top of page

Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (24)

  • Mirek Drabczyk
  • 3 dni temu
  • 9 minut(y) czytania

Dzień 126. Za Krzemieńczuk (30 czerwca 2022)

Często klient przychodzi do mnie zapytać o te kamerke, te o, co tam na półce stoi. Jako
psycholog z wykształcenia, sprzedawca bez zamiłowania, ale też człowiek starający się żyć i
pracować uczciwie - nabieram wtedy powietrza w płuca i wyjaśniam, że to czy ta kamerka
stoi na tej półce i wygląda tak samo jak ta, co ją klient widział na allegro - nie ma znaczenia.
Liczy się to, co w obudowie i tu zaczynają się schody - różne typy matryc, sposobu transmisji
danych, różne rozdzielczości, światło obiektywu, różna ogniskowa, metoda regulacji,
korekcji, rozpoznawania obiektów, doświetlenie w ciemności. I zadaję po tej tyradce szybko
pytanie-klucz – to do czego Pan, Pani tej kamery potrzebuje?
I zazwyczaj dostaję podobną odpowiedź, a Panie żebym ja tak mniej więcej widział co się
dzieje. Wtedy wiem, że może chodzić o kamerę analogową wysokiej rozdzielczości, że
można wybrać sprzęt bez specjalnie wyśrubowanych parametrów. Bo tak, żeby ogólnie coś
widzieć co się dzieje nic szczególnego nie jest potrzebne, a zatem po co przepłacać?
Zdaje się, że właśnie takie kamery, zapewne kupione w przetargu, gdzie decydującym
czynnikiem była cena zainstalowano na niewielkim skwerze, ze stawem po środku na tyłach
centrum handlowego w Krzemieńczuku. Na ich nagraniach widać zarysy ludzkich sylwetek,
nie dałoby się rozpoznać twarzy. Kto wie, może to nawet nie są kamery technologii Turbo
HD, może to jakieś muzealne egzemplarze w których rozdzielczość mierzyło się w setkach
tzw. linii telewizyjnych a nie megapikselach?
Facet biegnie, obok idzie kobieta, w pierwszej chwili myślisz, że idą razem ona w sukience i
tenisówkach, on na sportowo, chyba trzyma butelkę. Te tenisówki mnie zmyliły, oboje mają
białe tenisówki. Wiadomo kiedy następuje eksplozja, ten moment widać w oku kamery
pośrednio, poprzez zachwianie pola widzenia i nagły deszcz latających części w powietrzu,
pewnie blacha z dachu centrum, ostra jak brzytwa, w strzępach. I tych dwoje w sekundę
rozdziela swoje ścieżki. Facet w panice skacze przez barierkę do stawu, a dziewczyna biegnie
z całych sił alejką byle dalej od miejsca eksplozji. Na innym ujęciu starszy, łysiejący
mężczyzna trzyma pod pachy chłopca, na oko kilkuletniego. Ma niemodne spodnie w kant i
biegnie kilkanaście metrów, odwraca się w stronę nieba, musiał zobaczyć coś niepokojącego,
sprawdza czy dobrze biegnie, czy wystarczy tyle i wtedy następuje eksplozja. Mężczyzna
wciąga chłopca za grube drzewo na pierwszym planie, odłamki przelatują naokoło nich, od
stawu biegnie kobieta z dwójką dzieci.
Wojskowi mówią, że jeżeli słyszysz pocisk koło ucha, to możesz być pewien, że to już nie dla
ciebie, bo pocisk leci szybciej od dźwięku, zatem kiedy to będzie ten twój – nie zdążysz go
usłyszeć. Ale czy tak samo jest z pociskiem rakietowym? Bombą? Babcia Jadzia mówiła, że
kiedy leżała na trawie pierwszego dnia wojny i patrzyła w niebo na niemieckie samoloty
zrzucające bomby na stację kolejową w Łapach, to wydawało jej się, że każda bomba leci na
nią. Mówiła, że nie widziała sensu się kryć, uciekać, leżała na trawie przed domem, patrzyła
w niebo i była przekonana, że zginie. Chociaż żyć się chce, wiadomo.

Nic nie poradzę, że kiedy widzę tego mężczyznę, to niemal fizycznie czuję pod pachą ciężar
mojego synka, który waży już ponad dwadzieścia kilo. Wyobraźnia uruchamia serie obrazów,
które próbują mnie samemu opowiedzieć to, co jest nie do opowiedzenia.
Kolejne ujęcie z kamery CCTV - nastolatek, albo nastolatka – natychmiast po wybuchu pada
na trawę, jakby jego, ją szkolono, nogami w stronę eksplozji. Kolejne ujęcie i kolejne. Była
godzina 15:51, 27 czerwca 2022 roku.
Minęło półtorej doby, wiadomo już że zginęło co najmniej 20 osób. Wiadomo, że w centrum
handlowe uderzyły dwa pociski typu Ch-22. To te wyskrobki z rosyjskich magazynów,
skonstruowane po to, żeby przenieść taktyczną głowicę jądrową w centrum grupy bojowej
amerykańskiego lotniskowca i zniszczyć wszystko. Do tego nie wymagano wielkiej celności.
W centrum handlowe w Krzemieńczuku uderzyły dwa takie pociski, z głowicami
wypełnionymi zwykłym ładunkiem wybuchowym. Dlatego ludzie widoczni na nagraniach z
kamer przeżyli. Ale nie można mówić o przypadku. Na jednym z ostatnich ujęć widać przez
ułamek sekundy pocisk Ch-22, widać że ma pochylony nos, leci w płaskim nurkowaniu,
dokładnie w budynek.
Mówi się, że to zemsta za celne ostrzały licznych składów amunicji i sprzętu na zapleczu
frontu w Donbasie, mówi się, że to swoista przygrywka do szczytu NATO, do spotkania
grupy G-7, chociaż konia z rzędem temu, kto powie jaki w takim razie za tym stoi
wyrafinowany komunikat i jaka nadzieja na jego skuteczność? Czy ktoś umie przetłumaczyć
trafienie dwoma pociskami manewrującymi nie w baterię haubic, nie w miejsce postoju
sztabu, nie w kolumnę czołgów, skład amunicji, ale w pawilon handlowy przy miejskim
stawie? Jak to przełożyć na ludzki?
„Będę zabijał wasze dzieci, kobiety i starców, jeżeli nie zaprzestaniecie oporu”?
„Nie umiem bić się z tobą na pięści, to pobiję twoją córkę, matkę, babcię, dziadka”?
Latem 1995 roku wojna na terenach byłej Jugosławii trwała już trzeci rok. Miałem 21 lat,
studiowałem psychologię w Krakowie, zaczynałem pisać wiersze. Widziałem w telewizji,
słyszałem w radio, czytałem w gazetach o kolejnych miastach – Vukovar, Sarajewo, Tuzla,
Srebrenica.
To już było po tym kiedy serbski pocisk moździerzowy trafił w osłonięte ze wszystkich stron
podwórko w oblężonym Sarajewie i pozabijał dzieci na placu zabaw. Dzieci było zaledwie
kilkoro, nie umiem teraz znaleźć daty dziennej tego zdarzenia. Pisał o tym Konstanty Gebert,
że ktoś musiał nieźle pomyśleć, bo trafić dokładnie w środek podwórka osłoniętego ze
wszystkich stron budynkami – nie było tak łatwo. Serbowie nie mieli dronów, laserowo
korygowanej amunicji, to był zwykły pocisk moździerzowy, mina jak to się mówiło w czasie
pierwszej wojny światowej. Wiadomo było, że to jedno z nielicznych podwórek, które rodzice
uznawali za względnie bezpieczne. Tam dzieci z piwnic mogły chwilę się pobawić, nabrać
rumieńców na huśtawce. Od strony rzemiosła artyleryjskiego – strzał był bardzo dobry. W
sam środek placu zabaw.
Ale zdumiona i zmęczona Europa, przekonana, że zawsze trzeba rozmawiać świeżo co
łyknęła zdjęcia holenderskich żołnierzy opuszczających bez wystrzału posterunki wokół
Srebrenicy (tak, wtedy przestałem być pacyfistą o ile kiedykolwiek byłem). Ale musiało się
wydarzyć coś jeszcze. I 28 sierpnia 1995 roku pięć moździerzowych pocisków trafiło w
targowisko Markale w Sarajewie. To nie był pierwszy raz. Markale było ostrzeliwane wiele
razy, ale tym razem cztery z pięciu pocisków eksplodowały i zabiły naraz 37 osób. Po tej
masakrze ruszyła operacja „Deliberate Force”, na pewno przygotowywana wiele miesięcy
wcześniej jako coraz bardziej prawdopodobna opcja. Jedno drugiego nie wyklucza.
Masakra na Markale była ta słomką, której już wielbłąd nie chciał unieść. Masakra kilkorga
dzieci na placu zabaw wiele miesięcy wcześniej takim niedającym się unieść ciężarem nie
była, podobnie jak masakra w Srebrenicy. Dlaczego? Jakie warunki muszą być spełnione by
tak zwana społeczność międzynarodowa powiedziała no pasaran? Dlaczego zbrodniarzom
takim jak Asad ta sama społeczność pozwala na przekraczanie czerwonych linii a innym
jednak mówi stop?
Nie wiem tego, ale na moje wyczucie – nie sądzę by masakra w Krzemieńczuku była
zwrotem akcji, tak samo jak rzeź na dworcu w Kramatorsku także nie zmieniła biegu tej
wojny. Chociaż mogę się mylić. Gdybym wiedział więcej, może byłbym prorokiem, a nie
psychologiem sprzedającym kamery w hurtowni na wrocławskim Nadodrzu, pytającym przez
wszystkie lata opatrzności bożej po kiego grzyba mnie wepchnęła w te dziwną rolę.
Dzisiaj jest 30 czerwca 2022 roku. Trochę już chyba rozumiem zamiary opatrzności, która
bywa zwykłą opacznością. Jestem w hurtowni kamer i dzięki temu tu i tam mogę coś załatwić
w ramach społecznej logistyki dla braci odpierających hordy orków. Niewiele tego i często z
rozczarowującymi wynikami, ale coś to jest coś a nie nic. Zdanie, którego sens odmieniam od
wielu miesięcy. Muszę to robić, by trwać i nie oszaleć. Robienie rzeczy – leczy. Na przykład
głowę.

Tymczasem –
Mówi się, że wojna może trwać długo, dużo dłużej niż ktokolwiek sądził. I to bez wyraźnych
markerów tego kto wygrywa, kto przegrywa. Tak to jest na wojnie. Dopóki się nie skończy
nie jest łatwo ocenić. A fortuna bywa przewrotna. Manewry stron bywają niejasne, nawet w
dobie internetu i rejestrujących wszystko kamer monitoringu. Nie jestem naiwny, by sądzić,
że masakra w Krzemieńczuku zmieniła gwałtownie przebieg wydarzeń, chociaż na pewno
genialny strateg z kremla przypomniał wszystkim wątpiącym – z kim się ma do czynienia.
Ale może wszystkim to czytającym, Wam, przypomni się jeszcze raz, tak jak i mnie - o co się
toczy ta wojna, na której jesteśmy. Jesteśmy na razie przez litery, klawiatury, ekrany –
prawda - ale jesteśmy na niej.

Dzień 131. Ważne aby się potem odbić (1 lipca 2022)

Zatem wycofali się z Siewierdoniecka, "kieszeni" Zołote, Hirśke, a potem z Lisiczańska. Na
mapach nie wyglądało to dobrze. Wyglądało to tak, jakby mordor otoczył z trzech stron, a
potem nie domknął okrążenia, żeby wypchnąć w ten jedyny korytarz ludzi i sprzęt i
zmasakrować ich artylerią i lotnictwem.
Na razie jednak nie było widać w mediach rosyjskich zbyt wielu zdjęć kolumn jeńców,
parków zdobytego sprzętu, wraków na pobojowiskach. To nie znaczy że ich nie ma, to znaczy
że nie wypłynęły materiały tego typu. Gdyby tego sprzętu było dużo, gdyby tych jeńców było

wielu - to by były materiały, dużo materiałów. Bo strona wygrywająca na pewno by się
chciała chwalić.
Po czterech miesiącach walk putlerowcy zajęli obszar mniej więcej wielkości 1-2 tysięcy
kilometrów kwadratowych. Przed nimi, o ile będą szli tą drogą - kolejne dwie- trzy linie
obronne z Kramatorskiem i Sławiańskiem na końcu.
Rzecz jednak nie w tym ile kilometrów się przepchnęli putlerowcy w krwawych łaźniach
naprzód, ale jakie efekte osiągnęli.
Napoleon mawiał, że jego przeciwnicy widza na mapach mnóstwo rzeczy - punkty
orientacyjne, ważne punkty terenowe, rubieże, węzły komunikacyjne, ośrodki miejskie. Ja -
mówił - widzę tylko wojska przeciwnika i dążę do tego by je zniszczyć.
Odwołując się do tego zdania Napoleona, można powiedzieć, że armia chanatu
moskiewskiego zajęła trochę punktów terenowych, dwa miasta, drogę i kilka skrzyżowań oraz
miejsc po wsiach, z których niewiele zostało, ale co do wojsk przeciwnika, to się nie udało.
Wiele wskazuje na to, że w samym Lisiczańsku została rozbita jedna brygada obrony
terytorialnej podczas gdy na łuku donbaskim, w tej okrojonej formie bywało, że walczyło i
siedem i osiem ukraińskich brygad. Poniosły straty, ale zachowały zwartość, dalej są
brygadami, chociaż wymęczone i skrwawione.
Dlaczego to jest ważne, że się mówi, że jakaś jednostka wycofała się ze stratami ale w
porządku?
Bo jednostka wojskowa to więcej niż suma żołnierzy i sprzętu. To struktura, szkielet i
zależności między strukturami, który dopiero wypełnia się ludźmi i sprzętem. Jeżeli brygada
wychodzi z walki ze swoimi tyłami, służbami, sztabem, łącznością, sprzętem - można ją
uzupełnić, nie trzeba jej tworzyć od nowa. Pobita, ze stratami, ale w zwarta - wróci do życia
szybciej niż przeciwnik się spodziewa. Rozbita, pozbawiona spójności i ze stratami w
sprzęcie specjalistycznym - często przestaje istnieć i trzeba ją tworzyć od zera. Zebrać ludzi,
szkolić, zgrywać oddziały - to już są miesiące ciężkiej roboty. A tych miesięcy można po
prostu nie mieć.
Odwroty są normalnym składnikiem zmagań i walki. Bitwa Warszawska 1920 roku podjęta
była z głębokiego odwrotu, gdzie najpierw trzeba było front osadzić, rozpoznać przeciwnika i
zadać mu prawym sierpowym nokautujący niemal cios. Albo Stalingrad - wciąganie
Niemców w walki w mieście, które po bombardowaniach i wyjściu na brzeg Wołgi samo w
sobie nie miało większego znaczenia operacyjnego. Wciąganie, które trwało tak długo i
strawiło takie ilości sił i środków, że kiedy w listopadzie 1942 roku sowieci uderzyli na
skrzydła 6 Armii von Paulusa - zastali tam w lwiej części wojska drugiego sortu,
niedoposażone właściwie dywizje rumuńskie, włoskie i węgierskie.
Zazwyczaj tak jest, że ten kto zajmuje teren wygrywa, ale nic tutaj nie stoi w miejscu, ta
walka ciągle trwa i ciągle zmieniają się okoliczności jej prowadzenia. Odwrót bywa
elementem obrony, bywa wstępem do kontrataku, kiedy chodzi o to żeby rozciągnąć linie
przeciwnika, zmusić go do odsłonięcia skrzydeł, rozproszenia szyku, poluzowania
kołnierzyka.

Czy ten odwrót to ten moment, kiedy Ukraina się odwinie i zada wrogowi decydujący cios?
Prawie na pewno nie. To zbyt płytki manewr z obu stron. Mówimy naprawdę o dosyć wąskim
pasie aktywnych działań zbrojnych. Po wyrównaniu linii frontu związanym z wycofaniem się
z Lisiczańska to będzie w poprzek, po liniach prostych jakieś 50 może 60 kilometrów. Ten
manewr to jeszcze nie obrona manewrowa. To po prostu odejście na kolejną linię obrony.
Jak ktoś sprawnie policzył - w tym tempie zajmowanie Ukrainy zajmie Rosji kilka lat i
spowoduje starty w wysokości 2 milionów żołnierzy.
Ale nie tylko Ukraińcy coś opuścili ostatnio.
Po czterech miesiącach okupacji Rosjanie opuścili Wyspę Węży. Podobno czarę goryczy - po
licznych łomotach, jakie załodze sprawiało zniszczone już podobno w 150% ukraińskie
lotnictwo, rakiety przeciwokrętowe, prawdopodobnie HIMARS-y i "Bayraktary" - przelało
użycie lufowej artylerii dalekiego zasięgu. Być może francuskich Caesarów ale raczej
eksperymentalnych ukraińskich samobieżnych haubic "Bogdana". Ukraińskie "Bogdany"
podobno nie miały luf, ale jakiś kraj wykonał je, i również podobno, w czynie społecznym. I
eksperymentalna bateria tych nowych samobieżnych haubic ustawiła się niemal na styku
granicy z Rumunią i zaczęła walić do odległej o 37 km wyspy.
Na tej wyspie nie ma jak się ukryć.
I nie ma za bardzo jak odpowiedzieć ogniem jak się nie ma precyzyjnych środków
ogniowych, a przeciwnik siedzi sobie tuż przy granicy jednego z państw NATO.
Tutaj truizm - pocisk armaty jest wielokrotnie tańszy niż wylot samolotów na ryzykowną
misję. Zatem można tych pocisków wystrzelić setki, o oznacza intensywność ognia artylerii
lufowej może być dużo większa niż broni precyzyjnej. No i kiedy na wyspę zaczęły spadać
zwykłe granaty artyleryjskie ktoś zrozumiał, że jest już kompletnie przesrane.
Symbolicznie to jest trochę tak, jakby w styczniu 1940 roku Niemcy w geście dobrej woli
wycofali się z Westerplatte nie mogąc zdzierżyć ostrzału z Helu.
Od kilku dni, odkąd są potwierdzone użycia HIMARS-ów, Phz2000 i Krabów podejrzanie
często eksplodują składy paliw, amunicji i sprzętu wokół frontu, po rosyjskiej stronie.
Ostatnio znowu płonęły składy w Biełgorodzie, Melitopolu. W Czornobajewce dwudziesty
pierwszy albo dwudziesty drugi raz celnie ostrzelano lotnisko, a na lotnisku składy sprzętu.
Kandydatura załogi lotniska Czornobajewka do Nagrody imienia Karola Darwina w roku
2022 – moim zdaniem murowana.
Po za tym - cisza. Nie licząc pożarów w Rosji. Może to cisza przed burzą, a może co innego.









Radosław Wiśniewski – poeta, prozaik, animator kultury, aktywista społeczny.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page