top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Paweł Berkowski – Samotny wędrowiec  

    1. Samotny wędrowiec poszedł nad fiord zamoczyć nogi w ożywczej wodzie, która mieniła się kilkoma kolorami – żółtym, zielonym, turkusowym i niebieskim – tego ostatniego było najwięcej. Fale opluskiwały jego stopy. Nie ruszał się z miejsca długi czas i piasek pod nim ustępował – zapadał się; a on stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż zniknął całkiem.  2. W betonowym przejściu pod torami kolejowymi w Porsgrunn, niedaleko stacji benzynowej włóczęga zobaczył kolorowe graffiti. A wśród licznych bazgrołów wprawną ręką namalowana postać Liv Yage (nad nią napis Drama ). Stanął obok zgarbionej czarownicy z długim nosem w postrzępionej sukni. Dotknął dłońmi ściany i tak znieruchomiał aby ulżyć choćby na chwilę jej samotności. Kiedy zrobił kilka głębokich oddechów mrugnęła do niego pojednawczo, chwyciła za rękę, jakby na chwilę stała się swoim odbiciem. Nagle ożyła – wyprostowana, zgrabna i niezbyt stara. 3. Wędrowiec wybrał się do lasu, aby nazrywać młodych, dojrzewających owoców leszczyny. Małe orzechy przeznaczył na zrobienie nalewki, a rosnące wokoło nich zielone wyrostki suszył i nabijał do drewnianej fajki. Gdy wypuszczał dym ku niebu wzlatywały trawiaste chmury, które wraz z myślami starca wędrowały nad miastem - owijały księżyc powabnym, jedwabistym szalem ściągając na ziemię Liv Yage.         Ubrana była w zieloną suknię, a na głowie miała koronę z aloesa. Usiadła przy ognisku w milczeniu. Wpatrując się w żar chwycili się za ręce i tak doczekali razem poranka. Nazajutrz na stacji benzynowej pojawiły się małe, kudłate stworki w szarozielonych ubraniach i wysokich butach za kostkę. Były wszędzie. Wyłaziły nawet z termosu do kawy. 4.  Wśród rozłożystych liści paproci na niewysokich krzewach rosły fioletowe kulki. O poranku samotny wędrowiec kucał wśród nich zbierając jagody, a w jego nozdrza wpadały przeróżne zapachy kwiatów i roślin, którymi starzec zdawał się być oszołomiony. Usiadł nad urwiskiem wpatrując się w przestrzeń pomiędzy granią, a linią drzew, gdzie zauważył ledwo widoczne suszone uszy melona. Na skraju lasu stanęła łania, napotkała jego wzrok i znieruchomiała. Wędrowiec rozłożył zebrane owoce na liściach leszczyny. Sarna podeszła, spróbowała jagód i przemieniła się w długowłosą dziewczynę, ukłoniła się, pocałowała go w czoło i znów przeistoczyła – tym razem w pliszkę. Siedem razy zatrzepotała skrzydłami zostawiając na ziemi magiczną laskę namaszczoną przez boginie Eir, Gna i Sigyn. I odleciała.  5. Pewnego razu dwa zające bawiły się szyszkami na polanie. Był to czas, kiedy wielki, owłosiony pająk cerował jego skarpety, a mrówki pracowicie znosiły materiał na ubranie – słońce tkało z niego koszulę. Usychajace liście na drzewach delikatnie ocierały się o siebie cicho szeleszcząc, opowiadały historie przezroczystych chmur. Pomyślał, że zającom najnormalniej w świecie zaschło w gardłach. Podniósł z trawy magiczną laskę, uderzył w kamień trzykrotnie, a ze skały trysnęło źródełko. Noc ustępowała jak zabliźniająca się rana. W lesie unosiła się mgła i przyciągała wszystkie duchy – niosąc ze sobą tuziny zapachów. Ptaki latały robiąc młynki w powietrzu. Kiedy samotny wędrowiec zechciał się spotkać z Liv – wystarczyło, że zapalał fajkę i zaraz dym sprowadzał ją – powstawała z kłębów tajemnicy i siadała razem z nim przy ognisku. Włosy miała splecione w warkocze, a jej bystre pomarańczowe oczy świeciły jak dwie zaprzyjaźnione komety. - Mój drogi – rzekła, całując go w spierzchniete usta – nadaję ci imię Leve. - Leve, Leve, Leve – odbijało się od skał, a starcowi mocniej zabiło serce, szeroko otwarł źrenice, bo nie wyobrażał sobie w życiu piękniejszej chwili. Na błękicie nieba planeta bogini Sol ułożyła z promieni jego neonowe imię – Leve – błyskało ponad chmurami jak błyskawica. 6. Samotny wędrowiec przechodził obok drzewa, po którym wspinał się dzięcioł poszukując pokarmu – raz dwa, stuk – puk – uderzał w stary pień dębu jak wytrawny muzyk w bęben. Starzec rozpostarł ręce, pokłonił się i zatańczył.  – Nikt tak nie uzdrawia drzewa jak ty, dobry ptaku – powiedział, a słońce zamrugało trzy razy i dzwony we wszystkich pobliskich kościołach nagle rozbrzmiały.     7. Włóczykij szedł górską ścieżką szukając drzewa tajemnicy. Niektórzy urodzili się po to, żeby szukać – inni, aby znaleźć. Cisza przeszywała noc jak biały sztylet. Rośliny wyglądały niczym jeźdźcy w czarnych płaszczach z kapturami na głowach - z niepokojąco rozwartymi paszczami. Cienie padały gęsto i groźnie mrucząc usuwały się spod jego stóp. Stanął pod jesionem i padł na kolana, pokłonił się, a z dziupli starego drzewa wyleciały owady, ptaki i inne zwierzęta, a na końcu słowa i ludzkie dusze uwięzione w próchnie. Na niebie zawrzało, zerwała się wichura, gałęzie wygięły, aż do ziemi. Starzec złapał najbliższą witkę i jesion wystrzelił go jak z procy. Wędrowiec ruszył w dalszą drogę.  8. Wagabunda zobaczył na środku drogi siedzącego kota. Jeżeli zdarzyłoby się, że jakiś kundel przechodziłby tędy, zapewne ominąłby kocura szerokim łukiem, ale psy bez smyczy tutaj się raczej nie zdarzają, najwyżej są takie, które wyszczerzają kły za ogrodzeniem. Leve podszedł, pogłaskał mienkiszota, a ten odwzajemnił mu się pięknym, głębokim mruknięciem. Zapowiadał się niewinny poranek, lecz kto wie, jaka tajemnica kryje się pod ślepą przykrywką dnia?      9. Leve postanowił zbudować szałas z szyszek, aby razem z Yage mieli gdzie wracać z dalekich podróży. Zające sześć dni i sześć nocy zbierały owoce iglaków, a tułacz poprosił drzewa o żywicę. Liv ścinała liście paproci na posłanie i zbierała leśne delicje, przygotowywała małe zapasy. Kiedy wszystko było już gotowe Leve za pomocą magicznej laski sprowadził biały obłok. Wsiadł na niego razem z Liv i odpłynęli w dal.    10. Leve i Liv przeniknęli chmury, by dotknąć nieskończoności, zbadać niezbadane. Kiedy płynęli białym obłokiem w przestworzach na ich drodze pojawił się czarny cumulus przeradzając niespodziewanie w upiornego smoka o siedmiu głowach, ze skrzydłami wielkimi jak dach katedry Nidaros, czerwonym jak krew ogonem siekącym powietrze na prawo i lewo. Prawdopodobnie był wysłannikiem Pana z najgłębszych czeluści piekła. Machnął siedmioma jęzorami wytrącając z ręki Leve magiczny kij i białym obłokiem zatrzęsło - zmalał nagle, a powietrze uszło z niego jak z przebitej dętki. Liv Yage i Leve zaczęli na łeb na szyję pikować w dół. Z jej oczu kapały łzy - spadając szybciej niż oni sami na ziemię - natrafiały na rosnące w czarodziejskim ogrodzie Gikk czerwone kwiaty maku. Z cudownych roślin oderwały się płatki i wystrzeliły w górę tworząc miękki dywan, na którym wylądowali nieszczęśnicy. 11. Samotny wędrowiec usiadł na mostku nad brzegiem fiordu nieopodal łowiących ryby. Wpatrywał się w głębie wody i kiedy tylko ryba łapała się na haczyk spoglądał na nią, a ona wymykała się niepodziewanie jak pod wpływem czarodziejskiej sztuczki. - Idź stąd! Przynosisz pecha! – krzyczał jeden z wędkarzy, ale Leve jakby tego nie słyszał. Zanurzył się myślami w granatową toń wody, docierając do samego dna. - Nie słyszysz!? Mówię do ciebie! – wrzasnął rozgniewany człowiek. Wagabunda powoli odwrócił głowę w jego stronę. - Nie krzycz, płoszysz ryby – powiedział spokojnie. Wędkarz odłożył sprzęt i podszedł do starca z zamiarem złapania go za kołnierz i zrzucenia z pomostu, lecz wtedy stało się coś dziwnego. Nadpłynęła wielka fala i zmiotła do wody łowiących, jedynie Leve siedział dalej mocząc nogi w fiordzie, a jego postać przypominała teraz Neptuna. 12. Obieżyświat ujął poły płaszcza i uniesiony podmuchem zefiru szybował ponad wzgórzami południowej Norwegii. Przybył do miejsca, gdzie najbardziej pachnie pokrzywa. Bardzo brakowało mu Liv Yage, więc wylądował na szczycie góry Ynde w magicznym ogrodzie Gikk. Zapalił fajkę nabitą suchymi liśćmi leszczyny, wtedy zobaczył ją na grzbiecie białego konia. Kiedy już zbliżali się - nagle rumak wraz z Liv runęli w dół. Zapadli się w szczeliny skały. Leve poprosił więc pająki, aby zaplotły ratunkowy warkocz. Zszedł po nim sprawnie w głąb wyrwy, a Liv i jej koń tonęli już w czarnym, bulgocącym kotle rozgrzanego piekła. Gdy poczuł w nozdrzach drażniący zapach siarki - zrozumiał, że dotarł do końca. Zobaczył diabła, który czekał cierpliwie na swoje ofiary. Wędrowiec wypuścił z rękawa świetliki oślepiając na chwilę demona i szybko wyrwał się, wyciągając Liv, a później rumaka. Targani czarnymi siłami, zaplątani w płomienie ognia wydostali się z czeluści z wielkim trudem. Wreszcie znaleźli się na powierzchni, Leve nazbierał suchych kwiatów wrzosu wzniecając przyjazne ognisko. Magiczny dym suszył ich ubrania, a kiedy dołożył do ognia szyszki chmielu, oraz konopi zatrzymało to na jakiś czas diabelskie moce. Czekali do rana, a potem wsiedli na rumaka i pocwałowali dalej.  - Zasadzki czyhają na nas nawet wtedy, gdy czujemy się zupełnie bezpieczni – pomyślał wędrowiec i wysłał uśmiech w stronę wschodzącego słońca. Na niebie zbierały się ciemne, burzowe chmury. Wieczorem było tak parno, że z trudem łapali oddech. Gdyby nienaładowane jodem powietrze - trzeba by zanurzyć się w morską głębię, aby przeżyć dzisiejszą noc. Raz słychać było furkot motorówek – gdzieś w oddali, a raz brzęczenie owadów tuż za plecami. Trudno rozstrzygnąć – czy to dźwięk nadlatującego odrzutowca, czy odległy, głuchy trzask grzmotu. Zerwał się wiatr. Śmieci zaczęły tańczyć, wirować po trawnikach i placach, panoszyć po ulicach. Wicher wydawał się mówić ludzkim głosem. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę coś się wydarzy. Tajemnica wisiała w przezroczystej przestrzeni realnego obrazu. 13. Samotny wędrowiec spotkał na drodze drzewo pomarszczone jak stara panna, a pod nim rosły grzyby z błękitnymi łebkami, które pod spodem uzbrojone były w cienkie, różowe blaszki. Leve zebrał je i włożył do swojego brązowego kapelusza zrobionego z mchu. Wszedł do szałasu, gdzie razem z Liv ugotowali je, przyprawili liśćmi melisy i lubczyku - i spożyli w skupieniu. Nad ogniskiem unosił się śnieżnobiały, czarowny dym. Noc była duszna, wiatr przesuwał chmury zasłaniając księżyc. W lesie panował mrok, ale oni widzieli lepiej niż w dzień i czuli zapachy wszystkich roślin wokoło. Gdy poszli na spacer linie drzew nabrały niesamowitej symetrii i spójności, zaczęły układać się w litery i słowa. Ich kolory miały wyrazistą barwę, jakiej jeszcze do tej pory nie zdołali poznać. Usiedli przy drodze, a nad nimi wisiał najpiękniejszy dach świata. Ich włosy falowały. Wokoło roznosił się słodkawy zapach lawendy i rumianku. Zaczęli czytać z księgi lasu, trzymając się za ręce upajali mądrością zdań zapisanych wśród dzikiej przyrody. - Liv – powiedział samotny wędrowiec. - Leve – rzekła Yage. Usłyszeli, rytm wystukiwany na polanie kopytami zwierząt, a wszystkie stworzenia fruwające pohukiwały i ćwierkały w niesamowitym ptasim chórze wydając nieziemskie głosy, które poderwałyby nawet umarłego. Wstali więc i zaczęli tańczyć.      14. Liv Yage i samotny wędrowiec poszli nad fiord zachłysnąć się nocną kąpielą. Żółty rogal wisiał na niebie połyskując jak stukaratowy brylant. Wdychając przejrzyste powietrze rozebrali się i wskoczyli do wody. Oddalili się od brzegu wpływając w mroczną czeluść, gdzie falowały tylko nieliczne odbicia srebrnego globu. W tym samym momencie, razem odwrócili się na plecy - wyglądali jak para dryfujących delfinów. Nagle przed nimi woda zabulgotała tworząc kilkumetrowy krater i zaczęli spadać na samo dno, gdzie czekała na nich w otchłani wielka, biała jak śmierć hydra. Rozwarła paszczę, żeby ich pochłonąć i wściekle ruszała głowami. Gdy zobaczyli jarzeniowe odbicia ślepi i ogromne siekacze potwora – ławica meduz pojawiła się na ich drodze tworząc dywan, na który wpadli odbijając się od galaretowatych cielsk stworzeń i poparzeni prądem w delirycznych konwulsjach zaczęli wypływać na powierzchnię. Ich kończyny pracowały niczym silniki motorówki. Do brzegu dotarli w otoczeniu chmary makreli, dorszy i łososi, które jak straż przyboczna pilnowała, aby wylądowali bezpiecznie na skałach fiordu. 15. Włóczęga szedł brzegiem stawu, w którym pływały duże, zielone liście w kształcie serc. Z nich wyskakiwały jak fallusy żółte szmeraki i białe lilie wodne przypominające kwitnące łona kobiet. Usiadł na zwalonym pniu sosny, a z zarośli wyłonił się człowiek o twarzy zwęglonej, wyglądającej jakby była uratowana (ale niekoniecznie jednak uratowana) z pożaru - w której wiły się jasnoróżowe dżdżownice. Leve podrapał się po brodzie i zauważył przyrośnięte do postaci przezroczyste skrzydła w jagodowe plamy. Człowiek – motyl usiadał na kamieniu w bezpiecznej odległości i tak wpatrywali się w swoje odbicia w niezmąconej wodzie. Samotność jest jak drgający na wietrze liść – żółknący powoli, lecz nieustannie, do bólu - jak przebiegające nad ulicą linie wysokiego napięcia w zimową noc, drzazga tkwiąca w stopie, pojedyncza chmura na niebie poszukująca bliźniaczych kształtów - jak choroba – jak płatki kwiatów opadające wolno w gęstą czuprynę traw - niknące pomiędzy rozedrganymi źdźbłami. Jak ptak siedzący na czubku drzewa beznadziejnie nawołujący bliskie mu stworzenia; jak skurcz nogi po długotrwałej pielgrzymce do ziemi niczyjej, jak głuchy trzask suchej gałęzi w ciemnym lesie, ciche brzęczenie ważki o zachodzie słońca – rozmyślał Leve. Spojrzał jeszcze raz na taflę wody, która poruszyła się pozostawiając na powierzchni zanikające kręgi i nie zobaczył już odbicia siedzącego obok. Zostały tylko skrzydła leżące na kamieniach. 16. O brzasku słońca samotny wędrowiec i Liv Yage wybrali się nad staw, gdzie rosły białe lilie wodne z żółtymi pręcikami. Wpatrywali się w taflę wody licząc kwiaty pływające pośród zielonych serc liści. Rozebrali się i zaczęli pluskać, oczyszczając swoje ciała. Nacierali się nawzajem olejkiem z zielonych szyszek sosny, kiedy na niebie pojawiła się wielka, ciemnoszara chmura. Nagle zaczęło padać. Ucieszyli się, ponieważ krople deszczu miały turkusowy kolor i spadając tworzyły kręgi na powierzchni, dodając im impresjonistycznego czaru. Nurkowali, próbując trafić w środek powiększających się kół, jak w tarczę. Nagle staw poruszył się, zatrząsł jakby pod wpływem ruchów tektonicznych i ich oczom ukazał się ogromny, pomarańczowo–zielony jaszczur, pokryty łuskami z żeliwnych obręczy. Przypominał trochę prehistoryczne zwierzę. Potwór wylazł z wody, machnął ogonem wyrąbując ścieżkę w lesie, a wszystkie ptaki z niebywałym skrzekiem opuściły gniazda i gałęzie drzew. W popłochu odleciały trzepocząc skrzydłami tak szybko, że na niebie można było zauważyć tylko wykrzykniki ich piór. Stan wody zmniejszył się drastycznie. Liv wraz z Leve brodzili teraz po kostki w bagnie, a na dnie mulistej ciapy wiły się węże. Z ich paszcz wyskakiwały spiczaste, czerwone jęzory pełne jadu. Leve schwycił Liv za rękę, lecz nie poruszyli się - mieli marną szansę ucieczki. Gady otaczały ich ze wszystkich stron, a oni stali grzęznąc niczym pierwsi ludzie na ziemi, ich stopy kąsały pijawki.    Wtedy ukazał się jedyny promyk słońca, przebijając przez atramentową watę chmury. Ponad głowami zobaczyli pająka, który zaczął rozwijać jedwabną nić. Zdołali się jej uczepić w ostatnim momencie i próbowali wymknąć z zatrutego błocka. Zanim przedostali się na bezpieczny grunt skakali po konarach wygiętych jak trąby słoni. Gdy stanęli na lądzie - żaby i zaskrońce umykały z pod ich nóg, a rechot odbijał się o skały i usłyszeli niesione pogłosem swoje imiona. - Liv, Liv, Liv... - Leve, Leve, Leve... 17. Liv Yage wybrała się na górę Ynde, która wznosi się w centrum magicznego ogrodu Gikk. Brnęła krętymi leśnymi ścieżkami zbierając po drodze owoce lasu. Ze wzgórza widziała fiord, za sobą miała zachodzące słońce, na wprost księżyc w pełni. Żaglówki i koggi majaczyły na turkusowym tle wody, liście drzew robiły się coraz bardziej rdzawe. Usiadła obserwując tajemnicze trasy mrówek – na pewno mają swoje stacje metra – pomyślała. W powietrzu można było wyczuć czarowny zapach grzybów, jej włosy smagała łagodna bryza. W powrotnej drodze spotkała borsuka, który badawczym wzrokiem wpatrywał się w nią i nagle zawrócił. Księżyc nadął policzki i odepchnął płynące w pobliżu chmury. Nagle suche jak zapałka drzewo trzasnęło, runęło w dół i uwięziło Liv swoimi nagimi gałęziami. Yage upadła i straciła przytomność. Leżała tak długo, aż spadające liście z pobliskiej brzozy ułożyły na niej senną kołdrę, a ich ciemne żyły zaczęły odbierać jej oddech. Borsuk podbiegł i swoim długim nosem zaczął odgarniać liście z jej ciała. Potem położył się na niej oddając swoje ciepło, biało – brunatne futro promieniowało, lecz Yage nie dawała znaku życia. Zwierzak nie wiedząc, co ma począć, poczłapał powiadomić o wszystkim Leve. Kiedy wrócili na miejsce wypadku, ciało Liv było zimne jak lodowa kra. Samotny wędrowiec podniósł ją, założył na ramiona jak worek kartofli i zaniósł do szałasu. Przez trzy dni i trzy noce sporządzał wywar z korzenia mniszka lekarskiego, szałwii, pokrzywy i rumianku, dodając pestki owoców dzikiej róży. Czuwał przy niej medytując. Borsuk siedział wlepiając w nią swoje okrągłe gały jak hipnotyzer - próbując wyciągnąć z niej złe moce. Leve zapalił fajkę, aby odpędzić wszelaką ciemność, lecz rozgniewał tylko Belzebuba, który wciągnął dym w nozdrza jak zupę i podgrzewał czarne niczym smoła diabelskie kopyta. Kiedy wędrowiec po raz trzeci natarł jej ciało rybim tłuszczem Liv wreszcie otwarła oczy. – Morze, góry, morze, góry, niebo – powiedziała niezbyt wyraźnie. – Oj, musisz jeszcze trochę odpocząć – zawyrokował Leve i dołożył magicznych ziół do ogniska. Będzie teraz trzeba strzec całe towarzystwo leśne przed zaklęciami demona. Aby osiągnąć większą koncentrację, podwoić skuteczność obrony (wyrachowane chowanie się za podwójną gardą), oraz uzyskać lepszą lotność myśli - wysuszył jad węża i zmielił mieszając z plastrem miodu – schował pod dziąsło jak snus. Czekał.  18. Liv wyzdrowiała i nabrała sił. Rano zbierała zioła nie oddalając się jednak zbytnio od szałasu. Wieczorem razem z Leve siadali przy ognisku nabijając do fajki konopne szyszki. Chodzili teraz codziennie kąpać się w fiordzie. Borsuk widząc, że Yage czuje się dużo lepiej poszedł dalej swoją własną ścieżką. Nieuchronnie zbliżała się jesień, noce były chłodne, a o poranku każdego dnia na trawie pobłyskiwała rosa. Oboje zapragnęli uroczyście pożegnać się z latem i postanowili urządzić święto. Liv zawiązała włosy w warkocze, upiekła miodowe pierniki, a Leve przyciął brodę i powyrywał kłaki wystające z nosa. A żeby zachęcić koty zebrali worek nepeta cataria oraz trzy worki pajęczych nici z których zrobili kłębki do zabawy. Rozwiesili je na niskich gałęziach i zaroślach, wokoło siedziska tak, że wyglądały jak świecące bombki na choinkach w lunaparku. Udekorowali drzewa żołędziami, oraz różnokolorowymi kwiatami. Leve przyniósł dwie kanki koziego mleka i porozlewał do dużych morskich muszli. Zwabione zapachem nepeta cataria koty zaczęły się schodzić około północy. Na początku były trochę nieufne, dopóki nie wlazły na stóg kocimięty i zaczęły się w niej tarzać – przewracały się na grzbiety kręcąc łbami, zapominając o bożym świecie. Pozbywały się mroku w duszy, oczyszczały umysł. Ich oczy dostarczały piękne purpurowe i błękitne światło. Bawiły się kulkami z pajęczyn – trącając je wprawiały w ruch, właziły na drzewa, skakały. Liv i samotny wędrowiec patrząc na to widowisko pokładali się ze śmiechu. Nad ranem koty urządziły koncert. Dmuchały w brzozowe liście i szerokie trawy, wybijały rytm uderzając sosnowymi witkami w odwrócone muszle, bębniły ogonami, mruczały w chórze, a nawet tańczyły stając na dwóch łapach i obracając się dookoła; niektóre dęły w trzcinowe rurki wydając wibrujące dźwięki, które obudziłyby nawet suszone uszy melona.         O wschodzie słońca wyczerpane koty ułożyły się na posłaniu z kocimięty i zapadły w błogi sen, a Liv i Leve czuwali przy dogasającym ognisku paląc na zmianę konopne lolki z akacjowej fajki.          Paweł Berkowski (ur. 1960) – poeta, performer, autor tekstów i muzyki.   fot. Magda Słocińska

  • Mariusz Grzebalski – cztery wiersze

    Karna kompanio z Wrześni, pamiętasz jeszcze swoje dzieci rocznik 1989? Pamiętasz ich czarne mundury i sine twarze? Byłaś z nimi choć raz  na porannej zmianie? Sprzątałaś jak oni syf po nocy wtopiony w piach? To byli nasi bracia. W ciszy jedli chleb i tłusty boczek. Lali płynną stal w kolejowe formy. Parę minut po dziewiątej Krzyczy do mnie z daleka, kiedy po raz kolejny w tym tygodniu mijamy się przy działkach.  Jak zwykle,  na swoim rozklekotanym składaku, wiezie naręcza baź.  Trudno go opisać – twarz jak skorodowana puszka? Kaszkiet, w którym zapewne śpi? Prawdziwy rowerzysta – nie jak giganci ścieżek rowerowych na wypasionym sprzęcie,  pedałujący z zaciśniętymi ustami na zbyt nisko ustawionych siodełkach. Kogo i dokąd wieziesz w pustym wózku inwalidzkim, opalony przyjacielu? Twoje przyjaciółki, torby foliowe, drżące na poboczu z przejęcia – w jaką wybierają się podróż? Kwiaty nic sobie nie robią z naszych rozterek W poniedziałek tak samo jak w piątek wychylają się ku słońcu. Mariusz Grzebalski  (ur. w 1969) – poeta, redaktor, wydawca. Opublikował dziewięć zbiorów wierszy, ostatnio Tylko kanarek widział (2024), a także wiersze zebrane w tomie Kronika zakłóceń (2010), zbiór opowiadań Człowiek, który biegnie przez las (2006), oraz wybór wierszy Dziennik pokładowy (2016). Laureat nagród m.in . Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998, 2007), Huberta Burdy (2002), Silesius (2014), Fundacji Kultury (2014). Nominowany do nagrody im. W. Szymborskiej (2014). Mieszka w Dąbrówce koło Poznania.

  • Wystan Hugh Auden – wiersz

    Wiktor Wiktor urodził się słaby. Żeby go ustrzec od winy, Ojciec go tulił i mówił: „Nie splam honoru rodziny.” A Wiktor patrzył z podziwem – Mój synu, obyś nie łamał Boskich przykazań, a zwłaszcza, Wiktorze, nie waż się kłamać. Wiktor jechał w wózeczku, Gdy ojciec z miną proroka, mędrca, Wyjął z kieszeni Biblię: „Błogosławieni czystego serca.” Minął sezon na owoce, Nastał grudzień lodem skuty; Ojciec nagle padł na zawał, Zawiązując sobie buty. Wiktor spłakany zeskoczył Do grobu i szaty rozdzierał. Wujek załatwił mu w banku Spokojną posadę kasjera, I to szybko, jeszcze w grudniu. Chociaż miał osiemnaście lat. Ale był czysty i schludny, Mankiety prasował na kant. Wynajął pokój w Peveril W porządnym domu z widokiem, A Czas patrzył na Wiktora, Jak kot na mysz głodnym wzrokiem. Koledzy kpili z Wiktora – Nie miałeś nigdy kobiety? – Chodźmy na miasto w sobotę. Skinął głupio uśmiechnięty. Szef banku paląc w biurze cygaro, Powiedział z przymkniętą powieką: „Wiktor to dobry kolega, ale Nieśmiały nie zajdzie daleko.” Wiktor w sypialni nastawił Budzik z pokrętłem i stanął na szczebel, Wskoczył na łóżko i długo Czytał o życiu królowej Jezebel. Był pierwszy dzień kwietnia, kiedy Anna się w mieście zjawiła. Buzią, biustem i biodrami Męskie żądze rozpaliła. Z wyglądu niewinna jakoby Pierwszą Komunię dziś miała, Z ustami o smaku szampana, Gdy się darmo oddawała. Drugiego kwietnia ją spotkał: Szła w płaszczu futrzanym po schodach. Z miejsca urzekła Wiktora Cudowna, wręcz boska uroda. Pierwszy raz prosząc o rękę, Spotkał się z kpiną, odmową. Drugi raz zastygł bez ruchu – Z uśmiechem kręciła głową. Anna mrugała do lustra, W ogóle lubiła pozować. Mówiła: „Wiktor to nudziarz, Ale już pora się ustatkować.” Trzeci raz prosił o rękę Nad zalewem cały w nerwach, Dostał buzi jak cios w głowę – Pragnę cię z całego serca! Początek sierpnia. Ślub brali. – Całuj, chłoptasiu. Czego się boisz? Wziął ją w ramiona, zawołał: „Moja Heleno, Królowo Troi!” Była połowa września, Gdy Wiktor wszedł do kantorka Z różą zamiast guzika, Spóźniony, cały w skowronkach. W pracy mówili o Annie, Drzwi były w połowie otwarte: – Biedny Wiktor, jego szczęście Nie jest funta kłaków warte. Stał nieruchomo jak posąg, Drzwi były w połowie otwarte. – Boże, tamte chwile z Anną W aucie były grzechu warte. Wiktor wychodził na High Street I zmierzał na przedmieścia; Na działkach i hałdach śmieci Wylewał łzy nieszczęścia. Wiktor stał tam sam jak palec, Spoglądając, jak się zmierzcha. Krzyknął: „Ojcze, jesteś w Raju?” Niebo też nie wie, gdzie mieszka. Wiktor popatrzył na góry, Góry, które przykrył śnieg. – Ojcze, jesteś ze mnie dumny? Echo odparło, że nie. Wiktor w lesie spytał Ojca: „Czy była względem mnie szczera?” Dęby, buki pokiwały: „Ani wcześniej, ani teraz” Wiktor zawołał na łące – czując zimny wiatr na skórze – „Ojcze, tak bardzo ją kocham!” Wiatr odparł: „Musi umrzeć!”  Wiktor pobiegł nad brzeg rzeki, Spokojnie płynęła w wądół. Płakał: “Ojcze, co mam zrobić?” Rzeka odrzekła: „Zamorduj!” Anna siedziała przy stole Nad kartami i w szlafroku. Anna siedziała przy stole, Nasłuchując jego kroków. Karty Joker, Walet Karo Nie wyjęła, jako pierwszej, Ani Damy, Króla Kier –  To As Pik był na rewersie. Wiktor nagle stanął w drzwiach, Spojrzał na Annę bez słowa. – Co się stało, kochanie? Stał jak głuchy i niemowa. Ktoś mu mówił do lewego, Ktoś mu do prawego ucha, Ktoś mu w głowie podpowiadał: „Musi dziś wyzionąć ducha.” Wiktor uniósł nóż do mięsa, Mając niewzruszoną twarz: „Byłoby lepiej dla ciebie, Gdybyś nie przyszła na świat.” Anna odskoczyła od stołu, Anna krzyknęła: „O, Boże!” Wiktor ruszył wolno w jej stronę    Tak jakby grali w horrorze. Schowała się z płaczem za sofę, Zasłonę, karnisz spadł na podłogę. Wiktor ruszył wolno w jej stronę: „Teraz się spotkasz ze swoim Bogiem.” Anna zdołała wyważyć drzwi, Biegła co tchu przez podwórze, A Wiktor jak zmora po schodach, W końcu ją dopadł na górze. Stał nieruchomo nad ciałem, Stał z nożem na samym szczycie, A krew spływając, śpiewała: „Jam Jest Zmartwychwstanie i Życie.” Poklepali go i skuli, Uśmiechnięty nie zaprzeczył, Zasiadł grzecznie w furgonetce, Mówiąc: „Jam Jest Syn Człowieczy.” Wiktor siedział w małej celi, Lepiąc w kącie Ewę z gliny, Mówiąc: „Jam Jest Alfa i Omega –  Przyjdę sądzić ludzkie czyny.” przełożył Jacek Świerk Wystan Hugh Auden (1907-1973) – angielski poeta i pisarz. Wykształcony w Oksfordzie, otrzymał niższy stopień naukowy (bakałarza) po trzech latach studiów. Następnie spędził rok w Berlinie. Tam zaczął wyrażać swój dotychczas skrywany homoseksualizm. Po powrocie do Anglii uczył w szkołach dla chłopców. W tym okresie, pomiędzy 1930 a 1935 r. napisał najlepsze ze swych wczesnych wierszy.

  • Juan Antonio M. Ródenas – trzy wiersze

    Jak liście, które wiatr rozwiewa Jak liście, które wiatr rozwiewa w mgle piasku, w ten sposób muzyka, woda rozpadają się w jaskiniach światła, światła wybuchającego na białych ścianach. Białe świece, mewy. Drzwi  otwierają się w południe morza, w którym jesteś wyraźna we wspomnieniach, które mnie oślepiają. Słowa na zawsze zużyte Słowa na zawsze zużyte. Niebo, które zamieszkiwaliśmy, już nie istnieje. Domy wypełnione pustką. A ja jestem strzępami dni szczęśliwych, które pamiętam jako ból, który nie nosi ran. Byliśmy cieniami, które wiatr wymazał.  Jesteśmy kałużami porzuconymi w czasie. Wszystkie miraże rozbite w perzynę. Została tylko chwila krzyży. Teraz, gdy serce boli jak nigdy Teraz, gdy serce boli jak nigdy jak lustro, tak, jak lustro zranione, niczym spalone słońce lub popiół słońca w spojrzeniu na to, co było: dni miłości, które są, jak to mówią, w półmroku meble alkowy, ich lustra, ciała spoczywające w lenistwie łąki bądź łóżka. Malując, rozpoczynamy tworzenie rzeczywistości. Czas ignoruje tę chwilę błogości, ten ból płótna, które ujawnia ciało, które teraz boli tak bardzo, ponieważ jest tylko ciałem chwili. I jest tutaj, z nami. Jak dzień miłości na płótnie, bez okien, ani świateł, ani krajobrazu, tylko ten głęboki ból, ten uścisk, który teraz, w pustce, jest raną, niczym cienie, które zostawiają w naszych oczach najdrożsi zmarli. A kochać ich, to tak bardzo boli. A kochać ją boli jeszcze bardziej, ponieważ ona żyje i jej tu nie ma i jest szczęśliwa i zapomniała o moim opuszczeniu. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Juan Antonio Masoliver Ródenas (ur. 1939) – kataloński krytyk literacki, tłumacz, poeta i prozaik, wykładowca literatury hiszpańskiej i latynoamerykańskiej. Pisze dla dodatku „Cultura|s” oraz do dziennika „La Vanguardia”.

  • Jaime Sabines – pięć wierszy

    U ciebie to, czego poszukuję U ciebie to, czego poszukuję, czego pragnę, co kocham, u ciebie to. Pięść serca mego bije, woła. Dziękuję opowieściom, wyrażam wdzięczność matce twojej, ojcu twemu, i śmierci, która cię jeszcze nie dostrzegła. Dziękuję powietrzu. Jesteś smukła jak gałązka, delikatna niczym linia twego ciała.  Nigdy nie kochałem szczupłej kobiety, ale ty potrafiłaś sprawić, że moje dłonie zakochały się w tobie, związałaś moje pragnienie, pochwyciłaś me oczy jak dwie ryby. Dlatego tkwię pod twymi drzwiami, wyczekując. Imię twoje Próbuję napisać w ciemności imię twoje. Próbuję napisać, że cię kocham. Po ciemku próbuję to wszystko. Nie chcę, by ktokolwiek się dowiedział, by patrzył na mnie o trzeciej nad ranem, jak błądzę po pokoju tam i sam, szalony, pełen ciebie, zakochany. Oświecony, oślepiony, pełen ciebie, wylewasz się ze mnie. Wypowiadam imię twoje z całą nocy ciszą, wykrzykuje moje spętane serce.  Powtarzam imię twoje, mówię je znów, powtarzam niestrudzenie i jestem pewien, że w końcu nadejdzie świt. Rozbierasz się, jakbyś sama była Rozbierasz się, jakbyś sama była i odkrywasz nagle, że jednak jesteś ze mną.  Jakże cię kocham wtedy  między pościelą a chłodem! Zaczynasz mnie uwodzić jak nieznajomego, a ja kurtuazją chłodną cię obdarzam. Myślę, że jestem twoim mężem i że mnie zdradzasz ze mną samym. Ach, jakże się wtedy kochamy pośród śmiechu, że sami, sam na sam w miłości zakazanej! (Potem, już po, to ciebie się obawiam i czuję dreszcz). Teraz rozumiem, że mi cię brak Teraz rozumiem, że mi cię brak i że cię poszukuję pośród ludzi, w zgiełku, lecz wszystko na nic.  Kiedy jestem sam jestem coraz bardziej sam wszędzie sam, przez ciebie i przez siebie. Nic tylko czekam. Cały dzień czekam, aż nie przyjdziesz.  Aż sen mnie zmorzy, a ciebie nie ma i nie przyszłaś.  I zasypiam i okropnie zmęczony zapytaniem. Kocham, każdego dnia. Tutaj przy mnie, razem ze mną, brak mi cię. Możesz zacząć to czytać a jak już tu dotrzesz, zacząć od nowa.  Zamknij słowa niczym koło, krąg, puść je w ruch, spal je.  Krążą wokół mnie jak muchy, w gardle jak muchy w słoiku.  Jestem ruiną. Ruiną do szpiku kości, wszystko jest ciężarem. Kiedy będziesz miał ochotę umrzeć Kiedy będziesz miał ochotę umrzeć pod poduszkę złóż głowę i przelicz cztery tysiące owiec. Dwa dni bez jedzenia — wytrzymasz, i zobaczysz, ile piękna w życiu: mięso, fasola, chleb. Zostań bez kobiety — zobaczysz. Kiedy będziesz miał ochotę umrzeć, nie rób tyle hałasu: po prostu umrzyj i tyle. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Jaime Sabines  (1926–1999) uznawany jest za jednego z najważniejszych poetów meksykańskich XX wieku.

  • Adrian Krysiak – trzy wiersze 

    Raz jeden Odznaczał się piękną ambiwalencją oooookrojonej moralności sznyt panikarza co to zawsze wie lepiej i choć nie trzymał rytmu — gdy nie trzymał rytmu — stuku trzynastozgłoskowca krzyczał stukiem nietrzynastozgłoskowca ach, jak on krzyczał stukał (nietrzynastozgłoskowcem) niech rzuci niech rzuci niech rzuci pierwszy kamieniem kto nie napisał nigdy złego wiersza Dwa razy Zabity kamieniem złego wiersza krzyczał z kolei o miłości podłości dosadności przemijalności niedoskonałości — niech mi doda skrzydeł krzyczał dudnił stukał niech mu doda skrzydeł niech mu niech mu niech mu będzie Do trzech Krzyk stuk tysiąca dud skrzydł zmiótł moralny chłód wielu wód Adrian Krysiak  (ur. 1987) – mieszka w Poznaniu. Z wykształcenia lingwista, z zawodu lektor języków obcych z zacięciem krytyczno-terapeutycznym, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” i „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.

  • Lidia Karbowska – pięć wierszy

    Wiosna Komu moje ciało, komu moją krew? Bzy kwietniowe Łapię ostrość na kwiaty. Łapię ostrość na to, co pod nimi: rozpacz zdewastowanej Ziemi. Ale kwiecień, kwiecień. Bzy kwietniowe i kwiaty wiśni. Piękny jest bez, który wróży złe, złowrogie piękno dotyka mnie bardziej. *** Dwa Jezusy, jeden biały, drugi czarny. Na drzewie, które przeżyje nas wszystkich. Albo spłonie z naszej ręki. *** Upał. Tłum. Stoisko mięsne,  obok krzyż. Zastyg.  Nic do zbawienia. Wszystko w zapachu –  perfum, potu, mięsa. Czy Marilyn Monroe ruchała się w bramach? M. próbuje to googlować, ale ja nie muszę, ja wiem – szkło w ranę cipy, głęboko, najgłębiej. Lidia Karbowska  (ur. 1995) – bywa poetką, bywa dramatopisarką. Studiowała filozofię, ale nie umie w Kanta. Wciąż studiuje, tym razem sztukę pisania. Mieszka pod Poznaniem. Wydała zbiór wierszy otrzymane  (2023), a jej dramaty znalazły się m.in . w antologii Młod(sz)a Polska (2021) i w „Dialogu Puzyny” (2023).

  • Marcin Wróblewski – trzy wiersze

    prawda kłamstwa wyobrażam sobie czasem że to wieloryby gdy leżę w nocy ich śpiew niesie nieruchome powietrze doliny oszukuję się żeby sprawdzić jak to jest i mimo wszystko zawsze stwierdzam że nie ma mnie tam jestem tu gdzie śpiewają syreny pociągów wszyscy jesteśmy śp chciałbym ci coś powiedzieć zanim to nastąpi od poniedziałku czeka nas bowiem zdecydowane ochłodzenie które najprawdopodobniej utrzyma się do kolejnego weekendu moja matka miała wylew i jest częściowo sparaliżowana jak my wszyscy czasami myślę że chciałbym pasać gęsi ale dziś wszystko poogradzane może kiedyś jak kupię łąkę na której będziemy tylko my ja i gęsi nie patrz na czajnik światło tamtych dni nie pozwala mi się obudzić tymczasem fizycy z Toronto sugerują że absorpcja fotonów odbywa się w czasie ujemnym noc dzisiejszego dnia nie pozwala mi zasnąć fizycy z Toronto jeszcze tego nie wiedzą Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy:  Zimne Ognie  (2023) i Brama  (2023). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023). Mąż i ojciec dwojga dzieci. Mieszka pod Nałęczowem.

  • Michał Nizgorski – chodź powiem ci prawdę o pisaniu

    czy takie złe są wiersze niełatwe jest wynalezienie języka na przeżywane trudności  dlatego nie ma dobrych wierszy bo nie są tak obszernie budujące  jak spełnione życie ale ale ale  świadectwo to za mało  mam takie w szafie no i co  niełatwe jest wynalezienie języka na przeżywane trudności  trudna dola twórcy  tak naprawdę nie ma kłącza  które porasta cicho dom oddech pachnący cynamonem z pocałowaniem poręczy oddaję schodom jest siostra ciszy  – sztuka ma ładniejsze kolczyki  a spotykanie się z nią  to jest właśnie odpowiedź strumień świadomości  a ja kiedyś szybko pisałem jakby mi mieli zabrać kartkę  zabronić pisać po mojemu w Polska moim trudnym języku 30 sekund i widziałem serdelki a obecnie to ziomal zawijam się w rollo i rumienię się myślą na wolno  aż skwierczą mi ręce i nogi by przewrócić się z boku na bok  bez trwogi  biedo  tabliczka firmy ochroniarskiej na lichym płocie zwiastuje wpierdol no więc ja wszedłem  ty rozum zostałeś a oni jadą już jadą i jechać będą  – chciałem tylko zakłócić  dziwny mir gospodarstwa domowego  to pomieszałem nosem chłodnik           zimno a od gorącego bulionu  puchnie matka gastryczna z dumy a oni jadą już jadą i jechać będą  nie odpuszczaj ale nazwij jeża stan bardo  przyjdzie  negentropia pingwin i wiosna  przyjdzie  Schopenhauer w spódnicy  opowie o promocjach na różowe okulary  a w imbryku zbawienia  będzie się rozpuszczać  jedna esencja czytała Krystyna Czubówna  książkofila od kolibra różni rodzaj aparatu pobierającego ulubiony pokarm  on otwiera książkę  przykłada do niej  aparat poznawczy  syci się treścią  a on czeka  na otwarcie kwiatostanu  syci się treścią Michał Nizgorski – wydał książkę poetycką Wypchnięty z gniazda  (2024). Sekretarz ,,Literatury, tej” przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich Oddziału Wielkopolskiego i redaktor „Zeszytów Poetyckich”.

  • Dominika Rzepka – cztery wiersze

    Droga szukałam cię całe życie, a teraz co robisz boję się ciebie, siebie, boję za nas posłuchaj ciała, co zrobiłaś, popatrz na wskroś przekorna, zaprzeczasz sama sobie to robisz zabierz z ramion przesyt z kręgów szyjnych ciarki przytrzymaj ciało, rwę się zanadto, by znosić to piekło Kiedy nadchodzi koniec to pierwszy raz, kiedy leżymy obok, ja tyłem do ciebie, odbieram każdą twoją myśl i każdy pomysł, zbliża się godzina mojego lotu, słyszysz, dłonie włączone na umowny znak pośpiesznie zaczynają chwalić mój brzuch, moją szyję, uszy i piersi i ciało, a usta wypełniasz już modlitwą o piękny koniec, i w końcu słyszę, jak świerszcze, raz po raz, i raz jeszcze, i wciąż, i pięknie, i w rytm, i w śpiew, i w ciszę, i w myśl, i w wilgoć, i w stukot, i w chaos, i w pociąg, i w szept, i w płacz, i w koniec, i w ciągłość, oj, proszę, tak, błagam, tak słyszę, tak czuję, tak widzę, tak, wiem, wychodzę. słodki boże znowu przed tobą - niewygodna ławka różowa spódnica opada wokół bioder nagie kolana wciskają się w klęcznik, czerwienieją, pieką, kadzidło one rozumieją się ze wszystkimi przyciągają błysk czystych oczu, silne zdrowe włosy w świetle słońca zakochane w morzu, w płatkach śniegu, w spełnianiu pragnień – dlaczego, słodki boże, dlaczego stworzyłeś kurwy? krążenie krwi zaśpiewaj mi piosenkę, proszę – pragnę leżenia i jedzenia malin zaśpiewaj mi piosenkę, proszę – pragnę śniegu i pragnę cukru włóż dłonie do mojej głowy wyszarp drące się sowy poukładaj zwoje nerwowe rozmasuj napięte punkty nie dotknę Cię, nie dzisiaj. dziś Ty mnie karm – malinami, pierzyną, słodkościami z odpustu. wpompuj we mnie tlen, zabierz dwutlenek węgla, zaśpiewaj mi, proszę – śpiewaj a później niech spadnie śnieg Dominika Rzepka (ur. w 1996) – absolwentka studiów społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim oraz kursu aktorskiego Lart StudiO w Krakowie. Wiersze publikowała na stronie Wydawnictwa J. i e-eleWatorze.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page