pewnie odnajdzie się wiele zbiorowych mogił. A no bo oprócz wszystkiego przecież Ukraińcy wrócili za Doniec Siewierski, odbili dwie lub trzy miejscowości i się umacniają. I jeszcze złapali do niewoli generała Siczewoja. Początkowo poszedł nius, że to pułkownik. Okazało się że jednakże generał, który udawał pułkownika. Który to wyższy oficer federacji wyeliminowany z walki? To mniej ważne który, ważne jaki - to dowódca całej Grupy Operacyjnej "Zachód". I tak sobie myślę, że ciekawe jak się czuje patrząc na to wszystko redaktor Wyrwał? Jak się czuje kanclerz Olaf, który ustami swojej ministry obrony narodowej powiedział, że Niemcy oddały Ukrainie już mnóstwo broni i doszły do ściany. No sorry, nie mamy, a jak mamy to już nie damy bo musimy się bronić, a nuż Czesi wpadną na browara do Monachium. I nawet rozumiem, że Niemce nie chcą dać, bo uważają, że są zagrożeni strasznie i dla nich siedem czy siedemnaście haubic to jest tragedia, więcej naprawdę nie może z siebie wykrzesać największa gospodarka Europy i państwo z pretensjami do przewodnictwa. Wysiłek na miarę Norwegii. Naprawdę jednak nie rozumiem tego niemieckiego afektu sztokholmskiego do Rosji, tego podszytego ukrytym podziwem, odruchu ustępowania zawczasu, zanim ktokolwiek wyrazi takie życzenie. I tego przymusu, żeby głośno powtarzać odmowę, tak żeby inni słyszeli i widzieli. Czy FSB ma coś na tego całego Scholza, że on się tam wije jak piskorz? Po tygodniach mielenia, oporu, trwania - nasi nabrali rozpędu. Nasi, bo tam gdzieś są w użyciu rzeczy, które kołowaliśmy jeszcze z końcem maja i początkiem czerwca wspólnie z Tomkiem Ssakiem Sikorą, z Marcinem Czyżykiem. I są tam ludzie, którzy potrafią tego używać. Dlatego piszę "nasi". Dotykaliśmy tych samych rzeczy. Zdjęcie chłopaków z termowizorem TE19 od nas jest tutaj ilustracją. Ten termowizor to takie coś przyczepione nad lufą jednego z karabinków. To pomaga widzieć w nocy i złych warunkach. Ty widzisz, ciebie nie widzą. I robisz użytek z tego co pod termowizorem. Spadają na ziemię rosyjskie samoloty, helikoptery, wypływają zdjęcia jeńców, zdobytych pojazdów, artylerii, czołgów. Ktoś napisał komentarz do zdjęcia zdobytych haubic samobieżnych Msta – Niemcy nie dali, to sobie Ukraińcy sami od ruskich wzięli. To już nie jest kwestia inicjatywy, tę Rosjanie stracili gdzieś z tydzień temu. Wymsknęła im się w ramach powolnego pełzania pod Chersoniem. Tutaj, na północym-wschodzie pojawia się pytanie co tam się w ogóle dzieje. To wygląda tak, jakby rosjanie naprawdę stracili nie tylko inicjatywę, ale nie dysponowali na niektórych odcinkach frontu żadnymi rezerwami, jakby ich linia obrony była w wielu miejscach, na pewno nie wszędzie, zaledwie jedną linią, bez głębokości, bez rygli, bez odwodów. Tak musiało być koło Bałakliji, bo inaczej nie da się wytłumaczyć wejścia ukraińskich sił w tak krótkim czasie tak głęboko. Chociaż spokojnie, to jeszcze nie blitzkrieg. Pewne jest za to, że dezinformacja, wojna w sieci, wojna informacyjna będzie się nasilać, bo w miarę zbierania w ryj przez okupantów na polu wojskowym – będzie się nasilała wojna psychologiczna, informacyjna, społeczna. Dlatego ciągle piszę, dlatego ciągle czuwam i daję znak, że jestem i nie oddam tego, co wolne, samorządne i niezależne. Noc 199. Po prostu #Roswpierdol Rano napisałem - spokojnie, to jeszcze nie Blitzkrieg. U mnie teraz wieczorem na wsi psy szczekają, a ja rozważam czy nie odszczekać wśród tego chóru porannych słów. Cały dzień Ukraińcy na północnym krańcu frontu parli tak, że co godzina coś się zmieniało i to nie mało istotnego, ale bardzo istotnego. Nad ranem było pytanie czy aby Kupiańsk nie znajdzie się w zasięgu artylerii ukraińskiej. W południe okazało się, że chyba jest w zasięgu, ale strzału z kałacha. Doszli do rzeki Oskił, poszli na południe do Izjum i podobno są już w bliskości tamtego rejonu. W rosyjskim militarynecie na raz jak na komendę pojawiły się wpisy, że bronimy Izjum, gott mit uns i takie tam. Chwila, chwila pomyślałem pakując tunery do serwisu firmowego - jak to gott mit uns, przecież tamci wariaci ledwo doszli do Oskiłu, a już są pod Izjum? Ale to nie koniec tego poematu o radosnym roswpierdolu jesienną porą. Bo kolejne strofy zaczęto pisać na południe od Izjum, gdzie Ukraińcy ruszyli na Łymań stracony późną wiosną, podobnie jak Izjum w krwawych wielodniowych walkach. Zajęli Rajhorodek, Bursiwkę i Stary Karawan. Wiem, te nazwy nic albo niewiele dla was znaczą. Ale są ważne. Dla tych co nie chcą ślęczeć nad mapą powiem o co chodzi. Nie tylko o zajęte miejscowości, drogi, przecięte linie kolejowe. Chodzi o to, że przeciwnikowi brakuje tchu. Normalnie - ofensywa się rozkręca, osiąga swoje maksimum, przeciwnik wyprowadza kontrę (zazwyczaj) i uderzenie osiada. Albo bywa, że od kontry strona, która wyglądała na zwycięską, staje się nagle przegraną. Dwa tygodnie temu ruszyła ofensywa na przedmościu chersońskim, tam nad Dnieprem gdzie od tygodni Ukraińcu młócili w mosty, składy, centra dowodzenia, magazyny. Szło i idzie nadal naprzód. Bez szału, bez nerwowych ruchów. Pamiętacie - pisałem co donosili koledzy kolegów - idziemy powoli, starzy z młodymi, rotują nas, krok za krokiem. Szło powoli bo wielkim wysiłkiem mocno zużyta rosyjska armia uruchomiła rezerwy i to spore. Nie wszystkie rzuciła na prawy brzeg Dniepru, część z różnych powodów została na lewym. Ale sporo poświęcono, żeby to parcie ukraińskie na przedmoście osłabić. Cały czas trwa napór na ukraińskie pozycje wokół Bachmutu, pod Donieckiem. Jeszcze dwa tygodnie temu trwały spory czy cała wieś Piski znalazła się w rękach rosjan czy tylko pół. Analitycy podkreślali, że stan wyczerpania rosyjskich jednostek w linii jest taki, że bez poważnego uzupełnienia strat i zasobów armia agresorów jest w stanie działać na jednym kierunku i to jak widać - raczej posuwać się na zasadzie - walec artylerii, młócka kawałka frontu, piechota wchodzi, zajmuje, odpiera kontrataki i znowu i znowu. Powolne mielenie terenu. Ktoś policzył - pisałem o tym - że w tym tempie rosjanie będą zajmować Ukrainę ... 200 lat. Serio, ktoś zrobił matematykę. No i w to wchodzi nagle atak pod Bałakliją. To takie miasto, około 30 tysięcy mieszkańców, taki mój Brzeg. Teraz po trzech dniach walk jest już daleko za linią frontu. I okazuje się, że wchodzą w to kozacy jak w masło. To oznacza trzeci operacyjny kierunek, który wymagałby skierowania tam rezerw, bo uderzenie przynosi powodzenie, bo okazuje się, że trafia w jakieś jednostki pospolitego ruszenia Ługandy i Donbabwe. Ale ta obrona to się składa - jak to mówią - jak domek z kart. Jedna wypada, druga, trzecia. Na szlakach odwrotu pod Kupiańsk ilości porzuconego sprzętu jakich nie widziały moje oczy od wiosny. No bo jak jedna strona traci teren, to bardzo często musi porzucać sprzęt z błahych z pozoru powodów. Doświadczyli tego polscy żołnierze w 1939 roku, kiedy trzeba było przelewać paliwo z trzech czołgów do jednego, a pozostałe palić. Doświadczyli tego Niemcy kilka lat później, kiedy okazało się że większość ciężkich czołgów tracili nie na skutek ognia przeciwpancernego aliantów, tylko z powodu strat marszowych, usterek układu napędowego, braku paliwa w coraz bardziej kurczącej się przestrzeni operacyjnej. Kiedy Ukraińcy cofali się z Siewierodniecka i Lisiczańska nie zobaczyliśmy tłumów jeńców, masy przejętego, rozbitego sprzętu. Cofali się w porządku i powoli. Waciaki - tak to wygląda - nie cofają się ale wieją. I gubią onuce w biegu. A na to wszystko jeszcze generał Załużny mówi po 48 godzinach: - e, potrzymajcie mi to piwo. I do trzech dodaje czwarty kierunek ataku - na Łymań właśnie. Wiecie jak się ma dwie pięści, a w ryj dostaje się od gracza co ma tych pięści cztery i nie jest się zwinnym jak Neo a Matrixie, to nie ma siły. Zbierzesz wpierdol, osłonisz się tu, a z dwóch kierunków wyłapiesz ciosy. I to przy dobrej koordynacji. A ta – jeżeli prawdą jest, że Ukraińcy przechwycili generała Syczewoja – będzie słaba, bo jeżeli to prawda to padło jedno z głównych centrów dowodzenia. Nie ma decyzji, nie ma rozkazów. Bokser ma tylko dwie pięści, przeciwko czterem i do tego mózg mu wysiadł. Dlatego warto mieć inicjatywę, czyli decydować o tym gdzie, kiedy i jak się uderzy, a jak się jej nie ma, to można tyko reagować. A jak przeciwnikowi wyrosły dodatkowe pięści, a ty tylko reagujesz, no to zbierasz w papę. A każda papa ma swoją odporność. Nie chodzi tylko o rosnące lawinowo straty sprzętu i w ludziach. Wojsko może być mało liczne, może mieć mało uzbrojenia a mieć dobre dowództwo, wysokie morale i może zadziwić przeciwnika. A. No tak morale. Morale i waciaki. Sorry, pomyliłem przedmiot opisu. Naprawdę nie wiadomo jak to się potoczy. Jeszcze rano byłem skłonny powiedzieć, że to byłoby ładne - przed jesienią, błotem, legendarną rasputicą - odbić kawałek swojej ziemi, zdobyć trochę sprzętu, podbudować morale i pokazać, że się umie nacierać a nie tylko bronić. Teraz jeszcze tylko brakuje, żeby Załużny powiedział: - piwo było dobre, potrzymaj mi to drugie, portera sobie zamówiłem I żeby sieknął tam, gdzie tego się spodziewali niektórzy (w tym i ja) - w ten słynny korytarz lądowy między Krymem a Rostowem, gdzieś na Melitopol i Bierdańsk a potem - czemu nie, jakby kartu z domku nadal się spały, czemu nie na Mariupol? Nie wiem w jakiej sytuacji obudzę się za parę godzin. Dzień 200. #Roswpierdol trwa, ale każda ofensywa ma swoje granice Nie chce się spać, żeby nie stracić broń Boże newsa o oswobodzeniu kolejnych miast, miasteczek, wsi. I to czekanie na tweety, ploty, zgrywki z telegrama czy ruskiego military-blognetu, że znowu coś się rozsypało i że kamandir bliadź, a putin chujło. I niektórzy oraz niektóre z was też tak mają, prawda? Skala #Roswpierdolu na północy Ukrainy jest oczywiście imponująca, wydaje się, że rozpad całego skrzydła frontu mógł zaskoczyć nawet sztab ukraiński, który jednak wykazał się elastycznością i był na to przygotowany wstępnie jak ten zespół co to gra koncert i całkiem przypadkiem ma przygotowanych na bis jeszcze z dziesięć kawałków. Załużny, jak ten Eddie Vedder usłyszał, że muzyczka żre, to proszę - mam w zapasie kilka batalionowych grup taktycznych – grajcie dalej. Najpierw o tych zdjęciach, potwierdzeniach, zajęciach, przejęciach. Zdjęcie zrobione nawet na rogatkach miasta przez grupę zwiadowców, nie stanowi o tym, że ktoś ma nad tym miastem kontrolę. To znaczy, że jakiś oddział tam się pojawił i było na tyle bezpiecznie, że trzasnęli fotę. Na pewno Ukraińcy oparli się mocno o rzekę Oskił, na pewno wypuścili za nią rozpoznanie, Marcin Jop wskazuje, że zajęli może nawet i Swatowe (wrzućcie sobie dowolną mapę tej wojny i poszukajcie - to 60 kilometrów na południowy wschód od Kupjańska). Na pewno zajęli Wołczańsk, podeszli pod wiele miejsc, na pewno przejęli masę sprzętu, logistyki, wzięli trochę jeńców, rozbili sztaby - 18 Dywizji zmechanizowanej i być może sztab Grupy "Zachód" – nawet jeżeli nie wzięli do niewoli jej dowódcy sporo o to kto w zasadzie dostał się do niewoli trwają. Ale pewne jest jedno sztab grupy "Zachód" stracił możliwość efektywnego zarządzania podległym mu wojskiem, bo nawet jak jenerał uszedł, to sztabu nie ma. Zdumiewające jest, że nadal brak solidnego rosyjskiego kontrataku z głębi operacyjnej. Tłumaczyłem to Małgosi, w czym rzecz. Jak idziesz z kimś na noże, powiedzmy kłótnia dotyczy czegoś ważnego - to też szykujesz warianty, jak on/ona powie to, to ja powiem to, a jak to i to nie przekona to zawsze jeszcze mogę np. powiedzieć to albo zagrozić czymś. Nie rzucasz w trudnych negocjacjach wszystkich argumentów od razu na stół, stopniujesz, jak masz rozsądek, bo nie wiesz co zrobi druga strona. No i mówię - w walce to samo. Nie wystawiasz na pierwszy strzał wszystkiego co masz, bo to Ty chcesz mieć ostatnie słowo. No i to co jest zdumiewające w tym co się dzieje na północnym wschodzie Ukrainy to, że tam wygląda tak, jakby nie było żadnej drugiej linii, nie było założonych rygli, czyli takich pozycji ostatniej szansy, za liniami obronnymi w jakichś czułych punktach, za które przeciwnik na pewno nie może się przerwać. Nic. Wszystko posypało się, armia ucieka jak może, razem z nią administracja, policja polityczna, kolaboranci. To imponujące, ale każda ofensywa ma swoje granice. Te granice wyznacza nie tylko opór przeciwnika, ale stan sił własnych i zaopatrzenie. Jeżeli masz za mało sił zgromadzonych do ataku i osłony skrzydeł to pójście za daleko będzie oznaczało że albo zostawisz w swoim ugrupowaniu duże luki, żeby zachować jakąś gęstość pięści uderzeniowej, ale będziesz starał się chronić skrzydła i będziesz rozrzedzał te swoje siły, rozpraszał coraz bardziej i w końcu balonik urośnie, że aż strach. No znacie dalszy ciąg. To można trochę oszukać manewrowością, elastycznością reagowania, rozpoznaniem i łącznością. Jak ktoś nie wie o co chodzi to polecam przejrzeć mapy kampanii Afrika Korps Erwina Rommla w latach 1941-42. Tam niemieckie czołgi tego samego dnia potrafiły walczyć w kilku różnych miejscach. Czyli było ich powiedzmy 50, ale że biły się sprawnie i manewrowały, ponosiły relatywnie małe starty bezpowrotne to efekt był taki jakby ich było dużo więcej. No ale nawet dryblingi Rommla miały swoje granice. I ta ofensywa też ma swoje granice. Wszystko co jeździ, strzela, je, pije wymaga ton różnych rzeczy. Jak się przewiduje ofensywę na 100 kilometrów w głąb to się zawczasu przygotowuje inne zapasy, a jak na 200 czy 300 to inne. Jak się planuje walki od lata do jesieni to się wydaje inne mundury niż jak planuje się walki zimowe i tak dalej. Nie zawsze jest możliwość przedłużania w nieskończoność natarcia – o czym z kolei przekonali się Niemcy w 1941 pod Moskwą, im wtedy linie zaopatrzenia się wydłużyły a sowietom skróciły. Samo to nie wystarczyło do sukcesu, ale było znaczącym czynnikiem. Nie wiadomo gdzie i kiedy skończy się paliwo tej ofensywy, ale kiedyś się skończy. Oczywiście pomagać może uruchamianie kolejnych realnych lub pozorowanych jej kierunków. Ja nie bardzo wierzę, że wszystkie te kierunki – Łymań, wznowienie walk o lotnisko w Doniecku, wyjście znowu na Lisiczańsk, na Rubiżne – to są kierunki równorzędne. Za wiele tego moim zdaniem. Możliwe, że to mydlenie oczu, sianie paniki, żeby przeciwnik jeszcze ściągnął na północ jakieś siły, albo zaczął je ściągać – po to żeby uderzyć z kolei w jeszcze jakimś innym miejscu. Wiecie, jak się dowództwo za bardzo w panice miota to wychodzi z tego takie Ligny i Quatre Bras. Już pisałem o tym kiedyś. W czerwcu 1815 roku, tuż przed Waterloo Napoleon i Marszałek Ney toczyli dwie osobne bitwy, blisko siebie. Napoleon tłukł się z armią pruską pod Ligny, a Ney z armią Welligtona pod Quatre Bras, żaden zdecydowanie nie wygrał. Za plecami mieli francuski korpus D’Erlona, który gdyby pojawił się na którymkolwiek z pół bitew mógłby przeważyć szalę na stronę armii francuskiej, ale najpierw wezwał go Ney, a kiedy D'Erlon zaczął marsz w stronę Neya – dostał rozkaz od Napoleona, więc zawrócił pod Ligny. Efekt był taki, że D'Erlon nie wziął udziału ani w bitwie pod Ligny ani pod Quatre Bras i – skracając wątek do minimum – w efekcie Napoleon pod Waterloo starł się z obiema niepokonanymi do końca armiami – Welligtona i Bluchera i przegrał. Także myślę, że te różne ataki, natarcia nie muszą być obliczone na realne otwarcie nowych kierunków, ale takie zamieszanie niezbyt rozgarniętym sztabom rosyjskim w łbach, żeby wyszło jak pod Ligny. Albo Quatre Bras, jeden pies. Dzień 202. Zamglenie, przejaśnienia, walka trwa Naprawdę nie wiem skąd się biorą te wszystkie tweety i posty ludzi, którzy od trzech dni widzą ukraińską armię na przedmieściach Lisiczańska i Siewierodniecka, widzą ją forsującą Doniec pod Biłohirowką, widzą ją maszerującą dalej za Oskił i tak dalej. W pierwszej chwili to i ja się dałem nabrać na doniesienia o tych dalszych fantastycznych postępach, ale już raczej w nie słabo wierzę. Podobnie jak w te opowieści, że rosyjskie wojska na prawym brzegu Dniepru negocjują warunki kapitulacji. Zapytacie skąd te doniesienia o dalszych wstrząsających postępach? No, po pierwsze to walki trwają, aczkolwiek nie mają tak piorunującego charakteru. Na przykład walki o Łymań, który wydawało się, że już Ukraińcy mają, że już są za nim, że idą dalej, ale okazuje się jednak, że chyba nie. Co więcej - wiele wskazuje na to, że był tez jakiś atak na południe od Doniecka i Gorłowki, i to dosyć głęboki. Pokazuje go kilka źródełek, ale nie ma żadnych szczegółów. Po drugie - plotka jest potęgą. Pamiętam jak kiedyś, kiedy pracowałem w administracji publicznej obsługiwaliśmy sporą delegację zagraniczną. W zasadzie tych delegacji było kilka. I koleżanka obsługiwała jedną, ja drugą, ktoś tam trzecią, ktoś zajmował sie kontaktami z MSZ, ktoś organizował transport, ktoś noclegi. I koleżanka miała jakiś kłopot z kwestiami bezpieczeństwa, powiedzmy, że nazywała się Ola. I ja mówię Ola idź do Borowika, uśmiechnij się, powiedz, że masz problem, zobaczysz co będzie dalej. Borowik, to był funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu. BOR. No i Ola poszła, zagadała, miło się im gadało, poszli na papierosa na zewnątrz budynku. Przychodzi ktoś, pyta gdzie jest Ola, mówię, że poszła zagadała do Borowika i wyszli na fajkę. Po godzinie usłyszałem od znajomego, że podobno Ola kręci z Borowikami. Po dwóch, że podobno miała randkę, pod koniec dnia - nie kłamię! - przyszła znajoma i zapytała czy to prawda, że Ola zna sie z jednym Borowikiem i jest z nim w ciąży. A tam Ola, Borowik, co z wojną? - zapytacie. A ja wam odpowiem jak Żyd w jednym takim starym dowcipie o Rosji. - No a z wojną tak samo! Plotka, dezinformacja, od słowa do słowa. Powiedzmy, że pod Chersoniem doszło do kontaktu jakieś grupy dezerterów z jednego z pułków Ługandy czy Donbabwe i ci, żeby sobie dodać powagi przez telefon powiedzieli, że są tutaj ludzie z dwóch oddziałów, którzy by chcieli się poddać, ale mają warunki. Informacja leci dalej, nikt jej nie potwierdza, bo leci tylko z ust do ust. W kompanii gospodarczej na zapleczu frontu "ludzie z dwóch oddziałów" zamieniają się w "dwa oddziały". Po trzech godzinach do mediów wycieka tweet o "wybranych oddziałach", które pięć tweetów i dwa posty dalej zamieniają się w "oddziały na prawym brzegu Dniepru". Nie mówię, że tak było, bo nie wiem, ale możliwe? Pewnie. I to jeszcze jak! Do tego to jeszcze idzie tak, że miejscowości na przykład wokół przedmościa chersońskiego, o których wiadomo było, że są zajęte przez wojsko ukraińskie jako oficjalnie wyzwolone są ogłaszane jakiś czas później, stąd powstaje wrażenie, że tam dalej się dzieje, a wiele wskazuje, że owszem, dzieje się ale nie tyle i nie w tym tempie. No, a żeby dopełnić obrazu wczoraj zapytałem na jakimś bardziej znanym profilu, który podawał kolejne zajęte rzekomo przez ukraińską armię miejscowości na lewym brzegu Oskołu i na północ od Dońca – skąd ta wiedza, jakie są jej źródła. No i zostałem prawie że nazwany onucą, no bo jakże jak śmiem pytać. Profil obserwuje pięćdziesiąt tysięcy ludzi, więc co ja tutaj będę. Te doniesienia się powtarzają, jakoby Ukraińcy mieli ze Swiatohorska, Biłohirowki i spod Kupiańska ruszyć na północ obwodu Ługańskiego, najpierw koncentrycznie na Swatowe, ale nie ma żadnego potwierdzenia w obrazach, filmach. To raczej – obym się mylił – takie echo, jakie przetacza się po niebie raz i drugi, mimo że grzmot, blitz, był już jakiś czas temu. Ale echo wciąż grało. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.

  • całkiem miły separatyzm (2)

    Projekt muzyki eksperymentalnej i elektronicznej, zapoczątkowany w 2023 roku w Warszawie z inicjatywy Marcina Sasa, we współpracy z poetkami i poetami. Łączy twórczość poetycką, wykonywaną przez autorów, z muzyką tworzoną przy użyciu syntezatorów, beatmaszyn i samplerów, przy minimalnym wykorzystaniu DAW. Pierwszą oficjalną publikacją były nagrania z albumu wejścia, dźwięki. Inspirowany ideą ruchu No Wave. https://calkiemmilyseperatyzm.bandcamp.com/ rzeźba z pary i zatrute rośliny / eteryczna nimfa gasi mrok / dziecię portu głos, tekst: Agata Puwalska, muzyka: Roman Bromboszcz Agata Puwalska – poetka, autorka pięciu książek poetyckich, m. in. Funky Forest (2024), otwarte światy (2024), a ostatnio Alis Ubbo (Biuro Literackie, 2025). Otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia oraz do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO oraz ogólnopolskich konkursów poetyckich. Przekłada z języka portugalskiego, jej wiersze tłumaczone były na angielski, ukraiński, hiszpański, duński i łotewski. Kiedy znikają maski uprzejmości głos, tekst: Jacek Żebrowski muzyka: Marcin Sas, Roman Bromboszcz Jacek Żebrowski – prowadzi wydawniczą oficynę Katalog Press. Mieszka w Krakowie. Tetris głos: Mariusz Sambor muzyka: Marcin Sas tekst: Mariusz Sambor, Marcin Sas (kolaż) Mariusz Sambor – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści psychologicznej I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022) oraz epistemologicznego komedio-dramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W roku 2025 ukazały się jego dwie książki poetyckie Rzeka/ Taniec oraz PRZED/MIEŚCIE. Jesienią 2026 r. ukaże się jego nowa powieść Siwy i ja. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oddział w Krakowie. *** Marcin Sas – poeta, zajmuje się muzyką elektroniczną, autor projektu ‘całkiem miły separatyzm’, który współtworzył z poetkami i poetami - pierwszy opublikowany przez Antenna Non Grata - czytającymi swoje utwory. Publikował w ogólnopolskich czasopismach literackich. Autor książek poetyckich, ostatnia Księżyc pod sufitem (2022). Planuje nadal udzielać się muzycznie i literacko. Roman Bromboszcz – poeta, prozaik, eseista. Porusza się po scenach literatury i sztuki. Nagrał kilka albumów, m. in.: Lost in Frequencies dla Antenna Non Grata. Współpracował między innymi z Tomaszem Misiakiem na korzyść KALeKA i z Łukaszem Podgórni na korzyść Perfokarta. Dłubie w kodzie w zakresie VR i wielokanałowego dźwięku. https://brombox.eu

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page