Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Jarosław Maślanek – Liczby ostatnie (fragment)
Dzieciństwo wylało się nam z latami wielkiej zmiany, kolejnej. Nasi rodzice wspominali, jak żyło się przed poprzednią – dwa kanały w TV, zero netu, komórek, zero podróży za granicę, zdarzało się i wojsko na ulicy. Ich rodzice, czyli nasi dziadkowie, pamiętali za to wojnę lub lata po niej. I też wspominali je jak najgorszy koszmar, jaki może się człowiekowi przytrafić. Więc my, żeby ojczyźnianemu narzekactwu stało się zadość, powinniśmy zapamiętać w ten sposób okres po zarazie. Cóż, dla mnie były to lata rządów Bandy Niny, gdy podwórko i okolice w obrębie torów tramwajowych były wystarczającym wszechświatem. I żadna „Zet”, jak wszyscy nazywali zarazę, nie mogła tego zmienić. Zmienili to dorośli ze swoim obcym krajem. Świat, stykający się z naszym w niewielu punktach, rozrastał się, aż zostaliśmy przez niego wchłonięci. Ekspansja trwała, nieznana nam rzeczywistość wylała się z mieszkań, zaanektowała korytarz, blok i dzielnicę. Dotarła do szkoły. Wszędzie pojawiły się obce konstelacje, kolizje stały nieuniknione; obliczona na wieczność wojna miała rozbić podwórkową Bandę Niny. Nasza przyjaźń nie przekładała się na przyjaźń rodziców, ich znajomość nie wykraczała poza chłodną uprzejmość; gdy czasami spotykali się na korytarzu i wymieniali kilka zdań, pozostawali jedynie „sąsiadami”, z różniącymi się od siebie poglądami, jednak nie na tyle rozpoznanymi, by poświęcać im pozostałą część wieczoru. Potrzebny był impuls, żeby to, co do tej pory zagłaskiwano uprzejmą obojętnością, zastąpiła śmiertelna cisza. Nasz świat się skończył podczas urodzinowej imprezy Chudsona; bezgłośnym, nieefektownym, choć opatrzonym wykrzyknikiem, puff! Urodziny Chudsona tradycyjnie odbyły się w jego mieszkaniu, przylegającym jedną ścianą do mojego, drugą do pokoju Niny; jego mama zrobiła najgorszy tort czekoladowy na świecie, który jak zwykle smakował tylko mnie. Wszystko, co najważniejsze, odbyło się za drzwiami, na korytarzu; byliśmy w samym oku cyklonu, a postarano się, by powiew tylko zmierzwił nam włosy (choć wichura urywała już głowy). Nie słyszeliśmy słów, czuliśmy je, siedząc w ciszy nad paskudnym ciastem, ze sprezentowanymi przyjacielowi podarkami. Podniesione do intensywnego szeptu głosy dorosłych połykały kolejne lata naszego wspólnego dzieciństwa... Ostatnie wspólnie spędzone urodziny. Zaczęło się jak co roku, zebraliśmy się przed mieszkaniem Chudsona, z paczkami w rękach – ja, Nina i Grubel. Umówiliśmy się, że kupimy rozszerzenia do jego ulubionej gry, każde z nas po jednej części. Chudson otworzył drzwi, przez chwilę wpatrywał się w nas bez uśmiechu, jakby bronił wejścia; szczuplutkie ciałko ledwo zasłaniało stół w pokoju, na którego blacie stał najgorszy tort czekoladowy na świecie. – No, co jest? – zapytała Nina. – Wszystkiego najlepszego, bucu. Podała reklamówkę, to samo zrobiłem ja i Grubel. Bez uścisków, całusów i tym podobnych czułości, które skończyły się, odkąd przy tego typu okazjach przestali asystować rodzice. Chudson odebrał prezenty; nie podziękował, nadal się nie uśmiechał, nie przesunął się, żeby nas wpuścić; odwrócił i poszedł do pokoju. Na korytarz wyszła jego mama – cień Chudsona, zwiastujący, jak będzie mógł wyglądać jako dorosły; wysoka, z tych kołyszących się nad niższymi, jakby się zastanawiała, czy to odpowiedni moment, by uderzyć „z główki”, teraz też stanęła nad nami, nie patrząc na syna człapiącego z prezentami i spuszczoną głową. – Dzień dobry, dzieciaki, zapraszam. – Trochę się przesunęła, niebezpiecznie zbliżając się do wystających ze ściany, gotowych przytrzymać ją za kark wieszaków. – Nie wiedziałam, że przyjdziesz – odezwała się, kołysząc nad Grubelem. – Sebastian! – zwróciła się do syna. – Nie mówiłeś, że będzie was czworo! Zamiast wejść, zatrzymaliśmy się. Zawsze było nas czworo. Nina, Kurdebenek, Grubel i Chudson; zawsze, na każdych urodzinach u każdego z nas, w innych konfiguracjach prezentowych, ale liczebnie niezmiennie. No chyba że któreś chorowało, wtedy zanosiliśmy mu kawałek urodzinowego tortu. Mieszkaliśmy obok siebie, na tym samym piętrze, na klatce ze wspólnym korytarzem. Dlaczego Grubel miałby nie przyjść? Spojrzałem na niego; tak samo nic z tego nie rozumiał. Uniósł głowę i wpatrywał się w wiszącą w świetle lampy mamę Chudsona. Ona, bez śladu uśmiechu, wskazała pokój. – Znacie drogę. Weszliśmy; na stole trzy talerze, trzy zestawy sztućców, trzy krzesła, okrojony zapas przekąsek. – Myślałam, że Sebastian powiedział, że przyjęcie będzie dla trzech osób. Nie przygotowałam nic dla ciebie. – Znów pochyliła się nad Grubelem. Do pokoju wszedł ojciec Chudsona. Nie tak chudy i nie tak wysoki jak matka, mimo to ubranie wisiało na jego pozbawionym tkanki tłuszczowej ciele. – O – powiedział tylko. – Zrobił się tłumek. Chudson siedział przy stole, wpatrywał w okno, z prezentami u stóp, z ramionami przygiętymi zbyt dużym jak na niego ciężarem. – Sebastian zaprosił trochę ponadplanową ilość gości, nie mamy przygotowanych tylu przekąsek. – Zawsze wystarczało – cicho, jak na siebie, powiedziała Nina. – Zawsze było kiedyś, teraz jest teraz – oznajmiła matka Chudsona ze swojego podsufitu. Grubel odwrócił się i wyszedł z mieszkania; w skarpetkach, nie założył butów, które stały obok naszych w przedpokoju. – No, zaczynamy – zakomenderowała matka. – Siadajcie – zagoniła nas chochlami rąk do stołu. – Podobają ci się prezenty? – zapytała Chudsona. – Chyba dostałeś to, co chciałeś? Chudson nie odpowiedział, wpatrywał się w firankę, delikatnie poruszaną przeciągiem. – Zostawmy ich. – Ojciec wyszedł pierwszy, matka za nim, zamykając za sobą drzwi pokoju. Zanim kliknął zamek, Chudson stanął przy oknie, plecami do nas, odsunął firankę i zapatrzył się w szybę albo w to, co było za nią. Może wypatrywał Grubela? – Nie mogłem mu powiedzieć. Wam też. – Nigdy tak nie było. – Ale teraz będzie. Zawsze. Jego ramiona zadrżały. Szloch albo wzdrygnięcie mające zrzucić ciężar przyjaźni. Kiedy się odwrócił, oczy miał suche. – Jecie? Usiadł przy stole, sięgnął po chipsy. Jakoś nikt nie miał ochoty, wyparowała też chęć śmiechu. Patrzyłem na Ninę, na Chudsona nie mogłem. Ona spojrzała na mnie, kącikami ust wykrzywionymi do dołu dała znać, że też nie rozumie, o co chodzi. – Nie złożycie mi życzeń? – zapytał Chudson, spoglądając znad najgorszego tortu czekoladowego na świecie. – A co, może mamy ci życzyć wszystkiego najlepszego? Zdrowia, szczęścia i życia bez przyjaciół? – zapytała Nina. Kiedy wstała, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi wejściowych. Któreś z rodziców Chudsona otworzyło. Rozpoznałem głos mojego ojca. – Możemy porozmawiać? Na zewnątrz, nie tu. Nina spojrzała na mnie, uchyliła drzwi pokoju. W wejściu stali mój ojciec i moja matka, przed nimi ojciec i matka Chudsona. Różnica wzrostu była uderzająca. – Spotkałem Pawła, jak wracał do siebie. Chcieliśmy z wami porozmawiać. – O czym? – spytała matka Chudsona. – Jego rodzice mają za dużo klasy, żeby tu przyjść – dodał mój ojciec. Chudson podszedł do drzwi i je zamknął, zanim jego starzy wyszli z mieszkania. Mimo odizolowania, słyszeliśmy głośne szepty, które szeptami przestawały być. Nina i Chudson wrócili do stołu, nikt nie sięgnął po tort. Ja bawiłem się plastikowym nożykiem, którym zdrapywałem naskórek z nadgarstka. Serwetką starłem krople krwi, które pojawiły się na skórze, przyłożyłem ją do ranki i patrzyłem, jak przesiąka czerwienią. Chudson znów stał przy oknie, oddzielił się od nas firanką, oplatającą go jak całun. Za szybą zaskrzypiał podjeżdżający do przystanku pod blokiem autobus, tramwaj zachrobotał szynami, synchronizując hałas z odgłosem ruszającego autobusu. Kłótnia na klatce dobiegła końca, drzwi otworzyły się i zamknęły. Zapadła cisza. – Ja idę. Zostajesz? – zapytała Nina. – Nie. Zostawiliśmy Chudsona za firanką, z zamgloną szybą robiącą za towarzysza urodzinowej imprezy. Kiedy zakładaliśmy buty, podeszła matka Chudsona i bez słowa wręczyła mi paczkę z prezentem od Grubela. – Bez wszystkich dodatków gra będzie do bani – zaprotestowałem, ale ona wyszła. – Nie zapomnijcie butów – rzucił z kuchni ojciec Chudsona. Wyszliśmy, nie mając pojęcia, dlaczego jeden z nas okazał się nie nasz. Staliśmy z Niną przed mieszkaniem Chudsona, ja z butami Grubela w ręku, ona z reklamówką z prezentem i patrzyliśmy na siebie, milcząc. – Co za cholera? – odezwała się. – O co chodzi? Dlaczego akurat Grubel? Zrobił coś? – Nie wiem, starzy nic nie mówili. W szkole też chyba nic nie było, co? – No nie. Wpatrywaliśmy się w drzwi, nagle tak obce. Kawałek sklejki, który od dzieciństwa traktowaliśmy jak równy naszym, teraz zimny, niedostępny, oddzielał od przyjaciela. – Oddasz mu to? – Nina podała prezent. – Nie pójdziesz ze mną? – No nie. – Daj spokój, sam tam nie pójdę. – Idź, nie marudź, ty się z nim bardziej kumplujesz. – Jak jest problem, to zawsze mnie wypychasz. – Idź, podasz przez drzwi. – Odwróciła się, przeszła parę kroków i stanęła przed swoim mieszkaniem. – Nie musisz o nic pytać. Zostałem sam na balkonie, który jeszcze pół godziny wcześniej łączył nasze domy, dzieciństwo, przestrzenie, a teraz jak linia frontu, rozdzielał wrogie armie. Właśnie spadł deszcz, drzewa strącały zbyt dużo kropel na zabłocony beton, który nie nadążał wchłaniać wody. Podszedłem do ciągnącej się wzdłuż piętra barierki, oparłem ręce na zimnym metalu, śliskim, chropawym zadziorami złuszczonej farby. Podwórko stało się zielonym potworem, we wnętrzu którego chciałem być; oczekiwałem, że gęstwina liści mnie skryje, gałęzie oplotą, wyrwą z balkonu i wepchną pod korzenie drzew, gdzie skryję się przed historią, która mutowała w niepokojącą formę. Zgrzytnięciami zębów odliczyłem do dwudziestu trzech. Zaciągnąłem się powietrzem. Było parne, ciepłe, z nutami wietnamskich przypraw, ulicznego smogu. Z pełnymi płucami zastukałem w drzwi Grubela. Wcześniej tego nie robiliśmy, po prostu wchodziliśmy do domu każdego z naszej czwórki bez zapowiedzi. Otworzył jego ojciec. Niski, krągły, z ciemną czupryną, brodą i gęstymi brwiami przysłaniającymi okulary. Spojrzałem prosto w węgliki oczu, podając prezent i buty. Od progu poczułem specyficzną woń przygotowywanych potraw (jak zapach starych skarpetek, mawiała Nina), którymi przesiąkaliśmy od maleńkości, a których żadne z nas nie dojadało (przy wtórze śmiechów jego rodziców). Ojciec Grubela odebrał rzeczy, zmierzwił mi włosy. – Zapamiętaj ten dzień – powiedział. – Mógłbym powiedzieć, żebyś się nie przejmował, ale nie, musisz, musicie się tym przejąć. I zamknął drzwi. No więc zapamiętałem. Deszcz, mgłę, ciepło, woń przypraw, Chudsona za firanką, Grubela wychodzącego boso z mieszkania, Ninę radzącą, żebym o nic nie pytał. I siebie, szukającego drogi powrotnej do domu, który był przede mną. Dziennik odosobnienia (…) Inni to kłopot interpretacji; konieczność przystosowania się, z przytłaczającą świadomością jego rosnącego zakresu, przymus odczytywania oczekiwań, żenująco oczywistych, niekoniecznych. Przynależność ogranicza, uczestnictwo krępuje. Przyjaźń? Lepszy i gorszy, ładniejszy – brzydszy, bystrzejszy – głupszy, społeczny – samotnik; splątani potrzebami realizacji egoistycznych celów, dowartościowania i ucieczki od samotności. Paczka? Grupa rówieśników wypracowująca strategie, skuteczne bądź nie, na przetrwanie w gęstwie innych grup, które gdyby mogły, powybijałyby się. Ostatecznie i tak ich nie znasz, przez lata się męczysz, podejmując coraz głupsze wyzwania, dające złudzenie dorosłości. Dorosłości, w której inni to co najmniej zagrożenie; już nie inkubatory zarazków, nosiciele pandemii, ale jednostki transportujące to, czego nie chcesz – obce światy. Ratunkiem jest odosobnienie – ciałem, duchem, świadomością, odosobnienie, w którym aplikujesz sobie wolność w zakresie maksymalnym, w największym dostępnym obszarze. Przyjaźń, miłość, rodzicielstwo; wiara, polityka, sąsiedztwo; altruizm, nienawiść, współczucie; to wszystko oplata, ściska, rzuca na ziemię i przydusza, ograniczając ruchy wyłącznie do niewielkiego obszaru na podłodze, jaki pozostawiają więzy. Zaraza to sposobność, dar podrzucony przez bogów, kwarantanna to błogosławieństwo, pukające do drzwi, za którymi nie ma innych, innych już brak. Jesteś ty, niebo bywające piekłem. Od ściany do ściany świat w kwarantannie, skuteczne odosobnienie, jeden na jeden, w domach pokojami rozsadzeni, ściankami działowymi pouwalniani, w budynkach z betonu – nikogo, tylko wy; z samymi sobą drepczecie przez podarowane wam wszechświaty. (…) Liczby ostatnie (fragment): Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 320 Jarosław Maślanek – prozaik, dziennikarz, zadebiutował powieścią Haszyszopenki (WAB, 2008). Wydał także powieści: Apokalypsis ‘89 (2010), Ferma ciał (2015), Góra miłości (2018) oraz Liczby ostatnie (2021) i Klekot tysięcy patyków (2024). Opowiadania publikował m.in . w miesięczniku ZNAK, kwartalniku "Strona Czynna" oraz w antologiach Autor przychodzi wieczorem (2012), 2017. Antologia współczesnych polskich opowiadań i 2020. Antologia współczesnych polskich opowiadań. Powieść Góra miłości znalazła się na krótkiej liście EU Prize for Literature 2019, natomiast Klekot tysięcy patyków był w finale Nagrody Literackiej Miasta Radomia ‘25.
- Rafał Kasprzyk – Przester (vol. 4)
Rozmowa o książce Jarosława Maślanka Liczby ostatnie , PIW 2021 Rafał Kasprzyk: Jarku, na początku chciałem Ci podziękować za to, że zgodziłeś się na tę rozmowę o Twojej, umówmy się, nie-łatwej książce. Wiesz... po lekturze Liczb ostatnich – bo to o niej chciałem pogadać – pozostawiłeś mnie z tym swoistym nieodłącznym uczuciem ciężaru, który nie pozwala mi łatwo odłożyć tej książki na półkę. Oczywiście po kilkukrotnych powrotach do niej nie traktuję jej już jako prozy o końcu świata w sensie apokaliptycznym – dla mnie to raczej obraz końca człowieczeństwa, takiego, jakie znamy i którym dotychczas się posługiwaliśmy. Jarosław Maślanek: Dziękuję za zaproszenie i zainteresowanie książką. Niełatwą w odbiorze, nie w lekturze, mam nadzieję. Sporo wysiłku włożyłem w to, by powieść była klarowna i spójna stylistycznie, pisana możliwie jak najbardziej skondensowanymi zdaniami. A tematycznie rzeczywiście miała to być opowieść o końcu – końcu świata jaki znamy, społeczeństwa w którym funkcjonujemy, i nie ograniczając się – ludzkości. Gatunkowo, przecież w założeniu wychodzę od klasycznej dystopii, rozwijam wszelkie negatywne scenariusze, które odczytuję ze współczesności. RK: Ten rodzaj agonalnego rozpadu podmiotowości, który opisujesz to dla mnie coś więcej niż tylko literacka metafora. Czuję w tym nieśmiałą diagnozę, która dotyka fundamentalnego pytania o to, co znaczy być człowiekiem w naszych czasach. Dlatego chciałbym Cię zapytać – jak Ty sam odczytujesz ten stan, w którym podmiot, ten indywidualny „ja”, zaczyna się rozpadać? Czy widzisz to jako nieunikniony rozkład, który jest konsekwencją zmian cywilizacyjnych, technologicznych i społecznych? Czy to coś realnego, co nas wszystkich dotyka, czy może jednak bardziej poetycka, symboliczna opowieść o kondycji współczesnego człowieka? Pytam, bo sam często się zastanawiam, czy ten świat, który nas otacza, nie zmienia nas w jakieś dziwne byty bez twarzy, a nasze interakcje nie stają się coraz bardziej powierzchowne, wymuszone i pozbawione autentyczności. Wiesz… jakbyśmy byli coraz bardziej rozproszeni, rozmyci, a jednocześnie zmuszani do grania ról, które nie mają nic wspólnego z prawdziwym „ja”. JM: Człowieczeństwo, w swych najbardziej negatywnych i pozytywnych przejawach, najwyraźniej ukazuje się w warunkach ekstremalnych. A Twoje pytanie odczytuję jako kwestię – czy kształtuje nas świat zewnętrzny, czy jednak to, w jakim kierunku postępujemy, zakodowane jest w nas i niezależne od czynników środowiskowych, krótko mówiąc, czy mój bohater z Liczb ostatnich , ale też z innych, wcześniejszych powieści, postępowałby tak samo, albo podobnie, gdyby przyszło mu funkcjonować w innych realiach. Myślę, że pierwsze wpływa na drugie, a drugie wypływa z pierwszego. Czyli, że tworzę literackie wszechświaty kompletne, w których poszczególne elementy się uzupełniają. Rozpad wspólnotowości i okrojenie egzystencji do zaciskającej się jednostkowości, spowodowane są w dużej mierze postępującą ingerencją świata zewnętrznego; to rodzaj obrony przed cybertotalitaryzmem, opisanym w Liczbach…, budowy schronu, wycofywania się i ostatecznego odcięcia od coraz trudniejszego do akceptacji (a w efekcie do egzystencji) świata zewnętrznego. Próba ochrony prowadząca jednak do tego, że bohater, starając się zachować resztki siebie z przeszłości, nie poddając się koszmarowi degradującego się świata, jest przez niego spychany na margines, popychany ku skrajności. Zwróć uwagę, że jest on „inny”, „wyjątkowy”, nie wiadomo, czy genetycznie, ale nie poddaje się „zarazie”, przez co jest przedmiotem badań czynników rządowych. To dodatkowo powoduje jego dezorientację – stopniowo odnajduje sygnały, że jego życie jest manipulowane, sterowany jest ku jakiemuś punktowi, do którego nie wie, czy chce podążać. A przy tym ta wszechogarniająca, totalitarna władza też się rozpada, degenerują się struktury, systemy wynaturzają, więc jego życie, determinowane przez pociągające za sznurki władze, jest w efekcie przypadkowe; losowo, albo według pogruchotanych algorytmów, jest kierowany w coraz bardziej zdegenerowane miejsca. Jego podmiotowość, i tak charakterologicznie nikła, jest rozbijana przez wszechwładną kontrolę. RK: Paradoksem Twojej książki było dla mnie to, że ta agonia podmiotowości wydaje się nie tyle dramatycznym krzykiem, co cichym, niemal bezgłośnym przemijaniem – coś się kończy, a my jeszcze nie wiemy, czy to jeszcze człowiek, czy już tylko cień jego odbicia. Czy Ty czujesz, że ten rozpad to pewien moment przejściowy, który niesie ze sobą jakąś nadzieję, szansę na nową formę istnienia? A może to raczej punkt bez powrotu, po którym już nic nie będzie takie samo, i musimy pogodzić się z tym, że klasyczne rozumienie człowieczeństwa po prostu przestało obowiązywać? Zależy mi na Twojej szczerości, bo wydaje mi się, że w tej ciszy i pozornej bierności Twojego bohatera kryje się coś bardzo prawdziwego i boleśnie uniwersalnego — coś, co dotyka nas wszystkich, choć nie zawsze mamy odwagę o tym mówić. JM: Świat, a bohater wraz z nim, umierają w ciszy, bez spektakularnych fajerwerków, z trudno rozpoznawalnym początkiem; gotujemy się jak żaba w podgrzewanej wodzie. Bardzo staram się doszukiwać piękna w brzydocie, światła w ciemności, ale jest to coraz trudniejsze. W mojej drugiej powieści Apokalypsis’89 , która może być odczytywana jako preludium do Liczb… , główny bohater nieprzypadkowo nazywa się Uchylny. W niej też jest gwałtowna zmiana, rok 1989, dla przemysłowego miasta w którym dorastał, oznaczająca początek upadku wraz z zamknięciem żywiącej całą społeczność fabryki. On też, „chroniony” podłym alkoholem, w ciszy poddaje się fali historycznych zmian. Książkę zakończyłem sceną, w której miasto, opuszczone przez utrzymujący ją przemysł, zaczyna zarastać roślinnością. Łatwo pociągnąć ten wątek do Liczb…, w których pokazuję, co mogłoby wydarzyć się później. W Liczbach… , jakby nie było „ostatnich”, nie ma nadziei, rozpad bohatera nie przynosi zmiany na dobre, nie wykluje się z tego nowy, wzmocniony osobnik (choć w powieści są przykłady dostosowywania się organizmów do nowych, ekstremalnych warunków). Jednak bohater, nawet nieświadomie próbujący się dopasować do zmian, pozwala się im nieść, a jest to droga ku zgubie, nie odrodzeniu. Chciałem w książce doprowadzić jego, i cały stworzony, a przecież odzwierciedlający nasze czasy, świat do przepaści. I choć zostawiam ich stojących na skraju spopielającego wszystko ognia, osoba czytająca raczej nie powinna mieć złudzeń, jaki będzie koniec. Na bardziej kameralnym poziomie ten rozpad społeczny, jednostkowy, zobrazowałem w Fermie ciał , w której obserwuję społeczność zamkniętego, strzeżonego osiedla, samoograniczającą swoją wolność. Okrawanie wolności, nawet w skali mikro, prowadzi do agonii wspólnotowości, a powolne dostosowywanie się do „nowego ładu”, wprowadzanego przez ochroniarza, dopasowywanie się do absurdalnych zarządzeń, interpretowanych przez niego jako przyczynek do odegrania się na ludziach, którym powiodło się lepiej, powoduje, że życie na osiedlu, zamiast przynosić komfort i poczucie bezpieczeństwa, staje się nie do zniesienia. Ci ludzie, mieszkający obok siebie, w jednym bloku, nic o sobie nie wiedzą, nie potrafią się zjednoczyć przeciw niebezpieczeństwu, każdy z nich tak jest skupiony na egzystencji we własnym „piekle”, że nie zauważa zagarniającego ich „piekła” zewnętrznego. RK: Wiesz, w kontekście tego co mówisz, myślę o tym słynnym zdaniu Sartre’a — „Piekło to inni”. Dziś brzmi ono dla mnie zbyt prosto, wręcz zbyt łagodnie wobec tego, co obserwuję wokół siebie. Wydaje mi się, że świat, który stworzyliśmy, wymyślił jego nową wersję — mniej spektakularną, bardziej przewlekłą, ukrytą w gęstwinie cyfrowych ekranów, pozornej wspólnoty i stałego połączenia, które tak naprawdę pozostawia nas jeszcze bardziej samotnymi. Czy w Twojej książce, w tym dzienniku izolacji, nie zarysowujesz właśnie tej nowej formy piekła — świata, gdzie ludzie są wszędzie, ale tak naprawdę nikt nie jest naprawdę obok? Gdzie jesteśmy wciąż „połączeni”, ale to połączenie jest powierzchowne, puste, pozbawione głębi i autentyczności? JM: Piekło to my. Inni to przystawki. Dlatego jesteśmy wolni w zakresie, który sami sobie wywalczymy; w głowie. Dla jednych więc to, o czym mówisz będzie piekłem, dla innych wybawieniem. Zauważ, że narrator prowadzący dziennik w Liczbach… nie odosobnił sam siebie, a został odosobniony, tak jak my w czasie pandemii i lockdownów. A mimo to, w tej osobności odnalazł rodzaj wsobności, który go paradoksalnie czynił wolnym. Ale nie on podjął próbę, została mu ona narzucona. W świecie wszechogarniającej kontroli, monetyzacji naszej obecności, kwestia wolności została bardzo zsubiektywizowana, ograniczona do osobniczego odczuwania, można więc czuć się wolnym, zniewalając się coraz bardziej poprzez odcięcie się od świata realnego, a poddając zniewoleniu np. cyfrowemu. Mówisz - spotkanie z innym? Skoro piekło to my, spotkanie z innym będzie spotkaniem z piekłem, które każdy nosi w sobie; gotowy przepis na sparzenie się. Bohater mojej powieści Góra miłości , składając w trakcie rozwoju narracji rozsypane strzępki dotychczasowego życia, orientuje się, że nic nie wie o swojej żonie, z którą mieszkał naście lat pod jednym dachem. Pozorna bliskość, a tak naprawdę lodowata nieobecność, funkcjonują w realnym życiu, nie trzeba do tego odhumanizowanej cyberprzestrzeni. W wypadku bohaterki Góry miłości jej izolacja, budowanie wokół siebie alternatywnego świata, do którego mąż nie ma dostępu, było próbą uwolnienia się od związku, w który nigdy nie powinna wchodzić. A wracając do kwestii piekła zerojedynkowego, może gdy w wirtualnym świecie pozostanie nam już tylko kontakt ze sztuczną inteligencją, gdy nie będziemy w stanie odróżnić, czy po drugiej stronie jest człowiek, czy AI, albo gdy AI wyruguje nas z sieci, egzystując sama ze sobą, wrócimy do realu? Zapragniemy rozmowy z kimś żywym, poznania jego wewnętrznego piekiełka, którego nie pokazywał w sieci? Może wtedy, gdy nie będziemy mieli już innej możliwości, te piekiełka przygasną? RK: Jak myślisz, co to robi z nas, z naszej tożsamości, z naszego poczucia sensu i przynależności? Czy ta cyfrowa i emocjonalna pustka nie jest czasem nowym wymiarem egzystencjalnego cierpienia? Zastanawiam się często, czy w tym nowym „piekle” nie tracimy czegoś, co było kiedyś esencją bycia człowiekiem? Wiesz, tym czymś jest spotkanie, prawdziwy dialog, wzajemne zrozumienie. JM: Skoro izolacja to wolność, to może samoizolacja to wolność absolutna? Wszystko jest kwestią samoświadomości i samouświadomienia, jeżeli przyjmiemy, że cyfrowy świat jest światem pustym, nie znajdziemy w nim nic, poza cierpieniem związanym z obcowaniem z niczym; możemy jednak założyć, że jest w nim coś, co daje nam poczucie obecności kogoś innego. Esencją bycia człowiekiem niekoniecznie jest spotkanie, może nim być samotność. Przyjęliśmy nienaruszalność stwierdzenia, że człowiek to istota społeczna, jednak w nowych, cyfrowych czasach, gdy przestrzeń wirtualną powoli wypełnia sztuczna inteligencja i jej wytwory, okazuje się, że istotą człowieczeństwa może być aspołeczność, choćby w wymiarze cyfrowym. Zgodziłbym się też z Tobą – odrzucenie pozornej wspólnotowości cyfrowej może być powrotem do poczucia przynależności do wspólnoty tej realnej, mniejszej, lokalnej. Ale zobacz, my kontaktujemy się cyfrowo, nasza znajomość jest też cyfrowa, poznaliśmy się w sieci, dzięki naszej twórczości, co dało efekt zgoła nie cyfrowy, czyli tę rozmowę, która znajdzie się w książce (papierowej). Wszystko jest kwestią świadomości i tego, w jakim celu korzystamy z sieciowego połączenia z innymi. RK: Jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spokoju po lekturze Liczb… - czy w takim świecie w ogóle jest miejsce na prawdziwą samotność — taką, która nie jest karą, ale wyborem, próbą spotkania się ze sobą w najgłębszym wymiarze? Czy ta cyfrowa obecność nie odbiera nam nawet tej ostatniej przestrzeni ciszy i autentyczności? Twoja książka pokazuje to jakby od środka — izolację, która jest i ucieczką, i schronieniem, ale też świadectwem tego, że dotarliśmy do granicy, gdzie relacje społeczne już nie są fundamentem, lecz ciężarem. Jak Ty to widzisz? Czy uważasz, że jesteśmy już skazani na to nowe, cyfrowe piekło, czy wciąż jest gdzieś w nas iskra nadziei, możliwość odrodzenia, spotkania prawdziwego „innego”? JM: Dwie kwestie – izolacja może być odcięciem się od świata cyfrowego, ale świat cyfrowy może też posłużyć do odcięcia się od świata realnego, zewnętrznego, od innych. Świat cyfrowy może więc być zarówno (albo dla jednych) wybawieniem albo piekłem. Jedni będą szukali w nim czegoś, czego nie ma w realu, inni, nie zdając sobie z tego sprawy, będą w nim znajdowali zniewolenie. Nie wiem, od czego zależy, co kto znajduje. Ale mam wrażenie, że nie jesteśmy w tym, po co sięgamy, do końca wolni, choć czasem tak nam się zdaje. Nawet to, że świadomie oddzielamy się od świata zewnętrznego za pomocą mediów społecznościowych nie zawsze jest podyktowane naszym wyborem, choć tak myślimy. Może siedząc na socialach, zapodając sobie w ten sposób namiastkę kontaktu, którego w realu nie pragniemy, a który w tak okrojonej formie jest tym, czego szukamy, wcale nie robimy, tego co chcemy? A to, o czym mówisz możliwe jest chyba po całkowitym zrezygnowaniu z obecności w sieci, albo dzięki świadomemu budowaniu samotności w odcięciu od wirtualnych kontaktów. Coraz częściej spotykam osoby, które rezygnują z social mediów, sam wielokrotnie byłem tego bliski, jednak w moim przypadku wciąż są one konieczne do promocji, zaistnienia mojej twórczości. Póki co, nie mogę sobie na to pozwolić. A wszystko i tak sprowadza się do tego, czy ktoś lubi kontakt z ludźmi, czy nie, czy jest mu on niezbędny do funkcjonowania, czy niekoniecznie. Reszta jest wyborem narzędzi służących jednemu albo drugiemu, zwiększaniu swojej aktywności społecznej lub jej ograniczaniu. RK: To, co mówisz o tej niejednoznaczności samotności i o tym, że często mylimy wybór z iluzją wolności, jest dla mnie niezwykle poruszające. Zastanawiam się jednak nad czymś jeszcze — czy to możliwe, że właśnie w tej pozornej utracie wolności, w tym „uwięzieniu” w świecie cyfrowym, może kryć się jakieś nieoczekiwane źródło prawdy o nas samych? Czy nie jest tak, że ten przymusowy kontakt z własnym odbiciem — filtrowanym przez algorytmy, ekran, samotność — staje się dla współczesnego człowieka formą nowego poznania siebie, nawet jeśli jest to poznanie bolesne, rozczarowujące, na granicy nicości? Myślisz, że w tym sensie cyfrowe „piekło” może być też – paradoksalnie – drogą do duchowego przebudzenia? JM: Przeglądamy się w lustrze algorytmów, w tym co nam podsuwają, na podstawie naszej ostatniej aktywności w sieci. Czy widzimy w tym siebie? Obawiam się, że może być to niezbyt miły widok. Ale podchodzę do tego z dystansem, może to być fałszywy obraz, algorytmy nie biorą pod uwagę naszej kondycji w danym dniu, momencie, tylko z automatu przyporządkowują nowe treści do ostatnio przez nas wykorzystywanych. A to może być nie tylko niemiarodajne, ale i niebezpieczne, zobaczyć siebie odbitego w lustrze swojej aktywności z momentu, gdy mieliśmy na przykład maksymalnego doła, albo gdy akurat szukaliśmy w sieci treści do pracy czy robiliśmy research do nowej książki. Dlatego najczęściej są to krzywe lustra. Zdarza się, że algorytmy podsuwają mi treści z przeciwnego bieguna moich zainteresowań; treści, z którymi nie mam nic wspólnego. Co to mówi o mnie? Chyba tylko coś na zasadzie negatywu. Jeżeli już, to przeglądamy się w gabinecie krzywych luster w koszmarnym lunaparku. W Klekocie tysięcy patyków jest fragment, w którym opisuję to wielokrotne przetworzenie jako rodzaj oderwania się, ale od prawdy o sobie, możliwie największe jej oddalenie od siebie w kłębowisku odbić, które finalnie dają obraz siebie w oczach innych tak odległy od źródła, że uwalniający. Uważam, że cyfrowe „piekło” pozostaje „piekłem” zafałszowującym rzeczywistość, lub tworzącym jej alternatywne wersje, i powtórzę – dla mnie jest ważne, żeby narzędzie pozostało narzędziem, nie dawało ułudę samopoznania. Nie tam szukajmy prawdy o sobie, bo obawiam się, że znajdziemy to, co w nas najgorsze. RK: Wiesz, kiedy mówisz o tym „gabinecie krzywych luster” i o tym, że algorytmy podsuwają nam zniekształcone wersje samych siebie, myślę sobie, że to przecież nie dotyczy wyłącznie świata cyfrowego. Pisanie — szczególnie tak osobiste, jak Twoje — też jest pewnym rodzajem lustra. Wkładasz w tekst cząstkę siebie, swoje lęki, wspomnienia, przeczucia, a potem oddajesz to w ręce innych, którzy zaczynają to czytać po swojemu. I nagle okazuje się, że odbicie, które do Ciebie wraca, nie zawsze jest tym, które zamierzałeś pokazać. Czasem czytelnik widzi w Twojej książce coś, co Ty sam ledwo przeczuwasz — albo coś, czego wcale nie chciałeś ujawniać. Zdarza się, że interpretacje, recenzje, rozmowy, stają się właśnie tymi lustrami, które deformują obraz, ale jednocześnie — paradoksalnie — potrafią też coś odsłonić, zmusić do spojrzenia głębiej, nawet jeśli to boli. Zastanawiam się, jak Ty to przeżywasz. Czy zdarzyło Ci się, że ktoś, czytając Twoje książki, dotknął jakiegoś miejsca w Tobie, którego sam nie byłeś świadomy? Czy odbiór Twojej twórczości bywa dla Ciebie rodzajem konfrontacji z własnym cieniem — z tą częścią siebie, którą wolałbyś zostawić poza tekstem? Bo mam wrażenie, że Twoje pisanie to nie tylko budowanie światów, ale też nieustanne wystawianie siebie na próbę — coś pomiędzy spowiedzią a autoportretem, który zaczyna żyć własnym życiem. Wybacz, że o to pytam, ale czuję, że w tym zderzeniu między intymnym pisaniem a publicznym odbiorem kryje się rodzaj duchowego napięcia — jakby każde Twoje słowo, oddane światu, stawało się częścią tego „lunaparku odbić”, o którym wspomniałeś. JM: Dotknąłeś dwóch bardzo ważnych kwestii. Pisania jako epatowania sobą oraz odbioru tego, co zostało napisane. Przede wszystkim wychodzę z założenia, że moment kiedy myśli przechodzą w słowa spisane jest granicą, gdy kończy się to, co osobiste. Wielokrotnie to podkreślałem, i zrobię to ponownie – nie odbieram mojego pisania jako osobistego, nie mam potrzeby uzewnętrzniania się w ten sposób, załatwiania jakichś „swoich” spraw, rozliczania się; więcej, postrzegam tę osobę, podmiot, byt, świadomość, myśl, nie wiem jak to dokładnie nazwać, który podsunął mi, to co przelewam na papier (czy strony komputerowe) jako kogoś (coś) oderwanego ode mnie, o wiele zdolniejszego, posiadającego umiejętności, może nawet coś w rodzaju talentu, których ja nie posiadam. Pisanie, tworzenie jest czymś poza mną, to rodzaj oblekania czegoś nierzeczywistego w formę odpowiednią do odbioru przez świat zewnętrzny, w tym wypadku czytelników i czytelniczki. Przy czym, żeby była jasność, mówię o rodzaju reakcji z pogranicza psychofizycznego, nie duchowego, bo mam wrażenie, że w takim kierunku prowadzą mnie Twoje pytania. Chyba cię rozczaruję; mam głębokie przekonanie, że w momencie, gdy piszę, uaktywniają się po prostu obszary mózgu, które w pozostałym czasie są nieaktywne, a o których nie miałem do tej pory pojęcia. Są to momenty, gdy na przykład zaczynam pisać zdanie i wiem, jak będzie wyglądał cały akapit. Nie zdarzają się często, albo przynajmniej ja ich nie wyłapuję, nie jestem ich świadom. Dlatego to, co napisałem, a co zostało potem wydane, a więc wcześniej wielokrotnie zredagowane, jest na tyle odległe od moich osobistych przeżyć, że nie mam problemu z tym, że odkrywam się za bardzo. Nie zależy mi na tym, moim zadaniem jest przekazanie w odpowiedniej formie myśli, przeżyć, wspomnień, co prawda moich, ale przefiltrowanych i przetransponowanym dla odbiorców zewnętrznych. W Klekocie…, odbieranym jako moja najbardziej osobista książka, dekonstruuję gatunek autofikcji, piszę o książce, która nie została napisana, o niemożności przedstawienia historycznej prawdy zgubionej w gąszczu wspomnień, narrator przyznaje się do porażki, do niewykonalności spisania tego, co doznaje, na papier. A jednocześnie podstawę, bazę dla powieści stanowią moje przeżycia. Bardzo ciekawe było skonfrontowanie się z czytelnikami z mojego rodzinnego miasta, którego topografię sportretowałem jeden do jednego, więcej, zamieściłem w książce zdjęcia miejsc, w których wydarzenia się dzieją. A dyskusja toczyła się wokół tego, co jest prawdą a co fikcją. Dlatego też z jednej strony jestem odporny na krytykę, z drugiej ciekawy tego, jak odbierają to czytelnicy/czytelniczki. Bo, nie ukrywajmy, po to jest to całe pisanie – nie dla mnie, a dla czytelnika. I za każdym razem jestem zaskakiwany tym, jak odczytywane są moje książki. Te spotkania – osobiste, w opiniach, komentarzach - są dla mnie bardzo ważne. Ta rozmowa też, bo w Twoich pytaniach widzę kwestie, które mi umykają lub o których zapominam, a na pewno nie zdaję sobie z nich sprawy, gdy piszę. W moim wypadku tworzenie, czyli pisanie książek, nie jest rodzajem wyrachowanego epatowania ego, ani pisania „pod publikę”, czyli tego, czego może oczekiwać ode mnie rynek. To rodzaj emanacji, reszta to warsztat. RK: Trochę mnie zaskoczyłeś tym, że pisanie nie jest dla Ciebie formą ekshibicjonizmu ani rozliczania się z samym sobą, tylko czymś, co dzieje się poza Tobą. Muszę powiedzieć, że to mi bardzo imponuje, ale z drugiej strony też uderza, jak bardzo ta postawa stoi w kontrze do dzisiejszych oczekiwań wobec autora. I może się trochę narażę tym co powiem, ale wydaje mi się, że tak zwany rynek wydawniczy, ale też sami czytelnicy, coraz częściej zdają się domagać prawdy o autorze, a nie prawdy w literaturze. Chcą wiedzieć, kim jesteś, co przeżyłeś, jak bardzo Twoja książka jest „autentyczna”, jak wiele z Ciebie w niej naprawdę jest. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że powoli przestaje się czytać książki jako dzieła, a zaczyna się czytać ich twórców — z całym tym medialnym szumem, autopromocją i rytuałem obecności w sieci. Nie masz czasem poczucia, że literatura zaczyna w ten sposób tracić swoją autonomię? Że czytelnik coraz rzadziej przychodzi do tekstu po doświadczenie duchowe czy estetyczne, a coraz częściej po rodzaj emocjonalnej konsumpcji — po „życie autora w kawałkach”? I jak Ty, jako ktoś, kto wyraźnie oddziela proces pisania od własnej biografii, odnosisz się do tej rzeczywistości, w której książka coraz częściej staje się raczej towarem z „ludzką twarzą” niż dziełem, które ma żyć samo, niezależnie od swojego twórcy? JM: No cóż, pewnie dlatego z moim podejściem do pisania jestem tu, gdzie jestem, czyli wciąż gdzieś na peryferiach, żeby nie powiedzieć w piwnicach mainstreamu ha, ha, ha. Masz rację z tym towarem „z ludzką twarzą”, dobre określenie. Widzisz, współczesne narzędzia – Internet, socjale – z jednej strony dają niesamowite możliwości dotarcia do czytelników, z drugiej wymuszają ciągłą obecność, autopromocję, co dla osób np. takich jak ja, czyli niekoniecznie społecznie rozbudzonych, jest mordęgą. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie będąc na tym wirtualnym świeczniku, praktycznie bym nie istniał jako autor. Pamiętam jeszcze czasy wczesnego Internetu, ale przedsocialowe, gdy nie docierały do mnie informacje o odbiorze moich książek, poza skąpymi kserówkami recenzji przesyłanymi przez wydawnictwo. Jako pisarz wtedy medialnie nie istniałem. W pewnym momencie zmusiłem się do założenia kont na FB i Instagramie, co z jednej strony mocno wpłynęło na rozpoznawalność i zainteresowanie książkami, z drugiej nadal jest źródłem dyskomfortu, tak jak mówiłem wcześniej, nie ma we mnie potrzeby upubliczniania. Musiałem się nauczyć ich używać, oczywiście na błędach, bo, nie ukrywajmy, obecność w necie wiąże się z pokusą większego odkrycia się przed „światem”, niż jest to koniecznie. U każdego ta granica leży w innym miejscu. Wydaje mi się, że znalazłem własną. A wracając do pytania. Pisanie to kreacja – świata, bohaterów, tego, jak autor będzie postrzegany przez odbiorców; nawet autobiograficzne czy autofikcyjne teksty są rodzajem prezentacji czy nawet spektaklu, a więc fałszowania rzeczywistości. To „oddzielenie” w ramach jednej osoby, o którym wspominałem, jest po to, by być maksymalnie uczciwym (wobec siebie i czytelników), pisząc bez tego autocenzurowałbym się. Tworząc świat, bohaterów, narrację, a więc kreując ją, jestem w tym wolny, nie mam dyskomfortu związanego z nadmiernym epatowaniem sobą. I pewnie idę w poprzek tego, co jest obecnie modne, czy nawet wymagane przez rynek. Dlatego, wracając do początku odpowiedzi, jestem tu, gdzie jestem ha, ha, ha. A poważniej – chodzi mi o literaturę, nie celebryckie postękiwania; liczy się książka, nie autor. Siadając nad debiutem, a zwłaszcza nad drugą książką, której cały początek wylądował w koszu, założyłem sobie, że jeżeli mam pisać dalej, będzie to pisanie stuprocentowo takie, jak chcę, bez kompromisów (i tego się trzymam, daje mi to maksymalne poczucie wolności, niespotykane w realu). Czułem, że to, co oferuję raczej nie spotka się z masowym odbiorcą, wiedziałem jednak, że jest grupa, która szuka tego, co mogę zaproponować. Do tego też służą mi media społecznościowe – do skupienia wokół siebie grupy osób odczuwających podobnie, szukających podobnych wrażeń, tematów, treści. Nawet jeżeli jest to nisza, to z roku na rok się ona powiększa. Co oczywiście nie zmienia faktu, że wciąż mam wątpliwości, czy droga którą obrałem jest słuszna. A to z kolei powoduje, że coraz częściej skłaniam się ku decyzji, żeby „zwinąć” ten mój pisarski kramik. RK: „Zwinięcie kramiku”?! Nie żartuj... Oczywiście mógłbym potraktować to jako kokieteryjny gest autora, który ma dość literackiego świata, ale myślę sobie, że w tych słowach może nie chodzić o gest rezygnacji, tylko o jakiś moment graniczny — ten, w którym pisarz staje na granicy zwątpienia i musi zdecydować, czy to już koniec, czy może dopiero początek czegoś nowego. To powolne zwątpienie to może być bardzo ważny moment. Przecież wielu pisarzy do takiego momentu dochodziło: od Pessoi po Tokarczuk, od Brodskiego po Becketta. A jednak wrócili. I to właśnie wtedy, po tym okresie pustki i ciszy, stworzyli swoje najczystsze, najbardziej prawdziwe rzeczy. Może więc nie chodzi o to, żeby „rozwinąć” lub „zwinąć” kramik, ale o to, by pozwolić mu zamilknąć na chwilę — żeby sprawdzić, co się wtedy pojawi. Bo może dopiero tam, w tej przerwie między jednym zdaniem a drugim, w tej ciszy, zrodzi się coś, co nie jest już literaturą dla rynku, dla czytelników, nawet nie dla samego autora — ale dla samego istnienia, jakkolwiek górnolotnie to brzmi. Pomyśl: może to „zwinięcie” nie musi oznaczać rezygnacji, tylko przemianę. Może to rodzaj przejścia, oczyszczenia, którego potrzebuje każdy twórca, żeby wrócić do źródła. Dlatego chciałbym Cię zapytać bardzo wprost — i trochę intymnie: kiedy mówisz, że chciałbyś zwinąć ten kramik, to czy naprawdę chcesz przestać pisać, czy raczej chciałbyś zamilknąć na jakiś czas, żeby odzyskać sens? I czy nie masz wrażenia, że właśnie to milczenie, ta niezgoda na literacki hałas, może być Twoim prawdziwym punktem wyjścia — początkiem nowego języka, który dopiero może się w Tobie zrodzić? Myślałeś o tym kiedyś w ten sposób? Wybacz… może nie powinienem pytać, aż tak wprost i intymnie, ale sam mnie sprowokowałeś tym Twoim pomysłem z „kramikiem”. JM: To raczej rozczarowanie literackim rynkiem, nie samym pisaniem. Męczy mnie rozdźwięk, między odbiorem moich książek, tym, jaki feedback otrzymuję od czytelników/czek, z recenzji i opinii, które są w większości pozytywne, a zainteresowaniem, albo jego brakiem ze strony rynku wydawniczego. Wiesz, można latami walić głową w mur z nadzieją na jego rozbicie, ale w końcu ta głowa cię rozboli, delikatnie mówiąc. Wpływa na to też patologiczne skonstruowanie samego rynku książki, zaczynając od tego, że autor jest na samym spodzie drabinki wydawniczej, po dominację dystrybutorów, upadające księgarnie kameralne, sieciowe rabaty, minimalne kwoty za wypożyczenia i realia tego, co skapuje autorom, a kończąc na kwestiach sztucznej inteligencji i piractwa. O braku jakichkolwiek ubezpieczeń czy zabezpieczeń emerytalnych nie wspominając. Tematy te podnosimy na forum Unii Literackiej, do której należę i coś się ostatnio rusza w obszarze legislacji, ale to na inną dyskusję. Póki co piszę, a „kramik” mam ochotę zwinąć po wydaniu każdej nowej książki. RK : Wiesz, kiedy opowiadasz o tym „waleniu głową w mur”, to trudno nie myśleć o tym, że ten mur nie stoi od wczoraj. Cała polska machina wydawnicza — od 1989 roku, od momentu wejścia w logikę wolnego rynku — była budowana na dość prostej zasadzie: literatura jest towarem, a autor kosztownym dodatkiem. Co prawda w latach 90. wierzono jeszcze, że rynek „sam wszystko wyreguluje”. W praktyce jednak wyregulował jedynie to, że księgarnie kameralne zaczęły znikać szybciej niż w jakimkolwiek innym kraju Europy; że hurtownie i dystrybutorzy przejęli absolutną kontrolę nad obiegiem książki; że autor stał się ostatnim ogniwem finansowego łańcucha — dosłownie tym, który dostaje ochłapy; że wydawnictwa (może nie wszystkie) zaczęły w dużej mierze myśleć o „produkcie książkowym”, nie o literaturze. A co gorsza — czytelnik przez lata był wychowywany nie do uważnego czytania, ale do szybkiej konsumpcji. Ale masz zupełną rację, że te tematy nadają się na „inną dyskusję”. Tymczasem należy się cieszyć tym, że coś się powoli zmienia. Jarku, wróćmy jeszcze na koniec do Twojej książki, a właściwie do pytania o sens opowiadania świata i siebie, o to, czy literatura potrafi jeszcze unieść nasze doświadczenia, czy tylko pomaga je uporządkować. Jak myślisz – ostatecznie bardziej piszemy po to, żeby zrozumieć życie, czy po to, żeby choć na chwilę je unieść? A… byłbym zapomniał: gratuluję z całego serca nominacji twojego Klekotu tysięcy patyków do IX edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia… Mam nadzieję, że po tej nominacji przeszła Ci chęć „zwijania kramiku”. Przynajmniej na razie... JM: I to, i to, a tak naprawdę jeszcze po coś innego; każdy pisze z innego powodu; ja zapewne po to, by jakby to górnolotnie nie brzmiało, przetrawić siebie i świat. Wciąż jednak wyznaję zasadę, którą przyjąłem od pierwszej książki, że ostatecznie piszę dla czytelnika, czytelniczki. Uważam, że załatwiać coś swojego za pomocą pisania i oferować to potem czytelnikom z oczekiwaniem poklasku jest nie fair. Oczywiście, zdaję sobie jednocześnie sprawę, że moje pisanie nie jest typem literatury użytkowej (choć niektórzy znajdują w niej sposób na spędzenie czasu), nie chcę jednak, by była to twórczość hermetyczna, dla wąskiego grona „znawców”. Stąd na przykład przetworzone elementy literatury gatunkowej, jak dystopia w Liczbach ostatnich czy horror w Górze miłości. Piszę po to, by czytelnik z niecierpliwością (mam nadzieję) przewracał strony książki (lub czytnika), z ciekawością co będzie dalej, jak książka (nie tylko fabuła) się rozwinie, co spotka go w kolejnych odsłonach, tak jak ja robiłem to kiedyś i wciąż robię, mimo lat spędzonych nad setkami przeczytanych lektur. A zapewne i trochę po to, aby od czegoś uciec; wiesz, tworząc świat literacki, nawet reportażowo odwzorowujący ten realny (jak w Klekocie tysięcy patyków topograficznie i fotograficznie odtworzyłem rodzinne Pionki), tworzysz coś, w czym możesz się zagubić; nawet jeżeli są to światy niezbyt „pocztówkowe”, jak w moim wypadku, lubię w nich przebywać (dopóki piszę). Proces tworzenia jest sensem sam w sobie, jest paliwem, jest zarówno składowymi jak i produktem, tworzysz coś z niczego, nadajesz temu kształt i oddajesz innym do użytkowania; i wykorzystujesz do tego jedynie własne umiejętności (czy namiastkę talentu); tu jest chyba sens całej tej zabawy. Tak więc widzisz, powodów pisania jest od groma, a i tak pewnie oprócz wymienionych znalazłbym kolejne. Kiedyś powiedziałem przy jakiejś okazji, że pisanie to walka z całym światem, i ze sobą na dodatek. Dopóki przynosi mi to satysfakcję (w jakimkolwiek wymiarze), pewnie będę to robił. Może tylko dla siebie. I dziękuję za gratulacje. RK: Bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę. Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Jest autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online .
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (24)
Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna obliczeniowa statystyka emocji? Zamykam oczy i słucham siebie, ale to nie jest mój głos. A przynajmniej – nie tylko mój. To audio-artystyczna refleksja nad granicą między „ja” a „kodem”. W tym eksperymentalnym eseju dźwiękowym łączę mój naturalny głos z jego syntetycznym odbiciem stworzonym przez Suno AI . To, co słyszycie, to „Dźwiękowa dolina niesamowitości” – moment, w którym technologia tak bardzo przypomina człowieka, że zaczynam odczuwać instynktowny lęk przed jakąś „podróbką duszy”. Staję przed cyfrowym lustrem z kodu i pytam: gdzie kończy się intencja, a zaczyna obliczeniowa perfekcja? Moja post-ludzka autentyczność to zgoda na to, że prawda jutra będzie mieszkać w szczelinach między mną a moim cyfrowym cieniem. To uważność na to, co niepoliczalne. Jak zauważa Rosie Braidotti w książce Po człowieku (The Posthuman) : Głos, przeniesiony w sferę cyfrową, staje się częścią szerszego asemblażu , w którym to, co ludzkie, i to, co technologiczne, współtworzy nową jakość obecności. Nie uciekam przed erą eksperymentu. Po prostu w niej jestem. Jestem głosem. I Ty jesteś głosem. Spotkajmy się gdzieś… pomiędzy. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok .
- Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (24)
Dzień 126. Za Krzemieńczuk (30 czerwca 2022) Często klient przychodzi do mnie zapytać o te kamerke, te o, co tam na półce stoi. Jako psycholog z wykształcenia, sprzedawca bez zamiłowania, ale też człowiek starający się żyć i pracować uczciwie - nabieram wtedy powietrza w płuca i wyjaśniam, że to czy ta kamerka stoi na tej półce i wygląda tak samo jak ta, co ją klient widział na allegro - nie ma znaczenia. Liczy się to, co w obudowie i tu zaczynają się schody - różne typy matryc, sposobu transmisji danych, różne rozdzielczości, światło obiektywu, różna ogniskowa, metoda regulacji, korekcji, rozpoznawania obiektów, doświetlenie w ciemności. I zadaję po tej tyradce szybko pytanie-klucz – to do czego Pan, Pani tej kamery potrzebuje? I zazwyczaj dostaję podobną odpowiedź, a Panie żebym ja tak mniej więcej widział co się dzieje. Wtedy wiem, że może chodzić o kamerę analogową wysokiej rozdzielczości, że można wybrać sprzęt bez specjalnie wyśrubowanych parametrów. Bo tak, żeby ogólnie coś widzieć co się dzieje nic szczególnego nie jest potrzebne, a zatem po co przepłacać? Zdaje się, że właśnie takie kamery, zapewne kupione w przetargu, gdzie decydującym czynnikiem była cena zainstalowano na niewielkim skwerze, ze stawem po środku na tyłach centrum handlowego w Krzemieńczuku. Na ich nagraniach widać zarysy ludzkich sylwetek, nie dałoby się rozpoznać twarzy. Kto wie, może to nawet nie są kamery technologii Turbo HD, może to jakieś muzealne egzemplarze w których rozdzielczość mierzyło się w setkach tzw. linii telewizyjnych a nie megapikselach? Facet biegnie, obok idzie kobieta, w pierwszej chwili myślisz, że idą razem ona w sukience i tenisówkach, on na sportowo, chyba trzyma butelkę. Te tenisówki mnie zmyliły, oboje mają białe tenisówki. Wiadomo kiedy następuje eksplozja, ten moment widać w oku kamery pośrednio, poprzez zachwianie pola widzenia i nagły deszcz latających części w powietrzu, pewnie blacha z dachu centrum, ostra jak brzytwa, w strzępach. I tych dwoje w sekundę rozdziela swoje ścieżki. Facet w panice skacze przez barierkę do stawu, a dziewczyna biegnie z całych sił alejką byle dalej od miejsca eksplozji. Na innym ujęciu starszy, łysiejący mężczyzna trzyma pod pachy chłopca, na oko kilkuletniego. Ma niemodne spodnie w kant i biegnie kilkanaście metrów, odwraca się w stronę nieba, musiał zobaczyć coś niepokojącego, sprawdza czy dobrze biegnie, czy wystarczy tyle i wtedy następuje eksplozja. Mężczyzna wciąga chłopca za grube drzewo na pierwszym planie, odłamki przelatują naokoło nich, od stawu biegnie kobieta z dwójką dzieci. Wojskowi mówią, że jeżeli słyszysz pocisk koło ucha, to możesz być pewien, że to już nie dla ciebie, bo pocisk leci szybciej od dźwięku, zatem kiedy to będzie ten twój – nie zdążysz go usłyszeć. Ale czy tak samo jest z pociskiem rakietowym? Bombą? Babcia Jadzia mówiła, że kiedy leżała na trawie pierwszego dnia wojny i patrzyła w niebo na niemieckie samoloty zrzucające bomby na stację kolejową w Łapach, to wydawało jej się, że każda bomba leci na nią. Mówiła, że nie widziała sensu się kryć, uciekać, leżała na trawie przed domem, patrzyła w niebo i była przekonana, że zginie. Chociaż żyć się chce, wiadomo. Nic nie poradzę, że kiedy widzę tego mężczyznę, to niemal fizycznie czuję pod pachą ciężar mojego synka, który waży już ponad dwadzieścia kilo. Wyobraźnia uruchamia serie obrazów, które próbują mnie samemu opowiedzieć to, co jest nie do opowiedzenia. Kolejne ujęcie z kamery CCTV - nastolatek, albo nastolatka – natychmiast po wybuchu pada na trawę, jakby jego, ją szkolono, nogami w stronę eksplozji. Kolejne ujęcie i kolejne. Była godzina 15:51, 27 czerwca 2022 roku. Minęło półtorej doby, wiadomo już że zginęło co najmniej 20 osób. Wiadomo, że w centrum handlowe uderzyły dwa pociski typu Ch-22. To te wyskrobki z rosyjskich magazynów, skonstruowane po to, żeby przenieść taktyczną głowicę jądrową w centrum grupy bojowej amerykańskiego lotniskowca i zniszczyć wszystko. Do tego nie wymagano wielkiej celności. W centrum handlowe w Krzemieńczuku uderzyły dwa takie pociski, z głowicami wypełnionymi zwykłym ładunkiem wybuchowym. Dlatego ludzie widoczni na nagraniach z kamer przeżyli. Ale nie można mówić o przypadku. Na jednym z ostatnich ujęć widać przez ułamek sekundy pocisk Ch-22, widać że ma pochylony nos, leci w płaskim nurkowaniu, dokładnie w budynek. Mówi się, że to zemsta za celne ostrzały licznych składów amunicji i sprzętu na zapleczu frontu w Donbasie, mówi się, że to swoista przygrywka do szczytu NATO, do spotkania grupy G-7, chociaż konia z rzędem temu, kto powie jaki w takim razie za tym stoi wyrafinowany komunikat i jaka nadzieja na jego skuteczność? Czy ktoś umie przetłumaczyć trafienie dwoma pociskami manewrującymi nie w baterię haubic, nie w miejsce postoju sztabu, nie w kolumnę czołgów, skład amunicji, ale w pawilon handlowy przy miejskim stawie? Jak to przełożyć na ludzki? „Będę zabijał wasze dzieci, kobiety i starców, jeżeli nie zaprzestaniecie oporu”? „Nie umiem bić się z tobą na pięści, to pobiję twoją córkę, matkę, babcię, dziadka”? Latem 1995 roku wojna na terenach byłej Jugosławii trwała już trzeci rok. Miałem 21 lat, studiowałem psychologię w Krakowie, zaczynałem pisać wiersze. Widziałem w telewizji, słyszałem w radio, czytałem w gazetach o kolejnych miastach – Vukovar, Sarajewo, Tuzla, Srebrenica. To już było po tym kiedy serbski pocisk moździerzowy trafił w osłonięte ze wszystkich stron podwórko w oblężonym Sarajewie i pozabijał dzieci na placu zabaw. Dzieci było zaledwie kilkoro, nie umiem teraz znaleźć daty dziennej tego zdarzenia. Pisał o tym Konstanty Gebert, że ktoś musiał nieźle pomyśleć, bo trafić dokładnie w środek podwórka osłoniętego ze wszystkich stron budynkami – nie było tak łatwo. Serbowie nie mieli dronów, laserowo korygowanej amunicji, to był zwykły pocisk moździerzowy, mina jak to się mówiło w czasie pierwszej wojny światowej. Wiadomo było, że to jedno z nielicznych podwórek, które rodzice uznawali za względnie bezpieczne. Tam dzieci z piwnic mogły chwilę się pobawić, nabrać rumieńców na huśtawce. Od strony rzemiosła artyleryjskiego – strzał był bardzo dobry. W sam środek placu zabaw. Ale zdumiona i zmęczona Europa, przekonana, że zawsze trzeba rozmawiać świeżo co łyknęła zdjęcia holenderskich żołnierzy opuszczających bez wystrzału posterunki wokół Srebrenicy (tak, wtedy przestałem być pacyfistą o ile kiedykolwiek byłem). Ale musiało się wydarzyć coś jeszcze. I 28 sierpnia 1995 roku pięć moździerzowych pocisków trafiło w targowisko Markale w Sarajewie. To nie był pierwszy raz. Markale było ostrzeliwane wiele razy, ale tym razem cztery z pięciu pocisków eksplodowały i zabiły naraz 37 osób. Po tej masakrze ruszyła operacja „Deliberate Force”, na pewno przygotowywana wiele miesięcy wcześniej jako coraz bardziej prawdopodobna opcja. Jedno drugiego nie wyklucza. Masakra na Markale była ta słomką, której już wielbłąd nie chciał unieść. Masakra kilkorga dzieci na placu zabaw wiele miesięcy wcześniej takim niedającym się unieść ciężarem nie była, podobnie jak masakra w Srebrenicy. Dlaczego? Jakie warunki muszą być spełnione by tak zwana społeczność międzynarodowa powiedziała no pasaran? Dlaczego zbrodniarzom takim jak Asad ta sama społeczność pozwala na przekraczanie czerwonych linii a innym jednak mówi stop? Nie wiem tego, ale na moje wyczucie – nie sądzę by masakra w Krzemieńczuku była zwrotem akcji, tak samo jak rzeź na dworcu w Kramatorsku także nie zmieniła biegu tej wojny. Chociaż mogę się mylić. Gdybym wiedział więcej, może byłbym prorokiem, a nie psychologiem sprzedającym kamery w hurtowni na wrocławskim Nadodrzu, pytającym przez wszystkie lata opatrzności bożej po kiego grzyba mnie wepchnęła w te dziwną rolę. Dzisiaj jest 30 czerwca 2022 roku. Trochę już chyba rozumiem zamiary opatrzności, która bywa zwykłą opacznością. Jestem w hurtowni kamer i dzięki temu tu i tam mogę coś załatwić w ramach społecznej logistyki dla braci odpierających hordy orków. Niewiele tego i często z rozczarowującymi wynikami, ale coś to jest coś a nie nic. Zdanie, którego sens odmieniam od wielu miesięcy. Muszę to robić, by trwać i nie oszaleć. Robienie rzeczy – leczy. Na przykład głowę. Tymczasem – Mówi się, że wojna może trwać długo, dużo dłużej niż ktokolwiek sądził. I to bez wyraźnych markerów tego kto wygrywa, kto przegrywa. Tak to jest na wojnie. Dopóki się nie skończy nie jest łatwo ocenić. A fortuna bywa przewrotna. Manewry stron bywają niejasne, nawet w dobie internetu i rejestrujących wszystko kamer monitoringu. Nie jestem naiwny, by sądzić, że masakra w Krzemieńczuku zmieniła gwałtownie przebieg wydarzeń, chociaż na pewno genialny strateg z kremla przypomniał wszystkim wątpiącym – z kim się ma do czynienia. Ale może wszystkim to czytającym, Wam, przypomni się jeszcze raz, tak jak i mnie - o co się toczy ta wojna, na której jesteśmy. Jesteśmy na razie przez litery, klawiatury, ekrany – prawda - ale jesteśmy na niej. Dzień 131. Ważne aby się potem odbić (1 lipca 2022) Zatem wycofali się z Siewierdoniecka, "kieszeni" Zołote, Hirśke, a potem z Lisiczańska. Na mapach nie wyglądało to dobrze. Wyglądało to tak, jakby mordor otoczył z trzech stron, a potem nie domknął okrążenia, żeby wypchnąć w ten jedyny korytarz ludzi i sprzęt i zmasakrować ich artylerią i lotnictwem. Na razie jednak nie było widać w mediach rosyjskich zbyt wielu zdjęć kolumn jeńców, parków zdobytego sprzętu, wraków na pobojowiskach. To nie znaczy że ich nie ma, to znaczy że nie wypłynęły materiały tego typu. Gdyby tego sprzętu było dużo, gdyby tych jeńców było wielu - to by były materiały, dużo materiałów. Bo strona wygrywająca na pewno by się chciała chwalić. Po czterech miesiącach walk putlerowcy zajęli obszar mniej więcej wielkości 1-2 tysięcy kilometrów kwadratowych. Przed nimi, o ile będą szli tą drogą - kolejne dwie- trzy linie obronne z Kramatorskiem i Sławiańskiem na końcu. Rzecz jednak nie w tym ile kilometrów się przepchnęli putlerowcy w krwawych łaźniach naprzód, ale jakie efekte osiągnęli. Napoleon mawiał, że jego przeciwnicy widza na mapach mnóstwo rzeczy - punkty orientacyjne, ważne punkty terenowe, rubieże, węzły komunikacyjne, ośrodki miejskie. Ja - mówił - widzę tylko wojska przeciwnika i dążę do tego by je zniszczyć. Odwołując się do tego zdania Napoleona, można powiedzieć, że armia chanatu moskiewskiego zajęła trochę punktów terenowych, dwa miasta, drogę i kilka skrzyżowań oraz miejsc po wsiach, z których niewiele zostało, ale co do wojsk przeciwnika, to się nie udało. Wiele wskazuje na to, że w samym Lisiczańsku została rozbita jedna brygada obrony terytorialnej podczas gdy na łuku donbaskim, w tej okrojonej formie bywało, że walczyło i siedem i osiem ukraińskich brygad. Poniosły straty, ale zachowały zwartość, dalej są brygadami, chociaż wymęczone i skrwawione. Dlaczego to jest ważne, że się mówi, że jakaś jednostka wycofała się ze stratami ale w porządku? Bo jednostka wojskowa to więcej niż suma żołnierzy i sprzętu. To struktura, szkielet i zależności między strukturami, który dopiero wypełnia się ludźmi i sprzętem. Jeżeli brygada wychodzi z walki ze swoimi tyłami, służbami, sztabem, łącznością, sprzętem - można ją uzupełnić, nie trzeba jej tworzyć od nowa. Pobita, ze stratami, ale w zwarta - wróci do życia szybciej niż przeciwnik się spodziewa. Rozbita, pozbawiona spójności i ze stratami w sprzęcie specjalistycznym - często przestaje istnieć i trzeba ją tworzyć od zera. Zebrać ludzi, szkolić, zgrywać oddziały - to już są miesiące ciężkiej roboty. A tych miesięcy można po prostu nie mieć. Odwroty są normalnym składnikiem zmagań i walki. Bitwa Warszawska 1920 roku podjęta była z głębokiego odwrotu, gdzie najpierw trzeba było front osadzić, rozpoznać przeciwnika i zadać mu prawym sierpowym nokautujący niemal cios. Albo Stalingrad - wciąganie Niemców w walki w mieście, które po bombardowaniach i wyjściu na brzeg Wołgi samo w sobie nie miało większego znaczenia operacyjnego. Wciąganie, które trwało tak długo i strawiło takie ilości sił i środków, że kiedy w listopadzie 1942 roku sowieci uderzyli na skrzydła 6 Armii von Paulusa - zastali tam w lwiej części wojska drugiego sortu, niedoposażone właściwie dywizje rumuńskie, włoskie i węgierskie. Zazwyczaj tak jest, że ten kto zajmuje teren wygrywa, ale nic tutaj nie stoi w miejscu, ta walka ciągle trwa i ciągle zmieniają się okoliczności jej prowadzenia. Odwrót bywa elementem obrony, bywa wstępem do kontrataku, kiedy chodzi o to żeby rozciągnąć linie przeciwnika, zmusić go do odsłonięcia skrzydeł, rozproszenia szyku, poluzowania kołnierzyka. Czy ten odwrót to ten moment, kiedy Ukraina się odwinie i zada wrogowi decydujący cios? Prawie na pewno nie. To zbyt płytki manewr z obu stron. Mówimy naprawdę o dosyć wąskim pasie aktywnych działań zbrojnych. Po wyrównaniu linii frontu związanym z wycofaniem się z Lisiczańska to będzie w poprzek, po liniach prostych jakieś 50 może 60 kilometrów. Ten manewr to jeszcze nie obrona manewrowa. To po prostu odejście na kolejną linię obrony. Jak ktoś sprawnie policzył - w tym tempie zajmowanie Ukrainy zajmie Rosji kilka lat i spowoduje starty w wysokości 2 milionów żołnierzy. Ale nie tylko Ukraińcy coś opuścili ostatnio. Po czterech miesiącach okupacji Rosjanie opuścili Wyspę Węży. Podobno czarę goryczy - po licznych łomotach, jakie załodze sprawiało zniszczone już podobno w 150% ukraińskie lotnictwo, rakiety przeciwokrętowe, prawdopodobnie HIMARS-y i "Bayraktary" - przelało użycie lufowej artylerii dalekiego zasięgu. Być może francuskich Caesarów ale raczej eksperymentalnych ukraińskich samobieżnych haubic "Bogdana". Ukraińskie "Bogdany" podobno nie miały luf, ale jakiś kraj wykonał je, i również podobno, w czynie społecznym. I eksperymentalna bateria tych nowych samobieżnych haubic ustawiła się niemal na styku granicy z Rumunią i zaczęła walić do odległej o 37 km wyspy. Na tej wyspie nie ma jak się ukryć. I nie ma za bardzo jak odpowiedzieć ogniem jak się nie ma precyzyjnych środków ogniowych, a przeciwnik siedzi sobie tuż przy granicy jednego z państw NATO. Tutaj truizm - pocisk armaty jest wielokrotnie tańszy niż wylot samolotów na ryzykowną misję. Zatem można tych pocisków wystrzelić setki, o oznacza intensywność ognia artylerii lufowej może być dużo większa niż broni precyzyjnej. No i kiedy na wyspę zaczęły spadać zwykłe granaty artyleryjskie ktoś zrozumiał, że jest już kompletnie przesrane. Symbolicznie to jest trochę tak, jakby w styczniu 1940 roku Niemcy w geście dobrej woli wycofali się z Westerplatte nie mogąc zdzierżyć ostrzału z Helu. Od kilku dni, odkąd są potwierdzone użycia HIMARS-ów, Phz2000 i Krabów podejrzanie często eksplodują składy paliw, amunicji i sprzętu wokół frontu, po rosyjskiej stronie. Ostatnio znowu płonęły składy w Biełgorodzie, Melitopolu. W Czornobajewce dwudziesty pierwszy albo dwudziesty drugi raz celnie ostrzelano lotnisko, a na lotnisku składy sprzętu. Kandydatura załogi lotniska Czornobajewka do Nagrody imienia Karola Darwina w roku 2022 – moim zdaniem murowana. Po za tym - cisza. Nie licząc pożarów w Rosji. Może to cisza przed burzą, a może co innego. Radosław Wiśniewski – poeta, prozaik, animator kultury, aktywista społeczny.
- Janusz Radwański – wiersz
Wetlińska No i jeszcze bus, bo bez tego busa było by prościej, tak to bym nie musiał sprzątnąć, zatankować i na dziewiętnastą oddać. A do tego czasu przejechać przez miasto przed porannym szczytem, cisnąć na południe bez większych zachwytów, bo trzeba się wyrobić. Wnieść Wandzię na plecach pod Chatkę Puchatka. Pięć minut na fotkę i lecimy, matka, wrócić oddać na czas busa. Chociaż w sumie nikt się wcale tak spinać nie musiał, można było poczekać do następnego razu, przy następnej okazji pokazać jej góry. Nie było następnej. To jedna z rzeczy. których nie bierzesz pod uwagę, no i może lepiej. Jeden z takich momentów, których nawet nie liczysz. Zdjęcie z ostatniej wieczerzy, w każdym razie w Kalnicy. Ile jeszcze takich, okaże się w najmniej spodziewany sposób. Nie jest to jakieś głębokie. Jeśli jesteś jedną z osób, co chcą, żeby za zasłoną były skomplikowane cuda, to jak ci się nie podoba, to wracaj na studia. Spodziewałbyś się cytatu z Walaszka w trenie? Bo ja, że będę pisać tren, to w życiu. Nie. Janusz Radwański (ur. 1984) – wydał książki z wierszami: Księga wyjścia awaryjnego (2012), Chałwa zwyciężonym (2013), Kalenberek (2017) Święto nieodległości (2018), Śpiewnik szantowy (2022), arkusz poetycki Żylety (2022) i przekłady: Pawło Korobczuk Kajfuj, kajfuj (2019), Ołeksij Czupa Piędź (2020), Wołodymyr Bynio Tak jest zapisane (2022), Daryna Hładun Radio «Wojna» (2022) oraz Jurij Zawadski Nie pytają (2023). Ojciec, muzykant ludowy, muzealnik. Mieszka w Kolbuszowej Górnej.
- Anna Musiał – cztery wiersze
żywokost pierwszy skurcz to jałowe pustkowie zapadająca się pod pośladkami przepaść dwa kilogramy sześćset ósmy miesiąc data w kalendarzu wskazująca polecie przewlekła nicość która pachnie tobą przychodzi teraz ciemna i mięciutka a ty snujesz się w pamięci ciała by zostać moją córką na chwilę pozłotka jesteśmy jak siostry z innej matki w naszej krwi płynie błękit i pozłotka – wylewa się z nas do rzeki otula zimne ciała, zatacza kręgi możemy ją narysować, palcami na piasku lub na kartce papieru, którą trzymasz obok łóżka mówisz, że to na wszelki wypadek bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie potrzeba by odebrać komuś duszę cokolwiek robisz beze mnie, robisz to ze mną instynktownie. pozłotka w tobie to święta energia która woła, aby ją wypuścić ona jeszcze nie wie że kłącza w jej włosach to otwarte ścieżki w przyszłość bez podziału na spódniczki spodnie buty na karnawał buty do wspinaczki jest tylko miękka letnia duszność wzajemne niedobranie a ona jeszcze nie wie że gdy wróci do domu będzie mieć malinowe oczy muślinowe usta dwie paletki czerwone skrzyżowane na podołku ślady niebyłe o dziewczynkach których nie ma mówimy niebyłe mówimy zaginione lub te które same się o to prosiły mówimy że nie słuchały rodziców i poszły w noc a noc jest od spania od kochania od przytulania do piersi matek piersi mężczyzn którzy by nigdy tego nie zrobili o dziewczynkach których nie ma mówimy czasami a potem nie mówimy wcale *** Anna Musiał (ur. 1987) – poetka i recenzentka. Redaktorka Babińca Literackiego. Autorka czterech książek poetyckich. Pod jej redakcją ukazała się 111. Antologia Babińca Literackiego 2016-2019 (2020). Publikowała w wielu magazynach i antologiach.
- Anna Musiał – pięć wierszy
zavtra to już ostatni raz, kiedy mówisz do mnie malenʹka. od jutra przecinamy więzy, rozluźniamy więzi. teraz poróżnią nas kraje i nazwiska. tamte kobiety będą uprawiać miłość i rodzić dzieci, tu zostanie zima i niepotrzebny strach. jeśli wrócisz, znajdziesz smugi krwi, rozwłóczyny. to już ostatni raz, kiedy mówisz do mnie wojna . przez dom niosę w żyłach gorejące sny. przez noc. zabierz mnie do domu w tych sukienkach czuję się obła, bezkształtna jak masa, z której kiedyś próbowano ulepić kobietę. miała długie ręce i chude palce, mogła nimi sięgać po wszystko, czego chciała, ale nie po miłość. miała wąską talię, którą wypełniały jedynie kości i soczyste owoce, dwa jabłka bez gniazd nasiennych. zabierz mnie do domu. odrzucam tkankę jak obcy pęd, jak uszkodzony płód, którego ciało pozbywa się samo. podobno bez niej będę bardziej miękka i milsza w dotyku, podobno zmieni się też mój zapach, więc okoliczne zwierzęta przyjdą do mnie na chwilę przed odejściem, by spocząć na moich kolanach. zmarzlina to świt albo zmierzchanie. języki światła sunące po ścianie przypominają początek starego filmu. jesteśmy tu sami, opuszczeni jak dzieci w obcym mieście, do którego zaprowadził je tlący się pod skórą niepokój. gdy mnie dotykasz, jestem częścią wszechświata. jego milczącym rozgałęzieniem, na końcu którego panuje wieczna zmarzlina. ze znajomych smaków został mi tylko słodki, inne to popiół, samotny spacer po cmentarzu. nienazwany ból, którego nie sposób opisać bez użycia słowa umieram . te dni te dni bez rozmów to listy między nami, których nie sposób zmieścić na kartkach. niewytarte lustra, niepoukładane ubrania, rozrzucona po wczorajszej nocy pościel. już nie tęsknimy. nasze ciała powycierane jak zbyt często odwiedzane miejsca, gdzie czas nie gra roli, liczy się tylko przestrzeń. to zaglądanie w siebie, pycha i upadek, potem wracanie od nowa. te dni bez ciebie to otwarta książka, na końcu której autor zostawia pustą stronę, jakby próbował zmieścić na niej wszystko, co twoje. *** to terytorium wroga, skrzyżowanie frontów. stąd gwiazdy wyglądają tak samo jak z domu, jednak spadają pod innym kątem. ciągnące się za nimi ogony przypominają ogony komet, niosą drobiny kosmosu i płomienie. już nie mówimy o wojnie. konflikt na pograniczu wybrzmiewa mniej więcej tak samo jak bitwa o telewizory na promocji w Lidlu – i choć jest nam wstyd, przymykamy oczy. kiedy nas nie widzą, stajemy się tą częścią lasu, która nigdy nie ulegnie przemianie. Anna Musiał (ur. 1987) ‒ poetka, recenzentka, fotografka. Redaktorka Babińca Literackiego w latach 2017-2020. Autorka trzech książek poetyckich: Pandemonium , Coleoptera i #bodypain . Pod jej redakcją ukazała się 111. Antologia Babińca Literackiego 2016-2019 . Publikowała w wielu magazynach i antologiach.
- 95. urodziny Gary'ego Snydera
Ósmego maja bieżącego roku dziewięćdziesiąte piąte urodziny obchodzi Gary Snyder - amerykański poeta, eseista, buddysta i aktywista klimatyczny. Jego bogaty życiorys mocno związany jest z przemianami społecznymi w USA, co nie dziwi, ponieważ Snyder był uczestnikiem i inicjatorem wielu procesów artystycznych i społecznych. Najbardziej znacząca wydaje się jego aktywność w beat generation – pokoleniu beatników, o którym wypada powiedzieć słowo przypomnienia. Lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku to w Stanach Zjednoczonych czas niezwykle burzliwy: na powojenny boom gospodarczy nałożyła się społeczna histeria, zapamiętana jako “polowanie na komunistów” prowadzone przez ówczesnego szefa FBI Edgara Hoovera. Był to chytry wybieg, aby korzystając z zimnowojennej retoryki wymusić na obywatelach poprawność polityczną. Duszono przejawy niezgodnego z oficjalną propagandą pojmowania rzeczywistości. Nagonka na ludzi samodzielnie myślących nie ominęła także Snydera, któremu odmówiono wydania paszportu podejrzewając go o sprzyjanie komunistom. W reakcji na narzuconą przez władze atmosferę strachu powstał w USA ruch artystyczny oparty na sprzeciwie i odrzuceniu formalizmu literackiego oraz wartości narzuconych przez kapitalizm i zimnowojenne nastroje. Uczestnicy beat generation zapoczątkowali indywidualne podejście do literatury, afirmowali różnorodność oraz postulowali zwrócenie się ku indywidualnie pojmowanej duchowości. Beatnicy byli bezpośrednimi inicjatorami ruchu hippisowskiego w Ameryce, dali mu podwaliny teoretyczne, choć nie mogli oczywiście przewidzieć, że przez swą masowość hippies zdewaluują fundamentalne postulaty antysystemowej rewolucji. Do najsłynniejszych przedstawicieli beat generation należeli Alan Watts, Allen Ginsberg, Jack Kerouac oraz właśnie Gary Snyder. Ginsberg – pełen temperamentu nowojorski Żyd i lewicujący gej, orędownik swobody seksualnej i dostępności narkotyków, pacyfista ze skłonnościami do wywoływania skandali obyczajowych stał się ikoną pokolenia beatników, zwłaszcza po publikacji poematu Skowyt . Jack Kerouac to autor powieści Włóczędzy Dharmy oraz W drodze. Obie zdobyły sławę za sprawą nowatorskiego podejścia do zasad narracji: zasadą Kerouaca było “pisz tak, abyś nie musiał poprawiać “. Nie bez znaczenia była oczywiście sama fabuła skrojona tak, aby w przejrzysty sposób przedstawić wartości, którymi kierowali się przedstawiciele beat generation : na marginesie społeczeństwa, które bezwolnie poddaje się politycznej i marketingowej propagandzie żyje grupa odmieńców, łagodnych buntowników, których autor nazwał Włóczęgami Dharmy. To ludzie chłonni wiedzy i przygód, których nie porwał konsumpcjonizm. Zamiast kupować na przedmieściach domki z trawnikami i podjazdem dla najmodniejszych cadillaków, zamiast oglądać reklamy odkurzaczy i froterek w telewizorach kupionych na raty, beatnicy w wynajętych mieszkaniach lub jazz-klubach dyskutują o polityce, filozofii i sztuce, włóczą się po górach i podróżują autostopem. To wówczas, w latach pięćdziesiątych, powstała legenda autostopu, tak chętnie eksploatowana później w literaturze i filmach. Bohaterowie Kerouaca wspierają się na życiowych zakrętach, ale też wzajemnie zdradzają i rozczarowują. Ważnym elementem ich postaw były dążenia do wolności wewnętrznej, spontaniczność, zachwyt naturą oraz wyzwolenie od dogmatów religijnych. Gary Snyder nie był początkowo najjaśniejszą gwiazdą tego ruchu. Żyjący z dala od miast, prekursor bliskiego kontaktu z naturą (nazwany “Davidem Thoreau epoki beatników”) poeta o wyrazistych przekonaniach, skupiony na studiowaniu i praktykowaniu buddyzmu, życiu rodzinnym, przekuwaniu rewolucyjnych teorii w praktykę zdołał w krótkim czasie poznać czołowych beatników, w tym Alana Wattsa, charyzmatycznego wykładowcę i autora – najważniejszą postać tego kręgu. Na długie lata Alan Watts pozostanie przyjacielem i mentorem Snydera, który jednak nie stanie się jego naśladowcą. Pierwsze utwory literackie, jakie opublikował Snyder inspirowane były tekstami dawnych myślicieli chińskich i japońskich, według których rozpoznawanie własnych procesów psychicznych i duchowych oraz poszanowanie praw innych stworzeń ma przybliżać człowieka do duchowego spełnienia. Swoją życiową i artystyczną drogę Gary Snyder zaczął jako buntownik, wędrowiec, wolny najmita podejmujący się różnych zawodów (zazwyczaj blisko natury), a po nauczeniu się języka japońskiego, ćwiczeniach tradycyjnej kaligrafii i przyswojeniu sporej dawki wiedzy o tamtym regionie świata zdecydował się na podjęcie studiów u mistrzów buddyzmu zen. Tym razem, dzięki wstawiennictwu wpływowych przyjaciół, agenci Hoovera nie zatrzymali mu paszportu. Lata spędzone w Japonii zaowocowały kolejnymi zbiorami wierszy oraz esejami, w których Snyder podpowiadał amerykańskim czytelnikom, jak idee zaczerpnięte na dalekim Wschodzie mogą być spożytkowane w świecie zachodnim. Przylgnęło wtedy do niego miano poety budującego pomost między Wschodem a Zachodem. Po powrocie z Japonii Snyder na powrót wszedł do wciąż elitarnej grupy beatników, a po wspólnych podróżach w towarzystwie m. in. Jacka Kerouac’a – został protoplastą jednego z bohaterów Włóczęgów Dharmy. Konsekwentnie trzymał się swojej ścieżki poety kontemplującego naturę, obserwującego nieuchronność przemian. Takiego, który zamiast zamiast wykrzykiwania rewolucyjnych haseł i epatowania lekceważenia dla skostniałych norm społecznych woli delikatnie, na poły żartobliwie, udzielać rad i napomnień, nie stroniąc od komentowania zjawisk politycznych i społecznych. Wyprowadzone z tradycyjnych nauk Dalekiego Wschodu idee, wcielał we własne życie, poszukując harmonii i zrozumienia. Aktywność artystyczną łączył z praktykowaniem klasycznej medytacji i pogłębianiem wiedzy. Jednak najważniejsza w jego życiu okazała się działalność na rzecz ochrony przyrody. Już na początku lat siedemdziesiątych XX wieku Snyder postulował większą dbałość o zasoby przyrodnicze i na długo przed naukowcami i politykami ostrzegał przed groźnymi konsekwencjami zmian klimatycznych. W tym samym czasie, razem z Allanem Ginsbergiem kupił ogromną połać ziemi w górach Sierra Nevada i z niewielką pomocą przyjaciół zbudował tam drewniany dom zasilany prądem z generatora. Mieszka tam do dziś, nazwę domu Kitkitdizze wziął od leśnego kwiatu porastającego okolicę. Gary Snyder i Allen Ginsberg Prace ciesielskie przeplatał z pisaniem wierszy i esejów, nie przestawał podróżować: z grupą przyjaciół udał się na wyprawę do Indii i innych krajów dalekiej Azji, przekuwając zdobyte doświadczenia w kolejne teksty wierszem i prozą. W roku 1974 otrzymał prestiżową Nagrodę Pulitzera za poetycki tom Turtle Island, w ślad za nim poszły inne publikacje, m.in . wydany w 1990 zbiór esejów Praktykowanie dzikości , który ugruntował literacką pozycję Snydera. Wkrótce potem uzyskał status wykładowcy na Davies University i Mistrza Dharmy. Został swego rodzaju celebrytą, przyjaźni się ze Stevenem Spielbergiem, Dalaj Lamą, był i jest serdecznym wsparciem i inspiracją dla wielu pokoleń poetów, artystów i aktywistów. Jego podobizna ukazała się na amerykańskim znaczku pocztowym, a jego teksty tłumaczono na wiele języków. Po wiersze Snydera sięgają także polscy tłumacze: Julia Hartwig, Adam Szostkiewicz, Czesław Miłosz, Tadeusz Sławek i inni. Dekadę temu w wydawnictwie "Znak" ukazał się jedyny w języku polskim zbiór wierszy Snydera Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen . Przy okazji wydania tego zbioru Gary Snyder odwiedził Kraków jesienią 2013 roku. Zasady, którym od początku swojej drogi – wszak nie tylko o samo uprawianie literatury tu chodzi – hołduje Snyder są od lat takie same: uczulić słuchaczy i czytelników na urodę świata, pokazać, jak unikalną wartością jest życie każdego z nas oraz, na koniec, jak pilna jest potrzeba zrównoważonego podejścia do środowiska naturalnego. Snyder swoje przemyślenia pośrednio lub bezpośrednio wysnuwa z tradycyjnych wierzeń amerykańskich Indian oraz nauk buddyjskich mistrzów. Ślady tych fascynacji bez trudu odnajdujemy w jego poezji. Zrozumienie procesów zachodzących w świecie natury i szeroko pojętej kultury jest wg Snydera nieodzowne do poszanowania różnorodności kulturowej. Jego życiowym zadaniem przez lata była próba przerzucenia mostu między mądrością Dalekiego Wschodu a technologią i dynamiką Zachodu, co wynikało z antropologicznego potraktowania konieczności wymiany między tymi obszarami kulturowymi. Drugim ważnym postulatem w twórczości (głównie w esejach) Snydera jest nacisk, aby natura i kultura – pojmowane jako dwa nurty obecne w istnieniu cywilizacji – nigdy nie były sobie przeciwstawiane. Rolą rozumiejącego i odczuwającego jedność ze światem człowieka jest zachowywanie równowagi między nimi. Gary Snyder jest jednym z największych poetów amerykańskich XX wieku, zasila światową literaturę od ponad siedemdziesięciu lat dając wielokrotnie pokaz swojej odwagi, przenikliwości i czułości. Snyder wyprzedził swoją epokę publikując już w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wiersze i eseje naładowane troską o planetę. Temat ochrony klimatu i zapobiegania dalszego niszczenia przyrody przebił się do głównego nurtu dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, stając się w obecnym wieku zarzewiem sporów i społecznych podziałów, nie przestając być głównym globalnym problemem, dla którego wciąż nie znaleziono skutecznego rozwiązania. Osią, wokół której obraca się pisarstwo Snydera jest zawsze człowiek zafascynowany światem, doskonalący się w jego rozumieniu. Natomiast główny postulat przebijający z dojrzałej myśli Snydera sprowadza się do tego, aby obecne pokolenia zrozumiały swoje relacje z przyrodą i zaczęły bardziej ją szanować a mniej eksploatować. W dalszej kolejności nieodrodny syn beat generation, której jest już ostatnim żyjącym przedstawicielem, udowadnia na własnym przykładzie, że człowiek przy odpowiednim nastawieniu do świata jest w stanie osiągać satysfakcję z własnego życia a jednocześnie nie zaprzestaje dbać o to, by zasoby i moce przyrody zachować dla przyszłych pokoleń. Do tego, w dużym uproszczeniu, sprowadza się fundament głębokiej ekologii, której Snyder jest prekursorem i orędownikiem. Niestety, zgodnie z obecnym trendem politycznym w Ameryce – i z wielką szkodą dla zachowania równowagi przyrodniczej na Ziemi – takich jak on aktywistów oskarża się dziś o radykalizm, “lewactwo” lub nawet “ekoterroryzm”. Czułość i wywiedziona z doświadczeń pokoleń mądrość jest chwilowo w odwrocie. Historia po raz kolejny zatoczyła koło. Ameryka pogrąża się w chaosie, Snyder - spełniony mędrzec obchodzi urodziny. Mirosław Drabczyk Starsi panowie Snyder i Ginsberg Relacja filmowa z ubiegłorocznych urodzin Poety.
- Gary Snyder – sześć wierszy
Strategiczne Dowództwo Powietrzne Przeciągły szum i migające światła odrzutowca Mijającego Jowisz w znaku Panny On pyta, jak dużo jest na niebie satelitów? Czy ktokolwiek wie, gdzie dokładnie one są? Co robią, kto je dogląda? Szron osiada na śpiworach. Tlą się ostatnie żagwie ogniska, Jeszcze jeden kubek herbaty, Na wysokiej krawędzi jeziora otoczonego śniegiem. Tutejsze urwiska i gwiazdy Należą do tego samego świata A niewielki pas powietrza pomiędzy nimi Do wieku dwudziestego i jego wojen. Ważka Na śniegu Martwa ważka Jak zdołałaś dotrzeć tak wysoko Czy w górskiej sadzawce zdążyłaś Zostawić nasionko życia Zanim tu umarłaś? Jadąc do stolicy Założyłem podróżne ubranie pojechałem do stolicy zobaczyć jak kwitną wiśnie – Ukwiecona stara sakura na wschód od ogromnej biblioteki oddaje płatki podmuchom wiatru Spacerowaliśmy kilometrami wzdłuż budynków mijając płachty przejrzystych sadzawek mężczyzn żebrających na ulicach gdzie inni przychodzą jeść Stanęliśmy na rozległym trawniku – słysząc jak startujący samolot wypełnia dudnieniem całe śródmieście. poszliśmy z przyjaciółmi czytać poezję w teatrze godnym Szekspira i imprezować w tłumie gości Podstarzały czarny kelner podawał przy stole drinki, Zapytałem po co te obcęgi? powiedział “Do otwierania Perriera” Ten nasz mały naród, – nasza stolica i jej kwitnienie – jej biblioteka publiczna nasz naród bizonów i prerii. Dawne dni lasów i przecinek Tamte czasy odeszły pozostały Delfiny potopione w morzu Przewalających się śmieci Modlitwa za Wielką Rodzinę Wdzięczność Matce Ziemi, gdy dniem i nocą żeglujemy do jej żyznej, cudownej i słodkiej gleby niech pozostanie w naszych umysłach Wdzięczność Roślinom, światłolubnym liściom zwróconym ku słońcu i czuprynom korzeni; rosnącym wytrwale pośród wichrów i deszczu; ich taniec w kwitnącej spirali ziaren niech pozostanie w naszych umysłach Wdzięczność Powietrzu unoszącym kwilącą Jaskółkę i cichą Sowę o brzasku. Oddech naszych pieśni oczyszczający tchnienie ducha niech pozostanie w naszych umysłach Wdzięczność Dzikim Istotom, naszym braciom, odkrywającym tajemnice wolności i drogi; w pełni ukształtowanym, odważnym i uważnym; dzielącym się z nami swym mlekiem niech pozostanie w naszych umysłach Wdzięczność Wodzie: obłokom, jeziorom, rzekom, lodowcom; podtrzymującym i uwalniającym, płynącym przez słone morza naszych ciał niech pozostanie w naszych umysłach Wdzięczność Słońcu: świetlistej pulsacji przenikającej pnie drzew, mgły i jaskinie, w których śpią niedźwiedzie i węże – temu, które nas budzi niech pozostanie w naszych umysłach Wdzięczność Wspaniałemu Niebu które podtrzymuje miliardy gwiazd – i chociaż sięga dalej – poza wszelką władzę i wyobrażenia nadal jest z nami – Ojciec Przestrzeni którego żoną jest Wielki Umysł. niech tak pozostanie. na podstawie modlitwy Indian Mohawk Zajęcia w okolicach Seattle Słuchaj szumu telegraficznych słupów Zapoluj na węże. Oderwij ogon jaszczurce. Pędź na rowerze do jeziora Waszyngton, oglądać błotne rybki Okoruj stare drzewo madrone , żeby zobaczyć świeżutką korę Zmyj z rąk ślady żywicy Czytaj książki w zaułkach Uniwersytetu Dystryktu Goodwill Popływaj w Puget Sound poniżej torowiska. Nakop muszli z mulami Przejedź się z Kalakala do Bremerton. Popatrz na szczyt Mt. Constance z wodnej wieży obok muzeum sztuki. Czekoladowe lizaki w parkowym ZOO, Orzeł i Wielbłąd Mumia eskimoskiego dziecka w uniwersyteckim muzeum antropologii Zawieś morskie czółno na pniu czerwonego cedru. Zjedz owsiankę gotowaną w garnku z podwójnym dnem albo płatki pszeniczne z daktylami Huśtaj się na wietrze na czubku cedru pośrodku trzęsawiska – Wymaszeruj przez bagna na grzbiet sosnowego wzgórza Obierz owoc cascara Nakarm kury Obmacaj wymię Penelopy, która ma jeden cycek mniejszy Berberys i krzew salal Plan zajęć wokół Kyoto Śpij na macie spocony w lecie Zimą dygoczący z zimna, na siedząco namaczaj się w wannie jak embrion Pikaru i gyoza w Min Min pełnej chińskich studentów marksizmu Poszukaj wieszaczka na kubki w wiejskim sklepie Kup u Maki’ego kiepskie wytrawne wino, żeby pić jak każdy cudzoziemiec Człapiąc w gromadzie gości zwiedzających ogrody Wyrywaj chwasty z mchu. Pielęgnuj chwałę poranka. Spaceruj boczną alejką słuchając pracy krosien Oglądaj stada wróbli krążące ponad drzewami w zimowym zachodzie słońca Wstań o czwartej rano idź z wizytą do Starego Siedząc w głębokim samadhi z bolącym kolanem. Przyjmuj komplementy od dziewczyn z baru, zapłać za dużo Zmień olej w motorze po drodze do Gojo Ogrzej swoją zziębniętą żonę, jej wielkie stopy Nie zapomnij dorobić klucza Próbuj kupić razowy chleb Zdobądź pokoje dla Amerykanów Biorąc udział w ważnym spotkaniu, mówiąc językami Myląc zimą drogę w bambusowym lesie na Hien-zan Nadepnij przez pomyłkę na żuczka Tydzień po tygodniu cisza, spacery i czytanie, rozmowy i pielenie Zamieszaj ręką w szorstkim zimnym garnku Wyrzuć wszystko czego nigdy nie będziesz potrzebował Oczyść się Wróć do domu przełożył Mirosław Drabczyk Obszerną notkę o Garym Snyderze, który w tym roku obchodzi swoje dziewięćdziesiąte piąte urodziny publikujemy na następnej stronie.
- Statystyka i noc – słowo od Redakcji
Przełom roku sprzyja podsumowaniom. Bieżący numer – zawierający, jak zwykle różnorodne teksty i zestaw fotografii – nosi numer 24. Minęły dwa lata działalności magazynu. Przez nasze strony przewinęło się około 500 autorów, a liczba unikalnych tekstów sięga tysięcy. Suburbia stała się rozpoznawalna na niszowym rynku literackim. Objęliśmy patronatem medialnym kilka projektów wydawniczych i regularnie otrzymujemy od czytelników szczere propsy, za które serdecznie dziękujemy. Docierają do nas również listy krytyczne, najczęściej od autorów/autorek, którym odmówiliśmy publikacji. Na stałe współpracujemy z Miłką Malzahn, Radkiem Wiśniewskim, Rafałem Kasprzykiem oraz z gronem zaprzyjaźnionych tłumaczy: Jerzym Bartonezzem, Krzysztofem Katkowskim, Adrianem Krysiakiem i Jackiem Świerkiem, którzy regularnie zasilają nasz magazyn przekładami wierszy poetów z różnych zakątków świata. Pragniemy też z dumą ogłosić, że nasz niezawodny ilustrator Paweł Król całkiem niedawno otrzymał Grand Prix na Biennale Plakatu w Katowicach. Magazyn internetowy, a takim jest Suburbia, ma swoje ogr aniczenia, ale także istotne zalety. Jedną z nich jest zasięg: docieramy do czytelników w całej Europie, a sporadycznie także do odbiorców w krajach tak odległych jak Japonia, Malezja czy Chile. Liczymy, że w kolejnych latach mapa ta będzie się dalej poszerzać. Jak pewnie pamiętacie, w poprzednich latach przygotowaliśmy dwa numery tematyczne: jeden poświęcony przekładom a drugi zwierzętom. https://www.magazyn-suburbia.com/archive/kopia-wydanie-5-24-8 https://www.magazyn-suburbia.com/archive/kopia-wydanie-5-25-18 Oba okazały się strzałem w dziesiątkę, dlatego już teraz zapraszamy do kolejnej edycji specjalnej, planowanej na wiosnę, której tematem przewodnim będzie noc. NOC - słowo krótkie, lecz znaczeniowo niezwykle pojemne. Od zawsze kusi nieograniczonymi możliwościami interpretacji. Noc śmierdzi benzyną, potem, bronksem i szlugami. Krzyczy w twarz, łamie zasady, pali mosty. Jako przeciwieństwo dnia bywa porą kochanków i złodziei, ale również momentem wyciszenia czy samotnych zmagań ze słabościami. To także przestrzeń nieoczekiwanych przygód, podróży i rozmów, które nie mogłyby zaistnieć w świetle dnia. Noc niemal zawsze jest warta opisania. Dlatego zachęcamy do współtworzenia numeru Suburbia by Night. Piszcie i przesyłajcie swoje nocne teksty, zanim na dobre nadejdzie dzień. Redakcja Suburbii Grand Prix na Biennale Plakatu w Katowicach, grudzień 2025 – autor Paweł Król










