Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Olga Orozco – trzy wiersze
Oto twoje wspomnienia Oto twoje wspomnienia: ten lekki pył fiołków bez sensu opadający na zapomniane daty; twe imię, uparte imię, które porzuciło twą dłoń wśród kamieni; znajome drzewo, jego zawsze zielony szmer za szybą; moje dzieciństwo, tak odległe, w tym samym ogrodzie, gdzie trawa wciąż śpiewa i gdzie tak często twoja głowa spoczywała nagle przy mnie pośród zarośli cienia. Wszystko jest zawsze takie samo. Kiedy znów wołamy, jak teraz, przy odległym murze: wszystko jest zawsze takie samo. Oto twoje królestwo, blady młodzieńcze: wilgotna równina dla twych skrytych stóp, szorstkość ostu, wspomnienie szronu o poranku, dawne legendy, ziemia, na której się urodziliśmy z identyczną mgłą nad płaczem. — Pamiętasz śnieg? To już tak dawno! Jak bardzo urosły od tego czasu twoje włosy! A jednak wciąż nosisz jego efemeryczne kwiaty na piersi a twe czoło pochyla się pod tym samym niebem tak olśniewającym i jasnym. Dlaczego miałbyś powrócić, niczym bóg do swego świata, w towarzystwie krajobrazu, który pokochałam? Czy wciąż pamiętasz tamten śnieg? Jakże samotny będzie dziś, za tymi bezużytecznymi ścianami, twój dom z żelaza i kwiatów! Porzucona, jego młodość o kształcie twego ciała, zatęskni teraz za twym zbyt upartym milczeniem, twą skórą, opustoszałą niczym kraj odwiedzany tylko przez popielate płatki kwiatów po po tylu latach patrzenia na niekończącą się cierpliwość mrówki pośród jej samotnych ruin. Czekaj, czekaj, serce moje: to nie zimne oblicze straszliwego śniegu ani niedawnego snu. Jeszcze raz, jeszcze raz, serce moje: niedwuznaczny szelest piasku przy furtce, wołanie babci, ta sama samotność, niekłamana, i ten długi los patrzenia na swe dłonie, aż po starość. Wróć, gdy deszcz Siostry powietrza i chłodu, siostry moje: jakaż to pieśń, co rozciąga się po gałęziach i toczy po szkle? Jakaż to pieśń, którą zgubiłam, a która krąży na wietrze i na nowo powraca? To było daleko, bardzo daleko, w pierwszych brzaskach ogrodu strzeżonego przez anioły i pokrzywy. Śpiewałyśmy na wieki tę pieśń. Wyśpiewywałyśmy nasze przymierze aż po dziejów kres. To było bardzo dawno temu, siostro ciszy i księżyca. To było w twojej młodości i moim najwcześniejszym dzieciństwie, kiedy ledwo co zajrzałaś w kręte wody miłości, które prędko cię pochwyciły, i wciąż przebierałaś się, żerując na naszej naiwności, w panoptikum zjaw: duch panny młodej, zbłąkana dusza lub szalona żebraczka; lecz już następnego dnia byłaś spokojem i dotykiem traw. Kiedy odeszłaś, zabrakło w pieśni błękitu kryształu. To było bardzo dawno temu, siostro przygód i słońca. Byłam najmłodsza i podążałam za twoimi krokami przez zaczarowane miejsca, gdzie skarby ukryto w trzech ziarnkach soli, zardzewiałe oko zamka, by spoglądać w przyszłość piękniejszą, a zakopane lustro nosiło słowo najwyższej mocy. To ty wymyślałaś zabawy, pokusy i nieposłuszeństwa. Tyle było lat wspólnych spotkań i pożegnań, że pieśń rozpadła się na kawałki, gdy twoja dłoń puściła moją. Siostry podmuchu i drżenia, moje siostry, słyszę wasz śpiew z gęstwin mej opuszczonej nocy. Wiem, że powracacie, by sprzeciwić się mej samotności, by wypełnić pakt podpisany naszą krwią aż po dziejów kres, aż znów dokończymy pieśń. Dzień, by nie być Odejdź, przeklęty dniu; ukryj pod powiekami z gipsu swe wilcze spojrzenie, które lepiej mnie zapomina; stąpaj po mnie swym dzikim krokiem, udając pustynię między głodem a pragnieniem, by wszyscy uwierzyli, że mnie nie ma, że jestem znakiem pożegnania na kamieniach; zamknij na oścież, z dala ode mnie, swe szczęki bez okrucieństwa i bez miłosierdzia, jakbym już była odporna, jakbym bezwstydnie mogła już przymierzać gesty innych osób; i połóż się spać, pod ślepym płótnem wieków, sen, w którym wrzucasz mnie z wczoraj do jutra: ten szron, przebiegający mi po twarzy. A jednak muszę przybyć z tobą A jednak musisz zmartwychwstać ze mną pośród umarłych. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Olga Nilda Gugliotta Orozco (1920–1999) – argentyńska poetka, laureatka Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances.
- Catherine Coy – wiersz
Modlitwa za przedmieścia Niechaj będą bezpieczni jak ich domy w szeregu jak ludzie czekający, aż coś się w końcu wydarzy. Niechaj będą jak puste pudła Bardziej ciaśni niż karton na mleko. Niechaj zachowają dla siebie ten kawałek trawnika Między chodnikiem i krawężnikiem skrawek przestrzeni by oddychać, ale tylko tyle by odseparować to co wzięli na kredyt od tego, czego pilnuje miasto. Niechaj im będzie dane zachwycać się swoim adresem uliczek nazwanych ku czci drzew i kwiatów albo kobiet. Niechaj pamiętają wszystko wszystkim ale nie odezwą się słowem. Oby ich drzwi frontowe puchły i kurczyły się od zmian pogody. Niech się zamkną. przełożył Jerzy Bartonezz fot. Bill Owens Catherine Coy – po studiach magisterskich na Uniwersytecie Columbia w 1997 roku objęła stanowisko dyrektorki programu Poets House, poprzedzone dwuletnim wolontariatem i pracą asystencką. Do Nowego Jorku przeprowadziła się z Chicago, mając już tytuł licencjata z języka angielskiego uzyskany na Uniwersytecie Chicagowskim. Jej wiersze ukazały się w „The Paris Review”.
- Alejandra Pizarnik – pięć wierszy
Noc Niewiele wiem o nocy, ale noc wydaje się wiedzieć o mnie, więcej nawet, wspiera, jakby mnie kochała, okrywa moją świadomość swymi gwiazdami. Być może noc to życie a słońce — śmierć. Być może noc to nic i domysły o niej to nic i istoty ją zamieszkujące to nic. Być może tylko słowa istnieją naprawdę w olbrzymiej pustce wieków drapiących naszą duszę wspomnieniami. Lecz noc musi znać niedolę pijącą z naszej krwi i naszych idei. Musi rzucać nienawiść w nasze spojrzenia wiedząc, że są pełne interesów, rozczarowań. Ale zdarza się, że słyszę, jak noc płacze w moich kościach. Jej ogromna łza majaczy i krzyczy, że coś odeszło na zawsze. Kiedyś znów będziemy sobą. Kochankowie kwiat niedaleko nocy moje nieme ciało otwiera się na delikatną pilność rosy Ostatnia niewinność Odejść ciałem i duszą odejść. Odejść pozbyć się spojrzeń ciążących kamieni śpiących w gardle. Muszę odejść dość już bezwładu pod słońcem dość już oszołomionej krwi dość już kolejki do śmierci. Muszę odejść Na co więc czekasz, podróżniczko! W oczekiwaniu na ciemność Ta chwila, której się nie zapomina Tak pusta, gdy zwrócona przez cienie Tak pusta, gdy odrzucona przez zegary Ta biedna chwila przygarnięta przez moją czułość Naga naga z krwi ze skrzydeł Bez oczu, by pamiętać dawne lęki Bez ust, by zbierać sok przemocy zgubionej w śpiewie lodowych dzwonnic. Ochroń ją ślepa dziewczynko duszy Połóż na niej swe oszronione ogniem włosy Otul ją mały posągu przerażenia Wskaż jej świat w konwulsjach u twych stóp U twych stóp, gdzie umierają jaskółki Drżące z przerażenia przed przyszłością Powiedz jej, że westchnienia morza Zwilżają jedyne słowa Dla których warto żyć. Ale ta chwila spocona nicością Skulona w jaskini przeznaczenia Bez rąk, by powiedzieć nigdy Bez rąk, by wręczyć motyle Martwym dzieciom. Przebudzenie Dla Leóna Ostrova Panie Klatka stała się ptakiem i odleciała a moje serce oszalało bo wyje do śmierci i uśmiecha się za wiatrem do mych majaczeń Cóż pocznę ze strachem Cóż pocznę ze strachem Już nie tańczy światło w moim uśmiechu ani pory roku nie palą gołębi w moich myślach Moje ręce się obnażyły i odeszły tam, gdzie śmierć uczy umarłych, jak żyć Panie Powietrze karze moją istotę Za powietrzem są potwory które piją moją krew To katastrofa To godzina pustki niepustej To chwila, by zasznurować usta usłyszeć krzyk potępionych kontemplować każde z mych imion powieszonych w nicości. Panie Mam dwadzieścia lat Moje oczy również mają dwadzieścia lat a jednak nic nie mówią. Panie Dopełniłam swego życia w jednej chwili Ostatnia niewinność wybuchła Teraz jest nigdy albo wcale, albo po prostu było Jak to jest, że nie popełniam samobójstwa przed lustrem i nie znikam, by pojawić się na powrót w morzu gdzie czekałby na mnie wielki statek z zapalonymi reflektorami? Jak to jest, że nie wyjmuję sobie żył i nie robię z nich drabiny by uciec na drugą stronę nocy? Początek zrodził koniec Wszystko będzie się toczyć tak samo Zużyte uśmiechy Zainteresowane zainteresowanie Pytania z kamienia na kamieniu Gesty naśladujące miłość Wszystko będzie się toczyć tak samo Lecz moje ramiona uparcie chcą objąć świat ponieważ nikt ich jeszcze nie nauczył że jest już za późno Panie Wyrzuć trumny z mojej krwi Pamiętam swoje dzieciństwo gdy byłam staruszką Kwiaty umierały w mych dłoniach ponieważ dziki taniec radości rozsadzał im serca Pamiętam czarne poranki słońca gdy byłam dziewczynką to znaczy wczoraj to znaczy wieki temu Panie Klatka stała się ptakiem i pożarła moje nadzieje Panie Klatka stała się ptakiem Cóż pocznę ze strachem z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Flora Alejandra Pizarnik (1936–1972) – argentyńska poetka, jeden z najwybitniejszych głosów poetyckich swojego pokolenia.
- Eduardo Milán – pięć wierszy
Słońce, słońce dwóch gniazd Słońce, słońce dwóch gniazd, jedno w promieniach dnia, drugie w świetle nocy, teraz niskokaloryczne. Stąd ten chłód latem, to ciepło zimą, ni to wiosna, ni jesień. Nie wiem, co na siebie założyć bo jesteśmy przyzwyczajeni by coś założyć. Słońce powinno się zdecydować, opowiedzieć po którejś ze stron. Nie wracać, lecz powracać Nie wracać, lecz powracać by powiedzieć, przylepiony teraz do twej skóry, że ona koi. Mówię o twej skórze, która jest jedną z niewielu rzeczy którą znam i która jaśnieje. Nie jestem niczym więcej niż cieniem twego ciała lecz mogę mówić, cień, który mówi, ale mówi. Jestem resztką nieba, twojego nieba, otwartym błękitem. W wieku lat dwudziestu twe łono pachniało głęboko W wieku lat dwudziestu twe łono pachniało głęboko, odwiecznie, ciepło, korzeń bez mrozu, kruchy choć pochodził z przeszłości tak odległej, mitycznej że miał odwagę przemierzyć dżunglę niepostrzeżenie. Głos duszy w udręce, poszukującej kontynentu, Afryki, gdzie można się zakorzenić, rozdartej. Ale wracając, łono kobiety posiada dziwną autonomię, jak gdyby do niej należało i było jej obce, piołunowe, niezależne, w stanie upojenia. Żyje w gorączce jego długa pamięć, która pozwala mu na ekstazę. Jego wargi są najprawdziwszymi wargami. Korzeń, który nie jest korzeniem, ale wydaje mi się nim przez swoje echo. Od pewnego momentu wiersz staje się niezliczonymi echami, wyzwolonymi wodami, które chętnie rozszerzają się po dotknięciu. Dlaczego kocham twoje szaleństwo Dlaczego kocham twoje szaleństwo, tę rezolutność, twój brak zegarka i twoje skróty gdy jestem właściwie o krok od upadku głową w otchłań? To znaczy: w ciebie. Lecz nie tylko to: jest w tobie o wiele więcej tego, czego pragnę a nie wyjawiam. Ta lampa którą zapalasz w głębi. Wspaniały język, wspaniały Wspaniały język, wspaniały, czysty, biały niczym śnieg, kwiat: lilia. Ptaki śpiewają po ptasiemu. Bobry jedzą po bobrzemu. Ludzie mówią po ludzku, z ręki do ręki, ich głosy dotykają się w rozmowie. Błyszczący? Mówi się błyszczący. New York mówi się New York. Język ze srebra mówi się język ze srebra. Na złoty wiek mówi się złoty wiek. Góngora, Góngora. Już przyszła pora, kordowianinie, już przyszła pora. Rana mówi się łatwo. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Eduardo Félix Milán (ur. 1952) – urugwajski poeta, eseista i krytyk literacki. W 1979 wyemigrował do Meksyku z powodów politycznych.
- Pierre Vinclair – wiersz
*** Gdy byłem czytałem Pasoliniego, w kawiarnii w Anvers - widzieć, nie widziałem nic - mówiłem sobie, że jest to wiersz, który wychodzi z czapeczki magika, który ukrywa się za kieliszkiem; że nie ważne to, że wszystko jest przecież realne: detal ustępuje miejsca całości, medytacji ustępuje deskrypcja, zaś cegły szarego nieba rzeźbione są przez wiatr, szybko, ku błękitowi Italji lśniącej barokowymi chmurami, jakby w tramwaju: wszystko podskakuje na szybie, w arbitralnym porządku, i tak miesza się miasto; tak, jak gdy przechodzi się, w muzeum, od obrazu do obrazu, do niebieskiego gorsetu madonny, wystrzeliwując diabła z okrągłej piersi (z jej pudełka), aż ku sznurowadłu, które, niczym wąż, owija się wokół białej skóry. przełożył Krzysztof Katkowski Pierre Vinclair (ur. 1982) – pisze poezję i prozę oraz eseje z zakresu filozofii literatury. Niedawno opublikował L'Éducation géographique (2022) oraz Terrorisme et Alchimie. La création poétique du sens (2023)
- Jean Toomer – dwa wiersze
Portret w Georgii Włosy – kasztany splecione, skręcone jak sznur linczownika, Oczy – wiązki, Wargi – stare blizny, bądź pierwsze pęcherze, Oddech – trzciny woń słodka ostatnia, I gibkie ciało, białe jak popiół skóry czarnej po przejściu płomieni. Ujrzyj serce Tym, co przestają kochać Nie kończy się żądza, Tym, co dbać przestają, Nie goi się ból; Nie waż na słowa, co niepytają; umysły, które nie szukają nawet, twarze obce - lecz ujrzyj serce. przełożył Krzysztof Katkowski Jean Toomer (1894–1967) – amerykański poeta i prozaik, związany z renesansem harlemskim. Najbardziej znany jest z modernistycznej książki Cane (1923), hybrydy prozy, poezji i dramatu, która przedstawia życie Afroamerykanów na Południu oraz w miastach Północy. Dzieło to uznawane jest za jedno z najważniejszych osiągnięć literatury afroamerykańskiej XX wieku. Z czasem wycofał się z życia literackiego, skupiając na duchowości.
- Oskar Pastior – trzy wiersze
wciąż wiersz to nie wers. bo czy ty wiesz co to wiersz wiersz to wieszcz wieszczący wieść wobec wszem wierzgająca wierzba świerk wiersz to sierść węszący świerszcz wzdłuż i wciąż tylko wiersz wertujący ciebie wszerz nawet gdyby ten tu wiersz nie wertował ciebie wszerz gdyby wieszcz nie wieścił wszem gdyby świerszcz to tylko wesz to wciąż wiersz przewierci wskroś wręczy świerzop świeży (co?!) choćby cię nie było wciąż postępujący metabolizm w sestynie tu sześć się da no tak tak tu sześć się da no się da no tak tu sześć no tak tu sześć się da da no tak tu sześć się sześć się da no tak tu sześć już da no tak tu tak tu sześć już da no da no tak tu sześć już tak tu sześć już da no no tak tu sześć już da już da no tak tu sześć już precz no tak tu sześć sześć już precz no tak tu no tak tu sześć już precz tu sześć już precz no tak tak tu sześć już precz no precz no tak tu sześć już precz nie tak tu sześć już już precz nie tak tu sześć tak tu sześć już precz nie sześć już precz nie tak tu tu sześć już precz nie tak nie tak tu sześć już precz nie tak dość sześć już precz precz nie tak dość sześć już dość sześć już precz nie tak już precz nie tak dość sześć sześć już precz nie tak dość tak dość sześć już precz nie chwyt dość sześć już precz nie nie chwyt dość sześć już precz sześć już precz nie chwyt dość precz nie chwyt dość sześć już już precz nie chwyt dość sześć dość sześć już precz nie chwyt sześć się da no tu tak tak tu sześć już precz no sześć już precz nie dość chwyt Któż to przychodzi tak pięknie o świcie? Któż to przychodzi tak pięknie o świcie? Kto świszczy o pięknie przechodnie? Kto pięknieje świetliście? Komu świta odejście? Kto dochodzi piękniejąc? Kto uchodzi ze świtą? Kto świtem upiększa? Tak piękny kto? Chodzi kto przy? Któż to? Świt z niemieckiego przełożył bądź spolszczył (choć oba słowa wydają się na wyrost) Adrian Krysiak Oskar Pastior (1927–2006) – rumuńsko-niemiecki poeta i tłumacz. Jedyny niemieckojęzyczny członek OuLiPo (L'Ouvroir de littérature potentielle, Warsztat literatury potencjalnej).
- Amelia Pudzianowska – cztery wiersze
Pokorni paliatywni w mięśniach mają sól zlizaną z ziemi skakali nad drewnem wrodzonym w kamień kłaniali się bogom niemodnym w tym kraju i chyba chcieli mówić rzeczy najważniejsze a zapamiętano ich zabawne gesty rzucone ogniem w tanie świętości podparte wiatrem rozgrzeszone rosą Mantra otworzą się oczy jak drzwi na sprawy na ostatni paciorek elipsę w kark kopniętą nieskończone amen kategorycznie śmieszne spasione desperacko niewymówione i niewymowne solą tej ziemi a łzy też przecież ramię w ramię też przecież się plączą sypią się jak gołębie z dzwonnicy w najjaśniejsze południe lata Kocham. Odlot o ósmej z nas zdjęto skrzydła i dobrze: innych nie trzeba nas wyśmiano ponad pociągami nam z gardła wyjęto nas straszono głodem idę za tobą jak za wygnaniem gonię przez sen gonię siłą ramion błogosławi nas mgła z ciemności opasła daje nam chleb ze wzdętym brzuchem a my dwa jelonki zanurzone w świcie czymś innym jesteśmy niż błyskawicą w nas lepi się kula po której chodzą ptaki to czy anioły nie wiadomo jeszcze nie latać a być ziemią w stopniu miłości: parterem Spazmy jego ślina na moich ustach trwa niewzruszona buntowniczka gdyby jej ktoś powiedział że krzepnie na przekór byłaby uciętym drganiem odjętym słowem które wprawiło nas w miarowe odwracanie na plecy Amelia Pudzianowska (ur. 2001) – laureatka wielu konkursów literackich. Publikowała w internecie, prasie, antologiach. Autorka reportaży, storytellerka, slamerka, reżyserka, autorka warsztatów kreatywnego pisania. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa Biblioteka Śląska ukaże się jej debiutancka książka guzik prawda.
- Marcin Bies – Ziemia Cotarda
Gdy Słońce wybuchnie, zostanie nam 8 minut TVN Meteo * ale jeszcze przy kasie jeszcze z paragonem w ręku biegnę do bramek otwierają się pola jeszcze się zawiodę na sąsiednich literach usłana gównami jest droga od słowa do słowa gdybym mógł być znakiem, byłbym twardą spacją odłogiem ośmiu minut niedopowiedzenia wszedłem na twoje pole jak zwierzę na zwierzę rzut cienia potwierdził uczestnictwo w grze * może jeszcze raz: wylosowało płeć biegnę do bramek, otwierają się pola dopalasz papierosa, mówisz idzie wiosna pauzo, moja matko, jak ona to przeszła antycypując gówno w świetle stroboskopu w kolorze wiernie odbita, fakultatywnie obecna może jeszcze raz podaj jakiś przykład jeszcze jestem martwa, chociaż ożywiona a pretekstem jest wiatr wpadający w usta rzucam jeszcze raz: teraz jestem polem Starlinki spadną mi tej wiosny na pierś i nie będzie już pola ani dziury po nim * potwierdzenie płatności, jeszcze znak dźwiękowy może jeszcze raz: jestem światłem w wersie oraz cieniem w zdaniu kładę się na polu i oddycham gnojem, jestem onomatopeją echem wrzenia słońca, czasem dokonanym, gasnącym sygnałem śnieżącą telewizją, słabym internetem, kadrem w telefonie zastygłym w pornosie: usta mam pełne nasienia * palisz dwa papierosy, spoglądasz na zegarek: nie ma chuja we wsi, że coś z tego będzie ~ może nie zaraz człowiek, ale jakieś zwierzę z jakiegoś schroniska, może chociaż dziara malutki wspólny tatuaż w niewidocznym miejscu jakieś wspólne miejsce, choćby nieobsiane pole może zrobimy sobie coś i coś z tego będzie w ferworze stwarzania nazwiemy to kształtem śnieżysz, otwierasz klatki, wypuszczasz piksele nie łzawisz, ty zaledwie formułujesz płacz * dam przykład: kładziemy się cieniem do cienia, aż się ucieleśnia formuła jednego ciała na przekątnej pola czy my nikniemy? Nie, czy tracimy kontrast? Czy posiadasz pewność, że kiedyś go miałaś? Może jeszcze raz: usta mam pełne morza między słowami pulsuje dioda LED jest, pauza, nie ma * podobno wszechświat istnieje tylko wtedy, gdy patrzymy podobno bóg widzi, co robimy przed lustrem w łazience podobno przed śmiercią widzimy światełko, a po śmierci pan bóg zapala nam słońce, mówiąc patrzcie oto jestem, a oto mnie nie ma. Kosi kosi łapci KL Bergen Belsen, plamka na spojrzeniu wreszcie ziemia Marcin Bies (ur. 1982) – autor zbiorów wierszy: Funkcje faktyczne (2010), Renowacja zbytków (2015), Wybór drozdów (2017), Żale Matki Boskiej pod słupem wysokiego napięcia (2020), Mimo Boga (2022). Mieszka w Mikołowie.
- Mariusz Sambor – trzy wiersze
DJ Vance Największa góra lodowa świata utyka u wybrzeży Georgii dwadzieścia jeden stopni w marcu larum na świecie biją kotlety piętro wyżej typ z falującą fryzurą i jego przydupas tak nie powinno się mówić o głowach państwa a to właśnie niedziela ślady tajemniczych sygnałów z kosmosu w eterze co dwie godziny docierają do Ziemi ach to stąd nietypowe oddziaływania gdy biały karzeł i czerwony karzeł znajdują się tak blisko za blisko żeby były dobrze rozbite proszę państwa co we mnie czasami nie wiem co we mnie wstępuje Du bist schön wie ein Diamant część pierwsza — porozumiewamy się jak pismem obrazkowym oczywiście wiem tak nam się wydaje cześć druga — próbujemy piękna dziewczyna w kaszkiecie / podziwiam prezentuje swoje stylowe stroje a ja myślę / czy już czas niezasłużone nienależne niezasłużone nienależne myślę o serniku i pudle pełnym sałatki obdarowany w nie moje święta i chyba wolałbym być tapirem nie nie fakirem dorosłym tapirem ci wytrawni pływacy wykorzystują elastyczne nosy jak naturalne rurki do nurkowania chciałbym być dorosłym tapirem mieć na wszystkie przytopienia wyjebane Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022), epistemologicznego komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W marcu 2025 roku ukazał się jego tom poetycki Rzeka / Taniec (2025). Mieszka w Krakowie.










