Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Tomasz Fijałkowski – pięć wierszy
Tajemnica Mój ojciec wrócił z wojska związany tajemnicą, wiedzą o pulsujących pod powierzchnią państwa wyrzutniach, o ciepłej grzybni. No przynajmniej tak to sobie wyobrażałem… Później zrozumiałem, że nie ma jednej tajemnicy, którą można by wykraść lub podsłuchać wykrzyczaną przez sen. Jest tylko seria zakazów fotografowania, zardzewiałe ostrzeżenia na słupach trakcji, stojący obok torów kolejowych budynek, w którym pracował donoszący na mojego ojca listonosz. Lektorat Mój kolega z klasy wciąż wszystkich przepraszał. „Przepraszam, przepraszam”, co śmieszyło nas w epoce, gdy poręczne „sorry” zamykało sprawę. Inny, gdy kogoś uciszał, krzyczał: „Siara!”, przekonując, że jego kuzyn zna angielski, więc wie jak jest „Zamknij się”. Potem pozamykano ostatnie wypożyczalnie kaset wideo i następne pokolenia nie wiedziały już, że poprawnie da się przetłumaczyć tylko jęki lub wrzaski, których nie dotknął głos lektora. Szkic o literaturze przyszłości Ostatni raz dobrze było w średniowieczu. Pastwiska, ziemia, zieleń. Myślę o tym, szczając w środku nocy, niemal jak Larkin, tylko że na siedząco, co ponoć jest zdrowsze dla mężczyzn w pewnym wieku. Siedząc, patrzę na porowate szkło kabiny prysznicowej, w którym odbija się światło średniowiecznego księżyca. Jest trzecia w nocy, ja jednak nie wracam do łóżka. Zostawiam otwarte drzwi do łazienki i po chwili przychodzi się kot. Poruszam palcami u stóp, żeby zwabić kota, ale ten tylko ociera się o nagą łydkę i znika. Ten ruch palców to literatura. Ostatni raz dobrze było w średniowieczu, gdy koty czytały uczone księgi, nosiły zbroje i walczyły z pancernymi ślimakami. *** I Chciałbym umrzeć na scenie miejskiego domu kultury, fantazjuję, wymieniając filtr węglowy, który wyłapywał chlor i żelazo i przez miesiąc pozwalał cieszyć się wodą z kranu. Umrzeć w charakterze wykonawcy, jak będzie się mnie nazywało w dalszej części dokumentu. Szklanka wody sfinansowana z niedającej się przesunąć części budżetu instytucji pożegna mnie, zanim zostanę odfiltrowany przez nieco bardziej złożone procesy. Tych książek już nikt nie podpisze. Pieniądze wrócą do nadawcy przelewu. II Lepiej więc zacznijcie czytać regulaminy i umowy od ostatniego punktu, w myśl którego wszystko i tak jest kwestią dogadania się. *** Słyszałem plotkę o tym, że wybitny współczesny polski poeta, którego nie wolno pomijać w antologiach tudzież opracowaniach, w młodości był na koncercie Sex Pistols. Może i był, powiedział mój kolega, ale pewnie jak pizda stał pod ścianą. Jak właściciel skazanego na zezłomowanie języka (fiata? daewoo?) taranowanego przez opancerzone pojazdy na wojskowym pikniku. Tomasz Fijałkowski (ur. 1977) – absolwent filologii polskiej. Debiutował literacko w 2006 roku arkuszem poetyckim. Drukowany w papierowych pismach literackich, nagradzany i wyróżniany w konkursach poetyckich. W 2015 roku publikuje w wydawnictwie Czwarta Strona powieść fantastyczną Antipolis . W 2020 wydaje tom poetycki Strona bierna , który zdobywa II miejsce w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza na najlepszy debiutancki tom poetycki roku. W 2024 roku publikuje tom Poprzedni właściciele oraz powieść fantastyczną Sierpy Kronosa (Wydawnictwo "OdeSFa"). Ponadto recenzent portali czytelniczych i nauczyciel języka polskiego.
- Małgorzata Południak – Zabawy w koniec i początek
Fragment poematu dla córki mojej córki. Powstawał we mnie przez ostatnie lata, jako intymny zapis relacji z wnuczką, z której języka i wyobraźni wyrasta nowy słownik bliskości. To propozycja poezji oscylującej między awangardą a czułością, próbującej uchwycić mikroskalę przyszłości budowanej słowo po słowie. Lekcja świata (VI) – o kolorach do wypicia, zaszeptania i zapomnienia W jej palcach: lilac dust i waniliowa sól, czymkolwiek są, przyklejają się do opuszków. Dłonie jak paleta bez planu. Obraz bez konturu, który właśnie się zaczyna. – To jest sorbetowy róż śpiącego lisa – mówi, pokazując na cień za kanapą. – A ten? – Budyń z księżyca. Ale tylko z trzeciej nocy . Stół jak mapa zmyśleń. W misce pastelowe klocki. Rozpoznaję: matcha, słodkie shiso, i coś, co przypomina smak ciszy po deszczu w Kioto. Ona nie zna jeszcze nazw. Nie potrzebuje ich. Mówi do mnie: – Ten kolor ma dźwięk. Jakbyś dmuchała przez rurkę w mleko. Uczę się od niej, jak można widzieć świat, zanim się go wymyśli. Słowa są późniejsze. Smaki są pierwsze. Między nimi: skórka z yuzu, kiedy nikt nie patrzy. Patrzę na nią. Twarz ma w odcieniu mochi z różą. Uśmiech – prawie przezroczysty. Zastanawiam się, czy Japonia wie, jak bardzo na nią czeka. Lekcja świata (VII) (o zapachach, które robią dziury w czasie) Zabawy w koniec i początek Dziś uczymy się nosami. Nie od razu wchodzimy w dzień. Najpierw: zasłonięte oczy. Cisza jak zakładka w starym komiksie. Podaje mi zapach: rękaw koszuli po całym dniu . – To jest... człowiek, który wraca. Ale jeszcze się nie przywitał – mówi. Z pudełka wydobywa inne. Skrawki powietrza, które zebrała pod łóżkiem: cynamon z kąta książki kucharskiej, zjełczały dżem figowy, plastik nowej lalki bez imienia. – Każdy z tych zapachów to osobna droga – mówię, choć nie wiem, dokąd idziemy. Zakręca mi pod nosem małą fiolkę. Zanim cokolwiek powiem: – To jest zapach, który ma kolor. Szary z niebieskim końcem. Jak chmura, która chce być deszczem, ale nikt jej nie pozwala. Pamięć węchowa nie pyta o pozwolenie. Przypomina mi się: rękawiczka dziadka z wełny i smoły, puder babci, który pachniał jak list. Ona to wszystko zna, choć nie była wtedy nikim poza przyszłością. Siedzimy na dywanie, który od lat wchłania historie. Zapach dnia dzisiejszego: ciepłe stopy i otwarte okno. I sos sojowy, który nieopatrznie rozlała. Śmiejemy się. Pachnie jakby coś się zaczynało, choć nikt nie znał przepisów. Zabawy w koniec i początek: dywan (VIII) Dywan w jej pokoju ma w sobie mapę Japonii, ale tylko dla tych, co potrafią patrzeć głową przy podłodze. Tu jest wyspa lisów – mówi – a tu góra, codziennie się złości i kicha dymem . Pyta mnie, dlaczego Japonia jest tak daleko, skoro pachnie jak najbliższa rzecz na świecie. Ona uczy mnie, że rzeczy mają swoje dźwięki, ale najpierw mają zapach. I kolor. I temperaturę. Szalik, który zakładała, kiedy uczyłam ją mówić deszcz – wciąż pachnie moim ramieniem, czyli czymś, co ją nosiło przez pierwsze lata. – Ten zapach jest z czasów, kiedy jeszcze nie było czasu – mówi, i wkłada go z powrotem do pudełka. Jakby wkładała sen do kieszeni. Zabawy w koniec i początek: szuflada Szuflada w naszej kuchni zamienia się czasem w pocztę dla przedmiotów bez celu. Są tam bilety do kina, którego już nie ma, moneta z dziurką pośrodku i plastikowy widelec z wesela, na którym nikt się nie całował. Sophie mówi, że to jest miejsce na końce: gdy coś się kończy za szybko, szuflada to przytula. Potem śpiewa im cicho dobranoc . Na końcu lekcji zapachów ona sama kładzie się na podłodze. Zamknięte oczy, ramiona jak litery. Mówi: Ten zapach to mama, ale trochę smutna. Taka, która tęskni, nawet jak jestem tuż obok . Nie wiem, czy to mnie boli, czy tylko pachnie jak coś, co się wydarzyło w przyszłości, którą odwołano. Zabawy w koniec i początek: wiatr Czasami mówimy do wiatru po japońsku. Sophie wymyśla słowa, które znaczą: kot z ogonem w kałuży, drzewo, które nie chce już rosnąć, i chmura, nosi w sobie złamane skrzydło ptaka. Kiedy nie rozumiemy znaczenia – śmiejemy się, albo udajemy, że to haiku, i wiatr zabiera to wszystko do ogrodu. I tak kończymy lekcję – bez dzwonka, bez planu. Z zapachami w kieszeni, i brokułem, który leży na swetrze jak zielony przecinek. Zabawy w koniec i początek: zegar Zegar w naszym domu się nie spieszy. Sophie mówi, że to dlatego, że czas czasem musi odpocząć. Wczoraj zatrzymał się na 17:03. To była chwila, kiedy śmiała się tak mocno, że upuściła brokuła na sweter. Teraz mówi, że 17:03 to jej ulubiona godzina. Dywan (IX) Sophia śmieje się, bo wie, że niektóre dywany tylko udają bezruch. W środku nocy, kiedy wszyscy śpią, dywan pod stołem zwija się, jak ślimak i wędruje pod drzwi, które pamiętają więcej. Klocki Lego leżą rozsypane jak alfabet japoński, trochę hiragany, trochę katakany, trochę domów z bambusa zbudowanych z paznokcia i kawałka skórki od jabłka. Jest w tym jakaś elegancja z Kioto, pudrowa nuta wanilii z Uji, ruch lekki jak haiku wypowiedziane przez sarnę w środku zimy. Przytrzymujemy oddech, jakby czas miał się rozpuścić, nim się zacznie. Babciu – pyta – czy w Japonii robią śnieg z fasoli? I czy można z niego ulepić lisa? Nie odpowiadam od razu. Bo nie wiem, czy świat już się nie zakończył. Może właśnie ta rozmowa jest jego drugą próbą. Kiedy Sophia zasypia, widzę, jak jej palce poruszają się w śnie – jakby znów budowała dom z wodorostów, w którym wszystko jest ciche, ale nie martwe. Małgorzata Południak – poetka, projektantka graficzna, fotografka i artystka wizualna. Jest autorką siedmiu książek poetyckich. Różne teksty pod wspólnym tytułem Dlaczego nie jestem malarzem publikuje w stałej rubryce czasopisma literackiego „eleWator".
- Piotr Gajda – pięć wierszy
War is Over O tym, który altruistycznie poświęca się, aktywując w sobie geny samobójczej śmierci ze starości, mówi się, że należy do nocnej straży. Mroczne zwierzęta, oto czym jesteśmy. Nic o nas bez mas, które podległe zbiorowemu złudzeniu demonizowały obraz Rembrandta, gdy to tylko pociemniałe z czasem werniksy i brud uczyniły z dnia matkę noc. Straż dzienna? Tak, służba więzienna stojąca na straży pod celą niedoszłego samobójcy. Ewentualnie straż pożarna mająca za zadanie gasić samozapłony gwiazd. Oczywiście decyzja o ataku na własne życie nie jest podejmowana świadomie, lecz na poziomie komórkowym. Ciemną sylwetkę człowieka, który przysiadł na schodach przed bankiem w Hiroszimie na chwilę przed zrzuceniem bomby, określa się mianem „ludzkiego cienia wyrytego w kamieniu”. Na obraz i podobieństwo (kogo?, czyje?). Dobór naturalny Miasta, które za chwilę będą płonąć, wezmą udział w konkursie na największą łunę w nocy. Kolejne rzeki wyschną jak pranie na sznurze. Wspomnienie saturatora będzie odległe jak piramidy. Na wyciągnięcie ręki pozostaną trąby powietrzne kręcące bicz z piasku z tą samą łatwością, z jaką rzuca się styropianowy kubek na spłachetek zieleńca. Co będziemy spijać sobie z ust? Nieaktualne dygresje w rodzaju: „Pamiętasz tamtą zimę”? A może nastawimy radio na Here Comes The Rain Again ? Kropla nie obróci żarnami, zanim zdoła wydrążyć dziurę w młyńskim kamieniu, język po tysiąckroć zapomni jej smak. Wieść o tym poniesie się na skrzydełkach owadów, wróć!, rozniesie się wraz z popiołami ludzkich siedlisk. Co wpadnie nam do oka? Truposz, bliźni w komie bądź jego skremowany anioł stróż – ćma trupia główka. Bóg Paproch, który stworzył nas na swoje podobieństwo i zapomniał ugasić. Ostatnie, co usłyszymy to echo jerychońskich trąb; ryk turbin setek tysięcy startujących z lotnisk maszyn z podwieszonym pod skrzydłami wannami, w których elita będzie zażywać kipieli. Nieoczekiwana zmiana miejsc Teraz też spadam. Jak Lucyfer z wysokości. Chciałem przewietrzyć duszny pokój, otworzyć na oścież okno i wypadłem z jego ram. Sufit, szkło, zapisany papier szeleści jak samolocik, który opadł już na ziemię i zamieciono go na kupkę liści. Człowiek – nie, winnych jest więcej – ludzkość obowiązuje inny punkt ciężkości. Raczej krawędź niż środek. Raczej twarde lądowanie, korkociąg sekundę przed. Świat pod ciężarem nieba powinien mieć solidniejsze podstawy. Stolarz swój fach w małym palcu. Nawet gdy go sobie odmrozi. Zimno wokół? Na hebel. U Hegla bogowie przejawiają się jako maszyneria rozsądku. Tymczasem czarnoksięstwo, jeżeli odnalazł się ten, który spadł i do góry poleciał. Ötzi Nie ma dla nich miejsca w rekonwalescencjach, sanatoriach, spa w Baden Baden, czas biegnie szybko jak fala tsunami po erupcji Krakatau. Choroba jest bezwzględna i wyrachowana jak siostra Ratched, ponieważ tylko śmierć bywa protekcjonalnie delikatna. Dlaczego właśnie ich to spotkało? A dlaczego nie? Przecież kości zostały rzucone. Wielka chwała przerzutom, dzięki którym zamiast tkwić w czyśćcu, wyruszą w przeznaczoną im podróż, przeniosą się z iluzji w inkluzję, zasną z głową na kamieniu. Później nie będzie istniało już nic oprócz teatrologii; wrócą wydobyci jak spod lodu, by rozpłynąć się w czasie. Komar porusza skrzydełkami z częstotliwością ponad sześciuset uderzeń na sekundę Musisz to przeczekać jak widliszki zastygłe w bursztynie. Ponieważ człowiek rodzi się z kobiety i z mężczyzny z mety przybiera postać inkluzji. Najstarszy komar zanurzony w sukcynicie ma sto trzydzieści milionów lat. Czy to oznacza, że twoja dusza uwięziona w prastarej żywicy jest starsza od jej stwórcy? Jeżeli to prawda, z pewnością uda się pozyskać jego DNA z krwi owadów zatopionych w jantarze. Tak ludzkość odzyska fragmenty świata z pierwszych dni stworzenia. I zastygnie z trwogi, że to demo. Piotr Gajda (ur. 1966) – autor książek poetyckich: Hostel (2008), Zwłoka (2010), Demoludy (2013), Golem (2014), Śruba Archimedesa (2016), To bruk (2018), Człowiek z halabardą (2020), Wiązania wodorowe (2021), O włos (2022), Goliat zwycięzca (2023), Małpa apokalipsa (2024), Biuro straceń (2025) oraz Radio Bla Bla (2025). Współpracownik Kwartalników Literacko-Artystycznych „Arterie” (2007-2022) oraz „Afront” (2017-2024). Od 2025 roku w redakcji „Tygla Kultury”. Jego wiersze przetłumaczono na języki: niemiecki (Bernhard Hartmann), rumuński (Teodor Ajder) i bułgarski (Krum Krumov).
- Marosa di Giorgio – pięć wierszy
Zawsze mieli najczerwieńsze plony, błyszczące winogrona Zawsze mieli najczerwieńsze plony, błyszczące winogrona. Czasem, w południe, gdy słońce uderza do głowy — inaczej nigdy byśmy się nie ośmieliły — moja matka i ja, trzymając się za ręce, przemierzałyśmy ścieżki sadu, aż przekraczałyśmy nieomal niewidoczną linię, aż do winnicy mnichów. Winorośl dźwigała wysoko swój lampion z gron; każde grono niczym nieoszlifowany rubin z iskrą pośrodku. A oni stali tu i ówdzie w swych szatach czarnych lub czerwonych i wydawali się badać maleńkie obrazki, wielkie ryciny, albo głęboko rozmyślać o Świętym tych miejsc. Na nasz szelest ktoś kierował na nas wzrok jak strzałę ze srebra lub złota. A my uciekałyśmy, nie oglądając się za siebie, drżąc pod ogromnym słońcem. Wczoraj w nocy powrócił znów Cień; i choć minęło sto lat, bez trudu go rozpoznaliśmy Wczoraj w nocy powrócił znów Cień; i choć minęło sto lat, bez trudu go rozpoznaliśmy. Przeszedł przez ogród fiołków, sypialnię, kuchnię; okrążył cukiernice, talerze białe niczym kości, cukiernice o zapachu róż. Wszedł do sypialni, przerwał miłość, objęcia; ci, którzy nie spali, zastygli z utkwionym wzrokiem; ci, co spali, także go ujrzeli. Lustro, w którym się przejrzał bądź nie, rozpadło się na kawałki. Wydawało się, że chciał kogoś zabić. Ale wyszedł do ogrodu. Krążył, kopał w tym samym miejscu, jakby pod spodem był zakopany trup. Biedna krowa, pasąca się w pobliżu fiołków, oszalała, jęczała jak kobieta lub wilk. Ale cień odleciał, odszedł na południe. Powróci za sto lat. Grzyby rodzą się w ciszy; niektóre rodzą się w ciszy… Grzyby rodzą się w ciszy; niektóre rodzą się w ciszy; inne z krótkim wrzaskiem, lekkim grzmotem. Jedne są białe, inne różowe, tamten zaś szary i przypomina gołębia, przypomina posąg gołębia; jeszcze inne są złote bądź purpurowe. Każdy z nich nosi — i to jest straszne — inicjał zmarłego, z którego pochodzi. Nie mam odwagi ich jeść; to delikatne ciało jest z nami spokrewnione. A wieczorem pojawia się kupiec grzybów i zaczyna swe żniwa. Moja matka daje zgodę. On wybiera jak orzeł. Tego białego niczym cukier, tego różowego, szarego. Mama nie zdaje sobie sprawy, że wyprzedaje własny ród. Natura snów O świcie piłam mleko, powoli i ostrożnie, pod czujnym okiem matki; ale potem ona odsuwała się nieco, wracała do przędzenia miodu, do haftowania do haftowania, a ja uciekałam ku bezkresnej łące, zielonej i szarej. W oddali przebiegały gazele o twarzach jak kwiaty; wydawały się liliami z nogami, bawełnianymi krzewami ze skrzydłami. Ale ja patrzyłam tylko na kamienie, na wysokie idole, które spoglądały w górę, na nieszczęsny los. I cóż mogłam zrobić; położyć się tam, żeby matka nie widziała, żeby znowu przydarzyło mi się to okropne i dziwne coś. Przelatywały nietoperze Przelatywały nietoperze, uczepione sierści krów, gazel; gdy tylko mogłam, zdejmowałam któregoś. A inne, bardziej oswojone, zwisały w kuchni głową w dół; tata dawał im wino, papierosy. Kobiety, bardziej naiwne, kładły róże i lewkonie, aby intensywny zapach krwi i cukru tych kwiatów uspokoił je. Pewnego dnia jeden mnie ugryzł; pozostałam jednak cała i zdrowa. Owszem, słyszę, że „dzieci nocy tworzą swą muzykę”; ale nie biorę udziału w uczcie. Jestem niczym świadek. Albo i biorę, ale o tym nie wiem. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Marosa di Giorgio (1932–2004) – urugwajska prozaiczka i poetka osobna.
- Ana Rossetti – pięć wierszy
Ogród rozkoszy Kwiaty, kawałki twego ciała; domagam się ich soku. Ściskam między wargami kłujący trzon mieczyka. Przyszyłabym cytryny do twego torsu, ich twarde końcówki w moich palcach jak sterczące sutki dziewczyny. Mój język zna już najdelikatniejsze bruzdy twego ucha, a ono jest muszlą. Smakuje twoim młodzieńczym mlekiem, pachnie twoimi udami. Na swych udach trzymam mokre płatki kwiatów. Kwiaty są kawałkami twego ciała. Ogród mej udręki W sekretnym ogrodzie, pod drzewem, powoli, bardzo powoli, rozplotłeś mi warkocze, a potem, gwałtownie, bo zziębnięta byłam i uparcie się opierałam, zdarłeś ze mnie ubranie. Pasem z długiego pnącza, zmatowiałą organzą, co niegdyś służyła za okrycie we wspólnej kołysce, wprawnie mnie opasałeś. W cichej godzinie, z dala od rodziców, sokiem z pelargonii barwiłeś mi usta, a roślinne bransolety na mych drobnych kostkach owijały się węzłami. Tańczyłam zawzięcie. Jak nimb za mną wzdymała się tunika, wokół ciebie rosły pręgi mych śladów. Ja, niezwykła tanagra, nieuchwytny laur, i ty nieruchomy. Doskonale nieruchomy. Z wyjątkiem ramienia, którym mnie chłostałeś. Oczy nocy Skończywszy różaniec, do naszych sypialni wstąpimy, gdzie anioł zły, co chce nas dręczyć, już czeka. Plecy oparte o ścianę, pilnując, by szaty nie kryły zbyt długo naszych oczu, pachnąca flanela wreszcie nas odziała. I wiemy, za zmarszczonym lotem letniej narzuty, kto się skrywa. Przy najmniejszym szmerze w sąsiednim pokoju wpadniemy, między cienkie prześcieradła z surowego muślinu, tęskniący, szukając się nawzajem. I zaskoczą nas i nieuchronnie zostaniemy ukarani, odesłani z powrotem do grozy alkowy. Ale teraz obejmij mnie. Gorączkowo pocieszajmy się, bo lęk nadejdzie, wkrótce, gotów nas unicestwić. Do młodzieńca z wachlarzem Jakże urzekający jest twój brak wprawy. Twoja niezdarna dłoń, wierna prześladowczyni palącej łaski, którą przeczuwasz w mozolnym kołysaniu radosnego przedramienia. Ktoś wszywa w twoją krew cekiny, byś mógł przekroczyć okrągłe progi rozkoszy i spróbować zarazem wzgardy i uwodzenia. W tym ukrytym geście, na który się odważasz, zarysowuje się twoja matka, wsparta na szarej balustradzie wspomnienia. A twoje oczy, uważne na cierpliwą i niezapomnianą lekcję, mrużą się. I tymczasem, uroczo i niebezpiecznie, zbaczasz z drogi. Yesterday To takie urocze wkradać się do jego posłania, gdy ma wędrowna dłoń spoczywa beztrosko między jego nogami, a gdy odsłonię gładki trzon, jego szkarłatna, soczysta korona będzie mieć ostry posmak truskawek, obserwować nieoczekiwany wyraz jego anatomii, której nie potrafi użyć, ukazać niepewnemu palcowi różowy pierścień, podczas gdy w podstępnych i precyzyjnych dozach poddaje mu się śmiałość. To takie urocze deprawować chłopca, wydobywać z dziewiczego brzucha tę spazmatyczną tkliwość, tak podobną do ostatniego tchnienia konającego, że nie sposób nie zabijać go powoli, gdy dochodzi. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Ana Rossetti (właśc. Ana María Bueno de la Peña, ur. 1950) – wielokrotnie nagradzana hiszpańska pisarka i poetka, autorka między innymi erotyków, tekstów dla teatru oraz książek dla dzieci.
- Bashō – siedem wierszy
pory umyte do białości chłód wiosna mija krzyk ptaków i łzy w oczach ryb czysta rzeka w jej falach zielone igły sosen dziś rano zwykle złowrogi kruk też na śniegu jesienny wiatr ostrzejszy niż skały Ishiyamy patrz uważnie tasznik kwitnie pod żywopłotem nie umarłem koniec podróży koniec jesieni tłumaczenia: Magdalena Bielska i Łukasz Szopa Bashō (1644-1694) właściwie Matsuo Munefusa – japoński poeta uznany za największego pisarza epoki Edo. Studiował filologię japońską, kaligrafię, filozofię, literaturę chińską w Kioto. Pod wpływem praktyk zen i poszukiwań twórczych od 1684 rozpoczął wielomiesięczne piesze podróże. Niezwykle ceniony za rozwój haiku, wprowadził do tego (wcześniej humorystycznego) gatunku poezji impresję i kontemplację przyrody. Najbardziej znane utwory to Ścieżki na daleką północ - dziennik uznany za arcydzieło literatury japońskiej, Kasztan bez owoców, Zapiski z podróży do Kashimy, Notatki z podróżnej sakwy, Worek z węglem drzewnym . Zmarł w Osace. Tłumacze: Magdalena Bielska (ur. 1973) – absolwentka historii sztuki na KUL, aktywistka społeczna, sutaszystka. Pisze, tłumaczy, czyta i mieszka w Lublinie. Niepraktykująca buddystka i praktykująca górzystka. Łukasz Szopa (ur. 1973) – poeta, prozaik i tłumacz. Opublikował zbiory poezji Roadmovie (2000) oraz wspólnie z Mehmedem Begićem Film (Alternativni Institut, Mostar, 2001), zbiór opowiadań Kawa w samo południe (2010), oraz powieść Fioletowy plecak i trzy herbaty (2016). Mieszka w Berlinie i Włosieniu (woj. dolnośląskie).
- Robert Frost – trzy wiersze
Droga nie wybrana Dwie drogi biegły w żółtym gaju, I w obie naraz mnie niosła Pasja wędrowca; dumałem na skraju, Do jakiego miejsca w kraju Pierwsza droga skręca w zaroślach. Wybrałem drugą, też ładną, I może skręciłem w lepszą: Trawiastą, mniej używaną; Choć nią prawie wędrowano Tyle razy, co i pierwszą. Tego ranka leżały pod ściółką Bez czarnych smug po wędrówce. – Och, odłożyłem swoją na jutro! Czasami w lesie chodzi się w kółko, Nie byłem pewien, czy wrócę. Opowiem wnukom wedle obyczaju, Gdzie wędrowałem, czym żyłem, Jak dwie drogi napotkałem w gaju I że wybrałem, stojąc na rozstaju, Tę mniej uczęszczaną, i tyle. Zatrzymując się w lesie w śnieżny wieczór Wiem, w czyim lesie stanąłem zaprzęgiem. Jego dom stoi w tej wiosce nad brzegiem. Nie zauważy, że stoję na stoku, Patrząc jak jego las tonie pod śniegiem. Mój konik musi czuć lęk i niepokój Bez zagród wokół i grama obroku, Między tym lasem, lodem na jeziorze, W jakże ponury wieczór tego roku. Dzwoni uprzężą, śnieg kopytem orze, Żeby zapytać, czy dobrze powożę. Słyszę, jak w ciszy puch omiata zaspę, Z wiatrem łagodnie owiewa bezdroże. To piękne lasy, ciemne i przepastne. Mam do spełnienia obietnice, jasne, Że wiele jeszcze przejadę, nim zasnę, Że wiele jeszcze przejadę, nim zasnę. Dobra pora Spacerowałem w wieczór zimowy, Ale doskwierał mi brak rozmowy, Szedłem u boku domków w szeregu, Ich szklane oczy lśniły na śniegu. Ludzie za oknem głośno się śmiali, Skoczne melodie na skrzypcach grali, A za firanką migały w parze Młode sylwetki, młodzieńcze twarze. Ot, towarzystwo pod gołym niebem, Ujrzałem pola dokoła siebie. Wracałem z żalem: szedłem na marne, Zniknęły okna – wszak były czarne. Buty na śniegu tak mi skrzypiały, Że śpiącej wiosce spokój zabrały Tak jak mi twoje nagłe odejście W wieczór zimowy zwyczajne szczęście. przełożył Jacek Świerk Robert Frost (1874-1963) – amerykański poeta. Czterokrotny laureat nagrody Pulitzera. Jego poezja, cechująca się prostotą formalną, ma głównie charakter refleksyjno-filozoficzny, a zasadza się często na motywach związanych z krajobrazem, wiejskim życiem oraz obyczajami Nowej Anglii.
- César Vallejo – pięć wierszy
Czarni heroldowie Są w życiu ciosy tak silne… Ja nie wiem! Ciosy jakby z nienawiści Boga; jak gdyby przed nimi osad wszystkiego, cośmy wycierpieli, grzązł w duszy… Ja nie wiem! Jest ich niewiele; ale są… Otwierają ciemne jamy w najdzikszym obliczu i na najsilniejszym grzbiecie. Może to rumaki barbarzyńskich Atyllów; albo czarni heroldowie, których Śmierć nam zsyła. To głębokie upadki Chrystusów duszy jakiejś czcigodnej wiary, którą Los plugawi. Te krwawe ciosy to skwierczenie chleba, który się nam przy drzwiczkach pieca przypala. A człowiek… Biada mu… biada! Odwraca oczy, jak wtedy, gdy klepnięciem w ramię ktoś przyzywa; odwraca oczy szalone i to, co przeżyte, zbiera się, niczym kałuża winy, w wejrzeniu. Są w życiu ciosy tak silne… Ja nie wiem! Odległe kroki Mój ojciec śpi. Jego dostojne oblicze odzwierciedla pogodne serce; jest teraz taki łagodny… jeśli jest w nim coś gorzkiego, to ja. W domu panuje samotność; modlitwa trwa; nie ma dziś wieści od dzieci. Mój ojciec się budzi, nasłuchuje ucieczki do Egiptu, pożegnania, co rany zasklepia. Jest teraz tak blisko; jeśli jest w nim coś odległego, to ja. A moja matka przechadza się tam, śród ogrodów, smakując smak już bez smaku. Jest teraz tak delikatna, takie skrzydło, taki kres, taka miłość. W domu panuje samotność bez zgiełku, bez wieści, bez zieleni, bez dzieciństwa. A jeśli jest w tym popołudniu coś złamanego, co opada i trzeszczy, to dwie stare, białe, kręte drogi. Po nich idzie pieszo moje serce. Zakazana miłość Wznosisz się lśniąca od ust i cieni pod oczami! Po twych żyłach wspinam się, niczym pies zraniony szukający schronienia na miękkich chodnikach. Miłości, na świecie ty jesteś grzechem! Mój pocałunek na iskrzącej się końcówce rogu diabła; mój pocałunek, który jest świętym credo! Duchu w horopterze, który przemija czysty w swej blasfemii! serce, które płodzi mózg! który przechodzi ku twojemu, przez mój smutny muł. Platoniczny pręcik, istniejący w kielichu, gdzie istnieje twa dusza! Jakieś złowrogie pokutne milczenie? Czyżbyś je słyszała? Niewinny kwiecie! … I wiedzieć, że tam, gdzie nie ma Ojcze nasz, Miłość jest grzesznym Chrystusem! Poeta do swojej ukochanej Ukochana, tej nocy ukrzyżowałaś się na dwóch belkach wygiętych w kształt mego pocałunku; a twój ból powiedział mi, że Jezus zapłakał, i że istnieje wielki piątek słodszy od tego pocałunku. Tej nocy jasnej, gdy patrzyłaś na mnie tak bardzo, Śmierć była radosna i zaśpiewała w swych kościach. Tej nocy wrześniowej dokonał się upadek mój drugi i pocałunek najbardziej ludzki. Ukochana, umrzemy razem oboje, bardzo razem; będzie schnąć powoli nasza wzniosła gorycz; i cienia dotkną nasze zmarłe wargi. I nie będzie już wyrzutów w twych błogosławionych oczach; i już cię więcej nie zranię. I w jednym grobie zaśniemy oboje, jak dwoje rodzeństwa. Czarny kamień na białym kamieniu Umrę w Paryżu podczas ulewy, w dniu, który już teraz pamiętam. Umrę w Paryżu — i nie uchylam się — może w czwartek, jak dziś, jesienią. Czwartek to będzie, bo dziś, w czwartek, gdy piszę te wersy, kości ramienne coś źle mi leżą i dziś, jak nigdy wcześniej, odwróciłem się, z całą swą drogą, by zobaczyć siebie samego. César Vallejo umarł, bili go wszyscy, choć on im nic nie uczynił; bili go mocno kijem i mocno także powrozem; świadkami są czwartki i kości ramienne, samotność, deszcz, drogi. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak César Abraham Vallejo Mendoza (1892–1938) – peruwiański poeta, prozaik, dramatopisarz i dziennikarz. Za życia opublikował dwa tomy wierszy. Napisał pięć sztuk, z których żadna nie została opublikowana ani wystawiona za jego życia. Obecnie uznawany za jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku.
- Piotr Maur – sześć wierszy
profuzja bytów wczoraj zgubiłem lewego buta a chwilę później znalazłem przyjaciela to był dobry przyjaciel dzielny mądry prawy dużo lepszy niż but ale zmarł zostawił mi w spadku trochę wspomnień i całkiem sporo spraw do przemyślenia zostawił mi też buty każdy od innej pary dużo za duże mocno zużyte dwa lewe buty teraz siedzę na ławce próbując zapanować nad wszystkimi należącymi do mnie rzeczami siedzę i próbuję uporać się jakoś z osaczającymi mnie bytami bezprawie żona podaje mi jabłko a ja zastanawiam się ile razy jeszcze będę musiał odgrywać tą smutną scenę naszego upadku ale nic nie mówię tylko wgryzam się w soczysty owoc a potem słyszę walenie w drzwi i krzyki „otwierać policja!” ale nie otwieramy to że jesteśmy nadzy nie znaczy że nie znamy swoich praw bojaźń i drżenie nagle w supermarkecie dostrzegasz starą kobietę wspartą na balkoniku ze zgrozą rozpoznajesz w niej dziewczynę w której kochali się wszyscy okoliczni chłopcy łącznie z tobą czasem tak właśnie dowiadujemy się o rzeczach o których nie chcemy nic wiedzieć zwykle to zadanie listonosza zostawić wezwanie do urzędu rachunki z krótkim terminem płatności zaproszenie na ślub chrzciny pogrzeb albo list polecony z zaświatów ale tym razem jest inaczej tym razem jest gorzej ukryty za rzędem lodówek spoglądasz w stronę przeciwną lecz ceny produktów na półkach też wprawiają w bojaźń i drżenie *** i choć od lat żyjesz jak buddyjski mnich jak zatwardziały prepper w otchłannych lasach czy niedostępnych górach gdzie jelenie o poranku walą porożem w drzewa a pstrągi wyskakują ze strumieni wprost na patelnię i choć żyjesz tak cicho i spokojnie jakby cię w ogóle nie było i co nie wykluczone być może naprawdę cię nie ma bądź pewien że w stolicy bez względu na dzielącą was odległość bez względu na jakiekolwiek względy w niezliczonych urzędach zasiadają bezwzględne typy którym to że żyjesz swoim własnym życiem spędza sen z powiek nawet jeśli co nie wykluczone nie żyjesz *** dobry fachowiec od PR sprawi że będziesz chciał iść na piwo z gościem którego normalnie spuściłbyś w kiblu jednakże bez względu na talent tego facia od PR i pierdolenie tego drugiego obawa przed tym że kibel mógłby się zapchać jest tak naprawdę czynnikiem determinującym twój wybór z nieznanych bliżej powodów ten element pomijany jest przez agencje sondażowe a także sztaby wyborcze ale ponieważ nieusuwalnym elementem twojej tożsamości jest też przekonanie że browar to jest to czego ci potrzeba że browar to coś co ci się od życia należy pomimo nawiedzających serce umysł i żołądek torsji pójdziesz spełnić swój obowiązek a potem wypijesz do dna każde piwo jakie nawarzy ci ten gościu z kibla którego narai ci ten facio od PR *** no kto jak nie ty?! drogi laureacie droga laureatko kto inny?! ta sytuacja nas niepokoi ludzie nie są pewni czy lepiej będzie taktownie to wszystko przemilczeć strategicznie przeczekać czy jednak oburzać się a jeśli tak to jaki dać temu wyraz więc kto jak nie ty?! drogi laureacie droga laureatko kto inny?! kto tym wszystkim chochołowym duszom wskaże właściwą drogę? kto powie co o tym wszystkim myśleć? co czuć? jak mocno? jak długo? kto jak nie ty?! kto inny?! drogi laureacie droga laureatko demokracja praworządność wolność godność miłość równość tolerancja te tak nam wszystkim drogie delikatne kwiaty brutalnie deptane… więc kto inny?! kto jak nie ty?! nie potrzebujemy wiele byle co nas zadowoli artykuł felieton notatka uwaga na marginesie podkreślenie wskazanie palcem poruszenie brwią cokolwiek drogi laureacie droga laureatko cały ten splendor nagrody stypendia wywiady cała ta chwała to przecież zobowiązuje więc kto inny?! kto jak nie ty?! Piotr Maur (ur. 1963) – poeta, prozaik. Opublikował książki: siedemdziesiąt sześć (1996), 28 i 5 (2002), Bezmiar miłości (2006), Pogrzebowe obrzędy, miłosne ceremonie (2010), Po papierosy i z powrotem (2015). Obecnie mieszka w USA.
- Michał Kaczmarek – cztery wiersze
Mój syn zostawił po sobie komodę kwartalników i tomik w celofanowym opakowaniu na pierwszej stronie opinia druk ze skrzynki email życzę powodzenia w poszukiwaniu wydawcy materiał ciekawy jedyna słabość monotonia stylu ale w nieprzerwanym ciągu może nawet zaleta odszedł zgodnie z zasadą ubywania materii atomy tkanki narządy wewnętrzne uliczne latarnie gaszone kopniakiem dla rozrywki przez wałęsających się pijaków krople przyjemnie spadały w kanały uszne jutro rowery wodne obiad u babci Stefki ostrza ja ci kurwa pokażę co znaczy męża szanować niewygodnie z wystającym z głowy ołówkiem stalowym szpikulcem do mięs klęcząc nad szufladą czytam wiersze ojca przebite dziurkaczem Klucz pastuszek aniołek Pinokio nie widzisz nas w dalekim rzędzie długich ławek wystawiasz język tik wiemy od tygodnia dzieci światło szmer widowni przyspieszony puls długo ćwiczone słowa potrzeba fizjologiczna na którą nie masz czasu świat staje się twój a ty jedyny klucz otwierasz kłódkę zeszytu w zakurzonej sali Przydomowa oczyszczalnia ścieków zbyt rzadkie wizyty szambiarki grube warstwy papieru na wewnętrznej powierzchni sedesu cicho załatwić potrzebę nie zbudzić dzieci ochrona przed ubrudzeniem i bakteriami mazie i włókna przez rury żaden z naszych zwyczajów nie był źródłem problemu po kilku latach wizyta fachowca który w całym domu zajmował się hydrauliką glina woda nie wsiąka robocizna i koszt dodatkowej pompy po naszej stronie i tak zostaliśmy z kałużą ścieków na trawniku zwłaszcza w czasie prania odganiamy dzieci ustalamy pory działania pralki według sąsiedzkich wizyt kiedy kończyłam podstawówkę - Sara dziś czteroletnia - kałuża jeszcze była dopiero znajomi w szkole średniej i nowy zbiornik w piaszczystym gruncie sprawiły że odetchnęłam zostawiając w tyle smród zielonych korytarzy Wieczorny seans dokumentalny mężczyzna w średnim wieku skazany za uduszenie żony w czasie odsiadki przyznaje się do zabójstwa pielęgniarki kara śmierci za drugie morderstwo skrępowanie sznurem spalenie zwłok kiedy kręcą o nim film wyznaje że wiele lat temu zastrzelił znajomego narkotykowe porachunki siostra ojciec wbrew naszej woli kazał tłuc brata za kradzieże nie odwiedza syna cela logiczny wyważony język miękki głos pytanie odpowiedź znaleźliśmy go kazał przekazać że cię kocha i nie rozumie twoich zbrodni łzy w oczach najgorzej byłoby gdyby mnie odtrącił człowiek jednolity ze swoimi czynami jak dwa odpryski kamienia czy ściana ogrodu porośnięta gałęziami winogron do których zlatują osy z późnosierpniowych opuszczonych gniazd Michał Kaczmarek (ur. 1986) – absolwent Instytutu Filologii Angielskiej we Wrocławiu. Publikował w pismach i na portalach, m. in.: „Akcent”, „Afront”, „artPAPIER", „Dwutygodnik”, „eleWator”, „Epea”, „Format Literacki”, „Kalejdoskop”, „Migotania”, „Ósmy Arkusz Odry”, „Pole”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Suburbia”, „Śląsk”, „Tlen Literacki", „Wytrych” oraz w języku angielskim: „Versopolis” i „Highland Park Poetry” .










