top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Tomasz Dalasiński – dwa opowiadania

    Skrajobrazy Musiałem na chwilę przysnąć, bo kiedy na skutek uderzenia głową w szybę autosana, który najwidoczniej podskoczył na jakiejś nierówności, nagle się ocknąłem, zobaczyłem, że krajobraz za oknem całkowicie się przepoczwarzył. Wyjechałem z kolejowego dworca głównego, który wtedy tymczasowo pełnił też funkcję dworca autobusowego, w nadmorskim mieście wojewódzkim o trzeciej nad ranem wczesną jesienią dwa tysiące czwartego albo piątego roku. Gdy wyjeżdżałem, świat spowijała ciemność rozjaśniana tu i ówdzie ulicznymi latarniami, światłami sygnalizatorów i skrzącymi się jaskrawo elektrycznymi bilbordami, ciemność ze stali, o ostrych krawędziach przecinających źrenice wpatrujących się w nią ludzi. Co można zrobić z taką ciemnością? Najsensowniej ją przespać, bo w niej nic się nie dzieje, a jak się dzieje, to lepiej, żeby człowiek tego nie widział. I może właśnie dlatego zasnąłem zaraz po tym, jak drajwer wrzucił pierwszy bieg, zwolnił sprzęgło i nacisnął pedał gazu. W autobusach zasypiałem zresztą, od kiedy pamiętam, z nadzwyczajną łatwością. Wydaje mi się, że mój spaczony umysł odczytywał miarowy, rytmiczny ruch pojazdu jako bujanie się niemowlęcej kołyski, a towarzyszący mu szum kół po asfalcie – jako szmer serca matki. Dlatego w autobusach czułem się dobrze, niemal jak w domu, i dlatego spałem w nich jak zabity. Ale sen przyszedł na krótko. Obudziłem się, przetarłem oczy, które, co mnie trochę zdziwiło, zdążyły zaropieć, i spojrzałem za okno. Był już dzień, właściwie początek dnia. Słońce właśnie wschodziło, ale jakoś niemrawo, jakby nie do końca przekonane, że warto, jakby ludzie wcale nie zasługiwali na jego obecność. Mleczne światło rozlewało się po świecie jak rozpuszczone mydło po łazienkowej umywalce i kładło w trawie swoje odblaski, jakby ktoś rozrzucał tam błyszczące dwuzłotówki. Za oknem nie było już miasta, tylko wyblakłe pola i chaty z eternitem na dachach sprawiające wrażenie, jakby miały zaraz zapaść się pod własnym ciężarem. Wlokła się po nich delikatna mgła wyglądająca tak, jakby wyszła z przedwojennego filmu. Nad nimi kłębiły się chmury, ciężkie i ołowiane, ale nie na tyle, żeby grozić deszczem, przynajmniej nie w tym momencie. Wisiały raczej tak, jakby same nie wiedziały, co z sobą począć. Trudno było ocenić, gdzie przebiega granica między ziemią a niebem, bo wszystko wyglądało tak samo – szaro i nijako. Po kilku minutach wjechaliśmy do jakiegoś miasteczka. Widziałem w nim, mimo że wcale tego nie chciałem, odgrodzonych ode mnie bezpieczną warstwą hartowanego szkła ludzi zdarzających się w skali tak małej, że prawie ich nie było, i pojawiających się jak duchy: na chwilę, dyskretnie, w prześwitach między budynkami, nigdy w całej pełni ich najpewniej różnych, a mnie w ogóle nieznanych żyć. Jakiś facet, dobrze po pięćdziesiątce, ubrany na szaro i niemal zupełnie zlewający się z równie szarym tłem, pchał przed sobą pamiętający komunę, zdewastowany dziecięcy wózek. Dziadek, pomyślałem, wyszedł na poranny spacer z wnuczkiem albo wnuczką. Ale nie, gdzie tam; kiedy przyjrzałem się dokładniej, zauważyłem, że facet zamiast dziecka do wózka wpakował różnej maści metalowe artefakty: rury, stelaże, kliny, drut wiązałkowy, szprychy rowerowe, kto tam wie, co jeszcze. Najwidoczniej zbierał złom, w ten sposób zarabiając na życie lub dorabiając do pensji czy renciny. Wszystko to trzeszczało i stukało przy każdym kroku, jakby samo nie było pewne, czy chce jechać dalej. Facet pchał wózek z miną człowieka, który już dawno przestał oczekiwać od świata czegokolwiek, ale wciąż miał w sobie tę resztkę uporu, która każe mu wstać z łóżka i iść. Dokąd? To już mniej ważne. Ważne, że się idzie. Że się idzie dzień po dniu, nie zważając na to, czy z nieba leje się żar, czy pada deszcz albo śnieg, czy jest zimno, ciepło czy nijak. Że się idzie, bo trzeba iść, na przekór wszystkiemu i wszystkim, nawet na przekór samemu sobie. Kawałek dalej inny facet, ubrany dużo lepiej, bardziej modnie i elegancko, prowadził na smyczy psa, chyba teriera. Pies, nie wiedzieć czemu, wyglądał na smutnego, ale i facet był jakiś przygaszony – obaj, człowiek i jego pies, pies i jego człowiek, zwiesili głowołby i wodzili wzrokiem po ziemi, jakby w pełnym skupieniu szukali tam czegoś, czego odnalezienie nadałoby ich życiom sens. Pies raz czy dwa spojrzał w stronę autobusu, ale zaraz odwracał głowę, jakbyśmy byli dla niego tak samo nierealni, jak on dla nas. Facet nie spojrzał ani razu. Nie wiem, czy człowiek i pies znaleźli to, czego szukali, bo autobus skręcił na skrzyżowaniu, a oni zniknęli mi z oczu. Dwie ulice dalej wspaniale ufryzowana kobieta z książeczką do nabożeństwa w prawej dłoni i torebką w lewej w pośpiechu zmierzała na mszę świętą w jednym z tutejszych kościołów (były przynajmniej dwa, bo tyle zdążyliśmy minąć), ale wcale nie wyglądała na taką, co się modli, tylko na taką, co wie, jak wyglądać, kiedy się modli. Każdy krok miała odliczony, jakby ćwiczyła go przed lustrem w przedpokoju, zanim wyszła. Torebka lekko bujała się w rytm jej marszu, a książeczka, obłożona czarną folią, zdawała się trzymać w powietrzu sama z siebie. Przyglądałem się jej chwilę, aż rozpłynęła się za rogiem, zostawiając po sobie tylko echo obcasów na popękanym bruku. Tuż obok na odrapanej ławeczce przy zarośniętym rzęsą oczku wodnym ściskała się para pijaczków – kobieta i mężczyzna – wyglądająca jak dwie połówki tego samego, siwawo-fioletowego, dobrze już nadgniłego jabłka. Siedzieli blisko siebie, tak blisko, że nie wiadomo było, gdzie kończy się ona, a zaczyna on. Siedzieli tak, jakby całe ich życie mieściło się na tej ławce. Kobieta miała na sobie coś w rodzaju płaszcza, bardziej szmaty niż ubrania, a na głowie czapkę, z której sterczały pasma posklejanych włosów. Twarz mężczyzny była zmięta jak papier po nieudanej próbie napisania ważnej, najważniejszej w życiu książki. Mężczyzna obejmował kobietę mocno i szczelnie, jakby bał się, że zaraz mu zniknie. Śmiali się. Śmiali się, ale to był śmiech dziwny, zmęczony, taki, który nie ma w sobie radości, tylko jakąś cichą aprobatę dla świata takiego, jakim jest, mimo że wcale nie jest taki, jaki być powinien. Ona coś mówiła, niewyraźnie, jakby językiem, który dawno przestał działać jak należy. On kiwał głową, szybko i gwałtownie, chcąc jej dać znać, że rozumie, nawet jeśli naprawdę nie rozumiał niczego. Trochę dalej i nieco w głębi, na wybetonowanym placyku wyglądającym jak dawne składowisko materiałów budowlanych, trzej chłopcy grali w piłkę. Jeden z nich, mający na sobie koszulkę samoróbkę FC Barcelony z numerem 10 i wypisanym drukowanymi literami nazwiskiem z walącym po oczach błędem ortograficznym RONALDINJO, usiłował robić z piłką jakieś sztuczki, ale nie za bardzo mu to wychodziło. Piłka, stara, obdarta ze skóry, przypominała bardziej balon po przejściach niż prawdziwą futbolówkę. Chłopak podbijał ją kolanem, próbując złapać równowagę na jednej nodze, ale za każdym razem coś szło nie tak: albo piłka uciekała mu na bok, albo on sam, przeklinając pod nosem, tracił równowagę i musiał od nowa zaczynać swoje akrobacje. Kto by się wtedy spodziewał (ten chłopiec z podrabianym t-shirtem na pewno nie), że za kilka lat dzieciakowi z Porto Alegre, który objawił się światu jako genialny Ronaldinho Gaúcho, fanatyczni kibice wpierw postawią siedmiometrowy pomnik, a potem w przypływie gniewu za nieudany mundial puszczą ten pomnik z dymem? Za rogatkami miasteczka zatrzymaliśmy się na nieplanowany postój przed przydrożnym zajazdem, takim, jakich wówczas, zanim żywieniem podróżujących zajęły się zachodnie sieciówki typu McDonald’s i KFC, było u nas pełno. Kierowca wyrzucił wszystkich z autobusu i kazał pójść na kawę albo siku, albo na jedno i drugie, obojętnie w jakiej kolejności, bo sam, jak stwierdził, ma już dość i musi trochę odzipnąć. Zajazd wyglądał jak skrzyżowanie baru mlecznego z remizą. Szyld na dachu ledwo trzymał się konstrukcji, a wymalowane na desce litery BAR U STASIA były tak odrapane, że mogły równie dobrze głosić coś zupełnie innego. Nie zdążyłem jeszcze dobrze dojść do drzwi, a już przypełzł skądś jakiś tutejszy, młody i wcale niewyglądający na żula koleś, i zaczął mi wciskać wyciągniętą z kosza na śmieci niedopitą małpkę o smaku cytryny z nutą miodu. Grzecznie podziękowałem, bo było dla mnie za wcześnie na alkohol, a poza tym, gdybym chciał, sam kupiłbym sobie w sklepie świeżą wódkę, ale on nie dawał za wygraną. „No to zaraz znajdziemy dla pana coś bezalkoholowego!”, krzyknął i dalejże grzebać w tym śmierdzącym koszu. „Popieprzony jakiś”, pomyślałem i spierdoliłem, zanim zdążył odwrócić się w moją stronę. Wpadłem do zajazdu. W środku pachniało tłuszczem, kawą z błotem i jakimś nieokreślonym detergentem, który bardziej udawał czystość niż ją zapewniał. Z radia sączyła się piosenka, której nikt nie słuchał, ale wszyscy znali. Przy ladzie stała kobieta w fartuchu w kwiatki, z przyklejonym do warg papierosem, który zdawał się palić od początku świata. Ominąłem ją i od razu skierowałem się do kibla. Byłem dopiero czwarty w kolejce, więc szybko przekalkulowałem, że mogę się nie doczekać, i, żeby przypadkiem nie zlać się w gacie, bo to nieprzyjemne i ogromnie żenujące, postanowiłem opuścić przybytek, udać się na jego tyły i tam zrobić, co swoje. Kiedy było już po wszystkim i zapinałem rozporek, gość od śmietnika podszedł do mnie znowu i, jak gdyby nigdy nic, to znaczy: jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy w życiu, zapytał, która jest godzina. Odruchowo podniosłem lewą rękę, odsłoniłem zegarek elektroniczny i powiedziałem, że prawie dziewiąta. „O, dziewiąta. To nawet dobrze”, odpowiedział on, a ja, chociaż pękałem z ciekawości, dlaczego to dobrze, że jest dziewiąta, na wszelki wypadek wolałem się już do niego nie odzywać, licząc, że dzięki temu ostatecznie się ode mnie odczepi. Zaczął padać deszcz. Najpierw powoli, niewinnie, jak gdyby sondująco, po chwili coraz mocniej i mocniej, aż w końcu z delikatnego kapuśniaczka zrobiła się prawdziwa ulewa. Krople bębniły o blachę tak głośno, że przestałem słyszeć cokolwiek poza nimi. Woda zbierała się w kałuże, które rosły w oczach, łącząc się ze sobą w małe, brudne jeziora. Pod zadaszeniem zajazdu dwóch facetów w kurtkach roboczych stało jak najbliżej ściany, chowając się przed deszczem. Jeden wyjął papierosa, ale widząc, że zapalniczka nie chce współpracować w tej ulewie, schował go z powrotem. Drugi po prostu patrzył na horyzont, jakby deszcz był czymś, co trzeba przeczekać bez słów, bez ruchu, niczym karę za jakieś nieokreślone przewinienie. Autobus był zamknięty, do baru nie chciało mi się wchodzić, stanąłem więc z boku, pod drzewem, żeby zmoknąć najmniej, jak się da, i czekałem na porę odjazdu, co sekundę zerkając, czy gość od śmietnika znowu nie próbuje mnie zaatakować, ale nie, na szczęście deszcz skutecznie go przepłoszył. Czekałem i patrzyłem na stalowe niebo, brudnozielone drzewa, ubłoconą ziemię i śmieci – walające się pod nogami potłuczone butelki, pogniecione puszki, paczki po fajkach, kabanosach, batonach, czipsach, zużyte foliówki, które wiatr przyklejał do krzaków jak smutne, wilgotne chorągiewki, i mnóstwo innych odpadów, z których części w ogóle nie potrafiłem zidentyfikować. Patrzyłem i żałowałem, że urodziłem się właśnie w tym kraju, kraju z tak smutną, brzydką, zaśmieconą i popieprzoną prowincją, kraju, który w zasadzie cały był smutną, brzydką, zaśmieconą i popieprzoną prowincją. Żałowałem, że nie potrafiłem znaleźć żadnej drogi, którą mógłbym z niego uciec – a jednocześnie czułem, że gdybym z niego uciekł, zrobiłbym coś niestosownego, coś, co później wzbudzałoby we mnie wyrzuty sumienia i nie pozwalałoby spokojnie spać po nocach. Wtedy wydawało mi się, że jedyne, co mogłem zrobić, żeby dłużej nie psuć sobie głowy tą Polską, sobą w tej Polsce, tą Polską w sobie, to zasnąć, zwyczajnie zasnąć i przespać cały ten skraj świata, te jego krajobrazy, te, chciałoby się rzec, skrajobrazy, i obudzić się dopiero, kiedy wszystko wokół zmieni się na lepsze, bo przecież kiedyś wszystko musi się zmienić. O niczym innym nie marzyłem, tylko o tym, żeby kierowca już wrócił, otworzył drzwi i wpuścił mnie do autobusu, i żebym tam przytulił łeb do szyby, przymknął powieki i po prostu się odciął. Ale kierowca, choć pół godziny przerwy minęło jak z bicza strzelił, nie wracał w ogóle. Kto wie, czy, korzystając z chwili nieuwagi, sam nie uciekł z tego kraju, zostawiając mnie w nim już na zawsze, zostawiając mnie w nim na pastwę tego deszczu, który jednak, pomyślałem sobie z jakąś chyba odrobiną nadziei, może kiedyś wreszcie to wszystko stąd zmyje, może kiedyś wreszcie zmyje stąd nawet mnie? Kuzynka Lubię miejsca czasowo martwe. Takie, które są, ale jakby już, i zarazem jeszcze, ich nie było. Takie, w których czas przestaje mieć znaczenie, a ludzie i rzeczy, które je zasiedlają, wyglądają jak zawieszeni i zawieszone gdzieś między kiedyś, teraz i potem. Takie miejsca, o których się wie, że choć mają swoją przeszłość i przyszłość, to tak naprawdę istnieją o tyle, o ile są częścią tej chwili, którą się przeżywa. Lubię te wszystkie wesołe miasteczka w nadmorskich kurortach w zimowych miesiącach, kiedy nigdzie nie ma żywej duszy, diabelski młyn nie skrzypi, autodromy nie szumią, budki z goframi stoją zamknięte na cztery spusty. Te stadiony w chwilach, w których jest już po meczu i tylko porozrzucane tu i tam plastikowe kufle po piwach, papierki po hot dogach i rozdeptane pety milcząco świadczą o czyjejś niedawnej obecności. Te kościoły tuż po mszach świętych, kiedy na ołtarzach wciąż palą się świece, ale żaden z wiernych nie grzeje się już w ich blasku. Te bary i puby o czwartej nad ranem, gdy opuszczają je ostatni zawiani klienci, a zmęczona, zaspana obsługa ustawia krzesła na stolikach, sygnalizując, że oto, przynajmniej na teraz, nadszedł kres wszystkiego. Ale najbardziej lubię miejsca martwe po prostu. Martwe, ale jeszcze niepogrzebane, stojące u progu egzekwii, dogasające na moich oczach; takie, dla których nie ma żadnej nadziei i które za dzień, miesiąc, rok ostatecznie znikną z powierzchni ziemi. W jednym z takich miejsc, o czym przypominam sobie właśnie, patrząc na zamknięty na kłódkę dawny budynek poczty w centrum mojej wsi, znalazłem się kiedyś zupełnym przypadkiem. Jechałem samochodem z Torunia do Sierpca i, czując, że lada moment pęcherz najpierw mi się przepełni, a potem pęknie w szwach, zatrzymałem się na postój przy leśnej drodze, upewniając się wcześniej, że okolice nie zostały zasiedlone przez seksworkerki ani sprzedawców grzybów. Oddając w rowie mocz, zauważyłem zarośniętą krzakami starą, pochyloną, zaśniedziałą blaszaną tablicę z ledwie czytelnym napisem: OŚRODEK WYPOCZYNKOWY POCZTY POLSKIEJ. Zapiąłem rozporek i rozejrzałem się uważniej. Przez ułamek sekundy miałem wątpliwości, ale dość szybko nabrałem przekonania graniczącego z pewnością, że to nie jest żaden byle ośrodek, taki, jakich swego czasu było tu mnóstwo, ale ten jeden jedyny, konkretny i bardzo dobrze mi znany – ośrodek, w którym za dzieciaka, będąc synem listonosza, rokrocznie spędzałem dwa tygodnie wakacji. Przyjeżdżaliśmy tu z rodzicami w latach dziewięćdziesiątych na wczasy pracownicze, zawsze na turnus w pierwszej połowie lipca; mieszkaliśmy w drewnianym domku letniskowym z pryczami, które trzeszczały przy każdym ruchu i z oknami, w których wisiały zasłony w kwiaty. Kąpaliśmy się w jeziorze, łowiliśmy ryby, rozpalaliśmy ogniska, w których piekliśmy kiełbasę i ziemniaki, spacerowaliśmy po lesie, raz dziennie wychodziliśmy do jadłodajni na obiadokolację – słowem, wypoczywaliśmy tak, jak w tamtych czasach wypoczywali wszyscy pracownicy państwowych spółek ze swoimi dziećmi. Pamiętam zapach dymu z grilla i smażonych mięs, które niemal zawsze były za tłuste, ale w tamtych dniach smakowały jak rarytas, jak coś, co się dostaje tylko w takich miejscach, gdzie nikt jeszcze nie słyszał o smartfonach i internecie, i gdzie najwyższą formą rozrywki jest spacer do sklepu po gumę balonową. Kiedyś było tu pięknie, a przynajmniej tak mi się wydawało, choć z perspektywy gówniarza wiele brzydkich rzeczy może wyglądać na piękne, a w rzeczywistości wcale takimi nie być – ten ośrodek też pewnie był co najwyżej znośny, jego lata świetności przypadały przecież na czas komuny, a okres, kiedy ja tam bywałem, był już jego okresem schyłkowym. Ciekawe, jak jest tutaj teraz? Spojrzałem w głąb drogi. Pamiętałem, że trzysta, może czterysta metrów od głównej szosy stał szlaban podnoszony przez wąsatego ochroniarza tylko wtedy, kiedy usiłujący dostać się na teren ośrodka kierowca okazał mu się odpowiednim glejtem. Teraz po szlabanie nie było prawie żadnego śladu – tylko dwa niewielkie betonowe słupki wbite w podłoże po obu stronach ścieżki, już niemal niewidoczne, przypominały o tym, że kiedyś wjechać na teren kompleksu nie miał szans nikt randomowy. Postanowiłem podejść bliżej. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nie kazał zawracać, dotarłem więc spokojnie do samego centrum ośrodka, nad jezioro, tam, gdzie dwadzieścia pięć lat temu znajdował się parking dla aut wczasowiczów. Kiedy stanąłem przed ogrodzonym siatką placem, dokładnie w miejscu, gdzie ojciec zostawiał naszego salonowego fiata 126p w kolorze nadgniłej cytryny, wszystko nagle wróciło, jak gdyby dla mnie czas w ogóle nie płynął i nie miał w moim życiu najmniejszego znaczenia. Bez kłopotu odnalazłem drewniany domek, w którym zwykle mieszkaliśmy; straszył zagrzybiałą, pomalowaną obleśnym graffiti fasadą, połamanymi barierkami na tarasie i powybijanymi szybami. Pomost, z którego lubiliśmy obserwować pływających po jeziorze kajakarzy, prawie całkowicie zapadł się pod wodę. Boisko, na którym graliśmy w piłkę, zarosło trawą tak wysoką, że przypominało jakieś prerie czy pampasy. Huśtawka, ulubiona zabawka chłopaków ze względu na to, że z powodu złych zabezpieczeń dało się na niej wykonać obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni i taką akrobacją zaimponować dziewczynom, co prawda wciąż stała, ale w większej części zdemontowana – złomiarze rozkręcili, co rozkręcić się dało, i sprzedali to w jakimś skupie, a resztki sprzętu dogorywały, z każdą sekundą coraz bardziej przeżerane rdzą. Ogółem: obraz nędzy i rozpaczy. A jednak ten obraz ucieszył mnie, bo przypomniał świat, w którym – z czego dopiero teraz w pełni zdałem sobie sprawę – byłem chyba szczęśliwy. W tym świecie miałem dobrego kolegę, Marcina. Widywaliśmy się w zasadzie tylko raz do roku, podczas tego dwutygodniowego turnusu w ośrodku wypoczynkowym, ale spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę; przez te czternaście dni byliśmy, można powiedzieć, najlepszymi kumplami, a kiedy turnus się kończył, wracaliśmy do codziennych żyć, każdy do swojego, i zapominaliśmy o sobie na śmierć. W czasie wakacji dzień w dzień jeździliśmy na rowerach, chodziliśmy na płotki i liny, graliśmy na Game Boyach, które nazywaliśmy po prostu „gierkami”, bo żaden z nas za dobrze nie znał angielskiego, chyba tylko tyle, co z filmów (w szkołach cały czas wałkowało się rosyjski, ewentualnie niemiecki), wymienialiśmy się kolekcjonerskimi kartami z piłkarzami z ulubionych drużyn: ja z Manchesteru United, on z Juventusu Turyn. Piłkę też kopaliśmy, kopaliśmy ją zawzięcie, kiedy tylko pozwalały na to okoliczności, z całą resztą pocztowego chłopactwa, które tam się zjeżdżało. W piłkę grałem nieźle, nawet całkiem nieźle, i w sumie sam nie wiem, dlaczego przestałem – może dlatego, że wuefista nigdy się na mnie nie poznał i nie ocenił należycie mojego talentu, może dlatego, że w okolicy nie było żadnego klubu, który by mnie przygarnął i rozwinął moje sportowe zdolności, a może dlatego, że matka powtarzała, że piłkarz to żaden zawód, a poza tym piłkarze to leserzy bez wykształcenia, a przecież nauka zawsze powinna stać na pierwszym miejscu? A może wcale w tę piłkę nie grałem tak dobrze, jak mi się wydawało, i tylko w swoich własnych oczach byłem Bońkiem, Djorkaeffem albo Del Piero? Tak czy siak w pewnym momencie porzuciłem futbol, ale wtedy, w dziewięćdziesiątym piątym, szóstym i siódmym, grałem na całego. Najlepiej grało mi się właśnie tam, na wczasach, ponieważ, co tu kryć, czułem się dobrze wśród tych wszystkich synów listonoszy i naczelniczek poczt. Czułem się wśród nich dobrze, bo, inaczej niż w szkole, żaden ze mnie nie żartował, nie śmiał się, że nie wiadomo, kto mnie zrobił, i że pewnie jestem po listonoszu, albo, kiedy ze spodenek wyłaziła mi na wierzch koszulka, ironicznie nie pytał: „Gazety sprzedajesz?”. Przecież gdyby się ze mnie śmiali, śmialiby się z samych siebie. Poza tym byłem pewien, że każdy z nich w swojej rodzinnej miejscowości był obiektem takich samych kpin, jakim ja byłem w mojej, i chyba właśnie dlatego na wczasach od zawsze obowiązywała niepisana zasada: ciach bajera, jeśli idzie o głupawe żarty z bycia dzieckiem pocztowca. Turnusy upływały, ale w naszym wczasowym życiu zmieniało się niewiele i pewnie niewiele by się w nim kiedykolwiek zmieniło, gdyby nie to, że któregoś roku, a miałem wtedy jedenaście lat (pamiętam to dobrze, bo to było tego lata, kiedy Polskę wzdłuż i wszerz przemierzał kociołek Lata z Radiem, a południe kraju nawiedziła powódź tysiąclecia), z Marcinem i jego rodzicami nad jezioro przyjechała dziewczyna. Miała na imię Ania, ale wszyscy wołali na nią „kuzynka”, bo tak właśnie przedstawił ją Marcin, i tak też, jako kuzynkę, zachowałem ją w pamięci. Kuzynka była naszą, to znaczy moją i Marcina, rówieśniczką. Mieszkała gdzieś na południu Polski i czasem odwiedzała rodzinę z Kujaw. Traf chciał, że tamtego lata jej rodzice wyjechali na urlop do Tunezji, a córkę wlulili pod opiekę krewnym, którzy z kolei, żeby nie musieć zajmować się nią non stop, zabrali ją ze sobą na wczasy. Ania nie była ładna. Miała kasztanowe, dość rzadkie włosy, okulary grube jak denka od butelek, piegowatą twarz i nieco krzywe zęby. Ubierała się za to niezwykle, trochę ekstrawagancko, w kolorowe spódniczki i koszulki, do tego nosiła fantazyjne buty i wzorzystą, różową opaskę na głowie. Na tle naszej ogólnej szarzyzny wyglądała jak jakiś cudowny kwiat u progu rozkwitu. Nie była ładna, lecz była inna i, w przeciwieństwie do pozostałych dziewczyn z turnusu, nikomu z nas, za wyjątkiem Marcina, nieznana. Nie wiem, czy sprawił to otaczający ją nimb tajemnicy, czy raczej to, że, podobnie jak ja, nie wymawiała „r”, czy może jeszcze coś innego, ale Ania od razu, jak to się mówi, wpadła mi w oko. Może nawet się w niej zakochałem, choć pewnie aż tak, to nie; po prostu spodobała mi się od pierwszego wejrzenia i od razu szukałem sposobów, żeby się z nią urwać i choć przez chwilę zostać sam na sam. Nie było to łatwe, bo Marcin łaził za nami wszędzie, pewnie w ogóle nie rozumiejąc, że kumpelstwo kumpelstwem, no ale sorry, są w życiu takie momenty, że chłopiec musi stać się mężczyzną i nad towarzystwo płci własnej zacząć przedkładać spotkania z tą przeciwną. Ale nie to było jeszcze najgorsze; z Marcinem ostatecznie jakoś umiałbym sobie poradzić. Najgorsze było to, że, nie wiedzieć czemu, kuzynka spodobała się też innym chłopakom i jeden z drugim z dnia na dzień przestał być wielbicielem Tetrisa albo haratania w gałę, a stał się zagorzałym amatorem wdzięków Ani. Prym wiódł w tym taki jeden Bolek („co to, kurwa, za imię?” – myślałem wtedy), starszy ode mnie o dwa lata, a dwa lata w tym wieku to prawie jak wieczność. Do kuzynki przystawiał się bezceremonialnie, zabierał ją na łódkę, czego mi nie wolno było robić, bo nie umiałem pływać i gdyby łódka się wywróciła, mógłbym utopić siebie i ją. Wypływał z nią na środek jeziora, a nawet na przeciwległy brzeg, i pokazywał jej takie okolice, które ja mogłem zobaczyć tylko wtedy, gdybym zdecydował się to jezioro obejść wkoło, co w praktyce było niewykonalne, bo jezioro było dość duże, a poza tym w pewnym miejscu łączyło się z kolejnym. Bolek w odróżnieniu ode mnie dostawał od starych kieszonkowe, więc chodził z kuzynką do sklepu i fundował jej lody gałkowe. Prawie codziennie widywałem ich przy wystawionym pod sklepem plastikowym stoliku ogrodowym, przy którym wieczorami listonosze pili piwo, jak we dwójkę lizali te lody, to znaczy ona lizała, a on gryzł, bo, jak kiedyś stwierdził, prawdziwi faceci nie liżą lodów, żeby ktoś nie pomyślał, że są ciepli i te lody robią. Nie rozumiałem wtedy, jak się ma lizanie lodów do ich produkcji i byłem przekonany, że Bolek to zwykły debil, ale bałem się cokolwiek mu powiedzieć, bo był ode mnie większy i silniejszy, i w każdej chwili mógł spuścić mi wpierdol. Musiałem jednak wymyślić coś, żeby zbliżyć się do kuzynki, nie narażając się przy tym zbytnio na ryzyko konfrontacji z Bolkiem. Na szczęście okazja nadarzyła się sama. We wtorki w ośrodku organizowane były dyskoteki. Takim szumnym mianem określano potańcówki pocztowców na świeżym powietrzu – w jakimś kącie rozstawiał się tłusty facet z keyboardem i mikrofonem, nawalając nieśmiertelne szlagiery polskiego i zagranicznego dance’u lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a nachlane towarzystwo bawiło się przy tym tak, jak gdyby był to najlepszy bal w ich życiu. Postanowiłem to wykorzystać. W trakcie dyskoteki kuzynka siedziała przy stoliku z Marcinem; dosiadłem się do nich, udając, że mam do niego niecierpiącą zwłoki sprawę, a tak naprawdę czekałem, aż keyboardzista zagra jakiegoś przytulasa, kombinując przy tym, jak poprosić kuzynkę do tańca. Po kilku minutach z głośnika poleciało straszliwie pokaleczone I can’t help myself The Kelly Family. „Lepszej okazji nie będzie” – pomyślałem, wstałem z krzesła i stanąłem przed Anią, wyciągając do niej dłoń. Nie bardzo wiedziałem, co w takich sytuacjach mężczyzna powinien powiedzieć do kobiety, więc spytałem tylko: „Tańczysz?”. Kuzynka uśmiechnęła się, również podała mi dłoń i ruszyliśmy razem na, chciałoby się powiedzieć, parkiet (choć rolę parkietu tak naprawdę pełniło zwykłe klepisko). Na początku trzymaliśmy w tańcu pewien dystans, ale w miarę upływu piosenki i nabierania wzajemnego zaufania zbliżaliśmy się coraz bardziej. W pewnym momencie pochyliłem się nad jej uchem i zrobiłem to, czego na pewno nie zrobiłby żaden z tutejszych chłopaków. Czytałem już wtedy, nikomu się zresztą do tego nie przyznając, wiersze polskich romantyków, miałem w głowie kilka cytatów i gotowych struktur, które potrafiłem wypełniać dowolną treścią – sypnąłem więc kuzynce jakimś miłosnym fragmentem z Mickiewicza, nie pamiętam już, jakim (zresztą, może to było tylko coś mickiewiczopodobnego, co sam wymyśliłem na poczekaniu), ryzykując, że się przed nią ośmieszę – ale zadziałało. Zadziałało tak dobrze, że zaraz po zakończeniu tańca kuzynka dała mi buziaka w policzek, a potem, chyba sama zawstydzona tym, co zrobiła, uciekła do swojego domku. Aż do końca turnusu udawaliśmy, że nic się między nami nie wydarzyło. Ja z Marcinem jak gdyby nigdy nic grałem w piłkę i chodziłem na ryby, Ania z Bolkiem pływali łódką po jeziorze i jedli pod sklepem lody. Ostatniego dnia kuzynka podeszła do mnie i przytuliła się na pożegnanie, obiecując, że za rok spotkamy się w tym samym miejscu i wszystko między nami będzie inaczej. Nie było jeszcze wtedy komórek, nie mogliśmy wymienić się numerami telefonów, pisać do siebie esemesów ani czatować na portalach społecznościowych. Cały rok musiałem cierpliwie na nią czekać, myśląc przy tym o niej może nie jakoś często i intensywnie, ale w miarę regularnie i z jakąś chyba tęsknotą. Kiedy wreszcie nadeszły kolejne wakacje, jechałem do ośrodka wczasowego zdenerwowany, ale też pełen takiego rodzaju nadziei, jakiego nigdy wcześniej nie znałem. Na miejscu od razu pobiegłem do domku Marcina, przywitałem się z nim i z jego rodzicami i, nie tracąc czasu, zapytałem, gdzie jest kuzynka. „Nie ma – odpowiedział on. – W tym roku wyjechała ze swoimi starymi do Egiptu. Wiesz, mój ojciec mówi, że to są prywaciarze, wyższe sfery, nie to, co my. Oni zawsze jeżdżą za granicę, tylko że rok temu jej starzy chcieli jechać sami, bo mieli jakąś rocznicę, i dlatego Ania była tu z nami. Ale w tym roku jej nie ma i nigdy więcej już raczej tutaj nie przyjedzie”. Przez cały turnus chodziłem jak struty. Nigdzie nie mogłem znaleźć sobie miejsca, unikałem nawet grania w piłkę. Łaziłem od jednego miejsca do drugiego, niby patrząc na tych wszystkich ludzi, którzy cieszyli się wolnością i swobodą, ale gdzieś w głębi czując pustkę, której nic nie wypełni, i niezrozumiałą obcość, nieprzystawalność do kogokolwiek. Nie rozmawiałem z nikim, bo nawet Marcin wydawał mi się kimś, z kim tylko straciłbym czas. Koledzy pukali się w głowy, matka pytała, czy aby nie jestem chory, a zniecierpliwiony Marcin w końcu znalazł sobie nowego kumpla od Game Boya. O kuzynce udało mi się zapomnieć dopiero następnego lata – i udało mi się to na tyle skutecznie, że nie pamiętałem o niej aż do dzisiaj. Ale tego dnia, gdy znów stanąłem tam, gdzie Ania dała mi całusa, wszystko sobie przypomniałem – i poczułem się, jakbym utknął w jakiejś przestrzeni między dzieciństwem a dorosłością, gdzie nie było już miejsca ani na mnie, ani na nią. Stałem tam i wtedy dotarło do mnie jaśniej niż kiedykolwiek, że nie mam bladego pojęcia, co kuzynka teraz robi, gdzie mieszka, gdzie pracuje, czy wyszła za mąż i czy ma dzieci, które same już jeżdżą na jakieś turnusy wypoczynkowe. I nie wiedziałem, choć to właśnie chciałbym chyba wiedzieć najbardziej, czy chociaż raz w życiu zdarzyło jej się pomyśleć o chłopaku, z którym tańczyła w pocztowym ośrodku wczasowym tego lata, kiedy Polskę wzdłuż i wszerz przemierzał kociołek Lata z Radiem , a południe kraju nawiedziła powódź tysiąclecia. Tomasz Dalasiński  (ur. 1986) – poeta, prozaik, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Autor książek z wierszami, m.in . Sztuka zbierania mgły (nominacja do nagrody „Orfeusz” za rok 2022), Wiersze dla żywych (finał nagrody „Orfeusz” za rok 2023) i Alte Liebe (2024) oraz książek prozatorskich, m.in . Przystanek kosmos i 29 innych pieśni o rzeczach i ludziach  oraz Dzień na Ziemi i 29 nowych pieśni o rzeczach i ludziach . Stypendysta MKiDN, Miasta Torunia, Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego oraz ZAIKS w dziedzinie kultury.

  • Grzegorz Tomicki – Frenezje 3

    Świątynia Salomona Teraz kiedy dom się zawalił a według innych wersji został zburzony albo zniszczony przez nawałnicę a nowy jeszcze nie powstał nie odrósł od ziemi nie wyrósł spod gruzów i chwastów spod zwałów kamiennych złorzeczeń postawiłbym na zaaranżowanie prowizorycznej biblioteczki osadnika w leśnej przestrzeni życia gdzieś między reglem górnym a dolnym to jest na półpiętrze między piętrami gdzie zawsze łatwiej  pozostać niezauważonym przeoczonym przez nagłe burze dopusty opady najprzeróżniejszych osadów istnienia oraz przez podtopienia które lubią nawiedzać nie tylko podgórskie okolice nawiasem mówiąc ostatnio widziano je w pobliżu Doliny Jordanu i Niziny Gangesu może to nawet te same egzemplarze te same przykłady niezasłużonych bądź nadprogramowych plag co w całej kulturze Zachodu koniec nawiasu gdzie zawsze  łatwiej się ukryć aby poczytać wyimki z niezbyt udanej za to obfitującej w spektakularne ekscesy skróconej historii ludzkości choć prawdę mówiąc podobnie jak środowiskowa historia literatury niezupełnie nas ona dotyczy to znaczy nie wprost choć jej ładunek metaforyczny i symboliczny jest nie przebierając w ładownicy zabójczy gorzej gdy burze przychodzą bez ceremonialnych zapośredniczeń w postaci anielskich  zwiastowań lub zdartych do kości konwencji gorzej gdy wali się dom z cegły wypalanej w diabelskiej kadzielnicy a gruz po nim zaczyna okalać zupełnie inna zagranica powiedzmy budowa Trzeciej Świątyni Salomona która razem ze Wzgórzem Świątynnym zajmie terytorium o wymiarach półtora kilometra na półtora jak podają wiarygodne instancje obszar ten będzie trzydzieści sześć razy większy od obszaru Wzgórza Świątynnego  w czasach Drugiej Świątyni choć z drugiej strony Trzeciej Świątyni wysokość ściany Wzgórza Świątynnego wyniesie zaledwie trzy metry znacznie mniej niż miało to miejsce w okresie Pierwszej i Drugiej Świątyni aby mur nie przesłaniał piękna i splendoru Trzeciej Świątyni natomiast zewnętrzny dziedziniec przeznaczony będzie dla kobiet tak właśnie tworzą się luki w systemie symboli zaś w świecie realnym dziury  między jednym domem a drugim. Sigma Mówią na mnie Człowiek-Litera konkretnie Sigma osiemnasta litera współczesnego alfabetu greckiego przy czym „Σ” to majuskuła „σ’ to minuskuła stosowana na początku lub w środku wyrazu „ς” zaś na jego końcu w dawnym greckim systemie liczbowym używano jej również do oznaczania liczby 200 ludzie działali na mnie przerażająco ludzie działali na mnie ekscytująco ludzie działali na mnie grupowo lub pojedynczo robiłem  to samo chciałem się dostosować kobiety równie szybko mnie chciały co porzucały robiłem to samo z innymi z nikim mi dłużej nie było po drodze nikomu dłużej nie było po prośbie ze mną chciałem się przystosować stałem z bliźnimi w społecznej kolejce do adaptacji w dniu wkroczenia w dorosłość byłem mniej więcej na osiemnastym miejscu lecz potem spadłem o sto osiemdziesiąt cztery pozycje chyba źle policzyłem sto  osiemdziesiąt dwie wszystko jest kwestią matematyki według statystyk byłem na przemian to majuskułą to minuskułą prężyłem muskuły w różnych miejscach wyrażeń występowałem jako kto inny to samo ze zdarzeniami z życia kochałem w pierwszej osobie porzucano mnie w drugiej a dochodziłem do siebie jako ten trzeci czyli zgodnie z procesem rozwoju ducha przez powstawanie i znoszenie przeciwieństw a także w myśl  dialektycznej metody rozumowania teza antyteza synteza taka logiczna Trójca z tym że nigdy nie udało mi się połączyć w jakość wyższą od siebie samego nigdy się dostatecznie nie zintegrowałem w końcu przestało mi na tym zależeć obecnie egzystuję w świecie mechaniki kwantowej jak jestem małą literą to jestem wielki jak występuję w środku wydarzeń to nie ma mnie na początku ani na końcu nie występuję natomiast przeciw  żadnej sprzeczności jestem rażąco bezsprzeczny może w końcu się komuś spodobam może w końcu spodobam się sobie ostatecznie na jedno wychodzi to znaczy taki mam plan że w końcu wyjdzie że ktoś w końcu zechce mi towarzyszyć nie licząc na prerogatywy emocjonalne pożyczki ani w ogóle żadne rachuby żadnych piętrowych ani kombinowanych obliczeń same czyste proste oblicza zresztą niech stracę ostatecznie  wystarczy mi jedno. Dead man talking Wiele lat temu czułem mdłości i teraz też mnie przyprawia ten film w którym Jean Paul gra czystej wody debila co to przypadkowo kradnie samochód przypadkowo znajduje rewolwer przypadkowo strzela do gliny przypadkowo naciąga przypadkową dziewczynę przypadkowo robi to z inną a w końcu nieprzypadkowo do niego strzelają a ten nagle zdziwiony zaplanowaną z precyzją kulminacją w postaci  szablonowego zwrotu akcji można powiedzieć kumulacją napięcia miesiączkowego bo przed- było wcześniej w ogóle wszystko już było jak mówi Czołówka co za amatorszczyzna zabijanie to sprawa poważna osobiście nigdy się przy robocie nie śmiałem nie tylko z szacunku dla ludzi głównie dlatego że potem trzeba z tym żyć a ze śmiechem jest trudniej chyba że jest się debilem jak nie przymierzając  Belmondo kto by pomyślał niby zawodowy komediant a wszystko partaczy najgłupiej wyszedł mu ten mało poważny pijany truchcik po bruku jakby go bies w dupę ukąsił a nie skosiła sroga kostucha umieranie to sprawa poważna jak osiemnastka i andropauza zdarza się tylko raz w życiu à propos  podobno słowo debil jest zakazane co za debilizm zupełnie jakby nieużywanie słowa debil zmniejszało liczbę  debili na świecie aż tracę ze śmiechu dech à propos  podobno ten film coś zrewolucjonizował nie wiem co na pewno nie metodę wysyłania ludzi na tamten świat znam lepsze choć nikomu nie pokazuję à propos  nie wiedziałem że tamten świat nie istnieje a to ci heca dowiedziałem się dopiero ostatnio ogólnie nie mam zastrzeżeń źle na tym nie wyjdę zabijanie to sprawa poważna a nie rymowane wierszyki o transcendencji nie wsiowy  slam przypomniałem sobie że ten film dla młodych dorosłych podobno zrewolucjonizował sztukę filmową co za debilizm to tak jakby bicie piany zrewolucjonizowało sztukę bicia piany nic z tego nie wynika a urobić się trzeba po pachy chwała Bogu film krótki a na nas już czas wszystko już było chodźmy się napić ja gadałem ty stawiasz albo zróbmy inaczej w drodze wyjątku dam ci potrzymać klamkę a ty mi otworzysz  drzwi powiem ci jak tam jest.  Grzegorz Tomicki –  doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów  (1998), Zajęcia  (2001), Pocztówki legnickie  (2015), Być jak John Irving  (2017), Konie Apokalipsy  (2021), Piekło jest wszędzie  (2023), Sto kilo kości  (2023), Liryka drogi  (2024) oraz monografię naukową  Po obu stronach lustra.   O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego  (2015). Autor artykułów naukowych z zakresu literaturoznawstwa, historii, psychologii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.

  • Mario Santiago Papasquiaro – trzy wiersze

    Nieubłagana pieśń Sram na Boga & wszystkich jego zmarłych Sram na hostię & na cipkę dziewicy Sram na zmarłych Boga Bogów Na pychę Fryderyka Nietzschego na drżące ciało mojej duszy & na pokrzywy na wietrze ateisty Na śmierć przedwczesną sprawiedliwych na ulotność seksu & jego błyskawic na czasownik odzwierzęcy na wyobraźnię-kłącze na teksty wiedzy tak odstawionej od piersi Na granice światów sram Skupiony na pożarze moich porów Na ten alkoholowy chwast, co mną wstrząsa na nieskończone oko moich śladów na dziką furię obłędu na śmierć niemożliwą & jej ofiary na jadowite błoto, co rozgrzewa na skały ukochanej na lewitację mojego kościotrupa na kulawe serce niewyrażalnego Na wodnisty alef moich ran na szklany niepokój mojego zabójcy  na dłoń rozkoszy na narkotyk gnieżdżący się w jego kłach Na ogra filantropa & jego żonę na grób przypadku tak obmacywany na zarodek liryki / która jest gównem Na powietrzny nawóz na śpiochy z ropą na czaszkę całego splendoru Charleville Na szczury wciąż uciekające ze Statku Pijanego na miękkie na puszyste & na bezbronne Na eteryczne beknięcie ropuch na wrzącą krew na cienie na różową flegmę świtów na niedorzeczne szkło które wybrałem na ulicę w wąwozach nabrzmiałej Wenus Na talerz uczty na nocniki rozejmu na zgniły grzyb & jego trójząb Na genealogiczny guz US Army na rozległy rodowód gówna Otchłań & blask / przypadek & wiatr Żyła otwarta od kości ogonowej po obojczyk Łono upojenia Płomień zakapturzonych harf Na pachwiny bez pach Boga-wynalazcy-umarłych na cichy i wieloraki szmer 2 łez na morze : na jego pustynie : & na siebie samego. Infrakorespondencja Morze dotyka naszych ciał by poczuć swoje ciało Tak samo w kamienistym Manzanillo jak w Neviot / wyspie koralowców na pustyni Odwzajemniamy jego solny uśmiech rysując nasze imiona & pragnienia na skorupach krabów które wydają się szukać starych drewnianych nóg pożartych przez piasek Morze staje na głowie & śpiewa nam / w języku najbardziej nagim & bliskim naszemu dotykowi Port Vendrés Ville ryczy jak wściekły tuńczyk w naszych oczach Bernard wiesza 1 ze swoich zielonofluorescencyjnych kolczyków na najeżonej igłami czuprynie 1 jeżowca Pozostali rybacy z Saint Joan / Fetiche II skąd ich krewetki wyznają prawdę na swój sposób temu morzu które należy również do nich które je uważnie śledzi Tam gdzie rozluźniają swoje nerwowe spodnie & ich usta nie przestają wyć gdzie ich wzrok sięga aż po migdałki Skały Gibraltarskiej poruszające się niczym kości do gry lub srebrzyste ryby w cieniu ich szklanek z rumem. Jestem & nie Jestem & nie upadłym aniołem Który z czystego osłupienia topi w sotolu swe czyste łzy Zapomniałem nawet zapachu liany która mi służyła za teleskop & huśtawkę Jedynie w snach widzę siebie błąkającego się po tej ojczyźnie całe serce osłabłe Niegasnące światło flary Źródło impulsów które gówniana niestrawność tych topornych dni mi wymazuje Lecę 1 sekundę & budzi mnie pogranicznik w łachmanach bólu / wcierając mi w pysk rozdarcie moich granic / Mój wściekły kikut podskakuje Moja aura truchleje nie znajdując odzwierciedlenia we wspomnieniach Uniesienie ostatecznie traci grunt na 1/2 zakrętu Wyję wzywając gwizd mojego Boga / który koaguluje Nie pozwalając mi uszczknąć żadnego skwierczącego alkaloidowego decybela czarnej dziury Jestem & nie tym drżeniem które samo z siebie opróżnia swój śmietnik 1 wykrzyknieniem lawy rzuconym znienacka Splamiony wiecznością Deszczami / swędzeniem Dzikimi gorączkami które 1 kęsem pożerają mój los Jestem & nie zamarzniętym moczem Kaina w trakcie ucieczki Wstrząsem który pchnął go do wykastrowania swych słonecznych komórek  Terrorem który miał go naznaczyć  Jak bydlę w rui któremu odwala  & nie atakuje swojego stada.  z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Mario Santiago Papasquiaro, właśc. José Alfredo Zendejas Pineda (1953–1998) – meksykański poeta, współtwórca (między innymi z Roberto Bolaño) infrarealizmu, czyli radykalnego, kontestatorskiego i antyestablishmentowego ruchu poetyckiego.

  • Blanca Varela – pięć wierszy

    Curriculum vitae powiedzmy, że wygrałeś wyścig i że nagrodą był kolejny wyścig że nie piłeś wina zwycięstwa tylko swą własną sól że nigdy nie słyszałeś wiwatów tylko szczekanie psów i że twój cień twój własny cień  był twym jedynym nieuczciwym rywalem Półgłosem powolność jest pięknem przepisuję te cudze wersy oddycham przyjmuję światło pod rzadkim powietrzem listopada pod trawą bez barwy pod niebem pękniętym i szarym przyjmuję żałobę i święto nie dotarłam nigdy nie dotrę w samym centrum wszystkiego znajduje się wiersz nietknięty słońce nieuniknione noc bez odwracania głowy krążę wokół jego światła jego zwierzęcego cienia ze słów węszę jego blask jego ślad jego szczątki wszystko po to, by powiedzieć że kiedyś byłam czujna rozbrojona sama prawie w śmierci prawie w ogniu Dom kruków ponieważ karmiłam cię tą rzeczywistością na wpół surową przez tyle i tak nędznych kwiatów zła przez ten absurdalny lot tuż nad bagnem ego uwalniam cię od siebie labiryncie synu mój to nie twoja wina ani moja mój biedny chłopczyku którego sportretowałam tak nienagannie forsując ciemność dnia powieki z miodu i policzek usiany gwiazdami zamknięty na każdy dotyk i ta przepiękna odległość twojego ciała twoje mdłości są moimi odziedziczyłeś je jak ryby dziedziczą zamartwicę a barwa twoich oczu jest też barwą mojej ślepoty pod którą cienie tkają cienie i pokusy i mój jest też ślad twej wąskiej pięty archanioła ledwo przemykająca w uchylonym oknie i nasza na zawsze obca muzyka trzepoczącego nieba teraz lwiątko wcielenie mej miłości bawisz się moimi kośćmi i ukrywasz się w swym pięknie ślepy głuchy nieprzejednany nieomal syty i wolny z twą krwią która nie pozostawia miejsca na nic i nikogo oto jestem jak zwykle  gotowa na niespodziankę twoich kroków na wszystkie wiosny które wymyślasz i niszczysz na to by rozciągnąć się — nieskończone nic —  nad światem trawa popiół zaraza ogień na cokolwiek byle jedno twoje spojrzenie rozświetliło me szczątki bo taka jest ta miłość która niczego nie rozumie i nic nie może pijesz eliksir i zasypiasz w tej otchłani pełnej ciebie muzyka której nie widzisz barwy wypowiedziane długo wyjaśniane ciszy zmieszane jak mieszają się sny aż do tej niezgrabnej szarości którą jest przebudzenie w wielkiej dłoni boga jałowej pustej bez granic i tam odnajdujesz siebie samotną i zagubioną w swej duszy bez przeszkody innej niż twe ciało bez bramy innej niż twe ciało taka ta miłość jedna i ta sama z tyloma imionami że na żadne nie odpowiada a ty patrzysz na mnie jakbyś mnie nie znała odchodząc jak odchodzi światło świata bez obietnic i znów ta łąka ta łąka czarnego ognia porzucona znów ten pusty dom którym jest moje ciało do którego nie powrócisz Niech tak będzie Dzień zostaje w tyle, ledwo co nadgryziony i już bezużyteczny. Zaczyna się wielkie światło, wszystkie drzwi ustępują przed człowiekiem śpiącym, czas jest drzewem, które nie przestaje rosnąć. Czas, wielkie uchylone drzwi, gwiazda, która oślepia.  Nie oczami widzi się narodziny tej kropli światła, która będzie, która kiedyś była. Śpiewaj pszczoło, bez pośpiechu, przemierzaj rozświetlony labirynt, odświętny. Oddychaj i śpiewaj. Tam, gdzie wszystko się kończy, rozłóż skrzydła. Jesteś słońcem, żądłem świtu, morzem całującym góry, pełnią światła, snem. Cielę nękane przez muchy mogłabym je opisać czy miało nos oczy usta uszy? czy miało stopy głowę? czy miało kończyny? pamiętam tylko najdelikatniejsze zwierzę niosące na grzbiecie jak inną skórę tę aureolę brudnego światła żarłoczne uskrzydlone spragnione bestyjki niesławne brzęczące anioły ścigały je było obcą ziemią i niczyim ciałem zza zaropiałego oka oślepił mnie blady cud przeddzień instynkt spojrzenie nienarodzone słońce czy to była dziewczyna zwierzę idea? proszę pana co za straszny ból w oczach co za gorzka woda w ustach tamtego nieznośnego południa w którym szybsze wolniejsze starsze i mroczniejsze niż śmierć obok mnie ukoronowane muchami przeszło życie z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Blanca Leonor Varela Gonzáles  (1926–2009) – peruwiańska poetka, surrealistka.

  • Sergio Raimondi – trzy wiersze 

    Podrzędny poeta wobec narodzin swojego syna Odnalazłszy, po dniach poszukiwań, ołówek w kabinie małej strażackiej ciężarówki, i po upewnieniu się co do niezależności sądów dziedzica, który wydziera ulubione strony a te obojętne pozostawia nienaruszone, podrzędny poeta postanawia porozmawiać ze swoją żoną na kluczowy temat: organizacja przestrzeni i czasu swojej pracy, w domu, po narodzinach syna.Podczas rozmowy poruszane są różne kwestie: zakup artykułów spożywczych i środków czystości, opłacanie rachunków, dyżury przy dziecku, zabawa, karmienie i higiena dziecka, brak opieki, zabawy, karmienia i higieny małżonków, konieczność uwiecznienia pierwszych kroków, częstotliwość używania— mówiąc kolokwialnie — smoczka, formy uprzejmego trzymania dziadków na dystans.  Gdy obopólne milczenie świadczy o końcu rozmowy, podrzędny poeta uświadamia sobie, że jego niepokój ustąpił miejsca innym pilnym sprawom. Tej nocy, niczym natchniony romantyk, który korzysta z ciszy śmiertelników, by pozwolić swoim skrzydlatym wersom swobodnie płynąć, przez długie godziny śpiewa kołysankę. AUTOR (ALS PRODUZENT, DER) Epoka nie wymaga od nas ducha, towarzysze z Instytutu Badań nad Faszyzmem: wymaga od nas ruchów przepony. Dlatego przynoszę wam konkretny przykład (dzisiaj konkretne przykłady są rosyjskie!) tego, czym jest dzieło literacko i politycz- nie poprawne. Weźmy takiego Tretiakowa. W jaki sposób pisze towarzysz Tretiakow? Bywa na zebraniach kierownictwa kołchozu organizuje zbiórki na zakup traktorów zapytuje tu i ówdzie, by dowiedzieć się które chomąta i świece zapłonowe są najlepsze tłumaczy tezy Jakowlewa a teraz uspokaja  matki kłócące się w żłobku załatwia konie na wyjazdy nauczycieli przeprowadza kontrole w klubach czytelniczych i wysyła trzy, dziesięć i ile tylko listów potrzeba by wymóc przyjazd objazdowego kina skrupulatnie dokumentuje siewy i zbiory cyk cyk jego aparat jest wszędzie. Owszem, pisze też i publikuje raporty z dokonań, w moskiewskich czasopismach, i prowadzi gazetę kołchozową z informacjami o tym, jak przygotować ziemię i o działaniach planowanych z okazji rocznicy rewolucji.  Jak to? Nie dosłyszałem. Co to wszystko ma wspólnego z literaturą? Ach, literatura…  Ależ towarzysze, czy jesteście w stanie pojąć że świat może się zmienić, więcej nawet: walczycie dzień w dzień by faktycznie się zmienił a wymagacie literatury zawsze takiej samej? ЛК-110Я Poza alarmami o przyszłość przyszłości rosnące temperatury na kole podbiegunowym które dzień po dniu przerzedzają kry i lód morski niekoniecznie stanowią złą wiadomość: zasoby węglowodorów wciąż nietknięte i ogromne stają się coraz bardziej dostępne a sztywne warstwy lodu rozciągające się po horyzont słabną i sprzyjają nasileniu sporów o tereny wciąż sporne i nawet skandale takie jak ten z umieszczeniem rosyjskiej flagi z tytanu na samym dnie morskich głębin bezużyteczne w sensie prawnym ale skuteczne jako pokaz długiej narodowej tradycji wymyślania strategii zderzenia z zimnem dosłownym i metaforycznym manifestującej się teraz w potędze lodołamacza który swoim podwójnym kadłubem wzmocnionym stopem chromu niklu molibdenu wanadu, wznosi się wysoko dzięki sile swych dwóch reaktorów jądrowych napędzających trzy silniki elektryczne które z kolei obracają z wielką prędkością śruby napędowe aby nominalistycznie spełnić obietnicę tkwiącą w swej nazwie na w większości skutej lodem białej powierzchni Przejścia Północno-Wschodniego i wytyczyć szlak hukiem łamanego lodu torując drogę aby tankowce i gazowce uwolnione od pozornie nieuniknionego rytmu natury mogły transportować z najnowocześniejszych platform wydobywczych  rozlokowanych offshore na bezlitosnym Morzu Karskim nie bacząc zbytnio na międzynarodową grupę aktywistów zaniepokojonych nagłym wyciekiem zdolnym zniszczyć siedlisko niedźwiedzia polarnego energię do portów zaawansowanych technologicznie narodów azjatyckich. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Sergio Raimondi  (ur. 1968) – argentyński poeta. Wykładowca literatury na Universidad Nacional del Sur.

  • Michał Dziedzic – siedem wierszy

    plusquamperfectum trzy minuty w przyszłość zmienia znak powinien był urodzić się w inną noc w inny czas wszystko byłoby inne w te dni gdyby inna pieśń inna dłoń inny program tv transformers wsiąść do pociągu byle jakiego tak śpiewano mu nad kołyską potem wędrował z dinozaurami łapał pokemony łatał światy był wojowniczym archeologiem przyzywał mechaniczne gady jednak zmiana planów bo getry w power rangers w kosz proboska czapka na włoski blond bawisz się lalkami będziesz ksiądz w głębi gołębiego serca wciąż wie po kim odziedziczył gorącą krew smak mięsa przeciążony łeb kolumnadą mlecznych siekaczy tajanie scena jak z księgi kaina największa chała na niskości rozrzucone skorupki w kurniku tylko chciał im pomóc babciu szybciej pokazać świat to wydarzyło się ponieważ trzeba się choć raz skuć jak beckham przy karnym w 2004 człowiek to boże boisko murawa gęsto obsrana przez kury gdzie biegając inkantują chłodno mrożone boli mniej trzeba swoje odtajać w przezroczu liczyć bąbelki żywić nimi i warstwa za warstwą gotować się do wyjścia na zapalony lont kyrie eleison w każdym mężczyźnie szukał łapiąc za skórzane rękawy czuł chłód martwej tkanki szarpiąc za dłoń z papierosem przypalał swoją nie zauważając tej bez szluga na kolanach matki zamarznięta woda w kranie koza na środku pokoju dym wszędzie zawsze o wszystko za pierwsze pieniądze z kolędy kupił jej lakierowane botki te zza szyb dzielących lud kochał ją do momentu gdy ten sam łajdak i łotr zostawił ich z tym samym skończyło się niebo zaczął drogi węgiel parafia post tacka do połowy pusta nocą robił pętle beczką widział go przez jej szyby przez jej światła badał trop dawno temu zmarł mu ojciec ale to jej słowa wciąż brzmią nie możesz syneczku proszę zostań nie sprowadzaj tych brodatych z dymem pod ciemnym okiem oni zostawią w tobie nieodśnieżone drogi wiodące przez chłód pieśni dalekie od kolęd litanie do dziur genesis był sobie kapitan który utknął w lodzie na sześćdziesiąt sześć lat był też pan od przyrody proboszcz i piękny profesor i myśli jak włosienice skuwające na kość podczas schodzenia do wnętrza nie pomijasz żadnego fragmentu grzebiąc w wiecznej zmarzlinie twarde dłonie przyjmują chłód przez miękki igielnik pamięci przewlekasz się do epoki dworca całujesz go w usta na powitanie nie czujesz już strachu podobnego do zbierania jabłek z trawy pełnej os poddanie miał w ustach wiele pieśni jeszcze więcej ciała i wina zawsze po jego stronie cała wieś i dziatków zgraja o dziewiętnastej w środy zapamiętale oglądał muminki kochał bukę za ten kamień wykuty na obraz i podobieństwo skoro świat wchodził w gumiaki na świt zawsze wychodził sam szukając betlejem karmił baranki witał się za blisko za czule wygnany cierpliwie podążył dolinami za warkoczami komet pod nosem śpiewał oprawcom na nich słowa wykonały się same pokochał tylko raz pochował tyleż także sproszkowane mięso pod stalową literą te nikt nie wiedział wszyscy mówili co innego reptilian complex to fejk na wybrzeże powraca synogarlica w dziobie niesie kable za krótkie na zerwane połączenia głęboko w jej widzeniu peryferyjnym sterta kamieni zastawionych na pastwę odłamków toczonych przez lód w rozdziale osadzania się skał dziecko układa z nich wieże zostawia po sobie ślad kim jest skąd przybyło ono też nie wie gdy na plażę wbiega gad nie boi się nie ucieka wyciąga ręce klaszcze Michał Dziedzic  – urodził się w grudniowy poniedziałek w 1992 roku. Pochodzi z podkrakowskiej wsi. Absolwent filologii polskiej. Żyje z pisania w Warszawie. Poeta od momentu przejścia mutacji. Publikował w "biBLiotece", "Stronie Czynnej" i zinie "sila-paka runga". Nominowany do Nagrody Głównej w XXIX OKP im. Jacka Bierezina, finalista 29. i 30. TransPortu Literackiego. Nie lubi rosołu z wzajemnością.

  • Arkadiusz Aulich – wiersz

    Przedwiośnie zmusiło zimę do zrzucenia futra Dachowce różnej maści spadają na cztery łapy  mając w zanadrzu jeszcze po kilka żyć  Policyjne psy  węszą za ponętnymi suczkami równaj! stój! siad!  a one mają to pod ogonem Wroga nie widzą ale czują  Wiatr  muska ich nozdrza  Nadciągają ludzie bezdomni  naciągają przechodniów  którzy w panice gubią swoją godność w tłumie  stają się anonimowi  lżejsi  jednocześnie nic nie tracąc Na środku betonozy  młodzież zaciąga się świeżym powietrzem choć moda się zmienia  to tytoń jest seksi    jak powiew majowych zmian  A ja z głową w chmurach  wysłuchuję śpiewu kosa  i czekam na rozkwit akacji jaśminu lawendy choć lubię także bez -  zabezpieczeń  przejść  w niedozwolonym miejscu A zachód  myśli o bogactwie złóż na wschodzie jako drzwiach percepcji do wspaniałego nowego świata W umysłach zbrodniarzy kłębią się myśli  o nieograniczonym wszechświecie    Na skwerze  piękni dwudziestoletni Jehowi wykonują syzyfową pracę  mrugnięciem przyciąga oko jedna z nich Zastanawiam się czy to tik nerwowy zboczenie zawodowe a może sobie dorabia  całą ideologię Arkadiusz Aulich (ur. 1979) – poeta, dramatopisarz, abstrakcjonista. Opublikował cztery zbiory wierszy: Dom czystych myśli  (2018), Odmienne stany świadomości  (2019), Skądinąd  (2021), Za siebie  (2023).

  • Marcin Czerwiński – Świat pełen jest byłych

    fot. Paweł Zasada Marcin Czerwiński  – literaturoznawca, redaktor i poeta, reżyser i performer. Założyciel i były szef wydawnictwa „Rita Baum”. Prowadzi stronę plazaciemnia.pl . Autor książek o literaturze: Smutek labiryntu  (2013), Maszyna przecząca  (2014) i Uskok. O Stanisławie Przybyszewskiej i innych  (2023), oraz książki poetyckiej Miniaturzyści esperanto  (2020). Zredagował zbiór szkiców Od antropozofii po Schulza (Europejska Stolica Kultury, 2016) . Wkrótce ukaże się jego książka poetycka Das Second Hand Buch . Wrocławianin. Wacław Mejbaum  – zawodowo zajmuje się projektowaniem graficznym i fotografią. Autor komiksów, współautor „Wromixu”. Wraz z Piotrem Brenczem w 2024 roku opublikował komiks Facet bez palca już poszedł . Mieszka we Wrocławiu.

  • Mariusz Sambor – pięć wierszy

    jak Karol Wojtyła  Ian Airlie znaleziony martwy w swoim domu w Greenwich wcześniej  w metrze krwawił z lewego oka nieznajoma kobieta podała mu chusteczkę kwadrat płócienny biały kwadrat    codziennie program pocztowy proponuje najlepsze rozwiązania weź kredyt już teraz pierwszą ratę zapłać za trzy miesiące kwadrat czarny kwadrat na białym tle  mam ponad tysiąc sto punktów w grupie Fotografie in schwarz weiß tysiąc sto punktów jak śmierć dojrzałość śmierć młodość dojrzałość śmierć jak bez tytułu dzieło nieprzedstawiające  A kiedy czuję że już wiem że chciałbym napisać na ścianie 1312 / ACAB we śnie zjawia się moja mama jak kiedyś Karol Wojtyła ale teraz tylko ona mówi do mnie chodź masz tu chusteczkę wytrzyj oko pożar łatwo wpadaliśmy w miłosną ekstazę na podłodze / na kanapie / na stojąco nie dla Ziomka i Parodii w Katowicach odpowiada Urząd Stanu Cywilnego rodzicom pragnącym zwracać się tak do swych pociech pożar mieszkania w środku zwłoki mężczyzny i truchło psa rząd Danii chce większej swobody  Grenlandii i Wysp Owczych / a my? czarne okładki  chyba już nie wiem jak z kimś być myślę przy śniadaniu / jajko na miękko  czarne okładki są niepraktyczne  palce odbite / w nocy padał śnieg co jest ostatnio zjawiskiem rzadkim  i nie trudno zauważyć / szybko wstydliwie  wycieram ślady paluchów taka zima to obciach moja mała / miła black widow  Nowy widelec lśni / no i co że chiński za skorodowany w niemieckim rowerze co trwał ponad sześćdziesiąt lat / spróbujemy?  Chisako Kakehi, black widow / piszą w gazetach trująca partnerów i męża cyjankiem /  dziedziczenie majątków / zmarła  przed wykonaniem kary śmierci A kiedy usiłuję założyć wygiętą jak orientalna jaskółka  równie starą / solidną kierownicę  z miłosnym dziubkiem lampki retro  nic już nie pasuje / do siebie /  za oknem plus pięć pada śnieg ale nie topnieje czy mogła wspierać życie? Dziesięć armii Mary Na Wenus nigdy nie było wystarczająco dużo wody by powstały oceany U nas siedem czynników Przebudzenia A jednak Druga planeta od Słońca skalista nie wydaje się zbyt przyjazna życiu Uważność Badanie Bohaterski wysiłek Radosne uniesienie Uspokojenie Skupienie Zrównoważenie Dziewiąta armia zaszczyty pochwały poważanie niezasłużona sława Tam temperatura sięga 465 stopni Celsjusza chmury z kwasu siarkowego  i wielokrotnie wyższe ciśnienie utrudniłyby kolonizację Ziemianom twoje zdjęcia niestrudzone gdzieś w oddali słychać wystrzał petardy Uderzająca siła ciemności  Mara kto ją pokona, osiągnie szczęście Mariusz Sambor  (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary  (2021), powieści I wszyscy go opuścili…  (2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022), epistemologicznego komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). W marcu 2025 roku ukazała się jego książka poetycka Rzeka / Taniec. Publikował w czasopismach literackich oraz w antologiach: Strefa wolna. Wiersze przeciwko nienawiści i homofobii  (2019), Wiersze i opowiadania doraźne 2020  (2020), Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych  (2020) oraz Kosmonauci Nośnych Haseł  (2022). Mieszka w Krakowie.

  • Jonáš Hájek – pięć wierszy

    Zły Wikomt Wikomt okrzepł i już kpi ze mnie „Na wielkości oczywiście każdemu zależy”, napisał mi ostatnio „ale trzeba zadowolić się tym, że?” To mu się naprawdę nie udało przeliczył się tym razem Myśli że nie mogę bez niego żyć i że za marną pensję którą mi przysyła ze swoim obrzydliwym „że” będę brał na siebie każde ryzyko Nie wiem po co mam to znosić więc sięgam po telefon: Wikomcie Wikomcie! w najbliższym roku któregoś dnia uderzę w twój słaby punkt!Jeszcze będziesz błagał o szturchanie szpilką a ja cię będę śledzić utajonym okiem Już cię widzę w śmierdzącej kawalerce z linoleum – a jakże  – w barwie słoniowej kości Wikomt a liryka przyrody W zeszłym roku wysłałem mu cykl wierszy o Izerach zniszczonych przez polski popiół Ale zbył mnie: „Nie miałem pojęcia, że ​​i Pan spogląda wilgotnym wzrokiem za łaniami w leśnych zaroślach...” W tym roku w telewizji była susza  i za oknem też jakby tego było mało Wikomt chciał żeby taka sama susza zawładnęła moim pisaniem Niestety jestem posłuszny własnej arytmii do której nie da się tańczyć ani maszerować rozpoznaję ją jedynie w zamęcie metronomów Bardzo lubię te łanie w zaroślach zazwyczaj znikają w ciągu kilku sekund Coraz starszy Wikomt Wikomt jest człowiekiem. Tego jestem absolutnie pewien. Ponoszący konsekwencje za swoje czyny, samotny, zdziwaczały. Swój stan zdrowia zręcznie przemilcza między wierszami. Po kształcie pisma można sądzić, że dręczy go reumatyzm. A po nachyleniu, że reumatyzm tak po prostu nie znika. Niewątpliwie nigdy nie uprawiał sportu. Pęcherzyk żółciowy albo złamanie – nieprawdopodobne historie powoli zmierzające do prawdopodobnych zakończeń. Przepis po mamie Twierdzę Wikomcie że sałatka ziemniaczana jest duchową strawą z domieszką ekumenicznej powagi: czy dodasz jabłko czy pominiesz groszek szybką pracą noża odcinasz też swoje grzechy Przed dodaniem majonezu wspominasz swoich zmarłych i tę symboliczną mieszaninę smaków w końcu z miłością jesz Trzymam się podwójnego przykazania: modli się każdy jak umie korzeniowe warzywa gotuje się w occie Konflikty Z czegoś ci się zwierzę Wikomcie nie umiem się kłócić zawsze gdy wybucham, wydaje mi się że to koniec, więc wolę nie wybuchać albo wybucham i się chowami jest koniec Oni może się nie złoszczą albo myślą że jestem świrem wzruszają ramionami i idą do lasu beze mnie Dlatego nasza relacja taka nierówna stworzona a nienarodzona i wciąż na grzybkach przełożył Karol Maliszewski Jonáš Hájek (ur. 1984) - czeski poeta tłumaczony na kilka języków. Autor tomów:  Suť (Gruz), Vlastivěda (Nauka o kraju ojczystym), Básně 3 (Wiersze 3), Výlet do Schengenu / Můj jediný čtenář (Wycieczka do Schengen/ Mój jedyny czytelnik). Laureat nagrody J. Ortena (2007). Jego wiersze były publikowane w „Poboczach” (w przekładzie Franciszka Nastulczyka), w „8. arkuszu Odry” (w przekładzie Zofii Bałdygi) oraz w magazynie „Suburbia” (w przekładzie Karola Maliszewskiego).  Mieszka w Kolinie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page