Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Paweł Konar – Pięć Chrystusików
Chrystusik przewalony wejdź all-in nie ze swych win skończ z dziurami w łapach na dnie kartonu Chrystusik ofukany na Jezusa! nadaremno voucher wygasł tabernakulum sprośne kąty Jezu Chryste! Chrystusik nagabywany prosimy ciebie zejdź na ziemię za twe dary podziękujem tarcicą a w tarczycy sołtysowej całun twój Chrystusik zblazowany sęk – sęk miał koleżków dwóch sęk w tym że mitu ZWAŁ od pocałunków Chrystusik zabawiony noski noski ludulki główki białe jak gołąbki macie diabełka w zawiasach Paweł Konar – próbuje sił w poezji, prozie i tym, co pomiędzy. Pojawiał się w „Stonerze Polskim”, „Stronie Czynnej”, „Zakładzie” oraz „Tlenie Literackim”. Laureat I nagrody w XVIII Ogólnopolskim Konkursie na Prozę Poetycką im. Witolda Sułkowskiego.
- Marcin Balcerzak – Onan
W łazience. A jakże. Pod deszczownicą, bo jest. A czemu nie. Rękami co nakładają żel żonglował. A patrzył wtedy krzywo tylko na swój duży brzuch, chociaż, niczego innego poza nim, by na sobie nie skorygował. Nie raz zapowiadał mu/brzuchowi, że nie będzie go już nigdy mył, jeśli, jak dotąd, przy każdej kąpieli, będzie wytaczał się przed Nim. Że z Nim, brzuch widocznie przestał się liczyć i dodaje to do osobistych uraz. Do brzucha swojego mówi po raz na ucho, że liposukcją ma chęć się posłużyć, jeśli nie będzie innego wyjścia, i przestraszy się może brzuch Jego gróźb - liczy. I może sam ze siebie, się zredukuje do wielkości orzecha włoskiego. Jeść zresztą, by musiał nie jeść On wcale, żeby bez wyrzutu patrzeć na ten strudel co nosi; to jednak hola, hola, ale przestać jeść nie przestanie. Nie będzie przecież rozmawiał ze swoim bezdusznym brzuchem i otyłym do tego jak wieprz. Wobec tego, co do zdjęć od pasa w górę, nie wyobraża ich sobie, robienia ich sobie nago w łazience niepewną od drżeń ręką w kompleksach cały brzusznych. Opis jedynie literacki na swój temat podaje, który redaktorsko robi o sobie na FB i tyle. Nie opisując szczegółów. Nogi całkiem często za to fotografuje i wysyła koleżankom/kolegom z dopiskiem, że należą do Johnny'ego Deppa. Ci po nogach i tak Jego nie rozpoznają. Ale, gdyby już któraś/któryś, kolega/koleżanka do Niego przyszli, od razu by rozpoznali te nogi ze zdjęcia u Niego, i że niczym nie ustępują tym nogom celebryckim. Wow. Czy widziałaś u jakiegoś długodystansowego lekkoatlety takie uda? U Niego widzisz, widzisz. Nie wygolone, musiałabyś tylko wiedzieć są celowo. Uważałabyś jedynie, żeby od samego patrzenia na jeden włos Jego, nie pomyślał, że ciebie nigdy z Jego ulubionej łazienki się nie pozbędzie. A jeśli, ona zamknie ich oboje od środka na klucz, przykuta do wanny widokiem Jego nóg, tak, że sąd ostateczny zaskoczy ich dopiero w łazience? Ale to nie wszystko, nie skończył z nią. Czy nie marzyła nigdy o piętach miękkich jak mech u jej mężczyzny? Albo o kostkach pierwszorzędnych jak z reklamy stopek u Niego? I wreszcie o palcach z krótko obciętymi paznokciami niespotykanie u mężczyzny? Łydek swoich, to ona by lepiej nie pokazywałby Jemu, bo jakby, mogłyby się jej jedynie pomarszczyć z zawiści. Może On, nauczy ją pielęgnacji także stóp swoich. Pokaże jej, jak można krem łagodny, łagodnie wkładać między Jego palce od nóg. A wtedy pochylona, dmuchać by mogła między Jego palce dmuchawce, by schły przed kremowaniem. Mimo tego, do prawdziwej bliskości między Nimi, będzie miała długie kilometry piaszczystą drogą. Zresztą, tak świeżo po umyciu Jego ciała, by lepiej nie dotykała Go spoconymi rękami, gdyby akurat oddała się nagłemu, nieposkromionemu pożądaniu. Napisze też jej na drzwiach łazienki, żeby nie wnosiła na sobie do Jego łazienki: niczego poza sobą samą nagą i wygoloną. Na łapciach pokaże w ultrafiolecie jej, jakie ma ślady niewidoczne psa nieodrobaczonego i włosy łonowe podłej szczurzycy. Jak zamieszka z Nim, to do zapamiętania będzie miała trzy rzeczy, że nie wchodzi się pierwszą przed Nim do łazienki. Po drugie, że w ręcznik tylko wyciera się On swój. I że, po pierwszym natknięciu się na jej łapciach na włosy szczurzycy, wyjdzie ona z Jego domu bezzwłocznie sama, nie czekając na Jego ryk. Za rok może dopiero, pokaże jej więcej. Zobaczy wtedy, nie pochylając się nawet przed Nim, te rzeźby antycznie i fontanny greckie w pozach Erosa. Mielonych kości wołu ani kurzych skór z piórami On nie zje. Nie, dziwić jej nie powinno także, jak ze sobą rozmawiamy. Żeby zaśpiewała Mu, mówi, piosenkę, a ona śpiewa, ujęła żeby delikatnie Jego pod rękę, a ona ujmuje. Włosy Jemu falujące żeby wyczesała, to ona czesze. Żeby nie zbliżała się tylko ze szkłem z rozbitego lustra w ręce na kilometr do Jego twarzy, więc się ona nie zbliża. A gdy tylko, ma On gorszy dzień, tulić niech się zacznie ona do Jego ciepłych rąk jak pies. Toż przecież lepiej, niż miałaby z Nim tylko gadać i pierdy układać tylko po półkach jak baba w kościele. Więc dobra. Na koniec, jak będą wychodzili by pamiętała, żeby światło zgasić w łazience. Ale gdyby On miał znaleźć włosy jej w zlewie po farbowaniu farbą, by wiedziała, że najchętniej by ją nimi na pasł. I też, żeby On, nie zobaczył jej nigdy w Jego szlafroku frotte. Jakby też miała do Niego kiedyś przyjść, by pamiętała, że odpyta ją najpierw z tych trzech rzeczy do zapamiętania. Wszech zasad. Po pierwsze i następne; co wie o pielęgnacji Jego stóp i o zarazkach co wie, gdy są przenoszone koloniami, że w konia walą i we włosach potrafią sobie założyć osady. I że brzydzić ją powinno chodzenie w cudzym szlafroku. Albo też, żeby jej zaoszczędzić wstydu, by nie łaziła za Nim prosząc, żeby wpuścił ją do Jego łazienki samą pod Jego nieobecność. Póki co, żeby jednak , nie myła rąk w Jego łazience po siku. Gdyby miała kiedykolwiek do Niego przyjść. * Do pracy, gdyby nie stażystka młoda i też stara kierowniczka, po co On by też i przychodził? Właściwie to nie wie dlaczego, obie nie wnoszą Go na plecach po schodach do biura z atencją. Ale pewnie wydaje się obu paniom, że widok kawalera na rękach obu pań w Starostwie Powiatowym, akurat na schodach, nie ma co, byłby śmieszny. Ale dobra, będzie się obchodził póki co bez noszenia na rękach, tylko wejdzie po schodach. Poniedziałek. Jakby lepiej nie można byłoby zacząć. Czy to przypadek, że włączony ma już komputer i jest zalogowany jeszcze przed usiąściem? A ile musiała stażystka poświęcić czasu, żeby pokapować hasło do Jego loginu, tak monstrualnie skonfigurowane. Anioły jakieś musiałaby Jego błagać, żeby popatrzeć mogłyby Mu przez ramię jak się loguje i sobie na skrzydłach białych odpisać Jego login. Kawę jak Mu zrobi jest pewien, że na pewno oblizała Mu łyżeczkę po samą rękojeść, swoim jęzorem marząc, że jak prawie będzie to pocałunek. Ale, gdyby nie miała ładnej twarzy, zakończyłby pewnie ten związek jednak awanturą. Co innego, że musi specjalnie podchodzić do zlewu, żeby obmyć te łyżeczkę ze śliny stażystki, nim wymiesza nią kawę. Dwudziestoletnia stażystka, nie przypadkowo przecież bierze do ust długopis, który trzymał On w palcach nie dalej jak wczoraj. A ile ma ona jeszcze innych Jego osobistych przedmiotów, pochowanych pewnie w majtkach, naświetlając nimi, Jego zapachem swoje krocze? Przy sikaniu jest jej trudniej, zanim wszystkie powyciąga, ale przecież że warto. A czyżby nie podgląda Jego w ubikacji męskiej? Jej cień widział przecież stojąc nad muszlą za sobą. A jak tylko wyjdzie z klopa, to nie wchodzi może za Nim, wąchając Jego smród , co na chwilę pozostał, bo zawisł czarując? Strach jest w Nim jednak i pozostaje, bo jakże by to wyglądało, gdyby na kolana Jego wlazła przed komputerem naga i machając samurajskim mieczem z dalekiego wschodu, który wisi póki co na ścianie, i przegoniłaby ola Boga, wszystkie z biura baby. A te drąc się, by sobie wyszły? A czy, by wtedy zazdrosna o Niego kierowniczka, nie rzuciła się na stażystkę i obie nie pocięłyby się tym samurajskim mieczem ostrym jak przysłowiowa brzytwa? Piersi by sobie poobcinały pewnie i z macic powydłubywałyby sobie jak z ostryg ze skorup mięso tym mieczem, przecież do przecinania ludzi. Krwią by mogło spłynąć całe piętro Starostwa. Wolał nie myśleć, że musiałby je –kierowniczkę, stażystkę, całe później z obrzydzeniem bandażować i prowizorycznie chociaż do przyjazdu karetki, pozszywać zszywaczem zszywkami ich porozrzucane w nieładzie ciała. Stażystkę coś jednak dzisiaj ugryzło, bo kawę jak przyniosła, to wykwękała, że ostatnią robi Jemu kawę w życiu. Czy myśli, że będzie poddawała się Jego zmierzgłym spojrzeniom po całej jej sylwetce, nie pomijając jej krocza bez sprzeciwu? Nawet jak dziurkuje dziurkaczem, słyszy jak ekspres od Jego rozporka zaczyny otwierać się i zamykać lubieżnie i opętańczo, hałasując przy tym jak młot kuźniczy w hucie. I na Boga, miałaby udawać przez osiem godzin, że niczego nie słyszy? Nie życzy sobie ciągłego ocierania się o nią i łapania za jej rękę bez powodu. Ma poglądy emancypacyjne, to po pierwsze, a po drugie, jak powie swojemu chłopakowi o Nim, to do końca życie będzie tylko uciekał jak Forrest Gump przed siebie , a zatrzyma się tylko na chwilę, na ostatnim przystanku nr. 13 zatytułowanym – śmierć. Myśli, że nie widzi, że On nosi na sobie łachy z second handu od projektanta ze śmietnika? W nim nic nie ma dla niej interesującego. Ale jej mówi to dużo, że albo ma małego chuja i jest z tego powodu sam, albo też już wszystkie dziewczyny w Starostwie uznały, że nigdy nie będzie wyżej od referenta i szkoda byłaby, ich nieustannie ulatującej młodości. Nie opowiadał może On portierowi, że stażystkę ma na skinienie głowy? Że kawę Jemu robi nawet jak nie chce, nieproszona? Ale też, że ona chodzi za Nim do kibla i po Nim siedzi w kabinie na jeszcze po Nim ciepłej desce, ma Mu zapomnieć? A o krzywych jakby jej nogach, po co poruszał te tematy staremu portierowi, że są do nienaprostowania? A później o gumach powyciąganych w jej staniku zamęczał ją portier, bo On zrobił głupią uwagę. W komentarzach sama Mu napisze, żeby sam siebie polizał gdzie chce i po dotykał sobie własnoręcznie jąder, które pękną i tak, od nie dotykania ich przez obce ręce. Od kawy wreszcie tej ostatniej, niech Mu popękają jelita, a co w nich ma nadgniłe, niech wylezie Jemu przez usta nurtem z gówna. Jeśli tak, musi ona wiedzieć, że On wypije tę jej spleśniałą kawę, ale z obrzydzeniem; albo lepiej może też wyleje ją, jakby ona wcześniej do niej może naplułaby. * Nie będzie przecież teraz przed stażystką chwalił się Bożeną – kierowniczką. A by mógł opowiadać dużo o ich związku. I, że specjalnie dla Niego, przekłada swój ten krem do twarzy z pudełka +60 do pudełka +40, kierowniczka Bożena - Jego. Udaje, że nie widzi, jak mataczy pokątnie z tymi kremami. Ale gdyby, jak ze stażystką, bardzo by się oziębiło między nimi, nie przebierając w słowach powie Bożenie, że Jego okłamuje, pakując ten krem dla staruch w pudełko dla dziewic. Ileż to potrzeba, żeby sprawdzić wiek Bożeny. Nie musi nawet On rozpruwać kasy pancernej z danymi, w której jakoby, Bożena miałaby trzymać swoje dokumenty tożsamości pod pistoletami. Kolor butów Bożena z ciepłych na zimne zmienia codziennie, po parę razy w zależności od Jego nastrojów. Push up-ów jej dotyczy to samo. Czyż nie poprawiała sobie może dzisiaj kilkukrotnie makijażu, zerkając, czy On widzi ją po zmianie? Jakiś błahy zamiar poweźmie, żeby tylko dzisiaj podejść do Jego komputera. Świadczą te rzeczy o jednym, że na seks z Nim jest Bożena gotowa zawsze. Dlatego ubikacji nigdy Bożena nie domyka, specjalnie wtedy jak sika, na wypadek, jakby chciał otworzyć do kabiny z nią drzwi, bez niepotrzebnego hałasu. Niepotrzebnie by wtedy hałasowali, zadamawiając się we dwoje w kabinie. Pootwierana na oścież chodzi wokół Niego Bożena jak obora na wsi. A dlaczego kierowniczka, cały dzień strony jakieś przegląda z dziewczęcymi spódnicami nie zakrywającymi nic? Gdy, jak już dupę sobie zmniejszy, od razu sobie taką spódnicę zamówi, a Jego tylko zapyta o kolor, w którym jest ładnie jej nogom. Będzie zapewnia. Po obstrzykiwana to jest i tylko czeka, żeby zapytać Jego, czy nie za bardzo cofnie się w czasie do młodości od tego wstrzykiwania. Do samego macierzyństwa jej matki cofając się. Po do wstrzykiwała sobie kwasu w usta i koło oczu, gdyż zdjęcie jej będzie robił naczelnik urzędu na czterdziestolecie jej tu pracy. Wygląda, że martwi się już bardzo, czy aby z wiekiem za bardzo nie posunie się w tył od tych zabiegów i nie będzie na tym czterdziestoleciu wyglądała zbyt dziecinnie. Odpowiedziałby jej wtedy, żeby się pod żadnym pozorem się nie bała. Najwyżej podpowie, niech założy sobie na głowę starą chustę po starej babie, a w dupie będzie miała wszystkich naokół. I się żeby odprężyła, jej powie, lub tylko wystarczy, żeby uprzątnęła papiery w bezładzie ze swojego biurka, dla seksu z Nim, bezpruderyjnego. Takie w Nim są wibracje. I żaden, by to dla Niego nie był dyskomfort ani obrzydzenie, móc ją dotykać na tym biurku przecież rękami bez rękawiczek. Co do jednak całowania nie podjął ostatecznej decyzji. Przecież jeszcze przed, mogłaby Bożena po tańczyć przed Nim, zdejmując dziewczęcą sukienkę mini i zostając w swoich różnokolorowych push up-ach. Super. Tylko, żeby Bożena zrobiła sobie coś z haluksami, które przeszkadzają przy seksie i obleśnie działają na Jego wyobraźnię. Albo może, gdyby użyła dobrego kleju do protezy, bo jakby to było, gdyby natknął się na nią w Swoich ustach? Przyrzeka, że tak by Bożenie w razie czego powiedział. A nie daj Boże, żeby siwe włosy jej leciały wprost z Bożeny głowy na Jego buty. Zrobiłaby może żeby coś Bożena z tym. Sugeruje i sugeruje patrząc jakby na Bożenę w swojej głowie. Pamięta, że na pewno chce, Jego Bożena dotykać czule od samego rana i dlatego sprząta codziennie swój gabinet, poprawiając po sprzątaczce. Żeby stóp nie pobrudził stojąc bez skarpet przy biurku. A dlaczego On, ciągle czuje jej zapach z pochwy i ten niezachowawczo podąża za Nim? Tylko, żeby Bożena nie martwiła się niepotrzebnie, bo z umywalki w ubikacji, zrobi jej wygodny prysznic dla dwojga. Ale, żeby Bożena zapamiętała na przyszłość , żeby nie zakładać tej bielizny wyszczuplającej tyle, bo, gdyż, jak długo miałby Bożenę z tych nylonów wyplątywać pod ciasnym prysznicem? Albo też, Jego uwadze nie uszło, że nawet oddech Bożeny z nieświeżego zrobił się przy Nim anyżowy, od cukierka notabene, którego po kryjomu wkłada sobie Bożena kurde do ust. Czemu nie pomyślała tylko , żeby włożyć sobie słodki cukierek do ucha, albo w inne miejsca, w które będzie On wkładał swój wielki jaszczurzy jęzor, być może - kiedyś tam?. Wtedy dopiero wyda z siebie Bożena, ten prawdziwie orgastyczny jęk anyżowy całą sobą, po raz pierwszy w życiu. A co, jak wypisane będzie miała Bożena na twarzy, żeby On zostawił już w spokoju tę stażystkę nieopierzoną i się oddał w ręce wprawne tylko Bożeny? To tyle, tu teraz w Starostwie Powiatowym. Ale na weekend, to Bożena musi zarezerwować dla nich dwojga jakiś łagodny i drogi pokój w hotelu na cały weekend dla dwojga. Do swojego terminarza pod literką B - jak Bożena i W - jak weekend już narysował czerwone serce. W planach będzie miał wtedy, że Bożenie pozwoli na namalowanie na swoim gołym ciele Bożeny marzeń. Mazakiem, bo nie piórem ze stalówką przecież. Ale i też najlepiej mazakiem zmywalnym. W przerwach od malowania, oczywiście przyniesie Bożenie lody z lodziarni, na które będzie patrzyła lubieżnie, widząc Jego jaja bycze, podsuwające się jak ukraińskie drony pod kacapskie pozycje. Daleko tylko od jej nadwrażliwych zębów. I zdziwi się Bożena faktem, ile mężczyzna może poświęcić czasu ukochanej kobiecie. Hotel przy przerażającej bliskości od morza. Wystarczy tylko, jak Bożena napisze do Niego zapraszającego maila, co do hotelu i z datą rezerwacji. Hotel hotelem, ale już zaraz to by mogła Bożena poczekać na Niego w Starostwie, ukryta w ubikacji przy zgaszonym świetle w nimbie. Ale, czy Bożena umie czytać w Jego myślach? Wiedział, że dzisiaj właśnie Bożena przywoła Go do gabinetu skinięciem głowy, żeby na przykład w nim/gabinecie znalazł te konspekty z przed stu lat, o które Bożena suszy Mu głowę. Bożena natomiast, jeśli jest zawalona robotą kierowniczą, to do koga ma się zwrócić? A w szafie u niej rok 1999 zalega chyba na samym jej dnie, dlatego, żeby nie zwlekał i przedarł się jak komandos do tych akt. To pomyślał sobie On kokieteryjnie, jaką kampanię Napoleońską Bożeno Mi szykujesz? Jeśli, to nie zapowiedz seksu z Bożeną, to na co to wygląda? Okularów tylko, żeby Bożena z pośpiechu nie zapomniała zdjąć. Bo jak się podepczą, żeby nie było przypadkiem na Niego. Powiedzieć by się chciało kierowniczce, że niech jej będzie i On dłużej nieproszony, przyjdzie znaleźć Bożenie te papiery. Widzi po wejściu do gabinetu powieszone na ścianie zdjęcie i Jego i jej ulubionej artystki estradowej, jakże dobrze się składa. Ale ten wybitny obraz, wybitnego japońskiego artysty, na którym widać szczyt góry Fudżijama, który chwyta za serce, a w którego cieniu, będą odszukiwać swoje rozrzucone po biurze rzeczy za chwilę. Nie rozumie On, po co teraz szukać czegoś po szafach pełnych kurzu i narośli pleśni. Po co Bożena nerwowo biega po pokoju jak osa ściśnięta gorsetem. Ale pytanie jest jedno Bożeno, czy sama mi spodnie zdejmiesz i przekręcisz w zamku klucz? I okna jeśli Bożeno przeszkadzają ci niezasłonięte niech ktoś zasłoni, wystarczy, żebyś jeszcze dokonała małego wysiłku, bo nie będziesz przecież dzwonić po kalekiego portiera. Bożena jednak znienacka się spytała o bezczynność Jego dzisiejszą, opieszale stojącego, zamiast szukać w szafie tych akt, których potrzebuje już, a nie za tydzień. Segregatorów nie pomoże Jemu wyciągać z szafy. I tak, Bożena, co do obowiązków Jego w Starostwie, może się wypowiedzieć że są żadne. A przy Jego żadnym zaangażowaniu, pozostanie jej tylko wnioskować za likwidacją Jego etatu. Ma tylko szczęście, że nie w trybie dyscyplinarnym tylko za porozumieniem stron. Nawet jeśli On znajdzie te dokumenty w ciągu godziny i tak Bożena nie zmieni zdania. Bardziej bezużytecznego pracownika Bożena nigdy nie spotkała. Skarży się jednak wielu. Bo lenistwo to jedno, a po drugie, czemu podrzuca dziewczynom w urzędzie do szuflad swoje legitymacyjne zdjęcie? A gdy podglądał stażystkę jak goliła sobie nogi pod biurkiem, gdzie sobie wyobraża ona stała? A te prezerwatywy, które pozostawiał tam gdzie przebywał? Wolałaby, żeby tylko już dzisiaj, pozdejmował już te teczki z półek. Jutro dostanie od Bożeny wypowiedzenie z pracy. Nie na darmo Bożena dzisiaj przez Niego do pracy, założyła swoje największe męskie jaja z kolekcji, a machając nimi, żeby tylko uważał i żeby nie podszedł za blisko, jeśli dba o swoje zęby. Wychodzi Bożena na te małą godzinkę, po czym nie wyobraża sobie, że po przyjściu nie odda jej On tych co potrzebuje papierów do ręki. Do obijania się Bożena- kierowniczka nie potrzebuje nikogo. Gdyż jej się rozchodzi o wydajność, a nie bylejakość, którą ma wymalowaną na twarzy. Do tej pory, tu jeszcze On pracował tylko dlatego, że obiecała matce stażystki, że ją z Nim wyswata. Ale to za duże ryzyko. Czyż miałaby Bożena sumienie, miłej stażystce zniszczyć całe życie? Tak został On sam u Bożeny w pokoju. Nie łapiąc nawet jeszcze za segregatory zapowiedział tylko: „Bożeno z nami to jednak będzie od dzisiaj koniec”. Marcin Balcerzak (ur. 1967) – publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Trytytce”, „Zakładzie”, „Kontencie” i „Tlenie Literackim”. Mieszka i pracuje w Sieradzu.
- Kati Fado – pięć wierszy
wspomnienie w rozbitych lustrach – kropla krwi pod mikroskopem, trochę innych banałów. zostanie peklowane mięso, wódka i fajki, mężczyzna na brzegu, na tzw jedwabnym szlaku, to inaczej mówiąc przeszłość. pamiętam pierwszą stację, wzruszenie ramion, niechęć, tężejące grona lub myśli ściśnięte w dłoniach, mój krok milowy donikąd, albo Idaho, gdzie wilki skaczą do gardła, matka powtarzała: licz się z upadkiem. już nie podnosi wzroku mogę więc pisać, choć to niemęskie i niekobiece – ukrywać to niechciane dziecko, które nie udźwignie ciężaru, jaki mu powierzono – na dworcach, w szpitalach, najmniejsza cząstka mnie wpisuje się w błędny genotyp – kąt pochylenia, wyróżnia się miękkością, w cyklicznym kołysaniu – życie – przenosi młode w pysku. w wirowaniu jestem wszech-kobietą z tłumu, wiatr szarpie lniane sukno, rozchodzi się w szwach, w torebce chusteczka, w niej zęby, kilka drobiazgów kosmetycznych, na wszelki wypadek stringi, gumka, guma miętówka, tomik K. Płusy – niezbędnik małej feministki. dowód tożsamości i trzeźwości spłowiał, zgubił się – zabłąkał. w lśnieniu akweny denaturatu – dezynfekcja odcisków, ścięcie tęczówek jak żółtka. wspólne zachody i wschody – wszystko to działa na prąd. powstają domy nadziei w Ugandzie i nie ma przekazu, nie ma winy. odrabiam lekcje. jestem misjonarką. wycieram twarz zasmarkanemu chłopcu, mężczyźnie przysięgam wierność. koję delikatności i by mógł odpłynąć w cień, rzucony na drogę kamień węgielny. co masz w czubie? wykuj na marmurowej tabliczce, tak jak inne wykolejenia i słowa bez znaczenia, i ponad wszystko. znamienny jest powrót do antyku, do grobowców, mumii, drzeworytów, jestem córką cieśli. na panteonie, w patosie, w etosie chwili – obieram zgniłe jabłka, obierki spadają serpentynową strużką, bo nic się nie ukryje pod ścierką do twarzy, strach prowadzi mnie do wolności, skulam się w patetycznej pozie, zamykając ujścia – powraca podświadomość – w innym czasie, obraz na siatkówce płowieje, ziemia zapada się w przepaść, ryzyko śmierci połyka Ikary – z wosku – malarze tną płótna, w górach rosną krzyże i czas – na tenis, ranga wysoka, wiele turniejów. co się dzieje na świecie z udziałem biało-czerwonych? kto będzie wisienką na torcie? a gwiazdki nie widać, w tle kochanek interpretuje i pokazuje gwiazdozbiory na prywatnym niebie – portal empatia. nóg nie wygrałam na loterii, ludzka stopa uwięziona w przeręblu kąsana przez harpie – przynęta ideałów, przed upodleniem chowam się w mroku, połykam prochy, rozczesuję warkocze, o włos od obłędu, od snu, zatrzymuje się w filmowym transie, odgrywam siebie – najpiękniej jak potrafię, wymachuję rękoma, wściekle gryzę, po to abyś mógł drwić i mieć pewność, której mi brakuje, nie podnoszę pytania o sens, uginam się pod szczegółem, drążę dziurę, boską tajemnicę, wyczytuję z ksiąg wieczystych. co jesteśmy w stanie uznać za normalne? wiedzę? powątpiewam, nazywając siebie tą – którą w istocie jestem. Anny, Alicja i ja zły omen, błąd w sztuce – smugi cienia – okalają czas stracony – niczym narośl. niezamężna Anny niedawno powróciła do świata duchowego z małej, malowniczej wsi w Anglii, gdzie wieku 16 lat popełniła samobójstwo, będąc w 2-gim miesiącu ciąży. tydzień wcześniej straciła ukochanego, który spadł z dachu. zdążył poznać życie na kredycie. licytacje w smartfonie. sztuczny tłum. ile razy grzebałyśmy siebie? tyle razy odrastały ręce – które żądały upierzenia jak krwi, zapisać się bez pamięci, kluczem znaków w powietrzu, wykluczyć lament, stworzyć testament spisując się na medal w okolicach porażek. porażenie – zapisuję negliż i schedę ciała zepsutego, jak zabawka Alicji z krainy czarów. dochodzi pojękiwanie gwiazd, znowu jestem obca – w obcej ziemi schowana i wschodząca jak pierwiosnek. przebudzona pszczoła. spotykam Anny w wieku 50-ciu lat, jest moją bratnią duszą. siadam jej na kolanach, na ramieniu. znajduję i odbieram ból. poję nektarem zakazanych wersetów – nikczemnych i plugawych, szczerych i czułych, co mi dane zwracam z pokorą, jestem sędzią bez togi i doświadczalną małpą bez futra, bo kocham nadludzko i łapię się na błędach okoliczności złych, donoszę na siebie i oczyszczam z demonów, chciałabym inaczej, ale nie potrafię. jak wyliczyć się z każdego dnia, jak pokonać bankructwo prawdy, skamieniały strach zdrapać z oczu? nie używając ostrych krawędzi – przycinam krwawiący język. tymczasem kiedy umieram związana rozpaczą, rozwiązuję się długim wersem zapisanym dla ciebie. wszystkimi ja znikąd, ty-wielkogłowy zewsząd, schodzisz z gór by spotkać się na zbiegu zatrutych rzek. ze skraju i ze światła jesteś tym pierwszym w ukryciu. żyjemy tylko nocą, bo wtedy stajemy się czujni i szlachetnie szaleni w snach – rozpoznajemy się na białej sali, pod mostem lub w igloo i zapalamy kaganek – przestajemy bać się okrutnej jawy. nasz związek z rzeczywistością jest mieszany. odkąd jesteśmy zmieszani na swój widok nie grozi nic prócz pikanterii i wrzątku ciał. jesteś przemilczeniem pełnym znaczeń. choć nieustannie poruszasz ustami i bardzo przy tym cierpisz, zwyciężasz samego siebie. próbuję czytać z ruchu twoich warg – ale stawiają trudne warunki i zatruwają twoją jaźń szyderczymi wielogłosami. jestem jedyną z bliskich nieobecną w złym. aplikujemy sobie leczenie na wspólny rachunek, w bezgotówkowej wymianie recept na życie. królujesz w intensywności jednej z chorób, ja zaś jestem władczynią księstewka wielości. dzielą nas wieki całe i całe wieki łączą. znamienne jest nasze pożądanie ciał eterycznych. i znowu nie jestem na ciebie gotowa, więc musisz mnie rozłożyć, rozgrzebać, otrząsnąć i zwolnić z bólu. kiedy jest prawie po wszystkim, trudno znaleźć to czułe miejsce w sobie, gdzie w spokoju można by przemyśleć, co poszło nie tak. końcowe informacje na skórze noszę cierpliwy papier i przestaję reagować. kolagenowe włókna nie stwarzają mnie od nowa. w nowej akcji i obsadzie nie dogonię Niemiec. jakiś zamęt. znowu zgaszone światło, wstyd. komu odejmuję chleb od ust? zamykam okno? powstrzymując ulotną zuchwałość, wieczna udręka, bo nie jestem ptakiem, nie wystarczy mi garść ziaren, ponad głowami tracę oddech, wcielam się w ruch pneumatycznych młotów uderzających w ten czuły punkt nad żebrami i myślę o moście łączącym mnie z nadrzeczywistością, w którą wstrzykuję chininę. rozpacz, nie kończy się zgonem, mordercy podchodzą do drzwi nocą, fale powracają, tłuką się o brzeg. dlaczego być? bić? głównie na arenie międzynarodowej – sprzedajne kobiety niosą światło – w porcie – politycy, księża, pijany robotnik i artyści parafrazują obrazy Chagalla, karma dla szakala, gnój. robak toczy się wewnątrz mięśni, jelit. robię test na lamblie i legendy, z dumą, naćpana, w próżni, moje amputacje, negacje, deklaracje i cisza. głowa powoli opada, ślinotok z rynsztoku, tego malarz nie wyrazi, bo pędzel w zdrapanych twarzach wiernych przyjaciół sztywnieje – w geście bezradnie uniesionej ręki. agonia bywa nieprzewidywalna. chmurzy się i nikt nie idzie za trumną. dotykam lazuru, znowu gaśnie światło i tak bez końca. wzburzone fale, morze czerwone, morze krwi, wojna w Donbasie, ciągle dochodzi do ataków, także serca, z powodu upałów, polskie zasobnictwo gazowe rozwija się pod Szczecinem – czytamy na Twitterze trzon jednego z centrum – ta fuzja ma wywoływać różne synergie, na zagranicznych rynkach, dla bezpieczeństwa Polaków i ich portfeli, wydobycie naturalnych surowców, ograniczenie wolności słowa w reżimie Łukaszenki. ile w tym prawdy? jestem niezależną dziennikarką, dziękuje państwu. Kati Fado (wł. Katarzyna Kowalewska, ur. 1972) – w przeszłości modelka, dziennikarka, organizatorka wydarzeń kulturalnych w kraju i zagranicą. Laureatka wielu prestiżowych Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich m.in.: im. J. Bierezina (Nagroda Specjalna 2016 r.), im. M. Hłaski, im. R. Wojaczka w ramach Festiwalu Silesius (2022 r.). W 2023 r. laureatka nagrody głównej w I Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Poetycką wydawnictwa – fundacji FONT (jej książka Afazja ukazała się drukiem w styczniu 2024 r.), publikowała m.in. w "Arteriach", Babińcu Literackim, "ArtPapierze", "Nowych Peryferiach", „Magazynie Literackim Minotauryda”, „Artis”, "MegaZine Lost&Found” oraz antologiach pokonkursowych. Była tłumaczona na j. angielski i niderlandzki, dwukrotnie reprezentowała Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Poezji Furige Tongen (Holandia). Właśnie ukończyła pracę nad kolejną książką poetycką Obcy Język – planowane wydanie 2024 r. Poza tym malarka, grafik komputerowy i performerka. Niepełnosprawna od urodzenia. Od 2011 r. całkowicie niezdolna do pracy i samodzielnej egzystencji.
- Edward T. Bolak – ze zbioru: najmniejszego znaku
ziemia się rozstąpiła ale można uciec drogi obiekty utrudnienia kolosalne nieraz nie są bez końca mijając te wyrwy kręcimy zamaszyście po trawniku bieżnikiem podeszwą omijamy uskok niejeden krawężnik czy spad zaś narowiste łydki w podrygach pląsach szokują ów pośpiech łagodzi niektóre braki stromizny asfaltu pokonują dziarsko franty postępują słusznie odruchowe stopy gwiazdy mówią same za siebie są jak rollercoaster wszystko na temat gwiazd efekty odwrotne to część życia obrotni zajdą daleko po nierównościach zapadliskach jamach jarmarkach w końcu wejście do piekła wypada · przypisujemy nadmierną wagę nieistotnym faktom sądząc że cieszymy się komfortem bez żadnych kompromisów zawsze stosowni i godni stąd to „w żaden sposób" stąd to uczucie pustki niepokój niepewność i udręka jesteśmy niedorzeczni i udręczeni (przykład Nelsona Mandeli mroczny) zanika pamięć u mam potem dwa lata cię nie poznają i odkręcają gaz lub łamią krętarz Ukrainki fałszywe kupują mieszkania po dwóch dniach idą do specjalisty i na emeryturę a nasze aktywistki chciały się posrać wszyscy pojebani wszystko to nauka wojna rozstanie choroba ślepota i plomba te życiowe lekcje tak jak w treningowej sali łzy to elektrolity i hektolitry masywni postawni winni nauka i natura na manowce wiodą · wszystko dobrze dzielni mężczyźni jak ojciec i wielu innych leją beton w sierpniowym skwarze fundamenty pod dom nie są to wieprze nie są pedałami po całym dniu · matki wszystkie po rozwodzie po porodzie wychowują bachory z zemsty a potem się dziwią panie higienistki i nauczycielki wyśmiewają stulejki nie wiedzieliśmy nawet co to jest nie chcieliśmy nosić tarcz recytować wierszy patrzyliśmy jak było brzydko i jest · gdybyż tylko poeta ten podmiot narcystyczno-depresyjny! gdy tymczasem także drwal mama Krzysia Malebranche · akceptacja rezygnacja i odrzucenie są tym samym jasne strony zaprzepaszczonych szans akceptacja rezygnacji to jednocześnie rezygnacja z akceptacji i odrzucenie ich obu o ile zachowamy styl w notatach · sprzęty szwankują przebiega nas zimno a jeśli to mało łakocie zjawiają się znikąd szczęka nam opada a potem pojawiają się łzy gryziemy nadeszły serniczek zasłaniamy twarz obecna jest babcia nieboszczka · zamiast kupować nowe zobaczyć co się ma i popaść w konsternację nabycie na przykład ubrań to jednak zobowiązanie pokrycie płaszczem grzbietu w przypadku jesieni owijanie to specyficzne napięcie bawełny i szczera hipostaza skrzydeł pleciony wieniec · drodzy klienci chwytają się pazurami nuda to kram wątpliwości wybór to konieczność kaszkiet się przechyla na korzyść twarzowo na osobie spod znaku wodnika jak tęcza ewentualne czerwone flagi zawodzą czujemy grunt popod nogami masa pieniędzy idzie bokiem męczymy się na raty lub w forintach rok za rokiem · te odkrycia nam towarzyszą gdy używamy śmiechu i uroku chcemy się błędnie olśnić dobrze wyglądać przy talerzu pomniku który właśnie mijamy możemy zacząć od small talk aby pod koniec kolacji wypalić wypalić do ukochanej! · myślimy o zębach ślubach pływaniu i tonięciu czasem o utracie reputacji a potem zdarza się nagość ciąża i niemądre obietnice ostatecznie pogrzeb czyli wielki smutek · można zignorować humanitaryzm z jego darami od Greków ale przegapić życia się nie da choć niektórzy gówno próbują myślą że nieprzewidywalność dodaje pikanterii że gdy Domina założy czarną smycz i opaskę na ślepia to zaraz stanie czas ale planują w terminarzu i na cmentarzu czyny nie dowierzając przygodności nawet hojni altruiści odchodzą od zmysłów w zapomnienie zorganizowani przejmują stery blokują rumpel syreny · w dniu transplantacji w styczniu krążymy laser już poczynił szkody tyle co kot napłakał jest krwi baza ludzi niedotykalskich zmalała wśród nich hula gromada w kitlach · w skarbczyku mądrych porad znalazła się apatia iluzoryczna i efemeryczna praca nawet gdy dobrze płatna nie popłaca tylko rozpusta i utarczki zdają egzamin wśród rutyn apatycy nie winowajcy są inni kontra neptycy wszyscy im winszują · pytasz jak pachnie nowa książka i co czujemy otóż ma ona odpowiadamy zapach maszyn w Amazonii co cięły prastare sekwoje i baobaby pod Rybnego i ten który czuć gdy w kadziach goreje plastik do nabłyszczania okładki i zapach smutku gdy styrane leciwe kobiety zostają zmuszone do nocnej zmiany na czarno przy drukarskich maszynach i nieuchwytny zapach srebra gdy księżyc wilczy w pełni szczerzy srebrne kły · piernikowe serce 17,5 cm z karnetem miękkie cudności z personalizacją z jadalnym nadrukiem w celofanku z suszonymi chabrami że złotym klipsem od Niepokalanek leżało zapomniane aż zjawiliśmy się my wstrętni prędcy i pochopni chłopcy aby je dźwignąć strawić skonsumować kochać ale też zająć poznać z pół kozłem spisać dotknąć znieważyć zatrwożyć zauważyć otworzyć osłuchać ostukać wyruchać i nie pozwolić nigdzie odejść głupio bez odwijania · księgi plugawe nie dają oparcia czytanie o Duchu Gór Liczyrzepie lub procesach to żywienie złudzeń z dnia na dzień osuwa się w popiół książkowa wiedza mądrość wywodzona z druków krajowych nawet drukowany Psałterz z tytulikiem · w tym tu komunikacyjnym zachowaniu nie wysuwamy roszczeń do ważności nie chcemy akceptacji czy zachwytów a że za nic mamy zasoby tożsamości nie zajmują nas fakty nie musimy zabiegać uzasadniać przekonywać dowodzić tworzyć odniesień przekazywać opinii zajmować zaciekawiać oferować sprzedawać wyznań emocji przeżyć i danych i tak tworzymy te tu i takie zdekontekstualizowane towary bez ceny i wartości bez dystrybucji targetu obiegu sensu i celu krytyki publiki nie słysząc też w nich siebie prawdziwe kwiaty zła grotę nimf i tak jeden za drugim egzemplarze całkowite z dobrego odcisku z drukarni Batki wciąż schodzą chwalebnie bierzemy się jakby do ksiąg liturgicznych do żywotów od ręki do udręki · schludny luksus powraca wysoko napinana cera tylko nuworysze jak zawsze tutorial makijażowy do nich nie dociera a my wlepiamy zaropiałe oczka w suche powietrze kaloryferów · sporo naciągactwa handlowcy i ci od usług brylują w tym społem hufce święte trochę obojętności przyprawia ich interes o zawał taki starszy siwy dziadek prawie leży kaleki towarzystwo niskiej jakości rżnie fokstrota · aby polubić bycie bezradnym winniśmy ćwiczyć skoro pozostanie zaciekawionym to mało gdy popatrzyć na wielką masę planet i ciał i to co dzieje się ze światłem i sposób w jaki tłamsi nas przyciąganie i co w końcu można wtedy po tym spojrzeniu warto poczynić kroki poczuć wiatr przedwiośnia nie unikać pokus wziąć książkę aby poczytać zamienić kilka słów wyjąć z wielkich danych aż nazbyt widoczna masa informacji paraliżuje codzienność dataiści do których należymy chcąc nie chcąc unieważniają podstawy dyskursu a być może więcej osobiste myśli i emocje z wykorzystaniem własnego głosu i punktu widzenia jako ekwiwalent funkcjonalny są zapewne przeżytkiem · krupniczek się przegryzie nabierze smaku wysłane siurki zaimponują i trysną mniejszości pozostaną w zdrowiu tożsame złagodnieją zwyczaje filmy wyzbędą się scen tortur makabryczne witryny w mięsnych znikną z oczu dzieci siostry zakonne będą dokazywać i doznawać i piwo w kościele pocieknie performance przeminą płatna miłość zaraz za rogiem przepadnie nasze białko anielskie przybierze postacie słodkie jak torcik bezowy z truskawką · sukces w prostocie w poglądowej książce znalazły się przykłady główkami kiwały kwiaty pąki rozwijały dobranoc mówiąc w drobnym jałowcu szmelc widzieliśmy jak te chuchra podnosiły głowy pewne przedstawienia są jak Wezuwiusz lub jastrzębie goniące słowiki tam na stoku kwiecie w popiele... (co nie znaczy by popaść w transgresje budować jakieś lochy) · w tej tu radykalnej prozie bez rzeczowości poezja nic nie odzyskuje splendor rytmicznych cacek zawadiactwo minione zostanie wytwarzalność rój co nasionami strzyka próbujemy ocalić w trupiej czaszce te wzloty klamoty spółrubieżne krainy wszystko nam leci przeleci na znak · dotyk noża w narkozie ciało pamięta! elastycznym bandażem owijani w pasie aby nie pęknąć babcia dawała dolary doktor Pilch to była legenda nie ma wielu rzeczy wieczorów atramentowych zawiei · w przebraniach i koronach jedzie taki kawał babina aby tylko tę gruszkę zjeść lub wyrzucić ząbki sztuczne zaraz się popsują saszetka zniknie żółte ciżemki odejdą na Włóczków skiśnie śnieg · wyniosłem podręczniki do gnozy są w karmniku na klombie tak jak te krwawe porody i męka wojna była i skauting szkołą życia już nawet wilki z Wall Street lepsze niż domniemane progresy ostoje zwierząt przetrzepane · matka miała astmę dlatego nie nauczyłem się palić była krawcową więc nie umiem szyć wiersze to obciach po Oświęcimiu dlatego te nazbyt prozaiczne i rozwlekłe bez rytmu · jeszcze napiszemy historie lepsze i krótsze jeśli ktoś chce znajdzie drogę znajdzie sposób znajdzie czas damy rady o które nikt nie prosił pod płaszczykiem wsparcia będziemy wystarczający a gdy pryśnie czar i udowodnią nasze rozgoryczenie i nieufność i wyrachowanie to spłynie gorzka satysfakcja z spełnionych przewidywań jak po kaczce wegetarianizm na społecznych peryferiach mamy na naukę szanse · metodą małych kroków omijania ordynarnych ozdób po tej scenie fantazmatycznej jaką jest nasz Świat dążymy w blasku zaćmienia do figury zaniku nie będzie już potrzebny repertuar · nie zawsze dostajemy to czego pragniemy ale też nigdy nie zasługujemy na to co ostatecznie od życia dostajemy gdy pragniemy aby nie zasługiwać na upragnione i nie pragnąc zasługiwania na otrzymane koniec końców o Pani! E.T. Bolak (ur. 1968) – opublikował zbiory miniatur literackich: Marginalia (2018), Ważniejsze omyłki (2018), Tytuły nieważności w antologii Depozycje (2019), Sybilla wzięta (2021), Dawne rejestry (2022), Ruchy frakcyjne (2022), Minuty krótkie (2023), Rybny weterynarz (2024).
- Grzegorz Wróblewski – earth research (2)
Grzegorz Wróblewski (ur. 1962) - artysta wizualny, autor książek poetyckich, prozatorskich i dramatów; m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Dolina królów (1996), Prawo serii (2000), Pomieszczenia i ogrody (2005), Hologramy (2006), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa kolonia (2007), Hotelowe koty (2010), Pomyłka Marcina Lutra (2010), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Gender (2013), Kosmonauci (2015), Namiestnik (2015), Choroba Morgellonów (2018), Implanty (2018), Miejsca styku (2018), Pani Sześć Gier (2019), Runy lunarne (2019), Tora! Tora! Tora! (2020), Cukinie (2021), Letnie rytuały (2022), Niebo i jointy (2023). Tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski, zbiory: Our Flying Objects – selected poems (2007), A Marzipan Factory – new and selected poems (2010), Kopenhaga – prose poems (2013), Let’s Go Back To The Mainland (2014), Zero Visibility (2017), Dear Beloved Humans (2023). W Bośni i Hercegowinie Pjesme (2002), w Czechach Hansenovic vana (2018). Brał udział w licznych wystawach zbiorowych i indywidualnych (malarstwo, mixed media, instalacje) w Polsce, Danii, UK i Niemczech. Autor książki asemic writing Shanty Town (Post-Asemic Press, USA, 2022) oraz książki-obiektu z poezją wizualną Polowanie (Convivo, 2022). Mieszka w Kopenhadze.
- Antoni Matuszkiewicz – Znikąd z miłości
Sokołowsko 1978/1979 Tego nie widać już w najgłębszym lustrze zorza nad ugorem Puszczy Augustowskiej paź królowej paź żeglarz paź szczęście wiersz znów powraca do zdroju patrzenia cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki do strugi studni poza sznur języka uderza zewsząd cisza od wielkiego dzwonu nad lasem z konstelacji strojony carrilion oddech szronem osiada w igliwiu trwa zima *** Droga oddech zamarły bez końca cicha taka jakby zaraz spod niej fanfary kotły nietknięta aż się wyłoni ramię anielska dłoń z gorejącym sercem pod śniegiem kosmiczna czerń Getsemani noc ciemna lub biczowania najjaskrawsza czerwień dokoła nastroszone świerki biel aż taką szpilki poczęte z kropli krwi spod cierni dźwignąć na biały papier siebie z ziemią całą niebem całym Bogiem kochać tylko pamiętając jak wszystko wciąż od nowa się staje tutaj znikąd z miłości z niczego W Sokolcu W ciemności ryk jeleni opitych światłem niskoprzechylonego Księżyca wargą dotykamy kruszcu chłodu niedotykalnego na bezkresnych kresach dzieli światy wzajemna moc niewiedza istnienia *** Wciąż się wznosimy wyjeżdżamy na przełęcz wchodzimy na piętro ciasną niską izbę całkiem wypełnia świeży głęboki aromat obnażonej sięgając pod sufit pod szybę okna w dachu jakby zapach tamtej bieli kondensowanego światła co spada na szkło kilka milimetrów od nas 27 września 2017 *** Bardziej niż sobie i tobie wierzę surowej prostej drodze gdzie powiedzieliśmy wszystko koleinom bandażom podsiąkającym osoczem *** Ciało przy ciele z uniesionymi łbami milczy chmara jeleni zamarła na łące brązowa jak pień drzewa co rozrosło szeroko a teraz wzwyż zamierza piąć jakby na nich spoczywała przyszłość jak na ciasnym cmentarzyku za wsią *** Biała rzeka leży pośród szarych trzcin jak wapienna smuga na ściernisku lub szczupła droga z bladych kocich łbów wzdłuż torowiska czy oswojone u nóg samotne światło które można pogłaskać *** Pudła i paczki kształtki ze styropianu po starych gramofonach komputerach negatywy po rzeczach strop ocieplają tak wciąż ciebie niewidzialnie strzeże to od czego powstrzymałeś się kiedyś *** Nikt nie wie że ten ślepy kurek zamontowany w jej kuchni to na pamiątkę dziecka co utonęło tutaj w kąpieli trzydzieści lat temu ale o nim to już naprawdę nikt nikt nawet kiedy odkręcisz nie popłynie ani ani kropla *** Ślady stopa za stopą stop ciała i ziemi Antoni Matuszkiewicz (ur. 1945 we Lwowie) – poeta, prozaik, eseista, tłumacz, animator życia kulturalnego na polsko-czeskim pograniczu. Od 1946 mieszka na Dolnym Śląsku. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim i podyplomowe studia w zakresie muzealnictwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1981 członek zarządu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego NSZZ „Solidarność” woj. wałbrzyskiego, organizator i redaktor naczelny pisma „Niezależne Słowo” (1980–1981 i 1989–1990). Internowany 13 XII 1981 r. Debiutował w 1972 w miesięczniku „Odra”. Jest autorem ponad trzydziestu książek poetyckich, prozatorskich, eseistycznych, wywiadu-rzeki z Andrzejem Szyszko-Bohuszem oraz redaktorem kilku regionalnych almanachów literackich. Ostatnio opublikował tom Wieszczyna i inne wiersze (2023). Członek założyciel Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, członek honorowy Polsko-Czeskiej Grupy Poeci ’97, współorganizator spotkań Den Poezie w Broumovie. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i Krzyżem Wolności i Solidarności. Od 2008 mieszka w Martínkovicach koło Broumova w Czechach. Fotografia autora – David Magen.
- Xabier Cordal - wiersze
*** Zobaczyłem pierwszy obraz to był czarny krzyż pochowany u podnóża drzwi domu nie wiedziałem, co to jest nie mógłbym zacząć książki od napisania krzyża krzyże oznaczają zbyt wiele rzeczy czekałem zatem aż zwolni się miejsce pozostawał ze mną miesiącami jak porzucony wers był z metalu w odpowiednim rozmiarze by toczyć się po mojej dłoni potem zobaczyłem ścieżkę tak widziałem ją naprawdę za bramą zaniedbaną przez właścicieli być może wyjechali nieumyślnie stworzyli romantyczny ogród trawa wspinała się na krawędzie betonowej alei język zielonego mchu zapieczętował ślady kół przejeżdżały obok gdy ta posiadłość tętniła życiem jeśli drzewa pozostają samotne rodzą się groby chwiejące się gałęzie listopad zamykał mi oczy oddawały cień drzwi do wewnątrz mleko chore ciche w kuchni ona mężczyzna bez grzbietu śródatlantyckiego „nie chodź wyprostowany” nakazali mi wycofując zamyśloną dłoń z kraty i podążając długą drogą prowadzącą do mojego pokoju nauczyłem się czytać na połamanych kościach nocy pod żarówką z wosku tutaj w słonecznym splocie w grocie winy kiedy dni bolą tak bardzo wierzymy że jesteśmy nieśmiertelni jeszcze raz dzięki pisaniu tej ziemi która zapomina nazwy rzeczy zacisnąłem dłoń na zimnym żelazie splątały się korzenie łodygi i niebieskie drzwi *** boisz się ptaków ponieważ są starsze niż twoje oczy *** nic ci nie powiedzieli, w kształcie łabędzia się rodziłeś ale w końcu rozpoznałeś morze przez okno pomyślałeś: pochowajcie mnie w piosence pozostań w samym środku cały czas wiruj bez nostalgii, co za różnica, wybrzeże czy interior dla ciebie pieśń mulnika na jarmarku wszystkich świętych w gontán płynie smutno palonych kieliszkach i jest, i nie ma raju *** Uważasz, że to możliwe, by błękitny ocean rozstąpił się na dwoje? Im bardziej oddalasz się od połyskującej równiny morza tym staje się większa i większa. Tak jak miłość wewnątrz ciała Być może potrafisz spacerować po falach które przychodzą i odchodzą – wydają się rozmawiać bez końca ale to tylko zwierzę, które oddycha – i wznieść toast grzbietem dłoni do świeżej piany Pożądanie jest bogiem Jeśli miłość trwa wiecznie wracaj do swej samotności *** dla Mariam Ferreira i Chus R. Piñeiro Heloiza powiedziała mi pewnego wieczoru (tak, pamiętam szczegóły; myślę, że to przez Pindara i tamten czas teraźniejszy, który odmówił w sierpniu, tam gdzie Penalba odejścia z resztą czasu na ciemnym grzbiecie rzeki Sil) że poeta to ten, który pozwala, by pod jego podniebieniem narodził się ul Wtedy to zobaczyłem zobaczyłem, jak pszczoły zawieszają całe popołudnia nieważkie i ciepłe, na swoich skrzydłach słodkie brzęczenie innego świata Minął wiek Nikt nie zdoła tego wyrazić, opustoszałe ule niczego nie obiecuje tym razem ta ziemia jałowa która była stacją przesiadkową i zdołaliśmy mówić tylko o symbolach wiatr się rozchorował Poznasz królestwo zła po nieobecności pszczół tłum. Marta Eloy Cichocka Xabier Cordal – galicyjski poeta, absolwent filologii i nauczyciel języka galicyjskiego. Pracował jako felietonista w prasie cyfrowej (Vieiros, 2004-2010) i pisanej (O Correo Galego i Galicia Hoxe, 2007-2011), współpracował również z różnymi czasopismami artystycznymi i literackimi (od 1985 roku). Jako poeta znany jest zarówno z swoich indywidualnych zbiorów wierszy Arianrod (1993), Fruto do teixo (1994), Afásia (1997), A vella peneira a noite (2001) transmuta (2012), resistencia da auga (2018), jak i publikacji zbiorowych Unicornio de cenorias que cabalgas os sábados z kolektywem Ronseltz (1994). Jego twórczość znajduje się w rozmaitych antologiach. Jest również autorem tomu opowiadań Relatos para televisión (2019) i tekstów piosenek. Był scenarzystą filmu telewizyjnego A mariñeira (2008). Wybór załączonych przekładów autorstwa Marty Eloy Cichockiej jest owocem XII Obradoiro Internacional de Tradución Poética na wyspie San Simón w hiszpańskiej Galicji.
- Katarzyna Woydyło – Nic się nie stało
Wychodzę z bloku, potykam się na trzech schodach przed klatką i upadam na twarz. Z ust zaczyna sączyć się krew, a kiedy próbuję ją złapać palcami, trafiam tym wskazującym na dziurę w zębie. Nie mam połowy jedynki. Mroźne powietrze strzela znienacka w twarz, dostaje się dziurą pod język. Przytrzymuję je jak cudowny lek, jak lekarstwo na pulsujące bólem wnętrze. Chyba płaczę, na pewno płaczę. Boję się tego, co za chwilę zobaczę w lustrze. Powoli wracam do klatki, a ona przyjmuje mnie od razu po wpisaniu kodu na domofonie. Drzwi nie zacinają się, ciepło przedsionka klatki oblewa mnie tuż obok skrzynek na listy. Patrzę przez chwilę na puste i płaskie otwory metalu. Mam ochotę włożyć w nie głowę, przytrzasnąć klapką i zniknąć jak niedostarczona wiadomość. Byleby tylko nie musieć wracać, a od progu mieszkania nie musieć przepraszać. Przepraszać za bycie małą niezdarą, która jedyne, co potrafi zrobić, to nic. Cały żart ze słowem nic polega na tym, że słowo to oznacza wyłącznie bycie przegrywem. Czyli nic się nie stało. Czyli i tak nic w życiu nie osiągniesz, kochanie. Nie wiem, co chciałabym w życiu osiągnąć i czy w ogóle coś muszę. Wiem tylko, że jeśli słowo nic powtarza się komuś zbyt długo, to ta osoba chce w końcu zniknąć. Zaczyna jej przeszkadzać, że mogłaby znaczyć coś więcej, niż zero. W końcu może być jej ze sobą naprawdę źle. Ostatecznie nie wkładam głowy do metalowej skrzynki na listy. Podnoszę nogę, kopię w nią tak, żeby się trochę wygięła (klapka po prostu opada) i zadowolona z rumoru, jaki za sobą zostawiam, wybiegam z klatki jak ktoś. Ktoś więcej niż nikt. Biegnę, biegnę, bo wierzę, że ruch niesie obietnicę, choćby nawet taką okłamaną. Takie obietnice również czasami przyjmuję, choć i tak zawsze wiem, kiedy ktoś kłamie. Poznaję to po szybkim odbiciu spojrzenia, albo po słowie wpełzającym do ust czyichś wtedy, kiedy właściwych brak. Słowo niezgrabne, nie do końca poprawne, wciska się pomiędzy te prawdziwe. Nie zagnieżdża się jednak wśród nich swobodnie, mości się odrobinę za długo. Pozostaję już wtedy skupiona, prowadzę rozmowę do końca. Uważnie jak teraz, gdy biegnę. Z rzeczy cennych mam przy sobie klucze od chaty w prawej kieszeni, drugą jedynkę jeszcze w całości i o rozmiar za duże vansy. Za każdym razem coś tracę – myślę pod koniec trzeciego kółka wokół osiedla. Vansów byłoby szkoda najbardziej, dlatego rzucam się w śnieg nim spadną. Pozwalam, by śnieg wśliznął się najpierw za kołnierz kurtki, a potem pod mokrą od potu koszulkę. Z uśmiechem na ustach czekam na serię dreszczy. Nigdy nie leżałam w śniegu dłużej, niż kilka sekund, które matka lub ojciec kończyli komendą: no, wstawaj. Jeśli zdążyłam zrobić anioła, to tylko takiego do potrójnego trzepotu skrzydeł. Jeśli położyłam się, by spróbować złapać na język śnieg, to tylko do trzeciej śnieżki. Więcej leżenia w zimnym i mokrym miało przynieść chorobę. Czasem jeden anioł kosztował całą drogę powrotną usypaną z pogróżek i przepowiedni gorączki; czarnych zwiastunów dreszczy, które nadejdą tej nocy. Mogłam się bawić grzeczniej, nie krzyczeć na mrozie, nie ślizgać się tam, gdzie akurat ślisko. Mogłam ulepić bałwana. Nie za dużego, bo teraz wszyscy zamarzną, zanim go skończę, nie za małego, a takiego w sam raz. Bałwan nie musi mieć ozdób, niech będzie prosty, a już na pewno nie musi mieć mojego szalika. Nigdy nie leżałam na śniegu tak długo. Nie mam zegarka, a jednak obserwuję upływ czasu. Ostatnie godziny dnia przemijają, a ja niesiona na śnieżnym puchu wlatuję w ciemność. Noc otwiera przede mną wietrzne portale, wirujące drzwi bez klamek. Mogę przekroczyć je tylko raz, zmuszona porzucić przy tym ziemską powłokę. To, co po mnie zostanie, to słabe niewytrenowane ciało, splątane mrozem włosy i przydeptana para butów. Może lepiej byłoby zniknąć, myślę pierwszy raz w życiu. Odważna i silna jeszcze nie byłam, może po drugiej stronie w końcu by się udało. Dziarsko wyszłabym poza osiedle, ale wcześniej rozwiązałabym ostatnie kwestie z ojcem i matką. Nie musiałabym dłużej znosić ich spojrzeń i pytań, co dalej zamierzam. Puściłabym mimo uszu ich lekceważący ton głosu i wyznałabym, że mam ciekawy plan na przeżycie. Postanowiłam bowiem leżeć na śniegu i wstać dopiero wtedy, kiedy będę gotowa. Może dopiero wtedy, kiedy w głowie nadejdzie wiosna, albo kiedy zakiełkuje mi w sercu pewność, że sobie poradzę. Do tego czasu jednak poddam się zimie, pozwolę sobie na wichry i burze śnieżne. Niech tylko matka i ojciec nie ważą się mnie powstrzymać, ani otulać ciasnym płaszczem ich oczekiwań. Mniej więcej wtedy przestaję poruszać palcami u stóp. Prędkością myśli pobijam jednak życiowe rekordy. Innym razem bałabym się nocy, ale ta noc okryta śniegiem, nie straszy. Innym razem bałabym się samotności, ale samotność z wyboru, przynosi ulgę. Innym razem wróciłabym do domu przed zmrokiem, ale tym razem nie wracam. Dom powoli przychodzi do mnie. Najpierw wychodzi ojciec, chwilę później dogania go matka. Zdradza ich ubiór – obydwoje opatuleni są szalami wielkości koców. Przed klatką rozdzielają się bez słowa. Jedno idzie ostrożnie w prawo, drugie rozkopuje śnieg kozakiem i rusza w lewo. Nie oglądają się za siebie. Ręce wciskają w kieszenie puchowych kurtek. Musieli ustalić plan poszukiwań, każde szło bowiem z pewną dozą determinacji, pomimo niesprzyjającej pogody. Dalsza droga mogła być przecież długa, usiana gęstymi zaspami. Oni nie wydawali się na to zważać. Chociaż śnieg nie ustępował, a skrzypiał przy każdym kroku żałośnie, to nie był w stanie ich w poszukiwaniach zatrzymać. Matka będzie sprawdzać okolicę rur ciepłowniczych. Nie odważy się na nie wejść, ale dopuści do siebie myśl, że weszłoby na nie dziecko. Kiedy czasami pytała, gdzie było, dziecko kilka razy przyznało, że właśnie tam. To może jednak tam, pomyśli matka. Trzeba by iść szybciej, jeszcze szybciej, miejsc sprawdzić więcej. Dziecko mogło leżeć pod rurami zbyt długo. Śnieg mógł zalepić już dziecku powieki. Ojciec nie pójdzie śladem rozpuszczonego śniegu, nawet nie spojrzy w kierunku rur, które przez chwilę ogrzałyby jego dłonie. Ojciec wydepta ścieżki porannym psiarzom na łące. Będzie krążył i nie będzie wiedział, czy już tędy szedł. Jednak iść nie przestanie, tak samo, jak szukać nie skończy jej matka. Będą gonić za niczym i niczego w śniegu, prócz połowy jedynki przed klatką, nie znajdą. Zmarzną. Przemarzną. Będą przeklinać zimę i wszystkie rozmowy, które im z córką nie wyszły. Ochrypłym głosem kilka razy wypuszczą w noc jej imię, zniekształcone przez zmarznięte policzki. W końcu pomyślą, że już jej nie znajdą. Przypomną sobie ostatnią rozmowę i przedstawią policji jej wypraną z jaskrawych kolorów wersję. Zapytani, czy miała problemy, z kim zwykle się zadawała i gdzie bywała najczęściej, odpowiedzą zgodnie: była jak inne. W zeznaniach ugrzęzną jedynie w punkcie dotyczącym ich wzajemnych relacji. Będą brodzić w śniegu po łydki, a i tak nie przypomną sobie, kiedy ostatnio udało im się ją bezwarunkowo pokochać. Nie dodadzą otuchy zapewnienia policji: poczekajmy aż sama wróci do domu. Przeczeka ich powrót do domu, widok rozplątanych szali wielkości koców. Poczeka na migający niebieskimi światłami radiowóz i dopiero po wyjściu policjantów z klatki, pomyśli o powrocie. Ze skostniałymi w trampkach palcami i ze zdrętwiałym od zimna karkiem, wstanie i pójdzie w kierunku klatki. Tam na chwilę zatrzyma się przed cieniutką strugą krwi odbitą na śniegu. Kilka połączonych ze sobą kropel ustanowi początek i koniec, choć początek odbije się dużo wyraźniej na śniegu i pozostawi w nim wklęsły ślad. Nie przeprosi od progu. Do mieszkania wejdzie po cichu, ma swoje klucze. Zastanie ich w dużym pokoju, podejdzie do nich, jakby po prostu wróciła ze szkoły. Oni popatrzą na nią w oczekiwaniu na wyjaśnienia, ale kiedy ich nie dostaną, poczują ulgę. Matce będą drżały zaczerwienione od mrozu dłonie, ojciec rozpłacze się niemym szlochem. Ona zaś nie powie nic więcej, bo to, że na chwilę wyszła, nic dla niej nie znaczyło. Wróciła. Nic złego jej się nie stało. Katarzyna Woydyło (ur. 1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim. Jej opowiadania opublikowane zostały w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim" oraz w "Epei". Mieszka w Zabrzu.
- Adrian Krysiak – Madame Boikot
Kiedy skończyłem pięćdziesiąt lat, najpierw straciłem cierpliwość, a potem — w konsekwencji — inwencję, i wyczerpały mi się pomysły na życie, tak że nie potrafiłem już — wskutek smutku lub rozczarowań — ułożyć wszystkiego od początku i wymyślić siebie na nowo. Pozbawiony ambicji i perspektyw, wyprany z marzeń, za to pogodzony z nieuniknionym, przestałem podejmować jakiekolwiek próby zmiany czegokolwiek, zanurzony w dojmującym tu i teraz, pośród rozlicznych książek w pięciu językach, lecz bez kobiety władającej jednym, za to najistotniejszym, przy której budziłem się przez dwadzieścia lat, dzień w dzień, i przy której nie mogłem zasnąć przez pięć ostatnich, bo doprowadzała mnie, noc w noc, do szału, opowiadając o fermionach i bozonach, dekoherencji kwantowej, falach de Broglie’a i rozpraszaniu komptonowskim, bo akurat sypiała z jakimś fizykiem, wieloletnim kandydatem do Nagrody Nobla, no w każdym razie bez byłej żony, której zresztą z całą pasją nienawidziłem, odkąd okazało się, że jej ulubionym pisarzem jest Murakami, a nie Borges, jak utrzymywała do tej pory. Szczerze mówiąc, potrafiłem rzucić w niepamięć jej liczne zdrady — nawet tego wieloletniego kandydata do Nagrody Nobla — i złorzeczenia, kaprysy i fanaberie, roztrzaskane zastawy, chimeryczne nastroje i przeciągające się miesiącami milczenie, ale nie potrafiłem pogodzić się z myślą, że przez te wszystkie lata tak mnie okłamywała w kwestii absolutnie fundamentalnej. Wyczekiwałem więc końca świata, jaki by on nie był. Czekałem. I czekałem. I czekałem. *** Owego roku koniec świata nadszedł jednak zupełnie niespodziewanie. Dał o sobie znać niezbyt głośnym dźwiękiem powiadomienia, sygnalizującym nową wiadomość w skrzynce odbiorczej. Właściwie to — wystarczył szybki rzut oka na pole tematu — najnowszą odpowiedź z wydawnictwa, kolejną z serii dwudziestu trzech uprzejmości wymienionych z przemiłym redaktorem. Bo musicie wiedzieć, że jestem pisarzem, i to najwyższej próby. Tak dobrym, że aż niepublikowanym, jeśli nie liczyć kilku wzmianek w pismach literackich wątpliwej jakości. Przymilny redaktor napisał: „Niestety, jednak nie zdecydujemy się na publikację. Poszczególne fragmenty bardzo nam się podobają, mamy jednak wrażenie, że książce jako całości brakuje trochę oddechu, śmiałości artystycznej, jakiegoś wychylenia w przyszłość. Muszę przyznać, że ma Pan ogromną kulturę literacką, wyrafinowany gust literacki oraz świetne pióro, więc to, czego brakuje, z pewnością przyjdzie, prędzej czy później. Dlatego z uwagą będziemy śledzić Pańskie poczynania jaki pisarza i chętnie przeczytamy kolejną Pańską propozycję. Zwłaszcza jeśli będzie to zbiór opowiadań, a nie powieść. Powieści publikujemy już i tak zbyt wiele i są zazwyczaj tak niewyobrażalnie chujowe, że to przechodzi ludzkie pojęcie”. Znając dość dobrze rodzimy rynek wydawniczy i jego produkty uboczne, nie mogłem się nie zgodzić, więc się zgodziłem. Z drugiej strony, mając świadomość dość jednak zaawansowanego wieku, nie byłem pewien, czy cokolwiek jeszcze przyjdzie, nieważne czy wcześniej czy później, w moim wieku debiut zakrawał trochę na próżność i kabotyństwo. Każda rewolucja zasadza się na determinacji, mnie zaś jej brakowało. Po takim dictum nie pozostało mi nic innego, jak się napić. Jak już się napiłem — starym zwyczajem — zniknąłem na kilka miesięcy, a potem odnaleziono mnie w zupełnie innym mieście w obcym kraju, gdzie zdążyłem ułożyć sobie życie pod przybranym nazwiskiem. Zajmowałem się… zresztą nieważne, czym się akurat zajmowałem, na pewno czymś nielegalnym, nieetycznym i raczej lukratywnym (najprawdopodobniej był to handel hybrydami psów nieuznawanych przez żadne szanujące się stowarzyszenie kynologiczne bądź pisanie pod pseudonimem tanich powieści erotycznych), dość powiedzieć, że miałem — po raz pierwszy — rodzinę, i — nie pisząc — byłem naprawdę szczęśliwy. Sielanka nie trwała jednak długo, odnaleźli mnie w obcym kraju i, pod wpływem złych podszeptów i wcale licznych namów zaprzyjaźnionych redaktorów wątpliwej jakości pism literackich, którzy pragnęli wydrukować więcej fragmentów mojego opus magnum, porzuciwszy nowo nabytą rodzinę i szczęście, powróciłem do kraju sosny, jego mać. Jak pisał Edmundo Paz Soldàn: „Człowiek wraca z podróży z pełnymi kieszeniami, czegoś się dowiedział, o czymś zapomniał, zatruty i chętny, by zatruwać, żeby to, co jest, przestało być szybciej niż zazwyczaj przestaje, żeby królestwo tymczasowości raz na zawsze wbiło pazury w ten świat” *( Powróciłem więc, z pustymi kieszeniami, o wszystkim zapomniawszy, nie wiedząc, co dalej, zatruty postępowymi ideami, z mocnym postanowieniem oddechu, śmiałości artystycznej, jakiegoś wychylenia w przyszłość. Żadnych przeciągających się opisów stanów emocjonalnych, rozlicznych metaliterackich nawiązań czy nachalnych dygresji — mówiłem sobie — radykalne ograniczenie przymiotników i przysłówków, jak radził poczytny amerykański król wśród pisarzyn, zero dopowiedzeń i niedopowiedzeń, subtelnej ironii i wyrafinowanego języka, depresyjnych typów spod ciemnej gwiazdy o bogatym życiu wewnętrznym, piętrowych metafor i niekończących się wyliczeń, anafor, metonimii, aliteracji, parentez, para- i quasi-cytatów, programowego narzucania arbitralnych ograniczeń formalnych, nawiązujących w strukturze do metody oulipijczyków, zaniechanie stylu eseistycznego i „udziwnień” w rozumieniu tego przeklętego formalisty Szkłowskiego, ponieważ zrozumiałem, że muszę zrezygnować z siebie i swojego stylu, muszę wręcz zaniechać stylu, wyzbyć się go, by odnieść sukces. Tak się, kurwa, wychylę, że nieomal z balkonu nie wypadnę, niczym Hrabal. Bądź co bądź, pragnąłem stać się przebojowy przebojowością pięćdziesięciolatka po przejściach, wulgarny jak skurwysyn i bezczelny bezczelnością totalnego amatora, któremu wydaje się, że zdobył najwyższą wiedzę w dziedzinie, którą interesuje się od tygodnia, bo przeczytał góra dwie książki na temat hodowli jebanych rybek akwariowych. A jakby tego było mało, w najmniej spodziewanym momencie, w okresie kompletnego przewartościowania idiosynkratycznego stylu, poznałem kobietę reszty swojego życia, o co najmniej dwadzieścia lat starszą ode mnie, oszałamiającą. Zawsze byłem trochę à rebours, nie powinno więc dziwić, że nawet kryzys wieku średniego musiałem przechodzić niestandardowo, ja, który zawsze wybierałem kobiety w swoim wieku, w ogóle mało raczej w tej kwestii doświadczony, nagle zainwestowałem uczuciowo w partnerkę sporo starszą, jak gdybym w ten sposób pragnął odegnać od siebie śmierć i scedować całą odpowiedzialność życia na nią, sam nie wiem. Madame Boikot, bo tak kazała się tytułować, była bodaj najstarszą czynną zawodowo barmanką w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Miała pomiędzy siedemdziesiąt a sto dwadzieścia lat, nie sposób dociec. Od razu zdobyła moją sympatię, gdy zamówiwszy kolejną wódkę, usłyszałem wyskrzeczane jej przeżartym papierosami głosem: „Nie przejmuj się, dzieciaku, po pierwszej pięćdziesiątce najczęściej następuje druga”. No i zakochałem się jak małolat. W tym głosie, w jej dramatycznej ekspresji aktorki kina niemego i wiecznie rozcapierzonych palcach, swoistej pretensjonalności, głębokich zmarszczkach, arystokratycznych gestach i permanentnym makijażu, leniwym oku i sporych rozmiarów brodawce po lewej stronie ust. Nie będę ukrywał — to nie było pożądanie, lecz zauroczenie, nie chodziło o seks, a właściwie nie tylko o to, raczej chciałem chodzić z nią na długie spacery po plaży, trzymać się za ręce, wyjechać za miasto, by wspólnie obejrzeć wschód słońca, robić zakupy, zwyczajnie spędzać z nią czas i dzielić się nic nieznaczącymi uwagami o pogodzie i co będzie na obiad, całe to imaginarium miałkich, banalnych, rzucanych od niechcenia uwag o stanie świata, bo wiedziałem — siłą wieku i mimo wszystko doświadczenia — że właśnie na tym polega miłość, najdebilniejsza ze wszystkich ludzkich słabości. Byliśmy więc razem i wypracowaliśmy rutynę, która wyznaczała tempo dnia: ranki spędzaliśmy na pijaństwie, popołudnia na cudzołóstwie — wbrew moim wcześniejszym oczekiwaniom tyleż sensualnym, co czysto fizjologicznym — a wieczory mitrężyliśmy, ja zaś chciałem krzyczeć coś o chwili, żeby trwała, bo jest piękna. Potem z kolei chciałem ją zabić. Madame Boikot. *** Nie wiedziałem o niej nic poza tym, że w młodości wiodła awanturnicze życie w Paryżu, serwując absynt, uwodząc kogo się dało i „wydymając krnąbrne usteczka”, jak sama to określiła. Więcej mówić nie chciała, wymawiając się słabą pamięcią. Wspomniała tylko, że zawsze odmawiała udziałów w wernisażach, premierach i rautach, ponieważ lubiła tańczyć, nie znosiła zaś koterii i konfekcji, a podobne wydarzenia miały — w jej przekonaniu — coś ze środowiskowej buty, chucpy i minoderii. Pracując jako kelnerka w kawiarni artystycznej, poznała podobno samego Georges’a Pereca. Umierałem z ciekawości, jakim był człowiekiem i jak to spotkanie przebiegło, ale ona tylko stwierdziła, iż „żył jak nikt inny, umarł jak każdy”. Nie wiem, czy jest to epitafium godne wybitnego pisarza, ja w każdym razie byłbym trochę rozczarowany, gdyby ktoś tak o mnie powiedział, zwłaszcza tyle lat po mojej śmierci, gdy nic nieznaczące zetknięcie dwojga ludzi ma przecież czas, by przedzierzgnąć się w pełnoprawną anegdotę, kończącą się zaskakującym bon motem. Niemniej chciałem ją zabić. Co prawda tylko raz, przez krótką chwilę, nie z mojej winy, za to pod wpływem, lecz to nie zmienia faktu, że doświadczyłem syndromu Raskolnikowa, gdy ona akurat witała mnie w drzwiach, a ja stałem z siekierą w ręku — nie mam pojęcia, co siekiera robiła w moich rękach — i rozważałem wszystkie za i przeciw. Czy myślałem o „Trzeba zabić tę miłość” Morgensterna, czy o „Miłości” Hanekego — nie jestem w stanie ustalić. Wiem tylko, że zdałem sobie sprawę, że za stary jestem na takie efekciarskie gesty, będące przywilejem młodości, niech młodzież morduje staruszki siekierami, im jeszcze wolno zdobywać się na brawurę, i jej nie zabiłem, choć — przyznam — byłem dość blisko. Gdybym miał kilka tygodni więcej na zastanowienie, stojąc pod jej drzwiami i patrząc jej w oczy, gdyby czas się wtedy zatrzymał albo przynajmniej zdecydowanie zwolnił, możliwe, że inaczej by się to skończyło. Możliwe też, że wcale nie, ponieważ wyobraziłem sobie — nadal pod jej drzwiami, przed ich otwarciem — samego siebie po zbrodni, bezpowrotnie zbrukanego, raczej przecież nie uszłoby mi to na sucho, w tym wieku niełatwo zawiera się nowe znajomości i trudno przywyknąć do nowego adresu, i żal mi się zrobiło samego siebie, nie byłem gotów na stawienie czoła konsekwencjom zabójstwa z premedytacją. Oczywiście, starałem się zasięgnąć języka u stałych bywalców baru, w którym nadal pracowała. Wiele osób łączyło ją z kinem. I tak niektórzy twierdzili, że to ona była małą dziewczynką pojawiającą się na chwilę w początkowych kadrach „Złodziei rowerów” Vittoria De Siki, inni zaś utrzymywali, że znajdowała się pośród dziewcząt na lotnisku w „Playtime” Jacques’a Tatiego, jeszcze inni byli święcie przekonani, że można ją zobaczyć w grupie znajomych czekających na powrót Mabel ze szpitala w „Kobiecie pod presją” Cassavetesa. Nie wierzyłem w żadną z tych historii. Ponadto ktoś napomknął, że podobno łączył ją przelotny romans z Jeanem van Heijenoortem i to rzeczywiście wydało mi się najbardziej wiarogodne. Przypomniało mi się, o czym dumałem, gdy stałem pod jej drzwiami z siekierą w ręce. Otóż nie był to żaden z wymienionych filmów, raczej cytat z Ricardo Piglii: „[p]o trzydziestce […] jesteśmy już tylko smutnym zlepkiem mrzonek i wspomnień po kobietach, które zastrzeliliśmy z dubeltówki”. **( Może przez moment poczułem, że po pięćdziesiątce jesteśmy już tylko smutnym zlepkiem mrzonek i wspomnień po kobietach, które zarąbaliśmy siekierą, a przynajmniej z takim planem udawaliśmy się pod drzwi ich mieszkań. Symptomatyczna wydała mi się też reakcja samej Madame Boikot; otóż widząc mnie z potencjalnym narzędziem zbrodni w ręce, powiedziała zblazowanym tonem: „Wedle Witkacego Lew Tołstoj twierdził, że człowiek, który nigdy w życiu swym nie zapalił papierosa, nie jest zdolny do prawdziwej zbrodni w całym znaczeniu tego słowa”. Jak mówiłem, absolutnie oszałamiająca. W międzyczasie, prawdopodobnie z powodu silnych przeżyć, zapomniałem o uprzednio deklarowanym oddechu, śmiałości artystycznej, wychyleniu w przyszłość, wreszcie o wbijaniu pazurów w rzeczywistość. Stępiałem, a stępiawszy, na powrót stałem się tym, kim byłem, już to niewolnikiem stylu, już marną namiastką pisarza, pamiętającego jednak o słowach pewnego bodaj Irlandczyka, który bez cienia przesady powiedział podobno, że zostawia krytykom literackim materiał na kilkaset lat badań. Nie mogąc liczyć na uznanie za życia — w tej chwili nie jestem pewien, czy po pierwszej pięćdziesiątce zawsze następuje następna — przygotowuję się rzetelnie na sławę pośmiertną. Oczywiście, głęboko wierząc jedynie w życie pozagrobowe, nie śmiem twierdzić, że czeka mnie cokolwiek, choćby i rozpoznawalność, jednak wolę się zawczasu przygotować; szkoda by było, gdyby jednak ktoś po latach odkrył moją twórczość i nie znalazł w niej niczego zaskakującego, nic, czego warto by szukać. Krótko mówiąc, byłaby to wielka strata dla potomności i trochę jednak wstyd dla autora. Swoją drogą, musicie wiedzieć, że zawsze, to jest odkąd pamiętam, odczuwałem silną awersję do nikotyny. Odrzucał mnie nie tylko sam zapach, lecz nade wszystko akt palenia, sposób trzymania papierosa i tempo rozmowy, równocześnie zbyt szybkie — biorąc pod uwagę następstwo tematów oraz samą ich liczbę — i zbyt wolne — zważywszy na upływający czas. Uważam, że człowiek palący tak bardzo pragnie nabrać głębi, że gubi swojego interlokutora w domysłach, starając się być bardziej interesującym niż to konieczne; gdy się nad tym dobrze zastanowić, nie ma potrzeby bycia interesującym, to dość stara, ale jednak mało atrakcyjna słabość ludzi z założenia mało interesujących. Stąd też najwięksi palacze wśród Europejczyków — Francuzi i intelektualiści — nie dość, że są mało zajmujący, to są też najbardziej mętni w wywodach i nie sposób otrzymać od nich jednoznacznej odpowiedzi na najprostsze choćby pytanie. Oni nie mówią, by coś zakomunikować, oni mówią, by mówić, jak gdyby mówienie sprawiało im fizyczną przyjemność; nie rozmowa, lecz mówienie właśnie. Tym samym pytania retoryczne zaczynają pełnić funkcję riposty, półsłówka — równoważników zdań, a dygresje i chwyty erystyczne stają się erzacem informacji, oni zaś — przede wszystkim Francuzi i intelektualiści, ale nie tylko — brandzlują się własnym pustosłowiem w imię wyrafinowania i w oparach papierosowego dymu. Zresztą nawet najwięksi nie uniknęli blagi. Na przykład Juan Ramón Ribeyro, skądinąd znakomity literat, poświęcił swemu nałogowi cały esej zatytułowany „Tylko dla palaczy”. Pisze tam na przykład: „Palenie stopiło się prawie ze wszystkim, co robiłem. Paliłem, nie tylko przygotowując się do egzaminów, lecz także gdy oglądałem film, grałem w szachy, podrywałem jakąś ślicznotkę, spacerowałem sam po wybrzeżu; gdy miałem problem i go rozwiązywałem”, jak również: „Papieros pozwala nam połączyć się z ogniem i nie dać się spalić. Ogień jest na jednym końcu papierosa, a my na drugim. Dowodem bliskiego kontaktu jest fakt, że papieros pali się, ale to nasze usta wydychają dym. Dzięki temu wynalazkowi czynimy zadość pierwotnej potrzebie religijnej łączności z czterema żywiołami, z których bierze się nasze istnienie”. ***( Oczywiście, jako że Peruwiańczyk był nielichym erudytą, bez wahania czyni aluzje albo i nawet bezpośrednio nawiązuje do takich autorów, jak Molière, Mann, Gide, Svevo, Flaubert, Gorki czy Hemingway. Warto by do tego spisu — by uczynić go nieco pełniejszym, naturalnie — dodać postaci takie, jak Duchamp, Munch, Camus, Bolaño, Perec, Cortázar czy Andrés Barba. Nie mam pojęcia, co tak skompilowana lista miałaby reprezentować, jestem jednak przekonany, że lista zawierająca więcej nazwisk jest pełniejsza od listy, zawierającej nazwisk mniej. Bądź co bądź, żeby już nie przedłużać tej niekończącej się dygresji, pragnę zauważyć — nota bene, temu jednemu spostrzeżeniu służył cały ten dość długi wywód — że wskutek abstynencji nikotynowej nie potrafiłem popełnić zbrodni, którą powinienem był popełnić, by sprowokować śmierć i w ten sposób jej uniknąć, co było do udowodnienia. Inna anegdota łączyła jej pobyt w Paryżu z osobą niejakiego Antoniego (Antona) Adamovskiego, eksperymentalnego twórcy teatru offowego i animatora życia kulturalnego zubożałych mas, teoretyka teatru, scenografa, reżysera, założyciela awangardowej grupy, która na pierwszy plan wysuwała język sztuki, przy programowym ograniczeniu pozostałych środków wyrazu. Adamovski zgromadził wokół siebie grupę entuzjastów, uważających go już to za mesjasza, już za zręcznego prowokatora, będącego przepustką na salony bohemy. O ile mi wiadomo, udało im się wspólnie zrealizować — nie w Paryżu, lecz na prowincji — „Nadobnisie i koczkodany” Witkacego, „Pokojówki” Geneta i „Nosorożca” jakiegoś rumuńskiego dramatopisarza. Madame miała też sama pisać sztuki, ale żaden tekst się niestety nie ostał; sama wspomniała raz, że wszystkie je spaliła, zadając tym samym kłam — przez okazanie — ryzykownym deklaracjom Bułhakowa. Koniec końców, jako że spektakle nie cieszyły się zainteresowaniem publiczności, a wszystkie zgromadzone środki pieniężne zostały przeznaczone na zakup dewocjonaliów oraz narkotyków, trupa uległa samorozwiązaniu podczas prób fragmentów „Króla-rybaka”, Anton wyemigrował do Ameryki Południowej, Madame Boikot nie zrobiła kariery dramaturgicznej, pozostał sam trup. Im lepiej ją znałem i im mniej o niej wiedziałem, tym częściej dopowiadałem sobie możliwe choć mało prawdopodobne koleje jej losu, tworząc w ten sposób mozaikę życiorysów, palimpsest potencjalnych przeżyć. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że moja inwencja twórcza i pomysłowość nigdy wcześniej ani później nie były tak żywiołowe i nieposkromione jak w okresie, gdy z nią byłem, to ona zaprzęgała moją wyobraźnię do wytężonej pracy. Przecież, biorąc pod uwagę jej zaawansowany a trudny do ustalenia wiek, nie mogłem wykluczyć, że to właśnie ona wynalazła koło, odkryła dla świata twórczość Soulages’a, Hartunga, Mathieu i de Staëla, że to z jej rąk Kim Nguyen Baraldi otrzymał pierwsze wydanie „Życia instrukcji obsługi” na niedzielnym ryneczku w Saint-Aubin w Tuluzie, że to ona osobiście inspirowała krytykę grupy Young British Artists z Damienem Hirstem na czele, od Szostakowicza otrzymywała listy z Żukowki, Kujbyszewa i Moskwy, dla niepoznaki adresowane do niejakiego Izaaka, była świadkiem, jak Czarodziej z Rygi zdobył mistrzostwo świata, by już w następnym roku stracić tytuł, że to ona nieoficjalnie pomagała Ianowi Monkowi w przekładzie dwóch pierwszych książek Daniela Pennac, że po północy zostali już tylko oni — Ribeyro, Panchito, Santiago i Madame Boikot — popijając pożegnalne wino przy barze w Relais Odéon. Nadal nie mogę przeboleć, że nigdy nie przeczytam żadnego z jej dzieł scenicznych, niewystawionych przez awangardową grupę Adamovskiego, zapomnianych, prawdopodobnie zniszczonych przez samą autorkę. Zważywszy na mój nowo nabyty temperament, umiejętnie stymulowany jej obecnością, nie mogłem nie uzupełnić luk i nie wymyślić sztuki, której ona — jak mniemam — nigdy nie napisała. Rzecz rozpoczyna się od iście beckettowskiej sceny, beckettowskiej w zarysie, nie zaś w ogóle — podejrzewałem swoją kochankę o różne bezeceństwa, nie śmiałbym jednak zarzucić jej aż takiej lakoniczności — oto widzimy kobietę, około pięćdziesięcioletnią, która stoi na balkonie. Poszarzały włos wyraźnie zwichrowany, dekolt — ledwo, ledwo zasłonięty przez halkę po babci nieboszczce — w rozsypce. Choro wygląda. Załamuje ręce. Rozpacza. Na balkonie oprócz niej pusty karmnik dla ptaków i tak samo pusta popielniczka. Oraz paczka cukru. Kobieta nie może wejść do mieszkania. Nie rozumie i nie dowierza. Zwraca się w lewą stronę sceny, w kierunku wielkiego nieobecnego, który nigdy nie odpowiada. Po prawej dyskutuje z sąsiadami. Ci rozmawiają, jednak bardziej z sobą niż z nią, stanowią ucieleśnienie przeróżnych postaci znanych skądinąd, przypadkowych plotkarzy z klatek schodowych, wścibskich okupantów balkonów, emerytów i rencistów inwigilujących najbliższe otocznie, tajnych współpracowników służb i informatorów policji, nie do końca świadomych jej absurdalnego położenia. Lecz i ona się zmienia ze sceny na scenę, podzielonych na pięć składowych: wiosna, lato, jesień, zima, śmierć; od zaprzeczenia przechodzi do gniewu, od gniewu do targowania, po targowaniu następuje depresja, po niej zaś akceptacja. Główna bohaterka, określona mianem „kobiety o nieustalonym statusie ontologicznym”, funkcjonuje gdzieś pomiędzy rzeczywistością a fikcją, pokutując „za partyzantów, powstańców i legiony, za kobiety, co los wlecze”. Mimo że w początkowych partiach krzyczy jeszcze: „Przecież ja żyję, nie mogę życia na balkonie spędzać. Strawi mnie ten balkon niechybnie, głodem zmorzy”, to później staje się pacjentką, która nie reaguje na dotyk, nie reaguje na próby podjęcia kontaktu werbalnego, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego, bo przestało jej zależeć. Pacjentka przestaje być pacjentką, staje się powłoką pacjentki, egzystencją bez esencji, protezą istoty żywej. W finalnym akcie stwierdza: „To nie wydarzyło się w pojedynczym akcie, cały powrót stanowił jak gdyby proces, ewentystyczny łańcuch, w którym gradualistycznie urzeczywistniała się moja potencjalność. Państwo nie rozumieją. Dojrzewałam do tego. Powracałam do siebie partiami, kawałek po kawałku odzyskiwałam kolejne części siebie, aż złożyły się w całą postać, z tymi samymi fobiami i lękami, co poprzednio. Nie jestem zdrowa” oraz wyznaje, że tym, co ją zmotywowało, był „Głównie strach i wynikająca ze strachu wola przeżycia. No i ta nieustanna obawa przed rozczarowaniem otoczenia, bo co ludzie powiedzą? Można by rzec, że uratowała mnie drobnomieszczańska mentalność”. Na sam koniec następuje ekspiacja: „Taka właśnie byłam. Albo zapominałam wszystko od razu, albo nigdy, bo wydawało mi się, że nie ma nic zabawniejszego niż ludzkie nieszczęście. Moje błędy stanowiły sens życia, jego jedyny cel, a słowa były wszystkim, co mi pozostało. Cały czas histerycznie pragnęłam spokoju i zapomnienia. A później, gdy wreszcie nadeszły, przeklęte a upragnione, odczułam całą potworność sytuacji, która stała się moim udziałem. Ale nauczyłam się, że jest nadzieja, że jutrzenka przynosi nowy dzień, który możemy uczynić lepszym. Nawet jeśli upadnę, to zrobię to dobrze, lepiej niż inni. Dostanę lepsze noty za styl”. Gdy jej rozmówcy odchodzą, ona cytuje fragment z „Bladego ognia” Nabokova („I byłam jak gdyby cieniem jemiołuszki, zabitej przez pozorną głębię szyby…”) i zaczyna za nimi biec, jednak wpada na szybę i odbija się od niej. Próbuje ponownie, z podobnym skutkiem. Dotyka szyby i uzmysławia sobie jej istnienie. Zostaje sama. *** Momentami nie mam nawet pewności, czy naprawdę istniała, jak gdyby była tylko kaprysem mojej wyobraźni, elementem rzeczywistości pomijalnym w planie wszechświata. Nie wiem już, czy spotkała Pereca ani czy mogła oglądać na żywo mecz Tala, czy zagrała w „Kobiecie pod presją” Cassavetesa, czy to do niej pisał Szostakowicz, czy romansowała z Jeanem van Heijenoortem, wreszcie czy natknęła się na mnie w najgorszym momencie mojego życia. Jeśli jednak gdzieś tam była, nawet jeśli nigdy na siebie nie wpadliśmy i nie zamieniliśmy z sobą słowa, nie wypowiedziała wszystkich tych lakonicznych zdań, zupełnie niebeckettowskich, i jeśli dane jej było zachwycić się czymkolwiek większym niż ona sama, to mam przekonanie graniczące z pewnością, że jedna jest rzecz pewna i niepodważalna, że jednemu nikt nie ma prawa zaprzeczyć, to jest że po północy zostali już tylko oni — Ribeyro, Panchito, Santiago i Madame Boikot — popijając pożegnalne wino przy barze w Relais Odéon. *( przeł. T. Pindel **( przeł. B.Jaroszuk ***( przeł. N. Pluta Adrian Krysiak (ur. 1987) – mieszka i pracuje w Poznaniu. Z wykształcenia lingwista, z zawodu lektor języków obcych z zacięciem krytyczno-terapeutycznym, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” oraz „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.
- Marcin Zegadło – / obraz / może / zawierać/ (Marta Eloy Cichocka)
„Obraz może zawierać..." - tekst, który czytamy, kiedy z jakiegoś powodu nie ładują się dane obrazu. A zatem "obraz może zawierać" coś czego zawierać nie musi. Obraz, który może wyprodukować nasza wyobraźnia, sztuczna inteligencja, algorytm, przyszłość lub zrobiła to już jakaś przeszłość. Pochodzenie obrazu w takim wypadku znajduje się w we mnie, w tobie, w kimś, kto zderza się z symboliczną pustką - a może z obietnicą czegoś, co za chwilę nastąpi. Jednocześnie obraz przychodzi z jakiegoś "na zewnątrz". Obraz pochłania nas i stajemy się częścią obrazu. Jesteśmy jednym z miliona pikseli, które widziane z odpowiedniej odległości tworzą kolejne wizerunki kosmosów, które wirują tworząc niespokojną współczesność. Ta książka szczególnie dzisiaj wybrzmiewa złowrogo, bo to jest opowieść o końcach świata, które wydarzają się niepostrzeżenie. A zatem, obraz może zawierać "miasto, niebo, słońce", "szkielet dorosłego", "rozsypane jabłka ", "oszklone hotele", "pomarańczową kurtkę mężczyzny siedzącego na rumowisku", "dwoje zabitych dzieci", "pięć tysięcy hełmów", "buty depczące półnagie oplute ciało". Obraz może zawierać "ekran który może zawierać...". To zawsze są jakieś pętle. Uwikłania. To są historie, które lubią się powtarzać. To prawdopodobieństwa i fakty. Zmyślenia, mrzonki i historie, które wydarzyły się naprawdę, "wkurzone kobiety sfrustrowani mężczyźni wściekli przedsiębiorcy". Jest w tych wierszach zamknięty w porządek - chaos zdarzeń, jest w nich ostateczność losu tych, którzy codziennie budzą się i zasypiają, a później, kiedy "wzdrygnie się ziemia i połknie tysiące śniących ludzi" inni "czekają w nocy na śniegu dwie godziny zanim odważą się wrócić po ciepłe kurtki i buty". U Eloy Cichockiej światy wydarzają się równolegle. Jest w tych lirykach napięcie, które pojawią się w chwili oczekiwania. Coś ostatecznie zawsze wyświetli się na ekranie. To może być on lub ona, to mogą być ich dzieci, jej ojciec, czyjąś śmierć, rewolucja lub wojna. Jest tutaj atmosfera "złych wieści", jest wisząca nad nami ciemna chmura, a jednak żyje się, bo u Eloy Cichockiej życie tętni, pulsuje. Oddycha się tutaj rozpaczliwie chwytając powietrze, żeby zdążyć zrozumieć, zanim wszystko zniknie, ponieważ "obraz może zawierać" również pustkę po nas. To wybrzmiewa w tych wierszach. Z tym się jest i to we mnie "po tych wierszach" zostaje. Do tego chcę wracać, bo Eloy Cichocka w mistrzowski sposób łączy intrygującą formę z uważnym komentarzem do współczesności - reportażem z otchłani jaką jest życie "tu i teraz", z mroku jakim jest człowiek. Konstrukcja tomu to niemal matematyczny układ tekstów, które chwytają w kolejne nawiasy, frazy zapętlajace się, następujące po sobie - tak jak następują po sobie doniesienia medialne - wbijają się w naszą świadomość. Dowiadujemy się że "(...) politycy spotykają się niszczą sobie schrony/ dzwonią do siebie robią sobie selfie tweetują że dziś są wielkie czasy i pora na wielkie poświęcenia/ bo jest nas tutaj już osiem milionów", innym razem "obraz może zawierać "(...) domy z ogródkami hamaki przedszkole" albo "(...) początki życia po horyzont/ morze atlantyk pacyfik (...)". Wszytko jest petlą, domkniętym układem zdarzeń - zdaje się mówić autorka. Jest czymś w czym nie sposób dostrzec sensu, bo "obraz może zawierać kosmos który/ może zawierać ekran który może / zawierać obraz który nic nie zawiera/ niczego nie udowadnia nic nie znaczy" - "a łańcuch ten/ wielkiej lekkości/ zrobiony jest z hałasu" Ta książka jest systematyzowaniem jazgotu, który generuje rzeczywistość - jakkolwiek ją rozumiemy. *** Poezji Marty Eloy Cichockiej towarzyszę od wielu lat i nawet jeśli jej nowy tom wierszy byłby jedyną wydaną przez nią książką, byłbym przekonany, że ta niezwykle utalentowana poetka, tłumaczka i fotografka, jest jednym z najcenniejszych zjawisk we współczesnej polskiej poezji i jest tak wbrew temu, co często nam czytelnikom próbuje się wmawiać. Sięgnijcie po tę książkę koniecznie. / obraz / może / zawierać/, Marta Eloy Cichocka, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2023 Tekst opublikowany pierwotnie na stronie Księgozbiry: https://www.facebook.com/pogrzebwpapierach Marcin Zegadło (ur. 1977) - poeta, recenzent, publicysta, autor 7 tomów wierszy, ostatnio wydał Martwe i Ozdobne (2022), ósmy tom wierszy ukaże się na początku przyszłego roku. O książkach pisał do „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”.










