top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Katarzyna Bolec – cztery wiersze

    *** Zbiera pióra i zioła, marynuje je w occie odmierza na oko wszystkie dzienne sprawy do miasta jeździ regularnie kupuje sól i cukier Przeciwne bieguny żywota porcjuje, zamraża na zapas Kiedyś jeździła rowerem teraz ma hulajnogę W kieszeniach czerwonej sukienki wozi jednorożce dla syna *** Stałaś na schodkach, w przeciągu, w autobusie, w metrze, w strachu, że konduktorzy wejdą zanim skasujesz bilet Nie wiem jak to się skończy końce i początki bywają zwykle zamazane, a linia prosta może być nieskończona, nigdy nie mogłam tego pojąć, jak biegnie poza ławkę, obramowanie stołu, prosto w niebo przez południki, bieguny wszystkie przyciski świata i aparatury Bałam się, że nasze ścieżki więcej się nie przetną, przystanki rozjadą, nastanie koniec trasy albo drzwi nas przytną Awaria czasu – wieczny power cut, prześwietlą się wszystkie wspólne chwile, przyjścia, wyjścia, przelotne minięcia proszę do przodu do wyjścia do wyjścia Ram pam pam Znowu jest lato, nadchodzą upały przez lekko uchylone drzwi sączy się dzień spiekota dopada nas na ulicy, w taksówce, klatce schodowej Pamiętam dokładnie końcówkę sierpnia w Salford, położony na wzgórzach dom z widokiem na miasto, w którym mieszkało małżeństwo komunistów, do końca życia zachowali legitymacje partyjne. Jeździliśmy z jego jednego końca miasta na drugi W autobusie dziecięce rymowanki mieszały się ze slangiem odległych dzielnic ram pam pam, beat the drum, ram pam pam beat the drum Nie wiem, o czym szumią wierzby Kilka godzin samolotem na wschód powietrze gęste od zapachów, które nasze babki próbowały przechować w słojach na wypadek ostrej zimy. Mówisz że ten kraj został Ci odebrany, bo wprowadzili się do niego ludzie, których widywałeś tylko w podręcznikach, nagle zaczęli mówić językami, krzyczeć, opowiadać bajki, a nawet pisać wypracowania i wiersze. Gdy na spotkaniu autorskim poeta z Litwy czytał po angielsku wiersz o oczach wilka, we mnie coś rosło i chciało biec do lasu *** Dziewczynko, ołowiany doboszu, tyle już lat maszerujesz  sama. Tu nikogo nie ma , wracasz z wojny i nie umiesz nic. Chcesz wspominać, ale nic nie pamiętasz. Chcesz iść do przodu, ale nie ma przodu. Myślałaś, że płyniesz przez wezbrane wody, ale dryfujesz tylko w wiaderku, w którym trzymają butelki szampana Piszesz wiersz, który się prześwietlił, a ty uparłaś się, żeby go wywołać. Nieważne jak wyglądasz, ważne jak wyglądasz Twój los nieodmienny jak nieodmienne części mowy nie twojej mowy. Katarzyna Bolec – mieszka w Rzeszowie. Wydała jeden tom poetycki wyróżniony w konkursie Złoty Środek Poezji 2013. Publikowała wiersze i recenzje w pismach literackich i w internecie. Pracuje nad swoją drugą książką.

  • Jarosław Soja – dwa opowiadania

    Na żywo Nigdy bym nie zgadł, że ze wszystkich rzeczy, które straciłem po udarze, najbardziej będę tęsknił za gwizdaniem. Strasznie dziwne. Stoję oparty o framugę drzwi do domu, patrzę na trawnik, na ogrodzenie, na rosnące z boku dęby, próbuję powstrzymać drżenie mięśni prawej ręki, tej na której opieram ciężar ciała. Bezskutecznie. Za chwilę sięgnę po kulę opartą o ścianę obok, ale jeszcze przez chwilę chcę poudawać, że nic tak naprawdę się nie stało. Że pół roku temu nie obudziłem się z dziwnym uczuciem rozlewającym się w czaszce, tępym bólem, za którym podążał chłód, odcinający prąd i świadomość. Nie było żadnego szpitala, nigdy nie leżałem w sali 403, wpatrując się przez godziny w jasnobeżowy sufit, nie czułem jak ślina wypływa mi z niedomkniętych ust, jak spływa w dół, po nieogolonym policzku na poduszkę obleczoną w spraną, flanelową poszewkę. Ani razu nie płakałem, nie wyłem z bólu po sesji z rehabilitantem. Stoję w progu i przymykam oczy. Marcowy wiatr chłodzi coraz gorętsze mięśnie, może wytrzymam minutę dłużej. Czy udar mnie zaskoczył? Takie pytanie zadał mi jeden z lekarzy, młody chłopak, zadał to pytanie i spojrzał na mnie oczekując odpowiedzi. Do tej pory nie rozgryzłem go, nie wiem czy był po prostu głupi, czy może te białe kitle tak na ludzi działają, założysz jeden i wydaje ci się, że nawet twoje pierdnięcia są warte uwagi. Czy udar mnie zaskoczył. Miałem ochotę go wyśmiać, nawet spróbowałem, ale jedynie się oplułem. To było niedługo po, dziś poszłoby mi lepiej. Ale dziś tego pytania by mi nie zadał, prawda? Dziś nie jestem już leżącym w łóżku krwotokiem, przypadkiem do nauki dla nieogarniętych matołków, którym tatuśkowie załatwili wejście na specjalizację po linii rodzinnej. Dziś już potrafię ustać na obu nogach i przejść kilka kroków bez laski. Tylko to cholerne gwizdanie. Ale tak, udar mnie kurwa zaskoczył. Nie miałem zaplanowanego niczego na tę sobotę, wypadł nagle, pilny przypadek, sprawa nie cierpiąca zwłoki. Ale jeśli mam być szczery to większą niespodzianką była próba ubezwłasnowolnienia mnie przez żonę. Byłą-niedługo-żonę. Nigdy nie była bystra, mogła mnie dokończyć poduszką, jeśli chodziło jej o pieniądze, ale spanikowała i wezwała pogotowie. To był jej ostatni ludzki odruch. Mówiła mi, że jej nie doceniam i rzeczywiście, nie przypuszczałem, że porwie się na próbę przejęcia firmy w takim momencie. Dobrym do tego, nie neguję, ale tak… emocjonalnie trudnym. Nie wyszło jej, oczywiście. Jacek przyjechał do szpitala. Był u mnie w tę pierwszą sobotę, niedzielę i poniedziałek. Operacja zakończona powodzeniem. Będę żył i nawet nie zamienię się w warzywo. Wtedy się pożegnał i już więcej go nie widziałem. Mówił coś o córkach, o zajęciach, ale kłamał. Nie chciał już dłużej być koło mnie, ani matki zresztą też. Próbowała go wciągnąć w ten idiotyzm z ubezwłasnowolnieniem, ale bez efektu. „Nie będę się mieszać w ich sprawy” - tak powiedział. Ich sprawy. Tak jakby to nie dla rodziny, to wszystko, każda przepracowana godzina, przecież to dla nich. Nieważne. Dziś to już nieistotne. Stoję na własnych nogach, stoję pewnie i z dnia na dzień będę czuł się silniejszy. Odruchowo składam usta i dmucham, kropelki śliny lądują mi na brodzie. Pies przebiega kilka metrów ode mnie, nie zwraca na mnie uwagi. – Do domu – chrypię, ale sam się lewo słyszę. Zwycięzca Wszedł do niewielkiego pomieszczenia zaraz za metalowymi bramkami z czytnikiem, otwartych dla całej świty, tych wszystkich sekretarzy, teczkowych i łysiejących czterdziestolatków, myślących że wciąż mają szansę na wielką karierę, jeśli tylko będą wystarczająco blisko. Charakteryzatorka zerwała się na nogi i schowała telefon do kieszeni luźnych jeansów. Z lekką satysfakcją zauważył, że trzęsą się jej ręce. Czy to ona pudrowała go za opozycyjnych czasów? Nie, niemożliwe, to było piętnaście lat temu, a ona wyglądała jakby ledwo zdała maturę. Ciekawe, czy gdyby któraś ze starej ekipy miała dzisiaj dyżur, to też trzęsłyby się jej ręce. Miał nadzieję, że tak. Drobne rzeczy, trzeba zawsze zwracać uwagę na drobiazgi, one mówią więcej od socjologów w okularkach. Jajogłowi mają swoje tabelki, ale koniec końców liczy się intuicja. On ją miał i jej ufał. Podkład, korekta kości policzkowych i wystarczy. Chciała jeszcze podkreślić wargi, „Delikatnie, pięknie wyjdzie na ekranie” ale odesłał ją kiwnięciem dłoni. Za duże ryzyko. Był za niski, żeby móc sobie pozwolić na podobne ekstrawagancje. Musiał być męski. Mundur, chciał mieć mundur, ale to już nie te czasy. Gdyby wyszedł przebrany za żołnierza, wzbudziłby tylko śmiech. Jaruzelski miał prościej, czasy były prostsze, ludzie szanowali uniformy. Teraz do reżyserki. Przeszedł przez akwarium, oszklony hall z palmami w donicach, wjechał ruchomymi schodami na górę, za nim cały korowód żałosnych pionków, którzy nigdy nie osiągną niczego godnego uwagi. Nikim tak bardzo nie gardził, jak ludźmi za jego plecami. Bezkręgowcami, wijami bez właściwości, przylgami żerującymi na cielsku jego sukcesu. Czuł jak go spowalniają, plączą się między nogami, skaczą z piskiem, walczą, okładają się nibynóżkami, skarłowaciałymi płetwami, taplają w śluzie, idą za nim w granatowych garniturach, liczą na posady i bonusy. Jego najwierniejsza armia. Opleciona siecią znajomości i haków, tak gęstą, że już niemożliwą do rozerwania. Nikt nikomu nie zrobi krzywdy, nikt do niczego nie dotrze, na zawsze już uwięziony w tym paśniku. Nie, tych ludzi się nie obawiał. Dwa lata temu odwiedziła go dziennikarka. Wygrała za wywiad z nim jakąś nagrodę. I słusznie, bo podeszła go jak nikt od dawna. Rozmawiali po angielsku, to też uśpiło jego czujność, ale mówił dużo, zdecydowanie za dużo. Mówił o opozycji, zatrzymywanej na czterdzieści osiem godzin, bitej, bezwolnej i beznadziejnej. - Czy boisz się ich? - zapytała. Roześmiał się. Nie, ich też się nie bał. Strach zabija duszę, gdzieś przeczytał. - Opozycja sprawia problemy, ale problemy to tylko zadania do rozwiązania przy pomocy narzędzi, które mam do dyspozycji. Czy szewc się boi naderwanej podeszwy? To przecież jego praca, przywrócić butom ich naturalną formę i funkcję. Ja podobnie, jestem szewcem, mam narzędzia i z nich korzystam. Zrobiła z tego nagłówek. Całkiem chwytliwy. Miała talent. Drzwi do reżyserki były zamknięte. Jeden z minogów skoczył do przodu i je otworzył, usuwając się z drogi. Ciemne pomieszczenie z ogromnym oknem, przeszkleniem na studio, w nim podest z godłem, dwie flagi z tyłu, udrapowane tło w kolorach narodowych. Żadnych kwiatów, palmy wykluczone, tylko biel i czerwień. Wszystko zalane intensywnym światłem podwieszonych u sufitu reflektorów. Kamery po drugiej stronie, w cieniu. Wrócił spojrzeniem do reżyserki. Ogromna konsola z dziesięcioma ekranami i tylko jeden człowiek, który właśnie zauważył świtę wypełniającą jego przestrzeń, do której w normalnych warunkach niemal nikt nie miał wstępu. Wzrok pracownika telewizji odbity w jednym z wyłączonych ekranów utkwił w najważniejszym gościu. Konieczna reakcja, czas na podjęcie decyzji ekstremalnie krótki, zaciskającą się szczęka, mięśnie pod policzkami zagrały. To wszystko dostrzegał niemal na żywo. Widział realizatora, przejrzał go jak nagiego ślimaka. Bodziec reakcja, nic więcej. Zaraz wstanie z krzesła, zacznie nas nieporadnie witać, zaproponuje zwiedzanie. Podszedł do siedzącego i położył mu dłonie na ramionach w momencie, w którym mężczyzna podrywał się do góry. – Proszę siedzieć - powiedział. Ojcowski ton, uspokajający, ale jednocześnie jednoznacznie komunikujący pozycję. – Dzień, dzień dobry - Realizator zamarł i nic więcej już nie zdołał powiedzieć. Świetnie. – Mam tylko jedną prośbę - Delikatnie podbita intonacja, to nie jest prośba, i wszyscy w pomieszczeniu mają to wiedzieć. - Proszę wykonywać dziś swoją pracę z pełnym zaangażowaniem i profesjonalizmem. – Oczywiście! - Odpowiedź wystarczająco szybka, sens tej krótkiej wymiany zdań dotrze do realizatora później, na razie rozluźnia się i kiwa głową. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, wszyscy mamy jeden cel, do pracy. Wyjściu towarzyszy niewielkie zamieszanie, mała próba przepchnięcia się z trzeciego szeregu do drugiego, nieudany mikro zamach stanu, łokcie poszły w ruch, gniecione drogie marynarki, deptane ręcznie szyte buty. Na więcej ich nie stać. Jakże nimi pogardzał. Stworzył tego pozbawionego inteligencji jamochłona sam, osobiście, tymi rękami, bezbłędnie eliminując najdrobniejsze choćby zagrożenie i gdy dzieło było zakończone, chciał im wszystkim roztrzaskać mordy. Krzesłem właśnie mijanym, chwycić i je połamać na tych zerach. Rozbijać łby, łamać nosy, aż posadzka lepiłaby się od ich krwi. Pozbieraliby się, sprawdzili, kto przeżył, a kto nie i natychmiast ustalili nową hierarchię. I dalej za nim kuśtykali. Wszedł do studia. Sam. Nikt nie miał tu wstępu razem z nim. Scenografia nie zmieniała się od lat. Stanął za podium, ułożył na nim dłonie i spojrzał w obiektyw. Władzę stracić można na wiele sposobów, ale zdobyć tylko w jeden, u źródła. Tutaj, samotnie, przed milionami ludzi. Przekonać, jak mały krętacz, do oddania czegoś, czego nawet nie wiedzą, że posiadają. Bardzo niewielu jest w stanie zaakceptować w pełni tę prawdę. Poznał mnóstwo mocnych w gębie teoretyków, którzy wiedzieli, mówili i pisali, ale nie byli zdolni do prawdziwego zrozumienia i zaakceptowania wniosków, jakie płynęły z ich własnych słów. Przez przeszkoloną ścianę dostrzegł świtę, tę bezmózgą, pozbawioną kręgosłupa masę i poczuł, że musi złapać się uchwytów zamontowanych wewnątrz podium, niewidocznych z zewnątrz. Oparł się na nich, dając ulgę nogom i przymknął na moment oczy. Coraz częściej myślał o śmierci. Nie bał się jej. Kiedy jesteś u władzy, zgon oznacza wygraną. Przechytrzył wszystkich, trwał najdłużej jak to było możliwe, pies ich jebał. Spojrzał w oko obiektywu, martwe i oceniające. – Myślisz, że obchodzi mnie ich opinia? - powiedział na głos. – Nie kpij, liczy się tylko władza. Którą mam ja. Tylko ja. I będę ją mieć do końca. Te ścierwojady mogą się potem upaść na moim trupie, dlaczego ma mnie to obchodzić? Ważne jest Tu i Teraz, a potem niech to wszystko spłonie w cholerę. Kropla potu spłynęła po potylicy, otarł ją odruchowo, rozmazując podkład. – Teraz ja rządzę. Czerwone światło zamigotało, kanał między studiem a realizatornią był otwarty. – Za dwie minuty wchodzimy. – Jestem gotowy. Jarosław Soja (ur. 1980) - z wykształcenia prawnik, w przeszłości polityk, obecnie programista. Literacki debiutant.

  • Monika Milczarek – sześć wierszy

    ciało w krew jest czerwiec Maria nadal je kaszę mannę lubi gdy mama dodaje soku z malin to ją uspokaja przygryza wargi sok miesza się z krwią pierwsza czerwona kropla spada na podłogę późno szepczą dziewczyny w klasie ona zawsze była inna papierowa madonna gdy Maria miała piętnaście lat lekarz stwierdził że jeśli wkrótce nie dostanie menstruacji będzie bezpłodna więc zaczęła plamić papier biało niebieskie dzieci ma ich setki stworzone a nie zrodzone Maria celulozowa święta nigdy nie wyda ciała rysuje dwie niebieskie kreski (nie)odpowiedzialna Maria była na imprezie w akademiku pijana sama tego chciała nie krzyczała ci chłopcy to dżentelmeni żeby nie było wątpliwości nagrali to odczynianie Maria obudziła się rozdygotana niebieskie pastylki nie pomogły znowu we śnie dotykały jej ręce starych mężczyzn Maria rozsypuje sól wokół domu robi znak krzyża wodą święconą babka mówiła że to wypędza złego syrenka warszawska ma na imię Julka Oliwka lub Zosia ma różowo-zielone włosy pachnie słodkimi perfumami Ariany Grande nosi szerokie dżinsy chodzi z mieczem na marsze słucha Maty pije wegańskie latte na schodkach rzuca się pod metro aby zmartwychwstać jako czterdziestoletnia Julia Oliwia lub Zofia z napuchniętymi ustami w białym apartamencie na Wilanowie z dwójką dzieci samojedem i mężem tak pięknym że wybacza mu wszystkie zdrady nadal tęskni za babcią Heleną z Grochowa i białą oranżadą którą razem piły pod praską kapliczką czasami wieczorami zakłada rybi ogon i zanurza się w wannie z hydromasażem do Wisły już za daleko na starość będę dresiarą otulona welurem w złotych kolczykach kołach bez psa kota kanarka bo przypominają o przemijaniu w adidasach z wkładką soft foam żadnych protez obcasów wreszcie będę miała czas aby napisać poemat jak masłowska o sebixach madkach i ich bombelkach pochowają mnie w trumnie z trzema paskami na wieku na nagrobku w kształcie książki napiszą a poet superstar Monika Milczarek – poetka, nauczycielka języka angielskiego. Wydała cztery tomiki: Krzyk Źrenic (2001), Tatuaż duszy (2013 ), Piórnik Przemian (2017) i Uwaga, Nie dotykać (2019). Jej wiersze były drukowane w antologiach „Poetariatu” i pismach literackich m.in. ”Tygiel Kultury”, „PostScriptum”, „Twórczość”,”Odra” i „Topos”, „Przydroża”oraz na portalach internetowych: ”Poezja na każdy dzień”, ”Babiniec Literacki”’, ”Kozi Rynek”oraz „Śląska Strefa Gender”. Jurorka i laureatka konkursów poetyckich, Jej wiersze tłumaczone były na język angielski, hiszpański, francuski i włoski. Mieszka w Sieradzu, należy do sieradzkiej grupy poetyckiej „Desant”. fot. Mariusz Mikołajczyk.

  • Wikta Kłosińska – pięć wierszy

    siedliska falochrony palisady żywopłoty konary graby zagajniki mchy torfy tarniny ostrokrzewy kolce pałki zwoje bagna mokradła trzęsawiska gruzy kaniony wąwozy ruiny pokrzywy jaskółcze ziela kopce jeziora i fosy kurhany – skóra i kości konie ptasie pióra to-te- my – – wy mosty zwodzone kładki tratwy kamienie przez strumień pomost przepusty pod autostradą linie horyzontu w drodze – – po lepsze koło rysowane patykiem wokół stóp ścieżka do przestrzeń i jeszcze prześwity (prześwity są konieczne) *** baletnica flamenco jej pomarszczona twarz rozsypuje skórki pod blokiem gołębie srają na schodach sąsiedzi zazdrościli (wie pani to był ten pisarz) żony baletnicy skrzydlatego chodu mówię pani stąpała jak łania – – kołysała – – bachory mówi niechętnie gramy w kometkę wrzeszczy z okna wzrok rozmyty przez czas w szlafroku tańczy po parkingu a może wyrzuca śmieci wiem – – ma takie same stringi i ciało – – zapomina protezy hoduje koty i cyprysy trzaska bramą w wieczornym świetle i tupie głośno tupie *** idę odciążam każdym krokiem Krynica Morska Jastarnia Stilo idę Kołobrzeg nagle Blackhead Lighthouse pełnia albo błysk idę z krzykiem mew w traperach muzyka Tiny w myślach w poprzek fal chrzęst daje opór idę czuję ziemię i trzepot (chodzenie z kijkami jest jak dojenie chwytasz – puszczasz – cieknie oddech oddech rytm oddech) idę kontrasty kramne i zgrzebne len węgiel sól w oku sól ziemi skubanie gałęzi żywcem opłatek dla krów plecenie sypanie nosidło dla dziecka ze studni lewo prawo kobalt srebro a na starość – ziemia wzywa wiersz dla Pauliny weź walizkę weź siwe włosy trzydziestoletniej kobiety weź babki córki weź sukienki rękawiczki czy grzebienie zabrałaś? a ta gazeta co mówi? jakiś pożółkły ten papier nadjedzona przez myszy na strychu albo kuny tam były stara maszyna do pisania porządna jeszcze działa no tak tutaj właśnie zobacz w którym pokoleniu są matki? gdzie stały kołyski? czy stały? czy jechały? wokół stołu biega łysy enkawudzista goni ją ze śmiechem on po prostu chciał mnie zgwałcić ale mu uciekłam po trzydziestu sekundach zmienił zdanie i wyszedł a ten pociąg jechał niosąc miesiąc na sobie bez kibla ropa w ranach pies jej mordę lizał przeżyłyśmy niebo było kurwa tak samo niebieskie jak te żylaki co babcia miała potem całe życie w tym pociągu utkała placki rozlewała kipiatok spirytus rozcieńczała i handlowała za jedzenie bo pierzynę miała zabrać tak jej radził ten żołnierz no wiesz może ludzki był albo coś go ruszyło jak widział te ręce delikatne słoje zamiast ludzi nie panie ziemia spalona przyszłość po tylu latach ciągnie się turkot słów turkot snów weź walizkę piąta rano mróz weź siwe włosy weź motek odgarnij! odgarnij włosy! zabierz zdjęcia a buty? butów nie ma! nie będzie pachnieć ciastem w niedzielę ani kiedy indziej nie będzie kobiet w tym pokoleniu popatrzą oczami do wewnątrz skontrolują poczekają aż ktoś się zaopiekuje będą sprzątać podawać kanapki i milczeć nic tym dziadom ojcom nie powiedzą nic bo lepiej się schować nie ujawnić niech sobie rządzi nie ma co tam dzieci córki synowie choroba picia zaburzenia jedzenia dam już te kanapki albo zupę kaczkę podam choremu czy już zjadłaś? a skąd! matki przecież nie gotują tylko czekają aż przyjdziesz aż się obudzisz tam gdzie wódka i ciosany stół brudna podłoga brukiew obierki w zlewie? czy w misce? nie mam pewności wchodzisz we mnie obraz malowany cyrylicą czytam gazetę albo machorkę czytam i oczy pieką oj pieką ale czy zostaną te same? czy zostaną? zamglone zwidy bułek czy pamiętasz? ten smak bułki po latach w pociągu? najzdrowsza dieta sześć lat bez soli nie było rozsypanej mąki – – to i tak nie ma po co zaczyniać – – nie ma po co wracać bo chłopaki już nie dadzą im radości palców w cipki nie pozwolą nas dotykać śnieg się roztopi biegnę teraz często przez trawy biegnę przez łąki przez piasek przez wiatr biegnę przez las zbiegam w dół przez ścieżki rozpościeram ręce będę biegła Wikta Kłosińska – poetka; współtworzy kolektyw poetycki Wspólnota Snów Równoległych; publikowała w "Odrze"; mieszkała i pracowała w kilku krajach.

  • Tomasz Madej – trzy wiersze

    miałem więcej nie rymować, ale diss na uczniów podstawówek wymaga specjalnego oręża dzieci palą elektrośmieci od zerówki - jednorazówki liczy się kto fejm ma liczy się hajs, drip, fame mma wszyscy odbici od kalki dresy techfleece nike drill to nie wiertarki a wy to zwykłe smarki dwa światy kolana mi się uginają na barkach niosę dwa światy widzę siebie jak w odbiciu gdy patrzę jak zmagasz się ze światem którego jeszcze nie znasz nie dam im zrobić tobie tego co zrobili mi już znam ich sztuczki piszesz coś jeszcze? czasami ktoś zapyta otwieram wtedy notatnik w telefonie scrolluję przez listy zakupów czy spis usterek w samochodzie które wyszły na ostatnich przeglądach znajduję jeden tekst napisany po pandemii jest o wojnie o putinie kasuję go wiersz, nie putina a szkoda Tomek Madej (ur. 1992) – tutto passa.

  • Karina Obara – wiersze codzienne

    Utopia Moja koleżanka, która pisze wiersze i obserwuje ruchy gwiazd na niebie obraziła się na mnie gdy przypomniałam jej słowa Ciorana że mistyczka to kiepska poetka Dopiero pod prysznicem zdałam sobie sprawę że ma się zarówno za poetkę jak i mistyczkę W jednym i drugim nie zdała egzaminu Nikt jej nie czyta i nie słucha jej rad Urodziła się w czasach sztucznej inteligencji pralek, radia, TV, mikserów, lodówek, internetu i gotowej kociej karmy Utraciła zdolność do czytania ruchów nieba i wypowiadania słów, które mają jakiekolwiek znaczenie dla świata Dlatego robi remont mieszkania w którym będzie mieszkała sama do końca swoich dni Rozwój duchowy Mój dobry kolega wpadł do mnie z wizytą przekonując, że zbyt mało wysiłku wkładam w osobistą transformację Jadł tylko pieczone ziemniaki bez masła żadnych produktów odzwierzęcych Jako kolejne wcielenie Wisznu miał za zadanie, podobnie jak świadkowie Jehowy, każdemu napotkanemu człowiekowi zwrócić uwagę, że nie wie, jak żyć, aby osiągnąć oświecenie Sam podąża ścieżką dźwiękową za głosami tych, których czyta i słucha w aśramach, jeśli tylko zgromadzi pieniądze na wyprawę do Indii Ostatnio z forsą krucho, wyznał po telefonie od byłej żony, która stanowczo domagała się uregulowania alimentów na dzieci, nieopłaconych od trzech miesięcy. Jak się ma gwóźdź w dupie, to zamiast się rozwijać duchowo, trzeba go wyjąć, powiedziała przez telefon była żona. Dał ją na głośnomówiący, żebym usłyszała, jaka z niej wariatka Współczułam mu bardzo żony, która, będąc kolejnym wcieleniem innego Boga, zaklaskała jedną dłonią. Poranek Kiedy R. się obudził, spojrzał na obraz wiszący na ścianie. Zrozumiał nagle, że błękity i złoto, wodne refleksy uwalniają go od codziennej, psychicznej udręki. Zupełnie nie wiedział, co ma w tym układzie zrobić. Przyzwyczajony był do życiowego mroku. Gdy zaparzył kawę i nadal czuł się dobrze, postanowił z tym definitywnie skończyć. Nie ma nic gorszego niż nowe życie, gdy zupełnie nie rozumie się starego - pomyślał i schował szybko obraz do piwnicy. Gdy zajrzał do niej po dziewięciu miesiącach, niespodziewanie zobaczył na płótnie góry. Majaczyły za horyzontem i wyraźnie go do siebie wzywały. Dlatego wiedział, że nie mogą być jednak prawdziwe. Mimo to przywiązał się do nich i codziennie nad ranem odwiedzał piwnicę, żeby już nigdy więcej nikt nie zarzucił mu, że nie potrafi dokonać wewnętrznego przemeblowania świata Oni Moi sąsiedzi z naprzeciwka wyprowadzili się bez pożegnania. Teraz mieszka w ich miejscu Rafał, który nie dba o pozostawione przez nich kwiaty na balkonie. Wszystkie uschły. Jak świerszcz na portrecie mężczyzny, którym kiedyś byłeś. Teraz nowy sąsiad sprowadza codziennie dziewczyny różnych ras. Smaży dla nich krewetki z sosem rybnym. Czuję, że im smakują. A potem kocha się z nimi głośno. Jest tak bardzo zajęty, że nie widzi jak wstaje słońce. To kobiety wyznaczają mu Przyszłość Karina Obara (ur. 1974) – ukończyła politologię na UMK w Toruniu oraz Studium dziennikarstwa europejskiego w Centrum Europejskim Natolin w Warszawie. Dziennikarka, pisarka, eseistka, artystka wizualna. Wydała dziewięć książek, m.in. powieści: Grzecherezada (2006), Dwa światy Zofii (2008), Gracze (2010), Granice (2017), Kobieta, która nie odmieniła losów świata (2019), Niebezpieczne zabawy (2020), Jak odzyskać duszę (2022), Gdy nadwrażliwość wystawia rachunki. Czterdzieści dwa listy o miłości, życiu i śmierci (wspólnie z prof. Lechem Witkowskim). Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Czasie Literatury”, „Helikopterze”, polsko-niemieckim „Dialogu”. W tym roku w PIW ukaże się jej zbiór opowiadań i esejów pt. Miłość w Ejlacie. Jej prace malarskie były pokazywane m.in. w The New Post-literate: A Galery Of Asemic Writing in Minneapolis w Stanach Zjednoczonych oraz w Danii i Polsce.

  • Krzysztof Katkowski – osiem wierszy 

    Mecz rugby Jestem sam, więc wziąłem ze sobą Cernudę i Lorcę, (ich książki). Kocham obydwu, lewaków i gejów. Przytulam ich teraz do serca, kiedy idę, żeby zamówić piwo i obejrzeć mecz rugby. Barceloneta Starsza pani uśmiechnęła się do mnie, całkiem zalotnie. Jedzie z walizką, sama, pewnie do hotelu. To turystka. Czy widać po mnie, że ja też jestem z innego kraju? Walizka z Portbou Pewnie nigdy tam nie pojadę. To dosyć daleko, i poza szóstą strefą. Na to nie przysługuje już T-Jove. Nie piszę po to, żeby kogoś uratować czy uradować: może samego siebie? Walterze, Walterze, daj mi być patetyczny, potrzebuję teraz twojej walizeczki. Bojaźń i drżenie Trzęsę się, ale nie wiem czy z zimna. Kiedy wpadam na ciebie na ulicy, jestem znowu jak dziecko, bez słów, jak wykluczenie, którego nie ma, jak kilka słów napisanych przez duńskiego filozofa, którego nikt nie czyta, bo ja go nie czytałem. Definiuję się poprzez rozmiar drzewa, na które wpadam. Poranek sieci Pogryzły mnie komary, na balkonie biegają gołębie. Sąsiad śpiewa Melendiego, a może po prostu to zmyślam. Jestem holobiontem, usieciowionym, drapię się po nogach: spociłem się okropnie. Spałem źle po kofeinie, mam trzy zamówienia na teksty. To dobrze być zwierzęciem, a może czymś więcej, może aktantem, „za dużo socjologii”, powie ktoś, kiedy znowu będę uciekać przed kleszczem, dawcą boreliozy. Muszka w moim pokoju Po moim pokoju lata muszka. Robi dużo „bzz”, „bzz”, po czym siada mi na ustach, swoimi brudnymi łapkami, którymi wcześniej biegała po brudnym kiblu. Bardzo mnie denerwuje. Jest jak lis bez słowa, chmura biegnąca nad pampą. Nie potrafię jej nadać imienia innego niż „bzz”. Kiedy zabijam ją, nic po niej nie pozostaje, żadnego bzyknięcia ani szmeru. Gdybym umiał, napisałbym o niej wiersz, ale robi się coraz cieplej i wszystko powoli traci sens. Regaliz alcaçuz: menta Wgryzam się w ciebie, powoli. Najpierw czuję miętę, potem stare, smukłe drzewo. Nie wiem, czy jadłem kiedyś tak dobrą gumę do żucia. Nie wiem. Serio. Kampus ciutadella Siedzi chłopak zakochany w innej dziewczynie, bawi się zapalniczką. Zapalniczka bawi się razem z nim, kiedy zapala jego papierosa. W tle wisi plakat „Jovent Republicà”. Nie wiedzą, co stanie się zaraz, co będzie z nimi za kilka lat, tylko inny chłopak jest zakochany w innej dziewczynie, obydwoje są inni ode mnie. W tle wielki napis: „Salvem La Pública”. Dalej nie pada deszcz. Krzysztof Katkowski – publicysta, socjolog, student Kolegium MISH UW i barcelońskiego UPF. Współpracuje z "OKO.press", "Kulturą Liberalną" i "Dziennikiem Gazeta Prawna". Jego teksty ukazywały się też między innymi w "Gazecie Wyborczej", "Jacobinie", "Guardianie", "Brecha", "El Salto" czy "CTXT.es". Współpracownik Centrum Studiów Figuracyjnych UW.

  • Przemysław Wechterowicz – Maria i Witek

    Skończyło się na podaniu zastrzyku domięśniowego w serce i na urywanym dźwięku przypominającym skrzek dobywającym się z okolic jego klatki piersiowej. Młody lekarz niczego z życia nie rozumiał. Ani z jego, ani w ogóle z życia. Zabrał się za ratowanie jej męża, zamiast ratować sam siebie. Nie minęła minuta, gdy usłyszeli głuche westchnienie, jakby ze studni wołano na modlitwę, i na Witka przyszedł kres. Maria pamięta tylko tę jedną scenę. Jest połowa sierpnia, Matki Boskiej Zielnej, zaręczyli się miesiąc wcześniej, w dniu jej urodzin. Mają po dwadzieścia jeden lat, choć Witek skończy swoje dopiero pod koniec lata. Leżą nadzy w słońcu. Kochali się już trzy razy, a teraz pozwalają swoim ciałom na chwilę odpoczynku i zapomnienia. Oboje lubią się wygrzewać, choć Witek woli to nazywać smażeniem się. Z dachu czterometrowej ambony bliżej jest do słońca niż z kocyka złożonego na dwa i ułożonego na trawie, ale Witek nie jest o tę różnicę odległości zazdrosny. W jego pomrukach pobrzmiewają entuzjastyczne tony dla jej umiejętności kochania się. Maria nadgryza owoc melonowca, który dostała wczoraj na targu. Sok spływa po jej szyi i, mijając piersi, zatrzymuje się na wiewiórce, jak nazywa Witek to miejsce. Gdyby Maria odwróciła wówczas głowę, mogłaby zobaczyć młodziutką sarnę, ukrytą w cieniu klonu tatarskiego, która obserwowała ich od dłuższego czasu. Witek ma czerwone zimne dłonie z czarnymi paznokciami. Za pidżamę robi u niego stara bluza ich córki skateboardzistki sięgająca mu do kolan. Maria akurat zrobiła pranie, a że niespodziewanie zaciągnęło się na deszcz i wilgość podniosła się z ziemi, wszystkie jego rzeczy były wciąż mokre. I tak szczęśliwie znalazła tę bluzę na strychu. Chyba nie miałby nic przeciwko. W lewej dłoni zaciska kurczowo kozik – nożyk z krótkim grubym ostrzem, idealny do grzybów, choć już po sezonie. Kot jest miękki i lubi zalec jej na udach. Maria chce wstać, pójść wydoić krowę, lecz kocur ją uprzedza. Zwija się w kłąb i udaje świętego pańskiego. A Maria ma słabość do świętych pańskich. Zajrzy do krowy później. Sięga po lusterko. Przygląda się cierpliwie swojemu odbiciu, jakby nie dowierzała. Szczerzy się do niego i czeka na odpowiedź. Cieszy ją widok siwych pukli i mocnych szczęk, które odziedziczyła po matce. Odkłada lusterko na stół i poprawia ramiączko halki, które się zsunęło. Maria czuje się niemal naga w takich sytuacjach. I jeszcze czuje, że gdyby jej życie mogło zacząć się od nowa, powiedzmy od dnia jej dwunastych urodzin, podczas których dostała pierwszej miesiączki, mogłaby z rozpędu i w odwecie za swoją rodzinę wyskoczyć przez okno. Jej jasne włosy rozsypałyby się na chodniku wokół kałuży krwi i wyglądałaby jak święta. Witek leży pod łóżkiem. Ci z zakładu pogrzebowego dojadą dopiero rano, a ona nie chce spać z trupem w jednej pościeli. Garnitur, jeszcze ślubny, wisi na drzwiach, wyprasowany. Czeka na swego pana, na ich ostatnią wspólną podróż. Ciągnik już sprzedany, kupiec zjawi się zaraz po pogrzebie. Reszta jego rzeczy musi poczekać. Znajdą się na nie chętni albo zawładną nimi kurz, rdza i niepamięć. Maria siedzi na zydlu i ciężko oddycha. W chacie panuje półmrok i czuć goździkami. Zrobiła babę cytrynową, ale nie ma jej kto zjeść. Córka nie dojechała, zatrzymało ją w objęciach wielkie miasto. Witek nie żyje, a ona i tak ma już za grube nogi, żeby pozwalać sobie na takie ekscesy. Gdy tłusta czarna mucha ląduje na Panu Jezusie, który wisi nad piecem, Maria się otrząsa i szybko wyciera łzę. Zamyka oczy i wypatruje stąd rzeczy niemożliwych: powracającego z grzybobrania męża, córki z deską, sierpniowego słońca. Ramzes nie słyszy jej myśli. Z uporem wczepiony w sztywniejące pod jego ciężarem uda Marii, próbuje przez sen osaczyć nieistniejącą mysz. Jednak myszy omijają go szerokim łukiem również podczas snu. Stary kocur ziewa więc przez sen. Nudzą go chrupki, konserwy i ludzie. Chce jedynie pokłonić się królowej myszy i wyznać jej prawdę. Przemysław Wechterowicz – pisarz. fot. Emilia Dziubak

  • Adrian Krysiak – pięć wierszy 

    Białe róże (za Różewiczem) Nie 20 sierpnia lecz 13 marca wyszła z domu i nie wróciła w wieku zaawansowanym z postępującym debilizmem z różą w zębach całym bukietem naręczem kolców gdyby ktoś się natknął proszę nie dokarmiać Chilijscy poeci chilijscy poeci z a w s z e mają coś do napisania i notesy chilijscy poeci n i g d y nie rzucają słów na wiatr i od niechcenia chilijscy poeci c z a s e m śmiecą na ulicy i w życiu prywatnym chilijscy poeci r z a d k o wyprowadzają psy i się z domu chilijscy poeci c z ę s t o są patetyczni nachalni chilijscy poeci n i e c z ę s t o bywają żenujący uprzejmi chilijscy poeci n a j c z ę ś c i e j mają coś do opowiedzenia rebus, anegdotę, aforyzm chilijscy poeci miewają neurozy psychozy i chandrę chilijscy poeci lubią sukulenty ambiwalencję i peyotl na nich nie działa morska bryza wschody i zachody słońce jako takie chilijscy poeci nie żałują niczego niestraszna im drgająca powieka i wszystkie kobiety które odeszły i upływający czas chciałbym być chilijskim poetą albo chociaż poetą albo przynajmniej chilijskim Gdybym mógł gdybym tylko mógł ująć wszystko w dwóch słowach wybuchnąłbym szczerą nienawiścią do wszystkiego co pozostało gdybym tylko mógł wykrzyczeć dwa słowa nie spodobałyby Ci się ponieważ znam sporo inwektyw jestem mistrzem obraźliwych sformułowań mam w sobie głębokie pokłady złej woli i najgorszych rozczarowań tak by to było wyzwałbym Cię od najgorszych nazwałbym jak nigdy nikogo dotąd nie nazwałem bo brakło mi słów teraz mam ich na pęczki i w zanadrzu kropelkują sukinsyny gdybym tylko mógł wypowiedzieć dwa słowa po raz wtóry zabrakłoby mi słów podmiot liryczny tego wiersza podmiot liryczny tego wiersza nie wie dlaczego mówi to co mówi podmiot liryczny tego wiersza nie pamięta czasów sprzed swoich narodzin podmiot liryczny tego wiersza nie pojmuje że przed nim były inne podmioty liryczne a po nim będą kolejne nieświadome jego istnienia podmiot liryczny tego wiersza nie wierzy w wolną wolę wierzy za to w stochastyczną naturę wszechrzeczy podmiot liryczny tego wiersza nie wie czy jest autorem a przecież miało nie być w nocy gwiazd miało nie być nocy a była miałem jechać Chevroletem drogą do Sintry ale nie miałem być chociaż przez chwilkę szczęśliwy poniosłem porażkę ty za to bywałaś perfekcyjną pracownicą sektora nieufności więc i ja straciłem całą ufność moje pokłady dobrego samopoczucia a samochody nie przestrzegały reguł za nic mając prawo perspektywy nie zmieniały wielkości wraz z odległością liczył się tylko jeden ten jeden największy najważniejszy najbliższy Adrian Krysiak (ur. 1987) – mieszka w Poznaniu. Z wykształcenia lingwista, z zawodu lektor języków obcych z zacięciem krytyczno-terapeutycznym, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” i „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.

  • Michał Piechutowski – sześć wierszy

    I co wy na to? Nie chowam żadnych sekretów Nie owiewa mnie tajemnica Nie ukrywam tożsamości Nie jestem księciem w łachmanach Nie byłem w Legii Cudzoziemskiej Nie zbiegłem z Alcatraz Nie przybyłem z obcej galaktyki Nie posłał mnie Bóg Nie zmieniłem płci Prawdziwą zagadką jest Jak ja to robię Że mi się to wszystko Nigdy nie myli Ewangelia szatana Nie ma do kogo otworzyć gęby Nie ma się na co pogapić Nie ma po co ostrzyć zębów Nic już się nie wydarzy Ciało oblepia niemoc i smutek Grzęźnie jak w gęstym asfalcie Wszystko przynosi odwrotny skutek Przegrana na samym starcie Codziennie słuchasz tego przekazu Wydając na to własne pieniądze Stosujesz się karnie jak do rozkazu Pozwalasz cynikom w mózgu mącić Czy nie wiesz że najprościej Sterować umarłymi za życia? Dla ciebie wymyślono no future Myślisz sobie o sobie System mnie nie zniewolił A on dostosował się do twoich Lęków frustracji i potrzeb I tak cię podszedł Twoje niezaangażowanie dobrze mu służy Wyłączył cię z obiegu Nie stwarzasz zagrożenia Cały twój bunt to słuchanie starych nagrań Wydawanych przez muzyczny oligopol Sztuczne życie Bojaźliwi kamuflują się tatuażami I sterydową siłą równie skutecznie Co ukrywanie braków w uzębieniu Włosami na pożyczkę Wszystko widać pod maską twardziela Jak w samochodzie u mechanika Kompleksy z podstawówki Pas pijanego ojca Nadopiekuńczą matkę Brak powodzenia u dziewczyn Protezowanie poczucia wartości To nie to samo co implant w szczęce Sztuczność jest widoczna od razu Lepsza prawda o sobie Niż bycie jak gówno w lukrze Zapach i tak zdradzi prawdziwą naturę A muchy w końcu zliżą całą polewę Ekstrapolacja osobliwej religijności (wiersz samokrytyczny) Kiedyś w jednej czytance Z języka rosyjskiego Napisano że Rosjanin Jest albo z Bogiem Albo przeciw Bogu Jednak nigdy bez Boga Dotarło do mnie niedawno Że Rosja to faktycznie Nie kraj a stan umysłu I w jakiś sposób I ja jestem Rosjaninem O mój Boże! Większość mojego życia To zmaganie się z tobą Robię coś bo mi to Ciebie przypomina Albo coś jakby wbrew tobie Nic jakbyś nie istniała Naprawdę Powiększyłaś piersi zupełnie niepotrzebnie Nie musisz wiecznie sama sobie Niczego udowadniać Nie zwiedzisz wszystkich Zakątków wszechświata Nie spróbujesz każdej Egzotycznej potrawy Poza tym i tak Więcej nie osiągniesz niż osiągniesz A wartość człowieka i stan konta To wielkości bez korelacji Wewnętrzny spokój To nie zimne spojrzenie Zza delikatnego uśmiechu Nie szukanie beznamiętności W niewygodnej pozycji ciała Zwolnij Usiądź Popatrz w niebo Albo chociaż Na mnie Nie musisz Skynet Niepotrzebny "Dzień Sądu" Malownicze eksplozje Promieniowanie gamma Błyskawiczna białaczka Na którą i tak Nikt nie zdąży umrzeć Po co inteligentnemu systemowi Stopiony beton i miliardy ton Soli z odparowanych mórz? To rozwiązanie jest Wysoce nieekonomiczne Będzie trudniej o krzem Pod spieczoną skorupą Ludzkość wykończą social media Wspólnotami wyobrażonymi Izolując od tych prawdziwych I wpędzając w depresję z samotności Wirtualny świat wyssie nas Jak głodny wampir stare opatrunki Z trupów da się jeszcze Odzyskać potrzebne pierwiastki Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page