top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Grzegorz Tomicki – Frenezje 

    Imageny i logogeny Po tradycyjnej nocnej rozgrzewce przy porannej dogrywce głowę mam przepełnioną różnymi trwałymi i nietrwałymi reprezentacjami umysłowymi które nie zawsze od siebie odróżniam na przykład różne fikuśne imageny przypominają mi różne fikuśne logogeny trudno się dziwić skoro nie tylko są do siebie fizycznie podobne ale też równie fikuśnie się nazywają z tym że te drugie są fikuśniejsze od pierwszych co bynajmniej nie ułatwia zadania i tak już przeciążonym procesom  poznawczym podobno nie mniej zarobione struktury mentalne radzą z sobie z tym lepiej choć nikt nie wie w jaki dokładnie sposób a nawet czy słowa „nikt” „nie wie” i „sposób” w jakimkolwiek znaczeniu nie wspominając o dokładnym są adekwatne do nieprzedstawionej wyżej czy niżej sytuacji tak że mecz między obiema reprezentacjami od niepamiętnych czasów pozostaje nierozstrzygnięty takie tradycyjne nierozstrzygające o niczym derby między słowami  a obrazami w których od czasu do czasu biorą udział mniej rozgarnięci poeci czemu trudno się dziwić skoro przeciwnie niż w przypadku imagenów przetwarzanie logogenów dokonuje się w wolnym tempie i szeregowo co wynika z samej natury języka i z samej natury poetów w ten sposób niczego wartościowego się nie wygrywa aczkolwiek mecz między obiema reprezentacjami zasadniczo dlatego pozostaje nierozstrzygnięty że odbywa się na dwóch różnych boiskach w różnych przestrzeniach  bycia przetwarzających informacje podmiotów poeci zaś biegają po murawie trzeciego pola rywalizacji jeszcze mniej przedstawionego niż tamte nieprzedstawione w żaden dający się ująć w funkcjonalną strukturę sposób o ile coś takiego realnie istnieje nie zmienia to faktu że od rana głowę mam przepełnioną powiedziałbym nawet że przeciążoną całkiem sporą ilością imion umiarkowaną ilością twarzy oraz kilkoma zaledwie ciałami jako bytami złożonymi z obrazów  i słów tylko akcydentalnie z których żadne nie jest w tej chwili faktycznie obecne ani tym bardziej gotowe ze mną obcować co wynika z samej natury procesów życia tak się bowiem mało fortunnie składa że od jakiegoś czasu gramy w innych drużynach a więc w zasadzie nie musiałbym o nie dbać ani się o nie starać nie musiałbym ale dbam nie musiałbym ale się staram nie musiałbym ale muszę kogoś poza sobą muszę przecież reprezentować. Ekspozycja in vivo  Ekspozycję czyli zamierzony kontakt między tobą a obiektami które cię przerażają można prowadzić na wiele sposobów na przykład bezpośrednie kontaktowanie się z wyzwalaczem strachu nazywamy ekspozycją rzeczywistą czyli in vivo  mierzysz się z tym co cię przeraża w prawdziwym życiu na przykład jeśli obawiasz się zanieczyszczenia ekscytacją możesz utworzyć następującą hierarchię etapów in vivo  etap pierwszy przebywasz w tym samym pomieszczeniu w odległości kilku metrów  od czynnika zanieczyszczającego ekscytacją nie sięgając po kompulsje etap drugi stoisz obok czynnika zanieczyszczającego ekscytacją w najbliższej odległości etap trzeci dotykasz obiektu neutralnego który znajduje się obok czynnika zanieczyszczającego ekscytacją etap czwarty dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją przez ochronną barierę na przykład papierową chusteczkę lub lateksową prezerwatywę etap piąty dotykasz zanieczyszczonej bariery z poprzedniej ekspozycji jeśli czujesz się  bezpiecznie możesz ją także powąchać albo polizać etap szósty dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją bezpośrednio jednym palcem etap siódmy dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją bezpośrednio całą dłonią czyli nie tylko pięcioma palcami etap ósmy dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją bezpośrednio innymi częściami swojego ciała dochodzisz do punktu krytycznej ekscytacji i wychodzisz z punktu krytycznego bez widocznego urazu jeśli czujesz się  bezpiecznie powtarzasz tę operację dowolną ilość razy przewidzianą w terapeutycznej instrukcji etap dziewiąty dokonujesz krzyżowego zanieczyszczenia obiektów znajdujących się wśród twoich rzeczy osobistych takich jak intymne wspomnienia erotyczne flashbacki czy powidoki zmarłych tak zwane communio sanctorum  etap dziesiąty uczestniczysz w czystych czynnościach z zanieczyszczonymi ekscytacją rękami na przykład w odmawianiu godzinek lub przyzwalaniu na zastępcze kompulsje jeśli czujesz się  bezpiecznie po jakimś czasie wracasz do pomieszczenia z czynnikiem zanieczyszczającym ekscytacją jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że w pomieszczeniu nie ma czynnika zanieczyszczającego ekscytacją jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że to nie jest to pomieszczenie jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że takie pomieszczenie nie istnieje jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że bezpieczeństwo nie istnieje jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że niebezpieczeństwo  także nie istnieje jeśli nie czujesz się ani bezpiecznie ani niebezpiecznie konstatujesz że nie istniejesz jeśli czujesz że nie funkcjonujesz w znanym ci sensie że nie żyjesz jak dawniej że wyszedłeś z siebie konstatujesz że jesteś bliżej czynnika zanieczyszczającego ekscytacją niż kiedykolwiek przedtem kiedy ekspozycja in vivo  dobiega końca ostatecznie czujesz się czysty niczego nie można o tobie powiedzieć wymykasz się wszelkim instrukcjom ekspozycjom i konstatacjom stajesz się krystaliczną ekscytacją  bez egzystencjalnych zanieczyszczeń. Efekt muzeum  W dzisiejszym badaniu prowadzonym w paradygmacie skaningu umysłowego z mapą muzeum jako zapamiętywanym obiektem przechadzałem się po budynku składającym się z 10 pokoi w których rozmieszczono 24 obrazy znanych mistrzów zob. ryc. z których jednego wprawdzie osobiście nie znałem choć mogę się mylić może znałem lecz zapomniałem robię tak całe życie chodziło o to żeby pokonać dystans między jednym zapamiętanym obrazem a drugim z których jeden był zawsze  punktem fiksacji czymś o czym się nie można zapomnieć choćby waliło się całe muzeum przy czym nie chodziło o fiksację na samych mistrzach ani tym bardziej na samych obrazach mistrzowie i ich obrazy robili bowiem za przykładowe obiekty badawcze które interesowały może kogo innego na pewno nie mnie ja się zafiksowałem akurat na mistrzach i na obrazach robię tak całe życie staję okoniem daję przykład jak nie robić użytkowego przykładu z rzeczy wzniosłych i czystych choćby rzadko  dotyczyło to właśnie sztuki a zatem najpierw zapamiętywałem plan pomieszczeń a następnie w zupełnych ciemnościach odnajdywałem zapamiętany obraz w zapamiętanym pomieszczeniu wychodziłem z zapamiętanego pomieszczenia przechodziłem przez dwa inne zapamiętane pomieszczenia i w kolejnym zapamiętanym pomieszczeniu w zapamiętaniu odnajdowałem inny zapamiętany obraz taka była eksperymentalna instrukcja jak na moje zasoby mentalne dość ekstremalna ale jakoś mi szło pokonywałem  akurat dystans między Warholem a Boschem których zapamiętałem jako Warhol van Bosch całe życie tak robię kojarzę przeciwieństwa przez kontaminację tak tworzę w umyśle mapę rzeczy nowych i dziwnych jak dotąd się nie zawiodłem otóż kiedy pokonywałem dystans między przykładowym Warholem a zapamiętanym z dzieciństwa Boschem usłyszałem coś jakby chichot charkot czy szelest Vincenta oraz innych rogatych dusz rozmieszczonych na mapie muzeum jak karciane figury na zmacerowanym stole  pełnym wykwintnego jedzenia w postaci martwej natury przez co dystansu między obrazami znanych mistrzów ostatecznie nie pokonałem całe życie tak robię daję się pokonać nieusuwalnym dystansom wobec których odczuwam duży respekt oraz całkiem sporo pokory jak na moje zasoby emocjonalne całe życie tak robię ze wszystkim przesadzam tak czy inaczej będący obiektem manipulacji dystans kategorialny za sprawą werbalnych rotacji przekształcił się w dystans kategoryczny nie wiem może taki był zamysł  badawczy aby mnie tym krytycznie skołować nie zmienia to faktu że bez względu na wynik eksperymentu moje fundamentalne punkty fiksacji znajdowały się zawsze poza mapami badanych obiektów poza pomieszczeniami muzeów poza zasięgiem wyciągających się po nie rąk robię tak całe życie zawsze wyskakuję z łapami przez co całe życie się gubię w rachubach pamięci zdany wyłącznie na przygodne epifenomeny realnie nieistniejące i z gruntu niesamodzielne zdarzenia mentalne cudownie wyobrażone artefakty o prostych  choć tajemniczych przebiegach na koniec przypominam sobie że słowa i etykiety werbalne bardzo rzadko odzwierciedlają brzmieniowo reprezentowane obiekty taki mają mankament wyjątkiem są onomatopeje dźwiękowo podobne do oznaczanej rzeczy albo czynności na przykład chichot charczenie  czy szelest  przez co czuję się cokolwiek ukontentowany aczkolwiek i skonfundowany robię tak całe życie pokonuję dystans w przerwach między jego cyklami między jego epicentrami między jego  połamanymi żebrami mam do tego nieokiełznany talent. Grzegorz Tomicki  (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów  (1998), Zajęcia  (2001), Pocztówki legnickie  (2015), Być jak John Irving  (2017), Konie Apokalipsy  (2021), Piekło jest wszędzie  (2023), Sto kilo kości  (2023), Liryka drogi  (2024) oraz monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego  (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.

  • Bogdan Nowicki – Fobie

    1. miń zapadnięte szopy, za którymi płaskowyż, łąki, bagna i stawy. ludzie wykopują tu klocki torfu, co suszy się spiętrzony od czwartej godziny rano. kto chce się przecisnąć przez wrota skrzypiące bólem, o wiele za wąskie dla ciała? na domiar świeżo bielone między farbującymi ścianami dyszy pośpiesznie przez zaciśniętą krtań. matki w kuchniach wydrapią hafty z połatanych koszul. synowie polegli na kolejnej wojnie. upłynął już kawałek czasu w szklance bez herbaty. wszędzie cisza, nie ma stworzeń. pozostały tylko barwy: żyto żółte, jęczmień biały, owies zielony, maki liliowe. na polu kwitną kartofle - zaszyfrowane wiersze Drogi Mlecznej. 2. droga uparła się być drogą. śpi zwinięta na mojej piersi jak tobołek. złapię na niej autobus. śmiech między wodą a mgłą. brzegi nadają się do motania historii. nurt przesuwa się pod drzewami. zapaliły się latarki wędkarzy. to znów woda na młyn. kiedy dni wdowieją od główki szpilki w oku. w sklepie kradziono skrzynie ze świecami z parafiny i z wosku. kobiety odczesują włos ze skroni. wychodzą na drogę boso albo pończochach z wełny czarnej owcy. płaczą za dużo, z twarzami wciśniętymi w poduszkę. srebrny miesiąc obwąchał niemal wszystkie begonie. zmarszczone są ręce praczek. świętość jawi się w krótkim kaszlnięciu, zatopionym w szemraniu wody i szumie situ. matka zzuła sandały , żeby lepiej czuć ryby pod stopami. święta. strużka, strużyna, droga moja, z rannymi, z dziećmi, kociętami, kurami, świeżo wykłutymi kurczętami w kieszeniach…. 3. okołoziemskie satelity otrzymują coraz więcej sygnałów od obcych cywilizacji – są to ciemnobrunatne i błękitno zielone tony, przez które prześwieca wygwieżdżone niebo. nad pustynią Atakama w Chile dźwięki mają korzenie grube i gruzłowate, inne są jak garść prosa, które rozsiał kosmiczny wiatr. w wyludnionym siole Podpłomki zauważono dziwne zjawisko: ze starej, uschniętej gruszy zaczęły spadać okrągłe gruszeczki, twarde niby kamienie. dawniej je zbieraliśmy w kosze od bielizny – wyznaje wiekowa babuszka Iwa – skakały po naszych plecach. były kanarkowego koloru, skórkę miały cieniutką, pestki drobne i czarne. grusza, wioskowy fetysz w samym środku tej wioski, na koniec pokryła się kolcami. sonda „Lewis Carroll” od wielu lat mknie na spotkanie tego, co pobrzękuje we wszechświecie. drzewo nie ma już pnia, to mizerny ogryzek, garść szczerzących się pestek – wieczorem wraca parowcem pod moją poduszkę. 4. pył Sahary pokrył uliczki Sieny. rybacy wyciągają z sieci coraz więcej światła laptopów. zgarbione pytajniki zamieniają się w wykrzykniki. zamiast głaskać sierść zwierzęcia głaszcze się karoserię hybrydowej Toyoty. grotołazi stukają prętami w oniryczne stalaktyty. potem rozwożą drinki do przydrożnych barów, z których nie ma wyjścia dla żadnych dźwięków. sylaby w myślach to już tylko porozrzucane puzzle. trawka na lęk, śmiech bez przyczyny. bezpióre gołębie publicznie kładą puder na zmarszczki. zapinają wieczór na ostatni haft sukni. satelita obrósł wilczą skórą, daremnie, skoro nawet lunatycy puszczają go z torbami. autotrofie, cytaty wyrwane z kontekstu, dżiny, gruczoły, inhalacje. zarośnięte wodorostami wanny, w jakich buszują wioślarze pirog. lingwiści syci pigułek i korzennych przypraw w starym słowniku nie wytłoczą soku w wydrążonym drzewcu dzidy. 5. trochę się wyświechtało, trochę wygwizdało, trochę posiwiało niebo, ale to wysoko wśród strzelistych wieżowców, gdzie wiatr sieje mak. zewsząd buczenie modlitw, ciężarków uwiązanych do sznurka, jak w chowance, cieplej, cieplej, a więc niedobrze szukać gdzieś w głębi siebie. spocone szyby aut, zjeżdżających po rozkwitającym zboczu bólu głowy, a nawet chorób nerwowych, pękają w korku. reflektory regularnie penetrują, niby gongi wpuszczone w ciemność, klatki schodowe o wyraźnej biografii lamperii. buszuje tutaj samospełniająca się przepowiednia zachlapana przez spray, sczerniała od płomienia zapalniczki, zdarta paznokciem, nawet wyszorowana ryżową szczotką jest trwalsza od wiersza, bo przebita na wylot dygocącej dłoni gwoździem. 6. furorę robią domy na przymiarkę, takie z samymi zamkami, bez guzików. łatwo je złożyć i schować w walizce. albo pod bezsenności listwą. cyferki, jak pyszczki otwarte karpi, już niczego nie liczą. za dużo wszechświatów, rozlewisk bagiennych, uliczek ślepych, ciosów od tyłu. spacer w plenerze to nie byle gratka, powiewają fartuchy Hesperyd, unosi się cieniutki, ale wszechobecny zapach jabłek zamiast chloroformu. w lunetach widać machających pilotów, strzegących wełny chmur. a stary aktor, jeszcze z filmów niemych, myje się, goli i sam wkłada skarpetki. to są takie bajery, przechodzą w błękit, a potem gasną. do najstarszych należy deszczu kancjonał, kiedy w sieni rośnie śniedź w zasłuchanym lustrze, krochmalona koszula wysycha na blachę i spada z karku, odsłaniając tatuaże ryb, ptaków, węży w sieci skóry. Bogdan Nowicki o sobie: Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu, jeżyn i malin. Wchłonąłem tę aurę w siebie, stąd moja głęboka wrażliwość na naturę i wiejski pejzaż. Echem odbija się on w mojej twórczości, oczywiście przefiltrowany przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne: odejście bliskich, nieodwracalność losu. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury – do najważniejszych z nich należą: Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett, Emil Cioran, Albert Camus, Juan Rulfo, Jorge Luis Borges, Malcolm Lowry. Ponadto poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego. To źródła mojej inspiracji, i początki pytań: o tożsamość, sens istnienia, transcendencję, wyrażanie niewyrażalnego, stosunek ja do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Piszę nie tylko wiersze, ale także prozę, eseje. Publikowałem m.in. w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

  • Roman Honet – cztery wiersze

    płatki na asfalcie najkrótszy dzień w roku ma twoje ręce i głos twój, kiedyś zapisany we mnie. tutaj   ludzie zachodu leżą na ulicach, rysują  kredą płatki na asfalcie, białe hasło: pokój. jeśli nadepną na mysz, ogłaszają –  znaleźliśmy fortepian paderewskiego, śmieciarze zaglądają do worków  i ostrzegają – zapłacicie wszyscy, musicie zapracować na to, aby mieć   zeroemisyjne domy, zeroemisyjny transport  i zeroemisyjny śnieg. tutaj, wieczorem, myślę – te białe płatki nie przeżyją zimy.  znikną, wcześniej czy później.  myślę – tak jak ty szept pobożnej zofii  wczoraj, w kwietniową niedzielę, w telewizji  pokazywano grób papieża franciszka. miserere  może warto by zmówić, myślałem,  dla dostarczenia pokarmu wiedźmom watykańskim.  i zaśpiewałem: sylwester polsatu,  polską koronowanie, wsią otyłą, skąpą. i zaśpiewałem: życie – wracające. i zaśpiewałem: wraca w przedrzeźnianiu. miserere dominus, canis mortuus est i ty przebiegłeś, zagłuszyłeś mnie,  szepcie pobożnej zofii – grób jak grób, kontrolerzy czystości powietrza, pomysłodawcy  robaczego postu, bełkoczący o rtęci i płonącej ziemi,   może nad wami warto zmówić miserere,  ponieważ wasze zawodzenie tutaj   najpierw staje się zimnem,  zaraz później kamieniem.  później wstydem, tchórze  palec na obradach Piotrowi Chruścielowi zapach dymu czarnego, towarzyszą mu    larwy z kolcami rosnącymi w środku,   ludzie, z których zamiast krwi leją się gwoździe – wyznawcy mszy łacińskiej,  trwa dłużej niż białego i bicie w dzwony, mundus sensescit – świat starzeje się. i on, on także, zwabiła  go czerń, wąż mieszkający wokół własnej osi, przybył ze wschodu, krojąc sobą chleb,  wpełzł do galerii handlowej i szeptał  tam pieśń żałobną, a słowa tej pieśni były następujące – tam, skąd pochodzę, po życiu  nie zostaje dym, astro-naziści  wbiegający zza wielkiego pieca, goniący  za gwiazdami, za dystrybutorami na obsikanej stacji benzynowej, wasze sądy tutaj są nudniejsze niż starość, obieranie ziemniaków   dla jednej osoby, słomiana  śmierć – w łóżku. mój jeden palec świadczy o tym  krople mussoliniego dla Wojciecha Muchy przecież miało nas nie być, tak brzmiała nazwa choroby (objawy pożądane: zamykanie mordy i trzymanie jej zamkniętej zawsze). uzdrawiały z niej  krople mussoliniego. przyszło nam wskazywanie trasy dziwkom hotelowym (prosto! pięknie proszę ), pokoje,  w których tarzali się funkcjonariusze, troska o transport –  wódki, narkotyków, pizzy. sami podarowali – worek ziemniaków   dla umierającego staruszka w hospicjum, tyranie dla rozwoju fabryki tekstyliów cyfrowych, dlatego łykaliśmy      krople mussoliniego. receptura:  pchła przechowana w butelce ze spirytusem, wczoraj wściekłość – dziś pamięć, trzeba je wymieszać Roman Honet  (ur. 1974) – poeta, wydał dziewięć tomów wierszy, ostatnio pamięć niczyja, ciało moje  (2024), oraz dwa wybory wierszy: moja  (2008) i rozmowa trwa dalej  (2016). Redaktor antologii Poeci na nowy wiek  (2010), współredaktor Antologii nowej poezji polskiej 1990-2000 (2004). Laureat Nagrody im. Wisławy Szymborskiej 2015 za tom świat był mój . Tłumaczony między innymi na czeski, hiszpański, litewski, niemiecki, norweski, słoweński, angielski. W 2026 roku ukaże się tom dziecko w żółci –wiersze zebrane .

  • Anna Podczaszy – wiersze

    Genius loci Tu jest dzisiaj absolutnie magicznie, żałuj, że cię nie ma, zwłaszcza że liście – te na górze i te, które już zeszły na ziemię, przestają szemrzeć, a cała krew tego miejsca, (kiedy tak leżę i patrzę w gwiazdę), przesiąka przeze mnie w mój pobladły padół. Leżę i słucham ciebie, nareszcie nie krzyczę, choć brak, którego żadna magia nie wypełni, ma mnie w posiadaniu. Nie widzę tu wyjścia/wejścia, chociaż słyszę, jak dobijają się: magia, gwiazdy i szum autostrady. Leżę, i widzę, co spływa, i nie mam złudzeń. Tak zostanie. Mówisz. Imię Nazywają mnie Gienek, a ty co? Też mam imię, ja na to, i punkt dla mnie, myślę. Chciałabyś, drwi. Nie wierzyłaś we mnie, patrzy na mnie z wyrzutem. Miałam swoje wątpliwości, ale kto ich nie ma? Pytam. Są tacy, niestety, kiwa w zamyśleniu głową. No to jak tam cię zwą? Trochę Nie pamiętam, ale zapewniam, że leżę, skrzywiona czasem i ciosem, nic więcej nie umiem, a chciałabym trochę mniej. Gwiazdka I co jeszcze byś chciała? Pyta z przekąsem. Gwiazdki z nieba? Skąd, mówię, dostałam na urodziny. Wyraźnie zbiłaś mnie z tropu, narzeka, coś ty taka dzisiaj niedobra? Chciałem być hojny, rzucić ci sznur gwiazd i niebo do stóp. Weź przestań, żacham się, jeszcze nie ustaliliśmy priorytetów, a ty już mi łżesz. Wzrost To jak ci dali w końcu? Ambrozja? Amnezja? Dobrze byłoby wiedzieć, zgadzam się, ale urodziłam się pod złą gwiazdą i ponoć przyznano mi tylko wzrost. Uuuu, to bolesne, współczuje. O? Pytam. Czemu tak myślisz? Boli mnie nadmiar i boli mnie brak, choć możliwe, że na odwrót, lub nie mieszczę się w statystycznym błędzie. (Nie jest pewne, które z nas to mówi). Afazja? Apatia? Anomalia? Ameba? Kwas Co ty tak z tym A? Pyta. Skąd mam wiedzieć, co ja, Alfa jestem jakaś, czy Omega? Odpowiadam, sącząc krew. Nie, kwas. Nie, łzy. Szkarłatne łzy, których akurat nie wylałeś, gdy dotykałam cię na koniec. Było ci zimno, poprosiłam pielęgniarkę o koc. Zmęczona i zła, nie wierzyłam, że idziesz na śmierć. Tyle razy ją, Chryste, oszukałeś, to jak miałam wierzyć? Boże! Gdybym wierzyła, to wtedy bym cię poprosiła – chociaż ty pamiętaj, a ja się odwrócę. Kara Powiedz mi, błagam, ale on milczy za karę. Noś sobie to gówno teraz, mówi mi zimno. Dobrze ci tak! Nie, nie jest mi dobrze, tłumaczę. Idiotka, prycha, o czym z tobą gadać? Tak brzmi moje imię? Idiotka? Też ładnie, wołam z nadzieją, ale on przewraca oczami i powtarza: Idiotka. Nie wiem, czy mogę mu wierzyć, choć chciałabym bardzo. Wiara Ale moja wiara nie jest kwestią chcenia czy bardzo. Gra Czyżby? Wątpi. A widzisz, sam też nie jesteś pewny, ja mu na to. Nie zwalaj na mnie, cwaniaro, nie o mnie teraz mowa. Ale, owszem, mam wątpliwości dotyczące twojej konstrukcji i umocowania. Jakie znasz węzły i chwyty? Ile drew przeciosałaś w zręb? Ile narosło ci punktów w Grze? A ja - ile mam? Denerwuje się, nagle, nie wiedzieć czemu, spłoszony. Uspokój się, mówię, dla mnie i tak tu jest pięknie. Anna Podczaszy (ur. 1972) – autorka kilku książek poetyckich wydanych przez Biuro Literackie. Jej teksty opublikowano również w kilkunastu antologiach. Za tomik danc nominowana do Nagrody Nike 2001. Autorka tekstów piosenek zespołu HuRaban. Współpracuje z legnickim Teatrem Modrzejewskiej. Na podstawie jej wierszy powstał pieśniodramat Spójrz na nią (2019). Autorka monodramu Zapowiada się ładny dzień (2022). Wkrótce ukaże się jej tomik Tu . Mieszka i pracuje w Legnicy.

  • Farah Chamma – Jak Liban

    Jak Liban Kochać cię to znaczy Liban  - Te morze góry te cedrowe drzewa Religijne sekty wschodni zachodni Bejrut Syryjczycy Palestyńczycy urodzeni w Hajfie Uznani za Libańczyków „Fenicjanie” Egipcjanie mówiący po libijsku  Szczęśliwi hippisi njuejdżowcy w Chouwen Naburmuszeni kupujący w Solidere Balkony z widokiem na Hamrę Stare domy zamienione w sklepy z tytoniem Na ulicach zapomniane śmiecie  Deszcz próbujący umyć miasto  Widok z Bajt Miri Mankosza z małego  kiosku Um Jeana kocham cię; cztery miliony ludzi są we mnie i czternaście milionów więcej  na zewnątrz.  przełożył Krzysztof Katkowski Farah Chamma  – palestyńska poetka i performerka znana z poetyckich wystąpień, w których łączy słowo mówione, interpretację i muzykę na żywo. Ukończyła filozofię i socjologię na paryskiej Sorbonie. W lutym 2021 roku wraz z brazylijskim producentem muzycznym LIEV stworzyła duet Chamæleon, który łączy recytację poezji i muzykę elektroniczną. Pisze nie tylko po arabsku, ale również po angielsku i francusku.

  • Olga Orozco – trzy wiersze

    Oto twoje wspomnienia Oto twoje wspomnienia: ten lekki pył fiołków bez sensu opadający na zapomniane daty; twe imię, uparte imię, które porzuciło twą dłoń wśród kamieni; znajome drzewo, jego zawsze zielony szmer za szybą; moje dzieciństwo, tak odległe, w tym samym ogrodzie, gdzie trawa wciąż śpiewa i gdzie tak często twoja głowa spoczywała nagle przy mnie pośród zarośli cienia.  Wszystko jest zawsze takie samo. Kiedy znów wołamy, jak teraz, przy odległym murze: wszystko jest zawsze takie samo. Oto twoje królestwo, blady młodzieńcze: wilgotna równina dla twych skrytych stóp, szorstkość ostu, wspomnienie szronu o poranku, dawne legendy, ziemia, na której się urodziliśmy z identyczną mgłą nad płaczem. — Pamiętasz śnieg? To już tak dawno! Jak bardzo urosły od tego czasu twoje włosy! A jednak wciąż nosisz jego efemeryczne kwiaty na piersi a twe czoło pochyla się pod tym samym niebem tak olśniewającym i jasnym. Dlaczego miałbyś powrócić, niczym bóg do swego świata, w towarzystwie krajobrazu, który pokochałam? Czy wciąż pamiętasz tamten śnieg? Jakże samotny będzie dziś, za tymi bezużytecznymi ścianami, twój dom z żelaza i kwiatów! Porzucona, jego młodość o kształcie twego ciała, zatęskni teraz za twym zbyt upartym milczeniem, twą skórą, opustoszałą niczym kraj odwiedzany tylko przez popielate płatki kwiatów po po tylu latach patrzenia na niekończącą się cierpliwość mrówki pośród jej samotnych ruin. Czekaj, czekaj, serce moje: to nie zimne oblicze straszliwego śniegu ani niedawnego snu. Jeszcze raz, jeszcze raz, serce moje: niedwuznaczny szelest piasku przy furtce, wołanie babci, ta sama samotność, niekłamana, i ten długi los patrzenia na swe dłonie, aż po starość. Wróć, gdy deszcz Siostry powietrza i chłodu, siostry moje: jakaż to pieśń, co rozciąga się po gałęziach i toczy po szkle? Jakaż to pieśń, którą zgubiłam, a która krąży na wietrze i na nowo powraca? To było daleko, bardzo daleko, w pierwszych brzaskach ogrodu strzeżonego przez anioły i pokrzywy. Śpiewałyśmy na wieki tę pieśń. Wyśpiewywałyśmy nasze przymierze aż po dziejów kres.  To było bardzo dawno temu, siostro ciszy i księżyca. To było w twojej młodości i moim najwcześniejszym dzieciństwie, kiedy ledwo co zajrzałaś w kręte wody miłości, które prędko cię pochwyciły, i wciąż przebierałaś się, żerując na naszej naiwności, w panoptikum zjaw:  duch panny młodej, zbłąkana dusza lub szalona żebraczka; lecz już następnego dnia byłaś spokojem i dotykiem traw.  Kiedy odeszłaś, zabrakło w pieśni błękitu kryształu. To było bardzo dawno temu, siostro przygód i słońca. Byłam najmłodsza i podążałam za twoimi krokami przez zaczarowane miejsca, gdzie skarby ukryto w trzech ziarnkach soli, zardzewiałe oko zamka, by spoglądać w przyszłość piękniejszą, a zakopane lustro nosiło słowo najwyższej mocy. To ty wymyślałaś zabawy, pokusy i nieposłuszeństwa. Tyle było lat wspólnych spotkań i pożegnań, że pieśń rozpadła się na kawałki, gdy twoja dłoń puściła moją.  Siostry podmuchu i drżenia, moje siostry, słyszę wasz śpiew z gęstwin mej opuszczonej nocy. Wiem, że powracacie, by sprzeciwić się mej samotności, by wypełnić pakt podpisany naszą krwią aż po dziejów kres, aż znów dokończymy pieśń. Dzień, by nie być Odejdź, przeklęty dniu; ukryj pod powiekami z gipsu swe wilcze spojrzenie, które lepiej mnie zapomina; stąpaj po mnie swym dzikim krokiem, udając pustynię między głodem a pragnieniem, by wszyscy uwierzyli, że mnie nie ma, że jestem znakiem pożegnania na kamieniach; zamknij na oścież, z dala ode mnie, swe szczęki bez okrucieństwa i bez miłosierdzia, jakbym już była odporna, jakbym bezwstydnie mogła już przymierzać gesty innych osób; i połóż się spać, pod ślepym płótnem wieków, sen, w którym wrzucasz mnie z wczoraj do jutra:  ten szron, przebiegający mi po twarzy. A jednak muszę przybyć z tobą A jednak musisz zmartwychwstać ze mną pośród umarłych. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Olga Nilda Gugliotta Orozco (1920–1999) – argentyńska poetka, laureatka Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances.

  • Catherine Coy – wiersz  

    Modlitwa za przedmieścia  Niechaj będą bezpieczni jak ich domy w szeregu jak ludzie czekający, aż coś się w końcu wydarzy. Niechaj będą jak puste pudła Bardziej ciaśni niż karton na mleko. Niechaj zachowają dla siebie ten kawałek trawnika Między chodnikiem i krawężnikiem skrawek przestrzeni by oddychać, ale tylko tyle by odseparować to co wzięli na kredyt od tego, czego pilnuje miasto. Niechaj im będzie dane zachwycać się swoim adresem uliczek nazwanych ku czci drzew i kwiatów albo kobiet. Niechaj pamiętają wszystko wszystkim ale nie odezwą się słowem. Oby ich drzwi frontowe puchły i kurczyły się od zmian pogody.  Niech się zamkną.      przełożył Jerzy Bartonezz fot. Bill Owens Catherine Coy – po studiach magisterskich na Uniwersytecie Columbia w 1997 roku objęła stanowisko dyrektorki programu Poets House, poprzedzone dwuletnim wolontariatem i pracą asystencką. Do Nowego Jorku przeprowadziła się z Chicago, mając już tytuł licencjata z języka angielskiego uzyskany na Uniwersytecie Chicagowskim. Jej wiersze ukazały się w „The Paris Review”.

  • Alejandra Pizarnik – pięć wierszy

    Noc Niewiele wiem o nocy, ale noc wydaje się wiedzieć o mnie, więcej nawet, wspiera, jakby mnie kochała, okrywa moją świadomość swymi gwiazdami. Być może noc to życie a słońce — śmierć. Być może noc to nic i domysły o niej to nic i istoty ją zamieszkujące to nic. Być może tylko słowa istnieją naprawdę w olbrzymiej pustce wieków drapiących naszą duszę wspomnieniami.  Lecz noc musi znać niedolę pijącą z naszej krwi i naszych idei. Musi rzucać nienawiść w nasze spojrzenia wiedząc, że są pełne interesów, rozczarowań. Ale zdarza się, że słyszę, jak noc płacze w moich kościach. Jej ogromna łza majaczy i krzyczy, że coś odeszło na zawsze. Kiedyś znów będziemy sobą. Kochankowie kwiat niedaleko nocy moje nieme ciało otwiera się na delikatną pilność rosy Ostatnia niewinność Odejść ciałem i duszą odejść.  Odejść pozbyć się spojrzeń ciążących kamieni śpiących w gardle. Muszę odejść dość już bezwładu pod słońcem dość już oszołomionej krwi dość już kolejki do śmierci.  Muszę odejść Na co więc czekasz, podróżniczko! W oczekiwaniu na ciemność Ta chwila, której się nie zapomina Tak pusta, gdy zwrócona przez cienie Tak pusta, gdy odrzucona przez zegary Ta biedna chwila przygarnięta przez moją czułość Naga naga z krwi ze skrzydeł Bez oczu, by pamiętać dawne lęki Bez ust, by zbierać sok przemocy zgubionej w śpiewie lodowych dzwonnic.  Ochroń ją ślepa dziewczynko duszy Połóż na niej swe oszronione ogniem włosy Otul ją mały posągu przerażenia Wskaż jej świat w konwulsjach u twych stóp U twych stóp, gdzie umierają jaskółki Drżące z przerażenia przed przyszłością Powiedz jej, że westchnienia morza  Zwilżają jedyne słowa Dla których warto żyć. Ale ta chwila spocona nicością Skulona w jaskini przeznaczenia Bez rąk, by powiedzieć nigdy Bez rąk, by wręczyć motyle Martwym dzieciom. Przebudzenie Dla Leóna Ostrova Panie Klatka stała się ptakiem i odleciała a moje serce oszalało bo wyje do śmierci i uśmiecha się za wiatrem do mych majaczeń Cóż pocznę ze strachem Cóż pocznę ze strachem Już nie tańczy światło w moim uśmiechu ani pory roku nie palą gołębi w moich myślach Moje ręce się obnażyły i odeszły tam, gdzie śmierć uczy umarłych, jak żyć Panie Powietrze karze moją istotę Za powietrzem są potwory które piją moją krew To katastrofa To godzina pustki niepustej To chwila, by zasznurować usta usłyszeć krzyk potępionych kontemplować każde z mych imion powieszonych w nicości. Panie Mam dwadzieścia lat Moje oczy również mają dwadzieścia lat a jednak nic nie mówią. Panie Dopełniłam swego życia w jednej chwili Ostatnia niewinność wybuchła Teraz jest nigdy albo wcale, albo po prostu było Jak to jest, że nie popełniam samobójstwa przed lustrem i nie znikam, by pojawić się na powrót w morzu gdzie czekałby na mnie wielki statek z zapalonymi reflektorami? Jak to jest, że nie wyjmuję sobie żył i nie robię z nich drabiny by uciec na drugą stronę nocy? Początek zrodził koniec Wszystko będzie się toczyć tak samo Zużyte uśmiechy Zainteresowane zainteresowanie Pytania z kamienia na kamieniu Gesty naśladujące miłość Wszystko będzie się toczyć tak samo Lecz moje ramiona uparcie chcą objąć świat ponieważ nikt ich jeszcze nie nauczył że jest już za późno Panie Wyrzuć trumny z mojej krwi Pamiętam swoje dzieciństwo gdy byłam staruszką Kwiaty umierały w mych dłoniach ponieważ dziki taniec radości rozsadzał im serca Pamiętam czarne poranki słońca gdy byłam dziewczynką to znaczy wczoraj to znaczy wieki temu Panie Klatka stała się ptakiem i pożarła moje nadzieje Panie Klatka stała się ptakiem Cóż pocznę ze strachem z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Flora Alejandra Pizarnik  (1936–1972) – argentyńska poetka, jeden z najwybitniejszych głosów poetyckich swojego pokolenia.

  • Eduardo Milán – pięć wierszy

    Słońce, słońce dwóch gniazd Słońce, słońce dwóch gniazd,  jedno w promieniach dnia, drugie w świetle nocy, teraz niskokaloryczne.  Stąd ten chłód latem, to ciepło zimą, ni to wiosna, ni jesień. Nie wiem, co na siebie założyć bo jesteśmy przyzwyczajeni by coś założyć. Słońce powinno się zdecydować, opowiedzieć po którejś ze stron. Nie wracać, lecz powracać Nie wracać, lecz powracać by powiedzieć, przylepiony teraz do twej skóry, że ona koi. Mówię o twej skórze, która jest jedną z niewielu rzeczy którą znam i która jaśnieje. Nie jestem niczym więcej niż cieniem twego ciała lecz mogę mówić, cień, który mówi, ale mówi. Jestem resztką nieba, twojego nieba, otwartym błękitem. W wieku lat dwudziestu twe łono pachniało głęboko W wieku lat dwudziestu twe łono pachniało głęboko, odwiecznie, ciepło, korzeń bez mrozu, kruchy choć pochodził z przeszłości tak odległej, mitycznej że miał odwagę przemierzyć dżunglę niepostrzeżenie. Głos duszy w udręce, poszukującej kontynentu, Afryki, gdzie można się zakorzenić, rozdartej. Ale wracając, łono kobiety posiada dziwną autonomię, jak gdyby do niej należało i było jej obce, piołunowe, niezależne, w stanie upojenia. Żyje w gorączce jego długa pamięć, która pozwala mu na ekstazę. Jego wargi są najprawdziwszymi wargami. Korzeń, który nie jest korzeniem, ale wydaje mi się nim przez swoje echo. Od pewnego momentu wiersz staje się niezliczonymi echami, wyzwolonymi wodami, które chętnie rozszerzają się po dotknięciu. Dlaczego kocham twoje szaleństwo Dlaczego kocham twoje szaleństwo, tę rezolutność, twój brak zegarka i twoje skróty gdy jestem właściwie o krok od upadku głową w otchłań? To znaczy: w ciebie. Lecz nie tylko to: jest w tobie o wiele więcej tego, czego pragnę a nie wyjawiam. Ta lampa którą zapalasz w głębi. Wspaniały język, wspaniały Wspaniały język, wspaniały, czysty, biały niczym śnieg, kwiat: lilia. Ptaki śpiewają po ptasiemu. Bobry jedzą po bobrzemu. Ludzie mówią po ludzku, z ręki do ręki, ich głosy dotykają się w rozmowie. Błyszczący? Mówi się błyszczący. New York mówi się New York. Język ze srebra mówi się język ze srebra. Na złoty wiek mówi się złoty wiek. Góngora, Góngora. Już przyszła pora, kordowianinie, już przyszła pora. Rana mówi się łatwo. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Eduardo Félix Milán  (ur. 1952) – urugwajski poeta, eseista i krytyk literacki. W 1979 wyemigrował do Meksyku z powodów politycznych.

  • Pierre Vinclair – wiersz 

    *** Gdy byłem czytałem Pasoliniego, w kawiarnii w Anvers -  widzieć, nie widziałem nic - mówiłem sobie, że jest to wiersz, który wychodzi z czapeczki magika, który ukrywa się za kieliszkiem; że nie ważne to, że wszystko jest przecież realne: detal ustępuje miejsca całości, medytacji ustępuje deskrypcja, zaś cegły szarego  nieba rzeźbione są przez wiatr, szybko, ku błękitowi Italji lśniącej barokowymi chmurami, jakby w tramwaju: wszystko podskakuje na szybie, w arbitralnym porządku, i tak miesza się miasto; tak, jak gdy przechodzi się, w muzeum, od obrazu do obrazu, do niebieskiego gorsetu madonny, wystrzeliwując diabła z okrągłej piersi (z jej pudełka), aż ku sznurowadłu,  które, niczym wąż, owija się wokół białej skóry.  przełożył Krzysztof Katkowski Pierre Vinclair  (ur. 1982) – pisze poezję i prozę oraz eseje z zakresu filozofii literatury. Niedawno opublikował L'Éducation géographique  (2022) oraz Terrorisme et Alchimie. La création poétique du sens  (2023)

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page