Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Catherine Coy – wiersz
Modlitwa za przedmieścia Niechaj będą bezpieczni jak ich domy w szeregu jak ludzie czekający, aż coś się w końcu wydarzy. Niechaj będą jak puste pudła Bardziej ciaśni niż karton na mleko. Niechaj zachowają dla siebie ten kawałek trawnika Między chodnikiem i krawężnikiem skrawek przestrzeni by oddychać, ale tylko tyle by odseparować to co wzięli na kredyt od tego, czego pilnuje miasto. Niechaj im będzie dane zachwycać się swoim adresem uliczek nazwanych ku czci drzew i kwiatów albo kobiet. Niechaj pamiętają wszystko wszystkim ale nie odezwą się słowem. Oby ich drzwi frontowe puchły i kurczyły się od zmian pogody. Niech się zamkną. przełożył Jerzy Bartonezz fot. Bill Owens Catherine Coy – po studiach magisterskich na Uniwersytecie Columbia w 1997 roku objęła stanowisko dyrektorki programu Poets House, poprzedzone dwuletnim wolontariatem i pracą asystencką. Do Nowego Jorku przeprowadziła się z Chicago, mając już tytuł licencjata z języka angielskiego uzyskany na Uniwersytecie Chicagowskim. Jej wiersze ukazały się w „The Paris Review”.
- Alejandra Pizarnik – pięć wierszy
Noc Niewiele wiem o nocy, ale noc wydaje się wiedzieć o mnie, więcej nawet, wspiera, jakby mnie kochała, okrywa moją świadomość swymi gwiazdami. Być może noc to życie a słońce — śmierć. Być może noc to nic i domysły o niej to nic i istoty ją zamieszkujące to nic. Być może tylko słowa istnieją naprawdę w olbrzymiej pustce wieków drapiących naszą duszę wspomnieniami. Lecz noc musi znać niedolę pijącą z naszej krwi i naszych idei. Musi rzucać nienawiść w nasze spojrzenia wiedząc, że są pełne interesów, rozczarowań. Ale zdarza się, że słyszę, jak noc płacze w moich kościach. Jej ogromna łza majaczy i krzyczy, że coś odeszło na zawsze. Kiedyś znów będziemy sobą. Kochankowie kwiat niedaleko nocy moje nieme ciało otwiera się na delikatną pilność rosy Ostatnia niewinność Odejść ciałem i duszą odejść. Odejść pozbyć się spojrzeń ciążących kamieni śpiących w gardle. Muszę odejść dość już bezwładu pod słońcem dość już oszołomionej krwi dość już kolejki do śmierci. Muszę odejść Na co więc czekasz, podróżniczko! W oczekiwaniu na ciemność Ta chwila, której się nie zapomina Tak pusta, gdy zwrócona przez cienie Tak pusta, gdy odrzucona przez zegary Ta biedna chwila przygarnięta przez moją czułość Naga naga z krwi ze skrzydeł Bez oczu, by pamiętać dawne lęki Bez ust, by zbierać sok przemocy zgubionej w śpiewie lodowych dzwonnic. Ochroń ją ślepa dziewczynko duszy Połóż na niej swe oszronione ogniem włosy Otul ją mały posągu przerażenia Wskaż jej świat w konwulsjach u twych stóp U twych stóp, gdzie umierają jaskółki Drżące z przerażenia przed przyszłością Powiedz jej, że westchnienia morza Zwilżają jedyne słowa Dla których warto żyć. Ale ta chwila spocona nicością Skulona w jaskini przeznaczenia Bez rąk, by powiedzieć nigdy Bez rąk, by wręczyć motyle Martwym dzieciom. Przebudzenie Dla Leóna Ostrova Panie Klatka stała się ptakiem i odleciała a moje serce oszalało bo wyje do śmierci i uśmiecha się za wiatrem do mych majaczeń Cóż pocznę ze strachem Cóż pocznę ze strachem Już nie tańczy światło w moim uśmiechu ani pory roku nie palą gołębi w moich myślach Moje ręce się obnażyły i odeszły tam, gdzie śmierć uczy umarłych, jak żyć Panie Powietrze karze moją istotę Za powietrzem są potwory które piją moją krew To katastrofa To godzina pustki niepustej To chwila, by zasznurować usta usłyszeć krzyk potępionych kontemplować każde z mych imion powieszonych w nicości. Panie Mam dwadzieścia lat Moje oczy również mają dwadzieścia lat a jednak nic nie mówią. Panie Dopełniłam swego życia w jednej chwili Ostatnia niewinność wybuchła Teraz jest nigdy albo wcale, albo po prostu było Jak to jest, że nie popełniam samobójstwa przed lustrem i nie znikam, by pojawić się na powrót w morzu gdzie czekałby na mnie wielki statek z zapalonymi reflektorami? Jak to jest, że nie wyjmuję sobie żył i nie robię z nich drabiny by uciec na drugą stronę nocy? Początek zrodził koniec Wszystko będzie się toczyć tak samo Zużyte uśmiechy Zainteresowane zainteresowanie Pytania z kamienia na kamieniu Gesty naśladujące miłość Wszystko będzie się toczyć tak samo Lecz moje ramiona uparcie chcą objąć świat ponieważ nikt ich jeszcze nie nauczył że jest już za późno Panie Wyrzuć trumny z mojej krwi Pamiętam swoje dzieciństwo gdy byłam staruszką Kwiaty umierały w mych dłoniach ponieważ dziki taniec radości rozsadzał im serca Pamiętam czarne poranki słońca gdy byłam dziewczynką to znaczy wczoraj to znaczy wieki temu Panie Klatka stała się ptakiem i pożarła moje nadzieje Panie Klatka stała się ptakiem Cóż pocznę ze strachem z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Flora Alejandra Pizarnik (1936–1972) – argentyńska poetka, jeden z najwybitniejszych głosów poetyckich swojego pokolenia.
- Eduardo Milán – pięć wierszy
Słońce, słońce dwóch gniazd Słońce, słońce dwóch gniazd, jedno w promieniach dnia, drugie w świetle nocy, teraz niskokaloryczne. Stąd ten chłód latem, to ciepło zimą, ni to wiosna, ni jesień. Nie wiem, co na siebie założyć bo jesteśmy przyzwyczajeni by coś założyć. Słońce powinno się zdecydować, opowiedzieć po którejś ze stron. Nie wracać, lecz powracać Nie wracać, lecz powracać by powiedzieć, przylepiony teraz do twej skóry, że ona koi. Mówię o twej skórze, która jest jedną z niewielu rzeczy którą znam i która jaśnieje. Nie jestem niczym więcej niż cieniem twego ciała lecz mogę mówić, cień, który mówi, ale mówi. Jestem resztką nieba, twojego nieba, otwartym błękitem. W wieku lat dwudziestu twe łono pachniało głęboko W wieku lat dwudziestu twe łono pachniało głęboko, odwiecznie, ciepło, korzeń bez mrozu, kruchy choć pochodził z przeszłości tak odległej, mitycznej że miał odwagę przemierzyć dżunglę niepostrzeżenie. Głos duszy w udręce, poszukującej kontynentu, Afryki, gdzie można się zakorzenić, rozdartej. Ale wracając, łono kobiety posiada dziwną autonomię, jak gdyby do niej należało i było jej obce, piołunowe, niezależne, w stanie upojenia. Żyje w gorączce jego długa pamięć, która pozwala mu na ekstazę. Jego wargi są najprawdziwszymi wargami. Korzeń, który nie jest korzeniem, ale wydaje mi się nim przez swoje echo. Od pewnego momentu wiersz staje się niezliczonymi echami, wyzwolonymi wodami, które chętnie rozszerzają się po dotknięciu. Dlaczego kocham twoje szaleństwo Dlaczego kocham twoje szaleństwo, tę rezolutność, twój brak zegarka i twoje skróty gdy jestem właściwie o krok od upadku głową w otchłań? To znaczy: w ciebie. Lecz nie tylko to: jest w tobie o wiele więcej tego, czego pragnę a nie wyjawiam. Ta lampa którą zapalasz w głębi. Wspaniały język, wspaniały Wspaniały język, wspaniały, czysty, biały niczym śnieg, kwiat: lilia. Ptaki śpiewają po ptasiemu. Bobry jedzą po bobrzemu. Ludzie mówią po ludzku, z ręki do ręki, ich głosy dotykają się w rozmowie. Błyszczący? Mówi się błyszczący. New York mówi się New York. Język ze srebra mówi się język ze srebra. Na złoty wiek mówi się złoty wiek. Góngora, Góngora. Już przyszła pora, kordowianinie, już przyszła pora. Rana mówi się łatwo. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Eduardo Félix Milán (ur. 1952) – urugwajski poeta, eseista i krytyk literacki. W 1979 wyemigrował do Meksyku z powodów politycznych.
- Pierre Vinclair – wiersz
*** Gdy byłem czytałem Pasoliniego, w kawiarnii w Anvers - widzieć, nie widziałem nic - mówiłem sobie, że jest to wiersz, który wychodzi z czapeczki magika, który ukrywa się za kieliszkiem; że nie ważne to, że wszystko jest przecież realne: detal ustępuje miejsca całości, medytacji ustępuje deskrypcja, zaś cegły szarego nieba rzeźbione są przez wiatr, szybko, ku błękitowi Italji lśniącej barokowymi chmurami, jakby w tramwaju: wszystko podskakuje na szybie, w arbitralnym porządku, i tak miesza się miasto; tak, jak gdy przechodzi się, w muzeum, od obrazu do obrazu, do niebieskiego gorsetu madonny, wystrzeliwując diabła z okrągłej piersi (z jej pudełka), aż ku sznurowadłu, które, niczym wąż, owija się wokół białej skóry. przełożył Krzysztof Katkowski Pierre Vinclair (ur. 1982) – pisze poezję i prozę oraz eseje z zakresu filozofii literatury. Niedawno opublikował L'Éducation géographique (2022) oraz Terrorisme et Alchimie. La création poétique du sens (2023)
- Jean Toomer – dwa wiersze
Portret w Georgii Włosy – kasztany splecione, skręcone jak sznur linczownika, Oczy – wiązki, Wargi – stare blizny, bądź pierwsze pęcherze, Oddech – trzciny woń słodka ostatnia, I gibkie ciało, białe jak popiół skóry czarnej po przejściu płomieni. Ujrzyj serce Tym, co przestają kochać Nie kończy się żądza, Tym, co dbać przestają, Nie goi się ból; Nie waż na słowa, co niepytają; umysły, które nie szukają nawet, twarze obce - lecz ujrzyj serce. przełożył Krzysztof Katkowski Jean Toomer (1894–1967) – amerykański poeta i prozaik, związany z renesansem harlemskim. Najbardziej znany jest z modernistycznej książki Cane (1923), hybrydy prozy, poezji i dramatu, która przedstawia życie Afroamerykanów na Południu oraz w miastach Północy. Dzieło to uznawane jest za jedno z najważniejszych osiągnięć literatury afroamerykańskiej XX wieku. Z czasem wycofał się z życia literackiego, skupiając na duchowości.
- Oskar Pastior – trzy wiersze
wciąż wiersz to nie wers. bo czy ty wiesz co to wiersz wiersz to wieszcz wieszczący wieść wobec wszem wierzgająca wierzba świerk wiersz to sierść węszący świerszcz wzdłuż i wciąż tylko wiersz wertujący ciebie wszerz nawet gdyby ten tu wiersz nie wertował ciebie wszerz gdyby wieszcz nie wieścił wszem gdyby świerszcz to tylko wesz to wciąż wiersz przewierci wskroś wręczy świerzop świeży (co?!) choćby cię nie było wciąż postępujący metabolizm w sestynie tu sześć się da no tak tak tu sześć się da no się da no tak tu sześć no tak tu sześć się da da no tak tu sześć się sześć się da no tak tu sześć już da no tak tu tak tu sześć już da no da no tak tu sześć już tak tu sześć już da no no tak tu sześć już da już da no tak tu sześć już precz no tak tu sześć sześć już precz no tak tu no tak tu sześć już precz tu sześć już precz no tak tak tu sześć już precz no precz no tak tu sześć już precz nie tak tu sześć już już precz nie tak tu sześć tak tu sześć już precz nie sześć już precz nie tak tu tu sześć już precz nie tak nie tak tu sześć już precz nie tak dość sześć już precz precz nie tak dość sześć już dość sześć już precz nie tak już precz nie tak dość sześć sześć już precz nie tak dość tak dość sześć już precz nie chwyt dość sześć już precz nie nie chwyt dość sześć już precz sześć już precz nie chwyt dość precz nie chwyt dość sześć już już precz nie chwyt dość sześć dość sześć już precz nie chwyt sześć się da no tu tak tak tu sześć już precz no sześć już precz nie dość chwyt Któż to przychodzi tak pięknie o świcie? Któż to przychodzi tak pięknie o świcie? Kto świszczy o pięknie przechodnie? Kto pięknieje świetliście? Komu świta odejście? Kto dochodzi piękniejąc? Kto uchodzi ze świtą? Kto świtem upiększa? Tak piękny kto? Chodzi kto przy? Któż to? Świt z niemieckiego przełożył bądź spolszczył (choć oba słowa wydają się na wyrost) Adrian Krysiak Oskar Pastior (1927–2006) – rumuńsko-niemiecki poeta i tłumacz. Jedyny niemieckojęzyczny członek OuLiPo (L'Ouvroir de littérature potentielle, Warsztat literatury potencjalnej).
- Amelia Pudzianowska – cztery wiersze
Pokorni paliatywni w mięśniach mają sól zlizaną z ziemi skakali nad drewnem wrodzonym w kamień kłaniali się bogom niemodnym w tym kraju i chyba chcieli mówić rzeczy najważniejsze a zapamiętano ich zabawne gesty rzucone ogniem w tanie świętości podparte wiatrem rozgrzeszone rosą Mantra otworzą się oczy jak drzwi na sprawy na ostatni paciorek elipsę w kark kopniętą nieskończone amen kategorycznie śmieszne spasione desperacko niewymówione i niewymowne solą tej ziemi a łzy też przecież ramię w ramię też przecież się plączą sypią się jak gołębie z dzwonnicy w najjaśniejsze południe lata Kocham. Odlot o ósmej z nas zdjęto skrzydła i dobrze: innych nie trzeba nas wyśmiano ponad pociągami nam z gardła wyjęto nas straszono głodem idę za tobą jak za wygnaniem gonię przez sen gonię siłą ramion błogosławi nas mgła z ciemności opasła daje nam chleb ze wzdętym brzuchem a my dwa jelonki zanurzone w świcie czymś innym jesteśmy niż błyskawicą w nas lepi się kula po której chodzą ptaki to czy anioły nie wiadomo jeszcze nie latać a być ziemią w stopniu miłości: parterem Spazmy jego ślina na moich ustach trwa niewzruszona buntowniczka gdyby jej ktoś powiedział że krzepnie na przekór byłaby uciętym drganiem odjętym słowem które wprawiło nas w miarowe odwracanie na plecy Amelia Pudzianowska (ur. 2001) – laureatka wielu konkursów literackich. Publikowała w internecie, prasie, antologiach. Autorka reportaży, storytellerka, slamerka, reżyserka, autorka warsztatów kreatywnego pisania. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa Biblioteka Śląska ukaże się jej debiutancka książka guzik prawda.
- Marcin Bies – Ziemia Cotarda
Gdy Słońce wybuchnie, zostanie nam 8 minut TVN Meteo * ale jeszcze przy kasie jeszcze z paragonem w ręku biegnę do bramek otwierają się pola jeszcze się zawiodę na sąsiednich literach usłana gównami jest droga od słowa do słowa gdybym mógł być znakiem, byłbym twardą spacją odłogiem ośmiu minut niedopowiedzenia wszedłem na twoje pole jak zwierzę na zwierzę rzut cienia potwierdził uczestnictwo w grze * może jeszcze raz: wylosowało płeć biegnę do bramek, otwierają się pola dopalasz papierosa, mówisz idzie wiosna pauzo, moja matko, jak ona to przeszła antycypując gówno w świetle stroboskopu w kolorze wiernie odbita, fakultatywnie obecna może jeszcze raz podaj jakiś przykład jeszcze jestem martwa, chociaż ożywiona a pretekstem jest wiatr wpadający w usta rzucam jeszcze raz: teraz jestem polem Starlinki spadną mi tej wiosny na pierś i nie będzie już pola ani dziury po nim * potwierdzenie płatności, jeszcze znak dźwiękowy może jeszcze raz: jestem światłem w wersie oraz cieniem w zdaniu kładę się na polu i oddycham gnojem, jestem onomatopeją echem wrzenia słońca, czasem dokonanym, gasnącym sygnałem śnieżącą telewizją, słabym internetem, kadrem w telefonie zastygłym w pornosie: usta mam pełne nasienia * palisz dwa papierosy, spoglądasz na zegarek: nie ma chuja we wsi, że coś z tego będzie ~ może nie zaraz człowiek, ale jakieś zwierzę z jakiegoś schroniska, może chociaż dziara malutki wspólny tatuaż w niewidocznym miejscu jakieś wspólne miejsce, choćby nieobsiane pole może zrobimy sobie coś i coś z tego będzie w ferworze stwarzania nazwiemy to kształtem śnieżysz, otwierasz klatki, wypuszczasz piksele nie łzawisz, ty zaledwie formułujesz płacz * dam przykład: kładziemy się cieniem do cienia, aż się ucieleśnia formuła jednego ciała na przekątnej pola czy my nikniemy? Nie, czy tracimy kontrast? Czy posiadasz pewność, że kiedyś go miałaś? Może jeszcze raz: usta mam pełne morza między słowami pulsuje dioda LED jest, pauza, nie ma * podobno wszechświat istnieje tylko wtedy, gdy patrzymy podobno bóg widzi, co robimy przed lustrem w łazience podobno przed śmiercią widzimy światełko, a po śmierci pan bóg zapala nam słońce, mówiąc patrzcie oto jestem, a oto mnie nie ma. Kosi kosi łapci KL Bergen Belsen, plamka na spojrzeniu wreszcie ziemia Marcin Bies (ur. 1982) – autor zbiorów wierszy: Funkcje faktyczne (2010), Renowacja zbytków (2015), Wybór drozdów (2017), Żale Matki Boskiej pod słupem wysokiego napięcia (2020), Mimo Boga (2022). Mieszka w Mikołowie.
- Mariusz Sambor – trzy wiersze
DJ Vance Największa góra lodowa świata utyka u wybrzeży Georgii dwadzieścia jeden stopni w marcu larum na świecie biją kotlety piętro wyżej typ z falującą fryzurą i jego przydupas tak nie powinno się mówić o głowach państwa a to właśnie niedziela ślady tajemniczych sygnałów z kosmosu w eterze co dwie godziny docierają do Ziemi ach to stąd nietypowe oddziaływania gdy biały karzeł i czerwony karzeł znajdują się tak blisko za blisko żeby były dobrze rozbite proszę państwa co we mnie czasami nie wiem co we mnie wstępuje Du bist schön wie ein Diamant część pierwsza — porozumiewamy się jak pismem obrazkowym oczywiście wiem tak nam się wydaje cześć druga — próbujemy piękna dziewczyna w kaszkiecie / podziwiam prezentuje swoje stylowe stroje a ja myślę / czy już czas niezasłużone nienależne niezasłużone nienależne myślę o serniku i pudle pełnym sałatki obdarowany w nie moje święta i chyba wolałbym być tapirem nie nie fakirem dorosłym tapirem ci wytrawni pływacy wykorzystują elastyczne nosy jak naturalne rurki do nurkowania chciałbym być dorosłym tapirem mieć na wszystkie przytopienia wyjebane Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022), epistemologicznego komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W marcu 2025 roku ukazał się jego tom poetycki Rzeka / Taniec (2025). Mieszka w Krakowie.
- Marcin Mielcarek – Wino, klasyka i chuć
Maria zwykle zaczynała słuchać radia, kiedy za oknem robiło się już ciemno. Zasiadała w welurowym fotelu z kieliszkiem białego wina w dłoni i zatapiała się w muzyce koncertów symfonicznych. Zamykała oczy i pozwalała sobie odpłynąć, odciąć się nie tylko od zewnętrznych bodźców, a także własnego ciała, nawet myśli. Nie czuła się samotna, to znaczy przyzwyczaiła się do tego, że jest na ogół sama, a przykre uczucie z tym związane, było w niej głęboko uśpione. Nie miała bliższych znajomości, prawdziwych przyjaciół. Tylko kilka koleżanek, które rzadko składały jej życzenia w urodziny. Maria miała czterdzieści dwa lata, a jej mąż zmarł przed pięcioma. Nie musiała pracować, ponieważ zostawił jej całkiem pokaźny spadek, prowadził kancelarię adwokacką, poza tym był ubezpieczony i miał nosa do inwestycji na giełdzie, dzięki czemu Maria zapewniony miała stały dochód. Mieszkanie miała na własność, większość wydatków szło na wino, książki i kwiaty. Lubiła kwiaty. Lubiła patrzeć jak rozkwitają i jak więdną. Od jakiegoś czasu jednak potrzebowała mężczyzny. Chodziło o kwestie czysto seksualne, nie rozumiała tego, po prostu któregoś dnia ogarnęło ją pożądanie i dotychczasowe sposoby, którymi sobie radziła nie wystarczyły. Długo zastanawiała się czy to odpowiednie. Z początku chciała poznać kogoś w swoim wieku, ale uznała, że może skoro i tak robi już coś szalonego, to powinna dać się ponieść. Postanowiła spotkać się z kimś dużo młodszym, pełnym energii, wigoru. Nie miała w planach relacji długotrwałej, raczej chciała przeżyć krótką przygodę, jedną, może dwie. Oczywiście nie miała żadnego doświadczenia w tego typu sprawach, nie miała pojęcia jak w ogóle zacząć poszukiwania. Swojego męża poznała naście lat temu, na studiach, w czasach kiedy wszystko było prostsze i prawdziwsze. Poczytała trochę w sieci, wahając się czy to na pewno dobry pomysł, to znaczy czy da się dzisiaj poznać bezpiecznie mężczyznę. O płaceniu jakiemuś żigolakowi nie było nawet mowy. Biła się z myślami, zastanawiała czy jej wypada – wdowie, która w całym swoim życiu miała tylko dwóch kochanków. Postanowiła wybrać się na początek do baru, uznała, że może tam spotka kogoś ciekawego i chociaż w to nie wierzyła dała szansę stereotypom. Ubrała się w taki sposób, żeby wyglądać na młodszą, a na pewno bardziej wyluzowaną. Włożyła błękitne jeansy z rozdarciami, koszulkę rockowego zespołu, czarną marynarkę i wzuła trampki. Dawno nie chodziła trampkach. Mimo swojego wieku wciąż posiadała figurę – przytyło jej się w kilku miejscach, ale nieznacznie, właściwie jej ciało nabrało przez lata krągłości tam gdzie powinno. Jej twarz wciąż była gładka i zdrowa – zmarszczki jeszcze nie zaczęły brać szturmem jej skóry. Wyprostowała włosy, pomalowała się, użyła czerwonej szminki i wyszła na miasto. Bar do którego weszła miał dobre opinie, ale i tak mrok mieszał się tutaj z szarością papierosowego dymu, z neonowym światłem szyldów za barem i ciepłą łuną bijącą z żarówek. Ludzie przychodzili i wybywali, a ona siedziała przy barze, pijąc niewiele i rozglądając się swoimi ciemnymi, błyszczącymi oczyma. Mężczyźni spoglądali na nią zaciekawieni, ale tylko jeden postanowił postawić jej piwo. Nie był w ogóle ciekawy. Wysoki, fakt, ale utyty, garbiący się, z tłustą cerą i tłustymi włosami. Musiał być niewiele młodszy od niej. Rozmowa wcale im się nie kleiła, właściwie Maria nie miała ochoty z nim gadać. – Oglądałaś Gwiezdne Wojny ? – zapytał. Pachniał piwem, cebulowymi chipsami, kwaśnym potem i tanią wodą toaletową. – Tylko trochę – odparła. – Ja jestem wielkim fanem. A Gwiezdne Wrota ? – Nie znam. – To może Obcy ? Któraś z części? Terminator ? – Niestety nie. Zmyła się z tego baru bardzo, bardzo szybko. Mijały kolejne dni, ale chuć, która w niej nagle zapłonęła, wcale nie miała zamiaru samoistnie zgasnąć. Wciąż nie pomagało to, co zwykle robiła sobie sama. Palce, słuchawka w wannie. Nie była przekonana do gadżetów, które tak szeroko reklamowały feministyczne środowiska, więc ich nie spróbowała. Potrzebowała mężczyzny. Po prostu. W końcu postanowiła się z jednym umówić. Weszła na jakiś popularny portal i zaczęła rozmawiać z różnymi facetami. Byli ohydni, okropni. W większości. Mówili o tych sprawach jakby wyrwali się z rynsztoka. Opowiadali co chcą jej zrobić i to tylko napawało ją strachem. Szybko zablokowała kilku użytkowników, przede wszystkim tych, którzy bez ogródek wysłali jej swoje nagie zdjęcia na zachętę. Następne dni upłynęły jej na poszukiwaniach. Trafiła po czasie na kogoś. Młody, fizycznie wydawał się interesujący, miał w sobie energię i epatował siłą. Nie był typem intelektualisty, ale pomyślała, że może taki mężczyzna z krwi i kości da jej to, czego potrzebowała. Uznała, że może dać mu szansę. Na początek chciała umówić się z nim na neutralnym gruncie, właściwie poznać go w realu, zanim przejdą do następnego kroku. Uparł się jednak, że po nią przyjedzie – błędnie uznała ten fakt za przejaw dobrego wychowania. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie było to zbyt rozsądne z jej strony – to, że podała mu swój adres. Tego dnia pojawił się na pół godziny przed umówionym czasem. Wahała się, ale koniec końców nie miała wyjścia jak tylko go wpuścić. Nie chciała wyjść na niegrzeczną. Czuła się zakłopotana, bo właściwie dopiero zaczęła się szykować. Była ubrana po domowemu – niezbyt elegancko. Włosy związane ciasno na głowie. Brak makijażu. Otworzyła mu, a on wpadł do środka jakby znali się od lat. Na dzień dobry objął ją i spróbował pocałować. Odepchnęła go lekko. – Co jest słoneczko? – zapytał. – Myślałem, że na mnie lecisz. Oczywiście widziała jego zdjęcia wcześniej – ona wysłała mu tylko jedno, jakieś z wakacji, w dużym kapeluszu – ale nie oddawały one tego jak wyglądał w rzeczywistości. – Na zdjęciach wyglądałeś trochę inaczej – powiedziała słabo. – A co? Nie podobają ci się moje dziary? – zapytał, prężąc prawy biceps. – Nie wiem. – Hej, hej, ty też wyglądasz inaczej. To znaczy nie myślałem, że będziesz taką sunią. – Sunią? – No, przepraszam za to, co zaraz powiem, ale nie mogę się opanować. Nie sądziłem, że będziesz takim ostrym towarem. Właściwie nie byłem pewien tego spotkania, bo myślę sobie, że kolejna znudzona mamuśka szuka młodego bolca, ale teraz widzę, że warto było do ciebie przyjechać. – Warto? – No masz niezłe ciałko, apetyczny tyłeczek. Nie mogę się doczekać, aż go wypieszczę. Jego słowa ją zamurowały. Nie była gotowa na taką rozmowę. Kiedy ze sobą pisali, nawet przez telefon, wydawał się bardziej szarmancki, prosty, ale szczery. Rozmawiali w kuchni, bo była w trakcie wyciągania talerzy i sztućców ze zmywarki. – Możesz mi pomóc? – spytała niepewnie. – Ale, że co? – Ze zmywarką. Pomożesz mi powyciągać naczynia? – Żartujesz sobie? Słuchaj, to jakiś rodzaj gry wstępnej? Grasz teraz napaloną kurę domową? Westchnęła i dokończyła sama, oznajmiając mu, że musi się jeszcze przygotować na wyjście. On siedział na krześle, z szeroko rozstawionymi nogami. Wpatrywał się w nią, pochłaniał ją wzrokiem i wcale jej się to nie podobało. Czuła się niekomfortowo, właściwie żałowała, że zgodziła się z nim wyjść. Chciała go wyrzucić, ale obawiała się jego reakcji. Wyglądał na groźnego. Przecież kompletnie go nie znała. Co też przyszło jej do głowy, aby zapraszać go do środka? – Ładne masz mieszkanko – powiedział. – Sporo warte, co? – Myślę, że tak – odparła zmieszana. Wydawało jej się, że podrapał się w kroku, kiedy tylko odwróciła na moment głowę. – Słuchaj mała, wcale nie musimy nigdzie wychodzić – oznajmił, wstając. – Możemy zostać tutaj i dobrze się zabawić. Jak dla mnie nie musisz się malować ani stroić. Przecież i tak zaraz cię rozbiorę, nie? Jak chcesz to mogę ci najpierw wylizać, żebyś się rozluźniła. Zwykle tak nie zaczynam, zwykle to daje wam pole do popisu, ale dla ciebie mogę zrobić wyjątek. No to co powiesz? Zbliżył się do niej i spróbował ją objąć. W przypływie paniki zapytała go czy ma przy sobie badania, o którego go prosiła. Wyczytała w necie, że to podstawowy punkt takich przelotnych spotkań. – Słońce, pojedziemy w gumie i będzie bezpiecznie – zaśmiał się, starając się ja pocałować. – Nic się nie bój. – Wyjdź – powiedziała słabo. – A co to? Lubisz grać niedostępną? – Wyjdź mówię. – No dalej, suczko... – Nie żartuję. Złapał za jej rękę. – Wyjdź! Facet cofnął się, popatrzył na nią, potem parsknął, odwrócił i wyszedł, trzaskając drzwiami. Maria długo siedziała w kuchni, na podłodze. Mimo, że do niczego nie doszło, czuła się zbrukana. Sądziła, że ta przygoda wyleczy ją z chęci obcowania z jakimkolwiek mężczyzną. Myliła się. Przez następny miesiąc z mniejszą lub większą intensywnością szukała partnera. Bogatsza o ostatnie doświadczenie, wiedziała już co powinna zrobić. Kilku kandydatów odrzuciła po pierwszej randce na mieście. Tamten neandertalczyk wydzwaniał do niej co jakiś czas. Nie odbierała oczywiście. W końcu umówiła się z młodszym o piętnaście lat blondynem o imieniu Łukasz. Zaintrygował ją swoim sposobem bycia. Nie wydawał się napalony jak większość, posługiwał się nienaganną polszczyzną, na zdjęciach prezentował się dobrze, ale skromnie. Właściwie odnosiła wrażenie, że jest trochę obojętny na całe to spotkanie. Pracował jako dziennikarz, podobno pisał reportaż o ludziach zatrudnianych na czarno. Chciał wydać to z jakimś poważnym wydawcą. Znał się trochę na muzyce klasycznej, pił tylko dla towarzystwa. Uprawiał też sport, głównie pływał. Zanim spotkali się po raz pierwszy uznała, że może coś z tego być. Miała przeczucie. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w kawiarni, całkiem niedaleko jej mieszkania. Przyniósł jej kwiaty i sprzedał kilka komplementów. Wydawał się lekko denerwować, ale wrażenie to z czasem zniknęło. Rozmawiali głównie o literaturze, oboje mieli na ten temat szersze pojęcie. – Dlaczego jesteś sam? – zapytała, od dłuższego czasu się nad tym zastanawiając. – O ile to nie jest zbyt intymne pytanie i mogę o to zapytać. – Jeszcze pół roku temu byłem zaręczony – odparł. – Co się stało? Zdradziłeś ją? – Nie, to nie to. – Powiesz mi? – Po prostu ludzie się zmieniają. To wszystko. Rozstaliśmy się w zgodzie. – I teraz postanowiłeś umawiać się z przypadkowymi kobietami? – To nie tak jak myślisz. – A jak? Westchnął, a potem się lekko uśmiechnął. Podobał jej się ten uśmiech. Był szczery. – Chciałbym po prostu przeżyć romans z dojrzałą kobietą – oznajmił. – Masz na myśli starszą – poprawiła go. – Nie wydajesz się starsza ode mnie. – Ale jestem. – Wiek to tylko liczba. – Banał. Wszystkim to mówisz, tak? – Przecież pisałem ci, że jesteś pierwszą kobietą, z którą się w ten sposób spotykam. – Mam ci w to uwierzyć? – Nie musisz mi w nic wierzyć. Co zdziwiło ją najbardziej nie nalegał po spotkaniu na to, aby pojechali do niego albo do niej. Właściwie nie zająknął się o tym ani słowem. Zapytał natomiast czy może zaprosić ją któregoś wieczora do restauracji. Wydawał się nigdzie nie spieszyć. Zgodziła się z nim wyjść w sobotę. Lokal wybrał on. Ubrała się ładnie, pomalowała, wciągnęła na siebie prostą sukienkę sięgającą do kolan, wzuła buty na wysokim obcasie i dobrała biżuterię. Wybrała też bieliznę, koronkową, chociaż podświadomie czuła, że dzisiaj i tak do niczego nie dojdzie. – Nosisz obrączkę – stwierdził, podczas gdy czekali na zamówienie. – Mogę zapytać o twojego męża? – Możesz. – Pytam więc. – Jestem wdową. Tak w skrócie. – Bardzo mi przykro. – Już dawno nie noszę żałoby. – To dziwne. – Co jest dziwne? – Wiesz, że to bez sensu, ale gdybym ja był twoim zmarłym mężem nie chciałbym abyś się z kimś spotykała. – Naprawdę? – Tak. Jestem z natury zazdrosny. Zanim postanowiła zaprosić go do siebie, spotkali się jeszcze kilka razy. Nie potrafiła inaczej, zrozumiała to przy trzecim spotkaniu. Chociaż potrzebowała mężczyzny, nie potrafiła oddać się pierwszemu lepszemu. Zaczynała się zastanawiać o jaki rodzaj bliskości jej tak naprawdę chodziło. Udawali się w przeróżne miejsca. Spacery wieczorami po promenadzie czy parku. W końcu, po wizycie w kinie, zaprosiła go do siebie. Od wejścia pochwalił wystrój jej mieszkania. – Napijesz się wina? – zapytała, włączając muzykę z radia. – Chętnie. Poszła do kuchni, a on wszedł za nią. Otworzyła szafkę w poszukiwaniu czystych kieliszków, ale wszystkie znajdowały się w zmywarce. Zaczęła wykładać naczynia ze środka. Podszedł i bez słowa jej pomógł. Siedzieli w salonie, słuchając klasyki i prowadząc ożywioną dyskusję. Ona siedziała w swoim fotelu, on z brzegu kanapy. Jej pięta opierała się na jego udzie. Masował jej stopę, okrytą czarnym materiałem nylonu. – Teraz druga – powiedział, a ona zmieniła nogę. Podobało jej się to jak ją masuje. – Zgadniesz co to leci? – spytała, kiedy w radiu zagrał Fanelli'ego. – Nie jestem aż takim ekspertem – zaśmiał się. – W takim razie będziesz musiał sobie to samemu znaleźć. Napiła się wina i pomachała stopą, kiedy on ją łaskotał. Musiała przyznać, że od dawien dawna nie czuła się w ten sposób. To znaczy nie czuła się samotna. – Chcesz to dzisiaj zrobić? – wypaliła nagle, dziwiąc się swojej bezpośredniości. – Chyba to ja powinienem o to zapytać – odparł spokojnie. – Chcę – wypowiedziała niczym wyznanie wiary. – W takim razie zrobimy to. Przypatrywała mu się chwilę i dopiero teraz dostrzegła w nim coś podobnego, coś co posiadał jej mąż. Ten błysk w oczach. – Myślałeś o tym? – Zadała pytanie. – Myślę o tym przez cały czas. – Od jak dawna? – Od pierwszego spotkania. – To dlaczego nic nie mówiłeś? – Czekałem na ciebie. Już wcześniej dawali upust czułości, ale były to małe, niewinne całusy. I nigdy w usta. Nagle zapragnęła, aby ją pocałował. Powiedziała mu o tym. Zbliżył się do niej i spełnił jej prośbę. To był długi, namiętny pocałunek. Jego usta były przyjemnie ciepłe, smakował winem, które lubiła. – Mario czeka nas teraz najmniej romantyczna część wieczoru – oznajmił, kiedy oderwali się od siebie. – Tutaj jest wszystko. Tak jak prosiłaś. Nawet nie spojrzała na badania, które ze sobą przyniósł. Nie miało to dla niej znaczenia. Pragnęła go teraz, już. Kiedy do niej dopadł, niechcący strąciła lampkę wina. Wino rozlało się, wsiąknęło w dywan. Nie przejęli się tym. Całował jej usta, jej szyję. Całował jej piersi. Robił to powoli, zupełnie jakby modlił się do bogini, którą teraz dla niego była. Pozwalała mu na pieszczoty, łaknęła ich niczym spragniony człowiek wody. Uklęknął przed nią i ściągnął z niej rajstopy, ściągnął bieliznę. Łaskotał ją nosem i zarostem, chłonął jej zapach, a kiedy poczuła między nogami dotyk jego gorących warg, jęknęła w ekstazie. Jego język był zwinny i precyzyjny. Potrafił zadowolić kobietę. Szybko zaczęła szczytować. Potem w nią wszedł, objęła jego biodra nogami, przyjęła czule i robili to długo i powoli. Całowała go, pieściła wargami. Oddała mu się. Pozwoliła, aby w niej skończył. Spotykali się jeszcze przez dwa tygodnie, kochając wieczorami w jej łóżku, potem leżąc i rozmawiając, słuchając symfonii i znów się kochając. Lubiła z nim rozmawiać, kiedy w niej był. Po prostu tkwił w niej, leżeli spleceni i rozmawiali – podobnie jak kiedyś z mężem. Kiedy Maria uznała w końcu, że zaspokoiła swój głód, powiedziała mu o tym. Któregoś ranka doszła do wniosku, że powinna wyhamować. Nie miała zamiaru przypadkiem zakochać się w Łukaszu. To byłby błąd. Jej potrzeba mężczyzny została na jakiś czas zaspokojona i tylko to się liczyło. On przyjął to na spokojnie. Obojętność, która tak ją zafascynowała, teraz lekko wprawiała w irytację. Właściwie sama nie wiedziała czego oczekuje. Rozmawiali ze sobą, robili to najpierw często, coraz rzadziej, ich relacja wyraźnie słabła. Potem były już tylko rozmowy telefoniczne. Esemesy. Z każdym kolejnym dniem oddalali się od siebie. Ostatnią wiadomością, którą od niego otrzymała było to, że skończył pisać reportaż. Po dwóch miesiącach Maria, siedząc wieczorem w swoim welurowym fotelu z lampką wina, znów zapałała żądzą. Nie rozumiała mechanizmu, który nią powodował. Brało ją to nagle, znienacka. Chwilę nad tym myślała i postanowiła wybrać numer do Łukasza. Odebrał za drugim razem. – Mam ochotę się z tobą spotkać – powiedziała na powitanie. – Naprawdę? – spytał, lekko zaskoczonym tonem. – Tak. Jestem cholernie rozpalona. – Mario... W tle usłyszała kobiecy chichot, a przynajmniej tak jej się wydawało. Zignorowała to jednak. – Stęskniłam się za tobą, wiesz? – oznajmiła szeptem. – Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy? – Trzy tygodnie temu? Może cztery. Ale właściwie co to ma do rzeczy? – Posłuchaj, Mario... – Słucham. – Zszedłem się z moją narzeczoną. – Przecież mówiłeś, że jej nie kochasz. Pamiętasz, mówiłeś tak, kiedy leżałeś obok mnie. Nagi. Spełniony. – Wiem, że tak mówiłem. – Mówiłeś, że do niej nie wrócisz. Że nigdy do niej nie wrócisz. – Wróciłem. – Kochasz ją? – Mario... – Proste pytanie. Kochasz ją czy nie? – Kocham. Maria chwilę milczała, a potem rozłączyła się. Ze złością rzuciła telefonem, który przeleciał przez cały pokój. Spróbowała zająć się sobą tak jak dotychczas, ale nie potrafiła. Wypiła całą butelkę wina, do dna, nigdy wcześniej tego nie zrobiła. Upiła się, w głowie tańczyły dziwne, niebezpieczne myśli. Poddała się im. W końcu podniosła się z fotela, wzięła do ręki telefon i wybrała numer, który jeszcze kilka dni temu próbował się do niej dodzwonić. Cierpliwi posiądą ziemię, pomyślała. Odebrał niemal od razu. A potem pojawił się w przeciągu pół godziny. Otworzyła mu drzwi. – Słoneczko, w co ty pogrywasz? – zapytał. – Nie odzywasz się szmat czasu, a teraz nagle chcesz, żebym się tobą zajął? Wyglądał trochę gorzej niż wcześniej, gorzej pachniał, gorzej mówił. Miał za to więcej tatuaży, a na pewno nowy pojawił się na szyi. Błękitne oczy wydawały się przekrwione. Ogolony niemal na zero. Na głowie miał wyraźny szew. Był typem faceta, z którym w przeszłości nigdy nie poszłaby do łóżka. Neandertalczykiem. Nie mieszającym się w zdrowych warunkach z Homo Sapiens. Zdrowe warunki jednak rozpierzchły się w pył w czasach popkultury. – W nic nie pogrywam – powiedziała, wpuszczając go do środka. Objął ją i pocałował. Wyczuła zapach papierosów i smak przetrawionego alkoholu. Zemdliło ją, ale pozwoliła mu na to. Na to, aby ją całował. – Zajmę się tobą porządnie, suczko – wyszeptał jej do ucha. – Zobaczysz, że nie będziesz potrafiła się ode mnie odkleić. Jestem jak lep na muchy, wszystkie mi to mówią, poważnie. Raz spróbujesz mojego towaru, a nie będziesz chciała niczego innego. Jego dłonie ścisnęły brutalnie jej pośladki, poczuła ból, ale na to też mu pozwoliła. Miał wielkie, silne, szorstkie dłonie. Zwolnił w końcu uścisk i poklepał ją niczym klacz. Już czuła się zbrukana. Było jednak za późno, aby się wycofać. Złapała w końcu za jego rękę i poprowadziła go do sypialni. Chciała mieć to już za sobą. Marcin Mielcarek (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Debiutował w "Twórczości" opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki . Publikuje w wielu ogólnopolskich czasopismach. Wydał ponadto zbiór opowiadań Parada myśli nocnych oraz dwie powieści Sztuka latania i Skoczek . Mieszka w Zielonej Górze.










