Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Eva Muñoz Criado – dwa wiersze
Zima. Powieść ROZDZIAŁ 1: Próbujesz posuwać się naprzód, bez ramion, w śniegu i same nogi na nic się nie zdają. ROZDZIAŁ 2: Tamtego ranka nie wiedziałam, jak przeprawić się przez rzekę. ROZDZIAŁ 3: Tak, Johnny, zaprosiłam cię do domu na kawę i żeby się z tobą jebać, ale powiedz mi, jak przeprawimy się przez rzekę, bez ramion. ROZDZIAŁ 4: Wejść w długą zimę, śpiewając na grzbiecie głosu. ROZDZIAŁ 5: Tak daleko. ROZDZIAŁ 6: Jak zaśpiewasz bez piersi, bez ramion? ROZDZIAŁ 7: Wiatr świszczy między kryształkami lodu. ROZDZIAŁ 8: Czyż to nie piękne? ROZDZIAŁ 9: Kruchość żeber. ROZDZIAŁ 10: Jakieś dźwięczenie. ROZDZIAŁ 11: Jeszcze tego nie zrozumiałeś? ROZDZIAŁ 12: Nie ma żadnej pewności. ROZDZIAŁ 13: Ale te ramiona, ramiona. Dativus interesu Odkąd istnieją banki i lichwa zainteresowanie jest źle widziane w tych szerokościach geograficznych a przynajmniej tam gdzie etyka protestancka i duch kapitalizmu dotarły późno a my nie zrozumieliśmy że ciężka praca gromadzenie to nie była chciwość to było coś bardzo pięknego łaska boża jakieś złoty interes Tutaj złoto wspinało się po absydach i haftach rozwartych ustach a interes zabarwiony żółcią gorączkowej chciwości i można by było mieć zainteresowanie teoriami (etycznymi estetycznymi) niebieskimi kwiatami przedmiotami kolekcjonerskimi i sukniami wschodami słońca liliami tobą ale nie Dlatego celownik interesu brzmiał źle zdawał się skrywać drugie dno jakby chciał coś komuś odebrać podmiotowi który sprawiedliwie lub gramatycznie (i z dużą ilością składni) miał otrzymać korzyść lub szkodę (uwaga jedno nigdy bez drugiego, c’est la vie selavie rose et duchamp) wynikającą z działania czasownika [i z nim (lub z nimi oboma) przyszła gra i delirium, upadek odmieniający się ale wracający do nas katolików [bo kto jak nie my staliśmy się tak pragmatyczni że utraciliśmy nawet deklinację [i pewną inklinację ku bladym ciałom zauważcie że nawet ludowa łacina odmieniała i niemiecki oczywiście (język Webera właśnie ten) i także staroangielski i islandzki i japoński i bośniacki (a więc w końcu okaże się że to coś pospolitego przez swoje rozpowszechnienie jak miłość przez rozszerzenie podczas gdy powinna być tylko intensywna) my ty i ja? my natomiast odmieniamy, koniugujemy gdzie? kiedy? deklinowaliśmy tamtą etykę i tamtego ducha i zostaliśmy grając pozostają tu jednak pewne resztki zaimki które się odmieniają tak krótkie a jednak ćwiczące się tam mamy je: le, la, lo, me więc czytam że celownik interesu nazywa się też celownikiem etycznym i ten zwrot o 180 stopni w semantyce ten sam który prowadzi mnie od tamtej etyki do moich antypodów pojednuje mnie z moim wielkim zainteresowaniem tobą: nie uciekaj mi, nie odchodź mi, nie umieraj mi, nie ciesz się mną zbyt bardzo żeby tylko nie więdnij mi nie lękaj mi się (nie bój się mnie), teletelos ale ja nie chcę cię daleko tylko w Niebie chcę cię blisko jeszcze bliżej: Tutaj Widzicie więc tyle wstępu by skończyć mówiąc o miłości Vicente Gallego mówi że to jedyny wątek który kto nie mówi o miłości nie jest nie może być poetą przełożył Krzysztof Katkowski Eva Muñoz Criado – hiszpańska pisarka, poetka, współpracowniczka dodatku Cultura/s dziennika La Vanguardia oraz Institut de Cultura de Barcelona, a także scenarzystka programów w La Xarxa.
- Albert Aoussine – trzy wiersze
Bilet na stole Przyjaciółko, droga przyjaciółko, Śpij z dala od zajazdów, Kiedy to w jaki dzień wolny Udajesz się na wieś. Wolę wiedzieć, że śpisz na świeżej trawie, Wśród letnich zapachów, Niż w tych ponurych domostwach, smutno umeblowanych, Drewnem wyrwanym z serca lasów. Czerń — Tato, powiedz mi, dlaczego noc jest czarna? — Bo czerń jest pełna spokoju. — Dlaczego człowiek jest czarny? — Bo czerń jest piękna i radosna. — Dlaczego czerń jest czarna? — By upiększać kosmos. — Dlaczego obraz jest czarny? — Bo czerń ma inteligencję w sobie.. — Dlaczego więc czerń jest tak uboga? — Bo pracuje dla wszystkich! Modlitwa griota My, którzy mamy jedynie nasze istnienia, by wyrazić twoją chwałę, My, którzy mamy tylko słowa, które możemy ofiarować, My, dla których słowa są cennymi czynami, Składamy ci tę modlitwę jako poranny hołd. Na górze powiedziałem, że twoje imię to Prawda, W tej ludzkiej dolinie wznoszę mój głos, By prosić cię o przemianę naszych losów. Wiem, że mnie słuchasz, gdy do ciebie mówię, Bo mówię teraz twoim językiem. Bo kiedy się już z tobą jednoczę, Przestrzegam zasad twej świętej kanoniki, Odmieniam wszystkie czasowniki w czasie teraźniejszym. Tak jest, gdy modlę się, tak jak mnie nauczyłeś. O Wszechobecny Ojcze, pozostań na swoim naturalnym miejscu, W centrum wszelkiego prawdziwego zgromadzenia, Choćby było ono skromne, Buduj nas tak, aby ciepło twojego ognia Karmiło i ożywiało wszystkie nasze istoty. Znam rozkosze twojej mądrości, zdolnej do cudów; stworzyła ona ten świat nie dla głupca, lecz dla mędrca, my, którzy okazujemy pokorę, zwracając się ku Tobie. Ludzie nazywają siebie drwalami, kowalami, Szewcami, krawcami, kontraktorami, Odkrywcami, pasterzami, piekarzami… Lecz ty dajesz nam zrozumieć, że każdy człowiek Jest powołany, by działać dla sprawy powszechnej. Działając dla wszystkich, działa się dla siebie. Chcę żyć na zawsze Tam, gdzie „ja” i „ty” prawie nie istnieją, Tam, gdzie pojęcie wojny nigdy nie zaistniało. W tym nie-miejscu, gdzie wszystko jest Harmonią, Pokoju, Wolnością, głęboką Radością. z francuskiego przełożył Krzysztof Katkowski Albert Aoussine – kameruński poeta i wydawca. Jest założycielem i szefem Revue BAOBAB oraz Éditions De L’esprit.
- Rudyard Kipling – cztery wiersze
Martwy Mąż Stanu Nie umiałem kopać, bałem się być zbójem – Byłem kimś, kto kłamie: wiele obiecuje. Teraz wszystkie moje kłamstwa obalono, Ujrzę tych, których na mój rozkaz zgładzono. Więc jaką usłyszy nad grobem opowieść Do cna oszukany, gniewny młody człowiek? Sąsiedzi Człowiek, który otwiera serce na sąsiada, Miłym i złym wrażeniom od razu nie wierzy, Nie straci zdrowia, choćby ciężary układał, Nie straci szczęścia, kiedy los w niego uderzy. Sam Blask Poranka w taki entuzjazm go wprawi, Że, gdy wieczór zapadnie, nic go nie przygnębi. Gdy skończy życie, niech mu Bóg pobłogosławi! Wielu zatęskni, Żona wzruszy się do głębi! Jego zamknięta dusza to dla bliskich ciężar. Idzie przez nędzne życie przez to, co wybiera. Nie syci go jedzenie, wino nie odpręża. Wieczny konflikt mu będzie wnętrzności rozdzierał. Będzie ślepy przez Bożą Chwałę oświetlany. Głuchy na śmiech natury dokoła na Ziemi. Przez przyjaciół i przez psa nie będzie kochany. Żonie ulży, gdy jej mąż zejdzie do podziemi. Prorocy w swojej ojczyźnie Proroków się w świecie szanuje i chwali, Inaczej się dzieje w rodzinnej osadzie, Mieszkańcy widzieli ich, jak dorastali, W naturalny sposób mają ich w pogardzie. Prorokom krzyk skargi cudownie wychodzi, Młodym i niesfornym, zadufanym w sobie. To z ich dzieł się dowiesz, jak prorok zawodzi. O, to mu cudownie wychodzi na dobre! Niniwa nie może nic dać Jonaszowi, Choćby był w niejednej wielorybiej paszczy. Tam się wynagradza krzywdę prorokowi, Gdzie dla ludzi jego przeszłość nic nie znaczy. On mógł być kimkolwiek, ale jest prorokiem, A więc go kochają i mordują wzrokiem. Głupi Chłopak Gdy jechał w dół urwiska, gnał, Ten chłopak był drogowym piratem, I sędzia go na oku miał, To zwykle się kończyło mandatem. Jeździł sam – i nikt nie miał Pojęcia, czy ma do jazdy potencjał. Teraz w rowie leży – Ach! – Gdy pędził, zepsuł mu się dyferencjał. przetłumaczył Jacek Świerk Rudyard Kipling (1865–1936) – brytyjski pisarz, poeta i publicysta, jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów przełomu XIX i XX wieku. Urodził się w Bombaju, co wywarło silny wpływ na jego twórczość, pełną odniesień do Indii i brytyjskiego kolonializmu. Międzynarodową sławę przyniosła mu Księga dżungli (1894–1895). W 1907 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury, jako najmłodszy laureat w historii. Jego styl cechują żywe opisy, rytmiczny język i moralistyczny ton. Kipling zmarł w Londynie w 1936 roku, pozostawiając znaczący wpływ na literaturę angielską i światową.
- Grzegorz Tomicki – Przysłowiowe miliony
Mimo wszystko, niezbędnym było, by potraktować go serio. Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie” Będąc gdzieś tam od młodości przyzwyczajony przez przysłowiowe wychowanie do bezwzględnego posłuszeństwa pedantycznego porządku i bezlitosnej czystości tak naprawdę nie miałem pod tym względem szczególnych trudności w przystosowaniu się do przykładnego więziennego życia nawiasem mówiąc sumiennie wypełniałem przypisane mi obowiązki wykonywałem powierzane zadania i mniej więcej ku zadowoleniu przykładowych majstrów pracowałem więcej niż gdzieś tam ode mnie żądano nawiasem mówiąc utrzymywałem moją celę stale w przysłowiowo wzorowej czystości i przykładowym porządku i tak naprawdę nawet najbardziej złośliwe oczy nie mogły znaleźć mniej więcej niczego co byłoby można mi przysłowiowo zarzucić dobra książka była zawsze moim kompanem lecz w bezprzykładnym niepokoju mojego poprzedniego życia nigdy jakoś tam nie miałem na nią dość czasu nawiasem mówiąc w samotności celi stała mi się mniej więcej wszystkim szczególnie w pierwszych latach odsiadywania wyroku była moim wytchnieniem przy niej mogłem zapomnieć o położeniu po tym wszystkim co tak naprawdę widziałem i słyszałem gdzieś tam w ciągu dnia rad byłem gdy mogłem wieczorem powrócić do samotności czterech kątów gdzie rozmyślałem mniej więcej w spokoju nad zdarzeniami dnia i wyciągałem z nich przysłowiowe wnioski albo czytałem listy otrzymane od jakoś tam drogich i dobrych przyjaciół o ich planach i zamierzeniach w stosunku do mnie po zwolnieniu z przysłowiowego więzienia i uśmiechałem się gdy chcieli mi przykładowo gdzieś tam dodać odwagi i otuchy co nawiasem mówiąc nie było mi już tak naprawdę potrzebne stopniowo doszedłem gdzieś tam do tego że w piątym roku zżyłem się z przykładowym więzieniem i na celę się nie zżymałem nawiasem mówiąc miałem do odsiedzenia jeszcze mniej więcej pięć lat bez widoków na najmniejsze choćby skrócenie bezprecedensowej kary przykładowo wiele podań o przysłowiowe ułaskawienie pochodzących od mniej więcej wpływowych osobistości zostało gdzieś tam odrzuconych ze względów parlamentarnych tak naprawdę nawet osobiste przedstawienie prośby o ułaskawienie przez człowieka stojącego gdzieś tam blisko prezydenta von Hindenburga niczego nie dało tak że nie bardzo liczyłem na wyjście z więzienia przed upływem przysłowiowych dziesięciu lat tak naprawdę jednak wierzyłem że resztę mojej odsiadki przetrwam w jakimś tam zdrowiu fizycznym i moralnym nawiasem mówiąc miałem też przysłowiowe plany co do dalszych prac w zakresie nauki języków i gdzieś tam dalszego kształcenia zawodowego przykładowo myślałem o wszystkim mniej więcej możliwym tylko nie o przysłowiowym przedterminowym zwolnieniu tymczasem zwolnienie przyszło niespodziewanie w nocy otóż gdzieś tam w Reichstagu znalazła się większość złożona z przedstawicieli najzacieklejszej prawicy i najzajadlejszej lewicy które w równej mierze zainteresowane były uzyskaniem przysłowiowego przedterminowego zwolnienia dla swoich więźniów politycznych i niepolitycznych mniej więcej bez przygotowania została gdzieś tam uchwalona jakaś amnestia i zostałem cudem zwolniony z więzienia razem z wieloma innymi tak naprawdę nie zawsze dobrymi ludźmi nawiasem mówiąc gdyby nie ta polityczna przewrotka ta wywrotowa koincydencja ten można powiedzieć szczęśliwy niefart moja więzienna kadencja potrwałaby dłużej i może nigdy nie zostałbym gdzieś tam przykładowym komendantem osławionego obozu słowo daję że choć za młodu chciałem zostać duchownym to tak naprawdę pragnąłem osiąść na roli może nie byłoby tego całego nieszczęścia w każdym razie odbyłoby się ono mniej więcej beze mnie uważam że byłoby lepiej dla wszystkich gdybym nie siedział tak długo za biurkiem choć może nie dla tych przysłowiowych milionów. Grzegorz Tomicki (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), Sto kilo kości (2023), Liryka drogi (2024) oraz monografię naukową P o obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
spoiwo do życia niemrawo sięgam, jak – rwąc jabłko myślę – że już dojrzało i nie będzie jego czupurność mnie onieśmielać. chwytam i czuję chłód skóry żałującej mi miąższu, strużek soku na brodzie i widoku nagich bezbronnych pestek. a jednak chwila grozy, w której jesteśmy jedno: drzewo, owoc i ja – sprawia, że rozumiem. skowyt dróg, którymi chadzałem, nie ma już na mapach. zarosły osiedlami i galeriami handlowymi, zasklepiły się zazdrosną niebu żywicą o migdałowym smaku. dróg, którymi uwodziłem, nie ma już na mapach. przerosły prostatą krocze przyszłych pokoleń, na pokuszenie tym, co gardzą skromnością o zielonych oczach. dróg, które znaczyłem krwią z kolan, nie ma już na mapach. są tylko w zrostach przygłuchej pamięci. szukanie dzielił nas wąski, półokrągły krawężnik. skwer musiał być zaniedbany, bo pamiętam za wysoką trawę, mlecze i tabliczkę: szanuj zieleńce. krawężnik był szary i betonowy, a później już nie, tracił gęstość, barwę i charakter, z dnia na rok. pozostała tylko ta bujna, mleczna trawa pomiędzy traumą, pszczołą i zjawą matki, której dłoń przenikała moją. zwrot Boże mój, któryś mnie nie zbawił z powodu, że nabożeństwo się przedłużyło i rozdawali łańcuszki aluminiowe, liche, gówniane, rozchodzące się, jak świeże pączki w dłoniach naiwnych okadzonych obietnicą dobrej pogody we żniwa. Boże mój, któryś objawił się w gorejącym krzaku, co go chłopcy gasili i zgasić nie mogli, a nogi im się plątały obok przecież stodoły marnej, wiekowej bo już, ale ważnej, gdyż liczy się wnętrze. Boże mój, któryś ukochał mnie miłością tak wielką, że czuję się bardziej związany z jabłkiem, niż z Tobą. Boże mój, co żeś mnie wywiódł z ziemi -skiej, skąd wszelkie robactwo, ale też trawy, drzewa i kwiaty nadobne, jak zastępy aniołów w godzinach mroku, gdy siedząc o świeczce patrzymy na siebie w milczeniu. łuna jeżeli daliby mi wybór, chciałbym być światłem – tworzeniem w rozproszeniu, świadomością skupienia. gasłbym jedynie po to, by odpoczęli od życia, które przeoczyli biorąc do rąk lampę zamiast świecy. przypomniałbym im o ogniskach, wokół których tańczyli i śpiewali swoje światy z dłońmi oddalonymi od kieszeni śmierci. lecz boję się tego ostrego blasku, jakim jaśnieją ich mokre twarze, gdy palą się ich domy. miraż to był młody drozd. zostawił na szybie ślad – odbicie małego anioła. podnosząc ciało z ziemi, myślałem o jego smutnej pomyłce, która kazała mu w śmierci widzieć niebo. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – poeta i fotografik. Wydał trzy książki poetyckie: Zimne Ognie (2023), Brama (2023) i Widać nóż (2025). Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze”, „Epei”, „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023). Dwukrotnie wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023, 2024). Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.
- Mariusz Tenerowicz – cztery wiersze
Ian Curtis rozpoznaje siebie w bohaterze jednego z filmów W. Herzoga (Manchester 1980) Częste nawroty choroby, przewlekła depresja ciągle spotykam człowieka który stracił pamięć teraz krąży po największym w mieście lunaparku wiatr zanosi się śmiechem w beczkach krzywych luster, kołysze puste huśtawki, karuzele, martwe dusze napotkane w porcie, Miłość straciła kontrolę nad nami, teraźniejszość zupełnie wymyka się z rąk tu w Manchesterze duszna atmosfera choć Rafter Club pociłem się bardziej niż pod pancerzem czerwia w obskurnych pubach, dyskotekach dudnią i rozsadzają głowę powtarzane w kółko proste basowe akordy, podobno legenda karmi się nami – niezgnębioną. nieznaną przyjemnością owijam bandażem poplątane supły nerwów, jej duch błądzi w długim czarnym płaszczu i roznosi ponoć zapalenie apatii, sproszkowaną melancholię w purpurowych fiołkach przeszywa nas zimna fala wspomnień zamieniając w lodowe kręgle, miasto wytacza się jak kula i rozbija te rzędy, na schodach przed domem wracają ostatnie sceny najnowszego filmu – znów spotykam tego człowieka a obsesja dojrzewa we mnie wrasta pod skórę, w nurt krwioobiegu nawet tu w łazience kołysząc się ponad umywalką gdzie łka pęknięte lustro widzę jego twarz w rozsypanym srebrze tysiąca kawałków szkła Jim Morrison rozpoznaje w starym recepcjoniście Wiliama Blake’a – (Paryż 1971) Wciąż jeszcze spoglądam na uchylone drzwi łazienki i przypominam sobie starca który mruga do mnie, przecież nie zamawiałem recepcji budzenia, tym bardziej popołudniową porą Zawsze odmieńcem, odkąd w dzieciństwie spotkaliśmy na drodze indiańskiego szamana potem gdy dorosłem wyruszyłem z hiszpańską karawaną w magiczną podróż: odtąd noc niszczyła dzień, bagno pochłaniało perły, nuciliśmy texańskiego bluesa napełniając kwaśną whisky gardła spragnione niczym spękaną ziemię Alabamy, obcy wiatr dął w żagle gdzieś daleko została kraina twych oczu - - sucha dolina, otwarta głęboka rana. Żyłem pośród zaklinaczy asfaltowych węży wpadając tylko w kolejne pułapki, nieznane wyspy ramion w świecie dwóch teatrów odgrywanych naraz sztuk: antyku i tragedii wojny tu w Paryżu odnalazłem Hiacyntowy hotel – wynajmuję w nim od kilku tygodni skromny pokój, przypominam sobie też twarz starca który właśnie teraz uchyla drzwi, blask wypełnia łazienkę po brzegi, nikt nie słyszy jak głucho pęka krucha amfora serca… Anne Sexton – jesienna przejażdżka Miłość została tam gdzie nasze lato jej ogień więdnie we mnie jak płatki chińskiej róży nigdy nie rozpoznam w tobie tej drugiej srebrnookiej kobiety zrodzonej z twojego żebra, kochanka księżyca czy trutnia. Ubieram się w ciepłe futro mojej matki i wyruszam na przejażdżkę mokre włosy unoszą się jak dym przez uchylone okno samochodu, w środku półmroku jak wytresowane stado ciem które głaszcze teraz piersi kontrolek ruchomy prędkościomierz zamykam w bielmie oczu Chciałabym abyśmy jeszcze nakarmili stado dzikich łabędzi sypkim ziarnem śniegu nim oddechy otoczą nas szczelniej niż kombinezon. Pamiętaj że byliśmy tylko zziębniętymi rozbitkami dryfującymi na falach pościeli aż do pewnego poranka, dnia gdy udało się wreszcie wyjść z cyrkowej skrzyni i rozbawić widownię nasza miłość została tam gdzie nasze lato podążam pustą autostradą w mym czerwonym Cougarze włączam radio, obok na siedzeniu śmieje się pijany mrok Antoine De Saint-Exupery – długi nocny lot (1944) Chciałem pobić ten rekord Francois i w nietestowanym kombinezonie przelecieć pomiędzy palcami boga, ponad gęstą koroną drzewa wiadomości lub wyhodować najpiękniejszy ogród w okolicy. Zostałem przecież podniebnym listonoszem; w pocztowych workach pęcznieją przesyłki i listy świeże jak cięte kwiaty zwietrzałe płatki depesz, latawce schwytane ponad wzburzonym morzem wyobraźni. Dopiero tutaj oddycham naprawdę jestem pierwszym bohaterem niemego kina dzieciństwa, w długiej do stóp piżamie pośród schnących na żerdziach prześcieradeł obłoków uwolniony od grawitacji niesfornego serca i kobiet do których miałem słabość… O zmierzchu wspinam się po szczeblach konstelacji swój głos zostawiam na cynowych wałkach w ostatnim oddechu w słuchawce, bakelicie radiostacji „nie chciałem umrzeć ze starości Francois” a teraz wojna zamieniła świat w pustynię (wieża ciemności karmi go swą suchą materią) chciałbym pobić ten rekord i ożywić choćby jej mały skrawek, jedną z łodyg; niech mój czerwony dwupłatowiec zakwita jak róża w bezkresnym ogrodzie przestworzy Mariusz Tenerowicz – nauczyciel języka angielskiego i historii w Liceum w Leżajsku. Laureat wielu konkursów poetyckich m.in : K. K. Baczyńskiego, H. Poświatowskiej, M. Zegadłowicza S. Grochowiaka, G. Trakla. Drukował w m.in : „Frazie”, „Red”, „Kursywie”, „Bregarcie”, „Obszarach Przepisanych” oraz „Studium”. Autor tomów poetyckich: Fałszywy prorok (1997), Poza ciemnokrąg (2004), Sny łatwopalne (2015), Druga młodość czereśni (2022), prozy poetyckiej Wspomnienia kuglarza z krainy osiedla (2023 ). Autor tekstów zespołów: White Socks, B- 17, Fern Eyes, Patryk Mateja Band. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, niemiecki, ukraiński .
- Adam Lizakowski – Co mi powiedział Gustavus Swift?
Według socjologa Davida Niberta (1) rzeźnie w Chicago były znaczącymi potęgami gospodarczymi początku XX wieku i były „słynne z okrutnego, szybkiego zabijania i rozbierania ogromnej liczby zwierząt”. Aby to wszystko zrozumieć i lepiej sobie wyobrazić, trzeba to wszystko zobaczyć na własne oczy. Byłem tam, nie jako turysta, ale jako mieszkaniec Chicago. Poniższy opis zawiera to, co widziałem oraz co usłyszałem od profesora Dominica Pacygi (2) z Columbia College. Dominic napisał wstęp do mojej książki Chicago City of belief . (3) *** Kurz w tym mieście jest lekki pochodzi ze słońca, ale są i tacy co twierdzą, że z ziemi, z tej samej co powstał ziemski człowiek, nie tylko Gustavus Switf, złamany chuj gnębiciel robotników i emigrantów Nie myśl, że będę ci dziękował tak jak przewielebny duchowny, niezwykły zbieracz funduszy Thomas Wakefield Goodspeed (4) dziękował za to, że w pierwszym tygodniu kwietnia 1890 roku przekazałeś tysiąc dolarów na założenie Uniwersytetu Chicagowskiego a w ciągu następnych trzydziestu jeden lat rodzina twoja przekazała prawie milion dolarów dla uniwersytetu, Bardzo to podobało się okolicznym pszczołom co żyją w celibacie i są dzieworodne, co udowodnił Jan Dzierżon. Pozdrawiam cię z miejsca, gdzie nigdy nie byłeś nawet nie słyszałeś o nim w stu dwudziestą rocznicę twojej śmierci, nie myśl, że jestem wulgarny ale dla kogoś takiego jak ty z marmurowego grobowca z czterema greckimi kolumnami moje słowa są tylko dodatkiem do tego co mogłoby powiedzieć tłum twoich pracowników, których zarobki roczne razem wzięte nie pokryłyby kosztów budowy tego grobowca tak pięknego, że zapomina się o bólu umierania, a chce się krzyczeć z radości. Przeszedłeś przez życie jak krowa, wół, owca i świnia na podstawie cierpienia tych zwierząt możemy sobie wyobrazić, co myślał rzeźnik: wszystko co żyje musi być zabite i nie ma w tym żadnej mądrości. owca była zanim zrobiono swetry i kożuchy świnia była zanim robiono z jej skóry teczki krowa była zanim z jej mięsa robiono kotlety później pojawił się biznes i kasa, którą trzeba liczyć kilka razy dziennie liczyć ty pionier w wykorzystaniu produktów ubocznych pochodzenia zwierzęcego: mydła, kleju, nawozów żelatyny, szczotek do włosów, guzików rękojeści do noży oraz preparaty farmaceutyczne takie jak pepsyna i insulina skóry, tłuszczu, kości zwierząt i innych materiałów, wykorzystywanych na różne sposoby. Mięso niskiej jakości było konserwowane i przetwarzane na konserwy wieprzowe z fasolą Niczego nie marnowałeś – z zabijanego zwierzęcia nie mogłeś sprzedać jedynie jego przeraźliwego głosu: ze świni kwi, kwi, kwi z krowy długie przeraźliwe mu, mu, mu z zabijanej owcy krótkie bee, bee, bee… Pozdrawiam cię w imieniu tysięcy Polaków Słowaków i Litwinów nie tylko ciebie ale i panów z Armour & Co., Hammond & Co., and Morris & Co. W imieniu tych, którzy zmagali się z chorobami skóry albo utracili palce używając noży na przyspieszonych liniach montażowych, i tych co transportowali pięćdziesiąt kilogramowe kawałki mięsa na własnych plecach. I tych chorych na gruźlicę kaszlących nieustannie, plujących krwią na podłogę gdzie mięso do konserw i kiełbasy piętrzyły się zanim pracownicy wywieźli je na wózkach wypełnionych trocinami, ludzką śliną i moczem szczurzym odchodami, trutką na szczury a nawet martwymi szczurami Pracownicy korzystali z toalet bez mydła i wody do mycia rąk, a te były tak rzadkie, że musieli oddawać mocz w kącie, możemy sobie wyobrazić tę brzydotę, odczuć ten smród, nie był to raj, ani ziemia obiecana ale piekło w którym nędzarze karmią się zapachem krwi, doba ma dwanaście godzin pracy a mężczyźni umierają w wieku trzydziestu lat wyglądając na trzysta Nie będę dziękował ci za to, że twoja żona ufundowała stypendium im. Gustavusa F. Swifta z chemii na pamiątkę i przekazała duże sumy na wydział medyczny … nie powiem o tobie jak drogi przewielebny Thomas Wakefield Goodspeed, że byłeś "człowiekiem o wielkim bogactwie. jednak gromadzenie bogactwa nie było bynajmniej jego głównym celem w życiu nie kochał pieniędzy, lecz osiągnięcia." Kobiety zarabiające 10 centów na godzinę; pracowały sześć dni w tygodniu po dziesięć godzin. mogły zarabiać po pięć, sześć, siedem dolarów tygodniowo jeśli nie miały co zrobić z dziećmi zabierały je do pracy Dzieci zatrudniano już od szóstego roku życia. One pracowały za darmo. Pana Swifta nie należy pytać, czy zdobył bogactwo i władzę, ale, czy służył ludzkości? Pana Swifta należy również zapytać, czy służył swoim bliźnim? Jedno jest jasne: pan Swift i jego współpracownicy w najlepszy sposób, jaki do tej pory wymyślono wyświadczyli jedną nieocenioną przysługę w wyżywieniu świata. Trudno sobie wyobrazić ludzkość bez rzeźni pana Swifta. Robotnicy rzeźni mieszkali w domach blisko miejsca pracy w dzielnicach, tzw. Packingtown, które dzisiaj nazwalibyśmy slumsami, znajdowały się one obok cuchnących zagród z bydłem i czterech wielkich miejskich wysypisk śmieci, cena postępu, który nie zawsze jest piękny i pożyteczny i bądź tutaj poetą klasykiem jak klasyczny i nieprzemijający jest bród, smród i śmietniki w miejscu, gdzie ten jest dobrodziejem a nawet świętym, co daje trumny tekturowe ubogim, bo za ich życia nie zdobył się na rozdawanie kartofli i marchewki I cóż, że mieszkania pozbawione wszelkich wygód ubikacje znajdowały się na zewnątrz na podwórku z których korzystało nawet kilka rodzin Nie ubikacje były ich zmartwieniem, biedni i głodni rzadko z nich korzystają bo rzadko jedzą, ładna, dorodna kupa jest przywilejem zamożnych i bogatych zmartwieniem biednych było błoto i tłok na ulicach, wiatr odbierający ciepło mieszkań i ciał, goniący liście i śmieci po podwórkach na które przez brudne okna patrzyli lokatorzy ze zapalonymi spojówkami oczów. Zmartwieniem matek i żon, głodnych dzieci był pub z alkoholem na każdym rogu ulicy, robotnicy żyli w skrajnym ubóstwie w małych ciasnych przeludnionych mieszkaniach, przestępczość, alkoholizm przemoc domowa, gangi, gangsterzy, których niewinni ludzie powinni się bać i drżeć jak nieme zwierzęta w stadzie pędzone na rzeź powinni budzić się ze strachem, przeczuwając swój bliski i bolesny koniec, nie mówiąc o zanieczyszczeniu środowiska było codziennością. Adamie, nie pisz o tym, co wszyscy wiemy celem poezji jest dawanie przyjemności a nie ocenianie i edukacja moralna, poezja ma pomóc w życiu i ulżyć nudzie, nie musi być ani głęboka ani metafizyczna ,zastanów się nad tym zanim zaczniesz wyzywać ludzi od złamanych chujów: Pisz o tym czego nie wiemy, albo czego możemy się dowiedzieć z twojej poezji, ona ma być witalna pełna energii i siły do życia, a ty zamieniasz się w psa udającego do kości, wiem że jesteś łasy na pieniądze, nie udawaj, wiem, że za pięć dolarów goniłbyś psa z Chicago do Nowego Yorku, szkoda że nie wiem gdzie teraz mieszkasz poprosiłbym moją prawnuczkę, aby wypisała ci czek na sto tysięcy dolarów i wtedy inaczej byś śpiewał twoje zasługi dla poezji emigrantów stopniały by jak lód na słońcu, najwyższe odznaczenia nabrałyby znaczenia pustki, zupełnie innym głosem, posłuchaj tego co mówi Koheleta, syna Dawida króla w Jeruzalem: Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Warto abyś zapamiętał te słowa, to dla poetów: Mówienie jest wysiłkiem nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To , co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Pomyśl o tych słowach: Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem. *** Gustavus Franklin Swift senior (24 czerwca 1839 – 29 marca 1903) był amerykańskim przedsiębiorcą. Pod koniec XIX wieku założył na Środkowym Zachodzie imperium przetwórstwa mięsnego, którym kierował aż do śmierci. Przypisuje mu się opracowanie pierwszego praktycznego wagonu kolejowego chłodzonego lodem, który umożliwił jego firmie wysyłkę wędlin do wszystkich części kraju i za granicę, zapoczątkowując „erę taniej wołowiny”. Historia rzeźni w Chicago koncentruje się wokół Union Stock Yard, otwartego w 1865 roku i pod koniec XIX wieku będącego największym na świecie centrum pakowania mięsa. Era ta została zdefiniowana przez innowacje przemysłowe, takie jak chłodnie wagonowe, techniki taśmowe i wykorzystanie produktów ubocznych, co stworzyło potężny przemysł napędzany przez potentatów, takich jak Philip Armor i Gustavus Swift. Przydomek: Chicago zyskało przydomek „Światowy Rzeźnik Świń” (Hog Butcher for the World), ze względu na ogromną ilość przetwarzanych zwierząt. Skala przemysłowa: Zakłady pakowania stosowały metody taśmowe, które zainspirowały późniejszą linię montażową samochodów Henry'ego Forda. W 1890 roku ubój i oprawa krowy na farmie zajmowało doświadczonemu rzeźnikowi i jego pomocnikowi od ośmiu do dziesięciu godzin. W Chicago zajmowało to 35 minut. Duże zakłady uboju bydła zabijały 1500, 2500 krów dziennie. Ubijano od 6000 do 7000, a może nawet 8000 świń dziennie. I tyle samo owiec. Agenci nieruchomości sprzedawali na kredyt małe domy tym co byli „lepiej ustawieni”, lub dawali małe nadzieje, że będą w stanie spłacić kredyty przez 25 lat. Z góry wiedzieli jednak, że niewielu będzie w stanie spłacać raty z powodu zwolnień z pracy, obniżek płac lub urazów powodujących inwalidztwo. Gdy emigrant zalegał ze spłatą rat, wierzyciel hipoteczny przejmował dom, a jego byłych mieszkańców wraz z gratami wyrzucał po prostu na ulicę, malował go i sprzedawał innej rodzinie emigrantów. Swift umarł w 1903 roku firma jego była wyceniana na 125–135 milionów dolarów amerykańskich, a jej siła robocza liczyła ponad 21 000 osób. Wielkie rzeźnie Swifta zwane „The House of Swift” ubijały rocznie aż dwa miliony sztuk bydła, cztery miliony świń i dwa miliony owiec. Trzy lata po jego śmierci wartość kapitału zakładowego firmy przekroczyła 250 milionów dolarów. Dzisiaj byłoby to około 50 miliardów dolarów. Dopiero kilka lat po śmierci Swifta w Ameryce została powołana organizacja i ustawy o kontroli i jakości mięsa (Federal Meat Inspection Act). W 1906 roku to dwa przełomowe akty prawne uchwalone w celu ochrony konsumentów przed niebezpieczną żywnością i lekami. Ustawa o kontroli mięsa (Meat Inspection Act) zapewniła kontrolę sanitarną produktów mięsnych i zapobiegła sprzedaży mięsa zafałszowanego lub niewłaściwie oznakowanego. Źródła: 1. David Alan Nibert (ur. 1953) jest amerykańskim socjologiem, autorem, aktywistą i profesorem socjologii na Uniwersytecie w Wittenberdze. 2. Dominic Pacyga (ur. 1949) jest amerykańskim historykiem miejskim. W latach 1984–2017 był profesorem historii na Columbia College w Chicago. Przed objęciem stanowiska profesora pełnił funkcję zastępcy dyrektora Projektu Historycznego Południowo-Wschodniego Chicago w Columbia College w dzielnicy Steel District w Chicago. Dominic jest wnukiem polskich robotników pracujących w rzeźniach chicagowskich. Obecnie jest na emeryturze i jest kuratorem w muzeum przerobionym z zakładów gdzie mieściły się rzeźnie. Zna te miejsca doskonale, ponieważ to właśnie tutaj, w czerwcu 1948 roku, jego dziadek Stanisław Walkosz, polski imigrant, zginął w wypadku przy pracy. Młody Dominic również pracował w tych samych rzeźniach, najpierw spędzając trochę czasu przy pchaniu wózków z zabitymi zwierzętami, a następnie jako ochroniarz. W dniu zamknięcia rzeźni, 31 lipca 1971 roku, wypił mnóstwo whisky Jack Daniel's przywiezionej przez farmerów. Po uboju ponad miliarda sztuk bydła nastąpił koniec świata, który narodził się 105 lat wcześniej. 3. Chicago miasto wiary. City of belief. Wydawnictwo Książkowe IBIS. Wydanie dwujęzyczne. Warszawa (2008). Nagroda Laur Unesco 2008r. Słowo wstępne do książki wydanej w dwóch językach po angielsku i polsku napisał Dominic Pacyga. 4. Thomas Wakefield Goodspeed. (1842–1927). Duchowny, lider edukacyjny i niezwykły zbieracz funduszy. Był pomysłodawcą nowoczesnego uniwersytetu i doczekał się jego urzeczywistnienia na Uniwersytecie Chicagowskim. Urodzony w Glens Falls w stanie Nowy Jork, Goodspeed wraz z rodziną przeniósł się do Illinois w 1855 roku, po upadku firmy jego ojca, Stephena Goodspeeda. To właśnie tam Goodspeed był świadkiem jednej z debat Lincoln-Douglas. Adam Lizakowski – poeta, krytyk literacki, publicysta, tłumacz poezji amerykańskiej m.in . Walta Whitmana, Williama C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Louise Glück oraz Boba Dylana. Z języka angielskiego przełożył także ponad 50 wierszy chińskiego filozofa i poety Lao Tse oraz wiele wierszy perskiego poety z XII wieku, Rumiego. Wydał kilkanaście tomów poetyckich, m.in . Trylogię Sowiogórską, Chicago miasto nadziei, Złodzieje czereśni.
- Bogdan Nowicki – Agrafony
Agrafony. Słowa Rozbijają w słońcu porcelanę słów sprzedawcy poezji. Pieczętują każde słowo etykietką pozorów i słomianym wawrzynem. Szafarze mody pytają: Czy ten wiersz będzie mógł myśleć i oddychać, i mieć płeć? Czy będzie mógł podnieść palec, aby wezwać Stwórcę z jadłospisem? Czy będzie wierzył w życie przyszłe? Czy będzie miał przyjaciół wśród innych wierszy? Staroświeckie księgi po prababce dziejów, chore na skurcze serca, kiełkują. Poślubiwszy ziemię, tworzą płonący krzew o rozłożystych wersach, z którego wylatują pokolenia kawek: Milton, Blake, Rilke, Trakl w locie świetlistostopiórym. Dlatego zapamiętaj chwilę przyjazdu, zapach powietrza po deszczu, zapach soli, owoców parciejących na ganku w pociemniałych łubiankach. Wokół tańczą ważki w woalach z błękitu i kwietnych pyłków. Nigdy i nikt nie będzie wiedział, gdzie, kiedy, w jakich rzeczach i zdarzeniach, słowo skoszone wysycha i zamienia się w ziarno. Agrafony. Samogłoska Co dzieje się z cierpieniem, gdy znika cierpiący? Czy żyje nim zawiły język skorpiona? Przez szum aut przedziera się puls chmur, przegnany przez cztery horyzonty. Ćma, nerw źrenic: duch niskich wód, duch wysokiego nieba. Na pchlim targu wieczorne dzbany nabierają poblasku prastarych lęków zdyszanej gołębicy, kiedy ta zlatuje ku słonecznikom z gardłem ściśniętym trwogą. Za chwilę zetną ci, gwiazdo, głowę: żytem, żabą, żukiem, żółwiem, zającem, chrabąszczem. Ja, Eneasz dzisiejszy, to siny cień z sadzą włosów i z sadzą na wargach. Wersy to blizny, tatuaże, szramy. Kto zrachuje ile w zgłoskach ziarenek, siedlisk komarów, szpiku kości? Świerszczowych gęśli, łubinowych smyczków? Tylko najwierniejszy śpiewa prostą samogłoską myśli: owce bezładne, przylądki nozdrzami uczepione świtu, co na języku zostają pszennym smakiem po jęczmieniu. Agrafony. Ziarna Argonauci – niewolnicy skał podwodnych, mielizn, bliskości brzegów, ślepej latarni wykrzykników. Sczerniałe w nich lilie, zwiędłe narcyzy, wypalone świece i lampki oliwne. Nad taflą wody krzyczą żurawie. Kto kręci wrzecionem nad szumiącą trawą? A kto wygarnia ze zmierzchu popiół nietoperzy? Przez sito siana osty śpiewają – dźwięki to czułki ziemi. Pradawny mrok, bagna, strumienie, jary, gwiazdy, mgły, niby liście lip omdlewają od nadmiaru, od eskalacji lata w saturatorach. Wbijaj celnie gwóźdź w deskę – bez wymówki i blagi. Czeka cię los bez puenty, finału, potomków, podróżników; pozostaniesz w łapach Echetosa, który oślepił własną córkę, zamknął w wieży i dał jej do mielenia ziarna z brązu, obiecując, że odzyska wzrok, gdy zdoła je zemleć na mąkę. Świszczą skaczące zgłoski, co ciągle dzielą się, zrastają, z innymi pęcznieją, są lekkie jak przesycony światłem papier, zanim się staną piszczelem ręki. Agrafony. Tabliczki Dopełniacze, ściółka naszych gniazd, kołyski z wiórów, manna na pustyni, żmije jadowite z nieruchomym okiem, pole po gradobiciu. Bez nich pytajnik wygina swoją szyję, wycofuje się w ślepe stopy przypadku, w krzątaninę mrówek, w gorliwość owadów, w taniec kolibrów. Ostatni oddział ludzkości jest syty pigułek, nieme litery krzyżują się w przestrzeni, księgi są muzealnymi molami, gryzą ciszę. Kikucie tułowia chmur nad Asyżem, chroboce wiecheć zeschłego ostu, w strąkach rdzewieje deszcz, co wyciekł z rynien podniebnych. Wraki starych lokomotyw dyszą w swoim ciele, w wagonach setki wierszy przewiewa wiatr, niby piasek. Zapach poduszek, moszczu, cytrynowych albo pomarańczowych obierek, wchłania dal szyn, zawiązanych w supeł. Na blaszanych tabliczkach stacji kurz, wersy bezsenne fiołków, bzów, jaśminów, lip i akacji, egzekwie fruwających żałobników, nić i chlaśnięcie nożyczek, zamiast języka drut. Agrafony. Czyściec Nie ma żadnego piękna, żadnej pstrokacizny, żadnych krzyków, dźwięcznego brzękania słowami, skórzany kufer klucznik zamyka wśród splątanych sznurów. Wonieją baldachy kminków, dwaj chudzi święci grają w warcaby, dzień dobry sąsiadce, mówią do gęsi, która znowu nie wyczyściła z błota tanich trzewików. Ześlizguje się ze zjeżdżalni nieba i swoje krzyżyki pozostawia w wacie chmur, analfabetka wrona, gdzie na łaźnie i ubranie czeka nowy transport nagich dusz. Platon zagląda przez okno, trzyma w rękach łopatę i motykę, dziwi się, że tutaj mieszka, schodząc na dno największego garnka. Między muskułami policzkowych kości, a solidnymi zawiasami szczęk, wyplątuje się język, co chciałby coś zrobić dla zabicia czasu, ale najpierw trzeba przenicować głoski igłą kołyszącą się obłędnie w godzinie zerowej gardła. Bogdan Nowicki o sobie: Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu i malin. Wiejski pejzaż odbija się echem w mojej twórczości, przefiltrowane przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett i inni). Poezja obszaru niemieckojęzycznego i czeskiego to źródła mojej inspiracji i początki pytań o tożsamość, sens istnienia, stosunek do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Wiersze, prozę i eseje publikowałem w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.
- Jacek Sadkowski – trzy wiersze
Corpus Vitreum Dwie kłódki powiek zamkniętych na cztery spusty. Za nimi światło. Anna Świrszczyńska kiedyś nie zasypiałem w dzień nie zasypiałem znienacka gruszek w popiele ani niczego wszystkiego. a teraz niby siedzę przy przykuty do wiersza albo jem śniadanie niby piorę majtki skarpetki a miękkim raptownym błyskiem widzę że leżę jasnym południem w zagłębieniu nocy - facet z kilku smutnych piosenek piaskowy dziadek skulony skulony zziębnięty a przy tym wcale nie doskonale obojętny - płynie nade mną niebo gwiazdy srebrzyste obłoki zielone miętowo truskawkowe przezroczyste chmury niewidzialne ciepłe deszcze rozkoszne ciche dreszcze. jestem chłopcem ze ściany z ruskich bajek co to wędruje górami dolinami z wilkami niedźwiedziami albo po prostu prosto prostą ulicą kamienną z jasnym zachwytem nad żółcią nagietka pomarańczą nasturcji i ten - ach! - zapach czerwienią ranka deszczówki w balii pod rynną kurzącego się żwiru słodkiej goryczy łanów bylicy podobnej piołunowi jasnoty głuchej pokrzywie. co pachnie mocniej lepiej? żwir czy deszczówka pełna złotych żmijek komarowych larw? a potem budzę się z twarzą opartą o książkę z wierszami o gazety z krzykiem albo stary atlas grzybów. w oczach piasek żwir w ustach w oczach zamiast larw komarów mam męty znaki upłynniania ciała szklistego oka. wszystko co czyste przejrzyste zamienia się w skrzek trujących żab. kiedyś nie zasypiałem w dzień nie zasypiałem gruszek w popiele ani niczego wszystkiego. a teraz lepiej mi spać we śnie widzieć nieoczywiste światło biegnące w złotym kurzu ulicy kamiennej. nie budzić się bo po co. Yoopi Yay-Yey Yoopi Yay-Oo! Pod Gwiazdą Piołun gorzkie toczyły się rzeki. Człowiek na polu zbierał gorzki chleb. Czesław Miłosz to był bardzo ważny dzień. świat zaczynał się walić choć jeszcze nic a nic o tym nie wiedziałem - zresztą świat wali się na pysk z wielkim łomotem bezustannie. walenie się gruzów w gruzy to stan stały od zawsze. /ale wtedy nic a nic o tym nie wiedziałem/. z młodszym bratem wybiegliśmy przed dom na dziką łączkę która już wtedy była składowiskiem połamanych płyt z żelazobetonu. jak okiem sięgnąć wszędzie ostre tępo rdzewiejące stalowe pręty między łanami bylicy. już już wskakiwaliśmy w gąszcz ale z okna mama krzyknęła piotr piotr właśnie wyjęłam z pralki twoje nowe spodnie i wyobraź sobie że one puszczają niebieską farbę! masz prawdziwe dżinsy! o jezusie jak piotr się ucieszył! nie wiem czy kiedykolwiek przedtem /a i potem/ widziałem taką fontannę radości. zawróciliśmy żeby podziwiać te gacie a tam tato sprzed telewizora do nas chłopaki! myślałem że to jakaś nowa wojna bo przerwali mecz i puścili hymn a to hermaszewski poleciał w kosmos! ale numer! bardzo się ucieszyliśmy choć było to mniej warte niż spodnie blue jeans kupione na targu a nie w peweksie. a zaraz potem polak został papieżem i wszystko zlewało się w gęstą jak bylica na łące radość. przez chwilę dany nam był avalon a nawet ameryka z porucznikiem kolombo ale na chwilę bo zaczęła rządzić bylica do spółki z rdzewiejącą nienawistnie stalą betonu. nastawał ich świat. Vargtimmen Emilii niebo zamyka się deszczem tańczących sennie delfinów i latających ciemną tęczą ryb. pod nimi w falach miękko ciepłego powietrza śmigają śmigłe przecinki jerzyków. tu jest dobrze jest tu na chwilę bardziej niż całkowita wszystkość. jednak muszę wstać z ławki wychylić się poza park płonący zielonym oceanem wyjść w krzykliwą ulicę bardzo rzeczywistej oczywistości krople deszczu dziurawią chodniki bruk blachy samochodów kap kap moje kroki człap człap od niedomu. w domu /byle nie myśleć/ trzeba wrzucić się pod prysznic z lodówki wyjąć serek z szafki chleb podzielić się tym z sobą samym i tym /ja i ten drugi co to wciąż pławi się między rybami delfinami/ zasnąć obok siebie bez ciebie w ciszy. wieczór dziecka. tak. nikt nie przytulił mnie i nie przytuli nie pogłaszcze przed snem. wiem. będę teraz chłopcem i starcem jednocześnie. czas na chwilę /wtedy gdy zasypiam niezasypiam z zimnymi stopami pod fałszywie ciepłym kocem/ nie istnieje. pewnie tak powinno wyglądać sprawiedliwe niebo. prawda absolutna i cisza. Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.
- Weronika Romańska – trzy sceny z miasteczka
Letni wieczór Na tyle letni, że gdy zrobiło się ciemno, zrobiło się także późno. Na tyle ciepły, że bluza wystarczy, a cisza jest jedną z nieosiągalnych stanów istnienia. Wychodzę z pracy i siadam z kolą na rynkowej ławce. Wieczorny rytuał papierosa przed powrotem do domu. Lubię, gdy dźwięk otwieranej puszki okrąża podcieniami rynek i wraca do mnie w trochę głośniejszej, rozwlekłej wersji echa. Tym razem znane melodie zakłóca para, która bije się niedaleko studni. Bije – może być trochę na wyrost powiedziane. Kobieta z klapkiem w ręku okłada nim mężczyznę po górnych partiach pleców, barku i wyraźnie nie mogąc doskoczyć do głowy zaczyna piszczeć i wali go z jeszcze większą siłą tam, dokąd doskakuje. Mężczyzna próbuje uciec przed uderzeniami, chroni głowę własnym ramieniem i stara się odsunąć od kobiety, ale wyraźnie przeszkadza mu w tym grawitacja. Szarpanina tych dwojga przesuwa się w kierunku podcienionej kamienicy, teraz widzę ich wyraźniej na tle oświetlonej ściany. Kobieta wciąż nie mogąc dosięgnąć butem twarzy mężczyzny krzyczy przez łzy: – Spierdoliłeś mi wakacje! Wracam do domu! – odwraca się od niego, szybkim krokiem przemierza rynek, aby zniknąć w bocznej ulicy. A, czyli jednak to turyści – wnioskuję. Początkowo wydawało mi się, że pochodzą stąd, że urodzili się w tym mieście, przesiąknęli jego depresyjnym klimatem. Może chodziło jej o buty. Niewygodnie się chodzi po bruku w jednym bucie. Mogłam do niej krzyknąć, żeby ściągnęła drugiego. Przyglądam się przez jeszcze chwilę, jak mężczyzna idąc za nią chwiejnym krokiem, próbuje ją dogonić i po chwili znika w cieniu tej samej ulicy. Zza kamienicy wygląda zupełnie inny facet, o zupełnie innych ruchach i kroku. Przemierza rynek i siada na ławce obok mnie prostując nogi. Wygląda, to trochę jakby wrócił do domu i rozsiadł się na kanapie przed telewizorem. Widzę go pierwszy raz, a on bez żadnego wstępu zaczyna do mnie mówić: - Strasznie się zakochałem. Myślałem, że już nigdy mnie to nie spotka. Oboje przeszliśmy swoje. Mam dwójkę dzieci, ona też dwójkę. Są nawet w podobnym wieku. Kiedyś nawet nie pomyślałbym, że ktoś taki mógłby mi się podobać. Wy kobiety wchodzicie w średni wiek wcześniej niż mężczyźni. A i ten piskliwy głosik, drażni mnie, jak jakieś durne dzwoneczki, ale myślę wciąż o tym, że chciałbym do niej co chwila dzwonić. No i odległość. Mieszkamy w innych miastach, ale nie na tyle daleko żeby to była odległość nie do pokonania. Przyjechałem tu się zastanowić. A co pani o tym myśli? – pyta, a ja nie wiem, czy on dopiero zaczyna, czy już kończy swój monolog. Uśmiecham się tylko w odpowiedzi. – Nasze córki mają podobne imiona. Malwina i Marlena. My mamy nawet pieprzyki w tych samych miejscach. Ale jednak bardzo się boję tego związku. Co pani o tym myśli? – znów pyta. – Myślę, że rozsądnym jest nie bać się niczego. W tej samej chwili z bocznej ulicy wyłania się para, którą już widziałam. Tym razem mężczyzna trochę już żywszym krokiem przemierza rynek po przekątnej, a za nim, lekko utykając, biegnie kobieta, która nie zrezygnowała jeszcze z zamiaru przywalenia mu butem w twarz. Tym razem oboje krzyczą. Ona, żeby spierdalał, a on, aby się odpierdoliła. Zdaje się, że zmieniła buta w dłoni z lewego na prawy. Bardziej czuję niż widzę minę tego gościa, który się przysiadł. Odwracam się do niego, patrzę mu w oczy. - Mówiłam. Miłość jest bezwzględna. Chwilę zajmuje, zanim oboje zaczniemy się śmiać ze tej sceny. On zrozumiał, że gra w niej pierwszoplanową rolę, ja cieszę się, że mogłam zabłysnąć. Podoba mi się jego śmiech, brzmi prawie tak przyjemnie, jak odbity od ścian dźwięk otwieranej puszki z kolą. Zwierzątko Było to dawno temu, w czasie, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką. Pamiętam, to upalne powietrze zmieszane z żywą zielenią i choć świeciło nade mną to samo słońce, na które patrzę teraz, moja opowieść dotyka jakby innego świata. Światy pozostawiają po sobie różne pamiątki, a od tego dostałam dwa różne policzki. Ludzie przyglądający się mojej twarzy mogą takich rzeczy nie zauważać, dlatego nikt o tym nie wie. Gdy byłam dzieckiem na jednym z moich policzków coś zaczęło wyrastać. Nie, nie kwiaty! Gdyby na dziewczęcym policzku niespotykanie zaczęły rosnąć kwiaty, byłoby jeszcze pół biedy. Dziewczynki lubią kwiaty, jeśli lubią je ich mamy, a dopiero później przestają je lubić. To coś wyrastało pod skórą. Nie przeszkadzało w ogóle, nie wymagało podlewania, ani żadnej specjalnej opieki, chyba, że rosło od dziwnie pachnących maści, którymi, to coś mi smarowano. Moją dziecięcą głowę uwierała jedynie logika, bo wiadomym jest, że jeśli coś rośnie nad szyją, musi to być druga głowa i o ile kusząca była koncepcja posiadania drugiej głowy, z którą mogłabym się bawić i rozmawiać, to gdzieś jeszcze kiełkowała myśl, że ta druga głowa zniszczy tę, w której wtedy byłam. I taką mnie, pełną wątpliwości, rodzice zdecydowali się zaprowadzić do lekarza. Po lekarzu był szpital, w nim wszystko smutne i jednakowe i to tam dowiedziałam się, że to nie będzie druga głowa, tylko zwierzątko. W domu miałam już psa, drugiego psa i kota. Miałam też rower, bo w lecie jeździ się na rowerze, a nie siedzi na łóżku, i jeszcze ta zieleń za oknami szpitala różniąca się od seledynu lamperii zapachem i smakiem. I kiedy tak rozmyślałam o tym wszystkim patrząc na obdrapane szyby, wszedł mój ojciec. – Zabierz mnie stąd. Ojciec milczał. Patrzył mi tylko w oczy, więc powtórzyłam – Zabierz mnie stąd. A on przyglądał się mi i mojemu zwierzątku w milczeniu. Sprawiał wrażenie człowieka obojętnego, przez chwilę myślałam, że odmówi, aż wreszcie łagodnie powiedział "Chodź". I szliśmy najpierw przez korytarz, później przez park, a jeszcze później chodnikami miasta na przystanek i wsiedliśmy do autobusu. Ja dziewczynka w spranej piżamie, on nieprzyzwoicie wysoki. Tak uciekliśmy. Te wspólne 15 kilometrów okazało się jedną z ciekawszych dróg, jakie przemierzyłam w życiu. Kiedy już wróciliśmy, to zanim przywitałam kota, psa, drugiego psa i pluszowe miśki, wzięłam scyzoryk i poszłam do lasu. Las był niedaleko, przystanęłam na zboczu góry, ścięłam gałązkę i naostrzyłam jej koniec, po czym wbiłam ją sobie w policzek wydłubując drugą głowę-zwierzątko. Z rany kapała pomarańczowa krew i kiedy później, nie pamiętam już szczegółów, obejrzał ją lekarz, zabronił mi przez jakiś czas jeść owoców, bo w nich może być jakaś bakteria, która mi szkodzi. Minęło tyle lat, a ja wciąż nie lubię owoców, ani świeżych ani przetworzonych, bo kiedy raz od czegoś się odzwyczaisz, to przestaje ci całkiem smakować. To w tamtych czasach polubiłam surowe mięso i przestałam zwracać uwagę, jak ktoś jest ubrany. Nie oceniam nikogo po ubraniu i wyglądzie, bo możliwe jest, że ten ktoś akurat skądś ucieka, albo idzie do lasu zaostrzyć patyk, aby zrobić sobie zabieg plastyczny. Scena z wariatem Ta scena, to kwintesencja obłędu. Można go zlizywać z mokrych ścian budynków, dotykać palcami na sztachetach płotu, a później wycierać o policzki. Przykleja się z asfaltu do gumowych podeszew butów i wnika, od stóp przez szpik do głowy, aż spowszednieje. Szpic masztu kościoła przebija się przez sam środek tarczy pełnego księżyca, a gdzieś w miasteczku znajduje się do tego obrazu równoległa droga. Idzie nią wariat. W każdym takim miejscu znajduje się burmistrz i szaleniec, punkt w którym słońce wschodzi i noc chowająca się przed wschodem, jakaś dziwaczka i drzewo, a jeśli jest drzewo, to musi być i owoc. Tak wygląda autonomia wszystkich punktów na planecie. Pozorne dobro współgra z ułudą zła i ją współtworzy. Wariat krzyczy, a płuca ma zdrowe. Krzyczy, aż obraz trzęsie się w posadach. Najgorszy z obłędów, to ten którego postaci nie ukryje się w cieniu nocy. Jego głos dociera pod dachy utulonych do snu okolicznych domów. Rozchodzi się przez szpary w futrynach, kominy, rozszczelnione okna, bo szyby w nich, jak małe wyrwy w przestrzeni i łączniczki między tym co wewnątrz, a zewnątrz. Przepuszczają promienie światła i ciemność, ale jeśli na nie oddychasz, twój oddech się skrapla. Możesz na nich pisać, a to co napiszesz po drugiej stronie. Jak ze wszystkim, może być rozumiane na przekór. Para znika, pozostaje sekret linii papilarnych, które nie kłamią, tylko trzeba nauczyć się je czytać. Jedna taka potrafi podwoić wszechświat. Przez pryzmat odmienić galaktykę, odbić czas, albo zatrzymać modlitwę. W czarną przestrzeń zła wbić kryształki akwamaryn. Ciepłe światło wewnątrz musnąć zimnym i srebrnym nożykiem. Przerwać bezpieczny sen, tym którym jest się obojętnym, zdolny może być tylko szaleniec. Wybudzić wrzaskiem światło, w drżenie wprawić spokój - tak robią ci, których ktoś nie chciał słuchać, przerwał słowo w pół zdania, a ich jedynym grzechem było, to że kochali kogoś o wiele bardziej niż siebie. Na polu rośnie ziarno zasiane w złą godzinę a w człowieku kiełkuje obłęd, po to by wybić ku światłu, a potem zawiązać kłos jak jęczmień i wydać plon. - We mnie jest jakiś diabeł. Mam w sobie diabła chyba. - Ale skąd wiesz? Widziałeś go? Rozmawiałeś z nim? - Tak, tak. - I co ci powiedział? - Że da mi wszystko. Żebym poczekał, a on na pewno przyjdzie. - I przyszedł? - Tak, był wczoraj. - I co ci powiedział? - Że jeszcze muszę poczekać i znowu przyjdzie spełnić moje marzenia. – I co? Nie przyszedł? – Przyszedł – I co powiedział? – Żebym mu pożyczył dychę na bilet do Nowego Jorku. Weronika Romańska (ur. 1987) – debiutancki tom jej wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl , oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.










