top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Anna Przysada – Architekci niepamięci

    3 października 2031 roku, godzina 08:21 czasu europejskiego Siedziba ONZ, wydział do spraw Oświaty, Nauki i Kultury, Paryż * – Dzień dobry. – Specjalistka do spraw stosunków międzynarodowych, Lydia Lowen, wpadła jak huragan do Sali Zebrań. – Przepraszam państwa za spóźnienie. Procedury bezpieczeństwa zajęły więcej czasu, niż się spodziewałam. – Nic nie szkodzi. Bez pani i tak byśmy nie zaczęli. – Jeden ze zgromadzonych mrugnął do niej porozumiewawczo. – No tak. – Uśmiechnęła się przelotnie. – Na zewnątrz wciąż to samo? – Gorzej. – Wypuściła powietrze. – Ale skoro jesteśmy wszyscy, proszę państwa o zajęcie miejsc. Przed nami długi dzień. W starannie wygłuszonym od zewnątrz pomieszczeniu rozbrzmiało szuranie krzeseł. Specjaliści kolejno siadali przy okrągłym stole. W Radzie ds. Rozwoju Społeczeństwa zasiadali eksperci i ekspertki z dziedzin takich jak: socjologia, historia, antropologia i psychologia. Każde z nich reprezentowało inne państwo wchodzące w skład ONZ po III wojnie światowej. – Dla przypomnienia – odchrząknęła Lydia. – Zebraliśmy się dzisiaj, aby kontynuować dyskusję na temat programu reformy społeczeństwa. Jako specjalistka stosunków międzynarodowych będę mediować komunikację między państwem jako osobami o odmiennym pochodzeniu. Moja osobista opinia na tematy podnoszone podczas dzisiejszych rozmów nie ma prawa wybrzmieć. Rozejrzała się po sali i widząc potakiwanie zebranych, ciągnęła dalej: – Ogłaszam zatem oficjalny początek spotkania. Zachęcam do zabrania głosu. – Dziękujemy. Jak wszyscy wiemy, celem naszego programu jest niwelowanie zagrożenia kolejnym konfliktem zbrojnym – rozpoczął psycholog Yūki Maeda. – Zakładam, że wszyscy wierzymy, iż dobrze ukierunkowana edukacja pomoże stworzyć społeczeństwo, które nie będzie dążyło do, że tak to ujmę, toczenia historii kołem. Jednak wydaje mi się, że zanim przejdziemy do zasadniczych kwestii, musimy zadać sobie kilka pytań. Po sali przeszedł szmer niezadowolenia. – Proszę kontynuować. – Lydia zgromiła wzrokiem szepczących. Mężczyzna rozluźnił krawat i nerwowym ruchem poprawił okulary. – Osobiście nie jestem pewien, jak rozumieją państwo pojęcie amnezji wstecznej, która ma być rdzeniem programu. – Jak to jak? Po prostu niepamięć. Co tu więcej definiować? – Socjolożka Laura Michel pokręciła głową. – Nie wydaje się pani, że powinniśmy dokładniej określić jakieś ramy? – Ujmę to tak – westchnęła poirytowana. – U jednych trzeba z głowy co nieco wymazać, u drugich zadbać, aby się nigdy nie pojawiło, a jeszcze innych zmusić, żeby pamiętali wszystko. Psycholog Yūki spojrzał na Lydię. Pokiwała głową, upiła łyk czarnej kawy i zwróciła się do zebranych. – Drodzy państwo. Jeśli w tym momencie nie określimy, jakie skutki ma nieść za sobą program i jak dokładnie je rozumiemy, poniesiemy konsekwencje na późniejszych etapach pracy. – Trudno się nie zgodzić. – Laura spuściła wzrok na paznokcie. – Wybaczcie państwo moją frustrację. Tak długo tkwimy w teoriach. – A może spróbuje pani rozwinąć to, co mówiła wcześniej? – zachęcił ją historyk Elliot Steward. – O niepamięci? – Zgoda. – Wyprostowała plecy i zastanowiła się chwilę. – Na podstawie badań z ostatnich kilkudziesięciu lat ustalono, że to pamięć jest tym, co w dużej mierze wiąże się z cyklicznością konfliktów zbrojnych. Oczywiście – dodała wyniosłym tonem – istnieje masa innych czynników, ale one nie są tak łatwe do zdefiniowania i kontroli. Zamilkła usatysfakcjonowana. Zebrani spoglądali wyczekująco. – Drodzy państwo. – Wykrzywiła twarz w grymasie. – To chyba jasne, że podstawową funkcją programu ma być manipulowanie amnezją wsteczną u poszczególnych grup społecznych. – Nie podoba mi się określenie manipulowanie – wtrąciła ostrożnie antropolożka Tanisha Sharma. – Może zamieńmy je na wpływ? Większość zgromadzonych przytaknęła z ulgą – nie oni musieli łapać Laurę za język. – Widzę, że tutaj mamy zgodę – zamknęła temat Lydia. – Wróćmy teraz do tego, którzy ludzie mają zostać objęci programem, dlaczego oni, jakie konsekwencje będą ich dotyczyć. – Więc tak – podjęła zachęcona poparciem grupy Tanisha – myśleliśmy o podziale społeczeństwa na trzy grupy: decyzyjnych polityków z poszczególnych krajów, obywateli, którzy przeżyli wojnę lub są jej świadomi dzięki opowieściom bliskich oraz dzieci, których wiedza o konfliktach jest zerowa. – Zgadza się – przytaknęła Laura. – Ustaliliśmy też wstępnie, że politycy powinni pamiętać wszystko, obywatele nic, a… – Przepraszam? – Elliot wstał gwałtownie. – Mnie chyba przy tym nie było, jak to ustalaliśmy. – Wykonał gest cudzysłowu. – Co najwyżej rozważaliśmy, czy mamy prawo zabierać ludziom wspomnienia. Ci obywatele, o których tak bezosobowo pani mówi: dzięki nim możemy w ogóle rozmawiać i grzać nasze wyedukowane dupska na tych wygodnych fotelach. – Wypraszam sobie – obruszyła się. – Przedstawiam zdanie większości, a pan najeżdża na mnie, jakbym była jakimś… – No czym? Proszę się podzielić. Śmiało! – Wyzutym z uczuć robotem. – Patrząc na to, co… – Zatrzymajmy się na chwilę – przerwała im ostro Lydia. – Panie Steward, poproszę o wyrażenie swojej opinii jeszcze raz. – Ale… – Ale tym razem bez adresowania wypowiedzi personalnie do pani Michel. Po prostu niech pan przedstawi swoje zdanie i kropka – zaintonowała ostatnie słowo. Zaczerwieniony Elliot opadł na krzesło i rozejrzał się wokół. Siedzący obok specjaliści lustrowali wzrokiem sufit. Laura poprawiła garsonkę i spojrzała wyzywająco. Eliot wziął kilka głębokich oddechów i strzelił knykciami. – Chodzi mi o to, że doświadczenia, szczególnie te wojenne, są częścią ludzkiej tożsamości, prawda? Przecież, gdyby tego nie przeżyli, nie wysłuchali historii dziadków, nie byliby tymi, kim są. Zamilkł, po czym dodał drżącym głosem: – No proszę pomyśleć. Niektórzy z nas stracili bliskich albo widzieli rzeczy, których nikt nie powinien oglądać. – Potrzebuje pan chwili przerwy? – zapytała Lydia, widząc, że jego oczy zaszły łzami. – Nie, nie, w porządku. Przepraszam. Sami państwo wiedzą. – Czasem tak bywa – odparła łagodnym tonem. – Proszę kontynuować, kiedy będzie pan gotowy. Elliot wyjął z kieszeni marynarki chusteczkę i wydmuchał nos. Kilka sekund siedział bez ruchu wpatrzony w stół. W końcu potrząsnął głową i odchrząknął. – Chciałem powiedzieć, że jedni przeżyli w okresie wojny, no cóż, traumę, ale są też tacy, którzy nawiązali, no nie wiem, braterskie relacje, pozakładali rodziny. Przykładów można mnożyć w nieskończoność, ale koniec końców sprowadza się to do wycięcia skrawka życia u większości społeczeństwa, niezależnie od tego co pamiętają jako dobre, a co złe. Jak oni mieliby sobie poradzić? – Pokręcił głową. – W codziennym życiu to raz, ale co z jakimś poczuciem sensu, celu? Nie zdziwiłbym się, gdyby po wprowadzeniu naszego planu nastąpiła seria samobójstw. Przez minutę w sali rozbrzmiewał jedynie szum wentylatorów. – Wiecie państwo, tak się jeszcze zastanawiam. – Yūki nie wytrzymał dłuższej ciszy. – Kto daje nam prawo do podejmowania takich decyzji? – Panie Maeda, schodzi pan z tematu. – Lydia zmarszczyła brwi. – Tak, wiem, ale to bardzo ważne – odparł pospiesznie i spojrzał na nią wyczekująco. Dostrzegła kropelki potu na czole Yūkiego i przyzwalająco machnęła ręką. Kiedy tylko odwrócił głowę, z boku notesu zapisała jego nazwisko i postawiła kilka znaków zapytania. On z wyraźną ulgą kontynuował wywód. – Owszem, jesteśmy wysokiej klasy specjalistami, ale równie dobrze ktoś inny mógłby zasiadać w tej radzie, prawda? – Wybrali nas sami obywatele – zauważyła Tanisha. – Tak, jasne, ale bardziej chodzi mi o to, że nasze wykształcenie czyni nas, no właśnie co – zmarszczył brwi – lepszymi? Przez to, że, załóżmy, obywatel X zajął się ogrodnictwem, stolarką czy czymkolwiek innym, teraz wytniemy mu wspomnienia, a jakiś Y został sobie profesorem, więc składamy mu serdeczne gratulacje, może pan zachować swoją pamięć. – Jeśli skupimy się na takich dywagacjach, to właściwie możemy już zakończyć to spotkanie – odparowała Laura. – Przy takiej logice nie mamy szans na podjęcie jakichkolwiek decyzji. – Wiem – westchnął. – Ale po prostu ruszamy czyjeś bierki bez pytania. – Też nie jestem pewna, czy będę spała po nocach – mruknęła Tanisha. – Ale jeśli nasza bezsenność ma zapobiec kolejnym wojnom, w których zginą miliony… – To jest to cena, którą jest pani gotowa zapłacić – dokończył Yūki bez przekonania. – Dokładnie. Wydaje mi się, że więcej argumentów przemawia za. Ludzie muszą zapomnieć urazy do innych nacji. Ile się mówi o Koreańczykach wciąż nienawidzących Japończyków? Jasne, teoretycznie nikt tego nie przekłada na praktykę, ale, umówmy się, to siedzi w głowach i jest podświadomie przekazywane z pokolenia na pokolenie. – Często nawet celowo i z premedytacją – dodał Elliot. – Nie raz słyszałem, jak dziadkowie wpajają dzieciakom uprzedzenia od najmłodszych lat. – No właśnie – przytaknęła Laura. – A po amnezji wstecznej znów stanęlibyśmy na linii startu. Jako obywatele świata. – Ale chwila – zwątpił Yūki. – Jaką mamy gwarancję, że jak wykasujemy całą tę nieszczęsną nienawiść, to i tak nie wróci za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat? – To chyba moment, żeby przejść do drugiej grupy, która, z tego co rozumiem, miałaby zapobiegać takim nawrotom – wtrąciła Lydia. – Program zakłada, że amnezji wstecznej nie zostaliby poddani politycy, prawda? – Zgadza się. Wręcz musimy zadbać o to, żeby u nich amnezja nie miała miejsca. Wszyscy wiemy, że politycy nie potrzebują żadnej pomocy w zapominaniu podstawowych faktów historycznych – burknęła Tanisha. – Ci, którzy powinni się doskonale orientować w charakterystyce wojny i nie pakować swojego kraju w kolejną, robią dokładnie na odwrót. – Albo nie robią nic – prychnął Elliot. – Szczerze powiedziawszy, oni znają te wszystkie fakty i za przeproszeniem gówno to daje. – Tutaj chyba wchodzi ten pomysł z dziedziczeniem – zauważyła Laura. – Utajenie wiedzy historycznej i zadbanie o to, żeby była przekazywana jedynie między politykami, którzy przejmują swoje stanowiska. – Ale co to niby zmieni w porównaniu do aktualnej sytuacji? – uniósł się Elliot. – Liczymy na to, że jak dostaną teczkę z napisem Confidential, to ich pamięć magicznie nie ulegnie destrukcji? – A pozostaje nam coś innego? – Rozłożyła ręce Tanisha. – Pozostaje nam wierzyć, że nadanie rangi tajemnicy państwowej skłoni polityków do potraktowania tego na serio. – Ja się obawiam jeszcze jednej rzeczy – odchrząknął Yūki. – Czy ta nierówność społeczna prędzej czy później nie wywoła buntu? – Panie Maeda, ale znów pan wraca do utopijnych wizji. – Pokręciła głową Laura. – Kraina mlekiem i miodem płynąca, w której wszyscy żyją w komunie, opalają się na słońcu, a kochany i sprawiedliwy Bóg ma nas w opiece. Pobudka! Nie ma takiego świata. – Pani Michel, obejdziemy się bez sarkazmu – zrugała ją Lydia. – Przepraszam, ale po prostu pogódźmy się z tym, że zapobieganie dystopii musi nam wystarczyć. – Ja jestem idealistą i… – Nie jest łatwo mi to przyznać – przerwała mu delikatnie Tanisha – ale pani Michel ma rację. To nie jest o panu i dla pana. Jeśli chcemy świata bez wojen, jedni muszą pamiętać, inni zapomnieć. Kilka osób ochoczo przytaknęło. Inni pokiwali głowami z dezaprobatą. Po sali rozeszły się pomruki niezadowolenia. – Drodzy państwo, widzę, że zdania są mocno podzielone. – Lydia za wszelką cenę próbowała zapobiec eskalacji. – Nie ustalimy wspólnego frontu w dziesięć minut, a zaraz mamy półgodzinną przerwę. Proponuję wrócić do tego wątku zaraz po niej, a teraz jeszcze przez chwilę zająć się tematem trzeciej grupy. – Tutaj chyba upatrujemy największych nadziei, prawda? – podchwyciła Tanisha. – Nadziei to dużo powiedziane – mruknął Yūki. – Pani jest niepoprawną optymistką. – Może i tak, ale naprawdę wierzę, że jak będziemy dzieciakom od małego wpajać wzajemny szacunek do różnych nacji, to zaprocentuje. – A czy ja dobrze zrozumiałem – wtrącił Elliot – że planujemy w szkole zastąpić historię innym przedmiotem? Ostatnio byłem nieobecny i czytałem tylko sprawozdanie. – Tak, dokładnie. Dzieci też chcemy poddać amnezji. Chociaż nie – zawahała się chwilę – nie do końca. One mają nigdy nie poznać czegoś takiego jak wojna. Jeśli ich rodzice i dziadkowie będą mieli wykasowane te doświadczenia, to nie przekażą ich dalej. No i w szkole dzieciaki też tej wiedzy nie dostaną. – To rozumiem, ale co z tym zastępczym przedmiotem? – A, tak, racja. Myśleliśmy o nazwie ,,Moralność i stosunki społeczne’’. Treść programową oczywiście opracowaliby pedagodzy, więc nie wchodźmy w to teraz, ale w dużym skrócie propagowanie wspólnoty, nie podziałów. – Wspólnota jako ludzie, a nie podział na nacje? – O ile to w ogóle możliwe – bąknął Yūki. – Mógłby pan chociaż udawać, że w to wierzy – wymamrotała Tanisha. Na sali zapadła cisza. Lydia spojrzała w pustą filiżankę i podniosła się z krzesła. – Drodzy państwo, jest prawie jedenasta trzydzieści. Proponuję przerwę. Proszę się zaopatrzyć w kofeinę i coś do jedzenia. Wracamy za pół godziny. Aha i przypominam, żeby nie zbliżać się do okien. * Mężczyzna z zaczerwienioną twarzą kopnął w automat z przekąskami. – No dalej, wyłaź – syknął i potrząsnął maszyną. – Wszystko dobrze, panie Steward? – zapytała podchodząca do drugiej maszyny Tanisha. – Nic nie jest dobrze – odburknął. – Chciałem kupić pieprzonego Snickersa i oczywiście automat się zablokował. – Aha. – Przepraszam. Nerwy mi puszczają. – Eliot spojrzał na nią wyraźnie zawstydzony. – Proszę się nie przejmować. Też bym chętnie coś pocięła lub spaliła. – Jak to jest – westchnął – że ci olbrzymi zapominają wszystko, jak im się żywnie podoba, a maluczkim każdy szczegół zostaje w pamięci? – Wie pan, czuję się, jakbym była takim okrutnym dzieckiem, które trzyma w ręku motyla i kolejno odrywa mu nóżki, a potem skrzydła. – Oderwała pani kiedyś motylowi skrzydełko i nóżkę? – Przyznaję, zdarzyło się. – I nie czuła pani wtedy, że robi coś złego? Że trzeba się schować przed dorosłymi? – Czułam, to prawda. Ale teraz nie mamy się przed kim schować, sami jesteśmy dorośli. Podobno. – No właśnie. * Przed budynkiem zapalano coraz więcej rac. Policjanci z trudem powstrzymywali tłum, który wciąż nacierał na drzwi wejściowe. Ludzie wspinali się po ciałach tych, którzy leżeli na ziemi. Znaleźć się jak najwyżej. Skandować jak najgłośniej. Opancerzone okna przyjmowały ciosy kolejnych kamieni. Zapasy gazu pieprzowego zbliżały się ku końcowi. Ktoś krzyczał: – Przestańcie! Przestańcie! Nie wiadomo w czyim kierunku. Anna Przysada (ur. 2001) – psycholożka, początkująca pisarka i słuchaczka pierwszego roku Studiów Literacko-Artystycznych na UJ. Publikowała w magazynie "Suburbia", "Kwintesencji", "PantoZINie". Tworzy we Wrocławiu, Krakowie i w pociągu między nimi.

  • Tadeusz Zawadowski – pięć wierszy

    druga strona lustra odpłynęły poza horyzont stateczki mego dzieciństwa. kotwicowiska młodości gdzie kiedyś mocowałem cumy swoich marzeń dzisiaj straszą połamanymi żebrami i rdzą dawnych konstrukcji.   a jednak lubię tu powracać. liczyć ślady pozostawionych kroków. wsłuchiwać się w ich rytm. odtwarzać stare szlaki wierząc że kiedyś zaprowadzą mnie na drugą stronę lustra. krzyk rybitwy uporczywie śledzę linię łączącą morze z niebem. moment gdy ludziom wyrastają skrzydła i stają się ptakami.  jesienią – jak co roku - odlatują do ciepłych krajów  pozostawiając puste gniazda. tylko ja tkwię  na brzegu niczym stara łajba i powoli wrastam  w ogromniejący ciszą krzyk rybitwy. odleciały żurawie nieopodal domu urządził sobie legowisko niewielki staw.  wieczorami w jego sierści zbierały się żaby i głośno plotkowały o miejscowym ptactwie. obok przysiadł na cembrowinie studzienny żuraw  i przysłuchiwał się ich rozmowom. czasem tylko zamachnął się zardzewiałym wiadrem  płosząc coraz bardziej zacierające się  w pamięci obrazki  z dzieciństwa.  szczelina we mgle tu kiedyś toczyła się bitwa morska. zatopione szkielety okrętów do dziś ogromnieją  we wnętrzach ryb. na wodzie dogasa przerwany łopot żagli. szalupy odpływają do miejsca gdzie stado mew zamyka horyzont. uporczywie wpatruję się w nabrzeże spowite w biały  tuman mgły z szarą szczeliną na moją postać. zapomniany port już tu nie powrócę. odpłynęły wszystkie statki które znałem po imieniu i z którymi  łączyły mnie długie podróże. nie mam do kogo powracać. przystań stała się  nieobecnością. to nas łączy. ja też przypominam opustoszały port. tylko mewy i rybitwy znajdują do niego drogę. ludzie odpłynęli statkami których zapomniałem imienia.  Tadeusz Zawadowski  (ur. 1956) – poeta, krytyk literacki. Laureat międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich oraz wielu nagród literackich. Jego wiersze były tłumaczone na języki: rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski, hiszpański i angielski. Wydał 18 tomów poetyckich, ostatnio: raport z czasów zarazy  (2021) i ptaki spadające w niebo . Mieszka w Zduńskiej Woli.

  • Iwona Szewczak – To miejsce

    Dziś nikt nie zwraca uwagi na chleb. Jest, kroi się go, zjada i po sprawie. A dla babci Heni był najcenniejszy…. Jak mantrę powtarzała za każdym razem, kończąc opowieści z czasów wojny: najeść się do syta chleba suchego, nie z masłem, nie z okrasą, a jedynie zjeść suchego chleba polskiego. Myśl o kromce chleba trzymała ją wtedy przy życiu. Zawsze, odkąd pamiętam, babcia całowała chleb po upieczeniu i robiła znak krzyża, zanim ukroiła pierwszą kromkę. Obiecała, że gdy umrze, nie będzie się nikomu śniła, a już na pewno źle. Całe życie nękały ją „mary nocne" – wspomnienia wojennej przeszłości. Chciała oszczędzić swoim dzieciom i wnukom tego, co sama przeżyła. Wierzyła, że jak będzie o tym głośno mówiła, to obietnica się spełni. I tak było w moim przypadku do dziś. Pierwszy raz śniłam o Babci Heni, odkąd ta odeszła na zawsze dziesięć lat temu. Obudziłam się zlana potem uspokajając samą siebie, że to był sen. To był tylko sen…            – Henia! Nie jedz tego! Pamiętaj, nie jedz tego! – powtarzała raz za razem Cyganka Rose. – Ale, dlaczego? Jestem taka głodna. Już tydzień trzymają nas o głodzie – odpowiedziała Henia błagalnie. – Henia! Nie waż się tego ruszać! Pod żadnym pozorem. Powiesz, że nie jesteś głodna – kontynuowała zawzięcie kobieta. – Ale… – próbowała jeszcze Henia. – Nie ma, ale! Zaufaj mi, proszę cię, zaufaj mi! – Rose mówiąc to popatrzyła Heni prosto w oczy. W tym wzroku było coś takiego, co „usadziło” Henię w rogu baraku.      Cyganka opiekowała się Henią od pierwszych dni, kiedy przyjechała do obozu. Starsza, doświadczona, wzięła młodą dziewczynę pod swoje skrzydła i traktowała jak córkę. „Skąd u niej taki niepokój. Przecież codziennie walczymy o przetrwanie, ale dziś wyjątkowo jest zawzięta” – Henia patrzyła na Rose spod przymkniętych powiek. „Czy ona nie jest głodna po tygodniu niejedzenia?”.      Późniejsze sceny Henia pamiętała jak przez mgłę… Wywołano wszystkich ludzi przed barak. Kazano ustawić się w szeregach, tak jak zawsze tyle, że tym razem było mniej krzyków, mniej rozkazów, łagodniej, jeśli można było tak w ogóle powiedzieć. Jedna kobieta upadła z wycieńczenia nie mając już siły stać. Dwaj esesmani postawili ją do pionu i kazali drugiej kobiecie podtrzymywać osłabioną więźniarkę. „Dziwne, normalnie już by ją zastrzelili” – pomyślała Henia. Po odliczeniu stanu więźniów, główny dowódca obozu powiedział, że dziś jest wyjątkowy dzień, że każdy dostanie tyle jedzenia, ile będzie chciał.      „Cud…, coś nieprawdopodobnego…, skąd Rose wiedziała, że dadzą nam jedzenie i to tyle ile, kto zechce?” – Henia spojrzała na przyjaciółkę z podziwem. Zaczęto rozdawać chleb, po ćwiartce na głowę, ciepłą zupę i o „Panno Przenajświętsza” – ciepłe kartofle, okraszone smażoną cebulą i każdemu po kawałku mięsa. „Nie, to nieprawda, to nie może być prawda” – Henia z niedowierzaniem patrzyła na to, co się działo.      Ludzie rzucili się do jedzenia. Przepychali się. Słychać było brzdęk misek. Następnie każdy szedł ostrożnie, aby nic się nie ulało, do swojego kąta, gdzie tylko, kto mógł i miał miejsce. Nie przypominało to wielkiego, radosnego jedzenia, nie. Wielkie pożeranie z oczami na wierzchu wyglądało przygnębiająco. Widok był tak nieprawdopodobny, że aż serce bolało. Henia nie płakała, nie miała już łez. Była tak wściekła na Cygankę, że puściła jej zabójcze spojrzenie. Upadła na ziemię z wycieńczenia i szeptała: „Boże! Boże! Daj wytrwać! Daj wytrwać! Ulituj się nade mną!”.      Po kilu godzinach, obudziły ją jęki ludzi. Najpierw pojedyncze, później dzikie jęki setek ludzi. Zwijali się na ziemi, trzymając się za brzuchy. Ten widok był nie do zniesienia. Henia spojrzała na Rose siedzącą na ziemi z podwiniętymi pod siebie nogami. „Co się dzieje? Co się dzieje? Zatruli ich? Zatruli?” – pytania leciały z ust Heni jak z automatu.      To, co wydarzyło się później, Henia pamiętała jak w gorączce. Do najbardziej cierpiących więźniów, podchodzili ludzie w białych kitlach i ciepłym głosem proponowali szpital, lekarstwa, opiekę. Obiecywali wyleczenie…      Za jakiś czas, Henia i Rose miały się przekonać, że dziesiątki ludzi nie wróciło do swoich baraków…      Dym nie do zniesienia unosił się w powietrzu… Iwona Szewczak – autorka wierszy, opowiadań, piosenek (które czasami śpiewa przed publicznością), laureatka konkursów literackich, felietonistka „Pruszkowskich Wieści”. Publikuje recenzje na blogu www.alebabkapisze.pl. Zbiera miniaturowe krzesła, by mogły na nich przysiadać historie. Żyje w szumie brzozy, wspomnień i podwójnego śmiechu bliźniaczek.

  • Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 3)

    Radio z końca świata. O poezji Piotra Gajdy Kiedy czytam Radio Bla Bla  Piotra Gajdy, mam wrażenie, że uczestniczę w transmisji z planety, która nie wie, że już się skończyła. Jakby świat wciąż nadawał – automatycznie, po awarii sensu – serię powtarzanych w nieskończoność komunikatów, reklam, fraz i modlitw. To poezja nie tyle o człowieku, co o jego pogłosie, o języku, który przetrwał swojego użytkownika. Autor tworzy pejzaż po katastrofie, ale nie tej spektakularnej, apokaliptycznej, lecz tej cichej, wewnętrznej – katastrofy humanizmu, który rozpadł się na szumy i szczątki. Czytając te wiersze, czułem, jakbym stroił radio, w którym wszystkie stacje nadają jednocześnie. Słyszałem głosy polityków, reklamy suplementów, modlitwy i instrukcje obsługi, a między nimi – cichy, drgający ton, jakby ostatni oddech człowieka. Gajda nie tyle pisze o końcu, co nagrywa jego dźwięk. Jego język jest zbudowany z zakłóceń, interferencji, przesterów. Poezja przestaje tu być komunikatem; staje się zapisem awarii komunikacji. W tym sensie Radio Bla Bla  wpisuje się w nurt poezji posthumanistycznej, czyli takiej, która przestaje widzieć człowieka jako centrum świata, a zaczyna dostrzegać jego obecność wśród innych form istnienia: maszyn, systemów, mediów, odpadków. I kiedy myślę o tym tomie, przypomina mi się postać Donny Haraway i jej słynny Manifest cyborga (1985), który był jednym z pierwszych tekstów filozoficznych, w którym posthumanizm nabrał wymiaru egzystencjalnego i etycznego. Haraway pisała o cyborgu jako figurze, która unieważnia tradycyjne granice – między człowiekiem a maszyną, naturą a kulturą, ciałem a technologią. Ów cyborg nie jest potworem ani symbolem dehumanizacji, lecz nową formą świadomości, powstałą w epoce technonatury: zrośniętej materii biologicznej i cyfrowej. To, co w filozofii Haraway miało charakter manifestu polityczno-feministycznego, w poezji autora Demoludów (2013) nabiera wymiaru metafizycznego i estetycznego. W Radiu Bla Bla nie ma już czystych bytów – nie istnieje ani człowiek, ani maszyna w klasycznym sensie. Istnieje tylko hybryda głosu i medium. Język nie jest tu narzędziem człowieka, ale środowiskiem, w którym on sam powstaje i zanika. Cyborg Gajdy nie jest więc robotem, ale raczej głosem rozproszonym – częstotliwością, która krąży po eterze, szukając odbiorcy, który już nie istnieje. To istota mówiąca, ale pozbawiona ciała, tak jak u Haraway ciało przestaje być kategorią biologiczną i staje się splotem technologii, emocji i danych. Twórca Golema (2014) pokazuje to w poetyckiej praktyce: jego wersy składają się z języka maszyn, mediów, nagłówków, a jednak – paradoksalnie – tętnią życiem, emocją, ludzkim niepokojem. Haraway pisała, że cyborg nie marzy o powrocie do natury, ale o nowym rodzaju wspólnoty międzygatunkowej. Gajda – choć mówi językiem ironii i groteski – podziela ten gest. W jego tomie człowiek jest jednym z wielu bytów współistniejących w medialnym ekosystemie: obok psów, robotów, satelitów, reklam, owadów, sygnałów GPS. W tym sensie tworzy on poetycką wizję „wspólnoty szumu” – miejsca, w którym każdy byt emituje własną częstotliwość, a sens rodzi się z interferencji. To bardzo harawayowska wizja ontologiczna: świat nie jest już hierarchiczny, lecz sieciowy. Nie ma centrum, tylko przepływy. Nie ma „ja”, jest tylko „my” rozproszone w transmisji. W tym kontekście, czytając Gajdę, widzę, jak jego „radio” realizuje tę wizję – poetycko, z humorem i dystansem. To nie manifest teoretyczny, ale praktyka duchowa: próba oswojenia rzeczywistości, w której granica między naturą a technologią już się zatarła. Haraway pisała, że cyborg to „bękart militarno-korporacyjnego świata”, ale też „dziecko emancypacji”. Gajda rozwija ten paradoks: jego „radio” jest zarówno produktem cywilizacji medialnej, jak i narzędziem wyzwolenia z jej dyktatu. Paradoksalnie, poprzez język reklam, instrukcji i sloganów, poeta odnajduje coś, co można by nazwać duchowością przesteru, czyli wiarą w to, że nawet w sztucznym języku można znaleźć autentyczne doświadczenie. W tym miejscu spotykają się dwie pozornie odległe postawy: filozoficzna Haraway i poetycka Piotra Gajdy. Oboje zadają to samo pytanie: czy możliwa jest duchowość po utracie człowieka? Haraway odpowiada – tak, o ile duchowość rozumiemy jako formę relacji, nie dominacji. Gajda mówi to samo, ale językiem poetyckim: w świecie szumów i fal, nawet przypadkowe echo może być modlitwą. Jeśli cyborg Haraway jest metaforą nowego człowieka, to bohater Radia Bla Bla jest jego artystycznym wcieleniem – cyborgiem melancholijnym, świadomym swojej utraty, ale też zdolnym do empatii wobec samego szumu. To postać, która nie szuka powrotu do natury, lecz próbuje odnaleźć świętość w technologii – w komunikacie, w dźwięku, w zniekształconym głosie. I może właśnie dlatego ta poezja jest tak poruszająca. Bo pokazuje, że człowiek w epoce posthumanizmu nie musi znikać – wystarczy, że zmieni formę obecności. U Haraway człowiek staje się cyborgiem; u Gajdy – falą radiową, która trwa mimo wszystko. A zatem w jego wierszach człowiek nie jest już podmiotem, lecz medium – pasmem transmisyjnym między światem biologicznym a syntetycznym. To z kolei przypomina mi pewne intuicje Bernarda Stieglera, dotyczące technologii i pamięci. Stiegler wielokrotnie podkreślał, że człowiek nie jest autonomiczną jednostką, lecz istotą „zapożyczającą” swoją pamięć z narzędzi – od pisma po komputer. Każde narzędzie, każda technika to przedłużenie naszej percepcji i świadomości; to także potencjał utraty – bo wraz z technologią odchodzą niektóre funkcje naszej własnej pamięci, uwagi i refleksji. W poezji autora Hostelu (2008) widzę to wyraźnie: jego język jest narzędziem pamięci i jednocześnie jej świadomym rozbiciem. Reklamy, nagłówki, instrukcje obsługi, fragmenty rozmów – to nie tylko materiał estetyczny, ale symptom technicznej pamięci współczesności. Człowiek staje się tu pasem transmisyjnym między tym, co biologiczne, a tym, co zapisane w systemach technicznych. Jakby poezja była archiwum świadomości, ale archiwum pozbawionym strażnika. Stiegler mówił o „proletaryzacji uwagi” i „deproletaryzacji pamięci” w epoce technonaukowej. W Radiu Bla Bla można to odczytać w formie estetycznej: wiersze Gajdy przekazują informacje, które nie są interpretowane ani selekcjonowane przez człowieka. To świat, w którym uwaga nie należy już do podmiotu, a sens nie jest produkowany świadomie, lecz pojawia się przypadkowo, w zakłóceniach, w interferencjach fal. W tym sensie Gajda realizuje poetycką intuicję Stieglera – pokazuje, że człowiek już nie kontroluje technicznej pamięci, ale może się w niej rozpoznać jako element szerszego systemu. Dla mnie najbardziej poruszające w tym kontekście jest to, że twórca Wiązań wodorowych (2021) rejestruje echo człowieka, nie człowieka samego. To echo jest formą czasu zewnętrznego, o którym pisał Stiegler: pamięć, która przetrwa poza jednostką, zapisuje ją w sieciach, danych, mediach. Gajda w swoich wierszach wydobywa te resztki, te „zapożyczone” wspomnienia i głosy, i układa je w nowy rytm – rytm interferencji między technologią a biologicznym doświadczeniem świata. To sprawia, że jego poezja staje się ontologiczną medytacją nad czasem technicznym. Nie jest już klasycznym monologiem podmiotu, lecz transmisją między różnymi warstwami istnienia: biologiczną, technologiczną, medialną i społeczną. Człowiek nie znika – ale jego obecność jest rozproszona, zawieszona w sygnale, jak sygnał radiowy między falami. Słowem, Gajda jest nie tylko poetą posthumanistycznym, lecz też swego rodzaju   przemytnikiem filozofii Stieglera w poezję, bo pokazuje, że nasze życie i pamięć nigdy nie były czysto ludzkie, a dzisiejsza kultura medialna jest jedynie rozszerzeniem tej technologicznej kontynuacji. Poezja staje się zatem formą refleksji nad tym, co człowiek utracił i co przetrwało w systemie technicznym, i nad tym, jak można to odbierać – nie jako stratę, lecz jako nową formę obecności. W Radiu Bla Bla czuć to bardzo mocno: język nie należy już do człowieka, lecz do systemu, który sam się powiela. Poeta jest tylko stenografem tego procesu, „nagrywającym” głosy świata. To radio nie nadaje już muzyki – nadaje ruinę. I właśnie ta ruina, ten dźwiękowy gruz, staje się dla Gajdy tworzywem duchowości. W jednym z wierszy ( Radio Jawa ) pojawia się fraza: Ponieważ człowiek jest zwierzęciem łownym. Ponieważ człowiek jest zwierzyną łowną. To brzmi jak ironiczny manifest epoki. Człowiek, który przez tysiąclecia łowił sens, teraz sam staje się łupem – schwytanym przez własny system informacyjny, przez media, które miały go uwolnić. Ta przewrotność, od razu przypomina mi ton Marcina Świetlickiego – jego wczesnych wierszy z lat 90., tomów takich jak Zimne kraje, Schizma  czy Zimne kraje 2 . Świetlicki był poetą miasta i hałasu codzienności, który potrafił wyłuskać z niego irracjonalny rytm, język zgrzytów, ulicznych odgłosów, potknięć i drobnych katastrof domowych. Jego postpunkowy bunt polegał na tym, że odrzucał akademicką, gładką poezję; tworzył język „z życia wzięty”, surowy, nieestetyczny, pełen fraz przypadkowych, wulgaryzmów, powtórzeń i impulsów przemocy – tak jakby chciał pokazać świat, w którym sens nie jest ani stały, ani bezpieczny. W przypadku Gajdy odnajduję podobny impuls, ale przeniesiony w epokę posthumanistyczną i medialną. On nie tylko dokumentuje chaos codzienności, ale też rejestruje go w formie interferencji technologicznej – język reklam, instrukcji, fragmentów wiadomości i transmisji radiowych. To jest jak Świetlicki na sterydach cyfrowych: jeśli Świetlicki pokazywał chaos miasta i rozpad jednostki w świecie spektaklu, Gajda pokazuje rozpad jednostki w świecie spektaklu globalnego, medialnego, technologicznego. Podobieństwo pomiędzy nimi tkwi w tym, że obaj tworzą poezję „anty-estetyczną”, która nie upraszcza rzeczywistości ani nie próbuje jej upiększać. Świetlicki robił to przez brutalny, surowy język, Gajda przez język zakłóceń, fragmentów i transmisji – czyli przez samą strukturę medialną świata. U Świetlickiego chaos był emocjonalny, intymny, cielesny; u Gajdy – masowy, systemowy, wirtualny, ale wciąż z elementem egzystencjalnej samotności człowieka wśród szumów. Interesujące jest też to, że u Świetlickiego bohater poezji jest często aktywnym uczestnikiem chaosu, buntownikiem wobec świata spektaklu i jego norm. U Gajdy natomiast bohater staje się bardziej przekaźnikiem chaosu, cyborgiem, głosem w eterze, który nie do końca kontroluje, co nadaje. To przesunięcie z aktywnego buntu w świadome rejestrowanie chaosu jest charakterystyczne dla poezji posthumanistycznej: człowiek nie jest już centrum ani sprawcą, ale uczestnikiem systemu złożonych interferencji. Jednak w obu przypadkach wyczuwam tę samą ironię wobec świata spektaklu i fałszywego humanizmu. Świetlicki ironizuje nad pustką życia codziennego, nad maskami, które nosimy, nad rytuałami przemocy i banalnej codzienności. Autor Człowieka z halabardą  (2020) robi podobnie, tyle że ironia nabiera wymiaru kosmicznego i posthumanistycznego – człowiek nie jest już centrum spektaklu, a jedynie jego ofiarą i medium. W pewnym sensie można też powiedzieć, że Gajda kontynuuje postpunkowy bunt Świetlickiego, ale przenosi go w epokę cyfrową i posthumanistyczną: zamiast miasta mamy sieci i transmisje, zamiast ciała – głos w eterze, zamiast intymnego chaosu – globalny szum. Obaj jednak pokazują, że poezja może być narzędziem niepokorności wobec porządku świata i jego fałszywego sensu. Kiedy czytam Radio Bla Bla , nie mogę nie pomyśleć o Kacprze Bartczaku i jego poetyckiej wizji współczesności. Bartczak również konstruuje świat po katastrofie, ale nie w sensie spektakularnym, lecz poprzez mikro-katastrofy języka i kultury. Jego wiersze pełne są drobnych zakłóceń, powtórzeń, technicznych fraz i fragmentów medialnych, które razem tworzą wrażenie chaosu i rozpadu systemów sensu. Gajda wydaje się podążać podobną ścieżką, tyle że jego chaos jest jeszcze bardziej multimedialny i posthumanistyczny. Bartczak pokazuje człowieka w świecie, który przestał być centrum historii i kultury, ale człowiek wciąż jest tu widoczny jako jednostka, choć zagubiona i fragmentaryczna. Gajda idzie dalej – człowiek staje się falą, głosem, medium, często nieświadomym swojego uczestnictwa w systemie. U Bartczaka jednostka wciąż może próbować interpretować rzeczywistość; u Gajdy interpretacja jest niemożliwa, pozostaje tylko rejestracja i interferencja. Obaj poeci wciągają czytelnika w świat fragmentaryczny, niepewny i apokaliptyczny, w którym sens jest wynikiem przypadkowych kolizji słów i obrazów. Bartczak wydobywa z tego mikro-tragedię jednostki, Gajda – makro-perspektywę systemu globalnego, medialnego i technologicznego. Jego „radio” to nie tylko człowiek, lecz cała sieć transmisji, przez którą przelatują informacje o upadku świata, o zgliszczach kultury i języka. Rytm poetycki Bartczaka i Gajdy również jest pokrewny: oba opierają się na przesterach i interferencjach – u Bartczaka często w postaci powtórzeń syntaktycznych lub dźwiękowych, u Gajdy w formie dźwięku medialnego, reklamowego, radiowego. To sprawia, że tworzą oni poetykę szumu, w której forma i treść splatają się w doświadczeniu zanikania sensu. Jednak u Gajdy pojawia się dodatkowy wymiar, który Bartczak eksploruje tylko pośrednio – ontologia posthumanistyczna. Świat Radia bla bla nie potrzebuje człowieka jako centrum – człowiek staje się elementem sieci, transmisji, a poezja jest jedynym sposobem, by te sygnały zarejestrować i nadać im formę. Bartczak pokazuje człowieka w chaosie, Gajda – chaos, który sam w sobie jest nową formą życia, w którym człowiek uczestniczy jako fala lub echo. W tym kontekście można powiedzieć, że tworzą oni poezję apokaliptyczną dwóch poziomów: Bartczak – apokalipsa jednostki w świecie techniczno-kulturowym; Gajda – apokalipsa systemu, w którym jednostka jest już tylko jednym z sygnałów w eterze. Obaj pokazują jednak, że poezja współczesna nie szuka harmonii ani transcendencji w klasycznym sensie – szuka sensu w interferencji, resztkach i echu cywilizacji. Czasem, gdy czytam jego wiersze, mam wrażenie, że obcuję z poetyckim odpowiednikiem filmów Larsa von Triera – takich jak Melancholia czy Dogville: świat się rozpada, ale nikt tego nie zauważa, bo apokalipsa odbywa się w rytmie codzienności. W Radiu Bla Bla apokalipsa brzmi jak dżingiel wiadomości, a świętość przypomina spot reklamowy. To poezja o końcu, który stał się rutyną. I może dlatego ta książka jest dla mnie czymś więcej niż tylko poetyckim eksperymentem – jest filozoficznym doświadczeniem współczesności. Gajda nie szuka transcendencji, jak dawni poeci metafizyczni – Miłosz, Herbert czy nawet Sosnowski. Dla nich „głębia sensu” była jeszcze możliwa; Gajda mówi raczej o transmisji, nie o transcendencji. Tam, gdzie inni szukali „znaku Boga”, on znajduje sygnał Wi-Fi. A jednak, paradoksalnie, ten sygnał niesie w sobie resztki metafizyki – echo tęsknoty za sensem, który nie został jeszcze całkiem zagłuszony. Kiedy czytam Radio Bla Bla , coraz wyraźniej widzę paralele z poezją jednej z najważniejszych postmodernistycznych autorek poezji współczesnej, urodzonej w 1950 roku w Nowym Jorku,  Jorie Graham, zwłaszcza w tomie Fast (2017). Graham buduje wiersze, które są jak sieć przepływów – czasowych, technologicznych, psychicznych. Człowiek w jej poezji nie jest centrum świata ani jego narratorem, lecz cząstką strumienia doświadczeń, próbującą uchwycić resztki „realnego” w zalewie informacji. To poczucie zanurzenia w ciągłym przepływie technologii i komunikatów jest bardzo bliskie temu, co robi Gajda: jego bohater już nie obserwuje świata, lecz jest przez niego przepuszczany, stając się częścią globalnego eteru. Podobnie w poezji Johna Koethe także amerykańskiego poety i filozofa, zwłaszcza w jednym z ważniejszych jego zbiorów, w którym bada związki między pamięcią, czasem, miejscem i tożsamością, a także kondycję człowieka w świecie współczesnym, Ninety-Fifth Street (2009), gdzie obecny jest motyw bycia „na częstotliwości” – zawieszenia pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, między tym, co realne, a tym, co medialne lub cyfrowe. Koethe pokazuje, że współczesne istnienie nie jest już spójne ani linearnie odczuwane; jest raczej interferencją sygnałów, której jednostka może jedynie doświadczać. U Gajdy ta interferencja staje się totalna: człowiek nie tylko odbiera sygnały, nie tylko przetwarza informacje, lecz sam staje się medium, które świat „słucha”, a nie odwrotnie. W tej perspektywie jego poezja rozwija pewien motyw, który u Graham i Koethe jest dopiero sygnalizowany: posthumanistyczną ontologię człowieka jako fali, która porusza się w strumieniu danych, języka i technologii. W Radiu Bla Bla człowiek nie posiada już autonomii – jego myśli, emocje, obecność są wciągnięte w system większy niż on sam. Rytm jego wierszy – powtórzenia, przesterowania, fragmentaryzacja – jest jak zapis oscylacji tej fali, echo współczesnej kondycji: bycia rozproszonym, przepuszczonym, przepływającym między warstwami świata. To również poetycka metafizyka hałasu: tak jak Graham posługuje się fragmentami strumieni świadomości, a Koethe dźwiękiem i rytmem frazy pokazuje interferencję czasu, Gajda używa reklam, komunikatów, nagrań, instrukcji obsługi, aby oddać to, co pozostaje z człowieka w epoce posthumanizmu. Jednostka w jego poezji nie jest już podmiotem ani autorem, lecz bytem sygnałowym – jej doświadczenie jest jednocześnie rejestrowane, przetwarzane i transmitowane. Dzięki temu Gajda tworzy coś, co mogę nazwać ontologią częstotliwości, to świat poetycki, w którym egzystencja nie jest linearna ani spójna, lecz falowa, interferencyjna i wielowarstwowa. Człowiek nie „słucha” świata, lecz świat słucha jego fali, a poezja staje się próbą uchwycenia tego niezwykłego, medialno-technologicznego doświadczenia istnienia. Ta poezja, choć zbudowana z hałasu, jest w jakimś sensie mistyczna. Wśród zakłóceń i powtórzeń Gajda tropi resztki duchowości, które przetrwały w codziennych przedmiotach i banalnych dźwiękach. Świętość objawia się tu w trybie „standby” – cicha, czuwająca, gotowa do wznowienia. To duchowość po epoce człowieka, duchowość w stanie zawieszenia. Dlatego dla mnie osobiście filozofia hałasu w tomie jest czymś więcej niż metaforą chaosu medialnego – to ontologia późnej cywilizacji, w której człowiek przestaje być centralnym punktem znaczenia. Michel Serres pisał, że świat istnieje nie jako uporządkowana narracja, lecz jako zbiór drgań, zderzeń i interferencji. Każdy dźwięk, każdy sygnał niesie informacje, ale też wprowadza chaos i zakłócenia. To nie tylko hałas akustyczny – to hałas kultury, technologii, języka, mediów, który tworzy tło egzystencjalne współczesności. Gajda – choć nie filozof – intuicyjnie wciela tę myśl w praktykę języka. Jego wiersze nie opowiadają o świecie w tradycyjnym sensie, nie tworzą linearnej narracji ani spójnej fabuły. One emitują szum świata. Reklamy, fragmenty rozmów, nagłówki gazet, instrukcje obsługi – wszystkie te elementy stają się formą poetyckiej „falowości”. Krótko mówiąc, w Radiu Bla Bla  człowiek nie interpretuje już świata – jest jego częścią, przekaźnikiem, kanałem dla interferencji między technologią, kulturą i naturą. Ale to nie wszysko, bo ten szum jest również metaforą utraty podmiotu. W epoce, w której informacje mnożą się szybciej niż możemy je przyswoić, tradycyjne kategorie „ja” i „świata” tracą znaczenie. Poezja Gajdy rejestruje tę utratę, pokazując, że sens przestaje być produktem podmiotu, a staje się efektem przypadkowej kolizji fal językowych i medialnych. Wiersze stają się więc przestrzenią interferencji, miejscem, w którym człowiek spotyka się z własnym zanikiem w systemie komunikacyjnym. Można też powiedzieć, że Gajda tworzy swoistą ontologię szumu, w której hałas nie jest przeszkodą ani złem, ale formą istnienia. Poezja staje się zatem odbiornikiem i nadajnikiem jednocześnie, próbującym uchwycić przepływ świata w całej jego złożoności, interferencjach i absurdzie. W tym sensie każdy wiersz jest eksperymentem ontologicznym: pokazuje, że w epoce posthumanistycznej być znaczy być częścią hałasu, a nie jego twórcą ani panem. Hałas staje się więc nowym medium poetyckim, metafizycznym i epistemologicznym – językiem, w którym Gajda bada granice człowieka, języka i świata. To poezja nie komunikacji, lecz transmisji bytu: echo cywilizacji, która nadal nadaje, mimo że człowiek przestał być jej centrum. To, co w tej poezji na pierwszy rzut oka wydaje się chaosem i destrukcją, w rzeczywistości ma wymiar duchowy i metafizyczny. Jeśli przyjmiemy, że – jak mówi niemiecki filozof Peter Sloterdijk – współczesność jest „sferą dźwięków”, w której człowiek przestaje być centrum, to każda fala, każdy szum, każdy zakłócający sygnał w Radiu Bla Bla  staje się nowym rodzajem przestrzeni duchowej. Człowiek nie kontroluje już świata ani znaczeń, ale może stać się świadkiem i uczestnikiem rezonansu istnienia. Hałas u Gajdy jest więc czymś więcej niż tłem medialnym – to medium ontologiczne, przez które przepływa byt. Każda fraza, każda transmisja reklamowa, każda migawka rozmowy jest jak wibracja, przez którą człowiek doświadcza świata. W tym sensie modlitwa i poezja stają się analogiczne: nie chodzi o komunikację z transcendentnym centrum, lecz o przebijanie się przez interferencje istnienia, o wyłuskiwanie resztek znaczenia w szumie. Gajda sugeruje, że współczesna duchowość nie polega na odnalezieniu harmonii ani boskiego porządku, lecz na zauważeniu i uczestnictwie w przepływie, który jest chaotyczny, fragmentaryczny i zakłócony. To jest poetycka odpowiedź na posthumanistyczną kondycję: człowiek nie jest już panem świata ani jego centrum, ale może odnaleźć świadomość swojego bycia w systemie wibracji i interferencji, które go otaczają. W Radiu Bla Bla  hałas staje się więc metaforą transcendencji – nie tradycyjnej, „czystej” i harmonicznej, ale transcendencji zakłóconej, cyfrowej, interferencyjnej. Każdy fragment reklamy czy instrukcji obsługi jest niczym „szeleszczący anioł”, którego komunikat przestaje być jasny, a jednak wciąż rezonuje. To duchowość niepokojąca i prowokująca, która nie obiecuje ukojenia, ale świadomość obecności w kosmosie przepływów, dźwięków i zakłóceń. Hałas Gajdy można więc odczytać jako modlitwę współczesności: w epoce końca antropocenu, gdy człowiek przestaje być centrum, duchowość nie znika – zmienia tylko formę. Modlitwa nie jest skierowana ku Bogu, lecz ku samemu szumowi istnienia, ku falom życia, które nadal rezonują, nawet jeśli sens jest ulotny. W tym kontekście każdy wiersz Gajdy staje się rytuałem interferencji – próbą uchwycenia głosu świata, który przemawia nie przez klarowne znaki, lecz przez chaotyczny, zakłócony, wielowarstwowy dźwięk istnienia. Przypomina mi się tu David Lynch, który w Twin Peaks  pokazał świat, w którym metafizyka przejawia się nie w objawieniu, lecz w zakłóceniu sygnału. Gajda działa podobnie: jego hałas to duchowy rewers ciszy, rodzaj nowoczesnej kontemplacji. Bo tylko w świecie, w którym nic już nie słychać wyraźnie, można naprawdę usłyszeć samego siebie. Hałas jest też znakiem demokratyzacji istnienia. W jego tle wszystkie głosy brzmią równo – ludzki, zwierzęcy, techniczny, mechaniczny. W tym sensie jego poezja jest radykalnie egalitarna ontologicznie: nikt nie ma monopolu na mowę. Świat mówi sam, a poeta tylko rejestruje jego foniczne ruchy. Filozofia hałasu to zatem nie pesymizm, lecz nowy sposób słuchania świata – słuchania, które nie szuka harmonii, lecz współbrzmienia. W Radiu Bla Bla  hałas jest tym, co zastępuje Boga, ale też tym, co Go przypomina. Nie słychać już słów Objawienia, ale wciąż słychać drżenie stworzenia. Kiedy zakończyłem lekturę, miałem poczucie, że uczestniczyłem nie w czytaniu tomiku poezji, ale w jakimś dziwnym seansie spirytystycznym nowoczesności. Gajda – jak współczesne medium – nie interpretuje głosów świata, lecz pozwala im mówić. Nie tłumaczy sensu, lecz wsłuchuje się w jego zanikanie. I to jest chyba jego największa odwaga: nie próbuje przywracać człowieka światu, ale pozwala światu przemówić po ludzku – jeszcze raz, choćby w języku reklam i pogody. Być może właśnie w tym tkwi sens współczesnej poezji – nie w ratowaniu metafizyki, lecz w rejestrowaniu jej śmierci z czułością. Gajda, niczym operator na posterunku po końcu świata, notuje ostatnie sygnały: z eteru, z ciała, z pamięci. W tym wszystkim pozostaje jednak coś głęboko ludzkiego – ta cicha wiara, że nawet w szumie świata można jeszcze usłyszeć modlitwę. Piotr Gajda, Radio Bla Bla , Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Łódź 2025, s. 46. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu) , potem wydał Dychotomię  (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze  (2025). Publikował m. in. w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w ArtPapierze i Nowym Kozirynku. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur  na stronie www.kozirynek.online .

  • Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (23)

    Jaka jest siła piosenki i czy bardowie jeszcze istnieją? Po co są w tym świecie zanurzonym w SUNO, algorytmach i sprytnych strategiach na socialach? To pytanie wraca do mnie coraz częściej. ​   Pewnego wieczoru rozmawiam z Leszkiem Wójtowiczem , poetą, pieśniarzem, bardem Solidarności i jednym z filarów Piwnicy pod Baranami. Siedzimy tuż po koncercie, kiedy w powietrzu nadal krąży zmęczony śmiech, refreny i pojedyncze westchnienia publiczności. Gdzieś tu jest dawny Kraków. Gdzieś tu jest świat pełen piosenek literackich do ostatniej kropli krwi, nasyconych wieloma warstwami znaczeń, z którymi nie poradziłby sobie algorytm facebooka. ​  To nie jest tradycyjna rozmowa o karierze ani wspomnieniach, tylko o tym, czy autorska piosenka jeszcze może komukolwiek pomóc „poukładać w głowie” świat, który przyspieszył. Leszek mówi spokojnie, bez wielkich słów, że bycie po prostu przyzwoitym człowiekiem bywa dziś formą buntu – i że właśnie od takich cichych buntów zaczyna się zmiana.  Miłka O. Malzahn  – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy  Dziennik Zmian,  moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (23)

    Dzień 116. Ukraiński dzień Taty (19 czerwca 2022) Trzecia niedziela czerwca. Ukraiński dzień ojca. Brak przełamujących doniesień z frontu. Myślę o tym chłopcu, który szedł płacząc przez polską granicę. Telewizje pokazywały go bez przerwy. Był luty, może początek marca. Wiem, że mama i babcia się odnalazły i chłopiec się odnalazł, ale ilu nie odnalazło nikogo ze swoich bliskich? Myślę o Włodku Taniuku z Buczy. Czy dalej przynosi na grób swojej mamy soczki w kartonikach i konserwy, żeby już nigdy nie zaznała głodu? Dwa albo trzy dni przed ukraińskim dniem ojca pojawiło się w internecie trzydziestosekundowe nagranie z powrotu Taty do ukraińskiego domu. Chłopczyk rzuca hulajnogę i wspina się na tatę, jak na najwyższą górę, a tata jest wielki, ogromny, chłopiec go obejmuje, głaszcze po plecach, tata wrócił cały. Szczęście. I myślę o tych dzieciach, do których tata już nie wróci. Które zostaną z tą swoją hulajnogą, psem przy nodze, kotkiem na rękach, ale bez taty. Myślę obrazami, więc zawsze widzę chłopca. Pewnie dlatego, że córcia już duża, ma kilkanaście lat, obejmie jakoś resztę życia, do chłopaka jeździ sama przez pół Polski. W zasadzie całą. Dzisiaj pomyliła pociągi, ale zimna krew, spokój, opanowanie, żadnej paniki. Byle co ją nie zdruzgocze. Ale synek, synek jeszcze jest mały, drobny, pięćset razy dziennie pyta - tato? a narysujesz mi? a zrobisz mi? a pomożesz? klocek mi się zaciął, a nalejesz mi wody do basenu? a obejrzymy sobie jutro drugą część gwiezdnych wojen? tato? I wiem, że mam u chłopca wielki kredyt zaufania i on chyba wierzy w moją niezniszczalność, powtarza z uporem i radością zdanie jakie sam powiedział, kiedy miał dwa, może dwa i pół roku. Siedzieliśmy w ciemnym przedpokoju i chłopczyk opowiadał swoim językiem z czym mu się taka noc, ciemność kojarzy. I to zdanie, to była puenta opowieści o strasznych rzeczach, które czają się w nocy. A brzmiało to tak - głosem dwu, może dwu i pół latka: - A ja nie boje wika, nie boje moka - bo jete ja i mój tata! Tak jakby tata załatwiał dowolnego wilka lub smoka pierdnięciem względnie donośnym beknięciem. Jakbym miał wytłumaczyć się synowi z własnej śmierci? Albo z tego, że tym razem nie dałem rady go obronić. A przecież wierzył, że kiedy jete ja i mój tata to nie ma się czego bać.  Chciałbym ile się da podtrzymać to poczucie bezpieczeństwa u chłopca. Uczyli mnie na psychologii, że to poczucie, które na wejściu w życie daje rodzic formuje tę niezniszczalną, wewnętrzną siłę, podpiera fundamentalne przekonanie, że warto żyć i warto się bić, zmagać z życiem, kluczowe poczucie sensu. Żeby to w chłopcu umocnić nie potrzebuję do tego żyć wiecznie, potrzebuję jeszcze paru lat. Ale jestem polskim tatą. Nie muszę iść na front. Mam wybór. A brak doniesień z frontów nie oznacza nic poza brakiem doniesień. Brakiem informacji która się do nas przebija. No bo ile razy można powtarzać, że w rejonie tej a tej wioski sytuacja jest niejasna, a tamta znowu przeszła z rąk do rąk? Za każdym razem kiedy taka wioska przechodzi albo nie przechodzi z rąk do rąk - któryś chłopiec, dziewczynka zostaje bez taty. Na zawsze sam, sama z tą hulajnogą, psem, kotkiem, plecakiem z Hello Kitty czy Spidermanem. Brak doniesień w ukraiński dzień ojca. Chociaż to niemożliwe, wiem, życzę wam chłopaki, wracajcie do domu żywi, cali. Ze wszystkich sił - nie dajcie się zabić. To moje życzenia od ojca dla ojców.  Mądrzejsze się nie napisały. Wybaczcie. Dzień 117 i przedświt dnia 118 albo Projekt Traktatu Pokojowego (20/21 czerwca 2022) " We haven’t the proper facilities to take you all prisoner! Sorry! […] We'd like to, but we can't accept your surrender! Was there anything else? " (Major Harry Carlyle , "A Bridge too far") Litwa zablokowała tranzyt przez swoje terytorium towarów na które obowiązują sankcje z i do obwodu Kaliningradzkiego czyli do dawnego Królewca, wokół którego Stalin wyrysował linijką w 1945 buforową strefę po kilkadziesiąt kilometrów w każda stronę. Teraz już tylko morzem można cokolwiek tam dostarczyć, bo europejska przestrzeń powietrzna jest w zasadzie zamknięta dla rosyjskich samolotów. W odpowiedzi MSZ Rosji wezwało Litwę do natychmiastowego zniesienia zakazu tranzytu towarów do obwodu kaliningradzkiego.  W Chersoniu do restauracji wpadł ktoś uzbrojony w broń maszynową i przejechał serią po trzech umundurowanych okupantach siedzących przy stoliku, Dwóch nie żyje, jeden ranny.  Ukraińskie wojsko idące od zachodu podobno coraz bliżej Chersonia. Koleżeństwo od OSINT-u puściło dzisiaj film z magistrali kolejowej w głębi mordoru, w okolicach Irkucka. Jechał tam pociąg wiozący z dalekiego wschodu czołgi na lorach - zapewne w stronę Rostowa albo Biełgorodu. Pilni policzyli. Było 11 czołgów T-80BW, czyli może nie najnowszych, ale i nie rupieci i ponad 20 stareńkich T-62.  Kolega prowadzący profil „ Ukraina: wojna ” napisał, że nie jest w stanie już policzyć eksplodujących wokół linii frontu składów amunicji i paliwa. Orczych składów. Ja w tym czuję robotę polskich krabów, może też francuskich Caesarów. Skoro kolega, który analizuje każdą wieść z Ukrainy już nie umie się doliczyć ile to tych składów wyleciało ostatnio w powietrze, to musi być grubo. Pisałem ostatnio o Kazachstanie, że jego prezydent o trudnym do wymówienia imieniu powiedział, że nigdy nie uzna bieda-państewek putinowskich na terytorium Ukrainy? No to zrobiło się jeszcze śmieszniej. Chanat zablokował eksport kazachskiej ropy. W odpowiedzi Kazachstan zatrzymał łącznie 1700 wagonów z moskiewskim węglem.  Kupiłem popcorn i czekam na ciąg dalszy.  Za to Pani Zacharowa, rzeczniczka chanatu podobno przestała pić. I zdaje się, że zwalczyła picie metodą moich kumpli z liceum, którzy z kolei z palenia gandzi leczyli się tankowanie jabola. Im się udawało, czemu by Zacharowej w drugą stronę nie miałoby się udać? Zatem przestała pić i się sztachnęła, ale chyba za ostro. Zdjęła chmurkę i poszło jej tak, publicznie: - Ukraina, którą znaliśmy w granicach, które kiedyś były, już nie istnieje i nigdy więcej nie będzie istnieć. To oczywiste. Jeśli chodzi o referenda, o których się mówi, to jest to sprawa mieszkańców regionów, których ta sprawa dotyczy. Skoro było jej wolno, to i ja wciągnąłem głęboko nocne powietrze do płuc i pomyślałem, że pora rozważyć traktat pokojowy, napisać go zanim zważą się losy wojny i mieć w pogotowiu, jakby co. Tak działa na mnie tlen w dużych ilościach. Zaciągnąłem się tlenem i myśli jakoś same popłynęły niczym strumień, potok górski co to się nie zdumiewa, że w dół spływa. I wyszło coś takiego: Po pierwsze zatem chanat moskiewski musi uznać, że dokonał nielegalnej i niesprowokowanej inwazji na kraj sąsiedni. To będzie precedens. W kolejce do podpisania podobnych traktatów stoi już Gruzja, Mołdawia. Po drugie - wszyscy uznają Ukrainę w granicach określonych w memorandum budapesztańskim z 1994 roku, bez żadnych ograniczeń co do wchodzenia lub wychodzenia z sojuszy politycznych, gospodarczych lub wojskowych z pełnym prawem do dysponowania swoim terytorium i wszelkim potencjałem wynikającym z bycia niepodległym państwem.  Chanat oczywiście też może sobie wchodzić w dowolne sojusze wojskowe i gospodarcze, jeżeli tylko ktoś będzie go chciał. Bo ja wiem, może Wenezuela, może Korea Północna, Syria Asada, póki ten rzeźnik rządzi? Nie bądź gnidom, poczuj fridom - jak mawiała kumpela. Chanat w ramach reperacji wojennych wyda Ukrainie wszystkie bazy wojskowe na Krymie wraz z wyposażeniem i częścią Floty Czarnomorskiej. W ramach reperacji wojennych wyda ze swoich składów uzbrojenia także ekwiwalentną ilość uzbrojenia aby uzupełnić ubytki sprzętowe w armii ukraińskiej w tym lotnictwie, wojskach obrony powietrznej i rakietowych. Reperacje za straty cywilne dopuszczone są do wypłat w naturze – poprzez dostarczenie Ukrainie elementów infrastruktury ciężkiej do odbudowy przemysłu, taboru klejowego, infrastruktury drogowej, kolejowej, energetycznej, portowej i morskiej. Most krymski zostaje zamieniony na most zwodzony, przy czym kołowrotek zostaje oddany w zarząd władzom ukraińskim. Reszta reperacji wojennych, która nie może być wypłacona w naturze zostanie wypłacona w środkach finansowych pochodzących z zamrożonych aktywów federacji rosyjskiej w walutach zagranicznych i w złocie. Zostaną wypłacone finansowe odszkodowania wszystkim ofiarom oraz rodzinom ofiar wojny, ze szczególnym uwzględnieniem ofiar cywilnych i począwszy od roku 2014. Zostaną także wypłacone przez federację zadośćuczynienia własnym obywatelom i ich rodzinom powołanym do walki w zbrodniczej, nielegalnej i niesprowokowanej inwazji na Ukrainę. Zostaną wydani stronie ukraińskiej lub międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości wszyscy podejrzani o popełnienie zbrodni wojennych lub zbrodni przeciwko ludzkości bez względu na piastowane stanowisko. Okręg Kaliningradzki zostanie ustanowiony Wolnym Miastem Królewiec we wspólnym zarządzie Rady Aliantów, ONZ i UE a po upływie 99 lat zostanie w nim ogłoszony plebiscyt odnośnie dalszych losów. Republika Naddniestrza zostanie ogłoszona międzynarodowym skansenem radzieckim i wstęp do niej będzie możliwy tylko po wykupieniu ważnego biletu uprawniającego do oglądania ekspozycji i oddana pod zarząd UNESCO. Chanat będzie zmuszony wycofać się ze wszystkich swoich zagranicznych baz i otrzyma zakaz na 99 lat używania sił zbrojnych w jakichkolwiek misjach poza swoimi granicami, nie wyłączając misji UN. Sankcje na chanat zostaną utrzymane do czasu całkowitego wypełnienia postanowień traktatu pokojowego, a znoszone mogą być jedynie częściowo dla usprawnienia procesu wypłaty reperacji wojennych. Chanat zostanie pozbawiony prawa do rozbudowy i odnowy potencjału jądrowego, zakazany będzie z nią wszelki handel podzespołami i sprzętem mogącym posłużyć do tworzenia nowych generacji głowic nuklearnych i środków ich przenoszenia. Chanat rosyjski zostanie zmuszony do wpisania do konstytucji wyłącznie obronnego charakteru swoich sił zbrojnych i zakazane zostanie rozwijanie wszelkich doktryn oraz prowadzenie ćwiczeń według tych doktryn, przewidujących jakiekolwiek prewencyjne działania poza granicami chanatu. Zdejmowanie sankcji będzie postępować w miarę przyłączania kolejnych milionów Rosjan i Rosjanek do sieci kanalizacyjnej i montażu dolnopłuków w mieszkaniach. Po napisaniu ostatniego zdania wypuściłem wreszcie powietrze z płuc. Miałem mroczki przed oczyma.  - Amen - powiedziałem na głos, wiedząc, że oznacza to tyle, co  "niech tak się stanie", "niech tak będzie".  Powietrze w płucach zrobiło swoje. Szumiało mi mocno w głowie gdy patrzyłem na blady brzask nad Kiełczowem przełamujący się z ciemnością i powtórzyłem jeszcze raz: - Amen, amen, amen A potem dodałem, bo świtało: - Слава Україні Noc z dnia 118 na 119. Podawajcie to dalej, podawajcie wytrwale (21/22 czerwca 2022) Zatem powiadasz mój książę, że siedem niemieckich haubic wreszcie dojechało do Ukrainy? Ba. Niemiecki rząd opublikował generalną listę rzeczy jakimi wsparł armię ukraińską. Są tam racje żywnościowe, są autobusy, samochody osobowe, nawet szpital polowy, są zestawy archiwalnych rakiet "Strieła", podobno w 1/3 nie nadawały się do użytku, no ale były i hełmów było już ze dwadzieścia tysięcy. No i siedem haubic samobieżnych. Nie było tam czołgów, transporterów piechoty, ale było siedem haubic samobieżnych. Siedem. Czy to mało? Czy ktokolwiek, kto toczy śmiertelny bój powie, że to mało? A czy te dziesięć kolimatorów, które miękko odbiło się od moich rąk dzisiaj rano, to dużo czy mało? Szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę, że one tylko odbiły się od moich rąk, nie mam żadnych praw do nich bo to koledzy, koleżanki załatwiali pieniądze, koledzy, koleżanki zawiozą niebawem odbiorcom, a sam kolimator nie strzela tylko emituje taką zabawną kropkę. Zieloną lub czerwoną. Sprawdziliśmy - tak jest, można ją przesunąć w jedną lub drugą stronę, sprawić, żeby była większa, albo mniejsza, jaśniejsza lub ciemniejsza. I wiem jedno, że poczucie bezsilności jest kłamstwem podrzucanym przez złego ducha. Do tego, żeby coś zrobić nie jest potrzebna rozległa wiedza, świadomość sytuacyjna, informacja o tym czy orcze hordy przeszły przez rzekę czy nie. Potrzeba woli. Gdzie wola, tam i droga. Czyje to zdanie było? Gaston Rebuffat? Czy jednak Mallory, który miał zostawić zdjęcie żony na Evereście? To nie znaczy, że nie masz prawa cieszyć się życiem, śpiewem ptaków, zabawą z dziećmi, dobrym filmem czy dobrym winem albo dobrą muzyką. Nie. To chodzi o to, żeby dodać do tego coś jeszcze. Czasem coś drobnego. I dodawać wytrwale, dzień po dniu. Cieszę się, że siedem niemieckich haubic już jest w Ukrainie.  Cieszę się że dziesięć naszych kolimatorów do nich niebawem dołączy. Wprawdzie my jesteśmy grupą kilkudziesięciu znajomych a za haubicami stoi całe państwo niemieckie, ale każdy orze jak może i jak chce. Przecież gdzie wola tam i droga, prawda panie Scholz? Tymczasem. Aby. Aby do przodu jak pisał niegdyś poeta. Dzień 124. Powrót z Pragi (26 czerwca 2022) Zatem wróciliśmy z Pragi. Miękko. Z upału w upał. Wysiadamy a tutaj na tablicy odjazdów autobus z Wrocławia do M e l i t o p o l a. Tak, tego pod chwilową rosyjską okupacją. Pomyślałem, że to piękny gest, mocny i cichy, stanowczy, ale nie wołający o uwagę. Taka cicha zaciętość, taka nasza mała solidarność, małe my, na wojnie z wielkim złem. Po prostu, ktoś w komercyjnej firmie autobusowej powiedział cicho - nichuja. I to było piękne. I wiem, że ten autobus na razie nie dojeżdża do Melitopola, ale jedzie pewnie tak daleko jak się da. I to jest siła, moc i wytrwanie jakie musi stać za naszymi kiedy będą chwilowo musieli oddać pewnie niejedno miasto. Boże chroń kierowcę jadącego od wczoraj do Melitopola. Daj mu kiedyś tam naprawdę dojechać. Z naszą, naszych "Krabów", siedmiu niemieckich Panzerhaubic i trzech niemieckich HIMARS-ów pomocą, amen. Radosław Wiśniewski  – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.

  • Tomasz Pietrzak – pięć wierszy

    Dżdżownica  Wolałbym, żeby bóg był dżdżownicą. Powstałbym na lepszy obraz lepszego podobieństwa, a nie na obraz małpy, co zgubiła ogniwo, nie na podobieństwo kręgowca, co ma tak wątły kręgosłup. Taka dżdżownica – przetnij ją na dwie, a dwie pójdą pogodzone w dwie strony, przetnij na cztery, a gleba się użyźni. Weź dwoje ludzi, a masz ogień wojen. Weź czterech, a stworzysz pustynię. Kartografowie  Na ani jednej z map na Akademii Ekonomicznej nie widać wojen, które rozdzierały papier i skórę. Żadnej z wyrysowanych gór nie rozerwał ostrzał z okopu, żadna rzeka w toku nie zmieniła biegu i żadna sucha dolina nie stała się żyzną wyżyną. Równiny są równo zielone i nieusłane, a morza –morzami, nie arenami. Jeśli jest most, to zespala brzegi ,jeśli port, to stoi otworem dla wszystkich. Jednakowo to wygląda na mapach z dwa tysiące dwudziestego i tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Tak samo kreślili kapitaliści i komuniści. Jedni dodali, co było ujęte, inni ujęli, co dodane, w kolorową sumę summarum wierzyć nakazali. Konferencja pokojowa Przylecieli, aż popuściły cugle unijnych norm emisji dwutlenku węgla. Dwadzieścia siedem samolotów, plus jeden obrażony, jeden nieproszony i jeden mający wąty do reszty kołujących na płycie. Zatrzymali się w sześciuset sześćdziesięciu sześciu pokojach, co dało sześćset sześćdziesiąt sześć snów o potędze. Na powitalnym raucie wzniesiono trzy toasty – za góry, za rzeki, za lasy. Wypito tysiąc osiemset piętnaście kieliszków pinot noir (rocznik ’45). Pięć osób dało sobie w pysk, trzy rzygnęły. Wystąpił jeden szeregowiec, który zdał relację z utraty jednej pachy, jednego oka i trzech palców. Jedna matka pokazała, jak roni się pięć łez ,a pół dziecka wzruszyło kelnera i puzonistę. Wbiegł jeden czarny kot – też zdziwiony. Posypały się mowy, w czasie których siedem razy mylnie odczytano słowo „pokój” – co pociągnęło chryję w foyer. Rano zaś odbyła się debata nad debatą. W jej trakcie osiem krajów trzasnęło drzwiami, trzy zatrzasnęły się w klozecie, dwa wyszły dwa razy, a jednemu spadła korona z głowy. W końcu jednak – po pięciodaniowym obiedzie – podpisano Traktat Pokojowy, ciągnący się przez tysiąc dziewięćset osiemnaście stron. Cyrylicą zapisano w nim roszczenia jak ustępstwa oraz wnioski jak przesłanki. Na rozchodniaczka tysiąc rąk biło brawa i wręczono pamiątkowe szlafroki od Diora. Jedna nabita armata nie wypaliła. Homo Emeritus Zniedołężniały, obolały, przejrzały – z tego słabego ssaka już nic nie będzie.  Co przeżył, przeżył, co stoczył, stoczył –  i nic więcej nie powinno mu być dane.  Za dużo ziemi przelał, za dużo mórz  podeptał. Spał na swoich, jadał cudzych.  Pogarbiony, pokrzywiony, wyłysiały  nosi w sobie pamięć wojen i geny zaraz.  Dalej nie pójdzie w tej przemiękłej skórze. Już nowe wyrosło z liczb i zrozumiało, czym stare się karmiło. Bądźmy pewni, że nie pochowa, nie spali, nie przykryje, odkąd wiadomo, że nie będzie miało rąk, tych machin, które niosą najczystsze zło.  České dráhy Wkrótce Polki będą mogły legalnie usuwać ciąże  – oświadczył polityk i umarł na zawiew złego wiatru. Wkrótce , to znaczy wtedy , kiedy ich koleżanki  Amerykanki montować będą moduły mieszkalne  na Marsie, a koleżanki Arabki zasiądą większością w Radzie Omanu. Siedem lat tłustych, siedem lat  chudych, siedem suchych, siedem mokrych  – widzi  Karo, która zgłębia chiromancję, boże demony i koła. Chyba, że wcześniej, w końcu zaanektują nas Pepiki.  Polki mają sentyment do Czechów. Moja matka  dwa razy była w Czechach, dwa razy w Ostrawie. Wracając nocą mówiła, że Czesi są tacy gościnni,  mają czułe i ciepłe dłonie, że dają każdej Kofolę, lentilky i papier do jedzenia. Niebawem Polki będą  mogły legalnie usuwać ciąże. Póki co z Katowic  do Pragi uruchomiono pospieszny. Jeździć będzie  w dni bez niedzieli i wracać w połowie pusty. Tomasz Pietrzak (ur. 1982) – autor sześciu książek poetyckich, najnowsza, Bery z dzielni miała premierę w Wydawnictwie Znak (2025). Wcześniej wydał m.in . Bosiny (2020), Pospół (2016), Stany skupienia  (2008). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike – w 2013 r. za tom Rekordy, a w 2015 r. za tom Umlauty . Publikował na łamach m.in . „Odry”, „Twórczości”, „Przekroju”, „Gazety Wyborczej”, „Wizji”, „Tygla Kultury”, „Miasteczka Poznań”, „Dekady Literackiej”, „Wyspy”, „Dwutygodnika” i in.  Od 2018 roku współorganizator Portu Poetyckiego w Chorzowie – największej imprezy poetyckiej na Śląsku.  Mieszka w Katowicach.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (22)

    Dzień 108. Wake up, wake up Dwa dni były snem. Spałem też naprawdę, jakby mi ktoś wtyczkę od zasilania wyłączył, pyk i nie ma mnie dla nikogo. Z wiekiem zdarza mi się to coraz częściej. Nie poradzę. Mam jeszcze do zrobienia kilka rzeczy. Jednak czuję wyraźnie, że mam też niepisaną rolę czuwającego. Są wokół łowcy newsów, fotosów, komentarzy, analiz., ale nie jestem żadnym z nich. Ja tylko czuwam i zapisuję, żeby zostało, żeby nie zapomnieć za miesiąc, za rok, za dziesięć lat. Zapisuję, że pojawiły się pierwsze zdjęcia i filmy przejętych przez Rosjan czeskich i polskich czołgów, pierwsza trafiona na froncie ex-amerykańska haubica M777, pierwsi trzej jeńcy z legionu międzynarodowego skazani na śmierć przez jakieś gremium, którego podpis nawet na papierze czerpanym z jedwabiu wyglądałby jak bohomaz z szamba. Zapisuję, że kilka dni temu w Chersoniu wyleciała w powietrze restauracja w pobliżu siedziby kolaboracyjnych władz. Zapisuję, że dziennie spada armii rosyjskiej ze stanu bateria artylerii, średnio, czasem więcej, czasem mniej. Na razie bowiem to artyleria lufowa jednak odpowiada tak w tej, jak i w innych wojnach ostatnich 100-150 lat za większość strat. Richard Overy twierdził, że w 1939 roku Luftwaffe odpowiadała za nie więcej niż 10-15% wszystkich strat w substancji miejskiej i strat ludzkich obleganej Warszawie, cała reszta to artyleria. Chociaż w naszej zbiorowej pamięci jako sprawca większości cierpień, większości śmierci zajmuje niemiecka Luftwaffe. Te ograniczone sukcesy, jakie mają Rosjanie na tym ograniczonym wielce teatrze działań na wschodzie Ukrainy to w lwiej mierze zasługa lufowej artylerii, jej zagęszczenia, w którym celność przestaje się tak bardzo liczyć. Dlatego dobrze, że ich artyleria krwawi codziennie. Niech krwawi. Zapisuję dalej, że Niemcy pod przewodem kanclerza Olafa oświadczyły, że przeciwlotnicze pociski rakietowe IRIS-T SL to jednak będą później - nie jesienią tego roku, może zimą, może wiosną roku następnego? Zapisuję tez w pamięci to zdjęcie postrzelanego statecznika ukraińskiego MIG-a 29 widziane gdzieś w internecie. Jak na szklanych płytkach, diapozytywach nakładają się w mojej głowie wyrwane z kontekstu cytaty z książek czytanych dawno temu. Na przykład o Brygadzie Pościgowej walczącej nad Warszawą w 1939. Że chłopaki latali, aby tylko mechanik wyklepał wgnioty, drutem załatał dziury w skrzydłach, zbrojmistrz usunął zacięcie kaemu i dalej, dalej. No tylko przypomnę. Polska Brygada Pościgowa 7 dnia wojny musiała opuścić lotniska i ewakuować się pod Lublin, a po 17 dniu wojny z resztkami sprzętu ewakuowała się do Rumunii. A dzisiaj, o ile dobrze liczę, mamy dzień 108 i widzę - mimo legendy o tym, że ukraińskiego lotnictwa już nie ma, bo zostało trzy razy zniszczone - ktoś mówi, nic nie mówiąc: – Aby tylko mechanik wyklepał, załatał, na drut złapał linki - znowu polecę. Na tamtym zdjęciu nie ma ani jednego człowieka. Nie wiadomo przed kim skłonić głowę. Ale ktoś łatał te dziury po pociskach, ktoś tym samolotem lata, ktoś dostarcza do niego cichcem lub oficjalnie części zamienne. I to nieprawda, że pilot utożsamiany z legendą „ghost of Kyiv” został zestrzelony. Tak, zginął nie jeden pilot i nie jedna pilotka. Ale opowieści o prawdziwym Duchu Kijowa nie da się zestrzelić. Nie jesteście w stanie zestrzelić Ducha. Z opowieścią nie da się wygrać. Głupcy. Dzień 110. "Europa daje to, co chce – Polacy to, co mają" Odpoczywałem, rozmawiałem z redaktorem o książce z wierszami, liczyliśmy z żonką topniejące zasoby myśląc, że z tych wakacji faktycznie może niewiele nam wyjść, chociażby się chciało. W jakimś momencie rozmowy z redaktorem na naszym zielonym backyardzie somsiad ozwał się zza płotu, żebym sobie zobaczył co tutaj ma jakby co. Podał mi nad bluszczem porastającym drewniane ogrodzenie między nami ciężką kamizelkę, cztery plus, i hełm, ale bez uszu. Hełm już znałem, kamizelki zawsze ostatecznie szły z innego źródła. No to ja mówię somsiad, popatrz na to i pokazuję mu ekran smartfona a na nim dwóch chłopaków w niskim lesie, jeden ma pudło z dronem, drugi ma na lufie termo. Mam w tym mały udział. Przez chwilę trzymam kamizelkę, zastanawiam się czy sobie nie przymierzyć. Cztery plus, ciężka jak cholera. Gdyby w takiej pobiegał szybko bym pożegnał nadwagę, albo, gdybym biegał za wolno - pożegnałbym życie. ale jednak nie. Jakiś przesąd, zabobon czy coś. Żeby jednak mimo wszystko oddzielać się cienką, czerwoną, niewidzialną linią. Jesteśmy w tym, ale jeszcze nie tak. Nie założyłem. Zaprosili mnie znajomi do grupy OSINT czyli open source intelligence, biały wywiad. Mówię, dzięki, nie mam żadnych źródeł, raczej myślę na podstawie dostępnych informacji, ale żaden ze mnie analityk. Pytam człowieka, który mnie zaprosił, nie pomyliłeś się aby? Nie, odpisał, musisz mieć dużo materiałów do inspiracji dla tego co robisz. Masz pisać, musisz mieć na podstawie czego pisać. Po prostu rób swoje, pisz. Zatem siedzę cicho i czytam, co mówią i piszą. Może poza Wyrwałem, z Onetu, który powtarza, że na jeden ukraiński pocisk pada dwadzieścia rosyjskich. Rozumiem, że on jest na pierwszej linii, że to powoduje, że ma inny punkt widzenia. Ale jak on to policzył? Siedział w miejscu gdzie jest i liczył na słuch? Umiał poznać która eksplozja jest po ukraińskim a która po rosyjskim pocisku? A potem uznał, że tak jak w tym miejscu gdzie on jest - jest wszędzie indziej? Skąd on to wszystko wie? A może nie wie, tylko tak uważa? A jeżeli nie wie tylko uważa, to może jednak powinien to zaznaczyć, że to jego jednostkowa opinia a nie wiedza? Tymczasem zapisuję, że pali się w Rosji, oj pali. Baza morska nad Bałtykiem się pali, baza remontowa na pograniczu z Ukrainą się pali, Instytut Informatyczny Rosatomu w Saratowie się pali, Zakłady Optyczno-Mechaniczne w Siergiejew Posadzie pod Moskwą się palą, komisja poborowa we Władywostoku się paliła. Zapisuję, że w Siewierdoniecku wojsko ukraińskie trzyma się resztek terenów mieszkalnych i głównie kompleksów przemysłowych przy rzece. Rzeki mogą wysychać, bo lato ma być piękne tego roku. Doniec Siewierski może przestać być przeszkodą, na której będzie można oprzeć obronę. Przy czym nie jest tak, że nie ma niepokoju. Jest wielki niepokój. Weźmy takie Niemcy pod przewodem Olafa. Ledwo chlapnęli z pociskami przeciwlotniczymi IRIS-T SL, że jednak nie jesienią, ale może zimą, a jeszcze wcześniej, że nie przekażą jednak swoich wyrzutni HIMARS, bo muszą je przystosować do strzelania pociskami GLMRS, chociaż w necie jest ful materiałów z niemieckimi wyrzutniami strzelającymi z GLMRS, zatem ledwo co chlapnęli - a już nowe rewelacje. Otóż nie tylko, że nie przekażą Polsce swoich czołgów w zamian za te, które Polska przekazała Ukrainie. Nie. Zablokują też zamierzony transfer czołgów Leopard 2 do Ukrainy z Hiszpanii. Są producentem to im wolno. No cóż, tradycja dyplomatyczna, która mówi, że demokracja demokracją, wolność wolnością, ale w sprawach europy wschodniej i środkowej odrunung muss sein - trzyma się mocno. Pan robi się paskudny i pan się błyszczy czymś oślizgłym, panie Scholz. Pan się idzie umyć. Niech Pan zacznie od rąk. Niech pan umyje ręce, najlepiej na wizji. To też pewna tradycja. Ktoś ze znajomych z Ukrainy wysłał mema z ukraińskich internietów. Na zdjęciu polska bateria "Krabów" z lufami do góry. Podpis głosi: "Europa daje to, co chce - Polacy to, co mają". I to co już usłyszałem kiedyś, nie wiem kiedy, ktoś podał z ust do ust chyba zasłyszane zdanie od kobiety na granicy: Ukraina nie ma już wielkiego brata, ale ma siostrę – Polskę. Przy okazji - zwróciliście uwagę? Jak często tę walkę wspiera siła, która jest zobrazowana postaciami kobiet? Dziewczyn? Ukraina jako młoda dziewczyna podtrzymywana przez Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę zobrazowane jako stojące za nią młode kobiety. Na przykład. Jest tego mnóstwo. To buduje jakąś nadzieję inną niż wszystkie. Także nadzieję na jakieś przebudzenie innej siły, niż ta do tej pory nam znana, którą obrazuje obła twarz Scholza. I jeszcze na to, że to przebudzenie, które znajduje odbicie w ikonografii nie będzie powierzchowne. Na ten świat, który będzie po wojnie w którym taki kanclerz Scholz albo jakiś inny niemiecki kanclerz będzie musiał się na nowo uczyć naszej ziemi, naszych języków i kultur. I oczywiście Ukraina mu podziękuje za te siedem haubic, które niebawem mają się naleźć na froncie. Podziękuje, mam nadzieję, proporcjonalnie. Radosław Wiśniewski – animator kultury, poeta, prozaik, aktywista społeczny.

  • Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 2)

    Guzik prawda , czyli dlaczego nie medytuję na macie z TikToka Niektóre książki są jak kubek melisy – ładnie wyglądają, ale nic nie robią. Guzik prawda  Amelii Pudzianowskiej jest jak espresso o trzeciej w nocy: nie chciałeś, ale nagle widzisz wyraźniej. I może trochę żałujesz. Pierwszy wiersz, Kobiety , to jakby ktoś przyszedł i wyłączył prąd w patriarchacie – na chwilę robi się ciemno, a potem widać, kto gdzie stoi. I nie, nie wszyscy są tam, gdzie powinni. Zamiast ckliwego „girl power” dostajemy zapis tego, co boli. Zero filtrów, zero haseł na T-shirtach z sieciówki. Pudzianowska nie daje nam żadnej szybkiej recepty. Nie mówi: „wybacz i bądź silniejsza”. Mówi: „to boli, zaakceptuj to”. I to jest może najbardziej wywrotowa rzecz, jaką dziś można powiedzieć. Ten tomik jest tak cielesny, że podczas lektury miałem ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie mam krwi na rękach. Mleko, kości, pot – to nie żadne rekwizyty, tylko dowody rzeczowe. Kapitalizm chętnie przerobiłby to na coś do kupienia: „bath ritual”, „detox juice”, „body positivity retreat za 3500 zł”. Ale Pudzianowska nie daje się w to wciągnąć – jej wiersze są jak komunikat „brak w magazynie” przy próbie kupienia gotowej odpowiedzi. Trauma w guzik prawda  nie jest „ścieżką rozwoju”, nie ma jej w PDF-ie z afirmacjami na poranek. Tu trauma po prostu jest, jak brud pod paznokciami. Nie znika po 21 dniach praktyki wdzięczności. I to dobrze – bo może wcale nie chodzi o to, żeby wszystko „przepracować”, tylko żeby czasem powiedzieć: „tak, to mnie wkurza, i mam do tego prawo”. Z kolei wiersz Dysonans  to esencja życia w epoce powiadomień push. Wojna, tutorial jak zrobić matcha latte, klęska humanitarna, kotek w czapeczce. I ty w tym wszystkim – z ręką na sercu i drugą na karcie kredytowej, bo algorytm właśnie podsunął ci kod rabatowy na buty. Pudzianowska wyciąga nas z tej schizofrenii i mówi: „Patrz. To nie jest normalne”. A wojna? W tym tomie to nie tylko front gdzieś daleko stąd. To wojna przy kuchennym stole. Rozmowa z ciotką o „ideologii gender” i spojrzenie mamy, które mówi „proszę cię, nie zaczynaj”. To wojna o słowa – o to, czy wolno ci mówić, jak się czujesz. Nie ma w tej książce żadnego „self-care contentu”. Nie ma podcastów o tym, jak „zwiększyć swoją produktywność przez odpuszczanie”. Nie ma „wellbeing lunchu” w firmie, na którym karmią cię sałatką i mówią, żebyś „znalazł balans”, a potem przypominają, że deadline jest w piątek. Zamiast tego dostajesz pozwolenie na wkurw. Na łzy. Na śmiech, który jest tak czarny, że mógłby być memem o „This is fine” z psem w płonącym pokoju. I humor tu jest – ale to nie jest „żarcik”, który ma rozładować atmosferę. To jest humor, który wbija ci szpilę, a ty się śmiejesz, bo wiesz, że to o tobie. Końcówka – Staw  – to niby spokój, ale taki, co w nim coś bulgocze. Zakopiesz traumę, zakopiesz wstyd, ale wiesz, że to wypłynie. Bo trauma jest jak ten wujek z Wigilii – zawsze znajdzie sposób, żeby wrócić i opowiedzieć ci swoją prawdę. I może właśnie o to chodzi w tej książce – żeby zrozumieć, że czasem nie trzeba „domykać procesów”, „pracować nad sobą” ani „manifestować obfitości”. Czasem wystarczy powiedzieć: „guzik prawda” – i odłożyć telefon. I właśnie dlatego ten tomik jest potrzebny. Żeby przypomnieć nam, że mamy ciała, mamy nerwy, mamy prawo powiedzieć „guzik prawda” wszystkim, którzy próbują nam sprzedać kolejny poradnik o szczęściu. Bo czasem najlepsza duchowość to wyciągnąć środkowy palec, wziąć głęboki wdech i zacząć od nowa – na własnych zasadach. Amelia Pudzianowska, Guzik prawda, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025, str. 40. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk literacki, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu ), a następnie wydał Dychotomię  (2020) oraz Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze  (2025). Publikował w licznych czasopismach literackich, m.in . w Odrze, Przekroju, eleWatorze, Afroncie i Helikopterze, a jego teksty krytyczne ukazywały się m.in . w ArtPapierze i Nowym Koziryneku. Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .

  • Mirosław Drabczyk – Przewodnik po dzielni (recenzja)

    Już okładka zapowiada, że nie będziemy mieli do czynienia z łatwą lekturą. Na czarno-białej fotografii widzimy scenę z podwórka, gdzie dwa białe konie w nienaturalnych pozach męczą się, aby napełniony węglem wóz cofnąć pod drzwi ceglanego budynku gospodarczego. Ubrany w kapotę i kaszkiet wozak, tak jak kobieta, która ten węgiel zamówiła, zgodnie patrzą na miejsce, gdzie węgiel ma być zrzucony. Dramat koni jest im obojętny. Bery z dzielni to reminiscencje z dzieciństwa spędzonego w jednej z biednych, zapomnianych i naznaczonych przestępczością dzielnic Górnego Śląska. Bieda, wykluczenie, przemoc, zabobon i alkohol tworzą konstrukcję, wokół której Pietrzak snuje swoje śląskie bery czyli opowieści. Na gęsto zaludnionej dzielnicy zamieszkałej przez Śląsko-Polsko-Romską mieszankę typów ludzkich dzieją się rzeczy doniosłe, heroiczne i dramatyczne: zabawy w krematorium, topienie małych kotów, ucieczka przed pijanym ojcem, pogrzebowa procesja, prześladowania na tle rasowym albo świniobicie, po którym odbywało się gromadne próbowanie parującego mięsa zapijanego wódką. Wszystko na równych prawach, choć w dzielni nawet kilkuletnie dzieci wiedziały, że prawa nie dla wszystkich są równe. Gdy miałem siedem lat, wyrosły mi  włosy na rękach. Gęste,  czarne, po psie. Cygan  – wołali – gdzie tabor   twój kundlu?  A we mnie nie było Cygana  A nawet gdyby, to co? Podskocz  no, kurwo –   Foczi mnie tak wychował. Lepiej niż matka. Wycieńczająca pracę w hucie, przedwczesne śmierci, rozpacz matek, choroby dzieci, biedę i wykluczenie Romów autor relacjonuje bez uderzania w tony patetyczne, nie sięga po socjologiczne mentorstwo. Krwawe zajścia,  nieufność do władzy, kradzieże i powroty z więzienia dorosłych kolegów biegłych w operowaniu nożem należą wszak do krajobrazu dzielni . Pietrzak z zamierzoną nonszalancją wydobywa z pamięci sceny na pozór banalne, ale przejmująco reprezentatywne dla tego czasu i miejsca. Czasem nonszalancja ustępuje miejsca pieczołowitości, jakby opisywane zdarzenia były elementami pradawnego obrządku, któremu mieszkańcy dzielni muszą być posłuszni. Życie – zdaje się przekonywać nas Autor – choć ciężkie a chwilami beznadziejne, zasługuje na to, by nie odbierać mu świętości. Z tym, że świętość ma na dzielni wykoślawione oblicze: w biednej i zastraszonej społeczności zamiast rozumu rządzi przesąd i prymitywna wiara w złe moce. To nie szpikulec odebrał wzrok młodej Nowocce,  a stara heksa z małego domku się  zapatrzyła i złe oko puściła wodą. Tak ciemno tu było, tak głucho tu było. Na wszystko pacierze, na każdego amen. Nic, tylko przyzywanie i ciągłe odczynianie gęsim łojem.   Teoretycznie tego typu sytuacje mogłyby rozgrywać się w dowolnym polskim mieście epoki Gierka i Jaruzelskiego.  Niemal każde miało swoją “dzielnicę cudów”, do której postronni obywatele woleli nie zaglądać. Niepewność losu, ciasnota i bieda połączona z przemocą tworzyły klimat, który dla wielu pisarzy (ale także malarzy, wystarczy wspomnieć Dudę-Gracza) był inspirującym tworzywem. Jednak inne regiony, nawet takie te, gdzie rozwój przemysłu wymuszał przyśpieszony napływ siły roboczej, nie były naznaczone etniczną i historyczną odrębnością, co czyni całą opowieść jeszcze bardziej fascynującą. Tomasz Pietrzak – wnikliwy obserwator – odkrywa przed czytelnikiem tajemnice świata, który sam poznał. Jest przewodnikiem sumiennym, prowadzi przez krajobrazy, których istnienia wielu z nas nawet się nie domyślało. Niby Wergiliusz oprowadza nas po piekle ciasnych mieszkań, wspólnych wychodków, bocznic kolejowych, poniemieckich ruin, dawnych obozowych baraków, cuchnących podwórek i chlywików, w których trzymano świnie. Widziałem miasto obrosłe pleśnią o rozłożystej grzybni, miasto ojców, ciągnących się jak wory kości do domów, w których krochmal matek czekał abby wchłonąć cały alkohol. (…)                miasto ziejące oranżem, miasto Etna, dyszące do uszu i duszące skrzela bobasów, które za wcześnie wyszły  z  ołowicowych matek.  Porównanie jest umowne: Wergiliusz pokazywał piekło, jako miejsce, do którego śmiertelnicy dopiero mogą trafić, natomiast horror dzielni  przywołany przez Pietrzaka to na szczęście przeszłość. Coś jak koszmar senny, który tylko wydaje się prawdą.    Autor Berów z dzielni pozwala sobie na zmyślenia i hiperbole, przywołuje obrzędy podszyte zabobonem, dryfuje w stronę baśni. Ale w dalszym ciagu mu wierzymy,  bo spod jego pióra wyłania się obraz niezwykle sugestywny. Każdy wiersz boli, ale nie dlatego dowiadujemy się o ciemnych stronach egzystencji w tym zakątku śląskiej aglomeracji, żeby współczuć.  Dzielnia to nie jest miejsce na tego typu uczuciowość. Żeby nie cierpieć samemu, trzeba umieć być obojętnym na cierpienie drugiego. Tak jak ten wozak i kobieta ze zdjęcia na okładce. Pietrzak nie szczędzi nam brutalizmu, w każdym wierszu stawia go na stół jako danie główne. Ale nie zapomina o przyprawach: z nonszalancją godną Gabriela G. Marqueza miesza rzeczywistość z fantazją, ubarwia pospolitość, sięga po humor zawarty w gwarze śląskiej.  Aż pewnej mroźnej nocy  osiemdziesiątego piątego roku ze ścian sypnęło poniemiecką szpachlą i ojcu objawił się  Pónbóczek jak żywy.   czyli grzib, cza psikać  – jak powiedział rano sąsiad medalikarz.  Bery z dzielni opierają się na narracji. Czytelnik czuje tę narrację, mimo, że książka Pietrzaka zawiera wiersze pisane oszczędnym, niemal minimalistycznym językiem. Forma pokornie podąża za treścią, czasem dwuwers przypomina ludowe wyliczanki, a litanijność jest zabiegiem jak najbardziej świadomym. Jednak tajemnica sugestywności tych wierszy polega również na tym, że tytułową dzielnię oglądamy z dwóch perspektyw jednocześnie. Na szczegółowe, skupione na detalach i pamięci zmysłów  widzenie dorastającego chłopca dorosły poeta nakłada obraz większy, pokazujący tło społeczne, polityczne i ekonomiczne. To pozwala nam lepiej zrozumieć zawiły świat w jakim dorasta kilkuletni a potem nieco starszy narrator. Ten i pozostałe zabiegi stylistyczne autor stosuje z podziwu godną precyzją każąc zastanawiać się nad pojemnością języka. Mimo, że nie jest to język specjalnie pieprzny (przy takim nagromadzeniu grozy stosowanie wulgaryzmów jako środka ekspresji wydałoby się przesadą, a jeśli już poleci jakaś kurwa, to wyłącznie jako cytat), niektóre strofy smakują jak mocny bimber przegryzany surową cebulą. I tak klimat psychiczny odrapanych podwórek, opis nędznie ubranych ludzi, strach umorusanych dzieciaków i ich nadzieję na lepszy świat Pietrak potrafi pomieścić w kilku niepozornych wersach. Czytelnik konsumuje destylat. rozdają dziś mąkę –  1 kilogram na jeden łeb, czyli dostaniemy 3 kilogramy i może kilo  na świeżo poronionego brata – się zobaczy Jest fajnie, darmoszka zawsze jest fajna Tomasz Pietrzak pisze o czymś, co dobrze zna, a przy okazji udowadnia, że potrafi tak dobrać język, aby opowieść wybrzmiała najczyściej. No i te zaskakujące puenty! Wiersz o tym, że w piwnicach rozłożono truciznę na szczury, a dwóch niepiśmiennych Romów zatruło się nia śmiertelnie, bo nie zrozumieli napisu DERATYZACJA kończy się tak:             (…) Poszła im  piana z ust I zamigotało serce. jak przyjechała  sanitarka, szczury (jeszcze wtedy żywe) rozstępowały  się biblijnie.     Mój dawny znajomy, zdobywca ważnych nagród poetyckich porównywał pisanie wierszy do rundy bokserskiej: ”Masz boksować w zaplanowanym rytmie, z siłą na którą cię stać, możesz zwalniać i przyśpieszać, ale najważniejsze abyś tuż przed końcowym gongiem wyprowadził najmocniejsze ciosy. Ze zwarcia to ty musisz wyjść z ciosem.” Wiersze Tomasza Pietrzaka zawarte w tomie Bery z dzielni spełniają ten warunek w stu procentach.  Czytelnik na koniec każdego wiersza otrzymuje cios między oczy i w masochistycznym odruchu odwraca stronę, żeby przeczytać kolejną wstrząsającą relację z życia w dzielni. Ktoś kto w dorosłym życiu próbuje potłuczony witraż własnego dzieciństwa złożyć w spójną całość i nie utracić przy tym żadnej z barw, konturów ani rozległego tła (rodzinnego, społecznego, politycznego) - ten wie jaka to trudna sztuka. Trudność nie dotyczy wyłącznie zawodnej pamięci, idzie tu raczej o nieprzystawalność języka, który nagle wydaje się nie dość pojemny i plastyczny, aby oddać ogrom sensualnych, pięknych i jednocześnie traumatycznych doznań odciśniętych w dziecięcym umyśle. Mając to na uwadze, trzeba przyznać, że Tomaszowi Pietrzakowi, który w równym stopniu prezentuje się jako poeta i gawędziarz, ta sztuka się udała.  Jego Bery z dzielni , niczym odnowiony witraż ukazujący mitologiczne sceny zajaśniał naprawdę mocnymi barwami. Życzyłbym autorowi, aby ta książka została doceniona przez jury najważniejszych konkursów literackich.   Tomasz Pietrzak , Bery z dzielni, Wydawnictwo Znak, Kraków, str. 90 Mirosław Drabczyk – poeta, tłumacz i prozaik. Autor książki Szopka ruchoma , redaktor Magazynu Suburbia.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page