Maciej Sieńczyk – fragment powieści "Pijaczek"
- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania
Sam byłem jeszcze dzieckiem, gdy po raz pierwszy ujrzałem Pijaczka na placu zabaw, jak polegując na ławce, przemawiał do innych dzieci. Co jakiś czas stawał chwiejnie, by z rękami w kieszeniach wygłosić kilka słów, po czym znów siadał lub kładł się na boku. Przedmiotem tych krótkich improwizowanych lekcji był, co mnie zastanowiło, Hitler. W miarę, jak widywałem go częściej sterczącego między okolicznymi chłopcami, było mi przykro, że nigdy nie umiem być tym zagadniętym. Postanowiłem zwrócić na siebie uwagę Pijaczka i zyskać jego sympatię. Odtąd, wracając ze szkoły lub na spacerze z psem, wypatrywałem tego człowieka, którego imienia nie znałem, i gdy kilka dni, a może tygodni później zobaczyłem go spacerującego samotnie, podszedłem nieśmiało i mając w pamięci jego niedawne wywody, poprosiłem: „Niech Pan mi opowie coś o Hitlerze”. „O jakim Hitlerze? O Führerze Narodu Niemieckiego, gówniarzu!”, odparł surowo, czym mnie dodatkowo onieśmielił. Tak oto stałem się, mimo wszystko, jednym z jego młodocianych znajomych. Po latach przypomniałem mu treść owej pierwszej rozmowy, a on roześmiał się i zapytał: „Jak to było? Ty powiedziałeś: »Niech mi pan opowie coś o Hitlerze«, a ja na to: »O jakim Hitlerze? O Führerze narodu niemieckiego, gówniarzu!«?”. W owych wczesnych czasach naszej znajomości dziwny wydawał mi się wybrzmiewający z wypowiedzi Pijaczka swoisty romantyzm powszechnie znienawidzonej postaci Hitlera, podobnie jak to, że używał nieznanej mi frazeologii w rodzaju: „opatrzność”, „bolszewizm”, „podludzie” i „kwestia żydowska”, co wymawiał czasem z niemiecka, jako „Die Judenfrage”. Wzbudzało to mój niepokój; dotąd nie spotkałem nikogo, kto by mówił w ten sposób, człowiek ów wydał mi się dziwacznym, jawnym wielbicielem Hitlera. Opowieści Pijaczka nie sprowadzały się tylko do straszliwych słów i deklaracji, wypowiadanych dość głośno, co było skutkiem podchmielenia, wypływał też na łagodniejsze wody i gdy słuchałem, jak przemawia, swobodnie przechodząc z zagadnień geografii poprzez historię, muzykę i literaturę, byłem pod wrażeniem ogromu jego wiedzy, a potem nabrałem pewności, że jego postać wykracza daleko poza licznych i tylko w pewnym sensie podobnych pijaczków […]
Pijaczek nagrywał na swój użytek różne hitleriana, w tym urywki niemieckich filmów propagandowych, które służyły jako ilustracja radiowych i telewizyjnych programów historycznych. Puszczał mi je na wczesnym etapie znajomości; rozlegała się dziarska muzyka, na przykład Marsz pruski, a on równie dziarsko maszerował po dywanie z przymkniętymi oczami, śpiewając do taktu „pararampampampam” i wymachując wyimaginowaną buławą. Choć nie znał niemieckiego, owym demonstracjom towarzyszył nieraz komentarz, będący owocem jego domysłów i studiów ze słownikiem. Jako szczególny rarytas prezentował fragmenty przemówień Hitlera, co tym bardziej miało posmak zakazanej i perwersyjnej przyjemności i gdy na koniec padało „Sieg Heil!”, czemu odpowiadało gremialne „Sieg Heil!” ze strony tłumu, Pijaczek stawał pośrodku pokoju z wniebowziętym uśmiechem. On sam wielokrotnie dawał wyraz skłonności do naśladownictwa; szło to w parze z pewnym talentem i w przypływie dobrego humoru imitował głos lektora niemieckiej kroniki, a zwłaszcza frazę: „Russische divisione…”. Jakkolwiek zdawało mi się, że mój znajomy jest wspaniałym człowiekiem, obawiałem się nieco jego uwielbienia dla Hitlera, a on widząc, że biorę te ekstrawagancje po dziecięcemu poważnie, folgował sobie, epatując cytatami z Göringa, Hansa Franka i innych. Gdy podrosłem i moja śmiałość także wzrosła, Pijaczek zauważył, że straszliwe pochwały Hitlera nie robią już wrażenia i prawie zaniechał ich, wyjąwszy okoliczność zupełnego upojenia. Łagodniał też w miarę, jak polepszał się jego ogólny nastrój, co zbiegło się z okresem naszej znajomości i z wolna jego prawdziwy lub domniemany radykalizm zaczął ustępować.

