Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Marcin Liszkiewicz – wiersze
*** Wchodzę w sweter Perkozek piętką gizmo otacza nas neuro nie to szarość tej barwy zawsze Henryk szukał czterdziestu wojowników siedzi na moście Poniatowskiego Józefa ktoś im związał sznurowadła i dobrze nie obchodzą mnie detale robię swoje pokornie usłużę chłopakom przekonam do golenia nóg burleski zagram na harfie podam arancini i ciepłe krowie mleko. Dwóch już ryczy. *** Pani od matematyki pachnie łzami i cierpieniem wciska królestwo niebieskie we frazeologiczne rituals obok skrzynki z gazem diablo alternatywa kici ka dy dy rydy potrawy powinny dojść i utrzymać poziom złośliwego maga. *** Kwitnie kurz na powierzchni maści próbujesz ale zjadasz końcówki żmije solidarnie zamarynowane wiedzy towarzyszy milczenie wyłącz telegrafistkę patrz wieczyście w punkt nie podniesie się nie poruszy usuniesz certyfikowany plastik końcówką języka źrenic. *** Zilustrujmy głos dzwonu obrazem przydymiony ruch rekonstrukcja brzydka twarz przekrzywiam głowę widzę dziecko pofałdowane kreski sklepienie wąchasz robotniczy bas gołębie głuchej odczuwalności katedralny minimal ultra stroboskop dym zapach mandarynek. *** Stronili nazywali dziwakiem szukali przyczyny dokumentacji zbiegów wydarzeń chcieli gonić podstawić nogę i tłuc widłami na krwawą zbitkę oddać ciemny cuchnący bakteryjnie mocz. Wczoraj mignął wśród kosodrzewin na nadgarstku dostrzeżono legendarną frotkę z NRD w plecaku jak wieść głosi bezbronnie drzemał kłębek wełny pociecha. Tam gdzie widział cień szansy w skupieniu optymalizował fortepiany. Marcin Liszkiewicz – pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz.
- Karolina Wojciechowska – trzy wiersze
Adaptacja jak kot przyjmuję kształt naczynia wstrzymuję oddech czy ktoś zauważył chyba nie nikt nie drapie nie chwali giętkich stawów plastycznej woli wystawiam czubek ogona peryskop pokój jest pusty niepotrzebny wysiłek Mrówkolew nie zgadniesz ile tu ziarenek piasku i wszystkie są moje moje sam je wybierałem liczę je dniami i nocami czasem wpada piaskowy dziadek wtedy on liczy ja drzemię mam też książki tyle książek a każda to jedna rozmowa i każda to jedna podróż ostatnio dziadek wychodząc spytał czy ja też mówił że zbladłem zapomniałem jak się współżyje z innymi przecież sam go tu ściągnąłem za ogon gdy odfruwał postukałem mu na pożegnanie w bezpieczne szkło klepsydry Notatka Kilka lat temu w Markach przed monopolowym widziałam pana z jamnikiem na ramieniu Tak mnie to poruszyło że zapisałam sobie w telefonie Co jakiś czas się natykam na tę notatkę i wtedy Sobie przypominam ale za każdym razem Coraz mniej trochę wstyd się przyznać Z pana za wiele już nie zostało Mam jeszcze tylko jam i ram Kawałek drzwi Nierówny Chodn Karolina Wojciechowska – absolwentka ugrofinistyki na Uniwersytecie Warszawskim, tłumaczka z fińskiego i angielskiego, lektorka. Członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury i Kolektywu Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA.
- Tadeusz Zawadowski – dziewięć wierszy
imperia wpatruję się w morze i katem oka dostrzegam wszystkie stoczone tu bitwy. zatopione okręty chełpiące się swym orężem. karawele zwożące bogactwa z nieznanych lądów. tak rodziły się imperia i rozpadały się niczym zamki z piasku. spoglądam na bawiące się obok dzieci z uporem wznoszące kolejne imperia. jonasz ulice po zmierzchu przypominają otwarte paszcze kaszalotów. połykają domy i przemykających między nimi ludzi. nawet świeżo rozbudzone światła latarń. jak jonasz mieszkam w brzuchu miasta nie znając chwili kiedy fale wyrzucą mnie na brzeg. miasto to był zwyczajny dzień. miasto jak zwykle parowało tłumem spieszących do pracy i zapachem spalin snujących się wzdłuż ulic. szukałem pośród nich swojego miejsca ale moje kroki odeszły gdzieś daleko. tam gdzie miasto kończy swe panowanie a linia morza łączy się z horyzontem. siedziałem na opuszczonej łajbie i liczyłem przybijające do brzegu fale. miasto odpływało ode mnie a jego gwar zakrzykiwały zgłodniałe mewy. pocztówka z nieobecności nigdy mnie tu nie było. tylko niespieszne kroki morza pozostawiły ślady na piasku. a jednak wróciłem do miejsca swojej nieobecności. choć wszyscy powtarzali abym tego nie robił. mówili że przeszłość jest rzeką i nigdy nie powraca. ale mewy wciąż te same i słony smak wody. takie jak zapamiętałem z mojej nieobecności. powróciły łodzie powróciły łodzie do portów nie odkrywszy lądów. wszystko zostało już nazwane. nowe ziemie postarzały. dawno skradziono złoto mirrę i kadzidło. przyglądam się połamanym masztom i zmęczonym twarzom żeglarzy. ich matki nie doczekały synów. odpłynęły na wyspy z których nie ma powrotu. stęsknione żony znalazły innych kochanków. spaceruję brzegiem morza. w oddali biała mewa rozcina niebo jak żagiel. ruiny akropolu nadszedł czas gdy wycięto stare drzewa. przeczuwałem tę chwilę. kurczyłem się w sobie jak zużyty sweter. obudziłem się gdy było już po wszystkim. stałem na wielkim pobojowisku i przyglądałem się trupom drzew. gniazdom oczu z których wypadały małe pisklęta łez. przypomniały ruiny akropolu i smutne twarze antycznych herosów odarte z atrybutów boskości. stare drzewa poznałem wiele krajów lecz nigdzie nie odnalazłem siebie. tylko piramidy udawanych uśmiechów ironicznie przymrużone oczy muzeów sugerujących że w swoich wnętrzach kryjemy eksponaty z tej samej epoki. próbuję odrodzić się w sylwetkach mijanych chłopców i spojrzeniach roześmianych dziewcząt ale zbyt szybko stają się przeszłością. tylko stare drzewa obok drogi wyciągają do mnie ramiona nie pozwalają odejść. śnienie Ewie wymyśliłem ciebie w młodzieńczych snach. zanim stałaś się. zanim moje oczy przyzwyczaiły się do twojego widoku. usta nauczyły twojego smaku. dopiero kreśliłaś w oczach pierwsze przebłyski uśmiechu. jeszcze nieświadome że sen stanie się jawą. szedłem ulicą i śniłem. budziłem się a sen się nie kończył. wyciągnąłem rękę a ty obok właśnie stawałaś się. wanty stoję na molo coraz bardziej wychodzącym w morze. tak jakby pragnęło odejść od brzegu. zapomnieć o nim i podążyć własnym szlakiem. znanym tylko sobie. śledzę loty ptaków połykających horyzont niczym rybę płynącą pod powierzchnią wody. podążam za nimi wzrokiem jakbym chciał poznać co kryje się za linią łączącą niebo z morzem. pytam cieni żeglarzy którzy nie powrócili do portów ale milczą jakby im zerwane wanty zasznurowały usta. Tadeusz Zawadowski (ur. 1956) – poeta, krytyk literacki. Laureat około 250 międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich oraz wielu nagród literackich. Wiersze i teksty krytyczne publikował w antologiach literackich. Były tłumaczone na języki: rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski, hiszpański i angielski. Wydał 18 tomów poetyckich, ostatnio: raport z czasów zarazy (2021) i ptaki spadające w niebo . Mieszka w Zduńskiej Woli.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (15)
Miasto, z jego ciałem, duszą, losem – od lat jest moją lekką obsesją. Miasto, każde miasto, oddycha słowami, które wyłapuję, by składać je w nowe wzory w rozmaitych opowieściach. Tych audio i tych papierowych. Miasto zawsze mi przypomina taki magiczny dywan, rozwijający się pod stopami bohaterów. Mam mnóstwo przykładów, ale powoli szykuję kolejny! Tymczasem w 1925 roku pojawił się pewien poradnik, który uczył chodzenia po mieście. No, może nie była to instrukcja korzystania z magii dywanu, lecz rzecz wydaje się przeciekawa :). Kalendarz tygodnika „Iskry” jest cudownym przykładem niezwykle praktycznego przedwojennego wydawnictwa. Cóż, warto posłuchać, a potem ewentualnie – zastosować. Bo chociaż życie w ówczesnych miastach wyglądało nieco inaczej niż, teraz to pewne prawdy są niezmienne. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (15)
12 maja 2022. 1011 nieustępliwych drobiazgów wkurwiających wroga Mija czwarta doba bana za post o polskich czołgach, co jadą łoić orków. Czwarta doba kiedy dowodzę z zapasowego konta, nie wszystkim i nie tak sprawnie jakby sie chciało, ale chociaż cześciowo. Konto miało służyć wiele lat temu dla tworzenia postaci literackiej, której żywot miał się zacząć i zakończyć wraz z opublikowaniem w 2017 roku "Dzienników Zenona Kałuży". I chciałem wtedy to konto zamknąć. A wcześniej budowałem jego grono odbiorców przypadkowo zupełnie kilkając w „zaproś do znajomych” chciałem, żeby Zenon Kałuża w jak najmniejszym stopniu był mną, żeby sie sprawdzał w innym gronie odbiorców. Ale jak się okazało ciężko jest uciec od siebie, jeżeli się żyje w zgodzie ze sobą. Konrad Góra zdemaskował mnie raz dwa. No, jasność wzroku i przenikliwość umysłu. Tymczasem od czterech dni, dzięki państwu liczba śledzących poprzez przyjęcie zaproszenia, wysłanie zaproszenia czy tez zwykłe odznaczenie - "Obserwuj" - wzrosła z kilkuset do 1011 w tej chwili. Zastanawiałem się czym uczcić moment przebicia pierwszego tysiąca odbiorców? Czy wrzucić zdjęcia ze zmasakrowanego przyczółka pod Biłohorywką nad Dońcem na północy Łuku Donbaskiego gdzie front się sypał do wczoraj wieczora póki nie przyjechała ukraińska arta i nie pozamiatała przyczółka z mostem kilkudziesięcioma pojazdami i niezidentyfikowaną liczbą żołnierzy? To dobry moment, żeby sobie przypomnieć, że owszem jesteśmy na wojnie, mimo że na nasze domy nie spadają "kalibry" i zwykłe FAB-y czy salwy "Grad-ów". Jesteśmy na wojnie, bo przez nasz kraj jadą konwoje zzaopatrzeniem, bo wielu z Was przyjmuje, pilotuje pomaga kobietom, dzieciom, mężczyznom z Ukrainy przeczekać, pojechać dalej, przetrwać. Jesteśmy na wojnie, bo jest wojna o internety. Wojna kliki, dezinformacje, opinie. Jesteśmy na wojnie bo jak to napisał kolega Janusz Radwański - zawsze gdy słyszycie śmiech bezpiecznie bawiącego się ukraińskiego dziecka, gdzieś w odległym stepie nad Dońcem kacapski czołg gorzko szlocha. Jesteśmy na wojnie bo tworzymy presję i presje, tysiąc i jedenaście drobnych ruchów, klików, szerów, komentarzy. Myślę o tym jak dużo zdjęć dostaje się do internetu ze źródeł ukraińskich pokazujących w tej wojnie zwycięstwa, udane ataki, akty obrony czy ośmieszenia przeciwnika. A gdy nie staje dobrych wiadomości - pojawiają się informacje, zdjęcia, twarze, oczy tych, którzy przestali się bać i stanęli do walki, która - warto nadal to podkreślać - jest drastycznie nierówna. To dalej walka Dawida z goliathem. Tamci nie mają czego ujawniać, bo ciągle kłamią. Okłamują świat, siebie, swoich, matki i ojców i żony poległych i tych jeszcze żywych też, od czasu agonii załogi "Kurska" na dnie Morza Barentsa - pabieda, car, prącie narodowe. Dlatego na razie przegrywają na tym polu, na którym sie spotykamy. Powiecie - e tam fejs. Nie e tam. Zrzutka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers miała przynieść - tak sądziliśmy ze znajomymi - 5000 złotych. Zbiórka przebiła 40.000 i prze dalej. Rzeczy zaczynają się od battle of words. Najlepszym dowodem, pośrednim, ale znaczącym jest ten nieszczęsny piąty ban w ciągu kilku miesięcy. Przypadek? No nie sądzę. Ktoś wisi nade mną i pewnie jak może do zgłasza, denuncjuje korzystając z kafkowskiej struktury tego medium, gdzie rządzą mątwy i nie ma z kim gadać. Zatem żadnych tam zdjęć, ale prosty schemat jak działa nasze pole bitwy. I na tym polu, każdy ma swoje do zrobienia. Każdy może być jednym z 1011 nieustępliwych drobiazgów wkurwiających wroga. 13 maja 2022. Biedna Europa patrzy na Mariupol "- Nie jest to takie trudne przestać się bać Rosji. Po prostu trzeba to zrobić. I walczyć." (wypowiedź Ilia Samojłenko z 7 maja 2022, jednego z obrońców "Azowstalu" w Mariupolu za portalem interia.pl ) Jest w tym coś nieprzyzwoitego, że widzisz ich teraz, że działa ten cholerny Starlink i widzisz ich tak bardzo żywych, mimo że wiesz, że mają tak małe szanse żywymi pozostać. A w zasadzie póki żyją, nie wolno mówić, że tej odsieczy nie będzie, ale tylko tyle, że byłaby bardzo trudna, prawie niemożliwa. Dopóki walczą nie wypada nie mieć chociażby grama ich nadziei, wiary, wytrwałości i odwagi. Ale kiedy pytasz – dlaczego tamci nie ruszą na odsiecz, zaczynam mówić jak to rozumiem i nawet nie chcę kończyć światłej myśli, pełnej rozsądku, bo widzę ich twarze, całych, żywych i tych rannych i tych tylko kontuzjowanych, tych dziewczyn i chłopaków. Widzę dymy nad Azowstalem. I powtarzam Mariupol walczy. Nie dni siedem, siedemnaście, ale siedemdziesiąt i siedem. Mówisz, kurde teraz mają tam podobno tylko dwie grupy batalionowe, dlaczego tam nie uderzą, nie uratują szarżą jak Rohirrmowie? Niestety. Popatrz na mapę. Od linii frontu do Mariupola jest sto kilometrów w linii prostej. Ale armia nie uderza po liniach prostych, bo przecież armia to potężny organizm, jakoś trzeba ją zaopatrywać w paliwo, amunicję, żywność, dowozić leki, zwozić rannych, uszkodzony sprzęt. Armia w natarciu ma wyższe straty niż w obronie. To dlatego tak świetnie się bronią, ale raczej krwawo oddają teren, kontratakują miejscowo, bez wielkich manewrów operacyjnych. Żeby oszczędzać siły. Zatem nie licz odległości w linii prostej, policz po drodze. Google Maps pokazuje od centrum Hulajpola do kombinatu Azowstal w Mariupolu 2 godziny 17 minut i 153 kilometry jazdy samochodem osobowym. Pomyśl ilu ludzi, czołgów, artylerii musiał byś zebrać, żeby wyrąbać przez szeregi orków korytarz tej długości do Mariupola? Tych ludzi, czołgów, artylerii nie byłoby na Łuk Donbasu. A obrona na Łuku Donbasu trzeszczy, wyłom pod Izjum się nie powiększył, ale też się nie zmniejsza. Nad Dońcem orki mają cztery przyczółki. Owszem, tracą przeprawy, ponoszą straty, ale pchają kolejne fale niedoszkolonych oddziałów. U nas ludi mongo. Stara zasada stalinowskiej sztuki operacyjnej. Większość zginie, ale ci co przeżyją, będą się bili mądrzej, a ludzi dużo, więc cóż szkodzi? Że coraz starsze czołgi będą padały ofiarą tych samych pocisków przeciwpancernych? Ale ich są tysiące, a kamieniem nie rozbijesz, musisz strzelić czymś ciężkim. Orków stać, ciągle ich stać na te straty, mimo że to już niebawem będzie trzy razy więcej niż stracili przez 10 lat w Afganistanie. Mogą próbować przerwać front zasypywaniem przeciwnika trupami. Padła Popasna, nacierają na Rubiżne, walczy już Siewierodnieck. No ale pod Charkowem Ukraińcy nacierają, mówisz. Tak, odpychają słabsze siły do granicy, żeby Charków nie stał się drugim Mariupolem. Raczej nie wyjdą na skrzydło tych sił pod Izjum, pod Siewierodnieckiem. Za daleko. Odsiecz, szarża Rohirrimów powiadasz? Front jest sto kilometrów od Mariupola, w linii prostej, 153 kilometry po drodze. Teraz być może nie jest silnie obsadzony, bo wszystko poszło tam, na Donbas, ale załóżmy, że gromadzisz tam dwie, może trzy brygady. Nie wiem skąd je bierzesz, ale powiedzmy, że w tej trwającej 77 dni wojnie udało ci się zachować jeszcze jakiegoś jeżeli nie asa to chociażby waleta w rękawie. I uderzasz, z początku idzie łatwiej, bo zaskoczenie, bo przeciwnik słabszy. Powiedzmy, że pierwszą linię się przejeżdża, drugą łamie, trzeciej nie zauważa. Twoje wojsko wchodzi w przestrzeń operacyjną, co oznacza w tym slangu że zyskuje zdolność manewru, już nie ma zwarcia, przeciwnicy nie przylegają do siebie, tak że tylko wóz albo przewóz. Czy tamci biernie czekają, aż Twoje kolumny dojadą do Mariupola grając na rogu sygnał do szarży? Po drodze musisz zostawić jakąś osłonę koło Połohy, okrakiem na drodze z Tokmaku, żeby nie dać się odciąć od zaopatrzenia - pamiętaj musisz mieć drogę dla zaopatrzenia. Twoje siły zatem, nawet jeżeli nie poniosły strat w wybijaniu sobie swobody do manewru - zmniejszają się. Potem skręcasz na wschód, południowy wschód - Husarka, Bilmak, tutaj też wypadałoby zostawić jakiś dozór od południa, bo masz dwie drogi idące z Bierdańska, a tam port, a gdzie port to można szybko wojsko rozładować i posłać na twoje tyły, bo ty przecież przez na Mariupol, a to dopiero połowa drogi. Kolumny się rozciągają w przemarszach, do akcji wchodzi lotnictwo przeciwnika - a ma przewagę, a ty nie masz przykrycia. Mija - jeżeli to ma być blitzkrieg - jakieś 48 godzin. Wtedy orki zawracają to co mogą z południowej części Łuku Donbasu. Miałeś powiedzmy cztery brygady, jedną już rozstawiłeś. Napierasz trzema. Między Husarką a Starym Krymem zgubisz równowartość jeszcze jednej w stratach marszowych, od bombardowania. Przy bardzo szybkim tempie natarcia do północnych przedmieść Mariupola dotrzesz czwartego-piątego dnia natarcia. Pytanie czy przez ten czas orki będą stać i patrzyć bezczynnie na to, co robisz czy wzmocnią obronę Mariupola? Jeżeli nie - będziesz miał do pokonania dwie grupy batalionowe przy niemal absolutnej przewadze lotnictwa. Sam będziesz miał dwie brygady czyli po przeliczeniu sześć takich grup. Bo obrońcy Azowstalu raczej ci nie pomogą. Załóżmy że po kolejnym dniu, dwóch Twoje czołówki dojdą do Azowstalu i co dalej? Tysiąc pokiereszowanych obrońców Azowstalu i kilka tysięcy twoich bohaterów z długą na 153 kilometry linia zaopatrzenia, wyrąbanym wąskim korytarzem, który można przeciąć w dowolnym punkcie, niekoniecznie tam gdzie zostawiłeś rygle. A w tym czasie kacapy być może nic by nie robiły, ale napierały dalej na Donbas, na Dnipro, Karmatorsk, Słowiańsk i by zgniotły te punkty oporu, bo zabrakłoby tych trzech, czterech, może pięciu brygad. Za chwilę, po śmiałej akcji miałbyś do wyboru - dać ponownie się okrążyć w Mariupolu, czy uratować ludzi z Azowstalu i cofać się tą samą drogą, o którą się biłeś. Z jakim efektem? Wiesz, w czasie pierwszej krucjaty krzyżowcy po długim oblężeniu i sporych stratach w roku 1098 zdobyli wielkie miasto Antiochię. Podczas jego oblężenia odparli jedną próbę odsieczy niejakiego Ridwana z Aleppo. Potem zdobyli miasto, podzielili je między siebie, a kiedy dotarła kolejna odsiecz - niejakiego Kuburghi, to z kolei ona ich zamknęła w mieście, które świeżo co przeszło oblężenie. Nie mieli co jeść, więc zaczęli jeść konie. W jakimś momencie zdecydowali się wydać bitwę oblegającym. Wcześniej rzekomo odkryto miejsce ukrycia włóczni, którą przebito bok Jeszuy, wszyscy pościli, co nie było trudne bo i tak już nie mieli co jeść, a na koniec przyjęli komunię świętą. I postanowili, że ruszają do boju, wóz albo przewóz. Oni na żadną odsiecz nie mogli liczyć. Ja myślę, że doznali pomieszania zmysłów. Wyszli za mury i uderzyli na wrogów w szyku pieszym. No bo konie już zjedli. I uderzyli z taką furią, że wygrali, rozbili zupełnie armię Kubrughi. Niektórzy widzieli na chmurach nad wzgórzami wokół Antiochii hufce niebieskie jak wspomagały atakujących pieszo krzyżowców w tym św. Idziego, a jakże. Furia albo cud. Dzisiaj pan papież spotkał się z żonami jeszcze żywych obrońców Azowstalu. Prosiły go żeby coś zrobił, żeby wystąpił jako strona trzecia, czyli rozjemca, żeby wyciągnął ich ukochanych z pułapki. Pan papież powiedział, że będzie się gorąco modlił i zrobi co tylko się da. I ja mam propozycję. Ja się pomodlę za siebie i za pana papieża do kogo mi pan papież każe. Nawet mogę to robić wiele godzin dziennie. Niech pan papież w takim razie zajmie się już tylko robieniem czego tylko się da, żeby ich stamtąd wydostać. Stary jest, zmęczony, niech się już tak nie modli bo się zmęczy jeszcze bardziej. Niech tylko robi co się jeszcze da zrobić. Nie wiem, niech wsiądzie do papamobile, niech tam pojedzie jak prorok, którym niby jest i powie "No pasaran". Niech coś zrobi. Bo zdaje się że zostaje tylko Cud. Może być taki jak pod Antiochią 28 czerwca 1098 roku, nie będę się kłócił. (Był to kolejny post, który zdaniem miłościwie panujących nam standradów facebooka nie spełnił standardów społeczności, w związku z czym Zenon Kałuża dostał bana na 24 godziny. Powód: Twój post narusza Standardy społeczności w zakresie propagowania nienawiści 12 lis 2021 Twój komentarz narusza Standardy społeczności w zakresie prześladowania i nękania Nic nie rozumiem. Ktoś? Coś) Po banie dalej po bandzie. Mariupol, Mariupol, Mariupol "Why waste your breath moaning at the crowd? Nothing can be done to stop the shouting. If every tongue were stilled The noise would still continue. The rocks and stone themselves would start to sing!" (Hosanna, Jesus Christ Superstar) Policzyłem dokładnie, bo administrantura ciała naszego fejsboga, w którego ciele żerujemy jest gorsza od rejestru skazanych, gdzie po jakimś czasie najgorszy wyrok karny - ulega zatarciu. Gdy dostajesz mandat od polskiej policji to punkty karne po jakimś czasie też się resetują. Tutaj nic nie zostanie zapomniane. Zatem policzyłem - razem z tymi banami, które uznane zostały za głupie i cofnięte - ostatni, dobowy ban, był banem siódmym. Nie ma od tych banów skutecznego odwołania, nie ma kogo zaskarżyć w razie większej kary. To trochę jak z centrum handlowym. Mówią - miejsce spotkań i interakcji społecznych. Acha. Jasne. Wyjmij gitarę i zacznij grać w centrum handlowym "Whisky moja żono". Ciekawe jak długo pograsz. Takie to miejsce spotkań. Kupować mają, zjadać mają, nabierać chęci na konsumpcję mają. Więc oczywiście wolność ekspresji, póki nie naruszasz standardów społeczności które są nieznane i co do których nie wiadomo kto podejmuje decyzję czy istotnie zostały naruszone czy nie i dlaczego. I kogo pozwiesz o odszkodowanie? Kto ci zapłaci za łzy, jak śpiewał niegdyś zespół "Lombard"? Długo nad tym myślałem. I pomyślałem że to istotnie może być atak onuc. Szczególnie gdy chodzi o ostatni ban - poszło o mój tekst pod tytułem "Biedna Europa patrzy na Mariupol". To ten tekst zdaniem administrantury okazał się groźny, siał nienawiść i był przykładem nękania. Przypomnę, mój post był o rozpaczy, której na imię Mariupol. Tam ciągle walczy - po osiemdziesięciu dniach bez zluzowania strzęp jednego pułku i jednej brygady, zepchnięty do podziemi pod hutą, jakby połączenie w jednym losu Warszawskiej Starówki, Warszawskiego Getta i Czerniakowa. Walczą i pod wieczór siedemdziesiątego dziewiątego dnia nagle czytam, że "Obrońcy Mariupola trzymający redutę w zakładach Azowstal odbijają pozycje zajęte przez Rosjan" Głodni, zepchnięci do podziemi jeszcze kontraatakują? Jak to nazwać, jakie znaleźć określenia, gdzie ich umieścić na skali odniesień, w szkielecie jakiej historii dokonanej szukać podobieństw? Powiadają, że może zaatakowali, żeby zdobyć na wrogu amunicję, żywność, pakiety opatrunkowe, a nie zająć jakieś utracone pozycje. Może. I teraz robi się jasne, dlaczego komuś tak źle z tym, że opowieść o Mariupolu trwa, jest opowiadana, utrwalana. Być może nie wystarczy, że w wyniku walk zburzono lub uszkodzono 90% zabudowy miejskiej Mariupola. Nie wystarczy, że nie można się doliczyć dziesięciu, może dwudziestu tysięcy mieszkańców miasta wśród żywych. Nie dość, że pod miastem pracują pełną parą mobilne krematoria. Nie daje satysfakcji gruzowisko Teatru Miejskiego skrywającego setki ciał cywilów. Nie dość wstrząsające były zdjęcia zbombardowanego szpitala położniczego, kobiet w zaawansowanej ciąży na noszach, wśród gruzów, pamiętacie to jeszcze? Za mało było osiemdziesięciu dni oblężenia. Jeszcze wywieźć mieszkańców na Sachalin. Dzieci porwać i oddać rodzinom do rusyfikacji. Wszystko za mało. Chcą jeszcze pozabijać obrońców. Pułk "Azow". 36 Samodzielna Brygada Piechoty Morskiej. Te nazwy zostaną w pamięci, wojownicy będą o nich opowiadać przy ogniskach tak samo jak wielu innych niezrównanych. A zatem to wszystko za mało. Chodzi o to, by zginęło samo słowo, nazwa, by przestało się kojarzyć, by wymazać nie tylko budynki, ulice, szkoły, hutę, port, ale i samo słowo, nazwę. Bo słowo to początek opowieści, a ta bywa niepokonana. Jak Klechda Starszliwa o Czornobajewce, jak Klątwa Wyspy Węży, jak opowieść tajemna o Duchu znad Kijowa, jak pieśń o chwalebnej obronie Czernihowa, jak fraszka na papieża, który nie umie powiedzieć głośno "rosja". Zatem ma zniknąć nazwa miasta jak Azow i Stal - Mariupol. No i myślisz, co robić. Może uciszyć sygnał nadawczy? Wycofać piracką radiostację? Zanurzyć okręt na peryskopową albo głębiej? Czy jednak powtarzać dalej, powtarzać uparcie i niezmiennie, nieustępliwie przypominać dzień po dniu, noc po nocy Mariupol się broni Mariupol się nie poddaje Mariupol, Mariupol, Mariupol Mariupol w głowie, Mariupol w sercu Mariupol o poranku Mariupol o zmierzchu Mariupol, Mariupol, Mariupol Niepokonany. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Maciek Bielawski – portrety
Portret jest kolejnym etapem mojej fotograficznej pasji. Wcześniej były koncerty, fotografowałem je ponad dwadzieścia lat. Przejście do portretu odbyło się płynnie: po koncertach czasami prosiłem muzyków o zapozowanie do zdjęcia. Zwykle były to dwie-trzy klatki. Spodobało mi się. W ten sposób z fotografowania ludzi na scenie wyszedłem poza scenę. Zwykle sam zapraszam do zdjęcia. Albo spotykam kogoś znajomego i pytam, czy miałby ochotę na portret. Warunki zastane, kilka klatek. Dwie minuty. Gdy dłużej - czuję się zmęczony i wydaje mi się, że osoba fotografowana również. Fotografowanie osoby pozującej wymaga ode mnie skupienia, wejścia w decydujący moment. Sztuką jest go wyczuć. Dlatego najlepiej fotografuje mi się osoby, które, choćby przelotnie, znam. Większość prezentowanych poniżej fotografii to wynik kilku ujęć tego samego kadru, ale są i takie, gdzie tylko raz nacisnąłem spust migawki (Jan Emil Młynarski, Karol Maliszewski, Olga Wróbel). Moje zdjęcia, nie tylko portretowe, można obejrzeć na stronie www.maciekbielawski.pl oraz www.cosnasciane.pl Łukasz Plata, Kuba Majchrzak (Przepych) Tadeusz Rolke Urszula Honek Igor Pudło Hubert Kostkiewicz Ilona Witkowska Olga Wróbel Karol Maliszewski Konrad Góra Darek Foks Iwona Jarosz Marta Szumna-Mitek Paweł Sołtys Jan Emil Młynarski Agnieszka Bykowska Marcin Świetlicki Maciek Bielawski – opublikował powieść Twarde parapety (2016), zbiór Doktor Bianko i inne opowiadania (2019) oraz Doctor Bianco and other stories w przekładzie Scotii Gilroy (nominacja do EBRD Prize). W 2024 ukazała się powieść Ostatni . Obecnie pracuje nad minipowieścią o fotografii. Laureat Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania w 2017 roku. Jego zdjęcia znajdują się w książkach, czasopismach, na albumach muzycznych i plakatach. Mieszka we Wrocławiu.
- Zuzanna Marciniak – Rybie oko i inne wiersze
Rybie oko wiadomość że ktoś uczy się latać na Golden Gate Bridge pojawiła się w przerwie między reklamami most zaliczył swoją próbę w wywiniętym rybim oku dziecko liże palcem zakrzywienie przęsła i wchodzi w załamanie trajektorii szuka błędów które nie dopłynęły do brzegu Bunt zbuntował się i teraz ma tatuaż z Escobarem na pośladku w cenie miesięcznej pensji samotnej matki znawca sztuki twierdzi że twórca posiadał dobrą kreskę tusz wpasował się w klienta twarz prawidłowo uwypuklona wąsy na swoim miejscu (Putin jest zaniepokojony – nie identyfikuje się z wąsatymi ale do odważnych świat należy) najbardziej dotkliwa konsekwencja że ponoć z tego już nie wyrośnie nic śmiesznego Zabawki uciekł z domu z siną twarzą przypomniała mu że ma jedno płuco nigdy nie połykał tak łapczywie dziewczyn bez ojców przestał bać się dinozaurów na piżamie miał plecak z psim patrolem dźwigał wszystkie oddechy porzuconych figurek Biały kołnierzyk podnosząc ciało zakładał warstwy zapach krochmalu skórzany pasek w kolorze koniecznych butów między nozdrzami a przeponą studnia na bezdechu widziana przez dziurkę guzika w kieszeni papieros lakmusowy wciągał kwaśny pot gdy materia wypierała się niepoukładanych atomów piętrzy się w kwadraturze łóżka nagi grzbiet wyplutych butelek Tabletka pod wkłada mi język pod język chropowatą strukturą stara się prawidłowo wyrównać ciśnienie w najbardziej nabrzmiałym miejscu zetknięcia przeciwnych warstw powietrza nie wie że zaszyłam ślinę w bliznach do wielokrotnego przełykania Zuzanna Marciniak (ur. 1992) – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Autorka zbiorów wierszy Przeźrocze (2021) oraz Zbliżenia (2023). Publikowała w „Akancie”, „Ypsilonie”, „e-eleWatorze”, „Babińcu Literackim”, „Poezji na każdy dzień” i „Bezkresie” oraz antologiach Fundacji Poetariat. Jej wiersze były czytane w audycji „Szara strefa poezji” w Radiu Plus. Interesuje się fotografią, muzyką etniczną i literaturą faktu.
- Tomasz Hrynacz – trzy wiersze
Rajskie życie Wciąż czeka. Jeden chuch ożywi palce. To stwarza jakąś szansę. Epitafium Pawła N. be, niedobre biurko! zabiło ptaszka! zabić biurko! Ostana litera Nazywa się żal. Nazywa się żałoba. Ona już z nami się nie liczy. Ona jest świadkiem nieboskiej próżni. Próżno wymówić niebo. Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Corto muso, który ukaże się w Wydawnictwie „Forma” w 2025 r. fot. Katarzyna Hrynacz Tomasz Hrynacz (ur. 1971) – poeta. Autor tomów wierszy: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych (1999), Rebelia (2001), Enzym (2004), Dni widzenia (2005), Praski raj (2009), Prędka przędza (2010), Przedmowa do 5 smaków (2013), Noc czerwi (2016), Dobór dóbr (2019), Pies gończy (2021), Emotywny zip (2021), Lallen (2023). Tłumaczony m. in. na język angielski, chorwacki, czeski, kataloński, maced oński, niemiecki, serbski i ukraiński. Mieszka w Świdnicy.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (14)
Czy świat jest szary ? Wierzysz w to? Naprawdę? Och, wiem, że mamy bardzo wczesną wiosnę, ale... Kiedy wracam do tych wierszy, nagranych z Jacaszkiem w 2008 roku, a był to alternatywny, niezrozumiany wówczas, oraz nigdy – niewydany album, to zachwyca mnie intensywność muzycznych i fabularnych barw. Napisałam szary mary świat - żeby odczarować to przekonanie. Ale dopiero teraz, dopiero teraz widzę, że nam się udało. Sprawdź: https://open.spotify.com/album/1ZusT91MZdcZjaHD3iyxZ2?si=yQP8_7hFQRG1WFCCZ29Zcw P.S. Swoją drogą to nauka już wie od dawna, że rzeczywistość wcale nie jest szara. Nigdy. To nasze postrzeganie bywa zmienne. Nasze oczy i mózgi, interpretują kolory i to jest niezwykle skomplikowane. Nauka o optyce przypomina, że kolory są falami świetlnymi o różnych długościach, a słońce dostarcza pełne spektrum światła, które jest odbierane przez nasze oczy jako różne barwy. Świat jest tak naprawdę pełen kolorów, o każdej porze, lecz indywidualnie odczuwane nastroje i perspektywy mogą sprawić, że widzimy go w bardziej stonowanych odcieniach. Zatem, jeśli czujesz, że Twoja rzeczywistość jest szara, przekieruj uwagę. I słuchaj nie-szarej strefy brzmień. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (14)
7 maja 2022 . Słowo o czołgach z Polski (Ban pierwszy) Brytyjskie źródła wywiadowcze mówią o tym, że jedna czwarta związków taktycznych kacapskiej armii poniosła na Łuku Donbasu takie straty, że utraciła zdolności bojowe. To jedna czwarta już zmniejszonej o jedną czwartą pierwotnej armii inwazyjnej. Czyli obrazowo rzecz ujmując - ze 117-119 Batalionowych Grup Taktycznych zostało na początku kwietnia w linii około 90, z których przytłaczająca większość została skierowana na Łuk Donbasu i z tej liczby znowu około 25% już się do niczego nie nadaje. Oczywiście można powiedzieć - chwilowo. Ludzi, w rozumieniu armatniego mięsa rosjanie mogą uzupełnić chociażby ogłaszając powszechną lub częściową mobilizację, ale ludzi trzeba mieć w co uzbroić. Oczywiście trupami i złomem można próbować zasypać przeciwnika i tak i tak, ale jak zwrócił uwagę jeden z komentatorów pilnie śledzący prasę w mordorze, Marcin Strzyżewski - na razie pogrzeby, te oficjalne gierojów operacji specjalnej odbywały się głównie w najbardziej ubogich częściach rosji kacapskiej. A to już trzeci zacny Marcin, którego warto śledzić jako komentatora tej wojny. Marcin Jop rozkminia sprawy od strony historii wojskowości, szczegółowo i z naukową wstrzemięźliwością. Marcin Ogdowski był w Donbasie, bywał na misjach, wie co to znaczy słyszeć gwizd kuli, która była dla ciebie koło ucha, a kiedy pisze, to wie o czym pisze i ma swoje źródła bezpośrednie. No i Marcin Strzyżewski, który dzień zaczyna od herbaty i lektury "Komsomolskiej Prawdy". No i wracając do mobilizacji - młodzież Petersburga i Moskwy na razie największy dramat przeżywa w związku z banowaniem na instagramie, ale może do woli pomstować sobie między sobą na zgniły zachód i nazistów, z których składa się cała reszta świata oraz przeżywać szczytowanie na dźwięk słowa "pabieda". No, bo raczej jeszcze nikt ich ani ich kolegów w kamasze nie wsadził i nie pognał na umocnione punkty oporu koło Popasnej czy pod Rubiżnem. Ciekawe co by się działo gdyby to oni zaczęli wracać do Moskwy, Tweru, Wyborga, Petersburga jako Gruz200? Nikomu do tej jawnej mobilizacji nie musi się spieszyć. Wiecie pewnie, że od wielu tygodni trwa w rosji epidemia podpaleń. Płoną okręty, bazy, domy, wydawnictwa, składy paliw, amunicji. Wczoraj miał zostać podpalony przez sztorm niedopałków zwarty z wadliwym czajnikiem elektrycznym okręt "Admirał Makarow". To nie był jakiś stary rupieć, został przyjęty do służby w 2017 roku, więc instalację elektryczną miał sprawną, raczej. Ptaszki ćwierkają jednak, że nie chodziło o niedopałek, ale nie uchylił się od ukraińskiego pocisku rakietowego "Neptun". Jak dobrze policzyć to piąta ofiara Klątwy Wyspy Węży. Uszkodzono korweta "Walerij Bykow", zatopiona "Moskwa", dwa kutry typu "raptor" i teraz trafiony, ale niezatopiony "Admirał Makarow". Cieszy serce, ale blokada morska ukraińskiego wybrzeża trwa i przez to eksport ukraiński spadł do 35% swojego przedwojennego poziomu. Nie ma pomysłu jak pomóc taniemu, ukraińskiemu zbożu ominąć tę blokadę. Chciałem jednak opowiedzieć o rzeczy która pojawiła się i umknęła, a wydaje się ważna, niezwyczajna. Łamiąca wszelkie analogie i skojarzenia historyczne. Ja sam mam takie nachalne skojarzenia. One wypływają z polskiego serca, lęgną się w polskiej głowie, bo nie ma dobrego języka, nie ma kompletnej opowieści i jeszcze jakiś czas nie będzie o tej strasznej ale i niezwykłej walce. Posłuchajcie. Otóż pewnie mignęła wam informacja, że Polska przekazała Ukrainie czołgi T-72. Liczby się różnią - było ich 230,może 232, albo 236, a może 238. W wojsku polskim czołgi do niedawna było łatwo policzyć bo były to: c.a. 236 Leopardy 2 c.a. 232 PT-91 - czyli takie głębokie modernizacje dawnych sowieckich T-72 w praktyce dających prawie-nowy czołg i około 300 T-72M i T-72M1R. Te ostatnie były modyfikowane w ostatnich latach. Zerowano resursy, przeprowadzano kapitalne remonty, wymieniano system łączności, dodano nowe przyrządy celownicze, w tym te termo i noktowizyjne, system pozycjonowania GPS i - chyba najważniejsza rzecz - system zarządzania walką, czyli taki laptop, dzięki któremu dowódca czołgu, plutonu, kompanii, batalionu widzi walkę, bitwę tak jak gracz gry planszowej. Ma taki właśnie luksus. Wie i widzi wszystko. Nie musi malować wielkiego "Z" na swoich czołgach, bo wie w każdej sekundzie gdzie są jego czołgi. Miało być tych T-72 ileś tam, ale podobno jak się BUMAR zabrał za remontowanie i modyfikacje to się okazało że z 300 to do czegokolwiek nadawało się około 230 właśnie. Nie jestem specjalistą - różnie zaś specjaliści liczą 232-236-238. No i te właśnie czołgi, świeżo co odnowione - w komplecie pojechały na Ukrainę. Są gorsze od ukraińskich T-64, chociażby z powodu układu stabilizacji armaty - ukraińskie mogą strzelać w ruchu, polskie tylko z krótkich przystanków, ale ukraińska armia może te polskie czołgi wchłonąć niejako z marszu, bo wie jak je obsługiwać. Inna sprawa, że w większości ukraińskie wozy mają też dodatkowy pancerz reaktywny. Dla tych, którzy nie wiedzą - już wyjaśniam w prostych słowach co to jest i dlaczego jest ważne. Wiele kierowanych pocisków przeciwpancernych, kuzynów i kuzynek np. słynnych Javelinów - atakuje czołg tzw. głowicą kumulacyjną. Taka głowica - upraszczając sprawę do imentu - eksploduje przed pancerzem czołgu i formuje strumień kumulacyjny rozgrzanego metalu, najczęściej z tego co jest w głowicy, a jest to zazwyczaj miedź. I ten strumień wyrzucony jest wąską wiązką przed pocisk, chociaż w zasadzie w tym ułamku sekundy pocisku już nie ma - w stronę pancerza i ma taką temperaturę i energię, że przepala go, czasem na wylot. To się dzieje oczywiście w tysięcznych sekundy, gołym okiem tego nie zobaczysz. No ale to jest strumień energii cieplnej co do zasady. A nie dzida, rdzeń pocisku. Więc pomysł pancerza reaktywnego polega na tym, że przed właściwym pancerzem ze stali czy różnych przekładańców, bo litej stali się już raczej nie stosuje - układa się odpowiednio uformowana kostkę z metalu zawierającą niewielki ładunek wybuchowy, który trafiony energią strumienia kumulacyjnego ma eksplodować z energią dokładnie w kierunku przeciwnym do strumienia kumulacyjnego. Nadążacie jeszcze? Czyli strumień wpada w strumień. I się rozprasza i już nie ma takiej siły rażenia. I ten cały wywód był po to, żeby powiedzieć, że te polskie czołgi przekazane Ukrainie nie mają takiego pancerza reaktywnego. Także pewne wady są. Nie wspomnę, że wszystkie wozy proweniencji sowieckiej mają wadę w postaci automatu ładowania, który jest taką karuzelą z pocisków u podstawy wieży. I jak coś w czołg trafi z boku, ktoś dobrze wyceluje między kołami nośnymi gąsienic - to pocisk przechodzi przez cienki w tym miejscu pancerz i trafia w amunicje, amunicja wybucha, a wieża czołgu często leci na wiele metrów w górę. Wtedy w środku nikt nie zostaje żywy. Jak w okrutnym frontowym dowcipie - ile pali ruski czołg? trzech tankistów. No to mili państwo, nie tylko ruski, każdy rodem z sowiecji, który ma pecha. A żeby zrozumieć wagę tego gestu z polskiej strony - przypomnę liczby. Te czołgi to było 33% naszych sił pancernych, wozy były świeżo po remontach i modyfikacjach. Z naszej perspektywy dobrze, że nasze czołgi trafią w ręce ludzi, którzy złoją porządnie naszego jedynego realnego wroga na wiele dekad w przód. Bo my sobie jakieś obstalujemy czołgi za rok czy za dwa. A ruska pancerna pięść po wojnie z Ukrainą będzie w gipsie wiele, wiele dłużej. Żeby jednak sobie zdać sprawę ze skali polskiej pomocy dla Ukrainy - wielka, ludniejsza, bogatsza od nas Francja wysłała 12 armatohaubic Caesar, świetnych, ale powtórzę - 12. Niemcy miały zrobić to śmo, sro - i na przykład wysłały rakiety p.lot. naramienne Igła, z których 1/3 nie nadawała się do użytku. Były dyskutowane zestaw samobieżne p.lot "Gepard", ale nie udało się póki co skołować do nich amunicji. Miały być stare czołgi Leopard1, chociaż z armatą słabszą niż polski T-72 i pancerzem grubości kartonu, no i miały być dostępne dla Ukrainy za rok. Teraz mowa jest o tym, że wyślą Niemce te czołgi ale w 2023 roku. Wiecie jak już wojna się skończy i nie będą mogły uszkodzić żadnego kacapskiego czołgu. Kanclerz Niemiec ma na imię Olaf i wygląda jak plastuś. I zaprawdę powiadam Wam - prędzej komik zostanie herosem z Marvela niż plastuś o imieniu Olaf przejdzie przez ucho igielne. Polska oddała Ukrainie 1/3 swoich sił pancernych. Błaszczak minister budzi moje jak najgorsze emocje, a kiedy go widzę czuję, że coś w garażu mi butwieje. Ale. Nawet w takich warunkach, nawet kłamcy, obłudnicy, złodzieje i oszuści potrafią zrobić coś, co jest w zasadzie niekwestionowanym dobrem i to nie dobrem bezkosztowym, co starałem się wykazać. 10 maja 2022. Zapasowe stanowisko dowodzenia 12 grudnia 1939 roku trzy brytyjskie krążowniki - lekkie HMS "Ajax", "Achilles" i ciężki "Exeter" osaczyły u ujścia Rio de La Plata niemiecki pancernik kieszonkowy "Admiral Graf von Spee". Miały dwie przewagi - były liczniejsze, bo było ich trzy a nie jeden i były szybsze. Tak na pierwszy rzut oka pozostałe atuty - pancerza, siły ognia były po stronie Niemców. Powinni byli wygrać. Jeden pocisk "Grafa von Spee" ważył tyle co burtowa salwa jednego brytyjskiego lekkiego krążownika. Ale wyszła na jaw trzecia, złożona, nie dająca się zawrzeć w jednym słowie brytyjska przewaga w tej niezwykłej historii - odwaga, zdecydowanie, dowodzenie i działanie według planu. Przed wojną bowiem dowodzący brytyjskim zespołem komandor Harwood opracowywał teoretyczne podstawy do takiej właśnie walki - lżejszych sił brytyjskich z niemieckim pancernikiem kieszonkowym, tak zwanym "pocket battleship". Także miał pomysł jak to zrobić. I była też dzielność, przytomność oraz wyszkolenie marynarzy Royal Navy jakby z najlepszych tradycji Królewskiej Marynarki. Bitwa nie była wolna od nagłych zwrotów akcji, w tym dramatycznych, można powiedzieć, że Niemcy byli bliscy jej wygrania kiedy skoncentrowali swój ogień na najpoważniejszym przeciwniku – ciężkim krążowniku HMS "Exeter". Rozbili mu dziobowe dwie wieże głównej artylerii, wysiekli obsługę głównego stanowiska dowodzenia, okręt ogarnęły pożary. Obserwujący z powietrza bitwę pilot brytyjskiego wodnosamolotu widząc spowity kłębami dymu "Exeter" nadał do kmdr. Harwooda meldunek: - "I belive she's sinking now" Ale nic takiego nie nastąpiło. Dowódca HMS "Exeter" - Frederic Bell pozbierał swój sztab i przeniósł się na rufowe, zapasowe stanowisko dowodzenia, uruchomiono ręczny napęd rufowej wieży artyleryjskiej i "Exeter" walczył dalej, chociaż już nie tak zadzierzyście jak w pierwszej fazie walki. I rzeczywiście stało się tak jak napisałem - trzy słabsze teoretycznie okręty Royal Navy osaczyły i zaszczuły silniejszego zwierza. Czytałem o tym w dzieciństwie, oglądałem film "Bitwa u ujścia Rio de La Plata". I teraz metaforycznie rzecz ujmując czuję się jak kapitan Frederic Bell właśnie. Zakładam zapasowe stanowisko dowodzenia na rufie. Zbanował mi fejs podpuszczony przez jakiegoś ruskiego trolla post za rzekomą nienawiść. Był to piąty Ban w ostatnich 24 miesiącach a fejs nie jest jak polska policja, która ci zeruje punkty karne po dwunastu miesiącach, o nie. Nawet jeżeli zdjął ci bana po odwołaniu to nadal masz to w rejestrze banów. Ukradł czy jemu ukradziono, w każdym razie zamieszany w kradzież. Zatem eskalacja kary. Nie wiesz za co. I nie masz jak się odwołać. Nie ma żadnej infolinii, żadnego biura ani człowieka. No, ale nikt nie mówił, że będzie lekko – porządkuję, zapisuję. Walka trwa. Wczoraj odbyła się parada zwycięstwa w moskwie. Putler siedział jakiś pokurczony z kocykiem na kolanach. Na przejeździe żadnych nowości, wszystkie znane sprzęty. Odwołany przelot potężnych sił lotniczych federacji - podobno z powodu złej pogody. Ale inni mówią, że to dlatego, że putlerowskie Air Force One się rozkraczyło, a miało prowadzić paradę innych statków powietrznych. Inni powiadają, że to dlatego, że się starzejący gwałtownie tyran boi, a ostatnio oglądał film z rozwałki Anwara Sadata, prezydenta Egiptu, które sami swoi rozstrzelali w ramach parady. I podobno doszedł do wniosku, że przed strzałami w trybunę to się jeszcze schowa, jak ma refleks, ale jak któryś ze swoich zrzuci mu na głowy bombę termobaryczyną czy wykona małe banzai całą maszyną - to umarł w butach i kocyku. Tak przy okazji władimir nachujowicz wampirski jakoś niezdrowo wygląda. Przygarbiony, posiwiały, bez sławnego seksapilu, przywiędłe prącie narodowe. A duszyczka mała i pomarszczona jak bobrowy srom - jak pisał kiedyś o takich jak on Karol Maliszewski . Mówią też, że te pożary w całej rosji to wewnętrzny front domowy. I to wcale rozległy. Znana była historia białoruskich hakerów i kolejarzy, którzy sabotowali przewozy i przerzuty wojska. Mówią, że o ile przygraniczne fajerwerki to najpewniej kozacy zaporoscy, to te dalsze atrakcje jak fajczące się bazy lotnicze na dalekim wschodzie imperium, elektrownia na Sachalinie, fabryka amunicji w Permie i wcześniej - te wszystkie zakłady rakietowe - to już sami Rosjanie. Mówią, że może to walki frakcyjne w łonie służb, a każda frakcja ma swojego słupa do wstawienia na miejsce starzejącego się tyrana i tak walczą ze sobą pokazując która mocniejsza, jakby własny kraj był terytorium okupowanym. Nie wiem czy słusznie mówią, ale pasowałby. Władza w rosji zawsze traktowała swoich obywateli jak lud podbity, a terytorium jak kolonię. Od opryczniny po NKWD i FSB - bez zmian. Chyba że rzeczywiście partyzantka. Bo płoną też - o tym się mniej mówi - biura werbunkowe armii. Doliczono się ponad dwóch tysięcy oficjalnych pogrzebów. Ale wielu jest zaginionych. Wiele matek, żon, sióstr, ojców, braci nie może się niczego dowiedzieć o losie swoich mężów, synów, braci. Odpowiedzi są ciągle w tym samym stylu co w 1940 czy 1941. Ukraina powoli oddaje teren w na Łuku Donbasu. Kremliny weszły do Popasnej, sa w Rubiżnem. Od tygodnia też trwa walka o Wyspę Węży, ten spłachetek skał i kamieni w strategicznie ważnym punkcie Morza Czarnego gdzie przecinają się najruchliwsze szlaki komunikacyjne z Bosforu. Ruskie umieściły tam stacje radarowe i wyrzutnie obrony przeciwlotniczej i zaczęły ściągać siły kutrami desantowymi. Cholera wie co planowali. Raczej nie desant, ale może dodatkowe wzmocnienie blokady morskiej, która staje się wobec niemożności wywozu ukraińskiego, taniego zboża - kwestią kluczową. Wiele towarów można przewieźć wyłącznie drogą morską. Na przykład zboże. Albo gaz skroplony. No więc (nie zaczynaj zdania od „więc”) - w ciągu tygodnia w pobliżu wyspy trafione z Bayraktarów zostały dwa szybkie kutry desantowe "Raptor", potem barka desantowa, potem składy i zestawy przeciwlotnicze, potem helikopter Mi-17 w trakcie rozładunku, a potem na bardzo niskim pułapie przyleciały dwa ukraińskie Su-27 i zrzuciły z lotu koszącego po cztery bomby, pewnie FAB, niekierowane koromysła i na 4 zrzucone, trzy były trafione. A potem odleciały porykując ochryple. Straty kacpaskie rosną.. Ja jestem trafiony, ale ciągle na chodzie, na zapasowym stanowisku bojowym. Chociaż wiadomo tam - 4049 obserwujących i ponad 2800 znajomych a tutaj jakby skromniej, niecałe 800 znajomych i 1 obserwujący, ale jakoś trzeba sobie radzić. Walka trwa. Losy się ważą. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.








