Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Andrzej Molenda – pięć wierszy
Konrad Po to masz karczycho żeby głowę trzymać. Wołała narkomanka. Oświetlone drzwi apteki nie wspomogły reanimacji. Wieczór rozproszył się razem z tatuażem. Spłynął do rzeki ze ślizgiem po łuskach wyłupanych przez kamieniarzy. Światło neonów przemieniło się w szkliste stosy butelek stawianych na dachach podziemnych garażów Konrad gdzie jesteś? Kołysanka Śpij Kairos bezładny żebraku stulony pomiędzy żebrami mostu. zajmujesz tylko czterdzieści tysięcy (dwadzieścia za metr kwadrat) wciśnięty pomiędzy obłe SUV-y Śpij złodzieju bezradny nie kradnij odwróconych spojrzeń Estonia Zaraz po żniwach nie zdążyłem zauważyć śladu myszołowa schował się za ambalażem stworzonym z chmur krwawnik przekwitł zostały tylko zielone postrzępione liście morze przybrało kolor wytopionego żelaza szukam kropel błękitu w białych grzywach fal Majorana śledzony - uważnym ostrzem ołówka - przekornie wymykasz się z kolejnej linijki równania pod presją znaków większości zanikasz istniejesz teraz w spienionych falach materii w superpozycji cząstek które raz skaczą przez burtę doznając olśnienia pod gładką powierzchnią oceanu raz tańczą Tango w jakimś zapomnianym mieście. I wiesz dobrze obserwując to ze swojej klasztornej celi że oba to Ty I Ty to rozważasz. Riviera genoside Rzucasz ziarna algorytmów w napęczniałą ziemię myśląc o przebóstwieniu w pierwszej osobie jak siewca z obrazu w wiejskiej kaplicy z zniekształconym kolorowanym policzkiem ale nie jesteś ciałem z kości Galois przetaczasz tylko syntezowaną krew Abela zdobytą za perkal, świecące szkiełka, podwójnie przekreśloną jak w rzymskiej liczbie dwa literę zielonych brygad. Rzucasz ziarna o ziemię ale wyrośnie z niej tylko dziki krzak, podeptana glina wież zigguratów i wieczne echa listów: „Nie rozpaczaj Alfredzie. Potrzebuję mojej całej odwagi aby umrzeć w wieku dwudziestu lat.” Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, tancerz, ruchowiec, poeta. Absolwent UŁ i AM w Łodzi. Pracował w Centrum Nauki Kopernik i na Uniwersytecie Łódzkim. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu.
- Michał Nizgorski – Wilhelm
Był gwardzistą Hitlera, esesmanem. Po bitwie o Charków złożył wniosek o zmianę przydziału wojskowego. Chciał brać udział w dalszym poszerzaniu przestrzeni życiowej na wschodzie, mimo zapowiadanej, wyrazistej zimy i zasłyszanych przez niego przeczuć sztabu generalnego. Zapadła jego decyzja. Był w kotle szóstej armii pod Stalingradem. Przy ogniu było jeszcze zimniej. Niedobitki wojska III Rzeszy jadły przy palenisku. Odszedł z obozowiska. Zaczął szukać w okolicy amunicji po magazynkach poległych. Gdy wrócił, nikogo nie zastał. Wziął lornetkę. Dostrzegł gwardzistów radzieckich. Zrobił samozwańczy zwiad w średnicy kilometra. Poszukał swoich towarzyszy broni. Odnalazł same trupy. Żegnał ich wzrokiem. Komuniści powoli, ale systematycznie odcinali dojścia do kotła w okolicach rzeki Wołgi. Wilhelm trafił na w miarę niezmasakrowane ciała miejscowej ludności. Odszarpał z jednych zwłok cywilne łachy. Zmienił ubranie. Stępionym nożem wykroił ze swojego nazistowskiego munduru nieco materiału. Zachował też swoją opaskę leworamienną. Doraźnie schował wszystko w kalesonach. W resztę swojego uniformu ubrał zbezczeszczone ciało. Chciał położyć się obok tych zwłok. Zasnąć, choć na chwilę. Taki był początek jego drogi do domu – Prus Wschodnich. Wiedział, że nastąpiło załamanie frontu. Uświadomiło mu to jednoznacznie, jak druga wojna światowa się skończy. Uciekł z pola bitwy, zostając dezerterem. Był przekonany, że wymknął się gorzej niż złodziej. Był w SS, a jego honorem była walka. Sam ,,odwrót” był dla niego rzeczą łatwą. Między armiami gwardii pozostawały nadal luki wielkości pruskich jezior. Obrał jedną z nich. Uprzytomnił sobie na drugi dzień, że po drodze w ostępach leśnych będzie mógł spotkać różne partyzantki. Strzelił więc w okolicznym zagajniku do Rysia. Ukrył w truchle zwierzęcia, to co chował w kalesonach. Przed wojną z polecenia jego ojca, Johanna, studiował weterynarię, więc takie palpitacje bywały jego codziennością. Zarzucił martwego zwierza na barki. Poszedł z nim dalej. Co jakiś czas tłumaczył się, czy to Niemcom, czy ludności ruskiej, gdzie sobie idzie. Podawał jak z nut niezbyt dalekie i fikcyjne cele podróży. Z jednej strony znał topografię tych terenów. Studiował ją w tajemnicy już od 1939 roku. Z drugiej strony bywał też w tych stronach dużo wcześniej – za czasów paktu Ribbentrop-Mołotow. Zresztą cywil, czy niecywil… Kto byłby taki mądry, by zajrzeć Rysiowi tam, gdzie słońce nie dochodzi, by odkryć prawdę? Po kilkunastu kilometrach udoskonalił swój modus operandi. Nocą zaczął kraść z gospodarstw konie. Zajeżdżał je: klacz po klaczy, ogiera po ogierze. Uznał, że tak prędzej dotrze w rodzinne strony. Psy miejscowej ludności nie miały szansy na większe protesty. Miał ampułki z cyjankiem. Własną, ale też te zdobyte w kotle. Zanim uciekł, pogmerał w specjalnych kieszonkach mundurów poległych oficerów. Dotarł do swoich stron. Na miejscu umiejętnie wybił szybę w okolicznym sklepiku. Zabrał z jego witryny dwa kufry. Ujechał z nimi konno w przepastny las. W miejscu bardziej niedostępnym odmierzył kroki, wyciągnął z nadgniłego truchła Rysia, co było trzeba… Schował wszystko w jeden kufer. Zakopał obydwie skrzynie. Otrzepał ręce i odjechał w przeciwnym kierunku. Od tego czasu zaczął działać tak, by osiąść spokojnie gdzie indziej. Nie życzył sobie dalszych przeżyć związanych z zawieruchą wojenną. Szybko więc złapał pracę jako kierowca karetki po drugiej stronie przepastnego lasu. Po pewnym czasie w zastanej mieścince postawił inny dom. Sprowadził do niego jednego ze swoich synów i żonę. Ze łzami w oczach opowiadał w pracy, jak to był przekonany o ich śmierci… Wieczorami przy lampach naftowych odrobinę rozświetlających mrok piwnicy uczyli się innego języka. Nastała Polska. Do Prus weszli Rosjanie. Front szedł już dwa miasteczka na wschód od nich. Nakazał synowi, by zaczął udawać niemowę. Pilnował i sprawdzał, czy to robi należycie. W celach szkoleniowych uderzał go parę razy. Jak słyszał ,,scheiße”, wyjaśniał, i bił go dalej. Helgę – jego żonę – odprawił daleko w las przy starorzeczu. Dał jej kilka książek po polsku, by mogła zabić ten czas. Miejsce kryjówki było niedostępne. Wiedział, że nawet jakby komuniści mieli psy, to by one im tam były na nic. Dookoła wręcz śmierdziało torfem, a po drodze były jeszcze mokradła z oparami metanu. W miasteczku Niemcy wiedząc, co się święci, naprędce zorganizowali kryjówkę zbiorczą dla kobiet i dzieci. Wilhelm przeczuwał, jak to się skończy. Huk artylerii z godziny na godzinę był coraz bliżej. Pewnej nocy weszli. Śpiewali przy tym jak anioły. Wiele zabudowań poszło z dymem. Od zmierzchu do rana słychać było serie z karabinów. Jakieś takie idiotyczne krzyki i ewidentnie podpitym głosem wyrażane salwy radości. Rozwalano nimi tego, tą i tych, którzy wyłącznie szli po ciemku, a im się nawinęli. Tak zginął nawet pastor. Wilhelm w ten czas dostarczał Heldze jedzenie. Był przede wszystkim potrzebny jako medyk w miasteczku. Przy okazji palcem nie kiwnął w kogokolwiek sprawie. Był nowym władzom wygodny. Zaczął wtedy też mówić wyłącznie w języku polskim. Późnymi popołudniami szedł z książką pod pachą do lasu. Żołnierze radzieccy dopytywali się go parę razy o cel. Mówił, że idzie do matki w wiosce na skraju lasu. ,,Kobiecina jest chora”. Raz poszli dyskretnie za nim. Wilhelm wiedział o szpicy za sobą, więc faktycznie poszedł do wioski obok. Wszedł tam do losowego domu i tak w nim okręcił polskich gospodarzy, że żegnała go bardzo wyraźnie seniorka rodu. Usłyszeli ją wojacy. Odpuścili mu. Napisali o tym dla pewności w raporcie. Pewnego dnia w kryjówce nie zastał żony. Nie było jej tam. Przeszukał teren. Nigdzie jej nie było. Nigdy do niego nie wróciła… Mijały kolejne dekady. Kraj lat dziewięćdziesiątych po upadku PRL mógł być naprawdę inną sprawą. Wilhelm widział w nim już swoje trzecie pokolenie. Przysłuchiwał się za każdym razem, jak mówiło bez żadnych problemów mową jednego z państw zwycięskich. Na starość bardziej go to cieszyło niż podskórnie denerwowało. Miał nawet wśród nich oczko w głowie. Był nim prawnuk, Marcin. Uwielbiał bawić się w jego garażu. Przycinał tam drewienka, szlifował je, obrabiał. One spadały mu z imadła tak tysiąc razy na dzień. On je jednak tysiąc razy podnosił. Nie byłoby w nim nic dziwnego, miał do tego cierpliwość, ale też i zapał. Czasem mówił dorosłym, że w przyszłości założy warsztat stolarski. Tego dnia materiał brzęknął o ścianę garażu jakoś tak dziwnie głucho. Usłyszał to wyraźnie. Zadał sobie pytanie – dlaczego tak. Pod pulpitem zobaczył wcięcie wielkości jego dłoni. Wyjął blaszkę z szafki. Podważył ściankę skrytki. W środku znajdowała się zatęchła, czerwona, opaska ze swastyką. Było lato. Pradziadek siedział przy winogronach na ławeczce wsparty laseczką. Był dokładnie taki sam dzień jak każdego dnia. Marcin wyszedł z garażu wręcz ze stoickim spokojem. Trochę go raziło słońce. Nie wiedział, co znalazł. Pozostawał nawet ciekawy swojego odkrycia… Pradziadek był najbliżej. Marcin ponadto lubił nabierać ludzi. Pradziadka jeszcze nie próbował powkręcać, bo rzadko kiedy się widzieli. Pomyślał więc, że mógł go bardziej na coś nabrać. Po prostu lubił wyprowadzać dorosłych z ich nieomylnej równowagi. Jako narzędzie swojego fortelu wybrał język obcy. Chciał przy okazji też pochwalić się pradziadkowi (oczywiście w jego mniemaniu) świetną znajomością innego języka. Miał je aż dwa w przedszkolu. Wybrał ten dla niego fajniejszy, czyli niemiecki. Podszedł do ławeczki, śpiący pradziadek wyglądał na niej, jakby nie żył. Prawnuczek szarpnął go za ramię i zapytał: – Grosse Opa, was ist das? - dziadek nieoczekiwanie zerwał się w postawę Habt Acht. Zastygł na prostych nogach. Po oszacowaniu sytuacji zaszkliły się mu oczy. To trwało sekundy. Spojrzał już opanowany na Marcina. Uśmiechnął się z początku lekko. Patrzyli na siebie. Wiatr trącał latorośle. Ukląkł przed prawnuczkiem na jedno kolano. Objął jego dłonie swoimi rękoma i odpowiedział językiem serca. – Mein großes Kind… Ich habe auf diese Frage ein halbes Leben lang gewartet. Marcin zdębiał. Willhelm (oficjalnie pradziadek Mariusz) bez dalszego słowa wyjaśnienia wziął szpadel z garażu, machnął na niego ręką i powiedział ,,komm mit mir”. Zamknął za nimi furtkę. Prowadził go za drogę. Szli następnie przez las. Marcin wiedział, że on się chyba nigdy nie kończy. Wędrowali tak pół dnia. Nie wiadomo gdzie i po co, i to przez kompletną głuszę. Przodek szedł ze szpadlem na ramieniu, co jakiś czas zatrzymywał się, jakby patrzył na fragment kory danego drzewa. Od wejścia do lasu wyglądał na zamyślonego. Uśmiechnął się jeszcze raz i odezwał niemczyzną. Mówił spokojnie, rytmicznie, z wyraźnymi pauzami. Będąc najwyraźniej dumnym, z tego, co mówił. Ta atmosfera udzieliła się Marcinowi. On nic z tego nie rozumiał, ale pradziadek mówił tak ładnie, że nie chciał mu przerywać. Wilhelm skomentował, że zrobił to dla niego, by zapamiętał melodię języka. Skończył mówić i właśnie wtedy się zatrzymali. Pośrodku niczego pradziadek zaczął odgarniać szpadlem mrowisko. Policzył kroki. Nakreślił łopatą duży ,,x”. Wbił ją na sztorc w ziemię i zaczął kopać. Chyliło się nad nimi słońce. Marcin po pewnym czasie usłyszał głośne puknięcie. Przybiegł, spojrzał i dodał, że pradziadek chyba znalazł skarb. Wilhelm przytaknął kwaśno w jego auch Erstsprache. Po odgarnięciu resztek ziemi ze skrzyni, prawnuczek z miejsca wyczuł, że ona śmierdziała. Nieco się skrzywił. Dawny esesman to zignorował. Rozpieczętował zawartość. W środku były dziwne ubrania pachnące dziecku jeszcze gorzej. Wilhelm skomentował krótko to znalezisko swoją nienaganną polszczyzną. Zamknął kufer i wyrzucił poza wykopany dół. Kopał jeszcze głębiej. Prawnuczek czekał nie wiadomo na co. Zaczęło się ściemniać. Wilhelm nie oszczędzał się w tym momencie ani trochę, machał coraz szybciej, i bardziej energicznie, mając obecnie w nosie zalecenia swojego kardiologa. Przed oczyma prawnuczka pojawił się nieco mniejszy i w dodatku ledwo widoczny drugi kufer. Przodek otworzył go drżącymi rękoma. Przedszkolak natychmiast zwymiotował. Spojrzenie Wilhelma nagle stężało. Zaczął krzyczeć w swoim języku tak długo, aż Marcin sam przestał drżeć. Pokazał zielonemu prawnukowi jak na wyciągnięcie dłoni kołnierzyk z błyskawicami: – Zapamiętaj to. To była moja walka, choć uciekłem z niej. Nie żałuję i nigdy nie pożałowałem, a tobie prawnuczku życzę, byś wiódł życie bez tego rodzaju wojennych zawieruch. Zakopię teraz szybko te kufry i pójdziemy zaraz stąd. Przyrzekam. Tu bywają watahy wilcze, ale co najważniejsze. Masz nikomu o tym nawet jednego słowa, nawet twojej kuzynce – nic i kiedykolwiek. Nie zasługują na tę wiedzę. Marcin parę lat później, już po pogrzebie pradziadka Mariusza w przypływie: zaufania, bliskości rodzinnej, ale też z kiełkującej przekory przyszłego młodzieńca… Pokazał tę skrytkę starszej o trzy lata kuzynce, mieszkającej w tym domu. Ku jego zdumieniu była zdecydowanie szersza. Inaczej ją zapamiętał. Zupełnie była nie taka, co go zawstydziło. Opowiadał jej, że jest malutka. Wyglądała obecnie jak długi, ale niezbyt szeroki prostokąt. Marcin próbował podważyć ją sam, ale ostatecznie dokonali tego wspólnymi siłami. W środku był rapier z grawerem, kilka run, dwie książki i broszura. Dotknęli wszystkiego. Rzuciła się im w oczy szczególnie wygnieciona, lekko zbrunatniała kartka. Ona nie pasowała do zadbanego stanu pozostałych przedmiotów. Była pod nimi. Sprawdzili od razu w internecie, co mogli znaleźć. Książki były literaturą wewnętrzną SS. To były poradniki rozpoznawania ,,ras”. Broszura dotyczyła Werwolfu. Przepisali jej tekst tak na raty w tłumacza internetowego. Trochę się tam dowiedzieli, a trochę się domyślili. Była to instrukcja kreślenia run i sigili w leśnych ostępach. Potrzebnych do komunikacji niebezpośredniej tych grup sabotażowych. Najbardziej ich zaciekawiła wyrwana strona tekstu. Widzieli na niej ślady krwi. Nie dawała im dłuższy czas spokoju. Zachodzili w głowę, co tam może być napisane. Już jako dorośli pojechali w tym celu do Drezna. Oszacowali później, że nieco chaotycznie zaplanowali swój wyjazd... W zasadzie chcieli się tylko poradzić u kogoś z niemieckiego uniwersytetu. Refleksja przyszła do nich później. Zadali sobie poniewczasie pytanie, dlaczego akurat tam, a nie do Berlina albo Frankfurtu takiego, czy innego? Na pewno chcieli o to zapytać kogoś, kto by mógł przełożyć ten tekst na język polski. Oni sami nie dali z tym fragmentem rady. Znaleźli odpowiedniego człowieka już na miejscu. W gabinecie instytutu słowiańskiego zaczęli opowiadać tę historię na dwa głosy. Dopytywał ich i notował. Nauczyciel akademicki podsumował wątki, powiedział po chwili namysłu, żeby przyszli tutaj za pół dnia – tak na osiemnastą. Gdy wrócili, był wyraźnie zdenerwowany. Milczał, nie przywitał się z nimi nawet. Odrobinę zaciskał pięści. Odparł po dłuższej chwili, że fragment jest kompletnie nieprzetłumaczalny na język polski bez uszczknięć jego kluczowych sensów. Po wierzchu opowiedział, że on dotyczy: metamorfoz, likantropii i wilkołactwa. Wygląda na lata trzydzieste ubiegłego wieku. Zgadza się też to, że na stronie jest zbrunatniała krew. ,,Ten opis zjawisk jest bardzo realistyczny. Autor tylko trochę stylizował go na język mitologii nordyckiej”. Podszedł do swojego regału. Wyciągnął z niego brązową teczkę. Zebrał z biurka kilka stron odręcznej rozpiski. Ponumerował ją i ona zawierała: polskie znaczenia słów, wyrażeń, frazeologizmów rozmytych, tych trawestowanych z tamtych lat, kilka motywów wędrownych oraz inne tego typu wątki. Zazgrzytała w międzyczasie jego kserokopiarka. Powiedział im, że w przyszłości mogą sami to zobaczyć… W oryginale – czego im życzy, bo znajomości języków nigdy nikomu za dużo. Uśmiechnął się tajemniczo i wyglądał tak, jakby jeszcze coś chciał powiedzieć. Zamiast tego napisał jednak na teczce swój numer telefonu ,,gdyby coś ponadto was z tym nadmiernie gnębiło” i pożegnał się z nimi. Nigdy nie wspomniał o tym swojemu ojcu. Kuzynka raczej też ani słowem swoim rodzicom. Było dokładnie tak jak zawsze. Kilka miesięcy później ojciec Marcina popił sam parę piw przed telewizorem. Byli w domu jego ojca. Zawołał sobie swojego syna, będąc już w lekkim zamroczeniu. Nie wiadomo do końca czemu, zaczął mu opowiadać historię z jego lat młodzieńczych. Mieszkał wtedy bursie jako uczeń technikum samochodowego. Był jednak pewnego razu sam w domu rodziców na sobotę. Popalił tego dnia ,,popularne” ze skrytki jego ojca, a Marcina dziadka, i wziął sobie dla śmiechu ,,Kapitał” Marksa z jego biblioteczki. Nie po to jednak, żeby go czytać. O nie, nie, on to zrobił zdecydowanie później… ,,I to wyłącznie na potrzeby kursu w szkole oficerskiej”, jak to synowi starał się wyraźnie wytłumaczyć. Włożył w tę sobotę do środka książki klucz od ich drzwi wejściowych. Powiedział tajemniczo ,,duchu przyjdź” i powtórzył tę formułę jeszcze dwa razy. Nic się nie stało. Zero zmian. Posiedział jeszcze trochę w pustym domu, a następnie poszedł spać... Tak na rok, może dwa lata zapomniał o tym. Przyszły jednak wakacje. Jedne z ostatnich przed jego wyjazdem do szkoły wojskowej w Toruniu. Chciał się pożegnać z Irkiem i Darią. Poszedł z nimi do pobliskiego lasu, jak to tam młodzi na Mazurach robią, gdy chcą być poza czujnym okiem dorosłych. Do rana biwakowali pod namiotami. Popili też trochę piw z Peweksu. Ojciec Marcina poszedł na stronę. W środku nocy i trochę dalej udał się na tę stronę, bo taki był ich plan… Właśnie tak byli dogadani – on i jego kumpel. Była noc, było ciemno – jak to w lesie, gdy nie widać gwiazd. Był dalej. Coraz dalej i nieoczekiwanie zaczęły trzaskać w pobliżu gałązki. Przed nosem przebiegła mu postać wyższa niż nawet jego ojciec. Była bardzo wysoka. Warczała, a następnie zniknęła, tak szybko, jak się przed nim pojawiła – w dodatku znikąd. Kompletnie go zmroziło. Jak już mógł poruszyć koniuszkami stóp, wrócił powolnym krokiem do obozowiska: po cichu, bezszelestnie, bez hałasu. Zapytał na starcie Irka, czy to był on. Ten wyczytał z jego twarzy, że chwilę temu coś było nie tak. Zapytał go jednak wpierw, w zgodzie z ich wcześniejszym ustaleniem, czemu zniknął… Po chwili wspomniał kumplowi, że byli dłuższy czas bardzo zajęci, ale też, że na pewno nie słyszeli warknięcia, ani innego głośnego pęknięcia jakichś gałązek. ,,Ty popiłeś za dużo Zbychu”... Dziewczyna potwierdziła te słowa. Ojciec Marcina tu nagle urwał synowi opowieść. Być może się zamyślił, być może procenty zaburzyły mu dalszy tok myślenia... Jego syn chciał coś tam mu powiedzieć, ale do pokoju niespodziewanie wtargnął dziadek piętnastolatka. Miał oczy jak pięć złotych, wręcz wbiegł, by wziąć swojego syna za kołnierz i zapytać. ,,Dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałeś, przecież mnie też to tak kiedyś spotkało”... Ojcu Marcina w sekundę wyostrzył się wzrok. Dziadek Marcina zauważając go, wypuścił jego ojca z rąk. Ojciec Marcina spojrzał na swojego syna. On już wiedział, co to znaczy – miał ich zostawić. Tak jak to wtedy robił… Tu także wyszedł bez słowa, bo wiedział, że ,,dorośli chcą porozmawiać”. Tak też się najpewniej stało, ale reszta pozostała milczeniem. Michał Nizgorski (ur. 1994) – publikował w „Asahi Shimbun”, ,,Dzienniku Trybunie”, „Tlenie Literackim”, „Zakład Magazynie”, „Helikopterze”, „Papierowym Żurawiu”. Jest współautorem kilku antologii poetyckich: Peronu Literackiego Biblioteki Kraków, Od wschodu do zachodu – antologii wierszy Polaków z całego świata. Redaktor „Zeszytów Poetyckich”. W Fundacji Duży Format wydał książkę poetycką Wypchnięty z gniazda (2024).
- Marian Lech Bednarek – pięć wierszy
Moje miejsce Darkowi pójdę wyłącznie tam gdzie moje miejsce bo słowo rozjaśnia się i ściemnia co znaczy że coś warte jeszcze jest przez wojenną noc gdzie kapcie strzelają do wroga naszych snów odwiedzę szwagra który rozwozi jajka po całym kraju i dam mu moją nową książkę z wierszami wypijemy toast za zdrowie kur niech rozjaśnia się wszędzie kurzymi tajemnicami za które szwagier lubi wznosić świetlisty toast i to wszystko w rękach naszego Pana pomyślcie, dzieje się …….. 6.04. 2026 Tęsknota to wszystko z tęsknoty co robimy spójrz jak ci mija dzień i noc wszędzie tęsknisz choćbyś robił to i to wszędzie tęsknota rzuca tobą jak wiatr liściem każdy milimetr naszego wzroku przesuwamy jak przewrócone wagony pociągu i każdy pyłek jest przesiąknięty czułością stęsknionego dotyku to wszystko z tęsknoty co wywalczymy by było nam lżej na duszy tęskniącej za miłością 9.04.2026 Podwójna radość nieznajomej blondynce podwójna radość mnie dzisiaj spotkała gdy piękna blondynka samochodem czerwonym się przy mnie zatrzymała już drugi raz i cała uśmiechnięta aż podskakiwała przy kierownicy że ja znowu na porannym codziennym spacerze zasuwam aż pod kościół i z powrotem do domu już nie pytała jak kiedyś „może podwieś?” bo wiedziała że o radość mojego chodzenia tu chodzi i jej radość – gdy mnie znowu zobaczyła jak frunę nad drogą a gdy już odjechała – ja podwójnie radosny jej radością i moją piszę ten wiersz żeby kiedyś znowu się zatrzymała z radości na widok mojego spacerowania 30.04.2026 Język telewizji cała miłość jest pod nosem bukiety słów telewizyjnych: „nowość popularność na rynku uzbierać 500 tysięcy pozdrawiamy pozdrawiamy oczywiście wszyscy klaszczą stale rośnie liczba osób pokrzywdzonych hojność dla potrzebujących porzuciła karierę aby być z córką” wszyscy jesteśmy gwiazdami na tym popieprzonym niebie pełnym tatuaży 27.04.2026 Teraz tego nie można już wytrzymać pięć literek słowa T E R A Z jest za ciężkie nie do wytrzymania jest setką bram którymi coś wiecznie wjeżdża i wyjeżdża pięć literek T E R A Z się modlę sto kilometrów mi brakuje do końca zdania jestem w galopie nadchodzących cudzysłowów które planują zamach na prawdę zwykłego smoczka do ssania 5 literek T E R A Z jest Księgą Bólu i Księgą Wyjścia tak żeby zostały tylko trzy literki T E R zaraz robi się lżej 28.04.2026 Marian Lech Bednarek (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in. tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy, a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski. Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na festiwalach w kraju i za granicą. Mieszka koło Rybnika
- Weronika Romańska – dwa opowiadania
Zwiastun – Ludzie w ogóle nie wiedzą, jak trzeba żyć. – Ale jak trzeba, babciu? Nigdy nie odpowiedziała na to pytanie, nigdy już nie odpowie. Wprawnym ruchem zbierała kożuch z podgrzanego w metalowym kubku mleka, spod niego wydobywał się zapach miodu i kakao. Słowa jak asfalt położony na wiejskiej drodze pod stopami sierpniowego popołudnia. Słowa zatrzymane na podobieństwo jaskółki podrywającej się do lotu i złapanej przez kota. Śmierć zawsze jest szara w pręgach. Jej barwy nabierają mocy chwilą ciszy podczas rozmowy i słabną rozproszone światłem codzienności. Czasem gubi się, niby buty zostawione w drzwiach. Słowa jak zimą klamka furtki, do której przymarza dziecięcy język. Wyrazy w zdaniach rozsypanych po ziemi jak znoszone korale i ani je wszystkie pozbierać, ani zupełnie pogubić. Rozerwane na jakiejś długości na podobieństwo linii życia oplatającej szyję. Czasem delikatne i podszeptem złożone na brzegu stygnącego łóżka. Zapisane kartki nigdy nie wysłanych listów. Zieleniejące liście wyschniętych u korzeni drzew. Zaczyna się od słów, snów, albo sów. Każda opowieść o śmierci musi się zacząć od snu, przeczucia albo sowy. Bywa, że bez żadnego powodu ze ściany spada zegar albo pęka lustro. Czasem umierający sami ostrzegają nas, że umrą, ale kto by ich słuchał? Skąd wiedzą? Coś za nimi chodzi, i to jest obojętne jakiej śmierci miałoby dotyczyć. Mówią nam wprost o tym, albo znajdziemy po czasie jakiś mały drobiazg. Może to być serduszko w twojej ulubionej książce, wszystkie dokumenty – przezornie ułożone w idealnym porządku. Mój sen przyszedł po fakcie, będąc wytłumaczeniem tego, czego nie mogłam zrozumieć. Widziałam w nim szpital. Wielki betonowy budynek otoczony różnymi krzewami i ławkę, na której siedziała kuzynka. Podeszłam i nie witając się zapytałam: – Dlaczego ona umarła? – Gdy więcej rzeczy człowieka trzyma po tamtej stronie niż tu, to wtedy człowiek odchodzi. Czy tłumaczy to każdą śmierć? W ogóle jej nie tłumaczy. Ale może prościej pogodzić się z tym, że człowiek musiał odejść, że któregoś dnia, coś zawoła go z tamtej strony i to coś będzie silniejsze niż sprawy tutejsze. – Czeka tam na mnie już mój aniołek – powiedziała to ze spokojem, w oczach odbijały się chmury, a skórę miała cienką, delikatną i ciepłą jak majowe powietrze, bo to był jej ulubiony miesiąc. Nie było strachu, który często pobrzmiewał w jej głosie, tylko ciepła aura. Zdanie wypowiedziane tak, jak prosi się o cukier do herbaty. Dwie łyżki, zamieszaj w lewo. Lamperia na wysokości wzroku i dźwięk ciężkiego oddechu. Potrafił nadymać i kurczyć całe pomieszczenie. Próbuję kontynuować rozmowę. – To jak wyjdziesz ze szpitala to... – Przecież ja umrę. Herbata pali w gardle. Choć to zaledwie kilka liści zalanych wrzątkiem. Kawiarniany stolik. Pory roku nie sposób było zapamiętać. Pozornie zwyczajna rozmowa ale w sieć anegdot wplata się coś ważniejszego. Pożegnanie. – Nie wyglądasz jakbyś miała umrzeć. – Tak? A to dobrze. – Podobno śmierć widać w spojrzeniu, a twoje jest zdrowe. Mówiąc to zdanie właśnie nauczyłam się ją odróżniać. Wiedziałam, kiedy nadchodzi, albo gdy właściwie siedzi już przy stole, spokojna jak znudzony biesiadnik. Oboje kłamaliśmy. Kolejny łyk. Nie jest już tak gorąca. – Niedługo do ciebie przyjadę i zobaczymy. Kiwnęła głową. Zwyczajny buziak na pożegnanie i przytulenie. Półszeptem wypowiedziane kocham. Później zobaczyłam ją w trumnie w chwili wyrwanej snom o życiu. W niczym nie podobna do siebie. Słowo dobranoc rozlało się ołowiem po marmurowej posadzce kaplicy. Teraz jest w sam raz, już nie parzy warg. Wyjmuję łyżeczkę ze szklanki. Siedzimy z ojcem na drewnianym progu. – Musisz tak złożyć ręce i dmuchać. Po czym składał je jak muszle i dmuchał w dźwięk, jaki wydawał był identyczny z tym, który zapowiada bliskość puszczyka. Złożyłam ręce w ten sam sposób, palec po palcu, dmuchnęłam z całej siły, starając się naśladować jego wielkość i nic. Śmieję się głośno i ze złożonymi wciąż dłońmi szturcham go w bok, żeby zobaczył ile powietrza uciekło mi przez palce. – Nie możesz śmiać się, bo nie przyleci. Powtórzył czynność. Odgłos uniósł się nad domem podróżując w stronę lasu. Mozolnie ponawiałam próby, ale w mojej wersji rozgrzany świst powietrza ślizgał się po opuszkach palców i nie więcej. Za to jemu za każdym razem odpowiadało coś z lasu i to coś od tamtego wieczoru umiem już rozpoznawać. Słyszałam wyraźnie jak podrywa się do lotu, a potem przysiada na innej gałęzi. Odpowiadała mu i znów podrywała się do lotu. Była coraz bliżej. Przestałam śmiać się i podążałam za jej głosem unoszącym się nad nami, a on jedynie powtarzał jej dźwięki. Wylądowała – tuż przed nami na ziemi w otwartej furtce na odległość może czterech metrów. Jej oczy okrągłe, czarne i szkliste były ważniejsze niż sama jej obecność. Było w nich coś czego nie da się zrozumieć ani oswoić. Patrzyła na mnie i była wielka. Ogromna, powiększona później dziecięcym wspomnieniem. Miała skrzydła w kolorze popiołu. Cała była w kolorze popiołu. Wiadomo, co zwiastowała. Czasem umierający sami ostrzegają nas, że umrą, ale kto by ich słuchał? Kurtka Noc jest głębsza i zimniejsza. Nocą widać rozmazany kontur, nie czytamy z ruchu warg, uczymy się wyraźnie wsłuchać w słowo, a ono bywa ostre i wilgotne. Noc wyciera wszystkie ciepłe kłamstwa otulone miękkim światłem dnia. Ma, to do siebie, że o wiele łatwiej mówi się, o tym kim się nie jest, a się bywa. Noc jest placem zabaw wszystkich wnucząt Prometeusza. Wiatr omiata moje nogi, jakbym nie miała butów, a przecież mam. Może zawsze wieje z taką siłą żeby dotrzeć. Do skóry, do tkanek, do szpiku. Ukierunkować czyjeś kroki. Iść z wiatrem, iść pod wiatr. To jak wiara przeznaczeniu, a przeznaczeniu jest się bynajmniej obojętnym. Bynajmniej, bo nigdy go nie było. Jesteśmy samotną i smutną sumą przypadków. – Obudź się. Dlaczego śpisz pod sklepem? Lubisz, kiedy na ciebie patrzą? – Nie o to chodzi. Nie miałem siły wstać. – czuję, że mówi prawdę, zwyczajnie zaskoczyło go moje pytanie, moja głupia interpretacja. O, to ludzie lubią najbardziej. Patrzeć, gdy się nie ma siły wstać. Widziałam już dużo takiego patrzenia. Ono ma jedną wspólną cechę: patrzą zawsze z góry. Litość ma swoje granice, ale brak litości już nie. Ludzie czują, że żyją patrząc na krew płynącą z gęstych żył rozszczelnionego miasta i musi to być krew rzadka. Żyjemy w świecie, w którym wypada być uczciwym, tylko przed sobą i Bogiem. – Chcesz papierosa? - pytam i oboje siadamy. On z pozycji półleżącej, ja stojącej, tak równa się przestrzeń, choć jeszcze drży dysonans miejsc, z których tu dotarliśmy. We mnie pulsuje przejaskrawiona rzeczywistość, a w nim bezimienny wid. Za chwilę wszystko się wyrówna. – Zjebałem sprawę. Znajomy chciał mi pomóc i prosił żebym mu przyciął drzewka w sadzie. W ogóle tam nie poszedłem. – On nie chciał ci pomóc. Chciał cię wykorzystać. Nie patrzę na niego, ale wiem, że oboje gapimy się w ten sam martwy punkt. Zastanawiamy się czym jest pomoc. Ja nie wiem, bo nigdy nikomu nie pomogłam, on nie wie, bo choć o nią prosił, to nigdy jej nie dostał. Różnimy się, nawet siedząc w tej samej pozycji i patrząc na wspólny księżycowy sierp. Jest nów i będzie przybierał, a my choć jesteśmy ludźmi - różnimy się w pewnej kwestii, bo wszędzie indziej jesteśmy identyczni. Gdy któreś z nas usłyszało, że jest nikim, nic nie wartym pyłem, zostało wyrzucone na pokłady wspomnień, o których chce się zapomnieć, to jedno uwierzyło, a drugie nie, albo postanowiło, że nie jeszcze. Nie wiem, czy istnieją jeszcze jacyś ludzie, czy ktoś patrzy w to samo niebo i widzi, jak światło księżyca zamienia się w oderwany od papierosa żar. Tańczy na wysokości mojej twarzy i osiada na kurtce. Strzepuje go ruchem ręki, a w miejscu czerwonego ognia zostaje siwy ślad. – To jest dobra kurtka. Nie przypala się – mówię. – O tak, naprawdę dobra kurtka – odpowiada. Weronika Romańska (ur. 1987) – debiutowała w 2019 roku tomem wierszy dziewczynienie. Publikowała na stronie pisarze.pl oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.
- Patryk Nadolny – pięć miniatur prozą
Eden codzienności Człowiek, który zachował w sobie owoc wrażliwości, tęskni za dzieciństwem jako prywatnym rajem utraconym. Codziennie zostajemy wygnani z kalendarza jak ogrodu, a zamiast cherubina dzierżącego miecz płonący, czerwona obwódka chroni przed powrotem do dnia wczorajszego. W młodości czas płynął łagodnie i życzliwie, a teraz? Rani tykaniem wskazówek. Światło i czystość wyrazu istnienia tworzyły obraz pierwszych lat życia. Dorosłość polega na utracie bezpiecznej kryjówki. Byliśmy na podobieństwo wykluwających się piskląt, co opuszczają twierdzę z ochronnej skorupy. Jedynie w taki sposób nasze pragnienia nauczą się latać. Dopiero na starość poznamy urok i potęgę łaskawych lat dzieciństwa. Cierpliwa dusza zaplata warkocze ze światła, łuska światło jak fasolę. Strach na miłość, wiarę i nadzieję Energia tworzy wspólnotę wszystkich atomów we wszechświecie. Jesion porzuca swoje liście w październiku, w ten sposób użyźni ziemię dla korzeni, a na wiosnę wyda świeże listki. Drzewo coś traci, a w zasadzie daje, po upływie czasu zyska nowe życie. Niestety w świecie ludzi nie odrasta nam na wiosnę szczęście, nie kiełkują ponownie bliscy, którzy przeprawili się na drugą stronę. Śmierć ucięła sobie drzemkę przed żniwami, dopiero po przebudzeniu utnie wszystkie kłosy, w tym Trzcinę Myślącą Pascala. Niech pocieszeniem będzie myśl, że szczęście nie zna lęku. Istnieje strach na wróble, ale nie ma stracha na miłość, wiarę i nadzieję. Szachy i Borges Czy w życiu nie chodzi o to, żeby kompasem było niestrudzone serce? Jednak najmniejsze wzruszenie przyczynia się do rozkalibrowania igły wskazującej północ. Gdyby tylko przemierzane drogi były niczym krwiobieg, a nasze miejsce na ziemi, miejsce nazywane upragnionym domem, zechciało pompować jak krew nasze kroki. Na szachownicy z dni i nocy (białe i czarne pola) rozstawione pionki czekają na zbawienie, nie na kres za krawędzią — horyzontem. Pisał już Borges, że rzeczywistość jest szachami, a ja tylko tę myśl powtarzam jak cień powtarzający ciało – żałosny przypis do istnienia w drodze. Słońce – królówka codziennie się poświęca, by królujący księżyc był bezpieczny w nocy. Szach-mat, moja obecność w świecie ma ograniczone pola ruchu. Co jest silniejszą figurą od duszy? Historia smutku Ludzkość wypłakała tyle łez w historii, że gdyby tak szybko nie wysychały, mogłyby na nowo ustalić strukturę hydrograficzną błękitnej planety, byłyby alternatywną siecią rzeczną z własnym Nilem i Amazonką. Wyobrażam sobie Kleopatrę VII płaczącą na widok Wielkiej Biblioteki w Aleksandrii, w którą się wczytywał pożar językami ognia. Gdyby to było możliwe, ugasiłaby pożogę królewskimi łzami. Gdyby wszystkie łzy w historii ustawić jedną na drugą, stałyby się Wieżą Babel melancholii. Spotkanie pierwszego stopnia z językiem Czy język należy traktować jak partnera, wypowiadać słowa z czułością, ale nie do kogoś, ale czule wobec samych słów, kochać każde wypowiedziane słowo? Czy można wypracować czułą, intymną relację z językiem? Gdy jesteśmy samotni i nie mamy nikogo, to zawsze mamy słowa, one nigdy nas nie opuszczą. Język jest bliżej niż kochankowie. Wsłuchuję się w świetlistość głosek i odkrywam, że we wnętrzach słów tkwią niezbadane pokłady milczenia. Na dnie każdego słowa ciągle słyszę swoje imię. Jak ma na imię język? Czy może się przedstawić: mam na imię język? Patryk Nadolny (ur. 1993) – studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, Nowego Dokumentu Tekstowego i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Wydał tom poetycki Limesy (2023).
- Krzysztof Koch – pięć wierszy
[czy chcesz być reanimowany, pada pytanie] znad ankiety oskrobanej długopisem bez nakrętki za to jaskrawym w tułowiu mało dostojnie jak na pytanie o eutanazję bierną bez udziału własnego z odroczonym terminem płatności w pewnych stanach się nie reanimuje, pada z tych samych ust człowiek jak ranna łania, idzie w głąb lasu i szuka miejsca a reanimacja jest jak hajp dwie doby za późno [hajhety układają rytm] naświetlań tomografu zespolonego z głosem który zza szyby wydaje instrukcje pacjentowi bez kontaktu oddychać - nie oddychać kocioł – werbel - hajhet muzyka tychże, bo muzyka to przede wszystkim rytm, przeszywa jak gnosienny satiego satie nie chce wyjść, czekam na kryzys [w centrum o zostawiam cię na wózku przy szatni] na krzywym bruku nie dam rady z tobą spadającym więc przycupnę autem na chodniku czuję się z tym źle bo ja z frakcji chodnikowej gdy wracam widzę jak odpłynąłeś w centrum o na wózku przy szatni czy tak wygląda człowiek gdy zastygnie sam w mieszkaniu mówię do ciebie zaczepnie na pobudkę w aucie chcę rozmawiać o c jak nas zrobił w bambuko ale nie pamiętasz o końcu z którym się pogodziłeś dziś znowu mówisz o zagranicy a ja nie umiem kolejny raz pozbawiać cię złudzeń przepraszam [quality time] wiemy, co się dzieje każdy dzień jak dziesięć lat pamiętasz oskara i panią różę? same-same, powiedziałby twój wnuk ja nie umiem niczego powiedzieć głosy trąb przekuły unisono w rytualną naradę każdy w zanadrzu trzyma gwóźdź programu do trumny niepotrzebne skreślić zaraz będą się ścigać, czyja pała lepiej żongluje nutridrinki, mata na odleżyny i żelazo żelazo z alg morskich i chuja pawiana ośliniło pędzelek do warg, które zlały się z ziemistą skórą twarzy [oszczędzili nam oglądania ciała zawiniętego w worek w szufladzie prosektorium] worek zsunięty do ramion, ciało pokryte prześcieradłem teatrzyk dla rodziny, która zna ordynatora normalnie tak nie robią normalnie ciało w szufladzie, zgrzyt zamka błyskawicznego i papa papo mamy więc klasę premium ciało na katafalku, stole o blacie w pepitkę z ciemną plamą taki blat w domku na działce też miał ciemną plamę, bo ciotka zrobiła mu ślizg gorącymi ziemniakami w mundurach zapadnięte policzki, usta półotwarte i zaciśnięte powieki idę spać, powiedziałeś, gdy poprzedniego wieczora wychodziłem ze szpitala idę spać, skłamałem niemo albo powtórzyłem żeby zrozumieć co znaczy idę, gdy człowiek leży nieruchomo Krzysztof Koch (ur. 1979) – adwokat, działacz społeczny. Zaangażowany w liczne projekty kulturalne, rewitalizacyjne i antygentryfikacyjne w śródmieściu Poznania. Kończy studia pisarskie na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM. Teksty literackie publikował w „Polonistyce” i „Odrze” (cykl Karola Maliszewskiego), a Teatr Nowy w Łodzi wystawił jego monolog w ramach slamu dramaturgicznego.
- Izabela Poniatowska – Pałac. Możliwości
Zajęło to trzydzieści lat z okładem, ale w końcu udało się legalnie zburzyć skorupę barokowego pałacu w R. Na wyburzanie ściągnęło z pół powiatu: było co oglądać. Co prawda, ostateczne rozwiązanie kwestii trochę się przeciągnęło, do trzydziestu lat z okładem trzeba było dodać circa kwadrans, bo część gapiów planowała oglądać wydarzenie, stojąc na pałacowym dziedzińcu, a to gryzło się z obowiązującymi przepisami BHP. Jednak ostatecznie dopięto sprawę i nikt nie został draśnięty nawet tycim odłamkiem gruzu. Stałam w tłumie ze słuchawkami na uszach. Piosenka sunęła jak wietrzyk, ciepła, miękka, urocza. Jakbym siedziała na kawie w ogródku restauracyjnym dalekiego kraju, a słońce dmuchało mi promieniami w twarz. Piosenka przypominała mi o miłości mojego życia, zaś miłość mojego życia przypominała o miłości jego życia. Ale nie o mnie! Zrobiłam kilka zdjęć upadającego budynku, ujęcie pleców widowni i doszłam do wniosku, że czas wracać na obiad: komentarz od „mieszkającego w mieście od urodzenia Janka” napiszę sobie spokojnie w domu. Planowałam, że Janek powie na przykład coś takiego: „Władze od dawna nie miały pomysłu na to, jak sensownie zagospodarować pałac. Mam nadzieję, że pieniądze, które rokrocznie szły na utrzymanie zabytku, w końcu przysłużą się mieszkańcom miasta i stadion doczeka się wreszcie zadaszonych trybun”. Tak powiedział; pierwsza myśl jest zawsze najlepsza. Dopijając poobiednią kawę, wrzuciłam tekst na stronę. Resztę dnia spędziłam na dzierganiu. Prawie skończyłam plecy. Wpadłam w tygodniowy obłęd drutowania; nocami śniłam, że mam dłonie jak balony, jak nie moje, budziłam się i musiałam łykać przeciwbólowe. Za to w pracy nie przemęczałam się: poszły tylko krótkie teksty o potrąceniu rowerzystki przez busa, opóźnieniach w realizacji zaplanowanych przez miasto inwestycji oraz relacja z dożynek gminnych. Ten ostatni nawet nieźle się klikał, ze względu na zdjęcia biuściastych blondyn z zespołu Wirgin (z akcentem na „-gin”). Panowała cisza. Przed burzą. Nie inaczej. W miejscu po pałacu, na płaskim talerzu wylizanym teraz do czysta, władze miasta postawiły ogromny dmuchany zamek. Największy w regionie. Niczego nie wymagał. Czasem dopompować, omieść kąty, polać obficie, załatać tam, gdzie skusi się na gumę głodna mysz. Spuścić powietrze na sezon zimowy. A nie: ocalać dla przyszłych pokoleń, hamować procesy destrukcji, dokumentować zabezpieczania i utrwalania; to trudne. Wyczerpujące. Na otwarciu dmuchanego zamku rozdawali kiełbasę z grilla; kilkoro dzieciaków pochorowało się – najpierw zjadły, potem skakały, bo kolejka do kiełbasy była mniejsza niż do dmuchańca. Robiąc zdjęcia zarzyganego dmuchanego zamku do relacji z otwarcia, pomyślałam, że nigdy już nie będzie takiego zespołu jak Led Zeppelin. I że Robert Plant nigdy nie wyglądał lepiej niż teraz, a ma ponad siedemdziesiąt lat. „Dmuchańce to prymitywna rozrywka dla gawiedzi. Może warto by zaprosić do naszego miasta kogoś, jakiegoś artystę, który tchnąłby życie w zburzony przez nieudolne władze miejskie zabytkowy, BEZCENNY pałac. Kogoś takiego jak Christo, na przykład?” – napisał Janek, tym razem tylko w komentarzu pod tekstem, żeby nie było, że redakcja nie podziela linii myślenia włodarzy. W końcu to oni nas sponsorują. A może „Janka” zamienić na „Roberta”? Nie, to byłaby profanacja. W tydzień później, gdy wychodziłam z redakcji, zaczaił się na mnie nieznany sprawca. Przypuszczam, że był to Janek. Stałam w tłumie przedwcześnie zgasłych, czekając, aż wpuszczą nas do wieczności. Wieczność była ogromnym dmuchanym zamkiem, po równo dla wszystkich, nie według zasług. Stałam ze słuchawkami na uszach. Piosenka sunęła jak wietrzyk, ciepła, miękka, urocza. W wieczności, co odkryłam zanudziwszy się na śmierć do kwadratu w ogonku, nie prowadzono stoiska z kiełbaskami. Nikt, kto myśli rozsądnie, nie postawiłby grilla tam, gdzie czas skakania na niekończącym się dmuchańcu jest obligatoryjnie nielimitowany. Świat się kruszył, na co patrzyłam z zainteresowaniem – nikt nie hamował już procesów destrukcji, nie dokumentował czynności zabezpieczania oraz utrwalania; z tekstów znikały najpierw pojedyncze słowa, potem – całe zdania i rozdziały. Książki rozsypywały się w palcach. Świat nie ocalał. Stadion nie doczekał się zadaszonych trybun. Pewnej upalnej nocy ktoś w pijanym lub gorączkowym zwidzie pociął największy dmuchany zamek w regionie, mieczem, maczetą, nożem do steków?... Może zaostrzonym drutem do robótek. Nie, no przecież drutem by się nie udało, bądźmy poważni. A gdyby?... Przypuszczam, że nie był to Janek. Ani nie ja Izabela Poniatowska – autorka książek poetyckich: papier nożyce (2024) oraz płacząc polaroidami (2026)
- Maria Kosaciec – trzy wiersze
drzwi bez klamek korytarz pachnie lekami i strachem moje myśli chodzą boso po kafelkach zimno w palce w stopy w zdania mówią że tu bezpiecznie a ja sprawdzam czy serce jeszcze bije pod piżamą za dużą o trzy rozmiary nocą ściany szepczą cudze sny moje milczą od wtorku od kiedy zabrali sznurówki przez kratę w oknie niebo wygląda jak kartka ktoś podarł ją na równe kwadraty i kazał oddychać przez jeden chciałabym płakać głośno ale tu płacz ma limit czasu i dawkę zapisaną na karcie uczę się jeść widelcem bez zębów uśmiechać się oczami które nie śpią i liczyć dni które nie mają nazw cisza na trzy zmiany światło jarzeniówki liczy moje blizny każda ma inny kształt głodu i każda milczy kiedy pytają ręcznik ma zapach cudzej skóry myśli plączą się w warkocz którego nikt nie chce rozczesać za ścianą ktoś śpiewa kołysankę bez melodii bez słów tylko drżenie powietrza lekarz mówi będzie dobrze dobrze to słowo z zewnątrz tu nie ma go w słowniku patrzę na dłonie uczę je być puste bez tabletek bez lęku bez planu w oknie kraty układają się w wiersz czytany od końca do początku którego nie pamiętam pokój numer cztery lampy nie gasną nawet w nocy sen przychodzi na receptę a ja czekam aż przestanę się bać pytają o imię odpowiadam szeptem bo głos zgubiłam w korytarzu za drzwiami kroki pielęgniarki odmierzają ciszę która dzwoni w uszach chciałabym dotknąć deszczu ale szyba jest grubsza niż obietnice i nie otwiera się od środka piszę list do siebie na serwetce przy śniadaniu nie mam odwagi go przeczytać mówią że wyzdrowieję a ja nie wiem już co to znaczy być cała Maria Kosaciec (pseudonim literacki) – zadebiutowała zbiorem Moje anioły (2018) a niedawno wydała Zaginione drogi (2026). Jej utwory były publikowane w pismach i magazynach literackich: „Akant”, „Wobec”, „Cztery Zeszyty and after”, „Ypsilon”, „Bezkres”, „TU-KULTURA”, „Czas literatury”, „Poeci w Sieci”, „Helikopter”.
- Albert Sienkiewicz – trzy wiersze
Conversations with friends Obejrzę dwie sceny i postawię na nich hipotezę: Ty z kimś Ty z koleżanką Ktoś z koleżanką Ty sama, w końcu albo dlaczego. Zima jest kapryśna, na drodze filiżanka, nad drogą zakazana kawa, nikt jej nie pije, lokalne palarnie dają jak szalone. Szaleństwem jest ruszać teraz w drogę, koła zostawiają mnie na lodzie, lód ćwiczy tańce ludowe i idzie mu nieludzko dobrze. Nie to, co ja, przez dwieście metrów sto minut i to jest kres mojej balii, poza apoptozy, diss odysei. Jestem twoim kaprysem i to akceptuję, rysy na filiżance są coraz głębsze, lokalne spalarnie dają jak szalone. Sarny nad miastem Sen przerywany syreną, syrena przerywana siecią obław, pościgów i obaw wilków: młodych, starych i zapomnianych. Rozumiemy się bez słów, słowa zdelegalizowano jako pierwsze, każdy już wie, co ma robić. Niewiedzących koncentrują, podobno będą ich reedukować, ale każdy wie, co ma myśleć o zamkniętych granicach, językach, granicach języka. Nasłuchując syren, przemycamy pojedyncze słowa, porozumiewawcze spojrzenia, konspiracyjne gesty. Po oswojeniu podsłuchów każdy już wie, co ma milczeć. Pięć horyzontów Teraz słucham grunge'u Teraz możecie mi skoczyć Destrukcyjne myśli Ochoczo podlewam benzyną I co? I się kopci Płonie jak stara świnia Zorze w porze kontemplacji Dymy w domu dominacji Denominacja emocji Demony wystają spod dywanu I dumają, kogo by tu wydymać Dobrze je wytresowałem Albert Sienkiewicz (ur. 1988) – debiutował tomem Hostel Kakofonia (2010). Publikował w "Wakacie", "Cegle", "Malkontentach", "Zakładzie". Laureat konkursów literackich. Basista i tekściarz. Zawodowo związany z koleją.
- Radosław Wiśniewski – Dzienniki zafroncia albo bany ukraińskie (28)
Dzień 184. Myśli z dziennika powrotu albo pan papież i jego bóle mimiczne Dwa dni jechaliśmy do domu, w tym Serbia po drodze, co za pomysł, no, co za pomysł. Ale nie to, że zupełne wakacje. To były wakacje częściowe, z komórką w ręku, z zauważanymi flagami ukraińskimi na rejestracjach, z myślą, gdy jechaliśmy przez Maramures, że tam po drugiej stronie doliny już Ukraina. Że tam gdzieś daleko to może nie być cumulonimbus w dziwnym kształcie, tylko dym, znak, że nie śpią gończe psy. Kiedy już toczyliśmy się po Polsce myślałem wiele, bo droga była długa, rodzina zmęczona, słuchać się już nie chciało niczego, nawet muzyki, której zabraliśmy tylko kilkanaście płyt (tak, słuchamy płyt, dziwne, co nie?), więc się zesłuchały na amen. Myślałem o tym, że kiedyś, w lutym - strach było się kłaść spać, bo miałem przeświadczenie, że rano okaże się, że coś. Myślałem, że teraz żyje się z tą pewnością, spokojem, że ani dzień ani dwa, ani tygodnie nawet nic nie zmienią. Będą tam gdzie byli, nie puszczą psiej juchy parszywej, kurwa raszystowska jej mać. Myślałem, że w 1939 roku do Polski nie dotarła jedna sztuka amunicji od sojuszników, że w 1944 roku nad Warszawą, ślizgając się po dachach pojawiały się pojedyncze, często postrzelane jak sito alianckie samoloty ze zrzutami, a w Dniu Niepodległości Ukrainy USA ogłosiło kolejny pakiet pomocy dla Ukrainy, łącznie 13 miliardów dolców w amunicji, systemach przeciwlotniczych, systemach p.panc. I nie myślałem, że to źle, nie myślałem z resentymentem. Myślałem, że to dobrze, że od czasu do czasu świat, ludzkość świata wydaje się czegoś uczyć. Na przykład tego, że pacyfą nie zestrzelisz rakiety Ch-22, która leci, żeby zabić twoich bliskich. A takim AMRRAM-em - owszem. AMRRAM to taka rakieta średniego zasięgu, którą wystrzeliwuje system NASAMS z kolejnego pakietu pomocowego dla Ukrainy. I myślałem o tym, że ciągle na drugim miejscu jeżeli chodzi o bezpośrednią pomoc militarną, zaraz za USA nie są wielkie, potężne Niemcy z pretensjami do przewodzenia Europie, bo ci głównie najpierw dużo gadają a potem czasem coś dają, ale moja Polska. Tak pomyślałem. Moja Polska. Mimo tego, że przecież polsko-ukraińska historia do łatwych do opowiedzenia nie należy. A może właśnie dlatego? Myślałem też o tym, że straty armii ukraińskiej w Donbasie chyba rzeczywiście zaczęły się układać w pewnym momencie jak 1 do 1 z rosyjskimi i na to Ukraińcy nie mogli sobie na dłuższą metę pozwolić i że ciekawie to rozgrywają, wydłużając zasięg swoich uderzeń na infrastrukturę krytyczną przeciwnika. Może się mylę, ale nikt nie ustalił na razie czym Ukraińcy sieką te 200 i 300 kilometrów za liniami wroga. Na działania służb specjalnych - za regularne te uderzenia i za częste. To w ogóle nie pasuje do stylu i timingu operacji specjalnych. Pojawiła się koncepcja, że to działa tak - leci MIG-29 z HARM-em – co to HARM, pisałem w notatce z dnia 170 – tłumi obronę plot, a za nim np. szybko SU-27 albo Su-25 i z niskiego pułapu łup, łup, łup. Że ukraińscy piloci tak potrafią, pokazali kilka tygodni temu na Wyspie Węży. W Dzień Niepodległości Ukrainy jedyne na co było stać wielkiego czarownika-syfownika z Kremla to skuteczny atak na stację kolejową Czaplino. Nie sztab, nie skład paliw, nie koncentrację jakiejś brygady, nie bazę lotniczą - stacja kolejowa. Do tej pory 25 cywilnych ofiar. Zabitych na śmierć. W to zawsze potrafią. Kremeńczuk, Winnica, Kramatorsk, Borodzianka. Cywile są wolniejsi, mniej się kryją. Łatwo w nich trafić. Nawet takim rupieciem jak pocisk Ch-22, któremu kudy do kierowanego "Kalibra" jakim rosjanie postanowili zabić cywilów w Winnicy, w tym 4 letnią Lizę. Niestety nie ich wspomniał z bólem serca pan papież Franciszek. Nie. A to o kim, o czym wspomniał ze zbolałą miną pan papież przywiodło mnie do ostatniej wczorajszego wieczora myśli. Otóż jakoś tak dziwnie się składa, że nic tak bardzo nie przesunęło mnie ku krawędzi apostazji jak ostatnie pół roku gadania pana papieża. Tym bardziej, że przecież nikt mu nie kazał wypowiadać się na jakikolwiek temat. Mógł bezpiecznie głosić okrągłe zdania, klepać wyuczone farmazony. Ale nie. Co i raz zaczyna wierzyć w siebie. Tak jak władzimir wampirowicz uwierzył, że jest genialnym strategiem dowodzącym drugą armią świata, tak pan Bergolio zdaje się uwierzył, że ma charyzmat prorocki. Zatem Bergolio wspomniał niejaką Darię Duginę, córkę starego Dugina, dosyć obrzydliwego ideologa ruskawo mira. Kilka dni temu na dosyć elitarnym mityngu wyleciało w powietrze auto tegoż dziada Dugina. Toyota Landcruiser, nie żadna tam Łada. No i przypadkiem w tym aucie nie siedział Dugin tylko jego córka, lat 30, głosząca poglądy toczka w toczkę jak tatuś. Na przykład takie, że Ukraińcy nie są ludźmi i trzeba ich eksterminować. A co powiedział Bergolio? No między innymi to: "Myślę o tej biednej dziewczynie, która została wysadzona w powietrze z powodu bomby umieszczonej pod siedzeniem w samochodzie w Moskwie. Niewinni płacą za wojnę, niewinni" W jednym zdaniu zasugerował, że córka Dugina była niewinna, że była ofiarą wojny i pośrednio wskazał sprawców. Niewiele wiadomo o zamachu w Moskwie. Tak na serio. Bajkę rosyjskiej propagandy, że w zamachu brała udział działaczka pułku "Azow", która ukryta w popielniczce przemyciła się samolotem z Ułan Bator po czym przebrana za misia Colargola podłożyła bombę wyglądającą jak psie gówno i uciekła na osiołku patataj przez Zatokę Fińską i Helsinki do Estonii (chyba nic nie pomyliłem?) – pomijam. Śladów brak, a odpowiedź na pytanie "Kto odnosi korzyść" – w zasadzie wyklucza służby ukraińskie. Podstawowe pytanie, jakie zawsze zadają śledczy badając zbrodnie, prowadzi wszędzie, tylko nie do Kijowa. Pomijam już styl i cel. To nie jest styl ukraiński. Warto zatem zastosować pytanie o korzyść. Ale pan Bergoilio udaje, że już wie, że to kolejna ofiara wojny. Zrównuje tym samym ją z Lizą z Winnicy. Z Mamą Władka Taniuka z Buczy. Pamiętacie jeszcze Władka? Tego chłopca, który przynosił mamie na grób soczki w kartonikach i konserwy, żeby już nigdy nie była głodna? Ale dla pana papieża ofiara wojny to Daria Dugina. Ale weźmy i sprawdźmy tę niewinność Darii Duginy, która uważała się z dziedzczkę dzieła tatusia, szykowała się do tej roli, wypowiadała publicznie o wojnie. Na przykład 24 lutego, w dniu w którym zaczęła się pełnoskalowa agresja Moskwy na Ukrainę pisała tak: "Wczoraj wieczorem szłam opustoszałą moskiewską ulicą i w oddali, na domu, powiewała rosyjska flaga. Ktoś krzyknął: »Rosjanie nadchodzą«. Hasło w mojej głowie brzmiało »Imperium, bądź!«. Wstałam rano i imperium się spełniło" Albo o masakrze w Buczy, tej w której pewnie dalej mieszka Władek Taniuk: "W społeczeństwie ukraińskim ta sama inscenizacja jest wykorzystywana do zapobiegania przyjaznym lub neutralnym postawom wobec wojsk rosyjskich" Dźwięki ginącego "Azowstalu" były dla niej najpiękniejszą muzyką świata. Myślę, że o tej pani można powiedzieć na przykład, że była przypadkową ofiarą zamachu w Moskwie (być może, bo może jednak ona była celem a nie jej tatuś). W takim zdaniu nie byłoby kłamstwa. Nazwanie jej niewinną ofiarą wojny tchnie szlamem. I to nie jest przypadek i to nie jest pierwszy raz. I zapewne nie ostatni kiedy pan papież próbuje symetryzować. A prorok z niego taki jak ze mnie człowiek sukcesu, tak że wychodzi mu to prorokowanie tak, jak mnie zarabianie pieniędzy. Tylko ja się nie rwę pouczać biznesmenów jak prowadzić przedsiębiorstwo. Nie chcę też sprawdzać wszystkich homilii papieża, ale nie wydaje mi się by imiennie wspomniał ukraińskie ofiary tej wojny, by wskazał jednoznacznie sprawcę tego zła. Chyba wolałbym milczącego Piusa niż gadającego Franciszka. Miała być wiosna kościoła, a ze wszystkiego została nam marzanna, niedopalona, rzucona gdzieś w rów nawet, nie w rzekę. Taki obraz miałem w myślach, daję słowo, kiedy parkowaliśmy juz pod domem. Domem, który stoi, z widocznymi śladami bytności sąsiadów, którzy żyją, mają sie nieźle. Z planami na jutro, na przyszły tydzień, za miesiąc, nawet na przyszły rok. Zupełnie inaczej niż 25 rodzin osób zabitych kierowanym pociskiem Ch-22 w Czaplino. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.










