top of page

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jakub Parada – cztery wiersze

    (Albedo) Niczego nie zmienię; mój wzrok gnijący, ruchy zastygłe, moje zawały obrastają w pnącza .            Nazwałabyś to pięknym, łkając. Trwam, moim obliczem lasy karpackie, gdy nocą spod kontroli umyka ogień;             pląsa po łąkach. (losy) potrzebuję słyszeć głos nie rozumieć słowa tam gdzie tkwi spokój utrzymanie kosztuje              niektórych z nas spacery po szkle posiniaczone kolana nie mów gdzie nie pokazuj (któryś z wierszy, ostatni) nie stoi w drzwiach, nie wtuli się, nie zatęskni miewało gorszych ojców ale jeśli czeka,             to moje (Limbo II) śniłem miłość i że muszę iść. źrebię ukradło moje kroki; płaskowyż fusów kradnący przestrzeń pomiędzy odtrąceniem a foliowym workiem. jego wilgoć w pewien sposób jest wspólna. Jakub Parada – miłośnik wina i rozmów. Za poezje raz wygrał dwieście złotych, idealnie, bo zwróciło się za paliwo.

  • Mariusz Sambor – cztery wiersze

    [wszyscy dla wszystkich] tyle nieszczęścia wszyscy dla wszystkich niczego przecież już nie brakuje dziś gotów jestem zaakceptować choć to zdumiewające a jednak słowo wyruchało tekst wysłano Przełóżmy nasze spotkanie napisał nie miałem już sił ani okazji z nim o tym porozmawiać Niebo zasnuły chmury liście były już duże i ciemnozielone mimo wszystko jakby czegoś brakowało z początku z początku byliśmy bezradni w kącie hangaru najpiękniejszy samolot świata piekielna maszyna nie wiedziałem – najcięższy pies w Czechach waży sto dwadzieścia cztery i pół kilograma mówiliśmy znowu o miłości czy jego właściciel sprząta kupy wywrotką? jesteśmy rozbawieni jak za dawnych czasów sto dwadzieścia cztery i pół kilograma punk nie jest już punkiem depresja ogrom odpowiedzialności depresja? idź na spacer mówią ugotuj sobie zdrowy posiłek punk nie jest już punkiem Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021) oraz zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022). W listopadzie 2023 roku ukazał się jego epistemologiczny komediodramat Pani Kołodziej (2023). Publikował w czasopismach literackich oraz w antologiach: Strefa wolna. Wiersze przeciwko nienawiści i homofobii (2019), Wiersze i opowiadania doraźne 2020 (2020), Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych (2020) oraz Kosmonauci Nośnych Haseł (2022). Mieszka w Krakowie.

  • Ewa Kłobuch – pięć wierszy

    miłości jestem może tylko stoję zbyt daleko od okna żebyś mógł mnie dostrzec ze swojej drogi krzyżowej skręcisz prosto na łąki tam skulisz zesztywniałe ramiona pozwalając by obrosły bodziszkiem chabrami babką rany wygoisz tamta kobieta nie będzie czekała ma coraz mniej czasu i cierpliwości starczy jej ledwie dla dzieci nigdy o nią nie zapytam o innych też nie chcę wiedzieć w czym były lepsze czy okna miały jaśniejsze czy może same wychodziły naprzeciw słyszysz to ostrzą noże wstań bedą kosić wezmę psa i jakoś się znajdziemy oddzielając źdźbła od drzazg na jedną stronę ból na drugą pieszczoty tej nocy znów będę niekompletna wróciły nocne moczenia zgniły wyż odkłada się grzybem w kącie gdzie chodzę się wstydzić za mnie za ciebie ból jest jak światło w sekundę siedem razy okrąża moją planetę wsiąka w materac i jęczą sprężyny w rytm pchnięć nim wytryśnie cały jad kilka razy zwątpię w człowieczeństwo nieobojętna na działanie soli kruszeję pod twardą ręką tej nocy znów będę niekompletna latarnik noszę w sobie przyszłych proroków bezdomnych i domokrążców czuję ich ciężar na spojeniu łonowym co jeśli kości się rozejdą noszę w sobie strach wyssą go z moim mlekiem zostawią puste piersi i ręce pójdą w świat sprawiedliwie rozdzielać nasienie będę nad nimi płakać będę ich szukać pośród ludzi w kościołach i pustostanach będę wołać po imieniu a echo będzie mi to imię oddawać jak pies rzuconą mu piłkę odda i ciszę powtórzy ile razy zamilknę ale ciszy nie zliczysz jak bezpańskich kotów noszę na sobie ślady ich pazurów i sierść ich wzrok przenikający mrok a może i światło co jest pod światłem nie wiem może pewność że ten który czuwa jest tym który świeci Szwaczka Milleta skupienie wyraźniejsze nawet od bieli kołnierzyka i ten wymuszony bezruch gdy akurat prowadzisz igłę zgrabnymi ruchami wprawionych rąk cerujesz by napełnić brzuch głód dotkliwszy jest od braku zbytków niepotrzebne ci one tylko praca spokój i chleb biednemu wystarczy miejsce by złożyć głowę monotonia ruchów i dni światło pada ci na ręce nie ma go w oczach czerwony sznurek na którym wiszą nożyczki jest jak wykrzyknik w tej pozornej ciszy tonowanej doborem barw śledzisz drogę którą pokonując nitka łata twój trud jakby dziury nie było jakby malarz podłożył dobrą sztukę i tylko zmęczenie wydaje się być prawdziwe śmierć Marii purpurowy płaszcz płowieje w słońcu i tak - jest mi wstyd za wszystkie słabości Golgota na którą sama znosiłam kamienie z półką skalną by odpocząć po dniu a przed nocą myśli spadają w otwarte dłonie są brudne usta pełne skarg a ty rokrocznie powtarzasz drogę i ból zmieniają się tylko krzyże coraz cięższe mimo to pozwalasz się prowadzić za ostatni próg więcej nie uniesiesz Ewa Kłobuch (ur. 1982) – mieszka we wsi Turza w gminie Ostrzeszów. Zawodowo zajmuje się opieką nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Pisze wiersze (rzadziej opowiadania), które publikowane były pod szyldami "Nowych myśli", "Bezkresu", "Akantu", "Pisarzy pl" oraz w kilku almanachach.

  • Andrzej Molenda – Tiri

    Biały śnieg przykrył brud miasta i wchłonął go. Jak szary welon okrył płyty chodnikowe, podmurówki kamienic, krawężniki kaleczone przez buty, koła pojazdów i urynę pijanych przechodniów. Wszystko to zastygło pod wijącą się w najdziwniejszych formach masą w oczekiwaniu na pierwsze promienie wiosennego słońca. Tiri szła łamiąc przy każdym kolejnym kroku te delikatne formy. Wspinała się po ich szczytach lub tonąc w niezaschniętej mazi błota, śniegu i soli, zostawiając swój trudno rozpoznawalny ślad na wszystkim, czego dotknęły jej buty. Popatrzyła przed siebie spod białego, delikatnie przyprószonego pyłem kaptura. Nawigacja wyprowadziła ją dobrze. Stała przed kawiarnią z wielkimi błyszczącymi neonami w kolorach zestawu akrylowych farb. Jarzące światło leciało w przestrzeń i załamywało się na ubłoconych chodnikach. Spojrzała krytycznie na swoje odbicie, policzki były lekko zaczerwienione od mrozu, ale na szczęście nie było tego widać spod grubego makijażu. Tylko usta nabrały jakiegoś szczególnego wyrazu i nie dało się ich dobrze ułożyć – zresztą to już bez znaczenia, pomyślała i przygryzła odruchowo zdrętwiałą od zimna wargę. Drzwi automatycznie otworzyły się, kiedy tylko podeszła krok do przodu. Wnętrze było pełne niebieskiego światła. Usiadła na plastikowym fotelu obitym lekko brudnym czerwonym pluszem. Bar, metalowa rampa na plastikowym owalu, obsługiwana i czyszczona przez maszyny, emitował zieloną poświatę, która uparcie walczyła o pierwszeństwo z niebieskim światłem. Dookoła szeleszcząc ubraniami siedzieli ludzie z urządzeniami w rękach. Uśmiechali się co chwila w najdziwniejszych momentach. Przez chwilę Tiri chciała sięgnąć po własne urządzenie, ale przypomniała sobie, czym to grozi. Poczuła lęk, który powoli, lecz niepostrzeżenie wlewał się jej przez żołądek do gardła i dalej do głowy. W momencie, w którym chciała krzyknąć, żeby wypuścić go dalej, zauważyła, że stoi nad nią Rtob. – Coś niedobrze wyglądasz – zaintonował śpiewnie, przechylając głowę jak ptak, który przygląda się kamieniowi. Tiri poczuła obrzydzenie, które powoli zamieniło się w lęk. Obrzydzenie do tych blond włosów, modnego szeleszczącego płaszcza, makijażu i starannie ułożonej mimiki. – Ach, to ty. Nie zauważyłam – powiedziała niby od niechcenia – zamówisz mi coś, czy będziesz tak stał? Głos miała pewny, usiłowała tylko ukryć lekkie drżenie dłoni. – Tobie? – Ostatnim razem byłeś milszy. – No dobrze – odpowiedział wciąż nie tracąc dobrego humoru. Tiri wiedziała, że za kilkanaście minut nie będzie w stanie już nic zamówić w tym miejscu. System z pewną inercją przekaże jej dane do inteligencji obsługującej bar, a wtedy maszyny z obsługi powoli, ale bez zbędnego wahania wyrzucą ją na ulicę. Prosto na zimowe błoto. Widziała to już kiedyś. Niedowierzanie, próby przebłagania maszyny. Zupełnie jakby krzyk miał jakiekolwiek znaczenie dla algorytmów, dla krzemowych ciał. Kiedy tylko postawiono przed nią szklankę z różową cieczą Tiri wbiła siekacze w słomkę i łapczywie zgniatając jej końcówkę piła, póki wystarczyło jej oddechu. Dopiero po chwili rozluźniła szczękę, spojrzała na Rtoba. Patrzył na nią z politowaniem, ale tym razem nie było w jego spojrzeniu złośliwości, która zawsze kryła się mu gdzieś w miejscu głębszym niż źrenica otoczona kolorowym szkłem kontaktowym. To jest moja sekunda, pomyślała Tiri i szeptem, żeby nie zwracać uwagi innych w barze, powiedziała. – Dzisiaj rano straciłam wszystkie zasięgi – przez chwilę słychać było tylko słodkie piosenki, puszczane zawsze o tej porze na Święto Prezentów. – Wiem – odpowiedział Rtob podnosząc swoją szklankę – mam swoje źródła informacji, inaczej nie utrzymywałbym tylu followerów. Jak to się stało? – To przez ostatni wpis – powiedziała, spoglądając lękliwie na swoje urządzenie mobilne, które, chociaż ukryte w torbie mogło przecież coś zarejestrować. Napisałam, że... – Co za cudowny wieczór, inteligencja wspaniale dobrała smak, cudowny kolor słomki – krzyknął Rtob ze źle ukrywaną wściekłością. Tiri zrozumiała w porę, a zresztą pewnie i tak nie miała już nic do stracenia. – Widzisz – powiedziała po chwili, mieszając resztki kleistej cieczy słomką – tam nie było nic takiego, zwykła pomyłka. Po prostu pomyłka. – Kto orzekał? – zniechęcony Rtob czując, że i tak nie wymknie się z tej niezręcznej sytuacji i musi dociągnąć w miarę bezpiecznie rozmowę do końca – Pierwszy stopień AI, sędzia Dominik – Pisałaś odwołanie? – Oczywiście. Ze cztery razy, ale zawsze ten sam komunikat. – Niech zgadnę: „Dziękujemy za zgłoszenie. Twój wirtualny sędzia Dominik AI pierwszego stopnia przyjął twoją skargę i jest ona rozpatrywana w trybie normalnym” i po chwili „Dziękujemy. Sprawa została zakończona. W razie niepogodzenia się z sytuacją lub złej jakości usług prosimy o napisanie odwołania do Twojego sędziego” – dodał kwaśno i zaraz zerknął na swoje urządzenie mobilne. Poczuł, że zbytnio się rozluźnił. Tiri uchwyciła tę sekundę strachu i pomyślała, ciekawe, czy coś z tego będzie. Neon przy barze pulsował nadal spokojnie diodowym bezbarwnym światłem. – Jakie mam wyjście? – zapytała półgłosem – Albo przekonać Świadomość, ale to mało prawdopodobne. Albo... – zawahał się przez chwilę – albo przejść przez Świadomość. – Jak? – Zależy od sprawy, trzeba odpowiednio się odwołać, ale zapomnij, to nie udało się nikomu. – Muszę próbować – Tiri wzruszyła ramionami zupełnie jakby jej nie zależało – Zapomnij, jesteś albo za chwilę będziesz zerem. Idź do schroniska dla bezzasięgowych albo upij się, póki możesz i skocz z najbliższego mostu. Coś we wnętrzu Tiri drgnęło, poczuła delikatny dreszcz, który przeszedł jej przez środek ciała od nerek i zagubił się gdzieś przy ramionach. – Istnieje podobno sędzia ludzki – dodała, badając reakcje Rtoba. – Skądże? Zresztą, nieważne – podniósł pomalowaną dłoń – i tak tam nie dotrzesz. Kilku jeszcze żyje, chociaż kto to wie. Może już żadnego nie znam, ale nawet jeżeli zdobędziesz adres któregoś, to on i tak do odwołania potrzebuje kodu, którym dysponuje świadomość. Bez kodu sędzia gówno może zrobić. Tiri popatrzyła na swoje ubrudzone buty, dopiero teraz zobaczyła, że podłoga wyłożona jest linoleum, na którym pod warstwą brudu pozostały jeszcze ślady zielonkawej klejącej się farby. Po raz drugi tego dnia przeszła ją fala obrzydzenia. Popatrzyła na Rtoba, ale w jego oczach dostrzegła już tylko ślad złośliwości, który znała tak dobrze. – No i oczywiście nie będę mógł już z tobą sypiać. Mam za wiele do stracenia. Zresztą i tak nie możesz umówić się ze mną przez aplikację. Do widzenia księżniczko, lepiej już spierdalaj. Wiesz, że za chwilę AI baru się dowie? Tiri gdyby tylko mogła, wydrapałaby mu oczy jego własnymi paznokciami. Obejrzała się, AI przy barze konsultowały się ze sobą. Nie czekała dłużej, wzięła torbę, wstała, wypiła resztki słodkiej klejącej się cieczy i wyszła. Po raz trzeci tego dnia poczuła obrzydzenie. Tym razem wpłynęło do jej gardła i spłynęło do żołądka. (...) Oderwała wzrok od brudnych, obłych kształtów i spojrzała na kolejny zakręt przed sobą. Położyła rękę na mokrej, od mżawki, kurtce. Nigdy o tym nie myślała ale przecież tam w głębi jej ciała coś rytmicznie uderzało. Teraz zlęknione zaczęło uderzać mocniej i mniej równo. Zamknęła oczy. – To chyba ostatni zakręt – pomyślała. Otworzyła oczy i ruszyła przed siebie. Wydawało jej się że łuk po którym szła nie skończy się nigdy. Zupełnie jakby zawracała. A może zresztą tak było? Wreszcie na końcu zobaczyła postać ubraną w zdeformowaną zieloną koszulę z jakiegoś nieznanego jej materiału i wąskie spodnie przechodzące w wysokie buty zakończone zardzewiałymi czubkami. To był strażnik. Na głowie miał kaptur. Nie poruszał się, Tiri też zatrzymała się, jakby bezruch strażnika ją obezwładnił. Wreszcie przemogła się i podeszła kilka kroków bliżej. Tak żeby człowiek ją usłyszał, ale tak, żeby w razie czego mogła jeszcze uciec. Przynajmniej miała taką nadzieję. Otworzyła usta i stała tak przez chwilę próbując wydobyć słowa. Wreszcie, dużo ciszej niż zamierzała, powiedziała – Chcę wejść do rezerwatu. Czy tutaj jest właściwa brama? Strażnik drgnął lekko. Od niechcenia sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął z niej pistolet. Strzelił również od niechcenia tuż pod stopy Tiri. Odłamek kamienia przeleciał minimetr od jej oczu zacinając ją w łuk brwiowy. Poczuła, że coś ciepłego spływa jej do oka. Złapała się odruchowo za twarz i zaczęła krzyczeć. Wtedy poczuła na karku dotyk zimnego przedmiotu. Ktoś za nią powiedział – Taka duża a tak ryczy. O, algorytmie! – za plecami Tiri rozległ się dziewczęcy śmiech. - Zostaw ją Lilly – powiedział ten sam głos. Człowiek spod bramy z wyraźnym zawodem schował broń znowu w spodniach. – Co my tu mamy – powiedział głos za jej plecami. Tiri obróciła się. Za nią stała dziewczyna o dziwnej, sztucznie wąskiej czarnej twarzy i kręconych włosach. Ubrana była w biały płaszcz, zakończony kołnierzem z futrem. – Kolejna – znowu się roześmiała nerwowo i machając ręką w stronę postaci przy bramie, dodała – zdejmij ten kaptur. Spod kaptura ukazała się kobieca twarz pokryta drobnymi tatuażami, zupełnie jakby ktoś zapisał na niej tekst. Uszy kobiety były przekłute dwoma okręgami prehistorycznych dysków magnetycznych a dolna warga odstawała w dół pod ciężarem wielkiego kła przebitego tuż przy kącikach ust. Warga przy każdym geście drgała i kiedy Lilly mówiła, warga zawsze drżała sekundę dłużej. – Ach, ta nasza Lilly (she) – powiedziała dziewczyna w białym płaszczu. – Jak masz na imię ? – zapytała się kierując wzrok na Tiri, która ciągle trzymała dłoń na piekącym miejscu ponad brwią. - Tiri – wyszeptała – przyszłam tutaj żeby... – Tak, wiemy – dziewczyna kopnęła od niechcenia puszkę leżącą na chodniku – chcesz odzyskać zasięgi, a żeby to zrobić musisz oszukać wielką świadomość. Słowa „wielka świadomość” dodała lękliwym szeptem. – To nie tak. Zaszła pomyłka – I na pewno jesteś niewinna, wszyscy jesteście niewinni. Świadomość – dodała po chwili mrużąc oczy jakby miała krótkowzroczność i patrząc gdzieś na ulicę ponad głowa Tiri – świadomość nie popełnia błędów. Inaczej przecież nie byłaby świadomością. – A Ty jak straciłaś zasięgi? Skąd tyle wiesz? – Nie straciłam, nigdy ich nie miałam. Urodziłam się tutaj w rezerwacie – Tutaj? W rezerwacie? – Tiri nagle poczuła się bardzo słaba. – Lepiej chodźmy za bramę. Lilly idziemy do domu – dodała szybko jakby z niepokojem. Lilly kiwnęła głową i przebita warga drgała jeszcze jakiś czas potwierdzając jej zgodę. (...) - To już blisko – szamanka w białym płaszczu podniosła rękę i przyłożyła ją do ust – musimy być cicho, inaczej zasięgi się spłoszą. Po chwili teren zmienił się i zaczęły wchodzić na spore wzniesienie. Najpierw co jakiś czas później coraz częściej Tiri zauważała wywrócone i zardzewiałe pierścieniowe lampy do vlogowania, statywy, routery, ścianki z obdrapaną farbą, poprzerywane blendy. Było ich coraz więcej i więcej. Wreszcie zostali otoczeni przez sprzęt i na szczyt mogli wejść tylko jedną ścieżką o szerokości człowieka. – Zanim wejdziemy na szczyt, musisz wziąć ze sobą ducha opiekuńczego – powiedziała szamanka szeptem tak cichym, że Tiri trudno było rozpoznać, czy jej oddech rzeczywiście formuje się w słowa, czy to tylko iluzja. Szamanka wskazała na jedno wolne od sprzętu miejsce tuż obok ścieżki, którego Tiri nie zauważyła wcześniej. Podeszła bliżej, okazało się, że puste miejsce było po prostu dziurą, z przymocowaną drewnianą drabiną ginącą w jej wnętrzu. Szamanka założyła na głowę Tiri zapaloną czołówkę i bez słowa wskazała na drabinę. Tiri pochyliła się, żeby oświetlić wnętrze, ale światło nie odbiło się od żadnego dna. Pomimo gorąca wywołanego marszem pod górę poczuła, że robi się jej zimno na plecach. Odruchowo złapała dziewczynę za ramię. Ta dała jej zachęcające spojrzenie. Tiri wreszcie puściła dziewczynę i powoli bardziej sunąc nisko nad ziemią, niż idąc, zupełnie jakby to coś zmieniało, przybliżyła się do drabiny. Złapała za drewniane poręcze i zaczęła zanurzać się w głębokiej ciemności. Wydawało jej się, że idzie już bardzo długo, ale nie miała odwagi spojrzeć pod nogi. Spojrzała tylko z ciekawości za siebie, bo wydało jej się, że wąski otwór rozszerzył się nieco. Z wrażenia aż krzyknęła, a echo poniosło jej wielokrotnie odbity krzyk na boki, do dołu i ku wylotowi. Rzeczywiście jaskinia była bardzo szeroka, miała pewnie z pięćdziesiąt metrów średnicy, a całe jej ściany od wąskiego wylotu aż do tutaj i dalej w dół, nie wiadomo ile metrów, pokrywały serwery komputerów. Ich lampki odbijały się od wody spływającej małymi, rudymi strumyczkami po czarnych ścianach. Dopiero teraz Tiri uświadomiła sobie, że cisza jaskini jest wypełniona jednostajnym szumem, przerywanym co pewien czas turkotem jakiegoś mechanizmu zardzewiałego od wilgoci. Wiązki kolorowych kabli spływały wraz z wodą w dół. Zrobiła kolejny krok i poczuła, że stoi na dnie, a raczej na jednej z szerokich na dwadzieścia metrów półek skalnych wystających ze ścian. Przed nią znajdował się stos czaszek ułożonych w piramidę. Każda z nich miała w oczodołach położoną diodę LED. Na szczycie piramidy znajdował się mały router i urządzenie. Najwyraźniej było to coś, co potrafiło połączyć się z tymi serwerami. A gdyby je tak zniszczyć? - pomyślała nagle. - Może właśnie to te wszystkie komputery tworzą świadomość i sędziego Dominika ? Ale szybko odrzuciła tę myśl. Nie, szamanka mówiła o duchu opiekuńczym. To pewnie jest jakaś stara wersja świadomości łącząca się z komputerami. Zresztą nawet gdyby te serwery należały do prawdziwej świadomości, to pewnie zniszczenie ich nic nie da. Tiri w głębi ducha wątpiła, że tak ważne urządzenia umieszczono by w jednym miejscu. Powinny być rozproszone po różnych obszarach i łączyć się ze sobą, jak połączenia w mózgu. Podeszła do czaszek, zastanowiła się przez chwilę, co ma zrobić. Wreszcie ukłoniła się i wzięła ze szczytu piramidy urządzenie i transmiter z dwoma antenami. Wsunęła to wszystko do kieszeni kurtki i równie powoli jak weszła, zaczęła wychodzić szczebel po szczeblu po skrzypiącej związanej linami drabinie. (...) Weszła. Wnętrze dużego pokoju pachniało kurzem i ten zapach złączył się już chyba na zawsze z tym pomieszczeniem. Na podłodze leżał stary wytarty dywan, którego pierwotnych kolorów nie dało się już rozpoznać. Wzdłuż ścian było kilka regałów z książkami, biurko odsunięto w kąt pod okno. Na środku, w zapadniętym półokrągłym fotelu spał staruszek owinięty w koc. Czasem coś mówił coś cicho przez sen, a wtedy siwa głowa kiwała się lekko na boki. Na jego kolanach leżała teczka z numerem sprawy Tiri. Stanęła w wejściu. To ma być ludzki sędzia? Spodziewała się kogoś potężnego, jakiegoś... Staruszek oddychał równo... Tiri nie bacząc na to, co widzi przed sobą, uznała, że trzeba dokończyć tę grę i powiedziała – Dzień dobry, jestem w związku z odwołaniem od sprawy... Staruszek chrapnął i przewrócił się na bok. Tiri powtórzyła głośniej i dalej nic się nie działo. Wreszcie krzyknęła. Nadal bez reakcji. Obejrzała się dokoła. Na futrynie wisiał mały dzwonek. Bez żadnej nadziei pociągnęła za lniany sznurek. Dzwonek brzęknął cicho. Tymczasem staruszek, jakby o czymś sobie przypomniał, otworzył oczy i półprzytomnie zapytał: – Co się stało, mogę już iść na emeryturę? Pani z funduszu? – Dzień dobry jestem w sprawie odwołania od wyroku numer... Staruszek złapał się za głowę i zastygł w bezruchu. – A tak – powiedział wreszcie, spoglądając na akta na swoich kolanach – rzeczywiście. Czytałem te akta – uśmiechnął się nagle – naprawdę napisałaś coś takiego ? – Pokazał jej kartkę, na której był wydruk jej nieszczęsnego wpisu. – Tak – Tiri nie miała odwagi, żeby skłamać. – A, podaj mi książkę – rzekł starzec. Zza fotela wyjechał robot i podjechał do regału, zdjął jeden z tomów i odwiózł do staruszka. Książka była zakurzona, widać było na niej ślady użycia, część stron powypadała, była też plama tuszu na okładce. – Wiesz co to za książka? – podał książkę Tiri, żeby lepiej się przyjrzała – Nie. (fragmenty większej całości) Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, tancerz, ruchowiec, poeta. Absolwent UŁ i AM w Łodzi. Pracował m.in. w Centrum Nauki Kopernik i na Uniwersytecie Łódzkim. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu.

  • Olga Ptak - trzy opowiadania

    Sybiraczka Białystok, 1940 r. Marię zrywa na równe nogi gwałtowne walenie w drzwi mieszkania – przez wizjer dostrzega kilku mężczyzn próbujących kolbami karabinów sforsować zabezpieczenie. Nie ma wątpliwości, że to jedna z trójek operacyjnych NKWD. Kobieta wie, że sekundy dzielą ją od wdarcia się do jej domu barbarzyńców, ludzi pozbawionych skrupułów, dlatego co sił w nogach biegnie długim przedpokojem i w ostatniej chwili udaje jej się wepchnąć swojego trzyletniego syna do pokoju, w którym znajduje się siostra jej męża. W ten sposób Karol zostaje cudem uratowany od wywózki, ale nie jest to cud bezinteresowny i pełny. Maria zapłaci za niego wysoką cenę. Popędzana, zakrzykiwana i poniżana kobieta podczas brutalnego wyganiania jej na trzaskający mróz nie wydaje z siebie ani jednego dźwięku. Kiedy w wagonie ludzie płaczą i desperacko się modlą, Maria myśli tylko o tym, co stanie się z Karolem. Na wygnaniu nie boi się kolejnych epidemii tyfusu, a urągające ludzkiej godności warunki mieszkaniowe udaje jej się znosić tylko dlatego, że myślami jest daleko stąd. Brud, zimno i głód dotykają jedynie jej ciała, a bytowanie w ciasnej lepiance traktuje jako przejściowe, choć ciągnące się w nieskończoność zawieszenie jej prawdziwego życia. Spanie na zawszawionym, zapluskwionym wojłoku, zdobywanie resztek jedzenia, walka z niekończącymi się infekcjami nie są jednak dla Marii najgorsze. Najtrudniej jej patrzeć na dzieci, które pomimo ssania zanurzonych w odrobinie miodu szmatek, mimo prób oszukania głodu przy pomocy bibułki uwalanej mąką, masowo umierają. Ich matki tracą sens życia i odchodzą wkrótce po nich. Maria przeżywa dzięki makuchom, jakie udaje jej się zdobyć od kobiety, której pomogła wyleczyć ropiejącą ranę. Potrafi ssać brązowy pręcik nawet kilka dni i choć przeczy to prawom biologii, jakoś udaje jej się utrzymać przy życiu. Jej matka i babka pochodziły z podbiałostockiej wsi, wyposażając kobietę w przydatną wiedzę. Maria urozmaica dietę okolicznymi roślinami i przeżywa. W 1946 roku Sybiraczka wraca do domu, a właściwie do syna, bo kamienicy, w której znajdowało się jej mieszkanie, już nie ma. Przestraszony Karol widząc matkę chowa się za spódnicą cioci. Szwagierka Marii nigdy nie zatajała przed chłopcem faktów dotyczących sytuacji rodzinnej. Troskliwie zajmowała się dzieckiem, nawet przez chwilę nie próbując mu wmawiać, że mogłaby zająć miejsce jego matki. Po chwili konsternacji Marię opanowuje ślepa złość. Jest kobietą silną i zdecydowaną – podbiega do chłopca, łapie go za rękę i siłą wyprowadza z mieszkania. Pomimo, iż w ciągu kolejnych miesięcy kobiety wypracowują zgodne stanowisko względem sposobu wychowania chłopca, Karol ma duży problem w zaakceptowaniu Marii w roli matki. Dziewięciolatek jest rezolutnym chłopcem, potrafiącym swobodnie opowiadać o swoich przeżyciach, jednak nie dzieli się nimi z kobietą, która do jego życia wróciła po latach. Po lekcjach biegnie do cioci, wobec której nie musi się wysilać, udawać, nie musi szukać drogi porozumienia – wszystko między nimi jest łatwe, oczywiste, naturalne. Matka jest zimna i wyniosła, trudno się przed nią otworzyć – tak postrzega to chłopiec. Wiele lat później, gdy Karol zostaje przyrodnikiem, nie przychodzi mu do głowy, że gdyby któregoś z tamtych dni, po powrocie matki z Syberii, spojrzał na nią jak na badaną pod mikroskopem kroplę wody, dostrzegłby przypominające ruchy Browna, chaotyczne obijanie się milionów emocjonalnych cząsteczek o ściany jej udręczonego serca. Jako dorosły mężczyzna Karol może pochwalić się bardzo dobrymi relacjami z matką. Wie, że dzielna, odważna, wytrzymała kobieta uratowała mu życie; zdaje sobie sprawę, ile musiała przeżyć, poświęcić, znieść, aby on mógł być tym, kim jest, by miał okazję założyć własną rodzinę. Karol darzy Marię szacunkiem i podziwem nie mogąc pojąć jak to się stało, że te wszystkie przerażające okoliczności nie doprowadziły jej do śmierci. Jednak Maria nie jest kobietą z żelaza. Kiedy Karol swą rozprawę doktorską dedykuje ciotce, okazuje się, że są okoliczności, które potrafią ją zabić. Klienci barachołki Lwów-Kazachstan 1940 r. Pani Helena przykłada dużą wagę do jakości – dokłada starań, by przedmioty, jakimi się otacza, były wykonane rzetelnie i funkcjonalnie. Stateczna kobieta jest nauczycielką i żoną sędziego – nie może dopuścić, by odwiedzający ich lwowski dom goście i klienci męża mieli wątpliwości dotyczące poziomu, na jakim żyje małżeństwo. Pan Antoni jest urzędnikiem ministerialnym i doktorem prawa pracującym na stanowisku notariusza, radcy prawnego i adwokata, jednak najwyżej ceni sobie urząd sędziowski. To dzięki niemu mężczyzna znajduje się najbliżej tego, co przyświecało mu, gdy jeszcze przed zdaniem egzaminu dojrzałości dokonywał wyboru studiów – sprawiedliwości. Praca notariusza sprowadza się do nadawania prawomocności faktom i transakcjom, radca prawny sporządza opinie i udziela wskazówek w oparciu o znajomość przepisów, jednak klient może z nimi postąpić dowolnie. Decyzje sędziego są nieodwołalne, zyskują natychmiastową wykonalność – tylko sędzia w sposób bezstronny i niezawisły może swoją decyzją zmienić czyjś los, choć w niewielkim stopniu przywracając zachwianą równowagę świata, naruszoną przez działające w nim siły zła. Siły, które pewnego dnia postanawiają wziąć odwet na panu Antonim i jego żonie. Helena ma jakieś dwa kwadranse na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, Sowieci mogą przyjść po nich w każdej chwili. Wywózka na Sybir jest przesądzona, wkrótce podzielą los tysięcy rodaków. Gdy funkcjonariusze komunistycznego reżimu wpadają do zadbanego mieszkania znajdującego się nieopodal Politechniki Lwowskiej, kobieta stoi przy łóżku w pokoju męża, którego postanowiła spakować jako pierwszego. Do pociągu rozpoczynającego podróż w nieznane małżonkowie wsiadają razem, jednak wkrótce zostają rozdzieleni. Pan Antoni trafia w okolice Kołymy, pani Helena ma więcej szczęścia – dociera do Kazachstanu, gdzie jest dużo cieplej. Niestety to w jej bagażu znajdują się kalesony i buty męża, których czterdziestoparolatek tak bardzo teraz potrzebuje. Żadne z nich nie może jednak nic zrobić. Bezsilność, która jest odwrotnością sędziowskiej profesji, staje się udziałem obojga. Siły zła przejmują kontrolę nad światem. Dni na zesłaniu są do siebie podobne, choć od czasu do czasu na drodze handlu wymiennego obejmującego towary i usługi udaje się nieco poprawić swój los. Tu jakość życia tysięcy ludzi jest zależna od minut, a czasem sekund, podczas których wpychali do bagaży rzeczy, jakie uznali za przydatne. Zdjęcia bliskich, pamiątki rodzinne i dokumenty nie mają żadnej wartości. Helena udaje się na tzw. barachołkę, czyli miejscowy bazar, na którym bieżeńcy mają możliwość sprzedania swojego dobytku. Dziś zabiera ze sobą przedmioty najcenniejsze, jedyne, jakie jeszcze jej zostały – męskie skórkowe półbuty i kalesony z najwyższej jakości angielskiej wełny. Za pieniądze ze sprzedaży będzie mogła kupić trochę mleka i jarzyn, które handlującym udało się ukraść nocą z kołchozu. Pani Helena jest kobietą dumną – stara się bez potrzeby nie okazywać uczuć. Musi sprzedać jedyne, co zostało jej po mężu, pozbyć się przedmiotów, które jeszcze niedawno otulały ciało ukochanego mężczyzny. Gdy podchodzi do niej wiejska gospodyni i z bezzębnym uśmiechem za najwyższej jakości męską bieliznę oferuje śmiesznie niską cenę, pani Helena nie wytrzymuje: „Ty głupia babo, to są najlepsze angielskie kalesony!” – krzyczy. Urażona kobieta donosi i Helena dostaje za swój wybuch – przez władze oceniony jako wyraz antyradzieckiej propagandy – pół roku karnego obozu. Około trzydziestoletni mężczyzna zdradza zainteresowanie butami pana Antoniego. Przygląda im się z wystudiowanym spokojem praktyka i znającego się, a następnie kładzie ręce na biodrach i pochyla się nad interesującym towarem lustrując go okiem znawcy. W końcu bierze jeden z butów do rąk, uderza nim o ziemię, naciska, rozciąga i zgiętym palcem zaczyna pukać w podeszwę. Po chwili wydaje werdykt: „Kriepkie kak tiurma!”. Buty sędziego, obrońcy Lwowa, podporucznika rezerwy piechoty Wojska Polskiego II RP zostają sprzedane za litr mleka, porcję włoszczyzny i kilka ziemniaków. Kasjerka z Kina „Podhalanka” Sanok, 1946 r. Dziesiątki zgromadzonych w gmachu „Sokoła” osób zostają mimowolnymi świadkami niecodziennego widowiska. Oto ciało młodej dziewczyny w locie wygina się w łuk – jej długi warkocz i rozpostarta dłoń zataczają w powietrzu krąg, a po chwili kobieta bezwładnie upada na ziemię. Strużka intensywnie czerwonej krwi z sekundy na sekundę zmienia się w kałużę, a większość zebranego towarzystwa zastanawia się jak to możliwe, by z jednego człowieka wypłynęło aż tyle ciemnobrunatnego płynu. Panuje złowróżbna cisza – nikt nie kaszle, nie chrząka, nie kicha. Czas się zatrzymał. Jedynym zmartwieniem zebranych staje się wymyślenie sposobu na ucieczkę, na bezszelestne opuszczenie tego miejsca. Chcieliby udać – ze strachu czy z wygody – że nigdy ich tu nie było. Przeklinają pomysł udania się do siedziby Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” przy ulicy Mickiewicza by na tutejszej sali obejrzeć film. Właściwie nikogo z nich nie powinno tu być, bo Wojskowe Przedsiębiorstwo Kinowe wbrew woli „Sokoła” przejęło salę na piątkowe, sobotnie i niedzielne popołudnia. Na działalność nieistniejącej formalnie instytucji o nazwie Kino „Podhalanka” składają się projekcje filmowe w tej właśnie sali. Mieszkańcy małego podkarpackiego miasteczka z niecierpliwością czekali na pokaz ruchomych obrazów, nie mając wygórowanych wymagań dotyczących poziomu artystycznego. Żaden z widzów nie był natomiast przygotowany na takie widowisko. Przed chwilą, bez żadnego wyraźnego powodu, rosyjski żołnierz na ich oczach zastrzelił kasjerkę Kina „Podhalanka”. Niewiele wiemy o tamtych wydarzeniach, przetrwały one w pamięci kilkorga mieszkańców miasta w formie przestrogi przed niejednoznaczną powojenną rzeczywistością. Dziewczętom powtarzano, by pod żadnym pozorem nie wychodziły z domu po zmroku, chłopakom natomiast, by unikali miejsc i sposobności do wplątania się w kłopoty. Nie wiemy, ile lat miała kasjerka, nie mamy wiarygodnych dowodów na to, jak wyglądała, ani jak do tego doszło. Nie była to miłosna historia, akt zemsty czy działanie obliczone na zadanie wyrafinowanego cierpienia. Jedyną pewną w tej sprawie okoliczność stanowił fakt, że obie osoby były sobie całkowicie obce, żołnierz był pijany, a decyzję podjął pod wpływem impulsu. Coś się Rosjaninowi nie spodobało, w jednej sekundzie postanowił więc sięgnąć po broń i rozwiązać nieporozumienie sprawdzonym, jedynym znanym mu sposobem. Tak rosyjski żołnierz zastrzelił kasjerkę z Kina „Podhalanka”. Zarówno zgromadzeni w sali gimnastycznej „Sokoła”, jak i wszyscy pozostali mieszkańcy miasta (bo oczywistym jest, że wieść obiegła społeczność lotem błyskawicy) stoją w niemym zdumieniu, ponieważ oto właśnie, w jednej sekundzie podważone zostało niezachwiane, święte i nienaruszalne przekonanie, będące światopoglądową podwaliną ich nowego życia. Mieli czelność przywiązać się do myśli, że znajdują się w gronie wybrańców, którzy mogą nareszcie opuścić piwnice, przestać się chować na widok munduru i nie reagować drżeniem rąk na pukanie do drzwi. Wciąż jeszcze w swoich wieczornych opowieściach cudem prześlizgiwali się pod wielkim gmachem na Sienkiewicza, skąd w każdej chwili mógł wychynąć gestapowiec, jednak w dzień stopniowo odrywali się od tych myśli, wspomnień, od czyhającej za każdym rogiem śmierci. Nareszcie mogli wyjść na spacer, przejechać się rowerem albo iść do kina. Rozmościli się w złudnym poczuciu bezpieczeństwa jak w bujanym babcinym fotelu, bo tak łatwo było znowu normalnie żyć. Tak łatwo rosyjski żołnierz zastrzelił kasjerkę z Kina „Podhalanka”. Fragmenty nieopublikowanej książki Subtelnostki. Katalog portretów niedopamiętanych. Olga Ptak – neurologopedka, terapeutka dziecięca, prezeska Fundacji „Kto ukradł jutro?” wspierającej dzieci niepełnosprawne i zagrożone niedostosowaniem społecznym; absolwentka wczesnego wspomagania rozwoju dziecka, terapii pedagogicznej. Autorka kilku książek i kilkuset recenzji teatralnych napisanych dla „Dziennika Teatralnego”. Jej hobby to kryminalistyka. Uwielbia komiksy paragrafowe, dedukcyjne planszówki detektywistyczne i interaktywne gry książkowe przepełnione zagadkami logicznymi.

  • Olga Juskowiak – trzy wiersze

    niebo jest tutaj niebieskie jak chleb lepię z niego domy w których rodzę nowe dzieci. ale to później na razie plan jest taki: od rana będziemy gorączkować potem możemy iść na plażę słyszysz? morze wali jak do siebie. może moje ciało jest ujściem rzeki. nie podam źródła niosę falę fala mnie niesie płynąć dalej? dalej już mi się nie chce ogólnie dobrze siedzieli z cyganami musieli jeść zupę na smalcu. od rana rozczesywali miejsca, na których pasą się sztuczne sieci neuronowe punkt po punkcie punkt po punkcie i po co? przecież i tak nie rozpoznamy tego po którym nie będzie powrotu dolejesz mi wina? kiedy już będzie po ptakach moja siostra i ja zamienimy się w grzyby wszystko mamy przygotowane usunięte spirale schowane pod zlewem moje kapelusze jej hymen hodowany w słoiku z gazą na hymenofor. czekamy na zielone światło nasza sytuacja jest dobra, ponieważ jest stabilna nasza sytuacja jest dobra, ponieważ jest stabilna nasza sytuacja jest dobra, ponieważ jest stabilna Olga Juskowiak – graficzka, absolwentka poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Laureatka II konkursu literackiego Muzeum Jana Kochanowskiego “debiutJana”, wyróżniona w X konkursie poetyckim im. Anny Świrszczyńskiej. Publikowała m.in. w kwartalniku Strona Czynna, magazynie artystyczno-literackim Helikopter, Gazecie Malarzy i Poetów. Prywatnie i zawodowo związana z Poznaniem, gdzie pracuje jako projektantka i dyrektorka artystyczna.

  • Daria Juskowiak – sześć wierszy

    Bać się pająków to złoty interes bać się pająków te małe nóżki mogą rozdeptać wielki lęk przed starością i wojną strach jak parasol na nich rozpięty teraz rozmiarów monety wyniesie się z ciebie na sufit goniąc za pająkiem wte i wewte straci na wadze zgubi energię lecz i tak wróci jak syn marnotrawny a ty go przyjmiesz i nakarmisz Siódma próba teatralna najlepszą atrapą poranka w godzinach popołudniowych są jajka na bekonie i ziewanie kiedy za siódmym podejściem po raz pierwszy w życiu widzi w drzwiach obcego jest jeszcze lepiej zdziwiona i coraz bardziej go nie zna od ósmej do szesnastej replay w całodobowo porannych kapciach a potem aż do kolejnej próby będzie leciała na żywo W knajpie panoszą się czarne stoliki stoliki czarne na amen a przy nich żałobnicy w żałobie po sobie samych za oknem śnieżne migotania świat znów powtórkę ma z umierania pozostawione na kołku w murze żebrzą o głowy kapelusze na czarnych stolikach rozdania wciąż nowe bo wolą damę pik niż żonę Różnica wyprostowany na dwóch nogach wygrywający na siedmiu lądach wybrał sobie śmierć wysokogatunkową obsługują ją słowa umrzeć/umierać® dla pozostałych zdychać/zdechnąć z uwagą: potocznie słowniki dla dramatu bez logo homo sapiens nie mają nic przesadnie gustownego Wersja demo na początku było całkiem całkiem świat przedstawiał mi się grzecznie i po kawałku jestem kamieniem – mówił jestem twoją matką jestem trawą chrząstką jestem ciszą przed burzą na pytania nie fair przyjdzie jeszcze czas a zanim nabiję cię w butelkę z bardzo ciemnego szkła będę grał w miarę czysto Umiar mój mąż ma akwarium a w nim złoty łańcuszek pokarmowy dla kategorii wiekowej trzy plus i co najwyżej większa rybka mniejszą rybkę pogania śmiercią w trybie oszczędnym Daria Juskowiak – absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Swoje wiersze publikowała „Odrze”, 8. Arkuszu "Odry", w "Helikopterze". Laureatka konkursu prozatorskiego "Małe życie po wielkiej zmianie" przeprowadzonego pod patronatem Fundacji Olgi Tokarczuk (publikacja pod tym samym tytułem w 2023 r.).

  • Castillo Suárez – wiersze

    Tęsknota Jestem sarną, co biegnie przez łąkę o świcie. Wystarczyłoby powiedzieć, że mnie kochasz  i nie musiałabym biec dalej, ale twoje milczenie to czarny lód.  Nie lubię być sama. Opowiedz mi o jednej rzeczy, która cię boli, a przyjdę do twojej sypialni, żebyś mnie pokrył. Daj mi jedną noc, a pokażę ci, że miłość nie jest opcjonalna. Sprzedaj mi kawałek ziemii udowodnimy sobie nawzajem, że nasze serca nie należą do nikogo innego. Zrób dla mnie płot i zmierzymy wymiary naszej beznadziei. Jestem łanią zranioną przez drut kolczasty. Wiem, czym jestem, dzięki twoim pieszczotom. Gniazdo korowódki Kocham cię, ponieważ nie znasz mojej przeszłości, bo nie chcesz wiedzieć nic o mojej teraźniejszości i dlatego, że nie będzie cię w mojej przyszłości. Tak naprawdę, w twoim wieku nikt już nie ma serca w jednym kawałku, a w moim wiem już, że seks zawsze nas prowadzi w niewłaściwe miejsca. Ty masz czarne sosny na dnie oczu; a ja gniazdo korowódki w łonie. Zarodniki Śpię ze wszystkimi rzeczami do których się nie przyznaję. Chciałabym przejść pola paproci w snach i powiedzieć mężczyznom we mnie, że ja też nie zakwitnę. Zostawić zarodniki w pościeli, podczas gdy wkładają we mnie palce. Powiedzieć, że ich potrzebuję w lingua franca, w sposób zrozumiały dla każdego. Założyć wczorajsze ubranie. Odległość między miejscem, w którym jestem i tym, w którym chciałbym być, to samotność. Być kimś innym Kiedy cię poznałam, moje płuca były już pełne chwastów. Byłam plażą zakrytą przez przypływ. Nie mogłam się przed tobą rozebrać ze strachu, że odkryjesz we mnie przepaść. Zawsze chciałam być kimś innym, co roku zrzucać skórę i pozwalać starym płatom opadać na ziemię. Zawsze chciałam być tresowanym zwierzęciem, podążać za prostymi liniami, bawić na obszarze chronionym. Być bardziej potulna niż jestem. Zawsze chciałam tym, którzy zamierzali żyć uczepieni mnie, oddać rzeczy w wielkich workach na śmieci, póki nie staniemy się sobie obcy. Mówisz, że choć raz płacz zmieni mnie w kogoś innego; że płacz nie pozostawia śladów, chyba że na łuskowatej skórze ryb. Że samotność bycia wieloma osobami naraz nie jest tylko moja. Wizyty Nie chcę chodzić na wizyty lekarskie bo nie chcę mówić, że mam oczy zielone od ukrywania buków w wiecznej wilgoci. Że wypełniam mgłą łóżka, które nie są moje i że kradnę sen tym, co pozostają w moim cieniu. Że rosnę przy małej ilości światła, na ziemi wygnania rzeczy utraconych. Że prowadzę ciągłą walkę z moimi wierszami bo podszywają się pode mnie i zamiast mnie przychodzą na moje spotkania, również na wizyty lekarskie. Biała kalia Z białą kalią w dłoniach zdałam sobie sprawę, że coraz mocniej kocham rzeczy, które nie mają nazwy, że cisza coraz ciaśniej obejmuje moje granice, że moje biurko pozostaje puste, że odczuwanie bólu nie kosztuje mnie dodatkowej pracy. Zapominam nawet, że mam tam swoje wewnętrzne jezioro, że w moim kalendarzu piętrzą się moi wrogowie, że przegrałam wielką wojnę we własnym domu i że pozostały w nim ślady okopów. Z białą kalią w dłoniach zdałam sobie sprawę, że nikt nie mówi o nowych miłościach, za to, owszem, o miłościach utraconych. Z białą kalią w dłoniach zdałam sobie sprawę, że ja też jestem pojedynczym kwiatem, trującym, jeśli zje się go na surowo. tłum. Marta Eloy Cichocka Castillo Suárez (ur. 1976) – ukończyła filologię baskijską i pracuje jako technik języka baskijskiego w lokalnej administracji. Jest członkiem korespondentem Królewskiej Akademii Języka Baskijskiego (Euskaltzaindia) i prezesem baskijskiej agencji zarządzającej prawami autorskimi. W ostatnich latach, oprócz kilku tomów literatury dziecięcej i artykułów opiniotwórczych, do księgarń trafiło kilka książek poetyckich tej poetki piszącej wyłącznie w języku baskijskim. Jest autorką czterech tomów wierszy: Souvenir (2008), Urtebetetze festa (2012), Irautera (2019) i Alaska (2023). Obecnie prowadzi blog literacki Iparraldeko neska [Dziewczyna z północnej krainy]. W swoim przemówieniu w Królewskiej Akademii Języka Baskijskiego, zatytułowanym „Botanika miłości”, Castillo Suárez przypomniała kilka książek i autorów współczesnej poezji baskijskiej, które wpłynęły na jej życie, łącząc te teksty z różnymi rodzajami roślin, co pozwoliło jej stworzyć zalążek swojej własnej poetyki. Jej poezja była nagradzane i tłumaczone na wiele języków (hiszpański, francuski, angielski, niemiecki, kataloński, galicyjski, nepalski, polski). Wybór załączonych przekładów autorstwa Marty Eloy Cichockiej jest owocem XII Obradoiro Internacional de Tradución Poética na wyspie San Simón w hiszpańskiej Galicji. Fotografia autorki Yolanda Castaño.

  • Adam Zdrodowski – Adrian spotyka młodą lekarkę

    Spotyka Bożenę, koleżankę koleżanki, i wmawia sobie, że ona wyzwoli go od Julii, zapewni mu miękkie lądowanie po latach męki w trudnym, toksycznym związku, że da mu to, czego tam nie znalazł. Od razu po rozstaniu z Julią zaczyna się widywać z Bożeną, i nie ukrywa swoich uczuć. Zaprasza ją do kin, galerii, do kawiarni, kilka razy w tygodniu kupuje kwiaty. Idą na koncert Múm, Adrian próbuje ją objąć, jej reakcja jest niejednoznaczna, odpuszcza. Jadą do Pragi, widzą jak Bowie ma atak serca na scenie, zwiedzają. Most Karola, muzeum Kafki, piją absynt, Bożenie nie podoba się, jak Adrian trzyma nad nimi parasolkę, nie podoba jej się, że stosuje piankę, po której ma zbyt puszyste włosy, że nie widzi dużej różnicy pomiędzy wyrażeniami „dla mnie” i „moim zdaniem”, że odkręcił butelkę, kiedy poprosiła go o łyk wody. Otóż właśnie, jadą do Pragi, bo w Pradze gra Bowie, który dla Adriana znaczy dużo, dla Bożeny może trochę mniej, choć kto ją tam wie, ona o wszystkich ma wyrobione zdanie, nawet jeśli zna jedną piosenkę. Dla Adriana to może trochę pretekst, żeby spędzić parę dni z Bożeną, choć dziś powiedziałby raczej, że cały ten wyjazd był tylko pretekstem, żeby spędzić chwilę z Bowiem. Rzutem na taśmę. Najpierw organizatorzy zmieniają miejsce koncertu z większego na mniejsze, widać Czesi nie poznali się na Bowiem (na jedzeniu też się nie znają), choć w wąsatej Polsce koncert pewnie w ogóle trzeba byłoby odwołać (w 1997 odwołano), husaria by się nie stawiła, to nie Iron Maiden. Przed nim gra jakieś czeskie Placebo, śpiewają po czesku i synchronicznie podskakują, miał nawet potem sprawdzić, jak się nazywali, ale jakoś mu wypadło z głowy. Bowie zaczyna od „Life on Mars?”, Adrian wtedy może się cieszy, że ogląda to w towarzystwie Bożeny, ale zarazem patrzy na wszystko z przyszłości wstecz i z góry w dół, i wie, że się oszukuje, że lepiej byłoby tam być z kimś naprawdę świetnym, a nie tą rozkapryszoną prowincjuszką, której wydaje się, że jest wyjątkowa, a wszystko pewnie dlatego, że jej feromony pachną ładnie. (Dygresja: od czasu do czasu Adrian robi u siebie dużą imprezę, jest wino sklepowe, i wino babci, są zapiekanki, i hit Adriana – tarta ze szpinakiem. Bożena mówi, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek jadła, Adrian jest zachwycony. Jednak szpinak i sery na niektórych, w tym Bożenę, działają przeczyszczająco; gdyby tylko wiedziała, do czego służy szczotka do klozetu. Tak, na pewno wolałby z kimś innym, ale się splątał, zaciął, nie umie zmienić płyty.) Więc Bowie zaczyna, ale po kilku kawałkach musi zrobić przerwę, ma silny nerwoból. Wraca, śpiewa chwilę, znów robi przerwę, podczas której na wokalu zastępują go Katherine Russell i śpiewa „Be My Wife”. Bowie wraca, zaczyna, przeprasza, ale zaśpiewa na siedząco, bo go boli. Wykonuje „The Man Who Sold the World”, i znów przeprasza; to już koniec, więcej nie da rady. Światła. Koniec. Kilka dni później okazuje się, że to był zawał. Adrian wychodzi, to gorzkie spełnienie, wychodzi z Bożeną, to zawał relacji. Bożena zwleka z reakcją na deklaracje Adriana; wie, co Adrian czuje, ale ona jeszcze niczego nie wie, ma przecież robić specjalizację, jeździ karetką, to bardzo ekscytujące, takie mają ciekawe przypadki, i ten dreszcz emocji. Na oddziale też się dzieją śmieszne rzeczy, na przykład leży tam para młodych ludzi tak otyłych, że nie ma dla nich ciśnieniomierza z dość szeroką opaską; ale humor im dopisuje. Później Bożena zaczyna praktyki w szpitalu psychiatrycznym, bo to jej marzenie, jest przekonana, że to właśnie jej droga, interesuje się borderline'em, no i w ogóle to jest to. Jednak praktyki w psychiatryku z czymś ją konfrontują, przerastają. A rodzina jej już wcześniej mówiła, że powinna zostać neurolożką, bo wujek jest profesorem neurologii, i pomoże. Wujkowi też trzeba pomagać, jest profesorem i starym kawalerem, nie ma szafek kuchennych, a raz na jakiś czas matka Bożeny pokonuje dwieście kilometrów, żeby umyć bratu okna i posprzątać. Koniec końców, Bożena ulega, to dla niej ulga i klęska, rodzina jest zadowolona, przed Bożeną otwiera się świetlana przyszłość w neurologii, a raczej otworzy, bo przecież na razie jeszcze tego nie wie. Dlatego się martwi, dlatego nie wie, co z Adrianem. A on jest w gorącej wodzie kąpany, lękiem nakręcany, więc naciska. Szaleje z tęsknoty, gdy Bożena jedzie odwiedzić matkę. Pisze list miłosny, stawia Bożenę pod ścianą, pisze, że nie może bez niej żyć, że tęskni, i że pisząc to, co pisze, pewnie wydał na siebie wyrok. Amour courtois uderzyła mu do głowy, jego los zależy od jej „tak” lub „nie”. Wysyła z poczty głównej, pamięta jak wrzuca list do skrzynki (jak wrzucał to kucał?), uderza go nieodwracalność tego aktu, ale czuje ulgę, teraz jej ruch. Po powrocie z Podlasia Bożena zaprasza go jako osobę towarzyszącą na wesele znajomej, gdzieś na Mazurach, a może na Podlasiu, szczegóły się zatarły. No więc idą po prezent, kupują serwis do kawy, Adrian ma to zabrać ze sobą do domu, a potem przytaszczyć na dworzec autobusowy, bo Bożena będzie jechać prosto z pracy i już nie zdąży do domu. Tego samego dnia mówi mu, że nic między nimi nie będzie, ale że go lubi i że i tak ma jechać z nią na wesele. I martwi się, czy aby na pewno się pojawi następnego dnia z  serwisem. Pojawi się. Dziś by się nie pojawił. Na razie Adrian wraca do siebie nocnym autobusem, jakiś kark żąda, żeby mu ustąpić miejsca, chyba że woli wpierdol, i co robić, przecież ma tę pieprzoną zastawę, klęska miłosna, nieumiejętność postawienia się Bożenie, i jeszcze wpierdol od dresa? Wszystko jednego dnia, więc wstaje. Kurwa. Jedzie na wesele, dziś by nie pojechał, pije wódkę, normalnie jej nie znosi, wszyscy chwalą jego poczucie humoru, dzieli z Bożeną pokój, dlaczego, wyznaje jej miłość, po co, to jakaś rozpacz, neuroza, zapaść, jest jak zbity pies, i bezbronny szczeniaczek w poszukiwaniu miłości. Po powrocie przestaje się kontaktować z Bożeną, ale wtedy ona dzwoni, dlaczego o niej zapomniał, przecież się przyjaźnią, ona nie odwzajemnia jego uczuć, ale życzy sobie, żeby byli w kontakcie, chce mieć kolegę, tak dobrze im się rozmawia, gada trzy godziny. Innym razem zaprasza go do siebie, dzwoni koleżanka, ta od wesela, Bożena gada trzy godziny, Adrian siedzi na kanapie, i czeka, kiedy tamta skończy, nie wie, co ze sobą zrobić, więc nic nie robi, siedzi, mijają minuty, godziny, jedna, druga, trzecia, kręci się niespokojnie na sofie, wreszcie wali otwartą dłonią w siedzisko, tak żeby Bożena widziała, zamiast po prostu wstać, wyjść, pierdolnąć drzwiami, wyjść z tej klitki w bloku, pełnej karaluchów, ale w centrum, się mieszka. Adrian zostaje. No i co, zdenerwowałeś się? Bożena opowiada o stanfordzkim eksperymencie więziennym; to tylko dowodzi, że w określonym środowisku i kontekście, z każdego może wyjść przemocowiec. No ja na pewno bym się nie zachowała jak ci w roli strażników, mówi Bożena, i jest niezwykle obrażona i wściekła, że ktoś mógłby ją o coś takiego podejrzewać, posądzić. Jak to? Ona? Jadą razem do Lwowa, na chuj razem, po co się męczyć, znów dzielą pokój, ale do niczego przecież nie dochodzi, Bożenę denerwuje, że Adrian śpiewa w wannie piosenki Okudżawy, śpiewa cicho, ale co z tego, o tej godzinie?! Bożena je czekoladę, nie częstuje, Adrian patrzy na czekoladę, Bożena obrażona, dlaczego nie poprosisz, możesz sobie po prostu wziąć, dlaczego miałby sobie brać, przecież nie są razem, czemu miałby traktować jej rzecz jak wspólną własność, za każdym razem obraza, reguły, które ciągle się zmieniają, w zależności od humoru, a on ma się domyślić, dlaczego miałby się domyślać, przecież nie jest jasnowidzem, przecież nie żyją razem, skąd i jak do cholery miałby to wiedzieć. Adrian kupuje sofę do nowego mieszkania. Pokazuje Bożenie katalog producenta mebli – prezentuje model, który wybrał i tapicerkę, na jaką się zdecydował. Wybrał czerwoną, drugą, licząc od najtańszych do najdroższych. Ta jest super, trochę bardziej mi się podobała najdroższa, ale to było kilka stów więcej. Bożena obrażona. Ale o co. No bo ja nie wiem, jak mogłeś wybrać nie tę, która najbardziej ci się podobała, nawet jak cię nie stać. Nigdy bym tak nie zrobiła. Nie stać mnie, mam dopłacić 35% ceny, żeby mieć minimalnie lepszy materiał? No bo ja, jak coś kupuję, to zawsze to, co chcę. Nigdy bym tak nie zrobiła. Monolog Bożeny jest długi, jak zwykle Adrian czuje, że musi się tłumaczyć, i jak głupi próbuje się tłumaczyć i to tak, żeby nie wypaść z łask Bożeny, próbuje odgadnąć, czegóż to mogłaby chcieć. I jak zwykle chybia, a jedynym rozwiązaniem jest zmiana tematu. Czasem udaje mu się czymś Bożenę zainteresować, choćby de Saussurem czy językoznawstwem generatywnym, przynajmniej na trochę, bo później zawsze pakuje się na minę. Nie to słowo, nie ten pogląd, zachował się nie tak, jak Bożena chciała. Spotykają się w okresie okołoświątecznym. Adrian znów siedzi u Bożeny do późna, nie wiadomo po co, a może idą do kina, gdzie Bożena musi zostać do końca, do ostatniego napisu, choćby to był najgłupszy film akcji. Spotykają się też następnego dnia. Bożena chce dokładnie wiedzieć, co Adrian robił poprzedniego wieczoru po powrocie do domu. Odsmażył sobie pierogi, bo był głodny. Bożena znów obrażona. Ale o co chodzi? Bo jak ja bym była głodna, to bym zjadła pierogi na zimno, prosto z lodówki, Adrian jest jest jednak taki niespontaniczny. No pewnie, nie tak spontaniczny jak Krzysztof Majchrzak. Idą do kawiarnio-księgarni, kilka stolików dalej siedzi Krzysztof Majchrzak, zwraca uwagę na Bożenę. Gdy ta idzie do toalety, pyta, czy może by się nie poznali, Bożenie to schlebia, i nie omieszkuje zrelacjonować Adrianowi całego zajścia. Zajebiste wyjście. Bożena nawija o tym przez resztę czasu w kawiarni, a potem do wyrzygania na spacerze, z którego dziś Adrian by się urwał, wtedy się nie urywa. Krzysztof Majchrzak, Krzysztof Majchrzak, no i Renata Przemyk, czytałeś o ich związku, dla mnie on jest świetny. Kiedy spacerują, Bożena często mówi odwróciwszy głowę w przeciwną stronę, tak że nie słychać, co mówi; Adrian prosi, żeby powtórzyła, ona się irytuje, zaczyna twierdzić, że Adrian głuchnie, on czuje, że jest tylko poirytowana tym, że musi wszystko powtarzać, nie nie, przekonuje go, że to nie żarty, i że nie jest obrażona, powinien zbadać słuch, ona jest przecież lekarką, więc wie, co mówi, niech Adrian koniecznie idzie do laryngologa. Adrian zapisuje się do jakiegoś profesora, buli parę stów, okazuje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, żadnych problemów ze słuchem, co też komunikuje Bożenie; ale po co ty w ogóle szedłeś do laryngologa, no przecież mówiłaś, że muszę, bo głuchnę, i że się na tym znasz. Ja? Niczego takiego ci nie mówiłam, no coś ty?! Pisze dla niej wiersze, jeden dwa trzy, czasem jeden w tygodniu, czasem dwa dziennie, sestyny, sonety, vilanelle, trochę płynie jak polski Ginsberg, czasem rymuje, czasem jedzie oulipo, pudełeczka, ale głównie bloczki, małe bloczki wiersza prozą, jest prawdziwym poetą, upstrzone cytatami z the Cure, Toma Waits, aluzjami do ciał astralnych i ciał ludzkich, kolorów, kwiatów, dźwięków, ptaków: jak bombonierki, pełne dobra, ale kwadratowe i kolorowe jak odpustowy stragan, a jak przedobrzysz, to cię zemdli. Kiedy spada z niego ciężar zadurzenia, drze wszystkie pieprzone wiersze na strzępy, kasuje pliki, tylko martwi się, że i Bożena, i Donata, mają kopie, wścieka się, że w debiutanckiej książce puścił aż trzy żenujące wiersze dla Bożeny, dodał w ostatniej chwili, i tak właśnie spierdolił książkę, to jest skaza na jej nieskalanej czystości i bezinteresownej urodzie i naiwności; a chciał sobie stworzyć lekki, zwiewny, miękki świat ze słów i dźwięków. Za każdym razem, gdy Adrian chce odpuścić, i odpuszcza na tydzień-dwa, ona dzwoni, zapomniałeś o mnie? I znów, cykl nadziei, rozczarowania, niechęci, upokorzeń i wzajemnych wyrzutów zaczyna się na nowo. Wreszcie Adrian poznaje kogoś nowego, tylko w ten sposób może odczepić się od Bożeny, jest uzależniony od poszukiwania miłości. Z początku jest nieufny, choć kręci go, że nowa osoba jest pod wrażeniem jego działań pisarsko-tłumackich. Trochę się wkręca, i wreszcie – to najlepsze uczucie pod słońcem – zaczyna mu być wszystko jedno w kwestii Bożeny. Budzi się – ulga, nic do niej nie, czuje się lżejszy, oddycha. Zakochiwanie się jest przereklamowane, koniec miłości, zwłaszcza nieodwzajemnionej, to początek oddychania. Świat się otwiera, człowiek stoi twardo na nogach, własnych, widzi siebie, świat, świt, wszystko jest i wszystko może się zdarzyć. Drze wiersze dla Bożeny, tłucze kubek ze Snoopym – prezent urodzinowy od niej – a żeby zwieńczyć dzieło,  postanawia podpalić książkę z dedykacją od B., a spopielone szczątki wrzucić do sedesu. Rzecz nie idzie zgodnie z planem. Adrian staje nad sedesem, zapala zapałkę i przykłada do książki. Kartki zajmują się ogniem. Z początku cholerstwo pali się za szybko i parzy palce, po czym nie chce spalić się do końca (to nie jest mała książka) i śmierdzi potwornie. Koniec końców resztki książki – przypalone, gaszone, lekko wilgotne, na koniec podtopione w muszli – lądują w koszu na śmieci, wciśnięte do foliowej torebki, bo cuchną jak jasna cholera. Kilka miesięcy później, kiedy nie wychodzi mu i z nową dziewczyną, Adrian postanawia jechać do Lizbony, szukać ratunku. Ale przedtem żąda od Bożeny zwrotu książek i kaset (tak, kaset!). Spotykają się na Placu Konstytucji, Bożena obrażona, no przyniosłam ci te twoje rzeczy, ale to tak od razu trzeba wszystko, ja nie rozumiem, co u ciebie słychać, jadę do Lizbony, a co, masz za dużo kasy i czasu?, no to cześć, cześć. Adam Zdrodowski (ur. 1979) – poeta, prozaik, tłumacz, od niedawna hałasuje pod szyldem Moon Machinery (https://moonmachinery1.bandcamp.com/track/nothing-doing). Wydał Przygody, etc. (2005), Jesień Zuzanny (2007), 47 lotów balonem (2013) oraz Moon machine (2019). Przekładał Dave'a Grohla The Storyteller. Opowieści o życiu i muzyce (2022), Marka Forda, Gertrude Stein, Arvinda Mehrotrę, Williama S. Burroughsa, Vahni Capildeo, Marcusa Slease'a. Publikował m.in. w „Literaturze na Świecie”, „Wizjach",„Przekroju”, „Odrze”, „Jacket Magazine”, „Diagram” i „Past Simple”. Mieszka w Lejdzie.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (6)

    24 marca 2022. Koniec analogii Mija miesiąc tej wojny. Trzeba wreszcie sobie to jasno powiedzieć, że nie ma porównania ani analogii. Owszem, wygrzebywane parafrazy do polskich powstań, wojen, obron, heroizmu, są czasowo użyteczne. Bo tak się mówi drugiemu jak bliski jest ból, rozpacz, gniew. Ale nie wszystko da się przeniknąć. Na przykład spokoju z jakim idą walczyć. Nie mówią, nie piszą o walce. Mówią o robocie, pracy. Jakby szli zaorać pole, wyrwać chwasty. To ta prosta, chłopska solidność, upartość, zawziętość. Na to nie ma rady. Robotę trzeba wykonać. Chwasty trzeba wyrwać. W tym dniu, miesiąc po ataku powiadam wam – nie ma już poręcznych analogii. To się dzieje po raz pierwszy. Mariupol w roku 2022 jest Mariupolem w roku 2022 a nie Warszawą w roku 1944 Kijów w roku 2022 jest Kijowem w roku 2022 a nie Warszawą w roku 1939 Witalij Kliczko jest Witalijem Kliczko a nie Stefanem Starzyńskim. Ukraińska Gwardia Narodowa w roku 2022 to Ukraińska Gwardia Narodowa w roku 2022 a nie pospolite ruszenie w 1656. (tak na marginesie - pospolite ruszenie nie było ochotnicze tylko obowiązkowe koledzy i koleżanki) Międzynarodowe oddziały ochotników na Ukrainie 2022 nie są Międzynarodowymi Brygadami w Hiszpanii w 1936 Ukraina w roku 2022 jest Ukrainą w roku 2022 a nie Polską w roku 1939 ani Finlandią. Ukraina jest sobą. Analogie to wyraz najgłębszej serdeczności,  ale nie mają żadnego pokrycia w stanie faktycznym. I może pora zacząć je wstrzymywać, żeby rozumieć co się dzieje. Może pora oddawać właściwy szacunek Ukrainie, Ukraińcom i Ukrainkom. Nie ustawiać ich w porównaniach budujących nasze serca. Ta wojna jest inna niż wszystkie z wielu powodów. I z tego miejsca zachęcam do trollowania firm takich jak Decathlon Polska Auchan Leroy Merlin Polska. Niech dzwonią do swoich szefów albo szefów swoich szefów, niech im powiedzą, że interes się spierdolił. Nigdy też w dziejach wojen łączność, świadomość sytuacyjna, autonomia pojedynczego żołnierza, drużyny, plutonu nie była tak duża, tak ważna i tak decydująca. I widać że Ukraińcy potrafią w to grać, a putlerowcom wydawało się, że potrafią, ale okazało się, że nie. Putlerowcy nie wiedzą gdzie są i po co. A Ukraińcy i Ukrainki wiedzą. I robią co mają do zrobienia. Wyrywają chwasty. To chłopski naród, wytrwały, nie męczy się łatwo. Nigdy też w dziejach NATO nie udzielono tak dużego wsparcia krajowi nienatowskiemu. Nie wierzycie mi? A naprawdę wierzycie w tych ochotników, emerytowanych snajperów w wieku 30 lat jadących z półcalowymi giwerami do Ukrainy? I wierzycie, że Ukraińcy, chociażby dzisiaj, tak na oko trafili w dwa desantowce w pocie w Bierdańsku? Jeden zatonął, drugi się ładnie fajczy. (Do piekła, do piekła) Wierzycie, że mieli przed wojną nieskończone zapasy NLAW, Javelinów i amunicji do Bayraktarów? Że to historia jak z Kołodzieja Piasta, że strzelają, strzelają a magazyny ciągle pełne? Że nikt im ich nie dowozi? I wierzycie, że przypadkiem ukraiński snajper wie gdzie i kiedy ma być na pozycji, żeby ustrzelić putlerowskiego pułkownika czy generała? Już nawet nie liczę kolejnych główek w tej rzezi korpusu oficerskiego jakiego nie widział świat od dawna. (Do piekła, do piekła) Oczywiście - putlerowcy chcą zdemolować Ukrainę, skoro nie mogą jej podbić. Dlatego nadludzkim wysiłkiem - co może umykać w powodzi drobnych newsów - armia ukraińska odpycha na ile się da wysunięte pozycje putlerowców od swoich miast. Nie wygląda to efektownie, ale jest efektywne. Chodzi o odsunięcie pozycji artylerii. Bo wbrew propagandowemu okrzykowi o "No fly zone" większość masakr ludności cywilnej powodują przede wszystkim nawały artyleryjskie, a nie bombardowania lotnicze czy uderzenia rakiet. Dlatego te kontrataki pod Mikołajowem, Charkowem, Sumami, Ochtyrką. Żeby odsunąć pozycje artylerii. Patrząc po mapach tej wojny - ta Ochtryka nie pojawia się w ogóle a to chyba największy sukces ukraińskiej armii - wycięcie całego ramienia kleszczy w rejonie Ochtyrki. Moje polskie serce jest oczywiście w Mariupolu. Moje polskie oczy chciałyby widzieć odsiecz Mariupola. Moje polskie uszy chciałyby słyszeć głos trąbki kawalerii i głos jakiegoś rotmistrza rzucającego krótko trębaczowi - graj bracie! Ale nie wiem czy doczekamy odsieczy Mariupola czy chociażby załamania oblężenia. Nie wiem jak potoczy się ta wojna dalej. Po miesiącu walk w 1939 na mapach sztabowych został Hel i grupa Niepokonanego Kleeberga, gdzieś między cęgami Wehrmachtu i sowietów. Coś ze zgrupowania KOP szykowało się do bitwy pod Szackiem. Dogasały ognie pod Tomaszowem. Do Warszawy wkraczało feldgrau. Po miesiącu walk w 2022 roku Kijów nie jest okrążony a podobno nawet to pod Kijowem w okrążeniu są putlerowcy w sile dwóch brygad. Jeżeli to prawda, to zobaczymy ładną kolumnę jeńców idącą przez Hreszczatyk i może jeszcze Instytycką w górę, gdzie mają pochylić głowy gnoje przed pierwszą, Niebiańską Sotnią tej wojny. Po miesiącu wojny w 2022 roku broni się Charków, Sumy, Mikołajów, Siwierodnieck, Ochtyrka, Sumy, Czernihów i krwawy, niepokonany Mariupol. Analogie się kończą, bo w 1939 nikt nie był z Polską, a teraz wielu jest z Ukrainą, i tak ma być, ja też jestem moim polskim sercem za Ukrainą, właśnie dlatego, że wtedy Polska była sama, żeby już nikt nigdy nie był sam. Analogie się kończą, bo nigdy w dziejach znanych mi wojen nie trafiło na tak upartych, wytrwałych dzielnych, sprytnych odważnych wojowników. Nie przestaje mi brzmieć w głowie zdanie Starego Szwejgerta zapytanego, jaki jest najlepszy żołnierz na świecie? Odpowiedział, że nie Polak, nie Rosjanin, nie Amerykanin, ale Fin. Bo Fin, mówił Stary Szwejgert, zakopie się w śniegu i będzie czekał, dzień, dwa, aż się doczeka na dobry cel, wtedy strzeli, zabije i zniknie w śniegu. (wiedział co mówi, był w zwiadzie sowieckim w czasie tej wojny) Myślę o zdaniu Starego Szwejgerta pamiętanego jako rozmazany portret z dzieciństwa, kiedy przypomina mi się film z ataku putlerowców na Browary dwa tygodnie temu. Kolumna ruskich czołgów wjeżdża między domy jak na defiladzie i wtedy spomiędzy budynków, z odległości mniejszej niż sto metrów, tak że spudłować się nie da, w bok czołgu trafia pocisk, zapewne NLAW. Albo Carl Gustaw. Myślę o tym żołnierzu, który trzymał ten granatnik i czekał, czując w trzewiach drżenie ziemi pod gąsienicami kilkudziesięciu czołgów. Bo jak jedzie jeden czołg, to czujesz drżenie ziemi. Naprawdę podskakują małe kamyczki jak na kreskówkach dla dzieci. A jak jedzie ich kilkadziesiąt, to nie wiem jak się można czuć. I on tam jest i czeka. Ale on nie jest Finem w roku 1939. On jest Ukraińcem (albo Ukrainką) w roku 2022. Bo Ukraińcy i Ukrainki nie są już i nie będą nikim innym nigdy. Ukraińcy i Ukrainki są sobą. 27 marca 2022. Głosy Słuchaj tych głosów żałosnych żarliwie, nim brzask poranny uciszy je w niebie i nowe miasto w napiętej cięciwie dni tryumfalnych na nowo pogrzebie. Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie ocalon został w tragicznej potrzebie, byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej i żył za tamtych i za siebie lepiej. (Tadeusz Gajcy, "Śpiew murów") Minął miesiąc. Masa rozszczepionych, rozproszonych głosów. Ledwo coś napiszesz, coś nowego się dzieje, a nie zawsze pasuje do opowieści. Brytyjskie Ministerstwo Obrony zaczyna swój codzienny raport z wojny słowami: "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Każdy język ma swoje specyficzne brzmienia i nadaje się do adekwatnego nazywania określonych rzeczy na tym świecie. Tak myślę. Angielski też ma swoje supermoce. W tej powyższej frazie ukazuje się cała godność i uroda angielskiego. Stanowczy, elegancki, rzekłbyś, statement. Przypomnienie podstawowej prawdy w krótkiej frazie. "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Żeby nie zapomnieć kto zaczął i na jakiej podstawie. Żeby nie dać się wpuścić w symetrystyczne pierdolenie peacemakers of the west. Jest napastnik, musi przegrać, oddać co zrabował, naprawić co zniszczył i wypłacić wdowom i sierotom odszkodowania. Co rano dla mnie najważniejsze strategicznie jest to, że wojska baćki ciągle stoją z bronią u nogi i baćka, wąsaty kniaź kartoflanki nie bardzo ma chęć na dołączenie do rzezi. A dopóki z kierunku Brześcia wzdłuż naszej granicy nie pędzi pancerny zagon - możemy przyjmować uchodźców, może iść przez naszą granicę transfer uzbrojenia, wyposażenia, pomocy humanitarnej i niehumanitarnej. Także taniec baćki, mimo że budzi pogardę, bo to dygi tchórza, co próbuje grać męża stanu - ma ogromną wartość strategiczną. Ukraina, mówiąc obrazowo, ma się o co oprzeć plecami i chociaż z tej jednej strony czuć bezpieczeństwo. A wczoraj z okazji Dnia Niepodległości Białorusi przysięgę złożył ochotniczy białoruski batalion imienia Konstantego Kalinowskiego. Zajrzyjcie do chłopaków. Батальён "Кастуся Каліноўскага".  Przysięgali na pamięć Kalinowskiego - bohatera 1863 roku naszego i Ich i jeszcze Litwy i na Kościuszkę, który też dla Nich jest bohaterem. Mamy wspólną historię. Dla wszystkich jej wystarczy. Tymczasem kacapy drepczą w miejscu i kolejny dzień czytam mądrych, którzy ostrożnie sugerują, że wojska putlera się przegrupowują. No i tak kolejny tydzień. Wiele wskazuje na to, że pod Mikołajowem skutecznie przegrupowują się w kierunku ogólnym na Chersoń. Czyli się cofają pod kontrnatarciem Ukraińców. Kojarzycie Mera Mikołajowa? Nazywa się Witalij Kim, zasłynął skarpetkami wyłożonymi na biurko w przerwie walki. Taki typowy Ukrainiec, co nie pęka, tylko mówi, że moment, zaraz pogadamy, tylko pójdziemy chwilę popracować, bo kacapom trzeba spuścić wpierdol. Tam między Chersoniem a Mikołajowem jest też to słynne lotnisko, które było atakowane przez Ukraińców, jak ktoś skrzętnie policzył, dziesięć razy. Tak jakby się kacapy o słabej psychice umawiały tam na zbiorowe samobójstwa. Także przegrupowanie trwa i przyjmuje czasem postać wpierdolu. Czego wam i sobie serdecznie życzę. A skoro o samobójstwach mowa - rosyjski Minister Obrony Narodowej Poprzez Nieustanną Agresję, Siergiej Szojgu miał podobno zawał serca. Ja się wychowałem w czasach kiedy istniało ZSRR i na te zawały to się mówiło, że to był zawał kalibru 7,62 milimetry albo ołowica radziecka. W tym miejscu zwyczajowo mówiło się też dowcip o Radio Erewań, że słuchacze pytają Radia Erewań, czy to prawda, że Majakowski popełnił samobójstwo? Radio Erewań odpowiada  - dokładnie nie wiadomo, ale jego ostatnie słowa brzmiały "Towarzysze, nie strzelajcie!". I skoro jeszcze o samobójach mowa. Liczba generałów kacapskiej armii, którzy poszli do piekła wzrosła do siedmiu. Nie licząc Szojgu, o ile to prawda. Pułkowników nikt nie liczy bo już chyba dwójka z przodu tej cyferki, chociaż wypłynęła ostatnio ciekawa informacja, że żołnierze 37 Brygady Zmechanizowanej armii putlerowskiej przejechali swojego pułkownika czymś gąsienicowym i pułkownik pagib. Ogólnie mieli różnicę zdań co do jakości dowodzenia i celowości wydanych przez kamandira rozkazów. Takich rzeczy Rosja chyba nie widziała od 1917. Ale oczywiście to rok 2022 i wszystko może być zupełnie inaczej. Skojarzenia to przekleństwo. I jeszcze takie newsy - niektóre mają więcej niż 24 godziny, ale są warte tego by je zacytować dla pamięci potomnych: "Przedsiębiorstwa Uralwagonzawodu i Czelabińskiej Fabryki Traktorów, które produkują i naprawiają czołgi i inne pojazdy opancerzone dla Sił Zbrojnych RF, wstrzymały pracę. Prace zostały wstrzymane z powodu braku niezbędnych komponentów zagranicznych. Według Defence Express „Uralvagonzawod” to jedyne rosyjskie przedsiębiorstwo, które seryjnie montuje czołgi, zarówno na potrzeby armii rosyjskiej, jak i na eksport. " A tymczasem Ukraina ma więcej czołgów niż przed wojną - dzięki oczywiście porzuceniom sprzętu. Portal Oryx jako "abadonned" czyli porzucone i "captured" czyli zdobyte wskazuje odpowiednio 228 i 685 pojazdów opancerzonych w tym samych czołgów - 41 porzuconych i 125 zdobytych. A to są czołgi tych samych typów jakie mają Ukraińcy. To nie są "Pantery" w rękach Powstańców Warszawskich których nikt nie umiał obsłużyć. I jeszcze taka uwaga, że Oryx analizuje ujawnioną dokumentacje zdjęciową i filmową, zatem podane liczby mogą być większe. To, co podaje Oryx, to jest takie pewne na mur-beton. 930 porzuconych i zdobytych pojazdów pancernych w miesiąc. Ludzie. Tego Finlandia nie widziała. I kolejny news. "W obwodzie sumskim narasta problem związany z rozkładem zwłok żołnierzy agresora. Strona rosyjska ma nie odbierać ciał zabitych, zaś Ukraińcy, z uwagi na blokadę połączeń kolejowych, nie są w stanie dostarczyć do tego rejonu specjalnych chłodni. " Nie dalej jak dwa dni temu u Marcina Ogdowskiego czytałem, jak to na wojnie w Afganistanie chłopcy stracili kolegę, dostał w drzwiach lepianki i padł na twarz do środka. Tamci się odstrzeliwali we wszystkie strony i nie było jak ugryźć, na radio amerykanie mówili, żeby się odsunąć, bo rozwalą punkt oporu z "Hellfire", ale nasi krzyczeli, że nie ma mowy, że nasz tam został, żeby nie rozwalali chaty. No i dostali swojego kolegę, nie żył już, ale pochowali go normalnie, z honorami. Taka zasada. Naszych – żywych czy martwych nie zostawiamy nigdy. Normalna w normalnych armiach. Nie w kacapskiej. Kacapy nie chcą swoich poległych bo musieli by wówczas przestać kłamać swoim, że to taka operacja specjalna a nie rzeź. A Ukraina nie przestaje zdumiewać. W kierunku odwrotnym niż uciekinierzy granicę z Polską przekroczyło 296 tys. osób. Ale w tej liczbie jest nie mniej niż 80 tysięcy chłopaków, którzy rzucili wszystko i wrócili bo kraj w potrzebie. Nie dlatego, że ktoś im kazał. Dlatego, że chcieli. I ostatni news na dzisiaj: "Jestem gotów dobrowolnie oddać się do rosyjskiej niewoli w zamian za umożliwienie ewakuacji dzieci z Mariupola; potrzeba mi trzech dni na zorganizowanie misji ewakuacyjnej, następnie mogę zostać zatrzymany - napisał w czwartek na Facebooku ukraiński generał policji Wiaczesław Abroskin. W zupełnie zniszczonym Mariupolu pozostało wiele dzieci. Jeśli nie uratuje się ich teraz, umrą w ciągu najbliższych dni. Chodzi już o godziny. Dlatego zwracam się do rosyjskich okupantów - stwórzcie możliwość ewakuacji dzieci z Mariupola, a na ich miejsce proponuję oddać się do waszej niewoli. (...) Zrobię to na ostatnim punkcie kontrolnym" - poinformował Abroskin" Znając kacapów pewnie generała Abroskina by wzięli a dzieci nie wypuścili. Bo to jednostronna wojna. Mój synek ma pięć lat i ma zapisane gdzieś z tyłu głowy, że wojna jest dwustronna i jego dziecięca logika dzieli wszystko na dwa. Wczoraj rysowaliśmy potwory. Tymek narysował potwora i mówi, to jest dusza Putina, bo Putin nawet jak jest ładny to duszę ma brzydką, dlatego tak go narysowałem. A tutaj jest taki sympatyczny potworek, on jest polsko-ukraiński. A potem mówi, narysuję prezydenta Ukrainy, ale też jako potworka. I rysuje, wychodzi mu takie serce na dwóch nogach, ale potem dodaje jakieś paszcze. - Co to jest? - pytam chłopaka - No paszcze, bo on na pewno też potrafi być zły i tam wies, bombarduje rosyjskim dzieciom szkoły - No więc synku właśnie ta wojna jest taka, że to Rosjanie napadli na Ukrainę i tylko oni bombardują szpitale, szkoły, sierocińce, schroniska dla zwierząt, teatry. - I nikt w tym domu nie jest za Rosją? - Nie! - odpowiedzieliśmy chórem z Małgosią. - A w rodzinie? - Nikt - Ale to wszyscy Rosjanie są źli? - Nie, tego nie powiedziałem. Państwo rosyjskie jest złe, synku, państwo rządzone przez Putina napadło na naszych przyjaciół i znajomych, dlatego wszyscy jesteśmy sercem za nimi. Ale są też bardzo odważni Rosjanie i Rosjanki, którzy potrafią wyjść na ulice i krzyczeć, że nie chcą tej wojny i ich podziwiamy i życzymy wszystkiego dobrego. - I oni będą rządzić w Rosji? - Mam nadzieję synku. - I wtedy tam pojedziemy? - Takie mam marzenie. Ale najpierw pojedziemy do Ukrainy. Tymczasem Aleksiej Nawalny dostał dodatkowe dziewięć lat łagru za odwagę i mówienie prawdy. Nie mniej niż piętnaście tysięcy Rosjan i Rosjanek siedzi w aresztach, wielu dostało grzywny. "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Radosław Wiśniewski  (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page