top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Michał Kamil Zawadzki – sześć wierszy

    Krawat Na kolejną mało znaczącą uroczystość zakładam krawat od ciebie Matka mówi że dobrze gdy wyraźnie kontrastuje z koszulą Przypominają mi się nasze kłótnie zawiązujące się o wiele łatwiej niż ten krawat A tak niewiele brakowało żebym zapomniał o jego pochodzeniu w mojej szafie tak jak zapomina się po latach flagi odległych państw tracąc o nich jedyną wiedzę Matka jednak nie daje za wygraną „Może założysz ten?” – wskazuje palcem – a jej spojrzenie nadaje zupełnie nowe znaczenie wyrażeniu „rozumieć się bez słów” aż mogłaby dawać korepetycje dla par Twoje imię na szczęście nie pada, choć krople liter już zaczynają bić o szybę mózgu przypadkowo sklejają się w słowa z których dawno powinienem wyrosnąć Kilkoma niedbałymi ruchami próbuję więc sczyścić z gładkiego materiału nitki przeszłości i twój piaskowy włos co znów przywidział mi się niczym woda na pustyni Bądź spokojna twój krawat nie prowadzi rozwiązłego trybu życia nie wisi rozmemłany pod szyją, gdy piję z kolegami nie tłoczy się żałośnie porzucony na dnie szafy albo zaplamiony gdzieś w koszu z bielizną Traktuję go z szacunkiem należnym wszystkim krawatom Nikomu go nie pożyczam nigdy nie jest moim jedynym ubraniem nikt oprócz mnie go nie zakłada ani nie zdejmuje gorąca dłoń żelazka pieści go z estymą Wiążę go zawsze osobiście zgodnie ze starą recepturą wyciętą z nieznanej gazety z czasów matczynej młodości Blues niewolniczy Lepiłem ciebie z masy solnej hodowałem na ligninie jak rzeżuchę zbijałem utopijny karmnik byś przetrzymała kolejne zimy Ziemia już dawno wchłonęła tamte kasztany i zapałki z których nieświadomie składałem nasze karykatury Wymyśliłem ciebie ani dzisiaj, ani nagle i chyba tylko do tęsknienia Teraz już straciłem pewność czy w ogóle mogłaś istnieć Boję się czasu minionego bardziej niż tego przede mną nagle lata stały się dojmująco pojemne gdy przeliczyłem je na miesiące, tygodnie, dni Tobie, zdaje się, ktoś już podarował pierścionek dla dorosłych moje korale z makaronu malowane plakatówką nie mogłyby z nim wygrać Jadę rowerem na bulwar, dogrzewany resztkami promieni na kolację jajko sadzone rozlane na niebieskiej patelni twarz rozcina na dwie kotary zastygłe powietrze ptaki z gracją anonsują rychłe nadejście wieczoru Zazieleniony parkan, wystające dachy altanek chwasty zawłaszczają nieopielone myśli zebrane owoce krwawią i gniją rdzewieje zamek w furtce Pozostają krzyżówki w wytartym zagłębieniu fotela długie przebieranie towarów podczas drobnych zakupów wizyty w przychodni po kolejne recepty na lepsze przeżycie msze dla niedowierzających i cmentarze na których najlepiej grzebie się w przeszłości Tyle szkół za mną i ciągle mam niepełne wykształcenie Nie pracuję już trzeci rok, więc głupio wykpić się brakiem czasu Trzeba powołać do życia nowe powody i znów zadedykować je wszystkim nieprzeczytanym książkom Wciąż brak odwagi by zdiagnozować postępującą obojętność Rentgen Byłam na wyjeździe integracyjnym w piątek imprezka, dużo tańczyłam w sobotę obudziłam się Bolało, ale nie spuchło, nie było czerwone, nic Myślałam, że przejdzie ale nie przechodzi Tańczyłam wtedy z takim Krzyśkiem miał trochę dziwną, flanelową koszulę (wyglądała nieźle, ale tylko z daleka) i dziwną diastemę jak się uśmiechnął, był jednocześnie przystojny i brzydki A był jeszcze Robert, co przyniósł pigwówkę niby swojej roboty, spróbuj, mówił, sam robiłem. Trochę wypiłam, niezła nawet, ale powiem panu że chyba coś kupił w markecie i pomieszał Jeden mnie zaczął ostro zarywać w takiej niby stodole czy coś Było tam trochę siana, leżymy, on się zaczął do mnie dobierać, ale wie pan co ja mu mówię ty się nie spodziewaj tutaj nic, bo mam alergię, trawy teraz pylą, w Panoramie mówili wczoraj. I on wtedy powiedział, że Marlena to nie ma takich problemów, wstał i poszedł A ja rano się obudziłam cała napuchnięta, nos zawalony ledwo się podniosłam No i tak ani się porządnie nie przytuliłam, ani nie popiłam w sumie i jeszcze stopa mnie boli Muzyka to powiem szczerze, była taka sobie te nowe piosenki wszystkie podobne do siebie Średnio udany był ten wyjazd, się nie zintegrowałam Czyli co wynik tam w okienku i do pana doktora znów? No, trochę utykam najwyżej kogoś poproszę Włosy Włosy to potrafią wyrastać w dziwnych miejscach Zupełnie jak ludzie On się tam wychował albo bardziej przechował Matka go chowała przed ojcem ojciec przed światem Potem on pochował ich W końcu go zabrali teraz mieszka gdzie indziej przerasta oczekiwania wyrasta z przeszłości Ale do fryzjera ciągle boi się chodzić Odrosty pamięci wciąż bolą najbardziej * * * Czekam aż przejdziesz zawsze mi przechodzisz Po palcach, po oczach w bezczasie, bezsensie Czy biegniesz, czy drepczesz zawsze mnie podepczesz coś nadepniesz Potem muszę z tym chodzić muszę w tym brodzić znów sobie szkodzić odgrodzić odsapnąć odwrócić napięcie w oczy nie patrząc Powoli gasnąć dorosnąć, zamrozić przecisnąć przez miasto Zaraz znów dzień by stanąć w znanym rzędzie Teraz tylko nie tonąć na wprost płynąć Przydeptać i odesłać przyklasnąć Próbować zasnąć bo zaraz jasno Zbyt jasno by zbłądzić Morze A może gdybym miał pewniejszy chód silniejsze dłonie I brał ją w ramiona jak dziecko chwytając wzrokiem tę zwiewną oczu iskrę Może gdyby ojciec nie był tylko moim sąsiadem Nauczył mnie polować zbierać grzyby i jagody rozliczać podatki Nazywać drzewa i chmury parkować tyłem pływać kajakiem i zawsze z prądem Może gdybym nie pchał serca w gips nie notował wierszy na końcowych przystankach Miał jakieś mięśnie jakiś plan i lepszy wzrok Mieszkała kiedyś na osiedlu z metalowym pegazem skrytym w zieleni Patrzę na mapę szukając którym traktem mogła latać nim do szkoły Nasze źródła wyschły słowa na powrót stały się wyrazami Może takie płytkie słowo tak łatwo się w nim utopić Michał Kamil Zawadzki – rocznik 1984, pianista i klawiszowiec, kompozytor piosenek. Były nauczyciel teorii w szkole muzycznej. Dotychczas nigdzie nie publikował. Posiada prawo jazdy, nie posiada samochodu. W ubiegłej dekadzie akompaniował wielu uczestnikom ogólnopolskich festiwali i przeglądów piosenki artystycznej oraz grywał jako pianista w kilku spektaklach muzycznych wystawianych na deskach Novej Sceny Teatru Muzycznego ROMA w Warszawie. Okazjonalny pianista Płockiej Orkiestry Symfonicznej.

  • Raymond Carver – sześć wierszy

    Menuet Jasne poranki. Dni, kiedy tak wiele chcę, niczego nie chcę. Nic więcej, oprócz tego życia. W zaciszu, nie mam ochoty nikogo widzieć.  Chyba, że tę dziewczynę w czółenkach z brylantami jak gwiazdy na czubkach jej bottes de dance tańczącą menueta - zapomniany taniec. Menuet. Tańczyła go tak nienagannie. Na swój tylko sposób. Towarzystwo Zbudziłem się dziś rano gdy z szyb spływał deszcz. I wyczułem że już dłuższy czas wybierałem miernotę i wybór był mój. Albo zwykłą łatwiznę. Zamiast cennego. Albo trudnego. Ten styl myślenia zdarzał mi się  gdy byłem sam od wielu dni. Jak dziś. Całe godziny spędzone we własnym głupawym towarzystwie. Godzina za godziną całkiem jak ciasny pokój.  Plus skrawek dywanu, żeby zrobić krok.   Obibok Ci lepsi od nas, mieli dobrze w zadbanych domkach z kanalizacją z Lincolnem, albo Cadillakiem na podjeździe. Leniwi się wstydzili swojej biedy ich pordzewiałe Fordy Pinto  pierdziały bez tłumików. Lata lecą.  Wszyscy i wszystko idzie na wymianę ale to całkiem jasne - nigdy nie lubiłem chodzić do roboty. Zawsze lubiłem się obijać i w tym widziałem cały sens. Lubiłem całymi godzinami siedzieć w fotelu na werandzie nie robiąc nic poprawiając kapelusz na bakier  pijąc Bud Light Co w tym złego? zaciągając się Camelem bez filtra spluwając na boki  Coś tam strugając scyzorykiem. Przeszkadza to komuś? Czasami szczując psy na króliki. Spróbuj kiedyś.   Czasami wołając do przechodzącego - blond grubasa - jak ja sam - Hej! skąd ja cię znam? A nie: Kim będziesz jak dorośniesz, chłopcze? Coś nie tak Coś się dzieje ze mną o ile mogę ufać zmysłom to nie jest jakieś kolejne marudzenie, skarbie. Ciągle jestem więźniem swojej starej skóry czystych idei i ambitnych pragnień; a propos, zdrowy, czysty kutas - ponad wszystko alas, moje stopy zaczynają mi podpowiadać rzeczy o nich samych o ich związkach z rękoma, sercem, wzrokiem. Coś się dzieje ze mną chciałbym zapytać cię czy kiedyś czułaś coś takiego ale dziś w nocy, niestety jesteś już daleko i nie myślę żebyś usłyszała jakąś znaczną zmianę w moim głosie. Coś się dzieje ze mną i nie zdziw się jeśli budząc się pewnego ranka w jasnym włoskim słońcu spojrzysz w moją stronę i  odkryjesz obcą kobietę  zamiast mnie, albo gorzej jakiegoś posiwiałego starca piszącego wiersz kogoś komu brak słów kto tylko porusza ustami próbując coś ci powiedzieć Dla jasności Nuncjusz papieski, John Burchard donosi że spędzono tuziny klaczy  i ogierów, na dziedziniec Watykanu by Papież Aleksander VI wraz z córką Lukrecją Borgia mogli przyglądać się z balkonu końskiemu kryciu - copulatio, w dole - “parskając śmiechem z rozbawienia”. Po przedstawieniu, po napojach i owocach zaczekali, aż brat Lukrecji, Caesar zastrzelił tuzin bezbronnych rzezimieszków zagnanych na ten sam dziedziniec. Pamiętaj o tym, ile razy trafisz na słówko Renaissance, lub nazwisko Borgia. Nie wiem co tym sądzić dziś rankiem. Odłożę to na potem. Tak jak myślałem, przejdę się na spacer, może zobaczę te same dwa bociany  były tam z nami wiosną, opodal skarpy i czuliśmy świeżość w odosobnieniu nie poganiani, bez przymusu.   Sprzedawca Encyklopedii Dla niego, rozmowa, jest misterium ginącym, niebywałym kunsztem. Uśmiechnięty na przemian, pół żmija a pół Oberfuhrer. “Wyczuć właściwy moment, ot - cały sekret.” Z niedużej teczki wyjmuje mapy pół świata wulkanów, pustyń, oceanów listy, podobiznę Mona Lizy wszystko tam jest, wszystko dla ciekawych, co otwierają, uchylają, albo trzaskają drzwiami. Wieczorami, sam w motelu coś tam je, czyta gazetę z pożądaniem co zaczyna się i kończy na opuszkach palców ogląda kanał dla dorosłych. Bóg nie istnieje, a rozmowa jest kunsztem na wymarciu.   przełożył Jerzy Bartonezz Raymond Carver  (1938–1988) – amerykański pisarz i mistrz krótkiej formy prozatorskiej, uznawany za jednego z najważniejszych twórców tzw. minimalizmu w literaturze. Dorastał w robotniczej rodzinie, co silnie wpłynęło na tematykę jego opowiadań. Jego proza – surowa, oszczędna i skupiona na codziennych dramatach ludzi z klasy średniej i niższej – zdobyła szerokie uznanie krytyków. Najbardziej znany jest z tomów Will You Please Be Quiet, Please?  (1976), What We Talk About When We Talk About Love (1981) i Cathedral  (1983). Zmagał się z alkoholizmem, a jego życie odmienił związek z poetką Tess Gallagher. Zmarł na raka płuc w wieku 50 lat.

  • Rafał Gawin – Nie idź w stronę światła. Wierność w mono

    Pan Rafał. Ostatni zjazd w Polsce – Czy literatura może mnie zbawić? – Tak, gdy przestaniesz w nią wierzyć. Chór wujów, którzy zginęli w bitwie pod Wąsem z deszczu pod rynnę do tej samej rzeki zawracanej kijem powtarzam się płynąc przetapiając najczystsze złoto w opad atomowy metafor nie z tej ziemi powietrza  ognia i perwersji zgaszony niewyżyty odkryty niczym kontynent stopniowo połykany przez ocean jakich możliwości jeśli brzeg ma opływowy kształt w pełni bioder wylewam się i łaknę albowiem nieoczekiwana zmiana miejsc pogody klimatu zaskoczyła mnie w długim cieniu który ciągnął się niczym złowrogi brak obietnicy czarny pasek na oczach  tuż przed egzekucją ten styl nie należał do mnie ale pewnie wylądowałem w błocie podparty acz niewypierdolony tak rzekłby klasyk gdyby nie porwał go strumień w balii dzieciństwa baal bez trzymanki inne demony  przeszłości świeżej i wciąż konsumowanej trzymają się mocno w świetle tunelu na końcu którego nawet początek tęczy bierze mnie od tyłu i znika znika we mgle po spisku  katastrof naturalnych do bólu i lęku przestrzeni  lecisz w niej kropla po kropli kiedy ja wypijam cały zbiornik i jeszcze mi mało brzegu emko ojczyzno moja ty jesteś jak choroba popromienna na ciebie chcę umierać w każdej żywej cząstce radioaktywny jakbym nadawał wszechświatowi jedyny rytm który go przestanie rozpychać rozpylając słodki nektar prosto z twojego sedna krzywo z tekstu co próbował stanąć na wysokości zdania a cyklicznie spadał nie dając ci zasnąć Podróż służbowa. Targi wewnętrzne  Chwali się tylko ten, który nie umie powiedzieć: stop. Przysłowie miłosne  Nie śpię i zamiast liczyć dupy, piszę. 161 to szczęśliwa siódemka liczb pierwszych – przypadek? Raczej przylądek dobrej nadziei, że się nie odklei jak siatkówka ojca. Taka relacja to rywalizacja przez całe życie. Nie nagrałem się, a ty pamiętasz wszystkie słowa, jak więc mam zacząć od nowa albo chociaż w środku? Zanim powiem sobie: zdążysz dodać i wyjść, już siedzę w tym po czubek mózgu dzień po. 161 jak numer nocnego, który nigdy nie wyjechał z pętli. Wersy mi się wiją:  Miłość w parze z siłą  Przestało się liczyć, dlatego liczy się bardziej. Nie jesteś liczbą, tylko literą, na której każdy alfabet pęknie. Przed tobą pewne okrągłe zero, po tobie cmentarz skażony pięknem. Myślisz: „Pierdoli; ale się wściekłam!”. Plus nieskończoność w podpisie piekła. Jedna koleżanka. Studium przedmiotu, upodmiotowione  Mówiły mu: bierz mnie, a on czekał. Rycząca Lubelszczyzna: kobieta i jeden mężczyzna Otoczenie istniejące już tylko umownie. Monokultura bakterii i jeden wiodący motyw, na życie? Dodatkowe dźwięki jako tani zgiełk tła dla ubogich w ciele, poza sednem. Powrót liczby podwójnej jako ostateczny upadek sumy dla tłumów. * Jesteś melodią, która, zapętlona w soundtracku, wystarczy za wiele notowań listy przebojów: przeszywającą i przeszywaną, wybijającą z rytmu i podbitą ponad wszelkie pojęcie, skromną, a ozłoconą w łabędzim śpiewie polifonii. Odrzuciłem cię po pierwszej lekturze i długo nie mogłem zasnąć      Wkracza w bieg rzeczy bezczelnie     jak cisza po uderzeniu     sędziowskiego młotka.   Luljeta Lleshanaku, przeł. Dorota Horodyska A przecież trzeba się w ciebie wczytać. Z każdym znaczeniem pasja rośnie i Jezus nie ma z tym nic wspólnego, choć oboje lubicie cierpieć. A przecież trwałość buduje się, drobiąc. Wyścig wygrają wolni; dłużej biegną i cel jawi im się wyraźnie: pewny i pełny. Mówiłem już o tym? Tylko sobie na ucho, by jak najszybciej zapomnieć. A przecież impuls czekał na uwolnienie do dziś, by cię dopisać, przekroczyć Excel w Wordzie i nikogo więcej nie liczyć. Zamiast wskazówek  Mógłbym cię przewinąć  i wziąć od początku, by zobaczyć gwiazdy. Pokojowy żółw Nigdzie się nie spieszę. Chętnie podzielę z tobą skorupę, mój czuły i głośny zegarze. Głodny tego, co w parze, cały zamieniam się w lot i czekam jak kot na kłębek, w którym nasze galaktyki zderzą się i nie wybuchną. fot. Karolina Kot Rafał Gawin  (ur. 1984) – poeta, krytyk, recenzent, konferansjer, animator kultury, prowadzący warsztaty, redaktor, korektor, wydawca i sprzedawca. Ostatnio wydał Ofertę bezzwrotną  (2024) i Zdania bez wypadku i żadnego trybu  (2024) oraz zadebiutował jako prozaik książką pt. 365 sekund . Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w Domu Literatury i działa jako skarbnik oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

  • Piotr Gajda – pięć wierszy

    Nieoczekiwana zmiana miejsc Teraz też spadam. Jak Lucyfer z wysokości.  Chciałem przewietrzyć duszny pokój, otworzyć  na oścież okno i wypadłem z jego ram. Sufit,  szkło, zapisany papier szeleści jak samolocik, który opadł już na ziemię i zamieciono go na kupkę  liści. Człowiek – nie, winnych jest więcej – ludzkość  obowiązuje inny punkt ciężkości. Raczej krawędź  niż środek. Raczej twarde lądowanie, korkociąg sekundę  przed. Świat pod ciężarem nieba powinien mieć  solidniejsze podstawy. Stolarz swój fach w małym palcu.  Nawet gdy go sobie odmrozi. Zimno wokół? Na hebel.  U Hegla bogowie przejawiają się jako maszyneria rozsądku.  Tymczasem czarnoksięstwo, jeżeli odnalazł się ten,  który spadł i do góry poleciał. Swordfishtrombones Kiedy tylko wystąpi jakieś zagrożenie, jaszczurka, by ujść z życiem, odrzuca ogon, na którym uwagę  skupia drapieżnik. Siedzę w ciemnościach, w mieszkaniu należącym do ludzi, którzy wczoraj w nim zmarli. Wyobrażam sobie, że słowo logos, gdyby znalazło się  w podobnej sytuacji, co przywołany gad, odrzuciłoby  literę s i odtąd funkcjonowało jako logo. To trochę emblematyczne, nieprawdaż? Że ci, którzy przyjdą  po nasze ciała, zastaną tylko niewyraźne widma w pokoju gościnnym i odetchną z ulgą, pozbywszy się  myśli o znoszeniu po schodach ich przygniatającego  ciężaru, a para będzie im buchać ust. Co stanie się z porzuconym ogonem? Otrzyma życie po życiu i rozbuchany jak język będzie się uwijał w ludzkim narzeczu:  „W domu nieustannie buchał nieznośny żar od pieców”. „Z wielkich czarnych głośników w kątach pomalowanego na czarno pomieszczenia buchało tureckie techno.”  „Tylne światła w samochodach, buchający płomień rafinerii”.  „Z ust bucha jej para, bo jest zimno, a ona zostawiła  płaszcz w Pałacu Dożów”. „Sypiący śnieg zamaskuje  dym buchający z czterech tysięcy wolnopalnych lontów”, „Martwe dzieci gapiły się na niego, a dym buchał z ich mózgów”. Elegancka poezja w łańcuchu pokarmowym Tamten człowiek, tak piękny i elegancki, że mucha nie siada. Ten plugawy poeta, na którego skórze muchy szukają soli. Salut-Apollo Co zawisło w powietrzu, to i na języku, słowo  ostateczne, po którym nie ma już odwrotu od tego,  co razem z nim wybrzmiało. To jak popełnienie  faux-pas w mieszaninie gazów i aerozoli, żeby się mógł  zawiązać układ  soli morskiej, sadzy, płynów mineralnych  i smogu. By nastał nowy klimat, w którym życie równikowe  będzie oznaczało szusowanie po krawędzi ostrza  krojącego galaretę ściętą azotem, tlenem, argonem,  gazami szlachetnymi, tlenkiem węgla i pary.  Każdemu jego kawałek według uznania, z lekceważeniem  podstawowych potrzeb. Co muszą wiedzieć o naturze  i właściwościach substancji? Tylko to, że wściekle ciśnięty  przez nich kamień zawiśnie w biosferze jak łza na rzęsie   (a to już jest fizyka), stąd fizyczność świata, ich fizyczność,  symbolizuje udaremniony zamach ręki gotowej do rzutu,  by w nieskończoność wykonywała salut rzymski. Gnijący kochankowie Kupiłbym ci kwiaty, gdybyśmy nie byli w rozkładzie. Lecz to odświeżacz powietrza ma najsłodszy bukiet. Piotr Gajda (ur. 1966) – autor książek poetyckich: Hostel  (2008), Zwłoka  (2010), Demoludy  (2013), Golem (2014), Śruba Archimedesa  (2016), To bruk  (2018), Człowiek z halabardą  (2020), Wiązania wodorowe  (2021), O włos  (2022), Goliat zwycięzca  (2023), Małpa apokalipsa  (2024), Biuro straceń  (2025) oraz  Radio Bla Bla  (2025). Współpracownik Kwartalników Literacko-Artystycznych „Arterie” (2007-2022) oraz „Afront” (2017-2024). Od 2025 roku w redakcji „Tygla Kultury”. Jego wiersze przetłumaczono na języki: niemiecki, rumuński i bułgarski.

  • Joanna Wicherkiewicz – Zachariat 

    nocne niebo północnego Zachariatu rozdzierają perseidy  z południowego spadają rakiety  za dnia dzieci  w południowym Zachariacie  zbierają kawałki ciał  z gruzów własnych domów  umierają z odczłowieczenia  te z południa uczą się wrażliwości na opowieści ciężkiej jak trupy  o ocalałych  bydlęcych wagonach  krematoriach  zakleszczone w lęku powtarzają  najdłuższą mantrę  największe kłamstwo  nigdy więcej w Zachariacie nauczyciele rozpadają się na wieloświaty  stoją na straży talerzy resztek zupy uczestniczą w ceremonii kwitów  każdy obowiązek  ma numer procedura zamiast myśli protokół zamiast rozmowy dzieci Zachariatu są tylko raportem do wglądu gdzie imię to rubryka rubryki nie mogą pozostać puste należy z nich ulepić zacharyjczyka by nauczyć go milczenia we  wszystkich językach milczenie jest bezpieczne ( pytanie o sensy zakłóca ważny proces liczenia bilonu ) nauczyciele  strażnicy szafek ścier i ksera nabrali ciszy w usta (cisza nie podlega ocenie) i tylko zmęczone oczy zdradzają że pod tysiącem masek drży jeszcze człowiek ale człowiek rozszczepiony przestaje być całością staje się pyłem którym łatwo zasypać prawdę kto otworzy drzwi do wolności gdy klucz pasuje tylko do szafy z regulaminem *** ulice Zachariatu mają dwa imiona jedno dla przechodniów drugie dla budowniczych legend domy stoją tu  frontem do iluzji tyłem do pamięci tutejsi poeci piszą o poetach których nigdy nie było malarze dają świadectwo istnienia  nieistniejących rzek wszyscy wiedzą że prawda to tylko najzręczniejsza maskarada śmieją się do luster które odbijają cudze twarze jeśli zapytasz kto jest  najbliżej geniuszu nikt nie odpowie wprost bo każdy ulepił mit o własnej wielkości i głosi inną tezę a każda jest prawdziwa gdy znajdzie stado klakierów w Zachariacie mistyfikacja jest sztuką a sztuka jedyną rzeczywistością dzieje człowieczeństwa w dwunastu odsłonach to najnowsza wystawa w Zachariacie  tak popularna że strażnik skamieniał w pozie powitania nikt nie wie dlaczego dwunastu artefaktów tyle że jedna ręka wystarczy być może komuś się pięknie ułożyło chciał czemuś nadać nazwę która dobrze wygląda w katalogu pierwszy eksponat to fotografia ludzi patrzą w tę samą stronę choć nic tam nie ma naturalne dla zacharyjskiej tradycji następny instrukcja obsługi sumienia w czterdziestu językach żadnym zrozumiałym w kąciku empatii migocze hologram uśmiechu rekonstrukcja z czasów gdy ludzie jeszcze patrzyli sobie w oczy nie na ręce  i gabloty pełne niczego przy których zgromadził się tłum opisano je drobnym drukiem tu znajdowała się potrzeba sensu nie zachowała się  *** między paragrafem a marginesem w księdze porządku zapisano umysły zbyt jasne powodują załamania w strukturze światło przenika przez szczeliny rozumu psuje symetrię przekonań ten kto widzi ciągłość tam gdzie układ przewiduje punkty kontrolne ten kto wciąż łączy rzeczy które celowo zostały rozdzielone w Zachariacie uznawany jest za zagrożenie temu nadajemy status Idiota Joanna Wicherkiewicz  (ur. 1971) – autorka tomów: Okruchy codzienności  (2015), Dysharmonie  (2018), Kim jest Zachary?  (2020), wielkoludy  (2022). Publikowała w „Twórczości”, „Interze”, „Obszarach Przepisanych”, „Wytrychu” i „Gazecie Kulturalnej”. Jej wiersze tłumaczone były na język angielski, ukraiński, rosyjski, hiszpański, portugalski, turecki oraz węgierski. Mieszka w Uniejowie.

  • Nina Gardolińska – antologia rozpadu

    Nina Gardolińska (ur. 2003) − laureatka konkursów poetyckich, przed debiutem. Jej wiersze ukazują się w internetowych pismach literackich. Robi zdjęcia.

  • Marian Lech Bednarek – O zbiorze esejów „Odyseje” Stefana Rusina

    Wchodzę do galerii w muzeum wyobraźni Stefana Rusina, a tu pełno portretów na ścianach wisi. Podchodzę bliżej i widzę portret Konstandinosa Kawafisa. Dalej Bolesław Leśmian, Anna Achmatowa, Marina Cwietajewa, Krzysztof Kamil Baczyński, Józef Baran i Urszula Benka. Wszyscy wiszą i patrzą na mnie duchem rozkwitniętego informelu. A ja zdębiałem i wracam do początku obrazów. Zagłębiam się w szczegóły portretu Kawafisa. Szczupła twarz w okularach, przypominająca ptaka, który dopiero co nadziobał się robaczków egipskiej ziemi. Zabłąkany w miłości spokoju rzucił realistyczne światło na ruchliwy pędzel Stefana Rusina. Artysta ujrzał w krawacie greckiego poety wzory rozbryzganych fal rzeki Potomak. Ale któż lubi zwykłą glinę, jeśli chodzi o piękno tryskające z wiersza „Apoloniusz z Tyany”. A nastrój kolorów wychwycił Rusin w zdaniu: „ i niekiedy jakieś niematerialne, zwinne, nieuchwytne widmo leci nad tymi wzgórzami”. „Kawafis był artystą słowa, a pomimo tego nie wiedział, jak wyrazić swoje wewnętrzne rozdarcie i smutek. Taki wyraz twarzy można właśnie znaleźć we wszystkich autorskich portretach Stefana Rusina, które nawiązują do tragicznego życia Odyseusza. Wrzesień 1903 Chociażby iluzjami pragnę się oszukiwać, by nie odczuwać jałowości mego życia Wielokrotnie byłem tak blisko, lecz obezwładniony, pełen lęku. Ust nie mogłem otworzyć, gdy wewnątrz mnie płakało moje życie Tyle razy byłem blisko tych oczu, tych ust gotowych do miłości, tego ciała, o którym śniłem i które kochałem Tyle razy byłem tak blisko. Grudzień 1903 I chociaż o miłości mojej nie mogę nic powiedzieć, ani o twych włosach, ustach, oczach – jednak twarz twoja, którą przechowuję w duszy, dźwięk twego głosu, który trwa w moim mózgu, dni września, objawiające się w mych snach, nadają kształt i ubarwienie moim słowom, zdaniom, o czymkolwiek mówię, cokolwiek wypowiadam Bohaterowie w jego wierszach młodzi i piękni. Szli na spotkanie z miłością dopiero po nocy, o zmroku, w okolice nadmorskich bulwarów i nadbrzeży, a nie do hoteli, gościnnych pokoi przy restauracjach i oberżach, gdzie się uprawia uznane rodzaje miłości, pisze autor S.R. Następny portret w złotych ramach. Na środku długi, orli nos i niebieskie, przenikliwe oczy Bolesława Leśmiana.Czuprynka na głowie rudawa i mały wąsik pod nosem. Brwi ułożone z różnych małych, kochanych kobiet, jakby uplecione z nich. Semickie rysy twarzy; jakże o nich wiele wiemy, gdy spojrzymy w historię przodków, myśli autor esejów. Niemiecko-żydowscy przodkowie Leśmiana ukazują się w jego dużych uszach i nadal słuchają kto chce rządzić tym światem? Malutki człowieczek o dużych stopach i drobnych dłoniach, utopiony w pięknych kobietach jak w trawie, pisze wiersz „Prolog”, jako obraz całkowitego oderwania się od życia. Prolog Dwa zwierciadła, czujące swych głębin powietrzność, Jedno przeciw drugiemu ustawiam z pośpiechem I widzę szereg odbić, zasuniętych w wieczność, Każde dalsze zakrzepłym bliższego jest echem Dwie świece płoną przy mnie, mrużąc złote oczy Zapatrzone w lustrzanych otchłań wirydarzy: Tam aleja świec liśćmi złotymi się jarzy I rzeka nurt stężały obojętnie toczy Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się, W podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty Samotny, stopą ludzką nigdy nie dotknięty, Nie znający pór roku, zamarły w bezczasie Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca, Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa, Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca… Gdy umrę, bracia moi, ponieście mą trumnę Przez tunel pogrążony w zgróz tajemnych krasie, W jego oddal dziewiczą i głębie bezszumne, Nie znające pór roku, zamarłe w bezczasie Gdy umrę, siostry moje, zagaście blask słońca, Idźcie za mną w baśń ową, gdzie chór gromnic czuwa, W baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca! Jednak urzędnicza zaradność i zdolności notariusza Leśmiana rzucają trochę światła na zawirowaną ciemność kolorów malarza esejów. Leśmian nadal zakochany w pięknych kobietach i w płonących myślach filozofa Henri Bergsona wpada z kobietą w krzaki malinowe i pisze wiersz:                 W Malinowym chruśniaku Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała A szept nasz tylko wówczas zacichał w ich woni, Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni Owoce, przepojone wonią twego ciała I stały się maliny narzędziem pieszczoty Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty Śledzą nas… Okradają z ścieżek i ustroni, Z trudem przez nas wykrytych Gniew nasz w słońcu pała! Śpieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni, Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała. Ciągle to trwało u Leśmiana, kosmiczne  pożądanie, aż nagle pomyślałem w tym szkicu, że trzeba dać moją malinową, współczesną odpowiedź. Maliny polskości  W malinowym chruśniaku tysiące malin się skrzyknęło  by ruszyć na wojnę z kim się da.  Różne naczynia ustawiły się jak do wystrzału  i dawaj sypało się to wszystko, sypało czerwone  aż ślinka ciekła.  Jasne pola dudniły od słońca,  a tu góry malinowej amunicji rosną,  przelatują nam przez palce różne szczyty  ambicji, wymierzone jak snajperskie pocałunki.  Komendy padają, losy wrogów na gałęziach  się kołyszą opłakane ciszą.  Wciąż wynurzają się z ciemności krzaków  nowe bataliony, by czmychnąwszy do butli  wystrzelić nalewką spirytusową  w łeb emigrantów.  Ach jakie słowa padają przy malinach,  nawet Putin i Trump nie rozgryzą tych szyfrów  wojennych, bo nie znasz dnia ani godziny  kiedy dopadną cię maliny.                                    Marian Lech Bednarek Maliny też dopadły Stefana Rusina, zwłaszcza jako malarza. W poświacie czerwonych mgieł unoszą się tu i tam na wystawie jego wyobraźni. Na przykład w obrazie „Nie ma fauny i flory.Jest odrobina wyobraźni”,pastel. Wyobraźnia ta namalowała jeszcze inne zacne portrety poezji światowej. Spotykam kolejny portret. Tym razem w ciemnych, dramatycznych ramach ludzkiego żywota. To portret Anny Achmatowej. Jak pisze autor, poetka wzięła to nazwisko jako pseudonim po swojej prababce Tatarce Praskowii Achmatowej. Stało się to wtedy, gdy ojciec z matką ( o nazwisku Gorienko) nazwali pisanie wierszy  przez Annę zajęciem haniebnym .Z obrazu patrzą egzotyczne rysy twarzy, lekko wygięty nos, szare duże oczy i długie ciemne włosy. Po prostu kobieta do poderwania, tancerka. Ale właśnie taki Anna miała los: mnóstwo kochanków, mężów, ślubów. Ale i dużo zła i prześladowań ze strony Stalina i jego sługusów. Ale ludzie coraz bardziej uwielbiali jej poezję. Autor S.R. dobrze uchwycił w tym obrazie literackim olbrzymi dramat Anny, posługując się ciemnym kolorami ludzkiej biedy, która Annę pochwyciła w szpony gruźlicy, zawałów serca, braku pieniędzy i wielką samotność, którą powiększali otaczający ją rodzice i mężczyźni zdradzający ją. Anna nie kochana przez męża, napisała poniższy wiersz: Lubił trzy rzeczy na świecie: śpiew podczas nabożeństwa, białe pawie i przetarte mapy Ameryki Nie lubił, kiedy płaczą dzieci, nie lubił herbaty z konfiturą z malin i nie znosił kobiecej histerii …A ja byłam jego żoną. Ale Annę wielu mężczyzn kochało, bo była piękną kobietą, o pięknym glosie. Co wykorzystywała jako różne tajemnice miłości, tryskającej z jej wierszy. Jej późniejsze sukcesy literackie i sława świeci u Stefana Rusina jasnymi pastelami słów, które można podziwiać w kolorach na różnych wystawach autorskich. Widać portrety radosnych, trochę baśniowych ,pięknych młodych kobiet, namalawanych suchą pastelą. Kojarzy mi się to wszystko z ogólnym osobowym pięknem Anny Achmatowej, która czaruje do dziś swoją poezją, choć  jak wiemy, już dawno nie żyje. Zwiedzanie wystawy Stefana Rusina ciągle trwa. Muszę powiedzieć, że po przeczytaniu eseju o Marinie Cwietajewej, jestem cały zdruzgotany, aż mi paleta z rąk wypadła, bo też jestem malarzem, co bardzo wpłynęło na uformowanie się portretu tej poetki we mnie. Zacznę, jak zwykle od ram.Tym razem ramę portretu dostrzegłem jako podwójną. Pierwsza jej część wygląda tak:    Marina Cwietajewa  (fragment wiersza ) Po powrocie z emigracji stałam się dla nich obca Córka w łagrze Siostra na Syberii Mąż w więzieniu Syn nie mógł się pogodzić z naszą biedą Zakazano druku moich wierszy, przecież mogły być komuś potrzebne, może nawet jak chleb Przekładałam tylko drugorzędnych poetów. Drugą częścią ramy portretu jest ogień, rama z ognia miłości, której Marina pragnęła i która jej osobą promieniowała. Po środku portretu siedzi pogodna kobieta o ciemnych oczach, skrywających prawdę duszy, rudo-złote włosy. Lekko się uśmiecha. Kochała różnych mężczyzn, a oni ją, ale kochała też niektóre kobiety.  Te dwie części ramy mieszają się ze sobą, aż ciężko postawić kropkę zakończenia tego mojego szkicu. Stefan Rusin pisze: „Dbała o to, by jej poezja była odważna i oddawała jej czasy pełne tragizmu i politycznych zawirowań. Zajmowała się w niej tym, co wielkie: życiem, miłością, śmiercią, sztuką, wyjątkowymi twórcami. Emigrację rosyjską drażniły jej odważne eksperymenty nad wierszem”. Gdy rozkwitła już poetycko i żyła ciągłym pragnieniem miłości, zaczął ją niszczyć Stalin i jego NKWD, nawet poza granicami ZSRR. Marina Cwietajewa opisuje to w  drugim fragmencie wiersza: Straceńcza odwaga opuszczała mnie Dłużej nie mogłam iść pod prąd i przyjmować pogardy Ojczyzna to złudzenie Oficjalnie pracowałam jako pomywaczka Gdy syn z mieszkańcami Jełabugi porządkował miejsce pod przyszłe lotnisko,  w sieni odebrałam sobie życie Moim zwłokom nie odprawiono panichidy Nikt nie wie, gdzie je pochowano Ale nie zapomniano o haku, by go pokazywać pątnikom. A zatem, smutno pisząc to zdanie, Marina Cwietajewa odebrała sobie życie ( powiesiła się na linie), ale zostawiła po sobie piękne, przejmujące wiersze i smutek w duszy Czytelnika. I to musieliśmy jakoś razem wymalować ze Stefanem Rusinem, bo on  malarz-poeta i ja malarz-poeta. Zwiedzam więc dalej muzeum portretów jego wyobraźni i  i mojej. Następny portret to Krzysztof Kamil Baczyński. Ten obraz też zaskakuje ramami, bo zbudowane są one z karabinów maszynowych, które mnie prowokowały, żebym sprawdził czy mają w magazynkach  jeszcze naboje. Wolałem jednak spojrzeć na postać poety namalowaną przez Stefana Rusina. Twarz raczej delikatna, ukryte mądre spojrzenie szaroniebieskich oczu i włosy ciemnoblond. Siedzi przy stole, na którym leżą ołówek, kartka, pióro i karabin maszynowy powstańca. „Ponieważ nie odnajdywał się w schematach ideologii”, jak pisze autor, ja myślę że umiejętnie łączył konspiracje, bojowe akcje z pisaniem wierszy i rysowaniem. O swoim pokoleniu napisał tak: Nas nauczono. Nie ma litości.Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, Któremu kości kijem złamano, i drąży ciężko bolesne dłuto, nadyma oczy jak bąble – krew. Nas nauczono. Nie ma sumienia. W jamach żyjemy strachem zaryci, w grozie drążymy mroczne miłości, własne posągi – źli troglodyci. Nas nauczono. Nie ma miłości. Jakże nam jeszcze uciekać w mrok przed żaglem nozdrzy węszących nas, przed siecią wzdętą kijów i rąk, kiedy nie wrócą matki ni dzieci w pustego serca rozpruty strąk. fragment utworu K.K. Baczyńskiego "Pokolenie", 22 lipca 1943 Baczyński to poeta apokalipsy spełnionej, legenda. To miłość i wojna, baśniowy świat przyrody i brutalna rzeczywistość, teatr snu, symbolika poetyckich obrazów, kumulacja wrażeń zmysłowych (zapach lilii, biały wąż milczenia, szum morza, miękkość obłoków). Miłość jest sacrum, sensem życia, przynosi ukojenie. Ponieważ patronami poezji Baczyńskiego byli Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, Czesław Miłosz, Józef Czechowicz, autor eseju  S.R. zaczął robić dużo kleksów na płótnie kartki.Przeważały brązy, czernie, czerwienie i żółcienie. Zielenie pojawiły się wtedy, gdy Baczyński uczył się w różnych szkołach. Czerwienie i czernie  wtedy, gdy poeta strzelał z karabinu i ocierał się o śmierć. Błękit pojawiał się wtedy, gdy Krzysztof przytulał kobietę i pisał wiersze o miłości. Kiedy autor eseju pisze „Właśnie w tym liceum zdarzały się przypadki zachowań ksenofobicznych i antysemickich wśród uczniów”. Bo Krzysztof wśród wrogów się znalazł, rozpętała się krwawa bójka między Polakami a Żydami. Żydem był również profesor-wykładowca. Nad klasą unosiły się szepty Zyyyt, Zyyyt, nie Żyd, tylko Zyyyt, Zyyyt. I właśnie w tej klasie rozbluzgały się wszystkie kolory malarza, a właściwie wszystko zamieniło się w różne kleksy,  najbardziej te czerwono-czarne. Artysta Stefan Rusin przemówił  informelem kleksowym jak Pollock, a zarazem zdaniem-myślą. Stanisław Piętak (1909-1964) napisał: „Sylwetkę miał jeszcze chłopięcą, a wzrost mniej niż średni, twarz szczupła, oczy szare, trochę zmęczone, chory był ciężko na astmę, nie ukrywał tego (…) był dowcipny, wymowny, o żywiołowym poczuciu humoru. Przy tym zadziorny był po młodzieńczemu, najwięcej opowiadał o bojowych akcjach, sam co raz rwał się do nich, już wtedy zamierzał wstąpić do konspiracyjnej podchorążówki, na co patrzyłem bardzo sceptycznie”. Kleksów dużo w tym eseju malarza, aż Baczyńskiemu zatęskniło się za dzieciństwem, więc pisze:   Matka Sny dziecinne pachniały wanilią. Jak oderwać to życie od trwogi? Te dni jak małe bożki w oliwkowym lesie – – wyrosły z nich dorosłe wilki i ogień opaliły sosny strzelistych uniesień. […] Matko, jeszcze jednym uśmiechem sprzed lat dwudziestu przywróć mi wzrok dla świata dziecięcy. [fragment utworu K.K. Baczyńskiego "*** (Sny dziecinne pachniały…)", 26 października 1940] Po kolejnej akcji bojowej powstania warszawskiego, Krzysztof nie wrócił już do swoich wierszy, rysunków, grafik. I do życia. Został trafiony kulką w głowę przez niemieckiego snajpera.. Na płótnie kartki eseju znowu pojawiły się czerwone kleksy krwi. Ale przed jego zakończeniem malarz-poeta prysnął też niebieskimi plamkami (i widać było że z dużym rozmachem to zrobił). Prawdopodobnie to dusza Krzysztofa Baczyńskiego odlatywała do nieba. A teraz podchodzę do portretu Józefa Barana. Jak zwykle, zaskakujące ramy obrazu. Zbudowane są z kosy, grabi, motyki i łopaty. A więc narzędzia rolnicze, poprzez które poeta zaczynał poznawać życie na wsi. Ale pisząc kolokwialnie, Józef Baran, to nie baran, jak na niego mówili koledzy w dzieciństwie. Józef Baran to kot o ciemnych oczach, który potrzebuje ciepła i wolności .Jest średniego wzrostu, okrągła twarz, duże uszy i ciemne oczy, krótki nos podparty siwym wąsem. Włosy krótkie, ciemne, pokryte siwizną. Oparty jest plecami o stodołę, patrząc w dal, która mu przyniesie dużo niespodzianek w życiu. Poeta-malarz tego eseju wyrzucił z siebie cały potencjał kolorów związany z kolorytem desek szopy. Gdzie nie gdzie widać było pęknięcia, sęki i ociekający smugami olej jak łzy życia Józefa Barana, które dopiero zaczynał przenikać jako poeta. Pewnego dobrego dnia napisał wiersz: Śnił mi się Artur Sandauer Śnił mi się Artur Sandauer jak na nieżyjącego wyjątkowo ciepły i ożywiony – pan sobie nie wyobraża powiada – co to za rozkosz dla prawdziwego krytyka być Nicością uzyskać wreszcie dystans absolutny do wszystkiego nawet do Rilkego i Mallarmego Goethego i Homera czytać te ich pożal się boże arcydzieła bez ziemskiej taryfy ulgowej z perspektywy Ostatecznej – no cóż zawsze chciał się pan zbliżyć do tej boskiej perspektywy – jakby pan zgadł westchnął melancholijnie z bardzo daleka i wysoka – niech pan jednak nie zapomina że do osiągnięcia tego brakowało mi zawsze jednego dystansu do siebie samego a teraz właśnie to mam jeżeli śmierć jest mistrzynią życia niebyt jak dotąd najdoskonalszą formą nieomylności objawił mi przez sen swój najnowszy paradoks nim jak to on tryumfalnie  rozpłynął się na powrót w nicości Był wtedy młodym „dobrze zapowiadającym się” poetą z prowincji. Dlatego w dalszej części eseju Stefan Rusin przeorał Józefem Baranem  (jak pługiem) pola Australii, Ameryki  Południowej i Północnej, gdyż poeta napatrzony od dziecka na rolnictwo i całą przyrodę posiadał idiom swojego języka – jakby już wrodzony, bo gdy spojrzał na kosę, to ona podobno aż śpiewała. Wszędzie czuły na konkret i atmosferę wsi. Dlatego rodzi się wiersz: Przed świat idące nawoływanie zakochaj się we mnie ja się odwzajemnię wczepimy się w siebie bez tchu i bezdennie ja skryję się w tobie ty się skryjesz we mnie śmierć nas będzie szukać po świecie daremnie   Pod wrażeniem myśli buddyjskiego mnicha Shunryu Suzuki  (1904-1971) poeta pisze w swoim dzienniku: "Są ludzie, którzy w którąkolwiek stronę się obrócą i cokolwiek powiedzą, natychmiast stwarzają wrażenie jałowej pustyni, a zarazem potem lejkowatej pustki, która wsysa do środka, tak wszyscy od nich uciekają. I są ludzie, którzy cokolwiek powiedzą czy uczynią, powodują, że rodzi się wokół żyzna słoneczna okolica, słychać śpiew ptaków, szmer źródełka i czuć pogodną aurę; dlatego chce się z nimi jak najdłużej obcować, rozmawiać, bo człowiek czuje się w ich obecności  bogatszy i ciekawszy." I tu Stefan Rusin idąc tropem buddyjskiego Zen, maluje aurę sielskości pejzażu, wszystko suchą pastelą, by uspokoiwszy Czytelnika, podsumować biedę Barana w cywilizacji Zachodu. Ukazuje to poniższy wiersz: Wspomnienie pierwszego wyjazdu na Zachód tyle zachodów i wreszcie Zachód! sezamy świateł i towarów otwórzcie się! Paryż 1978 słyszę przez okno motelu Sous une Tulipe miarowy stukot obcasów to kroczy ku mnie wieczny emigrant Stanisław Mrożek dostojnie jak bocian z Borzęckich łąk (gdyż jako satyryk jest szczególnie uwrażliwiony na własną powagę) będzie uczył ziomka jeździć metrem właśnie oderwał się od pisania Emigrantów zagląda do otwartej szafy w mojej mansardzie z sublokatorami molami i widzi puszki konserw jest bardzo kontent tak, tak! – potwierdza autorytatywnie wszyscy Polacy wyjeżdżają do Paryża z konserwami zgadza mu się jest jak w jego sztuce… W końcu Stefan Rusin zniesmaczony złymi prognozami Ukrainy z Rosją, przechodzi do tematu wojny. Wystrzały wszystkich jego kolorów na palecie zamieniają się w strach ludu Ukrainy przed bombami i przybywają wiatrem pod pióro Józefa Barana: Ukraino Ukraino Ukraino Ukraino czarnoziemna kraino szkielety domów poburzonych miliony bezdomnych wypędzonych ciągną drogami ulicami kobiety z dziećmi z psami z tobołkami ich żywe miasta obrócone w kamień na kamieniu w perzynę Ukraina Ukraina cierpienia kraino Chrystus na krzyżu umiera ty we mnie Ukraino śpiewasz pieśń o dzielności sen o potędze czy zawsze musi się za to płacić krwią ofiarną (…) Ukraino Ukraino otwarta brocząca krwią rano całaś nią już zalana gdy wypuszczasz z siebie skrzydła stale obcinane mieczem najeźdźcy… I pod koniec wiersza schodzimy do  naszej codzienności:  Ukraina, krew, Chrystus, cierpienie, ból emigracji przeszywający cały nasz świat (a szczególnie Europę). W tej sytuacji niejeden człowiek, niejeden poeta chciałby zostać tylko kotem, któremu wystarczy trochę ciepła i miłości. A przede wszystkim artystycznej wolności, która aż pachnie w jego wierszach. Nie wiem, jak to mitologicznie wytłumaczyć, ale po przeczytaniu eseju Stefania Rusina o Urszuli Bence, przychodzi mi jedynie do głowy pragnienie, żeby ten szkic o poetce napisać jako ptak. Nie wiem czy dam radę? Określić ramę i samą poetkę. Ale stoję już przed obrazem. Ramy jakby nie było, wokół obrazu dużo mandarynek i pomarańczy (widać że Rusin tu narozrabiał). Patrzy na mnie łagodna, w dojrzałym wieku kobieta o niebieskich oczach i bujnych włosach. Ale sprawa się bardzo skomplikowała, gdyż ja też kiedyś namalowałem dwa portrety Urszuli. Jeden był prawie realistyczny, który już kilka lat wisi na ścianie w jej domu. Drugi portret w tym roku namalowałem (2025). To portret jakby surrealistyczno-dadaistyczny. I w formie i w kolorze. Poetka tańczy nad sobą smukłymi, drobnymi rękami. Na głowie siedzi jej bardzo kolorowy ptak. Otoczona jest chmarą niebieskich i czerwonych gwiazd. Nad Urszulą świeci duża niebieska  gwiazda .A  pod  Urszulą zaś czerwona, większa od niebieskiej. Siłą rzeczy nałożyły się na siebie dwa portrety. Ale jak to u Urszuli, ona to lubi, bo codziennie w mitach baraszkuje, że tych portretów Urszuli jest na świecie o wiele więcej. Jako królowa mitów, zakochana w Leśmianie, żartuje sobie wierszem: Ballada o zakochanym wisielcu no to cóż z tego, że cię kocham – wisząc? i że nie pieszczę tylko się wstrząsam – spróbuj ty także obok mnie zawisnąć ty najpierw w górę wzniósłszy włosy potem ciałem do włosów nadążyć: spróbuj od wewnątrz tak spiąć się potem przewiń się przez śmierć i przez miłość: z miłości upleć dla szyi stryk ze śmierci – dla bioder grzech potem przewiń się przez śmiech a to już wiatr tak ciałem kołysze a i duszą tuż obok na strychu wtedy diabli nam otchłanią poruszą jak chorągwią jak złością a Bóg wierny i sprawiedliwy na wywalone nasze języki grosz położy z litością Po czym  Stefan Rusin po malarsku odkrywa, że nastroje grozy, milczenie, emocjonalne rozdarcie, stapianie się w nicości Urszula wywiodła ze swoich majaków sennych, a nie z rzeczywistości. Odczuwając ostatnie godziny życia swojego męża malarza, pisze wiersz: Ostatnie spotkanie za każdym razem gdy chwytasz mnie w ramiona wiem że to spotkanie jest ostatnim w życiu i tylko powtarza się przez kolejne noce w ich czarnych wielogodzinnych lustrach gdzie czeka na nas ten chłopczyk z płonącym na piersi kwiatem a my nie śmiemy podejść gdy dwoje naszych serc to tylko wyraz oczu tego chłopca                    á Paris, place Monge, le 13 janvier 84 Stefan Rusin dopowiada:  „Stanisław Barańczak w zaproszeniu Benki na Uniwersytet Harvarda zwrócił uwagę na pojawiający się nurt mistyczny w poezji Urszuli Benki”. Dużo wierszy u Benki powstaje ze zwidów nocnych, zjaw, jakby poetka szukała przyczyny istnienia, zamieniając to w poezję. Na przykład TY. Cokolwiek z nad wód powstaje. Dopiero dziś narodził się, pełen zranień. +            +          + Świętość skażona jest nicością, na drogach są ślady bestii. Człowiek, gdy idzie jedną z tych dróg, myśli o zbawieniach, o odrzuconej łasce, o pokucie. Świat Urszuli Benki to jeden wielki informel odczytany przez Stefana Rusina. W tych wszystkich wierszach leją się setki litrów różnych kolorów, charakterystyczne smugi rzeki. Wszystkie tematy są płynącą farbą. Ale poetka przywykła do takiego świata u boku swego męża  malarza Urbanowicza, kiedy jeszcze żył. „Obrazy w wierszach są gęste od znaczeń”, potwierdza to autor eseju. A poetka w opowiadaniu „Triamat”, o stosunkach damsko-męskich pisze:  „Jedynym wyjściem-czułam coraz mocniej – jest w sposób naturalny skończyć romans”. Ulubionymi tematami rządzenia Ludźmi i historią, wszechświatem kultury i piękna, jest dla poetki Jezus Chrystus, Orfeusz, Eurydyka. A zaskakująca scena pojawia się wtedy, gdy Orfeusz zjada Eurydykę. Ale i Orfeusza w końcu dopadają bestie (menady) i rozszarpują go na strzępy, które potem zbiera Chrystus i czyni tak, że robaki, zwierzęta, ptaki dalej słuchają śpiewu Orfeusza. Ale jak znam Urszulę, ona na to z lekkością odpowie: „Księżyc się pokłócił z jajkiem”. I to jest cała odpowiedź, dlaczego Chrystus swoim  spokojnym milczeniem zwycięża Heroda, który Jezusa chce namówić do dokonania jakiegoś cudu. Ale Jezus jest nieugięty i swym milczeniem zachęca Urszulę, by dalej kontynuowała swoją opowieść o księżycu i jajku:   Duszę ci moją dam jak wianek Będziesz w wianku Niebieski kochanku Niech Trójca się z nas śmieje I następna rozróba poetycka Urszuli: Oj, kwoko moja biedna Wysiadujesz jaja piekła Twoje własne złote rozbite Płyną przez ulicę Może tymi piekielnymi zabawmy się i my I niech teraz piekło łyka łzy I niech kuka żałośnie kuku kuku gdy kot-Jezus się skrada Dopaść ptaka A potem padają święte słowa, napisane jakby samym światłem przez Stefana Rusina: „Jeśli dobrze rozumiem Benkę, człowiekowi dane jest doświadczenie pełni, a więc tego, co współtworzy jego duszę. Swoją drogę powinien przebyć od społecznego dna aż do tronu. Musi pozbyć się lęku, bo ma tylko siebie, jako klucz do tego skarbca. Choć napotyka przeszkody różnej postaci, otwiera się przed nim możliwość zachowania pełni tożsamości i zdobycia skarbu. Każda rana, jaką doznaje, jest święta. Rana inicjująco „daje mu nowy rodzaj widzenia”. Nagromadziło się tyle dobrych kolorów i dźwięków na palecie malarza-poety, że aż mu spadł pędzel ze stołu i zrobił kleksa w formie wiersza, który jest pochwalą wielkiej intuicji, jak pisze Urszula: Wieprze stały wokół głowy jak wieniec Wpatrzone w oczy i usta Nie myliła ich intuicja Język Orfeusza był słodki melodyjny Jego oczy były smaczne lekko słone Po rozgryzieniu czaszki świeży mózg Zwierzęta zlizywały z tą godnością Jaką daje usłuchanie Boga Boga piękna Boga wiecznej sztuki Uniesiony w glorii pochwał i zachwytów różnych znanych polskich i zagranicznych krytyków, którzy o poezji Benki aż śpiewają,  ja nie wiem jak tu podać Urszuli moją prawdziwą rękę. Bo jak szkicuję te eseje Stefana Rusina malarza-poety, to mi pismo kruszeje. Ot…, zdobywanie wielkiej twierdzy, która mi szepnęła grubymi murami: „ Już nie będziesz żył nigdy w nędzy, drogi Marianie. Postaw tylko kropkę z uśmiechem, a znajdziemy się w cudownym puentowym lesie”. Ale muszę powiedzieć, że dla mnie, jako też malarza-poety, to był wielki trudny zakręt ,to pisanie, z którego, mam nadzieję, wyszedłem cało, nie poobijany jak po wypadku, by dalej obserwować  ciekawy rozwój duchowy świata poetyckiego  mojej przyjaciółki Urszuli Benki, i jej świata codzienności, w którym na pierwszym miejscu żyją dom z ojcem-staruszkiem  i  jej ulubiony ogród. Książkę „Odyseje” Stefan Rusin wydał za własne pieniądze. Marian Lech Bednarek  (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in . tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy , a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski . Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w międzynarodowych antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na najważniejszych festiwalach w kraju i za granicą. Były redaktor naczelny pisma „Plama”, założyciel Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.

  • Charles Garatynski – Diabeł i szczegóły

    Od jak dawna jej nie dotykał? Nawet gdy próbowała sobie przypomnieć – naprawdę, całym sercem – nie potrafiła. Ach, tak, gdy przypaliła zupę, dwa tygodnie temu. Niewdzięcznik. Patrzyła, jak opiera łokcie na kolanach i z czułością wpatruje się w płótno. — Andrzeju, chodź już do łóżka. Poruszył się w ciemności. Nic nie widział, ale uparcie malował swoje bohomazy, pomyślała. — Andrzeju...? — Już idę, Nadżimo. — Co ty tam właściwie wyprawiasz? — Przecież wiesz. — Ale już trzy razy poprawiałeś to żabie udo! — Nic nie rozumiesz. Cały obraz się na nim opiera. Zdjęła okulary, odłożyła je na stolik nocny i zamknęła oczy — bez zamiaru zasypiania. Racja, kiedyś to jego artystyczne nieudacznictwo, ta kompulsywność, ją pociągały... Ale dziś... Tamtej nocy nie przyszedł do łóżka. Przez długie godziny słyszała, jak pędzle muskają płótno. Zasnęło mu się na kanapie o siódmej rano, gdy Nadżima właśnie wstawała. Spojrzała, jak leży rozwalony na leżance. Brzuch wystawał mu spod koszuli. Wtedy podjęła decyzję. Podeszła i obcięła mu kosmyk włosów. W Glod, ich małej rumuńskiej wiosce, było wysokie wzgórze górujące nad równiną. Mówiono, że diabeł zaszył się tam przed wiekami. Mówiono też, że żywi się włosami nieudolnych mężów, by odebrać im życie i wyzwolić zniecierpliwione żony. Czasem czynił też inne cuda: przywracał wzrok ślepcom, odpalał silniki pickupów zimą. O świcie włożyła kalosze i wyjęła z szafki do ogórków mały nożyk — na wszelki wypadek. W upale tylko lekki ślad kurzu zdawał się za nią podążać. W końcu, na zakręcie ścieżki, ujrzała mężczyznę całego w bieli. — Ty jesteś diabłem z Karpat? — We własnej osobie! Patrz tylko! Wskazał na oliwne drzewko, które natychmiast stanęło w płomieniach. Nadżima uśmiechnęła się zadowolona. — Nie myślałam, że nosisz się na biało. — Za gorąco. Już dawno porzuciłem czerń. — Tak czy siak, nie po to przyszłam. Mój mąż mnie już nie dotyka... Ba, nawet nie patrzy! Tylko maluje. — To go zostaw! — Nie! Chcę, żebyś go zabił. — Ale przecież go kochasz, prawda? Parsknęła nosem. — Tak. — Widzę to. Wiem to. Mam inną propozycję. Zawsze marzyłem, by stworzyć arcydzieło. Ale potrzebuję do tego duszy. Tymczasowo zabiorę duszę twego męża, ukończę obraz życia, a potem go uwolnię. Już nie będzie malował — zbyt nasycony wspomnieniem mojego geniuszu. Podała mu włosy Andrzeja. Zamiast je połknąć, wsunął je pod brudne paznokcie, prosto w ciało. Jeden paznokieć pękł, po czym natychmiast odrósł. Skóra zaczęła mu pękać jak u gada. — Idę do twego męża. Andrzej Miumiu, zamieszkały przy bulwarze Lekarza Oracza Caro, numer 56. Nie zdążył dokończyć, ale się nie pomylił. Jego ręce powoli się rozpłynęły, aż pozostał tylko biały cień. Gdy wróciła do mieszkania, mąż był bardziej niespokojny niż zwykle. Wspinał się po zasłonach, miotał po salonie jak opętany. — Ach! Nadżimo, jesteś! Tego mi brakowało! Po raz pierwszy od dawna okazał jej czułość i naprawdę zdawał się cieszyć jej obecnością. Podziękowała diabłu w myślach — zadziałał szybko. Chciała pocałować męża, ale jeszcze się powstrzymała. — Chodź tu, Nadżimo. Podejdź bliżej. Chcę cię namalować. Chcę cię całą! Podeszła powoli do okna. Widziała tylko jego plecy. Na zewnątrz zaszczekał pies. — Jeszcze bliżej. I nie ruszaj się. Pokaż mi kolana. Stała przy oknie. Lekka zasłona osłaniała jej ciało, światło z ulicy rysowało jej profil. Andrzej atakował płótno szerokimi, ale precyzyjnymi ruchami. Ich spojrzenia się spotkały – w jego oczach była pasja i furia. — Jesteś piękna, moja miłości, ale muszę widzieć więcej. Muszę widzieć wyraźniej. Z koszuli wyjął błyszczące ostrze. — Co robisz, Andrzeju? — Chcę zajrzeć do środka, do schodów serwisowych... Nawet do rur! Muszę poznać całą prawdę, by godnie ją oddać. Starała się nie okazać strachu. Znieruchomiała w ciemności. Oddech Andrzeja stał się chrapliwy, urywany. Gardło wydało dziwne dźwięki. O mało się nie zadławił. Ślina i flegma zalały mu usta. Już miał je wypluć na płótno, gdy rozległ się głos zza grobu: — Nie na obraz, idioto! Natychmiast połknął obrzydliwość. — Przepraszam, mistrzu. — Ależ jesteś roztargniony — skup się! Nie widzisz, że ona ucieka? Nadżima zbiegła po schodach i rzuciła się w zaułki Glod. Zanim wyszła z mieszkania, zdążyła tylko rzucić okiem na bezkształtną masę kolorów na płótnie. Został sam. Andrzej przytulił twarz do ściany. — I co teraz, mistrzu? Nie mam już muzy do rozbioru. — To ty musisz teraz zajrzeć w siebie. Mocniej chwycił za rękojeść noża. Uniósł ostrze, zawisł nim nad brzuchem, gotów się rozciąć, by się zbadać. Diabeł tkwi w szczegółach, pomyślał. Ale zawahał się. — Na co czekasz? — Już, już... Ale zanim to zrobię... kim pan właściwie jest, mistrzu? Słyszę pana, ale nie widzę. Znamy się dopiero od południa, a pan już mi każe się rozcinać. Trochę szybko to idzie, nie sądzi pan? — Potrzebujesz uzasadnienia? Kiedy ma się wiarę, nie zadaje się pytań. Do dzieła! Skinął głową. Uniósł rękę i z całej siły pchnął ostrze w stronę pępka. Ale w ostatniej chwili coś go powstrzymało. Cicha, nieuchronna siła. — Mistrzu! Nie mogę! Przysięgam, że nie mogę! Chciał zapłakać, ale głos natychmiast go pocieszył: — Ach, drogi Andrzeju, dziękuję! Oddałeś wszystko i nie zostało ci nic — doskonale. Podarowałeś mi moje najpiękniejsze arcydzieło. Teraz możesz umrzeć spokojnie. — Ale kim pan jest?! Nie wiedział jeszcze, że głos już się nie odezwie. Zapiał kogut. Świt. Położył głowę na chłodnej podłodze. Istniało wyjście z tej rozpaczy. Wiedział przecież, że mówią, iż diabeł mieszka w górach Glod. A jeśli to prawda? Wyruszy tam dziś rano. Może diabeł da mu siłę, by zemścić się na głosie. A może — kto wie — obdarzy go talentem do malowania. Oczywiście, za drobną przysługę... Charles Garatynski (ur. 1998) – dorastał z matką, malarką polskiego pochodzenia, która przybyła do Francji nielegalnie. Jego twórczość oscyluje między słodko-gorzką ironią a dyskretnym liryzmem. Pisze opowiadania, poezję i sztuki teatralne. Laureat nagrody Pampelune 2025.

  • Aleksander Wierny – cztery wiersze

    Piłka Gra z małym synem na wiejskim, nierównym boisku. Podaje, a syn strzela na pustą bramkę. Ćwiczą woleje, więc żółta piłka lata nad klepiskiem, żeby ominąć kępy trawy. A on się milcząco modli: proszę, żeby piłka nigdy nie spadła, żeby teraz trwało, a w nim mój syn i ja, żeby syn zawsze czekał na podanie z nadzieją, że spadnie na jego stopę, że dotrze, co mu posłałem. I jeszcze: żeby, bo piłka przecież spadnie, mój syn pamiętał to teraz jakby wciąż leciała między nami, nawet kiedy stanę się klepiskiem. I żebyśmy wygrali. Odpoczynek Po ostrym podjeździe przystanek pod wiejskim cmentarzem, na bramie napis „Odpoczną, powstaną”. Kamienny anioł wpatruje się z lękiem w zardzewiały krzyż, na niektórych grobach kwiaty, na innych tylko liście z lasu co skrzypi jak stare rowery, którymi przyjechali: on i mały syn. On odpoczywa, mieli świeże powietrze czerwca w ciaśniejszych niż kiedykolwiek płucach. Zasłużył na ciszę, która zapadnie i dopadnie, kiedy płuca skurczą się w skrzep, gdzie przetną się na krzyż dwie proste, jedna z tej, druga z tamtej strony. Chce zostać, ale powstaje, bo syn wraca, pędzi w dół, a on za nim, lekki w zapachu lip. Reguła Trzyma się trajektorii przy krawędzi szosy tak mocno jak kierownicy roweru. Słyszy silnik doganiającego samochodu i ściska, śliski od potu, jeszcze silniej. Nie wie, co zrobi kierowca. Postąpi według przykazań kodeksu? Wierzy w regułę, która zabrania wytaczać dział i utaczać krwi? Tak powstały konstrukcje katedr i AI, myśli, w wierze we wspólne, dlatego planety się nie zderzają, myśli, bo przecież porządek pracuje i w dużym, i w małym. Wierzy, ale puszcza małego syna przodem, żeby w razie czego wziąć na siebie. Siłą woli próbuje powstrzymać ciemniejące chmury. Chce dotrzeć do domu przed deszczem. Doktor - Boję się śmierci - mówi mały syn. - Czasem kiedy słyszę karetkę, myślę, że jedzie właśnie do ciebie. - Jedzie od dawna - chce odpowiedzieć. - A w niej dobry doktor, który wśród bieli na zawsze wyleczy nas ze strachu. Na ciemnej ulicy chwyta syna za rękaw, żeby zatrzymać go przed niebezpiecznym przejściem i nie puszcza, nie puszcza. Aleksander Wierny – poeta, prozaik. Urodził się, mieszka i pracuje w Częstochowie. Autor pięciu książek prozatorskich i pięciu tomów poezji.

  • Mariana Spada – trzy wiersze

    Lato, tam i z powrotem Nie ma to jak wiosłować nocą po rzece czarnej, dobrze znanej, tak czarnej że księżyc odbija się w opalizujących sylwetkach ryb przecinających pradawny nurt, tysiąc noży rzucanych z dna przez ślepą dłoń.  W tej rzece ujarzmionej przez tamy konary łagodnie zwieszają się daleko od brzegu, całując wodę tam, gdzie czerpią ją świetliki, które niegdyś wydawały się nas śledzić. Tę to rzekę przepłynęliśmy razem pewnej nocy, z piaszczystego brzegu na ten drugi, z cierniami. Ferreri Ganadera Jeszcze raz próbuję wyjaśnić na czym polegała praca mojego ojca.  Załóżmy że  coś się psuło w zakładzie rura wypluwała amoniak albo pistolet do uboju tracił ciśnienie nieważne co dokładnie  niezliczone rzeczy mogą pójść nie tak i nie da się tego uniknąć czy to na okręcie podwodnym czy w rzeźni. Wtedy ktoś wyruszał ścieżką wzdłuż strumienia z zepsutą częścią i szedł do magazynu gdzie czekał mój ojciec.  Lata pracy nauczyły go oceniać jednym rzutem oka czy istnieje pośród setek pudeł część zamienna:  jeśli nie wypisywał zamówienie jeśli tak  nie było w tym żadnej filozofii: ojciec przynosił ją kładł na biurku porównywali obie nową i starą jeśli się zgadzały podpisywało się odbiór a on znów zostawał sam absolutny pan swych popołudni których nigdy nie wykorzystał na pisanie opowiadań ani na działalność związkową: i to było mniej więcej wszystko. Teraz, gdy jestem prawdziwą kobietą We dry and die in the sun — Weldon Kees Teraz, gdy jestem już kobietą z krwi i kości mogłabym się upić w towarzystwie tych facetów, którzy zabijają popołudnie po całym dniu pracy w kuźni choć w tym mieście kuźni nie ma. Bez pośpiechu zrujnować się przy tym samym skromnym barze, jak pewna lesbijka z siwymi włosami, która — co za niespodzianka: potrafi dotrzymać kroku pięciu większym od niej facetom stając z nimi w szranki na miłosne anegdoty  recytując Weldona Keesa z pamięci albo opowiadając im później coś czego nie wiedzą: na przykład o ucieczce poety — ładniejsza wersja Faulknera o ile to możliwe — pewnego lipcowego poranka kiedy porzucił nowy samochód  przy rozświetlonym moście i rozpłynął się w powietrzu szukając, jak to dawniej mówiono, swej vita nuova albo czegoś mniej jałowego i bardziej definitywnego w środku wrzącego lata. Później jeden z tych mężczyzn wróci do domu, przeżuwając w myślach coś, czego wczoraj jeszcze nie znał: czyste szaleństwo, doprawdy zostawić taki samochód sam w słońcu z kluczykami w stacyjce. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Mariana Spada  (ur. 1979) — argentyńska poetka.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page