Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Marcin Balcerzak – Jemu i Jej
On. Zdarzyło się, powie szczerze, że za późno on z niej chuja wyciągnął i z powodu jego niedbałości urodziła się najpierw córka, której matka dała na imię Bożena. Jemu jest Grzegorz, gdyż przestaje się ukrywać pod tajemniczym on zaraz na początku. Nazwała ją tak Jemu zdecydowanie na złość. Ponieważ wolałby Patrycję, i od kiedy tylko zaczął się z nią/żoną spotykać, zastrzegł sobie, że jedynym damskim imieniem, którym się brzydzi jest imię wstrętne Bożena, nie bez zresztą przyczyny, gdyż dziewczyna o takim obrzydliwym imieniu Jemu obiecała, że przyjdzie się spotkać z nim, a nie przyszła. Ale, gdy już nie po jego myśli matka skrzywdziła córkę Bożeną, próbował obrzydzić sobie w miejsce Bożeny inne żeńskie imię, zastępując obrzydłą Bożenę bardziej obrzydłą Jolantą; nie mógł przecież wzdrygać się z obrzydzania za każdym razem, kiedy wołał córkę po imieniu. Jedyne co osiągnął to to, że Bożena tak samo go brzydziła jak imię Jolanta, które pewnie nie przypadkowo nosiła jego żona. Zamiast z jedną obrzydliwością ścierać się na co dzień, doszła druga nie mniej obrzydliwa. Drugim razem to ponoć Jolanta przespała, ale urodził się chłopak, bo Grzegorz nie zniósłby, gdyby miał obrzydzić sobie jeszcze jakieś trzecie żeńskie imię. Ale raczej to Jemu się wydaje bezsporne, że Jolanta wcale niczego nie przespała, tylko specjalnie długo i dodatkowo pieściła jego prącie, żeby w niej właśnie Jolancie ukończył bieg, a nie w trawie, w telewizorze lub na dalekich bezludnych wyspach, bo wtedy gówno by miała Jolanta z takiego pożycia i tu Jej pazerność zawiniła. Sprzymierzeńca drugiego swojego urodziła Jolant i Grzegorz pozostanie już do końca życia w miażdżącej mniejszości, na końcu łańcucha pokarmowego swojej rodziny. Jolanta i tym razem pokazała swoją wybitną chęć zagarniania wyłącznie łapami do siebie i nie ma Grzegorz na myśli tylko tych poczętych z przypadku dzieci, ale też i wszystko inne głównie materialne ale i nie tylko. Bartek z twarzy przypominał psa zaraz po urodzeniu o cofniętej mordzie, która postanowiła, że jeśli jest tak odrażająco brzydka, spróbuje schować się za nosem i uszami głęboko wciskając się w czaszkę, żeby później upodobnić się do twarzy Jolanty i Bożeny w jedną mordę u Bartka z wiekiem coraz bardziej wstrętną. Jak już niedługo miało się okazać, dzieci dla Grzegorza okazały się straszniejsze, niż gdyby obrzydził sobie wszystkie żeńskie imiona. Ale już, już wyrzygał z siebie to pierwsze, najgorsze obrzydzenie, przedstawiając tutaj państwu jednego brzydkiego psa wabiącego się obrzydliwe BożJolBart. Bożena jeszcze jak nie odrosła od podłogi na metr, pokazała Jemu prawdziwą swoją obłą twarz, bo ryczała przeraźliwie i pluła czym tam miała w gębie, gdy podchodził do jej nocnika, nie bynajmniej w celu wylania go na głowę krzyczącej Bożenie. Tylko pytając się Jolanty, czy nie zwiastuje ten krzyk Bożenki, że jej jelita są właśnie pożerane przez robaki wprost z jedzenia, którym Jolanta karmi Bożenkę? Bo jakże, od rozkrzyczanej Bożenki usłyszeć zrozumiałe słowo, tylko krzyk, którym też może zagłuszać niepokojące piski robaków rozpasanych ze środka Bożenki brzuszka? Chłopak przeciwnie niemowa. I kiedyś, gdy pochylił się Grzegorz nad milczącym synem, ten w tajemnicy przed dwoma podłymi babami właśnie, Jemu podał zapisaną kartkę kulfonami dziecka:” że z przyczyny krzyków Bożeny postanowiłem nic nie mówić. Żeby tylko przed matką moją Jolantą Grzegorz go nie zdradził, ale to przez głupią Jolantę mam teraz do czynienia z głupią Bożeną. Nie inaczej jak po głupiej Jolancie przejmie berło głupia Bożena. Ale też żebym nie myślał sobie, że jego, przecież ojca uważa na tym tle za mądrego, bardziej wydaje się głupi, dając się podejść jeszcze głupszej Jolancie i on dziedzicząc całe to gówno po obu głupich rodzicach i nic nie może z tym zrobić, jeszcze pozostaje w nim nadzieja, że być może Grzegorz nie jest jego biologicznym ojcem ”, tak jeden jedyny taki raz napisał Bartek dobrze o ojcu. Gdyby nie to, że Grzegorza syn okazał się też spadkobiercą po matce Jolancie nie urody, bo jej nie miała, nie mądrości dla tego samego powodu, ale zachłanności, którą Jolanta mogłaby obdarować w gratisie jeszcze niezliczone, oby nie, po niej nastające pokolenia. Dopiero jak Grzegorz pomachał dwudziestozłotówką Bartusiowi przed oczami, ten wreszcie zaczął coś mówić: „żeby następnym razem pomachał pięcioma dychami, bo tak się zatnie przy nauce pisania, że do szkoły specjalnej będzie musiał go wozić pięćdziesiąt kilometrów dziennie samochodem na benzynę”, powiedział tylko raz kochany Bartuś. Bożena, Grzegorza córka. A z pokoju, do którego kupił ten płaski telewizor, ten wypoczynek teraz staromodny, stół, krzesła i wszystko inne, nie wiedzieć czemu musi teraz uciekać przed Bożeną, której w wieku dziesięciu lat Jolanta zaczęła bezguśćnie malować paznokcie. Bez ostrzeżenia rzuca w niego Bożenka pilotem od telewizora, albo szklanką z nie wiadomo, czy nie z żrącym kwasem. By się dopiero zaczął bać, Jemu Bożena będąc przedszkolaczką zapowiedziała, że jak będzie starsza, bo gdy większa Bożena podniesie z podłogi ciężką sztangę, będzie on zdychał pod jej stu kilogramami nieruchomo cały dzień. Niech też raczej uważa na zupę, w której może Bożena pomyłkowo rozpuścić rtęć z termometru, a dla Grzegorza najlepiej byłoby, podpowie mu jeszcze, żeby lepiej, gdyby dojadał po matce resztki z obiadu, ale na pewno bez rtęci. Jak tylko będą chcieli z matką i Bartkiem dorosnąwszy, wypchną go nieprzypadkowo z balkonu, raczej później w trójkę mówiąc policji o depresji Grzegorza i chęci zabicia się poprzez rzucenie się z siódmego piętra bez nadziei na odratowanie. W dupę kopana Bożena, będzie za to powtarzał Grzegorz pod nosem do śmierci. Jolanta najchętniej rozsiadłaby się na jego koncie osobistym w pojedynkę, wyciągając z niego wiadrami życiodajną wodę aż do mulastego dna. Płaci Grzegorz przecież za wszystko od tylu lat, albo powie precyzyjniej, Jolancie, bywa że się zdarzy kupić za swoje jakieś ziemniaki, zawsze zgniłe albo przeterminowane konserwy o wydętych wiekach. Jolanta nie raz mówiła, że na ten lakier co nim córce maluje paznokcie od dziesięciu lat, musiała odkładać dwadzieścia lat pieniądze, z powodu, że Grzegorz zapomniał o piękniejącej co dzień Bożence. Wolał sobie nakupić niezdrowej kiełbasy żeby ją samemu zjadać. Niedługo będzie musiała gotować sobie i dzieciom zupę ze szczyn, gdyż, ponieważ pieniędzy, które Grzegorz jej daje, starcza tylko na jedzenie dla niego. Grzegorza delikatność nie pozwala mu przecież powiedzieć tego głośno, że kradnie mu z konta zachłanna Jolanta garściami, nienasycona Bożena i chciwy Bartosz, te mątwy, które tylko czarny atrament wypuszczają w stronę jego – ojca jak mantrę. Jakby ,mogłoby być inaczej, gdyby z jego resztek naskórka, wyprodukowali kogoś takiego jak on sam. By się Jolanta udławiła, gdyby zobaczyła , jak można żyć we dwie takie same osoby. Jak szczoteczki do zębów można używać jednej, a nie dwóch. Jak można we dwóch dzwonić z jednego telefonu, a pieniądze z dwóch kont można wpłacić na jedno. Już to widzi, jak Grzegorza bis-kopię Jolanta podstępnymi kopniakami wystawiałaby za drzwi machając przy tym nożami z lufami pistoletów. I żądałaby, żeby Grzegorz raz dwa się zdecydował, który z nich jest ten prawdziwy, bo będzie za późno , jak Jolanta wskaże policji jego prawdziwego zamiast bisa, jako gwałciciela roznoszącego choroby weneryczne i raki jajników, i przy każdym skłonie musząc oglądać się za siebie. I wielokrotnie podduszającego zarówno ją, jak też niepełnoletnią Bożenę, powodowany za pewnie przyjemnością niemalże seksualną, a małoletniemu Bartoszowi grożąc własnoręcznym obrzezaniem w męczarniach z tych samych powodów. On się ani nie spostrzeże, jak policja wyprowadzi jego zamiast jego podróby bis. Jej naprawdę nie dużo potrzeba, żeby Grzegorz skończył, albo wyrzucony z balkonu, albo dożywotnie umierający w strasznym więzieniu na Syberii. Grzegorz w kontrze za to poczeka trochę, jak wypadną Jolancie wszystkie zęby i osobiście będzie jej wlewał w gardło zupę ze szczyn, którą gotuje. A tylko w niedzielę z jej wypadłych włosów poskleja kotlety na wypadek, gdyby czuła się dalej Jolanta głodna i kazać będzie Jolancie za każdy taki obiad zapłacić ze swojej haniebnie niskiej emerytury. Wobec czego, niech by lepiej nie stawała pomiędzy może nim a jego przyszłym klonem? Już dziećmi takimi jak te, już właściwie by mogła Jolanta Grzegorza nie karać, chyba zrobiła to specjalnie, by tylko przypodobać się samemu diabłu z piekła, który tylko pod takim warunkiem zdecydował się, żeby Jolanta w ogóle z piekła wyszła na krótkie wakacje. Nie zrobił spryciula tego we wiekach średnich, bo zaraz by wyszło na jaw, że Jolanta obciąga wszystkim w piekle dorosłym diabłom i już nazajutrz w Jej popiołach po stosie grzebałby kury. Ale dzisiaj też Grzegorz widzi dużą szansę w ujawnieniu ciemnego pochodzenia Jolanty, bo wystarczyłoby, że pod kościołem rozpowie wśród ludzi wychodzących ze mszy, że Jolanta wcale nie zaprzestała praktyk w obciąganiu czarnej pały nawet po spaleniu na stosie. Może by w takim razie spróbowali utopić Jolantę w rzece za pomocą młyńskiego kamienia? A kto wie, może to spowolniło by niecne plany diabła na sto lat? Jej Jolancie nie pozostaje nic innego, jak wyjść z dziećmi na dwór jak najdalej od umysłowo chorego Grzegorza. To nic, że znają historię o spalonej Jolancie za czary na pamięć i dawno mają wyjaśniony termin obciąganie przez Jolantę i by mogły właściwie przejść obok tej historii obojętnie; Jolanta woli jednak zejść Grzegorzowi z oczu, a nóż opowieść swoją wzbogaci jeszcze o nieznany dotąd Bożence i Bartusiowi zwrot „ruchanie”, z objaśnieniem którego znaczenia mogłaby sobie nie poradzić, używając tylko kulturalnych słów. Jemu też świta możliwość alternatywna też druga. Bo udział Grzegorza w poczęciu przez Jolantę Bartosza nie koniecznie miał miejsce. Gdyby mu nie kradli pieniędzy z konta, dawno by porównał oba DNA ze sobą. Ale pewnie Jolanta ukrywa tajemnicę i dlatego celowo kradnie na potęgę pieniądze z jego konta żeby nie mógł dociec prawdy. Bartek jakby składał się z samych genów diabła i genów Jolanty, przecież też kochanicy pana z piekła. Gdyby choć odrobinę domieszał Grzegorz do Bartka, widać by było w nim refleksy jakieś, zajączki odbitego w lustrze światła, a tak, same tylko w oczach ma Bartek żyletki, a gęba jakby służyła mu tylko do plucia na ojca, bo nawet nie do mówienia. A wtedy, gdy Bartek otworzył usta po raz drugi, co powiedział? Żeby nie daj boże ojciec dostał udaru i przeżył. Wtedy by do hospicjum ojca nie oddał we wygody, czystą pościel, jedzeniem przez kroplówkę i zastrzykami przeciwko bólowi i przywracającymi pamięć. Z takich wygód nic nie maiłby Grzegorz na pewno pod sparaliżowaną ręką w domu, prócz uciekającego w piździec pulsu. Z rozrywek tylko smarowanie twarzy miałby zjełczałymi jajami, wbijanie w gałki oczów kolce wyrwane z kaktusów i aż odbicia swojego w lustrze będzie śmiał się, gdy zobaczy dwa małe jerzyki zamiast oczu. No nie, przecież zje sobie coś raz na tydzień w paście wyciskanej z tub, które niech ojciec zgadnie tylko czym będą napełniane? Do picia tylko ślina, którą sobie zgromadzi sam w zamkniętych ustach przez noc. Zaraz też zacznie też Bartuś uczyć się grać na żebrach starego, uderzając w nie pałkami od cymbałów grając „Taniec z szablami” z zamkniętymi oczami. Powodów ma Bartuś tysiące, za które będzie się wówczas mścił na ojcu, ale gdyby był Grzegorz bardzo ciekaw, będzie mu sparaliżowanemu czytał swój pamiętnik, gdzie tylko w pierwszym rozdziale napisze, jak na przykład kopał Bartusia po głowie, gdy ten jednak nie mógł zasnąć. Na pierwszy ogień pójdzie kopanie, ale zobaczy Grzegorz jak przejdą wspólnie przez początek przedszkola i szkołę spacerkiem, jak później akcja nabierze tempa w środku z truchtu przejdzie w cwał i jak razem zaczną galopować pisząc zakończenie pamiętników w jego chorobie na bieżąco. Lepiej dla Grzegorza byłoby, niechby na ten udar umarł od razu na miejscu, żeby już nie pomyślał sobie Grzegorz, że nie miał Bartek dla niego serca. Bożena przyłącza się do Bartusia do duetu, tylko by do udaru dokooptowała nowotwór trzustki bolesny, jakby pewnie zabijający w rezultacie ale nie bezboleśnie. Żeby przyglądał się „tatuś” jak Bożena wylewa za okno litrami z wiadra morfinę. Popatrzy z wdzięcznością jak Grzegorz z oczu wylewa chujnię, którą gromadził przez wszystkie wspólne lata. Nie, jakiegoś tam sobie nie przypomina kopania po głowie Bożena. Albo być może nie pamięta już nic od tego kopania, którego nie pamięta, bo jak z niesprawną bo pokopaną nogami przez Grzegorza głową? Sobie, pamięta jedynie dobrze, jak kupiła sobie cukierków słodkich, a Grzegorz utopił je na jej oczach w kiblu. Po to, żeby Bożena nie przypominała później grubej jak teraz Jolanty. I kto wie, czy nie byłaby teraz jota w jotę gruba jak gruba matka. Daleko więc Bożena nie ma co patrzeć poza horyzont. Zarówno matka Jolanta jak i brat Bartek by nie wmawiali Bożenie na siłę żadnych kłamstw jakiś, o tym, że niby Jemu wyżarł serce parch złośliwy, którego Jolanta widziała na własne oczy, jak nie chciał ze starego wyjść, tylko zapierał się jeszcze rękami i nogami, chcąc jak najdłużej męczyć ją, Bożenkę i braciszka. Na pewno było tak, że z małą dziewczynką obchodził się nie drakońsko, tylko na pół gwizdka jej dokuczał, ale jak już by osiemnaście lat skończyła nie wiadomo, czy nie kazałby jej chodzić wokół siebie na kolanach? Jolanta też ją ostrzegała, żeby nie wychodziła ze swojego pokoju nieubrana, bo stary zrobi jej zdjęcie, które będzie pokazywał kolegom, jaka jest Bożenka brzydka i nieproporcjonalna. Do tego przestrzeże ich, żeby nie dopuszczali do Bożeny swoich synów, którzy ogłuchną prędzej od wrzasku z jakim wykrzyczy ich imię. Do tego by chłopców Grzegorz straszył, że drze ryja jak zobaczy Bożena ładną jakaś dziewczynę z zazdrości aż że spadają z nieba muchy. Nie tylko jednak wrzaskiem Bożeny Grzegorz straszył naokoło, ale też opowieścią, jak Jolanta rozdarła ryj do nieba, gdy pierwszy raz zobaczyła Bożenę w betach. Czy takie słowa, gdyby je Bożena usłyszała z ust Grzegorza mogłaby kiedykolwiek wybaczyć? Naprawdę nie umiałaby Bożena nienawidzić za nic. Grzegorz pewnie Bożenie połamałby wszystkie nogi, żeby nie mogła nigdzie wychodzić. Obśmiewałby wtedy i to że siedzi po pachy w gipsie i to, że zostanie wybrana na najbrzydszą nastolatkę Tik-Toka wszechczasów. Nie musi Bożenie przecież Jolanta mówić, Bożena sama widzi, kiedy Grzegorz włącza na jej widok bruździacz na głębokość poza skalą. Dokładnie też zapisuje sobie w telefonie kiedy mógłby być Grzegorz dla niej wredny, albo też na czerwono, kiedy by mógł ją zabić, wmawiając później wszystkim, że sama Bożena o to się bezustannie prosiła. Dokładnie jak tylko po śmierci Grzegorza na udar i raka ktoś zapyta Bożenę o ojca, jemu odpowie, że wykarczowała już dawno las po ojcu, a w tym samym miejscu posadziła dla matki łąkę, którą w ogóle nie kosi i pozwala tym samym rosnąć na niej kwiatom polnym przez cały rok. Jej Jolancie się bardziej podoba, jak Jemu Bartek w twarz powie o skurwysyństwie, za które odpowie zaraz po swoim udarze. I już wie Jolanta, jaki przyjdzie na niego koniec być może z rakiem i na pewno po udarze. Już Jolanta widziała na gębie Grzegorza strach, który wziął go pod swoje krucze skrzydła. A nawet pytał się w czasie porady telefonicznej lekarza, od czego można dostać udaru i raka trzustki, i żeby lekarz przepisał Jemu lekarstwa na jedno i drugie, najlepiej w jednej małej tabletce. I może gdyby wyjechał do swojej matki pomieszkać, czy by wtedy nie odsunął na trochę od siebie tych chorób? Bożenka powinna mocniej tupnąć nóżką, podpowiada tylko Jolanta. Najgłębsze rany Bożenka nosi od Grzegorza, czego może jeszcze nie pamiętać, bo krótko jeszcze żyje. A to naśmiewanie się z niej, gdy po urodzeniu Bożenki przypominała Jemu liniejącą hienę nie pamięta? A patrząc na Bartka powiedział łagodniej, tylko, że ma mordę psa. A i tak Jolanta ma najgorzej, bo maila, który do niej wysłał przeczyta Bożenie: „przypominasz mi Jolanto zdechłą mysz, która ani za życia, ani po tym jak zdechła, nie wyglądała nigdy dobrze.” Może gdyby Bożena sobie przypomniała, jak kiedyś patrzył na nią ojciec bez umiaru, chcąc, żeby może goła chodziła przed nim. Czy dotykał ją wtedy łapami albo żeby może żądał żeby ona jego łapała za mosznie, czy pamięta? Jolanta sobie przypomni od razu, jak tylko wróci pamięć Bożenie. Być może wyparła te straszne wspomnienia z Grzegorzem precz, dzięki temu, że Jolanta otaczała ją szczególną atencją, że prawie w objęciach Jolanty non stop dorastała. Kupowała jej Jolanta różne piękne sukienki i zabawki, które same nauczyły Bożenę chodzić szybciej od innych dzieci. Lego klocki, które Bożenie kupowała i na ich widok zaczęła mówić i głośno krzyczeć Och i Ach? A być może gdyby nie to, milczałaby jak Bartuś, którego opuścił głos ze strachu przed despotycznym Grzegorzem, kto wie. Głos miał gdzie uciec, nie to co mały Bartuś. Ale Bożena osobiście raczej nie pamięta tego, że matka kupowała jej klocki i piękne sukienki. Niech się Bożena przestanie o to martwić, Jolanta jej napisze jej wspomnienia z dzieciństwa i późniejsze ze szkoły. Tylko Bożena będzie musiała się nauczyć tego na pamięć, żeby później na policji opowiedzieć, co jej Jolanta napisze słowo w słowo. Można też udowodnić, że od traum mało co Bożena mówi jak Bartuś i dlatego, że wystarczy że mamusi ona tu tylko podpisze. Jolanta już Jemu zapowiedziała, żeby nie spodziewał się, że Jej umrze się pierwszej przed nim. Marcin Balcerzak (ur. 1967) – drukował w kwartalniku „Red” oraz w miesięczniku krótkich form prozatorskich Opowieści. Pracuje w magazynie. Mieszka w Sieradzu.
- Tadeusz Zawadowski – wiersze
dziecięce zabawy dziecko z gruzów próbuje zbudować dom. klocki które kiedyś układały się w ściany dzisiaj nie pasują do siebie. szafka z zabawkami założyła czapkę niewidkę. rodzice bawią się z siostrą w chowanego. nigdzie nie można ich znaleźć. dziecko dokłada kawałek cegły do rozbitej szyby. próbuje przez nią ujrzeć to co utracone. mundur II ojciec wraca do domu. rozgląda się po pokoju. zdejmuje mundur. liczy dziury po kulach. przeżył. jednak przeżył. musiał. obiecał synowi że powróci. wpatruje się w wyrwę po drzwiach. gdzie się żegnali. nad ranem nie sądziłem że historia potrafi tak szybko kręcić kołem i wciągać do środka. nie przypuszczałem że po nocach będę mi się śnić porozrzucane martwe ciała. blisko. na wyciągnięcie samotnej ręki bezskutecznie poszukującej drugiej. jeszcze budzę się gdy tymczasem innym narzucono sen na oczy. barbarzyńcy zawsze przychodzą nad ranem aby nie przerywać koszmarów. niepewność II przez miesiąc mieszkała w piwnicy sąsiada. z jej domu pozostał tylko przerwany w połowie sen. nocą wymykała się po wodę. ukradkiem żeby nie skrzyżować drogi ze śmiercią. uciekła. nie chce pamiętać kilkudniowej pieszej tułaczki. nie wie czy jest bezpieczna. czy i tutaj zamiast deszczu nie zaczną spadać bomby. nowe stary świat schodzi do podziemia. krok po kroku. ostrożnie ważąc każde stąpnięcie. wciąż śnią mu się po nocach dobre zakończenia. jednak z nastaniem dnia coraz bardziej zapadają się w przeszłość. nowe wylewa się na wierzch. ma zapach palonych migdałów i piołunu. powitanie miasta odsunięto głaz ale za nim nie było już miasta tylko przestrzenie pełne nieobecności. domy zniebowstąpiły w stosy gruzów i leje po bombach. tak jak głosiła przepowiednia. zbiorowa mogiła. żołnierze patrzą w głąb miasta. wypadają im karabiny. z grobu wstają ich synowie. podnoszą je z ziemi i ponownie wkładają im do rąk. powrót do domu powoli. już blisko. najpierw drogą obok kapliczki w której kiedyś ukrzyżowano Boga. później w prawo gdzie zarys domu przebija niebo. teraz po schodach trzymając się poręczy. tylko nie ma już domu. tylko nie ma już Boga i powrotu. widok z okna III stoję na ósmym piętrze otwartego na przestrzał bloku. tu było moje mieszkanie. na prawo sypialnia w której nie obudzi się już dwójka małych dzieci. w kuchni żona zasnęła przy robieniu śniadania. to moja rodzina. i ja w miejscu okna patrzący na sunące ulicą czołgi żałując że nie jestem koktajlem mołotowa. wyzwolenie miasto przypomina stertę rozrzuconych klocków. trzeba na nowo je poskładać. pokruszone rozdeptane butem lub rozjechane przez czołgi tak jak ciała najbliższych. na ulicach bezdomne psy wyją do swoich szczeniąt. daremnie. ludziom zabrakło łez. wyszli ze swoich jaskiń i już nie potrafią płakać. przyglądają się ruinom. patrzę w ich martwe oczy. żołnierz z karabinem. bezradny jak dziecko. zabawy z czasem świat się kurczy. to co było dalekie stało się na wyciągnięcie ręki. właściwie na długość lufy karabinu lub zasięg rozprysku bomby kasetonowej. nigdy nie przypuszczałem że stare demony mogą ponownie wejść w nasze sny. ciągle nie potrafię uwierzyć że można bawić się czasem jak zepsutym zegarkiem i przenikać przez jego tarczę w stare rany i blizny. Tadeusz Zawadowski (ur. 1956) – poeta, redaktor, krytyk literacki. Członek Związku Literatów Polskich. Tłumaczony na rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski i angielski. Wydał 17 tomów poetyckich. Mieszka w Zduńskiej Woli. fot. Andrzej Walter
- Grażyna Wojcieszko – dwa wiersze
…. kiedy wyciskasz pastę do zębów z tubki, czy masz wątpliwości, że pasta jest, że była tubce zanim się z niej wydostała? czy nie uważasz, że aby coś z czegoś mogło wyjść, musi w tym czymś być, zanim z niego wyjdzie? ... to przesąd. ten przesąd traci wszelką ważność w świecie kwantowym. ten przesąd traci wszelką ważność w świecie poezji. ten przesąd traci wszelką ważność w świecie myśli. niektóre radioaktywne atomy emitują cząstki, których nie zawierały przed ich wyemitowaniem. nie było żadnej myśli o tobie, nie było ciebie w mojej głowie. i jesteś. myśli zataczając kółka, wychodzą słowami. między przeszłością a przyszłością jedna litera. w ruchu szłości jedna litera, przy a może prze, kto wie z jaką literą pomyślę o tobie. ….. chmara plazmy prosto ze słońca wpadła w nasze serca, teraz są jak plastelina, teraz od byle słowa robią się wyżłobienia, jakieś wzory, raz śmiech, raz strach raz łzy. potem spadł pył słoneczny i nas ozłocił. spadł i nas zauroczył, nas już nie ma. teraz są tylko te ozłocone istoty. świecące istoty. wytwarzają silne pole magnetyczne, wytwarzają wiatry miłości, a na powierzchni ziemi są zachwiania i zmiany pogody. wiatry miłości potrafią nieść zagrożenia. od wiatrów miłości niektórzy źle się czują. dla życia są niegroźnie ale mogą powodować zwarcia. zwarcia w zasilaniu. na szczęście jest słońce. osiem minut i światło jest w sercu a pogoda łagodnieje, aż do wybuchu na słońcu. na szczęście mocne wybuchy zdarzają się tylko co jedenaście lat. na szczęście, bo kto by tyle wytrzymał. Grażyna Wojcieszko – poetka, tłumaczka, autorka sześciu tomów poetyckich oraz opowiadań. Wiersze publikowała w wielu ważnych pismach literackich w kraju, a także za granicą. Należy do najczęściej tłumaczonych współczesnych poetek polskich (francuski, angielski, hiszpański, szwedzki, czeski, chiński, włoski, słoweński). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Absolwentka Studium Literacko-Artystycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, a wcześniej francuskich uniwersytetów: Orsay i Jussieu. Prezes Fundacji czAR(T) Krzywogońca – miejsca międzynarodowych spotkań twórczych.
- Marcin Jurzysta – pięć wierszy
Przekroczyć próg niedzieli Niedzielny poranek, i przepadam "Sunday Morning" Nico & The Velvet Underground ciemność i jej palce zawierają w sobie światło mocniejsze od nadziei ćma ślizga się prosto po jej tępej krawędzi znikając w jasnej plamie czy coś się stanie innego niż działo się zawsze odkąd sięgamy snem dnem od którego odbijamy się miotając w pościeli jak bezwodne ryby gdyby umieranie powidoków rozłożone na układankę z szybkich kroków dało się oglądać jak kolejny powtarzany odcinek jak wyimek z narkozy jaki słodki kompocik dziś złożył cię w kosteczkę na parkowej ławeczce tam siedź tam jest twoja dystrofia wcześniej nie zapomnij nakarmić kota szlocha już wczesny świt wszystkie ulice którymi kroczyłeś zanim pogubiłeś ten jeden ratunkowy plan pan tu nie stał pan tu zawsze trwał jak przypowieść o marnotrawnym czasie który wpada w objęcia wskazówek lepi się do cyferblatu antydatuj te wypisy z siódmego dnia bo podobno szafa gra nawet jeśli cię nie rusza sound który wzrusza jak moneta to są na to środki małe kolorowe psotki śmieszki ścieżki których nie da się wytrzeć podeszwą zresztą dzwony już wieczór wieszczą Palpitacje Bo twoja kryształowa kula nie jest tak krystalicznie czysta Więc kiedy sobie siedzisz i się zastanawiasz Ja mam ten pierdolony cierń w sobie O mój Boże, to iluzja Mówię wam wszystkim, to sabotaż " Sabotage" Beastie Boys dawno skończyły się wakacje dojrzewają krągłe trepanowane sny taki czerstwy czas chłopcze chleb jaki miałeś w zaciśniętych ustach już nie karmi tylko mami obiecuje sytość a skurcze galopują falami salwami wybuchają neurony gazowe palniki baloniki pełne sztormów nie mów że jeszcze urodzą się słowa owinął ślad jak smutną gazetę kawał mięsa przecieka krwią przez papier złość puściła soki i kapie złapie cię za ciszę i wyciśnie dorodny dojrzały wrzask oniryczny sabotaż marzenia i gościnne wizje ze ścięgnami podciętymi na wysokości szeptu kości z odciskami ust preparują już pracowite mrówki i zaspane muzea by nie zabrakło sterylnych trofeów dowodów że oto był jednak pijany czas urabiał się po łokcie w nas poprawiał poduszkę jak zmarłemu w trumnie tłumnie biegliśmy przez miasto a może przez ogromne rozwarte oko głęboko pączkowała pewność że nie dostajesz tego co widzisz niecnoto spiskujesz nad czymś co jest iluzją próbuję ci powiedzieć to sabotaż to błoto Zgubiłem tętno świata Serce, zapchane jak wysypisko " No Suprises" Radiohead droga jest po to żeby przelewać się z kąta w kąt skąd przychodzisz kurzu niepoprawny zlepku ciemnych słów do głów nie przyszło nic policzalnego nie będzie nic z tego tak jak nie było wczoraj i nie będzie gdy wyłysieje zdanie codzienne szukanie pulsu przykładanie palca do murów strupów i skrzepów przemów kardiotokografie podsłuchiwany w przelocie powrocie do początku zanim umyjemy dzisiejsze zmory we wrzątku rozkołysz rozkołysz jeszcze raz dwa trzy cztery odliczamy do cholery z hałasem z atlasem miejsc gdzie nigdy nie będziemy odejdziemy stąd by odejść wiele razy nie pozbędziesz się skazy jej korzeń jest w języku lufciku przez który stukają serca i macice nie zliczę ile już życzeń przetłuszczało twoje oko matko którą przytulają macki pelotów by upewnić że bije w jedynym słusznym rytmie przyjdzie minuta gdy krzyknie jak kaftan przykazał byś wydała owoc na pastwę czułości mdłości przecież ustępują szybciej niż ślad kwiat więdnie prędzej niż paruje nasza wilgoć ilość palpitacji jest policzona a ścieżka naznaczona jest zimnymi skurczami kamieniami weź jeden chwyć mocno i połóż obok pozostałych niech śpi i śni o ciosach niezadanych Głos prowadzącego Będę świecić światłem prosto w twoje oczy Ty prawdopodobnie też zaświecisz na mnie "The Narcissist" Blur tak to państwo poukładali tak to państwo urządzili są spadki są skoki są nowości i propozycje w poczekalni nieznani sprawcy i globtroterzy ślizgający się po pamięci petenci przejęci kolejką do ust skąd ósmy smród świata wymiata nam ktoś rytm spod oka oczekuje na aplauz angaż na kompaktowych płytach nawet w featuringach zaszywa się płytko podprogową instrukcję dla klakiera wybieraj brak bo przecież zawsze masz go pod dostatkiem tak to państwo poukładali tak to państwo urządzili coraz mniej miejsca na milczenie bierność swobodny rozkład rozgłośnia reanimuje głosy wciąż pulsują wrzask kiełkuje czekamy na wasze listy z hałasu pocztówki z barykad jak nas słychać w wąskim gardle przez które posuwa się manifestacja jak piekący refluks jak przebudzony żal O mały głos okaże się czy propozycje przypadną państwu do gustu w gąszczu singli łaskoczących membrany głaszczących sny w miąższu bitu snującego się po eterze po słowach co są sączą się w płytowych wkładkach po wybojach słojach drzew tymczasem mleczna opowieść rośnie jak źrenice tętnice tańczą tańczy też płomień na ziemi w gardle na granicach jak falach faza startu jest inicjowana oko widzi więcej więcej słyszy ucho świat kadr po kadrze zapada się głucho w ziemi w błocie w hałasie czy czujesz jak odrywasz się od siebie zrzucasz ciężar światła świecą już tylko perseidy a może to świeci pamięć jej odyseja wybieraj kurs pod księżycem nie liczę godzin i strat to życie mija przelatuje jak sierpniowy szerzeń który wleciał w środek mgnienia nie szukaj tłumaczenia dla tej dialektyki spalone już bezpieczniki lepiej wyjdźmy i zróbmy mu miejsce zanim użądli nas prosto w serce Marcin Jurzysta (ur. 1983) – literaturoznawca, poeta, krytyk literacki. Autor tomów poetyckich: ciuciubabka (2011), Abrakadabra (2014), Chatamorgana (2018) oraz Spin-off (2021). Laureat Konkursu im. Haliny Poświatowskiej w Częstochowie, Rafała Wojaczka w Mikołowie oraz Konkursu „OFF Magazine” w Londynie. fot. Monika Axel
- Mirosław Drabczyk – Tatuaż NN
Poznałem go, kiedy pracowałem u tapicera, trochę nawiedzonego gościa, który miał ambicje bycia najlepszym tapicerem w kosmosie. Jurek był tam głównym projektantem i facetem od zarządzania. Robiliśmy ogromne sofy z marszczonymi oparciami, pufy i fotele wyściełane delikatną skórą, w sam raz dla paniuś, które od zakochiwały się w tych meblach od pierwszego wejrzenia, wyobrażając sobie, jak sadzają swoje kształtne dupy w zagłębieniach białych, beżowych albo bordowych foteli z cielęcej skórki. Jurek świetnie rysował, miał dobre noty na Akademii, podjął się roboty przy meblach, żeby mieć na życie, drugą jego pasją był tatuaż. Mieliśmy rok 1986, moda na tatuaże artystyczne jeszcze nie przyszła, tatuażyści nie mieli dobrego sprzętu, ani nie mogli liczyć na wielkie zyski, zresztą chętnych nie było wielu, nie każdy miał odwagę poddać się nakłuwaniu skóry ostrymi igłami chirurgicznymi, związywało się kilka takich igieł nitką, maczało w zwykłym tuszu i nakłuwało skórę, punkt po punkcie, krew bryzgała. Nie bez powodu tatuaże nazywano ostrym słowem “dziary”, kto miał dziarę, ten był git, teraz co druga dziewczyna ma tatuaż. Wtedy laski się nie tatuowały tak masowo, tatuaże to była męska rzecz, popularna wśród kryminalistów albo w subkulturach. Dziewczyny wyszywały wieszane w kuchniach nad stołem makatki z napisami “Gdzie miłość i zgoda panuje, tam szczęście swe gniazdko buduje”, albo “Zimna woda zdrowia doda”. Musiało wystarczyć, że nitka do wyszywanek była ciemnoniebieska, jak tusz do tatuażu. Zakolegowałem się z Jurkiem, nieraz spotkaliśmy się u mnie po pracy i pijąc tanie wino rozmawialiśmy o sztuce – przecież mieliśmy ambicje artystyczne, wcale nie było tak, że chcieliśmy spędzić resztę życia moszcząc krzesełka dla nowobogackich. Zagadnąłem Jurka o tatuaż, “ale co tatuaż?” A zwyczajnie, chcę, żebyś mi zrobił dziarę, nic wielkiego, minimalizm wręcz, żadne tam poplątane liście agawy, żadne gotyckie, celtyckie motywy, o syrenkach, serduszkach i motylach zapomnij, to nie nasze rewiry. Po długich dyskusjach stanęło na tym, że na moim lewym ramieniu, tuż powyżej bicepsu, powstanie kwadrat Malewicza wypełniony mgłą, po prostu, mocno obrysowany kwadrat 5 na 5 centymetrów a w środku coś nieokreślonego, jakby kawałek Drogi Mlecznej. Podczas nakłuwania, przyznam się, z bólu leciały mi łzy, a Jurek z papierosem w ustach, mozolnie maczając koniuszki igieł w słoiczku z tuszem mówił, że obraz, który się z tego wyłania przypomina mu Niedokończone Niebo. Nazwa okazała się prorocza, bo po zapełnieniu tuszem jakichś trzech czwartych kwadratu Jurek trafił do szpitala z rozpoznaniem ostrego zapalenia nerek i nigdy z tego szpitala nie wyszedł. Zostałem z niedokończonym tatuażem. W ciagu paru miesięcy skóra wchłonęła część tuszu, a to co zostało, mocno kojarzyło się z konturem Związku Radzieckiego, który wtedy jeszcze istniał. Na Kremlu urzędował już Gorbaczow. Bez Jurka to już nie było to samo, rzuciłem robotę u tapicera, zacząłem projektować szyldy. W miejsce siermiężnego socjalizmu wkraczał do Polski siermiężny kapitalizm, zlecenia na tablice, loga i druki reklamowe waliły drzwiami i oknami. Zaczynała się epoka komputerów, musiałem siedzieć po nocach, żeby poznać ich możliwości. Kiedy opanowałem obsługę programu CorelDraw 4 wydawało mi się, że złapałem pana diabła za rogi, tymczasem zawalił się Związek Radziecki, od którego odłączyły się niektóre republiki, jedyna mapa Związku Radzieckiego została na moim ramieniu. Zapomniałem o niej na 35 lat, roboty miałem tyle, że nie było czasu chodzić na basen, rzadko wyjeżdżałem na kąpieliska, nie dawałem nikomu okazji do zadawania pytań o moje Niedokończone Niebo. Mamy już rok 2020, jesteśmy w innej w epoce, nowinki ze świata przyswajamy z prędkością Pendolino pędzącego przez Otwock. Polskie studia tatuażu jadą pełną parą, miliony osób obojga płci zdążyło odwiedzić nadwiślańskie tatoo shops i uzyskać tam osobistą pieczęć, mniej lub bardziej uświadomiony znak tożsamości i przynależności. Wybór jest nieskończony, fantastyczne zawijasy, zębate bestie, gotyckie miecze, piłki futbolowe i wielobarwne pnącza roślinne zrodzone w głowach projektantów zapełniły ramiona, uda, pośladki, plecy a nawet szyje i czaszki miłośników swojskiej dziary. Studia tatuażu to współczesne przybytki sztuki. Nie więcej jak rok temu uznałem, że wypada coś zrobić ze swoim wydziaranym potworkiem. On od początku nie przypominał nieba, kojarzył się raczej z potwornościami. Funkcjonowanie państwa pod nazwą Związek Radziecki nie aspirowało do niebiańskości. Znalazłem w internecie studio tatuażu i kazałem zamazać nieszczęsny kontur upadłego imperium. Zamieniłem go na regularny pasek o szerokości 5 centymetrów okalający całe ramię, pod spodem dodałem węższy pasek. Taki wzór występuje w tradycji Nowej Zelandii – układ dwóch pasków ma, wg Maorysów, znaczenie magiczne, choć to pewnie jakaś bzdura rozpowszechniana przez miłośników Harrego Pottera latającego na miotle. Przez trzy tygodnie we wtorki i piątki chodziłem na męczące nasiadówki, ale nic dobrego z tej przeróbki tatuażu nie wyszło. Po ostatniej sesji trafiłem do szpitala. Najpierw straciłem smak i węch, potem zauważyłem, że oddaję mętny mocz i pocę się jak diabli, zasłabłem w poczekalni, konieczna była reanimacja, potem seria badań, pobrano krew, bez krwi nie ma szpitala, bez szpitala nie ma życia. Żyję, ale białych krwinek mam za dużo, czerwonych za mało, mówi doktor, że nie bilansuje się, a równowaga jest potrzebna, inaczej stan zapalny i tu mamy do czynienia ze stanem zapalnym proszę pana. Oby nie zapalenie nerek, panie doktorze, Jurek na to umarł, a nie, on chorował na ostrą niewydolność nerek. Zapalenie to nie to samo, człowiek łatwo traci zdrowie, późno sięga po rozum. Czekam na wyniki, dziwnie długo to trwa, może coś im się nie zgadza, pytałem pielęgniarek, zdziwione, że nie rozumiem procedur. A co mnie wasze procedury, od procedur to można się nabawić odleżyn, ja bym wolał już wiedzieć, co mi jest i czy Jurek ma coś wspólnego z moją chorobą, to żaden przypadek, że rozchorowałem się równo trzy godziny po ostatniej sesji. Nie mówił nigdy Jurek, że ma coś do Maorysów i ich sztuki. Przez tyle lat nosiłem na skórze to Niedokończone Niebo, mogłem je cholera zostawić, co mnie podkusiło, żeby zamalować. Nigdy nie wierzyłem w życie pozagrobowe, ale widocznie musiało jakoś do Jurka dotrzeć, że profan w tatoo shop zaczernił jego dzieło, a ja jeszcze za to zapłaciłem. Pewnie się Jurek wściekł, też bym się wściekł, ale czy bym tak ekspresowo na kogoś klątwę sprowadził, to nie wiem. Człowieku poznaj samego siebie, najlepiej w ekstremalnych okolicznościach. Nie wymądrzaj się Sokratesie, podobno ta moja wersja nieudolności… tfu, niewydolności nerek jest uleczalna, właściwie to wcale nie niewydolność, tylko zwykłe zapalenie, ale kto wie, jakie będą następstwa. Jurek też miał się leczyć, a nie zdążył. Co mnie z tym tatuażem podkusiło. Łażę po korytarzach oddziału, oglądam wielkie tablice z przekrojami nerek, wyglądają jak przekrojone pomidory malinowe, próbuję się czegoś dowiedzieć, zaczepiam lekarzy, pielęgniarki opędzają się ode mnie jak od muchy, każą czekać, czekam, znowu gapię się na tablice z nerkami i opisami chorób. Na obiad sałatka pomidorowa, jeść mi się odechciało, wracam do sali, facet z sąsiedniego łóżka, który strasznie chrapał, gdzieś poszedł, sam zostałem, ściemnia się, kołdra ciepła, diody migają, jutro może coś lekarz powie, może się przyzna do pomyłki lekarskiej, wręczy papiery i wypisze do domu. Śnił mi się Jurek, siedział w jakiejś kanciapie, biurko zawalone papierami, kartonami i szablonami, na ścianie makatka z napisem “Nie klękajcie się”. Przed Jurkiem kineskopowy monitor, klawiatura zakurzona, obok popielniczka. Jurek z tą swoją bujną czupryną wpatruje się w jakieś hieroglify na ekranie, wcale się nie wita, ledwo coś tam mruknął, żebym zrozumiał, że wie o mojej obecności. Poklikał trochę, hieroglify się wyostrzyły, wskazał na psa labradora. Ma na imię Staropramen, tak jak to czeskie piwo. Wiem, wtedy nie mogliśmy go w Polsce kupować, ale przecież to sen, czas się zatracił, zobacz jaki mam komputer: ekran zasłonięty filtrem, kineskop jak szafa, kto na takich teraz pracuje? Dłubię fuchę dla Towarzystwa Nefrologicznego, siedemnaście obrazków ma być, jak siedemnaście mgnień wiosny, każdy z nich ma pokazać nerki w różnych stadiach choroby. Od cholery roboty z przekrojami, ten mi najlepiej wyszedł, przypomina dwa poprzecznie przecięte pomidory malinowe, poprawki zajmą mi całą noc, nie wiem czy mi papierosów wystarczy, ale do rzeczy: z chorobą, która cię dopadła nie mam nic wspólnego. Myślisz, że złośliwie ci ją zesłałem, za to, że zniszczyłeś mój tatuaż, no tak, prawda, jedyną pamiątkę po mnie pozwoliłeś sobie zamazać. No trudno, stało się, nie obwiniaj mnie o nic, nawet nie wiem, jak mógłbym cię za to ukarać, tu takich rzeczy nie uczą, a ja i tak mam sporo niedokończonych projektów, nic nie trwa wiecznie. Chodź tu Staropramen, pan cię pogłaszcze, fajnie, że wpadłeś, no, dobry pies. Obudziłem się o trzeciej i do rana nie zasnąłem. Jurkowi uwierzyłem, jak mógłbym nie wierzyć staremu kumplowi. Jego udział w moim chorowaniu odfajkowałem, ale choroby nie biorą się z niczego, zapalenie nerek musi mieć coś wspólnego z tatuażem. Zmianę konturu ZSRR na maoryskie pasy ktoś musiał odnotować, a nie każdy będzie tak wyrozumiały jak Jurek. W końcu to był jakiś symbol, pamietam te banery w salach, gdzie odbywały się zjazdy partii komunistycznej, młodzi tego nie wiedzą, ale w tamtym orwellowskim świecie symbole były ważniejsze od zwyczajnego biegu rzeczy. ZSRR wręcz torturowało ludzi symbolami, nie lepiej jest w obecnej Rosji, obecna Rosja jest taka sama jak ZSRR, też zero wyrozumiałości. Wielkoruska żądza zemsty i odegrania się za zmyślone krzywdy chyba nawet teraz większa. Kurwa, że też wcześniej nie pomyślałem o Putinie, czy ja ostatnio piłem u kogoś herbatę, może gdzieś łyknąłem zatrutej kawy? Był taki nawrócony oficer Litwinienko, który przekazał Brytyjczykom tajemnice rosyjskiego wywiadu, agent FSB zaprosił go do restauracji i tam podał mu kroplę trucizny do herbaty. Wykończyli chłopa, bo ich zdradził, ale moja zbrodnia była niezamierzona, co prawda kazałem zaczernić mapę dawnego imperium, ale przecież mają w archiwach swoje stare mapy, nowe też pewnie mają. Czy polon atakuje tylko nerki czy cały organizm? Zła wola obecnego władcy imperium przekracza wszystko, co znamy, Putin z pewnością byłby zdolny, żeby mnie ukarać, do łagru nie może mnie zesłać, bo mieszkam na terenie Unii Europejskiej, ale mógł, na przykład, kazać zatruć moje biedne nerki. Jakbym dostał dawkę Noviczoka, to bym miał takie objawy jak Skripal i jego córka. Kremlowscy agenci udający gejów na wycieczce otruli ich w Salisbury. Piana z ust, omdlenia, wymioty i tak dalej. Udało im się ujść z życiem, brytyjska służba zdrowia wzięła ich w porę pod opiekę. Trucizna, którą agenci posmarowali klamkę mieszkania Skripalów nazywała się Noviczok, niewinna nazwa, kojarzy się z tańcem kazaczokiem. Staremu satrapie na Kremlu zachciało się tańca na stosie trupów, zachciało mu się odbudowywać imperium. Mogłem nie zwlekać z tym zaczernieniem tatuażu, szkoda, że nie zrobiłem tego za rządów Jelcyna, on nie był taki mściwy, dobrotliwy alkoholik. Nie leżałbym teraz w szpitalu. O dziewiątej rozpoczął sie obchód, myślałem że lekarz tylko zajrzy do sali, zerknie na kartę choroby i pójdzie, a on przystanął i zaczął wykład. O szkodliwych substancjach, niezdrowym odżywianiu, braku minerałów, o tym że endorfiny rządzą naszym zachowaniem. Przerywam mu, bo mam swoją wersję, panie doktorze, choroby nie biorą się z niczego, Jurek się wymawia od udziału, ale tym Ruskim przecież nie można wierzyć, oni mają do nas, Polaków bardzo negatywne nastawienie, gdyby Roosvelt postawił się w Teheranie… Lekarz machnął ręką i wyszedł z sali, nie zdążyłem mu powiedzieć o konsekwencjach słabości prezydenta USA oraz niemocy Churchila, których Stalin ograł jak dzieci i zagarnął cały blok państw Europy wschodniej i środkowej, czego konsekwencje ponosimy do dziś. Łatwiej zmienić ustrój i sojusze militarne, niż ludzką mentalność. Po godzinie lekarz wrócił, stanowczo nakazał, żebym się nie odzywał i zaczął wykład, prawdziwy wykład, jakby zamiast mnie i tego drugiego gościa pokornie siedzących na szpitalnych łóżkach znajdowała się w sali cała klasa studentów w białych fartuchach. Proszę nie szerzyć teorii spiskowych i oprzeć się na odkryciach naukowych, proszę przez szacunek dla wysiłku rzeszy naukowców badających jak funkcjonuje ludzki organizm, zawierzyć stwierdzeniom, że stan zdrowia zależy od czynników biologicznych a nie politycznych. Bieżący stan zdrowia jest każdorazowo wypadkową uwarunkowań genetycznych i efektów odżywiania, czy ujmując to szerzej, efektu stylu życia. Taki płyn mózgowy: jego funkcjonowanie zależne jest od nasycenia witaminami, tłuszczami, białkami, wapniem, żelazem, magnezem i tak dalej. Organizmy są ściśle powiązane z przyrodą i do właściwego funkcjonowania potrzebują całej tablicy Mendelejewa. O, i tu się z panem doktorem zgadzam, Ruscy od zawsze mieszali się w nasze życie, w egzystencję znaczy, a teraz dobierają się do naszych organizmów, ten Mendelejew musiał być jednym z nich. Lekarz, jakby nie usłyszał, ciągnął dygresję o genetycznej podatności na choroby. Genu nie wydłubiesz, jaki dostałeś po przodkach, z takim żyjesz, DNA to rodzaj nieodwracalnej kombinacji: albo pan dostaje wysokie IQ i radosne usposobienie albo chorobę dwubiegunową, skłonność do depresji, czy inne cholerstwo. Jak ktoś ma kiepskie DNA i opresyjnych rodziców, to tak jakby trafił negatywną kumulację w totka. Albo jeśli ktoś jest łatwo zakochującym się pracoholikiem, od rana do wieczora zapieprza, żeby spełnić zachcianki swojej paniusi, która zakochuje się w kolejnych fotelach z cielęcej skóry, albo w drogich zabawkach z Amazona. DNA jest jak szatan w postaci spiralnie skręconego węża, podpowiada ci żebyś zrobił to lub tamto, i ty robisz. Zamiast żyć w raju, zaharowujesz się jak górnik, bo inaczej opadnie ci poziom dopaminy i wpadniesz do piekła, czyli w depresyjną dziurę. Tego było już za wiele, co ja mam wspólnego z jego dziurami i mutacjami? Lekarz znowu swoje, proszę trzymać się wyjaśnień naukowych, pan jest inteligentnym człowiekiem, trzeba porzucić teorie spiskowe i senne wizje. Wiedza medyczna podpowiada, że najbardziej pomocna będzie zmiana diety, musi pan prowadzić taki tryb życia, który zapewni panu równowagę minerałów, cukrów, białek, odpowiednie dawki insuliny, serotoniny i endorfin. Zagadał się ten lekarz, niedługo obiad, nie mam siły dyskutować, przytakuję, niech mi wypisze receptę na te pierwiastki, suplementy, mogę chrupać magnez jak koń, lit mogę litrami przyjmować, mogę nawet pić tłuszcz stuletniego wieloryba, niech mi tylko pozwoli iść na obiad. Wreszcie skończył gadać, wydał dyspozycje pielęgniarkom, rozchodzimy się w zgodzie, idę do stołówki, po paru krokach jeszcze się do niego odwracam: ale ten Putin to jest jednak chuj, co? Mirosław Drabczyk (ur. 1962) – pisze wiersze, opowiadania, artykuły, tłumaczy z języka angielskiego, redaguje. Kiedyś zdobył II nagrodę w konkursie literackim a za otrzymane pieniądze pojechał na wycieczkę do NRD. Nie przestaje podróżować.
- Ewa Jarocka – cztery wiersze
bardzo przepraszam za tę zemstę ale musiałam się zabić. czy pomogłoby ci oświadczenie, że jestem zła albo wyciąganie szkła z mięsa? czy tam, gdzie jesteś, umiałbyś dalej robić ze mną głupie rzeczy - kłaść się obok i udawać, że nie jesteś zły, szkło bierze się z piasku i nie jest w stanie zaszkodzić mięsu? czy mógłbyś udawać, że jesteś zły jak coś, co nie istnieje, ale każdy czuje to w sobie, że jest z mięsa i pachnie życiem? rządzi mną sprawiedliwie strach jest zamordystą, ale myślę o nim jak o sprawiedliwym królu. czasem idę z nim do łóżka, bo lubię seks, a lęk ma wpływy. niby ma władzę tylko nade mną, ale niekiedy to wiele. bywa, że tyle musi mi wystarczyć. gdyby strach miał władzę nad innymi, chyba nie byłby w moich oczach seksi, nie byłby sprawiedliwy i każdy by go miał. miałbyś go ty w swoim ciele, które byłoby zamordystą, trzymałoby króla w szachu. nierzadko strach wchodzi mi na głowę, więc liżę jego narządy płciowe i on mi dziękuje. bywa słodki jak cukierki, generalnie jednak jest zamordystą. czasem strach liże mi sutki, a potem je ssie i gryzie, aż zaczynają boleć, jakby zaprosił do naszej relacji trzecią osobę. ból gryzie mi sutki, a strach patrzy i czerpie z tego dziką przyjemność. jak to jest być ruchaną na oczach lęku przez ból? jak to jest obciągać bólowi na oczach strachu? mam w tym praktykę, bo rządzą mną sprawiedliwie jak królowie. jeden w nocy, drugi za dnia, tak bym nie miała wytchnienia, bym się zastanawiała, czy w świecie jest miłość, czy tylko ból. nie zastanawiam się jednak, bo lubię to. umiem się cieszyć nawet zamordyzmem. koleżanka przyniosła mi martwego kotka kot otworzył jedno oko i z martwego kotka zrobił się żywy zwierzak, który mógłby jednym okiem patrzeć na świat. ale wolał dwoma. zatem w ruch poszło drugie oko i pupil wstał czterema łapami z ziemi, wyprężył się, po czym zwiał. marzyłyśmy, że wrócił bezpiecznie do domu, że więcej nie umrze. kocia śmierć to jednak jest rewolucja. trzeba wtedy nosić truchło kota w gości, przecież nie zakopie się go w rowie, gdzie położony jest cały cmentarz. z ziemi wystają tam kocie języki, kocie pazury i koniuszki ogonów, którymi sierściuchy balansują upadek na drugą stronę. zatem nie płakałyśmy, będąc po dobrej stronie. wiedziałyśmy, że on też jest po dobrej stronie, nawet gdy na chwilę umarł. moja łza czuwa pod powiekami jest jedną wielką świętą. kłaniam się jej, a ona spływa policzkiem w dół, jakby była martwa. jednak jest żywa życiem, które pachnie ciałem i włosami. wzięła się z marzeń, może z trosk? biegnę za nią i niszczę najnowsze buty za pięć stów. od podeszw nie odkleja się błoto. ja się odklejam od błota i teraz moja łza zupełnie się rozpływa, już nie jest łzą, już jej nie ma, jest tylko koryto w skórze policzka, które wyżłobił płacz. za chwilę nie będzie w nim błota, będę ja przyklejona. Ewa Jarocka (ur. 1980) – absolwentka podyplomowego Studium Literacko-Artystycznego w Krakowie. Autorka czterech książek poetyckich i czterech prozatorskich. Nominowana m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii poezja i w kategorii proza. Stypendystka Prezydenta Miasta Wrocławia w dziedzinie literatury. Maluje.
- Joanna Lech – wiersze
Gdybyś kochał, hej! Breakout, Gdybyś kochał, hej Gdybyś lubił mnie choć trochę, hej. Gdybyś kochał, jak nie kochasz. Gdybyś nie był, jaki jesteś to bym nie stała w nocy na tej ulewie, jak jakaś głupia, pod sklepem, nie czekałabym na nic, to bym se poszła do domu zjadła coś, wyspałabym się wreszcie i buty by mi nie zmokły chociaż raz, ty chuju. Skrzenie Matt Berninger, Holes Listopadowym rankiem wytapiają się z mgły szare ściany domów, dogorywa jesień i niesie zapach wędzonego popiołu. Mężczyzna w kuchni przypalił mięso i nuci, otwiera okno Całkiem nieświadomy tego, że tam, za cienką ścianą ktoś już tak bardzo długo umiera, ponieważ stało się, że wybuchła w nim miłość i teraz uśmiecha się tak łagodnie i czule, mruży powieki, gdy żarzy się w nim jadowity ogień i i skwierczy i skrawek po skrawku rozrywa mu serce. Sample Keaton Henson, The Pugilist Nieśmiałe są sowy. Owady w zaroślach. Rosa na dłoniach, błoto na stopach. Szadź. Żarłoczne żaby, zaraz po zmroku. O świcie esemes z obcego numeru: znów śniłem o tobie i muszę się martwić, czemu mi to robisz? Mgła mleczna jak psalm i puch znad wrzosowisk. Śnieje się światło. Nie śni się nic. Tajenie w lesie. Dygotanie w słońcu. Pięć gwiazdek i gwizdek Brian Fallon, Forget Me Not Najpierw, przez ciebie, zapomniałam nawet o sikaniu. A potem strasznie bolał mnie brzuch, tak długo w nocy, pamiętam, bałam się, że dostaję pierdolca: już znam cię na pamięć, na jednej z dzikich plaż, nie płacz, Ewka, mimo wszystko, nie pokonasz miłości. Ale przyśniły mi się kaczki, które na brzegu karmiłeś żelkami, rzucałeś im także z rękawa brokat i żółte klocki lego, nie zadzwoniłeś i kończył się marzec, rzucałeś im ryż i obcięte na krótko paznokcie, nigdy nie odpisałeś, wielkie, jak kulki gradu uniesione kciuki, o 4.18 nad ranem w Krakowie spadł ostatni śnieg, był pierwszy kwietnia i wiatr zawiewał od Wisły smród mętnej wody. Zgroza dla wytrwałych Lord Huron, The Night We Met Jak odkleić słowa od dymnego szumu, co wypełnia czaszkę i język od szarej, słonej waty co skleiła wargi? Jak powiedzieć ciału, żeby zapomniało; ciało, wstań spod ściany i wyjdź, a co, jeśli ciało chce marzyć, ślepnąć i marzy o spadaniu? Gdy ciało chce zebrać cały swój smutek w kieszenie garściami jak popiół, wyjść na ulicę, wyciągnąć ręce pod prąd i patrzeć, jak to się powiększa, puchnie, wypełnia przestrzeń i tłucze się z brzękiem o świcie, między palcami, jak białe, słone, iskrzące światło? Zapas środków Snow Patrol, What If This Is All The Love You Ever Get? Rzeczy, które drżą niewypowiedziane w powietrzu i te, których nie możesz dotknąć, na odległość języka. Krople na końcach liści. Nici, które zrywasz, pomiędzy końcami palców. Słony brokat w oku. Mżawka. Noc. Jaśmin skrzy się w błyskach. Cała tęsknota świata jest w szumie gałęzi. Nie idź, czekaj, zaraz się rozpada; tutaj się ukrywa. Tamtego lata Jesse Marchant, Crooked Branches Śpiew trzmieli z zarośli, rosa, łaskotanie trawy, piegi na ramieniu, pęcherze na stopach, pachnący groszek, jego kruche łodygi, kwaśne porzeczki, sierpniowe kosy, siano brzęczące w upale, rozgrzana skóra, kropelki wody, opuszki palców, czuły, szarawy, bagnisty poszum od rzeki. Joanna Lech (ur. 1984) – debiutowała powieścią Sztuczki nominowaną w 2017 r. do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. W 2019 wydała powieść Kokon. Redaktorka antologii wierszy Znowu pragnę ciemnej miłości (2018). Autorka czterech tomów wierszy: Zapaść, Nawroty, Trans i Piosenki Pikinierów nominowanych do Nagrody Poetyckiej Silesius i Nagrody Literackiej Nike. Jej wiersze były tłumaczone na język angielski, niemiecki, ukraiński, rosyjski i czeski. Mieszka w Krakowie. fot. Dirk Skiba
- Gabriel Leonard Kamiński – Epitafia
Gra z Van Gogiem Januszowi Styczniowi Dryfowałeś bezpiecznie po wzburzonym morzu ziemskiego zodiaku owinięty jak mumia w klucz prześcieradeł, coraz dalej od raju i krainy dzieciństwa, natrętna zieleń Veronese wychodziła poza cztery ściany niczym utajona łąka na której pasły się twoje biblijne jednorożce i sny, te o kobietach od Modiglianiego, o smukłych szyjach jak łanie, przebiegały w poprzek kroplówki, i znikały pod drugiej stronie twojego śniadania na trawie, wtedy wchodziła Ewa Góral prosto od Breughla domokrążcy, wpatrzona w oczy Sfinksa, z odrobiną szaleństwa w oczach, pamiętasz zasłaniałeś jej oczy Inną bajką Wojaczka, ona śmiejąc się bębniła palcami o pusty blat stołu, w Myśliwskiej znowu podrożały zakąski, staniały żarty o śmierci, od tamtej pory twoja poezja zgęstniała jak symbolika Hieronima Boscha, poznałeś smak głodu i cierpienia przez cienką ścianę szklanki siorbiąc wieczorem w kuchni wystygłą herbatę, twój Olimp po śmierci Rafała W. stał pusty, czasem w kawiarni Empiku Dyczek, Coriolan, sprzeczali się o to, czy surrealizm może być przezroczysty, lecz obrazy dawno już nas zdradziły, odsłaniając pustkę idei zwanej człowiekiem, coraz częściej, siedząc przed szachownicą, grałeś z uchem Van Gogha w ślepy traf. Chudłeś w oczach, starałeś się trzymać dłonie na powierzchni białej pościeli, smukłe palce jak u pianisty, w ten covidowy czas odcięty od ludzi, ale wolny, bez maski, więcej mówiłeś milcząc niż gdybyś krzyczał do ściany. Bez reszty pamiętałeś o kruchej filiżance pełnej śladów kobiecych ust, czułeś ich smak do końca. Po tamtej stronie obiecana sobie rozmowa z Rimbaudem o micie Syzyfa. Pamięci Teresy Ferenc Horyzont pisze się w samotności, tak jak morze, które przecina je na poziomie głębi bursztynu, by przysiąść na chwilę tuż przy falochronie. Rozsupłuje wodorosty, to po ty by lustro wody mogło oddzielić światło latarni od szarości ziemi, a ścieżka wydm niechaj dnieje i łasi się do rąk. Tak szybko przemija czas między palcami, piasek odsłania niewypowiedziane słowa, milczysz, bo kamień jest zbyt lekki by unieść eter gnozy poza kres niewiedzy. Bo tyle z nas pozostanie, ile nas zamilczą. Tabula rasa Teresie Rachwał Światło we mnie się wyczerpie, a muszę jeszcze ogród podeprzeć głogiem, aby ziemia nie przygniotła mojej palety, głęboko osadzają się w nas martwe liście, warstwa po warstwie wypełniają szczeliny w parapecie, wiem coś o tym, zabrały mi ojca, chodził po ogrodzie i nagle zniknął, jak kometa, a ja do dzisiaj malując puste domy, szukam go daremnie, stąd mój strach turla kule gliny i wciska mi pod próg, kiedy leczę księżyc lubczykiem, słońce witam kładąc głowę na rynnie, żeby nie świeciło mi w oczy, kolory zlewają się w jedną długą wstęgę, cucę wodę w kałuży kozieradką, aby została ze mną na dłużej, a tu nic, tylko pokrzywy jak zmarszczki pylą od rana, nie mogę oddychać, próbuję rysować dom postawiony kominem do góry, moja architektura bierze się z odwiecznej potrzeby zgłębiania nieodkrytego bogactwa tego świata, jestem ćmą, żyję nocą, rozmawiam z duchem Nema, cisną mnie okna w skronie, są za duże, rozpierają się w ramach jak niedokończone obrazy, wolę zamiast ludzi wpuszczać do domu małe smugi światła, aby zległy przy mnie jak bezpańskie koty, a tu ogród przychodzi do mnie w gości na wyciągnięcie pędzla, mam tylko odrobinę mniszka i liście łopianu, wschody i zachody słońca zlały się w jeden obraz, blejtram świtu próbuje wejść na stałe w moje życie, jest za późno, ja potrzebuję żywego człowieka, a tu samotność wgryzła się w moje swetry, nitki uwierają mnie wzdłuż ściegu, nie wiem jedynie z której strony przyjdzie po mnie wiosna, a przecież muszę jeszcze wszystko nazwać od początku. Gabriel Leonard Kamiński (ur. 1957) – poeta, wydawca, księgarz. Laureat wielu konkursów i turniejów poetyckich. Autor dziewiętnastu książek poetyckich i jednego zbioru opowiadań, m.in.: Ulica Przodowników Pracy (1987), Wratislavia cum figuris (2002), Swen albo wrocławska Abrakadabra (2012), Mój rok 1968 (2013), Ballada o domu i innych rzeczach śmiertelnych (2016), Jestem, ocalałem (2016), Listy do van Gogha (2017), Kiedy śpiewał Cohen (2019), Nieme kino (2023). Mieszka we Wrocławiu. fot. Agata Rzeszutko
- Aleksander Wierny – pięć wierszy
Bramka Piłka znów wpada między rurki z zaczepioną siatką. Pół tłumu krzyczy, ci nasi. Naród to ludzie dumni z siebie, z tej samej okolicy. Łatwiej byłoby wszystkim wygrać, gdyby obie drużyny strzelały do tej samej bramki. Seks Kiedy dwójka dotyka jednocześnie trzeciego, to czy to się liczy tak, jakby siebie trochę też? Podczas seksu, albo kiedy strażnicy prowadzą skazańca między swoimi ciałami? Pies To tylko legendy: o potopie, co odnawia, o bohaterze kradnącym ogień, wybaczających bogach. To się toczy tutaj: na ulicy imienia Spalin, na wyłysiałych od chemii trawnikach. Pies zżera gówno innego psa, bo nikt nie posprzątał. Niebo Niebieski. Czy dla innych to też niebieski? Jak niebo? Niebo jest dla nich takie samo? A chmura przypomina im twarz kogoś, kto patrzy w dół i się zastanawia: płakać, rzygać? Ten ktoś widzi nas tak jak my siebie? Mistrz Wielu próbowało, ale żaden nie został mistrzem. On też nie. Walczył tylko na prowincjonalnych galach, często przegrywał. Twarda czaszka obiła mózg, więc mówił niewyraźnie. Szkoda, bo powinni go słuchać. Aleksander Wierny – poeta, prozaik. Urodził się i mieszka w Częstochowie. Autor pięciu książek prozatorskich i trzech tomów poezji.
- Joanna Fligiel – Suczunia
I suczunia mąż rąbał drewno dwadzieścia metrów od niego wyłożyłam się na leżaczku włożyłam rękę w majtki i myślałam o tobie kochanie co teraz mógłbyś gdybyś mógł gdybyś nie musiał tych wszystkich rzeczy które musisz beze mnie szybko łechtaczka nabrzmiewała jak każdego ranka gdy piszesz do mnie te wszystkie rzeczy których nie musisz kiedy mąż rąbie drewno II suczunia uwielbiam być twoją suczunią wypinać się na schodach i skomleć na poddaszu o więcej obiecanego trafiłeś mi się dużo za późno i w sam raz na ostatnie erotyczne wiersze III suczunia nigdy nie pokocham ciebie tak jak inne bo wiem że ci którzy powinni kochać nieustająco z zasady i wciąż zostawiali żeby kochać siebie bardziej niż nas których sprowadzili na świat zawsze znajdę schronienie w pustce którą powstaje z braku miłości gdy inne będą prosić o azyl IV suczunia mąż mówi że nigdy nie miał takiej kobiety kochanek mówi to samo swojej żonie V suczunia dzisiaj bardziej czuję że nie jestem tymi kobietami które podziwiasz które chciałbyś rżnąć we mnie jednej żebym ci wystarczyła za całą miłość kim jestem z kim jestem jak wyglądam którego dzisiaj użyć dilda ile mieć lat jak nadążyć za własnym wyobrażeniem włączam pornhuba i od razu przyjemniej przynajmniej wiem co zrobić by osiągnąć orgazm VI suczunia choć dzieli nas jedna granica w strefie Schengen wzruszasz mnie kochanie bezgranicznie wtedy gdy mówisz że nie chcesz żebym płakała NAWET z powodu cebuli Joanna Fligiel (ur. 1968) - autorka trzech tomów wierszy: Autoportret, Geny i Rubato. Założycielka i redaktorka Babińca Literackiego. Wiersze pochodzą z nowej książki z wierszami pt. Suczunia.










