Matylda Głowacka – trzy wiersze
- Mirek Drabczyk
- 3 dni temu
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 2 dni temu
Gdzie jest Kaj
Miałam kiedyś pięknego chłopca
o oczach koloru dudniącej ziemi
w maleńkie podróże mnie zabierał
a w duże wybierał się samotnie
okłamując nawet księżyc
Swoje anioły podtapiał łagrami łez
zgubiły go na co najmniej
dwunastu wartach
przylatywały na papierosa
pytać mnie czy go widziałam
mówiłam że widziałam chłopca
o oczach koloru dudniącej ziemi ale
nie wiem czy to był nadal mój chłopiec
Miałam kiedyś cudnego chłopca
co rozsypywał słowa jak wykałaczki
zostawiłam w jego sercu kilka cieńszych
nakłułam nimi jak kruche ciasto widelcem
serce jego
nie(ch) oddycha
Zaznałam kiedyś ślicznego chłopca
przez którego Timothée C. płakał w garderobie
z zazdrości porwał scenariusze i listem kazał posłać
po ciemnookiego dublera z Europy Środkowej
Lecz nie znajdziecie go moi mili
bo chłopiec mój ma oczy koloru
dudniącej ziemi nie wychodzi spod niej
na wiosny gwiazdki i imieniny
a ziemia moja zaczyna truchleć gdy tylko
przetnie ją powóz chłodnych oczu
nawet matka jego i Hades pytają mnie
czy widziałam chłopca
Czerwony Krzyż mógłby nawet leżeć teraz krzyżem
ale pytany o naszego chłopca milczy
Chłopcy o oczach koloru dudniącej ziemi
wiszą na lianach życia i śmierci
tańczą na płotach kominach i stają się każdym
właścicielem jeansowej kurtki
śmiechem innych chłopców na posępnych placach zabaw
stają się krzykiem innych matek i dziewczyn
które wołają swoich chłopców tym samym imieniem
Pod 112 dostaję tylko 112 rad
jak pochować chłopca za życia odkładam
chowanie go ale przede wszystkim
słuchawkę
nie(ch) oddycha
Spojrzenia
Twoje oczy martwe boje
nie przedzieram się przez nie
choć coś mnie w nich przekracza
podżegają do wejścia w czubek śmierci
nie pamiętam kiedy wiosna spłowiała
tak nas pochłonęło bycie nikim
że coś ważnego wykipiało
deszcz wystukiwał mantry
Vanish
Czujne oczy patrzą szerzej
zagubione w telefonach szukają
płomieni ikon zaginionych dwa morza głębiej
ekskomunika relacji to postrach każdej źrenicy
czekającej na chatach
często i cierpko
Słyszysz sygnał odpowiedzi
wyjmujesz dłonie z ciała ale
to tylko karetka za oknem
przejmuje dowodzenie
nad krajobrazem dźwięku
łączysz się z paniką miast
jak kot pod wpływem domofonu
każesz nie garbić się uszom
gdy dowolne AGD
śmie podszywać się pod wiadomość
Po trzech tosterowych zawałach
oporządzasz się przed chłostą snu
wcale nie czekasz
ależ czekasz
zdecydowanie nie czekasz
Obżarta światłem błękitu
zamiast zasnąć wymyślasz nową
dyscyplinę sportową
nakazując powiekom imitować
drzwi obrotowe
zwaśniona z fazą REM
dziś odpuszczasz
upuszczasz krwi dnia
Gdy śnisz dzwony powiadomień biją
z ich lin czynisz liany pochwycając je wisisz
niczym ministrant w epizodzie manii
ale niestety
jakiś czarny charakter najpewniej
otyły ksiądz proboszcz
przecina sznury dzwonów
ostatnie alikwoty i radość
spadają razem z tobą
wynurzasz swe oczy ochryple
wracając na salony ekranów
szukasz ikony zieleni w końcu
prawdziwe serca dzwonów biją po nocach
ośmielają się przyjaźnie otulone ciemnią
Po odblokowaniu ekranu oczy rybieją
martwo spijając niezmienność obrazu
jeśli ożyją to tylko po to by błyszczeć
rozpaczą powrotu do ciszy

