top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Aleksander Wierny – cztery wiersze

    Piłka Gra z małym synem na wiejskim, nierównym boisku. Podaje, a syn strzela na pustą bramkę. Ćwiczą woleje, więc żółta piłka lata nad klepiskiem, żeby ominąć kępy trawy. A on się milcząco modli: proszę, żeby piłka nigdy nie spadła, żeby teraz trwało, a w nim mój syn i ja, żeby syn zawsze czekał na podanie z nadzieją, że spadnie na jego stopę, że dotrze, co mu posłałem. I jeszcze: żeby, bo piłka przecież spadnie, mój syn pamiętał to teraz jakby wciąż leciała między nami, nawet kiedy stanę się klepiskiem. I żebyśmy wygrali. Odpoczynek Po ostrym podjeździe przystanek pod wiejskim cmentarzem, na bramie napis „Odpoczną, powstaną”. Kamienny anioł wpatruje się z lękiem w zardzewiały krzyż, na niektórych grobach kwiaty, na innych tylko liście z lasu co skrzypi jak stare rowery, którymi przyjechali: on i mały syn. On odpoczywa, mieli świeże powietrze czerwca w ciaśniejszych niż kiedykolwiek płucach. Zasłużył na ciszę, która zapadnie i dopadnie, kiedy płuca skurczą się w skrzep, gdzie przetną się na krzyż dwie proste, jedna z tej, druga z tamtej strony. Chce zostać, ale powstaje, bo syn wraca, pędzi w dół, a on za nim, lekki w zapachu lip. Reguła Trzyma się trajektorii przy krawędzi szosy tak mocno jak kierownicy roweru. Słyszy silnik doganiającego samochodu i ściska, śliski od potu, jeszcze silniej. Nie wie, co zrobi kierowca. Postąpi według przykazań kodeksu? Wierzy w regułę, która zabrania wytaczać dział i utaczać krwi? Tak powstały konstrukcje katedr i AI, myśli, w wierze we wspólne, dlatego planety się nie zderzają, myśli, bo przecież porządek pracuje i w dużym, i w małym. Wierzy, ale puszcza małego syna przodem, żeby w razie czego wziąć na siebie. Siłą woli próbuje powstrzymać ciemniejące chmury. Chce dotrzeć do domu przed deszczem. Doktor - Boję się śmierci - mówi mały syn. - Czasem kiedy słyszę karetkę, myślę, że jedzie właśnie do ciebie. - Jedzie od dawna - chce odpowiedzieć. - A w niej dobry doktor, który wśród bieli na zawsze wyleczy nas ze strachu. Na ciemnej ulicy chwyta syna za rękaw, żeby zatrzymać go przed niebezpiecznym przejściem i nie puszcza, nie puszcza. Aleksander Wierny – poeta, prozaik. Urodził się, mieszka i pracuje w Częstochowie. Autor pięciu książek prozatorskich i pięciu tomów poezji.

  • Mariana Spada – trzy wiersze

    Lato, tam i z powrotem Nie ma to jak wiosłować nocą po rzece czarnej, dobrze znanej, tak czarnej że księżyc odbija się w opalizujących sylwetkach ryb przecinających pradawny nurt, tysiąc noży rzucanych z dna przez ślepą dłoń.  W tej rzece ujarzmionej przez tamy konary łagodnie zwieszają się daleko od brzegu, całując wodę tam, gdzie czerpią ją świetliki, które niegdyś wydawały się nas śledzić. Tę to rzekę przepłynęliśmy razem pewnej nocy, z piaszczystego brzegu na ten drugi, z cierniami. Ferreri Ganadera Jeszcze raz próbuję wyjaśnić na czym polegała praca mojego ojca.  Załóżmy że  coś się psuło w zakładzie rura wypluwała amoniak albo pistolet do uboju tracił ciśnienie nieważne co dokładnie  niezliczone rzeczy mogą pójść nie tak i nie da się tego uniknąć czy to na okręcie podwodnym czy w rzeźni. Wtedy ktoś wyruszał ścieżką wzdłuż strumienia z zepsutą częścią i szedł do magazynu gdzie czekał mój ojciec.  Lata pracy nauczyły go oceniać jednym rzutem oka czy istnieje pośród setek pudeł część zamienna:  jeśli nie wypisywał zamówienie jeśli tak  nie było w tym żadnej filozofii: ojciec przynosił ją kładł na biurku porównywali obie nową i starą jeśli się zgadzały podpisywało się odbiór a on znów zostawał sam absolutny pan swych popołudni których nigdy nie wykorzystał na pisanie opowiadań ani na działalność związkową: i to było mniej więcej wszystko. Teraz, gdy jestem prawdziwą kobietą We dry and die in the sun — Weldon Kees Teraz, gdy jestem już kobietą z krwi i kości mogłabym się upić w towarzystwie tych facetów, którzy zabijają popołudnie po całym dniu pracy w kuźni choć w tym mieście kuźni nie ma. Bez pośpiechu zrujnować się przy tym samym skromnym barze, jak pewna lesbijka z siwymi włosami, która — co za niespodzianka: potrafi dotrzymać kroku pięciu większym od niej facetom stając z nimi w szranki na miłosne anegdoty  recytując Weldona Keesa z pamięci albo opowiadając im później coś czego nie wiedzą: na przykład o ucieczce poety — ładniejsza wersja Faulknera o ile to możliwe — pewnego lipcowego poranka kiedy porzucił nowy samochód  przy rozświetlonym moście i rozpłynął się w powietrzu szukając, jak to dawniej mówiono, swej vita nuova albo czegoś mniej jałowego i bardziej definitywnego w środku wrzącego lata. Później jeden z tych mężczyzn wróci do domu, przeżuwając w myślach coś, czego wczoraj jeszcze nie znał: czyste szaleństwo, doprawdy zostawić taki samochód sam w słońcu z kluczykami w stacyjce. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Mariana Spada  (ur. 1979) — argentyńska poetka.

  • Eva Muñoz Criado – dwa wiersze 

    Zima. Powieść ROZDZIAŁ 1: Próbujesz posuwać się naprzód, bez ramion, w śniegu i same nogi na nic się nie zdają. ROZDZIAŁ 2: Tamtego ranka nie wiedziałam, jak przeprawić się przez rzekę. ROZDZIAŁ 3: Tak, Johnny, zaprosiłam cię do domu na kawę i żeby się z tobą jebać, ale powiedz mi, jak przeprawimy się przez rzekę, bez ramion. ROZDZIAŁ 4: Wejść w długą zimę, śpiewając na grzbiecie głosu. ROZDZIAŁ 5: Tak daleko. ROZDZIAŁ 6: Jak zaśpiewasz bez piersi, bez ramion? ROZDZIAŁ 7: Wiatr świszczy między kryształkami lodu. ROZDZIAŁ 8: Czyż to nie piękne? ROZDZIAŁ 9: Kruchość żeber. ROZDZIAŁ 10: Jakieś dźwięczenie. ROZDZIAŁ 11: Jeszcze tego nie zrozumiałeś? ROZDZIAŁ 12: Nie ma żadnej pewności. ROZDZIAŁ 13: Ale te ramiona, ramiona. Dativus interesu Odkąd istnieją banki i lichwa zainteresowanie jest źle widziane w tych szerokościach geograficznych a przynajmniej tam gdzie etyka protestancka i duch kapitalizmu dotarły późno a my nie zrozumieliśmy że ciężka praca gromadzenie to nie była chciwość to było coś bardzo pięknego łaska boża jakieś złoty interes Tutaj złoto wspinało się po absydach i haftach rozwartych ustach a interes zabarwiony żółcią gorączkowej chciwości i można by było mieć zainteresowanie teoriami (etycznymi estetycznymi) niebieskimi kwiatami przedmiotami kolekcjonerskimi i sukniami wschodami słońca liliami tobą ale nie Dlatego celownik interesu brzmiał źle zdawał się skrywać drugie dno jakby chciał coś komuś odebrać podmiotowi który sprawiedliwie lub gramatycznie (i z dużą ilością składni) miał otrzymać korzyść lub szkodę (uwaga jedno nigdy bez drugiego, c’est la vie selavie rose et duchamp) wynikającą z działania czasownika [i z nim (lub z nimi oboma) przyszła gra i delirium, upadek odmieniający się ale wracający do nas katolików [bo kto jak nie my staliśmy się tak pragmatyczni że utraciliśmy nawet deklinację [i pewną inklinację ku bladym ciałom zauważcie że nawet ludowa łacina odmieniała i niemiecki oczywiście (język Webera właśnie ten) i także staroangielski i islandzki i japoński i bośniacki (a więc w końcu okaże się że to coś pospolitego przez swoje rozpowszechnienie jak miłość przez rozszerzenie podczas gdy powinna być tylko intensywna) my ty i ja? my natomiast odmieniamy, koniugujemy gdzie? kiedy? deklinowaliśmy tamtą etykę i tamtego ducha i zostaliśmy grając pozostają tu jednak pewne resztki zaimki które się odmieniają tak krótkie a jednak ćwiczące się tam mamy je: le, la, lo, me więc czytam że celownik interesu nazywa się też celownikiem etycznym i ten zwrot o 180 stopni w semantyce ten sam który prowadzi mnie od tamtej etyki do moich antypodów pojednuje mnie z moim wielkim zainteresowaniem tobą: nie uciekaj mi, nie odchodź mi, nie umieraj mi, nie ciesz się mną zbyt bardzo  żeby tylko nie więdnij mi nie lękaj mi się (nie bój się mnie), teletelos ale ja nie chcę cię daleko tylko w Niebie chcę cię blisko jeszcze bliżej: Tutaj Widzicie więc tyle wstępu by skończyć mówiąc o miłości Vicente Gallego mówi że to jedyny wątek który kto nie mówi o miłości nie jest nie może być poetą przełożył Krzysztof Katkowski Eva Muñoz Criado  – hiszpańska pisarka, poetka, współpracowniczka dodatku Cultura/s  dziennika La Vanguardia  oraz Institut de Cultura de Barcelona, a także scenarzystka programów w La Xarxa.

  • Albert Aoussine – trzy wiersze 

    Bilet na stole Przyjaciółko, droga przyjaciółko, Śpij z dala od zajazdów, Kiedy to w jaki dzień wolny Udajesz się na wieś. Wolę wiedzieć, że śpisz na świeżej trawie, Wśród letnich zapachów, Niż w tych ponurych domostwach, smutno umeblowanych, Drewnem wyrwanym z serca lasów. Czerń — Tato, powiedz mi, dlaczego noc jest czarna? — Bo czerń jest pełna spokoju. — Dlaczego człowiek jest czarny? — Bo czerń jest piękna i radosna. — Dlaczego czerń jest czarna? — By upiększać kosmos. — Dlaczego obraz jest czarny? — Bo czerń ma inteligencję w sobie.. — Dlaczego więc czerń jest tak uboga? — Bo pracuje dla wszystkich! Modlitwa griota My, którzy mamy jedynie nasze istnienia, by wyrazić twoją chwałę, My, którzy mamy tylko słowa, które możemy ofiarować, My, dla których słowa są cennymi czynami, Składamy ci tę modlitwę jako poranny hołd. Na górze powiedziałem, że twoje imię to Prawda, W tej ludzkiej dolinie wznoszę mój głos, By prosić cię o przemianę naszych losów. Wiem, że mnie słuchasz, gdy do ciebie mówię, Bo mówię teraz twoim językiem. Bo kiedy się już z tobą jednoczę, Przestrzegam zasad twej świętej kanoniki, Odmieniam wszystkie czasowniki w czasie teraźniejszym. Tak jest, gdy modlę się, tak jak mnie nauczyłeś. O Wszechobecny Ojcze, pozostań na swoim naturalnym miejscu, W centrum wszelkiego prawdziwego zgromadzenia, Choćby było ono skromne, Buduj nas tak, aby ciepło twojego ognia Karmiło i ożywiało wszystkie nasze istoty. Znam rozkosze twojej mądrości, zdolnej do cudów; stworzyła ona ten świat nie dla głupca, lecz dla mędrca, my, którzy okazujemy pokorę, zwracając się ku Tobie. Ludzie nazywają siebie drwalami, kowalami, Szewcami, krawcami, kontraktorami, Odkrywcami, pasterzami, piekarzami… Lecz ty dajesz nam zrozumieć, że każdy człowiek Jest powołany, by działać dla sprawy powszechnej. Działając dla wszystkich, działa się dla siebie. Chcę żyć na zawsze Tam, gdzie „ja” i „ty” prawie nie istnieją, Tam, gdzie pojęcie wojny nigdy nie zaistniało. W tym nie-miejscu, gdzie wszystko jest Harmonią, Pokoju, Wolnością, głęboką Radością. z francuskiego przełożył Krzysztof Katkowski Albert Aoussine  – kameruński poeta i wydawca. Jest założycielem i szefem Revue BAOBAB  oraz Éditions De L’esprit.

  • Rudyard Kipling – cztery wiersze

    Martwy Mąż Stanu Nie umiałem kopać, bałem się być zbójem –  Byłem kimś, kto kłamie: wiele obiecuje. Teraz wszystkie moje kłamstwa obalono, Ujrzę tych, których na mój rozkaz zgładzono. Więc jaką usłyszy nad grobem opowieść Do cna oszukany, gniewny młody człowiek? Sąsiedzi Człowiek, który otwiera serce na sąsiada, Miłym i złym wrażeniom od razu nie wierzy, Nie straci zdrowia, choćby ciężary układał, Nie straci szczęścia, kiedy los w niego uderzy. Sam Blask Poranka w taki entuzjazm go wprawi, Że, gdy wieczór zapadnie, nic go nie przygnębi. Gdy skończy życie, niech mu Bóg pobłogosławi! Wielu zatęskni, Żona wzruszy się do głębi! Jego zamknięta dusza to dla bliskich ciężar. Idzie przez nędzne życie przez to, co wybiera. Nie syci go jedzenie, wino nie odpręża. Wieczny konflikt mu będzie wnętrzności rozdzierał.  Będzie ślepy przez Bożą Chwałę oświetlany. Głuchy na śmiech natury dokoła na Ziemi. Przez przyjaciół i przez psa nie będzie kochany. Żonie ulży, gdy jej mąż zejdzie do podziemi. Prorocy w swojej ojczyźnie Proroków się w świecie szanuje i chwali, Inaczej się dzieje w rodzinnej osadzie, Mieszkańcy widzieli ich, jak dorastali, W naturalny sposób mają ich w pogardzie. Prorokom krzyk skargi cudownie wychodzi, Młodym i niesfornym, zadufanym w sobie. To z ich dzieł się dowiesz, jak prorok zawodzi. O, to mu cudownie wychodzi na dobre! Niniwa nie może nic dać Jonaszowi,  Choćby był w niejednej wielorybiej paszczy. Tam się wynagradza krzywdę prorokowi, Gdzie dla ludzi jego przeszłość nic nie znaczy. On mógł być kimkolwiek, ale jest prorokiem, A więc go kochają i mordują wzrokiem. Głupi Chłopak Gdy jechał w dół urwiska, gnał, Ten chłopak był drogowym piratem, I sędzia go na oku miał, To zwykle się kończyło mandatem. Jeździł sam – i nikt nie miał Pojęcia, czy ma do jazdy potencjał. Teraz w rowie leży – Ach! – Gdy pędził, zepsuł mu się dyferencjał. przetłumaczył Jacek Świerk Rudyard Kipling  (1865–1936) – brytyjski pisarz, poeta i publicysta, jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów przełomu XIX i XX wieku. Urodził się w Bombaju, co wywarło silny wpływ na jego twórczość, pełną odniesień do Indii i brytyjskiego kolonializmu. Międzynarodową sławę przyniosła mu Księga dżungli  (1894–1895). W 1907 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, jako najmłodszy laureat w historii. Jego styl cechują żywe opisy, rytmiczny język i moralistyczny ton. Kipling zmarł w Londynie w 1936 roku, pozostawiając znaczący wpływ na literaturę angielską i światową.

  • Grzegorz Tomicki – Przysłowiowe miliony

    Mimo wszystko, niezbędnym było, by potraktować go serio. Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie”  Będąc gdzieś tam od młodości przyzwyczajony przez przysłowiowe wychowanie do bezwzględnego posłuszeństwa pedantycznego porządku i bezlitosnej czystości tak naprawdę nie miałem pod tym względem szczególnych trudności w przystosowaniu się do przykładnego więziennego życia nawiasem mówiąc sumiennie wypełniałem przypisane mi obowiązki wykonywałem powierzane zadania i mniej więcej ku  zadowoleniu przykładowych majstrów pracowałem więcej niż gdzieś tam ode mnie żądano nawiasem mówiąc utrzymywałem moją celę stale w przysłowiowo wzorowej czystości i przykładowym porządku i tak naprawdę nawet najbardziej złośliwe oczy nie mogły znaleźć mniej więcej niczego co byłoby można mi przysłowiowo zarzucić dobra książka była zawsze moim kompanem lecz w bezprzykładnym niepokoju mojego  poprzedniego życia nigdy jakoś tam nie miałem na nią dość czasu nawiasem mówiąc w samotności celi stała mi się mniej więcej wszystkim szczególnie w pierwszych latach odsiadywania wyroku była moim wytchnieniem przy niej mogłem zapomnieć o położeniu po tym wszystkim co tak naprawdę widziałem i słyszałem gdzieś tam w ciągu dnia rad byłem gdy mogłem wieczorem powrócić do samotności czterech  kątów gdzie rozmyślałem mniej więcej w spokoju nad zdarzeniami dnia i wyciągałem z nich przysłowiowe wnioski albo czytałem listy otrzymane od jakoś tam drogich i dobrych przyjaciół o ich planach i zamierzeniach w stosunku do mnie po zwolnieniu z przysłowiowego więzienia i uśmiechałem się gdy chcieli mi przykładowo gdzieś tam dodać odwagi i otuchy co nawiasem mówiąc nie było mi już tak naprawdę potrzebne stopniowo  doszedłem gdzieś tam do tego że w piątym roku zżyłem się z przykładowym więzieniem i na celę się nie zżymałem nawiasem mówiąc miałem do odsiedzenia jeszcze mniej więcej pięć lat bez widoków na najmniejsze choćby skrócenie bezprecedensowej kary przykładowo wiele podań o przysłowiowe ułaskawienie pochodzących od mniej więcej wpływowych osobistości zostało gdzieś tam odrzuconych ze względów parlamentarnych tak naprawdę nawet osobiste przedstawienie prośby o ułaskawienie przez człowieka stojącego gdzieś tam blisko prezydenta von Hindenburga niczego nie dało tak że nie bardzo liczyłem na wyjście z więzienia przed upływem przysłowiowych dziesięciu lat tak naprawdę jednak wierzyłem że resztę mojej odsiadki przetrwam w jakimś tam zdrowiu fizycznym i moralnym nawiasem mówiąc miałem też  przysłowiowe plany co do dalszych prac w zakresie nauki języków i gdzieś tam dalszego kształcenia zawodowego przykładowo myślałem o wszystkim mniej więcej możliwym tylko nie o przysłowiowym przedterminowym zwolnieniu tymczasem zwolnienie przyszło niespodziewanie w nocy otóż gdzieś tam w Reichstagu znalazła się większość złożona z przedstawicieli najzacieklejszej prawicy i najzajadlejszej lewicy  które w równej mierze zainteresowane były uzyskaniem przysłowiowego przedterminowego zwolnienia dla swoich więźniów politycznych i niepolitycznych mniej więcej bez przygotowania została gdzieś tam uchwalona jakaś amnestia i zostałem cudem zwolniony z więzienia razem z wieloma innymi tak naprawdę nie zawsze dobrymi ludźmi nawiasem mówiąc gdyby nie ta polityczna przewrotka ta wywrotowa koincydencja ten można powiedzieć szczęśliwy niefart moja więzienna kadencja potrwałaby dłużej i może nigdy nie zostałbym gdzieś tam przykładowym komendantem osławionego obozu słowo daję że choć za młodu chciałem zostać duchownym to tak naprawdę pragnąłem osiąść na roli może nie byłoby tego całego nieszczęścia w każdym razie odbyłoby się ono mniej więcej beze mnie uważam że byłoby lepiej dla wszystkich gdybym nie siedział tak długo za biurkiem choć może nie dla tych przysłowiowych milionów. Grzegorz Tomicki  (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów  (1998), Zajęcia  (2001), Pocztówki legnickie  (2015), Być jak John Irving  (2017), Konie Apokalipsy  (2021), Piekło jest wszędzie  (2023),  Sto kilo kości  (2023), Liryka drogi  (2024) oraz monografię naukową P o obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego  (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.

  • Marcin Wróblewski – sześć wierszy

    spoiwo do życia niemrawo sięgam, jak – rwąc jabłko myślę – że już dojrzało i nie będzie jego  czupurność mnie onieśmielać. chwytam i czuję chłód skóry żałującej mi miąższu, strużek soku na brodzie i widoku nagich bezbronnych pestek. a jednak chwila grozy, w której jesteśmy jedno:  drzewo, owoc i ja – sprawia, że rozumiem. skowyt dróg, którymi chadzałem, nie ma już na mapach. zarosły osiedlami i galeriami handlowymi, zasklepiły się zazdrosną niebu żywicą o migdałowym smaku. dróg, którymi uwodziłem, nie ma już na mapach. przerosły prostatą krocze przyszłych pokoleń, na pokuszenie tym, co gardzą skromnością o zielonych oczach. dróg, które znaczyłem krwią z kolan, nie ma już na mapach. są tylko w zrostach przygłuchej pamięci. szukanie dzielił nas wąski, półokrągły krawężnik. skwer musiał być zaniedbany, bo pamiętam  za wysoką trawę, mlecze i tabliczkę: szanuj zieleńce. krawężnik był szary i betonowy, a później już nie, tracił gęstość, barwę i charakter, z dnia na rok. pozostała tylko ta bujna, mleczna trawa pomiędzy traumą, pszczołą i zjawą matki, której dłoń przenikała moją. zwrot Boże mój, któryś mnie nie zbawił z powodu, że nabożeństwo się przedłużyło  i rozdawali łańcuszki aluminiowe, liche, gówniane, rozchodzące się, jak świeże pączki  w dłoniach naiwnych okadzonych obietnicą dobrej pogody we żniwa. Boże mój, któryś objawił się w gorejącym krzaku, co go chłopcy gasili i zgasić nie mogli, a nogi im się plątały obok przecież stodoły marnej, wiekowej bo już, ale ważnej, gdyż liczy się wnętrze. Boże mój, któryś ukochał mnie miłością tak wielką, że czuję się bardziej związany z jabłkiem, niż z Tobą. Boże mój, co żeś mnie wywiódł z ziemi -skiej, skąd wszelkie robactwo, ale też trawy, drzewa i kwiaty nadobne, jak zastępy aniołów w godzinach mroku, gdy siedząc o świeczce patrzymy na siebie w milczeniu. łuna jeżeli daliby mi wybór,  chciałbym być światłem – tworzeniem w rozproszeniu,  świadomością skupienia. gasłbym jedynie po to, by odpoczęli od życia, które przeoczyli biorąc do rąk  lampę zamiast świecy. przypomniałbym im o ogniskach,  wokół których tańczyli i śpiewali swoje światy z dłońmi oddalonymi od kieszeni śmierci. lecz boję się tego ostrego blasku, jakim jaśnieją ich mokre twarze, gdy palą się ich domy. miraż to był młody drozd. zostawił na szybie ślad –  odbicie małego anioła. podnosząc ciało z ziemi, myślałem o jego smutnej pomyłce, która kazała mu w śmierci widzieć niebo. Marcin Wróblewski  (ur. 1980) – poeta i fotografik. Wydał trzy książki poetyckie: Zimne Ognie  (2023), Brama  (2023) i Widać nóż  (2025). Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze”, „Epei”, „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023). Dwukrotnie wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023, 2024). Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.

  • Mariusz Tenerowicz – cztery wiersze

    Ian Curtis rozpoznaje siebie w bohaterze jednego z filmów W. Herzoga (Manchester 1980) Częste nawroty choroby, przewlekła depresja ciągle spotykam człowieka który stracił pamięć teraz krąży po największym w mieście lunaparku wiatr zanosi się śmiechem w beczkach krzywych luster, kołysze puste huśtawki, karuzele, martwe dusze napotkane w porcie, Miłość straciła kontrolę nad nami, teraźniejszość zupełnie wymyka się z rąk tu w Manchesterze duszna atmosfera choć Rafter Club pociłem się bardziej niż pod pancerzem czerwia w obskurnych pubach, dyskotekach dudnią i rozsadzają głowę powtarzane w kółko proste basowe akordy, podobno legenda karmi się nami – niezgnębioną. nieznaną przyjemnością owijam bandażem poplątane supły nerwów, jej duch błądzi w długim czarnym płaszczu i roznosi ponoć zapalenie apatii, sproszkowaną melancholię w purpurowych fiołkach przeszywa nas zimna fala wspomnień zamieniając w lodowe kręgle, miasto wytacza się jak kula i rozbija te rzędy, na schodach przed domem wracają ostatnie sceny najnowszego filmu – znów spotykam tego człowieka a obsesja dojrzewa we mnie wrasta pod skórę, w nurt krwioobiegu nawet tu w łazience kołysząc się ponad umywalką gdzie łka pęknięte lustro widzę jego twarz w rozsypanym srebrze tysiąca kawałków szkła Jim Morrison rozpoznaje w starym recepcjoniście Wiliama Blake’a – (Paryż 1971) Wciąż jeszcze spoglądam na uchylone drzwi łazienki i przypominam sobie starca który mruga do mnie, przecież nie zamawiałem recepcji budzenia, tym bardziej popołudniową porą Zawsze odmieńcem, odkąd w dzieciństwie spotkaliśmy na drodze indiańskiego szamana potem gdy dorosłem wyruszyłem z hiszpańską karawaną w magiczną podróż: odtąd noc niszczyła dzień, bagno pochłaniało perły, nuciliśmy texańskiego bluesa napełniając kwaśną whisky gardła spragnione niczym spękaną ziemię Alabamy, obcy wiatr dął w żagle gdzieś daleko została kraina twych oczu - - sucha dolina, otwarta głęboka rana. Żyłem pośród zaklinaczy asfaltowych węży wpadając tylko w kolejne pułapki, nieznane wyspy ramion w świecie dwóch teatrów odgrywanych naraz sztuk: antyku i tragedii wojny tu w Paryżu odnalazłem Hiacyntowy hotel – wynajmuję w nim od kilku tygodni skromny pokój, przypominam sobie też twarz starca który właśnie teraz uchyla drzwi, blask wypełnia łazienkę po brzegi, nikt nie słyszy jak głucho pęka krucha amfora serca… Anne Sexton  – jesienna przejażdżka Miłość została tam gdzie nasze lato jej ogień więdnie we mnie jak płatki chińskiej róży nigdy nie rozpoznam w tobie tej drugiej srebrnookiej kobiety zrodzonej z twojego żebra, kochanka księżyca czy trutnia. Ubieram się w ciepłe futro mojej matki i wyruszam na przejażdżkę mokre włosy unoszą się jak dym przez uchylone okno samochodu, w środku półmroku jak wytresowane stado ciem które głaszcze teraz piersi kontrolek ruchomy prędkościomierz zamykam w bielmie oczu Chciałabym abyśmy jeszcze nakarmili stado dzikich łabędzi sypkim ziarnem śniegu nim oddechy otoczą nas szczelniej niż kombinezon. Pamiętaj że byliśmy tylko zziębniętymi rozbitkami dryfującymi na falach pościeli aż do pewnego poranka, dnia gdy udało się wreszcie wyjść z cyrkowej skrzyni i rozbawić widownię nasza miłość została tam gdzie nasze lato podążam pustą autostradą w mym czerwonym Cougarze włączam radio, obok na siedzeniu śmieje się pijany mrok Antoine De Saint-Exupery  – długi nocny lot (1944) Chciałem pobić ten rekord Francois i w nietestowanym kombinezonie przelecieć pomiędzy palcami boga, ponad gęstą koroną drzewa wiadomości lub wyhodować najpiękniejszy ogród w okolicy. Zostałem przecież podniebnym listonoszem; w pocztowych workach pęcznieją przesyłki i listy świeże jak cięte kwiaty zwietrzałe płatki depesz, latawce schwytane ponad wzburzonym morzem wyobraźni. Dopiero tutaj oddycham naprawdę jestem pierwszym bohaterem niemego kina dzieciństwa, w długiej do stóp piżamie pośród schnących na żerdziach prześcieradeł obłoków uwolniony od grawitacji niesfornego serca i kobiet do których miałem słabość… O zmierzchu wspinam się po szczeblach konstelacji swój głos zostawiam na cynowych wałkach w ostatnim oddechu w słuchawce, bakelicie radiostacji „nie chciałem umrzeć ze starości Francois” a teraz wojna zamieniła świat w pustynię (wieża ciemności karmi go swą suchą materią) chciałbym pobić ten rekord i ożywić choćby jej mały skrawek, jedną z łodyg; niech mój czerwony dwupłatowiec zakwita jak róża w bezkresnym ogrodzie przestworzy Mariusz Tenerowicz  – nauczyciel języka angielskiego i historii w Liceum w Leżajsku. Laureat wielu konkursów poetyckich m.in : K. K. Baczyńskiego, H. Poświatowskiej, M. Zegadłowicza S. Grochowiaka, G. Trakla. Drukował w m.in : „Frazie”, „Red”, „Kursywie”, „Bregarcie”, „Obszarach Przepisanych” oraz „Studium”. Autor tomów poetyckich: Fałszywy prorok  (1997), Poza ciemnokrąg  (2004), Sny łatwopalne  (2015), Druga młodość czereśni (2022), prozy poetyckiej Wspomnienia kuglarza z krainy osiedla  (2023 ). Autor tekstów zespołów: White Socks, B- 17, Fern Eyes, Patryk Mateja Band. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, niemiecki, ukraiński .

  • Adam Lizakowski – Co mi powiedział Gustavus Swift?

    Według socjologa Davida Niberta (1) rzeźnie w Chicago były znaczącymi potęgami gospodarczymi początku XX wieku i były „słynne z okrutnego, szybkiego zabijania i rozbierania ogromnej liczby zwierząt”. Aby to wszystko zrozumieć i lepiej sobie wyobrazić, trzeba to wszystko zobaczyć na własne oczy. Byłem tam, nie jako turysta, ale jako mieszkaniec Chicago. Poniższy opis zawiera to, co widziałem oraz co usłyszałem od profesora Dominica Pacygi (2) z Columbia College. Dominic napisał wstęp do mojej książki Chicago City of belief . (3)     *** Kurz w tym mieście jest lekki pochodzi ze słońca, ale są i tacy co twierdzą, że z ziemi, z tej samej co powstał ziemski człowiek, nie  tylko Gustavus Switf, złamany chuj gnębiciel robotników i emigrantów   Nie myśl, że będę ci dziękował tak jak przewielebny duchowny, niezwykły zbieracz funduszy Thomas Wakefield  Goodspeed (4) dziękował za to, że w pierwszym  tygodniu kwietnia 1890 roku przekazałeś tysiąc dolarów na założenie Uniwersytetu Chicagowskiego a w ciągu następnych trzydziestu jeden lat rodzina twoja przekazała prawie  milion dolarów dla uniwersytetu, Bardzo to podobało się okolicznym  pszczołom co żyją w celibacie i są dzieworodne, co udowodnił Jan Dzierżon.    Pozdrawiam cię z miejsca, gdzie nigdy nie byłeś nawet nie słyszałeś o nim w stu dwudziestą rocznicę  twojej śmierci, nie myśl, że jestem wulgarny  ale dla kogoś takiego jak ty z marmurowego grobowca  z czterema greckimi kolumnami moje słowa są tylko dodatkiem do tego co mogłoby powiedzieć tłum twoich pracowników, których zarobki roczne razem wzięte nie pokryłyby kosztów budowy tego grobowca tak pięknego, że zapomina się  o bólu umierania, a chce się krzyczeć z radości.   Przeszedłeś przez życie jak krowa, wół, owca i świnia na podstawie cierpienia tych zwierząt możemy sobie wyobrazić, co myślał rzeźnik: wszystko co żyje musi być zabite i nie ma w tym żadnej mądrości. owca była zanim zrobiono swetry i kożuchy świnia była zanim robiono z jej skóry teczki krowa była zanim z jej mięsa robiono kotlety   później pojawił się biznes i kasa, którą trzeba liczyć kilka razy dziennie liczyć   ty pionier w wykorzystaniu produktów ubocznych  pochodzenia zwierzęcego: mydła, kleju, nawozów żelatyny, szczotek do włosów, guzików rękojeści do noży oraz preparaty farmaceutyczne takie jak pepsyna i insulina skóry, tłuszczu, kości zwierząt i innych materiałów,  wykorzystywanych na różne sposoby. Mięso niskiej jakości było konserwowane i  przetwarzane na konserwy wieprzowe z fasolą   Niczego nie marnowałeś –  z zabijanego zwierzęcia nie mogłeś sprzedać jedynie jego przeraźliwego głosu: ze świni kwi, kwi, kwi z krowy długie przeraźliwe mu, mu, mu z zabijanej owcy krótkie bee, bee, bee…   Pozdrawiam cię w imieniu tysięcy Polaków Słowaków i Litwinów  nie tylko ciebie ale i panów z Armour & Co., Hammond & Co.,  and Morris & Co. W imieniu tych, którzy zmagali się z chorobami skóry albo utracili palce używając noży na przyspieszonych liniach montażowych, i tych co transportowali pięćdziesiąt kilogramowe kawałki mięsa na własnych plecach. I tych chorych na gruźlicę  kaszlących nieustannie, plujących krwią na podłogę gdzie mięso do konserw i kiełbasy piętrzyły się zanim pracownicy wywieźli je na wózkach  wypełnionych trocinami, ludzką śliną i moczem szczurzym odchodami, trutką na szczury a nawet martwymi szczurami Pracownicy korzystali z toalet bez mydła  i wody do mycia rąk, a  te były tak rzadkie,  że musieli oddawać mocz w kącie, możemy sobie wyobrazić tę brzydotę, odczuć ten smród,  nie był to raj, ani ziemia obiecana ale piekło w którym nędzarze karmią się zapachem krwi, doba ma dwanaście  godzin pracy a mężczyźni umierają w wieku trzydziestu lat wyglądając na trzysta    Nie będę dziękował ci za to, że twoja żona ufundowała stypendium im. Gustavusa F. Swifta z chemii na pamiątkę i przekazała  duże sumy na wydział medyczny … nie powiem o tobie jak drogi przewielebny  Thomas Wakefield Goodspeed, że byłeś "człowiekiem o wielkim bogactwie.  jednak gromadzenie bogactwa nie było  bynajmniej jego głównym celem w życiu nie kochał pieniędzy, lecz osiągnięcia."  Kobiety zarabiające 10 centów na godzinę; pracowały sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin.  mogły zarabiać po pięć, sześć, siedem dolarów tygodniowo jeśli nie miały co zrobić z dziećmi zabierały je do pracy Dzieci zatrudniano już od szóstego roku życia.  One pracowały za darmo.   Pana Swifta  nie należy pytać, czy zdobył bogactwo i władzę, ale, czy służył ludzkości? Pana Swifta należy również zapytać, czy służył swoim bliźnim?  Jedno jest jasne: pan Swift i jego współpracownicy w najlepszy sposób, jaki do tej pory wymyślono wyświadczyli jedną nieocenioną przysługę  w wyżywieniu świata. Trudno sobie wyobrazić ludzkość bez rzeźni pana Swifta.    Robotnicy rzeźni mieszkali  w domach  blisko miejsca pracy w dzielnicach, tzw.  Packingtown, które dzisiaj nazwalibyśmy  slumsami, znajdowały się one obok cuchnących  zagród z bydłem i czterech wielkich miejskich  wysypisk śmieci, cena postępu, który nie zawsze jest piękny i pożyteczny i bądź tutaj poetą klasykiem jak klasyczny i nieprzemijający jest bród, smród i śmietniki w miejscu, gdzie ten jest dobrodziejem a nawet świętym, co daje trumny tekturowe ubogim, bo za ich życia nie zdobył się na rozdawanie kartofli i marchewki   I cóż, że mieszkania pozbawione wszelkich wygód ubikacje znajdowały się na zewnątrz na podwórku  z których korzystało nawet kilka rodzin Nie ubikacje były ich zmartwieniem, biedni i głodni rzadko z nich korzystają bo rzadko jedzą, ładna, dorodna kupa  jest przywilejem zamożnych i bogatych zmartwieniem biednych było błoto i tłok  na ulicach, wiatr odbierający ciepło mieszkań i ciał, goniący liście i śmieci po podwórkach na które przez brudne okna patrzyli lokatorzy ze zapalonymi spojówkami oczów.    Zmartwieniem matek i żon, głodnych dzieci był pub z alkoholem na każdym  rogu ulicy, robotnicy żyli w skrajnym  ubóstwie w małych ciasnych przeludnionych  mieszkaniach, przestępczość, alkoholizm przemoc domowa, gangi, gangsterzy, których niewinni ludzie powinni się bać i drżeć jak  nieme zwierzęta w stadzie pędzone na rzeź  powinni budzić się ze strachem, przeczuwając  swój bliski i bolesny koniec, nie mówiąc  o zanieczyszczeniu środowiska było codziennością.   Adamie, nie pisz o tym, co wszyscy wiemy celem poezji jest dawanie przyjemności a nie  ocenianie i edukacja moralna, poezja ma pomóc w życiu i ulżyć nudzie, nie musi być ani  głęboka ani metafizyczna ,zastanów się nad  tym zanim zaczniesz wyzywać ludzi od  złamanych chujów:   Pisz o tym czego nie wiemy, albo czego możemy się dowiedzieć z twojej poezji, ona ma być witalna pełna energii i siły do życia, a ty zamieniasz się w  psa udającego do kości, wiem że jesteś łasy na  pieniądze, nie udawaj, wiem, że za pięć dolarów  goniłbyś psa z Chicago do Nowego Yorku, szkoda że nie wiem  gdzie teraz mieszkasz poprosiłbym  moją prawnuczkę, aby wypisała ci czek na sto  tysięcy dolarów i wtedy inaczej byś śpiewał twoje zasługi dla poezji emigrantów stopniały by jak lód na słońcu, najwyższe odznaczenia nabrałyby znaczenia pustki, zupełnie innym głosem,  posłuchaj tego co mówi Koheleta, syna Dawida króla w Jeruzalem:   Marność   nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Warto abyś zapamiętał te słowa, to dla poetów: Mówienie jest wysiłkiem nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To , co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Pomyśl o tych słowach:  Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.   ***   Gustavus Franklin Swift senior (24 czerwca 1839 – 29 marca 1903) był amerykańskim przedsiębiorcą. Pod koniec XIX wieku założył na Środkowym Zachodzie imperium przetwórstwa mięsnego, którym kierował aż do śmierci. Przypisuje mu się opracowanie pierwszego praktycznego wagonu kolejowego chłodzonego lodem, który umożliwił jego firmie wysyłkę wędlin do wszystkich części kraju i za granicę, zapoczątkowując „erę taniej wołowiny”.    Historia rzeźni w Chicago koncentruje się wokół Union Stock Yard, otwartego w 1865 roku i pod koniec XIX wieku będącego największym na świecie centrum pakowania mięsa. Era ta została zdefiniowana przez innowacje przemysłowe, takie jak chłodnie wagonowe, techniki taśmowe i wykorzystanie produktów ubocznych, co stworzyło potężny przemysł napędzany przez potentatów, takich jak Philip Armor i Gustavus Swift.    Przydomek: Chicago zyskało przydomek „Światowy Rzeźnik Świń” (Hog Butcher for the World), ze względu na ogromną ilość przetwarzanych zwierząt. Skala przemysłowa: Zakłady pakowania stosowały metody taśmowe, które zainspirowały późniejszą linię montażową samochodów Henry'ego Forda. W 1890 roku ubój i oprawa krowy na farmie zajmowało doświadczonemu rzeźnikowi i jego pomocnikowi od ośmiu do dziesięciu godzin. W Chicago zajmowało to 35 minut. Duże zakłady uboju bydła zabijały 1500, 2500 krów dziennie. Ubijano od 6000 do 7000, a może nawet 8000 świń dziennie. I tyle samo owiec.    Agenci nieruchomości sprzedawali na kredyt małe domy tym co byli „lepiej ustawieni”, lub dawali małe nadzieje, że będą w stanie spłacić kredyty przez 25 lat. Z góry wiedzieli jednak, że niewielu będzie w stanie spłacać raty z powodu zwolnień z pracy, obniżek płac lub urazów powodujących inwalidztwo. Gdy emigrant zalegał ze spłatą rat, wierzyciel hipoteczny przejmował dom, a jego byłych mieszkańców wraz z gratami wyrzucał po prostu na ulicę, malował go i sprzedawał innej rodzinie emigrantów.   Swift umarł w 1903 roku firma  jego była wyceniana na 125–135 milionów dolarów amerykańskich, a jej siła robocza liczyła ponad 21 000 osób. Wielkie rzeźnie Swifta zwane „The House of Swift” ubijały rocznie aż dwa miliony sztuk bydła, cztery miliony świń i dwa miliony owiec. Trzy lata po jego śmierci wartość kapitału zakładowego firmy przekroczyła 250 milionów dolarów. Dzisiaj byłoby to około 50 miliardów dolarów.   Dopiero kilka lat po śmierci Swifta w Ameryce została powołana organizacja i ustawy o kontroli i jakości mięsa (Federal Meat Inspection Act).  W 1906 roku to dwa przełomowe akty prawne uchwalone w celu ochrony konsumentów przed niebezpieczną żywnością i lekami. Ustawa o kontroli mięsa (Meat Inspection Act) zapewniła kontrolę sanitarną produktów mięsnych i zapobiegła sprzedaży mięsa zafałszowanego lub niewłaściwie oznakowanego.        Źródła: 1. David Alan Nibert (ur. 1953) jest amerykańskim socjologiem, autorem, aktywistą i profesorem socjologii na Uniwersytecie w Wittenberdze. 2. Dominic Pacyga (ur. 1949) jest amerykańskim historykiem miejskim. W latach 1984–2017 był profesorem historii na Columbia College w Chicago. Przed objęciem stanowiska profesora pełnił funkcję zastępcy dyrektora Projektu Historycznego Południowo-Wschodniego Chicago w Columbia College w dzielnicy Steel District w Chicago. Dominic jest wnukiem polskich robotników pracujących w rzeźniach chicagowskich. Obecnie jest na emeryturze i jest kuratorem w muzeum przerobionym z zakładów gdzie mieściły się rzeźnie. Zna te miejsca doskonale, ponieważ to właśnie tutaj, w czerwcu 1948 roku, jego dziadek Stanisław Walkosz, polski imigrant, zginął w wypadku przy pracy. Młody Dominic również pracował w tych samych rzeźniach, najpierw spędzając trochę czasu przy pchaniu wózków z zabitymi zwierzętami, a następnie jako ochroniarz. W dniu zamknięcia rzeźni, 31 lipca 1971 roku, wypił mnóstwo whisky Jack Daniel's przywiezionej przez farmerów. Po uboju ponad miliarda sztuk bydła nastąpił koniec świata, który narodził się 105 lat wcześniej.  3.  Chicago miasto wiary. City of belief. Wydawnictwo Książkowe IBIS. Wydanie dwujęzyczne. Warszawa (2008). Nagroda Laur Unesco 2008r. Słowo wstępne do książki wydanej w dwóch językach po angielsku i polsku napisał Dominic Pacyga. 4. Thomas Wakefield Goodspeed. (1842–1927). Duchowny, lider edukacyjny i niezwykły zbieracz funduszy. Był pomysłodawcą nowoczesnego uniwersytetu i doczekał się jego urzeczywistnienia na Uniwersytecie Chicagowskim. Urodzony w Glens Falls w stanie Nowy Jork, Goodspeed wraz z rodziną przeniósł się do Illinois w 1855 roku, po upadku firmy jego ojca, Stephena Goodspeeda. To właśnie tam Goodspeed był świadkiem jednej z debat Lincoln-Douglas. Adam Lizakowski  – poeta, krytyk literacki, publicysta, tłumacz poezji amerykańskiej m.in . Walta Whitmana, Williama C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Louise Glück oraz Boba Dylana. Z języka angielskiego przełożył także ponad 50 wierszy chińskiego filozofa i poety Lao Tse oraz wiele wierszy perskiego poety z XII wieku, Rumiego. Wydał kilkanaście tomów poetyckich, m.in . Trylogię Sowiogórską, Chicago miasto nadziei, Złodzieje czereśni.

  • Bogdan Nowicki – Agrafony

    Agrafony. Słowa Rozbijają w słońcu porcelanę słów sprzedawcy poezji. Pieczętują każde słowo etykietką pozorów i słomianym  wawrzynem.  Szafarze mody pytają: Czy ten wiersz będzie mógł myśleć i oddychać, i mieć płeć? Czy będzie mógł podnieść palec, aby wezwać Stwórcę z jadłospisem? Czy będzie wierzył  w życie przyszłe? Czy będzie miał przyjaciół wśród  innych wierszy? Staroświeckie księgi po prababce dziejów, chore na  skurcze serca, kiełkują. Poślubiwszy ziemię, tworzą  płonący krzew o rozłożystych wersach, z którego  wylatują pokolenia kawek: Milton, Blake, Rilke, Trakl w locie świetlistostopiórym. Dlatego zapamiętaj chwilę przyjazdu, zapach powietrza po deszczu, zapach soli, owoców parciejących na ganku  w pociemniałych łubiankach. Wokół tańczą ważki w woalach z błękitu i kwietnych pyłków. Nigdy i nikt nie będzie wiedział, gdzie, kiedy, w jakich rzeczach i zdarzeniach, słowo skoszone wysycha i zamienia się w ziarno. Agrafony. Samogłoska Co dzieje się z cierpieniem, gdy znika cierpiący? Czy żyje nim zawiły język skorpiona? Przez szum aut przedziera się puls chmur, przegnany przez cztery horyzonty. Ćma, nerw źrenic: duch niskich wód, duch wysokiego nieba. Na pchlim targu wieczorne dzbany nabierają poblasku prastarych lęków zdyszanej gołębicy, kiedy ta zlatuje ku słonecznikom z gardłem ściśniętym trwogą.  Za chwilę zetną ci, gwiazdo, głowę: żytem, żabą, żukiem, żółwiem, zającem, chrabąszczem. Ja, Eneasz dzisiejszy, to siny cień z sadzą  włosów i z sadzą na wargach. Wersy to blizny, tatuaże, szramy. Kto zrachuje ile w zgłoskach ziarenek, siedlisk komarów, szpiku kości? Świerszczowych gęśli, łubinowych  smyczków? Tylko najwierniejszy śpiewa prostą samogłoską myśli: owce bezładne, przylądki nozdrzami uczepione świtu,   co na języku zostają pszennym  smakiem po jęczmieniu. Agrafony. Ziarna Argonauci – niewolnicy skał podwodnych, mielizn, bliskości brzegów, ślepej latarni wykrzykników.  Sczerniałe w nich lilie, zwiędłe narcyzy, wypalone świece i lampki oliwne. Nad taflą wody krzyczą żurawie. Kto kręci wrzecionem nad szumiącą trawą? A kto wygarnia ze zmierzchu popiół nietoperzy? Przez sito siana osty śpiewają – dźwięki to czułki ziemi. Pradawny mrok, bagna, strumienie, jary, gwiazdy, mgły, niby liście lip omdlewają od nadmiaru, od eskalacji lata w saturatorach.  Wbijaj celnie gwóźdź w deskę – bez wymówki i  blagi. Czeka cię los bez puenty, finału,  potomków, podróżników; pozostaniesz w łapach Echetosa, który oślepił  własną córkę, zamknął w wieży i dał jej  do mielenia ziarna z brązu, obiecując,  że odzyska wzrok, gdy zdoła je  zemleć na mąkę. Świszczą skaczące zgłoski, co ciągle dzielą się, zrastają, z innymi pęcznieją, są lekkie jak przesycony światłem papier, zanim się staną piszczelem ręki. Agrafony. Tabliczki Dopełniacze, ściółka naszych gniazd, kołyski z wiórów, manna na pustyni, żmije jadowite z nieruchomym okiem, pole po gradobiciu. Bez nich pytajnik wygina swoją szyję, wycofuje się w ślepe stopy przypadku, w krzątaninę mrówek, w gorliwość owadów, w taniec kolibrów. Ostatni oddział ludzkości jest syty pigułek, nieme litery krzyżują się w przestrzeni, księgi są muzealnymi molami, gryzą ciszę. Kikucie tułowia chmur nad Asyżem, chroboce wiecheć zeschłego ostu, w strąkach rdzewieje deszcz, co wyciekł z rynien podniebnych. Wraki starych lokomotyw dyszą w swoim ciele, w wagonach setki wierszy przewiewa wiatr, niby piasek. Zapach poduszek, moszczu, cytrynowych albo pomarańczowych obierek, wchłania dal szyn, zawiązanych w supeł. Na blaszanych tabliczkach stacji kurz, wersy bezsenne fiołków, bzów, jaśminów, lip i akacji, egzekwie fruwających  żałobników, nić i chlaśnięcie nożyczek, zamiast języka drut. Agrafony. Czyściec Nie ma żadnego piękna, żadnej pstrokacizny, żadnych krzyków, dźwięcznego brzękania słowami, skórzany kufer klucznik zamyka wśród splątanych sznurów. Wonieją baldachy kminków, dwaj chudzi święci grają w warcaby, dzień dobry sąsiadce, mówią do gęsi, która znowu nie wyczyściła z błota tanich trzewików. Ześlizguje się ze zjeżdżalni nieba i swoje krzyżyki pozostawia w wacie chmur, analfabetka wrona, gdzie na łaźnie i ubranie czeka nowy transport nagich dusz. Platon zagląda przez okno, trzyma w rękach łopatę i motykę, dziwi się, że tutaj mieszka, schodząc na dno największego garnka. Między muskułami policzkowych kości, a solidnymi zawiasami szczęk, wyplątuje się język, co chciałby coś zrobić dla zabicia czasu, ale najpierw trzeba przenicować głoski igłą kołyszącą się obłędnie w godzinie zerowej gardła.  Bogdan Nowicki o sobie:  Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu i malin. Wiejski pejzaż odbija się echem w mojej twórczości, przefiltrowane przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett i inni). Poezja obszaru niemieckojęzycznego i czeskiego to źródła mojej inspiracji i początki pytań o tożsamość, sens istnienia, stosunek do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Wiersze, prozę i eseje publikowałem w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page