top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Paweł Zaremba – dwa wiersze

    przedmieścia tylko na szkle wylegiwać się będzie mogła noc w stalowe tęczówki patrzą teraz nasze dzieci oddychaj płytko między drzewami niedaleko stąd na żwirowych ścieżkach słychać jedynie strach i znikanie są one jak pacierz nie można ich zapomnieć w oddali świeci wielka płyta trzeba do niej pielgrzymować nucić pieśni o tramwajowym zgrzytaniu o łąkach za miastem blaszanych rurach krukach i jaskółkach kiedyś spod chodnikowej mozaiki wypełzały wieczory pełne papierosowego dymu szły do kościołów i miały oczy koloru mchu pies cieszył się na każdy spacer szaleństwo siadało na balkonie przepuszczało przez palce zakola rzek zobacz ile natłukłem szkła twoja noc inaczej nie zlegnie na jej szepty można tylko kłaść naparstki łez ostrożnie dotykam wierzchołków drzew dłońmi lepkimi od żywicznych soków rozdzieram niebo w oddali majaczy dom podnoszą się mgły kłębuszek czerni pośród traw ma władzę nad czasem znikają gwiazdy drży ziemia niedaleko stąd na żwirowych ścieżkach znowu słychać świerszcze zwierzyniec zwierzyniec wstępował na sawanny przy karniszach zawsze podpalany przypadkowymi reflektorami aut tłoczył się niezgrabnie przez krótkie sezony odmierzane pomrukami kocich łbów na krawędziach mojej rogówki kwitły dla niego wodopoje a z miękkości pierzyn wyrastał zbawczy cień akacji widziałem jak migrowały jego stada jak znikały tuż za piekarnią i spożywczakiem jak ranione ostrymi konturami tornistra pokornie rozpływały się w drżeniu mlecznych wozów ich nieobecność podkreślały radiowe pokrętła jazgoty i piski osadzały mnie w brzasku okno wychodziło na plac zabaw wszystkie drzewa pochylały się nad nim patrzyły mi na ręce kiedy siadało na nich niebo strząsały je a ja kopałem doły i studnie pytałem gdzie jest teraz zwierzyniec gdzie osadza się pył wzniecany kopytami gdzie znajduje ukojenie swego popłochu pytałem pustych huśtawek i drabinek odciśniętych w cemencie dłoni kurczowych uchwytów na balustradach szukałem miękkości grzyw ciepła wymion śladów niezmordowanych racic ulga przychodziła z granatowym horyzontem przepasana zapachem potu oraz sierści oddawałem jej moje skronie długo piłem ten dotyk aż kiedyś zmieniły się szlaki wędrówek i zbudziły mnie deszcze urywanego śmiechu pyski hien zaciekawione liczyły moje oddechy Paweł Zaremba (ur. 1982) – poeta wyróżniany i nagradzany w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Drukowany w pismach „Portret”, „Undergrunt”, „Elewator”, a także publikowany w internetowych mediach „Inter” i „Menażeria”. Autor tomu wierszy Sezon kulturalny w Sodomie (2010). Mieszka w Toruniu.

  • Jacek Waloch – Kochankowie ostatnich nocy

    Wiem, bo to ja zmieniam pościel Wszystkie opisane zdarzenia, rozmowy, wypowiedzi i osoby są prawdziwe. Anonimowe ich przedstawienie jest wynikiem zobowiązania autora do nieujawnienia żadnych szczegółów identyfikujących.  Przychodzi średnio raz w tygodniu, przeważnie nocą.  Nazywają ją: najczęściej - „Krzywa” lub „Czarna”, nie wiadomo dlaczego - „Goła”, czasami pieszczotliwie  - „Kostusia”. Najrzadziej używają jej właściwego imienia: „Śmierć”. Ranek po  jej  „wizycie” niczym nie różni się od innych. Pensjonariusze (dyrektor B. zaciekle tępi to słowo zmuszając pracowników i gości odwiedzających do używania słowa „dom” i „mieszkańcy”) Domu Pomocy Społecznej dla Dorosłych w A., czyli 146 kobiet i 54 mężczyzn obudzi się o zwykłej porze. Trzynaście pielęgniarek (powinno być co najmniej trzydzieści), także tych w habitach Zgromadzenia Sióstr XYZ, przystąpi do codziennych czynności jakie trzeba wykonać przy prawie 100 mieszkańcach, którzy w ogóle nie podnoszą się z łóżek. Często od wielu lat. W kilku pokojach usłyszą: „No widzi siostrzyczka, znów nie  mnie Krzywa zabrała.” Jeśli ten wyrzut usłyszy przełożona, Siostra Konsolata (łac. pocieszycielka, niosąca radość), powie to, co mówi zazwyczaj: „Bóg najlepiej wie kogo najpierw do siebie wezwać. Cierpliwości.” Śmierć jest czymś zwyczajnym w tym Domu. Ci, którzy mieszkają tu rok, stykali się, z nią 50 razy, mieszkańcy przebywający od trzech lat - 150 razy. A wielu mieszka od pięciu, dziesięciu, piętnastu lat... Dlatego ci, którzy mogą chodzić przyjdą - jak co dnia - do stołówki i będą głośno zastanawiać się przy śniadaniu, czy i tym razem uroczystości pogrzebowe odprawi kapelan opiekujący się ich domem. „Ostatnio tak często wyjeżdża ze swojej parafii” – utyskują. Po śniadaniu idą zabijać czas.   Jest go dużo, bardzo dużo, więc trzeba zabijać skutecznie. Najlepiej wypróbowaną przed laty metodą. Na przykład paciorkami różańca. Albo wielogodzinnym bezruchem w przydomowej, ciepłej kaplicy, gdzie ruchliwy jest tylko elektryczny płomyk wiecznej lampki przy ołtarzu. Można też godzinami patrzeć w okno, za którym pole ciągnie się hen. Można, nie wstając z łóżka, dziergać serwetkę na szydełku, która potem zawiśnie na wystawie w holu. Fotele są ustawione w przestronnym holu w taki sposób, że można bez wysiłku wodzić wzrokiem za każdym, kto wchodzi lub wychodzi. Ale nawet ci, którzy siadają tu od lat nie mogą wyśledzić gdzie pan C. chowa przemyconą w wielkim znoju butelkę gorzały. A nie trzyma jej w pokoju, to pewne. Musi mieć schowek gdzieś w korytarzu. Ale kilkanaście, par oczu i tym razem przeoczyło moment, kiedy pan C. pociągnął z szyjki parę łyków. Zabił swój czas, ale przypłacił to chwiejnym krokiem, szerokim gestem i nagłą gadatliwością, które nie mogą ujść uwagi pani D. łączącej pracę  pielęgniarki z obowiązkami pracownika socjalnego. Znów będzie awantura: przewodniczący samorządu mieszkańców, pan F., któremu nie wolno się denerwować kolejną petycję do „Najwyższych Władz” zakończy zdaniem: „Nie mogę pogodzić się z tym, że wśród ludzi, którzy doświadczyli tyle zła w życiu umieszcza się alkoholików.” Pewne poruszenie zawsze wywołuje wdzierająca się w zakamarki korytarza i do pokoi woń smażonych placków ziemniaczanych. To państwo G., jedno z nielicznych dziś małżeństw w Domu, zabijają nadmiar swego czasu. Wkrótce zaproszą do siebie paru przyjaciół i znajomych z sąsiednich pokoi. Pani I. dziś nie pójdzie na placki. Biodro zmiażdżone przed kilkunastu laty przez miejski autobus dzisiaj  bardzo dokucza. Wspomnienia nie dokuczają. Na starość - podobno - w tym pokoju, w tym spokoju pamięta się tylko to, co w życiu było dobre, kolorowe, a więc niewiele się pamięta, „Pani I. – którą przedstawia mi siostra J. –  poznała swego męża u nas. Było weselisko w naszym Domu. Niech pani o tym wszystkim opowie, pani I.”. – K. kiedyś był marynarzem. -  Jego zdjęcie z czasów młodości wisi teraz nad łóżkiem współmieszkanki L. – L. to jeszcze dziecko. Ma czterdzieści lat. Jestem o czterdzieści sześć lat od niej starsza, a muszę się nią opiekować. Tak, jak jeszcze niedawno moim K.   Innych zdjęć nie ma. Wspólnych nie zdążyli zrobić, bo K. zmarł po siedmiu miesiącach małżeństwa, ale prawie rok chodzili ze sobą. – Przyszedł do mnie taki elegancki, cholewki wysmalone, marynarka biała, koszula, krawat i spytał: „Czy mogę do pani przychodzić?” „Proszę” – odpowiedziałam. Widziałam, że mi się wcześniej przyglądał. Uśmiechał się. Czasami wziął na stronę i opowiedział dowcip. Starał się być bardzo uczynny, chociaż był częściowo sparaliżowany. Utykał na prawą nogę i nie mógł nawet chleba posmarować masłem. Więc odpowiedziałam: „Proszę bardzo, niech pan przychodzi”. Pani I. opowiada dalej: – Mieszkał w jednym pokoju ze staruszkiem, u którego psychika była nie za bardzo. Męczył się. I ja go rozumiałam, bo też  mieszkałam ze staruszką, u której psychika była nie za bardzo. Więc kiedy któregoś dnia powiedział: „Wiesz moja I., ja chyba dłużej nie wytrzymam w tym pokoju”, to pomyślałam, że coś trzeba zrobić. Postanowili, że poproszą siostry, żeby wyraziły zgodę.  – I siostry się zgodziły. I ksiądz też, bo wiedział dobrze jakie oboje mieliśmy życie. Jedenaście miesięcy trwało to nasze narzeczeństwo. Ja powtarzałam, K. trzeba po katolicku żyć. Ksiądz też namawiał, więc wzięliśmy ślub.” Pokój był inaczej umeblowany. Łóżka były zsunięte. Byli małżeństwem. Dyrektor B. nie widzi nic niewłaściwego w pytaniu o łóżka: – Robimy systematyczne, choć niezbyt częste, obchody pokoi. Widzimy więc, że u małżeństw czasami łóżka są rozsunięte, a potem znów zsunięte razem. Salowa, pani Ł. jest z mieszkańcami Domu codziennie od siedmiu lat. Tworzenie się licznych nieformalnych związków uważa za coś zupełnie normalnego.  - W większości pokoi mieszkają po dwie osoby, sporo jest jednoosobowych, są więc warunki sprzyjające  tworzeniu  się par, które łączą się w trwałe związki. Zdarza się, chociaż jest to wyłącznie wynik przypadku, że zastaję dwoje staruszków w sytuacji jednoznacznie małżeńskiej. Wszyscy zapewniają mnie, że nie istnieją żadne racjonalne powody, aby w przypadku ludzi zdrowych w jakikolwiek sposób przeciwdziałać takim sytuacjom. – Raz tylko – mówi dyrektor B. -  ingerowaliśmy w sprawy osobiste i intymne mieszkańców Domu i to na wyraźne zalecenie lekarza psychiatry. Nie mogliśmy dopuścić do zawarcia związku małżeńskiego.    Dramat wyglądał tak: małżonek (78 lat), u którego lekarze stwierdzili głębokie   zmiany sklerotyczne zostawił swoją żonę (74 lata) dla kobiety młodszej (69 lat).  – Żyli z sobą w jawnym trójkącie. – Opowiada dyrektor B. - Żona robiła burzliwe sceny zazdrości. Mąż dążył do rozwodu. Godziny rozmów i perswazji w moim gabinecie nie przynosiły żadnych rezultatów. Trójkąt trwał do czasu śmierci żony. Ten fakt pogłębił dramat tego mieszkańca: lekarz jednoznacznie powiedział „nie” małżeństwu, bo zmiany w psychice wdowca były na tyle głębokie, że jego odpowiedzialność za podejmowane decyzje była poważnie ograniczona.  – Ale żyją z sobą. Personel Domu doskonale o tym wie, ale w nic nie ingeruje, bo nic złego się nie dzieje. - Żyją z sobą w wielkim spokoju. Nie ta para jednak jest najbardziej lubiana przez pracowników Domu. Najsympatyczniejsi, może dlatego, że nie skrywają swych uczuć w zaciszu jednoosobowego pokoju są „Nierozłączni”. On ma 87 lat. Ona 82.  - Poznali się tutaj – pani Ł, salowa, towarzyszy „Nierozłącznym” odkąd się zaznajomili.  - Ich uczucie jest takie... estetyczne. Wychodzą, na spacer trzymając się za ręce. Potrafią czule patrzeć sobie w oczy. Opiekują się sobą wzajemnie z wielką serdecznością. Nie mają rodzin. Tak, sypiają z sobą. Skąd mam tę pewność? Nie powinien pan pytać, ale dobrze, odpowiem: to ja zmieniam mieszkańcom pościel. Nie tylko im. Innym też. Widzę, którzy nie żyją z sobą jak brat z siostrą, tylko jak mąż z żoną.  Jednak, jak mówi siostra M., życie wielu par nie jest to wyłącznie pięknem  i namiętnością przepojone. – Są noce bardzo ciężkie. – Obrazuje Siostra M. – Jedna się zsika, drugi się obrobi, trzeci zwróci kolację, a czwarta zacznie się dusić. Codziennie ktoś. Codziennie coś. Doktor N., psycholog, pomija milczeniem moje pytanie: Co spowodowało, że młoda kobieta z podwójnym wykształceniem zamknęła się przed siedmiu laty w domu starców położonym wśród pól daleko od miasta? Ale dzieli się refleksją:  – Tutaj mieszkają ludzie o bardzo bogatych, ale często o bardzo bolesnych doświadczeniach życiowych. Oni przyszli tu z nastawieniem, że nic oprócz śmierci już ich w życiu nie spotka. Ich emocje dawno zostały zdławione przez ciężki los. Wszyscy przyszli tu  z jedną potrzebą - pragnieniem opieki. Jedni z gotowością jej dawania, inni brania. Wraz z zaspokajaniem tych potrzeb często rodzi się uczucie. Stan, jakiego wcześniej często nie doznali. Wielu z nich przekonało się, że oprócz śmierci mogą w tym domu spotkać także radość i miłość.  Jacek Waloch – kurator Sztuki Współczesnej, biograf, reportażysta, autor książek. Za reportaż z Indii opublikowany w książce Na przedpieklu  został wyróżniony prywatną nagrodą Ryszarda Kapuścińskiego. Współpracował z Telewizją Polską realizując film o twórczości Jasona Moneta – australijskiego malarza, rzeźbiarza i performera oraz współtworzył jego wystawę retrospektywną. Pisze recenzje z wystaw oraz teksty krytyczne o sztuce współczesnej.

  • Szymon Kantorski – trzy wiersze

    Oslo, 4.12       – Maciejowi Krajewskiemu nie mogę przejść obojętnie wino w kultowej odsłonie, lukrecja, kawa z posypką ale przechodzę, nie wiem dlaczego śpisz wywrócony na lewą stronę, tuż obok nieodwołane loty, ciemne puste bramki, wszystko co jest po tamtej stronie Noc w ostatnim rozdziale z wyrwaną stroną i spisem treści jasna piszczel latarni opada na dno światła nie śpię według misternie ułożonego planu odsuwam krzesło wchodzę na stół okręcam się w porcelanowym labiryncie dla zabicia czasu czytam z ruchu warg to chyba koniec pewnej epoki zupełnie przypadkowy popielec sami, swoi grudzień, jak zwykle  zacina się w deszczu. dym w szczelinach klatki zęby, kłaki. żadnych obcych tylko sami, swoi. nocna zmiana za barem reszta się wydaje. Meskalina, 2017 fot. Anita Horowska Szymon Kantorski (ur. 1969) – poeta, współzałożyciel pisma artystycznego „Już Jest Jutro”. Autor książek Solo, Duety, TRI  oraz najnowszej Kwadra. Wiersze publikował w kilku antologiach, redaguje rubrykę poetycką „Erato” w miesięczniku „TarNowa Kultura”. Mieszka w Poznaniu.

  • Katarzyna Woydyło – Mery Lu

    Tylko nie idź na strych, mówiła mi matka. Nie wałęsaj się po kamienicy. Nie szukaj nieszczęścia pomiędzy ścianami, co kruszą się mokrym pyłem. Nie wchodź po schodach, bo one skrzypieniem raz dwa mi o tym doniosą. Nawet jeśli na piętrach zobaczysz ludzi podobnych do nas, to na strychu mieszka już tylko ona. Mery Lu. Stara, niepewna tego, gdzie jest i kto do niej przychodzi. Gdy zejdzie na dół, powiedz dzień dobry. Zawsze mów. Nieważne, czy kogoś znasz. Po prostu mów dzień dobry, a jak ktoś jest wychowany, to na to odpowie. Z Mery Lu też się przywitaj, ale na dole, koło drzwi naszych. Nie idź na górę. To czarownica. Nie daj się zwabić, bo wtedy tam utkniesz na zawsze. Nie idź na strych, mówiła mi matka. Tam mieszka Mery Lu. Byliśmy głośną dzieciarnią, co przekrzykiwała się w wyliczankach, popychała na schodach, albo biegała na dworze, a potem prosiła rodziców o jeszcze pięć minut. Ostatnie pięć minut, mamo. Pięć minut później mieliśmy wrócić do nudy i pustych butelek w domu, które staną się powodem naszych problemów w przyszłości. Wcześniej jednak ostatnie pięć minut. Pięć minut spania do południa, a potem bezkarnego jedzenia lodów na cienkich i długich patykach. Im dłuższy patyk, tym większe i bardziej skręcone lody, co śmietankowym zlepem spływały po palcach. Jak polizało się palce, to kosztowało się przy tym, jak smakuje klatka, klamka, albo różnej świeżości pościel, w której każde z nas spało. Nie myliśmy rąk i wychodziliśmy rano bez mycia zębów. Chcieliśmy siedzieć przez cały dzień na murku i na obiad znowu jeść lody. Lato mogłoby się dla nas nie kończyć. Ulubioną zabawą było huśtanie się na drzwiach klatki schodowej. Zawieszania się całym ciałem na klamce i wciskanie trampka w niewielkie wtłoczenie w drzwiach. Tak długo, jak pozwoliły uda. Bawiliśmy się tak do południa, ciągnęliśmy za koszulki, żeby jedno z nas zeszło, drugie weszło i tak na zmianę. Nie mogło być tak, że huśta się ciągle ta sama osoba, a potem ktoś inny nie zdąży, bo ojciec wyjdzie i wszystkich przegoni. Jeżeli kogoś nie było, nigdy nie pytaliśmy dlaczego. Żadne z nas nie rozmyślało, gdzie są ci, którzy nie wyszli na dwór. Dopiero, gdy było nas tak mało, że o klamkę w drzwiach nie trzeba było się bić, przypominaliśmy sobie, gdzie kto z nas mieszka i kto przestał wychodzić na dwór i na nasze wołanie pod oknem nie odpowiada. Staliśmy tam wystarczająco długo, żeby dostrzec, jak coś przemyka w ciemnościach, porusza delikatnie firanką. Wtedy po raz pierwszy na poważnie potraktowałam słowa matki. Te o Mery Lu. Pomyślałam, że dzieci weszły na strych i już tam zostały, że stało się to, przed czym ostrzegała mnie matka. Sama Mery Lu jednak rzadko schodziła na dół. Tylko raz, gdy wracałam ze sklepu z mamą, minęłyśmy ją przy drzwiach naszego mieszkania. Mery Lu spuściła głowę i wyszeptała coś niewyraźnie pod nosem. Latem widziałam ją zaś z daleka, jak przed klatką zakłada na głowę niebieską chustę w maleńkie białe kwiaty. Zimą podpierała się o drewnianą laskę. Na stopach nosiła przez cały rok te same buty. Do kostki, sznurowane rzemykiem. Jej dłonie i łydki były usiane brązowymi, owłosionymi znamionami. Mama zabroniła mi się temu przyglądać. Pod koniec lata na murku siedziałam już sama. Jakie dziwne jest przeczucie, że za chwilę wszystko się zmieni. Swędzi w nosie jak na kichnięcie, a czasem napełnia stopy mrówkami, które nie pozwalają się ruszyć. Po latach nietrudno przypomnieć mi sobie dzień, gdy zmiana nadeszła. Weszłam na strych, bo tęskniłam za dziećmi na murku. Spędzać samotnie wakacje, to nuda. Po tygodniu miałam dosyć zerkania przez okno w nadziei, że któreś z nich wyszło. Tak bardzo chciałabym zrzucić winę na kogoś innego. Kogoś, kto mnie popchnął na schody, albo zapomniał po prostu przywołać do domu. Pewnie tak byłoby łatwiej. Nie mogę. Podchodziłam w stronę schodów codziennie, a Mery Lu wołała mnie po imieniu. Może tylko mnie brakowało na strychu. Tak to sobie tłumaczyłam i stawałam na trzecim stopniu. Stamtąd niczego nie było widać. Dopiero, gdy weszłam wyżej, zmrużyłam oczy. Mery Lu wychylała się i przybliżała do mnie. Powoli, jakby nie chciała mnie spłoszyć. Widziałam brązowe plamy na jej twarzy i wystające z nich pojedyncze włosy. Jeden sięgał aż do mocno ściśniętych ust. Długie siwe kołtuny staruszki opadły na moje ramiona, które objęła ciasnym uściskiem. Nie wiem, która była godzina, ale czułam, jakbym stała tam połowę nocy. Matka znalazła mnie ostatecznie nad ranem. Szukała na dworze, nie spodziewała się, że leżę pogrążona we śnie na strychu. Nie pamiętam jej krzyków, jakby inne głosy, niż głos Mery Lu, już do mnie nie docierały. Matka zabrała mnie do domu i pamiętam, że płakała nade mną aż do południa. Czułam każdą jej łzę, która spadała prosto na moje czoło. Nie mogłam jej jednak pocieszyć. Mery Lu unosiła się w powietrzu i odprawiała nade mną czary. Całymi nocami wędrowałam w snach prosto na strych. W niewielkim mieszkaniu pod skosem mieszkała kobieta o srebrnych włosach. Każde z dzieci, z którymi spędzałam lato, siedziało w kręgu i obserwowało jak stoi w środku i kręci się wokół własnej osi. Niektóre klaskały, tyle że zupełnie bezgłośnie. Oblicze kobiety różniło się od tego, które zapamiętałam, gdy mijałyśmy ją wtedy z mamą, a jednak od razu ją rozpoznałam. Nie wiem, czy to za sprawą długich włosów, czy może pojedynczej brązowej plamki na łydce. W snach była wyraźnie młodsza. Nie miała na sobie ani fartucha, ani starej sukienki. Smukłe ramiona i talię opinała jedwabna suknia do kolan w kolorze butelkowej zieleni. Nigdy nie widziałam na żywo złotych guzików, ale te wyglądały dostojnie. Jako dziecko lubiłam wszystko, co błyszczy, tak więc te guziki pamiętam ze snów nad wyraz dokładnie. Mery zaprosiła mnie do kręgu dzieci, a gdy nie zareagowałam, objęła swoją dłonią obie moje dłonie na raz. Zauważyłam, że jej palce są smukłe, a paznokcie zadbane. Zimniejsze jednak od lodu. Do dzieci dołączałam pełna nadziei, że jeżeli im nic się nie stało, to i mnie Mery Lu oszczędzi. Po każdym przebudzeniu wąchałam swoją piżamę, która śmierdziała jak cudza. Po kilku nocach dostałam ataków kaszlu, który brzmiał jak ten, który rzęził w płucach Mery Lu. Nad ranem matka powtarzała, że ledwo mnie rozpoznaje. Dlaczego, pytałam zdziwiona. Ale ona kręciła głową i patrzyła na mnie spod byka. Ja za to obawiałam się, że może to przez moje ciało, które próchniało tak samo jak bele na strychu. Czułam to w kościach. Codziennie budziłam się niepewna tego, kogo za chwilę zobaczę. Właściwie to bałam się, że obudzę się tuż obok Mery Lu. Wstawałam i chwiałam się na cienkich nogach. Na śniadanie jadłam mniej, niż wcześniej. Włosy na rękach jeżyły mi się na myśl o płatkach czekoladowych, jakby zaszkodzić miało mi nawet tłuste mleko. Ledwo sięgałam po ciepłą herbatę. Bez przerwy było mi zimno. W grubym szlafroku matki, zakopana pod kołdrą myślałam: Co jeśli kiedyś się nie obudzę? To wtedy zaczęłam sprawdzać, czy moje nogi nie mają brązowych znamion. Z ulgą gładziłam palcami skórę na udach, a przed snem kąpałam się w radosnym poczuciu, że wciąż jestem młoda. Innej nocy bardzo wyraźnie widziałam we śnie Mery Lu. Nie było tam innych dzieci. Nie poruszyłam się w nim nawet odrobinę, z obawy, że jeśli drgnę, Mery Lu mnie zauważy. Ona jednak dobrze wiedziała, że stoję tuż obok. Nawoływała mnie tym samym głosem, który mnie przywiódł tej jednej nocy na schody. Głosem, co działa jak plaster na ranę, tak delikatnym jak delikatne są śmietankowe lody. Ciężko było się oprzeć, a mimo to pilnowałam tego, by nie stać zbyt blisko Mery Lu. Nie do końca ufałam jej nowemu obliczu. Skórze wolnej od zmarszczek, która błyszczała nawet w ciemnościach. Oczom, które niepokryte bielmem, oceniały świat nad wyraz uważnie. I temu słodkiemu głosowi, który chciał mną zawładnąć. Byłam dzieckiem. Co rano myślałam o moich kolegach, z którymi spędzałam lato na murku. Czy oni też tak szybko się postarzeli i tym samym wyrośli z zabawy na dworze? Wiedziałam, że na to pytanie nie odpowie mi mama. Odpowiedź mogła znać tylko Mery Lu. Był to Sylwester, który w większości przespałam trzęsąc się z zimna. Matka przyniosła wieczorem z piwnicy farelkę, a w piecu nagrzała tak, że na początku niepotrzebny był gościom w domu alkohol, żeby się rozgrzać. Przy odliczaniu niektórzy już tak sapali z gorąca, że Nowy Rok woleli witać stojąc po kolana w śniegu. O północy matka przyszła i zapytała, czy chcę wyjść na zewnątrz, żeby zobaczyć fajerwerki. Wiedziała, że uwielbiam patrzeć, jak kolorowe światło przecina niebo i pęka nad głową na setki małych kryształków. Wychrypiałam, że nie dam rady i odpłynęłam w kolejną drzemkę. Ze snu obudziły mnie strzały. Podparłam się na łóżku i podeszłam do okna. Ostatni strzelali ci, którzy, podobnie jak ja, przysnęli. Dopiero, gdy ostatni rozbłysk zniknął na niebie, a na podwórku zapadła pierwsza noworoczna cisza, przed domem pojawiła się zgarbiona postać. Pojedynczy goście zaczęli wychodzić. Dziękowali matce za wyśmienitego śledzia i dopijali w progu ostatnią lampkę szampana. Żadne z nich nie wydawało się przejmować staruszką, która stała wsparta o lasce przed wejściem do klatki. Jakby nie było warto życzyć jej szczęścia. Otworzyłam okno. Dawno nie oddychałam świeżym powietrzem. Moje płuca skurczyły się, jakby zapomniały do czego służą. Mery Lu drżąc z zimna patrzyła w niebo. Na jej twarzy nie było widać przygnębienia, które wynikałoby z tego, że marznie. Księżyc oświetlał jej twarz, a ona, jak w snach wydawała się młodnieć. Jej twarz przeorana przez lata zmarszczkami zmieniała się w oblicze kobiety, którą musiała być kiedyś. Długie, siwe włosy lśniły srebrzyście. Mery Lu nie miała znamion, które pokrywały jej ciało. Skóra na łydkach, które wystawały spod spódnicy, była jędrna i gładka. Mery Lu machała przyjaźnie w moją stronę.  Za jej plecami przemykały cienie goniących się dzieci. W tym jednym momencie Nowego Roku Mery Lu nie była już straszna. Ostatniego dnia zimy mama zawołała do domu znachora. Nie było nas stać na prywatne wizyty lekarza z przychodni, a znachor był tańszy i z polecenia. Matka wprowadziła go do mojego pokoju, a potem od razu wyszła, jakby wszystko miała z nim dogadane. Mężczyzna pachniał ogniskiem i suchą trawą. Szorstkimi, czerwonymi od mrozu, dłońmi, odsunął delikatnie mój szlafrok i spojrzał na wystające spod niego kostki. Wyglądał tak, jakby mierzył, ile mi jeszcze zostało ciała. Spoglądał w oczy uważnie i bez pośpiechu. W tym spojrzeniu było więcej rachunku, niż troski. Jeżeli liczył na zapłatę matki, to tego nie ukrywał. Nie wyglądał nawet jak ktoś, kto przyszedł leczyć. Raczej jak ktoś, kto sprawdza, czy w ogóle warto. Gdy otworzył po wszystkim usta, na chwilę zawiesił słowa. Myślałam wtedy, że szuka odpowiedniego języka, tak żeby zrozumiało go dziecko. On jednak najpierw wypowiedział kilka zdań po łacinie, a potem dodał, że byłam głupia, ale wciąż nie jest dla mnie za późno. Noc mnie zabrała, ale jeszcze nie całą. Po tych słowach uszczypnął mnie niespodziewanie grubymi palcami w policzki. Do teraz nie wiem, czy znachor dopomógł w odejściu Mery Lu. Za siedem minut badania zażądał od matki stu złotych. *** Wigilia Wielkanocy. Tuż przed północą świecący czarny worek zaszeleścił na klatce. Zasapani ratownicy umęczyli się na schodach ciasnej klatki. Jeden z nich uderzył łokciem w drzwi. Zasuwa zamka odszczeknęła z łoskotem. Dziecko, które wspinało się do wizjera, spadło z krzesła. Matka poczerwieniała i wyniosła krzesło. Córka z trudem się pozbierała. Resztę nocy spędziła u siebie. Płakała. Nie sprawdziła nawet, czy matka zamknęła drzwi na noc. Tej nocy o niczym nie śniła. Rano nie wyszła na murek i lody. Nie szukała zająca. Leżała pod kołdrą i patrzyła w szczeliny pomiędzy kasetonami. W szczelinach wypatrywała siwego włosa. Katarzyna Woydyło  (ur. 1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim i Kursu Pisania Powieści KMLU. Jej opowiadania były publikowane w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim", "Epei", "Zakładzie" i "Twórczości". Mieszka w Zabrzu.

  • Olgerd Dziechciarz – Wiernie służąc lokalnej społeczności

    Zapadła noc, noc ciemna niczym myśli funkcjonariusza policji z dwudziestoletnim stażem pracy. Podinspektor Mrożek był już wolny, bo po szesnastogodzinnej służbie. Zatrzymał się przy osiedlowym sklepie, żeby kupić pieczywo. Małżonka prosiła, wyraźnie powiedziała przez telefon: – Jak będziesz wracał, kup pieczywo. Zapomniałam – raz w życiu może się człowiekowi zdarzyć o czymś zapomnieć… Ale nie powiedziała, jakie pieczywo, więc podinspektor jest w kropce. Nie wie, czy ma kupić bułki, czy chleb; może krojony, żeby się małżonka nie trudziła, czy cały, żeby się nie zesechł. Kto to zresztą wymyślił, żeby chleb od razu był pokrojony? Kiedyś każdy sobie osobiście kroił, w domu, i była to nabożna czynność. Podinspektor miał w pamięci obraz matki podnoszącej ze stołu duży, okrągły bochen, robiącej na rzeczonym chlebie nożem znak krzyża, następnie krojącej grube pajdy, które posmarowane masłem smakowały jak nie wiadomo co! Właśnie, nie wiadomo co, bo choć miał ten smak w ustach, to przecież nigdy więcej już go nie poczuł. Obecny chleb mu nie smakował. Był właściwie bez smaku. Jadło się go, bo człowiek był głodny, ale żeby się nim zachwycać, wykluczone. „Głupia pizda! Nie powiedziała, jakie pieczywo mam kupić. Co ja, kurwa, prorok jestem, żeby wiedzieć, co mam kupić?! Siedzi, kurwa, w domu, nic, kurwa, na głowie nie ma, a nie pamięta o chlebie. Jakbym ja zapomniał o jakimś mordercy, gwałcicielu czy złodzieju, to by mnie z roboty wypierdolili, a ona, ona może sobie zapomnieć o bułkach, chlebie, pieczywie, jakby miała na głowie dużo więcej niż zakupy”. Aż go ręka świerzbiła, żeby po powrocie do domu przesłuchać małżonkę na okoliczność braku pieczywa... – Nie ma pieczywa – powiedziała ekspedientka z osiedlowego sklepu, szatynka, wzrostu średniego, z okrągłą twarzą, bez widocznych znaków szczególnych. – Jak to nie ma pieczywa?! To gdzie jest? Żona do mnie zadzwoniła i poprosiła... – zaczął tłumaczyć zupełnie bez sensu, bo co to ekspedientkę interesowało, że żona do niego zadzwoniła tuż przed tym, jak kończył pracę, i powiadomiła: „Jaka ze mnie głupia cipa jest, zapomniałam kupić pieczywo”? – Późno jest, o tej porze nigdy już nie ma chleba – wyjaśniła kobieta. – A bułki? – spytał, by precyzyjnie określić, co jest, a czego nie ma. – Bułek też nie ma, znaczy: są, ale suche, z wczoraj, więc nie proponuję, chyba, że się pan upiera, to mogę dać – mataczyła sklepowa. Podinspektor wizualizował sobie właśnie moment, jak zaciska palce na szyi małżonki, jak wciska tchawicę zgiętymi kciukami, ale ta słodka wizja ani na chwilę nie ograniczyła jego poczytalności. – Gdzie jeszcze mogę dostać pieczywo? – spytał z naciskiem w głosie. Usta sprzedawczyni wydęły się. Można było odnieść błędne mniemanie, że to grymas ironiczny, spowodowany tym, że podinspektor zapytał ją o coś wstydliwego, kto wie, może nawet złożył propozycję seksualną, jej, takiej wrednej suce, która nie ma pieczywa na składzie, a on przecież tylko grzecznie, choć mógł niegrzecznie, o miejsce pobytu pieczywa był łaskaw zapytać. – A bo ja wiem?! O tej godzinie to chyba tylko gdzieś w mieście! Bardzo się wtedy wkurwił podinspektor Mrożek, bo co to w ogóle za odpowiedź była?! Ani precyzyjna, jakiej się spodziewał, a do tego kłamliwa. No bo jak to tak mówić „gdzieś w mieście”?, teraz, za przeproszeniem, to oni gdzie, kurwa, byli?! To nie było miasto? A co to, kurwa mać, za przeproszeniem, jakaś wiocha, jebany, pierdolony przysiółek jest?! To on, podinspektor wyłożył na nowe mieszkanie tyle kasy, jeszcze jako krawężnik latami w łapę brał, żeby ta jebana jędza mówiła mu teraz, bezczelnie mu pierdoliła, że jest jakimś burakiem ze wsi?! Niedoczekanie, pizdo jedna! – Na naszym osiedlu nie ma innego sklepu z pieczywem? – i jak już to durne, imbecylowate pytanie zadawał, to, matoł jeden, wiedział, co mu ta pizda odpowie, więc mu odpowiedziała to, czego się spodziewał. Zaraz, zaraz, jak to się nazywa? Pytanie protetyczne, rejestracyjne, restrykcyjne... Jakoś tak. – Nie ma innego. Coś jeszcze, poza pieczywem? Bo zaraz zamykam! – ona na to. Całym ciałem dała znać, że najchętniej kopnęła by go w dupę, a potem sięgnęła po mopa i przeleciała na mokro podłogę, którą takie jak on świnie dokumentnie zabłociły. O, jak się wkurwił! Po pierwsze, co za „co jeszcze poza pieczywem”? Czy jakieś pieczywo miała, żeby mogła sobie pozwolić na „co jeszcze”?! Gówno mają w tej norze, a nie pieczywo, więc niech mi tu, kurwa mać, nie gada, jedna, „co jeszcze poza pieczywem”! A dwa, co za zamykanie?! Po pierwsze, czy też drugie, kurwa, jestem klient, a klient nasz pan, nawet za komuny tak było, to co dopiero teraz, jak mamy tę jebaną gospodarkę wolnorynkową?! Czy ja w komendzie mówię komuś, że zaraz zamykamy?! Jest człowiek, jest obowiązek obsłużenia! No nie, czasami rzeczywiście zamykamy, ale nie komendę, tylko delikwenta! Ja mi się znudzi jej zasrane pieprzenie i sobie pójdę w pizdu, wtedy, proszę bardzo, niech zamyka. I niech nie mówi „zamykamy”, bo sama jest, więc niech nie gada, jakby ich tu było więcej. „Gówno – myślał coraz bardziej wpieniony – zamiast chleba, będzie gówno!”. –- A niech to... – jęknął. Tak się zamyślił, że nieświadomy tego, co czyni, zasalutował dwoma palcami, i to do pustej głowy, bo czapkę zostawił w aucie. Sprzedawczyni rozszerzyła źrenice. Różnych miała klientów, ale jeszcze jej żaden nie zasalutował, więc nieco zdębiała. Nie miała przygotowanej opryskliwej odzywki na taką okazję i na tak upierdliwego klienta, który pyta o pieczywo, choć każdy głupi wie, że o tej porze ani chleba, ani bułek już się nie kupi. Koniec końców nie wiedząc, jak się zachować i jak gościa przepłoszyć, też mu zasalutowała. Wielkie było zdziwienie podinspektora Mrożka, bo nie zdawał sobie sprawy, że wcześniej sam zasalutował. Salutował przecież już tyle lat, że była to dla niego czynność równie nieświadoma jak oddychanie i wciąganie brzucha, który mu się zupełnie nieoczekiwanie znacząco powiększył, odkąd został podinspektorem. „Pojebało ją? Dlaczego mi zasalutowała? Zasalutowała, a nawet czapki nie ma, tylko ten brudny, biały czepek! Czy do czepka można salutować? Regulamin nic na ten temat nie mówi, ale na prosty rozum do czepka nie powinno się salutować, bo czepek nie ma daszku. Powinna lekko pochylić głowę, zamiast mi salutować. Ale w ogóle co to za pomysł, żeby mi salutować? Ki chuj?! Przecież mnie nie zna, nigdy nie byłem w tym sklepie, bo moja stara nigdy jeszcze nie zapomniała, żeby kupić pieczywo, to jest chleb, bułki czy jakieś inne ciulstwo. Inna sprawa, podejrzana bardzo, że dziś zapomniała. Dotąd nie zapominała, a czasem miała rzeczywiście sporo spraw na głowie, ale dziś nic nie miała, tylko pamiętać, że ma kupić to jebane pieczywo. A jednak zapomniała! Dziwne, bardzo dziwne. Trzeba to będzie sprawdzić. Popytać sąsiadów, przetrząsnąć rzeczy... Może, wywłoka, jakiegoś gnoja ma na boku? Wiadomo to, co głupiej przyjdzie do głowy, gdy ja zapierdalam po godzinach na komendzie? Mało to małżeństw się rozpadło z racji dyżurów i specjalistycznych szkoleń, w których brali udział małżonkowie, a żony leżały w domu odłogiem, aż się komuś zachciało wziąć za te wyposzczone hektary? – No, panie, bo zamykamy! – wbiły mu się w mózg słowa sklepowej. Aż nim trzęsło. Przecież, jebana suka, niegrzeczna była wobec niego, absolutnie niefachowa jako sprzedawczyni, bo wypraszała go ze sklepu, jak jakiegoś łachudrę. – To my, stróże prawa, nie szczędząc swojego wolnego czasu., wiernie służymy lokalnej społeczności, między innymi chroniąc takie parszywe budy, jak ta tutaj, a pani, jak jakiegoś psa, wygania mnie ze sklepu?! – warknął. Na tego typu odzywki sklepowa była profesjonalnie przygotowana. Zaprawiona w bojach z klientami kupującymi wino po 3 zł 70 groszy, odwarknęła: – Co mi pan tu pierdzieli?! Na służbie pan jest, czy po pieczywko przylazł?! Nie zdzierżył. Przybrał najbardziej odstręczający wyraz twarzy i wyszedł ze sklepu bez słowa. Chciał trzasnąć drzwiami, ale zamontowany w nich był system zamykający, który mu ten akt nieprzyjaznego pożegnania uniemożliwił. Usłyszał za sobą szczęk przekręcanego zamka. Ściemniało się. Gdzieś niedaleko wył alarm samochodowy. Może jego wrażliwość na bodźce była tego dnia większa, albo mu się zdawało, ale psy ujadały zdecydowanie głośniej niż zwykle. Z nienawiścią pomyślał o tych wszystkich mieszkańcach bloków, którzy wypuszczają je wieczorami, żeby się przed nocą wysrały na trawnikach. W cieniu sklepu stał jakiś pokurcz, który zbliżył się do podinspektora. – Szanowanie panu kierownikowi. Mamy taki piękny wieczór, aż się chce żyć. Ale by żyć, wiadomo, trzeba się należycie odżywiać i nie zapominać przy tym o bieżącym uzupełnianiu poziomu płynów w organizmie. Wdzięczność moja nie będzie więc znała granic, jeśli szanowny pan magister wesprze mnie kwotą 50 groszy, gdyż tyle właśnie brakuje mi, by zakupić wino truskawkowe wyprodukowane w zakładach przemysłu spożywczego w Ostrowie Wielkopolskim. Twarz pokurcza ginęła w cieniu daszku bejsbolówki. Podinspektor nie był jednak ciekawy tej fizjonomii. Wiedział, jak może wyglądać ta zapita morda, miał tych mord na co dzień ile bądź: wielodniowy zarost, głębokie bruzdy wokół ust, płaski, alkoholowy nos z siatką popękanych naczyń krwionośnych, żółtawy odcień cery. Najprawdopodobniej także liczne siniaki i zadrapania, z których, przy niewielkiej dozie wyobraźni, można odtworzyć tryb życia tego, który może się nimi pochwalić. Nie chciało mu się gadać z tym człowiekiem, no bo jaki wspólny temat mogli znaleźć? „Spierdalaj brudasie” – chciał powiedzieć, ale jednak nie powiedział, bo mimo wszystko pokurcz wyjechał do niego z grzeczną gadką. Sięgnął do kieszeni. Wyjęła mu się złotówka. „A niech tam! Poznaj chamskie serce, kutasie, masz całą złotówkę!”. Wręczył monetę z gracją monarchy, który popadł w szaleństwo i rozdał między swoich koniuszych podległe mu księstwa. – Zbytek łaski, panie kierowniku. Potrzebuję tylko 50 groszy. Nie chciałbym wielmożnego pana kierownika narażać na dodatkowe koszty – dodał, zapewne z drwiącym uśmiechem i wcisnął w rękę podinspektora pieniążek. Spojrzał na monetkę: była nieco mniejsza od złotówki, ale większa od dwudziestu groszy, z cała więc pewnością trzymał na wewnętrznej stronie dłoni pięćdziesięciogroszówkę. – Nisko się kłaniam – jak menel powiedział, tak uczynił. Podinspektor zobaczył, że mężczyzna ruszył w kierunku sklepu. – Już zamknięty – krzyknął za mężczyzną sam się sobie dziwiąc, że mu się chce odzywać. – Sklepowa, ścierwo, zamknęła. Nawet pieczywa nie ma... Nie skończył kwestii; menel tylko mu po przyjacielsku pomachał. Podinspektor powziął już zamiar zakręcenia się na pięcie i odejścia do swoich obowiązków, ale ciekawość go powstrzymała. „Zobaczę, jak tego menela potraktuje to sklepowe ścierwo!” Mężczyzna zapukał w szybę. Dość stanowczo, ale z wyczuciem. Musiał powtórzyć czynność. Po chwili pojawiła się sklepowa. „No, teraz go zjebie jak burą sukę!” – ucieszył się policjant. Wreszcie się pojawiła. Miała nienawistny wyraz twarzy, ale gdy dostrzegła, kto ją niepokoi, ku zdumieniu podinspektora jej rysy jakby złagodniały. To już nie była wrogość, to mogło być najwyżej zniechęcenie. Kobieta przekręciła zamek u góry, potem schyliła się i wykonała te same ruchy przy dolnym; uchyliła drzwi. Podinspektor mimo wszystko spodziewał się lawiny przekleństw, ale nic takiego się nie stało. – Królowo – menel wręcz płaszczył się u stóp kobiety – Ty jesteś jedynym jasnym promieniem w ciemnościach tego okrutnego świata. Upadają ostatnie autorytety, w ogóle homo homini lupus est, a ty, jak ta opoka, skała, na której nasz Pan wzniósł ten sklep, trwasz i niesiesz pomoc potrzebującym. Ten mroczną noc przeżyję pod warunkiem, że ty będziesz dla mnie łaskawa. O pani, orędowniczko moja, pocieszycielko moja... – Dobra, panie Kozietulski, późno już, na pysk padam. Podać to, co zawsze? Nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową. Kobieta wyciągnęła rękę. Pijaczyna wysypał na tę wyciągniętą dłoń drobniaki. – Odliczone, co do grosza – zapewnił. Z kolei teraz ona nie odpowiedziała. Jeśli ludzie dobrze się znają, wiedzą, co jeden od drugiego chce, wtedy nie nadużywają słów. Tylko przez moment jej nie było. To był tak krótki interwał, że nie zdążyłoby się w tym czasie wypowiedzieć „spożywanie alkoholu na terenie sklepu surowo wzbronione”, czy nawet „alkohol szkodzi zdrowiu”. Podała mężczyźnie butelkę i jakiś drobiazg, który on wcisnął do kieszeni; podinspektor nie miał pojęcia, co to mogło być. – Królowo, bez ciebie pomarlibyśmy, jak amen w pacierzu. Niech cię Bóg błogosławi. Dobranoc, nasza osiedlowa królowo. – Dobranoc, dobranoc, panie Kozietulski. Niech nie zgubi karteczki, bo nie przyjmę do zwrotu butelki. Zamknęła drzwi. A menel stał jeszcze chwilę przed tymi zamkniętymi drzwiami, jak przed jakimś ołtarzem; brakowało, żeby padł na kolana i wzniósł ręce ku niebiosom. Wreszcie zgasły światła wewnątrz sklepu, poza jedną, energooszczędną żarówką. Wtedy menel zebrał się w sobie i poszedł alejką w stronę najbliższego bloku. Jakiś lekki się zdał teraz, jakby ciężar z niego zdjęto, a nie ciężarem go obarczono. Podinspektor Mrożek stał niczym rażony piorunem. Analizował fakty, które były dla niego niekorzystne. W końcu, wściekły jak diabli, udał się do samochodu. Postanowił ulżyć sobie w domu. „Ja ci dam, kurwa, pieczywo!” – mówił pod nosem otwierając drzwi. Żaden z sąsiadów nie zadzwonił na policję, ponieważ zawczasu zostali pouczeni, że to będzie źle widziane i w konsekwencji może im mocno zaszkodzić. Do rana nikt nie zasnął w tej klatce. fot. Agnieszka Zub Olgerd Dziechciarz  – anarchizujący autor adekwatnie analizujący aktualne anomalia. Wydał powieści: Wielkopolski, Małopolski, Zapolski  oraz tomy wierszy:  Autoświat, Galeria Humbug, Podest na piedestale, Reperkusje. Symfonia wierszy żałosnych  oraz Wmartwychwstąpienie.

  • Mariusz Sambor – cztery wiersze

    niewyjaśnione okoliczności  niewyjaśnione okoliczności mężczyzna z głową kozła  mężczyzna z głową psa mężczyzna w kapeluszu  wartość sentymentalna mężczyzna z wąsami to nie ostatnia sesja w Paryżu  zakres nowej współpracy mówi prezydent Wietnamu Luong Cuong  wartość sentymentalna to nie ostatnia sesja w Toruniu  nie szukamy już tam swojej obecności  pracownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w mieście Kopernika  stworzył postaci kilkudziesięciu fikcyjnych osób w kryzysie bezdomności  wartość sentymentalna pobrał za nie miliony zasiłku  złapany przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów  miliony zasiłku wartość sentymentalna  także nam brakuje kontekstu? taki nie jest samotny raport z wypadku szybowca Diana 4E / upadek w padoku stadniny koni polskie konie wartość sentymentalna pilot pod wpływem alkoholu w trakcie lotu potrójny axel toe-loop olimpiada szukamy odrobiny szaleństwa flip i lutz 32-letni mężczyzna zniszczył dwa zaparkowane samochody taboretem i usłyszał zarzuty wartość sentymentalna trudne warunki pogodowe  i nie będzie przez to otoczony ludźmi tramwaje nie kursują w Szczecinie z powodu oblodzenia sieci  nastrój poprawia nam komunikacja zastępcza i z cudzymi myślami wieczne boje  wartość sentymentalna zajęcia w szkołach odbywają się zgodnie z planem co wolisz? dzień czy noc odmiana o cudownych puszystych jasnoróżowych kwiatostanach i efektownych pierzastych zielonych liściach  pewna kobieta otwiera oczy ze snu w którym kwitnące pnącza glicynii inne młode kobiety w kimonach przyjmują jej hołdy zieleń młodych liści nas to dopiero czeka wiosna przecież za dwa tygodnie śniegi prowincji Koshi na wyspie Honsiu uważaj nie pomyl jej z miastem Kōchi to nie to samo młode kobiety w kimonach to przecież nie to samo co ty miła śnieg już stopniał jednak rzeczywistość okazała się  zupełnie inna lilia różowa mozga trzcinowata tawułka chińska  przyciągają spojrzenia nie tylko w pobliżu oczek wodnych tawułka japońska kalina szorstkowłosa wszystkie one  kwitną w naszym ogrodzie jednak kamelie należy ścinać  kiedy są pąkami myślę i wspominam nasze lata  kiedy wonny wiatr wieje z południa  kiedy i ja otwieram oczy ze snu kiedy będziemy wreszcie gotowi kiedy się to wszystko skończy kilka zmysłowych spojrzeń  Casa Malaparte  żółć i bordo sukienek pogrzeb króla Romów w Koszycach to nie Capri  to nie lazur morza to ledwie kilka naszych spotkań  w życiu w naszym dotychczasowym życiu a teraz i my w końcu wychodząc witaliśmy gwiazdy samolot za oknem przelatuje bezszelestnie złota trumna i napis kamastu dade  tak kochamy cię tatusiu tysiąc osób w orszaku żałobnym  Casa Roma i już bez Delona i bez Bardot na końcu kilka luksusowych samochodów  na środku kilka zmysłowych spojrzeń  na początku ty i ja pytasz mnie   Antoinette Rijpma-de Jong? raczej piękna Jutta Leerdam jak ty  moja miła odpowiadam jeśli nie możesz ukształtować swojego życia no dobra na początku spojrzenia ja na ciebie my? jak rodzina jak la, la, la, la, la ty na mnie którą nigdy nie będziemy  rodzina? rodzina podkreśla król zostanie pochowany w złotej trumnie  do Malaparte można dotrzeć tylko przez wyspę bez pieniędzy i bez złota nocą fale uderzają w zdradliwe skały mola nie ma już od lat kochałeś? sì, mio Malaparte, sì, mia cara signora M. jesteśmy w Gdyni  znasz to uczucie? nie jesteś chory  ale też nie całkiem zdrowy nie wyczerpany  a i nie masz pełnej energii usiądź z nami dowiesz się dlaczego wiele osób  czuje się dziś w ten sposób i dlaczego ja i zdrowie  energia jasność umysłu i lepsze samopoczucie  fizyczne jest tak ważne i nie pytaj dlaczego Zatoka Gdańska zamarza tak jesteśmy w Gdyni  a krajobraz jak na Spitsbergenie chodź usiądź z nami  dowiesz się zima wciąż nie odpuszcza i dlaczego ty usiądź z nami dowiesz się dbanie o zdrowie to troska mówią Zdrowie to nie tylko brak choroby to umiejętność zachowania równowagi  nawet w obliczu trudności nawet kiedy noc kiedy słów ci brak i że nie ty  i nie ja Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej  Cztery Filary  (2021), powieści I wszyscy go opuścili…  (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022), komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). W 2025 roku ukazały się jego dwie książki poetyckie:  Rzeka / Taniec  i PRZED/MIEŚCIE . Mieszka w Krakowie.

  • Sylwia Jaworska – fotografie

    Sylwia Jaworska – autorka książek poetyckich: Mistrzowskie Trójki  (2020), Echo serca (2021) , Pustynia (2022); Love Crimes  (2023), Kąpiele faliste dla osób żyjących nerwami (2025). Publikowała w magazynach literackich "Odra", "Fabularie", "Pismo", "Afront", „Fraza” , "Dwutygodnik", „Cegła”.

  • Tomasz Jamroziński – trzy wiersze

    Gorzkie bale przenikajcie, bo z grobów umarli gromadnie powstają Ta noc należy do serii tych nieprzebłaganych jak starość dłoni, którą nawlekamy co i rusz, po kłębku do wschodu słońca. Post w czyśćcu staje się rutyną, ale można pójść tam na noże. Krwawnik jak z legendy mógłby coś zapowiadać, ale nie czujemy pełni, najmniejszej iskry. Nowe symbole dawno poszły się jebać, dlatego język uwodzi nas jak zły szeląg w pogańskiej miłości 2:26 masz tyle otwartych okienek jakbyś nie grodził się wcale. To może być odruch albo nonszalancja. Widzimy cię, serduszko nasze! Podzielimy cię, nawet potroimy, że ech. Optycznie będzie więcej o twoich zwyczajach, bo tak na oko luźno żyjesz. A skoro patyczki, to wyciągnijmy ten najkrótszy, żeby gadali, jak bardzo złote usta to twój wyraz. Zanim kamienie albo ziarna kawy rozsypane po kątach zaczną być ekspozycją tła. A czy nocą widać gwiazdy? Julkowi Mieli drapać chrust, walczyć o słońce, o tętnice pełne tajemnic. Komuś zwykle nie idzie karta, a obce smartfony grają nie tę co trzeba melodię. W tym wszystkim Chłopiec, który miał awersję do owadów - kowali bezskrzydłych. Nosił naręcza żywych skał i skakał sobie, gdy nie było potrzeby. Składał mapy bez kompasu. Był w swoim języku, jego dorzeczach i gwarancji nowych światów Tomasz Jamroziński (ur. 1978) – autor tomów poetyckich: stenogramy (2004), Przylądek do skrócenia (2007), Mężczyźni są z Warsa (2012) i Całkiem udane liturgie (2022). Wydał powieść kryminalną Schodząc ze ścieżki . Mieszka w Częstochowie.

  • Louise Glück  – wiersz

    Jaśminowiec         To nie jest księżyc, mówię ci. To białe kwiaty rozjaśniają ogród. Nie znoszę ich. Nie znoszę ich tak samo jak seksu, jak ust mężczyzny dławiących moje usta, mężczyzny nade mną   i tych mimowolnych łez, głębokiego poniżenia w istocie związku – Dziś wieczorem mam na myśli  i słyszę, to pytanie i gotową już odpowiedź scaloną w jednym dźwięku coraz głośniej i głośniej  rozdzieloną na platońskie połowy                           zmęczone animozje. Widzisz to? Daliśmy się oszukać. A zapach jaśminowca snuje się przez okno. Jak mogę tak leżeć? Jak mam być beztroska gdy w świecie panuje  ta ohydna woń?   przełożył Jerzy Bartonezz Louise Glück  (1943–2023) – amerykańska poetka i eseistka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 2020 roku. Podejmowała tematy straty, tożsamości i relacji rodzinnych, posługując się oszczędnym, precyzyjnym językiem. W 1993 roku otrzymała Nagrodę Pulitzera za tom The Wild Iris .

  • Charles Simic – Nocny stróż

    Nocny stróż   w kostnicy wielkiego miasta w granicach, których nie znam nikogo, kto je dobrze zna robię obchód z pękiem kluczy  latarką w ręku i wilczurem co nie ma prawa tutaj wejść i wie, nie wolno warczeć  gdy na rampę wjeżdża erka. Po przeładunku na nierdzewny GIG oni na głucho zamykają drzwi  zasłaniając sine twarze pochylone nad zwłokami – w sobie tylko znanej sprawie. W pełnym białego szumu mroku  szaf chłodniczych i lodówek kończę mój rutynowy obchód kłódek, zamków, pustych biur koślawych zakurzonych krzeseł  blatów, nieotwartych akt i kopert. przełożył Jerzy Bartonezz Charles Simic  (1938–2023) – amerykański poeta, eseista i tłumacz serbskiego pochodzenia. Jego twórczość łączy surrealizm, ironię i refleksję nad codziennością. W 1990 roku otrzymał Nagrodę Pulitzera za tom The World Doesn’t End , a w latach 2007–2008 pełnił funkcję Poety Laureata USA.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page