Jarosław Maślanek – Liczby ostatnie (fragment)
- Mirek Drabczyk
- 3 dni temu
- 7 minut(y) czytania
Dzieciństwo wylało się nam z latami wielkiej zmiany, kolejnej. Nasi rodzice wspominali, jak żyło się przed poprzednią – dwa kanały w TV, zero netu, komórek, zero podróży za granicę, zdarzało się i wojsko na ulicy. Ich rodzice, czyli nasi dziadkowie, pamiętali za to wojnę lub lata po niej. I też wspominali je jak najgorszy koszmar, jaki może się człowiekowi przytrafić. Więc my, żeby ojczyźnianemu narzekactwu stało się zadość, powinniśmy zapamiętać w ten sposób okres po zarazie. Cóż, dla mnie były to lata rządów Bandy Niny, gdy podwórko i okolice w obrębie torów tramwajowych były wystarczającym wszechświatem. I żadna „Zet”, jak wszyscy nazywali zarazę, nie mogła tego zmienić. Zmienili to dorośli ze swoim obcym krajem. Świat, stykający się z naszym w niewielu punktach, rozrastał się, aż zostaliśmy przez niego wchłonięci. Ekspansja trwała, nieznana nam rzeczywistość wylała się z mieszkań, zaanektowała korytarz, blok i dzielnicę. Dotarła do szkoły. Wszędzie pojawiły się obce konstelacje, kolizje stały nieuniknione; obliczona na wieczność wojna miała rozbić podwórkową Bandę Niny.
Nasza przyjaźń nie przekładała się na przyjaźń rodziców, ich znajomość nie wykraczała poza chłodną uprzejmość; gdy czasami spotykali się na korytarzu i wymieniali kilka zdań, pozostawali jedynie „sąsiadami”, z różniącymi się od siebie poglądami, jednak nie na tyle rozpoznanymi, by poświęcać im pozostałą część wieczoru.
Potrzebny był impuls, żeby to, co do tej pory zagłaskiwano uprzejmą obojętnością, zastąpiła śmiertelna cisza. Nasz świat się skończył podczas urodzinowej imprezy Chudsona; bezgłośnym, nieefektownym, choć opatrzonym wykrzyknikiem, puff!
Urodziny Chudsona tradycyjnie odbyły się w jego mieszkaniu, przylegającym jedną ścianą do mojego, drugą do pokoju Niny; jego mama zrobiła najgorszy tort czekoladowy na świecie, który jak zwykle smakował tylko mnie.
Wszystko, co najważniejsze, odbyło się za drzwiami, na korytarzu; byliśmy w samym oku cyklonu, a postarano się, by powiew tylko zmierzwił nam włosy (choć wichura urywała już głowy). Nie słyszeliśmy słów, czuliśmy je, siedząc w ciszy nad paskudnym ciastem, ze sprezentowanymi przyjacielowi podarkami. Podniesione do intensywnego szeptu głosy dorosłych połykały kolejne lata naszego wspólnego dzieciństwa... Ostatnie wspólnie spędzone urodziny.
Zaczęło się jak co roku, zebraliśmy się przed mieszkaniem Chudsona, z paczkami w rękach – ja, Nina i Grubel. Umówiliśmy się, że kupimy rozszerzenia do jego ulubionej gry, każde z nas po jednej części. Chudson otworzył drzwi, przez chwilę wpatrywał się w nas bez uśmiechu, jakby bronił wejścia; szczuplutkie ciałko ledwo zasłaniało stół w pokoju, na którego blacie stał najgorszy tort czekoladowy na świecie.
– No, co jest? – zapytała Nina. – Wszystkiego najlepszego, bucu.
Podała reklamówkę, to samo zrobiłem ja i Grubel. Bez uścisków, całusów i tym
podobnych czułości, które skończyły się, odkąd przy tego typu okazjach przestali asystować rodzice. Chudson odebrał prezenty; nie podziękował, nadal się nie uśmiechał, nie przesunął się, żeby nas wpuścić; odwrócił i poszedł do pokoju. Na korytarz wyszła jego mama – cień Chudsona, zwiastujący, jak będzie mógł wyglądać jako dorosły; wysoka, z tych kołyszących się nad niższymi, jakby się zastanawiała, czy to odpowiedni moment, by uderzyć „z główki”, teraz też stanęła nad nami, nie patrząc na syna człapiącego z prezentami i spuszczoną głową.
– Dzień dobry, dzieciaki, zapraszam. – Trochę się przesunęła, niebezpiecznie zbliżając się do wystających ze ściany, gotowych przytrzymać ją za kark wieszaków.
– Nie wiedziałam, że przyjdziesz – odezwała się, kołysząc nad Grubelem. – Sebastian! – zwróciła się do syna. – Nie mówiłeś, że będzie was czworo!
Zamiast wejść, zatrzymaliśmy się. Zawsze było nas czworo. Nina, Kurdebenek, Grubel i Chudson; zawsze, na każdych urodzinach u każdego z nas, w innych konfiguracjach prezentowych, ale liczebnie niezmiennie. No chyba że któreś chorowało, wtedy zanosiliśmy mu kawałek urodzinowego tortu. Mieszkaliśmy obok siebie, na tym samym piętrze, na klatce ze wspólnym korytarzem. Dlaczego Grubel miałby nie przyjść? Spojrzałem na niego; tak samo nic z tego nie rozumiał. Uniósł głowę i wpatrywał się w wiszącą w świetle lampy mamę Chudsona. Ona, bez śladu uśmiechu, wskazała pokój.
– Znacie drogę.
Weszliśmy; na stole trzy talerze, trzy zestawy sztućców, trzy krzesła, okrojony zapas przekąsek.
– Myślałam, że Sebastian powiedział, że przyjęcie będzie dla trzech osób. Nie
przygotowałam nic dla ciebie. – Znów pochyliła się nad Grubelem.
Do pokoju wszedł ojciec Chudsona. Nie tak chudy i nie tak wysoki jak matka, mimo
to ubranie wisiało na jego pozbawionym tkanki tłuszczowej ciele.
– O – powiedział tylko. – Zrobił się tłumek.
Chudson siedział przy stole, wpatrywał w okno, z prezentami u stóp, z ramionami
przygiętymi zbyt dużym jak na niego ciężarem.
– Sebastian zaprosił trochę ponadplanową ilość gości, nie mamy przygotowanych tylu przekąsek.
– Zawsze wystarczało – cicho, jak na siebie, powiedziała Nina.
– Zawsze było kiedyś, teraz jest teraz – oznajmiła matka Chudsona ze swojego podsufitu.
Grubel odwrócił się i wyszedł z mieszkania; w skarpetkach, nie założył butów, które stały obok naszych w przedpokoju.
– No, zaczynamy – zakomenderowała matka. – Siadajcie – zagoniła nas chochlami rąk do stołu.
– Podobają ci się prezenty? – zapytała Chudsona. – Chyba dostałeś to, co chciałeś?
Chudson nie odpowiedział, wpatrywał się w firankę, delikatnie poruszaną przeciągiem.
– Zostawmy ich. – Ojciec wyszedł pierwszy, matka za nim, zamykając za sobą drzwi pokoju.
Zanim kliknął zamek, Chudson stanął przy oknie, plecami do nas, odsunął firankę i
zapatrzył się w szybę albo w to, co było za nią. Może wypatrywał Grubela?
– Nie mogłem mu powiedzieć. Wam też.
– Nigdy tak nie było.
– Ale teraz będzie. Zawsze.
Jego ramiona zadrżały. Szloch albo wzdrygnięcie mające zrzucić ciężar przyjaźni. Kiedy się odwrócił, oczy miał suche.
– Jecie?
Usiadł przy stole, sięgnął po chipsy.
Jakoś nikt nie miał ochoty, wyparowała też chęć śmiechu.
Patrzyłem na Ninę, na Chudsona nie mogłem. Ona spojrzała na mnie, kącikami ust
wykrzywionymi do dołu dała znać, że też nie rozumie, o co chodzi.
– Nie złożycie mi życzeń? – zapytał Chudson, spoglądając znad najgorszego tortu czekoladowego na świecie.
– A co, może mamy ci życzyć wszystkiego najlepszego? Zdrowia, szczęścia i życia bez przyjaciół? – zapytała Nina.
Kiedy wstała, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi wejściowych. Któreś z rodziców Chudsona otworzyło. Rozpoznałem głos mojego ojca.
– Możemy porozmawiać? Na zewnątrz, nie tu.
Nina spojrzała na mnie, uchyliła drzwi pokoju. W wejściu stali mój ojciec i moja matka, przed nimi ojciec i matka Chudsona. Różnica wzrostu była uderzająca.
– Spotkałem Pawła, jak wracał do siebie. Chcieliśmy z wami porozmawiać.
– O czym? – spytała matka Chudsona.
– Jego rodzice mają za dużo klasy, żeby tu przyjść – dodał mój ojciec.
Chudson podszedł do drzwi i je zamknął, zanim jego starzy wyszli z mieszkania. Mimo odizolowania, słyszeliśmy głośne szepty, które szeptami przestawały być.
Nina i Chudson wrócili do stołu, nikt nie sięgnął po tort. Ja bawiłem się plastikowym nożykiem, którym zdrapywałem naskórek z nadgarstka. Serwetką starłem krople krwi, które pojawiły się na skórze, przyłożyłem ją do ranki i patrzyłem, jak przesiąka czerwienią. Chudson znów stał przy oknie, oddzielił się od nas firanką, oplatającą go jak całun. Za szybą zaskrzypiał podjeżdżający do przystanku pod blokiem autobus, tramwaj zachrobotał szynami, synchronizując hałas z odgłosem ruszającego autobusu. Kłótnia na klatce dobiegła końca, drzwi otworzyły się i zamknęły. Zapadła cisza.
– Ja idę. Zostajesz? – zapytała Nina.
– Nie.
Zostawiliśmy Chudsona za firanką, z zamgloną szybą robiącą za towarzysza urodzinowej imprezy.
Kiedy zakładaliśmy buty, podeszła matka Chudsona i bez słowa wręczyła mi paczkę z prezentem od Grubela.
– Bez wszystkich dodatków gra będzie do bani – zaprotestowałem, ale ona wyszła.
– Nie zapomnijcie butów – rzucił z kuchni ojciec Chudsona.
Wyszliśmy, nie mając pojęcia, dlaczego jeden z nas okazał się nie nasz.
Staliśmy z Niną przed mieszkaniem Chudsona, ja z butami Grubela w ręku, ona z reklamówką z prezentem i patrzyliśmy na siebie, milcząc.
– Co za cholera? – odezwała się. – O co chodzi? Dlaczego akurat Grubel? Zrobił coś?
– Nie wiem, starzy nic nie mówili. W szkole też chyba nic nie było, co?
– No nie.
Wpatrywaliśmy się w drzwi, nagle tak obce. Kawałek sklejki, który od dzieciństwa traktowaliśmy jak równy naszym, teraz zimny, niedostępny, oddzielał od przyjaciela.
– Oddasz mu to? – Nina podała prezent.
– Nie pójdziesz ze mną?
– No nie.
– Daj spokój, sam tam nie pójdę.
– Idź, nie marudź, ty się z nim bardziej kumplujesz.
– Jak jest problem, to zawsze mnie wypychasz.
– Idź, podasz przez drzwi. – Odwróciła się, przeszła parę kroków i stanęła przed swoim mieszkaniem. – Nie musisz o nic pytać.
Zostałem sam na balkonie, który jeszcze pół godziny wcześniej łączył nasze domy, dzieciństwo, przestrzenie, a teraz jak linia frontu, rozdzielał wrogie armie.
Właśnie spadł deszcz, drzewa strącały zbyt dużo kropel na zabłocony beton, który nie nadążał wchłaniać wody. Podszedłem do ciągnącej się wzdłuż piętra barierki, oparłem ręce na zimnym metalu, śliskim, chropawym zadziorami złuszczonej farby.
Podwórko stało się zielonym potworem, we wnętrzu którego chciałem być; oczekiwałem, że gęstwina liści mnie skryje, gałęzie oplotą, wyrwą z balkonu i wepchną pod korzenie drzew, gdzie skryję się przed historią, która mutowała w niepokojącą formę.
Zgrzytnięciami zębów odliczyłem do dwudziestu trzech. Zaciągnąłem się powietrzem. Było parne, ciepłe, z nutami wietnamskich przypraw, ulicznego smogu. Z pełnymi płucami zastukałem w drzwi Grubela. Wcześniej tego nie robiliśmy, po prostu wchodziliśmy do domu każdego z naszej czwórki bez zapowiedzi.
Otworzył jego ojciec. Niski, krągły, z ciemną czupryną, brodą i gęstymi brwiami przysłaniającymi okulary. Spojrzałem prosto w węgliki oczu, podając prezent i buty. Od progu poczułem specyficzną woń przygotowywanych potraw (jak zapach starych skarpetek, mawiała Nina), którymi przesiąkaliśmy od maleńkości, a których żadne z nas nie dojadało (przy wtórze śmiechów jego rodziców). Ojciec Grubela odebrał rzeczy, zmierzwił mi włosy.
– Zapamiętaj ten dzień – powiedział. – Mógłbym powiedzieć, żebyś się nie przejmował, ale nie, musisz, musicie się tym przejąć.
I zamknął drzwi.
No więc zapamiętałem. Deszcz, mgłę, ciepło, woń przypraw, Chudsona za firanką, Grubela wychodzącego boso z mieszkania, Ninę radzącą, żebym o nic nie pytał. I siebie, szukającego drogi powrotnej do domu, który był przede mną.
Dziennik odosobnienia
(…) Inni to kłopot interpretacji; konieczność przystosowania się, z przytłaczającą świadomością jego rosnącego zakresu, przymus odczytywania oczekiwań, żenująco oczywistych, niekoniecznych. Przynależność ogranicza, uczestnictwo krępuje. Przyjaźń? Lepszy i gorszy, ładniejszy – brzydszy, bystrzejszy – głupszy, społeczny – samotnik; splątani potrzebami realizacji egoistycznych celów, dowartościowania i ucieczki od samotności. Paczka? Grupa rówieśników wypracowująca strategie, skuteczne bądź nie, na przetrwanie w gęstwie innych grup, które gdyby mogły, powybijałyby się. Ostatecznie i tak ich nie znasz, przez lata się męczysz, podejmując coraz głupsze wyzwania, dające złudzenie dorosłości. Dorosłości, w której inni to co najmniej zagrożenie; już nie inkubatory zarazków, nosiciele pandemii, ale jednostki transportujące to, czego nie chcesz – obce światy. Ratunkiem jest odosobnienie – ciałem, duchem, świadomością, odosobnienie, w którym aplikujesz sobie wolność w zakresie maksymalnym, w największym dostępnym obszarze. Przyjaźń, miłość, rodzicielstwo; wiara, polityka, sąsiedztwo; altruizm, nienawiść, współczucie; to wszystko oplata, ściska, rzuca na ziemię i przydusza, ograniczając ruchy wyłącznie do niewielkiego obszaru na podłodze, jaki pozostawiają więzy. Zaraza to sposobność, dar podrzucony przez bogów, kwarantanna to błogosławieństwo, pukające do drzwi, za którymi nie ma innych, innych już brak. Jesteś ty, niebo bywające piekłem. Od ściany do ściany świat w kwarantannie, skuteczne odosobnienie, jeden na jeden, w domach pokojami rozsadzeni, ściankami działowymi pouwalniani, w budynkach z betonu – nikogo, tylko wy; z samymi sobą drepczecie przez podarowane wam wszechświaty. (…)
Liczby ostatnie (fragment): Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 320

