Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (25)
- 2 dni temu
- 5 minut(y) czytania
Dzień 138 albo smutna opowieść o tym, jak zostałem rusofobem, Jerzym
Urbanem oraz Iliją Erenburgiem na raz.
[...] Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę.
(Zbigniew Herbert, „Tren Fortynbrasa”)
Ja to się czasem doczekam. No i się doczekałem. Jednego dnia zostałem nazwany rusofobem,
propagandzistą lepszym od Urbana i porównany zostałem do Iliji Erenburga.
Przez znajomego zostałem tak nazwany i to publicznie stąd odpowiedź publiczna, chociaż bez
personaliów, bo jakoś mi smutno.
Bo przecież to wszystko ukraińska intryga, bo przecież działał od 2014 roku traktat pokojowy z Mińska.
Bo dewastacja trwa, liczba grobów i ruin rośnie i jak można w tych warunkach pisać o oporze, umacniać wolę oporu, trzeba się poddać od razu woli dobrego władcy, uwierzyć mu trzeba, nie odtrącać tej ręki co to jej wcale nie wyciągnął. Przecież pokój jest w zasięgu ręki tylko trzeba przestać strzelać i nie dostarczać amunicji. Już od jutra zaświtać może jutrzenka pokoju, tylko Ukraińcy muszą przestać się bronić, przestać tak strzelać, tak się upierać w granicach swojego państwa.
Gdyby to trafiło na Kanadę, na pewno w imię pokoju byłaby gotowa oddać Vancouver, Albertę i dorzuciła by jeszcze Quebec, bo z tą mniejszością z Quebecu zawsze były kłopoty.
A gdyby tak Francję najechała rosyjska armia to przecież nic wielkiego oddać Bretanię, Prowansję i okręg Lille z mieszkańcami, których kilku tam okupanci rozstrzelają, kilku zgwałcą, ale czegóż się nie robi dla pokoju?
A o tym, że jestem lepszy od Urbana, równie dobry jak Erenburg, ale zarazem rusofobiczny, jak nie wiadomo kto - napisał wirtualny znajomy, który wyjechał stąd, ze strefy wielkiej rusofilii w czasach gdy się stąd wyjeżdżało, bo dzięki kurateli ZSRR (poprzednika i następcy imperialnej Rosji, zależy jak patrzeć) – żyło się w Polsce tak, że jeśli kto miał łeb na karku i mógł – to spieprzał.
A teraz, jak już się urządziło za oceanem, jak się oporządziło rodzinę na resztę życia z dala od Rosji, to można pouczać, najlepiej tych w Polsce, Ukrainie, Litwie – że są rusofobami.
Bo przecież nie ma nic autentycznego. To wszystko to propaganda.
Pokój jest możliwy od jutra, a ja, inni tutaj – siejemy tylko nienawiść, rusofobię, która zatruje kolejne pokolenia.
Bo przecież Rosja się ciągle broni, od trzystu lat, dlatego ciągle podbija nowe tereny, nigdy nie ma dość i jest największym terytorialnie państwem na ziemi.
I gdyby nie opór ukraiński, słoneczko pokoju już by świeciło jak nagie pośladki władimira wampirowicza, gdyby je wystawić na słońce bez ochrony.
Tylko dlaczego oni nie chcą się poddać? Czy mają swoją tożsamość? Nie chcą oddać swojej ziemi, domów obcemu państwu? Bronią się jak każdy, któremu ktoś przyszedł podpalić dom, ten w którym mieszka?
Ależ skąd. Są nacjonalistami i rusofobami.
Ale nic straconego - martwy rusofob naturalnie ma tendencję do ewoluowania w kierunku rusofilii.
Tak mnie zapowietrzyło, że musiałem sobie zacząć przypominać jakieś podstawowe fakty, żeby po łańcuszku wrócić do realiów, bo miałem przez chwilę wrażenie, że nastąpiło spore zaburzenie jakiś rodzaj kwantowej podmiany światów czy co tam.
No bo weźmy to porównanie do Iliji Erenburga, takiego pisarza, co zarazem był korespondentem i propagandzistą Stalina. Że niby ja w jego ślady. On pisał na przykład w 1945 roku:
„Złamcie siłą dumę rasową germańskiej kobiety. Bierzcie je jako regularną zdobycz!"
Efektem słów Erenburga były miliony gwałtów, sporo spontanicznych mordów na cywilach. Tylko czegoś nie rozumiem. Jak na razie to rosyjska armia gwałci, morduje, strzela na oślep po centrach handlowych, budynkach, szpitalach, szkołach, a ukraińska – owszem, ale dosyć celnie po składach
amunicji armii rosyjskiej.
I tak, ja piszę o tej armii - orcze hordy. Widzę w niej wysłanników nienegocjowalnego zła. A żadna jednostka ramii ukraińskiej nie wpadła jeszcze do żadnego Jekaterynburga gwałcić i mordować, póki co czwarty miesiąc regularnie dzieje się to gdzie indziej i sprawcami jest inna armia.
To jaki ze mnie Erenburg?
Przecież ja nigdzie nie zachęcałem armii agresora do gwałtów na cywilach, a armia rosyjska nie potrzebuje tych zachęt, bo znakomicie robi to sama.
Tak na marginesie – Mińsk 2 nie był żadnym traktatem pokojowym, bo przecież oficjalnie nikt nie toczył wojny a był to zaledwie rozejm, którego sama Rosja nie przestrzegała i ostatecznie zerwała. Ba. Rosja uważała, że nie jest nawet stroną w tym konflikcie, więc w sumie nie wiadomo czemu w tym maczała palce.
Ale, nie Mińsk 2 nie był traktatem, nie wytyczał nowej granicy, nie uznawał aneksji Krymu ani anschlussu części Donbasu, tylko rozgraniczał linie walki. Nic więcej. Musiałem sobie zatem przypomnieć czy na Kijów, Charków, Lwów, Łuck, Sumy, Mariupol spadały bomby brytyjskie, amerykańskie, pasztuńskie, urugwajskie czy rosyjskie?
Musiałem sprawdzić, czy to nie w Moskwie, Twerze, Tule, Petersburgu kopano prowizoryczne mogiły, czy nie tam znajdowano porzucone w nieładzie ciała zamordowanych ludzi?
Czy to nie na Wołgograd spadały w nocy bomby kasetowe?
Czy to holenderska rakieta trafiła w pełen cywilów samolot Malezyjskich linii lotniczych MH17?
Czy to Norwegowie zrzucali na Mariupol bomby fosforowe?
Ciągle wychodziło mi, że wszędzie tam robiła to armia rosyjska przez nikogo nie proszona,
nie oczekiwana.
Ja w ogóle bardzo lubię ten typ argumentu.
Niech ta Rosja trzyma się swoich granic – mówi ktoś, a ty zaraz odpowiadasz – nie bądź rusofobem.
Mówię – moja babcia nie usłyszała przez całą wojnę ani słowa po niemiecku, bo ją i jej rodzinę sowiecka armia wywiozła nad Irytysz, a w odpowiedzi słyszę – nie bądź rusofobem.
Mieszkałem jako dziecko przy koszarach sowieckiej armii, mówię – i to byli okupanci, myśmy to wiedzieli bez wielkich słów, ale zaraz twoja riposta – zaś prawisz jak rusofob.
Mówię Katyń, mówię Hołodmor, mówię NKWD, ale nie, nie – słyszę, nie wolno być rusofobem.
Kiedy bomba spadnie na dom w którym mieszkasz, kiedy twoi znajomi zaczną znikać z ekranów smartfonów, laptopów, bo zaczną ginąć na froncie od rosyjskich kul – mówisz - recytuj Puszkina, abyś nie był uznany za rusofoba.
Gdy przypomnisz sobie Buczę, przeczytasz wiersz Lesia Panasiuka dla równowagi włącz płytę z Czajkowskim abyś nie został zapisany do rusofobów, bo może i mordują, ale jakże piękną poezję wydali, może i gwałcą, ale przecież można było ich nie prowokować, ubierać dłuższe spódniczki,
albo spodnie.
To bardzo słuszne, nie być rusfobem. Szczególnie jak się mieszka daleko od Rosji. Przyjedź do nas, zajrzyj do Miedzna, gdzie niedawno byliśmy, spojrzyj w oczy Oli w oczy jej dzieci i powiedz jej, że są rusofobami, że gdyby nie ich rusofobiczna ucieczka – pokój byłby możliwy od jutra.
Powiedz to Jurijowi, który pierwsze tygodnie przesiedział w schronie, pewnie z rusofobicznej
paranoi. Trzeba było wyjść na powietrze, odetchnąć odłamkami pocisków rakietowych.
Powiedz to Wicie i jej dzieciom, która straciła męża w Donbasie w sierpniu 2018 roku, w
czasie trwania tego, jak to określiłeś – traktatu pokojowego, który nie był żadnym traktatem i
nie miał nigdy takiej rangi, ale jednak.
I opowiedz im jeszcze dlaczego wyjechałeś wiele lat temu ze strefy rusofilii, ziemi dobrobytu
i polsko-radzieckiej przyjaźni, zamiast tu zostać?
Dlaczego wybrałeś przedmieścia Toronto, w Kanadzie przytulonej jak huba do wielkiego brata i z tej odległości pouczasz nas wszystkich o rusofobii nie mając nawet cienia szansy doświadczenia w jednym procencie naszej bezsiły, strachu, zmęczenia, wyczerpania?
Nie mówię o tym co jest po za wyobrażeniem, o strachu ukraińskich kobiet, mężczyzn i dzieci.
Dlaczego siedzisz tam na przedmurzu tej potwornej, morderczej Ameryki, dlaczego nie wybierzesz przedmieścia Teheranu, Moskwy, Mińska?
I żeby zacytować klasyka: nie odpowiadaj, to pytanie retoryczne, Maverick.

