top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jacek Sadkowski – trzy wiersze 

    Na huśtawce  co mi się widziało a co mi się śniło? co zapamiętało a co wymyśliło? co widziałem a co widzieć chciałem? znalazłem? zgubiłem. i chyba płakałem. Mgnienia Rozproszenia i Zespolenia ; Des z Marienwerder wszystko zaczyna się w raju. a ten raj w rajskim ogrodzie rozrzuconym wokół starego domu o rzeźbionych drzwiach mosiężnych klamkach słodkich wielobarwach mozaiki na podłodze za progiem pod kobaltem szybek. dom jest ogrodem ogród jest domem ciepłą gęstwą przeplecioną szumem łagodnych traw i gwarem motylich ptaków ptasich motyli. no i - ach! - piękne aż strach! ciemnolśniące węgierki lśniące korale dzikiej róży. refren starej pieśni. papierówki renety krople złotej żywicy na ciepłej korze czereśni. kosarze skorki stonogi porzeczkowe kolczyki i stara studnia z okiem zasłoniętym przez dominika cynkową balią. wchodzę do niej i tupię śpiewam śmieję się a dominik i ojciec wystraszeni biegną do mnie a ja zrywam płatki bratków i wołam stokrotki stokrotki! - to bratki synku. - wiem wiem! kłamię tak żeby je oszukać niech nie wiedzą kim są!  na polanie na krańcach raju drewniana szopa i huśtawka wplątana w gałęzie jabłoni wkopany grubą nogą w ziemię stół i krzesła. a na krzesłach wokół stołu aleksandra i domink miłka i edek i ludzie których nie znam i też tam jestem. radosny głośny gwar. nikt się nie dziwi że jestem stary. starszy od nich wszystkich. mówię -  hej! no cześć! no jak się macie!  aleksandra w zakłopotanym żalu pyta -  dlaczego nie przeczytałeś moich listów? przed śmiercią zdążyłam schować się na chwilę i pisałam do ciebie a ty to lekceważysz. wstyd mi bardzo. listy leżą w papierach po miłce.  przeczytam olu  mówię gdy już będę stary. - ależ jesteś jesteś stary  wszyscy się śmieją i jest dobrze. muszę już iść macham ręką wychodzę. drobna kostka bruku zieleń kasztanowców wielkie tuje przy drzwiach kurnik gdaczący nioskami. za plecami furtka do raju. początek i koniec. zardzewiały skrzypiący. When The Saints  ciemność. byłem przed chwilą wróciłem skądś do niedomu i nawet nie zdążyłem ściągnąć butów. /rano wzułem je z lekkim niepokojem z niepewnością bo nie wiedziałem jak będzie ale było dobrze/ raptem ciemność. przed chwilą byłem i /przed chwilą wróciłem/ śpiewały ptaki  czyk czyk  mówił jakiś mały schowany w krzakach gruchały gołębie nawet odzywał się nienocnie  fijuuu fiiit  zdezorientowany kos. /nie/jest dobrze. ciemność. -  wymodlona majowa burza. jest dobrze - pomyślałem a świat obrócił się kilka razy i wrócił na swoje miejsce. zawsze powinno być ciemno. ciemność bez krzty światła bez janowego światło zaś świeci w ciemności i ciemność go nie ogarnęła. ciemność ogarnęła wszystko. wszystkość. zasnąłem w półśnie słyszałem że z daleka - niedaleka ściągnęli umarli i było jak powinno być. słyszałem brzęk talerzy szklanek i ruch nieumarłe głosy umarłych wszystkich. spałem ale słyszałem i nawet /we śnie? nie/ byłem widziałem ojca i matkę bardziej realnych niż Bóg dotykalnych. błysk głuchy ostry strzał kilka razy ciemna błyskawica pełna ciemnych piór zaśpiewała trzaskiem w ciemności gęste powietrze roiło się gęstwą ciemnych aniołów. byłem widziałem ciemność. widzę wyraźnie przez ciemność. jest dobrze. w ciemności ciemny błysk i głuchy trzask. żałowałem /we śnie? nie/ że nie palę już papierosów. papieros ciemny ognik rosnący nad palnikiem zapalniczki co chwila raz za razem to byłoby dobre drapiący w gardle dym i smak ciemnej ciemności. wszystko. jest wszystko. miękkie poukładane. każdy ciemny krok znajomymi ścieżkami nałogu. chwilę potem skończyła się burza jasny wiatr od wschodu połknął to co miało sen(s) i było dobre. zzułem drogo wygodne buty za oknem śpiewały bezsensownie blaszane ptaki zaczęło się bezsensownie jasne popołudnie. nie ma tu niczego w niczym i zamknięte wieko czekanie na pukanie Wszystkie konie świata  teraz nie ma czasów a kiedyś były. i w ogóle nic nie ma. sensu brak najogólniej rzecz biorąc we wszystkim które jest niczym. kiedyś chodziłem do szkoły. a gdy szedłem ulicą kamienną i starozamkową i generała karola to każda rzecz była na miejscu logicznie wyjaśniona. na kamiennej leżał kamień z okien domu na starozamkowej było widać wieże starego zamku na dodatek w ogrodowych grządkach nasturcji kosmosów floksów trafiało się wiosną na kruszejące ceglane resztki po jeszcze starszym zamku. a generał to był świerczewski i nawet kiedyś wziął mnie na kolana i opowiadał mi o frankistowskich faszystach siwiutki staruszek jego dobry kolega. każda rzecz była tam gdzie być powinna. myślę sobie że te braki teraz spowodowane są brakiem koni. pamiętam doskonale że kiedyś gdy były konie to były i czasy. ulicą kamienną i starozamkową i generała karola spacerowało mnóstwo koni ciągnących wozy z zazwyczaj pijanymi woźnicami kapustą i kartoflami węglem i czym tylko chcesz wszystkim potrzebnym do przetrwania srogiej zimy. i ja też miałem konia. co prawda na biegunach ale jednak. miał na imię ed. mister ed zupełnie tak jak koń który mówił w serialu w telewizorze. i miałem tatę który miał na imię edek bardzo podobnie jak ten koń. i to było dobre. konie zaczęły znikać dokładnie wtedy gdy w słodkiej dziurce tuż obok szkoły zaczęli sprzedawać amerykańską gumę do żucia z historyjkami o kaczorze donaldzie. teraz miesza mi się wszystko. zamki bez kluczy klucze bez zamków konie i główki kapusty i wędrówki ulicami bez nazw. Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Piotr Makowski – Otarcia (fragmenty – remiks)

    Pam. Pam, pam. Pam, pam, Bam. Lewy. Dwa lewe. Dwa lewe, prawy. Pam, pam, bam – cyk – Bach, Pum. Dwa lewe, prawy, zejście z unikiem w prawo, prawy hak, lewy sierp! Tabela ciosów, tabela kombinacji Lewy prosty: Pam (małą literą – lekki cios, dużą – mocny). Prawy prosty: Bam. Lewy sierpowy: Pum. Prawy sierpowy: Bum. Lewy hak (cios pod łokieć na wątrobę): Pach. Prawy hak: Bach. Lewy podbródkowy: Łup. Prawy podbródkowy: Trach. Lewy prosty na dół: Pyk. Prawy prosty na dół: Pyk! Lewy na lewy: Jeb. Prawy na prawy: Jeb! Lewy prosty, prawy prosty: Pam-Bam. Dwa lewe, prawy: Pam, pam, Bam. Lewy, prawy, lewy sierpowy: Pam-Bam-Pum. Lewy, prawy, lewy dół: Pam-Bam-Pach. Lewy, prawy dół: Pam-Pyk! Dwa lewe, prawy dół, lewy sierp: Pam, pam-Pyk!-Pum. Lewy, odejście/unik, prawy: Pam-cyk-Bam. Dodatkowo: tss to dźwięk wypuszczanego przez usta powietrza podczas zadawania ciosu, wykonywania bloku lub uniku. Ciosy na jedno tempo: Pam-Pam-Bam. Ciosy na tempo rwane, z przyspieszeniem: Pam, Pam-Bam. Cyk to unik lub blok. U leworęcznych wszystko jest na odwrót. 73 Andrzej przygotowuje sobie rzeczy, bierze nawet suspensorium. Szykuje się jak Leon, zbroi się jak Arnold w Commando. Układa przedmioty na tapczanie, zwija bandaże, jest na siebie zły, że nie zrobił tego wcześniej. Przeciera wilgotną szmatką kask, do bidonu nalewa wody. Sprawdza zegarek. Zjada pół serka wiejskiego, dwie kromki chleba, banana. Sprawdza zegarek. Jest gotowy i skoncentrowany jak zawiązujący na czole opaskę Rambo. Sprawdza zegarek. Połyka dwie kapsułki kofeiny, sprawdza zegarek. Jest dokładny jak ekipa planująca napad na bank. Sprawdza zegarek. Spłukuje metaliczny posmak kapsułek wodą, wychodzi. 33/99 Jadą na sparing do innego klubu, dostali zaproszenie. Andrzej patrzy na zegarek i widzi, że już ma wysokie tętno, a nie zrobił jeszcze nawet rozgrzewki. Stres go trochę zjada, z drugiej strony ten stres też motywuje. Organizator pyta ich, czy mają ważne badania. Mówią, że tak, nikt tego nie sprawdza. Dobierają ich wagowo, Andrzej idzie do półciężkiego na ring. Łysy będzie mu podpowiadał z narożnika, Niedźwiedź nie mógł z nimi pojechać. W pierwszej rundzie od razu mocno na siebie idą, ale Andrzej jest dziś lotny na nogach. Tamten leci z potrójnym prostym, ale jest sztywny, Andrzej z łatwością schodzi z linii ciosu, robi trzy kroki w lewo, trzy kroki w prawo, ucieka spod lin i od razu przejmuje środek ringu. Wali szybkim lewym, rozluźnia się, bo tym lewym trafia. Potem ciśnie kombinację na lewy tamtego: schodzi, bije prawy, lewy, prawy, bam, pam, bam, znów unik przed lewym i poprawia prawym na dół, Bach! Później to powtórzy i dorzuci jeszcze lewy sierpowy. Na razie jednak potrzebuje chwili na złapanie oddechu, więc wydłuża dystans i chodzi na boki, nie, on lata nad ringiem. Tamten znów wpada za lewym, a Andrzej tylko na to czeka: bam. Pam. Pam. Pam, bam. Pam, bam, pam. Pam, pam, bam, pam. Pam-bach. Pam, buch. Pam, pam. Pam, pyk. Pam-cyk-bam. Łapie gościa na linach, schodzi niżej na nogach i bije, pach-bach. Robi dwa uniki rotacyjne, a następnie: pach, bach, pum, bum. Z gongiem bije jeszcze bach-trach, prawy hak, prawy podbródek. W przerwie Andrzej oddycha: dwie sekundy na wdech, dwie sekundy z zatrzymanym w płucach powietrzem, dwie sekundy na wydech, dwie sekundy z pustymi płucami. Łysy mu mówi, że zajebiście. Andrzej potakuje, stoi oparty tyłem o narożnik, ręce ma przewieszone przez liny – nawet nie siada. Gong. Od razu jest na środku ringu, tego środka będzie od teraz pilnował. Siada bardziej na zakrocznej nodze, pilnuje gardy, robi małe kroki, chodzi na boki. Tamten bardziej wyprostowany chodzi na boki i do przodu, wysuwa w przód lewą rękę. Andrzej jest cały czas w ruchu, kroki, kroczki, na boki, do tyłu, jeden do przodu i bije lewy – pam – to cios, którym sprawdza i koryguje dystans. Tamten oddaje lewy – pam, głośne tss – ten cios też nie dochodzi celu. Obaj co jakiś czas wyrzucają taki lewy, Andrzej na zakrocznej bije lewy z dołu, to akurat dochodzi, tamten się zagapił. Andrzej trochę przejmuje inicjatywę, idzie bardziej do przodu. Tamten obniża pozycję, szuka sobie miejsca pod kombinację. Andrzej jest czujny i nie oddaje pola, bije dwa lewe – pam, pam – z dwoma krokami do przodu, oba ciosy trafiają prosto na szczelną gardę. Tamten schodzi na bok, wysuwa znów lewą bardziej do przodu, poluje na prawy prosty, ale Andrzej to widzi, Andrzej czeka, aż będzie mógł zejść z unikiem w lewo, aby uderzyć lewy hak na dół albo lewy sierp. Tamten to czyta, wypuszcza lewy na korpus. Obaj są za podwójną gardą, to jest szczelność level master, ciosy od brody i rękawice od razu wracają do brody. Chodzą do przodu i do tyłu, chodzą na boki, robią zwody, dużo ruchów głową. Tamten bije lewy, prawy, lewy – pam, bam, pam – Andrzej zbiera na gardę dwa pierwsze ciosy, a przed trzecim robi unik, tylko trochę spóźniony, ten lewy dochodzi, ale nie robi żadnej krzywdy. Andrzej przyspiesza dwadzieścia procent, idzie za lewym – Pam – dobiera stopy, miękko, na palcach, pilnuje środka ringu, ustawia sobie tamtego pod kombinację i w końcu bije szybki lewy, a po nim prawy mocny jak sam skurwysyn – prosto na szczękę. Sędzia tamtego liczy na stojąco i kiedy dopuszcza go do dalszej walki, wybrzmiewa gong. Do trzeciej rundy tamten nie wychodzi, tłumaczy się bólem łokcia. Mówi przez szczękę, strasznie pluje. Jego trener chłodzi go lodem w spreju. Andrzej czuje satysfakcję, ale nie daje jej po sobie poznać: chłodny profesjonalizm. Podchodzi do tamtego, Andrzej mówi: Andrzej. Od tamtego słyszy najpierw, że Maciek, a potem, że dzięki. Andrzej też dziękuje. Przybija rękawicą żółwia trenerowi. Schodzi z ringu, bo kolej na następną parę, Łysy mówi, że zajebiście, Kuzyn dalej rozgrzewa się, czeka. Andrzej ściąga rękawice. Łysy i Kuzyn swoje sparingi też wygrywają, Kuzyn przez RSC. Andrzej podchodzi później do Maćka i chwilę gadają. Andrzej w żartach rzuca, że z takimi zawodnikami mogliby w mieście ustanowić własne porządki. Maciek mówi, że u nich w klubie też o tym myśleli, trzeba może będzie się zgadać i faktycznie zacząć rządzić. YouTube Party – repryza Po ostrym sparingu w ciepły dzień ciało potrafi pocić się jeszcze ze dwie godziny. Trudno jest wtedy coś zjeść, choć czuje się taki głód, że aż skręca. Trudno jest zasnąć, choć odczuwa się już nawet nie zmęczenie, tylko ból. Andrzej rozluźnia się wtedy piwem, odpala komp. Za każdym razem w ten sam sposób bierze ciało na przeczekanie. Sweet science or the cruelest sport of all? Andrzej klika w ten link, to zapowiedź kolejnej walki Keitha Thurmana. Pięć gramów kreatyny rozpuścił w wodzie i wypił od razu po przyjściu. Pogadał chwilę z Piotrkiem – to jego współlokator – wkładając puszki do lodówki. Po kreatynie zawsze czeka pół godziny z pierwszym piwem. Teraz bierze łyk i klika dalej: Floyd Mayweather. Następnie: Bernard Hopkins. Następnie: Arturo Gatti i Micky Ward. YouTube Party. Dziewiąta runda pierwszej z trzech walk Gatti vs. Ward. Runda roku. Walka roku. Cios za cios. Proste, sierpy, haki, krew. Gatti: urwać głowę Wardowi. Ward: urwać głowę Gattiemu. Ciosy na górę, ciosy na dół, ciosy na górę. Lewy, prawy, lewy. Gatti na deskach! Gatti wstaje na osiem, Gatti w tarapatach. Ward naciera, chce to skończyć, ale – chce za bardzo. To go wyczerpuje, staje w miejscu. Gatti oddaje – ciosy na górę, ciosy na dół, krew, więcej krwi, teraz to Ward ma problemy. Jednak nie długo, łapie drugi oddech. Ward znów naciera, trzydzieści sekund do końca rundy, Ward i Gatti stają na środku ringu, Ward i Gatti wymieniają ciosy, cios za cios, cios za cios, cios za cios. Sieczka. Młócka. Napierdalanka. Runda się kończy, obaj do narożników trafiają o własnych siłach – kurwa, jak? Klika i ogląda dalej: Ricky Hatton. There’s only one Ricky Hatton! Gołowkin, Chávez (senior), druga walka Warda z Gattim, trzecia runda Warda z Gattim. Andrzej bierze ze sobą piwo na balkon, szóste piętro wystarczy, by miasto było teraz u jego stóp. Bierze łyk, odpala papierosa, jest teraz na HBO i Showtime, jest w Vegas, jest w MGM Grand. Wybiera numer Natalii, chce jej streścić przyjaźń Warda z Gattim aż do finału, gdy tego drugiego odstrzeli w Brazylii żona. Natalia nie odbiera, Andrzej wraca przed komp. Andrzej Gołota. To musiało się tak skończyć. Wideo Highlights and lowlights. Powinno być highlights and lowblows – Andrzej śmieje się z tego. Kiedy idzie po piwo, myśli o walce z Bowem numer jeden, a kiedy wraca – o walce numer dwa. Myśli o zamieszkach w Madison Square Garden, trener Gołoty oberwał wtedy komórką. Kiedyś to były telefony! Odpala filmik. Bowe potem już nie był tak sam. Łyk i klik. Nie myśl, czuj. Bruce Lee mówi Andrzejowi, że nie można spuszczać przeciwnika z oczu. Chuck Norris mówi Andrzejowi, że zaraz dostanie tyle prawych, że aż będzie błagał o lewy. Rocky mówi Andrzejowi, że world ain’t all sunshine and rainbows. Hillary Swank głosem Morgana Freemana opowiada Andrzejowi o marzeniach, których nikt poza nim nie będzie w stanie zrozumieć. Brandon Lee mówi, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Dostaje kulkę i film będą musieli skończyć dubler i grafik. Andrzej klika w filmik obok – specjalnie nie domyka drzwi na balkon, żeby słyszeć Nine Inch Nails z głośników. Ojciec kazał mu oglądać Rocky’ego i Krwawy sport , ale też Pluton  i  Łowcę jeleni . Przewijał trzy czwarte aż do rosyjskiej ruletki, huta i wesele to była nuda. Na podwórku to był jego pomysł, żeby grać w ruletkę. Wyrywał pojedynczy kapiszon z okręgu, wkładał do magazynka, kręcił i po kolei przystawiał kolegom plastikowy rewolwer do głowy. Mike Tyson Każdy Mike trafi w końcu na swojego Evandera. Piotr Makowski  – autor tomu  Soundtrack  (2011). Publikował m.in . w „Twórczości”, „Wakacie” i „Wyspie”. Otarcia , z którego pochodzi publikowany fragment, będą jego debiutem powieściowym.

  • Mirosław Gabryś – pięć wierszy

    Royal Raymond Rife wysiada z auta na prąd Pierwszy samochód elektryczny skonstruowano w latach 30. XIX wieku. I to właśnie EV po raz pierwszy przekroczył prędkość 100 km/h, i to w roku 1899. W 1934 Royal Raymond Rife wymyślił generator, którym całkowicie wyleczył z raka złośliwego 14 osób, za co błyskawicznie zniszczono mu laboratorium i zakazano dalszych badań. 65 lat później moja mama zmarła na raka kości po przerzutach z raka jajnika, choć jeździliśmy po lekarzach, zielarkach, bioenergoterapeutach, magach i czarownicach, lecz autem na benzynę. Księżyc Podobno Księżyc jest w środku pusty jak moja głowa, gdy czytam o kosmosie. Podobno w Księżycu żyła cywilizacja daleko bardziej rozwinięta od nas. Według „Prawdziwej historii” Lukiana mieszkaniec Księżyca, umierając, rozpływa się w powietrzu. Ja też rozpływam się nad Księżycem. „Upaniszady” podają, że Księżyc jest poczekalnią dla dusz przed kolejnym wcieleniem. Podobno Księżyc magazynuje stracony czas i niespełnione marzenia, czyli mnie niemal w całości. Podobno jasna strona została podzielona na działki i można sobie kupić nawet za 50 dolarów trochę straconego czasu i niespełnionych marzeń. Podobno tajna misja Apollo 20 miała na celu zbadanie statku kosmicznego, znajdującego się po ciemnej stronie. Podobno nie ma ciemnej strony Księżyca, bo słynna płyta Pink Floyd mówi, że cały Księżyc jest ciemny. Podobno ten statek ma długość 3 km i rozbił się tam 1,5 mld lat temu. Podobno jest skonstruowany z nieznanego ludziom materiału, którego nie dało się pobrać w celach badawczych, lecz misja była udana: podobno astronauci znaleźli Monę Lisę – świetnie zachowaną kosmitkę o kształcie humanoidalnym i sześciu palcach, a także drobne żyjątka i ślady roślinności. Druga Ziemia Podobno pod koniec XXII wieku z powodu przeludnienia połowa populacji ludzkiej zostanie przetransportowana na inną planetę. Podobno ta planeta to nic rewelacyjnego, podobno podobna do Ziemi, też na najniższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, może trochę przyjaźniejsza, jeśli chodzi o warunki atmosferyczne, lecz i tak podobno wszyscy będę chcieli wydostać się stąd z nadzieją na lepsze jutro. Podobno jeszcze nie wiadomo, jak będzie wyglądać transport, choć można się domyślać, znając historię i ludzi ją tworzących. Nie wiadomo też, kto znajdzie się w gronie szczęśliwców i zacznie od nowa niszczyć i zabijać. Ewolucja Być może za kilka milionów lat obudzę się w zoo obok szympansa, mojego najbliższego krewnego, bo wyewoluuje ze mnie inteligentniejszy gatunek i jego inteligencja każe mu zamknąć mnie w klatce, choć będę jego najbliższym krewnym. Teraz, kiedy Teraz, kiedy wreszcie wiem, co i jak, powinienem chodzić po tej planecie jak po domu, a jednak ciągle jestem w urzędzie, chodzę od okienka do okienka, ćwiczę podpis, ale ogólnie chowam się w kąt z kotem i miauczę. Jeszcze nie zdążyłem się rozgościć w chwilowym ciele, dopiero co zdjąłem buty i znalazłem kąt z kotem, a już mam numerek, wstaję i tracę oddech. Wkrótce wyjdę, już, już, lecz teraz proszę, zamrucz mi coś ładnego. Mirosław Gabryś – urodził się i mieszka w Cieszynie. Opublikował książkę podróżniczo-emigracyjną Islandzkie zabawki  (2010), powieść Zwłoki monterów idą w miasto  (2011), zbiór opowiadań i 5 tomów poetyckich, ostatni to Mglista glista  (2023). Założyciel, kompozytor i gitarzysta zespołów MIASTO 102 oraz Ucho van Gogha.

  • Ewelina Płonka – trzy wiersze

    nurkowanie Tamtego dnia nie dało się przewidzieć pamiętam szelest traw spacery w słońcu zaschniętą krew na kolanie dziecka potem sen przychodził nagle gasło w nas lato jak światło w pustym pokoju zapach farby z okien obserwowałyśmy ptaki ich obecność uspokajała przed burzą trzepot skrzydeł przecinał myśli pamiętam niepokój we mnie rozdarcie między napięciami z przeszłości w zderzeniu z przyszłością budziłam się do lotu w kierunku sobie znanym w stronę morza między nami rzeka jest spokojna Trzęsie się świat od wewnątrz w tobie zawsze było tyle wolności mówiła mi matka na drogę w biegu zrzucałam z siebie kolce jak róże rosnące pod jej oknem widziałam że trzyma lato w dłoni mój grzebień i czesze się po karku spływa krew wycieram ją jak wodę ze skórki jabłka krzyczy w nocy znów piszę wiersze między nami rzeka jest spokojna tylko zostaw uchylone okna Czytałam w twoich oczach jak w dziurawym maku mamo chciałam spróbować wiatru w drzwiach do mnie miałaś za daleko teraz uważam na siebie w snach otwieram wszystkie myśli dla ciebie na szczęście sierpień mija powoli pamiętam co mówiłaś wyciągam wnioski za nami zostawiam przygaszone światło Ewelina Płonka – poetka, autorka dramatów teatralnych, aktywistka równościowa ,feministyczna i wegańska. Wiersze publikowała w "Helikopterze". Pracowała przy produkcjach teatralnych (Teatr Nowy w Krakowie, Niezależna Scena Teatralna). Jej kolaże ukazały się w książce Feminatywy w Akademii. Słowniczek . We współpracy z Centrum Praw Kobiet w Krakowie prowadziła warsztaty literackie dla kobiet. Czyta, śpiewa i spaceruje wśród przyrody. Mieszka w Krakowie.

  • Grzegorz Tomicki – Frenezje 

    Imageny i logogeny Po tradycyjnej nocnej rozgrzewce przy porannej dogrywce głowę mam przepełnioną różnymi trwałymi i nietrwałymi reprezentacjami umysłowymi które nie zawsze od siebie odróżniam na przykład różne fikuśne imageny przypominają mi różne fikuśne logogeny trudno się dziwić skoro nie tylko są do siebie fizycznie podobne ale też równie fikuśnie się nazywają z tym że te drugie są fikuśniejsze od pierwszych co bynajmniej nie ułatwia zadania i tak już przeciążonym procesom  poznawczym podobno nie mniej zarobione struktury mentalne radzą z sobie z tym lepiej choć nikt nie wie w jaki dokładnie sposób a nawet czy słowa „nikt” „nie wie” i „sposób” w jakimkolwiek znaczeniu nie wspominając o dokładnym są adekwatne do nieprzedstawionej wyżej czy niżej sytuacji tak że mecz między obiema reprezentacjami od niepamiętnych czasów pozostaje nierozstrzygnięty takie tradycyjne nierozstrzygające o niczym derby między słowami  a obrazami w których od czasu do czasu biorą udział mniej rozgarnięci poeci czemu trudno się dziwić skoro przeciwnie niż w przypadku imagenów przetwarzanie logogenów dokonuje się w wolnym tempie i szeregowo co wynika z samej natury języka i z samej natury poetów w ten sposób niczego wartościowego się nie wygrywa aczkolwiek mecz między obiema reprezentacjami zasadniczo dlatego pozostaje nierozstrzygnięty że odbywa się na dwóch różnych boiskach w różnych przestrzeniach  bycia przetwarzających informacje podmiotów poeci zaś biegają po murawie trzeciego pola rywalizacji jeszcze mniej przedstawionego niż tamte nieprzedstawione w żaden dający się ująć w funkcjonalną strukturę sposób o ile coś takiego realnie istnieje nie zmienia to faktu że od rana głowę mam przepełnioną powiedziałbym nawet że przeciążoną całkiem sporą ilością imion umiarkowaną ilością twarzy oraz kilkoma zaledwie ciałami jako bytami złożonymi z obrazów  i słów tylko akcydentalnie z których żadne nie jest w tej chwili faktycznie obecne ani tym bardziej gotowe ze mną obcować co wynika z samej natury procesów życia tak się bowiem mało fortunnie składa że od jakiegoś czasu gramy w innych drużynach a więc w zasadzie nie musiałbym o nie dbać ani się o nie starać nie musiałbym ale dbam nie musiałbym ale się staram nie musiałbym ale muszę kogoś poza sobą muszę przecież reprezentować. Ekspozycja in vivo  Ekspozycję czyli zamierzony kontakt między tobą a obiektami które cię przerażają można prowadzić na wiele sposobów na przykład bezpośrednie kontaktowanie się z wyzwalaczem strachu nazywamy ekspozycją rzeczywistą czyli in vivo  mierzysz się z tym co cię przeraża w prawdziwym życiu na przykład jeśli obawiasz się zanieczyszczenia ekscytacją możesz utworzyć następującą hierarchię etapów in vivo  etap pierwszy przebywasz w tym samym pomieszczeniu w odległości kilku metrów  od czynnika zanieczyszczającego ekscytacją nie sięgając po kompulsje etap drugi stoisz obok czynnika zanieczyszczającego ekscytacją w najbliższej odległości etap trzeci dotykasz obiektu neutralnego który znajduje się obok czynnika zanieczyszczającego ekscytacją etap czwarty dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją przez ochronną barierę na przykład papierową chusteczkę lub lateksową prezerwatywę etap piąty dotykasz zanieczyszczonej bariery z poprzedniej ekspozycji jeśli czujesz się  bezpiecznie możesz ją także powąchać albo polizać etap szósty dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją bezpośrednio jednym palcem etap siódmy dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją bezpośrednio całą dłonią czyli nie tylko pięcioma palcami etap ósmy dotykasz czynnika zanieczyszczającego ekscytacją bezpośrednio innymi częściami swojego ciała dochodzisz do punktu krytycznej ekscytacji i wychodzisz z punktu krytycznego bez widocznego urazu jeśli czujesz się  bezpiecznie powtarzasz tę operację dowolną ilość razy przewidzianą w terapeutycznej instrukcji etap dziewiąty dokonujesz krzyżowego zanieczyszczenia obiektów znajdujących się wśród twoich rzeczy osobistych takich jak intymne wspomnienia erotyczne flashbacki czy powidoki zmarłych tak zwane communio sanctorum  etap dziesiąty uczestniczysz w czystych czynnościach z zanieczyszczonymi ekscytacją rękami na przykład w odmawianiu godzinek lub przyzwalaniu na zastępcze kompulsje jeśli czujesz się  bezpiecznie po jakimś czasie wracasz do pomieszczenia z czynnikiem zanieczyszczającym ekscytacją jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że w pomieszczeniu nie ma czynnika zanieczyszczającego ekscytacją jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że to nie jest to pomieszczenie jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że takie pomieszczenie nie istnieje jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że bezpieczeństwo nie istnieje jeśli czujesz się bezpiecznie konstatujesz że niebezpieczeństwo  także nie istnieje jeśli nie czujesz się ani bezpiecznie ani niebezpiecznie konstatujesz że nie istniejesz jeśli czujesz że nie funkcjonujesz w znanym ci sensie że nie żyjesz jak dawniej że wyszedłeś z siebie konstatujesz że jesteś bliżej czynnika zanieczyszczającego ekscytacją niż kiedykolwiek przedtem kiedy ekspozycja in vivo  dobiega końca ostatecznie czujesz się czysty niczego nie można o tobie powiedzieć wymykasz się wszelkim instrukcjom ekspozycjom i konstatacjom stajesz się krystaliczną ekscytacją  bez egzystencjalnych zanieczyszczeń. Efekt muzeum  W dzisiejszym badaniu prowadzonym w paradygmacie skaningu umysłowego z mapą muzeum jako zapamiętywanym obiektem przechadzałem się po budynku składającym się z 10 pokoi w których rozmieszczono 24 obrazy znanych mistrzów zob. ryc. z których jednego wprawdzie osobiście nie znałem choć mogę się mylić może znałem lecz zapomniałem robię tak całe życie chodziło o to żeby pokonać dystans między jednym zapamiętanym obrazem a drugim z których jeden był zawsze  punktem fiksacji czymś o czym się nie można zapomnieć choćby waliło się całe muzeum przy czym nie chodziło o fiksację na samych mistrzach ani tym bardziej na samych obrazach mistrzowie i ich obrazy robili bowiem za przykładowe obiekty badawcze które interesowały może kogo innego na pewno nie mnie ja się zafiksowałem akurat na mistrzach i na obrazach robię tak całe życie staję okoniem daję przykład jak nie robić użytkowego przykładu z rzeczy wzniosłych i czystych choćby rzadko  dotyczyło to właśnie sztuki a zatem najpierw zapamiętywałem plan pomieszczeń a następnie w zupełnych ciemnościach odnajdywałem zapamiętany obraz w zapamiętanym pomieszczeniu wychodziłem z zapamiętanego pomieszczenia przechodziłem przez dwa inne zapamiętane pomieszczenia i w kolejnym zapamiętanym pomieszczeniu w zapamiętaniu odnajdowałem inny zapamiętany obraz taka była eksperymentalna instrukcja jak na moje zasoby mentalne dość ekstremalna ale jakoś mi szło pokonywałem  akurat dystans między Warholem a Boschem których zapamiętałem jako Warhol van Bosch całe życie tak robię kojarzę przeciwieństwa przez kontaminację tak tworzę w umyśle mapę rzeczy nowych i dziwnych jak dotąd się nie zawiodłem otóż kiedy pokonywałem dystans między przykładowym Warholem a zapamiętanym z dzieciństwa Boschem usłyszałem coś jakby chichot charkot czy szelest Vincenta oraz innych rogatych dusz rozmieszczonych na mapie muzeum jak karciane figury na zmacerowanym stole  pełnym wykwintnego jedzenia w postaci martwej natury przez co dystansu między obrazami znanych mistrzów ostatecznie nie pokonałem całe życie tak robię daję się pokonać nieusuwalnym dystansom wobec których odczuwam duży respekt oraz całkiem sporo pokory jak na moje zasoby emocjonalne całe życie tak robię ze wszystkim przesadzam tak czy inaczej będący obiektem manipulacji dystans kategorialny za sprawą werbalnych rotacji przekształcił się w dystans kategoryczny nie wiem może taki był zamysł  badawczy aby mnie tym krytycznie skołować nie zmienia to faktu że bez względu na wynik eksperymentu moje fundamentalne punkty fiksacji znajdowały się zawsze poza mapami badanych obiektów poza pomieszczeniami muzeów poza zasięgiem wyciągających się po nie rąk robię tak całe życie zawsze wyskakuję z łapami przez co całe życie się gubię w rachubach pamięci zdany wyłącznie na przygodne epifenomeny realnie nieistniejące i z gruntu niesamodzielne zdarzenia mentalne cudownie wyobrażone artefakty o prostych  choć tajemniczych przebiegach na koniec przypominam sobie że słowa i etykiety werbalne bardzo rzadko odzwierciedlają brzmieniowo reprezentowane obiekty taki mają mankament wyjątkiem są onomatopeje dźwiękowo podobne do oznaczanej rzeczy albo czynności na przykład chichot charczenie  czy szelest  przez co czuję się cokolwiek ukontentowany aczkolwiek i skonfundowany robię tak całe życie pokonuję dystans w przerwach między jego cyklami między jego epicentrami między jego  połamanymi żebrami mam do tego nieokiełznany talent. Grzegorz Tomicki  (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów  (1998), Zajęcia  (2001), Pocztówki legnickie  (2015), Być jak John Irving  (2017), Konie Apokalipsy  (2021), Piekło jest wszędzie  (2023), Sto kilo kości  (2023), Liryka drogi  (2024) oraz monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego  (2015). Autor artykułów z zakresu literaturoznawstwa, psychologii, historii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.

  • Bogdan Nowicki – Fobie

    1. miń zapadnięte szopy, za którymi płaskowyż, łąki, bagna i stawy. ludzie wykopują tu klocki torfu, co suszy się spiętrzony od czwartej godziny rano. kto chce się przecisnąć przez wrota skrzypiące bólem, o wiele za wąskie dla ciała? na domiar świeżo bielone między farbującymi ścianami dyszy pośpiesznie przez zaciśniętą krtań. matki w kuchniach wydrapią hafty z połatanych koszul. synowie polegli na kolejnej wojnie. upłynął już kawałek czasu w szklance bez herbaty. wszędzie cisza, nie ma stworzeń. pozostały tylko barwy: żyto żółte, jęczmień biały, owies zielony, maki liliowe. na polu kwitną kartofle - zaszyfrowane wiersze Drogi Mlecznej. 2. droga uparła się być drogą. śpi zwinięta na mojej piersi jak tobołek. złapię na niej autobus. śmiech między wodą a mgłą. brzegi nadają się do motania historii. nurt przesuwa się pod drzewami. zapaliły się latarki wędkarzy. to znów woda na młyn. kiedy dni wdowieją od główki szpilki w oku. w sklepie kradziono skrzynie ze świecami z parafiny i z wosku. kobiety odczesują włos ze skroni. wychodzą na drogę boso albo pończochach z wełny czarnej owcy. płaczą za dużo, z twarzami wciśniętymi w poduszkę. srebrny miesiąc obwąchał niemal wszystkie begonie. zmarszczone są ręce praczek. świętość jawi się w krótkim kaszlnięciu, zatopionym w szemraniu wody i szumie situ. matka zzuła sandały , żeby lepiej czuć ryby pod stopami. święta. strużka, strużyna, droga moja, z rannymi, z dziećmi, kociętami, kurami, świeżo wykłutymi kurczętami w kieszeniach…. 3. okołoziemskie satelity otrzymują coraz więcej sygnałów od obcych cywilizacji – są to ciemnobrunatne i błękitno zielone tony, przez które prześwieca wygwieżdżone niebo. nad pustynią Atakama w Chile dźwięki mają korzenie grube i gruzłowate, inne są jak garść prosa, które rozsiał kosmiczny wiatr. w wyludnionym siole Podpłomki zauważono dziwne zjawisko: ze starej, uschniętej gruszy zaczęły spadać okrągłe gruszeczki, twarde niby kamienie. dawniej je zbieraliśmy w kosze od bielizny – wyznaje wiekowa babuszka Iwa – skakały po naszych plecach. były kanarkowego koloru, skórkę miały cieniutką, pestki drobne i czarne. grusza, wioskowy fetysz w samym środku tej wioski, na koniec pokryła się kolcami. sonda „Lewis Carroll” od wielu lat mknie na spotkanie tego, co pobrzękuje we wszechświecie. drzewo nie ma już pnia, to mizerny ogryzek, garść szczerzących się pestek – wieczorem wraca parowcem pod moją poduszkę. 4. pył Sahary pokrył uliczki Sieny. rybacy wyciągają z sieci coraz więcej światła laptopów. zgarbione pytajniki zamieniają się w wykrzykniki. zamiast głaskać sierść zwierzęcia głaszcze się karoserię hybrydowej Toyoty. grotołazi stukają prętami w oniryczne stalaktyty. potem rozwożą drinki do przydrożnych barów, z których nie ma wyjścia dla żadnych dźwięków. sylaby w myślach to już tylko porozrzucane puzzle. trawka na lęk, śmiech bez przyczyny. bezpióre gołębie publicznie kładą puder na zmarszczki. zapinają wieczór na ostatni haft sukni. satelita obrósł wilczą skórą, daremnie, skoro nawet lunatycy puszczają go z torbami. autotrofie, cytaty wyrwane z kontekstu, dżiny, gruczoły, inhalacje. zarośnięte wodorostami wanny, w jakich buszują wioślarze pirog. lingwiści syci pigułek i korzennych przypraw w starym słowniku nie wytłoczą soku w wydrążonym drzewcu dzidy. 5. trochę się wyświechtało, trochę wygwizdało, trochę posiwiało niebo, ale to wysoko wśród strzelistych wieżowców, gdzie wiatr sieje mak. zewsząd buczenie modlitw, ciężarków uwiązanych do sznurka, jak w chowance, cieplej, cieplej, a więc niedobrze szukać gdzieś w głębi siebie. spocone szyby aut, zjeżdżających po rozkwitającym zboczu bólu głowy, a nawet chorób nerwowych, pękają w korku. reflektory regularnie penetrują, niby gongi wpuszczone w ciemność, klatki schodowe o wyraźnej biografii lamperii. buszuje tutaj samospełniająca się przepowiednia zachlapana przez spray, sczerniała od płomienia zapalniczki, zdarta paznokciem, nawet wyszorowana ryżową szczotką jest trwalsza od wiersza, bo przebita na wylot dygocącej dłoni gwoździem. 6. furorę robią domy na przymiarkę, takie z samymi zamkami, bez guzików. łatwo je złożyć i schować w walizce. albo pod bezsenności listwą. cyferki, jak pyszczki otwarte karpi, już niczego nie liczą. za dużo wszechświatów, rozlewisk bagiennych, uliczek ślepych, ciosów od tyłu. spacer w plenerze to nie byle gratka, powiewają fartuchy Hesperyd, unosi się cieniutki, ale wszechobecny zapach jabłek zamiast chloroformu. w lunetach widać machających pilotów, strzegących wełny chmur. a stary aktor, jeszcze z filmów niemych, myje się, goli i sam wkłada skarpetki. to są takie bajery, przechodzą w błękit, a potem gasną. do najstarszych należy deszczu kancjonał, kiedy w sieni rośnie śniedź w zasłuchanym lustrze, krochmalona koszula wysycha na blachę i spada z karku, odsłaniając tatuaże ryb, ptaków, węży w sieci skóry. Bogdan Nowicki o sobie: Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu, jeżyn i malin. Wchłonąłem tę aurę w siebie, stąd moja głęboka wrażliwość na naturę i wiejski pejzaż. Echem odbija się on w mojej twórczości, oczywiście przefiltrowany przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne: odejście bliskich, nieodwracalność losu. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury – do najważniejszych z nich należą: Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett, Emil Cioran, Albert Camus, Juan Rulfo, Jorge Luis Borges, Malcolm Lowry. Ponadto poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego. To źródła mojej inspiracji, i początki pytań: o tożsamość, sens istnienia, transcendencję, wyrażanie niewyrażalnego, stosunek ja do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Piszę nie tylko wiersze, ale także prozę, eseje. Publikowałem m.in. w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

  • Roman Honet – cztery wiersze

    płatki na asfalcie najkrótszy dzień w roku ma twoje ręce i głos twój, kiedyś zapisany we mnie. tutaj   ludzie zachodu leżą na ulicach, rysują  kredą płatki na asfalcie, białe hasło: pokój. jeśli nadepną na mysz, ogłaszają –  znaleźliśmy fortepian paderewskiego, śmieciarze zaglądają do worków  i ostrzegają – zapłacicie wszyscy, musicie zapracować na to, aby mieć   zeroemisyjne domy, zeroemisyjny transport  i zeroemisyjny śnieg. tutaj, wieczorem, myślę – te białe płatki nie przeżyją zimy.  znikną, wcześniej czy później.  myślę – tak jak ty szept pobożnej zofii  wczoraj, w kwietniową niedzielę, w telewizji  pokazywano grób papieża franciszka. miserere  może warto by zmówić, myślałem,  dla dostarczenia pokarmu wiedźmom watykańskim.  i zaśpiewałem: sylwester polsatu,  polską koronowanie, wsią otyłą, skąpą. i zaśpiewałem: życie – wracające. i zaśpiewałem: wraca w przedrzeźnianiu. miserere dominus, canis mortuus est i ty przebiegłeś, zagłuszyłeś mnie,  szepcie pobożnej zofii – grób jak grób, kontrolerzy czystości powietrza, pomysłodawcy  robaczego postu, bełkoczący o rtęci i płonącej ziemi,   może nad wami warto zmówić miserere,  ponieważ wasze zawodzenie tutaj   najpierw staje się zimnem,  zaraz później kamieniem.  później wstydem, tchórze  palec na obradach Piotrowi Chruścielowi zapach dymu czarnego, towarzyszą mu    larwy z kolcami rosnącymi w środku,   ludzie, z których zamiast krwi leją się gwoździe – wyznawcy mszy łacińskiej,  trwa dłużej niż białego i bicie w dzwony, mundus sensescit – świat starzeje się. i on, on także, zwabiła  go czerń, wąż mieszkający wokół własnej osi, przybył ze wschodu, krojąc sobą chleb,  wpełzł do galerii handlowej i szeptał  tam pieśń żałobną, a słowa tej pieśni były następujące – tam, skąd pochodzę, po życiu  nie zostaje dym, astro-naziści  wbiegający zza wielkiego pieca, goniący  za gwiazdami, za dystrybutorami na obsikanej stacji benzynowej, wasze sądy tutaj są nudniejsze niż starość, obieranie ziemniaków   dla jednej osoby, słomiana  śmierć – w łóżku. mój jeden palec świadczy o tym  krople mussoliniego dla Wojciecha Muchy przecież miało nas nie być, tak brzmiała nazwa choroby (objawy pożądane: zamykanie mordy i trzymanie jej zamkniętej zawsze). uzdrawiały z niej  krople mussoliniego. przyszło nam wskazywanie trasy dziwkom hotelowym (prosto! pięknie proszę ), pokoje,  w których tarzali się funkcjonariusze, troska o transport –  wódki, narkotyków, pizzy. sami podarowali – worek ziemniaków   dla umierającego staruszka w hospicjum, tyranie dla rozwoju fabryki tekstyliów cyfrowych, dlatego łykaliśmy      krople mussoliniego. receptura:  pchła przechowana w butelce ze spirytusem, wczoraj wściekłość – dziś pamięć, trzeba je wymieszać Roman Honet  (ur. 1974) – poeta, wydał dziewięć tomów wierszy, ostatnio pamięć niczyja, ciało moje  (2024), oraz dwa wybory wierszy: moja  (2008) i rozmowa trwa dalej  (2016). Redaktor antologii Poeci na nowy wiek  (2010), współredaktor Antologii nowej poezji polskiej 1990-2000 (2004). Laureat Nagrody im. Wisławy Szymborskiej 2015 za tom świat był mój . Tłumaczony między innymi na czeski, hiszpański, litewski, niemiecki, norweski, słoweński, angielski. W 2026 roku ukaże się tom dziecko w żółci –wiersze zebrane .

  • Anna Podczaszy – wiersze

    Genius loci Tu jest dzisiaj absolutnie magicznie, żałuj, że cię nie ma, zwłaszcza że liście – te na górze i te, które już zeszły na ziemię, przestają szemrzeć, a cała krew tego miejsca, (kiedy tak leżę i patrzę w gwiazdę), przesiąka przeze mnie w mój pobladły padół. Leżę i słucham ciebie, nareszcie nie krzyczę, choć brak, którego żadna magia nie wypełni, ma mnie w posiadaniu. Nie widzę tu wyjścia/wejścia, chociaż słyszę, jak dobijają się: magia, gwiazdy i szum autostrady. Leżę, i widzę, co spływa, i nie mam złudzeń. Tak zostanie. Mówisz. Imię Nazywają mnie Gienek, a ty co? Też mam imię, ja na to, i punkt dla mnie, myślę. Chciałabyś, drwi. Nie wierzyłaś we mnie, patrzy na mnie z wyrzutem. Miałam swoje wątpliwości, ale kto ich nie ma? Pytam. Są tacy, niestety, kiwa w zamyśleniu głową. No to jak tam cię zwą? Trochę Nie pamiętam, ale zapewniam, że leżę, skrzywiona czasem i ciosem, nic więcej nie umiem, a chciałabym trochę mniej. Gwiazdka I co jeszcze byś chciała? Pyta z przekąsem. Gwiazdki z nieba? Skąd, mówię, dostałam na urodziny. Wyraźnie zbiłaś mnie z tropu, narzeka, coś ty taka dzisiaj niedobra? Chciałem być hojny, rzucić ci sznur gwiazd i niebo do stóp. Weź przestań, żacham się, jeszcze nie ustaliliśmy priorytetów, a ty już mi łżesz. Wzrost To jak ci dali w końcu? Ambrozja? Amnezja? Dobrze byłoby wiedzieć, zgadzam się, ale urodziłam się pod złą gwiazdą i ponoć przyznano mi tylko wzrost. Uuuu, to bolesne, współczuje. O? Pytam. Czemu tak myślisz? Boli mnie nadmiar i boli mnie brak, choć możliwe, że na odwrót, lub nie mieszczę się w statystycznym błędzie. (Nie jest pewne, które z nas to mówi). Afazja? Apatia? Anomalia? Ameba? Kwas Co ty tak z tym A? Pyta. Skąd mam wiedzieć, co ja, Alfa jestem jakaś, czy Omega? Odpowiadam, sącząc krew. Nie, kwas. Nie, łzy. Szkarłatne łzy, których akurat nie wylałeś, gdy dotykałam cię na koniec. Było ci zimno, poprosiłam pielęgniarkę o koc. Zmęczona i zła, nie wierzyłam, że idziesz na śmierć. Tyle razy ją, Chryste, oszukałeś, to jak miałam wierzyć? Boże! Gdybym wierzyła, to wtedy bym cię poprosiła – chociaż ty pamiętaj, a ja się odwrócę. Kara Powiedz mi, błagam, ale on milczy za karę. Noś sobie to gówno teraz, mówi mi zimno. Dobrze ci tak! Nie, nie jest mi dobrze, tłumaczę. Idiotka, prycha, o czym z tobą gadać? Tak brzmi moje imię? Idiotka? Też ładnie, wołam z nadzieją, ale on przewraca oczami i powtarza: Idiotka. Nie wiem, czy mogę mu wierzyć, choć chciałabym bardzo. Wiara Ale moja wiara nie jest kwestią chcenia czy bardzo. Gra Czyżby? Wątpi. A widzisz, sam też nie jesteś pewny, ja mu na to. Nie zwalaj na mnie, cwaniaro, nie o mnie teraz mowa. Ale, owszem, mam wątpliwości dotyczące twojej konstrukcji i umocowania. Jakie znasz węzły i chwyty? Ile drew przeciosałaś w zręb? Ile narosło ci punktów w Grze? A ja - ile mam? Denerwuje się, nagle, nie wiedzieć czemu, spłoszony. Uspokój się, mówię, dla mnie i tak tu jest pięknie. Anna Podczaszy (ur. 1972) – autorka kilku książek poetyckich wydanych przez Biuro Literackie. Jej teksty opublikowano również w kilkunastu antologiach. Za tomik danc nominowana do Nagrody Nike 2001. Autorka tekstów piosenek zespołu HuRaban. Współpracuje z legnickim Teatrem Modrzejewskiej. Na podstawie jej wierszy powstał pieśniodramat Spójrz na nią (2019). Autorka monodramu Zapowiada się ładny dzień (2022). Wkrótce ukaże się jej tomik Tu . Mieszka i pracuje w Legnicy.

  • Farah Chamma – Jak Liban

    Jak Liban Kochać cię to znaczy Liban  - Te morze góry te cedrowe drzewa Religijne sekty wschodni zachodni Bejrut Syryjczycy Palestyńczycy urodzeni w Hajfie Uznani za Libańczyków „Fenicjanie” Egipcjanie mówiący po libijsku  Szczęśliwi hippisi njuejdżowcy w Chouwen Naburmuszeni kupujący w Solidere Balkony z widokiem na Hamrę Stare domy zamienione w sklepy z tytoniem Na ulicach zapomniane śmiecie  Deszcz próbujący umyć miasto  Widok z Bajt Miri Mankosza z małego  kiosku Um Jeana kocham cię; cztery miliony ludzi są we mnie i czternaście milionów więcej  na zewnątrz.  przełożył Krzysztof Katkowski Farah Chamma  – palestyńska poetka i performerka znana z poetyckich wystąpień, w których łączy słowo mówione, interpretację i muzykę na żywo. Ukończyła filozofię i socjologię na paryskiej Sorbonie. W lutym 2021 roku wraz z brazylijskim producentem muzycznym LIEV stworzyła duet Chamæleon, który łączy recytację poezji i muzykę elektroniczną. Pisze nie tylko po arabsku, ale również po angielsku i francusku.

  • Olga Orozco – trzy wiersze

    Oto twoje wspomnienia Oto twoje wspomnienia: ten lekki pył fiołków bez sensu opadający na zapomniane daty; twe imię, uparte imię, które porzuciło twą dłoń wśród kamieni; znajome drzewo, jego zawsze zielony szmer za szybą; moje dzieciństwo, tak odległe, w tym samym ogrodzie, gdzie trawa wciąż śpiewa i gdzie tak często twoja głowa spoczywała nagle przy mnie pośród zarośli cienia.  Wszystko jest zawsze takie samo. Kiedy znów wołamy, jak teraz, przy odległym murze: wszystko jest zawsze takie samo. Oto twoje królestwo, blady młodzieńcze: wilgotna równina dla twych skrytych stóp, szorstkość ostu, wspomnienie szronu o poranku, dawne legendy, ziemia, na której się urodziliśmy z identyczną mgłą nad płaczem. — Pamiętasz śnieg? To już tak dawno! Jak bardzo urosły od tego czasu twoje włosy! A jednak wciąż nosisz jego efemeryczne kwiaty na piersi a twe czoło pochyla się pod tym samym niebem tak olśniewającym i jasnym. Dlaczego miałbyś powrócić, niczym bóg do swego świata, w towarzystwie krajobrazu, który pokochałam? Czy wciąż pamiętasz tamten śnieg? Jakże samotny będzie dziś, za tymi bezużytecznymi ścianami, twój dom z żelaza i kwiatów! Porzucona, jego młodość o kształcie twego ciała, zatęskni teraz za twym zbyt upartym milczeniem, twą skórą, opustoszałą niczym kraj odwiedzany tylko przez popielate płatki kwiatów po po tylu latach patrzenia na niekończącą się cierpliwość mrówki pośród jej samotnych ruin. Czekaj, czekaj, serce moje: to nie zimne oblicze straszliwego śniegu ani niedawnego snu. Jeszcze raz, jeszcze raz, serce moje: niedwuznaczny szelest piasku przy furtce, wołanie babci, ta sama samotność, niekłamana, i ten długi los patrzenia na swe dłonie, aż po starość. Wróć, gdy deszcz Siostry powietrza i chłodu, siostry moje: jakaż to pieśń, co rozciąga się po gałęziach i toczy po szkle? Jakaż to pieśń, którą zgubiłam, a która krąży na wietrze i na nowo powraca? To było daleko, bardzo daleko, w pierwszych brzaskach ogrodu strzeżonego przez anioły i pokrzywy. Śpiewałyśmy na wieki tę pieśń. Wyśpiewywałyśmy nasze przymierze aż po dziejów kres.  To było bardzo dawno temu, siostro ciszy i księżyca. To było w twojej młodości i moim najwcześniejszym dzieciństwie, kiedy ledwo co zajrzałaś w kręte wody miłości, które prędko cię pochwyciły, i wciąż przebierałaś się, żerując na naszej naiwności, w panoptikum zjaw:  duch panny młodej, zbłąkana dusza lub szalona żebraczka; lecz już następnego dnia byłaś spokojem i dotykiem traw.  Kiedy odeszłaś, zabrakło w pieśni błękitu kryształu. To było bardzo dawno temu, siostro przygód i słońca. Byłam najmłodsza i podążałam za twoimi krokami przez zaczarowane miejsca, gdzie skarby ukryto w trzech ziarnkach soli, zardzewiałe oko zamka, by spoglądać w przyszłość piękniejszą, a zakopane lustro nosiło słowo najwyższej mocy. To ty wymyślałaś zabawy, pokusy i nieposłuszeństwa. Tyle było lat wspólnych spotkań i pożegnań, że pieśń rozpadła się na kawałki, gdy twoja dłoń puściła moją.  Siostry podmuchu i drżenia, moje siostry, słyszę wasz śpiew z gęstwin mej opuszczonej nocy. Wiem, że powracacie, by sprzeciwić się mej samotności, by wypełnić pakt podpisany naszą krwią aż po dziejów kres, aż znów dokończymy pieśń. Dzień, by nie być Odejdź, przeklęty dniu; ukryj pod powiekami z gipsu swe wilcze spojrzenie, które lepiej mnie zapomina; stąpaj po mnie swym dzikim krokiem, udając pustynię między głodem a pragnieniem, by wszyscy uwierzyli, że mnie nie ma, że jestem znakiem pożegnania na kamieniach; zamknij na oścież, z dala ode mnie, swe szczęki bez okrucieństwa i bez miłosierdzia, jakbym już była odporna, jakbym bezwstydnie mogła już przymierzać gesty innych osób; i połóż się spać, pod ślepym płótnem wieków, sen, w którym wrzucasz mnie z wczoraj do jutra:  ten szron, przebiegający mi po twarzy. A jednak muszę przybyć z tobą A jednak musisz zmartwychwstać ze mną pośród umarłych. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Olga Nilda Gugliotta Orozco (1920–1999) – argentyńska poetka, laureatka Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page