top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Idea Vilariño – pięć wierszy

    Gość Nie jesteś mój nie jesteś w moim życiu przy mnie nie jesz przy moim stole ani się nie śmiejesz ani nie śpiewasz ani nie żyjesz dla mnie jesteśmy sobie obcy ty i ja sama i mój dom jesteś obcym gościem który nie szuka nie pragnie niczego poza łóżkiem czasami. Cóż mogę uczynić odstąpić ci je. Ale ja mieszkam sama. Wieczór Ciała rozciągnięte, ciała nieskończone, konkretne, zapominające o chłodzie, który będzie je zalewał, stopniowo wypełniał. Ciała złociste, ramiona, węzeł ciepła zapominający o drżącym teraz cieniu, wstrzymanym, wyczekującym, gotowym, by się wynurzyć osłaniającym ślepą skórę. Zapomniane także białe kości, zapewniające, że każde życie to nie sen, wierniejsze formie niż skóra, niż krew, ulotne, chwilowe. Ciała rozciągnięte, ciała poddane, szczęśliwe, konkretne, nieskończone… Wyłaniają się dzieci radosne, wilgotne i wonne, młodzi zwycięscy, wyprostowani, jak ich instynkt, kobiety w najwyższym punkcie słodyczy, kładą się, podnoszą, mówią, mówią ich usta, te kiedyś rozproszone, podnoszą się, patrzą na siebie spojrzeniami wiecznych. Morze to tylko studnia Morze to tylko studnia ciemnej wody, gwiazdy to tylko błyszczące błoto, miłość, sen, gruczoły, szaleństwo, noc nie jest błękitna, lecz żółta. Gwiazdy to tylko błyszczące błoto, morze to tylko studnia gorzkiej wody, noc nie jest błękitna, lecz żółta, noc nie jest głęboka, lecz zimna i długa. Morze to tylko studnia gorzkiej wody, pomimo wierszy pisanych przez ludzi, morze to tylko studnia ciemnej wody. Noc nie jest głęboka, jest zimna i długa; pomimo wierszy pisanych przez ludzi, miłość, sen, gruczoły, szaleństwo. Południe  Przezroczyste powietrze, przejrzyste sierp poranka, ciepłe białe góry, gesty fal, całe to morze, całe to morze, które wypełnia swoje głębokie zadanie, morze pogrążone w myślach, morze, w tej porze miodu, w której instynkt brzęczy jak senna pszczoła… Słońce, miłość, rozchylone lilie, morskie, Gałęzie jasne wrażliwe i czułe niczym ciała,  rozległe blade piaski. Przezroczyste powietrze, przejrzyste głosy, cisza. Na brzegach miłości, morza, poranka, na gorącym piasku, drżącym od bieli, każdy jest owocem dojrzewającym ku śmierci. Gdybym umarła tej nocy Gdybym umarła tej nocy gdybym mogła umrzeć gdyby mi się umarło  gdyby to dzikie zbliżenie niekończący się pojedynek bez litości uścisk bez miłosierdzia pocałunek bez wytchnienia osiągnęło swój szczyt i nastąpiło rozluźnienie gdybym właśnie teraz gdybym teraz przymykając oczy umarła poczuła że to już że już ustał trud i światło nie było już snopem mieczy i powietrze nie było już snopem mieczy i ból innych i miłość i życie i wszystko nie było już snopem mieczy i skończyło się ze mną dla mnie na zawsze i żeby już nie bolało i żeby już nie bolało z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Idea Vilariño Romani  (1920–2009) – urugwajska poetka, eseistka, krytyczka literacka i tłumaczka. Należała do bardzo wpływowego w Urugwaju Pokolenia ‘45.

  • Elisa Donzelli – dwa wiersze 

    2. sierpnia 1990. spałam z wami w pokoju wychodzącym na ogród, gdzie latem rozkładało się polowe łóżka, po to, aby ochłodzić temperaturę ciał wapnem ściany. jeśli włączyliście radio, to z powodu cykad, które przeszkadzały spać jakiemuś krewnemu, nie myśląc o ryzyku, jakie niosło w domu rozsiewanie wiadomości o inwazji kraju, który rości sobie prawo do wejścia w posiadanie innego kraju – i jest to przez chwilę ból wszystkich, koniec końców jest jednak prywatny, chwilą niepokojuw waszym rozbudzeniu. human studies dla Flavii październik, zaczyna się rok akademicki i przeglądam notatki z naszego wspólnego kursu, gdy w salach ledwie się mijaliśmy, rozpoznając w tym spotkaniu coś dla nas zwyczajnego, tak jak teraz odnajdujesz między swoimi kartkami te zajęcia, których mi brakuje - 5. grudnia 2001. to mógłby być ten dzień, albo inny, data, w której zgubiłyśmy się, roztargnione, w tych kilku spotkaniach obcych naszemu zawsze wspólnemu byciu - podtrzymując lukę i przesunięcie wyboru, który nie ma sensu. pomyśl o tym w miesiącach, które mijają, które jak przyzwyczajenie do pewnej przestrzeni napełniła wierność - nazbyt niespodziewana. przełożył Krzysztof Katkowski Elisa Donzelli  (ur. 1979) – jest profesorą nadzwyczajną w Scuola Normale Superiore, gdzie wykłada współczesną literaturę włoską.

  • Damir Šodan – jeden wiersz 

    Cork, Ireland poezja w mniej znanym języku jest jak dzwon w odległej wiosce co z cicha bije wieczorem w prowincjonalnej mgle skromnie jakby tylko dla siebie - można by rzec - gdyby nie ta para sczochranych owiec razem skulonych przed deszczem w oborze przed kamiennym murkiem kiwających pomału   bielistymi łbami dając ci odczuć że bez względu na medium przekaz zawsze dotrze do celu.  z chorwackiego tłumaczył Jerzy Bartonezz Damir Šodan  (ur. 1964) – poeta, pisarz, tłumacz i redaktor. Absolwent filozofii, komparastyki i filologii angielskiej na Uniwersytecie w Splicie. Opublikował cztery zbiory poezji, dwie książki o tekstach dramatycznych, antologię współczesnej poezji chorwackiej, a także tłumaczenia (Cohen, Carver, Simic, Bukowski, Brautigan, O’Hara).

  • Marcin Bies – trzy wiersze

    Mój kolega Arek dziwna sytuacja, miałem na ręku (w ręku?) niemowlę Wojtasa przyszedł Seba z psem Pierunem, potem w interwale obejmującym spotkanie (poeta brulionu), wspomnienie i warsztaty (pozyskiwanie środków), wspomnienie jedynego przyjaciela, warto dodać przyszedł Seba i nagle wyszedł, pociągając nosem, poszedłem za nim z niemowlakiem w ręku (niemowlakiem w dłoni?), myśląc że wciąga kryształy Arkadiusza Kremzy, uściślając przyjaźń. podziel się, mówię do Seby, ale sytuacja obeszła się smakiem potrzeby: ten tylko pociągał z płaczu po moim koledze (była też wystawa) środków dla NGO na rzecz zwierząt i z językiem migowym, w tle grant i ambicja Mama Arka płakała (czy ona nie płacze?) i mnie przytuliła (tutaj pierdolę dwie zwrotki o języku) wyszedłem przegrany: z grantem, awansem i suchością w myślach Dane myśli chyba podczas szkolenia bhp, kiedy prowadzący pan z zakolami i wąsem nadmiernie używał formy dana sytuacja, dany dokument, dana treść pomyślałem, jak bardzo mało dane jest życie i nad wyraz dany dzień jest zabrany, i że sam go sobie zabieram, i czekam na śmierć jak na koniec szkolenia na koniec szkolenia był test, patrzyłem w tę kartkę, pan podszedł, nachylił się nad nami i spadła na nas strużka jego śliny Warto ująć kiedy przeszedłeś morze wstydu, tego piwa, o którym mówili, że masz je wypić, więc piłeś i spod kołnierza, za który nie miałeś broń boże wylewać, wychyla się henryk bereza i jesteś w chujowym momencie, bo albo morze się rozstępuje, albo jest nowo otwartym zjazdem ze wstęgą zawisłą na słupku, wspomnieniem rozstrzygnięcia i chciałbyś wrócić do domu, ale nawigacja padła, nie masz ładowarki i w końcu nie masz domu, ale jesteś jeszcze w tym aucie, co nie ma przeglądu oraz nie jest twoje; wstyd gdzie zaczyna się wstyd, zanim będzie z lektorem, związkiem krtani z akcentem ze sraniem z dubbingiem, od słowa do a nie mówiłam, wziętym na tapet najchujowszym wierszem twoim małym henryczkiem, osobistym berezą ujmij kroplę, bo zaleje blat Marcin Bies  (ur. 1982) – autor zbiorów wierszy: Funkcje faktyczne  (2010), Renowacja zbytków  (2015), Wybór drozdów  (2017), Żale Matki Boskiej pod słupem wysokiego napięcia  (2020), Mimo Boga  (2022). Mieszka w Mikołowie.

  • Mariusz Sambor – pięć wierszy

    wieczorny lot z Nowego Jorku do San Francisco  zawsze patrz przez okna samolotu w ciągłym ze światem obcowaniu pisze poruszony pan Keagan Wernicke we wrześniu na widok zielono-fioletowej jak szafir i granat zorzy polarnej wymarzone ukochane jak muzyka co dogasa jak nasze pragnienia i powątpiewania ale to wszystko ich wina ich? ich  naenergetyzowane cząstki gazu wysyłane przez Słońce  uderzają w górną warstwę atmosfery Ziemi  z dużą prędkością tak przynajmniej słyszałem panie Kawafisie o to się staraj kiedy widzisz / widzisz? / promienie kurtyny pasma łuki z dużą prędkością do siedemdziesięciu dwóch milionów  kilometrów na godzinę uderzające w górną warstwę  ziemskiej atmosfery ciekawe czy z podobnym wzruszeniem mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa  ucieczka dziesięciu krów ze stada we włoskim Piemoncie  zakończyła się interwencją służb może właśnie z tego powodu  celebrujemy w naszych wierszach elementy antyczne  próbując zachwycić akademików mimo że jedna z krów weszła  na trzecie piętro bloku mieszkalnego piszą w La Stampa tuż przed rozgrywanymi  mistrzostwami świata w szachach kapłaństwa / klasyka orientu  czy antyku? mężczyźni podobno rzeczywiście często myślą  o cesarstwie / kobiety raczej o oriencie / my jednak nie pozostajemy bezradni i dodajemy kilka taktów / puste akordy / niektórzy pomyślą / to dla Rafała W. jesteśmy jednak zmęczeni / w przeciwieństwie do Japończyków  tak / jesteśmy już zmęczeni jak biurko w gabinecie Iwaszkiewicza jak kelnerka w kawiarni Literatka / a ja nawet nie mam siły pomyśleć  – zmęczenie? Nie tylko Noriaki Kasai a raczej Kasai Noriaki / tak / pewnie /  nawet Kazuyoshi Miura / Miura Kazuyoshi nie myśli o zakończeniu kariery  klasyczne wnętrza dużo przestrzeni / można głęboko i spokojnie odetchnąć w chłodnym wnętrzu dziś wszyscy są zmęczeni upałem / młode kelnerki  starsi taksówkarze mówiący w farsi nie wiedzą / tak właśnie czuję /  najstarszy zawodowy piłkarz świata w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat  i stu dziewięciu dni / to jest dopiero coś! / rozpoczął czterdziesty profesjonalny sezon  debiutując w barwach Atletico Suzuka / tak / to mogłoby być te kilka dni  które wstrząsnęły światem / któż to pamięta / John Reed czy Lady Di ha jak dziesięć do siedmiu tak dziesięć do siedmiu dni krzyczę i ja mam nadzieję że jeszcze zagram pokazując charakter mój daleki piękny słowiczku  mamroczę pod nosem tęskniąc w oczekiwaniu na przystanku Legia – Stadion noc 1988 / 2025 / nie ta sama ty Keith Jarrett! tak? i niby z tego właśnie powodu chowam twoje zdjęcia do szuflady kiedy zakwita Atakama? moje zdjęcia do szuflady? dziwny wypadek? tak / rzadkie zdarzenie? / nie niestety było zbyt wiele takich które pochłonęły życie gdy zimą występują opady deszczu wiosną można podziwiać  rozkwit kwiatów mówi Jorge Carabantes dyrektor w chilijskiej Narodowej Komisji Leśnej ale przecież nie kwiaty to nie kwiaty to zdjęcia chowasz do szuflady i pewnie nigdy w życiu nie zobaczysz andyjskiej pustyni the melody at night with you myślisz że nie wiem mydlisz mi tylko oczy jazzem tak? dźwigi mają swoje szczególne niebezpieczeństwa tak / znowu Preludium nr 2 Skriabina a Preludiom op. 11? a tragiczne wypadki lotnicze? niestety tak / w obydwu zastosowano zdwojenia oktawowe  w partii prawej i lewej ręki i nie w tym sensie  Ganges wysycha w zastraszającym tempie  ty mówisz mi to nie jest znak czasu ale że święta rzeka  czy że już nie mamy czasu i że nie my i nie w tym sensie ale no wiesz bo i my wiemy że w minionych epokach geologicznych jeśli coś czuli to nie tylko klęski głodu co zrobić żeby zasnąć  chłopak wędrowny niedźwiedź i jego przewodnik to zdanie napisane wiele lat temu przychodzi na myśl kiedy jacyś ludzie pod blokiem puszczają wieczorem muzykę disco polo nie mogę słuchać i zagłuszam ją Benny Goodmanem ale kiedy kładę się spać jest już późno nie pada deszcz a oni jeszcze dalej siedzą i dalej gra umpaumpaumpa muzyka nie wiem co zrobić żeby zasnąć i mam ochotę wstać wziąć czekan tak ciężki alpinistyczny czekan z dawnych lat i iść / tak i iść tam / po prostu ich zajebać / budzi mnie cisza i deszcz i okna otwarte szeroko i wstaję żeby je zamknąć i patrzę na wszelki wypadek do pawlacza  pomarańczowy włoski czekan Interalp Camp / sprzed lat / na miejscu Mariusz Sambor  (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary  (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022), komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). W marcu 2025 roku ukazała się jego książka poetycka Rzeka / Taniec  (2025). Mieszka w Krakowie.

  • Przemysław Walczak – trzy wiersze

    *** lato zawsze wzmaga woń zużytych ciał, zanim spadnie na nas endogenna zima, a mróz wyrzeźbi w niej krótkie dni.  odetchniemy radioaktywnym dymem i pójdziemy za krokami nocy po horyzont smutku.  niech tak będzie. Wspominam obrazy zachodów słońca z lat dzieciństwa, kolor odbitego w kałużach nieba nad drogą krajową numer osiem. zmęczone kobiety handlujące ruskim barachłem, ich włosy pachnące pierestrojką. przekładam to z dziecięcego języka, lepiej tłumaczył świat. Tamto lato któregoś tam roku było inne niż zwykle, może takie samo. długo  gasnące wieczory obiecywały upalne noce i pierwsze niepowodzenia. Tamtego lata rzucaliśmy kamieniami do rzeki tak jakbyśmy chcieli, żeby tonęły w wodzie wraz z naszym smutkiem. Przemysław Walczak (ur. 1982) – autor powieści Wądoły i Lolobrygida. Publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Suburbiach” i „Epei. Piśmie Literackim”. Mieszka we Wrocławiu.

  • Piotr Smolak – Brutality show (fragment)

    W AGD na promocji na wyprzedaży zakupiłem androida za bezcen wersja żeńska z gwarancją na trzy lata podobna do wszystkich i do nikogo (egzemplarz z twarzą tegorocznej miss uniwersum kosztuje sześć razy tyle) nie jest to najnowszy model ale nie narzekam lateks w najlepszym gatunku miseczka C i uduchowione spojrzenie (byłbym zapomniał: brak zbędnych kabli) reasumując wyjątkowe nogi przykręcone do wyjątkowej pupy i aerodynamiczny kształt cokolwiek to oznacza wieczorami opowiada o dramaturgii brytyjskiej albo streszcza podstawy logoterapii rano przynosi śniadanie do łóżka i wykonuje utwór z szeroko pojętej klasyki względnie ścieżkę dźwiękową z kultowego horroru na celowniku mam jeszcze wersję męską do której można ściągnąć dodatki m. in. tryb prawnika psychiatry instruktora sztuk walki oraz stand upera z programem o modelce która znajduje swoje upalone niemowlę na taśmie produkcyjnej w fabryce aut hybrydowych istnieje też możliwość aktualizacji do doradcy duchowego dowolnego wyznania za odpowiednią dopłatą Finita la commedia Na wernisażu poznałem Chinkę na wysokich obcasach Która oblała winem obraz Zbyt wyjątkowa by pozwolić jej odejść Nawet w Mieście Aniołów byłaby w pierwszej trójce Szepnęła że ma na imię Ling Siu I ruszyliśmy na poszukiwanie mniej zatłoczonego lokalu Po krótkiej podróży trafiliśmy na spelunkę Przed którą toczyła się bójka z zastosowaniem noża Lecz w środku idealnie Za konsolą DJ z Londynu Na parkiecie bizneswoman z opalenizną Blondynka z wyższej półki w stylowych okularach I jeszcze jedna którą widziałem na gali MMA Gdy stąpała z numerkiem w blasku fleszy na ringu Natomiast konkurencja ograniczona do minimum: Lider boys bandu w krzykliwym makijażu Blokersi dyskutujący o wyższości kokainy nad kofeiną Typ o wyglądzie wykładowcy inżynierii lądowej z nadwagą Podsuwałem Ling Siu drinki Za które każdy barman dałby pokroić się na kawałki Zamawiałem utwory Po które każdy MC udałby się bez namysłu do piekła Zajmowałem rozmową w którą wplatałem cytaty Z Marka Aureliusza i markiza de Sade Na koniec rzuciłem że złożę wszechświat u jej stóp I nie wiem jak do tego doszło Na skutek jakiego zbiegu okoliczności Może za sprawą poczucia humoru Stworzyciela nieba i ziemi Może pod wpływem położenia planet Whatever Wyszedłem z facetem Ona mi się podobała lecz on jeszcze bardziej Pani od polskiego to takie trywialne zakochać się w pani od polskiego gdy tyle dziewcząt w obcisłych strojach rozpuszcza włosy na korytarzu takie niemodne wręcz faux pas w Europie szalała zamieć opozycjoniści i oprawcy dążyli do ostatecznej okupacji i wtedy wszystko się stało zaoferowała mi świat jaki Bóg mógłby stworzyć jedynie po kilku głębszych po spożyciu substancji o jakich dealerom się nie śniło zaoferowała surrealizm zamiast socrealizmu odwdzięczyłem się portretem na dachu szkoły (Mona Liza wygląda przy nim jak służebnica pańska która ceruje żagle i karmi psy na Arce Noego) odwdzięczyłem się papugą która śpiewała o Lili Marleen jednak nic nie trwa wiecznie - zwłaszcza romans który nie wydostał się poza ramy nakreślone przez wyobraźnię zamieć w Europie dobiegła końca opozycjoniści i oprawcy doprowadzili do ostatecznego rozłamu i zwiększenia liczby obywatelki którzy nie chcą umierać za rząd opuściłem mury liceum i zagrałem w sztuce o handlarzu który ukrywał w czarnej walizce cień Chrystusa zaspałem na samolot użyty w ataku na World Trade Center odkryłem że ciągle wracam na start zamiast zmierzać do mety pani od polskiego pochowała męża (ofiarę bezdusznego ustroju i substancji smolistych) zapisała córkę na francuski (po namyśle na chiński i arabski) przełożyła dzieła poety który zginął z ręki snajpera na stopniach teatru na początku powstania teraz oczekuje na przeprawę przez Styks obok pielęgniarki z pejczem i neurochirurga którego auto wpadło w poślizg i wbiło się w mur a ja nie mogę zapomnieć jak napisała na tablicy wszystkie drogi wiodą do Auschwitz lecz ani jedna do Rzymu Coincidentia oppositorum uczennica znana z okładki almanachu o sztuce chce stworzyć obraz o jakim nikt jeszcze nie śnił o jakim nikt nie słyszał chińskie nietoperze klęczą przed plutonem egzekucyjnym i przesuwają w łapkach różaniec żongluje pomysłami przed wciąż nietkniętym płótnem zapożycza temat ze snu krzywdzonej przez męża sąsiadki: mnich całuje manekina z wystawy w godzinach szczytu obraca pędzel w palcach jak nóż przechodzi atelier po przekątnej potem załamanie nerwowe stworzyć obraz jedyny w swoim rodzaju stworzyć taki obraz i umrzeć! wciąga noskiem małe co nieco i maluje trzęsienie ziemi napędzane krwią cyferblaty a po krótkim namyśle... ...mężczyznę w czarnym płaszczu w kropli deszczu za oknem sąsiadka stuka do drzwi mężczyzna uchyla melonik pani wybaczy że niepokoję ale czy nie powinienem raczej unosić się w przestworzach pośród zbłąkanych dusz? na świat należy spoglądać z właściwej perspektywy odpowiedź nie nadchodzi i nigdy nie nadejdzie uczennica muska skronie koniuszkami zmęczonych palców kroplę przełyka ptak okno przymyka wiatr namalowany w ostatniej chwili melonik turla się po chodniku przecina plac targowy wchodzi w kolizję z klaunem który jeździ na starym bicyklu uczennica z sąsiadką idą nocą do cyrku Piotr Smolak – studiował medycynę, ukończył teatrologię. Wydał książki poetyckie Neue Wilde oraz Jak podpalić krajobraz. Pracował jako scenarzysta przy kilku serialach, grał w teatrach eksperymentalnych. Nagrał mini album Modlitwy z okresu przeklinania . Obecnie pracuje nad zbiorem wierszy – Kosmetyki Coco Chanel.

  • Aleksandra Szymkowiak – Żądłówka fioletowa

    Dzwoni mama. Włączam głośnomówiący i rzucam telefon na łóżko. Gubi się w pościeli. Ledwo słyszę. Szukam turystycznego żelazka. Chodzę po mieszkaniu i odsuwam szuflady. W szafce pod telewizorem trafiam na kartkę, którą dostałam na dwudzieste urodziny. Dwa przytulające się tygrysy ułożone w serce. W środku data, a niżej podpis i słowa: ty i ja. Jesteś tam, dobiega ze słuchawki. Tak, krzyczę, i biegnę do sypialni. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Przyglądam się plamom na dywanie, które zrobiliśmy przez ostatnie lata. Wiesz, że musisz podjąć decyzję podczas wyjazdu, dociera do mnie głos matki. Nie nauczyłam cię, że mężczyzn traktuje się z góry? Domykam walizkę. Ustawiam budzik na trzecią trzydzieści i odkładam telefon. Wtulam głowę w poduszkę. Zaciągam się jego zapachem: sosną i bergamotką. Z czasem wywietrzeje. Na lotnisku mijam sieciową kawiarnię. Jakaś dziewczyna unosi ciastko z pistacją i trzyma je jak hostię. Rozmawia na kamerce. Kobiecy głos śpiewa jej sto lat. Solenizantka podryguje głową w rytm melodii. Ciastko nie ma świeczki. Robi mi się słabo. Znowu o nim myślę. Siadam na ławce i przeglądam nasze zdjęcia. Lubię zwłaszcza to, gdzie całuje mnie w policzek, a ja trzymam w rękach rozłożyste lilie. Patrzę na datę: sierpień dwa tysiące dwadzieścia jeden. Dodaję zdjęcie do ulubionych, a potem usuwam, odzyskuję i jeszcze raz dodaję do ulubionych. Kiedyś miałam je na tapecie. Wynajmuję mieszkanie blisko plaży. Żeby na nią dojść, trzeba dwukrotnie skręcić w prawo i ominąć targ rybny. Popełniam błąd i przechodzę obok straganów. Ryby są obślizgłe, cuchnące. Łypią na mnie spode łba swoimi martwymi oczami. Przeliczam je: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Ostatnia wypada na kocha. Mam ochotę tam wrócić, przejść się jeszcze raz, od początku do końca, i dokonać prawidłowych wyliczeń. Wiem, że nie zda się to na nic. Ryby mają rację. Woda jest mętna i ciepła. Pozwalam nieść się falom. Próbuję zapomnieć, co tu robię. To trudniejsze, niż by się wydawało. Podnoszę głowę. Sól szczypie mnie w oczy. Rozmazane mury miasteczka odbijają się w tafli. Szwendam się. Wchodzę do turystycznych perfumerii i wącham wszystkie dostępne zapachy olejków z lawendą. Kupuję pocztówki, których nikomu nie wyślę. Dopadają mnie dwa niekontrolowane ataki płaczu i jeden kontrolowany. Przebiegam dziesięć kilometrów i biorę tak zimny prysznic, że świszczy mi w uszach. Zapominam o zjedzeniu kolacji. Idę do pobliskiej herbaciarni i kupuję jaśmin, a potem zaparzam go w kubku z napisem Home, Sweet Home , bo tylko taki znajduję w szafce. Ulice też pachną jaśminem, więc prawie nie czuję jego smaku. Właściwie to nie lubię jaśminu, ale przypomina mi o nas. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy tu razem, on powiedział: ulice pachną jaśminem. Myślę o dziewczynie z lotniska, tej, która podnosiła do kamerki pistacjowe ciastko. Dzwoni mama, żeby ostrzec mnie przed meduzami. Podobno roi się od nich na wybrzeżu. Żadnej nie widziałam, bronię się, chociaż wiem, że tu pływają. W końcu to sierpień. Rób jak uważasz, ucina. Siadam na kanapie i otrzepuję stopy. Welurowa narzuta kurzy się od piasku. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Słyszę jej oddech w słuchawce. Ustawiam głośnomówiący, wstaję i zdejmuję z siebie sukienkę w maki. Moja skóra pachnie solą i kremem przyspieszającym opalanie. W kuchni kroję cytrynę i wyciskam sobie sok na końcówki włosów. W taki sposób naturalnie się rozjaśniają. Wiesz, że tak trzeba, odzywa się wreszcie matka. Nie był pierwszym i nie będzie ostatnim. Sok z cytryny ścieka mi po piersiach. Jeszcze kilka dni, rzucam. Ile dokładnie, ponagla. Ostatnio też tak obiecywałaś. Włosy lepią mi się do karku. W oddali dostrzegam meduzę. Dryfuje w moją stronę. Momentalnie czuję kłucie w stopie. To muszelka, ale boli jak poparzenie. Zanurzam głowę i wypatruję. Mienią się, pulsują. Wyglądają jak unoszone na wietrze płatki kwiatów. Fioletowe z czerwonymi brodawkami, które przypominają sutki. Niebieskie w kształcie czopka, pomarańczowe i długie jak serpentyna. Wyliczam je: tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem. Tak, nie, nie wiem. Pada na nie wiem . Wzdycham z ulgą. Wracam na ręcznik i wyszukuję meduzy w internecie. Ta piękna to żądłówka fioletowa. Chciałabym onieśmielać tak jak ona. Oprócz niej: meduza księżycowa i meduza kompasowa. Mama znowu dzwoni, pyta, jak trzymam się w tym upale. Opowiadam, że nawet w lodówce jest ciepło. Ale na pewno, czy kręcisz jak zawsze? Włożyłam do niej stopę, żeby sprawdzić, czy działa, złoszczę się. Może dostałaś udaru? Nie odpowiadam. Matka całkowicie się nakręca. Rozprawia o zawartości lodówki, którą muszę wyrzucić, a potem wyjść z workiem do kontenera (ale tylko w dzień), żeby nic nie zleciało się do zepsutego jedzenia. Myślę o myszach. Wyobrażam sobie, jak jedna za drugą wybiegają z worka i w nocy podgryzają moje stopy. Rozmawiamy, chociaż po chwili już nie wiem, o czym. Mruczę na tak i pojękuję na nie. A jak z nim, pyta. Nie odpowiadam. Wiesz, że został ci tylko jeden dzień? Obie milczymy. Złociste światło rozlewa się po promenadzie. Poraża mnie. Dzwoni mama, ale odrzucam połączenie. Biegnę. Mijam kościół i muzeum. Rzeźbę, plażę i ogród botaniczny. Piniowce, jachty i drugi najdroższy dom na świecie. Okrążam półwysep. Na ruchliwej drodze biegnę poboczem. Trąbi na mnie kierowca tira. Przyspieszam. Wiem, że muszę wyliczać, ale krajobraz zmienia się za szybko. Zamykam obie dłonie w pięści i po kolei prostuję palce: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje. Znowu kończę na kocha. Chcę mi się pić, ale nie mogę się zatrzymać. Przetrzymuję pragnienie i zadowalam się śliną. Patrzę, jak woda rozbija się o skały. Z każdą falą napływa do mnie obraz jego ciała: pieprzyk pod łopatką, pieprzyk na nosie, pomarańczowe plamki na tęczówce. Zostawiam za sobą drogowskaz na kolejne miasteczko. Pieką mnie spalone od słońca usta. Naskórek pod palcami jest jak ziarenka piasku. Próbuję go zeskrobać. Z pękniętych warg kapie mi krew. W połączeniu z solą morską smakuje jak rdza. Matka ma rację, należy postawić granicę. Zawrócę, kiedy rana się zasklepi. Znowu wyliczam: żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Żądłówka fioletowa, meduza księżycowa, meduza kompasowa. Pada na żądłówkę fioletową. Biegnę i oblizuję usta. Krew wypływa jak rdzawa strużka. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – studentka psychologii, badaczka i początkująca pisarka. Publikowała w "Składce", "Suburbiach", "Tlenie Literackim" i na stronie "Odry". Pracuje nad debiutancką powieścią Punkty wrzenia , . Mieszka na wrocławskich Krzykach.

  • Paweł Jasiński – trzy wiersze

    egzuwium sobota [...] jedenasty stycznia trzy jedynki trzy żywioły - zakrzywienia osadzone w dziewiętnastej literze łacińskiego alfabetu jak nieśpiewny  język soczyste uderzenie białą czcionką wiersza: czas przeszły niedokonany w prochu przedpołudnia [s]pada dobre imię | jednym bytem trzy osoby trzy kontury - jedenasty stycznia: afoniczność studni [tępy sznur jutowy] wyliniałe trzewia co nie wystąpią już z koryt przeciwko sobie mistyfikacja  są zdjęcia [klisze] które nie schodzą  do schronów a przerażone trwają  przeglądając się w bezczasie i takie  którym wmówiono że poza nimi  nie istnieje żaden inny świat | byłem   kiedyś częścią bezimiennej całości  [statek bezzałogowy dla nikogo]  chodź zrzucimy z siebie wszystkie  czarne nieba - viralowe spojrzenia  jak fotografie które nie schodzą  do schronów - a ty mnie dotknij  przebij prześwitem by sprawdzić  widełki martwego pola [gdzie wiszę  a gdzie mnie nie ma] jest srebro  i popiół [...] kadr zrodzony z krwi szumi gaj zrób to: popatrzę powtórzę żarówki i skłony - skłony tatuaże jestem topór ty drzewo jestem drzewo ty mistral żarówki i skłony popatrzę powtórzę: pierwszy śnieg tej zimy składamy ofiarę tobie się spowiadam do mnie ślesz umyślnych Paweł Jasiński (ur. 1974) – poeta, autor tekstów piosenek. Debiutował w magazynie anarchistycznym „Mać Pariadka”. Publikacje m. in. w „Odrze”, „Tlenie Literackim”, „Afroncie”, „Helikopterze”. Mieszka we Włocławku.

  • Marian Lech Bednarek – trzy wiersze

    Dzień Światowego Śmiecia (modlitwa) na Dzień Światowego Śmiecia                           będziemy zawsze równo szli                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                            nie pozbawimy się dobrej  gry                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                              wyjdziemy kiedyś z tej mgły                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                            pożremy swe wszystkie marzenia                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                 położymy się obok swej żony                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia         zamienimy nasze bachory w pąki białych róż                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                   wypełnimy wszystkie wory złości                   i zrzucimy do zsypu by się zatkał                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia       pozrywamy struny gitar i wyrzucimy na złom                                                   przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia                        puścimy trzody na pokoje                         bo najlepiej się czujemy wśród świń                                                    przebacz nam Panie na Dzień Światowego Śmiecia wydłubiemy sobie oczy i wstawimy tam świeczki                                                    przebacz nam Panie na  Dzień Światowego Śmiecia                zaśpiewamy najlepsze piosenki o miłości                i się Ciebie wyprzemy                                                    przebacz nam Panie Akslop  Gdyby przez chwilę uwierzyć w Akslop, w tę Polskę pisaną od tyłu, to nie musiałbym nigdzie wyjeżdżać za chlebem, tylko akslopował bym sobie, bo to lubię. Żeby tylko z tego można było wyżyć.  A te flagi rozumienia  -  że niby bigosem narodowym można się podpierać niczym kościołem  i prawem – to jakiś rozwalony przez wiatr wychodek. Cały język Akslopu załatwia wszystkie sprawy od ręki i toczy się furmanka codzienności po uliczkach normalności, gdzie deszcz z psem się wymijają, będąc dla siebie wszystkim, czyli parasolką i przygarniętą psiną. Akslopowy mam teraz nastrój, bo to mój jedyny przyjaciel alkohol zmieszany z Bogiem i Szatanem. I spakowany jestem już w połowie. Kto mnie przygarnie tam po drugiej stronie?, gdzie będę pędził wino w krzakach umorusany i knuł napad na wszystko co marne i godne pogardy. A gdy wrócę,  to się z wszystkimi rozliczę. Teraz leżę na wyrku niedzieli jak Rimbaud kiedyś pijany na bretońskiej plaży, uciekając w sen pożegnalny przed wypłynięciem z Europy. Ale ja, kiedy się już rozliczę, to sprzedam mój dom przedpotopowy ze wścibską mordą sąsiada za płotem i wyjadę stąd na zawsze                                                                                                                                                                                                                       2022 Pisz                                                      Po prostu rób swoje, jak słońce, zdejmij sweter, gdy ci za gorąco i pisz wypuszczaj swoje prywatne promyki. I tak za wiele nie zmienisz, ale pisz, niech robaki chodzą po twoich wierszach i kawa je ochlapie i deszcz, będą wartościowsze. Coś z tej ziemi im się należy, nie znikną tak od razu. Może ktoś przeczyta? Świeć tymi literkami.                                                                Marian Lech Bednarek  (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in . tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy, a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski. Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w międzynarodowych antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na najważniejszych festiwalach w kraju i za granicą. Były redaktor naczelny pisma „Plama”, założyciel Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page